Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-01-2011, 02:16   #1
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 121 Takeda ma wyłączoną reputację
[Kult] Są rzeczy o których chciałbym niepamiętać




SĄ RZECZY O KTÓRYCH CHCIAŁBYM NIE PAMIĘTAĆ

"Męczą lub dają odpocząć, są twoje;
Czasem ukojenie, czasem paranoje,
Sny - nawet, gdy są złe to się budzisz
możesz w nich kochać lub mordować ludzi
Krzywe odbicie w witrynie twego ducha
Są twoje, tajne niejawne jak życie
Tu wszystko dzieje się naprawdę" Sokół

15 XII 2010 r. godz. 8.30 Chicago
Krople rzęsistego deszczu rozbijały się rytmicznie o parapet. Dopijałeś właśnie poranną kawę, a spiker w radiu zapowiadał, że taka pogoda utrzyma się do końca dnia.
Wspaniale. Idealne warunki na długą podróż. Spojrzałeś na walizki stojące w korytarzu. Stały tam spakowane jeszcze wczoraj popołudniu. Nie lubiłeś niczego zostawiać na ostatnią chwilę. Jesteś perfekcjonistą, co bardzo przydaje ci się w pracy, ale także pomaga w życiu prywatnym. Wielu jednak ludzi, którzy mieli z tobą kontakt narzeka, że jesteś wymagający i drobiazgowy ale ich opinia tak naprawdę mało cię interesuje. Ważne jest tylko twoje dobre samopoczucie i przeświadczenie o dobrze wykonanej pracy. Dlatego też to właśnie ciebie Blaut wybrał do tego zadania. Wysyłając ciebie mógł być pewny, że zrobisz wszystko co tylko możliwe by doprowadzić sprawę do pozytywnego zakończenia. Sprawa była skomplikowana i przez długi czas uważana za kompletnie straconą. Minęło już tyle lat od czasu przyznania pieniędzy z polisy żony Oliverowi Salfieldowi. Sąd uznał jego niewinność i tym samym potwierdził prawo do pieniędzy z ubezpieczenia. Wielu ludzi miało jednak wątpliwości. Należał do nich między innymi twój szef. Pamiętasz jak pięć lat temu z wypiekami na twarzy relacjonował wam przebieg procesu. Podobnie jak ówczesny prokurator Robert Talbot był przekonany, że Salfield był winny śmierci żony. Sąd wydał jednak zupełnie inny wyrok. Sam Salfield zaraz po procesie rozpłynął się w powietrzu, nie zapomniał jednak wcześniej wyczyścić wszystkich swoich kont i skasować karty. Co zrobił z tymi pieniędzmi i gdzie przebywał przez długi czas pozostawało tajemnicą. Dopiero jakiś miesiąc temu młoda dziennikarka Laura Santori wytropiła sławnego niegdyś pisarza. Potwierdziła jego tożsamość, gdyż drań zmienił nazwisko i zaszył się w jakieś zapadłej wiosce w Minessocie. Twój szef John Blaut, gdy przeczytał artykuł natychmiast kazał ci jechać, by zbadać sprawę. Tylko dzięki swojej determinacji i spokojowi udało ci się go przekonać, że trzeba poczekać. Najpierw przez Silver Bay muszą przewalić się wszyscy dziennikarze, a sama sprawa trochę przycichnąć i zejść z pierwszych stron gazet. Sprowokowany przez dziennikarzy Salfield, a obecnie Frank O'neil, mógł być niebezpieczny a przede wszystkim nieskory do rozmów. Teraz gdy od czasu ukazania się artykułu minęło ponad dwa tygodnie mogłeś udać się do Silver Bay, gdziekolwiek to było.
Jak się niestety okazało w pobliżu nie było żadnego większego lotniska by opłacało się lecieć samolotem. Czekała cię więc ośmiogodzinna podróż samochodem do zabite deskami wsi w Minessocie.
Na dodatek pogoda dzisiejszego dnia była fatalna. Padający nieustannie marznący deszcz wróżył, że podróż może się znacznie przeciągnąć. Korki, stłuczki i znaczne ograniczenie prędkości. Już na samą myśl miałeś dosyć.
Tylko dzięki temu, że czułeś w żyłach krążącą adrenalinę nie przełożyłeś podróży na kolejny dzień. Zawsze badając sprawy wątpliwych polis czułeś się jak agent specjalny, a przy tej sprawie to uczucie tylko wzrosło. Miałeś przygotowaną "przykrywkę", zamierzałeś udawać początkującego pisarza, który w zaciszu Silver Bay chce napisać powieść o poszukiwaczach srebra i kolonizacji Minnesoty. Prawdziwy powrót do korzeni – opowieści z Dzikiego Zachodu. Miałeś odznakę detektywa ubezpieczeniowego i brakowało ci tylko broni przy pasie by obraz agenta ruszającego w teren był kompletny.
Ubrałeś płaszcz i z walizkami zszedłeś do samochodu.

15 XII 2010 r. godz. 13.00 przydrożny bar, gdzieś w połowie drogi do Silver Bay
Zawsze uważałeś, że europejskie samochody są lepsze od krajowych, a zwłaszcza Mercedesy. To nie tylko styl i prestiż, wszak nie każdego stać na takie auto, ale przede wszystkim niezwykła wygoda i komfort podróży. Nawet jednak skórzane fotele twojej czarnej limuzyny nie uchroniły cię przed sztywniejącym karkiem po czterech godzinach jazdy. Musiałeś się zatrzymać, by choć na chwilę rozprostować kości. Miejsce w którym się zatrzymałeś przypominało scenerię taniego horroru. Motel "Oaza wędrowca" i bar "Lusinda" wyglądały jak żywcem wyjęte z takich właśnie produkcji. Łapałeś się na tym, że tylko czekałeś jak za rogu wyskoczy rozwrzeszczany nastolatek ociekający sztuczną krwią. Wnętrze baru prezentowało się jeszcze gorzej. Długi poobijany kontuar przy którym siedziało trzech otyłych kierowców ciężarówek, kilka stolików aż lepiących się od brudu i właścicielka, czarna nad wyraz otyła kobieta cała ociekająca potem mimo ujemnej temperatury na zewnątrz. Aż strach pomyśleć jak musi wyglądać w upalne dni.
Usiadłeś przy jednym ze stolików i zamówiłeś kawę. Bałeś się prosić o cokolwiek innego, aby nie zatruć się na samym początku podróży.
Kawa o dziwo była smaczna i aromatyczna, co było miłym zaskoczeniem.
- Racheal pogłośnij bo nic nie słychać - odezwał się nagle basem jeden z kierowców.
Murzynka podeszła do telewizora i przekręciła pokrętło.
- ... samochód Terence'a Loyda znaleziono porzucony w lesie w pobliżu drogi stanowej nr 61. Policja rozpoczęła już poszukiwania zaginionego. W tej chwili nie ma żadnych przypuszczeń co się mogło stać. Terence Loyd to dziennikarz śledczy "Star Tribune", który od kilku dni pracował w terenie Silver Bay. Starał się on zebrać materiały na temat znanego pisarza Oliver Salfielda, który kilka lat temu był oskarżony o zabicie własnej żony. Loyd dwa dni temu wymeldował się z hotelu w Silver Bay. Do domu jednak nie dotarł, a kontakt z nim urwał się całkowicie. Zaniepokojona rodzina i pracodawca zawiadomili policję. Niestety na chwilę obecną nie ma żadnych informacji co się mogło stać. Pytanie, które aż samo ciśnie się an usta w związku z tą sprawą brzmi "czy Oliver Salfield ma coś wspólnego ze zniknięciem Terence'a Loyda?" Miejmy nadzieję, że nie. Dla kanału czwartego mówił Phil Willman.

15 XII 2010 r. godz 16.40 okolice Silver Bay
Deszcz i zapadający zmrok oraz nieznana trasa zmusiły cię do naprawdę wolnej jazdy. Gdyby nie to już od godziny byłbyś na miejscu. Na dodatek cały czas myślałeś o informacji którą usłyszałeś w czasie wizyty w przydrożnym barze. Czy to możliwe, aby Salfield był zamieszany w to zniknięcie? Możliwe... Poczucie, że będziesz miał do czynienia z dwukrotnym mordercą sprawiała, że krew w żyłach krążyła ci o wiele szybciej. Jadąc jednopasmówką w stronę Silver Bay po lewej stornie już od już od dobrej godziny miałeś gęsty las. Po prawej co jakiś czas za wysokich pagórków wyłaniały się wody jeziora Superior, największego jeziora w kompleksie pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. GPS, który miałeś włączony od początku podróży cały czas pokazywał prostą jak strzała drogę. Zasadniczo, gdyby nie te warunki to można by było jechać z zamkniętymi oczami. A chętnie byś już jej zamknął i położył na miękkim łóżku. Te kilka godzin w podróży mocno ci się dały we znaki. Na szczęście twój elektroniczny przewodnik pokazywał, że za półgodziny powinieneś być u celu, czyli przed hotelem AMERICINN SILVER BAY. W radiu od jakiegoś czasu leciały przeboje rocka z połowy lat osiemdziesiątych.
Gęsty i ciemny las napawał cię dziwnym irracjonalnym lękiem. Zdawałeś sobie sprawę, że to pewnie syndrom mieszczucha wybierającego się na wieś, ale jakoś to wyjaśnienie nie przekonywało cię do końca. Czułeś, że pośród tych drzew czai się coś co cię obserwuje.
Głupie, ale tak właśnie się czułeś.
Nagle zauważyłeś, że GPS wariuje pokazuje ci skręt za sto metrów w miejscu gdzie droga jest cały czas prosta. Czasami tak to bywa, że mapy nie pokrywają się z rzeczywistością. Jeszcze bardziej zwolniłeś, by zachować mimo wszystko ostrożność. Warunki były wszak fatalne i mogłeś czegoś nie zauważyć.
Nagle muzyka w radiu ucichał, a zamiast niej pojawiły się drażniące trzaski. No pięknie, nawet fale radiowe gubią tutaj drogę. Prawą ręką zacząłeś szukać innej stacji i wtedy go zobaczyłeś....
Stał na poboczu. Wyglądał majestatycznie i pięknie. Duży i silny jeleń z ogromnym porożem. Przez chwilę myślałeś, że to jakaś regionalna maskotka witająca turystów. Gdy jednak usłyszałeś jego ryk zdałeś sobie sprawę, że to żywe zwierze. O dziwo odgłos silnika wcale go nie spłoszył. Zbliżając się do niego coraz wyraźniej widziałeś jego czerwone oczy lśniące w mroku.
Gdy zrównałeś się z jeleniem, twój samochód nagle podskoczył na jakieś nierówności. Lekko zachwiało całym pojazdem, ale utrzymałeś kierunek jazdy. Niestety po chwili usłyszałeś charakterystyczny dźwięk towarzyszący jeździe na przebitym kole. Zatrzymałeś się, by sprawdzić co się stało. Z rozłożonym parasolem wyszedłeś na zewnątrz. Twoje obawy okazały się prawdziwe. Lewe tylne koło było kompletnie sflaczałe, a jakieś dziesięć metrów za samochodem leżał na drodze dziwny przedmiot. Podszedłeś do niego i zobaczyłeś, że to czaszka jelenia z porożem.
Instynktownie spojrzałeś na miejsce w którym jeszcze przed chwilą stał ten żywy. Teraz było ono puste.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół

Ostatnio edytowane przez Takeda : 27-01-2011 o 07:13.
Takeda jest offline  
Stary 28-01-2011, 16:14   #2
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Uwielbiam tą porę roku. Serio. Uwielbiam zimny deszcz walący o szyby i wszechogarniające uczucie chłodu. Jak na tą porę roku nie było źle. Padał deszcz, a nie śnieg. Ale i tak zostało zaledwie kilka dni do Świąt. Tego bałwochwalczego czasu sztucznych uśmiechów, niechcianych prezentów i kolęd wyśpiewywanych zachrypniętym głosem ojca. Cieszyłem się, że dostałem tą sprawę. Raz – bez wątpienia była to szansa na awans i poważny skok w mojej karierze, dwa – miałem świetny pretekst by olać rodzinne spotkanie.
Tym bardziej że na pewno pojawi się Frank – mój wspaniały brat – buntownik, wiecznie naćpana i nachlana gwiazdka garażowego zespołu. Pasował do rodziny Freemnów jak rękawiczka na stopę. Poza tym nie znosiłem gnojka od czasów, gdy rozwalił mi samochód, który wziął bez pytania. Niech całuje psa w dupę. Walę go. Niech wymądrza się przed matką i wkurza ojca. Tym razem ominie mnie konieczność udawania, że jesteśmy wspaniałą, amerykańską, kochającą się rodzinę.

