Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-12-2010, 21:45   #1
 
Arsene's Avatar
 
Reputacja: 28 Arsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodze
[Autorski] Wunderwaffe


Sztab wojsk aliantów zachodnich


- Generale ? Co sądzi pan na temat tych doniesień ?
- Nie wiem .. ehh ... sam nie wiem.
Przy długim stole zasłanym papierami i mapami siedziały cztery osoby. Pierwszym rozmówcą był amerykański oficer wywiadu, który przeglądał intensywnie mapy z nagłówkiem "Antarktyda". Drugi to amerykański generał, a dwaj pozostali reprezentowali rząd brytyjski.
- Panowie, czy rząd brytyjski wyśle tam swoich ludzi ?
Głos zabrał generał brytyjski, siwy, z twarzą poznaczoną bliznami czasu i nieco szpakowatą.
- Rząd jej królewskiej mości nie chce otwartego konfliktu na tym terenie. Możemy posłać niewielką grupę spadochroniarzy .... głównie polaków.
- Polaków ? Tych ... no ... z Europy środkowowschodniej ? Rosjanie i Niemcy zaatakowali ich we wrześniu, zgadza się?
- Tak jest, będą dobrze walczyć.
Zapadła cisza, którą przerywało tylko ciche buczenie elektrycznego wiatraka-żyrandola i ciche postukiwanie oficera wywiadu palcami w biurko.

Rejon "Antarktis III",
Amerykański bombowiec


Zamieć była niewyobrażalna. Piloci nie widzieli nic przed sobą, okna zalepiał gęsty, lepki śnieg. Mróz ściskał drzwi samolotu i serca lotników. Bombowcem trzęsło niemiłosiernie. Wszyscy z grozą patrzyli się na lampkę i czekali aż zapali się zielona. Skok ze spadochronu w pełnym, zimowym obraniu i z taką ilością sprzętu nie będzie łatwy - to było pewne. Lot trwał niezbyt długo, samolot startował z okrętu, ale spadochroniarze myśleli, że lecą już od kilku godzin. Przeraźliwy mróz zmieniał każdą sekundę w minutę. W końcu ktoś z głębi samolotu krzyknął
- Dobra panowie, szykować się!
Przez gruby zimowy kożuch, w jakich zresztą byli wszyscy tutaj obecni, nie można było poznać kim on jest. Mundury i zimowe ubrania nie miały obszyć jednostek i flag narodowych, zabroniono zabierania ze sobą jakich kolwiek akcentów narodowych. Gdy wszyscy już wstali, drzwi z trudem otworzył oficer i rzucił do nich
- Po skoku kierujcie się na południowy-wschód! Po około półgodzinie marszu zobaczycie zabudowania! A teraz ruszać się!
Mignęła zielona lampka, wszyscy bez jakiegokolwiek śladu zaangażowania wyskoczyli z samolotu jeden po drugim. Zamieć trochę zelżała, mimo drobnych kłopotów wszyscy wylądowali w głębokim do kolan, miękkim i zimnym śniegu. Zebranie oddziału trwało kilka minut. O dziwo, gdy tylko samolot zniknął z linii wzroku zamieć ustała jak ręką odjął. Grupa ruszyła na południe.

