Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-03-2011, 11:24   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[Zew Cthulhu 18+] CIEMNOŚĆ

Mała tawerna „Piracki skarb” w Bass Harbor była zatłoczona, jak zawsze o tej porze. Jej klientami byli głównie miejscowi rybacy oraz pracownicy należącej do rodziny Whiterspoonów wytwórni konserw. Prohibicja panująca w całym kraju nie dotarła na te rubieże USA, bo na kilku stolikach pieniło się w kuflach piwko, a niektórzy goście popijali lokalny burbon ze szklaneczek.

Wśród kłębów tytoniowego dymu, co raz zwilżając usta w szklaneczce z trunkiem, miejscowy doktor- Samuel Fisherman - opowiadał zainteresowanym słuchaczom szczegóły zgonu „profesorka”. Widać podobnie jak słowo „prohibicja”, także słowo „tajemnica lekarska” była obca w Bass Harbor. Z daleka jednak od większych miast, mała lokalna społeczność, miała w nosie wszelkie konwenanse.

- Mówię ci, Johny – zwrócił się bezpośredni do jednego ze słuchaczy, postawnego, brodatego rybaka. – Profesorek poszedł do lasu i się zgubił. Kiedy konstabl go znalazł, był cały mokry i wyziębiony. Ale zabiło go serce.

Upił łyczek budując stosowne napięcie.

- Zawał – dodał lekarz po chwili. – Ci miastowi są tacy wątli i wrażliwi. Źle się odżywiają, ciągle za czymś się śpieszą, ganiają – ot i konsekwencje. Profesorek wystrachał się burzy, zgubił w lesie i ....

Nie dokończył wznosząc toast za duszę zmarłego.

- Co on tam robił w koszuli nocnej? – widać było, że Jim Oak nie bardzo chce uwierzyć, że ktoś w burzę wyłazi do lasu w stroju do spania.

Odpowiedzią lekarza był tylko znaczący gest palcem przy czole.

- Miastowi – skwitował to Jim Oak.

- A może trafił na ludzi Evansa i wiecie – powiedział niespodziewanie ryżawy i piegowaty mężczyzna, na którego miejscowi wołali Red, chociaż naprawdę nazywał się Tomas Foorman.

- Zapomnij o tym – spojrzenia zebranych wokół rybaków zatrzymały się na Redzie. – Nawet głośno o tym nie myśl, jeśli nie chcesz zarobić guza.


Daleko od Bass Harbor ubrana w czerń kobieta spoglądała przez okno na ogród, w którym wraz ze zmarłym mężem wychowała dzieci. Wdowa po profesorze już nie płakała. Czekała na pociąg, którym przywiezione zostanie ciało Adriana Willbura.





Lukrecja wiedziała, co musi zrobić. Adrian pozostawił ją nie tylko w żałobie. Pozostawił jej testament oraz list z konkretnymi instrukcjami. Jakby .... jakby wiedział, co może mu się przytrafić. Wskazał w nim konkretne osoby. Wskazał, co powinny zrobić.

Lukrecji nie podobała się treść pozostawionej informacji. Nie podobał styl, w jakim napisał go Adrian. Znała swojego męża bardzo dobrze. Była świadkiem wielu jego dziwactw. Wielu jego dość nietypowych badań. Badań, które niekiedy wręcz trącały obsesją i paranoją.

Przypomniała sobie jeden z fragmentów ostatniego listu:

„Gdyby mi się coś stało, gdybym nie wrócił, nie wierz miejscowym. Cokolwiek powiedzą, zapewne będzie kłamstwem. Coś ukrywają. Coś strasznego. A ja poznam tą wiedzę. Poznam, albo umrę próbując”.


Lukrecja poczuła ciarki na plecach.

Do pokoju, pukając, wszedł Luca – jej szofer.

- Pociąg właśnie wjechał na peron – poinformował ją służący.

Lukrecja spojrzała na niego smutno i wciągnęła czarne rękawiczki.

- Możemy jechać, Luca – powiedziała spokojnym głosem, mimo że jej myśli dalekie były od spokoju.





Oliver Twinkelton



Życie pisze smutne scenariusze. Przekonałeś się o tym, jako duchowny wiele razy. Człowiecza egzystencja malowana jest nie tylko radosnymi barwami. Paleta kolorów zawiera także czerń. Barwę smutku, nostalgii i zadumy.
Życie układa się dziwnie. Jeszcze kilka tygodni temu, w przededniu wiosny, otrzymałeś list od swojego przyjaciela Adriana Willburyego, by przeczytać o jego śmierci w gazecie z odległego bostonu. Owszem, lokalna prasa także pisała o znalezieniu ciała jakiegoś profesora w lesie w okolicach Bass Harbor, ale nie powiązałeś tego faktu z Adrianem. Bo i niby czemu miałbyś to zrobić.

Ze smutkiem w głosie wykonałeś telefon do żony zmarłego przyjaciela i tego samego wieczora byłeś już w drodze do Bostonu. Lukrecja Willbury znała cię jedynie z opowieści męża i dwóch czy trzech przypadków, kiedy odwiedziła go podczas badań w okolicy, gdzie prowadziłeś parafię. Ale przywitała jak dawno nie widzianego krewnego. Nie musiałeś też długo jej przekonywać o tym, że to ty poprowadzisz ceremonię pogrzebową. Pozostało więc troszkę papierkowej roboty z tutejszym duchowieństwem by dnia 13 maja w sobotę odprowadzić ciało zmarłego przyjaciela w ostatnią drogę.
Mogłeś zrobić dla niego przynajmniej tyle.



Samantha Halliwell



Ciotka Lukrecja nie przepadała za tobą, w odróżnieniu do wuja Adriana. Nie dostałaś nawet oficjalnego zaproszenia na pogrzeb, a o śmierci ukochanego krewnego dowiedziałaś się z prasy. Los chciał, że przebywałaś akurat w mieście, bo pewnie o tym, że Adrian Willbury zmarł, dowiedziałabyś się dopiero po latach, podczas przypadkowego spotkania któregoś z nielicznych krewnych.

Brak oficjalnej informacji nie mógł cię powstrzymać od pożegnania z wujkiem. W jakiś dziwny sposób poruszał tą prawie zapomnianą strunę sentymentu w twej – jak uważała Lukrecja – zepsutej duszy.
Miałaś zamiar troszkę „zaszaleć”, pokazać się rodzinie, utrzeć nosa tej starej wiedźmie, która wyrządziła ci taki afront. Co prawda nie myślałaś o skandalu, na to nie pozwalał ci szacunek względem zmarłego. Ale na byłaś pewna, jadąc taksówką na ceremonię, że coś wymyślisz.

Kompletnie jednak zbiła cię z pantałyku ciotka Lukrecja, która na twój widok uściskała cię serdecznie, ze łzami w oczach i nie puszczając z uścisku, ciepłym, pełnym uczucia głosem powiedziała:
- Jesteś, kochanie. Strasznie się cieszę, że cię widzę. Ale Adrian cieszyłby się bardziej.




James Walker



Byłeś w Bostonie, gdy dowiedziałeś się o śmierci przyjaciela. Byłeś też jednym z pierwszych, którzy złożyli szczere kondolencje wdowie. Pomagałeś wspólnie z rodziną w załatwieniu formalności związanych z przewiezieniem ciała do Bostonu oraz zleceniem sekcji zwłok.
Co, jak co, ale na biurokratycznych procedurach znałeś się jak nikt.

Twoje zapewnienia o wyjaśnieniu przyczyny śmierci męża Lukrecja puściła mimo uszu. Nic dziwnego. Miała do tego prawo. Przeżyła szok związany z nagłym odejściem Adriana. Mimo, że skończył już sześćdziesiąt jeden lat, to profesor cieszył się dobrym zdrowiem. Zawał serca był więc dość dziwny i czułeś moralny obowiązek, by się zająć tym poważniej i bliżej. Ale jeszcze nie teraz. Po pogrzebie, kiedy już sytuacja się uspokoi.

Od otrzymania ponurej wieści byłeś stałym bywalcem domu Wilburrych, który zapełniał się rodziną – bliższymi i dalszymi krewnymi – którzy przybyli do Bostonu towarzyszyć profesorowi w ostatniej wędrówce.



Solomon Colthrust



Nie tak spodziewałeś się swojego powrotu do domu. Nie tak.
Śmierć Adriana była dopełnieniem goryczy, jaką odczuwałeś ,włócząc się po obskurnych uliczkach Bostonu w poszukiwaniu gorzały i panienek.
Wielka Wojna zabiła wielu twoich przyjaciół. W pewien sposób zabiła też ciebie.
Kiedy człowiek napatrzył się, co ludzie robili sobie nawzajem na froncie, jak niewiele jest warte ludzkie życie i jak niewiele potrzeba, by je komuś odebrać, wszystko – cała perspektywa – zmienia się na dobre.

Musiałeś trochę odpocząć, a śmierć chrzestnego, dawał ci pole do działania. Nie wierzyłeś w ten pic o zawale. Nie wierzyłeś w kłamstwa miejscowych. Coś było nie tak i chciałeś poznać prawdę. Za wszelką cenę.

Ale najpierw musiałeś wziąć udział w pogrzebie. Obejrzeć spektakl spuszczania trumny do dołu i fałszywych łez i westchnień. Juz niedługo.



Judith Donovan




Ten artykuł był twoją szansą i musiałaś dobrze się do niego przygotować.
Przeczytałaś jedna książkę zmarłego – poświęconą rytuałom jakiegoś plemienia Indian. Napisaną dość przyjemnym językiem, ale nie była to lektura, która dla ciebie byłaby atrakcyjną.
Pogrzeb zmarłego był doskonałą okazja, by przyjrzeć się jego bliskim. Może uda się kogoś o coś dyskretnie podpytać? Wyciągnąć jakiś skandal? Jakąś dykteryjkę z życia profesora? Dowiedzieć czegoś więcej o nim samym?

13 maja pojechałaś na cmentarz i wmieszałaś w tłum żałobników. Naprawdę spory tłum.
Zmarłego żegnali przyjaciele z Uniwersytetu Harwardu, studenci, znajomi i oczywiście rodzina.

Łatwo było poznać wdowę, stojącą w czerni, w otoczeniu najbliższych – zapewne synów i córki. Jakież było twoje zdziwienie, kiedy wzrok Lukrecji wyłonił cię z tłumu. Wdowa podeszła do ciebie i niespodziewanie uścisnęła.

- Witaj Lucy – powiedziała smutnym głosem. – Myślałam, że ni uda ci się przyjechać. Cieszę się, ze jesteś. Po pogrzebie organizujemy małą uroczystość. Mam nadzieję, że przyjdziesz. Szkoda, że twoja mama nie mogła przyjechać. Pewnie chciałaby być na pogrzebie brata. No nic. Ale ty jesteś.

