Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-08-2010, 09:32   #1
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24798 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[18 + Zew Cthulhu] - MISTERIUM

NARRATOR
„Cafe la Corte” była niewielką kawiarenką, leżącą nieco na uboczu, lecz zaledwie kilkadziesiąt kroków od dumnej i ruchliwej High Street. Spotykali się w niej literaci, studenci oraz zakochani, bowiem znajdowała się zaledwie o dwie przecznice od Uniwersytetu Bostońskiego. Jej wystrój był dość skromny, lecz mógł się podobać. Siedzący samotnie przy stoliku mężczyzna po trzydziestce najwyraźniej na kogoś oczekiwał, bowiem jego wzrok często biegał pomiędzy wysoki, kopertowym zegarem, a wejściem do kawiarenki. Przed nim stała opróżniona do połowy filiżanka, lecz siedzący nie zwracał na nią uwagi. Siedział, paląc papierosa i wyczekując nadejścia tych, z którymi chciał się podzielić swoimi obawami. Twarz siedzącego była poważna, skupiona, kąciki ust zaciśnięte, sylwetka zdradzała napięcie. Kiedy drzwi się otworzyły i weszła przez nie jakaś para młodych ludzi, najwyraźniej mających się ku sobie, mężczyzna najpierw podniósł wzrok, lecz szybko stracił zainteresowanie. Najwyraźniej nie czekał na nikogo z nich. Jednak, kiedy para siadła, zamówiła kawę i zaczęła rozmawiać mężczyzna chcąc nie chcąc zainteresował się ich dialogiem.
- Mówię, ci że mnie uczył – zarzekała się dziewczyna. – Antropologii.
- Ten szaleniec – powiedział chłopak – Ten, co zmasakrował swoją dziewczynę dzisiaj w nocy.
- Tak. Pan Prood.
- Nie bałaś się chodzić na zajęcia? W gazecie pisali, że leczył się w domu dla obłąkanych.
- Był miły.
- Powiedz to tej dziewczynie, którą zaszlachtował.
Rozmowa ucięła się, kiedy kelnerka przyniosła kawę.
- A jak tam sesja... – zmienił temat chłopak.
Oczekujący mężczyzna przestał podsłuchiwać. Zaciągnął się papierosem, pociągnął kolejny łyk kawy i wezwał kelnerkę.
W końcu, przez drzwi przeszły osoby, na które czekał Teodor. Wszyscy, którzy wykonali do niego telefon tego samego ranka. Wszyscy, którym na sercu leżało dobro ich wspólnego przyjaciela, Victora Prooda. Prawdopodobnie jedyne osoby w całym mieście, które miały wątpliwości. Jedyne, którym zależało. Stypper najpierw przywitał się z jedyną damą w towarzystwie. Wstał, ukłonił się, odsunął krzesło. Znali się z panną Amandą dość dobrze. Wiedział, że była w dalekiej linii spokrewniona z jego przyjacielem, więc traktował ją z wyjątkowym szacunkiem. Potem mocnym uściskiem ręki powitał swojego przyjaciela z czasów szaleństw Wielkiej Wojny. Dwa lata walki obok siebie potrafią zmienić człowieka. Ich zmieniła. Potrafili porozumiewać się bez slow. Teraz tan silny uścisk, nader oschły dla innych patrzących z boku, wyrażał całą gamę emocji. "Witaj, Walter. Dobrze cie tu widzieć" mówił. Stypper znal też tęższego jegomościa. To był Herbert J. Hiddink - wydawca i sponsor prac Prooda. Teodor prze chwilę studiował twarz starszego mężczyzny, jakby próbował zrozumieć jego obecność na tym kameralnym spotkaniu, lecz w końcu przywitał się z nim uprzejmie i miło. Nie znał jedynie starszego mężczyzny w okularach i młodego mężczyzny, niemal chłopaka, ale domyślił się kim są. Przyjaciel i student. Cóż. Nie można mieć wątpliwości. Wszyscy siedli przy większym stoliku, a uprzejma kelnerka przyniosła zamawiane kawy i herbaty. Wtedy zaczęli rozmawiać.