Rejon "Antarktis III",
Lokalizacja nieznana,
Pół godziny później,



Ślady grupki ludzi ciągnęły się w kierunku południowo-wschodnim. Wokół nie było widać kompletnie nic, żywego ducha. W sercach podróżników pojawiały się wątpliwości. Aż nagle, ni z tego ni z owego niemalże przed żołnierzami pojawiła się klapa w ziemi, wokół której śnieg był ubity. Nie było żadnej kłódki, nie było innego śladu życia, tylko wystający niewiele ponad linię śniegu komin wentylacyjny. Wprawne oko mogło dostrzec jeszcze jeden taki komin kilkanaście metrów dalej, za nim kolejny i tak dalej. Z samolotu nie można było ich zobaczyć na pewno. Podobnie jak niemalże białej klapy. Ze względu na mróz zdawało się, że uchwyt aż krzyczy "złap mnie i otwórz tę cholerną klapę!", lecz nikt tego nie zrobił. Przez blisko trzydzieści sekund wszyscy stali tak i patrzyli się to na siebie to na klapę. Aż w końcu jeden z nich wzdrygnął się jakby dotknęła go sama śmierć.
- Co się stało ?
- Nic, nic .... - odpowiedział podporucznik Mathias Johansen. Tak naprawdę dał by sobie odciąć rękę, że gdzieś w oddali przez chwilę zobaczył jakąś postać, która znikła gdy tylko mrugnął powiekami, ale może były to zwyczajnie halucynacje spowodowane długim pobytem na statku, skokiem lub mrozem. Schylił się i otworzył klapę. Stalowa drabina ginęła w mroku. Wszyscy zeszli jeden po drugim. Byli w normalnym bunkrze, jakich wiele w Europie. Podwieszane lampy świeciły wątłym blaskiem, było ciepło. W wąskim na trochę ponad metr korytarzu nie było nikogo poza nowo przybyłymi. Nie było słychać żadnych głosów, kroków - nic.Podłoga była kratką nad pustą, czarną przestrzenią. Nie było widać podłoża, tylko ciągnące się tam rury. Każdy krok postawiony przez aliantów odbijały się echem po - zdawało by się całej bazie. Na ścianach nie było planów, map, instrukcji, żadnych znaków. Z przodu widać było po około dwustu metrach zakręt w prawo, gdyby obejrzeć się do tyłu nie było widać nic po około stu metrach. Światła tam zwyczajnie się nie paliły. Na ścianie zakrętu przed aliantami wisiała czerwona flaga ze swastyką. Jednak nie było nikogo, stróżów, personelu, żołnierzy.
 
__________________
Także tego

Ostatnio edytowane przez Arsene : 18-12-2010 o 00:53.
Arsene jest offline  
Stary 17-12-2010, 23:15   #2
 
JanPolak's Avatar
 
Reputacja: 49 JanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodze
Nogi Adama zderzyły się gwałtownie z pokrywą śnieżną, podmuch wichru zakręcił czaszą spadochronu przewracając skoczka na plecy. Uwięziony w uprzęży mężczyzna przejechał na tyłku kilka metrów stopniowo wyhamowując rozłożonymi nogami i rękoma. Serce waliło mu jak młotem gdy wyswobadzał się z linek spadochronu. "Nie było tak źle" - pomyślał zakopując w śniegu jedwabną czaszę.

Niebawem słońce oświetliło śnieżne pustkowie, a Lambert poczuł przyjemne ciepło pod futrzanym kożuchem założonym włosiem do wewnątrz. Długim spojrzeniem zlustrował okolicę: piękno tego najdzikszego zakątka Ziemi, tej pierwotnej krainy, gdzie los człowieka zależy tylko od jego sprawności i wytrwałości budziły przyjemny płomyk w sercu.

Wokół niego towarzysze zbierali się do marszu. Polarnik skierował się do dowodzącego kapitana Dębskiego. Skinął mu głową i wskazał palcem trasę marszu.
- Po zamieci leży tam sypki śnieg - mówił dobywając zza pazuchy żółte gogle - Pod nim mogą być rozpadliny, jak człowiek w nie wpadnie, to jak w ruchome piaski. - wytarł okulary rękawicą i dopasował do nich przesłony przeciw ślepocie śnieżnej - Mus iść rozciągniętą kolumną i się nawzajem asekurować.

Przed wymarszem zdążył jeszcze sprawdzić peema. Przed skokiem wytarł go dokładnie ze smaru - w tych temperaturach nie ufał żadnym smarom. Drogę spędził idąc w szeregu, bacznie rozglądając się i czerpiąc przyjemność ze znajomego rytmu marszu w świeżym śniegu, odurzającej świeżości powietrza i obietnicy dobrej walki.

Po dotarciu do zamaskowanego kompleksu odbezpieczył broń i zajął swoje miejsce w ubezpieczeniu. Nie podobał mu się brak strażników i brak dymu świadczącego o zamieszkaniu tego miejsca. Zdawało się, że Johansen coś zobaczył, ale nie chciał powiedzieć co. Żyły Lamberta zaczęły pulsować adrenaliną. Gdy nadeszła jego kolej, zszedł za kolegami po stalowej drabince.
 