Miałem robotę do zrobienia. Poważną. Zapewne niełatwą. Ale patrząc na sumę pieniędzy, jaką wyłudził Salfield od naszego towarzystwa było to naprawdę coś. A fakt, że Zarząd powierzył sprawę mi tym bardziej dopingował.
Jeszcze raz sprawdziłem zawartość walizek, odhaczając ponownie kolejne pozycje na niej zawarte nim zniosłem je na dół do mojego samochodu. Lubiłem mieć wszystko pod kontrolą. Taki już byłem.

Stał tam, na specjalnie wykupionym miejscu, w podziemnym garażu. Moja jedyna prawdziwa miłość i powód do dumy, sprowadzony za grupą kasę z Europy.



W chwilę po tym ruszyłem w drogę do Silver Bay omijając korki Chicago, bowiem moje osiedle wznosiło się na malowniczych wzniesieniach na południe od miasta.

* * *

Z pewnymi obawami zatrzymałem mercedesa przed tą podrzędną budą w połowie drogi do celu. Musiałem się jednak odlać i chwilę odsapnąć. Auto doskonale sprawdzało się w trasie i zawsze sprawiało mi satysfakcję jego prowadzenie. A jak rwało się na nie laski! Można powiedzieć, że na sam widok lśniącej, czarnej karoserii stringi spadały z nich, jak liście z drzew jesienią. Niestety problem z luksusowymi, europejskimi autami jest taki, że maja sporo amatorów. Z tym że pracowałem w ubezpieczeniach i wiedziałem, jak zapewnić sobie odszkodowanie na wypadek kradzieży czy uszkodzenia mojej własności. Przywilejem stania po drugiej stronie barykady zwanej ubezpieczeniami było to, że znało się doskonale każdy szwindel i kruczek stosowany przez towarzystwa asekuracyjne i potrafiło się przed nim zabezpieczyć.

Zamówiłem kawę obserwując ukradkiem innych gości. Grubi kierowcy TIRów zawsze mnie bawili. Odnosiłem nieodparte wrażenie, że mają jakieś tajemnicze wyścigi, który z nich będzie ważył więcej niż jego ciężarówka. Jeden z nich, najbardziej niedomyty i zarośnięty jak yeti – jak na mój gust – zbliżał się do rekordu. Spojrzałem na swojego złotego roleksa. Dawałem sobie piętnaście minut w tym miejscu. Góra.

Kawa była nawet dobra. A może to ja jej po porostu potrzebowałem. Zazwyczaj wypijałem ich koło sześciu dziennie. I to mocnych. Bez mleczka czy cukru. To pozwalało mi działać na zwiększonych obrotach i zachować czujność w pracy. To i papierosy, których jednak nie paliłem za dużo.

Wiadomość, którą usłyszałem w radiu pobudziła moją wyobraźnię. Potem jednak przypomniałem sobie zdjęcie odnalezionego Salfielda. Wolne żarty. Koleś wyglądał na złamanego życiem dziadygą, a nie na zabójcę. Ale oczywiście wiedziałem, że pozory mogą mylić. W mojej pracy często okazywało się, ze nieszkodliwa staruszka to mężobójczyni. Raz nawet rozpracowałem matkę, która utopiła własne dziecko by dostać kasę z polisy. Policji tłumaczyła się, że zabiła syna, bo chciała ratować życie córki, która potrzebowała kasy na leczenia. Efekt końcowy: syn nie żył, ona poszła na dwadzieścia lat za kratki, a córeczka zmarła pozbawiona kasy na transplantację. Jaki był z tego wniosek. Nie opłacało się naciągać towarzystw ubezpieczeniowych. To tak jakbyś chciał ochrzcić diabła. Jakbyś się nie starał i tak diabeł przerżnie ciebie. Tak to już jest.

Zapłaciłem za kawę wróciłem do samochodu i ruszyłem w dalszą drogę. Postanowiłem zachować więcej ostrożności, kiedy spotkam się z Salfieldem. Niech zaginięcie tegoż Loyda ma przynajmniej jakiś sens.


* * *

Byłem już zmęczony. Kawa nie działa długo, ale pomagały dwa wypite napoje energetyczne. Byłem głodny, ale według GPSa byłem już prawie u celu. Muzyka lecąca w radiu nieco mnie drażniła. Nie była na czasie. Ogólnie z muzyką z połowy lat osiemdziesiątych to było tak, że była na czasie tylko wtedy. I skończyła się, więc nie powinni nas nią katować.

Po obu stronach szosy miałem tylko gęsty, ciemny las. Dziwnie się w nim czułem. Może dlatego, że nie przepadałem za naturą, zdecydowanie lepiej czując się w wielkich miastach. Otoczony przez hałas i innych ludzi nigdy nie byłem sam. A tutaj, miałem wrażenie, jak bym przedzierał się przez tunel ciemności, gdzie jedynym źródłem światła były reflektory mojego mercedesa. Silnika prawie nie było słychać. Zawsze było to zaletą, ale teraz napawało mnie lekką obawą.

Na dodatek GPS zaczął wariować, a w chwilę po nim zaczęło trzeszczeć radio gubiąc sygnał. Przełączyłem radio na moją własną składankę – mieszankę soul i rege -, pogłośniłem muzykę i skoncentrowałem się na drodze podśpiewując sobie głośno moje ulubione kawałki. To odpędziło na moment znużenie i durne myśli o ciemności pomiędzy drzewami. I wtedy właśnie zobaczyłem go.

Jeleń. Wielki – jak – kurewski – pomnik. Pierwszy raz w życiu widziałem jelenia na żywo. Czy one faktycznie mają czerwone oczy? A może to załamanie światła na dnie oka? Coś takiego, jak efekt czerwonych oczu na zdjęciach. A może po prostu przewidziało mi się i powinienem zatrzymać się na papierosa. Ale nie w tym lesie. O nie!

Jeleń zaryczał, a w kilka sekund później moje elektroniczne cacuszka w samochodzie sygnalizowały, bym zatrzymał auto. Tak też zrobiłem.

Z głośników leciała jakaś wesoła muzyczka, a ja włączyłem awaryjne światła, wyjąłem parasolkę ze schowka i wyszedłem na zewnątrz. Jeleń zniknął. Pewnie spłoszyło go moje gwałtowne zatrzymanie pojazdu. I dobrze. Miał wielkie rogi i nie chciałem, by mnie nimi poharatał. Nosorożce w Afryce tak robiły, to jelenie pewnie też.

Widząc przebite koło nieco się zirytowałem. Opóźnienie, a ja miałem ochotę już wziąć prysznic, włączyć laptopa i sprawdzić giełdę. A potem napić się czegoś mocniejszego i porządnie wyspać. A teraz perspektywa ta oddalała się o kilka minut.

Wyjąłem z bagażnika trójkąt ostrzegawczy i latarkę a potem odszedłem od samochodu wodząc latarką naokoło z nadzieją, że ogromne zwierzę odeszło na dobre. W przepisowej odległości ustawiłem trójkąt i włączyłem lampki na nim zamontowane. Dzięki temu był widoczny z daleka, a przepisowa odległość w razie wypadku winę przenosiła na tego, kto by na mnie najechał. Wypełniłem kruczki z mojej polisy.

Wróciłem do samochodu po drodze trafiając na te poroże. No pięknie. Miałem fart, że nie poszły dwa koła. Wziąłem poroże ze sobą i wsadziłem do bagażnika. Potem wyjąłem narzędzia i lewarek – ten, który po wciśnięciu guzika sam podnosił auto. Zapaliłem papierosa i zabrałem się za wymianę koła.

Miałem zamiar szybko się z tym uporać, zabrać trójkąt z szosy i wrócić do przerwanej podróży. Łóżko w hotelu już na mnie czekało. Łóżko i ciepły posiłek. A o niczym więcej teraz nie marzyłem. Cały czas rozglądałem się nerwowo, czy nie pojawi się jakiś samochód, albo - nie daj Boże - ten ogromniasty i zapewne drapieżny jeleń. Ubezpieczenie mojego samochodu nie obejmowało podrapania przez kopytne, chociaż podciągnąłbym to pod atak krowy, bo na taką ewentualność byłem przygotowany.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 28-01-2011 o 16:19.
Armiel jest offline  
Stary 02-02-2011, 11:04   #3
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 121 Takeda ma wyłączoną reputację
Udało się. Westchnąłeś ciężko widząc pierwsze budynki Silver Bay. Czytając relacje gazetowe była mowa o miasteczku. A tutaj co? Zwykła wieś, nic więcej. Dumny szyld przed wjazdem witający wszystkich gości informował, że miasteczko miało prawie 400 mieszkańców. Deszcz nie ustępował i w zapadającym mroku jego jednostajny szum byłby zapewne kojący, gdybyś był już w hotelowym pokoju.
Miasteczko wyglądało na opuszczone. Gdyby nie światła w pojedynczych domach mógłbyś przysiąc, że trafiłeś do jednego z tych miast widm o jakich czasami słyszy się w telewizji. Oby choć za dnia było tu jakieś życie. Co by jednak nie mówić Salfield wybrał idealne miejsce na kryjówkę. Wszyscy chyba, którzy tu przyjeżdżają trafiają tu przez przypadek.
Minąłeś główne skrzyżowanie i podjechałeś pod hotel. Znalazłeś go bez trudu jego migający szyld był widoczny już z daleka. Wysiadłeś z samochodu i pod parasolką podszedłeś do drzwi. Stojąc pod nimi zauważyłeś, że światła wewnątrz są przygaszone. Szarpnąłeś za klamkę ale drzwi nie puściły. No pięknie. Co za pech!
Po krótkim zastanowieniu załomotałeś w szybę. Mimo dość mocnych uderzeń i hałasu jaki narobiłeś, nikt ci nie odpowiedział. Przytknąłeś nos do szyby i osłaniając oczy przed światłem zajrzałeś do środka. Dostrzegłeś kontuar recepcji, niewielką sztuczną palmę w rogu, włączony telewizor podwieszony pod sufitem oraz... Nie! Nie to niemożliwe.
Na kanapie pod ścianą leżał jakiś mężczyzna. Sądząc po jego pozycji i kilku puszkach rozrzuconych na podłodze był najwyraźniej pijany. No pięknie.
Już miałeś wyjąć komórkę i spróbować obudzić go telefonem, gdy usłyszałeś bardzo blisko bicie kościelnych dzwonów. Jadąc do hotelu widziałeś po prawej stronie budynek, który w pierwszej chwili wziąłeś za ratusz bądź siedzibę władz. Teraz jednak słysząc dźwięk dzwonów wiedziałeś już, że to kościół. Wyszedłeś na ulicę i spojrzałeś w stronę białego budynku na rogu, który mocno kontrastował z granatowoszarym niebem.
Dostrzegłeś, że z kościoła wychodzi spory tłum ludzi.
Czyżby wszyscy mieszkańcy byli na nabożeństwie? Nie dość, że to wieś zabita dechami to na dodatek pełna fanatyków religijnych. Stojąc pod parasolem zauważyłeś, że jedna starsza kobieta macha do ciebie. Poczułeś się lekko zdziwiony, ale nie było wątpliwości że chodziło jej o ciebie. Stałeś wszak sam na środku ulicy.
Podeszła do ciebie i przywitała się.
- Dzień dobry panu. - w jej promiennym uśmiechu i słodkim głosie wyczułeś nutkę nieszczerości. A może ci się tylko wydawało? - Pan zapewne do hotelu?
Przytaknąłeś nieznacznie.
- Ten leser Peter pewnie znowu leży pijany. Bezbożnik jeden, nawet w taki święty dzień się uchlał.
Starsza pani była wyraźnie wzburzona i poddenerwowana.
- Proszę za mną - powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu - Zaraz go obudzimy.
Ruszyłeś za starszą panią, która mimo swoich co najmniej sześćdziesięciu kilku lat była nad wyraz sprawna. Gdy stanęliście pod drzwiami hotelu pchnęła ona mocno drzwi, które o dziwo otworzyły się. Przez chwilę stałeś skonsternowany, ale z zamyślenia wyrwał cię piskliwy wrzask staruszki.
- Wstawaj łachu jeden - krzyczała szarpiąc śpiącego chłopaka.
Peter recepcjonista nie miał więcej niż dwadzieścia dwa lata i ubrany był jak typowy przedstawiciel tak zwanego pokolenia emo. Obcisłe jeansy, trampki i wymięta bluzka w poziome paski oraz obowiązkowe ufarbowane na czarno włosy z grzywką na oczach.
- Co kurwa? - spytał ledwo przytomny.
- Ja ci dam "co kurwa?" - przedżeźniała go staruszka - Gościa masz łachudro! Już do roboty.
Peter wstał niepewnie i pociągnął łyka z dna puszki. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę kontuaru.
Staruszka odwróciła się w twoją stronę i uśmiechnęła się szeroko:
- Bardzo przepraszam za jego zachowanie. Niech pan mi uwierzy, że to margines w naszym miasteczku.
Podeszła do lady i pochylając się nad komputerem spytała o twoje nazwisko. Sprawnie i szybko potwierdziła twoją rezerwację, a następnie wręczyła ci klucz do pokoju 7B.
- To na pierwszym piętrze. Wybaczy pan, ale walizki będzie musiał pan sam wnieść. Ja nie dam rady - przyznała ze smutkiem - A ten leber... sam pan widzi.
Peter zasnął ponownie, zmienił tylko miejsce na kanapie na fotel.
- Mam nadzieję, że sobie pan poradzi. Rano szeryf zajmie się tym dranie. Do zobaczenia panu.
Starsza pani wyszła, a ty zaraz za nią by z samochodu zabrać walizki. Gdy wróciłeś zauważyłeś, że Peter nadal śpi i mało tego przeciągle chrapie.
Byłeś już w połowie schodów, gdy usłyszałeś że Peter najwyraźniej podnosi się z fotela. Musiał się z czymś zderzyć, bo usłyszałeś głuche uderzenie któremu towarzyszyło siarczyste przekleństwo.
- Panie O'neil chwileczkę - zawołał za tobą - Mam to o co pan prosił.
Odwróciłeś się i zobaczyłeś chwiejącego się na nogach Petera. W wyciągniętych dłoniach trzymał niewielkie szare, kartonowe pudełko. Pijanemu chłopakowi najwyraźniej coś się pomieszało, ale może to była twoja szansa.

