Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-09-2010, 16:37   #1
Szara Eminencja
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 3594 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Cena Życia II


[MEDIA]http://sites.google.com/site/muzykadosesji/Home/Cena2.mp3[/MEDIA]

Środa, 26 październik 2016. 8:45 czasu lokalnego.
Darrington, granica parku narodowego.


Jesień tego roku nie była w stanie Washington zbyt piękna. Tak po prawdzie nigdy nie była piękna, jak to zawsze daleko na północy, w ostatnim zakątku Stanów Zjednaczonych, jeśli nie liczyło się odgrodzonej i mroźnej Alaski. Niewielu było chętnych do odwiedzania tych miejsc, a stali mieszkańcy narzekali rok w rok, gdy tylko resztki słabego lata odchodziły w niepamięć. Pod koniec października bliżej tu już było zimy, ale to nie zima tym razem spędzała sen z powiek. Przez wirusa X zima wyglądała jak bezbronny bobas naprzeciw rozpędzonego, wściekłego niedźwiedzia Grizzly.
Na szczęście do takich miejsc, jak niewielkie, położone na uboczu miasteczko Darrington, wieści przychodziły ze sporym opóźnieniem, zwłaszcza, gdy ktoś nie słuchał radia i nie oglądał telewizji. Których, rzecz jasna, teraz już i tak nie było. Przynajmniej nie tu, w górach, gdzie zwykle dobrze odbierała jedna, może dwie radiowe stacje. Większość tutejszych otrzymała więc jednodniowe odroczenie, zamieszanie zwalając na to samo, co kiedyś wywoływało ptasią, świńską czy krowią grypę.

W końcu jednakże groza dotarła także do nich.
A była już rozpędzona...


Ani lekarz, ani Snow nie wyglądali na głupków. Mogli nie wiedzieć co dokładnie dzieje się w miastach, gdzieś dalej poza rezerwatem, ale swoje musieli widzieć, inaczej przejazdu nie blokowałby zupełnie nikt. Hallis pokiwał głową na słowa Liberty.
- W takim razie rozumiem, czemu akurat tutaj. Skoro nas znasz... to pewnie nie mamy powodów do niepokoju. Pojadę z wami, Green zabierze pozostałych do naszego miasteczka. Na pewno ktoś się nimi zajmie. Jak tam z tym rannym?
Lekarz pokręcił głową, kończąc bandażowanie.
- Miał szczęście, może przeżyje. Przydałby się chirurg, ale w swoim gabinecie zrobię ile będę mógł. Tylko musimy go szybko zabrać.
Nie było sensu się zastanawiać. Dorothy podeszła do siostry. Trzymała się jakoś, zapewne uczepiona nadziei.
- Zabiorę dzieci. Wracajcie szybko.
Spróbowała się uśmiechnąć, ale nie do końca jej to wyszło. Wzięła kluczyki do Hummera, zabierając dzieciaki. White'a położono na tylnym siedzeniu, Green miał swój samochód. Odjechali.

Maria nie odzywała się przez ten czas, zapisując coś na kartce. Potem podała ją Hallisowi.
- To lista rzeczy, które można zdobyć w sklepach, potrzebne mi albo te, albo podobne. Prócz tego niezbędna będzie bardzo dobrze zaopatrzona apteka... i szpital, przynajmniej szpital. Bo inne wyjście, to tylko jakieś naukowe laboratoria, ale nie chciałabym wracać do tych Umbrelli, a nie znam innych. Mam jeszcze materiału na kilka szczepionek, ale musielibyście wybrać tych kilka osób. Gdybym miała z czego, jestem w stanie zrobić znacznie więcej.
Snow skinął głową, ale zastanawiał się jeszcze chwilę.
- Szpital najbliższy jest w Arlington, ale możemy najpierw zdobyć ile się da tutaj na miejscu. Znam kilku ludzi, mogę popytać. Jak dużo mamy czasu?
- Jeśli to wybuchło wszędzie z taką samą siłą, pierwsze zarażenia mogą być już za kilka dni.
- Czyli musimy się spieszyć.

Wyszli, zdeterminowani do tego, by przeżyć.


Drugi dzień wolności. Senne i nudne Darrington witało z właściwym sobie entuzjazmem, którego brak wylewał się z każdego zakątka, aktualnie brudnej i zapuszczonej kempingowej przyczepy. Trochę się zmieniło przez pięć lat. Brak znaków sprzątania to był tylko wierzchołek lodowej góry. Zniknęła część dawnych sąsiadów i znajomych, chociaż Henk, który leżał obecnie na podłodze, nie wykazując jeszcze oznak budzenia się po libacji, pozostał taki sam jak dawniej. Zmieniła się zwłaszcza najbliższa okolica przyczepy, którą zresztą też ponoć chcieli zabrać. Miejsca dla turystów, wykwitły dookoła małe domki, teraz w większości puste. Ze dwa zajęły ubogie rodziny, jakieś nieliczne zajmowali obcy, których pod koniec października nie było co prawda w ogóle, ale, zwłaszcza w lato, pojawiało się całkiem sporo. Ciągnęło tu wielbicieli gór, lasów a także para- i motolotniarzy, którzy bez problemu korzystać mogli z tutejszego lotniska, płacąc grosze za wynajęcie pasa na kilka startów.
Tak czy inaczej, Jorg mógł uważać, że wcześniej kraniec miasta teraz stawał się nieco za bardzo zatłoczony. Ale cóż mógł powiedzieć? Garaż przenieść było łatwo, a przyczepę jeszcze łatwiej. Może będzie czas na znalezienie sobie innego miejsca?

Uniósł zdrętwiałą rękę, zastanawiając się co wwierca mu się w bolący łeb. Strącił pustą butelkę, która uderzyła w podłogę, ale wytrzymała, tocząc się powoli w kierunku twarzy Henka. Macał dalej, odnajdując stare, zdezelowane radio, które mimo wszystko wciąż miało niezłą moc. Teraz szumiało z potężną siłą, przypominając młot pneumatyczny. Pewien był, że jeszcze wczorajszego wieczora grała muzyka, może coś się przestawiło? Przekręcił głośność, z ulgą wypuszczając powietrze, gdy wreszcie umilkło. Wracały obrazy dnia poprzedniego. Nikt tu na niego nie czekał, nie oszukujmy się. Kilku kumpli, którzy albo się faktycznie ucieszyli, albo robili dobrą minę do złej gry. Byli jacyś nowi, ci zerkali podejrzliwie. Poszło kilka piw, a potem jeszcze podłe whisky, po którym butelka zatrzymała się wreszcie, pozwalając ciszy zalec w przyczepie.

Swen zwlókł się z łóżka, czując ciśnienie zbyt duże, by dało się pozostać w miejscu choćby chwilę. Kac wciąż wbijał mu gwoździe w mózg, ale otwarcie drzwi wpuściło powietrze do zatęchłego pomieszczenia. Wilgoć, wszystko było mokre. Już zapomniał jak tu jest. Deszcz musiał padać całą noc, ale teraz na dobrą sprawę przestał, pozostawiając lekką mgłę i zimno zapowiadające zimę. Jorgensten na razie jednak myślał o opróżnieniu pęcherza.


Green prowadził spokojnie, jadąc szutrową, górską drogą. Żwir chrzęścił pod kołami, tworząc przyjemny, uspokajający dźwięk, który Alexandrowi i tak nie przypadł do gustu. Cierpiał ciągle, mimo, że opatrzony i posmarowany jakąś maścią czuł się trochę lepiej niż jeszcze jakiś czas temu. Każdy mocniejszy podskok samochodu wywoływał paskudny ból i zgrzytanie zębów. Lekarz za to widział to nawet optymistycznie.
- W sumie masz szczęście. Bólu jest więcej niż samych obrażeń. Na plecach nie pośpisz, sportów też przez jakiś czas nie pouprawiasz, ale na moje to powinieneś się cieszyć. Nic ważnego ci nie przestrzelili. Już niedaleko.
Zjechali na boczną ścieżynę i szutr zastąpiony został ubitą drogą. Dorothy jechała tuż za nimi, reflektory hummera przebijały niewielką mgiełkę znacznie lepiej niż lampy starego forda, jakiego używał Green. Wszędzie dookoła był tylko las, prawie nic poza tym. No i serpentyny, podjazdy, zjazdy i inne nieprzyjemności, przy których mogło zrobić się niedobrze. Trwało to może z piętnaście długich minut, aż minęli kilka tablic i czerwony szlaban, teraz podniesiony.

Wioska Indian zupełnie nie przypominała wigwamów. Drewniane domy postawione były w tym samym stylu, co spora część tych w choćby Darrington. Było ich tu kilkadziesiąt, ale dokładnej ilości nie dało się określić - ulica ciągnęła się dalej po górzystym terenie, a rosnące wszędzie drzewa zasłaniały widoczność. Jechali jeszcze przez chwilę, zatrzymując się przy piętrowym budynku.
- To mój dom i gabinet jednocześnie. Możesz tu zostać na razie, potem znajdziemy wam lepsze miejsce.
Nagle od strony ulicy rozległ się krzyk. Jakaś kobieta biegła w ich stronę, trzymając się za przedramię. Jej koszula w tym miejscu przesiąknięta była krwią.
- Heveesa'e! Ugryzła mnie! Dzieje się z nią coś dziwnego... zamknęliśmy ją w pokoju, ale wali w drzwi. Zrobi sobie krzywdę!
Green zbladł jak ściana i bez słowa pobiegł w tamtą stronę razem z indiańską kobietą, równie czerwoną jak on sam. Przestraszona Dorothy zgasiła silnik, pomagając White'owi wyjść z samochodu. Reporter mógł na razie zrobić tylko po parę kroków bez podtrzymywania się i zginania.
- Co się stało? To... to doszło i tutaj?!
Panika nie ustępowała z jej umysłu.


John Green wstał później, niż zamierzał. Wczorajsza podróż wykończyła go bardziej, niż sam się tego spodziewał. A może to był po prostu tutejszy krajobraz, pogrążony w ciemnościach, zasnuty ciężkimi, burzowymi chmurami, z których deszcz wydawał się siąpić nieustannie. W broszurce zachwalającej Darrington wyglądało to oczywiście znacznie inaczej, tylko czy to miało jakieś większe znaczenie? Przybył tu na wypoczynek i na polowanie, do którego sprzęt wyładował już na łóżko małego, drewnianego domku, który wynajął jako bazę wypadową. Cena była bardzo niska, o tej porze nie było tu turystów. Biorąc pod uwagę zwykłą temperaturę zbliżającą się do zera nawet w środku dnia, nie było się co dziwić.
Świat w stanie Washington był niezwykle ponury.
Już w Seattle, gdzie lądował, było wyjątkowo paskudnie. Ludzie byli smutni i przygnębieni, deszcz zacinał, zimno przedzierało się przez cienką kurtkę, którą miał na sobie. Na szczęście nie musiał przedzierać się do Darrington samochodem - kilka awionetek wciąż latało, mimo gorszej pogody - wystarczyło się dogadać z jednym z pilotów i zapłacić. To było poprzedniego dnia, blisko już wieczora. A teraz zwlekał się z łóżka, czując tylko zmęczenie. Tu na prawdę można było popaść w depresję.

