Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-04-2010, 13:59   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Horror 18+ storytelling - Wydział Specjalny N.Y.P.D - Krew Niewinnych.

Niedziela, 4 września 2011r, 10.50 AM, New York City, Siedziba Główna Wydziału Specjalnego N.Y.P.D.


Wkurzony kapitan Artur Mac Nammara – szef Wydziału Specjalnego – siedział na swoim starym, wysłużonym fotelu i kończył czytać wstępny raport z miejsca, gdzie znaleziono ciała. Ekipa techniczna Wydziału Specjalnego porobiła zdjęcia i skrupulatnie przeszukała zaułek i najbliższą okolicę zbierając wszystko, co wydawało się mieć związek ze sprawą. Ciało ofiary zostało już skompletowane i przewiezione do kostnicy, gdzie zespół policyjnych patologów zbierał ślady DNA sprawcy, badał krew, oglądał trupa na setki możliwych sposobów obdzierając młodą dziewczynę z ludzkiej godności. Wszystko jednak po to, by jego ludziom udało się złapać tego skurwiela, który odebrał jej życie.



Mac Nammara myślał „jej”, lecz akta, które przed chwilą przestudiował zawierały nie tylko zdjęcie ofiary, lecz również jej dane personalne.



Nazywała się Annie Watermann. 20 lat. Studentka jednego z bardziej znanych collegów. Dobra uczennica. Żadnych zatargów z prawem. Rodzina: ojciec wzięty stomatolog – Alexander, matka Debora – artystka – malarka i działacz społeczny. Annie ma rodzeństwo. Młodszego brata – Roberta, lat 17 oraz drugą siostrę – dwunastoletnią Tamarę.

To nawet dobrze, ze miała rodzeństwo. Utrata jedynego dziecka boli bardziej. Pustki, jaka pozostaje w sercu, nie daje się zapełnić. Nigdy. Mc Nammara wiec oś o tym – kilka lat temu stracił w Iraku jedynego syna. Rząd nazwał go bohaterem wojennym, ojciec – zwykłym głupcem.

Wracając jednak do sprawy.

Ofiara znikła kilka dni temu – w zeszły poniedziałek. We wtorek rodzina zgłosiła zaginięcie, dlatego tak szybko udało się zidentyfikować personalia. Standardowa procedura – komputery przeszukują bazy danych z plikami przestępców i osób zaginionych. Zgodnie z zeznaniem rodziny Annie miała spotkać się wieczorem z przyjaciółką – Nicole Rock. Jednak – zgodnie z tym co zeznała Nicole mundurowym dziewczyny się nie spotkały. Nicole wspominała też, ze dzwoniła do przyjaciółki na komórkę, lecz ta nie odbierała.
Tak więc prawdopodobnie Annie uprowadzono gdzieś w drodze na spotkanie. Uprowadzono lub też poszła na inne spotkanie. jak na razie za mało mieli informacji.
Punkty zaczepienia dla jego detektywów to: najbliżsi – a więc rodzice i rodzeństwo. Ojciec był w drodze na komisariat – miał zidentyfikować ciało. Okrutna, niepotrzebna procedura, w dobie komputeryzacji i nowoczesnej technologii. Drugi – znajomi i przyjaciele z collegu oraz najbliższe otoczenie. Często jest tak, że morderstwa dokonuje ktoś, kogo ofiara zna i do kogo ma zaufanie. Annie wyglądała na miła dziewczynę, więc pewnie jego zespół będzie miał pełne ręce roboty.

Teraz ślady znalezione na miejscu zbrodni. Wstępne ustalenia ekipy techników zabezpieczyły znaczne ilości krwi – próbki badane są obecnie w laboratorium. Zabezpieczono bazgroły na ścianie. Ich zdjęcie leżało w teczce sprawy.



Istotna sugestia, że mord miał jakieś sakralne znaczenie. może dziewczyna padła ofiarą jakiejś sekty? Trzeba oczywiście sprawdzić co to za symbol. Jaki kult działający w tym ponad dziesięciomilionowym mieście uznaje go za swojego bożka. To byłoby za proste, ale kto wie – znajdując bandę świrów oddających cześć Bóg wie komu poprzez krwawe ceremoniały, można by było szybko zamknąć sprawę. Takie rzeczy już się wcześniej trafiały.

Inne ślady to dziwna karta tarota znaleziona w pobliżu zwłok. jej zdjęcie również dołączono do materiałów śledczych.



Nie ma na niej żadnych odcisków palców, jednak Mac Nammara był sobie gotów dać obciąć jajca, że krew na karcie należy do ofiary. A wymalowane krwią znaki wokół oczu jednej z postaci na karcie, muszą mieć związek z zaszyciem powiek zamordowanej.

Nic więcej w zaułku nie wiązało się z ta makabryczna zbrodnią. Ekipy techników kryminalistyki nadal przeglądają zgromadzone dowody – wszystkie, nawet najmniej ważne ślady z zaśmieconego zaułka – niedopałki, puszki, kawałki szkła, szmaty, papiery, śmieci i inne takie. Mac Nammara był pewien, że ten zaułek w którym znaleziono dziewczynę już dawno nie został tak dokładnie wyczyszczony.

Słońce przeświecało przez zasunięte do połowy rolety zalewając wszystko jasnym, radosnym blaskiem. W taką pogodę Central Park na który Mac Nammara miał dobry widok z okien swojego gabinetu zapełniał się rodzinami. Dzieciaki ganiały z piskiem za sobą, jeździły na rowerach a rodzice mieli chwilkę czasu dla rodziny po tygodniowej gonitwie za kasą. Szkoda, ze rodzina Watermannów tego dnia nie będzie mogła cieszyć się życiem i wolnym czasem. Szkoda, że na twarzy Annie nie zagości już żaden uśmiech. Tam gdzieś, za oknami tej wielkiej metropolii chodził ktoś, kto ja zabił, pociął na kawałki i porzucił w tym cuchnącym zaułku na styku dzielnic Soho i Tribeca.

Artur Mac Nammara zamknął akta i czekał na nadejście jego grupy dochodzeniowej. Wybrał ją, kierując się ich doświadczeniem, zaangażowaniem w prace i osobistymi talentami. byli najlepsi spośród najlepszych. I jeśli ktoś mógł szybko zamknąć tą sprawę, to była to na pewno ta czwórka funkcjonariuszy która właśnie wchodziła do jego gabinetu.

W końcu się zjawili i zajęli wskazane miejsca.
Kapitan powitał ich szorstko, przedstawił w skrócie sprawę i przekazał pięć kopii akt.

- Dobra - powiedział - Chcę, byście zrobili wszystko, aby złapać go nim uderzy drugi raz! Bo, ze to seryjny świr, nie mamy wątpliwości.
Podzielcie się na grupy. Obejrzyjcie miejsce zbrodni, może wy zauważycie tam coś jeszcze, co inne jełopy ominęły. Przepytajcie znajomych dziewczyny i jej rodzinę. Ojciec dziewczyny za chwilę będzie u nas zidentyfikować ciało. Funkcjonariuszko Kingston, wy zajmijcie się próbą sporządzenia wstępnego portretu psychologicznego sprawcy. Zresztą, sami wiecie najlepiej, co macie robić i w czym jesteście najefektywniejsi, oprócz pobierania pieniędzy od podatników na wasze pensje. Spieprzajcie już, szkoda dnia!

Kiedy, uzbrojeni w nowe dane i poszlaki funkcjonariusze rozeszli się do swoich zdań, Artur Mac Nammara pozwolił sobie zapalić papierosa. Wiedział, że dokonał starannej selekcji, lecz coś mu mówiło, że śledztwo nie będzie takie proste, jak się pozornie wydawało.
Podszedł do okna i spojrzał w dół, na Central Park. Pomyślał o Annie Watermann i wrócił za biurko.