 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół

Ostatnio edytowane przez Takeda : 02-02-2011 o 11:24.
Takeda jest offline  
Stary 07-02-2011, 17:02   #4
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Kiedyś, jadąc w jakiejś sprawie zobaczyłem przydrożny drogowskaz z napisem:

„Zajedź do nas, jesteśmy największą dziurą w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki”.

Pamiętam, że skręciłem i zajechałem tam. I faktycznie była to największa dziura w USA. Kilka domów, stacja paliw i sklepik z pamiątkami, w którym kupiłem z rozbawianiem jakąś pierdołę. Tamci ludzie w tamtej zapomnianej przez wszystkich mieścinie mieli pomysł na promocję.

Ale teraz, moknąc przed motelem, dawałem prymat pierwszeństwa Silver Lake. To właśnie mieścina w której właśnie się znajdowałem była największą dziurą USA. Przynajmniej mi wydawała się taką w tej chwili.

Pijany recepcjonista, deszcz, złapana po drodze guma. Wszystko nieźle nadszarpnęło moją cierpliwością. Już chciałem zrobić coś bardziej radykalnego, kiedy dźwięk dzwonów oznajmił koniec jakiejś uroczystości. To, co wcześniej wziąłem za ratusz okazało się kościołem. No tak. Kmiotki z wiochy zapewne traktowały religię jako jedyne źródło rozrywki. I piwo, jak widziałem po zachlanym recepcjoniście. Za oboma nie przepadałem. Religia była opium dla mas, jak powiedział kiedyś pewien myśliciel. Ogłupiacz dla naiwnych, którzy wierzą w to, ze po śmierci czeka nas coś więcej niż nieubłagany rozkład tkanek. Dlatego moją dewizą życiową było „żyj pełnią życia tu i teraz”. Swoistego rodzaju „dereksizm” w czystym, egoistycznym wydaniu. Moim bogiem byłem ja sam, a świątynią ciało, którego różnorakie potrzeby zaspakajałem z wielką przyjemnością. Co do piwa – rósł po nim brzuch. Ja wolałem wino. Bardziej odpowiadało mojej naturze.

Atak babci na zachlanego recepcjonistę przyjąłem bez słowa. Miał szczęście, ze szanuje ludzi starszych. Są tak naiwni przy podpisywaniu polis. Szczególnie emerytury hipoteczne wyrobiły mi o nich dobrą opinię. Staruszkowie byli grzeczni. Nie kombinowali za bardzo, grali w bingo i zawijali się z tego świata, kiedy przychodził ich czas pozostawiając Towarzystwu sporą sumkę pieniędzy. Potem wystarczyło jedynie załatwić prawnie potencjalnych pazernych spadkobierców i wpadała premia. Gdyby nie było babci, pewnie pogadałbym inaczej z tym nachlanym emo. Za bardzo przypominał mi mojego brata – debila, bym poczuł do niego coś więcej niż pogardę. Przez moment przez myśl przebiegła mi radosna wizja wsadzenia swojego palca w ten kolczyk co chłopak nosił w nosie i wyrwania zawleczki.

- Bardzo przepraszam za jego zachowanie. Niech pan mi uwierzy, że to margines w naszym miasteczku. – powiedziała staruszka, a ja uśmiechnąłem się czarująco w jej stronę.

- Ależ nie ma żadnego problemu, szanowna pani - mój uśmiech musiał zadziałać na babcię bo rozpłomieniła się cała. – Dzisiejsza młodzież nie szanuje prawie niczego. A już na pewno nie szanuje czyjejś ciężkiej pracy. Zapewne nie obchodzi go trud, jaki pani wkłada w prowadzenie tego wspaniałego hotelu. A szkoda, bo często podróżuję, lecz dawno nie widziałem tak zadbanego lokalu.
Specjalnie unikałem patrzenia na emo i walające się puszki po piwie.

Staruszka wręczyła mi klucz, a ja z uprzejmym uśmiechem nie schodzącym z mojej twarzy zapewniłem ją, że poradzę sobie z moimi bagażami.

Najpierw sprawdziłem pokój. Był w starym stylu. Retro. Meble pamiętały lepsze czasy. Pachniał tanim odświeżaczem powietrza i pastą do podłóg. Na szczęście nie kulkami na mole.
Zerknąłem przez okno. Widok miałem na parking i majaczące za nim miasteczko. Padało. Było ciemno. Początkowy zamysł przeprowadzenia rekonesansu odłożyłem do dnia jutrzejszego. Nie na długo, jak się okazało ....

Sprawdziłem drzwi, zabezpieczenia przeciw pożarowe – o dziwo – całkiem znośne, szczelność okien i stan czystości toalety połączonej z małą kabiną prysznicową. Musiałem przyznać, ze było raczej czysto, co troszkę poprawiło mi samopoczucie.

Odświeżyłem się nieco, wziąłem gumę do żucia i zszedłem na dół, po walizki. W chwilę później były już bezpieczne w szafie, która skrzypiała niemiłosiernie jak się ja otwierało.

Byłem głodny. Zszedłem wiec na dół by zapytać, gdzie mogę się stołować. I wtedy ten imbecyl emo obudził się i w pijackim zwidzie pomylił z niejakim O’Neilem chcąc wręczyć mi paczkę dla niego.

W pierwszym odruchu chciałem gościa opierdolić, bo jego brak kompetencji mocno mnie irytował. Najbardziej na świecie nie znosiłem właśnie takich pseudo luzaków, którzy mają swoje obowiązki w dupie. Pewnie dostawał za miesiąc roboty tutaj niewiele więcej niż czarnuch na zasiłku, ale była to praca i powinien traktować ją poważnie. I wtedy zorientowałem się, że recepcjonista wymienił nazwisko pod którym ukrywał się pisarz.

Na moje otwarte do wyszukanego przekleństwa usta zagościł przyjacielski uśmieszek.

- Tak To możesz mi to dać Peter – zagaiłem uprzejmie.

Pijaczek dał mi paczkę, a ja z uśmiechem wręczyłem mu pięć dolarów napiwku. Pewnie i tak nie będzie pamiętał, ale liczyłem na to, że zachleje się za nie jeszcze bardziej i utrwali sobie dziurę w pamięci.

Nie czekając na podziękowanie wziąłem paczkę i wróciłem do swojego pokoju.

Przez chwilę przyglądałem się jej ciekawie.

Oczywiście, mogłem ją otworzyć. Przyznam, korciło mnie jak diabli, by tak zrobić. Ale nie zrobiłem tego. W mojej głowie układał się już plan. Oddam paczkę Salfieldowi. Wyjaśnię pomyłkę. To powinno nawiązać jakąś więź pomiędzy nami. Jeśli ukrywający się pisarz czekał na to, co w niej było, chętnie postawi piwko czy dwa komuś, kto grzecznie oddał paczkę właścicielowi. Uczciwość w dzisiejszych czasach musi robić wrażenie.

* * *

Koniec końców paczuszka wylądowała w szafie z moimi bagażami, a ja wyszedłem na zewnątrz by zapalić i znaleźć coś do jedzenia.

Nie musiałem długo szukać. Jednak Silver Bay nie było aż taką dziurą. I oprócz kościoła, motelu i zamkniętego już o tej porze sklepu przy głównej ulicy znalazłem knajpkę.

Jej wystrój wnętrza przypominał mi mgliście lokalik z takiego starego serialu – „Miasteczko Twin Peaks”. W każdym razie zamówiłem sobie kawę, kokietując nieco kelnerkę oraz zapiekankę z mięsem i ziemniakami, która zachwalano jako specjalność zakładu. Do tego colę – potrzebowałem cukrów i kofeiny.

Ciekawie przyglądając się wnętrzu oceniałem całość pod katem sprzedaży polisy. Oczywiście minęły już czasy, kiedy to robiłem. Każdy z nas musiał jednak przejść ten etap w swojej karierze. Ja również.

Zapiekanka faktycznie była pyszna. Albo ja godny. Ale było to połączenie dwóch elementów w jedną wspaniałą kombinację dla kubeczków smakowych.

Zaspokoiwszy głód podszedłem do baru i zamówiłem szklaneczkę whisky. Należało mi się po długiej podróży.

Nie miałem zamiaru długo siedzieć w tym miejscu. Tylko tyle, by poznać kilku miejscowych, wypić ze dwie szklaneczki i wrócić grzecznie do łóżeczka. Jutro czekał mnie pracowity dzień w udawanie kogoś innego. I miałem zamiar dobrze się przy tym bawić.

Siedziałem, sączyłem alkohol i wdawałem się w niezobowiązujące pogawędki z miejscowymi. Jak chcę, potrafię być miły. Tak było i tym razem. Chciałem wyrobić sobie opinię mieszczucha, który marzy o karierze pisarza. Troszkę naiwnego, ale bogatego, dzięki zamożnym rodzicom. A nic tak nie podkreślało miłej osobowości Dereka jak spotkanie z miejscowymi.

W wędkarstwie takie zabiegi nazywa się chyba zanęcaniem.

I tak właśnie było.

Rzucałem zanętę.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 07-02-2011 o 17:05.
Armiel jest offline  
Stary 12-02-2011, 00:54   #5
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 121 Takeda ma wyłączoną reputację
- To mówisz, że jesteś literatem - westchnął w zadumie jeden z miejscowych do których się dosiadłeś - Mamy tu już takiego jednego.
- Chuck - mężczyzna szturchnął go łokciem pod żebro - Naszego gościa to zapewne nie interesuje.
- Co nie interesuje? - oburzył się Chuck - Na pewno go interesuje.
Spojrzał na ciebie i widząc twoje delikatne przyzwolenie kontynuował. Mężczyzna był już wyraźnie podpity i jego opowieść mogła być mało wiarygodna, ale może warto było chociaż poznać lokalne legendy.
- Widzisz stary - Chuck nachylił się w twoją stronę, a jego alkoholowy oddech omiótł cię nieprzyjemną chmurą - Ten cały O'neil, a tak naprawdę Salfield...
- Ja wychodzę - powiedział głośno i dobitnie kolega Chucka, który najwyraźniej nie miał ochoty słuchać opowieści o sławnym pisarzu - Idziesz Chuck? Twoja żona będzie się niecierpliwić.
- Daj spokój mojej starej... Nie widzisz, że rozmawiam?
- Jak chcesz, tylko żeby potem nie było że cię nie ostrzegałem.
- Ostrzegałeś? Ostrzegałeś? Myślisz, że ja się go boję! - ryknął Chuck wstając z miejsca - Ten zasrany pisarzyna może mi na buty napluć, a i to dopiero jak podrośnie bo na razie to jest za mały.
- Chuck uspokój się - starał się załagodzić sytuację jego kumpel.
- Weź te ręce ode mnie - wrzeszczał Chuck.
Wycierający do tej pory talerze szef zajazdu, wyszedł za kontuaru i złapał Chucka za głowę oburącz. Nachylił się nad nim i coś mu szepnął do ucha. Mężczyzna nagle przestał się rzucać i awanturować.
- Jeff zabierz kumpla do domu. Wiesz, że nie lubię pijackich awantur w moim lokalu.
- Oczywiście Bart. Wybacz. Chuck lekko przesadził z piwem, ale na szczęście nic się nie stało. Już wychodzimy.
Bart, właściciel wszedł zza kontuar i wrócił do wycierania talerzy. Przez chwilę obserwowałeś dwóch mężczyzn wychodzących z zajazdu. Ruszyli oni główną ulica Silver Bay trzymając się pod ramię. Widziałeś jak znikają w półmroku. Chuck mimo, że w lokalu wyraźnie się uspokoił znalazłszy się na zewnątrz wrócił do prawienia wykładów swojemu koledze. Ten słuchał go cierpliwie, ale uparcie ciągnął ze sobą.
Zamówiłeś jeszcze jedną kolejkę i odczekałeś kilka minut, by w końcu zapytać Barta:
- O co chodziło z tym całym O'Neilem?
- Niech się pan nie przejmuje tym co gadał Chuck. O'Neil to faktycznie ten słynny Salfield. To porządny obywatel i my nie możemy na niego narzekać. Cichy, spokojny może tylko trochę za bardzo wycofany. Jednak po tym co przeżył to zrozumiałe. Chuck coś tam sobie uroił w tej swojej chorej głowie i oskarża O'Neila o wszelkie zło tego świata. Chuck jest najbliższym sąsiadem O'Neila. Chuck twierdzi, że nie może wypasać krów na łące sąsiadującej z domem O'neila, bo zwierzęta stamtąd uciekają.
Pokiwałeś z wyrozumiałością.
- Mogę jednak pana zapewnić, że to kompletne bzdury. O'neil to miły i spokojny staruszek.
Dokończyłeś drinka i podziękowałeś za rozmowę. Uregulowałeś rachunek i wróciłeś do hotelu.
Alkohol lekko rozluźnij twoje mięśnie i odrętwienie karku minęło. Marzyłeś już tylko o tym, by wziąć prysznic i położyć się do łóżka.