Nie miał wiele do zrobienia przed wyruszeniem. Łazienka miała na szczęście ciepłą wodę, a butla pod kuchenką - gaz. Tylko radio milczało, wydając z siebie wyłącznie jednostajny szum. Umyty, najedzony i ciepło odziany mógł wreszcie poczuć się trochę lepiej. Kilka szybkich spojrzeń na mapę ujawniło trochę wyznaczonych turystom tras, ale na ich końcach rzadko kiedy widniały oznaczenia schronisk. To stąd pomysł, by w ogóle wracać do miasteczka, zwłaszcza z co krótszych tras. Wszystko na wschód stąd wyglądało podobnie: góry i lasy. Nieistotne dla kogoś, kto chciał rozruszać kości i odpocząć na łonie przyrody. Z dala od ludzi i cywilizacji. Brak zasięgu w telefonie komórkowym jakby jeszcze miał zamiar to podkreślić, chociaż był prawie pewien, że jeszcze wczoraj był.
Spakował plecak, ładując do niego cały potrzebny sprzęt, wyłączając z tego prowiant, który wciąż musiał uzupełnić, a następnie wyszedł przed drewniany domek.


Mark George Stratton był spokojnym człowiekiem. Takie samo było też jego życie, w którym starał się stres zminimalizować, pozbawiając się także części przyjemności. Poprzedni dzień zmienił nieco tę rutynę. Ludzie plotkowali, wiadomości pokazywały wybuchy szału i paniki, radio ogłaszało rządowe komunikaty. Kraj wydawał się całkowicie wariować, czego w sennym Dariington nie było widać zupełnie. Odwalił swoją dniówkę i wrócił do domu. Już nie raz tak panikowano z powodu jakiejś pierdoły.
Tamten wieczór spędził samotnie, dokładniej mówiąc - w swoim własnym garażu, grzebiąc jak zwykle w ukochanym Mustangu. Niewiele słyszał, jeszcze mniej widział. Radio nastawił na jakąś lokalną stację, ale najbliższa była z Arlington, zresztą koło dwudziestej drugiej zamiast muzyki pojawił się jednostajny szum, jakby zasięg trafił szlag. Uznał to za sygnał do pójścia spać. Brak sygnału w antenie telewizyjnej dodał swoje ziarnko niepokoju.

Ten poranek wstawał podobny do zwyczajnego. Ciemny i ponury, ale swojski dla kogoś, kto mieszkał tu już dobrze ponad trzydzieści lat. Może jeszcze bardziej spokojny niż zazwyczaj, ale nie było to takie dziwne w niewielkim miasteczku. Miał drugą zmianę, więc podniósł się dopiero po ósmej, bez sukcesu próbując złapać jakąkolwiek stację w radiu. Co gorsza, nie działał także telefon, wysyłając irytujący, ciągły sygnał. Najwyraźniej by dowiedzieć się czegokolwiek, należało opuścić dom. Przekąsił coś i założył ciepłe ciuchy, nieśpiesznie wyłażąc na ulicę.
Wtedy dopiero zaczął się bać.
Ulicą, w jego kierunku, biegł blady jak ściana Tomas. Widać było, że nie sprint a raczej już długi dystans. Dopadł do Marka, zdyszany i spocony, łapiąc go za ramiona.
- Wojsko... moja żona... dzieci! Błagam ukryj mnie!
Na uliczkę wjeżdżał właśnie wojskowy hummer. Welsch obejrzał się, jęknął i wpadł do domu, zamykając za sobą drzwi, zostawiając skołowanego Strattona na podjeździe. Wojskowy wóz zatrzymał się obok. Z dachu wystawał ciężki karabin maszynowy, którego lufa zwróciła się ku niemu. Żołnierz był w masce, a ze środka wyszedł jeszcze jeden, trzymając w ręku M-16.
- Przetrzymujesz zbiega. Został zarażony wirusem X, jest groźny zarówno dla ciebie jak i reszty społeczeństwa. Gdzie on jest?
Ulicą przejeżdżał powoli czarny Land Rover z przyciemnionymi szybami. Żołnierze nie zwrócili na niego uwagi.


Rozdzielili się. Najpierw Marie, Dorothy i dzieciaki odjechały razem z Greenem i Alexandrem, biorąc hummera Liberty. Potem Snow zatrzymał się przy wjeździe do miasta.
- Nie ma sensu jeździć razem. Apteka jest tu zaraz, powinna być już otwarta. Ja się popytam o te bardziej specjalistyczne duperele. Spotkamy się w wiosce. Jak będziecie wracać to pamiętajcie tylko, by cztery kilometry po wjeździe do rezerwatu skręcić w prawo. Powodzenia.
Skinął im głową wsiadając do swojego brązowego auta, na którego boku wymalowano gwiazdkę. Ruszył, szybko znikając im z oczu. Na szczęście apteka faktycznie była blisko i była dobrze zaopatrzona. Niestety niektóre pozycje były tylko na receptę, a farmaceutka za nic nie chciała się przekonać, że jest to sprawa życia i śmierci. Green powinien wystarczyć, ale niestety był zbyt daleko, by opłacało się wracać. W zamian podała trasę do tutejszego supermarketu, gdzie mogli nabyć kilka innych rzeczy - w tym AGD czy szkło, którego Marie chciała użyć jako zamienników laboratoryjnych sprzętów.

Thomson prowadził pewnie, ale jazda przez miasto mocno się skomplikowała. Byli niemal pewni, że słyszeli jakieś strzały, a kilka razy mignął im blokujący drogę lub przejeżdżający wojskowy wóz. Żołnierze zatrzymywali ludzi i samochody, dlatego detektyw wybierał te drogi, na których nie dojrzeli nikogo z karabinem i w zielonym mundurze. Raz przejechali ledwie trzydzieści metrów od jednego z patroli, ale ci najwyraźniej nie zwrócili na nich uwagi. Z głośników leciał powtarzany bez przerwy komunikat.
"Z rozkazu Prezydenta Stanów Zjednoczonych nakazuje się wszystkim stawić na badanie oraz szczepienie przeciwko wirusowi X. Tych, którzy nie dostosują się do tych wytycznych uznaje się za zarażonych i przeznaczonych do zlikwidowania."
Kierowca warknął, znów wykręcając na inną, bardziej okrężną drogę. Odbezpieczył pistolet, kładąc go obok siebie.
- Kurwa. Jak tu jest tak przesrane, to nie ma co wychylać tyłka bardziej na zachód.
Ominęli kolejną blokadę szerokim łukiem, wjeżdżając na małą osiedlową uliczkę. Przed nimi pojawił się wojskowy hummer, ale było za późno na zawracanie. Zresztą tamci mieli inny cel. Jakiś mężczyzna przebiegł ulicą i dopadł do innego, wyraźnie zaskoczonego faceta, szybko niknąc w domu tego drugiego. To nimi interesowali się żołnierze, zatrzymując się i kierując na niego lufy. Tak jakby czarny Land Rover był dla nich całkowicie niewidzialny. David warknął raz jeszcze.
- A to skurwysyny... Umbrella ma immunitet?
Zwolnił, prawie zatrzymując samochód i wyraźnie powstrzymując się przed gwałtownymi ruchami.
- Przydałyby się mundury i hummer. Bez tego możemy nie zajechać daleko, nawet w tym wozie.
Zerknął na Liberty i dłużej, na Daniela.


Obaj dojrzeli się prawie od razu. Czarnuch i białas, obaj już po czterdziestce, ale w jakże innej życiowej sytuacji. Przynajmniej teraz, przez te kilka wciąż wolnych od większych stresów chwil. Jeden wychodzący z kempingowej przyczepy będącej jego domem, drugi - z drewnianego domku, który wynajął tylko na kilka dni. Nie zwróciliby na siebie uwagi, gdyby nie to, co działo się przed ich oczami, na oddalonej może o jakieś pięćdziesiąt metrów ulicy. Blokował ją wojskowy hummer, do którego podjechał wóz z oznaczeniem gwiazdy na bocznych drzwiach. Wyglądał trochę jak z Teksasu, ale musiał być tutejszy. Wysiadł z niego człowiek o czarnych włosach i cerze jednoznacznie kojarzącej się z Indianami.
Dyskusja, która tam rozgorzała, była wyjątkowo gwałtowna, przynajmniej ze strony strażnika, bowiem twarze żołnierzy zakrywały przeciwgazowe maski. Dwaj obserwatorzy w jednej chwili zobaczyli, jak jeden z tamtych unosi broń i strzela. Dwa razy. Huk był bardzo wyraźny, a ciało Indianina bezwładnie upadło na ziemię. Znów spojrzeli na siebie. Teraz już zostali zauważeni.
Swen zapomniał nie tylko o kacu, ale także o ciśnieniu w pęcherzu. John tylko głośno przełknął ślinę. Jeden z nich wziął do ręki mikrofon.
- Z rozkazu Prezydenta Stanów Zjednoczonych nakazuje się wszystkim stawić na badanie oraz szczepienie przeciwko wirusowi X. Tych, którzy nie dostosują się do tych wytycznych uznaje się za zarażonych i przeznaczonych do zlikwidowania.
Tutejszy strażnik na zarażonego to nie wyglądał...


- Słucham?
- Cel numer pięć zbiegł. Widziana w towarzystwie kilku ludzi, kierowali się na północ stanu Washington.
- Pilnować granic. Wysłać oddział szybkiego reagowania. Kim byli ci ludzie?
- Nie wiadomo, podejrzewamy przypadkowych tutejszych. Zerowe zagrożenie.
- Dobrze. Odnaleźć i wyeliminować cel numer pięć i wszystkich, którzy jej pomogli. Użyć wszystkich środków.
- Tak jest. Bez odbioru.




 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 16-09-2010 o 16:48.
Sekal jest offline  
Stary 17-09-2010, 13:46   #2
wiedźma
 
Eleanor's Avatar
 
Reputacja: 2882 Eleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputację
Liberty widziała w oczach Nathana pragnienie by im towarzyszyć w drodze do Darrington. Widziała też niewypowiedziany strach w oczach Dorothy by nie wypowiedział tego na głos. Znała siostrę na tyle dobrze by wiedzieć, że nie ma ona dziś siły na słowne spory i utarczki z młodszym bratem męża. Całą siłę woli skierowała na myśli o przetrwaniu swoim, dzieci i nadziei, że Deanowi udało się jakimś cudem skryć w bezpiecznym miejscu. Bez słowa podeszła do niej i przytuliła mocno:
- Wrócę najszybciej jak tylko się da – szepnęła cicho – Kocham Cię Dotti. Weź mój samochód. Jest w nim jeszcze ponad połowa baku... - dodała wciskając kobiecie kluczyki w rękę.
- Jeśli... to... ratuj dzieci... - dwie tak podobne do siebie i jednocześnie różne kobiety popatrzyły sobie w oczy. Zawsze były sobie bliskie i świetnie się rozumiały. Teraz też nie trzeba było więcej słów.
Siostra odpowiedziała jej mocnym uściskiem i poszła spakować ich niewielki dobytek do Hummera, a Liby podeszła do chłopaka. Położyła mu dłoń na ramieniu i powiedziała:
- Jesteś teraz jedynym mężczyzną w rodzinie. Musisz się nimi opiekować. Natalie i Etiene Cię potrzebują, a Dorothy będzie dużo łatwiej gdy będzie miała Cię przy sobie.