- Do dzieła, moje dzikie ogary sprawiedliwości – pomyślał o funkcjonariuszach, którym powierzył zadanie – Wiem, ze jeśli ktoś dopadnie tego "tarociarza" to na pewno wy. Nie zawiedźcie mnie.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 25-04-2010 o 18:39. Powód: usunięcie P.S.
Armiel jest offline  
Stary 23-04-2010, 20:38   #2
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Niedziela, 4 września 2011r, 6.59 AM, NY, Staten Island, Faser St. 32
Dom rodziny MacDawell



Walter obudził się minutę przed tym jak miał zadzwonić budzik. Wyłączył go i delikatnie wstał, by nie zbudzić żony. Sarah lubiła troszkę dłużej pospać w przeciwieństwie do niego, który od dziecka nauczony był wstawać skoro świt. Po szybkiej toalecie, Walter zszedł na dół do kuchni i napił się soku pomarańczowego. Dzień zapowiadał się słoneczny i ciepły. Gdyby nie to, że dzisiaj czeka go obiad u teściowej Walter byłby nawet zadowolony. Co miesięczne wizyty u teściowej zawsze przyprawiały go o dreszcze i wprawiały w pesymistyczny nastrój. Dobrze wiedział ja skończy się popołudnie. Wielką kłótnią, której nikt przecież nie chciał. Wiedział, że jego teściowa nie powstrzyma się przed tym, by wypomnieć mu, że mógłby zająć się pracą w sądzie, a nie uganianiem się za mordercami i gwałcicielami. Z kolei on nie powstrzyma się od ciętej riposty, która przyprawi teściową o szybsze bicie serca i wypieki na twarzy.
Na razie wolał o tym nie myśleć, by nie psuć sobie przyjemności niedzielnego poranka. Założył dres, a szuflady wyjął ipoda. Założył słuchawki i wcisnął play.
Przy dźwiękach kojącej muzyki wybiegł na ulicę.


Gdy wrócił z joggingu, cała rodzinka była już na nogach. Thomas i Judith podbiegły do niego z radosnym "tato, tato", podbiegły do niego. Gestem ręki powstrzymał je, by się nie zbliżały.
- Nie teraz dzieciaki, tata musi się wziąć prysznic.
Rodzeństwo odsunęło się zasmucone. Dobrze wiedziały, że z ojcem się nie dyskutuje.
- Mógłbyś je chociaż przytulić - odezwała się Sarah, która przygotowywała właśnie śniadanie.
- Słucham? - spytał Walter, jakby nie usłyszał słów żony.
- Mówię, że mógłbyś je chociaż przytulić na dzień dobry.
- Dobrze wiesz, że nie przebywać wśród ludzi, gdy jestem zgrzany i spocony.
- Walter to są przecież twoje dzieci, a nie jacyś obcy ludzi.
- No właśnie, nie chcę by źle o mnie myślały.
- Walter...
- Daj spokój nie chcę się kłócić - powiedział najspokojniej jak mógł, ale i tak za agresywnie.
Sarah odwróciła głowę i nie odzywała się już. Walter nie znosił, gdy ktoś miał inne zdanie od niego, a zwłaszcza ktoś z jego rodziny. Często podobne sytuacje kończyły się awanturą. Sarah jednak często wolała się wycofać niż wchodzić z mężem w ostrzejszy spór.
Walter poszedł na górę do łazienki i wziął upragniony prysznic.

Po śniadaniu rodzina zajęła się przygotowaniami do wyjazdu. Walter golił się w łazience, a Sarah prasowała im ubrania.
- Kochanie - krzyknęła z dołu - na fotelu położyłam ci koszulę i spodnie.
- Dziękuję - krzyknął Walter wycierając twarz w ręcznik.
Spryskał się wodą kolońską i zszedł na dół. W salonie na fotelu leżała koszula i spodnie. Na ten widok coś Walterze aż się zagotowało.
- Sarah możesz na chwilę.
- Co się stało? - spytała stając w progu.
- Co to ma być? - spytał wskazując ręką na koszulę.
- Koszula...
- Przecież wiem, że nie sweter. Pytam dlaczego ta?
Starał się być spokojny i panować nad głosem. W głowie powtarzał sobie ciągle "Walter nie krzycz, Walter nie krzycz"
- A co w niej jest nie tak?
- Dobrze wiesz co jest nie tak - wrzasnął - I znowu robisz to specjalnie, żeby mnie zdenerwować.
- Ależ nie...
- Ależ tak - przedrzeźniał jej ton - Dobrze wiesz, że nienawidzę tej koszuli.
- Ale to prezent od mojej mamy...
- No właśnie, prezent od twojej mamy. Co ty sobie myślisz, że ja znowu będę słuchał jej docinek. "O jak miło Walter, założyłeś tę koszulę ode mnie. To specjalnie dla mnie, czy po prostu z pensji policjanta nie stać cię na inną"
- Walter proszę...
- Ta ja cię proo..
W tej chwili zadzwonił telefon. Saraha spojrzała na męża i podeszła do telefonu.
- Halo.... tak... chwileczkę już proszę... To do ciebie kapitan Mac Nammara.
Walter rzucił koszulę na fotel i wziął słuchawkę.
- Witam szefie!
- Witaj Walt. Bardzo przepraszam, że przeszkadzam w niedzielny poranek, ale jestem zmuszony.
- Nic nie szkodzi. Co się stało?
- Jestem zmuszony prosić cię byś przyjechał do biura. Mam bardzo pilną sprawę. Opowiem ci o co chodzi, ale dopiero jak tu będziesz.
- W porządku. Rozumiem, że jakaś pilna sprawa wyskoczyła.
- Można tak powiedzieć. Za ile możesz przyjechać?
- Będę za półgodziny, o ile mnie korki nie zatrzymają.
- Dobrze. To do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Walter bez słowa poszedł na górę i przebrał się. Zabrał pistolet z szafki, komórkę, notes i ołówek. Praca w niedziele była dla niego wybawieniem. Gdy tylko usłyszał, że dzwoni kapitan wiedział, że wywinie się z tego okropnego obiadu u teściowej.
Gdy schodził na dół Sarah spytała go:
- Rozumiem, że ze wspólnego obiadu nici.
- Tylko nie rób mi żadnych wymówek. Dobrze wiesz jaką mam pracę. Nic na to nie poradzę.
- No tak, cały Wydział Specjalny bez ciebie by nie istniał. Czy nie mógł kto inny pojechać?
- Nie wiem - odburknął - Zostałem wezwany przez kapitana i nie zamierzam podważać jego rozkazów. Skoro do mnie zadzwonił to najwyraźniej miał ku temu powody.
Walter zabrał kluczyki od samochodu i zarzucił płaszcz na ramiona.
- A mogę chociaż wiedzieć kiedy wrócisz?
- Nie wiem. Nie czekaj na mnie. Jedź z dzieciakami do swojej mamy. Zadzwonię do ciebie, kiedy będę mógł przyjechać.
Bez pożegnania wyszedł z domu.



Niedziela, 4 września 2011r, 10.30 AM, New York City, Siedziba Główna Wydziału Specjalnego N.Y.P.D.
Walter przyjechał jako pierwszy. Siedziba Wydziału Specjalnego świeciła o tej porze pustkami, tylko nieliczni funkcjonariusze pełniący służbę siedzieli we wspólnej sali. MacDawell przywitał się z nimi i spytał:
- Kapitan u siebie?
- Tak, czeka już na was.

Gdy zebrał się cały zespół kapitan MacNammara przedstawił sprawę. Ledwo zaczął czytać Walter wyciągnął notes i zaczął notować. Wraz z napływem informacji jego notatki powiększały się o kolejne fakty i przemyślenia.

Ofiara: dziewczyna, biała, lat 20. Dobra uczennica z dobrego domu. (spr.)
Zaginęła 29 sierpnia, zaginięcie zgłoszone następnego dnia.
Ciało znaleziona 4 września o 6.40, daleko od domu, Soho;
Ciało ofiary okaleczone, pozostawione ślady wskazują na zabójstwo rytualne.
Wzór spirali (spr.) karta Tarota,

Zabójca: mężczyzna biały, prawdopodobnie w wieku ofiary lub trochę starszy,
Być może były chłopak. (spr.)


Każde kolejne słowo kapitan sprawiało, że w notatniku przybywało słów i odnośników. Gdy kapitan zakończył odczytywać raport, Walter podniósł rękę na znak, że chce zabrać głos.
- Sądzę, że powinniśmy się podzielić na dwa zespoły. Pierwszy pojedzie na miejsce zbrodni. Zbada ślady i przesłucha świadków. Drugi zajmie się przesłuchaniem rodziny i znajomych. Myślę, że ja mogę zająć się przesłuchaniami, jeśli kapitan nie ma nic przeciwko.
Na koniec dnia moglibyśmy się spotkać w biurze i przedstawić zebrane informacje.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 23-04-2010 o 20:45.
brody jest offline  
Stary 23-04-2010, 21:12   #3
 
Dominik "DOM" Jarrett's Avatar
 
Reputacja: 13 Dominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znany
RING! RING! RING! RING! RING! RING! RING!