Ciepła woda zmyła brud i zmęczenie po podróży. Odprężony położyłeś się spać.

W środku nocy obudził cię dziwny hałas.
Poprzez zasłonięte żaluzje do pokoju sączyło się słabe światło ulicznych latarni. Zdezorientowany rozejrzałeś się po pokoju. Elektroniczny zegar na szafce pokazywał trzecią w nocy. Podniosłeś głowę i wtedy zobaczyłeś, że z szafy gdzie schowałeś walizkę sączy się blade niebieskie światło. Zaciekawiony wstałeś i podszedłeś tam. Z lekką obawą otworzyłeś drzwi szafy.
W środku na wieszakach wisiały twoje rzeczy, w kącie stała walizka a obok niej niewielkie pudełko które otrzymałeś od tego pijanego emo. Dziwne niebieskie światło wydobywało się właśnie z tego pudełka. Schyliłeś się, by je otworzyć.
Ledwo rozchyliłeś skrzydełka wieka, ściany pokoju zafalowały. Poczułeś się jak hipis po zażyciu kilku pastylek LSD. Ściany i podłoga wyginęły się jakby zrobione były z płynnej mazi. Na dodatek nabrały one rdzawo-żółtej barwy, która nieodmiennie kojarzyła ci się z zakrzepnięta krwią.
Nagle do twoich uszu doszedł odgłos kroków na korytarzu. Nie wiedzieć czemu przeszedł ci zimny dreszcz po plecach, a dłonie obficie się spociły. Czułeś jak twoje serce zalewa paniczny strach. Odgłosy kroków zatrzymały się pod twoimi drzwiami. W napięciu czekałeś, aż osoba stoją za nimi otworzy je. Twoje serce kołatało jak oszalałe, jakby chciało wyrwać ci się z piersi i uciec stąd.

Nie uciekniesz! Stąd nie ma ucieczki! Nie ma!- zimny jak stal głos przeszył powietrze okrutnym wrzaskiem.

Drzwi nagle otworzyły się i w progu stanął Frank O'neil. Rozpoznałeś go bez trudu. Spędziłeś wiele godzin czytając akta i artykuły na jego temat. Dobrze zapamiętałeś sobie jego twarz. Stał on na progu i patrzył na ciebie z lubieżnym uśmiechem. Wyglądał tak jakby szydził z ciebie, a jego spojrzenie przeszywało cię na wylot. Jego uśmiech mówił: "Znam wszystkie twoje sekrety. Znam wszystkie twoje grzechy, Dereku Freeman, ty podła wszo" Zadałeś sobie sprawę, że kulisz się w rogu pokoju. W rękach ściskałeś mocno kartonowe pudełko, jakby miało ono być twoją ostatnią deską ratunku.
O'neil zaczął wolność iść w twoim kierunku. Serce waliło ci jak młot pneumatyczny. Bałeś się. Bałeś się panicznie, a on szedł spokojnie a okropny uśmiech nie schodził mu z twarzy. Stanął metr przed tobą i nachylił się mówiąc:
- To chyba należy do mnie, prawda?
W panicznym odruchu wyciągnąłeś ręce przed siebie i podając mu pudełko.
O'neil zabrał je od ciebie, cały czas patrząc ci prosto w oczy. Jego usta nadal wykrzywione były w lubieżnym i drwiącym uśmieszku.
- Dziękuję ci bardzo - powiedział kiwając ci z kurtuazją głową.


Jasne promienie słońca nagle zaatakowały twoje zamknięte powieki. Otworzyłeś powoli oczy, chroniąc je dłońmi przed porażającym blaskiem. Leżałeś na podłodze przy otwartej szafie. W jednej sekundzie przypomniałeś sobie o czym śniłeś.
Instynktownie rzuciłeś się w róg szafy, gdzie powinno leżeć kartonowe pudełko jakie wczoraj wieczorem otrzymałeś od recepcjonisty.
Ku swemu przerażeniu stwierdziłeś, że go tam nie było.
Nagle ktoś zapukał do pokoju.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół

Ostatnio edytowane przez Takeda : 12-02-2011 o 05:30.
Takeda jest offline  
Stary 17-02-2011, 09:56   #6
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Lubię towarzystwo prostych ludzi. Serio. Ich pozbawiona głębszego sensu paplanina uświadamia mi wtedy, jak duży krok dystansujący mnie od nich wykonałem. Jeździłem samochodem, o którym tamci mogli tylko pomarzyć. Mieszkałem w domu, który widzieli tylko w telewizji i korzystałem z technologicznych gadżetów, które w ich oczach uchodziły pewnie za żywcem wyjęte z książek science – fiction. O ile wiedzieli, co to jest książka.

Wieczór mogłem zaliczyć do udanych. Derek Freeman – początkujący pisarz – zarzucił przynętę i złapał dwa dorodne, aczkolwiek niezbyt bystre okazy. Przez chwilę miałem nadzieję, że miejscowi pobiją się między sobą. Dopełniłoby to bez wątpienia stereotypowy wieczór spędzony wśród nieudaczników życiowych. A tak ... dupa. Może przynajmniej obejrzę sobie jakiś mecz bokserski w pokoju hotelowym.

Po dwóch porcyjkach Jasia Wędrowniczka pożegnałem serdecznie miejscowych – oczywiście, nie muszę dodawać, ze to ja stawiałem te dwie kolejki – i poszedłem do hotelu.

Silver Bay nocą było ciemne. Deszcz nadal padał, a świateł paliło się jak na lekarstwo. Widać w nocy włączano tutaj drugą fazę, czy coś. W każdym razie ja nawykłem do nieco większej ilości latarni rozświetlających mi drogę do domu. Szedłem więc nie potrafiąc zapanować nad odruchem oglądania się na boki i za siebie co jakiś czas. Ta ciemność drażniła moją pobudzoną alkoholem wyobraźnię. Jej oczami widziałem miejscowych ciołków z bejsbolami czającymi się na miastowego gogusia. Za dachami domów widziałem również kołysane wiatrem wierzchołki drzew. Las był blisko. Otulał miasteczko prawie z każdej strony. Szum roślinności brzmiał w moich uszach jak czyjeś głosy.

Noż kurwa!

Wlazłem w kałużę. Zimna woda w bucie szybko wygnała z mojej głowy durne myśli i już bez dziwactw wróciłem do hotelu.

* * *

Prysznic i ciepła woda pozwoliły mi szybko zasnąć. Ale zapiekanka i alkohol nie odpuściły. W nocy miałem jakieś jazdy. Czyżby ktoś do alkoholu dodał mi jakiś psychotropów? Będę musiał zamawiać alkohol w zamkniętych butelkach. Może właściciel budy w ten sposób urabiał przyjezdnych, licząc na większy zbyt. A może handlował nerkami, które przewoził do Kanady? No, bo pigułka gwałtu to, to chyba nie była.

Światła, głosy, stary pisarz idący z paczką i gadający jakieś straszne rzeczy. O mało się nie zesrałem w gacie ze strachu. No, ale na szczęście nie był to świadomy sen, o którym się tyle kiedyś naczytałem i nasłuchałem. To był zwykły koszmar. Taki, po którym otwierasz oczy i przez chwilę nie za bardzo jarzysz co się dzieje. A potem orientujesz się, że miałeś niezłą fantasmagorię i kwitujesz to później, rozmawiając z kumplami zdaniem zaczynającym się od: - „nie uwierzycie, co mi się dzisiaj śniło”.

Nigdy jednak nie miałem tak realistycznych snów jak ten. Uwierzcie mi. Normalnie, gdybym był z sześćdziesięcioletnim prykiem, pewnie bym kojfnął na zawał. Nawet kiedy otworzyłem już oczy serducho kołatało się w mojej piersi, jak dziki gołąb a ja sam nie mogłem złapać oddechu.
Szyderczo wykrzywiona twarz O’neila nadal majaczyła mi przed oczami. Najbardziej przeraził mnie ten jego lubieżny uśmiech! LUBIEŻNY! Kurwa!
Co, jak co, ale nie miałem zamiaru dawać się posuwać żadnemu staremu pedrylowi. Z tego tez powodu nigdy nie przekraczałem granicy prawa. Wiedziałem, co w więzieniu zrobiliby starzy kryminaliści takiemu przystojniakowi jak ja. Za ten lubieżny uśmiech już starego kutafona znielubiłem.

- Pierdolę cię, Salfield – powiedziałem do siebie wstając energicznie z łóżka. – Nie będziesz nawiedzał moich snów, staruchu pokręcony.

W ogóle, co to były za jazdy! Podszedłem do okna i otworzyłem je wpuszczając nieco świeżego powietrza. Potem udałem się do łazienki i przemyłem twarz zimną wodą. To pozwoliło mi przegonić resztki senności.

Wróciłem do pokoju i siadłem na łóżku. Spojrzałem na zegarek. Było nadal przed ósmą. Nie tak źle. Codzienny rygor, jaki sobie narzuciłem dawał rezultaty.

Przypomniałem sobie o pudełku ze snu i doskoczyłem do szafy otwierając ją jak szeroko.

- No, cwaniaczku – mruknąłem do siebie z zamiarem otworzenie pudełka i zamarłem z głupawym uśmiechem na twarzy.

Nie było go! Znikło! Nagle ściany wokół mnie zaczęły napierać ze wszystkich stron.

Otwierałem i zamykałem oczy, jakbym właśnie zobaczył ducha.


* * *

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi nadal siedziałem wpatrzony w róg szafy. Racjonalizowałem. Spałem. Ktoś wkradł się do środka. Może wcześniej wpuścił gaz przez dziurkę do klucza. Stąd te halucynacje!
Może Sanfield zabił zonę, bo był ... agentem obcego wywiadu! Tak! To pasowało! Zabił i zaszył się na zadupiu, gdzie przyjmował tajne zlecenia. Kiedy dowiedział się, że paczka trafiła w moje ręce zorganizował akcję i ją przejął.

Ale głupoty!

Tak naprawdę wiedziałem jedno. Za cholerę nie wiedziałem, co się dzieje.

Oczywiście było inne, prostsze wyjaśnienie. Pod moją nieobecność recepcjonista zorientował się w swojej pomyłce. Wziął klucz i znalazł paczkę w szafie. A reszta była kwestią za późno zjedzonej zapiekanki i alkoholu. Tak. To miało więcej sensu! Postanowiłem pogadać z emo, jak tylko go spotkam. Swoją drogą, będę musiał poszukać jakiegoś schronienia, dla co cenniejszych rzeczy bo ten typek gotów je ukraść by spieniężyć na narkotyki lub alkohol. Pierdolony obibok!

Rozstawiłem laptop, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.

* * *

To był mundurowy. Miejscowy szeryf. Uśmiechnąłem się na jego widok. Babcia chyba dotrzymała słowa danego recepcjoniście.

- Pan Freeman – zapytał policjant spoglądając na mnie z zawodową podejrzliwością.

- Tak. W czym mogę pomóc.

- Nazywam się Ted Rogers. Jestem miejscowym szeryfem. Czy możemy porozmawiać o Peterze Donovanie. Teraz.