__________________
Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań.

Ostatnio edytowane przez JanPolak : 18-12-2010 o 00:52. Powód: nieścisłości w osobie dowódcy
JanPolak jest offline  
Stary 18-12-2010, 16:57   #3
 
arek9618's Avatar
 
Reputacja: 10 arek9618 nie jest za bardzo znanyarek9618 nie jest za bardzo znanyarek9618 nie jest za bardzo znany
Mathias cierpliwie siedział wewnątrz alianckiego bombowca. Z nikim nie rozmawiał, nie myślał nawet o misji. To było jego typowe zachowanie przed wyprawą. Skryty samotnik po przejściach- to on.

- Dobra panowie, szykować się!- rzucił jakiś żołnierz z załogi samolotu. Norweg wstał z miejsca, wyjął zdjęcie rodziny, popatrzył na nie przez chwilę i wziął głęboki oddech. Następnie sprawdził swój sprzęt, słuchając w tym czasie instrukcji, oraz porad.
- ... A teraz ruszać się!

Mathias wyskoczył z samolotu. Nie widział zupełnie nic. Nawet gogle, które miał na oczach nie poprawiały widoczności. Nagle spadochron się otworzył. Żołnierzem szarpnęło, a potem mógł podziwiać uroki pustkowia Antarktydy przykrytej gęstą warstwą śniegu.

Wreszcie dotknął podłoża. Lądowanie zakończyło się upadkiem Mathiasa i skąpaniem go w miękkim, zimnym śniegu. Czuł się jak w Norwegii. Gdy wstał i rozejrzał się wokół widział tylko śnieg, nic więcej. Reszta jego nowego oddziału po ogarnięciu się wyznaczyła kierunek marszu. Johansen ruszył zaraz za nimi, na samym końcu.

Szli tak przez dłuższy czas. Mathias był cierpliwy i był pewny, że jeśli dowództwo zleciło misję w tym rejonie to musi się tutaj coś dziać. Nagle grupa natknęła się na dziwny właz. Mathias nagle wzdrygnął. Zdawało mu się, że jakaś postać przebiega ponad kilometr dalej. To mogło być przewidzenie, ale wydawało się bardzo realistyczne, a wzrok Mathiasa jeszcze nigdy go nie oszukał.
- Co się stało ?- zapytał jeden z członków oddziału.
- Nic, nic...- skłamał Mathias. Nie ważne. W tym takich warunkach mają prawo dopaść go tak dziwne przypadłości. Jedyne co się tutaj porusza, poza oddziałem aliantów to tylko zdmuchiwany przez wiatr śnieg.

Nikt z żołnierzy nie miał odwagi otworzyć włazu. Mathias kucnął i z niewielkim trudem otworzył przymarzniętą klapę włazu. Jego oczom ukazała się drabina prowadząca głęboko pod ziemię. Johansen rozejrzał się po komandosach i przewiesił swój karabin na plecy. Postanowił jako pierwszy wejść do środka. Złapał się drabiny i powoli zaczął schodzić w dół. Gdy był już w jakiejś części drogi usłyszał, że reszta oddziału też postanowiła zejść.

Gdy był już na miejscu zobaczył ciasny korytarz z małymi lampkami, wysoko na ścianach. Wyjął swojego Colta i zdjął grube rękawice, po czym nie czekając na resztę ruszył przed siebie. W kompleksie panowała grobowa cisza. Mathias zawsze powtarzał, że cisza to dobry znak, lecz czy tym razem to przekonanie się sprawdzi? Mathias powoli kroczył wzdłuż dość długiego korytarza. "Może trafiliśmy do jakiegoś opuszczonego bunkra, jakiegoś nieużytkowanego już kompleksu, a nie do docelowego miejsca?"- myślał. W pewnym momencie dostrzegł zakręt. Podszedł bliżej. Na ścianie przed zakrętem wisiała flaga z nazistowską swastyką. Mathias nie potrafił patrzeć na tego typu rzeczy. Zerwał flagę ze ściany i ją zwyczajnie podarł. Tym razem postanowił poczekać na resztę. Patrzył cały czas wgłąb korytarza, obserwując czy nic się tam nie dzieje. Cisza pozostawała tą samą ciszą co na początku, lecz Mathias ciągle myślał o wcześniejszym przewidzeniu. Po pewnym czasie reszta grupa dotarła do snajpera. Zanim zbliżyli się do niego, Mathias już wyruszył wgłąb kolejnego korytarza. Co może go tam czekać? Nie miał pojęcia. Narzucało mu się jeszcze jedno irytujące go pytanie: Po co budować bunkry na Antarktydzie? To dziwne.
 