Poczuła mdłości. Tekst przypominał jej beznadziejne filmowe dyrdymały jakie jeden bohater wciskał drugiemu idącemu na śmierć bohaterowi. Byli nimi w jakiś sposób przesiąknięci, ale wczoraj miała okazję się przekonać, że w obliczu prawdziwego zagrożenia człowiek nie jest bohaterem. Wychodzi z niego zwierzę, potwór który zażarcie walczy o to co dla niego cenne nie zważając na innych. Tego jednak nie mogła powiedzieć szesnastolatkowi. Pieprzone, cholerne slogany były czasami najlepszym rozwiązaniem.
Podała mu jeden ze zdobytych na zabójcach Umbrelli pistoletów maszynowych i nieco amunicji. Teraz nie był już małym chłopcem, którego znała od urodzenia. Był mężczyzną zdolnym bronić rodziny przed nadciągającą grozą. W Hummerze zostawiła jeszcze strzelbę pana MacGregora. Doroty już udowodniła, że nie zawaha się jej użyć.
Strach o tych których kochała ściskał jej gardło. Przymknęła szare oczy by Nathan nie mógł wczytać go w jej spojrzeniu. Nie była w stanie powiedzieć nic więcej by się nie rozkleić. Poklepała Nathana po ramieniu, zarzuciła na ramię plecak z kilkoma niezbędnymi rzeczami i odeszła w kierunku samochodu Thompsona. Dobrze, że miała przed sobą konkretne zadanie do wykonania. To było jak lina ratunkowa, która pozwalała się trzymać na powierzchni oceanu szaleństwa.

Jesienny wiatr rozwiał jej długie za ramiona, ciemno blond włosy. Odgarnęła je do tyłu próbując jakoś okiełznać. Po nocy skręciły się w naturalne fale. Wygląd nie był jednak jej problemem. Dziś problem ubrań czy fryzury byłby ostatnim jakim zawracałaby sobie głowę. Nawet gdyby to ją wcześniej, jeszcze zanim świat stanął na głowie, bardzo interesowało, a przecież wcale nie przykładała uwagi do idealności wyglądu, makijażu zaś nie stosowała nigdy.
Dziewczyna była wysoka, mogła mieć koło 180cm. Jednak dokładną informację czy jej figura odpowiadała wzrostowi modelki czy też miała w tym kierunku sporo niedociągnięć skutecznie krył szeroki, długi do połowy ud, ciepły, wełniany sweter w szaroburym, nie rzucającym się w oczy kolorze. Jeansy, sznurowane do kostek sportowe buty i wygodna kurtka dopełniały obrazu kobiety, która zdecydowanie wygodę przedkładała nad potencjalną możliwość wywoływania wrażenia.

W powrotną drogę do Darrington wyruszyli w trójkę za samochodem szeryfa. Siedząca na siedzeniu obok kierowcy kobieta obojętnym wzrokiem spoglądała na rozmazany świat za oknem. Monotonny szum wycieraczek działał usypiająco. Typowy jesienny poranek w stanie Washington. Wkrótce zobaczyli typowe małe, senne, północno wschodnie miasteczko.
Wizyta w aptece była beznadziejnym rozczarowaniem. Oporność niektórych, na zmienne warunki i nadchodzące niebezpieczeństwo była przerażająca. Nic dziwnego że wirus mógł się szerzyć z taką szybkością. Najwyraźniej musieli tu zawitać jeszcze raz tym razem ze Snowem. Liby przez chwilę kiełkowała w głowie myśl o użyciu broni. Przeraziło ją to. Jak szybko w imię "większego" dobra można było przekroczyć bariery prawa i norm moralnych.
Ruszyli po kolejne produkty, tym razem nie było już tak łatwo. Wojsko dotarło już i tutaj. Słysząc gadkę o szczepieniach panna Montrose zacisnęła zęby, by nie wyrzucić z siebie słów, które cisnęły jej się na język. Thompson sprawnie kluczył po wąskich uliczkach starając się uniknąć patroli. Idąc za jego przykładem wyjęła z plecaka pistolet i odbezpieczywszy go położyła na kolanach. Niestety szczęście szybko ich opuściło i wyjechali prosto na jeden z wojskowych samochodów. Najwyraźniej jednak nikt się nie interesował pojazdami Umbrelli, bo żołnierze ignorując ich całkowicie wypełniali swoje "porządkowe" zadania.
Detektyw miał rację wyglądało na to że korporacja traktowana była na specjalnych warunkach. Liberty nie wahała się. Ścisnęła mocniej dłonią broń i skinęła głową. Przyciemniane szyby nie pozwalały nikomu z zewnątrz dostrzec kto siedzi w samochodzie. Mieli przewagę zaskoczenia.
- Macie jakiś plan? - zapytała znajdujących się w samochodzie mężczyzn.
 
__________________
The lady in red is dancing in me.
Eleanor jest offline  
Stary 17-09-2010, 19:50   #3
 
Irrlicht's Avatar
 
Reputacja: 72 Irrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znany
Tutaj. Teraz.
Daniel Radcliffe był człowiekiem o mieszanych uczuciach, tak samo jak pomieszane były żyły i mięśnie w jego poranionych genetycznie nogach. To zabawne, jak człowiek może schudnąć w te parę dni – kiedyś strażnik więzienny miał całkiem spory kałdun, jednak po bieganiu przed zarażonymi zwierzętami, do których wliczali się także ludzie, spocił się dość, by trochę schudnąć.
Nadal jednak przypominał opasłego strażnika więziennego jeszcze sprzed wybuchu epidemii wirusa X. Ze zmizerowanej twarzy odpadały płatki szarej skóry, ale oczy, uszy i dotyk, wytrenowane ciągłą paranoją, śledziły każdy ruch na drodze. Teraz, oczywiście, był w skórzanej kurtce strażnika Umbrelli. W oparach nikotyny jechał razem z resztą ludzi, którzy nie do końca wiedzieli, co na nich spadło i jak mają się zachować.
- Daj mi... Ja poprowadzę – rzekł do detektywa, kiedy tylko usłyszał dobiegającą informację z głośników o selekcji. - Fakt, furgonu przemalować nie możemy, ale przynajmniej jak będą nas legitymować, to pierwszy poda im dokumenty pracownik personelu. Ja niby.
Miał szczerą nadzieję, że wojskowi poznają biało-czerwoną parasolkę na tyle jego kurtki. Gra na zwłokę nie była mu na rękę – musieli wyjechać stąd tak prędko, jak to możliwe, dopóki trwał chaos związany z rozpoznaniem sytuacji przez żołnierzy i dopóki trwało wyżynanie tych, którzy wyglądali na zarażonych.
Choć, po szczerości, nie wiedział, dlaczego tak naraża się dla reszty. Jego życie leżało w ruinach przed wybuchem epidemii, teraz, z powodu wirusa, który zamieniał ludzi w zwierzęta, nastąpiło dla niego przetasowanie gruzów. Nie był przywiązany do swojego życia już wcześniej, ale wypuszczając się w podróż z Liberty, Alexandrem i Davidem czuł się jak mistyk. Do okultystycznej krwi, która nagle uderzyła do jego mózgu z powodu widoku śmierci, dołączał się fakt, że sam tą śmierć już zadał. Nie, żeby wcześniej nie bywało konieczności zabijania ludzi. Im więcej jednak naciskał na cyngiel, tym bardziej lekko mu to przychodziło.
-Macie jakiś plan? - zapytała Liberty.
- Nie – odruchowo odparł strażnik. - Znaczy, tak – poprawił się. - Chyba tak – uśmiechnął się nerwowo w stronę Liberty, ale przyłapał się na tym, że wygląda jak jeszcze większy idiota, niż zazwyczaj, więc odchrząknął. - Strzelać do i podchodzić żołnierzy to głupota. Bo to żołnierze. Zabiją. A jeśli nawet, nie zabiją, to rząd pewnie wysłał parę dobrych jednostek. Może się postrzelamy, ale...
Wybuchła w nim złość, którą ledwo zdołał stłumić.
- Ale przecież nie chcemy zginąć, prawda? Nie ma sensu tych gnojków siłą... - starał się uspokoić nagle ciężki oddech i łudził się, że jego kolejna huśtawka emocjonalna przejdzie niezauważenie. O dziwo, opanował się na tyle, że dokończył zimno: - Jedziemy, jak gdyby nigdy nic. Najdalej stąd, kiedy znajdziemy się za liniami kwarantanny, może będzie lepiej. Jeśli ktoś nas zatrzyma, nie odzywajcie się, ja będę mówił. Przedstawię was jako personel laboratorium Umbrelli, a mnie jako strażnika, który was eskortuje.
Zaproponował ten plan, ponieważ nie miał żadnego innego pomysłu. Chyba tylko on wyglądał jako ktoś, kto może rozmawiać z żołdakami jak równy z równym.
- Ale przecież nie zdobędziemy wojskowego Hummera jeśli pojedziemy dalej... - Liberty nie do końca rozumiała o co chodzi w planie strażnika.
- Możemy otworzyć ogień, kiedy zaczniemy z nimi rozmawiać. Wiesz, taki element... Element... No, kurwa! Zaskoczyć ich w każdym razie. Ale kiedy zaczniemy strzelać, to rozniesie się i może być ich tu więcej. Jeśli chcemy koniecznie ten Hummer, to wszystko musi być załatwione błyskawicznie i bez strzelaniny.
- Jak chcesz przekonać żołnierzy by oddali nam swój samochód i sprzęt bez strzelaniny?
- Dziewczyna wyglądała na zupełnie nieprzekonaną.
Thomson wzruszył ramionami.
- Skurwieli trzeba będzie rozwalać. Prędzej czy później. Ja już tu słyszałem strzały, nikt nie zwróci uwagi. Trzeba załatwić wszystkich trzech. A jakby nie patrzeć, nie wyglądamy jak żaden pieprzony personel. Skoro nie zatrzymują czarnych aut, to te równie dobrze też mogą się tu kręcić. Łatwiej ich z zaskoczenia niż potem, gdy nas zatrzymają.
- Więc może podjedźmy blisko i przygotujmy się. Przez te czarny szyby nas nie zobaczą. Jak zaczniemy strzelać będziesz mieć swój element zaskoczenia... tylko otwórz najpierw okno albo drzwi, bo szyby tego wozu sa kuloodporne
- powiedziała Liberty śmiertelnie poważnym tonem.
- Niech będzie... - Radcliffe nadal nie był przekonany, jednak skoro dwóch opowiadało się za kolejną strzelaniną, to odpuścił sobie. - W ogóle, może mi powiecie, na chuj wy chcecie ten Hummer? Na piknik jechać? Bo ja myślałem, że my do cywilizacji jedziemy.
W międzyczasie, Thomson podjął już akcję – podjeżdżał do Hummera z drugiej strony. Radcliffe chciał protestować, ale wiedział, że nie dałoby to nic.
- Cywilizacja? Teraz kurwa albo jesteś pan i masz karabin na zielonym wozie pancernym, albo jesteś kaczka do ostrzału. Zobacz na tego frajera, w którego celują. Stan pośredni to najwyraźniej bycie zarażonym. Co wybierasz?
- Tak? To może mi powiesz, co wzbudza większe podejrzenia: Parę cywilów, którzy są poza linią kwarantanny, czy parę popierdoleńców, którzy ukradli wóz pancerny? Może mi powiesz, gdzie później będziesz chciał się zaszyć z tym wszystkim? Zaszycie się w tych stronach to głupota, bo jeszcze bombę nam na łeb spuszczą. Jeśli chcesz się stąd wydostać, prędzej czy później będziemy musieli się pozbyć Hummera...
- Tym będziemy się martwić potem.
- Liberty patrzyła jak Thompson zatacza koło i zawraca z powrotem do wozu. - Musimy poczekać aż wysiądą z samochodu. Ten ich wozik jest świetnie zabezpieczony przeciw pociskom.
Radcliffe zagryzł wargi – czuł się bezsilny przeciwko durniowi, któremu nagle zachciało się zadzierać z Armią Stanów i Liberty, która mu wtórowała. A on...
- Plrff – parsknął. Zaczął powoli otwierać przyciemniane szyby. Żołnierze nie mogli zobaczyć, kto był w wozie bez wychodzenia. Szybkim ruchem usadowił karabinek między swoje nogi, wypisz wymaluj, wyrosło mu stalowe prącie, które zieje ogniem i śmiercią. Uśmiechnął się. Nic się nie liczy już.
W końcu był jebanym mistykiem.
 