Kiedy słyszę „teraz” z ust policjanta nigdy nie stawiam się okoniem. Już dawno temu nauczyłem się, że bycie miłym dla przedstawicieli władzy, ale bez wazeliny, daje najlepsze efekty.

- Oczywiście, szeryfie – zaprosiłem go gestem do środka. – Zawsze chętnie służę pomocą przedstawicielom prawa i porządku. Obawiam się jednak, ze nie znam tego Petera Donovana.

- Pracował, jako recepcjonista w tym hotelu.

- A tak ... – uśmiechnąłem się ze zrozumieniem. – Spotkaliśmy się wczoraj. Chłopak troszkę wypił w pracy. Właścicielka miała pana wezwać, ale uważam, że nie ma takiej potrzeby.

I wtedy do mnie dotarło.

- Zaraz – powiedziałem odwracając się do szeryfa. – Powiedział pan „pracował”. Czy został wywalony? Jesli tak, to chyba dobrze i nie ma sprawy.

- Nie – odparł Rogers ponuro. – Miał wypadek. Śmiertelny wypadek. Potrącono go niedaleko hotelu. Czy pan coś widział, albo słyszał. Wczorajszej nocy.

Siadłem na łóżku, udając wstrząśniętego wiadomością. Zastanawiałem się jednak, czy Donovan miał polisę i gdyby miał, jakich szukałbym kruczków by zminimalizować wypłatę odszkodowania. Skrzywienie zawodowe.

- Niestety nie – powiedziałem z rozbrajającą szczerością. – Wczoraj prowadziłem samochód prawie dziesięć godzin. Byłem zmęczony i poszedłem szybko spać. Wypiłem też dwie szklaneczki szkockiej z ludźmi z pobliskiego baru. Wracałem koło dziewiątej wieczór. Potem poszedłem spać. Niczego nie widziałem, przykro mi. Byłem tak zmęczony, że spałem jak zabity.

- Najprawdopodobniej ktoś go potrącił – ponuro stwierdził szeryf.

- Kiepska sprawa – pokiwałem głową ze zrozumieniem. – Pewnie nieczęsto macie tutaj takie wypadki. To raczej spokojne miasto, prawda, szeryfie.

- Tak – przytaknął. – No nic. Gdyby pan sobie jednak coś przypomniał, proszę zadzwonić lub podejść na posterunek

- Oczywiście. I tak chciałem to zrobić.

Spojrzał na mnie zdziwiony.

- Widzi pan, szeryfie, proszę się nie śmiać, ale przyjechałem tutaj, bo Silver Bay było kiedyś znanym z gorączki srebra miejscem. Chcę napisać książkę. Western. Taki w starym stylu, bo teraz już brakuje podobnej literatury. Zbieram informacje i materiały, które mogą mi się przydać. Wiem, ze ma pan zapewne inne sprawy, ale może po pracy pomógłby mi pan w realizacji mojej pasji.

Czyżby uśmiech pojawił się na twarzy policjanta. W każdym bądź razie nie odpowiedział tylko wyszedł.

A ja postanowiłem coś zjeść. Miejscowy bar był dobrym miejscem na posłuchanie plotek o wypadku Donovana. Chciałem też dać przebitą oponę do wulkanizacji. Musieli tu mieś jakiś zakład mechaniczny lub przynajmniej wskazać mi do niego drogę. Poza tym pozostawał ostatni i najważniejszy punkt programu. Dom Sanfielda.

Nie miałem paczki, ale miałem wielką ochotę spotkać się z obleśnym staruchem z mojego snu. Popytam miejscowych czy wiedzą coś na temat tego domu, wezmę aparat fotograficzny i pod pretekstem robienia dokumentacji do książki pokręcę się w pobliżu.

Tak. Dzień dopiero się zaczynał. A ja miałem kilka ważnych spraw do załatwienia. Najcenniejsze rzeczy ukryłem na dnie torby, zabrałem potrzebne mi w pracy drobiazgi – aparat z funkcją kamery, lornetkę, komórkę, portfel, mapę okolicy. W barze miałem zamiar zaopatrzyć się a jakieś batoniki i kawę (mały termos miałem ze sobą).

Plan był ułożony. Śniadanie, plotki, koło zapasowe, ustalenie adresu O’Neila, a potem – jeśli pogoda dopisze – przejażdżka do jego domu. Może uda się wypożyczyć jakieś auto? Wolałem nie ruszać moim mercedesem w las. W końcu to nie był samochód terenowy, tylko luksusowa wersja auta biznesowego.
 
Armiel jest offline  
Stary 23-02-2011, 00:27   #7
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 121 Takeda ma wyłączoną reputację
Pierwsze co przyniósł nowy dzień poza dziwnym snem, to wizyta policji. Twoje podejście okazało się jakże trafne i słuszne. Szeryf zachwycony twoją obywatelską postawą zadowolił się odpowiedziami, których mu udzieliłeś. Na zakończenie niby mimo chodem zdradziłeś cel swojej wizyty w Silver Bay. Szeryf tylko delikatnie uśmiechnął się pod nosem i pożegnał się z tobą. Plotka zapewne pójdzie w obieg i je dalej jak za godzinę, całe miasteczko będzie wiedzieć kim jesteś i po co przyjechałeś.
Przekonałeś się o tym bardzo szybko, gdy wpadłeś do baru po kawę do termosu i batoniki. Starsze małżeństwo, które siedziało przy jednym ze stolików i zajadało placek wiśniowy, na twój widok prawie zaniemówiło. Mężczyzna, około siedemdziesięcioletni, podszedł do ciebie i szeptem zapytał:
- Czy to pan jest tym pisarzem, co to western w starym stylu będzie pisał o naszym miasteczku?
Przytaknąłeś a w oczach mężczyzny, pojawiły się iskry zachwytu i ożywienia.
- Świetnie - ucieszył się tak bardzo że prawie wyleciała mu sztuczna szczęka - Bo widzi pan, western to mój ulubiony gatunek. Niestety złote lata ma już za sobą. - przyznała ze smutkiem - Teraz pisarze tworzą zupełnie niezrozumiałą sztukę. I po co to wszystko? Wiadomo jak tacy kończą.
W głosie mężczyzny wyczułeś rosnąca niechęć, ocierająca się wręcz o nienawiść. Nie trzeba było być geniuszem, czy detektywem specjalnym, by domyśleć się kogo ma na myśli.
- Fred daj panu spokój - skarciła staruszka żona - Pan się śpieszy.
Mężczyzna skonsternował się, spojrzał na żonę i szepnął w twoją stronę:
- Jak pan będzie miał czas, to niech pan do mnie wpadnie na kawę, a może i coś mocniejszego uda mi się wyciągnąć z piwnicy. Pogadamy o starych dobrych powieściach i filmach o dzikim zachodzie. Ma kilka pamiątek z tego okresu, chętnie panu pokaże.
- Pańska kawa!
Waszą rozmowę przerwał głos barmana, który stał już przy ladzie z napełnionym termosem.
Pożegnałeś się ze staruszkiem uprzednio pytając go o imię i adres. Mężczyzna uścisnął ci rękę i podziękował za rozmowę szczerząc się od ucha do ucha.
Wyszedłeś z baru. Plan miałeś już przemyślany. Plan działania i ścisły harmonogram to podstawa twojej pracy i życia, bez niego nie warto podchodzić do jakiegokolwiek zagadnienia.
Udałeś się w mały spacer po miasteczku, by poznać jego ulice i najważniejsze punkty oraz by odnaleźć mechanika.
Idąc ulicami Silver Bay zdałeś sobie sprawę, że miasteczko mimo swego zapyziałego charakteru ma wszelkie cechy i możliwości, by stać się ośrodkiem turystycznym. Daleko od cywilizacji, wokół lasy oraz jezior, mała, ale jakże piękna przystać. Było coś jednak w mieszkańcach, co najwyraźniej odstraszało turystów. Świadczyła o tym kompletna prowincjonalność miasteczka. Nie istniała w nim żadna instytucja, która by nie była stworzona wyłącznie dla mieszkańców i spełniająca ich potrzeby. Wszystko wskazywało na to, że ludzi tu mieszkający świadomie wybrali izolacje od świata. Klimat tego miasteczka nie odmiennie kojarzył ci się z książkami Kinga lub tani filmami grozy. Było w mijających cię ludziach coś, co mówiło ci że nie podoba im się tu twoja obecność.
Czy to właśnie dlatego Salfield wybrał to miejsce na swoją pustelnię?
Czy wrodzona małomówność i skrytość mieszkańców była jego sojusznikiem w latach, gdy próbował uciec przed światem?
Jeśli tak, to trzeba mu przyznać, że miał chłop nos.
Na dodatek tak ich pobożność. Ledwo doszedłeś do warsztatu znajdującego się przy stacji odezwały się dzwony w kościele. Spojrzałeś w kierunku wysokiej budowli, widocznej praktycznie z każdego punktu w mieście i zauważyłeś, że do świątyni zmierza dość duża liczba ludzi.
To było naprawdę zadziwiające.
- Hej! - krzyknął w twoją stronę brudny od smaru mechanik.
Najwyraźniej wyszedł właśnie spod starej ciężarówki, pamiętającej jeszcze lata siedemdziesiąte, która stała na podnośniku.
Jak ludzie mogą czymś takim jeździć i jeszcze próbować to naprawiać? Nie mogłeś się nadziwić, że taki złom jest jeszcze w ogóle wart jakiejkolwiek pracy.
- Pan to jest pewnie ten od koła, co?
Zdziwiłeś się trochę, że wie on po co przyszedłeś. Szybko zdałeś sobie sprawę, że wczoraj w barze pytałeś o mechanika.
- Tak to ja. Widzę, że wieści się szybko rozchodzą.
Mechanik nie raczył włączyć się do rozmowy, tylko krótko i rzeczowo poinformował cię:
- Nie ma gum do takich wózków jak twój - to nagłe przejście na ty podziałało na ciebie jak kubeł zimnej wody - Mogę co najwyżej spróbować skleić starą. To jednak potrwa ze trzy dni.
Pokiwałeś ze zrozumieniem głową, choć doskonale zdawałeś sobie sprawę z gry jaką próbuje z tobą prowadzić ten wiejski biznesmen. Niewątpliwie sowity napiwek przed robotą sprawi, że nagle cudownie znajdzie się pasujące koło lub prześlą super łatki do kół, czy co tam jeszcze jest w stanie wymyślić ten typ.
- Pewnie do O'neila się wybieramy, co?
Tego było już za wiele. Nie dość, że typ jest impertynencki i żądza w prymitywny sposób od ciebie dodatkowej zapłaty, to jeszcze wtyka nos w nie swoje sprawy.
- Ja was znam dziennikarzyny - uśmiechnął się złośliwie - Przebierańce, pisarzyny. Szeryfowi możesz oczy mydlić, ale nie mnie. Ja jednak na twoim miejscu bym uważał. Stąpasz po śliskim gruncie stary.
Wzbierała w tobie złość, ale nie zamierzałeś kłócić się z prymitywem. Czekało cię jeszcze wiele zajęć tego dnia, nie było czasu na utarczki z głupkami.

Gdyby poznałeś już w miarę topografię miasta i pokazałeś się w najważniejszych miejscach, by wszyscy mogli cię obejrzeć postanowiłeś zapytać, czy można gdzieś wypożyczyć tu samochód. Wyprawa do lasu twoim Mercedesem nie byłaby nazbyt rozsądnym pomysłem.
Młody emo, prawie że kopia tego z recepcji, siedzący na kasie w sklepie powiedział ci, że właścicielka hotelu w którym mieszkasz ma jakiś stary nie używany samochód i może zgodziłaby się go użyczyć. Ewentualnie pozostaje jeszcze mechanik, ale z tego co mówił chłopak to skąpy typ i za wypożyczenie byle trupa skasuje jak za pierwszorzędną limuzynę. Zdążyłeś się już przekonać, że to co mówi chłopak pokrywa się z rzeczywistością. Dlatego też pozostawało zapytać właścicielkę i zobaczyć czy da się coś w tym temacie zrobić.
Gdy odchodziłeś od kasy zauważyłeś, że chłopak bardzo długo ci się przygląda. Jego oczy wprost cię pożerały. Czułeś się jakby rozbierał cię wzrokiem. Było to nie tylko nieprzyjemne, ale i dziwne. Gdy wasze spojrzenie skrzyżowały się, emo opuścił wzrok ale na jego twarzy pojawił się dziwny uśmieszek. Nie potrafiłeś jednoznacznie powiedzieć co to miało znaczyć, ale chłopak najwyraźniej coś do ciebie miał.
Może chodziło o ten wypadek, jakiemu uległ zapewne jego kolega. Kto go tam wie?