Zaniemówiłaś.

Najwyraźniej wdowa po Willburym wzięła cię za jakąś dawno niewidzianą krewną.
Nim zdążyłaś coś powiedzieć Lukrecja wróciła do reszty ciągnąc cię stanowczo ze sobą.

- Pamiętacie kuzynkę Lucy? Przyjechała do nas aż z Miami.

Zaczęła się ceremonia pogrzebowa.




WSZYSCY




Nie każdy lubi pogrzeby. Ale wielu lubi stypy. Jedyny moment, kiedy można napić sie odrobinę alkoholu w czasach prohibicji. Nawet Rząd nie jest tak okrutny.

Pogrzeb profesora Adriana Willburyego przyciągnął spory tłumek. Był dzień 13 maja 1922 roku. Sobota. Niezbyt piękna i niezbyt słoneczna. Raczej pochmurna, by nie rzec ponura. Silny wiatr szarpał ubrania żałobników, porywał słowa odprawiającego uroczystość duchownego, sypał piasek w oczy. Od strony Atlantyku nadciągała burza. Wieczorem zapewne niebo rozjaśnią błyskawice, a strugi deszczu zmyją brud z ulic i chodników.
Między innymi dzięki pogodzie uroczystość nie trwała długo. Złożono kondolencje pogodzonej juz z losem wdowy, a potem wybrani goście – członkowie rodziny i najbliżsi przyjaciele – przeszli do restauracji po drugiej stronie cmentarza. Włoski lokal specjalizował się w poczęstunkach dla żałobników. Delikatne przekąski, ciepły bulion i drugie danie podane z odrobiną alkoholu rozwiązało języki.

Rozmawiano. Przy stołach. Przy zdjęciu zmarłego profesora ustawionym na honorowym miejscu, przy szczęku sztućców i delikatnym akompaniamencie pianina. Rozmawiano o tym, który odszedł od żywych. O jego pracy, dokonaniach, rodzinie. Dykteryjki z życia. Tak właśnie cywilizowani ludzie chowają swoich zmarłych. Składają ich w piasek na cmentarzu oraz powierzają swoim wspomnieniom. A te z czasem blakną, zawodzą i w końcu zmarły umiera śmiercią ostateczną – zapomniany przez tych, którzy powinni pamiętać.

Pożegnalny obiad nie trwał długo. Żałobnicy rozeszli się do swoich zajęć. Poza kilkoma z nich, których wdowa po zmarłym profesorze zaprosiła do domu, na prywatne przyjęcie i odczytanie ostatniej woli zmarłego.

* * *

Dom leżał w dobrej dzielnicy. Stara, dwukondygnacyjna konstrukcja otoczona zadbanym ogrodem w dobrym sąsiedztwie ludzi nauki, medycyny i urzędników wyższej rangi.
Lukrecja Willbur przyjęła gości w gabinecie, który za życia służył jej mężowi do pracy. Z szerokiego prawie na całą ścianę okna widać było tylny ogród i huśtawkę, którą kołysał wiatr. Wdowa przesunęła palcami po błyszczącym politurą blacie biurka i spojrzała na siedzących ludzi. Łączyły ich ze sobą więzy krwi lub przyjaźni. Niektórych dawno nie widziała, innych znała jedynie z opowieści męża.

- Adrian bardzo lubił t miejsce – powiedziała cichym szeptem ściągając maskę opanowania i pokazując pełnię targających nią emocji. – Wybrał sobie ten pokój na gabinet, jak tylko wprowadziliśmy się do tego domu.

Westchnęła.

- Chciałam wam wszystkim podziękować za przybycie – powiedziała spokojnie. – Szczególnie tobie, kochanie – zwróciła się twarzą do Samanthy. – Bałam się, że nie uda mi się ciebie znaleźć. Adrian kochał cię, jak córkę. Na pewno cieszył go twój widok. No i tobie, kochana Lucy – wzrok wdowy powędrował w stroną Judith. – Z Miami szmat drogi.

Spojrzała znów za okno, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

- Chciałam serdecznie podziękować ojcu za wspaniałą ceremonię. Piękne kazanie. Adrian bardzo pana szanował. A panu, panie Walker chciałam podziękować za to, że pomógł nam pan z tymi koszmarnymi papierami. To Adrian zajmował się tym w domu. Miał ku temu talent.

Zamilkła na dłuższą chwilę. Na zewnątrz zaczęło padać. Ciężkie, deszczowe krople uderzyły w szyby. Wiatr zginał gałęzie drzew.

- Brakuje mi go – powiedziała Lukrecja płaczliwym głosem, ale szybko wzięła się w garść.

- Wiecie – powiedziała zmienionym tonem, jakby chciała opowiedzieć jakiś żart. – Znaliście Adrianka, jak nikt inny. Wiecie, ze przed wyjazdem zachowywał się nieco dziwnie. Napisał listy i zaadresował je dla niektórych z was. Nie wiem czemu.

Sięgnęła do szuflady biurka i wyjęła kilka kopert.

- Proszę, kochanie – podała jedną z nich Samancie – Ta jest dla ciebie.

Na zielonkawej, zaklejonej kopercie widniał dziwny znak Wyglądał jak zwinięta spirala lub muszla ślimaka. Koperta miała starannie wykaligrafowane charakterem pisma zmarłego twoje imię i nazwisko.

- To dla was.

Podobne koperty otrzymała reszta, z tym, że Judith zaadresowaną dla niejakiej Lucy Cartenberg.

- A teraz, jeśli pozwolicie, chciałaby się położyć. Samantha, Solomon i Lucy. Czy możecie przejąć obowiązki gospodarzy domu. Dawno się nie widzieliście. Lucy to pewnie nawet was nie pamięta. Miała pięć albo siedem lat, jak widzieliście się ostatnio.

Nie czekając na waszą odpowiedź opuściła gabinet zmarłego. Większość gości już wyszła. W zasadzie w domu – poza dalszą rodziną – pozostała jedynie wasza piątka.

Za oknami lało jak z cebra. Niebo opłakiwało dobrego człowieka.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 25-03-2011 o 17:53. Powód: kosmetyka stylu, literówki - to co zazwyczaj
Armiel jest offline  
Stary 29-03-2011, 09:14   #2
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 121 Takeda ma wyłączoną reputację
Większość z nas zastanawia się nad sensem życia dopiero w chwili konfrontacji z chorobą, czy śmiercią. W swoich kazaniach staram się nie straszyć ludzi wizją piekielnych mąk i katuszy, jak to robią katoliccy duchowni. Ja staram się zwrócić im uwagę na piękno doczesnego życia i uświadomić im fakt, że jeżeli będą dobrze żyli teraz, tu na ziemi to i po śmierci krzywda im się nie stanie.
Niezbadane są jednak wyroki boskie - musiałem po raz kolejny zgodzić się z tą sentencją apostoła Pawła.
Wiadomość, którą przeczytałem w bostońskiej gazecie uświadomiła mi, że nawet ja mogę doświadczyć jak niepojęte są boże zamiary.
Takie właśnie sytuacje są momentami próby dla nas wszystkich, ale dla duchownego w jeszcze większym stopniu. Ja muszę nie tylko sobie wytłumaczyć to co się stało, ale także przekonać z wiarą innych ludzi. Przekonać, że to co się wydarzyło miało sens. Sens po prawdzie metafizyczny i transcendentalny, ale zawsze to jakiś sens. Dla wielu to jednak za mało, a zwłaszcza dla bliskich zmarłego.

Złożyłem gazetę na pół i podszedłem do telefonu.
- Dom państwa Willbury - usłyszałem w słuchawce głos lokaja.
- Witam! Nazywam się Oliver Twinkelton, pastor Oliver Twinkelton. Czy mógłby porozmawiać z panią Willbury?
- Proszę chwileczkę zaczekać.
Usłyszałem jak służący odkłada słuchawkę na stolik idzie zawiadomić Lukrecję, kto dzwoni.
- Witam pastorze - głos żony Adriana był niewątpliwie smutny, ale nie depresyjny. W nie jednej dyskusji Adrian podkreślał siłę charakteru swojej żony. Widzieliśmy się co prawda raz, czy dwa gdy odwiedziła ona męża w czasie badań w okolicach mojej parafii, ale i tak ją bardzo polubiłem.
- Witam panią. Nie wiem, czy mnie pani pamięta...
- Oczywiście, że pamiętam pastorze. Adrian tyle razy o panu opowiadał.
Na chwilę jej głos zadrżała, ale o ile dobrze słyszałem to powstrzymała łzy.
- Proszę przyjąć najszczersze kondolencje i wyrazy współczucia. Właśnie się dowiedziałem o tym co się stało.
- Bardzo dziękuję. Sama próbuje znaleźć w tym jakiś sens i zrozumieć jak mogło do tego dojść.
Cisza jaka zapadła po tym zdaniu uświadomiła mi, że będzie mi bardzo trudno znaleźć odpowiednie słowa, by wyjaśnić i nadać sens tej śmierci.
- Adrian był niezrównanym badaczem - zacząłem - Poświęcał się pracy całym swoim sercem i duszą. Nie raz przestrzegałem go, by oszczędzał się i choć na chwilę zwolnił. Nigdy mnie jednak nie posłuchał... Nie przypuszczałem jednak, że kiedykolwiek dojdzie do takiej sytuacji.
- To nie tylko przepracowanie pastorze - rzekła spokojnie Lukrecja - Ta sprawa kryje w sobie o wiele więcej tajemnic niż można, by przypuszczać na pierwszy rzut oka. Chciałabym prosić, by przyjechał pastor na pogrzeb. Adrian zostawił mi kilka listów i instrukcji na wypadek, takiej właśnie sytuacji.
- Oczywiście, że przyjadę - zapewniłem ją bez wahania - Chciałem też zaproponować, jeżeli nie ma pani oczywiście nic przeciwko, bym poprowadził nabożeństwo.
- Jak pastor może o to w ogóle pytać. Adrian na pewno, by sobie tego życzył.
- Dziękuję zatem. Przyjadę najbliższym pociągiem i zajmę się wszystkim.

Na stację przywiózł mnie jeden z moim parafian. Mam co prawda prawo jazdy, ale jak do tej pory nie zdecydowałem się na zakup samochodu. Uważam, że są inne, ważniejsze potrzeby niż taki luksus.
Pożegnałem się z Robertem i wsiadłem do pociągu i zająłem miejsce w przedziale. Małą walizkę do której wsadziłem togę i dwie pary koszul na zamianę, położyłem na półce.
Gdy pociąg ruszył wyjąłem notatnik i zacząłem przygotowywać mowę pożegnalną.
“Adrian... przyjacielu...