Irrlicht jest offline  
Stary 18-09-2010, 16:59   #4
 
Lost's Avatar
 
Reputacja: 268 Lost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skał
Dalej pędzę. Wciąż przed siebie. Zakrwawiony, poszarpany, ledwo uszedłem z szafotu. Ale jestem. Z pistoletem przyłożonym do skroni.
Samochód przebijał się przez górskie serpentyny, przyprawiające White'a o mdłości. - Pieprzony.. - wyszeptał. - Daleko jeszcze? - rzucił w przestrzeń. Green tak, jakby nie usłyszał, nie oderwał wzroku od drogi. Po kilkunastu milczących sekundach, White powtórzył pytanie jadowitym tonem.
Kilka dziur w brzuchu, a on jest gotów dalej się na niego zdobyć. Niezły jest.
Najlepszy.
- Jakieś kilka minut. Zaraz będziemy. - odpowiedział lekarz, po czy otworzył okno i zaciągnął się głęboko świeżym powietrzem, tak jak dymem papierosa.


Po kilku nieznośnie długich chwilach odwrócił się w końcu do zaciskającego z bólu zęby Alexandra - Wytrzymasz? - Spytał wręcz opiekuńczo. Reporter już go prawie nienawidził. Ktoś pierwszy raz bezinteresownie zainteresował się jego losem. Pieprzony samarytanin, kurwa. Pewnie liczy na poklask i tyłeczek któreś z panienek w grupie. W tym gorszym przypadku liczy na tyłeczek samego White'a. W tym najgorszym naprawdę jest po prostu opiekuńczy. Co po prostu oznacza, że kilku takich jak on spotkał już po drodze.
Nawet nic by do nich nie miał, bo to byli naprawdę mili goście. Pomogli, zasłonili własnym ciałem, pozowali do zdjęć. Był z nimi tylko jeden problem. Najczęściej kilka godzin później plując krwawą pianą i biegnąc w twoją stronę.
Mili goście.
- ...szczęście. Bólu jest więcej niż samych obrażeń. Na plecach nie pośpisz, sportów też przez jakiś czas nie pouprawiasz, ale na moje to powinieneś się cieszyć. Nic ważnego ci nie przestrzelili. Już niedaleko. - Reporter nawet nie zauważył, że lekarz wciąż do niego gadał. White rzucił mu tylko niechętne spojrzenie. Z wysiłkiem sięgnął po swoją torbę, którą zabrał jeszcze z domu MacGregora. Szybko przejrzał zawartość. Wciąż miał załadowaną MP5, którą wyciągnął z martwych rąk pracowników Umbrelli. Gdzieś na dole obijała się pusta skorupa i kolejny pełny magazynek. Na dnie znajdowało się też trochę żywności i w połowie pusta butelka wody. W drugiej przegrodzie leżał wyładowany laptop, wciąż milczący telefon, jego aparat i kilka obiektywów. Jeden z nich wyglądał na uszkodzony, reszta była zabrudzona, ale chyba sprawna. Będzie musiał to sprawdzić. Sięgnął po komórkę. Stłuczony ekran wciąż dawał znaki życia. White przez krótką chwilę smętnie wpatrywał się w pusty pasek zasięgu. Ze złością wrzucił telefon z powrotem do worka. Następnie wyciągnął lustrzankę i zrobił jedno próbne zdjęcie. Działała. Sprawdził po kolei obiektywy, doprowadzając je do stanu używalności. Później przejrzał dotychczasowy materiał.
Pierwsze: Kobieta uciekająca w stronę reportera. Kilka centymetrów za nią pochlapane krwią postacie. Ostrość na wykrzywioną przerażeniem twarz kobiety. Tamci nieostrzy.
Drugie: Kobieta leży. Tamci padają na nią, jeden po drugim. Jeden ciągnie ją za włosy. Drugi wgryza się w ramię.
Trzecie: Kobieta znika pod stosem ciał. W tle Boeing.
Czwarte: Postacie zbliżają się do reportera.
Piąte: Strzelający policjanci. Na pierwszym planie młody chłopak, bez policyjnej czapki, pociąga za spust. Ognik wystrzału.
Szóste: Uciekający tłum. W środku kadru płaczące dziecko.
Siódme: Ochlapany krwią kadr. W tle jeden z tych psycholi.
Ósme: Rozmazane niebo. Krew dalej w kadrze.
Dziewiąte: Las.
Dziesiąte Krew przetarta. Cichy dom i grupa ludzi zebranych przed laptopem.
Jedenaste: Czterdziestoletni mężczyzna, zza którego paska wystaje broń tłumaczy coś siedzącemu w cieniu staruszkowi. Na drugim planie stoi młoda kobieta.
Dwunaste: Wnętrze samochodu.
Trzynaste: Śmierć.
Trzysta osiemdziesiąte czwarte: Śmierć
Widział je już dziesiątki razy. A dopiero teraz przyszły pierwsze mdłości. Czuł jak wymiociny podchodzą mu do gardła i powoli opadają. Wznoszą się i nurkują. Odchylił się do tyłu, by mocniej wbić się w wygodne siedzenie i natychmiast syknął z bólu. W okolicę rany wżynał się mu jakiś przedmiot. Pistolet.
Byłby zapomniał.
Chyba się zmienił. Za pewne na gorsze, jaki miał wybór, ale czy można jeszcze gorzej?
Samochód powoli wytracał prędkość, wjeżdżając do opuszczonego przez cywilizacje miasteczka. White kolejny raz zaklął pod nosem. Lekarz pokaz im dom, w który mieli spędzić kilka najbliższych nocy. Piętrowy budynek, może odrobinę zaniedbany. Zresztą, kogo to dziś obchodzi.
Marzył tylko o ciepłej kąpieli, suchych ciuchach i małym obciąganku.
- Heveesa'e! - Nie tym razem. - Ugryzła mnie! - Zza rogu wybiegła zakrwawiona kobieta. Krzycząc, błagając o kulę. Doktor wyskoczył z samochodu i podbieg do niej. - Dzieje się z nią coś dziwnego... - Lamentowała dalej. - Zamknęliśmy ją w pokoju, ale wali w drzwi. Zrobi sobie krzywdę! - White wyciągnął zza paska pistolet. I owszem, zrobi sobie krzywdę. A White jej w tym pomoże.
- Co się stało? To... to doszło i tutaj?! - Panika. To nigdy nie kończy się dobrze. White wziął twarz kobiety w dłonie. - Dotty. Dorothy. Uspokój się. - Kobieta ciężko oddychała jak po długim biegu. - Ja i Nathan pójdziemy za doktorem. - Gdzieś rozległ się głośniejszy krzyk. To jeszcze bardziej rozbiło Dorothy. - Nie! Nie możecie mnie zostawić! - wykrzyczała. - Ja nie dam rady! One.. przyjdą po mnie! - White zasłonił jej usta. - Nie, nie. To tylko jeden zarażony, więc nic Ci nie grozi, a ja poszedł bym sam, ale chyba nie dam rady iść. - zasępił się. - Weźmiemy broń. W mojej torbie jest karabinek. Zostawimy Ci go na wszelki wypadek. - Czując zawroty w głowie, oparł się o samochód. - Ty pójdziesz do domu lekarza, jak jest zamknięte, to rozbij okno, cokolwiek. Poszukaj zapasów. Jedzenie, ciepłe ubrania, może jakieś paliwo? I znieś je do wozu. My zaraz tu wrócimy. - Przełknął ślinę. - Jeśli to jedna z tych bestii, odjedziemy stąd i poczekamy na resztę na drodze. Nie będziemy mogli tu zostać.
Bo nigdy nie było dobrego planu.
 
Lost jest offline  
Stary 19-09-2010, 11:08   #5
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Ciemnoskóry mężczyzna poruszył się niespokojnie w obcym, dość niewygodnym łóżku. Odwlekał tą chwilę już zbyt długo. Zmęczenie wczorajszą podróżą dało mu się we znaki bardziej, niż sądził.
W końcu z westchnieniem katorżnika wygramolił się z posłania i poszedł do pomieszczenia z turystyczną toaletą. Ulżył pęcherzowi, co oczywiście troszkę trwało z racji problemów z prostatą, z którymi zaczął niedawno walczyć. Przeszedł do umywalki i spojrzał w lustro.

To co zobaczył mało go satysfakcjonowało. Przynajmniej dzisiaj.

Ci, co znali Johna Greena na co dzień dzielili się na dwie kategorie ludzi. Na tych, którzy go wprost uwielbiali za jego styl bycia, wygadanie, umiejętność dostosowania się do każdej niemal sytuacji, niezłomną wolę, upór, konsekwentne w dążeniu do celu i zdolności mediacyjne. I na tych, którzy nienawidzili go za styl bycia, wygadanie, umiejętności dostosowania się w każdej niemal sytuacji, niezłomną wolę, upór, konsekwentne w dążeniu do celu i zdolności mediacyjne. Pierwsi nazywali go – dobrym przyjacielem, drudzy – szczwanym skurwysynem.

Teraz, kiedy dopełniał przed lustrem porannej toalety był po prostu sobą. Johnem Greenem. Zmęczonym pracą doradcą finansowym. Zmęczonym życiem Afroamerykaninem, którego jednak cieszyły dokonane osiągnięcia. Spełnionym w życiu rodzinnym i w biznesie. Całkiem sprawnym, jak na swój wiek i to wydarzenie, które kilka lat temu o mało nie pozbawiło go życia.

Ubrany i wyszykowany do drogi zrobił sobie herbatę, zalewając torebkę wrzątkiem z elektrycznego czajnika i siadł do mapy korygując swój dzisiejszy dzień. Zaznaczył punkty, które dzisiaj odwiedzi. Pogoda nie sprzyjała, więc postanowił, że wycieczka nie będzie za długa. Rozejrzy się po okolicy, zje śniadanie w miejscowym barze, pogada z mieszkańcami, zaaklimatyzuje się i po lunchu wybierze się na punkt widokowy, gdzie zacznie swoje polowanie. Strzeli kilka fotem panoramy w deszczu – banalne, lecz na dzisiaj nie miał ochoty na nic więcej. Zbyt długo spał, pogoda była nie bardzo, a stare rany odzywały się tępym bólem. Walcząc sam ze sobą, nie chcąc ulec swojej słabości, w końcu skapitulował. Wyjął jedną sporych rozmiarów, białawą pastylkę z fiolki przepisanej mu przez jego przyjaciela – doktora Charlsa Parkersa – połknął ją z grymasem niezadowolenia. Ból minął – prawie jak w reklamach zwykłych środków puszczanych w telewizji.

Wybrał sprzęt na dzisiejsze „polowanie”, ubrał przeciwdeszczową kurtkę, zamknął co cenniejsze rzeczy w schowku w kampingu – okoliczni mieszkańcy przyczep nie wyglądali na ludzi, którzy nie skorzystaliby z okazji do kradzieży widząc drogi sprzęt fotograficzny – i po nałożeniu solidnych, wygodnych butów do górskich wędrówek wyszedł na zewnątrz wynajmowanego domku.


