Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-11-2010, 12:28   #1
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9281 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Fantazmaty Suzie Q

Myśli... Tak dużo myśli... Za dużo.

Zawsze te złe. I te niechciane. Zawsze nachalne. Napierają zewsząd, zaciskają się wokół mózgu jak imadło. Gniotą, tłamszą, tchu pozbawiają. Od nich nie da się uciec. Pójdą wszędzie tam gdzie ja.

Pieprzone gówniane myśli. Gdyby się tak dało spakować je w walizkę i wysłać na drugi koniec świata...
Ale nie. One krążą nade mną niby armia podniebnych padlinożerców. Czekają na dogodny moment żeby zacząć pikować w dół całym stadem i mnie na śmierć zadziobać.

Myśli. Czarne jak chmara kruków. Jak smoła, która siedzi głęboko w mojej głowie i zabarwia moją percepcję, wylewa się na białka oczu, przykrywa je jak brudny mroczny całun. To dlatego widzę tylko odcienie szarości, jak w jakimś przedwojennym odbiorniku telewizyjnym. Robili je już przed wojną, prawda? Chyba tak. Czasem mi się zdaje, że telewizja istnieje od zawsze. Bóg ją stworzył jeszcze przed Adamem i Ewą. Ciągle ktoś trajkocze z ekranu. Wiecznie "bla bla bla". I o czym gadają? Katastrofa lotnicza, kolejna mordercza pandemia grypy, morderstwa, pożary... Tylko tragedie mają posłuch.

Gdyby ktoś wywiercił mi dziurę w czaszce, daję słowo, zaczęłaby wylewać się z niej czarna gęsta ropa.
Jestem zatruta. Wiem to. Ale to nie moja wina. To te czasy. Czarna karta w historii. Ten świat się kończy. Czy tylko ja to dostrzegam?

Ponure pieprzone myśli... Czarne. Zawsze takie czarne...
Jak mocna kawa.
Źrenice samego diabła.
Nieprzenikniona ciemność nocy...

Wieczna czerń wyściełała sobie gniazdo w moim sercu. Nielegalny lokator. Mroczny pasażer. Czuję jak się porusza, pomiędzy zwojami mojego mózgu. Czarny ptak w gałęziach drzewa mojego umysłu. Kruk.
Możecie nie uwierzyć, ale czarne kruki kołują ciągiem w mojej głowie jak korowód roztańcowanych żałobników. Na oślep biją skrzydłami, szamoczą się, wpadają na krawędzie czaszki i odbijają się w jej środku jak kauczukowe piłeczki. Dudnią, stukają dziobami, szeleszczą piórami.
Stąd ten cholerny hałas. Spać nie można.

Widziałam kiedyś ptaka, który wpadał z impetem na okienną szybę. Krew lała mu się spomiędzy oczu, ale on ciągle i ciągle powtarzał ten beznadziejny samobójczy akt. Zupełnie wniosków nie wyciągał.
Widzimy to co chcemy widzieć. Jak to bezmózgie ptaszysko. Gołąb chyba.
Gołębie są głupie. Lubię ptaki ale gołębi nienawidzę. Tylko żrą i srają. I walą głową o szybę gdy się je uwięzi w czterech ścianach...
Widzą to co im wygodnie. Rozpościerające się za oknem niebo. Kusząca wizja ucieczki. Desperacki pęd i... bam! Pada taki na ziemię ze skręconym karkiem.
Zdechł wtedy. Ten gołąb. Dogorywał u mych stóp. Przekroczyłam z obrzydzeniem to, nadal podrygujące konwulsyjnie truchło, i wyszłam. Śni mi się to czasem. Czerwona lepka krew ściekająca po szybie.

Moje myśli są właśnie takie. Tyle, że to nie są głupie nieszkodliwe gołębie. To kruki. Mądre czarne wyrafinowane bestie. Z rozmysłem mi to robią. Walą od środka w moją kruchą czaszkę. Rozpędzają się jak naboje wielkokalibrowe i... bam! Zdychają tam w środku zadowolone z siebie.
- Wreszcie – szepczą. - Wolność...Niebyt... Ulga...Słodka ulga.

Uśmiecha się chyba, jeden z nich. Kąciki, przy jego czarnym zaostrzonym dziobie, wykręcają się złowieszczo ku górze. Jak na tych cholernych przerysowanych chińskich kreskówkach, które czasem oglądałam na kablówce.
- Chodź Suzie... Dołącz do nas – zachęcają. - Wolność... Ulga. No przecież chcesz dziecino...

Nie musisz przebijać głową muru. Ani szyby.
Możesz zwyczajnie otworzyć okno. Zalety posiadania rąk i mózgu wielkości melona.
Stanąć na gzymsie i uczynić krok. Jeden mały krok w imię bezkresnej wolności.
Dla siebie samej. Żeby wreszcie poczuć ulgę.
Dlaczego założyłam z góry, że kruki są złe? Ich szept... Może to jedyny rozsądny głos pośród obłąkanej kakofonii, która mnie otacza?

* * *

Suzie Q leżała trzy doby na intensywnej terapii. Posłuchała wreszcie tych cholernych czarnych szeptów. Okazja czyni złodzieja, tak mawiają. Albo samobójcę, w jej przypadku.
Dostała wcześniej prezent. Anonimowo. Kosz pełen owoców, czekoladki, trochę dupereli. I talię kart w celofanowym opakowaniu.
Na oddziale psychiatrycznym skrzętnie sprawdzają wszelkie podarunki. No ale talia była fabrycznie zafoliowana. Dali jej.
Pomiędzy świeżutkimi, pachnącymi farbą drukarską, kartami upchnięte były żyletki. Taki bonus od bezimiennego przyjaciela. Albo wroga. Nieważne zresztą.

Zdążyła połknąć cztery.
Ból był nie do zniesienia. Pielęgniarka kazała zabrać Suzie na chirurgię. Znalazła ją w kałuży jej własnych krwawych wymiocin.
Wariatka – pomyślała wykręcając wewnętrzny numer szpitala.
Na nieszczęście dla Suzie, szybko trafiła na salę operacyjną. Szkoda, ze było tak blisko. W sąsiadującym segmencie budynku.

Wyjęli je z niej. Skurwiele bez serca.

* * *

Gdy się przebudziła wciąż wiła się wokół niej plątanina rurek i kabli. Jak kujące pnącza róży porastające śpiącą królewnę – przeszło jej przez myśl.
Nie mogła się ruszyć. Nie czuła bólu, nie czuła żalu ani wyrzutów sumienia. Nic nie czuła tak dla ścisłości. Nie od parady wpompowali w nią końską dawkę leków. Zmysły miała przytępione jak skorodowane żyletki.
No właśnie, żyletki...
Głupia metoda. Głupia i bolesna.

* * *

Znów się ocknęła. Na moment.
Zobaczyła swoich rodziców i faceta w białym kitlu. Podetknął im pod twarze żółty papierowy formularz.
Podpisali a później wyszli.
Nawet ją w ramię nie poklepali.
Chyba nikt się nie zorientował, że odzyskała chwilowo przytomność. Nie było jej dane odzyskać jej na długo.
Powieki jej zadrgały bez ostrzeżenia, a później znów zalała ją ciemność i usłyszała skrzeczenie kruków.

* * *

Przebudziła się w nocy. Zrozumiała, że tym razem świadomość wróciła na dłużej.
Wokół cisza jak makiem zasiał, absolutny niezmącony spokój. Pomijając może fakt, że tuż nad jej głową uwijało się jakieś babsko z gorliwością pszczoły robotnicy. Przyjrzała się jej nieśpiesznie. Przysadzista kobieta w średnim wieku o twarzy trolla i małych świdrujących oczkach. Mogła się poszczycić muskulaturą zawodowego pływaka i Suzi była pewna, że jednym ciosem mogłaby ją wpół złamać. W bladym świetle nocnej lampki dojrzała na fartuchu plakietkę z napisem: "siostra Karen Blumchen".

- Obudź się śpiąca królewno...
Panna Waligóra miała niski, męski głos jakby ktoś faszerował ją regularnie porządną dawką testosteronu. Ponoć robili to kiedyś niemieckiej sportsmence przed olimpiadą. Podnosiła zdaje się ciężary. Tak ją nabili hormonami, że w efekcie zrobili z niej faceta. Ciekawe czy to samo przytrafiło się siostrze Blumchen? Nazwisko brzmiało, zdaje się, jakoś z niemiecka.

Pielęgniarka odpięła od niej całą aparaturę, wyciągnęła wenflony. Jej wielkie, niby napuchnięte dłonie, nie przejawiały wymaganej na tą chwilę delikatności.