- Adrian... przyjacielu... To już nasze ostatnie spotkanie. Żegnamy cię ze smutkiem i wielkim bólem. Twoje odejście było tak nagłe i niespodziewane, że trudno się z nim pogodzić i znaleźć jakieś wytłumaczenie tego co cię spotkało. Byłeś nie tylko wielkim uczonym i badaczem, ale także a może przede wszystkim kochającym mężem, wiernym przyjacielem i dobrym człowiekiem. Często w takich sytuacjach tłumaczę moim wiernym, że Bóg tak chciał... a teraz, przyjacielu, gdy muszę to samo wytłumaczyć sobie... przychodzi mi to z wielkim trudem... nie dlatego jak być może byś zripostował, gdyś tu był teraz z nami, że tracę wiarę. To nie to przyjacielu. Przychodzi mi to z trudem, bo twoja śmierć spadła na nas tak nagle. Pamiętam jak jeszcze dwa tygodnie temu czytałem twój list w którym relacjonowałeś wyniki swoich badań. A teraz stoją tu nad twoją trumną i wygłaszam mowę pożegnalną. To smutne przyjacielu... będzie mi brakować długich dyskusji z tobą, twoich listów i tej pasji jaką wypełniała całe twoje życie... Wierzę jednak, że spotkamy się kiedyś znowu, a wtedy będziemy mieli całą wieczność na prowadzenie dysput i rozważań filozoficznych. Żegnaj przyjacielu i niech Bóg przyjmie cię do swego królestwa... Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.
Schyliłem się i rzuciłem garść ziemi na leżącą już w dole trumnę.


Jak się okazało Adrian uwzględnił mnie w swojej ostatniej woli. List, który wręczyła mi Lukrecja był nad wyraz niepokojący i dziwny. Wynikało z niego, że Adrian nie tylko przewidywał że coś mu się może stać, ale także podejrzewał, że okoliczności jego śmierci będę nietypowo i bardzo tajemnicze.
Gdy wszyscy przeczytali listy jakie otrzymali głos zabrał Salomon:
- Dajmy Lukrecji czas na odpoczynek . Przejdźmy do salonu. - po czym stanął przy drzwiach oczekując na reakcję pozostałych - Tam będziemy mogli porozmawiać.
Gdy znaleźliśmy się w salonie, a służba została odprawiona zapadła niezręczna cisza. Nikt najwyraźniej nie miał ochoty, by mówić o tym co przeczytał. Czułem na sobie ciężar obowiązku wobec Adriana i jakiś przymus, by jako pierwszy zabrać głos. Powiedziałem, więc:
- Jestem pastor Oliver Twinkelton. Adrian był moim wieloletnim przyjacielem. To straszne co się stało... Świeć Panie nad jego duszą. A teraz jeszcze to - to mówiąc pokazuje na list. - Sam nie wiem co o tym myśleć - z nerwów i niepewności drapie się po głowie.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół
Takeda jest offline  
Stary 31-03-2011, 01:18   #3
wiedźma
 
Eleanor's Avatar
 
Reputacja: 3138 Eleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputację
Stojąc nad grobem wuja, Samantha nie była w stanie uronić nawet jednej łzy. To, że w ogóle się tu znalazła było dziwnym zbiegiem okoliczności. Gdyby tydzień temu Moris Hoges, właściciel teatru Rouge, nie ogłosił upadłości, a potem nie popełnił samobójstwa, dziś grałaby na jego deskach. To miał być zwrot w jej karierze. W końcu dostała rolę w sztuce, gdzie największą atrakcją nie było pokazywanie odsłoniętych pośladków, a ten kretyn palnął sobie w łeb!
Wtedy zaczęła myśleć o wyjeździe na zachód, a potem spotkała Denisa Hamiltona, który opowiedział jej o nowym sposobie o kręcenia filmów z dźwiękiem. Może tam leżała jej szansa? Wystarczyło tylko pojechać i ją podnieść. Denisa nie trzeba było długo przekonywać by załatwił jej spotkanie reżyserem, który akurat przebywał w Bostonie. Zapłacił nawet za pobyt w hotelu. Kiedy jednak przy śniadaniu przeczytała w porannych wiadomościach o zbliżającym się pogrzebie, wszelkie myśli o karierze wyparowały z jej głowy.
Wuj Adrian był martwy, a ona dowiedziała się tego z gazety!
Wiedziała że musi, po prostu musi być na tym pogrzebie. Niezależnie od tego jakie to wywoła niezadowolenie ciotki Lukrecji i jaki ból sprawi jej widok rodzinnego grobowca. Po prostu nie mogła go nie pożegnać!
Zachowanie ciotki zaskoczyło ją całkowicie. Sprawiała wrażenie jakby naprawdę cieszyła się z jej widoku, oczywiście jeśli o takich uczuciach można w ogóle mówić w żałobnych okolicznościach. Dlaczego więc nie powiadomiła jej o jego śmierci? To nie był czas na zadawanie pytań. Zwłaszcza, że ciotka nie wyglądała najlepiej. Choć na zewnątrz sprawiała wrażenie opanowanej i silnej, Sam dostrzegła cierpienie i ból w jej oczach.
Słuchała słów pastora i pamięcią powróciła do pogrzebu, który odbył się dokładnie w tym samym miejscu przed dwudziestu laty. Pogoda była równie okropna, a błyskawice przeszywały prawie czarne niebo gdy trumny z ciałami jej rodziców znikały w rodzinnym grobowcu. Jedyną nicią trzymającą ją na powierzchni normalności była silna, ciepła dłoń wuja, którą ogrzewał jej skostniałą rączkę przez całą uroczystość. Teraz też dłonie miała jak z lodu, ale nie było nikogo, kto potrzymałby ja za rękę. Nie była już dzieckiem, była kobietą, której serce po raz kolejny zamykano w grobowcu!
Popatrzyła na wyryte na czarnym granicie napisy:
Denisa Halliwell (1869 – 1902) ukochany ojciec
Vanessa Willbury-Halliwell (1877 – 1902) ukochana matka i siostra.
To było wszystko co po nich pozostało. Już niedługo pojawi się kolejny:
Adrian Willbury ( 1864 – 1922) ukochany mąż, ojciec, wuj, przyjaciel... tak niewiele oznacza tak wielką stratę. Jakże chciała zapłakać! Już dawno nie miała łez.

Obiad w restauracji minął na szczęście szybko. Nie miała ochoty rozmawiać z obcymi ludźmi o swych uczuciach. Najwyraźniej nikt jej w Bostonie nie kojarzył z Czarną Dalią, a czarna woalka dodatkowo ukrywała twarz.


Dyskretnie przyglądała się członkom rodziny i przyjaciołom wuja. Niektórych rozpoznała do razu, innych ledwo kojarzyła. Byli i tacy, którzy wydawali się całkowicie obcy. Adam, pierworodny syn wuja, był taki podobny do ojca, jak Samantha, czarnowłosy o smolistych brwiach i przenikliwych oczach. Ruben i Melissa urodę wyraźnie odziedziczyli po ciotce, podobnie jak ona mieli jasnobrązowe włosy i szare oczy. Jako dzieci wychowywali się razem, ale od jej wyjazdu nie utrzymywali żadnego kontaktu. Nie miała pojęcia co o niej wiedzą... myślą... czy jednak dziś miało to jakieś znaczenie?
Z ulgą przyjęła zakończenie tego rytuału. Czuła się wykończona wizyta na cmentarzu. Nie dane jej jednak było wrócić do hotelu. Ciotka zaskoczyła ją ponownie zapraszając do domu na rozmowę. Odmówiłaby, gdyby nie wiadomość o liście.
Wejście do gabinetu wuja było jak powrót do domu. To tutaj spędziła najszczęśliwsze chwile dzieciństwa. W towarzystwie człowieka, który nigdy nie skąpił innym swoich uczuć i zawsze z największą radością dzielił się swoją wiedzą. Niewiele się tutaj zmieniło przez te dziewięć lat kiedy widziała go ostatnio. Nawet pachniał tak samo. Dom, słodki dom! Stanęła przy oknie patrząc na oprawiony w chmurne niebo ogród.

Wywołana osobiście przez ciotkę popatrzyła na nią: Kochał jak córkę... jak córkę... jej myśli przeskakiwały pomiędzy przyszłością i teraźniejszością. Wspomnienia były takie słodko gorzkie.
Otworzyła list, ale przez dłuższą chwilę nie mogła się skupić na tym co tam było napisane. Litery tak dziwnie skakały jej przed oczami. W miarę czytania na jej ustach zaczął się pojawiać delikatny uśmiech. Skarb, wielka tajemnica, nieprzemijająca sława, to był cały wuj. Nawet po śmierci dalej pozostawał taki sam i to było cudowne i niepokojące jednocześnie skoro podejrzewał możliwość przedwczesnej śmierci. Może rzeczywiście nie zmarł śmiercią naturalną? Samantha zacisnęła dłoń nieznacznie mnąc arkusz. Jeśli został zabity postanowiła zrobić wszystko by zbadać okoliczności śmierci, a morderca poniósł zasłużoną karę!
Nawet nie zauważyła kiedy ciotka wyszła. Popatrzyła na deszcz a potem na pozostałe osoby siedzące w pokoju.
- Ciekawe dlaczego akurat my? - Powiedziała na głos pierwszą myśl która przyszła jej do głowy – rozumiem Lucy, jak nikt zna się na pracy wuja, ale ja? Albo pan pastorze? Co my możemy wiedzieć o szukaniu skarbów?
Jej pytanie zawisło w próżni. Chyba nie tylko ona zastanawiała się nad tym, ale prawdopodobnie nikt nie mógłby udzielić do końca racjonalnej odpowiedzi.

Solomon Colthrust, chrześniak wuja którego pamiętała dość pobieżnie z przeszłości, zaproponował przejście do salonu. Najwyraźniej nie wszyscy tak jak Samantha lubili gabinet. Skoro jednak chcieli się przenieść do innego pomieszczenia nie protestowała.
Bez dalszych wypowiedzi ruszyła do największego pokoju w domu Willburych. Doskonale znała drogę, w końcu mieszkała w tym domu przez jedenaście lat.
 