Dźwięk dzwoniącego telefonu wyrwał mnie z ciężkiego snu. W powietrzu sypialni unosił się słodki zapach Jacka Danielsa. W głowie jeszcze huczało. Miniona noc była bardzo długa i bardzo przyjemna. Odwiedziłem lokal na rogu 14 i washington. Była muzyka, alkohol, dużo alkoholu i dwie rozwiązłe damy którym bardzo zależało by mnie poznać.

Otworzyłem oczy.

W sypialni byłem już sam. Porozrzucane ubranie w drodze od drzwi do łózka świadczyło o tym że nie było tak gdy wróciłem. Trzy niedopite drinki stały na małym szklanym stoliczku przy oknie. Na dwóch z trzech szklanek odciśnięta była mocno czerwona szminka.




RING! RING! RING!

Nakryłem głowę kołdrą ręką próbując namacać telefon.
Trwało to dłuższą chwilę.

incoming call
Oficer Dyżurny

-Halo. Czy ty Wiesz która jest godzina? -warknąłem chrapliwym głosem na oficera Woodsa.
-Znowu zapiłeś Claus? Stary nie będzie zadowolony, masz tu być za 30minut.- po czym usłyszałem sygnał przerwanego połączenia.

-FUCK FUCK FUCK!- wykrzyczałem

Jeszcze chwile zajęło mi zanim podniosłem się z łóżka. Zimny prysznic w miarę postawił mnie na nogi. Zanim się ubrałem wsadziłem dwa palce do ust i zwymiotowałem do kibla. Umyłem zęby i z szafki nad umywalką wyciągnąłem aspiryne.
-Wezmę dwie. Nie. Nie. Nie. Wezmę cztery- powiedziałem sam do siebie. Wrzuciłem do buzi tabletki i popiłem wodą z kranu.

Spojrzałem na zegarek. Zostało mi z 7 minut.

Zszedłem do garażu i odpaliłem samochód. Drzwi mechanicznie pomału się otwierały. Ruszyłem z piskiem opon



Było trzy minuty po czasie i Szef zdążył już zacząć. wszedłem ściągając ciemne okulary z nosa i chowając je do kieszeni wygnieconej marynarki

Na chwile zapadła cisza i oczy innych utkwiły we mnie. Wyglądałem jak wrak z podkrążonymi oczyma , wymietą sportową marynarką, i szklanka wody w której szumiała rozpuszczająca się tabletka musująca.
-Przepraszam za spóźnienie, korki- wytłumaczyłem się szybko ale wszyscy wiedzieli że w niedziele o tej porze korków nie ma . Kapitan nic nie powiedział bo ile można mówić to samo. Na szczęście mnie nie wywalił więc musiało być to coś ważnego.

Odprawa troszkę mnie otrzeźwiła ale nie mogłem się skupić na szczegółach. Właściwie to chyba postanowiłem rozpocząć sprawę od dokładnego przestudiowania założonych akt bo nie wiele zrozumiałem z tej paplaniny i musiałem sobie wszystko spokojnie powtórzyć.
Gdy skończył , zabrałem teczkę z aktami przeznaczoną dla mnie i ruszyłem w kierunku swojego biurka...
 
__________________
Who wants to live forever?
Dominik "DOM" Jarrett jest offline  
Stary 23-04-2010, 23:14   #4
 
Imuviel's Avatar
 
Reputacja: 14 Imuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znany
Niedziela - 4.09.2011 - 9.46.

W mieszkaniu panował półmrok, zamotany kołdrą Marlon chrapał na łóżku.
Telewizor brzmiał odgłosami strzelaniny; leciał właśnie stary, czarno-biały western.
W weekend Marlon Vilain pozwalał sobie na spanie do późna i obfite śniadanie w Abe's & Arthurs.
Pierwszą z tych przyjemności zrujnował mu czarny kocur, który wskoczywszy z gracją baleriny na półkę nad łóżkiem, zrzucił z niej puste flaszki i dwa segregatory wprost na śpiącego.
Marlon z niejakim trudem rozplątał się z zabójczej pułapki jaką była prześmierdła pierzyna i rozejrzał się po pokoju. Jego apartament był dość skromny. Jeden pokój zajmowała sypialnia, drugi zaś był salą tronową komputera.
- Hm... ogarnąć mogę tu kiedy indziej. - stwierdził cicho pod nosem. Marlon obudził więc do pracy maszynę, w międzyczasie korzystając z uroków orzeźwiającego prysznica i świeżego ubrania. Chciał jak najszybciej przeczytać historię dzieciobójcy-kanibala grasującego w Nowym Jorku w latach dwudziestych. Przeczytał do połowy opis krojenia jednego z "dań", lecz zmógł. Gdy Marlon spał, słowa zmieniły się w obrazy, a obrazy w koszmar.
"Przykro mi, ale pański synek został zamordowany i usmażony. Na pocieszenie powiem, że podobno był bardzo smaczny i soczysty!"
Palce ślizgały się po klawiaturze.



Z komórki rzuconej gdzieś w kąt dobiegło najpierw ciche buczenie, które przeistoczyło się w dzwonek. Marlon zerknął na wyświetlacz telefonu i jęknął cicho.
Po krótkiej wymianie zdań, wskoczył do samochodu. Jechał dość spokojnie, omijając nieczęste dzisiaj korki. Bo i kto by w tak słoneczny dzień chciał stać nieruchomej kolejce samochodów, zamiast pójść na spacer?

Na odprawę Marlon przyszedł trzeci. Wysłuchał uważnie Mac Nammary, choć im więcej się dowiadywał, tym mniej chciał wiedzieć. Gdy kapitan skończył mówić Marlon miał przed oczami kartę tarota oraz esy floresy na ścianie. Kochankowie. Chłopak panny Watermann? I 'motylek'. Faktycznie, to może być symbol jakiegoś kultu... Czy te dwie rzeczy mają ze sobą coś wspólnego?
- Sądzę, że powinniśmy się podzielić na dwa zespoły. Pierwszy pojedzie na miejsce zbrodni. Zbada ślady i przesłucha świadków. - powiedział Walter - Drugi zajmie się przesłuchaniem rodziny i znajomych. Myślę, że ja mogę zająć się przesłuchaniami, jeśli kapitan nie ma nic przeciwko.
Marlon zamyślił się na chwilę.
- Ja mogę pojechać na miejsce zbrodni. - zadeklarował nieśmiało. - Potem chcę sprawdzić kartę tarota.
 
__________________
moja postać =/= ja // Tak, jestem kobietą.
Imuviel jest offline  
Stary 24-04-2010, 17:09   #5
 
Suriel's Avatar
 
Reputacja: 291 Suriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skał
- Dzyń, dzyń, dzyń. Telefon uparcie dzwoni w kieszeni kurtki.
- Cholera znowu zapomniałam go położyć przy łóżku. – Jess powoli zwleka się z łóżka.
- Która to godzina, i kogo niesie w niedziele rano.
Wyjmuje telefon który nadal uporczywie dzwoni. Ciocia Holly, mogła się domyślić, tylko ona pewnie już nie śpi o tej porze.
- Dzień dobry ciociu, już tak wcześnie na nogach?
- Kochanie, jak dobrze że już nie śpisz – jak zwykle ciocia odporna na jakikolwiek sarkazm, czasami Jess się zastanawiała czy ona nie ma na niego wrodzonej odporności.
- Wiesz ze wujek nie lubi spać do późna, już poszedł po śniadaniu pielić grządki, dzwonie żeby Ci przypomnieć że w przyszła sobotę są urodziny wujka i robimy grilla, będzie twoja kuzynka z mężem i dzieciakami, babcia, kilkoro znajomych. Mam nadzieje że nie zapomniałaś?
- Oczywiście że nie i kupiłam nawet krawat który mu wybrałaś. – I butelkę whisky – dodaje w myślach.
- To dobrze, przyjdziesz z kimś, zostawić wolne miejsce przy stole? Twoja mama..
- Ciociu – Jess warknęła ostrzegawczo.
- Dobrze już dobrze, do zobaczenia kochanie.
- Do soboty ciociu.

Ciocia Holly i wujek Harold od śmierci rodziców starali się zastąpić Jess rodzinę, z lepszym, bądź gorszym skutkiem.