- Panno Dodson, zostaje pani przeniesiona do innej placówki. Proszę się ubrać.
Przy łóżku leżała torba z rzeczami osobistymi Suzi. Ta sama, którą miała przy sobie gdy przyjęto ją na oddział psychiatryczny nowoorleańskiego szpitala.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 28-01-2012 o 11:35.
liliel jest offline  
Stary 10-11-2010, 21:43   #2
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 241 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś
Powolne szybowanie w dół, jak jesienny liść. Wsiąkanie w martwą ciemność w niczym nie przypomina gwałtownego lotu w dół z wysokości szóstego piętra. To była euforia, tamto doznanie. Wiesz, stoisz na cholernym gzymsie i tylko pół długości stopy dzieli Cię od poznania prawdy. Trzymasz ster, człowieku. Naprawdę. Nikt nie decyduje za Ciebie. Świadomość jak rozbłysk flesza jednego z tych starych aparatów. Wiesz, tego proszku. Puff! I rzeczywistość zamiera, a Ty nigdy niczego nie widziałeś równie wyraźnie. Jestem potwornym krótkowidzem i ma to dla mnie kolosalne znaczenie. Bez szkieł kontaktowych nie widzę wyraźnie nawet palców własnej ręki oddalonych na długość wyciągniętego ramienia. Tylko dlatego, że jakiś cholerny mięsień puścił, na całe życie zostajesz ubezwłasnowolniony w kwestii symbiozy z osiągnięciami nowoczesnej optyki. Nie masz wyboru. Jedyną alternatywą jest powolne czołganie się na kolanach i macanie wokół w nadziei, że któraś z plam, które dostrzegasz okaże się czymś do jedzenia.

Poza tym było tak głośno, że nie słyszałam własnych myśli. Nie wiem więc, czy miałam jakiekolwiek wątpliwości. Nigdy nie lubiłam hałasu, ale wtedy, to wściekłe krakanie brzmiało jakoś tak… niezbyt męcząco.

Nigdy nie lubiłam hałasu.

Nie oglądam się za przejeżdżającą karetką, nie. Zasłaniam za to uszy. Nie do zniesienia są dla mnie centra handlowe. Targowiska. Wielkie koncerty. Zatłoczone puby. Place zabaw wypełnione dziećmi. Nadmiar bodźców słuchowych mnie dezorientuje. Mówią, że kiedy jeden ze zmysłów słabnie, inny – losowo wybrany – przejmuje pałeczkę. Jeśli to prawda, to słuch mam równie dobry, co wzrok słaby.

Cudownie jest lecieć. Krew uderza Ci do głowy i cisza zastępuje wszystko inne. Jest taki obraz jakiejś meksykańskiej malarki. Upadek kogoś tam. Jasnowłosa kobieta powielona na jednym płótnie w wielu fazach upadku. Na koniec leży na bruku z poetycką strużką krwi sączącą się z ucha. Rzeczywistość wygląda inaczej, bo zamiast rozpostartej szeroko błękitnej sukienki masz wokół siebie kałużę własnych ekskrementów i krwi. Ale niech będzie.
Lubię krew.

*

Nie spodziewała się prezentu. A już na pewno nie takiego.
- Kurewsko miłe – mówi do słuchawki. Matka po drugiej stronie milknie. Tak wydaje się zdecydowanie bardziej sympatyczna. Całe swoje życie tresowana do ładnego wyglądania. Otwiera usta i czar pryska. Pieprzona żona ze Stepford i jej pojebane pastelowe ciuszki. „Och Suzie, włóż tę pistacjową spódniczkę!”, „Nie, Suzie, naprawdę… dziewczynki tak się nie zachowują”, „Mogłabyś się czasem umalować, Suzie”. Na samą myśl o tlenionych na platynowy blond, popalonych od wałków i skamieniałych od lakieru lokach matki, Suzie wstrząsa dreszcz obrzydzenia.
Mamo, czemu twoje włosy nigdy się nie ruszają?
- Nie powinnaś używać takiego słownictwa, naprawdę. To nieeleganckie.
Chwila ciszy. Suzie niedowierza własnym uszom.
- Nieeleganckie?
- Tak jest.
- Wiesz co jest naprawdę nieeleganckie?
- Słucham Cię, Suzie.
- Szpital miejski w Nowym Orleanie.
Milczenie. W tle poskrzypuje szpitalny wózek, którym salowe rozwożą kolację dla pacjentów. Oddalona o wiele kilometrów Hannah Dodson zastyga w bezruchu.
- Nie bądź niemądra, Suzie. Wiesz, że mają tam o wiele lepszą opiekę.
Tym razem to Suzanne milczy. Ma wiele teorii, wedle których rodzice mogli umieścić ją właśnie tutaj. Żadna nie zakłada lepszej opieki medycznej.
- Ok., mamo. Muszę kończyć.
- Dobranoc Suzie, do usłyszenia.

Dobranoc.
Dobranoc szpitalu!
Dobranoc Nowy Orleanie, kolebko jazzu i matko Mardi Gras!
Pokaż cycki!

*

Jak to właściwie jest umrzeć? Jest cicho? Przechodzisz niezauważenie czy raczej nieprzyjemnie boleśnie? Może śmierć jest jak zjeżdżanie w dół rozpędzoną kolejką górską? Wiesz, znasz to czucie, kiedy żołądek podchodzi Ci do gardła, prawda? Czy gra muzyka? Czy kogoś tam spotkam? Jeśli jest ciemno, to cholerny pech, bo mam klaustrofobię. Lekką, ale spędzenie wieczności z nawracającymi bez końca atakami histerii to niespecjalnie miła perspektywa. Czy będę czuć, jak się rozkładam? Jak puchnie mi język i robaki wyżerają oczy? Jak wyłażą mi włosy? Czy poczuję mięśnie i ścięgna zamieniające się w mdło pachnącą breję?
I co jest dalej? Wieczny spokój, czy reinkarnacja i da capo al infinite? Będzie Bóg? Sąd dusz? Ozyrys z wagą i piórkiem? A jeszcze później, jeśli istnieje jakieś później, co? Święty Piotr z Hurysami pod Perłową Bramą czy Szatan gotujący w Szeolu w wielkich kadziach smołę?

*

Brzegi żyletki przed połknięciem okleja się chlebem, inaczej łatwo zaciąć się w język i poddać jeszcze zanim dobrze się połknie. Europejskie pralinki to wspaniała kolacja dla samobójcy.
Może sobie na nie pozwolić. To już nie ma znaczenia.
Suzie Q siedziała na łóżku patrząc na rozłożone przed nią karty. Z talii wyciągnęła na chybił trafił dwie i teraz, ukradkiem wsunąwszy do ust pierwszą żyletkę, próbowała je zinterpretować. Wisielec i odwrócona do góry nogami Fortuna. Drwicie, kruki, ale już niedługo. Stal ogrzewa się już na języku.

Raz.
*werbel*
Dwa!
*werbel*
Trzy!!
*werbel*
CZTERY!!!

[Zrywa się burza oklasków, do złudzenia przypominających krakanie.]

*

Ból uciszył kruki. Uciekły. Ona została. Krztusząc się i tłumiąc odruch wymiotny wołała, żeby na nią poczekały. Obietnica atłasowej, pierzastej ciemności coraz bliższa spełnienia. Targana torsjami Suzie wpatrywała się we własną krew malującą na szpitalnym kocu coraz ciekawsze i bardziej skomplikowane arabeski.
Wiedziała, że to już nie długo. Była przecież cholernym lekarzem.

*

- Code blue in section 7. Code blue In section 7.
- Dwie jednostki B Rh +, migiem!
- Rezerwuj salę operacyjną, Simmons. Po drodze RTG. Szybciej, zanim zdąży się wykrwawić.
- Słodki Jezu, ktoś to sprawdzał? Kto jej to do cholery dał?!


*

- Jakiej, do cholery, placówki Karen?
- Siostro Blumchen - poprawiła z naciskiem. - Twoi rodzice podpisali zgodę. Oni i twój psychiatra zgodnie stwierdzili, że tutejsza terapia nie przynosi skutków. Przenoszą cię do Carrol House. To prywatna klinika psychiatryczna. Reszty się dowiesz na miejscu, od osób bardziej kompetentnych. Ja mam zadbać tylko byś tam dotarła.
Suzie zamrugała wciąż patrząc na Wielką Siostrę.
- Uhm. To się świetnie składa. Tylko, że ja jestem pełnoletnia.
- Owszem, jesteś. Ale w trakcie kiedy leżałaś nieprzytomna twoi rodzice załatwili kilka prawniczych spraw. Obawiam się, że sąd zgodził się na twoje ubezwłasnowolnienie. Nie decydujesz już o sobie Suzie. Nie po tym numerze, który wywinęłaś przed tygodniem. Swoją drogą różnych się rzeczy naoglądałam odkąd praktykuję w zawodzie. Ale łykanie żyletek wskoczyło na czołówkę mojego rankingu: "najbardziej teatralnych sposobów zejścia z
tego świata."
Przez cały czas miała niewzruszoną minę. Przypominała cyborga z filmów s-f.
- Ubieraj się - podsunęła stopą torbę podróżną bliżej łóżka.
Dyskutowanie z robocopem nie miało większego sensu. Ciągle trawiąc najświeższe newsy, Suzie wciągnęła na grzbiet własne ubranie. To, że nie wybierała się do żadnego prywatnego ośrodka psychiatrycznego było oczywiste.
- Muszę do łazienki, proszę pani.
Siostra Blumchen skinęła głową.
- Zaprowadzę cię i poczekam pod drzwiami. Masz trzy minuty. Daruj sobie prysznic i makijaż. Transport czeka.