__________________
The lady in red is dancing in me.

Ostatnio edytowane przez Eleanor : 01-04-2011 o 10:26.
Eleanor jest offline  
Stary 01-04-2011, 08:08   #4
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 5421 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
11 maja 1922 roku Senator Frank Walker miał urodziny. Z tejże okazji James wcześniejszego wieczoru zawitał w rodzinnym domu w Bostonie. Zapowiadał się bal u senatora na którym obecność jedynaka była wskazana i bynajmniej miała to być tylko uroczystość rodzinna. Była to kolejna świetna okazja do cementowania wpływów wśród śmietanki politycznej Bostonu. Nie zabraknąć miało wszystkich znamienitych osobistości począwszy od Mayora miasta, Szefa Policji, polityków republikańskich przez bostońskie środowisko uniwersyteckie i na dość kontrowersyjnym synie jubilata kończąc.

Zgodnie z obietnica dana ojcu, głownie ze względu na matkę jak poprawność wizerunku rodziny, James bez entuzjazmu oczekiwał przy porannej kawie końca dnia. Wiedział że wieczór w towarzystwie nudnych i nadętych figur, które wkrótce zaczną zjeżdżać się obiad poprzedzający bal, będzie trudnym orzechem do zgryzienia. Przeglądając poranną prasę od razu rzucił mu sie nagłówek Boston Herald kontrowersyjnie brzmiący „Zbrodnia czy głupota?”.



Czytając pierwsze zdania o mało nie zakrztusił się dymem z papierosa. Adrian Willbury nie żyje. Jego przyjaciel nie żyje. Ten, którego obecność w rezerwatach zaowocowała początkowo ciekawą znajomością wkrótce przerodziła się prawdziwą przyjaźń odszedł przedwcześnie w kontrowersyjnych okolicznościach. Bez zastanowienia wsiadł w swój samochód i niezapowiedziany spontanicznie złożył szczere kondolencje wdowie po Albercie. Dzielna Lukrecja, zapewne rozbita w środku dotkliwym ciosem utraty ukochanego, w otoczeniu najbliższej rodziny przyjęła wyrazy żalu od młodego przyjaciela męża spokojnie wraz z ofiarowaną przez Jamesa propozycją pomocy przy załatwieniu wszelkich potrzebnych formalności. Przynajmniej tyle mógł zrobić dla Lukrecji. I Adriana.

Szeryf Bass Harbor nie robił żadnych problemów informując, że po orzeczeniu doktora Fishermana o naturalnej przyczynie smierci profesora nie zamierza wszczynać dochodzenia i wraz z dokumentacją i aktem zgonu ciało zmarłego może opuścić wyspę. Opłacony grabarz z Bass Harbor dostarczył ciało profesora na pociąg i następnego dnia James odebrał trumnę ze stacji w Bostonie. Miejscowy Prokurator Główny zapytany prywatnie podczas urodzin ojca o możliwości podjęcia oficjalnego śledztwa, wyraził zgodę jeśli będą ku temu podstawy wynikające z sekcji zwłok. Ta rozmowa, w nowych okolicznościach była głównym powodem do udziału w celebracji urodzin ojca, które ograniczył ze zrozumiałych względów tylko do obiadu. Uzyskawszy wcześniejszą zgodę Lukrecji na przeprowadzenie sekcji zwłok Walker zlecił jej przeprowadzenie policyjnemu koronerowi, a od dobrego przyjaciela ze szkolnej ławy, który był wybitnym, praktykującym lekarzem, zasięgnął drugiej opinii na podstawie orzeczenia aktu zgonu i wyników autopsji. Arian zmarł na rozległy atak serca. Tylko dlaczego? Nie dawało to spokoju Jamesowi, więc jako pełnomocnik Lukrecji uzyskał od lekarza rodzinnego Willburych kartę zdrowia Adriana, która potwierdziła to co wszyscy powszechnie wiedzieli. Profesor dbał o siebie i szanował zdrowie. Był zdrowy jak ryba a serce miał jak dzwon. Poruszony okolicznościami w jakich znaleziono ciało przyjaciela James nie omieszkał przyrzec Lukrecji, że sprawy nie zostawi, co tamta przyjęła melancholicznym, bladym uśmiechem tylko ciałem obecna wśród żywych a duszą błądząca za duchem życiowego partnera.

James napatrzył się na zbyt wiele śmierci w swoim dotychczasowym życiu, ale żadna nie dotknęła go tak bardzo. Nie cierpiał pogrzebów. Kaznodzieja wygłosił poruszającą mowę, która wielu doprowadziła do łez krzepiąc na duchu zarazem. Jak się później okazało jako przyjaciel zmarłego przemawiał z głębi szczerości serca i pewnie dlatego James ze zdziwieniem stwierdził, że od wielu lat usłyszał dobre kazanie a rytualna ceremonia odprawiona przez pastora nie miała w sobie nic z rutyny katolickiego duchowieństwa. Nie cierpiał również styp. Nigdy nie miał na nich apetytu. Za to chętnie wychylił za duszę Adriana kilka głębszych Scotcha. Kiedy żałobnicy rozeszli się, a Lukrecja wręczyła adresatom listy wysłane przez profesora zza grobu, zgodnie z propozycją Solomona przeniósł się wraz z resztą obecnej w gabinecie rodziny Adriana i pastorem do salonu. Idąc czuł jak rośnie w nim gniew. Przeczytawszy uprzednio list utwierdził się w swoich jak na razie tylko intuicyjnych domysłach. Wiedział, że zanim wyruszy do letniego domu Whiterspownów będzie musiał nakłonić kuzynkę Lucy do współpracy i zgromadzić jak najwięcej informacji o śledztwie prowadzącym do rzekomego eldorado jeszcze w domu Willburych. Co prawda wątpił czy krewniaczka z Miami dysponuje przy sobie jakiejkolwiek postaci dokumentami, lecz jej wiedza sugerowana przez Adriana była niezastąpiona. Jedyne co James wiedział o badaniach profesora to jego zamiłowanie do kultury Indian północnoamerykańskich w zakresie ścierania się jej z pierwszym osadnictwem kolonii angielskich i francuskich. Kiedy Lukrecja odpocznie zapyta o dokumenty nieboszczyka, które mogą znajdować się w rodzinnym sejfie. Nie sądził również by robiła mu przeszkody podczas przeszukania domu w celu znalezienia jakichkolwiek poszlak.

Pierwszy przemówił ojciec Twinkelton przerywając milczenie, co przełamało lody, bo Walker choć miał wiele do powiedzenia jako gość czuł, że pierwsze słowo należy się rodzinie lub duchownemu.

- Otóż to ojcze Olivierze. Każdy z nas otrzymał od Adriana list. Pożegnalny. Przecież wiemy, że nie był samobójcą a tylko oni i ci, którzy wierzą, że ich życiu zagraża niebezpieczeństwo takie wiadomości zostawiają. Pastor potwierdził tylko moje przypuszczenia, że nie jestem tylko ja i kuzynka Lucy jedynymi, którzy wiadomość podobnej treści od niego otrzymali. – to powiedziawszy podszedł do wspomnianej młodej kobiety – James Walker - ukłonił się - przyjaciel Adriana. - i podawszy jej list oświadczył. - Prosił mnie w nim, abym go kuzynce pokazał. Po przeczytaniu go zrozumie panienka, że nie tylko moim postanowieniem, ale i teraz jak się okazuje ostatnią wolą zmarłego było podjęcie tego śledztwa, co mam zamiar uczynić. Jak sądzę z pani pomocą? Wszak byłaś kuzynko Lucy zaangażowana w badania krewniaka najbardziej.

Dając skrępowanej dziewczynie czas na przeczytanie listu przechadzając się w jednej ręce z papierosem w drugiej z popielniczką kontynuował co miał do powiedzenia.

- Jako rodzina i najbliżsi przyjaciele pragnę byście wiedzieli o moim postanowieniu. Zrobię wszystko co mojej mocy, aby tę sprawę rozwiązać. Lukrecji wspomniałem, że tego tak nie zostawię, lecz teraz widząc jak poważna to jest sprawa, wolałbym raczej by to zostało pomiędzy nami tu zgromadzonymi w tym salonie. Jak już zauważył Solomon nie należy teraz serca wdowy wypełnionego bólem zalewać dodatkowymi cierpieniami. I nie jest moją intencją rozdrapywanie waszego. Jeżeli ktokolwiek z was – spojrzał wymownie po wszystkich zatrzymując wzrok na krewniaczce z Miami najdłużej - jest w stanie mi pomóc w zakresie badań które prowadził Adrian, to wierzę, że uda się podjąć trop na szlaku na którym mój przyjaciel, a wasz bliski stracił życie. - ciągnął dalej.

Spod czarnej siatki welonu dostrzegł w oczach siostrzenicy Adriana aprobatę. Najwyraźniej nie tylko Sam doszła do wniosku, że tajemnicę śmierci wuja trzeba koniecznie rozwiązać. Pastor dołączył do grona dzielących takie same refleksje zabierając głos.

-Przez długie lata badania Adriana były naszą wspólna pasją. Nie mam na pewno tak rozległej wiedzy jak on, ale orientuje się w temacie na tyle by być użytecznym. Poza tym znam z doświadczenia ludzi z małych miasteczek. Duchowna osoba wzbudza zaufanie o wiele bardziej niż ktoś zupełnie obcy. A wiadomo jak podejrzliwi są z dala od wielkich miast. Służę więc swoją osobą i postaram się być pomocny na tyle na ile pozwala na to moja wiedza i doświadczenie. Wola zmarłego to święta rzecz, a szczególnie zmarłego przyjaciela. – powiedział Twinkelton.

- Jak niektórzy z was wiedzą, jestem odpowiedzialny z ramienia Departamentu Wojny za rezerwaty Indian w Maine, gdzie świętej pamięci Adrian prowadził badania. Skoro śledztwo zaprowadziło profesora do Bass Harbor kończąc się tam jego śmiercią, tym bardziej poczuwam się zobowiązany do przyjrzenia się temu bliżej. - zakończył patrząc po zebranych.