- Policja ma niepodważalne dowody, szanowni państwo - powiedział Stypper. - Narzędzie zbrodni, krew, obecność i zachowanie Victora nad ciałem w bocznej uliczce nieopodal North End Park. Zachowywał się jak szaleniec. Zaatakował policjanta. Został postrzelony w nogę, o czym nikt w zasadzie nie wie. Ja jednak wierzę, że Victor tego nie zrobił. Mam teorię, że znalazł ciało swej przyjaciółki, wiem ze był blisko z tą dziewczyną przed tym, tym, nieszczęściem. Znalazł i wpadł w załamanie nerwowe. Może podniósł nóż i wtedy zjawiła się policja. Może policjanci posunęli się za daleko. Dużo hipotez.
Zamilkł na kilka chwil spoglądając na was, jakby szukał w waszych twarzach zrozumienia.
- Powiem szczerze. Nie stać mnie na usługi prywatnego detektywa, lecz chcę przeprowadzić własne śledztwo. Zebrać dowody niewinności Victora, bo policja nie zrobi niczego, ponieważ jej zdaniem ma już sprawcę. Statystyki śledztwa. Sam jednak sobie nie poradzą. I stąd moja radość, kiedy zadzwoniliście. Pytanie wprost, czy mogę liczyć na Państwa wsparcie i pomoc w tej dość trudnej sprawie? A jeśli tak, to jakie macie Państwo pomysły? Ja swoim podzielę się chętnie później. Za oknem słychać było cichy szum miasta, a deszcz coraz mocniej spływał po witrynie kawiarni. Czekał na odpowiedź ludzi przy stoliku.

AMANDA GORDON
Boston powoli podnosił się ze snu aby rozpocząć jeszcze jeden dzień. Wiatr wiejący od morza przyniósł zapach ryb, soli oraz rozkładających się odpadów z portowych knajp. Krążące od rana, w poszukiwaniu resztek pokarmu, mewy swoim głośnym krzykiem obudziły nabrzeże South i East Boston, które w krótkim czasie zapełniło się gwarem handlarzy oraz kupujących. Zaraz potem pojawiły się auta, przechodnie… i parasole. Opustoszałe dotąd ulice wypełniły się ludźmi spieszącymi za swoimi sprawami. O bruki zastukały koła powozów a klaksony aut wybudzały resztę śpiochów. Pomiędzy śpieszącymi się przechodniami miarowym, spokojnym krokiem krążyli policjanci w granatowych mundurach, pilnujący porządku, a w cały ten gwar włączały się jeszcze okrzyki gazeciarzy zachęcających do kupna porannej gazety. Czerwiec w Bostonie zapowiadał się deszczowo. Niektórzy mówili, że to zasługa morza, inni, że to urok tego miasta. Cokolwiek by o tym nie mówić, to deszcz, szczególnie tego dnia, znaczył ulice kałużami. Amanda obudziła się tego dnia wyjątkowo wcześnie. Zwykle budziła się, kiedy w pobliskim kościele dzwoniono na mszę o dziesiątej. Ten poranek miał być jednak inny. Przeciągnęła się leniwie w łóżku i zadzwoniła po pokojówkę. Młoda dziewczyna, zarumieniona od pośpiechu ze zdziwieniem, które próbowała zatuszować pojawiła się w drzwiach sypialni Amandy.
- Panienka życzy?
Amanda uśmiechnęła się pogodnie i odrobinę zachrypniętym, ale ciepłym głosem powiedziała:
- Śniadanko Jane, jestem piekielnie głodna. I poproszę prosto do łóżka. – po chwili wahania dodała - Achhhh… i przynieś mi proszę jeszcze dzisiejsze wydanie „Daily Telegraph”. Dzisiaj miały się ukazać kolejne fotografie, które Amanda zrobiła na zlecenie gazety. Chciała sprawdzić, czy wydawca faktycznie umieścił je już na 3 stronie. Służąca śpiesznie zniknęła za drzwiami, aby po dziesięciu minutach ponownie się pojawić z tacą pełną smakołyków i dzbankiem świeżo zaparzonej kawy, którą zaraz ustawiła zgodnie z życzeniem „panienki” na łóżku. Na stoliku nocnym położyła jeszcze gazetę i dygnąwszy ponownie zniknęła. Amanda nalała sobie kawy do filiżanki i ugryzła świeżego, chrupiącego rogalika. Potem sięgnęła po gazetę 17 czerwca 1921 roku. A 2 sekundy potem dostrzegła tytułowy artykuł: „Znany nauczyciel - mordercą!”