Gumoleum. Takie śmieszne, a tak przykro kojarzące się słowo.
Wyściełany gumoleum szpitalny korytarz zachłannie pochłaniał echo ich kroków. 53 do łazienki. Z tymi do kibla w sumie 57 kroków.
Suzie Q potulnie weszła do kabiny. Mózg zaczynał pracować na coraz wyższych obrotach.
Słodka mała Hanno Dodson, Ty mała wysztafirowana kurwo, jak mogłaś mi to zrobić?
Klatka. Jebana klatka.
Wyłożona kafelkami lita ściana nie dawała nadziei na ucieczkę. Wskoczyła na zamkniętą deskę i siedząc w kucki mocno wgryzła się w miękką skórę dłoni pomiędzy palcem wskazującym a kciukiem, próbując opanować wzbierającą wściekłość. Mała nastroszona sowa.

Otworzyła drzwi z impetem, mając nadzieję, że porządnie przypierdoli nimi czającej się na zewnątrz Pannie Waligórze.
 

Ostatnio edytowane przez hija : 11-11-2010 o 10:04.
hija jest offline  
Stary 18-11-2010, 15:17   #3
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9281 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Suzie miała nadzieję, że Waligóra stoi za drzwiami i solidnie oberwie w mało subtelną buzie. Kopnęła je z impetem aż uderzyły w sąsiednią ścianę, odbiły się od niej i huśtały się chwilę na zawiasach wydając z siebie drażniące skrzypnięcia.

- Już? - Siostra Blumchen zerknęła apatycznie pod nogi. Huk wystrzelonych drzwi nie zrobił na robocopie najmniejszego choćby wrażenie.
Otworzyła zapraszająco drzwi na korytarz i podniosła sportową torbę Suzi.
- W drogę śpiąca królewno.

Szpital opuściły praktycznie niezauważone. Oddział psychiatryczny wydawał się uśpiony, niemalże martwy. Suzi naszły głupie przypuszczenia, graniczące pewnie z paranoją, że była tam w tej chwili jedyną pacjentką. Nawet jeśli istotnie miała trafić do innej placówki to dlaczego akurat transfer jej osoby zaplanowali na głęboką noc? To chyba nie było normalne.

Wielki zegar ścienny wskazywał na kwadrans po północy.

Wzdłuż korytarza ciągnął się rząd trupiobiałych drzwi, wszystkich solidarnie zamkniętych.

W powietrzu wisiała ciężka, niemal wibrująca cisza. Kinkiety, z których sączyło się blade przytłumione światło, były rozmieszczone w sporej od siebie odległości, co potęgowało jedynie wrażenie wszechogarniającego półmroku. Kontury dalej położonych sprzętów i mebli ledwie dawało się wyłowić z ciemności, zlewały się z tłem w jedną ciemną symbiotyczną bezkształtną plamę.

Suzi zerkała nerwowo pod nogi, dłonią macała cały czas zimną powierzchnię ściany. Brakowało tylko żeby siostra Waligóra wyjęła z kieszeni latarkę, już by całkiem miała wrażenie, że się gdzieś włamują. Albo skądś uciekają...
Przyprawiało ją to o gęsią skórkę. Ta cisza i pustka. Nasuwały się skojarzenia z nocnym buszowaniem po cmentarzu. Chociaż z drugiej strony, rezydenci tego przybytku nie byli z pewnością w lepszej formie co nieboszczycy wylegujący się sześć stóp pod ziemią. Nie wchodziło w grę nocne imprezowanie albo wszczynanie burd. Śnili teraz z pewnością swoje psychodeliczne sny po tym co lokalna stołówka zaserwowała im na kolację. Suzi znała te ich różnokolorowe magiczne specyfiki. Współczesna farmaceutyczna alchemia... Pigułki przynoszące niezmąconą błogość (a gratis także odjazdowy ślinotok) albo zastrzyki zawierające skondensowaną dawkę eliksiru „gówno mnie to obchodzi”. Psychiatryk... Legalna miejska szpryownia.

Najpierw minęli jedną pielęgniarkę, na piętrze, później drugą, w recepcji na parterze. Obie zaczytane w tanich brukowych szmatławcach, uniosły tylko na moment spojrzenia znad grubych szkieł okularów korekcyjnych. Obie się skrzywiły ignorując ostentacyjnie dwie wychodzące kobiety i wróciły do lektury z miną cierpiętnic. Najwidoczniej oby dwie siedziały tam za karę. Byle wyciągnąć minimalną krajową i mieć za co opłacić rachunki za prąd. Entuzjazm jakim tryskały dosłownie porażał...

Na zewnątrz panował ziąb. Suzi podniosła kołnierz płaszcza gdy zimny jesienny wiatr smagnął ją po twarzy. Na poboczu stał samochód. Zwykły amerykański sedan. Wielki, niezgrabny i równie urodny co kontener na śmieci.
Siostra Blumchen pchnęła dziewczynę w jego kierunku, trącając łokciem z finezją roztańczonego niewolniczego bata. Porównanie było dość trafne, Susanne trochę się czuła w jej towarzystwie jak murzyn na plantacji.
- Idź... skręć w prawo... wsiadaj...
Zabrakło tylko:
- Wrzuć bawełnę do koszyczka.

Jej podróżna torba wylądowała na dnie bagażnika, a sama Suzi, na tylnym siedzeniu w towarzystwie „Siostry Miłosierdzia”. Kazała jej zapiąć pasy i już się zamknęła na dobre. Rozmowna to ona nie była, nie ma co.
Bolce po wewnętrznej stronie drzwi wsunęły się automatycznie do środka. Grobowiec został zapieczętowany. Cud jakiś, że nie zaczął wypełniać się piaskiem.

Kierowca ruszył z rutyną właściwą zawodowemu taksiarzowi. Nawet się nie obrócił żeby rzucić okiem na dodatkową pasażerkę. Suzi dostrzegła na kierownicy dłonie obleczone w białe rękawiczki. W lusterku ponad jego głową odbijały się jego ciemne oczy, kontrastujące ze śnieżnobiałymi białkami. Facet był ciemnoskóry. Murzyn, znaczy. Afroamerykanin, jeśli ktoś woli to określenie. Inni powiedzieliby „czarnuch”. Louisiana nie stroniła od rasizmu, nie ma co lukrować faktów. Równouprawnienie nadal było dla ludzi z tego stanu gorzką pigułką, którą niby musieli przełknąć płynąc z prądem czasu i postępu, ale najchętniej poszliby to kibla i ją wyrzygali razem z całą zawiesistą zawartością żołądka.

Droga nużyła. Suzi przysnęła na chwilę, a może na całkiem długo, ciężko było stwierdzić. Blumchen zrobiła jej zastrzyk w ramię. Nawet nie uprzedziła, głupia zdzira. Po nim jej się na spanie zebrało, choć to może nie jest do końca adekwatne określenie. Odjechała definitywnie i tonęła w krainie psychodelicznych kolorów i słodkiej obojętności.

Samochód zatrzymał się tylko raz. Szofer zamówił żarcie w przydrożnym fastfoodzie, nawet nie wychodził z pojazdu. Uchylił tylko szybę, złożył zamówienie a później odebrał pokaźną papierową torbę przy następnym stanowisku.
Podał pakunek siostrze Blumchen. Ta wyciągnęła z owiniętego w szeleszczącą folię hamburgera i zaproponowała go Suzi ze złośliwą premedytacją. Oczy jej się śmiały.

Wyglądała obrzydliwie kiedy jadła, a w zasadzie żarła jak prosię. Tłuszcz z obsmażonego mięsa ściekał jej po brodzie. Do tego mlaskała i siorbała popijając przez słomkę dietetyczną colę. A na koniec z jej gardła wyrwało się beknięcie po którym ziemia mogłaby równie dobrze zadrżeć i się rozstąpić. Ale się nie rozstąpiła, uprzejmy gest ze strony matki natury.
Dla Suzie był to ciężki do zniesienia dysonans, uszy chciały pęknąć. A Waligóra jakby umyślnie przedłużała jej tą torturę. Poprawiła shakiem, chrupiącym ciastkiem i sałatką owocową. Miała spust kobiecina, może jej ktoś operacyjnie powiększył żołądek?