W Bass Harbor nie był ani razu. Pierwszy raz będzie miał okazję odwiedzić wyspę. Wiedział o niej tylko tylko, że nie ma tam Indian. Więc tyle co nic. Ze względu na urodziny ojca i obietnicę spędzenia dłuższego czasu z matką w Bostonie wziął dwutygodniowy urlop, który teraz wykorzysta w zupełnie innym celu gdzie indziej.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 01-04-2011 o 08:13.
Campo Viejo jest offline  
Stary 01-04-2011, 17:21   #5
 
Sileana's Avatar
 
Reputacja: 37 Sileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodzeSileana jest na bardzo dobrej drodze
Boston, 13 maja 1922


Jestem gościem w domu profesora. Gość to ogromne niedopowiedzenie, wziąwszy pod uwagę okoliczności, w jakich zostałam tutaj zaproszona. Pomylenie z jakąś dawno niewidzianą krewną to ostatnie czego bym się mogła spodziewać. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć, bo przecież znalazłam się w samym środku sprawy, czy płakać, bo przecież w końcu ktoś z nich domyśli się, że na pewno nie jestem „kuzynką Lucy”. Zwłaszcza, kiedy zorientują się z poziomie mojej wiedzy na temat wierzeń Indian i nieistniejących związkach z profesorem.
Śledztwo nie posunęło się do przodu, ponieważ całą ceremonię i stypę pani Lukrecja trzymała mnie blisko siebie, nie mogłam nikogo wypytać. To, co usłyszałam przy stole, nie ma żadnego znaczenia dla sprawy – to było tylko kilka anegdot i nieszkodliwych plotek.
Najciekawsze wydarzyło się już za zamkniętymi drzwiami, kiedy pani Lukrecja rozdała nam listy. Ja miałam okazję przeczytać dwa – skierowany do Lucy i ten należący do Jamesa Walkera. Nie przepiszę ich treści, ale wynika z nich niezbicie, że tajemnicza Lucy była mocno zaangażowana w badania profesora i z całą pewnością oboje obawiali się o swoje bezpieczeństwo. Na przykładzie profesora jasne jest, że nie bezpodstawnie...


***

Judith wstała bardzo wcześnie, obudzona silnym bólem karku. Okazało się, że poprzedniej nocy zasnęła w głową na książce, i teraz wszystkie mięśnie protestowały przeciw takiemu traktowaniu. Księgą, która posłużyła jej za poduszkę, była monografia profesora Adriana Wilbury’ego na temat wierzeń Indian Północnoamerykańskich. Zaczęła ją czytać poprzedniego wieczora, ale mimo najszczerszych chęci, nie udało się jej skończyć dzieła. Kilkanaście ostatnich kartek było jednak całkiem przyjemnym dodatkiem do śniadania. Potem Jade bardzo starannie dobrała garderobę na pogrzeb profesora. W początkach „kariery” dziennikarskiej zdarzało się jej ubrać się krzykliwie czy nieodpowiednio do okazji, co zazwyczaj kończyło się dla niej pustymi rękoma. Teraz doskonale wiedziała, co założyć, by nikt nie rozpoznał w niej, przynajmniej nie od razu, dziennikarki na tropie.
Tym razem jednak jej przemyślność skończyła się dla niej nieco dziwnie. Pani Wilbury, wdowa po profesorze, którą kojarzyła z wystąpień sufrażystek, rozpoznała w niej dawno nie widzianą siostrzenicę profesora Wilbury’ego. Judith została niemal przyklejona do całkiem silnego ramienia kobiety, która prowadziła ją przez tłum bliższych lub dalszych krewnych, przedstawiając ją każdemu po kolei. W takiej pozycji spędziła też całą ceremonię pogrzebową, a później stypę. Jej bliskość chyba przynosiła ulgę starszej kobiecie, która mogła na moment zapomnieć o swoich troskach i skupić się na „pomaganiu” „kuzynce” w odnalezieniu się wśród dawno niewidzianej rodziny.
Jade nawet dobrze nie rozróżniała, co się dzieje, od kiedy sparaliżowały ją słowa „kuzynka Lucy”. To niby miało być o niej? Ale jak...? Dlaczego...? Skąd...? Przecież ona nawet nie była opalona! Miami? Kiedy zaś dostała do ręki list, który przeczytała trzy razy, zanim zaczęła dochodzić do niej jego treść, o mało nie zemdlała. Nieszkodliwie brzmiąca kuzynka Lucy okazała się być najbliższą współpracowniczką profesora Wilbury’ego, dzielącą z nim wszystkie badania i informacje! Dlaczego więc żadne z tych ludzi jeszcze jej nie wyrzuciło? Nie wierzyła, że naprawdę żadne z nich nie widziało tej kobiety od jakichś piętnastu lat, jak powiedziała wdowa, jeżeli profesor był z nią tak blisko. To była jego rodzina, przyjaciele! To miała być jakaś gra?
Rozmowa toczyła się jakby obok niej, mimo że starała się rejestrować poszczególne wypowiedzi, w końcu po coś tu przybyła. Kiedy jeden z mężczyzn podał jej jakiś kawałek papieru, przedstawiając się, Judith stała jak wmurowana, pozwalając wcisnąć sobie list w rękę. Pokiwała głową na znak, że zgadza się ze słowami Walkera, choć tak naprawdę wciąż była oszołomiona kolejnymi wypadkami tego dnia. W końcu jednak zrozumiała, że musi coś powiedzieć. Nie miała tylko pojęcia, co to może być.
- Oczywiście, postaram się służyć pomocą najlepiej, jak tylko będę mogła - wydukała ze ściśniętym gardłem.
W głowie kołatało się jej tylko jedno pytanie: o co w tym wszystkim chodzi?
 
__________________
"Po czym poznać idiotkę w lesie?
Idiotkę w lesie - uwaga - poznać można po następujących rzeczach: słychać ją z odległości pół mili, co trzy lub cztery kroki wykonuje niezgrabny podskok, nuci, mówi do siebie, leżące na ścieżce szyszki stara się kopnąć, żadnej nie trafia"
Sileana jest offline  
Stary 02-04-2011, 17:39   #6
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 876 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
To miasto śmierdziało. Pychą i rynsztokiem, obojętnością i wyzyskiem, ignorancją i oszustwem. Boston wydawał mu się taki obcy i nieprzyjazny, choć jego twarz w żaden sposób tego nie zdradzała czuł nawet pewne obrzydzenie. Do rodzinnych stron miał wracać w innych okolicznościach, aby przypomnieć sobie miejsce i ludzi, z którymi się wychowywał, tymczasem los chciał inaczej. Minęło raptem kilka dni odkąd wysłał depeszę o swoim przyjeździe do Willburyego, niedługo później dowiedział się o jego odejściu. Szkoda mu było jego chrzestnego, zawsze mieli ze sobą dobry kontakt i pisali do siebie listy od czasu do czasu. Z jakiejś przyczyny czuł, że ta śmierć wcale nie była taka prosta i naturalna jak się wydawało, może był to objaw paranoi, zbytniej podejrzliwości, czy też po prostu braku akceptacji dla tego wydarzenia. W każdym bądź razie nie miał zamiaru tego tak po prostu zostawić.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=TtO3AQCoVFw[/MEDIA]

W Bostonie pojawił się na wieczór, dzień przed pogrzebem chrzestnego, wahał się czy aby nie przenieść się od razu do opuszczonego domu swych rodziców, jednak ostatecznie zdecydował się na hotel. Prędzej czy później i tak musiałby go odwiedzić by sprawdzić jego stan, bowiem zdecydował się na sprzedaż. Do miasta przyjechał własnym samochodem, było to bardziej czasochłonne niż podróż pociągiem, lecz skoro już miał zamiar zostać na dłużej wolał mieć tutaj swoje auto.



W hotelu od razu przywitało go małżeństwo Dunnword, które wspólnie je prowadziło. Solomon miał nadzieję uniknąć dociekliwych pytań, jednak jego los był już przesądzony.

- Pan pułkownik Colthrust! - wykrzyknęła pani Margaret Dunnword, chuda i wysoka kobieta o bystrych oczach - Rodzice byliby dumni!

Solomon jedynie pokiwał głową, myliła się zarówno co do jego stopnia jak i spodziewanej reakcji rodziców, mimo wszystko postanowił nie wyprowadzać jej z błędu. Nie zdążyłby się zresztą odezwać, bowiem pan James Dunnword, duży niższy i grubszy od swojej żony, ubrany w brązowy garnitur i kapcie, łysy już i z małym wąsikiem, przygotowywał się do swojej przemowy.

- Ah, wojna - zaczął spoglądając gdzieś w przestrzeń - Gdybym był młodszy też bym się wybrał, poczuć ten zapach prochu o poranku, wziąć udział w wielkiej sprawie, ba! Poznać odważnych ludzi! Największe przyjaźnie powstają właśnie w wojsku.

Tym razem Solomon ponownie zachował ciszę, jego wizja wojny i uczestniczących w niej żołnierzy była zupełnie inna, mniej romantyczna. Nie czuł tam wcale, iż bierze udział w wielkiej sprawie, jego przyjaciele również nie, prawie wszyscy czuli tylko strach i tęsknotę, za domem, rodziną, dziewczyną, czy choćby butelką piwa i wolną sofą. Nawet jeśli tlił się w nich wcześniej patriotyzm, to teraz, kiedy już powrócili, widzieli już wszystko w innym świetle.

- Służył pan we Francji, prawda? - spytała pani Dunnword wyrywając go z zamyślenia - Widział pan Paryż? To takie wspaniałe miasto, zawsze chciałam je zobaczyć.

- Byłem tam tylko przejazdem
- odparł - Nie miałem czasu na zwiedzanie.

- Ah, tak, tak, rozumiem
- potwierdziła kobieta - Musi pan być zmęczony, mój mąż zaprowadzi pana do pokoju.

Colthrust pokiwał głową, złapał za uchwyt swojej niewielkiej walizki i chwilę później był już na schodach, którymi Dunnword prowadził go na miejsce. Słowa właściciela hotelu zdawały się dochodzić do niego później lub też w ogóle, umysł Solomona starał się wypierać wszystkie brednie o wojnie i dawnych latach jakimi raczył go starszy mężczyzna. Swoje wywody zakończył wręczeniem klucza oraz zaproszeniem na coś mocniejszego.

W końcu Solomon został sam, jego pokój może nie był zbyt duży, jednak duże łóżko, sporo komoda oraz łazienka i tak były dużym luksusem w porównaniu do warunków jakie musiał znosić w wojskowych barakach. Otworzył walizkę i powoli zaczął wyciągać swoje rzeczy, mundur na jutrzejszy pogrzeb, kilka przedmiotów do golenia oraz swój pistolet. Już miał wychodzić do łazienki, gdy za drzwiami znów usłyszał jakiś rwetes, który po chwili został zastąpiony przez niewyraźne szepty.

-... bądź uprzejma dla... popraw te włosy... skaranie boskie z tobą... uśmiech kochanie, uśmiech...

Następnie usłyszał delikatne pukanie do drzwi, początkowo nieco nieśmiałe, nagle zamieniło się w donośniejsze, jakby osoba z marszu nabrała większego zaangażowania. Colthrust zakrył mundurem Colta i uchylił lekko drzwi. Dziewczyna stojąca za nimi była naprawdę urocza, miała nieufne spojrzenie i piękne niebieskie oczy, skromna sukienka oraz ciemne loki jeszcze bardziej podkreślały jej urodę, mogła mieć może z dwadzieścia lat.