Wysoka, przystojna i elegancko ubrana blondynka wysiadła z taksówki, tuż obok kawiarenki „Cafe la Corte”. Mimo iż delikatny makijaż gustownie pokrywał jej twarz, nie sposób było nie zauważyć nienaturalnej bladości jej cery. Smutek widoczny w jej dużych zielonych oczach, sugerował komuś, kto zerknął pod jej parasol, że kobieta nie rozpoczęła tego dnia przyjemnie. Amanda zatrzymała się na chwilę na chodniku i zamyśliła.
Victor był dla niej oparciem kilka lat temu, kiedy myślała, że oszaleje z rozpaczy po stracie brata. Wtedy on uwierzył jej, że Edmund nie mógłby popełnić tego morderstwa. Teraz znowu znalazła się w podobnym punkcie, kiedy to sam Victor oskarżony został o popełnienie podobnie ohydnego czynu. Nie mogła i nie chciała w to uwierzyć. Kontaktując się dziś rano z Teodorem Stypperem, bliskim przyjacielem Victora liczyła… no właśnie na co? Musiała udowodnić niewinność kuzyna i złamać jakąś okropną klątwę, która ciążyła nad jej rodziną. Co raz bardziej w nią wierzyła! Poprawiła nerwowo rękawiczkę i zdecydowanym krokiem weszła do kawiarenki. Rozejrzała się w progu i dostrzegłszy Styppera, zbliżyła się do niego. Z lekkim zdumieniem zdołała kątem oka dostrzec, podchodzących również do stolika, przy którym siedział Mr. Stypper czterech obcych jej mężczyzn. Najwyraźniej Teodor Stypper zorganizował większe spotkanie. Przywitała się z nim serdecznie, skinęła głową pozostałym panom i zajęła miejsce przy stoliku. Stypper w skrócie upewnił ją o tym o czym sama była pewna. Victor nie mógł w żaden sposób zamordować człowieka, a tym bardziej ukochanej kobiety. Dlatego jako pierwsza zabrała głos:
- Pozwolicie panowie, że się przedstawię. Nazywam się Amanda Gordon i jestem daleką kuzynką Victora Prooda. Cieszy mnie niezmiernie, że Victor ma w swoim otoczeniu ludzi, którzy tak jak i ja przekonani są o jego niewinności. Chętnie pomogę, w miarę swoich możliwości w odnalezieniu dowodów, które potwierdziłyby nasze zdanie. Czy któryś z panów orientuje się może co działo się z moim kuzynem w ostatnim czasie i nad czym pracował? – nie czekając na odpowiedź dodała jeszcze – Myślę, że dobrze by było również dowiedzieć się, na jakiej podstawie doktor Arcadius Petroturekulus postawił swoją diagnozę. Mogłabym zorganizować wywiad z owym doktorem… Popytam również na policji. Może uda się wyciągnąć od nich jakieś informacje czy ewtl. niesprawdzone ślady. Popatrzyła pytająco na pozostałych uczestników spotkania.

HERBERT HIDDINK
Podróż z domu na przedmieściach do centrum dłużyła się nieznośnie, a jego nowy bentley poruszał się nieznośnie powoli w masie fordów T. Krople deszczu coraz natarczywiej stukały o brezent dachu.
- Powinni montować w samochodach radio. Przynajmniej człowiek by czegoś ciekawego posłuchał. – mruknął Herbert dociskając pedał gazu, by zdążyć przejechać skrzyżowanie przed ciężarówką. Minęło równo czterdzieści minut nim dotarł do biurowca Doubleday & McClure Company przy Franklin Street i był to jak dotąd rekord powolności. Jak co dzień wszedł do swojego gabinetu na dziesiątym piętrze i zasiadł za biurkiem, by przeczytać najnowszą prasę. Przez otwarte drzwi rzucił tylko w stronę swej sekretarki panny Morgan.