Suzie znów zapadła w płytki przerywany sen. Zmęczenie dawało o sobie znać. Nadal odczuwała słabość a szew biegnący po całej długości brzucha piekł i zaczynał swędzieć. Gdy się ocknęła pot spływał z jej czoła. Nie pamiętała o czym śniła, ale z pewnością nie o niebieskich migdałach.

Samochód podskoczył na jakimś wyboju, kierowca stracił chyba panowanie nad wozem. Na ułamek sekundy, ale zaraz wyprowadził go na prostą.
- Aligator – zarechotał, tłumacząc powód incydentu.
Suzie wyjrzała za okno. Księżyc eksponował się w swej pełnej okazałości, jak modelka na wybiegu. Otaczał ich gęsty, podmokły las. Mijali majestatyczne drzewa o rozłożystych koronach połączone skołtunionymi pnączami na kształt synaps nerwowych skomplikowanego żywego organizmu. Gdzieś w oddali migotała woda. A oni mknęli szosą. Bez pośpiechu, prawie opieszale. Suzie znów zapadła w krainę narkotycznych majaków.

Wybudził ją ból. Lekki ale wyrazisty. Siostra Blumachen zaciskała właśnie swą słoniowatą dłoń na drobniutkim kolanie dziewczyny.
- Obudź się śpiąca królewno... - zabrzmiało jak wyświechtany frazes. Może siostra Blumchen istotnie była cyborgiem i miała wgraną ograniczoną ilość dostępnych funkcji werbalnych?

Ktoś otworzył drzwi od zewnątrz. No tak szofer, któż by inny. Mogła mu się dokładniej przyjrzeć lecz doprawdy nie było po co. Typ przeciętniaka. Zresztą, czy oni i tak nie są wszyscy do siebie podobni? Jak mawiała jej matka: „czarne jest czarne”.

Podeszwy butów Suzi napotkały opór w postaci drobniutkich żwirowych kamyczków jakimi wysypany był cały podjazd. Oczom natomiast ukazał się ponury gmach archaicznego i mocno podniszczonego domiszcza. Sama linia fasady była nawet urokliwa, gdyby nie tynk zwijający się całymi płatami jak bibuła. Dwie strzeliste kolumny przy wejściu, rozłożysty taras, ładne przestronne okna. Kolektywnie zakratowane... Kto by nie chciał spędzić tu urlopu?


Dom musiał mieć swoją historię, sięgającą prawdopodobnie wojny secesyjnej wnioskując po architekturze. Gdyby otworzyły się teraz drzwi frontowe śmiało mogłaby z nich wybiec radosna Scarlett O'Hara trzymająca się za ręce z Rhettem Butlerem.
Cholerna Scarlett i jej 17 cali w obwodzie talii. Ta myśl zepsuła jej cały dzień. Była przecież taka cholernie tłusta.
Palce napotkały tylko ostre sterczące kości ale mózg je zlekceważył. Wiedział przecież lepiej.


Ogród był prawdziwie zapuszczony. Rośliny rozpanoszyły się, zupełnie nieskrępowane ludzkim upodobaniem do schludności. Nikt ich tutaj nie pilnował, nic nie ograniczało. No może z wyjątkiem wysokiego na dwa metry ogrodzenia zwieńczonego kolczastym drutem.
- Pod prądem – skomentowała siostra Wligóra z uśmiechem pełnym dumy.

Poprowadziła Suzi na ganek. Długo gmerała przy zamkach obracając w dłoni bulwiasty pęk kluczy. W końcu znalazły się we wnętrzu domu, pośrodku ciemnego korytarza. Z dwóch stron napierały na nich wysokie złowieszcze ściany... Suz prawie wyczuwała ich niezadowolenie. Nie lubią obcych – tak właśnie pomyślała.

Murzyn zboczył tymczasem, zagłębiając się w jakiś ciemny zaułek i zniknął bez słowa. Utonął połknięty przez czerń.
Blumchen złapała ciężki żeliwny świecznik, na jego czubku rozbłysnął jeden pojedynczy płomyk. Jak roztropnie. Jedna jedyna świeczuszka. Jak coś się z nią stanie to można się już tylko komfortowo posikać w majtki...

- Pokarzę ci twój pokój – Blumchen ruszyła przed siebie. - Teraz połóż się spać, dochodzi czwarta nad ranem. Jutro dowiesz się wszystkiego.

Skrzypnęły jakieś drzwi. Siostrunia postawiła świecznik na małym nocnym stoliku, torbę Suzanne ułożyła na dolnym poziomie piętrowego łózka. Zaraz później zniknęła pośród ciemności wylewającej się z korytarza.
Suzie została sama.
Tak przynajmniej jej się wydawało, dopóki nie dostrzegła sylwetki wiercącej się na górnej kondygnacji łóżka. Ktokolwiek to był, leżał odwrócony plecami do nowej współlokatorki, szczelnie zresztą okryty kraciastym kocem.

Do pokoju przylegała maleńka obskurna łazienka. Wanna, umywalka, sedes. Wołała o pomstę do nieba. Albo remont, a raczej renowację zabytków. Suzie umyła się szybko i pobieżnie. Słaniała się z nóg.

Spała niespokojnie. Leki ciągle buzowały w żyłach.
Wydawało jej się, że mrukliwe gardłowe głosy szepczą jej do ucha.

Rankiem obudził ją przeraźliwy obłąkańczy krzyk. Zerwała się na równe nogi rozglądając się panicznie. W pokoju była jednak sama. W świetle dziennym lokum wydawało się jeszcze bardziej zapuszczone niż poprzedniej nocy. Suzie podeszła do drzwi i pierzchliwie naparła na klamkę. Ta ustąpiła bez najmniejszego oporu. Drzwi skrzypnęły zapraszająco.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 28-01-2012 o 11:35.
liliel jest offline  
Stary 28-11-2010, 15:37   #4
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 241 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś
Obrzydliwość. Oświetlony rachitycznymi jarzeniówkami szpitalny korytarz wyglądał jak świeżo odpakowana kanapka, która zbyt długo leżała w pojemniku Tupperware. Idiotycznie dyskretny oddział ta psychiatria.
Odizolowany od reszty szpitala ciągiem korytarzy.
Odizolowany od świata ciężkimi wahadłowymi drzwiami, przy których wiecznie drzemie ochroniarz.
Dyskretnymi odpornymi na wybicie hartowanymi szybami.
Porcją anestetyków.
Plastikowymi twarzami pielęgniarek.
Warstwą papieru śniadaniowego.
Warstwą ligniny.
Warstwą folii bąbelkowej.


Schludny i pachnący lizolem Miejski Zakład Utylizacji Czubków, finansowany z twoich ciężko zapracowanych pieniążków.
Tak, tak! Jeśli miałeś szczęście, to jesteś sponsorem kotleta, który pierdolnięta Ruby przeżuła dziś na kolację, po czym wypluła i wepchnęła do buta. GRA-TU-LA-CJE!


Wolność. Pierwszy haust wolnego od związków chemicznych powietrza po tak długim czasie jest niemal równie cudowny, co wpierdolenie gigantycznego kubełka wprost od pułkownika Sandersa. I wyrzyganie go w trzy minuty później.
Cudna, cudna noc.
Zakończona zbyt prędko, przez siostrę Waligórę i jej przednie maniery. A także jakże miły w dotyku jej delikatny łokieć, rozkołysany niczym taran walący w bramy Troi.


Wepchnięta na tylne siedzenie Buicka, Suzie Q pociągnęła nosem. Kurwa mać. Nienawidziła Wunderbaumów. Bez względu na odmianę zapachową, wszystkie były równie irytujące co rzygopędne. Nasączone aromatem mającym imitować pomarańczę plastikowe drzewko zakołysało się lekko w geście pozdrowienia.
Ostra, pusta w środku igła bez ostrzeżenia przebiwszy się przez warstwę materiału na ramieniu, utkwiła pod skórą jej ramienia.
- Ty cholerna, głupia cipo... - zdążyła jeszcze powiedzieć, przy czym każdy kolejny wyraz stawał się coraz dłuższy i dłuższy. Odpłynęła.
Nie po raz pierwszy zresztą. Jebana Karen nie dała jej wyjścia. Najpierw chciała gryźć i kopać, ale potem magiczny środek odebrał jej entuzjazm. Kurwa, przecież nie była zwierzątkiem! Żadnym jebanym szczeniaczkiem, którego nosi się na rękach czy przestawia z kąta w kąt, do cholery! Z myślą, że czuje się całkiem jak chomik, zasnęła.