Jak się okazało pani Thompson okazała się nad wyraz uprzejma i miła. Zgodziła się bez chwili zastanowienia wypożyczyć ci swój samochód. Był to stary Buick Lesabre z 85 roku w kolorze zgniłej zieleni. Nie był to może luksus do jakiego przywykłeś, ale an wycieczkę do lasu nadawał się idealnie. Podziękowałeś właścicielce i zabrałeś kluczyki, by w końcu zobaczyć jak mieszka stary morderca Olivera Salfielda, obecnie znany jako Frank O'neil.

Ruszyłeś. Ledwo wyjechałeś z miasteczka zaczął prószyć śnieg. Nie był to na szczęście taki śnieg jak poprzedniego dnia, ale i tak pokazywało to wyraźnie jakie szczęście masz w tej sprawie. Jadąc prostą jak strzała drogą przypomniałeś sobie wczorajszą przygodę z jeleniem. Teraz uważnie rozglądałeś się na boki, czy gdzieś się jakiś nie czai. Drogę do domu O'neila wskazał ci jeden z mieszkańców. Jechałeś według jego wskazówek i uważnie śledziłeś ulicę i pobocze.
Gdy do jechałeś do znaku oznaczającego skręt do zatoki zwolniłeś, gdyż za tym to znakiem według wskazówek miała się znajdować leśna dróżka w którą trzeba było wjechać, by dotrzeć do domu O'neila.
Zauważyłeś ją bez trudu i śmiało skręciłeś. Samochód mimo małej prędkości dostał lekkiego poślizgu. Droga była oblodzona i mało uczęszczana. Gdy wjechałeś między drzewa, zapaliłeś reflektory, gdyż mimo wczesnej godziny zrobiło się zdecydowanie ciemniej.
Droga była wyboista, śliska i kręta. Na szczęście kolejny skręt znajdować miał się przy wielkim pniu, którego ponoć nie sposób nie zauważyć.
I faktycznie. Po paru minutach jazdy zauważyłeś go już z daleka. Parę metrów od drogi, wystawał z ziemi olbrzymi pnia. Pozostałość po niewątpliwie gigantycznym drzewie. Zwolniłeś jeszcze bardziej i wtedy usłyszałeś ryk jelenia.
Noga instynktownie powędrowała na hamulec. Samochód zatrzymał się, a ty obejrzałeś się za siebie. Kilkanaście metrów w głąb lasu stał jeleń. Gdyby nie było to tak absurdalne, mógłbyś przysiąc że to ten sam osobnik. Brzmiało to jak szaleństwo, ale nie mogłeś pozbyć się wrażenia że to właśnie jego widziałeś wczoraj w wieczorem.
Wpatrywał się w ciebie czerwonymi ślepiami i nie ruszał. Jego głośny ryk już dawno wybrzmiał, ale mimo to nadal odgłos ten odbijał się echem w twoich uszach.
To nie było jednak echo ryku, a zupełnie nowy dźwięk. Odwróciłeś się w stronę przedniej szyby i zauważyłeś, że w twoją stronę jedzie z dość dużą prędkością czerwony jeep.
Nie mogłeś nic zrobić. Jedynie co ci pozostało to liczyć na dobre refleks tamtego kierowcy.
Na szczęście wyminął on cię bez większego trudy i nawet nie zwalniając pojechał dalej.
Gdy emocje i stres opadły zdałeś sobie sprawę, że za kierownicą siedział nie kto inny tylko O'neil.
Ten przeklęty staruch. Morderca Salfield.
Czy to możliwe? Może mi się tylko wydawało?
Boże! Co się dzieje?
Próbowałeś się uspokoić. Sam nie wiedziałeś, co cię tak bardzo zdenerwowało. Świadomość tego, że otarłeś się o śmierć, czy to że jej sprawcą mógł być Oliver Salfield, czy może wreszcie to że twoje zmysły zaczynały ci płać nieprzyjemne figle.
Czy to nadal skutki alkoholowego zatrucia, które było przyczyną tych fantasmagorycznych wizji?
Delikatnie i ostrożnie uruchomiłeś silnik i ruszyłeś dalej.

Po kolejnych trzech minutach jazdy byłeś w pobliży domu O'neila. Zaparkowałeś kawałek dalej, gdyby przypadkiem mimo wszystko był w domu. I ruszyłeś w stronę bramy. Cały teren otoczony był metalowym ogrodzeniem w kształcie ostrych włóczni. Z tej odległości wyglądało, że dom jest w tej chwili pusty. Obszedłeś cały teren dookoła i nie zauważyłeś nic podejrzanego, ani interesującego. Ot zwykły piętrowy dom w lesie z garażem i niewielką altanką. Stając przy płocie i patrząc w stronę domu nagle uświadomiłeś sobie, że ktoś na ciebie patrzy. Odwróciłeś głowę i spojrzałeś w wycelowaną prosto w ciebie....
kamerę.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół
Takeda jest offline  
Stary 01-03-2011, 10:42   #8
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Ludzie w Silver Bay byli dziwni. Ale chyba takie były małe miasteczka. Zdarzało mi się do nich trafiać, lecz te w skali dziwności zajmowało jedno z bardziej naczelnych miejsc. Część ludzi była gadatliwa. Takich lubiłem. Na przykład ten Fred. Grzecznie podziękowałem mu za zaproszenie i zanotowałem w pamięci, by odwiedzić go przy okazji. Najwyraźniej nie lubił Salfielda. To dobrze. Złośliwe i nieżyczliwe języki są na wagę złota w podważaniu polis.

"- Tak, sąsiad często pił – mówi życzliwa staruszka o zmarłym w wypadku właścicielu wysokiej polisy.
- To straszne.- mówię, a w duchu odnotowuję sobie, że w ankiecie medycznej napisał – alkohol z umiarem i już mam podstawy do zmniejszenia kwoty wynagrodzenia. "

Tak. Niechętni sąsiedzi byli dla nas, ubezpieczycieli, kopalnią dolców.

Dzwon wzywający ludzi do kościoła nieco mnie zdziwił. Ja kościoły, świątynie, chramy i wigwamy modłów omijałem szerokim łukiem. Religijność i pobożność była czymś, co nie mieściło się za bardzo w moim światopoglądzie sceptyka. Podobnie jak UFO, duchy, nawiedzone domy i bracia Winchester.

Rozmowa z mechanikiem nieco wytrąciła mnie z równowagi. Z jednej strony lubiłem takich łatwych do przejrzenia cwaniaczków, którzy stanowili doskonały materiał w pracy. Z drugiej jednak strony jego brak manier, przejście na ty i inne drobnostki, nieco mnie irytowały. Jednak postanowiłem grać w jego grę. Czekało mnie sporo pracy dzisiaj i nie miałem ochoty na utarczki z wiejskimi kmiotami. Przełknąłem złość – umiejętność maskowania emocji była niezwykle pomocna w mojej pracy i wyjąłem z portfela pięćdziesiąt dolców.
- To zadatek – powiedziałem wręczając banknot pazernemu debilowi. – Dostaniesz jeszcze dwa takie, jak zrobisz swoją robotę szybko i fachowo. Dobrego dnia, panie – spojrzałem na naszywkę na kombinezonie– Tramp.
Nie traciłem na niego więcej czasu.

Kolejny młody emo. Nic dziwnego. Mieszkanie w takim zadupiu, jak Sliver Bay, to pewnie nie lada cierpienie. A ta subkultura, z tego co wiedziałem, uwielbiała się umartwiać, żyła w smutku, poczuciu beznadziei i braku sensu życia. Patrząc na nich nie mogłem się nie zgodzić z ich argumentacją. Byli beznadziejni a ich życie nie miało sensu. Co fakt, to fakt.
Rada emo – kasjera była pomocna, ale spojrzenie, jakie mi posłał powodowało, że miałem ochotę kupić kij bejsbolowy za 12.99 i walnąć go nim prosto w ten umalowany ryj. Wiem, że leciały na mnie dziewczyny. Ale nie chciałem rozszerzać mojego uroku osobistego na dziewczyny płci męskiej. Co to, to nie .Jeden lubieżny staruch w majakach wystarczy. Emo – pedryl w realnym życiu to już lekka przesada. Postanowiłem sobie, że przebywając w Silver Bay postaram się już więcej nie pojawiać w tym sklepie.


Samochód udało mi się wynająć bez problemu. Wyekwipowany, jak należy wsiadłem za kółko i ruszyłem. Cóż. Nie był to szczyt techniki i brakowało mu sporej ilości gadżetów, do których przywykłem, ale miał jedną zaletę – nie miał problemów z jazdą w trudniejszym terenie.

Jechałem powoli i ostrożnie, by nie zgubić drogi. Nie przepadałem za lasami, jak każdy mieszkaniec większych miast. Na siedzeniu obok mnie leżał termos z kawą i mapa okolicy. Las sprawiał zdecydowanie nieprzyjemne wrażenie. Był mokry, śmierdział jak stara piwnica dziadków na wsi i generalnie brakowało jedynie maniaka z hakiem zamiast ręki i mgły, bym zaczął zastanawiać się nad zawróceniem do miasteczka.



- Derek – powiedziałem do siebie głośno – Co się z tobą dzieje. Wymiękasz?

Mój własny głos podziałał troszkę jak stymulator. W sumie, czego miałem się obawiać? Lasu? Też coś.
Widziałem już ludzkie trupy. Zmasakrowane w wypadkach lotniczych i komunikacyjnych, utopione i wyjęte z pożarów. Oglądałem sceny, które na początku wywoływały u mnie koszmary i odruchy wymiotne. Po kilku latach jednak przywykłem. Zobojętniałem. Tym bardziej nie powinienem lękać się drzew. To irracjonalne. A przy tym kurewsko sugestywne.

Jeleni ryk spowodował, ze o mało nie wyleciałem z wąskiej trasy. Serce załomotało mi dziko. W tej jednej, niekonsekwentnie nielogicznej chwili, żałowałem wszystkich wypitych w życiu kaw. Niepotrzebnie. To nie był zawał. Jedynie cykor!

- Derek – powtórzyłem tonem swej matki. Lubiła używać tego tonu, kiedy nie usatysfakcjonowałem jej wybujałych ambicji, jako dzieciak.

Znów go zobaczyłem. Stał tam. Wielki, dumny, z ogromnym porożem.
Zachichotałem nerwowo przełykając ślinę.

- Pewnie ryczysz, bo ci żona zajebiste rogi przyprawiła, co – zadałem pytanie w stronę szyby. – Spokojnie. Jak będziesz mnie tak straszył, wezmę flintę i przyjadę tutaj latem. A twój rogaty łeb powędruje nad mój kominek.

Kiedy echo moich słów dotarło do mnie przetarłem twarz dłońmi. Niedobrze! Gadałem do siebie, jak jakiś idiota. To miasteczko działało mi na nerwy.

Czerwony wóz terenowy, który o mało mnie nie staranował odciągnął moje myśli od czerwonookiego jelenia – nawiasem mówiąc będę musiał sprawdzić w internecie – czy jelenie mają takie oczy. Widok twarzy O’neila za kółkiem mijającego mnie samochodu też nie był do końca zadawalający. No cóż. Minąłem się z moim celem. Ale trudno. Przynajmniej pooglądam sobie jego domek.


Nie pooglądałem. No przynajmniej nie za bardzo. Dom był zwykły, ale otaczał go wysoki płot, wyglądający jak pieprzona indiańska palisada (czy Indianie mieli palisady?- nieważne).
Obszedłem teren dookoła robiąc przy okazji kilkanaście zdjęć moją cyfrówką. Pierwszy materiał dowodowy do analizy. Skoncentrowałem obiektyw na oknach, drzwiach.

Kiedy zobaczyłem kamerę, byłem już po obchodzie. W lesie panowała cisza, ale jej obiektyw poruszał się. Zobaczyłem skrzynkę domofonu. Po chwili wahania zadzwoniłem. Ale odpowiedziały mi jedynie dziwne trzaski i szumy, jak w zepsutym radiu. Szarpnąłem furtką, ale zamek trzymał mocno. Wcisnąłem raz jeszcze guzik domofonu.

- Halo – powiedziałem w stronę szumów. – Jest tam ktoś?

Cisza. Znów te szumy. Czyżby domofon był zepsuty.

Trudno.

Pozostał mi plan B. Wróciłem do samochodu, napiłem się kawy rozgrzewając nieco wyziębione spacerem ciało i odpaliłem silnik. Wyjąłem kartkę papieru i długopis.

„WIEM, KIM PAN JEST. POROZMAWIAJMY” – napisałem wyraźnymi, drukowanymi literami, a potem dodałem jeszcze numer mojej komórki.

Wróciłem do ogrodzenia i wziąłem dwa kamienie. Starając się być widocznym przez kamerę ustawiłem jeden z kamieni, włożyłem kartkę do woreczka foliowego po kanapce i położyłem na kamieniu przyciskając potem drugim. Ukłoniłem się grzecznie obserwującej mnie kamerze i wróciłem do samochodu.