- Dobry wieczór proszę pana - przemówiła nieco wystraszonym głosem, jej oczy powędrowały na srebrną tackę, na której spoczywał apetycznie pachnący stek - Pewnie jest pan głodny, to dla pana.

- Proszę, wejdź - powiedział uprzejmie i otworzył drzwi, jego poważna mina oraz zmęczone spojrzenie sprawiły jednak, iż dziewczyna na moment się zawahała, by wreszcie wejść do środka i położyć tacę na niewielkim stoliczku - Jesteś Katie, prawda? Chyba pamiętam cię z czasów, kiedy byłaś jeszcze małą dziewczynką.

- Tak - potwierdziła nieco speszona, na jej policzku pojawił się rumieniec - Ja też pana pamiętam. - Jej wzrok utknął na nieco pogniecionym mundurze. - Jest pan oficerem, prawda? Mama tak mówiła. - Złączyła dłonie i lekko się zgarbiła, starała się unikać wzroku mężczyzny. - Pański mundur, może wyprasuję go dla pana? - Zrobiła krok naprzód i wysunęła rękę w jego kierunku.

- Nie - rzekł stanowczo po czym złapał ją za nadgarstek, trochę za mocno, bo na jej twarzy pojawił się grymas bólu i zaskoczenie, puścił ją, dziewczyna szybko cofnęła dłoń i drugą zaczęła ją rozmasowywać - Przepraszam. Nie przejmuj się mundurem.

- W po... rządku - wydukała wciąż wyraźnie przestraszona - Na pewno chce pan odpocząć, nie będę panu przeszkadzała.

- Dziękuję
- rzekł, gdy ona już była przy drzwiach, odwróciła się szybko i spojrzała na niego pytająco - Za stek - dodał - Dziękuję Katie.

Uśmiechnęła się niepewnie i opuściła jego pokój. Usłyszał jeszcze jak zbiega po schodach oraz jak na dole zaczyna się ożywiona dyskusja, ciężko mu było skupić się na rozmowie, ale czuł, iż rodzice właśnie ganią swoją małą Katie. Stek pani Dunnword był fenomenalnie przygotowany, dawno już nie jadł czegoś tak dobrego. Potem jeszcze przez jakiś czas podczas czyszczenia Colta myślał o tej rodzinie, dziewczyna była naprawdę urocza i urodziwa, choć akurat dla niego nieco za młoda, co najwyraźniej nie przeszkadzało jej rodzicom. Zwęszyli dobrą partię dla córki, oficera wojskowego, idealnego kandydata na męża. Zrobiło mu się szkoda Katie.

Nie łatwo było mu zasnąć w świeżej pościeli na wygodnym łóżku, dawno już odzwyczaił się od takich warunków i nawet zastanawiał się czy w końcu nie zamienić posłania na podłogę, lecz koniec końców udało mu się zdrzemnąć.

***

Z samego rana szybko się ogolił , ubrał mundur i opuścił pokój, na dole wymienił się z zaspanym Dunnwordem uprzejmym Dzień dobry, a następnie wyszedł na zewnątrz. Teraz mógł zobaczyć Boston w pełnym blasku słońca, choć wrażenia z poprzedniego dnia wcale się nie zmieniły. Odpuścił sobie podróż samochodem, miał jeszcze sporo czasu do pogrzebu i postanowił przeznaczyć go na zwiedzanie. Dodajmy, że w jego wycieczce znudzonego żołnierza istotne były miejsce, w których można było dostać alkohol i kobiety. Niestety, o tak wczesnej porze wszystkie porządne burdele były jeszcze zamknięte, zaś lokalni dostawcy szkockiej budzili się na kacu. Prohibicja teoretycznie miała na celu wyparcie zwyczaju opijania wszystkich możliwych okazji, lecz jak sam Solomon zdołał już zauważyć interes dzięki temu kręcił się jeszcze lepiej niż wcześniej, a destylarnie pracowały pełną parą. Nie miał zamiaru z tego powodu rozpaczać.

Na pogrzebie czuł się nieswojo, wydawało mu się, iż większość osób zjawiła się tylko z ciekawości lub ogólnego stwierdzenia Tak wypada. Krzywo spoglądał również na księdza odpowiedzialnego za ceremonię, jak to duchowny każde słowo cedził długo i szczęśliwie, a przynajmniej takie wrażenie miał Colthrust, który jednak był człowiekiem nieco uprzedzonym. Czas spędzony na pogrzebie przeznaczył na rozmyślenia dotyczące Adriana i jego śmierci, dochodził do różnych wniosków i przemyśleń, lecz najważniejszy cel był już wyznaczony - musiał odwiedzić Bass Harbor.

Późniejsza stypa niemiłosiernie mu się dłużyła, dla niego było zbyt tłumnie, lecz przynajmniej mógł rozkoszować się towarzystwem butelki jakiegoś alkoholu z Kanady. Tego dnia pił niewiele, czekała go przecież jeszcze rozmowa z wdową, do której zresztą też się nie palił. Nie miał ochoty na dyskusje z nikim, omawianie zgonu Adriana i wspominanie go, nie rozpaczał, podczas wojny był cichym świadkiem wielu śmierci i choć szkoda mu było chrzestnego, nie myślał zbyt wiele nad tym, jakby to było, gdyby gdzieś tam na spacerze był akurat jakiś lekarz ze swoim podręcznym zestawem medykamentów. Myślał już jednak o śledztwie, to się Adrianowi należało.

W końcu przyszedł czas na rozmowę z wdową, przyjęła go wraz z innymi zaufanymi ludźmi i rodziną w gabinecie męża, po krótkim wstępie przekazała im również listy jakie dla nich zostawił. Solomon był tym nieco zdziwiony, lecz nie odezwał się, a jedynie w skupieniu przeczytał zaadresowaną do siebie wiadomość. Wstał, gdy kobieta przekazała rodzinie rolę gospodarzy i zaprosił wszystkich do salonu. Tam po kilku minutach spędzonych w ciszy, w końcu podjęli dyskusję. Sam Colthrust stanął przy oknie i wpatrzony w widok za nim nie odzywał się, a jedynie słuchał racząc się szklaneczką alkoholu. Nie znał znajomych Willburyego, a przynajmniej nie przypominał ich sobie, podobnie zresztą było z Lucy, której w żaden sposób nie mógł skojarzyć, choć przez grzeczność nie wspomniał o tym. Pozostała jeszcze Samantha, gwiazda estrada, żadnego jej występu jeszcze nie ujrzał. W koszarach jednak inni żołnierze sporo o niej mówili, a miejsce nad swoimi pryczami wypełniali jej zdjęciami.

- Udanie się do Bass Harbor to musi być nasz pierwszy krok. Trzeba na miejscu zapoznać się z tym co się stało Adrianowi. Wyczuwam w jego liście jakiś dziwny strach i obawę. Wygląda na to, że wiedział co może go spotkać. To doprawdy dziwne - powiedział pastor.

- Zadziwiające - odezwał się nagle Solomon - Przyznam, że nie spodziewałem się takiego - przez moment jakby szukał odpowiedniego słowa - poruszenia. Cieszę się, iż jego życie nie było wam obojętne. Nie wiele wiem o jego badaniach, prawdę mówiąc prawie nic, ale postaram się pomóc.

- Oczywiście, postaram się służyć pomocą najlepiej, jak tylko będę mogła.
- Lucy wciąż była mocno poruszona.

- Och z pewnością będziesz mogła - dodała Samantha patrząc na kuzynkę - Pamiętam, że wuj wspominał mi o twoim zaangażowaniu w jego prace i pomocy przy wykopaliskach.

- Zatem mamy wspólny cel i zgadzamy się co do tego, iż musimy odwiedzić Bass Harbor
- rzekł Colthrust - Sugeruję byśmy spotkali się jutro, w tym miejscu, porozmawiamy i być może wybierzemy się na miejsce. Sądzę, że na dzisiaj powinniśmy skończyć, każde z nas musi parę spraw przemyśleć. O ile oczywiście nie chcecie podzielić się czymś jeszcze.

- Jeśli mamy dowiedzieć się czegoś konkretnego o jego pracy najlepiej zacząć od przeszukania papierów - powiedziała Samantha - Wiem, że wuj zawsze prowadził bardzo skrupulatne notatki. Trzeba zapytać ciocię czy jego rzeczy zostały przywiezione do domu, czy nadal są w Bass Harbor.

- Wszystkie rzeczy, które Adrian miał w Bass Harbor nadal są w wynajętym domu, który jest opłacony do końca czerwca. Rodzina, która wynajmuje tą letnią rezydencję została uprzedzona telefonicznie, że po rzeczy profesora ktoś się zjawi. Klucze trzeba będzie odebrać od konstabla - powiedział James gasząc papierosa.

- Czyli wszystkie ślady prowadzą na to odludzie. - Sam popatrzyła na swoje wypielęgnowane paznokcie. Wyglądało na to, iż nie w smak jej podróż w takie właśnie miejsce. - Mam nadzieję, że szybko uda nam się wyjaśnić co się stało.

Solomon pokiwał głową, rozmowa powoli zaczynała go już trochę nużyć, wolałby od razu przejść do działania i zacząć śledztwo, wiedział jednak, iż nie powinien się zbyt szybko wyrywać, łatwo wtedy byłoby przeoczyć pewne szczegóły.
 
__________________
See You Space Cowboy...
Bebop jest offline  
Stary 02-04-2011, 18:53   #7
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację

WSZYSCY

Kolejny dzień i kolejne spotkanie w domu zmarłego.

Deszcz nabierał siły. Grube, ciężkie krople hałaśliwie siekały ziemię w ogrodzie. Gdzieś w dali coś zagrzmiało – może tramwaj na zakręcie, a może piorun uderzający gdzieś w ocean.

Gabinet zmarłego profesora stał się mrocznym, zadymionym tytoniem miejscem. Cienie wokół rozmawiających w nim ludzi zdawały się poruszać, umykając przed mlecznym światłem lamp, niczym spłoszone jaszczurki. Coś w poruszeniach tych plam budziło niepokój.

Przez dłuższą chwilę jedynie szum ulewy i rozmowa ludzi było tym, co wypełniało przestrzeń gabinetu. Mimo, że piątka ludzi była sobie prawie obca i nawet członkowie rodziny nie mieli okazji widzieć się od dawna, połączyła ich jedna, na razie słaba więź. Tajemnica. Tajemnica śmierci Adriana. Czekająca gdzieś tam, w Bass Harbor, by ją odkryć. Co do tego byli zgodni wszyscy.

Po jakimś czasie wszystkie niezbędne słowa zostały powiedziane. Spotkają się w miasteczku. I powęszą tam, by dokopać się prawdy.