Przyglądała się żrącej pielęgniarce z zaciekawieniem. Rejestrowała więcej detali niż powinna. Tłuszcz na brodzie, resztki frytek pomiędzy zębami, nitkę śliny pomiędzy ustami tamtej a słomką, kawałek sałaty na drugim guziku od góry, musztardę w zagłębieniu przy paznokciu.
Pomyślała, że powinna była skorzystać z zaproszenia. Nażreć się razem z pielęgniarką, a potem narzygać jej na kolana. Mogła to zrobić, miała to w karcie!
- Problem jest taki – zamruczała sama do siebie – że masz umrzeć bezboleśnie i pięknie. Rozpieprzenie świeżo połatanego przełyku za pomocną BigMaca byłoby sporym nietaktem.
Poza tym od nie pamiętam kiedy nie miała niczego w ustach, odżywiały ją rurki. Małe pompy wtłaczające w nią nieskończoność kalorii.
Zrastająca się powoli rana zapiekła na całej długości, gdy Suzie Q wybudziła się nam z ciężkiego snu.



- Teraz to już na pewno mi odpierdoli.

Pomyślała stając twarzą w twarz z nowym miejscem pobytu. Stylowa klatka dla ptaków, w gratisie wypełniona śliniącymi się debilami. Weszła grzecznie, choć miała chęć obrócić się na pięcie i z krzykiem runąć w stronę ogrodzenia. I spalić się na węgielek. O ile naprawdę było pod napięciem.
Czuła się trochę jak w filmie. Nawet zatknięta w świecznik świeczka była niedorzeczna. Dlaczego, do cholery, po prostu nie zapalili światła? Szła ostrożnie, a z każdym jej krokiem rzeczywistość zaczynała coraz mniej wyglądać jak rzeczywistość. Łuszczyła się na krawędziach jak stary celuloid.


Pokój, któremu przedstawiła ją Panna Waligóra po prostu śmierdział. Zupełnie, jakby całe pokolenia poprzednich wsiąknęły w mury domu. Suzie poczuła, że się dusi. Było jednak zbyt późno. Drzwi zamknęły się, a ona została w pokoju w towarzystwie świeczki. Nie tylko, jak okazało się chwilę później. Ktoś jeszcze tu mieszkał. Mogła zapomnieć o luksusie własnego pokoju. Żadnego terytorium do obsikania.


Ku rezygnacji Suzie Q, rano wcale nie okazało się, że nocna podróż była zwidem. Obskurny pokój w świetle dnia po raz drugi stał się faktem. Kilka kroków w stronę drzwi, skrzypnięcie klamki i okazuje się, że to wcale nie jest plan filmowy. Po drugiej stronie dekoracji nie ma imitujących rzeczywistość technikaliów. Nagi, prawdziwy świat.

Szpital nie wyglądał jak szpital. Wyświechtany chodnik w kwiecisty rzucik kojarzył się z przydrożnymi motelami, gdzie rozpalone do białości pary zatrzymywały się na pospieszny numerek. Swoją drogą trzeba nie mieć za grosz wyobraźni, by gołym tyłkiem siąść w taką pościel. Chyba, że lubi się ten dreszczyk ryzyka: złapię czy nie złapię? Suzie lubiła.
Na stojącym opodal drzwi pomalowanym szarozieloną farbą stalowym stołku siedział pielęgniarz. Małe świdrujące oczka były tym, co w przypominającej pyszczek łasicy twarzy rzucało się w oczy najbardziej. Biorąc pod uwagę materiał porównawczy mają tu wyjątkowo wysokie kryteria jeśli chodzi o wygląd pracowników – pomyślała przyglądając się mężczyźnie.

- Cześć? - zapytała w końcu patrząc w kierunku Pana Łasicy.
- Panna Dodson - wyszczerzył się do niej w paskudnym uśmiechu. - Dobrze się spało?
- Bosko po prostu. A Tobie?
- Kiepsko. Erni spod trójki dał popis i trzeba go było w kaftanik wpakować. Skurwiel ugryzł mnie w ucho - na potwierdzenie swych słów ukazał Suzie swój drugi profil, równie zresztą paskudny co ten pierwszy. Faktycznie, ucho było uwieńczone wielkim podeschniętym strupem.
- Obrzydliwe - stwierdziła z niesmakiem. Lubiła krew, było w niej coś mistycznego, ale strup na uchu jakiegoś obcego faceta nie miał w sobie mistycyzmu za grosz.
- To jak? Gotowa by oficjalnie rozpocząć imprezę? Przeciąć czerwoną wstążkę i tak dalej? We wspólnej sali już czeka tort i wiszą plakaty z napisem "Witaj w domu Suzie".
Podniósł się z krzesła, minął dziewczynę i ponaglił ruchem głowy by poszła za nim.
- Graj muzyko!
Poprowadził ją w dół korytarza. Kolejne mijane metry nie różniły się od siebie niczym wyjątkowym.
Na końcu korytarza widniały przesuwne drzwi, również nie zamknięte.
- Jestem Mal - rzucił jeszcze pielęgniarz. - Pani dyrektor cię najpierw we wszystko wtajemniczy. Czeka na ciebie w gabinecie.
Pokonali ciężkie przesuwne drzwi. Za nimi; o dziwo; był kolejny korytarz. I jeszcze jeden. I jeszcze. Minęli salę telewizyjną pełną pół na pół krzyczących na pogodynkę debili i pogrążonych w śmiertelnej ciszy psychopatów. Gdy dotarli pod pierwsze zamknięte i okratowane drzwi, Suzie zdążyła nabrać już przekonania, że skoro są w stanie mieć tutaj tyle korytarzy, to pewnie mają również zderzacz hadronów. W końcu co im, kurde, szkodzi? Ciężki pęk kluczy zadzwonił donośnie, gdy Pan Łasica otwierał zamek.

Korytarz po drugiej stronie drzwi wyglądał trochę inaczej. Tu przynajmniej były na drzwiach tabliczki. Nazwiska, same nazwiska. Stanęli przy drzwiach, na których tabliczka głosiła:


Dorothy Queen
dyrektor ośrodka psychiatrycznego
Carrol House



Gabinet, choć schludny, błagał o remont. Przypominał trochę starą kobietę – makijaż i czyste ubranie pomagały nieco oszukać czas, ale z bliska każdy dostrzec mógł sypiącą się gruzy urodę. Pogratulować sprytu w wytwarzaniu elegancji z niczego.
Siedząca za biurkiem kobieta przerzuca papiery. Po chwili unosi wzrok i jej twarz rozjaśnia uśmiech rodem z reklamy pasty do zębów. Elegancka, ubrana w jasną garsonkę blondynka pasuje do otoczenia jak pięść do nosa.

- Witaj Suzie - jej głos jest ciepły, przyjemny. Wyciąga rękę w zapraszającym geście – Proszę usiądź.
Suzie siada na krześle, wciąż nie spuszczając z niej wzroku.
- Jestem doktor Queen. Prowadzę tą placówkę. Przeglądaliśmy twoją kartę Suzie, ja i doktor Liddell. I myślę, że jesteśmy w stanie ci pomóc. Doktor Liddell jest świetny w swoim fachu, będzie twoim lekarzem prowadzącym. Poznasz go po południu.
- Doskonale, cokolwiek. Słuchaj, ja chcę stąd tylko wyjść, to jest jakieś kosmiczne nieporozumienie.
- Nie ma mowy o błędzie Suzie. Twoi rodzice zażyczyli sobie by przekierować cię do nas, w twojej teczce są wszystkie dokumenty, wszystkie podpisy. Obawiam się, że stąd nie wyjdziesz dopóki nie poczujesz się lepiej. W tym stanie musisz pozostać pod fachową opieką. Próbowałaś się zabić Suzie - przy ostatnim zdaniu przestała się wreszcie uśmiechać jakby chciała podkreślić dramatyzm sytuacji.
- Próbowałam – przyznaje Suzie bez cienia zażenowania. - Też powinnaś czegoś spróbować, a mianowicie: spróbuj zrozumieć, że umieszczenie mnie tutaj w niczym nie pomoże. Służy wyłącznie wygodzie moich rodziców.
- Suzie, potrzebujesz pomocy. Nie jesteś zdrowa. A to, że nie dostrzegasz problemu tylko to potwierdza. Zresztą, jestem pewna, że z doktorem Liddell dogadasz się pierwszorzędnie.
Wstała znowu zerkając na zegarek.
- Muszę już się zbierać, spieszę się na samolot moja droga. Na wszystkie pytania odnośnie twojego stanu odpowie twój prowadzący. Jeśli nie masz pytań natury formalnej...
- Baw się dobrze - mruknęła szurając krzesłem i kierując się ku drzwiom gabinetu.
 