Jess spojrzała tęsknie na łóżko i Maxa wylegującego się w pościeli.




Tobie to dobrze
– pomyślała, jedzenie podadzą, wodę naleją, pobawią się, podrapią po brzuchu i żadnych zmartwień wokoło. Spać, jeść, bawić się i czasami zwiać z domu żebym się pomartwiła.

Mrucząc sobie pod nosem o wyższości życia kota, Jess poszła zrobić sobie poranną kawę, bez niej co rano słońce mogłoby nie wstawać.
Kiedy błogosławienny płyn zaczął rozpływać się po ciele, Jess poszła wziąć prysznic.
Idąc w stronę łazienki ponownie usłyszała dźwięk dzwonka telefonu, no nie pomyślała, o czym mogła jeszcze zapomnieć.

To jednak nie była ciotka Holly.
- Kapitanie? – to dzwonił jej przełożony kapitan Mac Nammara.
- Jess jesteś potrzebna, za godzinę odprawa u mnie, zdążysz?
- Oczywiście, będę najszybciej jak tylko się da.

No i niedzielny leniwy poranek diabli wzięli – pomyślała jeszcze Jess biorąc szybki prysznic.
Przelała resztę kawy do kubka turystycznego, nasypała jedzenia do miski dla Maxa i poszła do garażu po samochód.



Po drodze zajechała do cukierni po rogaliki, po głosie kapitana poznała, ze nie będzie to krótki dzień, a nie zdążyła nic zjeść przed wyjściem.
Uzbrojona w resztkę kawy i pudełko rogalików dla chłopaków weszła na posterunek.
Od progu odczuła że coś jest nie tak, zbyt dużo osób jak na niedzielny poranek, sprawa nie wyglądała najlepiej.

Weszła do gabinetu kapitana,
- Cześć Walter, gdzie reszta?
- Cześć, pewnie w drodze, za chwile będzie szef.

Jess postawiła pudełko na stoliku i usiadła na swoim miejscu. Czekali, powoli zaczęli się zbierać pozostali. Kapitan Mac Nammara zaczął już odprawę kiedy w drzwiach pojawił się Clause, wyglądał jak siedem nieszczęść.

- Przepraszam za spóźnienie, korki – wymamrotał i usiadł.

Kapitan rozdał akta sprawy i krótko streścił wydarzenia - Funkcjonariuszko Kingston, wy zajmijcie się próbą sporządzenia wstępnego portretu psychologicznego sprawcy.

- Tak jest.

- Sądzę, że powinniśmy się podzielić na dwa zespoły. Pierwszy pojedzie na miejsce zbrodni. Zbada ślady i przesłucha świadków. - powiedział Walter - Drugi zajmie się przesłuchaniem rodziny i znajomych

Chciałabym pojechać na miejsce zbrodni z Marlonem – wtrąciła Jess - niech nasz analityk sprawdzi w bazie danych czy nie było podobnych zbrodni na terenie stanów.

Odprawa dobiegła końca.
 
Suriel jest offline  
Stary 25-04-2010, 17:12   #6
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 875 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
- Ile to już lat minęło? Sam już nie pamiętam.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=LbT5W4O0tZY&feature=fvst[/MEDIA]

Baldrick z ponurą miną rozejrzał się wokół, jakby sprawdzając czy ktoś czasem go nie usłyszał. Cmentarz ział wyjątkową pustką, widocznie niedzielne poranki nie były odpowiednią porą do wspominania zmarłych. Terrence westchnął ciężko i po raz kolejny spojrzał na nagrobek:

Lynnette Baldrick
ur. 12.II.1952, zm. 24.V.1999
Kochająca matka i żona
Requiescat in pace

- Ile to już lat minęło? - powtórzył posępnie - To już nasza 31. Rocznica, dała byś wiarę?

Baldrick był człowiekiem dość zaniedbanym, z golarki ani grzebienia nie korzystał zbyt często, ubrany był w białą, pomiętą koszulę i ciemne jeansy. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na autorytet godny naśladowania, lecz miał w sobie swego rodzaju trudną do wytłumaczenia siłę, która wyróżniała go na tle innych ludzi.

- Aż dziw, że udało mi się tu dojechać, pamiętasz ten japoński złom, który wybrałaś w 95'? Zastanawiam się, kiedy w końcu się rozleci, mówiłem żeby wziąć inny model, ale Ty jak zwykle się uparłaś... A na dodatek ten twój kochany synek! Zero szacunku do ojca, w kogo on się wdał? - zrobił krótką pauzę jakby zbierając myśli - Wiem, to moja wina, nigdy nie chciałem żeby... czemu ja do licha rozmawiam z nagrobkiem?

Po chwili ciszy zorientował się, iż wciąż ściska w dłoni bukiet kwiatów, który moment później ułożył przy nagrobku. Po kilku minutach usłyszał za sobą czyjeś kroki, obrócił głowę i ujrzał młodego, elegancko ubranego mężczyznę, który powoli się do niego zbliżał.

- Część tato - rzekł w końcu lekko się uśmiechając.

Terrence Jr. z wyglądu nie był zbyt podobny do ojca, już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że dużo bardziej dba o siebie. Jasne włosy, średni wzrost, a także delikatny, przyjazny uśmiech, który niemal zawsze mu towarzyszył, wszystko to odziedziczył po matce. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, iż jedyną cechą, która łączyła go z ojcem były identyczne błękitne oczy.

- Ależ proszę Junior, jest cała twoja - rzekł nieco złośliwie po czym powoli zaczął odchodzić - Tylko jej nie zamęcz.

- Może zostaniesz jeszcze chwilę? Porozmawiamy, powspominamy...

- Chętnie, ale akurat zostawiłem włączone żelazko, sam rozumiesz.


- W porządku - powiedział Junior nieco zrezygnowanym tonem po czym znów się uśmiechnął - Do zobaczenia.

***

Kilka minut później Baldrick stał już przy swojej wysłużonej Mazdzie MX-3, samochód wcale nie wyglądał tak źle, jak zwykle przedstawiał go jego właściciel, wprost przeciwnie. Terrence wsiadł do środka, głośno trzasnął drzwiami po czym otworzył schowek i upewnił się, że jego Glock wciąż bezpiecznie tam spoczywa.


Baldrick przekręcił kluczyk i silnik zawarczał donośnie, chwilę później auto ruszyło z piskiem opon. Droga do mieszkania policjanta w Queens wyjątkowo się dłużyła, jak na złość wciąż wpadał tylko na zakorkowane ulice i czerwone światła. W gruncie rzeczy nigdzie mu się jednak nie śpieszyło, więc postanowił wykorzystać ten czas żeby się nieco zrelaksować i posłuchać jakiejś muzyki w radio.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=2H5uWRjFsGc&feature=fvst[/MEDIA]

Najwyraźniej piosenka dobywająca się z głośników przypadła mu do gustu, gdyż zaczął stukać palcami o kierownicę w jej rytm, a nawet dość głośno sobie podśpiewywał. Zapewne właśnie dlatego zdekoncentrował się na chwilę i kiedy jadący przed nim minivan nagle zahamował, nie zdążył dostatecznie szybko zareagować i uderzył w jego tył.

- Cholera - zaklął, gdy zdał sobie sprawę co się właśnie stało, z minivana błyskawicznie wyskoczył mały grubas, z którego miny można było wywnioskować, że bynajmniej nie ma pokojowych zamiarów.

Baldrick nie śpiesząc się wysiadł z auta i przyjrzał się stłuczeniom, w gruncie rzeczy minivan nie wiele ucierpiał, zyskał tylko kilka nowych rys, gorzej miała się natomiast Mazda, której światła nadawały się już tylko do wymiany. Nie minęło nawet kilka minut a już zebrało się kilku gapiów, którzy ciekawi byli jak sprawa potoczy się dalej.

- Ok, jestem z policji - odezwał się w końcu Terrence wyciągając w górę swoją oznakę - 20 dolarów dla każdego kto powie, że to nie była moja wina.

- Ślepy jesteś czy co?! - wrzasnął nagle mały człowieczek, który zdążył już mocno poczerwienieć ze złości - Wjechałeś mi w tył, każdy to potwierdzi!

- Mała zmiana, 50 dolarów. Decydujcie się szybko, więcej już nie dam.

- Spójrz co narobiłeś! Zarysowałeś mi cały tył!

- Och, tylko nie płacz - Baldrick zrobił smutną, a zarazem głupawą minę - Mam nadzieję, że nie pobiegniesz do mojej mamusi.