- Kate przynieś coś zimnego.
Nim przyszła wziął do ręki Boston Herald i osłupiał widząc na pierwszej stronie artykuł o Viktorze Prood.
- Ci jest u diaska ?! – zawołał sięgając po Boston Globe, tylko po to by się przekonać, że i tam opisana jest w podobnym tonie historia morderstwa.
- To jakiś absurd. – czytał przebiegając wzrokiem tekst. – Niepoczytalny ? Niech szlag trafi tych pismaków. Banda debili.
Zmiął gazetę i rzucił w kąt, by wstać i nerwowo zacząć chodzić po pokoju. Zatrzymał się tylko na chwilę, by zapalić hawańskie cygaro. Ta czynność zwykle go uspokajała. Gdy był już pogrążony w tytoniowym dymie stanął przed oknem spoglądając na pogrążone w deszczu miasto. Z zamyślenia wyrwał go głos Kate :
- Szefie lemoniada. Włączyć wiatrak ?
- Co takiego ? A … tak, tak włącz mała.
Aresztowanie Prooda odbyło się w najgorszym dla Hiddinka momencie. Nie mógł sobie pozwolić na stratę zaliczki, jaką dał mu na badania i bynajmniej nie chodziło tylko o te pięć tysięcy dolarów, ale o jego reputację. Ostatnio miał kilka nietrafionych inwestycji i jeszcze jedna wpadka mogła go pogrążyć. Musiał udowodnić, że Victor jest nie tylko niewinny, ale i w pełni poczytalny. Gdyby był niespełna rozumu sąd siądzie na jego finansach i Herbert nic nie odzyska, a to była opcja która mu zdecydowanie nie odpowiadała. Zaciągnął się jeszcze raz dymem z cygara i wrócił za biurko. Wentylator dawał już nieco chłodu, ale i tak czuł, jak ubranie lepi mu się do pleców. Wyjął z biurka notes i zaczął wertować kartki. Po chwili mruknął zdenerwowany.
- Ja on się do cholery nazywał ?
- Kto szefie ? – spytała Kate sprzątając rzuconą przez Herberta gazetę.
- Kumpel Prooda. Trepper … Stepper …
- A nie Stypper ? – spytała sekretarka wskazując palcem zapisane na stronie notatnika nazwisko.
- Taaa … Teodor. – mruknął Herbert sięgając po słuchawkę.
Na szczęście mężczyzna był po drugiej stronie aparatu i wkrótce Hiddink umówił się na spotkanie.
- Zamów taksówkę mała. – stwierdził Herbert po zakończeniu rozmowy z Stypperem.
- Nie jedziesz tą swoja wypasioną furą szefie ? – Kate uśmiechnęła się bezczelnie.
- Nie. Jestem zbyt wku … zdenerwowany, by prowadzić i wściekać się na tych pieprzonych fordziaży.
Odetchnął ciężko i sięgnął do biurka po butelkę whisky. Prohibicja, prohibicją, ale musiał się czegoś napić. Z resztą ustawa nie zabraniała samego picia. Kawiarenka nie znajdowała się daleko od jego biura na Franklin Street, pomimo tego Herbert jednak podjechał taksówką. Nie miał zamiaru wystawiać się na działanie deszczu i tego przeklętego upału. Pomimo tego wchodząc do środka był cały mokry i dysząc ciężko ocierał z czoła i karku pot wielką, kraciastą chustką. Już dawno odzwyczaił się od upałów i taka pogoda mocno dawała mu się we znaki. Uścisnął dłoń Teodora z nieco obcesowym :
- Witam Stypper.
Resztę przywitał niedbałym skinieniem głowy. Rozsiadł się wygodnie i zamówił colę. Wokół tego pięćdziesiąt letniego mężczyzny unosiła się przedziwna mieszanina zapachu potu, kosztownych perfum i tytoniu. Herbert cały czas trzymał w dłoni nadpalone cygaro, które wpakował sobie do ust, gdy tylko wypił jednym haustem zamówiony napój.