__________________
Purple light in the canyon
That's where I long to be
With my three good companions
Just my rifle, my pony and me
hija jest offline  
Stary 14-12-2010, 20:33   #5
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9281 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Suzi wyszła z gabinetu, a właściwie została taktownie wyproszona. Na zewnątrz czekał Pan Łasica, w iście westernowej pozie rewolwerowca opartego o ścianę saloonu.
Nagle wydał jej się wcale nie taki znów obleśny. Miał coś z Clinta Eastwooda grającego Człowieka Bez Imienia w klasyku: „Za garść dolarów”. Ten sam skurwysyński drapieżny wyraz twarzy mówiący: „I tak na końcu filmu wszystkich was powystrzelam”.

- Wiesz Suz – ruszył w jej stronę - nasi lekarze mają świra na punkcie rodzinnej atmosfery. Nie ma rygoru noszenia szpitalnych fartuszków. Chcesz taki dostać, dla klimatu, czy wolisz swój cywilny uniform?
Dziewczyna przewróciła tylko oczami.
- Oj zamknij się. Albo mi powiedz jak się stąd wydostać.
- Rozumiem, że nici z przebieranek – kiwnął głową. - Chodź zatem. Przedpołudnia zazwyczaj spędzamy w sercu Carroll House. Doktor Queen twierdzi, że tam pacjenci mogą się wyciszyć.
Prowadził ją dalej labiryntem korytarzy, skorzystał z pęku swoich kluczy uśmiechając się przy tym z satysfakcją więziennego klawisza.
- Już ci tam wyciszyć... Jak ktoś ma dostać agresora to go dostanie nawet w środku cholernej lekcji jogi.
- Powiedz, że chodzi o plażę - roześmiała się. Wizja prywatnej plaży w środku domu, który metodą kopiuj-wklej został przeniesiony z angielskich horrorów była hiperzawabna.
- Prawie - odparł. - Tyle, że bez wody i piachu.

Mal pchnął wreszcie drewniane wielgachne drzwi i oboje weszli do rozległego, zalanego światłem pomieszczenia, które zdecydowanie kontrastowało z resztą tej zapyziałej upiornej dziury.


Oczom Suzie ukazała się przestronna oranżeria. Zarówno ściany jak i wysoki na cztery metry sufit były całkowicie przeszklone. Pielęgniarz skomentował z paskudnym uśmiechem, jakby czytał dziewczynie w myślach.
- Zbrojone szyby.

Wnętrze było niemniej efektowne. Całość wypełniała bujną roślinność, niektóre egzemplarze szpitalnej flory wyglądały iście egzotycznie (i nie chodziło bynajmniej o faceta śliniącego się na ławeczce nieopodal). Podłoga wyłożona gładką glazurą ułożoną w czarno białą mozaikę, w centrum stały śliczne wiklinowe foteliki wyściełane białymi poduszkami, obok małe okrągłe stoliczki rodem z francuskich kawiarenek. Brakowało tylko widoku wieży Eiffela w oddali. Jej brak równoważył jednak inny, równie interesujący, element wystroju, a mianowicie stado snujących się samopas wariatów.

- Czas na herbatkę? - zapytała Susan na widok zielonego zakątka.
- Jest i herbatka jeśli masz ochotę - Mal wskazał na pobliski stolik, przy którym siedziały dwie kobiety. - Tyle, że mrożona. Wiesz, rodzinna atmosfera rodzinną atmosferą, ale istnieją pewne granice zaufania. A dawanie wrzątku świrusom z pewnością poza te granice wykracza - wyszczerzył się paskudnie. - Enjoy.

Puścił jej oko i odszedł w kierunku drzwi. Nie wyszedł jednak. Oparł się o ścianę, przyjmując tę samą co ostatnio pozę rewolwerowca tudzież cowboya z reklamy marlboro. Przygarbione plecy, jedna noga wyprostowana, druga zgięta, obcas wystukujący o ścianę jakiś bliżej nieokreślony rytm.

Suzi podeszła do stolika. Siedziały tam dwie kobiety, jedna od razu pomachała jej dłonią na powitanie, jakby były starymi znajomymi. Okazała się być młodą dość latynoską, nawet atrakcyjną, choć twarz miała zniszczoną. Szaleństwo się na niej odcisnęło jak ślad butów w miałkiej ziemi. Oczy podkrążone, rozbiegane, wysuszone popękane usta. Ubrana była w skromną kwiecistą sukienkę. Dekolt eksponował imponujących rozmiarów biust, którego by się nie powstydziła dziewczyna miesiąca z rozkładówki playboya.

Druga z kobiet wyglądała nadzwyczaj normalnie, gdyby nie fakt, że miała na sobie czarny obcisły kombinezon, z taniej błyszczącej lajkry. Głowę ozdabiała opaska z doszytymi małymi uszkami, a w dłoni trzymała długi puszysty ogon, którym wywijała w powietrzu wymyślne pętle. Nie była zbyt ładna. Ruda, piegowata i makabrycznie blada, za to uśmiech miała promienny i oślepiająco jak tarcza słoneczna.

- Jest i kobieta kot - mruknęła do siebie Suzie. - Zaraz wychodzisz.

Tymczasem Latynoska cały czas machała ręką w powitalnym geście, nawet wówczas gdy Suzie stała już o krok od niej. Może miała jakąś nerwicę natręctw i nie mogła przestać?
- Cześć - rzuciła ta druga nie przestając bawić się ogonem. - Jestem Kat. A to Maria Lucia.

- Domyśliłam się - Suzie odpowiedziała grzecznie, po czym wróciła do Pana Łasicy mówiąc stanowczo. - Chcę stąd wyjść.

- O czternastej – pielęgniarz wskazał wielki okrągły zegar zawieszony nad drzwiami. Wskazywał dwadzieścia po jedenastej. - Taki rytuał. Korzystaj z zieleni, ponoć koi nerwy.
Wyjął z tylnej kieszeni paczkę papierosów i zapalił ostentacyjnie.

- Teraz – szepnęła Suz wpatrując się w żar na końcu papierosa.

Nic nie powiedział ale wyciągnął w jej kierunku otwartą paczkę papierosów.
- Uspokój się dziewczyno. Mnie też się nie podoba, że muszę tu siedzieć. Każdy orze jak może.


Nigdy w życiu nie zapaliła jeszcze papierosa tak gwałtownie i zachłannie. To była jakaś pieprzona pomyłka. Paląc i odruchowo obskubując z listków najbliższy krzak próbowała się uspokoić. Listki były boleśnie realne.
- Chciałabym zadzwonić, dobra Mal?

- Nie - wzruszył ramionami z nonszalancką obojętnością. - Musi być zgoda z góry. Poproś swojego prowadzącego.
- Kurwa.

Ruszyła wzdłuż linii roślin, ze wzrokiem wbitym w kafelki. Jeśli ma tu tkwić do czternastej, to musi znaleźć jakieś spokojne miejsce. Nie miała sił na kolejne Kobiety Koty i JLo.


- Hej Suz - rzucił za nią Mal. Podszedł kilka kroków i szepnął jej do ucha zaciągając się dymem. - Wiesz... Z tym telefonem i w ogóle... Da się załatwić. Wszystko da się załatwić. Kwestia ceny dziecinko.

Odwróciła się z zainteresowaniem, pytająco unosząc brew.
- Podobasz mi się, zawsze gustowałem w kościstych panienkach - jego oczy zwęziły się lisio. Pogłaskał ją po włosach, ale zaraz asekuracyjnie cofnął dłoń. - Ile jesteś w stanie zaoferować za rozmowę telefoniczną?

Suzie cofnęła się o krok. Nie lubiła nieplanowanych kontaktów fizycznych.
- Powiem Ci po południu.
- Nie - pokręcił głową. - Powiesz mi wieczorem. Zmywam się stąd o drugiej. Ale wracam na nocną zmianę.
Mal wrócił na swoje stanowisko przy głównych drzwiach i posadził tyłek na wiklinowym stołeczku.


Suzie przechadzała się wąskimi zielonymi alejkami. Niektóre rośliny wyglądały na porządnie egotyczne. Kwiaty o intensywnych hipnotyzujących barwach i fantazyjnych kształtach, wielkie mięsiste liście, drzewa sięgające szklanego sufitu.

W pewnym momencie ktoś złapał ją za ramię. Obejrzała się instynktownie i odskoczyła krok w tył. Obok niej stała JLo. Wcale nie usłyszała kroków Latynoski, tamta zakradła się do Suzie jak wyspecjalizowany żołnierz ninja. Pozostawało mieć nadzieję, że nie zacznie miotać stalowymi gwiazdkami.

- Jezu Chryste! - krzyknęła panicznie. - Co?!
- Muszę cię ostrzec - oczy Marii Lucii błyszczały kasandrycznie. Usta drżały lekko w wyrazie paniki. - To miejsce jest nawiedzone - szepnęła jej wprost do ucha. - Oni... Oni przychodzą w nocy.