arek9618 jest offline  
Stary 19-12-2010, 01:13   #4
 
Sagon's Avatar
 
Reputacja: 165 Sagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie cośSagon ma w sobie coś
Nieprzywykły do trzymania tyłów, jako ostatni znalazł się wewnątrz bunkra. W porównaniu z mrozem na zewnątrz, tutaj czuł się jak w babcinym zapiecku. Rozejrzał się po korytarzach. Nigdy jeszcze nie spotkał tak rozległych tuneli, a sam fakt, że nikt nie wyszedł im na powitanie budził tylko wątpliwości czy dobrze zrobili, czy nie jest to jakaś pułapka. Odgłosy kroków towarzyszy powinny obudzić trupa, a tutaj nic, tylko oni. Gdzie te szkopy? Pierwszy raz poczuł coś jak lęk z powodu braku przeciwnika. Sprawdził broń. Thompson przymarzł. Zamek się zaciął. Trzeba go rozruszać. Posiłował się chwilę aż puścił, ale nie chodził płynnie. Musi odtajać. Colt? Też z trudem chodzi. Cholerny mróz Sięgnął po nóż za paskiem. Jedyna działająca rzecz w całym arsenale. Sprawdził jeszcze w kieszeni. Wyciągnął swój składany nóż. Ciepły kożuch osłonił go przez mrozem. Składał i rozkładał się płynnie. Fajnie, tyle broni a ja z kozikami będę biegał. Może to i dobrze, że nie ma komitetu... jeszcze. Założył karabin na ramię, pistolet wsadził w kieszeń kożucha a nóż schował w rękawie. Dobra, zobaczmy gdzie nas zaprowadzi ta królicza nora
 
__________________
Jeśli coś musisz zrobić to to zrób a nie gadaj o tym
Sagon jest offline  
Stary 19-12-2010, 15:54   #5
 
Morior's Avatar
 
Reputacja: 9 Morior nie jest za bardzo znanyMorior nie jest za bardzo znany
Adam uważnie słuchał poleceń załogi. W końcu wyskoczył z bombowca, nie było to łatwe zadanie. Samolotem trzęsło, ale zdecydowano, że to dobry czas by wykonać skok. Adam nie chciał dyskutować, po prosu skoczył. W powietrzu rozglądał się, ale widział wszędzie tylko białą powłokę śniegu oraz lecących niżej towarzyszy. W końcu wylądował na nogi. Dopiero wtedy tak naprawdę poczuł chłód, jaki na nieszczęście będzie mu towarzyszyć przez większość misji. Szybko wyruszył z innymi w kierunku wskazanym przez ludzi z samolotu. Szedł i oglądał piękne widoki. Dookoła tylko biały puch i niebo ponad horyzontem. Było cicho, słychać było tylko skrzypienie śniegu pod nogami załogi. Wreszcie doszedł do dziwnego włazu. Przez chwilę nic nie mówił tylko obserwował pokerowe twarze towarzyszy. Jeden z nich imieniem Mathias wzdrygnął się. -Co się stało? Spytał. Jednak Johansen upierał się, że nic... Dębski zrezygnował z dalszych pytań. - Jeśli nic, to nic... Pomyślał, przecież gdyby Mathias wzdrygnął się z jakiegoś ważnego powodu, na pewno powiedziałby o tym. Johansen otworzył właz i jako pierwszy wszedł do środka. Adam po drabince zszedł przedostatni. W środku panowała tak niezmącona cisza, że wcale nie było to dobrym znakiem. Adam wyciągnął Thompsona i przyszykował się do strzału. Szedł i oglądał się w tył i na boki. Szli dłuższy czas. Ciszę przerwał odgłos dartego materiału. Gdy zorientował się, że to jego towarzysz podarł flagę podniósł rękę, by gestykulując udzielić pouczenia. -Teraz będą mieli niepodważalny dowód, że ktoś tu był - pomyślał. Machnął jednak ręką i darował sobie uwagi. Adam zamyślił się, po chwili zobaczył, że wszyscy go już wyprzedzili i został w tyle. Złapał za srebrny krzyżyk, który miał na szyi i odmówił szybko modlitwę. Gdy skończył pobiegł wgłąb korytarza do towarzyszy.
 