- Zaraz wezwę policję i inaczej sobie pogadamy.

- Helooo? Ja jestem z policji Einstein'ie.


Kłótnia zapewne trwała by jeszcze dłużej, gdyby nie to, iż nagle rozległ dźwięk telefonu, Baldrick spojrzał na wyświetlacz po czym natychmiast odebrał. Dzwonił Mac Nammara, chciał żeby Terrence jak najszybciej się u niego zjawił.

- Zobaczysz! Mogę cię oskarżyć! - kontynuował grubas.

- Oskarż KFC za to jaki jesteś tłusty - odparł Baldrick i wsiadł do samochodu - Nazywam się Raymond Kelly, K-E-L-L-Y, czekam na pozew.

Nie czekając na reakcję swego adwersarza, wyminął feralnego minivana, co prawda mężczyzna próbował stanąć mu jeszcze na drodze, lecz ostatecznie zaniechał tego zamiaru widząc, że Baldrick wcale nie zwalnia.

Terrence przycisnął mocniej pedał gazu, nie przejął się zanadto całym zajściem, teraz zależało mu już tylko na spotkaniu z kapitanem. Nawet jeśli tamten mężczyzna rzeczywiście będzie chciał złożyć pozew, to będzie miał jedynie nazwisko komisarza NYPD...

***

Mac Nammara wyglądał na bardzo przejętego całą sprawą i rzeczywiście zależało mu na tym by jak najszybciej znaleźli winnego. Baldrick nie był zbyt zainteresowany tym dziwnym, rytualnym morderstwem, lecz wiedział, że nie uda mu się już od niego wywinąć. Przez niemal całą odprawę bawił się kolorowymi karteczkami, które znajdowały się na biurku kapitana. Co chwila w jego dłoniach pojawiał się jakiś papierowy tulipan, który lada moment lądował w koszu.


Kiedy Mac Nammara zakończył swoją przemowę, rozpoczął się przydział obowiązków.

- Sądzę, że powinniśmy się podzielić na dwa zespoły. Pierwszy pojedzie na miejsce zbrodni. Zbada ślady i przesłucha świadków. Drugi zajmie się przesłuchaniem rodziny i znajomych. Myślę, że ja mogę zająć się przesłuchaniami, jeśli kapitan nie ma nic przeciwko. Na koniec dnia moglibyśmy się spotkać w biurze i przedstawić zebrane informacje - rozpoczął Walter.

- Ja mogę pojechać na miejsce zbrodni. Potem chcę sprawdzić kartę tarota - zdecydował Vilain.

- Chciałabym pojechać na miejsce zbrodni z Marlonem. Niech nasz analityk sprawdzi w bazie danych czy nie było podobnych zbrodni na terenie stanów - dodała jeszcze Pani Kingston.

- Dzięki Bogu mamy cię w swoich szeregach Walter, nie wiem co byśmy zrobili bez twoich genialnych pomysłów - rzekł na koniec Terrence wymawiając imię policjanta z niemieckim akcentem, następnie spojrzał na kapitana - Sprawdzę to miejsce.
 
__________________
See You Space Cowboy...
Bebop jest offline  
Stary 25-04-2010, 18:36   #7
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Niedziela, 4 września 2011r, 11.10 AM, New York City, Siedziba Główna Wydziału Specjalnego N.Y.P.D.

Wszyscy

Stary Artur Mac Namarra wyszedł za wami ze swojego gabinetu, kiedy w biurze Wydziału Specjalnego krótkimi zdaniami ustalaliście dalsze działanie. Wiele słów nie trzeba było. Każdy z was stanowił część zespołu i każdy z was wiedział w czym sprawdza się najlepiej.
Wiedzieliście że Marlon był mistrzem komputerów – jeśli coś trzeba było w przeklętych bazach danych to nie maił sobie w Wydziale równych. Walter doskonale radził sobie z ludźmi, a jego perfekcjonizm w pracy zmieniał go w prawdziwą maszynę do wyciągania informacji ze świadków czy podejrzanych. Terrence najlepiej spisywał się analizując dane (podobnie zresztą jak prawie każdy z was) lecz on był w tym chyba najlepszy z was wszystkich – o ile oczywiście komuś zależało na niepotrzebnej w tej pracy rywalizacji. Jessica sprawdzała się w terenie – była twardą babką, która bez strachu działała na miejscu zbrodni chłodnym okiem psychologa dopatrując się w śladach czegoś, co mogło pomóc w rozpoznaniu tego jak działał umysł sprawcy. A Clause potrafił, najlepiej z was wszystkich, sprawiać problemy – najczęściej przestępcom, lecz zdarzało się że i wam. Niektórzy mogli uważać go za lekkoducha, który nie przykłada się do swoich obowiązków. Było to mylne założenie, ponieważ Clause lubił swoje obowiązki – o ile należało do nich, na przykład, spranie podejrzanego w ciemnym zaułku. Oczywiście niczego mu nigdy nie udowodniono.
Kapitan Mac Namarra spojrzał na was twardo, z typowym dla niego błyskiem w oczach.
- Jeszcze tutaj– warknął, chociaż oczywiście że ten warkot jest swoistego rodzaju wyrazem sympatii dla waszej piątki. – Funkcjonariusz Mac Davell – ruszcie dupsko na dół, do kostnicy. Jak ojciec ofiary skończy rozpoznanie weźcie go gdzieś w spokojne miejsce i pogadajcie. Funkcjonariusz Grand – wy pogońcie patologa. Asystujcie przy sekcji zwłok. Nic tak nie wpływa na kaca, jak widok sekcji w niedzielny, słoneczny poranek. – uśmiechnął się złośliwie samymi koniuszkami warg - Funkcjonariuszko Kingston i funkcjonariuszu Vilain – wy ruszajcie na miejsce zbrodni. Nim mundurowi się zwiną i ludzie zadepczą scenę. Może złapiecie jeszcze techników. Zaułek to istny burdel, więc mają tam mnóstwo śmieci do zabezpieczenia. Funkcjonariuszu Baldrick! Wy jedźcie z nimi. Przyda się każda para oczu. Rozejść się! Aha! Czekajcie! Jeszcze jedno! Żadnych wywiadów dla prasy. Media mają szlaban na tę sprawę. Ruszać się! Oczekuje na pierwszy raport o 14.00 u mnie w biurze.
To mówić powrócił do swojego pokoju, skąd spoglądał na was przez lustro weneckie. Czując to ponaglające spojrzenie ruszyliście, tak jak zresztą mięliście w planach, do przypisanych wam ról. Widać, że „Staremu” zależy na szybkim rozwiązaniu tej sprawy.

Jak zwykle, skurczybyk, dokładnie zaplanował wam to, co sami sobie wybraliście. No, może poza Clausem.

Clause Grand i Walter Mac Davell

Kostnica leży na samym krańcu Głównej Komendy N.Y.P.D. Wasze identyfikatory pozwalają wam jednak bez trudu na przechodzenie przez kolejne drzwi elektronicznie zamykane na czytniki. O tej porze w niedzielę budynek jest prawie pusty.
Oszklony łącznik pozwala wam przedostać się z pilnie strzeżonego przez kamery rejestrujące wasze przejście budynku A w którym mieści się wasz Wydział do budynku C, w którym funkcjonuje „zwykły” komisariat. W porównaniu do cichych korytarzy Budynku A posterunek w budynku C zdaje się tętnić życiem. Kręcą się tutaj „mundurowi” na służbie, jakiś adwokacina wykłóca się z otyłym czarnoskórym sierżantem o swojego klienta. Codzienne, mimo niedzieli, życie nowojorskich glin. Sprzeczki małżeńskie przy śniadaniu kończące się interwencją patrolu, kolizje drogowe, bójki młodzieży, zakłócanie porządku publicznego, próby kradzieży i zwykłe sprawy wielkiego miasta. Jakże „niewinne” w porównaniu do tego gówna, w którym wy babrzecie się na co dzień. Fajnie wiedzieć, że cała ta umundurowana armia ludzi jest na jedno polecanie waszego szefa – gotowa przybyć jako wsparcie, gdybyście znaleźli się w tarapatach. Nie raz pomagają wam w obławie na sprawcę, nie raz obstawiają ulice, kiedy wy wchodzicie do budynku z podejrzany. To tworzy więź silniejszą niż wszystko inne. Mimo, że nie nosicie mundurów poza uroczystościami, jesteście częścią tej maszynerii
W końcu docieracie do kostnicy – przechodząc przynajmniej kilkaset metrów korytarzy i łączników a na koniec korzystając z windy. Wysiadacie z niej w podziemnym, klimatyzowanym korytarzu oświetlonym mętnym, sterylnym blaskiem świetlówek.
Przed wejściem do Sali rozpoznań siedzi mężczyzna po czterdziestce. Ubrany w elegancki prochowiec, gładko wygolony i blady, jak otaczające go ściany. Jeden rzut oka na schludny ubiór i ten charakterystyczny, zbolały wyraz twarzy pozwala wam rozpoznać ojca dziewczyny. Alexander Waterman. Wzięty stomatolog. Zapewne już po identyfikacji. Towarzyszy mu policjantka o zgrabnej figurze podkreślonej przez mundurową spódniczkę i miłej, ciepłej twarzy. Idealnie dobrana do roli „anioła śmierci” – osoby, której obowiązki obejmują między innymi prowadzenie rodzin do ich zamordowanych najbliższych. Aż dziw, że przy takiej pracy, dziewczyna potrafi zachować tyle ciepłe w oczach. Szybki rzut na tabliczkę identyfikacyjną na mundurze identyfikuje ja jako Star Moonlight. Bez jaj! Jej starzy byli chyba hipisami!