- Cieszę się że wszyscy są podobnego zdania. Znam Prooda i dla mnie cała ta historia to kompletna bzdura. Oczywiście że pomogę. Ten facet by muchy nie skrzywdził. Z całą pewnością ktoś go wrobił. Nie uwierzę też w jego niepoczytalność. Kompletny nonsens. Trzeba iść do tego jego adwokata i spróbować porozmawiać z Victorem. On może nam załatwić widzenie. Sam nie znam się na prawie, no chyba że ktoś z państwa ? – spytał przyglądając się rozmówcom.
- A wracając do pani pytania panno Gordon, to z tego co się orientuję Prood miał się zająć badaniami antropologicznymi indian Mohawe. Na ten projekt przynajmniej dostał ode mnie zaliczkę. Skoro jednak aresztowano go w Bostonie, to jak przypuszczam niewiele zdziałał w tym kierunku. - Herbert sapnął unosząc pustą szklankę do góry i wołając na kelnerkę.
- Hej słonko. Przynieś mi jeszcze coli.

LEONARD D. LYNCH
"Boston...tak, to definitywnie smutne miasto, smutnych ludzi...wiesz?" Chłopak zaczął nerwowo podbiegać... "Mam nadzieję, że pan Alderman nie wyrzuci nas za to...no wiesz, za poranek". Zaczął biec, deszcz lał się już strumieniami, mimo tego chłopak swój parasol trzymał ciągle pod pachą, deszcz mu kompletnie nie przeszkadzał...gorzej było z zaduchem, który ogarną całe miasto, gazetę zgubił ulicę wcześniej "I tak to co tam pisali to stek bzdur..." Przystanął przed księgarnią naprzeciwko kafejki, poprawił włosy, co doprowadziło je do jeszcze gorszego stanu niż wcześniej i wszedł, dzwonek uwieszony nad drzwiami dał sygnał właścicielowi. Stary mężczyzna wyszedł z zaplecza, jak zawsze w tym samym swetrze i szortach w których wyglądał jak jakiś brytyjski piechur, prosto z Indii...lub innego dalekiego kraju. Razem z jego wejściem, pomieszczenie wypełnił miły zapach palonej mieszanki tytoniu prosto z fajki:
-Dzień dobry panie Taylor- zaczął podchodząc do kasy
-Witaj, Leonardzie...-nastąpiła pauza urozmaicona zaciągnięciem się fajką
"Wiesz jak nie znoszę mojego imienia, prawda?"
-Co cię tu sprowadza chłopcze? Dziś siedemnasty...przecież chciałeś urlopu- starzec przyglądał się coraz bardziej podejrzliwie
-No właśnie...bo widzi pan, dziś jest siedemnasty, piątek no i...
-No i co?- wysapał dziadek cedząc przez zęby każde słowo osobno
-Wypłata- tak, to było uderzenie prosto z mostu...właściciel księgarni od razu zburaczał, był prawdziwym, konserwatywnym sknerą
-Wiedziałem, to było oczywiste, teraz nic nikogo nie obchodzi tylko ciągle pieniądze, gdy wyjdę na ulicę ciągle słyszę...pieniądze tu, pieniądze tam...-po kilku minutach zawodzeń ustąpił...uschłą ręką wręczył chłopakowi kopertę.
-Dziękuję i do widzenia- był swobodny, jego pracodawca był jedną z trzech osób na tym świecie z którymi potrafił bez problemu rozmawiać...