Nim odjechałem, zapaliłem papierosa i zebrałem myśli.

Salfield najwyraźniej żył jak pustelnik i więzień jednocześnie. Podchody z kimś takim były zbyt czasochłonne, a znając moje Towarzystwo, płacili za efekty. Nie miałem ochoty tracić czasu na macanki ze staruchem. Dokończyłem papierosa, wdeptałem niedopałek w mokrą glebę i zawróciłem w stronę Silver Bay.

Po powrocie do miasteczka miałem zamiar przedłużyć wynajęcie auta na kolejny dzień. Potem miałem zamiar zdybać O’neila – bo najwyraźniej pisarz wybrał się do miasteczka. Może tam nadarzy się okazja do spotkania. Potem – podtrzymując mit pisarza – amatora, chciałem odwiedzić miejscową bibliotekę, zauważyłem ją w jednym domu w pobliżu kościoła. Zapewne nie miała wiele do zaoferowania, ale pewnie łączył się z salą pamięci Silver Bay. Chciałem poszperać troszkę w jego historii i uwiarygodnić siebie w rozmowie z Frankiem. Co prawda jeszcze w Chicago szykując swoją „przykrywkę” zapoznałem się z historią osadnictwa i gorączki złota w tym rejonie, ale chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o lokalnych bohaterach i łotrach.

Jednak priorytetem było zdybanie Sonfielda, jeśli faktycznie załatwiał coś w miasteczku.
Plan B – nawiąż kontakt z celem. Wszelkimi możliwymi sposobami. Jeśli chciałem go udupić, musiałem zebrać dowody zgodnie z prawem stanowym. Inaczej nici z podważenia wypłaconej polisy. Nie można dochodzić roszczeń łamiąc prawo. Dlatego też jedna kusząca myśl – włamać się do mieszkania pisarza pod jego nieobecność – odpadała na przedbiegach.

Prowadziłem samochód ostrożnie, bo droga zrobiła się śliska. Pogoda przestała nas rozpieszczać. Dzięki temu – miałem taką nadzieję – więcej ludzi będzie w barze.

W Silver Bay chciałem wypatrzyć samochód Salfielda. Dobrze go zapamiętałem. To powinno pomóc zlokalizować byłego pisarza.
 
Armiel jest offline  
Stary 06-03-2011, 01:40   #9
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 121 Takeda ma wyłączoną reputację
Rekonesans wokół domu Salfielda dał ci niewiele informacji. Potwierdzi na pewno fakt, że gość jest odludkiem i ma bzika na punkcie bezpieczeństwa. Wysoki płot, kamery rejestrujące obraz wokół domu, domofon a pewnie także alarm. Definitywnie przekreślało to twoje szanse na włamania się do środka i sprawdzenie domu pod nieobecność właściciela. Co prawda włamanie mogło przekreślić twoje szanse w procesie o unieważnienie polisy, ale czasami warto było zaryzykować. Pewnie, gdyby nie kamery zdecydowałbyś się na ten ryzykowny krok. W obecnej jednak sytuacji nie miało to najmniejszego sensu.
Wpadłeś jednak na inny pomysł.
„WIEM, KIM PAN JEST. POROZMAWIAJMY”

Kartkę o takiej treści położyłeś przy bramie wjazdowej. Na kartce napisałeś także swój numer telefonu, teraz pozostawało tylko czekać.
Poczułeś się jak wędkarz, który zarzucił przynętę lub myśliwy czający się na zwierzynę.
Lubiłeś ten dreszczyk emocji, jak towarzyszył ci przy podobnych sprawach. Tylko tak naprawdę sprawa Salfielda była bezprecedensowa w całej twojej karierze. Śledziłeś już ludzi, obserwowałeś ich zwyczaj z ukrycia próbując udowodnić, że polisa o której wypłacenie tak zabiegają wcale im się nie należy. Tak jednak sprawa była zupełnie inna. Po pierwsze Salfield był kiedyś osobą bardzo znaną, po drugie był oskarżony o morderstwo i to pewnie właśnie ten fakt tak bardzo cię podniecał. Czułeś się jak detektyw specjalny w czasie tropienia seryjnego zabójcy. Kłopoty jakie miałeś z dotarciem do Salfielda nie tylko nie zniechęciły cię, a wręcz przeciwnie utwierdziły cię w przekonaniu że robisz coś naprawdę wyjątkowego i ważnego. Coś czemu żaden inny agent, by nie podołał.
W głowie miałeś już opracowany plan działania. Teraz trzeba go było tylko zacząć realizować. Jednak by to zrobić trzeba było wrócić do miasteczka. Dalsze sterczenie pod willą Salfielda nie miało najmniejszego sensu.

Drobne płatki śniegu rozbijały się o szybę niczym anioły strącone z nieba.
Skąd nagle u ciebie takie poetyckie refleksje?
Jechałeś w stronę miasteczka tą samą prostą jak strzała jednopasmówką. Miałeś nadzieję, że natkniesz się na Salfielda vel O'neil i będziesz mógł mu w końcu spojrzeć spokojnie w twarz. W głowie już kilkakrotnie odbyłeś tą rozmowę. Zdawałeś sobie doskonale sprawę, jak ważne będzie to pierwsze wrażenie. Nie możesz gościa wystraszyć, ani zniechęcić. Ta pierwsza rozmowa będzie jak zarzucanie przynęty. Salfield sam musi po niej poczuć chęć do dalszych kontaktów. Na pewno nie będzie to łatwe, gdyż z tego co czytałeś w gazetach jest człowiekiem nieufnym i zamkniętym w sobie. Trochę mu się dziwiłeś dlaczego wybrał akurat tą zapadłą dziurę. Z pieniędzmi jakie dostał z polisy mógł spokojnie kupić dom na Hawajach, czy innych wyspach Kanaryjskich. Słońce i plaża przez cały rok, mili tubylcy i szansa, że ktoś go znajdzie byłaby jeszcze mniejsza niż w Silver Bay.
W radiu, jedynym jakie odbierało radio w starym Buicku, puszczali właśnie wiązankę hitów Elvisa.
Refren piosenki strasznie podrażnił twoje nerwy. Salfield tak bardzo zaprzątał twoje myśli, że słowa piosenki odniosłeś do jego osoby.
"You were always on my mind"

Tego jeszcze tylko brakowało.
Mocniej wcisnąłeś pedał gazu, by czym prędzej przegonić te chore myśli.

Do miasteczka wjechałeś już zdecydowanie wolniej i spokojniej. W dużej mierze odzwierciedlało to twój nastój, ale nieprzyjemne uczucie, że ktoś grzebie w twoim umyśle pozostało i uwierało niczym drzazga. Gdy zatrzymałeś się na światłach, jedynych światłach w Silver Bay zauważyłeś, że przed marketem stoi czerwony Jeep.
Z niecierpliwością czekałeś na zmianę świateł i moment, gdy będziesz mógł wjechać na sklepowy parking.
Gdy zapaliło się zielone ruszyłeś z piskiem opon, przejeżdżając przy okazji przez podwójną ciągłą.
Stanąłeś tuż koło samochodu Salfielda i ze spokojem i wielką satysfakcją czekałeś, aż wyjdzie.

Niestety los kolejny raz dzisiejszego dnia wystawił się do wiatru. Gdy ze sklepu wyszedł grubas w za małej pikowanej kurtce, dźwigający dwie papierowe torby zakupów już wiedziałeś, że to jego samochód. Swoją wściekłość i rozgoryczenie wyładowałeś na kierownicy, uderzając w nią oburącz.
Nie pozostawało ci nic innego jak zająć się systematyczną realizacją planu, jaki ułożyłeś kręcąc się wokół domu Salfielda.
Sprawa przedłużenia wynajęcia samochodu była formalnością. Starsza pani nie miała nic przeciwko temu tym bardziej, że obiecałeś dopłacić za wynajem do rachunku za pokój. Mimo to na pewno dobre wrażenie i obraz, kulturalnego i miłego dżentelmena utrwali się w pamięci kobiety. I oto ci głównie chodziło.
Po tej kurtuazyjnej wizycie udałeś się do miejskiej biblioteki, by jeszcze paru osobą wbić do głowy kim jesteś i po co przybyłeś do Silver Bay.
Wieść jednak o twoim przybyciu musiała już obiec całe miasteczko, gdyż bibliotekarka panna Jasmine Darow widząc cię uśmiechnęła się promiennie.
- To pan jest zapewne tym słynnym pisarzem? - zapytała.
Niektórym ludziom naprawdę niewiele trzeba do szczęścia. Panna Derek należała najwyraźniej do właśnie tego typu ludzi. Z wielką przyjemnością i jak to ujęła zaszczytem oprowadziła cię po bibliotece i opowiedziała o historii Silver Bay. Niewiele ci to dało, ale z udawanym zainteresowaniem robiłeś notatki z wykładu jaki udzieliła ci bibliotekarka.
Po około półgodzinie wyszedłeś stamtąd i wsiadłeś do samochodu. Byłeś już głodny i zamierzałeś pojechać do baru, by coś zjeść i pogadać z ludźmi.

Soczysty stek i szklanka whiskey poprawiły ci kiepski humor. Dzień miał się powoli ku końcowi, a ty odnotowałeś tylko niewielkie postępy w sprawie. Co prawda twoja misja zaplanowana jest na co najmniej kilka dni, ale myślałeś że łatwiej pójdzie ci zbieranie informacji o Salfieldzie. Na domiar złego wśród mieszkańców zapanowała dziwna zmowa milczenia, jakby dostrzegli oni twoje zainteresowanie pisarzem i sprytnie unikali tematu. Mimo ponad dwóch godzin spędzonych w barze i za sponsorowanym kilku kolejką nie dowiedziałeś się nic. Ludzi o wiele bardziej interesowała twoja powieść i jej fabuła niż odpowiadania na pytania o Salfielda. Nie byłeś oczywiście natarczywy, a pytania zadawałeś tylko mimochodem i zawsze w nawiązaniu do toczącej się rozmowy. Mimo to odpowiedź miejscowych była przeważnie taka sama:
- Daj pan spokój. O'neil to przeszłość, teraz to pan rozsławi Silver Bay.
Ludzie zaczęli wierzyć, że twoja książka nie tylko odniesie sukces i na nowo obudzi modę na Dziki Zachód, ale przyniesie korzyść miastu. Ci biedni małomiasteczkowi ludzie z jednej strony żyli w zamkniętej i bardzo wyizolowanej społeczności, a z drugiej bardzo pragnęli odmiany i powiewu wielkiego świata.
Zniechęcony postanowiłeś wrócić do hotelu i trochę odpocząć.
Była godzina 17.30, gdy wszedłeś na górę.
Rzuciłeś bagaż na łóżko i zdjąłeś buty i kurtkę. Poczułeś nagle dziwny zapach. Nie potrafiłeś przez chwilę go zidentyfikować. Dopiero po kilku sekundach zdałeś sobie sprawę, że to czysty ozon. Doskonale znany ci zapach, jaki towarzyszy ci przeważnie przy kserowaniu różnych dokumentów.
Tylko skąd on się tu wziął?
Wyjrzałeś przez okno, ale nie zanosiło się na burzę.
Dziwne.
Schowałeś kurtkę do szafy i wtedy twój wzrok padł na nocną szafkę stojącą przy łóżku. To co zobaczyłeś sprawiło, że lekko ugięły się pod tobą nogi. Nie należysz do ludzi o słabych nerwach, widziałeś przecież w życiu nie jedno. Jednak to co leżało przy elektronicznym budziku sprawiło, że poczułeś się nagle bardzo zagrożony.
Ostrożnie usiadłeś na łóżku i popatrzyłeś na leżący na szafce kamień i leżący pod nim foliowy woreczek po kanapkach. Wszystko wyglądało dokładnie tak jak to ułożyłeś przed bramą do domu Salfielda. Drżącymi dłońmi wyjąłeś kartkę i przeczytałeś ją.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół

Ostatnio edytowane przez Takeda : 06-03-2011 o 03:06.
Takeda jest offline  
Stary 13-03-2011, 16:57   #10
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Wracałem do Silver Bay niezadowolony. Nie lubiłem, jak moje plany krzyżował przypadek. I do tego ta pogoda. Nie cierpiałem śniegu. I wiatru. Tego zimnego, wiejącego znad Wielkich Jezior. Cóż. Akurat Chicago, zwane Wietrznym Miastem, nie było zatem najtrafniejszym miejscem do życia.