Rozchodząc się, każde z nich myślało nad treścią powierzonych im listów. Nad tym, dość niepokojącym, krzykiem zza grobu profesora Willburyego. Myśleli o nich planując podróż, pakując swój podręczny bagaż i kładąc się na spoczynek.




Miasteczko Bass Harbor leżało na sporej wyspie przyklejonej do postrzępionego pasa wybrzeża północno – wschodniej części kraju. Dość blisko granicy z Kanadą. Pięćset kilometrów od Bostonu. Ponad dwanaście godzin samochodem, gdyby ktoś zdecydował się na tak odległą, graniczącą z szaleństwem eskapadę. Przy deszczowej pogodzie było to dość nierozsądne działanie, dlatego też wybraliście prostszą i wygodniejszą formę podróży.

Porannym pociągiem do Montrealu. Wyruszał on z bostońskiego dworca o ósmej dziesięć rano i sześć godzin później zatrzymywał się w miejscowości Bangor. Potem trzeba było przesiąść się do podmiejskiego pociągu jadącego do Ellsworth i dalej – do Trenton. Stamtąd wystarczyło przeprawić się promem na wyspę i pokonać jakoś dystans piętnastu mil oddzielających Trenton od miasteczka Bass Harbor. Jeśli ktoś chciał dotrzeć do Bass Harbor z Bostonu wybierał właśnie tą drogę.

Na mapach były to tereny dzikie, pełne lasów i wysokich, poszarpanych klifów. Cała wyspa była od niedawna parkiem narodowym. Odwiedzali ją jedynie szukający spokoju letnicy.





Pociąg – masywna, dymiąca konstrukcja – ciągnąca za sobą szereg zielonych wagonów – opuścił dworzec zgodnie z rozkładam. Równo z gwizdkiem konduktora. Koleje zadbały o wygody i samopoczucie pasażerów. Wagony pierwszej klasy były wygodne, chociaż i one przy dłuższej podróży, mogły sprawić pasażerom dyskomfort. W tym celu w środku składu podczepiono wagon restauracyjny. Istny salon na kółkach, który część z podróżnych szybko mogła sobie upodobać. Tym bardziej, że pociąg był kanadyjski i ... możliwe było zakupienie na jego pokładzie niewielkich ilości alkoholu.

Część wagonu restauracyjnego przerobiono na salonkę. Przy wyściełanym zielonym suknem stoliku działało mini kasyno – ruletka, gra w kości – wszystko na niewielkie wygrane, przeznaczone do rozrywki, a nie prawdziwego hazardu.

Gorzej było w wagonach drugiej i trzeciej klasy. Ścisk. Drewniane ławki i nieprzyjemne zapachy. Na nic więcej, niż miejsce do siedzenia, pasażer nie miał prawa tam liczyć. Bilet do Bangor w klasie pierwszej kosztował dwanaście dolarów, – czyli niemało. W klasie drugiej – już pięć trzydzieści pięć, a w trzeciej – zaledwie dwa dolary i dwanaście centów.

Pogoda na całym wschodnim wybrzeżu była parszywa. Padało. Deszcz znaczył szyby i wypełniał przestrzeń pociągu specyficznym zapachem wilgoci i palonego węgla. Tylko w salonce pachniało cygarami, wodą po goleniu i smażonymi potrawami.




Bangor przywitało podróżnych opuszczających pociąg strugami deszczu i szarością. To było przytłaczające. Ponura atmosfera dworca udzielała się każdemu.

Pociąg zatrzymywał się tutaj tylko na trzy minuty i po chwili stalowa maszyna odjechała z przerażającym hałasem w dalszą podróż do Kanady. Zegar na peronie wskazywał godzinę pierwszą dwanaście popołudniu. Jednak ciężka zasłona chmur sprawiała wrażenie, jakby już zapadał zmierzch. Kolejny pociąg mieliście za czterdzieści minut.
Byliście jedynymi pasażerami, którzy opuszczali pociąg na tej stacji. Nawet, jeśli nie spotkaliście się wcześniej w pociągu, nie było teraz możliwości nie zauważyć swojej obecności.

Poczekalnia dworca w Bangor był chłodna i ponura, jak całe miasteczko. Na szczęście pociąg do Trenton przyjechał punktualnie i leniwym tempem wyruszył w stronę Trenton. Nie oferował on żadnych luksusów, jedynie twarde ławeczki do siedzenia. Do celu dotarliście kwadrans po trzeciej.




W Trenton, dworcu jeszcze mniejszym niż ten w Bangor, nie było wszędobylskich w Bostonie czy większych miastach bagażowych.
Poza dwójką innych podróżnych, wasza grupka była jedynymi wysiadającymi w tym miasteczku.
Dwójka tutejszych zabrała swoje bagaże, a wy zostaliście sami na pustym peronie. A jednak nie pustym. Powolnym, lekko rozchwianym krokiem podszedł do was człowiek w mundurze zawiadowcy stacji, pytając, czy nie potrzebujecie pomocy.

W kilka chwil później kierowaliście się już zgodnie ze wskazówkami miłego kolejarza w dół długiej, brukowanej ulicy. Padający deszcz dawał się we znaki, a – o dziwo – nie było w pobliżu żadnego środka lokomocji.

Zgodnie ze słowami zawiadowcy prom leżał niedaleko, ale szybko przekonaliście się, że słowo „niedaleko” może być dość dziwnie interpretowane przez miejscowych. Ulica ciągnęła się w nieskończoność nie oferując po drodze schronienia przed deszczem, aż w końcu wyszliście zza zakrętu i zobaczyliście szarą, wzburzoną wodę i budynek przeprawy, o której wspominał kolejarz.

Dopiero tutaj mogliście schronić się przed deszczem, lecz nie przez porywistym wiatrem wiejącym znad wzburzonej wody. Po drugiej stronie znajdowała się owa wyspa, na której drugim końcu mieściło się Bass Harbor. Z tego brzegu widzieliście jakieś zabudowania po drugiej stronie i ciemne połacie lasów na wzniesieniach. Na widok wyspy poczuliście dziwny niepokój i chłód, równie dobrze mogły to być efekty wyziębienia organizmu spowodowane spacerem na deszczu i wiejącą znad zatoki bryzą.

Ciężki dzwonek zawieszony nad zamkniętymi drzwiami miał zapewne dać znać obsłudze, że ktoś czeka na przeprawę. Minęło jednak dobrych kilka minut, nim firanka nad oszklonymi drzwiami uchyliła się i pojawiła się w niej wąska, zarośnięta i ruda twarz jakiegoś mężczyzny o ewidentnie irlandzkich korzeniach.



- Czego? – burknął niegrzecznie zawieszając jednak rozpromieniony wzrok na dziewczynach. – Czego paniusie sobie życzą? – dodał pociągając sinym nochalem.

Wyjaśniliście, w czym rzecz.

Rudzielec pokręcił głową niezadowolony, ale kilka spojrzeń Samanthy przełamało jego opory.

Narzekając na „miastowe paniusie”, na „psią pogodę” i na „Ani chwili spokoju” ubrał się w sztormiak, zszedł na nabrzeże i w chwilę później dymiący z komina, spalinowy prom odbił od wybrzeża kierując się w stronę wyspy.

Fala nie była wysoka, ale wam wydawało się, że na zatoce panuje sztorm. Rudzielec prowadził jednak statek pewnie, a wy stłoczeni w małej, zimnej i wilgotnej części dla pasażerów, mogliście jedynie obserwować zbliżające się zabudowania po drugiej stronie.
Silniki promu zawarczały, włączyły się obroty wsteczne i prom przybił do nabrzeża obijając burtę o zamontowane odbijacze.

- Dukond potem? – zapytał rudzielec, kiedy już zakończył manewr.

- Bass Harbor.

- Ustatnio wiuzłem trupa z tamtond – wyjaśnił spluwając w wodę. – Jakiś prufysor czy ktuś. Latał na golca po lesie. Khe, khe, khe – zaśmiał się przewoźnik i rozkaszlał sucho. - Miastuwi.

Udaliście, że nie słyszycie ostatnich słów. Opłaciło się. Palec rudzielca wskazał jakiś budynek nieopodal.

- Tamuj mieszka John. Mój kuzyn. Ma cienżarówkę. Za drobno opłato zawiezie was do Bass Harbur.

Splunął ponownie w wodę z zainteresowaniem przyglądając się flegmie kręcącej na wodzie.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 02-04-2011 o 19:58.
Armiel jest offline  
Stary 06-04-2011, 03:38   #8
 
Takeda's Avatar
 
Reputacja: 121 Takeda ma wyłączoną reputację
Wola zmarłego to święta rzecz z tym nie można polemizować. Adrian był moim przyjacielem i jego śmierć bardzo mną wstrząsnęła. To co się wydarzyło było tak nagłe i niespodziewane. A teraz doszły do tego wszystkiego te listy. Gdy przeczytałem list po raz pierwszy poczułem się tak, jakby to sam Adrian do mnie przemówił zza grobu. Doprawdy nie przyjemne uczucie. Trwoga i poczucie zagrożenia jak biła z listu napawała mnie prawdziwym strachem. W tej sytuacji to właśnie ja powinienem nieść innym pomoc i wsparcie duchowe, ale niestety sam też go potrzebowałem. Nie przyznałem się przed nikim, że się boję ale taka właśnie była prawda. Zamiast jechać do Bass Harbor wolałbym wrócić do siebie i szukać pociechy w modlitwie i słowach naszego Pana.
Nie mogłem jednak odmówić udziału w tej wyprawie mimo, że wiedziałem jak daleko jest Bass Harbor i jak osobliwe to miejsce. Nie chodziło bynajmniej o konwenanse. Te były w tej sytuacji na drugim planie. Byłem to winien Adrianowi za te wszystkie lata naszej przyjaźni.

Tuż przed wyjazdem udałem się na zakupy oraz do banku. Podjąłem z konta niewielką ilość gotówki, by móc czuć się swobodnie wśród otaczających mnie ludzi. Część z nich wyraźnie wyglądała na zamożnych, ale mimo to nie zamierzałem liczyć na ich łaskawość i dobroczynność.
Udałem się do domu towarowego i kupiłem płaszcz przeciwdeszczowy, parasol, ciepły sweter i gumowce. Znam stan dróg w małych miasteczkach, a biorąc pod uwagę ostatnie opady deszczu wolałem uniknąć przemoczenia i choroby. W salonie papierniczym kupiłem skórzany i komplet ołówków. Mieliśmy bądź co bądź prowadzić coś w rodzaju śledztwa, więc pewne informacje trzeba będzie zapisywać. Nie wiem jak inni, ale ja często zapominam istotne rzeczy jeżeli ich nie zapiszę. Miałem co prawda swój notes, ale był to rodzaj osobistego dziennika wolałem, więc by takim pozostał. Pióro także miałem, ale mimo przymiotnika wieczne wiadomo było, że ołówek w terenie jest bardziej pewnym narzędziem pisarskim.
Moja zapobiegliwość aż mnie samego zaskakiwała. Pomyślałem jeszcze o latarce i paczce Aspiryny na wypadek przeziębienia.
Tak wyposażony pojawiłem się na dworcu.