Białego mężczyznę wychodzącego z jednej z przyczep zobaczył prawie od razu. Jeden z miejscowych.
John Green wiedział, ze trafia mu się okazja zagadania kogoś, kto za kilka dolców chętnie rzuci okiem na jego domek podczas nieobecności w miasteczku. Już chciał zagaić jakimś banalnym, niezobowiązującym powitaniem, które pozwoliłoby mu „rzucić sondę” i ocenić białego mężczyznę, kiedy zobaczył wojskowego hummera blokującego pobliską ulicę.

John Green poczuł ukłucie niepokoju, na widok uzbrojonych ludzi najwyraźniej przepytujących jakiegoś rdzennego Amerykanina.

Kiedy padł strzał John Green zamarł na dwa uderzenie serca z trudem opanowując odruch ucieczki. Przypomniał sobie to przeraźliwe uczucie, kiedy kule przebijają ciało człowieka, kiedy dziurawią mięśnie, łamią kość i pozbawiają jakiejkolwiek kontroli nad ciałem.
Jego ciemna twarz w jednej sekundzie stała się szara. John głośno przełknął ślinę pozbywając się uczucia strachu z gardła. Strach śmierdział refluksem z żołądka. Miał posmak żółci i wymiocin.

- Z rozkazu Prezydenta Stanów Zjednoczonych nakazuje się wszystkim stawić na badanie oraz szczepienie przeciwko wirusowi X. Tych, którzy nie dostosują się do tych wytycznych uznaje się za zarażonych i przeznaczonych do zlikwidowania.

Słowa wypowiedziane przez człowieka w przeciwgazowej masce przecięły moment bezsilności. Powróciło opanowanie, jeszcze nie całkowite, ale już powoli John Green zaczynał panować nad sobą.

Spojrzał w kierunku mężczyzny wychodzącego z przyczepy campingowej, jakby chciał w jego oczach i sylwetce wyczytać sygnały, jak ów się zachowa. Lub jakby szukał pocieszenia i wsparcia u innej jednostki ludzkiej będącej właśnie świadkiem zabójstwa.

- Wirus X – przemknęło Johnowi przez głowę.

Mgliście kojarzył jakieś miasteczko. Rabin City czy jakoś tak. Nie, chyba Beacon City lub Racoon City. Jakieś wydarzenia, które Ameryka przeżywała wtedy na gorąco. Ale on w tamtym czasie miał inne zamartwienia. Walczył o życie w szpitalach i sprawność w domach zabiegowych. Wirus X i towarzyszące temu informacje były dla Johna jedynie pustą nazwą.

Wychowany w przekonaniu, że wszystko da się załatwić słowami i odpowiednią łapówką uśmiechnął się, uniósł ręce nad głowę i powoli, by nie niepokoić żołnierzy ruszył w ich stronę.

- Oczywiście panowie – rzucił głośno, starając się by drżenie głosu nie zdradziło jego prawdziwego stanu ducha. – Nazywam się John Green. Jestem ważnym członkiem zarządu dużej korporacji z Bostonu – skłamał – Chętnie poddam się tym badaniom.

Szedł wolno czując jak opróżniony pęcherz znów daje o sobie znać.

Popełnił przynajmniej dwa błędy negocjacyjne. Po pierwsze – nie widział twarzy żołnierzy, więc nie potrafił ocenić, jak reagują na jego słowa. Po drugie – oni mieli broń, której przed chwilą użyli z zimną krwią.

A jak zachowują się uzbrojeni ludzie, John Green już wiedział. Nie chciał ponownie zostać postrzelonym. A nie widział innej drogi niż podjęcie mediacji.

Był za stary na ucieczkę do lasu. Zresztą nikt nie biegał szybciej niż kula wystrzelona z karabinu.

Szedł w miarę swobodnie, nie chcąc prowokować żołnierzy do agresji. Szedł i modlił się w duchu, by udało mu się z tego wyjść cało.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 19-09-2010 o 14:40. Powód: literówki
Armiel jest offline  
Stary 19-09-2010, 23:38   #6
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 5317 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
Obudziło go kłucie w skroniach i szmer w głowie potęgowany statycznym szumem z maksymalnie podkręconych głośników starego radia. Wstał na równe nogi. Jeszcze trochę się zachwiał i niedbale przestąpił śpiącego z przyklejoną do miękkiego dywanu półotwartą gębą Henka. Tamten lekko trącony ciężkim harleyowym butem, chrząknął przez sen jak prosiak. W kiblu sedes był obrzygany bardziej od umywalki. Musiała być ostra jazda – stwierdził obojętnie. Ostatnie dwa dni pamiętał jak przez mgłę. Tylko nie wyraźniej. Czuł w kościach, że za stary już chyba był na takie balety. Kiedyś wystarczyło wsadzić łeb pod wodę, by zmyć resztki nocy. Dzisiaj już nie te lata.

- Fuck. – mruknął Jorgensten mrużąc zaspane oko na syf w toalecie.
Henk jak na potwierdzenie przeciągle pierdnął z przechodzącego w kuchnię pokoju gościnnego, który był również sypialnią Swena. Faktyczna sypialnia, czyli niewielki pokój zamieniony został w prowizoryczną siłownię. Był zagracony ławeczką, sztangą z odważnikami i parą potężnych hantli. A wszystko pokryte grubym kocem kurzu podczas pięcioletnich wczasów Jorga w Sing Sing.
Zaduch powietrza przesiąkniętego oddechem pijaństwa był mdlący. Postanowił odlać się z pomostu do rzeki. Przy okazji wykąpie się. „Woda pewnie lodowata”, wiedział, że będzie idealna na takie podły poranek. Wyciągnął z kieszeni garść tabletek i przegryzł dwie wychodząc z przyczepy. Uderzyła go wilgotność i światło, które mimo pochmurnego raczej nieba, było jak jasność przenajświętsza w porownaniu z mrokiem zasłoniętych żaluzji przyczepy.

Przeciągnął się szeroko rozprostowując na boki ramiona. Spuścił na nos czarne motocyklowe okulary zatknięte dotąd w jego kręconych, przetłuszczonych włosach. Oprócz butów ubrany był w niebieskie wycieruchy z czarnym szerokim pasem. Nagi tors odsłaniał liczne tatuaże i parę ciętych blizn. Kilka szwów pooperacyjnych. Na plecach olbrzymia czacha z rogami otoczona gotyckim napisem RIDERS OF HELL i podpisem MC 1%, rzucała się w oczy najbardziej. Sylwetkę miał dobrze zbudowaną. Mimo stukniętej jakiś czas temu czterdziestki na karku, brzuch miał płaski jak wysportowany dwudziestolatek. Wąsik i bródka okraszona była niechlujnym kilkudniowym zarostem. Wysokie czoło marszyło się wraz z grymasem zdegustowanej twarzy. Okolica się zmieniła podczas jego nieobecności. Sing Sing nie zmieniło go za wiele. Wręcz przeciwnie. Był bardziej twardy fizycznie i jeszcze bardziej zdeterminowany na wszystko. Może refleksja i sentymentalizm odcieniem szarości wkradał się w jego czarno-biały świat, ale nie na tyle wyraźnie, aby Jorgensten sam mógł sobie z tego zdawać jeszcze sprawę.

Na widok czarnego turysty od niechcenia splunął na ziemię. Od razu było widać, że nie miejscowy. Znał wszystkich, a nawet jeśli był nowy to musiał osiedlić się chyba z tydzień temu. Miasto wystawało mu z butów. Tak. Turysta. Amator polowań pewnie. Zazwyczaj większość miejscowych unikała jego wzroku. Nie tylko jego. Całego klubu. Motocyklistów omijało się łukiem, zostawiając samych sobie ich sprawy. Klub robił to samo względem społeczeństwa. Niepisana zasada izolacji i przymrużenia oka na obecność jedynego elementu przestępczego w miasteczku, jakim był klub motocyklowy, miała plusy. Harleyowcy nie mieszali się za bardzo w politykę mieszkańców, chyba że chodziło o nieskorumpowanego kandydata na szeryfa lub majora. Przestępczość była znikoma, nie licząc burd jakie zdarzały się przecież nawet w tych porządnych domach, od czasu do czasu. Ponadto mieli świetny zakład mechaniczny. Nigdy nie było problemów z rzetelnością i brakiem części zamiennych. Paradoksalnie, dzięki klubowi, w miasteczku było po prostu bezpieczniej.
Podstarzały murzyn, zdecydowanie nie wyglądał na hustlera. Wręcz przeciwnie. „Musiało mu się wyrywać się z getta. Lub jego starym. Pewnie w pocie czarnej dupy walczył o wszystko...” był pewien, mając na myśli nierówną walkę czarnych z systemem: o edukację i szacunek. Turysta wytrzymał spojrzenie zza czarnych okularów Jorga, jakby z lekka zaintrygowany lub zaciekawiony. Dla Jorga wyglądał tak jak biała dupa biurowa, tylko że czarna, która codzienny krawat zamieniła na turystyczne wdzianko.
Jorg miał go gdzieś. Miał w dupie turystów i cywili, zresztą wszystkich obcych. Miejscowych też. Tym bardziej czarnych. Nie żeby był rasistą, ale traktował ich wszystkich jak konieczny element natury. Trzeba tolerować nie mając wpływu na jego obecność, tak samo jak na przykład pedałów. Dopóki nie wchodzili mu w drogę mogli się szturchać w co chcą. Miał to w dupie.

Co go zdziwiło to wóz opancerzony i samochód strażnika. Aż poczuł się nieswojo od razu myśląc, że to jakaś obława. „Chuj wie”, pomyślał. Słyszał jak kiedyś Gwardia Narodowa z FBI pomagała szeryfowi spacyfikować inny MC w Nevadzie.
Padły dwa strzały. Później komunikat.

- "Z rozkazu Prezydenta Stanów Zjednoczonych nakazuje się wszystkim stawić na badanie oraz szczepienie przeciwko wirusowi X. Tych, którzy nie dostosują się do tych wytycznych uznaje się za zarażonych i przeznaczonych do zlikwidowania."

„O co tu kurwa chodzi?”, zdziwił się Sten jeszcze bardziej.

Na zdezorientowane spojrzenie murzyna cofnął sie o krok.

- Oczywiście panowie – zagadał czarny. – Nazywam się John Green. Jestem ważnym członkiem zarządu dużej korporacji z Bostonu. Chętnie poddam się tym badaniom.

Kiedy czarny koleś przemówił do żołnierzy w maskach przeciwgazowych Jorgensten zmiął w ustach ostrzegawcze przekleństwo tak by tamten je usłyszał.

- Spierdalaj! Spierdalaj do środka albo nad rzekę.

Zdjął okulary i cofnął się w pośpiechu do przyczepy dawno zapominając o pęcherzu i kacu. Henk obudzony stał już z bronią w ręku przy oknie. Złotawy rewolwer. Pytające spojrzenie wytrzeźwiałego z miejsca grubasa odbiło się takim samym zdziwieniem w oczach Swena.

- Co tam sie dzieje Jorg?
- Wojsko rozjebało czerwonego. Jakiś wirus kurwa. Mają rozkaz strzelać jak chcą. Kurwa, czemu ja nic nie wiem?
– pytał wyciągając berettę spod łóżka i ładując magazynek. Pozostałe upchnął po kieszeniach.
- No... Coś tam słyszeliśmy kilka lat temu o tym Wirusie X, ale każdy śmiał się z tego jak ze świńskiej grypy...
- A ty badałeś się na to?
- Pojebało cie?–
mruknął Henk zerkając przez pióra lepkich od kurzu żaluzji, które rozwarł grubymi paluchami, na których świeciły zatknięte, srebrne sygnety trupich czaszek.