Myślałem o tym pieprzonym staruchu. Nawet muzyka lecąca z radia zamontowanego w wynajętym rzęchu kierowała moje myśli w jego stronę. Czyżbym dostawał drobnej obsesji? Pewnie tak. Trafiało mnie to, kiedy miałem jakąś ważną sprawę, na której bardzo mi zależało. Moja psychoterapeutka – Daniella Brooks – miała na mnie niezły zarobek, kiedy robiłem coś pokroju tej sprawy. Chociaż nie. Chyba nigdy nie miałem czegoś aż tak dużego. Polisa za żonkę, którą zgarnął ten staruch, była naprawdę imponująca. Zwyczajowa prowizja z jej odzyskania ustawiłaby mnie na rok, może dwa. Ale pieniądze nie były teraz najważniejsze. Miałem ich naprawdę sporo. Bardziej chodziło o to, że Derek Freeman nigdy nie pasował. Był ostrym – zajebiście ostrym graczem, – przy którym inni detektywi ubezpieczeniowi, te usmarkane fiuty – byli jedynie psimi bąkami po chilli con carne.

W końcu wjechałem do miasteczka. I ujrzałem samochód Salfielda. Tylko, jak się później okazało, nie był to jego wózek, lecz jakiegoś miejscowego w kraciastej koszuli.
Walnąłem pięścią w kierownicę.

Miałem, kurwa, dość niespodzianek na dzisiaj. Teraz mój ruch. Plan miał mi w tym pomóc.

Punk pierwszy – samochód. Odfajkowane bez problemu. Zaczynałem lubić naiwność właścicielki mojego motelu. Może załatwię jej polisę na życie ze zniżką, jak już zgarnę tego fiuta, Salfielda. A potem, rzecz jasna, znajdziemy klauzulę by spadkobiercy dostali jedynie nędzne ochłapy.

Punkt drugi – biblioteka. Odfajkowany. Kolejna miła starsza pani. I kolejne gówniane informacje, przydatne dla mnie mniej więcej tak, jak ocieplacz na jadra dla kastrata. Dla zamaskowania prawdy. Podpytałem troszkę miłą bibliotekarkę o dom O’neila. Dowiedziałem się jedynie tyle, ze stary cwaniak kupił go za bezcen w stanie zrujnowanym, bo wcześniej porzuciła go jakaś rodzina. Nowy właściciel w miasteczku pojawia się rzadko jedynie na zakupy. Samotnik i dziwak, ale większość miejscowych nic do niego nie ma. Ciekawe? Podpytałem z ciekawości, dlaczego, ale miss „władczyni biblioteki w pipidówku”, nie miała pojęcia. Dowiedziałem się także, że plany techniczne są w ratuszu. Na razie nie były mi potrzebne, więc odpuściłem.

Punkt trzeci – miejscowy bar i pogaduszki. Odfajkowany z przyjemnością, przez szklaneczkę szkockiej wypitą do steku ze słodkimi ziemniakami. Pogaduszki z miejscowymi też były owocne. Brali mnie za pisarza, tak jak chciałem, lecz najwyraźniej upatrywali we mnie Mesjasza, który rozsławi tą pipidówkę na całe Stany Zjednoczone, jakąś gównianą opowiastką. Dajecie wiarę, ludzie? Czy można być aż tak durnym, jak te ćwoki? Kto teraz w ogóle czyta. Nie mówiąc już o jakiś debilnych historyjkach z czasów Indian, kowbojów, szeryfów i wariatów przepłukujących sitkami strumienie.

W końcu zniechęcony wróciłem do pokoju w hotelu i zastałem niespodziankę.

Co wtedy czułem? Strach – raczej nie, chociaż pewnie powinienem. Niepokój – odrobinę. Wkurwienie – a i owszem. Przemieszane z chęcią przywalenia komuś w ryj.

To było frustrujące i nieco irytujące uczucie. Już drugi raz ktoś był w moim pokoju. Pozostawił burdel i ten dziwny zapach.

Wyjąłem kartkę z woreczka i spojrzałem na nią podejrzliwie. Nie było wątpliwości. To była ta sama kartka, ten sam woreczek i te same pieprzone kamienie. Ktoś ze mną pogrywał w ciula. Ale nie byłem z tych, którzy czmychnął, bo ktoś im ułożył piramidkę w pokoju. Sprawdziłem czy nic nie zniknęło, ale wszystko wydawało się być w porządku.

Wyjąłem telefon i wybrałem numer do szefa.

- Cześć – powiedziałem krótko. – Miejscowi nie są tak chętni do współpracy, jak sądziliśmy. Sprawa może się przedłużyć. Salfield mieszka w małej fortecy w lesie. Za kasę z polisy mógł kupić sobie bunkier na Hawajach. Nie wiem, po jaką cholerę wybrał tą dziurę. Nie ogarniam tej jego decyzji.

- Wyluzuj, Derek – powiedział szef tym tonem luzaka, który najchętniej wcisnąłbym mu w pielęgnowany na siłowni zadek. – Jesteś tam dopiero od wczoraj.

- W każdym razie uprzedzam – powiedziałem. – Niech Zarząd nie naciska. To delikatna sprawa i muszę ją poprowadzić ostrożniej, bo go stracimy. I mam jeszcze jedną prośbę. Powiedz Jess, by przeskandowała mi polisę Sonfielda, muszę coś sprawdzić.

- Na kiedy?

- Nie bierze pieniędzy za wyglądanie ładnie i robienie ci laski, jak cię najdzie chęć – zażartowałem w stylu, który mój szef uważał za „męski”, a ja za debilny, jak indiański sprzątacz kibli. – Najszybciej, jak da radę.

- Jasne – zaśmiał się jak stara ropucha.

- Dobra, kończę.

* * *

Po rozmowie z szefem zszedłem na dół i odszukałem gospodynię.

- Czy ktoś pytał o mnie pod moją nieobecność? – zagaiłem rozmowę tonem miłej pogawędki.

- Nie, nikt – odpowiedziała odrywając wzrok od krzyżówki, nad którą siedziała.

- Hmmm – zrobiłem dramatyczną pauzę. – Bo już drugi raz ktoś wszedł nieproszony do mojego pokoju.

Zamurowało ją. Dosłownie. Spojrzała na mnie z nieudawanym niedowierzaniem, wręcz lękiem.

- Pierwszy raz wczoraj w nocy. Pomyślałem, powiem szczerze o tym biedaku, pani pracowniku, co go wczoraj pijanego potrącił samochód. Ale teraz, jak wróciłem z miasta, ktoś ustawił w moim pokoju piramidkę z kamieni.

- Czy coś ukradziono? – zapytała wystraszona.

-„Tu cię mam” – pomyślałem –„ Nie kupiłaś polisy ubezpieczeniowej od kradzieży na twoich klientach, a też nie widziałem informacji o tym, że nie ponosisz odpowiedzialności za takie wypadki”.

Głośno jednak powiedziałem.

- Nie. Wszystko w porządku – starałem się uspokoić ją tonem mojego głosu. – To pewnie taka zgrywa.

- Mam zawiadomić policję? – na razie jednak dryfowała starym kursem.

- Nie. Nie ma potrzeby – uśmiechnąłem się. – Proszę jedynie by bardziej uważała pani na kręcące się osoby. Może trzeba zamykać drzwi czy coś. Ale nie róbmy z tego afery. To miły i dobrze prowadzony motel i niech już tak pozostanie.

Chciałem mieć z nią dobre relacje. I chyba mi się udało.
Podziękowałem jej za troskę i wróciłem na górę.


* * *

Włączyłem laptop, złapałem sieć i pobuszowałem troszkę po internecie. Sprawdziłem pocztę wywalając wszelkie maile, które prześliznęły się przez zaporę antyspamową.

- Nie, dziękuję – mruknąłem klikając na USUŃ – Mój penis ma wystarczające rozmiary.

Chwile wahałem się przy zniżkach na strony porno, ale i to powędrowało do kosza.

Potem zerknąłem na najnowszą wiadomość z biura. Polisa wypełniona oświadczeniem Solfielda. Przeniosłem wzrok na kartkę, którą znalazłem w pokoju. I przyznam się, że poczułem się nieswojo. Ale przynajmniej wiedziałem, kto ze mną pogrywa.

Charakter pisma był bez wątpienia ten sam.

Solfield, ty stary sukinsynu! Jeszcze zobaczymy kto, kogo.


* * *

Ściemniło się już, kiedy z zakupioną w barze flaszką (nadal unikałem sklepiku ze sprzedawcą emo – padrylem) wróciłem do warsztatu. Zdobywca złotego medalu za bycie największym rednekiem w okolicy oporządzał właśnie swój warsztat szykując go do zamknięcia.

- I jak tam, koleś? –zapytałem wyciągając flaszkę.

Zadziałała jak magiczna różdżka Harryego Pottera z tych durnych filmów dla przerośniętych dzieciaków. Widziałem jak niechętny, wręcz zacięty wyraz twarzy, ustąpił miejsca wilczej podejrzliwości połączonej z chciwością i nieufnością. Co, jak co, ale manipulację miałem w małym palcu.

- Wpadłem zobaczyć, jak tam moje koło, szefie. I przyniosłem coś, na zakończenie dnia.

Wyciągnąłem w jego stronę butelczynę.



Wziął ja po chwili wahania. To był markowy trunek. Pewnie nie za często miał okazję pić coś takiego.

- Koło będzie na rano – burknął. – Jak mówiłem wcześniej.

- Nie masz chyba zbyt dużo pracy, co? – zapytałem wyciągając papierosy i częstując go jednym.

- Różnie – odpowiedział wymijająco już z papierosem w zębach.

Nadal mi nie ufał.

- Wiesz – mruknąłem zaciągając się dymem. – Spokojnie tutaj u was. Zrobiłem sobie wycieczkę do lasu i trafiłem na dom O,neila czy raczej Solfielda. Pokręcony staruch, co nie? Z tego, co pamiętam, zabił swoją żonę. Bez powodu. Ja rozumiem, gdyby przyprawiała mu rogi – wzdrygnąłem się na wspomnienie czerwonookiego jelenia. – Ale tak bez przyczyny. To pojebane.

Dodałem, siląc się na akcent robola z doków w Chicago.

- No – mechanik był rozmowny, jak zawsze.

Nic tak nie rozgrzewa, jak dobra konwersacja.

- Oki - będę z tobą szczery – spojrzałem na niego twardo. – Interesuje się Solfieldem. Powiedzmy, że na tą brykę zarobiłem ... w pewien dość specyficzny sposób. Wiesz, że jest nagroda za ... zresztą nieważne. Są jednak ludzie, którym nie podoba się to, co zrobił. I chcą ... zadośćuczynienia.

Spojrzał na mnie zaciekawiony. Pewnie rozważał, czy jestem dziennikarzem czy zabójcą.

- Pięć patyków. Tyle ci odpalę, jak mi pomożesz do niego dotrzeć. Zdobędziesz numer jego telefonu. Za to dostaniesz dwie stówki. Nie ważne, jak to zrobisz. Ale zachowasz dyskrecję. Niech reszta myśli, że piszę ksiązki.

Nie odpowiadał. Pewnie zaczynał się bać. Lub kalkulował, czy nie zawiadomić glin.

- Pięć kawałków – dodałem odchodząc. – Nie śpiesz się. Dasz mi odpowiedź, jak przyjdę jutro po samochód.

Odwróciłem się raz jeszcze patrząc na niego z najbardziej pokerową twarzą, jaką znałem. A byłem dobry w takich sztuczkach.

- Do jutra.

- Do jutra – odpowiedział przyglądając się raz mojemu mercedesowi, a raz mnie.

Widać było, że w jego głowie panuje zamęt. Ale wiedziałem, że nikomu nic nie powie. Pięć tysięcy dolarów było dla niego fortuną.


* * *

Wróciłem do hotelu.

Włączyłem komputer i siadłem do sieci. Szukałem wszystkiego, na co udało mi się trafić w sprawie Solfielda i o domu w lesie. Porównałem daty zakupu, które zanotowałem w bibliotece. Zalogowałem się na strony lokalnych gazet szukając czegoś na temat tego domu.

Nie wiem czemu, lecz wydawało mi się, że lokalizacja miejsca kryjówki Solfielda nie była przypadkowa. Że jego wybór mógł stanowić klucz do dotarcia do niego.

Potem jeszcze poszperałem po sieci w poszukiwaniu informacji o miejscowych legendach. Szczególnie o czerwoonokim jeleniu.

Miałem zamiar popracować do dziewiątej, potem obejrzeć jakiś serial na sieci i położyć się spać.

Sieć rwała się jak cholera, podobnie jak zasięg w telefonie. Ale ja byłem cierpliwy. Przeglądałem strony www szukając czegoś, co da mi jakiś punkt zaczepienia, lub mnie olśni.
Przyznam szczerze – kręciłem się nieco po omacku, ale wiedziałem, że w końcu i tak wyjdzie na moje.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 13-03-2011 o 16:59.
Armiel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166