Marlon Vilain, Terrence Baldrick i Jesicca Kingston

Wybieracie auto jednego z was i ruszacie na miejsce zbrodni. To spory kawałek od Komendy Głównej. Kiedy ruszacie spod posterunku zegar wskazuje 11.15 AM, lecz kiedy docieracie do celu mija dwadzieścia minut. Mimo, że ruch na mieście jest niewielki, oczywiście jak na Nowy York. Dominują żółte taksówki, auta rodzinne i motocykliści szalejący na swoich japońskich maszynach.

Przejeżdżacie przez dzielnicę Soho – o tej porze dnia wyludnioną. Wiecie, że budzi się ona do życia popołudniem, kiedy otwierają się wszystkie puby, teatry, galerie, centra rozrywek, opery, wystawy i zwykłe burdele. Dzielnica „cyganerii artystycznej”, nawiedzonych artystów i zblazowanej młodzieży. Pod cienką warstwą „kultury” skrywają się tutaj paskudne ruchy artystyczne. Wiecie o orgiach, narkotykach, dziwacznych praktykach seksualnych i innych rzeczach, o których czasami pragnęlibyście zapomnieć.
Tam gdzie kończy się Soho a zaczyna zwykła dzielnica Tribeca - usługowo – mieszkalna, służąca bywalcom, Soho jako sypialnia i miejsce pracy.



Zaułek, w którym znaleziono ofiarę, znajduje się na styku obu dzielnic. Kierowani GPSsm docieracie w końcu na miejsce. Już z daleka widać zaparkowany radiowóz i żółte taśmy odcinające dostęp do zaułka. Rozpoznajecie również biało- błękitną furgonetkę służb technicznych. Widać, że ekipa techniczna jeszcze dłubie w odpadkach.
Zaułka pilnuje trzech mundurowych z trudem odpędzających coraz bardziej namolnych dziennikarzy. Błyskają flesze aparatów fotograficznych. Rozpoznajecie kilka znajomych twarzy. Theodora Stablera – patologa stojącego obok mundurowych w swoim ulubionym kombinezonie roboczym w którym przypomina hydraulika lub robotnika fabrycznego. Oraz upierdliwą dziennikarkę New York Herolda – brukowca, specjalizującego się w skandalach, ufo i zbrodniach, niejaką Cateriną Ezmo. Wasz wydział nie raz już procesował się z tym rudym babsztylem o ciętym języku i tipsach w kolorze zgniłych pomarańczy.
Udaje się wam znaleźć miejsce przy radiowozie i parkujecie tam dość nieprzepisowo. Jeden z mundurowych od razu rusza w waszą stronę ze zmęczonym, służbowym wyrazem twarzy.
- Starszy posterunkowy Red – przedstawia wam się policjant zgodnie z procedurą. – Teren jest zamknięty. Proszę natychmiast odjechać.
- Funkcjonariuszka Kingston – słyszycie skrzekliwy głos Cateriny Ezmo. – Jak to dobrze, że panią widzę!
Dziennikarka drepcze w waszą stroną na – a jakże ! – butach w barwie zgniłej pomarańczy.
- Czy możemy porozmawiać!
Ostatnie zdanie oczywiście nie można uznać za pytanie. Babsztyl ma legitymację prasową przyczepioną do pomarańczowego żakietu. Pędzi na was, niczym gadatliwa mandarynka.


Walter Mac Davell


Najlepszym miejscem na rozmowę z kimś, kto poniósł taką stratę jest miejsce neutralne. Takie, które pozwoli się rozmówcy rozluźnić, zapomnieć – chociaż na moment – o śmierci córki. Nie powinno się ono kojarzyć z policją, ze śmiercią, z ofiarą. Czasami takim miejscem może być bar lub kawiarnia, czasami ławka w parku, czasami inne miejsce publiczne. Alaxander wydaje się być spokojnym i twardym psychicznie człowiekiem. Na pewno był dobrym, chociaż też surowym i wymagającym ojcem. Zdradzają to jego szare oczy, wąska linia ust i ostro zarysowana szczęka. To typ „purytanina” – człowieka „usztywnionego” przez szereg zasada, wyrzeczeń i codziennych rytuałów, którym oddaje się codziennie o tej samej porze – picie kawy, czytanie rubryki giełdowej, medytacja, wizyta w kościele. Tak. Dobór miejsca do rozmowy jest w tym przypadku równie ważny, jak sposób jej prowadzenia.
Gdybyś miał postawić na to swoją intuicję, powiedziałbyś, że w przypadku Alexandra Watermana najlepszym miejscem na nawiązanie kontaktu będzie dobra kawiarnia, gdzie będzie można napić się dobrej, doprawionej brandy kawy. To typ, który wypłacze sobie oczy w poduszkę, ale dopiero wtedy, kiedy zobaczy, jak w żyłę zabójcy jego córki wtłoczona zostanie trucizna w komorze śmierci.
Szybko musisz zabrać go stąd, gdzie rozmowa będzie dużo łatwiejsza. Spoglądasz na Clausa, który wie o co chodzi i znika w środku kostnicy. Zostajecie w trójkę: ty, Star Moonlight i Alexander Watermann.


Clause Grand


Z niechęcią opuściłeś towarzystwo milutkiej funkcjonariuszki Star. Pozostawiłeś ją w towarzystwie Waltera i wszedłeś do kostnicy. Od razu odczułeś zmianę temperatury i ten specyficzny, sterylny zapach śmierci – środki sterylizujące w dużych ilościach.
W pomieszczeniu jest mała dyżurka, w której siedzi ubrany w biały kitel ciemnoskóry technik. Znasz go z widzenia i wasze relacje nie są najlepsze. Nazywa się Tedd Smith i jest dość wkurwiającym typem służbisty. Widząc cię od razu przyjmuje wyraz twarzy typu „Czego chcesz biały fiucie”. Nie lubisz tego wyrazu twarzy.
- Witam – cedzi Tedyy bez cienia uśmiechu. – Co tym razem?
I nim zdążyłeś otworzyć usta dodał:
- Formularze F-12 są tam – wskazał ciemną dłonią odpowiednią przegródkę stojącą na jego kontuaru.
Oczywiście. Formularze F-12. Procedura oględzin zwłok. Ich wypełnienie zajmuje zazwyczaj kilka minut. O ile, zważywszy na kaca, nie popełnisz pomyłki. Że też musiałeś trafić na tego fiuta – Teddyego.