Nieśmiało chwycił za klamkę, kawiarnia nie była zbyt duża...z resztą był tu już kilka razy...w końcu jest studentem, a to miejsce było i jest identyfikowane z rzeszami młodych ludzi z uniwersytetu. Swój parasol powiesił na drewnianym wieszaku tuż przy wejściu. Płaszcz, mimo iż przemoczony zostawił na sobie, niezbyt lubił zostawiać swoje rzeczy bez opieki. Wyciągnął swoją długą szyję po czym zaczął rozglądać się po lokalu dokładnie oglądając twarz każdego klienta kawiarni:
-Hej, Douglas, dawno cię tu nie widziałam- znał ten głos...ma diabelnie dobrą pamięć do ludzi
-Witaj L-Lucy- zająknął się z nerwowym uśmiechem
-Co u ciebie? A co ważniejsze, co tu robisz? Wiem, jest lato ale miałeś chodzić na jakieś wykłady, prawda?
-Eee, tak, z antro- zaciął się, normalnie nie miał problemów z wyrazami typu "antropologia", czy nawet "heksakosjoiheksekontaheksafobia", jednak w kontaktach z kobietami nie było zmiłuj...zawsze się zacinał-ale, no wiesz, profesor-dziewczyna na te słowa zrobiła dość przygnębioną minę:
-Tak, rozumiem, tak czy inaczej, co cię tu sprowadza?- ożywiła się nagle...wiedziała jak bardzo Douglas był przywiązany do swojego nauczyciela, wiedziała także, że to on pomógł mu dostać się na studia, mimo jego problemów, dlatego też zagrała smutek...nie zależało jej na prawdzie, chciała wierzyć w brednie z gazet...chłopak zacisnął zęby
"Wiem że powinniśmy się uspokoić...ale ona, widzisz jaka ona jest...jakie jest to całe miasto"
-Szukam Teodora Styppera- dziewczyna uniosła brwi w akcie zdziwienia, po czym bez słowa kiwnęła głową w stronę mężczyzny siedzącego samotnie przy jednym ze stolików. Tak, to był on...pamiętał go z wykładu, kiedy przyszedł odwiedzić profesora.
-Zrobił dwa kroki po czym spostrzegł czworo całkowicie nieznanych mu ludzi, którzy w ciągu tych kilku sekund zagnieździli się wokół Styppera...starał się na nich nie patrzeć, unikał kontaktu wzrokowego...stanął po prawej przy Teodorze i usiadł bez słowa.
Przygarbiony, na końcu krzesła słuchał tego o czym mówili, przy okazji obok nich przeszła Lucy:
-Douglas, pijesz coś?- zagadnęła
-Eee, nie, dziękuję- odburknął po czym spojrzał na swoich rozmówców
"Mówić? Poczekaj, muszę najpierw ułożyć to sobie w głowie...nie chcę, żebyśmy wyszli na idiotów"
Chłopak kiwnął się na krześle po czym wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów, po czym chwycił jednego prosto w usta, a paczkę położył na stoliku, odpalił zapałkę po czym wciągnął dawkę gryzącego dymu do płuc..może nie tyle go to odprężało co pozwalało na łatwiejsze wysławianie się...papierosy zawsze działały na niego w jakiś pozytywny sposób
-Co do policji, emm- zaczął- chyba mogę pomóc, mój ojciec pracuje jako komendant na Harrison Avenue...to kawałek drogi, ale myślę, że się opłaci- tak, papierosy definitywnie pomagają mu w rozmowie- a co do pr...profesora- przerwa na zaciągnięcie się- miał dziś prowadzić wykład. "Cholera i nic mi nie mówisz? Co za gafa..."Szybko pochwycił paczkę Marlboro po czym spojrzał na resztę
- Mam na imię Leo...to znaczy Douglas...poczęstują się państwo?

WALTER CHOPP
Walter Chopp nie mógł się spodziewać, że ten dzień będzie inny od pozostałych, które apatycznie snuły się od kilkunastu miesięcy, czyli od czasu zniknięcia Victora. Jak zwykle o szóstej rano obudził go budzik i jak zwykle nie miał siły, żeby wstać - bo po co? Kolejny dzień bez sensu, kolejny dzień, w którym trzeba iść do pracy, później wrócić i... znowu czekać na następny dzień. A w międzyczasie zastanawiać się, po co to wszystko...