To już było dla Susan za wiele. Jak to się w ogóle stało, że trafiła w sam środek tej bandy obłąkanych dziwolągów? Podchwyciła jednak klimat paranoi, przybrała możliwie poważną minę i postanowiła pociągnąć ten kabaret.
- Wszczepili już coś komuś? - zapytała z szeroko otwartymi od udawanego strachu oczyma.

- Skąd wiesz? - Maria Lucia odruchowo uniosła przedramię i zaczęła się drapać po przegubie. Zerknęła też na stare blizny Suzie po niemal zapomnianej samobójczej przygodzie. - Próbowałaś to wyjąć? Ja nie dałam rady, specjalnie chowają przed nami wszystkie ostre przedmioty. Ale ja wiem, że tam jest. Metalowa płytka. Czasem... - jeszcze bardziej ściszyła głos. - Czasem w nocy, czuję jak piecze, tuż pod skórą.

- Próbowałam, ale jest upchnięta pod ścięgnami. Nie dałam rady ich przeciąć. A widelce? Próbowałaś widelcem?
Latynoska przewróciła oczami i prychnęła w sposób, który miał powiedzieć "ma się rozumieć".
- Próbowałam oczywiście. Próbowałam nawet nożem. Ale tymi ze stołówki niewiele się zdziała. Sukinsyny dają tylko plastikowe jednorazówki.

- Co za gówno... - współczucie zabrzmiało niemal prawdziwie. - Nie martw się, znajdziemy sposób.
- Dobrze – Latynoska pokiwała z przejęciem głową. - Tylko pamiętaj, uważaj w nocy. Oni przychodzą i... robią różne rzeczy. Zmuszają... - spuściła oczy i chwilę się wahała jakiego użyć słowa. W końcu szepnęła jeszcze ciszej - do grzechu.
- Jakiego grzechu? - nachyliła się nad J Lo, żeby spotęgować absurdalną atmosferę grozy.
- Do nierządu – tamta poszerzyła dekolt. Faktycznie ciało Marii Lucii było usiane zadrapaniami a pod obojczykiem widniała wielka czerwona malinka wielkości jednodolarówki. - Modlę się do Świętej Panienki z Gwadalupy aby mnie przed nimi ochroniła. Ale oni przychodzą, ciągle i ciągle... - głos jej się załamał.
- Dziękuję, ze mnie ostrzegłaś.

Suzi przełknęła głośno ślinę, wróciło wrażenie odrealnienia. Posadziła tyłek na pobliskiej śnieżnobiałej ławeczce i zapatrzyła się czubki swoich butów.

Kątem oka dostrzegła mężczyznę. Brunet w granicach czterdziestki. Kościsty, o bujnych włosach i zapadniętych policzkach. Facet miał podłączoną dożylnie kroplówkę. Nosił, o dziwo, szpitalny szlafroczek. Chyba się ślinił. Musieli go ostro naszprycować bo wyglądał jakby odbywał właśnie podróż na drugą stronę lustra.
Suzi już miała odwrócić wzrok kiedy mężczyzna spojrzał na nią, jak jej się zdawało wyjątkowo przytomnie.
Ale zaraz wzrok znów mu zmętniał a głowa opadła na pierś. Od tego wzroku... na moment ciarki przeleciały jej po całej długości kręgosłupa.


 

Ostatnio edytowane przez liliel : 28-01-2012 o 11:36.
liliel jest offline  
Stary 18-12-2010, 11:25   #6
 
hija's Avatar
 
Reputacja: 241 hija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie cośhija ma w sobie coś
Ramówka dnia wariatów okazała się zaskakująco nudna.
Potulne, spigulone baranki wprost z oranżerii pogoniono na stołówkę.
Obiad był cierpieniem. Suzanne Dodson całe swoje życie wiedziała, że istnieje by jeść. Dokładnie tak, nie na odwrót. Smak był jednym z jej podstawowych zmysłów, co w niedługim czasie poznać można było na podstawie rozmiaru jej tyłka.
Tak było.
Przynajmniej do czasu, gdy w ostatniej klasie Suzie poznała Wielką Księżną Bulimię i jej oszałamiające królestwo wiecznie zażenowanych sobą Obżartuchów.

Wcale nie było łatwo – przynajmniej na początku. Dla kogoś, kogo sedno istnienia stanowił delikatny aromat creme brulee, smak własnych rzygowin na języku był prawdziwą Gehenną. Ale było warto. Oto bowiem okazało się, że można bezkarnie zjeść każdą ilość każdej istniejącej potrawy.
I to za niewielką cenę zniszczonego doszczętnie szkliwa.
Szczupła i pełna wspomnień o rozkoszach podniebienia Suzie dryfowała przez świat smaków.

Wypełnione breją przypominającą z wyglądu gówno aluminiowe tacki były starszymi o kilka dni siostrami tych, które przemierzały właśnie trasę Fort Worth, TX – Hong Kong. Jedyna różnica tkwiła w ich świeżości i, cóż, fakcie, że do tamtych pluły eleganckie stewardessy, a do tych…
Na samą myśl o tym, utrzymanie choć kęsa w żołądku zaczynało przypominać rodeo.

Na deser dostali różnokolorowe pigułki imienia doktor Quinn. Jak hojnie.
Żadnych ekscesów, stwierdziła ze zdumieniem. Wszystkie pisklątka łapczywie otwierały dzióbki i grzeczniutko przełykały serwowane im specjały.
Podniosła język, żeby Panna Waligóra mogła potem spać spokojnie z poczuciem wykonanej misji.


Zależało jej na czasie, tabletki nie mogły rozpuścić się za bardzo.
Przyklęknęła nad dawniej białym porcelanowym konfesjonałem i wepchnęła sobie palce do gardła. Obgryzała paznokcie, bo tak było o wiele praktyczniej. Zero zadrapań.
Zwymiotowała, cedząc zawartość żołądka przez palce. Bardzo chciała je mieć. Te małe grudki chemicznego zapomnienia.

Czas do następnego posiłku wypełniano czubkom za pomocą programów przyrodniczych. Sofy i krzesła obsieli trzymający się w grupkach pacjenci. Nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. Życie pszczół, jakkolwiek interesujące, miała w dupie.
Zupełnie niechcący zawiesiła oko na Oślinionym. Siedział sobie na swoim wózeczku z dokładnie takim samym wyrazem twarzy jak w zieleniaku. Z plastikowej torby przytwierdzonej do jego ręki za pomocą plastikowej rurki i kawałka plastra co chwilę coś skapywało. Było w tej torbie coś niebywale interesującego. Przeczekanie pielęgniarek było wymagającym zadaniem, ale ostatecznie udało jej się wyszarpnąć chwilę słodkiego tete-a-tete z Warzywem. I jego pociągającym plastikowym workiem.
Dokładnie przyjrzała się nalepce na kroplówce. Nazwa była długa i nie nadawała się do czytania na głos w okolicznościach innych, niż pojebany konkurs literowania w lokalnej podstawówce na jakimś zupełnym zadupiu. Nie trzeba było geniusza, żeby spostrzec, że worek posiada drugie dno, czy raczej drugą warstwę etykietki, zręcznie ukrytą pod ciut większym kawałkiem papieru. Odrobinę przydługim już paznokciem podważyła róg naklejki. Bingo! Odszedł ładnie, co w sumie dobrze wróżyło. Spod wierzchniej warstwy wyłoniła się nazwa znacznie milsza i dalece bardziej znajoma.

- Glukoza

Gdyby tylko interesowałoby to kogokolwiek, w głosie Suzie zwietrzyć mógłby lekką nutkę zaskoczenia. Czym oni ich tu, do kurwy nędzy, leczyli?

Po kolacji repeta Festiwalu Chemii i Farmacji. Jej mała kolekcja rosła w niezłym tempie.
Jeszcze trochę i będzie mogła pofrunąć.

Obdarzona niebywałym wyczuciem czasu i taktu Waligóra nie pozostawiła Suzie wiele czasu na abstrakcyjne dywagacje. Z właściwą sobie czułą troskliwością odholowała dziewczynę do znanego jej już oddzielonego od reszty wariatkowa kratami korytarzyka.

Zrobiło się już całkiem późno. Ścienny zegar wskazywał 21.00.
Siostrzyczka uchyliła drzwi oznaczone numerem 5 i wepchnęła przez nie Suzie do skąpo oświetlonego gabinetu.