Jesicca Kingston


Widząc zbliżającą się w waszą stronę dziennikarkę i słysząc, jak wymienia twoje imię, wiedziałaś, że nie tak łatwo będzie ci ją zignorować. Już kilka razy dostaliście opierdziel z „góry”, że psujecie prasę policji. Od tej pory macie obowiązek być miłymi dla gryzipiórki, szczególnie dla tej wypacykowanej, pomarańczowej małpy, która sypia ponoć z kimś ważnym w Radzie Miasta. Nie mogłaś po porostu jej wyminąć bez słowa, ale też nie mogłaś jej nic powiedzieć, bo Mac Namarra wyrwałby ci serce własnymi rękami. Musiałaś zamienić z babsztylem kilka słów, zasłaniając się dobrem śledztwa, etyką zawodową (chociaż Ezmo nie miała takiego słowa w swoim słowniku) i innymi pierdołami. Spojrzałaś na towarzyszących ci detektywów, dając im znać, że dołączysz do nich później i wyszłaś na spotkanie dziennikarce.
- Pani Kingston – uśmiechając się sztucznie Caterine Ezmo zatrzymała się przed tobą. – Jak się cieszę, że panią widzę? Ponoć zabito tutaj młodą dziewczynę i poszatkowano jej ciało na części? Co może pani mam powiedzieć w tej sprawie?

Pytania zawisły w powietrzu oczekując na odpowiedź. W waszą stronę, jak hieny, ruszyła reszta dziennikarzy. Wiesz że musisz zręcznie wybrnąć z sytuacji, by nikt nie marudził, że gliny olewają prasę a jednocześnie by tak naprawdę nic nie powiedzieć.


Marlon Vilain


Z dużą ulgą powitałeś fakt, że to Jesicca wzięła na siebie rolę „kozła ofiarnego” dla prasy. Szczególnie, że ruda Ezmo nie należała do waszych ulubieńców. Minąłeś mundurowego, który chyba rozpoznał w was kolegów z „firmy” i zbliżyłeś się, wraz z Baldrickiem, do żółtych barierek. To był twój świat. Niestety. Miejsca zbrodni. Stojący przed taśmą mundurowy – starszy już facet (typ latynosa) o nazwisku Mendoza na mundurze przywitał was zmęczonym uśmiechem. Zapewne to on, lub któryś z jego ludzi znaleźli ciało a to oznacza, że stoją tutaj już z pięć godzin.
- Sierżant Mendoza – przywitał się policjant wyciągając dłoń na powitanie. – Rozumiem, że jesteście z Wydziału Specjalnego? Nie spieszyło się wam, chłopaki?
Ostatnie słowa zneutralizował uśmiechem. Widać, że nie miał wam tego za złe.
- Co chcecie zobaczyć? Ostrzegam. Technicy czyszczą cały zaułek. Zejdzie im chyba do wieczora.


Terrence Baldrick


To chyba fart, że jednym z patologów badających miejsce zbrodni jest Theodor Stabler. Twój dobry znajomy, który rzadko wychodzi zza biurka. Pewnie w niedzielę rano nikogo innego nie udało się ściągnąć na miejsce. Tym lepiej dla ciebie. Wysiadłeś z auta widząc, że Jessica zdecydowała się zająć prasą. To dobrze. Ty nie najlepiej radzisz sobie z nowymi znajomościami. A z Theodorem będzie łatwo rozmawiać.
W końcu cię zauważył – to znak, że jest nie w formie. Zawsze zachowuje większą czujność. Tak. Lekko zdefasonowany garnitur pod jesiennym prochowcem i niezbyt dobrze dobrany krawat. Wszystko jasne. Angie – jego chorowita zona, zapewne znów gdzieś musiała wyjechać. Dlatego Theodor miał czas na to, by stawić się na miejscu zbrodni w niedzielę.
Kiedy minąłeś trzyosobowy „kordon” pilnujący taśmy ochronnej Theodor zauważył cię w końcu. Uśmiech rozjaśnił jego twarz i wyszedł ci na spotkanie wyciągając rękę.
- Co za pieprznik – rzucił spoglądając przez ramię na zaułek za nim. – Mówię, ci. Do Święta Dziękczynienia się stąd nie wygrzebiemy. – Zresztą ja już swoją robotę skończyłem. Nie ma tam ani kawałka więcej ciała. Od godziny ryłem nosem beton w poszukiwaniu „ludzkich resztek organicznych, jak to nazywają nasze procedury. A teraz, nieważne niedziela czy nie, muszę się koniecznie napić. Jak będziesz chciał pogadać, to zadzwoń. Angie znów wyjechała.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 28-04-2010 o 23:10. Powód: Usunięcie P.S.
Armiel jest offline  
Stary 25-04-2010, 22:04   #8
 
Dominik "DOM" Jarrett's Avatar
 
Reputacja: 13 Dominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znany
Spojrzałem na szefa
"Kutas"- przeleciało mi po głowie ale ugryzłem się w język zanim myśl przeistoczyłaby się w słowo. W kapitanie było coś czego nigdy nie czułem w trakcie rozmów z kimkolwiek. Respekt. Był dla mnie jak ojciec. Surowy , bezwzględny, stawiający poprzeczkę zawsze wyżej niż było w moim zasięgu. Potrząsnąłem głową by sprawdzić czy nadal boli. Bolała.
Kingston zawsze przyciągał mój wzrok. Gdy wychodziliśmy z odprawy spojrzałem na nią ciężkimi oczyma
-Jess twój tyłeczek słodko wygląda w tych spodniach kociaku. Może skoczymy na coś mocniejszego kiedy skończymy na dziś?- rzuciłem i nie czekając na odpowiedź puściłem w jej kierunku oko i poszedłem w stronę windy.

Walter szedł ze mną. Nie przepadałem za nim ale mimo wszystko ufałem mu. Był cholernym pedantystycznym skurwielem i do tego wyglądał jak gej w tych wyglancowanych bucikach od Versaca. Szlag jak on mnie wkurzał samą obecnością!!!





Drzwi windy otworzyły się i weszliśmy do środka.
-Ani słowa Walter. Tylko nic nie mów. Nie mam ochoty dziś się kłócić- powiedziałem zanim zdążył nawet na mnie spojrzeć. Chciałem by dalsza wędrówka korytarzami przebiegła w milczeniu.
Lustrowałem akta bo nie zdążyłem zrobić tego przy biurku. Mijaliśmy korytarze aż dotarliśmy do kostnicy. Kapitan miał rację. Albo puszcze pawia albo odreaguję na kimś. Tak czy tak adrenalina powinna zabić kaca.
-"Kutas!"-ponownie wspomniałem pieszczotliwie Szefa

W kostnicy nadal był ojciec ofiary. Ale właściwie nie zwróciłem na niego uwagi. Moje oczy spoczęły na aksamitnym tyłeczku Star Moonlight




-Dzień dobry-powiedziałem z zalotnym tonem w moim głosie i uśmiechem na twarzy. Chciałem klepnąć ja w pośladek ale pohamowałem. I tak znów głupio się zachowałem bo ojciec ofiary na pewno nie miał "Dobrego dnia"

Wszedłem do kostnicy. Ciarki przeszły mi po plecach ale to nie ze strachu. Moje skacowane ciało było po prostu nadwrażliwe na bodźce zewnętrzne i chłód tego miejsca spowodował dreszcze.




Podszedłem do dyżurki w której siedział oficer Tedyy. Tego gnoja też nie lubiłem. Zdaje się że nie wiele było osób które lubiłem.

Cytat:
Witam – cedzi Tedyy bez cienia uśmiechu. – Co tym razem?
I nim zdążyłeś otworzyć usta dodał:
- Formularze F-12 są tam – wskazał ciemną dłonią odpowiednią przegródkę stojącą na jego kontuaru.
Oczywiście. Formularze F-12. Procedura oględzin zwłok. Ich wypełnienie zajmuje zazwyczaj kilka minut. O ile, zważywszy na kaca, nie popełnisz pomyłki. Że też musiałeś trafić na tego fiuta – Teddyego.
-Cześć- warknąłem pod nosem- wezmę te formularze na górę, wypełnię a potem ktoś ci je przyniesie.

-Nie ma szans!- wręcz odwrzasnął- Albo je wypełnisz teraz albo nici z oględzin zwłok.
-No nie rób sobie jaj. Jest niedziela i nikt nie ma ochoty tutaj być wiec nie róbmy sobie pod górkę. Pokaż mi tą dziewczynę , zróbmy co zrobić mamy i nie będziesz mnie już dziś więcej oglądał. Co ty na to?- Zapytałem
-Formularz F-12.- wskazał przegródkę nie podnosząc oczu z nad raportu który wypełniał.- Przepisy to przepisy. To nie ja je wymyśliłem a jak ci się nie podoba to słyszałem że mają wolne etaty w Mc Donaldzie.- dodał złośliwie.
Więcej nie trzeba było by czarka goryczy przelała się i rozlała po podłodze.