Morior jest offline  
Stary 19-12-2010, 19:12   #6
 
Feataur's Avatar
 
Reputacja: 135 Feataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znanyFeataur wkrótce będzie znany
Na początku wyglądało to, jak na szkoleniu. Zwykły lot, choć dłuższy niż zazwyczaj. Później rozkazy i chwilowe swobodne spadanie na rozłożystą biel zbliżającą się dość szybko do skoczka. Po kilku sekundach pociągnął za rączkę spadochronu i poczuł szarpnięcie, kiedy powietrze rozłożyło płachtę. Z zaciekawieniem starał się dopatrzyć czegoś nad białym horyzontem. Niestety, lot nie był tak długi, jakby sobie tego życzył.
Kiedy tylko znaleźli się na ziemi, sprawdził odbiornik radiowy. Działał, więc z ulgą odetchnął. Nie wiedział do końca jak radiostacja zadziała na takim mroźnie. A było cholernie zimno. Przez chwilę przyglądał się swoim towarzyszom. Ktoś sprawdzał Thompsona, ktoś inny coś powiedział, na co Jeremy zbytnio nie zwrócił uwagi - sam zajęty był przeglądem osprzętu. Podstawa, czyli Thompson i M1A1 na szczęście również nie szwankowały. Jeden z Colt'ów 1911 miał zacinający się spust. Póki co, Withcord wolał nie ryzykować szarpaniem się z zamkiem na nieznanym terenie.
Gdy wszystko zostało sprawdzone, ruszyli. Trzymał się w środku drużyny, zajmując strategiczną pozycję dla łącznościowca.
Podczas tego marszu mógł ułożyć sobie w głowie zdania na temat sprzymierzeńców. Polacy, których Naziści najechali jako pierwszych. Coś o nich niby słyszał, ale nie przykładał zbyt dużej wagi do osób tej narodowości. Wszędzie krążyły różne stereotypy o tych Słowianach, a do czasu aż Jeremy'emu nie kazano się uczyć polskiego, nie interesował się w ogóle Polakami. Teraz zresztą też, ich dowódca nie wydawał się zbyt rozmownym typem.
Withcord poprawił ubiór, naciągając bardziej kaptur chroniący uszy przed przemarznięciem. Kosmyk rudych włosów opadł przy tym na czoło Jeremy'ego. Schował go pod czapkę i dalej sunął przed siebie.
Natrafiwszy na właz, rozejrzał się dookoła, starając się zapamiętać położenie. Co nie było proste, bo wszystko dookoła stanowiło jednolity krajobraz śniegu. Spojrzał zaś na kompas, próbując określić w jakim kierunku ruszyli i gdzie się znajdują. Już wkrótce powinien nadać pierwszą wiadomość do dowództwa.
Kiedy Norweg, chyba nazywał się Johansen, czy jakoś tak, otworzył właz, Withcord Jr. wśliznął się do środka, przepuszczony przez niejakiego Iana.
Schodząc do bunkru, po raz pierwszy poczuł lekkie przyśpieszenie adrenaliny. Oto właśnie znajdował się na wrogim terenie, mając za towarzyszy mieszankę różnych narodowości. Anglik, zgłaszając się do misji nie wiedział, że taki właśnie skład zostanie utworzony. Sądził raczej, że to Zjednoczone Królestwo wyśle swój skład do zbadania tego terenu.
Lecz tak się nie stało, a Jeremy nie miał zamiaru narzekać. Musiał wykonać misję, to było najważniejsze.
Minął Norwega stojącego dziwnie przy hitlerowskiej fladze. Co więcej, ów Johansen porwał ją, czym wywołał zniesmaczenie na twarzy Withcorda. Zaś uwaga Dębskiego, *jak to, do cholery, wymówić?*, była trafna. Im mniej śladów obcej obecności, tym lepiej.
 