A dzisiaj rano znienawidzony głos budzika wyrwał go nie tylko ze snu, ale jeszcze rozwiał zapach Muriel, żony Waltera, który bardzo realnie śnił mu się przez całą noc, wywołując błogi uśmiech na jego twarzy. Uśmiech, który przez ostatnie kilkanaście miesięcy chyba w ogóle na niej nie gościł. Smażąc sobie jajko na maśle, obserwował przez okno lejące się z nieba strugi wody i zastanawiał się, jak to możliwe, że od rana tak leje, a i tak w powietrzu wisi straszna duchota. Jajko zjadł w ogóle tego nie zauważając i spojrzał z niechęcią na wełniany garnitur wiszący na szafie... No cóż trzeba iść. Zszedł cztery piętra w dół, jak zwykle złapał taksówkę, solidnie przy tym moknąc i w niecałe dziesięć minut minut dojechał do sklepu Hollinsa. Przed wejściem dla pracowników jak zwykle kupił Boston Heralds od gazeciarza i strzepując z ubrania grube krople wody wszedł po schodach na szóste piętro, gdzie mieściło się jego biuro z tabliczką na drzwiach: Walter Chopp - referent.
Podchodząc do wieszaka, gdzie zostawiał swój kapelusz i marynarkę rzucił gazetę na biurko zaraz obok sterty papierów, które zawsze co rano niego czekały. Stanął przed oknem i poluzował krawat obserwując budzące się do życia miasto. "Czy deszcz, czy śnieg, i tak ciągle to samo... wszyscy gdzieś idą..." - pomyślał i podszedł ze zrezygnowaniem do biurka. Szybki rzut oka na pierwszą stronę gazety i... nagle poczuł pulsowanie na szyi, a twarz zalała się czerwienią, musiał jeszcze bardziej poluzować kołnierzyk. "Piszą o Victorze..., niemożliwe..." - przebiegał szybo oczami cały tekst w tę i z powrotem ciągle mówiąc do siebie: "niemożliwe... niemożliwe...".
W tym samym momencie stanęły mu przed oczami całe trzy lata, cały ten czas po wojnie stanął jak żywy. Stał wyprostowany z gazetą w ręku i patrzał na zamordowaną Muriel w ich sypialni, na zakrwawione łózko, po tym, jak ją już zabrali, na pustkę, jak zapanowała w jego życiu i na Victora Prooda, który przywrócił mu spokój, przywołując ją z powrotem i znowu tę pustkę, kiedy Victor zniknął. "Victor... Victor... przecież on tego nie zrobił... to niemożliwe..." I dopiero po chwili zrozumiał, że przecież wreszcie dowiedział się gdzie on w ogóle jest. "Muszę do niego dotrzeć, jeśli zdołam mu pomóc, to znowu odzyskam Muriel. Myśl. Myśl człowieku. Tak! Trzeba skontaktować się ze Stypperem". Do kawiarni wchodził podekscytowany. Ucieszył się na widok towarzysza niedoli wojennej i trochę onieśmielił na widok pozostałych.
-Dzięki, ja skorzystam - odpowiedział Leonardowi, młodemu studentowi, który wyciągnął w jego kierunku paczkę papierosów. -Dawno tego nie robiłem, ale chyba wreszcie przyszedł czas na porządnego papierosa.
I głęboko się zaciągnął.
-Zrobię wszystko, żeby pomóc Victorowi, bo ten pomógł mi w najgorszych chwilach mojego życia. Moja żona została zamordowana trzy lata temu dokładnie w ten sam sposób, jak to opisali w dzisiejszej prasie. Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale Victor potrafił nawiązać z nią kontakt już po jej śmierci. Zrozumcie, gdy on siedział ze mną w pokoju, czułem się tak, jak gdyby ona też tam siedziała. Policja nic oczywiście nie ustaliła na temat jej zabójstwa, ale Victor cały czas opowiadał coś o jakichś misteriach, ceremoniach, czy czymś takim - niewiele wtedy z tego zrozumiałem. Ale wydaje mi się, że rzeczywiście pierwsze co, to powinniśmy postarać się do niego dostać do więzienia.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 19-05-2011 o 13:09. Powód: odtworzenie 1 postu - niestety bez Gryfa :-(
Armiel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169