Sten w pośpiechu naciągnął na siebie podkoszulek i zarzucił na niego skórę z takim samym znakiem jak tatuaż z pleców. Zdjął ze ściany winchester, sprawdził czy załadowany i przez lunetę obserwował ulicę. Widoczność miał ograniczoną przez wyłamane pióra, lecz od ulicy aż po dachy budynków doskonale widział strzelca wozu i piechura z karabinem.

- Dzwoń do Prezydenta– wydał rozkaz automatycznie przejmując panowanie nad sytuacją. W końcu był znowu Sgt at Arms.
- A ten kiego chuja tam lezie? – zapytał Henk ochrypłym tonem zaschniętego gardła zerkając na murzyna. Zatknął pukawkę za pasek pod zwieszonym znad niego bebechem i bezskutecznie wybierał numery w komórce. Broda ZZ Top i bandana na czole ukazywały nalane policzki i przekrwiony nos, którego nozdrza drgały nerwowo, zawsze kiedy się denerwował.

- Chce się grzecznie przebadać. – odpowiedział półgębkiem Jorg oparty policzkiem o strzelbę. – W podłodze kuchni pod lodówką jest m4. Wyciągnij je.
- OK.
– jedna ręką, jak zabawkę przesunął masywną lodówę. Połamane deski. Jest. W szmacie ownięty karabin z amunicją.
- Nie mam zasięgu. Gdzie masz telefon?
- Na stole.
- Też nie działa.
- Spróbuj CB.
- OK.


Henk przeskoczył od lodówki do kuchennego blatu przewracając w pośpiechu butelki i resztki jedzenia.
Kanał był ustawiony.

- Jest tam kto?! Tu Henk. Wołać Triggera. Jesteśmy u Jorga. W przyczepie. Jest wojsko. Strzelają do cywili. Co mamy robić?! – darł się w zaciśnięta w ręce szczekaczkę.
- Kurwa! Jest tam kto?!
- Odbiór.
 

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 24-09-2010 o 04:19. Powód: ortografy
Campo Viejo jest offline  
Stary 21-09-2010, 01:30   #7
 
Hesus's Avatar
 
Reputacja: 297 Hesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skał
Po prawdzie to nie musiał wstawać tak wcześnie, miał dzisiaj drugą zmianę i spokojnie mógł pospać do tej dziewiątej, dziesiątej. Mimo wszystko obudził się zanim zadzwonił budzik. Potarł zaspaną twarz i wsunął zmarznięte stopy w ciepłe kapcie. Pomaszerował do łazienki. Przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze i przyczesał wilgotną dłonią lekko już szpakowate włosy. Był mocnej budowy, nie atletycznej, ot kawał masy mięśniowej obłożonej odpowiednią ilością tkanki tłuszczowej. Wypuścił powietrze z płuc i pochylił się aby wziąć szczoteczkę.

Radio nie grało, telewizja nie nadawała, telefon milczał a Mark dopijał kawę. Drobny niepokój wkradał się jego myśli. Rozważał jakie kroki podjąć. Nie było sensu panikować, ot chwilowa awaria jakich wiele w tym odciętym od świata miasteczku, ale z drugiej strony co jeśli… ?
Wstrząsające informację sprzed kilku lat, które obiegły całą Amerykę dotarły i tutaj. Na szczęście tylko w postaci newsów. Mimo wszystko czarne myśli dobijały się do drzwi jego świadomości jak uparty domokrążca. Postanowił empirycznie dowieść jak niedorzeczne były to domysły. Uda się najpierw do sklepiku Boba Sandersa , ten miał zawsze najświeższe informację a w ostateczności do knajpy u Ronyego.
Narzucił na siebie typowe jak dla niego ubranie, flanelowa koszula, spodnie z pokaźną liczbą kieszeni. W szafie panował idealny porządek, rząd wyprasowanych koszul, poskładane w kosteczkę t-shirty. Pomyślałby kto, że widać tutaj kobiecą rękę, ale nic bardziej mylnego. Od śmierci matki jakieś 20 lat temu nie postawiła w tym domu nogi żadna przedstawicielka płci pięknej. Nauczył się sam dbać o porządek a z żadną kobietą już od bardzo dawna nie zamienił nawet słowa nie mówiąc już o zapraszaniu którejś do domu, niedorzeczność. Gdzie leżała przyczyna takiego stanu rzeczy nie wiedział nawet on sam, ale pogodził się z faktem, że delikatnie mówiąc nie najlepiej czuje się w ich towarzystwie. Kiedyś jeszcze próbował przełamać ten opór, ale wystawiał się tylko na śmieszność uciekając w panice lub doznając nagłego ataku duszności. Teraz już nawet kumple z pracy opatrzyli sobie już tą jego dziwna przypadłość i darowali sobie dowcipy na ten temat. Poza tym był cenionym fachowcem, można powiedzieć guru wśród pracowników miejscowego tartaku. Jeśli coś było niemożliwe do naprawienia wzywano Marka a ten już po swojemu załatwiał problem. Pan złota rączka jak mawiano, złota bo i zarobki poprawiały mu się z roku na rok. Widać kierownictwo firmy doceniało jego skuteczność, nie było co narzekać.

Skończył wiązać wysokie buciory, narzucił ciepła kurtkę naciągnął na głowę nieodzowną czapkę i przekroczył próg domostwa. Nie padało i nie zapowiadało się na deszcz, ruszył energicznym krokiem po podjeździe kiedy dostrzegł zmierzającego w jego kierunku Toma. Nie zdążył zareagować ba, nie zdążył nawet wyciągnąć rąk z kieszeni kiedy ten zniknął za drzwiami jego domu. Wypadki toczyły się zbyt szybko, żeby Mark mógł ogarnąć całą sytuację. Wojskowy Hummer stał już na przeciwko a z jego wnętrza wychodził żołnierz. Koszmar stawał się rzeczywistością.

Wirus X, Thomas. To nie możliwe – niedowierzanie przeradzało się w bezradność.
-Panowie, to chyba pomyłka – Powiedział rozkładając ręce. Sam nie wierzył w swoje słowa, ale nie mógł tak po prostu skazać przyjaciela mimo, że wiedział, że gdyby to była prawda to..., zresztą nie miało to znaczenia, podświadomie wiedział, że wypadki potoczą się tak, że nie będzie miał na nie żadnego wpływu. Prawdopodobnie wjadą mu do domu i wyciągną biednego Thomasa na zewnątrz. Pytanie co dalej, co dalej z nim?
Sytuacja nabrała nowego wymiaru kiedy czarny Land Rover zatrzymał się tuż obok opancerzonego pojazdu. Przyciemniana szyba opuszczała się powoli.
 
__________________
Nikt nie jest nieśmiertelny.ODWAGI!
Hesus jest offline  
Stary 23-09-2010, 21:15   #8
Szara Eminencja
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 3594 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Środa, 26 październik 2016. 8:55 czasu lokalnego.
Darrington, granica parku narodowego.


Decyzje. To one ostatecznie nas kształtują, mając ogromny wpływ na to, kim się stajemy. Rozpoczynając od tego, co zjeść na śniadanie, poprzez wybór studiów. Aż do pisania testamentu. Decyzje.
Najważniejsze są jednak te, które należy podjąć w ułamkach sekund. One decydują o tym co jest, o tym co może być. Albo, o tym czy będzie jakieś jutro.
John Green zdecydował się szybko. Nie próbował uciekać, nie próbował udawać, że niczego nie widział, cofając się ku wynajętemu domkowi. Zignorował też wyraźne spojrzenie czarnowłosego, jeszcze kątem oka dostrzegając jak tamten niknie w środku. Schowane za maskami twarzy żołnierzy patrzyły na nich, ale ciężko było wyczuć który przyciąga ich uwagę bardziej. Nieszkodliwy cywil, który ruszył w ich stronę czy ten próbujący się schować, a przypuszczalnie - także uciec.
Murzyn starał się nie zwracać na to uwagi. serce biło mocno, wybijając rytm. Oczy coraz wyraźniej dostrzegały czarne wyloty skierowanych w niego luf. Coraz więcej szczegółów docierało do mózgu, z każdym krokiem, z każdym zbliżeniem się do wojskowego Humvee. Wiedział, że nie powinien patrzeć w stronę trupa, który utworzył już na asfalcie ciemnoczerwoną plamę. Ale i tak spojrzał w tamtą stronę, krótko, prawie niedostrzegalnie. Mdłości strachu. Zastrzelili jak zwierzę.
Co miało sprawić, że nie zrobią tego samego z nim?

Było ich trzech. Napotkał z ich strony na mur milczenia, gdy ignorowali jego słowa. Jeden z nich z karabinem w ręku, wyminął go, kierując się dalej, ku kempingowej przyczepie, osłaniany przez tego na dachu samochodu. Trzeci zainteresował się Greenem, nie zamierzając jednakże dyskutować. Opuścił M-16, trzymając je jedną ręką, a drugą otworzył drzwi wozu, sięgając do znajdującej się tam skrzynki. Wyciągnął strzykawkę.
- Ręce do przodu!
Zębami zerwał foliową osłonkę i wbił igłę w jakiś pojemnik z przeźroczystym płynem, odciągając tłoczek i wsysając szczepionkę. Zawiesił karabin na ramieniu i bez dalszych ceregieli odsłonił przedramię Johna, mocnym ruchem wbijając igłę i wstrzykując zawartość.
Świat nagle się zmienił.
Potężne uderzenie od wewnątrz wstrząsnęło Murzynem. Czuł się jakby rozpędzony pociąg wjechał do jego żył i teraz rozrywał je, próbując wydostać się z długiego tunelu. Jęknął i opadł na kolana, gdy uderzenie dotarło do mózgu, a świat zafalował i zamazał się, przemieniając w gęstą, czerwoną maź.
Potem prawie nie pamiętał strzałów. Kilka gorących łusek zostawiło ślady, gdy spadały z dachu Humvee.

Gdy się ocknął, po żołnierzach i ich wozie nie było większego śladu. Może prócz trupa indiańskiego strażnika i skutków nagłego ostrzału. Wciąż kręciło mu się w głowie, a krew zwolniła tylko odrobinę...


Mark Stratton nie do końca wiedział co to instynkt przetrwania. Pewnie, czytał książki, widział filmy, takie tam. Nigdy jednak nie był mu potrzebny, nawet w bliskiej obecności kobiet. Teraz okazywało się, że jakiś miał. Przynajmniej szczątkowy. Jego spojrzenie przyciągnęło też uwagę dwóch stojących obok żołnierzy. Zaczęli się odwracać, ale to on już był w ruchu. Padał na ziemię, widząc wychylające się zza czarnych szyb lufy. Pierwsze rozległo się terkotanie pistoletu maszynowego. Jego operator nie był strzelcem wyborowym, więc liczył na ilość. Zresztą z tej odległości nie trzeba było być snajperem, by zdmuchnąć okrytą przeciwgazową maską twarz. W końcu nie był też amatorem, prawda? Pociski trzymanego przez Daniela maszynówki rozerwały obu, chociaż już padali na ziemię, jednocześnie kierując ku nim broń. Któryś nacisnął spust i ze trzy kule przerykoszetowały po masce, zostawiając białe rysy. Thomson celował dokładniej, używając swojego pistoletu. Ten na dachu nawet nie zauważył co go zabiło, gdy osunął się wgłąb Humvee. Liberty nawet nie musiała strzelać.