Ostatnio edytowane przez Feataur : 20-12-2010 o 19:16.
Feataur jest offline  
Stary 20-12-2010, 15:22   #7
 
Klamka's Avatar
 
Reputacja: 23 Klamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodze
Podczas lotu, Lee wpatrzony był w podłogę samolotu. Mało z tego, co działo się dookoła docierało do jego świadomości, był zamyślony. Cały czas zastanawiał się skąd są ci wszyscy żołnierze i dlaczego większość z nich nie służy, a przynajmniej nie wyglądają aby służyli w wojsku Brytyjskim, lub chociażby Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdyż sam był Amerykaninem będącym w armii Brytyjskiej. Wydawało mu się to conajmniej dziwnie, lecz cóż, niespodzianki to nie nowość. Dzięki tym myślom, cała podróż nie trwała tak długo, a nawet trwała podejrzanie za krótko.
Z pozornego letargu wyrwał go jakiś żołnierz, który chwycił Podporucznika za ramię i wskazał mu drzwi. Lee od razu domyślił się, że trzeba się zbierać. Dopiął wszystko tak aby nie zgubić niczego podczas skoku, byłoby to conajmniej nie na miejscu tym bardziej dla tak doświadczonego skoczka spadochronowego. Bez namysłu wykonał wszystkie procedury, które wpojono mu prawie siłą podczas wielu lat ćwiczeń.

Zamknął oczy i w myślach zaczął liczyć do trzech "Raz, dwa, trzy..". Spojrzał raz ostatni przez ułamek sekundy na zieloną lampkę i skoczył.

Swobodny lot trwał bardzo krótko, zaledwie kilka sekund, po których Lee otworzył spadochron. Z powodu trudnych warunków pogodowych, widoczność była niewielka, a wiatr miotał spadochronem w różnych kierunkach. Pozornie lądowanie wydawało się być niemożliwe, jednak gdy jego oczom ukazały się ogromne puste tereny, pokryte śniegiem i lodem zmienił zdanie. Nie bylo zbytniej obawy, że spadnie się na drzewo, lub w inne nieprzyjemne miejsce.
Lądowanie na świeżej warstwie śniegu było dosyć miękkie i nadzwyczaj wygodne. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się McMillanowi działać w takich warunkach. Po odpięciu spadochronu rozejrzał się wokół by zbadać teren, oprócz innych spadochroniarzy nie było tu nikogo innego.
Wyjął nóż z przedniej kieszeni swojej kurtki i odciął nim dość długi i szeroki pasek spadochronu oraz liny, po czym schował wszystko do różnych kieszeni i zakopał spadochron. Ostatni raz rozejrzał się dookoła i ruszył w kierunku reszty zespołu.

"Jeżeli to są te zabudowania o których mówili, to chyba kogoś tu nieźle pomyliło" pomyślał Lee patrząc na właz i kilka kominów wystających znad warstwy białego puchu. "No dalej panie kapitanie, nie bądź dupa i rusz tę klapę" powiedział w myślach patrząc z pogardą na swojego dowódce. Nie lubił nikogo kto dowodził, działali mu oni tylko na nerwy, tym bardziej gdy dawali głupie lub bezsensowne rozkazy. Odwrócił się w drugą stronę aby wychwycić choćby drobne znaki, które świadczyłyby o czyjejś obecności. Kiedy za plecami usłyszał czyiś głos i dźwięk skrzypiących zawiasów odwrócił się z powrotem w stronę wejścia.

Kiedy stawiał pierwszy krok na drabinie prowadzącej wgłąb ziemii pomyślał "Miejmy nadzieje, że nie jest to jakiś bunkier do podziemnych testów jakiejś tajnej broni, lub czegoś o wiele gorszego." Zszedł na dół.
 