Sięgnąłem za kontuarek, chwyciwszy go za fartuch przyciągnąłem do siebie. Ręką zahaczył o kubek kawy który rozlał się brązową cieczą po raportach.
-Posłuchaj mnie wymoczku. Miałem ciężką noc. Boli mnie głowa. Jest piękna niedziela którą mógłbym spędzić w łóżku ze szklaneczką, a ty mi utrudniasz. Zrobimy inaczej. Ja podpisze ci druk F-12 inblanko a ty sobie go wypełnisz w wolnej chwili. Co ty na to?

-PUSZCZAJ! - wrzasnął - Zgłosze to w wydziale wewnętrznym! To niezgodne z regulaminem! - wyrwał mi się i usiadł pospiesznie wycierając raporty chusteczką. - Żadnych wyjątków! F-12- powiedział jakby w zwolnionym tępie.

-Jak chcesz -powiedziałem spokojnie odwracając się w kierunku drzwi - ciekaw jestem tylko czy twoja żona wie jak to zabawiasz się z dziwkami w Klubie Cocakabana... Zaraz zadzwonię i ją o to zapytam.

-Co?! Skąd wiesz!? Czekaj?!- zmiękł a w kąciku moich ust zagościł uśmiech. - Ten jeden jedyny raz Grand! Słyszysz! Jeden raz!...
 
__________________
Who wants to live forever?
Dominik "DOM" Jarrett jest offline  
Stary 27-04-2010, 00:41   #9
 
Imuviel's Avatar
 
Reputacja: 14 Imuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znanyImuviel nie jest za bardzo znany
Jestem skończonym kretynem. Sam się jeszcze nakręcam. I po co mi to było? Powinienem był zostać na cieplutkim komisariacie... Zdjęcia z miejsca zbrodni przyprawiały o dreszcze, a teraz Marlon miał zobaczyć je na własne oczy. Przeszukać, dotknąć, powąchać i przewidzieć. Ostatni dureń.

Z początku Marlon nienawidził reporterów za ich wszędobylskość i niemoralną ciekawość, z czasem to zrozumiał, w końcu była to ich praca tak samo jak jego obowiązkiem jest znalezienie szaleńca, który rozczłonkował dziewczynę. Już z okna samochodu rzuciła mu się w oczy skacząca, rozpychająca się bezpardonowo i wrzeszczącą Ezmo. Za jakie grzechy...
Marlon zaczął się nadmiernie pocić i wiercić w siedzeniu. W myślach błagał los, by Terrence tego nie zauważył. I bez jego komentarzy dzień zapowiadał się gorzko.

Szczęśliwie Jessica przyjęła Catherine Ezmo na klatę. Do Baldricka podszedł jeden z patologów.
- Sierżant Mendoza – przywitał się jeden z mundurowych, którzy warowali przy taśmie, wyciągając dłoń na powitanie. – Rozumiem, że jesteście z Wydziału Specjalnego? Nie spieszyło się wam, chłopaki?
Marlon przez chwilę zastanowił się nad jego słowami, nieśmiało ściskając dłoń sfatygowanego policjanta.
- Vilain. Rzucę tylko okiem. - zadeklarował i skierował się ku zaułkowi.
Gdy dojrzał miejsce, gdzie krzątali się technicy, odwrócił się na pięcie i dyskretnie łyknął szkockiej. Policzył do piętnastu i dopiero wtedy zebrał się na odwagę.

Na początku rzucił pobieżnie okiem na cały zaułek. Marlon doliczył się osiemnastu zabezpieczonych miejsc, wraz z częścią gdzie znaleziono głowę panny Watermann.
Ściany pokryte były zwyczajnymi graffiti, takie jakie można znaleźć w każdej dzielnicy.
Marlon doszedł aż do końca alejki, do jednego z dwóch wyjść. Brama prowadziła do drzwi w pobliżu których znajdowały się kontenery na śmieci.
Już nawet nie śmierdziało, po prostu capiło.
Reporterzy, technicy, patolodzy, pieski. Ah, potrzebuję szumu!
Wrócił do barierek, w poszukiwaniu Mendozy.
- Sierżancie Mendoza! - zwrócił jego uwagę Marlon - Dwa pytania, jeśli mogę.
Co to za budynek po tamtej stronie zaułka? Tylne wyjście? I kto znalazł ciało?
Jak się okazało był to nieczynny teraz lokal, tylnim wyjściem wynoszono z niego śmieci. Ofiarę znalazł sprzątacz, który został odesłany do domu. Po zapisaniu adresu w zeszycie, Marlon odszedł w cień, nucąc pod nosem.
 
__________________
moja postać =/= ja // Tak, jestem kobietą.
Imuviel jest offline  
Stary 27-04-2010, 10:50   #10
 
Suriel's Avatar
 
Reputacja: 291 Suriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skał
- Jess twój tyłeczek słodko wygląda w tych spodniach kociaku. Może skoczymy na coś mocniejszego kiedy skończymy na dziś?- usłyszała za plecami.
- A co Clause fundusze się skończyły i na krzywy chcesz się załapać? - rzuciła na odczepnego, zebrała swoje rzeczy i ruszyła do wyjścia.

--------------------------------------------------------------------------
- Dobra chłopaki najlepiej będzie jak weźmiemy wóz Marlona, wszyscy się zmieścimy - rzuciła Jess wychodząc na parking.

Usiadła na tylnym siedzeniu i zaczęła studiować akta sprawy. Całą drogę jechali w milczeniu, każdy zajęty własnymi myślami, czy to o śledztwie, czy o wydarzeniach poranka.

Z daleka ujrzeli kłębiący się tłum dziennikarzy, żółte taśmy policyjne i mundurowych krzątających się w zaułku.

- Hieny na miejscu jak zwykle - rzuciła Jess na widok dziennikarzy próbujących sforsować policyjne barierki.

Wysiadając z samochodu usłyszała.

- Pani Kingston. Jak się cieszę, że panią widzę? Ponoć zabito tutaj młodą dziewczynę i poszatkowano jej ciało na części? Co może pani nam powiedzieć w tej sprawie?

- Idźcie, zaraz do Was dołączę - rzuciła do chłopaków, odwracając się w stronę nadciągającej „pomarańczowej małpy”.

- Witam Panią, Pani Ezmo. Widzę że nawet w niedziele jest Pani na posterunku dziennikarskim, pragnąc na bieżąco informować społeczeństwo - rzuciła Jess z wymuszonym uśmiechem na twarzy.
- Tak jak i Wy służymy dla dobra nas wszystkich. Pani łapie przestępców a ja to opisuje żeby zwykli ludzie mogli czuć się bezpiecznie w naszym pięknym mieście. - Ezmo stała już przed Jess z kartką, długopisem i wzrokiem rządnym sensacji.
- Więc co może mi Pani powiedzieć o sprawie funkcjonariuszko Kingston - ponowiła pytanie.
- Na tym etapie śledztwa nie mogę udzielić Pani żadnych informacji dotyczących tej sprawy - odparła Jess uprzejmie - obie nie chcemy żeby zwykli ludzie zostali źle poinformowani, a prasa musiała zamieszczać sprostowania - uśmiechnęła się do pozostałych dziennikarzy pojawiających się za plecami Ezmo.
- Śledztwo jest w toku, a wszelkich informacji udzieli Państwu nasz rzecznik prasowy na jutrzejszej konferencji prasowej w Ratuszu. Mam nadzieję że będziemy mogli przedstawić Państwu wstępne informacje zebrane podczas śledztwa. Nie będzie to jednak możliwe, jeżeli będą Państwo przeszkadzali funkcjonariuszom w wykonywaniu ich pracy - spojrzała w oczy Ezmo.
- Zapraszam jutro, a teraz pozwolą Państwo że wrócę do swoich obowiązków - pożegnała się uprzejmie i przeszła przez taśmę wchodząc w zaułek.

Jess wiedziała, że nie zjednała sobie tym sympatii Caterine Ezmo. Miała to gdzieś, nie lubiła dziennikarzy od czasów sprawy z jej rodziną - rządne sensacji sępy. Najpierw udają że współczują, zadają pytania, uśmiechają się, a potem piszą same kłamstwa.. - zatopiła się we wspomnieniach które natrętnie powracały w jej umyśle. Przystanęła za kontenerem, z dala od natrętnych spojrzeń i zaczęła głęboko oddychać żeby uspokoić nerwy i oczyścić umysł przed tym co ją czeka na końcu zaułka.
 
Suriel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166