Stratton zastanawiał się przez chwilę, czy żyje. Ku własnemu szczęściu uznał, że nawet nie został draśnięty. Tylko mocno bijące serce i krew, rozlewająca się w kałużę tuż obok niego, mówiła, że stało się tu coś strasznego. Czarny Land Rover zatrzymał się i zaczęli wysiadać z niego obcy. Pierwszy z nich zapalił ostrzegawcze światełko - miał na sobie czarny ubiór strażnika, z symbolem parasolki na ramieniu i piersi. Umbrella! Czy nie mieli oni czegoś wspólnego z Raccoon City? Chyba nawet sporo. Ale dwie inne osoby burzyły nieco tę teorię. I kobieta i mężczyzna ubrani byli normalnie. Podniósł się, nie wiedząc czego się spodziewać, a oni praktycznie go zignorowali. Rozmawiali, słuchając najpierw tego mężczyzny w cywilnym ubraniu.
- Liberty, weźmiesz terenówkę. Przez czarne szyby i tak nic nie zobaczą. Ja spróbuję się przebrać w mundur, ten w środku powinien być najmniej zakrwawiony.
Trupy. Trzy trupy, a przynajmniej część z obcych nie robiła sobie z tego zupełnie nic! Zresztą, ten co mówił sobie nagle o nim przypomniał. Machnął mu policyjną odznaką, z której zdążył zapamiętać "Thomson" oraz "Everett".

Detektyw szybko sprawdził wnętrze samochodu, wyciągając na zewnątrz martwego. Miał rację, większość krwi i odłamków zatrzymała maska, ale widok i tak był obrzydliwy. Może nie tak, jak tłum w pamiętnym miasteczku, które napotkali na drodze dzień wcześniej. Granica obrzydzenia przesuwała się, coraz bardziej i bardziej. Ci tutaj byli ludźmi. Może wykonującymi paskudne rozkazy, ale wciąż ludźmi. Teraz martwymi.
Sprawdzili "zdobycz". Humvee był całkiem sprawny, podobnie jak karabin maszynowy na jego dachu. Każdy z żołnierzy miał poza tym M-16 i po cztery magazynki do każdego. No i pistolety, żelazne racje żywnościowe, radio, manierkę... A w środku, poza tym, plastikowe skrzynki ze strzykawkami i szklanymi pojemniczkami z płynem. Nie zwracali uwagi na człowieka, którego przypadkiem w to wciągnęli. Trupy leżały pod jego oknem.
Ale tej godziny to nie ich strzelanina była najdłuższą wymianą ognia. Ciężkie karabiny maszynowe słychać było jeszcze przynajmniej z dwóch części miasta. A to pewnie znaczyło, że tam wygrywało wojsko.

Thomson nie zdążył jeszcze zdjąć munduru z trupa, gdy od strony garażu zawarczał silnik. Pickup z łoskotem przedarł się przez cienką warstwę bramy garażowej, wypadając na podjazd. Siedzący za kierownicą Tomas był wyraźnie przerażony i chyba nie do końca panował nad swoimi ruchami. Zarzuciło go w lewo, więc odbił w prawo i jeszcze przyspieszył pakując się wprost na jedno z rosnących przy chodniku drzew. Huknęło i spod maski poleciał dym, unieruchamiając wóz na dobre. Ledwie kilka metrów dalej, mogli więc dokładnie przyjrzeć się mężczyźnie, który delikatnie mówiąc, nie wyglądał dobrze. Bladość, drżenie, ciemne kręgi wokół czerwonych oczu. I niekontrolowana mimika twarzy, jak u paralityka lub wręcz osoby autystycznej. I głośny szept, który powtarzał raz za razem, próbując wyswobodzić się z pasów bezpieczeństwa.
- Uciekać... muszę uciec... muszę uciec...
Serie karabinów maszynowych ucichły, pozostawiając po sobie cichą pustkę.


Nie było dobrze. Broń co prawda zachowała się w niezłym stanie, ale cholera wiedziała, czy miała w ogóle odpalić. Pięć lat bez czyszczenia... a na kule wpływało to jeszcze gorzej. Najwyraźniej jednak wyglądało na to, że i tak będzie to konieczność. Henk zrobił się nerwowy, zbyt nerwowy. Sterczał przy oknie, sprawdzając broń. CB milczało jeszcze przez chwilę, ale potem rozległ się głośny trzask i zaszumiało. Głos, który się odezwał, ciężko było zrozumieć przez te wszystkie szumy.
** Henk? Spierdalajcie na wschód! Powtarzam, na wschód, w lasy. Tam gdzie czerwoni. Rozwalili kilku naszych, bez pytania, kurwa! I pierdolą o szczepionkach. Ci, którzy jej nie chcą, dostają w łeb!
Znów kilka trzasków. I dłuższy pisk. Potem głos, jakby bardziej oddalony.
** Nie możemy pomóc, wszędzie wojsko! Punkt zborny u Indian. Bez odbioru!
Radio zamilkło, ale to pozwoliło im znów wyjrzeć przez okno. Obserwacja, kontrola sytuacji. Spóźnili się. Idący ku nim żołnierz w przeciwgazowej masce miał uniesiony karabin.
- Wychodzić, w imieniu Prezydenta Stanów Zjednoczonych!
Henk zaklął. Trząsł się cały. Sczerwieniał. A Jorg się spóźnił.

Widział doskonale, jak jego kumpel podnosi dłoń ze swoim rewolwerem. Prawie bez celowania nacisnął spust. I drugi raz. I trzeci. Lufa rzygnęła ogniem, rozbijając szybę na równi kulami i gazami wylotowymi. I przez wciąż nieco ociężały umysł, najpierw zobaczył, a dopiero usłyszał natychmiastową odpowiedź tamtych. Najpierw lekkie kule, a potem ciężkie 12,7 milimetrów, zaczęły dziurawić przyczepę jak sito.
Bam! Bam! Bam!
Przyspieszone po wielokroć.
Ogłuszający huk i mgiełka z krwi i kurzu, rzuciły go na ziemię. Przeturlał się za jakiś cięższy mebel, patrząc jak cielsko Henka ląduje nieopodal. Był martwy jeszcze przed tym, jak uderzył w podłogę. Wszędzie sypały się resztki sprzętów, drewna i plastiku, świszczały kule i iskrzyły trafione, elektryczne sprzęty. Lodówka buchnęła ogniem, gdy kable wywołały jakiś paskudne spięcie. Coś drasnęło go w ramię, a potem jeszcze w łydkę, gdy rękoma ze wszystkich sił zasłaniał głowę.
Aż nagle wszystko ucichło.
Żył, nie ośmielając się ruszyć. Nie słyszał kroków, nie było więc potrzeby. Potem warkot silnika, przebijający się przez pisk w jego uszach, oznajmił odjazd tamtych. Rozejrzał się. Przyczepa była teraz stertą śmieci. Olbrzymie pociski przeorały ją całą. Żołnierze odjechali pozostawiając po sobie trupy. On przeżył. O dziwo żył też czarnuch, powoli podnoszący się z ziemi, nieopodal miejsca, w którym stał Humvee.


White nie słyszał tego wszystkiego. Obserwował jak Green odbiega, ale nie mógł podążyć za nim od razu. Obolały potrzebował pomocy, a tej niespodziewanie udzieliła mu blada Marie, która wysiadła z hummera dopiero po dłuższej chwili. Dotknęła Dorothy, uspokajająco.
- Zrób co mówi. Nathan, pilnuj dziewczynek. Ja też chętnie przyjrzę się tej tutaj.
Wyciągnęła pistolet i sprawdziła go, odbezpieczając i chowając do kieszeni. Potem objęła reportera, pomagając mu iść - na szczęście niedaleko, bo Alexander krzywił się przy każdym kroku. Na jej twarz widniała tylko determinacja. Kobieta znała przecież jedyne lekarstwo na tę chorobę.

W domu, w którym zniknął lekarz i kobieta, przywitały ich krzyki i łomoty. Grupa jakichś sześciu osób tłoczyła się przy drewnianych drzwiach, które miały już wybitą dziurę. Zastawiono je ciężką komodą, ale uderzenia od środka wyłamywały nawet zawiasy, przesuwając mebel, trzymany mocno przez dwóch mężczyzn.
- ... zrobi sobie krzywdę!
- Muszę ją najpierw zobaczyć! Przepuście mnie!

Green się przepchnął i prawie nadział na rękę, która nagle wychynęła z dziury. Bladą i pokrwawioną rękę. Marie rzuciła się do przodu, zostawiając White'a na progu.
- Nie otwierajcie drzwi!
Przyciągnęła spojrzenia.
- Ona... tego nie da się już odwrócić! Pracowałam przy szczepionce na to! Gdy się ktoś zarazi, nie ma odwrotu.
Błagalnie zerknęła na Greena, ale kolejne uderzenie i warkot przypominający zwierzęcy znów skierował ich ku drzwiom. Marie niedostrzegalnie wyciągnęła pistolet i uniosła go w górę.
- Nie!
Ktoś ją pchnął, wytrącił broń, która potoczyła się między gąszcz ludzkich nóg.

Tylko White zauważył, jak zmienia się spojrzenie stojącej nieco z boku kobiety. Jego ostrzegawczy krzyk wywołał zupełnie błędny odruch, gdy spojrzeli na niego zaskoczeni. Tamta rzuciła się na jednego z podtrzymujących komodę, przewracając go na ziemię i wgryzając się w jego szyję. Nieludzki krzyk wyrwał się z jego gardła, a zamieszanie uniemożliwiło dojrzenie czegokolwiek. Prócz drzwi wyrywanych z zawiasów i postać przeciskającą się między nimi a framugą. Marie nie próbowała odzyskać broni, uciekając i podtrzymując reportera.
- Dlaczego ludzie muszą najpierw zobaczyć, by uwierzyć!
Z okolicznych domów wybiegali kolejni ludzie, próbując dojrzeć co się dzieje. Wioska Indian nie była bezpiecznym schronieniem. A wystarczyła jedna zarażona, która najpewniej wróciła z jakiejś wyprawy do miasta.
 
Sekal jest offline  
Stary 24-09-2010, 15:02   #9
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Każdy krok, jaki wykonywał John, mógł być jego ostatnim. Maski noszone przez żołnierzy nadawały im nieludzkiego wyglądu. Bardziej niż ludzi przypominali jakieś potwory z horrorów.



Zrobił kolejny krok i kolejny.

John Green był myślami przy swoich bliskich. Żona Elenn – ciekawe czy zdawała sobie sprawę, że jej mąż mógł za chwilę skończyć jako tarcza strzelnicza. Dzieciaki – Boże, jak on je kochał – Jim i Clara – były zapewne w szkołach. Ciekawe, czy miały przeczucie, że ich ojciec mógł skończyć za chwilę jako podziurawiony strzęp mięsa leżący na ziemi w kałuży krwi, jak ten nieszczęsny Indianin za plecami bezdusznych żołdaków?

Zrobił kolejne kilka kroków.

Lufy uniosły się ku górze. John mimowolnie przymknął oczy oczekując najgorszego. Lecz strzały nie padły. Zamiast tego jeden z żołnierzy minął go z bronią gotową do otwarcia ognia. Drugi mierzył z karabinu w przyczepę, w której zniknął miejscowy.

John przełknąłby ślinę, gdyby ją wtedy miał w gardle, kiedy trzeci żołnierz przygotowywał się do zrobienia zastrzyku. Chciał coś powiedzieć, zaprotestować, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Bał się! Bał się jak cholera!

Igła wbijła się brutalnie w ciało Murzyna. Żołnierz wstrzyknął zawartość strzykawki do ciała Johna Greena. Ból, jaki temu towarzyszył był nie do opisania.