Klamka jest offline  
Stary 20-12-2010, 16:04   #8
 
Ziutek's Avatar
 
Reputacja: 200 Ziutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie coś
Siedział spokojnie z uśmiechem na twarzy, myśląc o zadaniu. Lubi działać z ludźmi, których jako tako zna. Ogólnie był wyluzowany. Różnił się od innych tym, że nie był pozapinany ciasno na wszystkie guziki. Edd po prostu nie czuł zimna tak bardzo jak inni. Dla niego - 45 stopni Celsjusza to jak - 25 dla kogoś innego. Nie wiedział dlaczego tak ma. Zdjął czapkę z królika aby słyszeć ostatnie instrukcje. Zapaliła się zielona lampka i żołnierz stojący przy wyjściu pachnął ręką i oddział ustawił się w kolejkę wyskakując z samolotu. Edward założył okulary chroniące oczy przed pędem powietrza i wyskoczył, licząc w myślach od jednego do pięciu. Gdy doszedł do piątki szarpnął za rączkę i otworzył spadochron. Szarpnęło nim jak zwykle ale już się przyzwyczaił. Gdy śnieg chrupnął mu pod stopami, odczepił linki łączące czaszę spadochronu z jego szelkami wojskowymi. Wyciągnął nóż i zaczął rozcinać linki tłumacząc się , że się przydadzą. Eddy wyznawał zasadę: ''Mieć i nie potrzebować niż nie mieć i potrzebować''. Linki zwinął i schował do wypchanego już plecaka, a czaszę chowając pod warstwą śniegu. Sprawdził swój karabin. Zamek rkm-a Brena działał dosyć sprawnie i precyzyjnie. Z kabury wyciągnął rewolwer Enfield No.2 i poruszał cynglem. Chodził czysto bez problemów. Rewolwer schował z powrotem, a Brena trzymał w rękach. Gdy wszyscy już się pozbierali oddział ruszył na południowy-wschód. Kingston jako rkm-owiec zajął pozycję mniej więcej na początku oddziału. Zadowolony, że jako jedyny wziął rakiety śnieżne, które pomagały mu iść nie zapadając się w śnieg beztrosko nucił sobie pieśń, którą śpiewała jego córeczka na przedstawieniu szkolnym. NA otwartej przestrzeni było bardziej zimno więc zapiął się pod szyję, a czapkę związał pod brodą aby ciasno przylegała do czarnych włosów, a nie zasłaniała mu błękitnych jak ocean oczu, ukrytych za szkłami okularów. Wreszcie zauważyli wejście do bunkra. Edd Przygotował karabin na ewentualne przygwożdżenie ogniem znajdujących się niżej nazistów. Klapa się otworzyła lecz nie było nikogo. zszedł za żołnierzem, który otworzył kalpę. Jak był już na dole od razu skierował lufę w głąb korytarza osłaniając pozostałych. Potem ruszył z innymi ku ciemnościom rozświetlanym czasem słabymi lampami wbudowanymi w sufit. Był w 100% gotowy na wymianę ognia. Trzymał się zaraz za dowódcą.
 
Ziutek jest offline  
Stary 20-12-2010, 19:23   #9
 
Arsene's Avatar
 
Reputacja: 28 Arsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodze
Grupa aliantów zwróciła się ku oświetlonej części bunkra, zapewne podświadomie odrzucając drogę w mrok. Zrywana ze ściany swastyka poddała się bez większych problemów. Dalej w korytarzu nie było już więcej jakichkolwiek śladów działalności nazistów. Brak tabliczek, drogowskazów, map czy flag budził u dowódcy pewien niepokój. Lampy na suficie, podłoga z krat, która trzeszczała pod nogami - to wszystko wyglądało tak jak w innych bunkrach rakietowych oraz ośrodkach badawczych. Żołnierze szli od rogu do rogu, od zakrętu do zakrętu, aż wreszcie dotarli do grubych, stalowych drzwi. Nie były one jednak zamknięte, leżały wyważone od środka. Za nimi znajdowało się pokaźne pomieszczenie. Alianci weszli do środka. Kilka biurek, krzeseł, masa dokumentów, radiostacje - jak to w bunkrach. Z rogu dochodziło ciche skomlenie. Pierwszy dostrzegł jego źródło Kingstone. Był to skulony i jakby wciśnięty w róg niemiecki żołnierz. Młody, z krótkimi i ciemnymi włosami, na jego twarzy malowało się niemałe przerażenie. Wciskał się w róg pomieszczenia, chcąc zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu. Spojrzał na stojących nad nim aliantów, lecz jego wzrok uciekł po chwili gdzieś za nich. Dębski odwrócił się i z jego ust wyrwało się nagłe "Kurwa!"". Podskoczył i cofnął się o kilka kroków. Żołnierze, których uwagę przykuł wyraźnie młody niemiecki jeniec nie zauważyli pewnego małego szczegółu, który odróżniał to pomieszczenie od tych, jakie znajdują się w innych bunkrach, pewnie w całej Europie.