Za biurkiem, niemal na skraju kręgu światła siedział niemłody już lekarz. Typ przystojnego skurwiela po czterdziestce, ale jeszcze przed pięćdziesiątką. Z całą pewnością miał sportowy wóz, eksżonę, dwójkę dzieci (obowiązkowo chłopczyka i dziewczynkę) i karnet w klubie tenisowym. Lub może jeszcze w sekrecie posuwał młodziutkie pielęgniarki na przemian z co ładniejszymi pacjentkami. Uwielbiał gadżety, albo miał jakiś fetysz, którym brzydziła się jego żona. Tutaj, w uszeregowanych wzdłuż wyściełanego linoleum korytarza pokoikach, pełno było potencjalnych kochanek, którym było wszystko jedno co i gdzie im się wkłada. Albo które – po zaaplikowaniu stosownego serum – z dziką radością podzielały jego entuzjazm. Suzie uśmiechnęła się, czując przyjemnie zamieszanie pomiędzy nogami. Jej nie musieliby niczego aplikować. Mógłby ją zerżnąć na kozetce tu i teraz. Lubiła ten typ.

- Proszę usiąść panno Dodson.

Łagodny głos rozwiał różowe obłoczki jej fantazji. Siadła bez słowa, wciąż dokładnie przy tym oglądając gabinet i pana doktora.

- Nazwam się Liddell. Będę pani lekarzem prowadzącym w Carroll House.

W świetle osłoniętej ciemnozielonym kloszem mosiężnej ramki dostrzegała zarysy mebli. Jasności starczało tylko na rozległe biurko i siateczkę zmarszczek na twarzy lekarza. Zaciągnięte na głucho żaluzje nie przepuszczały z zewnątrz ani promienia. Donośny dźwięk pagera sprawił, że drgnęła nerwowo.

- Panno Dodson. Muszę panią na moment przeprosić. Wiem, że to kiepski początek ale wzywają mnie do laboratorium. To zajmie tylko chwilę.

Suzie bez słowa rozłożyła ręce w geście bezradności.
Facet wyszedł, a ona postanowiła nagle wykazać się przedsiębiorczością. W ciemnościach, do bólu wytężając wzrok odnalazła zarys szuflad na akta.
Ciemno, zdecydowanie zbyt ciemno. Zastanawiając się nad tym, na ile wystarczy jej kabla, sięgnęła po ciężką lampę. Niewidzialne wcześniej grzbiety teczek ujawniły swoje nazwy.

Chandler, Chester, Dempsey, Dodson, Doyle

wróć... Dodson
Teczka była ciężka. I bardzo, bardzo gruba. Kartoteki ze szpitala. Orzeczenia poprzednich lekarzy. Wyróżniały się jedynie dwa dokumenty. Wyglądający na stary, wypełniony cienkimi jak bibuła kartkami folder oraz dokument o nazwie 1:E.
Czując, że może nie mieć czasu na wszystko, Suzie sięgnęła po żółty folder, zachłannie poszukując jego treści. Akta z ostatniego miejsca pobytu, cholernego Szpitala Okręgowego w Nowym Orleanie. Biegła wzrokiem po tekście dosyć chaotycznie, losowo wyłapując informacje


Susan Dodson, lat 24...

21.11. - Próba samobójcza...połknięcie żyletek... Rozległe rany wewnętrzne.... przełyk... żołądek... Po przeprowadzonej natychmiast operacji... 22.11. stan pacjentki stabilny... 24.11. pojawiły się komplikacje... krwotok wewnętrzny... interwencja chirurgiczna... 26.11. (dzień, w którym – o ile dobrze kojarzyła – Waligóra wcisnęła ją do auta) Nagły spadek ciśnienia... Akcja serca... Stan krytyczny... nieudana reanimacja... Czas zgonu: 11:05.
Na życzenie rodziny sekcja zwłok nie zostanie przeprowadzona.



Suzi stała nad szafką z aktami nie mogąc złapać tchu. Wszystko wyglądało na autentyczne, pieczątki, podpisy... Nawet podpisy jej rodziców potwierdzających rozpoznanie ciała.

- Skurwysyny.

Nagle usłyszała hałas, gdzieś za plecami.
Szuranie.
Przerażająco powolne i monotonne. Zupełnie jakby ktoś zbliżał się od przeciwległej ściany. Gotowa uderzyć z całej siły, uniosła w górę ciężką lampę i w tej samej chwili szuranie ustało. W gabinecie zapadła cisza. Tak ciężka, że nie do przełknięcia. W półmroku majaczył zarys dziewczęcej sylwetki. Suzie nienawidziła półmroku. Tego stanu pomiędzy światłem a ciemnością, kiedy nic nie jest tym, czym się wydaje. Nienawidziła wytrzeszczać oczu w płonnej nadziei wyłowienia szczegółów. Wychudzona, ubrana chyba w sukienkę, stała tam ze zwieszoną głową.

- Już wiesz? - dziecięcy szept. Tak upiorny w tych okolicznościach, że wszystkie włoski na ciele stanęły jej dęba.
- Jezusmaria! - Suzie nie mogła się zdecydować czy lepiej byłoby zachować milczenie, czy wrzeszczeć. Skamieniała.
- Wiesz co robić, prawda? On trzyma rewolwer w górnej szufladzie biurka. Ty nic nie wiesz... Jeszcze nic nie wiesz... Ale dowiesz się, Suzie... Szukaj srebrnej kropli. Tam się wszystko zaczęło.

Zza dzrwi, z głębi korytarza Suz usłyszała kroki. Odruchowo odwróciła się w tamtą stronę. Trzęsącymi się rękami odstawiła lampę. Wmawiając sobie, że wcale nie słyszała dziecka, gwałtownie wepchnęła teczkę w głąb szuflady i zamknęła ją za sobą. Rzuciła się do biurka i wyszarpnęła górną szufladę. Na stosie jakichś papierów leżała broń.
Wzdrygnęła się, kątem oka wciąż widząc postać. Kroki w korytarzu były coraz bliżej.
Zatrzasnęła szufladę dokładnie w chwili, w której ktoś po drugiej stronie drzwi złapał za klamkę.
Wszedł, gdy stawiała lampę na stole. Wmawiając sobie, że musiało ją całkiem pojebać, skoro widzi duchy, okrążyła stół i wciąż patrząc na lekarza, wróciła na swoje miejsce. Na ten widok przez twarz mężczyzny lekko jak mgiełka pędzona wiatrem przemknął grymas konsternacji. Szybko się pozbierał, naprawdę. Przywidziawszy maskę obojętności usiadł za biurkiem. Wyciągnął przed siebie ręce, stawiając na stole… białego królika.

Suzie mrugnęła.

- To Ed, muszę dziś go mieć na oku dlatego wziąłem go ze sobą. Mam nadzieję, że ci nie przeszkadza.
- Mam alergię na futro.
- W porządku - kiwnął głową. - Siostro Blumchen?
Jak na komendę zza drzwi wysunął się łeb Waligóry,
- Proszę go zabrać do jego klatki. Niech mój asystent dokładnie go obserwuje i robi notatki.
- Żartowałam - powiedziała Suzie cicho. Liddel, nie zmieniając wyrazu twarzy, jednym gestem odwołał swoją służącą.
- Dziękuję, jednak nie będzie siostra potrzebna.
Stawia królika na biurku i ten sobie kica.
- Często kłamiesz Suzie?
- Zdarza mi się.
- Wiesz dlaczego tu jesteś?
- Bo tak było wygodniej moim rodzicom.
- Chcesz sobie pomoc?
- Chcę stąd wyjść i nie tracić waszego cennego czasu.
- Możesz mi nie wierzyć, ale ja także chcę abyś stąd wyszła. Abyś poczuła się lepiej. Dlaczego chciałaś się zabić?
- Łał. Z grubej rury!
- Po to tu jesteśmy Suzie. Żeby rozmawiać. Tylko w ten sposób możemy rozwiązać twoje problemy.
Suzie pokiwała głową.
- Doskonale. Jedna rozmowa mnie wyleczy z nieistniejącej choroby. Och, to takie piękne, doktorze Kaszpirowski!
- Nie mówiłem o jednej rozmowie. Zostaniesz tu dopóki cię nie wyleczymy. Na zawsze, jeśli będzie potrzeba. Suzie - złożył razem dłonie. Widać było, że roztropnie ważył słowa - Nie będę cię oszukiwał. To w największej mierze zależy od ciebie. Od tego czy będziesz chciała ze mną współpracować i sobie pomóc.
- Ok.
- Doskonale - jego twarz nieco pojaśniała. Robiła teraz wrażenie bardziej ludzkiej. - Wobec tego, dlaczego chciałaś się zabić? Według ciebie. Czysto subiektywnie. Co było głównym powodem.
- Bo moim pieprzonym rodzicom byłoby wygodniej.
- Świetnie - pokiwał głową. - To doskonały punkt wyjścia.
 
__________________
Purple light in the canyon
That's where I long to be
With my three good companions
Just my rifle, my pony and me
hija jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:40.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166