Murzyn padł na ziemię, wyjąc przeraźliwie, lecz jego krzyk zagłusza kanonada, jaka rozpętuje się nad jego głową. Obok Johna spadały gorące łuski, odbijając się od ubitej ziemi. Jedna z nich trafiła leżącego człowieka w policzek, lecz ten tego nie poczuł.

Potem czas zatrzymał się w miejscu. Świat przesłoniła gęsta jak krew czerwień i John Green odpłynął w nieświadomość. Tak było dla niego lepiej.

John nie zarejestrował odjazdu żołnierzy. Gdyby nie smród prochu, leżące łuski, martwy Indianin i potworny ból w ciele Murzyna, całe zajście można by było wziąć za senny majak. Za koszmar, którego nikt nie miał prawa doświadczać.

John próbował dźwignąć się z ziemi, lecz udało mu się jedynie klęknąć. Potem w mózgu rozbłysły mu nagle czerwone światła i Murzyn zgiął się w pół szorując czołem po piasku. Mięśnie drżały mu, jak podczas pierwszych dni rehabilitacji, kiedy dochodził do siebie po postrzałach. Tym razem było jednak znacznie gorzej. Czuł suche torsje podchodzące mu do gardła. Przez chwilę siedział skulony i kaszlał, próbując pozbyć się niesmaku z gardła. Nie udało się.

Potem – zaciskając zęby i zmuszając swoją żelazną wolę do posłuszeństwa – John dźwignął się na nogi. Świat wokół zawirował i John Green o mało nie upadł ponownie na ziemię. Utrzymał się jednak, chociaż czuł się jak pijany lub nafaszerowany narkotykami.

Wziął kilka oddechów i wzrok wyostrzył mu się na tyle, że w końcu ujrzał ostrzelaną przyczepę. Zaklął cicho pod nosem i chwiejnie ruszył w tamtą stronę. Miał nadzieję, że uda mu się pomóc jej mieszkańcom, chociaż sam czuł się jak gówno, które ktoś wrzucił do betoniarki, a następnie włączył obroty na cały regulator.

Nim przeczłapał połowę dzielącego go od przyczepy dystansu stanął w niej jakiś mężczyzna. Chyba ten sam, który nie tak dawno temu ostrzegał Johna, by ten zwiewał nad rzekę.

Nieznajomy wyglądał lepiej niż John Green. Wyszedł Murzynowi na spotkanie mówiąc coś głośno.

John Green pokręcił głową, by słyszeć lepiej, bo jak na razie słowa tamtego słyszał tak, jakby Murzyn siedział na dnie basenu, a biały mówił coś na jego krawędzi. Pomogło.

Mieszkaniec przyczepy mówił coś o motorze. Pytał, czy John potrafi prowadzić. Murzyn chciał odpowiedzieć lecz ściśnięte i wyschnięte gardło znów go zdradziło. Pokręcił więc głową przecząco, licząc ze mężczyzna go zrozumie. Zrozumiał. Pytał, czy John ma jakiś samochód. Murzyn znów pokręcił głową.

Biały zaklął potem powiedział coś wskazując na prowadzony motocykl – wielkie, czarne cudeńko, które dwadzieścia lat temu stanowiłoby marzenie Johna. Teraz jedynym marzeniem Greena było usłyszeć głos bliskich.

Murzyn wyciągnął telefon komórkowy z kieszeni, ale nadal nie było zasięgu. Zrezygnowany schował telefon do kurtki.

Spojrzał na mężczyznę, który siedział już na swoim motorze i coś mówił.
Chciał, żeby John uciekał z nim do jakiegoś rezerwatu. Tyle Murzyn zrozumiał z dudniących mu w uszach słów tamtego.

John Green zerknął na wynajęty domek. Zostawił tam jedynie mniej poręczny sprzęt do łowienia ryb i dłuższych wypadów w góry. To co najważniejsze, miał ze sobą. Nie wiedział, gdzie jest rezerwat, ale liczył na to, że znajdzie tam jakiś sprawny telefon.

Miał zamiar skontaktować się z Teodorem Dublentem w rodzinnym Bostonie. Chciał opowiedzieć temu wpływowemu prawnikowi, co się tutaj wyprawia. Liczył, że otrzyma dobre odszkodowanie za użycie siły przez wojsko. Nim John Green wsiadł na motocykl zrobił jeszcze jedną rzecz, mimo że wszystko w nim wzdrygało się na myśl o tej czynności. Zdjął aparat fotograficzny, wyjął go z futerału i drżącymi rękami pstryknął cztery zdjęcia. Dwa – rozwalonej przyczepie i kolejne dwa – zastrzelonemu Indianinowi.

Ręce latały mu przy tej czynności jak u chorego na Parkinsona, lecz stabilizator obrazu w aparacie powinien temu zaradzić. John miał zamiar poruszyć niebo i ziemię, by żołdacy tak chętnie strzelający do bezbronnych cywili, dostali po dupie za swoje działania. Morderstwo zawsze będzie morderstwem, niezależnie od okoliczności.

Murzyn schował aparat, wsiadł ostrożnie na motor za jego właścicielem i w myślach powtarzał sobie numer rejestracyjny wojskowego samochodu.

Znajdzie tych żołnierzy - obiecał sobie. Znajdzie ich, jak to wszystko się skończy i postawi przed sądem. A potem zażąda milionowego odszkodowania od Rządu Stanów Zjednoczonych dla siebie, rodziny tego nieszczęsnego Indianina oraz właściciela zniszczonej przyczepy.

Ruszyli ....

Siedząc za kierowcą John Green nadal czuł szybsze bicie serca i lekkie zawroty głowy, lecz ostrzejsze symptomy ustępowały. To chyba dobrze, jednak nadal miał potworne obawy na temat tego, co żołnierze wstrzyknęli mu do ciała.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 01-10-2010 o 19:56. Powód: poprawa czasu i stylu
Armiel jest offline  
Stary 26-09-2010, 16:50   #10
 
Irrlicht's Avatar
 
Reputacja: 72 Irrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znany
Co tu gadać, Radcliffe lubił zabijać. Lubił przykładać rękę do chwilowego odroczenia momentu przeludnienia na świecie – tak w każdym razie sobie to tłumaczył, choć podejrzewał, że prawda jest o wiele prostsza, znaczy, dostateczna ilość krwi i zależność spust-śmierć sprawiały, że zabijanie uzależniało. Kiedy skosił dwóch wojskowych serią z maszynowego, czuł, że powinien ubrać swoje uczucia w jakąś maksymę albo aksjomat. Nie przychodziło mu do głowy nic. No, prawie nic. Kiedy ostatni wojak padł, pomyślał przekleństwo.
Zadzierając z wojskiem, znacznie pogorszyli swoją sytuację – nieco wcześniej mogli być wzięci za cwanych cywili. Teraz mieli na karku i Umbrellę i U. S. Army. Żachnął się. Piekło, które przeżywał przedtem, było czysto nihilistyczne – nie miał po co żyć. Obecność bolesnej śmierci i choroby, która sprawiała, że ludzie powstawali z martwych, sprawiły, że życie było w cenie.
Przeładował karabin, włożył parę naboi do magazynka. Broń się zacięła, więc poświęcił parę minut na odblokowanie. Zapalił papierosa. Pierwszy nie smakował, wypluł, spojrzał do paczki – dużo jeszcze, może smaczniejszych. Zanim zapalił następny, przygryzł nieco filtr – taki talizman, sztuczka na papierosy i wabik dla dymu. Coś w stylu: „Teraz cię trochę dziabnąłem, ale spróbuj, a nie smakuj, to zeżrę całego peta z filtrem”. Nienawidził wyrzucać fajków, ale była to jedyna kara, jaką mógł dla nich wymyślić. Nadpalone fajki były jak płody po aborcji – kompletnie bez sensu. Różnica pomiędzy płodem a nadpalonym papierosem: Zdeptany i mokry pet mógł ktoś jeszcze w akcie desperacji przygarnąć. Płody zazwyczaj są przygarniane przez śmietniki lub laboratoria plastynacyjne.
Ten też smakował źle.
- Musimy stąd spadać, i to jak najdalej stąd – zaciągnął się jednak. - Wątpię, żeby mieli tutaj jakiś system naprowadzania. Ale prędzej czy później, akcja się skończy, a oni zaczną liczyć swoich ludzi. Radzę się gdzieś zaszyć, daleko od miast czy głównych dróg. Jasne, będzie ciężej znaleźć jedzenie i coś do palenia, ale miasta są najgorsze, jeśli chodzi o ludzi i żołnierzy. Im dalej od głównych skupisk wirusa, tym mniej kłopotów.
Spojrzał na mapę.
- Według mnie, powinniśmy się skierować na północ, to jest skrótem przez las albo, jeśli nie będzie żadnej przejezdnej drogi, trzymać się niedaleko głównej, byle się nie wychylać. Jeśli chcemy stąd ujść z życiem, przekroczenie granicy stanu może być naszą jedyną szansą. Po drodze będziemy mogli uzupełnić zapasy w Rockport lub Concrete, chociaż wolałbym unikać miast. Nie wiemy, jak daleko sięga kwarantanna i do jakich środków posunie się wojsko.
Skończył papierosa w połowie. Dziwne: Czuł lekką gorączkę, choć, znając siebie, wiedział, że pewnie w ogóle nie miał podwyższonej temperatury. Jego organizm był jak cichy gwizdek, który wkurwiał jego umysł. Nie mówiąc już o bolesnym odbieraniu dźwięków i mimowolnym skanowaniu okolicy.
- Mamy... - wziął parę oddechów. Chyba naprawdę miał gorączkę. - Mamy CB radio, także w Humvee. Jeżeli się przysłuchamy, to będziemy w stanie wykryć jednostki w pobliżu. Bez żadnego niebezpieczeństwa.
„Bez żadnego niebezpieczeństwa” - fraza wylądowała na końcu jego zdania niedbale. Długotrwała depresja powoduje, że chce się w ludzi rzucać zbitkami zdań, które tylko czasem układają się w lepszych momentach. Cały plan w zasadzie mógł podsumować jednym słowem: „Spierdalajmy”. Nie miał pojęcia, jakim cudem jego racjonalny rozum utrzymuje się na powierzchni. Czuł się jak jakiś pieprzony chaos, dosłownie – przypadkowe impulsy kierowały przypadkowymi odruchami, a jego zwykła świadomość to było kłamstwo grubymi nićmi szyte. Główna wola istniała, a jakże, jednak za nią wyrastały tysiące masek i twarzy, które wrzeszczały, niczym w zwichniętym parlamencie. Ostatecznie, jego myśli były tak bardzo sparaliżowane bólem, że doprawdy serdecznie jebał teorie i filozofie życia w dupę. Czyn się liczył tylko.
- Bierzecie wasze aksamitne dupki w troki? Im prędzej stąd odjedziemy, tym lepiej. Kiedy panowie żołnierze skończą pacyfikację, wezmą się za nas.
Skoczył do Humvee. Kluczyki były w stacyjce. Zapalił samochód, chodził świetnie. Potrzebował jeszcze kogoś, kto będzie na wieżyczce. W skrytości duszy lubił zabijać, jednak do czasu, gdy pociągał za spust, w miarę racjonalna część jego umysłu brała ciało we władanie, co oznaczało pozory normalności. Pozory planowania, pozory racjonalizmu, pozory przeintelektualizowania, choć miał wrażenie, że gdyby ktoś spojrzał na całą grupę z boku, nie miałby wątpliwości, że była to przejażdżka na ostrzu noża.
- Po prostu jedźmy – zraził się na niemal błagalny ton w swoim głosie. - Na północ. Po drodze ustalimy szczegóły.
 
Irrlicht jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166