Przy ścianie stał, a jak się okazało po minięciu szoku - wisiał - nazistowski oficer. SS mann miał rozłożone ręce i nogi, niczym człowiek wpisany w koło i kwadrat według DaVinci. Jego blada twarz spoglądała przed siebie. Nie można było jednak stwierdzić jakiego koloru miał oczy, bowiem z oczodołów wystawały druty kolczaste, które znikały gdzieś w okolicach kości policzkowych. Całe ciało przeszyte było metalową liną zaplataną zwykle w zasieki. Nikt nawet nie potrafił sobie wcześniej wyobrazić czegoś takiego. Stal przechodziła od ściany, przez ręce, klatkę piersiową, twarz i nogi zupełnie tak, jakby oficer był do kamiennej ściany przyszyty. Na sekundę zapadła tak głucha cisza, że słychać było tylko jęki śmiertelnie wystraszonego młodzika. Od sali prowadziły drewniane drzwi z szybką, zapewne do następnego pomieszczenia lub korytarza. Na ścianie przeciwległej do tej, do której "przyszyty" był SS mann wisiała mapa Antarktydy, lecz bez legendy, bez żadnych napisów. Stos papierów na biurkach w języku niemieckim był nieoznakowany, na teczkach nie było tytułów ani żadnych informacji. Nigdzie w pomieszczeniu nie było krwi, było wręcz nieludzko czysto. Dokumenty poukładane w ładne stosiki, krzesła równo dosunięte do biurek. Tylko ten Niemiec na ścianie ...
 
__________________
Także tego
Arsene jest offline  
Stary 20-12-2010, 20:44   #10
 
Klamka's Avatar
 
Reputacja: 23 Klamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodzeKlamka jest na bardzo dobrej drodze
Lee McMillan szedł bezwiednie razem z resztą spadochroniarzy, krętymi korytarzami. Przyglądał się dokładnie ścianom, były bardzo zadbane jak na opuszczony bunkier, co było dość ciekawe. Przez ramię miał przewieszony karabin M1, będący nieodłącznym elementem każdej misji na której Podporucznik dotychczas był. Była to dobra broń. Lee starał się nasłuchiwać, czy nie słychać w oddali czegoś podejrzanego, czasami zdawało mu się, że słyszy jakiś dziwny dźwięk, ale szybko okazywało się, że było to albo nieostrożne stąpnięcie na metalową kratę, albo obtarcie materiału.

Na ziemii leżały ogromne drzwi bunkrowe, wyglądały na wyważone. "No, no, no... takie drzwi to wysadzić można sporym ładunkiem wybuchowym." jednak nic na to nie wskazywało. W pomieszczeniu uwagę Spadochroniarza przyciągnął niemiecki żołnierz ubrany w mundur, który trząsł się jak małe dziecko, któremu opowiada się strasznie historie... Chociaż nie, w jego oczach i ruchach widać było panikę, lęk i prośbę śmierci. To co tu się stało musiało być strasznie nieludzkie. Gdy ktoś krzyknął, Lee spojrzał w tym samym kierunku co reszta. Zobaczył coś niewytłumaczalnego.

Gdy wszystkie te informacje dotarły do Podporucznika Lee McMillana, nie potrafił wytłumaczyć tego w racjonalny sposób, to było coś nie do opisania, coś nierealnego.
 

Ostatnio edytowane przez Klamka : 20-12-2010 o 21:06.
Klamka jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:11.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166