Podróż była dla mnie istnym koszmarem. Druga klasa nigdy nie oferowała luksusów, ale to co musiałem przejść... Boże....Kochać trzeba wszystkich tą samą miłością, sam to często powtarzam moim wiernym, ale... ten smród bijący od siedzącego obok mnie mężczyzny był wprost nie do wytrzymania. Przemęczone ciało robotnika, które nie miało kontaktu z wodą od co najmniej tygodnia. Przesiadłbym się, ale niestety w pociągu panował taki ścisk, że nijak nie mogłem tego zrobić. Musiałem się więc męczyć tym fetorem przez kolejne sześć godzin. Wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę i udając przeziębionego zatykałem nos.

W Bangor mieliśmy tyle czasu, by spokojnie się odnaleźć na dworcu i bez pośpiechu poczekać na podmiejski pociąg do Trenton. Ucieszyłem się na widok znajomych twarzy i wspólną dalszą podróż. Wszyscy wyglądali na zmęczonych, a perspektywa czekającej nas jeszcze drogi wcale nie poprawiała nastroju.
Czas do przyjazdu pociągu spędziliśmy w zimnej poczekalni, pełnej przeciągów i zapachu wilgoci. Niestety to nie był Boston i o kafejce z gorącą kawą, czy herbatą można było zapomnieć. W myślach przeklinałem się, że zapomniałem w moich sprawunkach o tak podstawowej rzeczy na wyjazdach jak termos.
Pociąg na szczęście przybył zgodnie z rozkładem, więc mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.

W Trenton dzięki miłemu zawiadowcy stacji dość szybko dotarliśmy do przeprawy na wyspę. Słysząc, że czeka nas mały spacer uśmiechnąłem się na myśl o zakupach jakie poczyniłem. Wyjąłem z walizki płaszcz przeciwdeszczowy i z dumą założyłem go przy wszystkich, jakby był to jakiś pierwszy krzyk mody prosto z Paryża. Tak zabezpieczony z radością użyczyłem mego parasola damą z naszego towarzystwa.

Nasz długi jak się okazało spacer zakończył się w budynku przeprawy, które lata świetności miał już dawno za sobą. Popatrzyłem na majaczący na horyzoncie zarys wyspy, która była naszym ostatecznym celem. Emanowała od niej dziwna i niepokojąca mnie moc. I choć zrzucałem to na karb zmęczenia i świadomości, że to właśnie tam zakończył swój ziemski żywot mój bliski przyjaciel, to i tak moje nerwy były na granicy wytrzymałości. Marzyłem już o znalezieniu się w ciepłym zaciszu jakiegoś miejscowego hotelu i wypiciu filiżanki herbaty.

Gdy ujrzałem twarz naszego przewoźnika poczułem ukucie w sercu. Ten tym ludzi zawsze działa na mnie w ten sposób. Degeneracja i upadek do jakiego się doprowadzili napawał mnie strachem i lekkim wstrętem. I choć ganiłem się za tak pobieżne i grzeszne ocenianie ludzi to i nie potrafiłem się przemóc, by obdarzyć go choć cieniem uśmiechu.
Moje obawy szybko się potwierdziły. Mężczyzna okazał się nie tylko gburem i pijakiem, ale także osobą pozbawioną jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Tylko takie osoby wszak pozwalają sobie na niewybredne żarty na temat śmierci i tragedii innych.
W milczeniu zniosłem te wulgarne wygłupy na temat śmierci mego przyjaciela. Uświadomił mi one jednak w jak dziwnych okolicznościach Adrian rozstał się z tym światem.
- Jakiś prufysor czy ktuś. Latał na golca po lesie. Khe, khe, khe...
Adrian został znaleziony w lesie odziany tylko w nocną koszulę. Niewiarygodne. Fakt ten dopiero teraz poraził mnie z całą mocą swoim okrucieństwem i absurdalnością. Adrian zginął nago w lesie i to ponoć w skutek zawału.
Mój przyjaciel mógł być uznawany przez nie których za ekscentryka, ale nie do tego stopnia.

Gdy usłyszałem jak nasze przewoźnik poleca na usługi swego kuzyna, aż zbladłem. W żadnym razie nie miałem ochoty na poznawanie rodziny tego wulgarnego typa. Jak tylko postawiłem nogę na stałym lądzie podzieliłem się moimi obawami z towarzyszami.
- Jeżeli kuzyn naszego przewodnika jest podobnym typem człowieka - rzekłem półgłosem - To ja jednak wolałbym znaleźć inny środek transportu. To grzech tak dyskwalifikować ludzi, ale czuję dziwny niepokój patrząc na tego człowieka - dokończyłem głową wskazując rudego mężczyznę.
- To długa droga - stwierdził Solomon - Myślę, że możemy z nim chociaż porozmawiać.
- Ma pan chyba rację - zgodziłem się, choć mój drżący głos mówił co innego - Ruszajmy zatem. Ta pogoda jest okropna. Chciałbym się napić już ciepłej herbaty i troszkę ogrzać.
- Oj Pastorze wielebny, dobrze, że w pokorze swojej przyznaliście się do grzechu. Ale odwagi. Wszak i Pan Jezus z celnikami, złodziejami i ladacznicami się otaczał wybierając ich towarzystwo nad współczesnych mu dżentelmenów faryzejskich. - James wtrącił rozbawionym tonem. - Ludzie prości są takimi samymi świniami jak i ci z manierami, zapewniam ojca Twinkeltona. - Czasem może tylko ci drudzy mniej śmierdzą. Ciężarówka to nie taksówka lecz może nasze damy przymkną oko na tę nie dogodność tratując ją jako przygodę? - zagadnął.
- Nie chodzi o to, że boję się prostych ludzi, panie Walker. Na co dzień pracuję właśnie z takimi ludźmi, ale ten który nas tu przywiózł... No cóż, jak to powiedzieć... Widzę w nim pewien rodzaj zachowania, który nie wróży nic dobrego.
- Zatem zdajmy się na wiarę. Wróżby zostawmy Indianom - zaproponował z uśmiechem.
- Dziękuję panu, panie Walker. To co się stało z Adrianem i to miejsce źle na mnie wpłynęło. To ja powinienem dawać innym wiarę i nadzieję, a tu taki wstyd. - powiedziałem pochylając ze smutkiem głowę.
- Ojcze, bez przesady. To całkiem zrozumiałe. W końcu to na wyspie Adrian zginął, niejako na miejscowych wytykając palcem między wierszami, co najmniej co do zaufania w nim pokładanego. Niemniej abyśmy nie dali się zwariować, nie każdego miejscowego trzeba tak w jeden worek wrzucać. A swoją drogą wygodniej by mi było, gdyby ojciec po imieniu mi mówił, darując sobie etykietę. - dodał przyjaźnie.
- Jak pan... to znaczy, jak sobie życzysz James. Masz zupełną rację. Muszę się wziąć w garść. Gorąca herbata i odpoczynek na pewno mi pomogą i wtedy będę bardziej użyteczny. Ludzie mieszkający w takich małych społecznościach, z dala od cywilizacji mają specyficzne zachowania, ale zapewniam, że potrafię do nich dotrzeć. Proszę wybaczyć mi tę chwilę słabości.
- Oh nie było tematu. W przydatność ojca ani przez chwilę nie wątpiłem. Odrobina herbaty z odrobiną rumu zmyje zmęczenie podróży.
- Raczej unikam alkoholu, ale w tej sytuacji... -powiedziałem zawstydzony - Tylko nie wiem, czy dobrze na samym początku znajomości z miejscowymi pytać ich o dostępność alkoholu. To rzuciłoby na nas całkowicie złe i mylne światło.
- Jakby się pastor jednak przełamał, to mam buteleczkę przedniego rumu. Obiecuję nie myśleć nic gorszącego. - powiedział odpalając papierosa.
- Dobry z pana.. przepraszam.. dobry z ciebie człowiek James. O tym rumie do herbatki to porozmawiamy jeszcze jak już będziemy na miejscu. Teraz chodźmy już do naszego potencjalnego kierowcy - uśmiechnąłem się. Rozmowa z Jamesem wyraźnie poprawiła mi humor. Jego radosne podejście i serdeczność były jak balsam na moją duszę. Zazwyczaj to jak się tak zachowuje, ale widać tragedia Adriana wstrząsnęła mną bardziej niż mogłem przypuszczać. Muszę się wziąć w garść. Na żałobę, ból i łzy przyjdzie jeszcze czas. Teraz muszę się skupić na wypełnianiu ostatniej woli mego serdecznego przyjaciela.
 
__________________
"Lepiej w ciszy lojalności dochować...
Nigdy nie wiesz, gdzie czai się sztruks" Sokół
Takeda jest offline  
Stary 08-04-2011, 08:28   #9
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 5421 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
James przyjechał pod dom Willburych niedzielnego popołudnia prosto z biblioteki. Po wymianie grzeczności przeszedł do sedna sprawy upewniając się czy oby Lukrecja nie ma nic przeciwko przeszukaniu gabinetu Adriana, biblioteki profesorstwa i ich rodzinnego sejfu. Jako, że ani ona, ani najbliższa rodzina nie wyraziła sprzeciwu Walker w towarzystwie adresatów tajemniczych listów, z wyjątkiem nieobecnej kuzynki Lucy, wziął się za rewizję domu. Żałował, że panna z Miami nie pojawiła się, bo w gruncie rzeczy nie był pewien czego tak do końca szukać. Ufał, że panna Lucy będzie wiedzieć na pewno. Jako, że niczego w domu nie znaleziono istotnego dla śledztwa James pożyczył sobie kilka książek z księgozbioru Adriana i odmawiając grzecznie Lukrecji kolacji zaczął zbierać się do wyjścia.

- Szkoda, że kuzynki Lucy nie ma dzisiaj z nami. - powiedział James zerkając na zegarek. - Dłużej niestety czekać nie mogę. Do zobaczenia jutro na stacji. - kłaniając się opuścił dom Willburych.



* * *



W pociągu do Bangor James daremnie oczekiwał kuzynki Lucy z którą nie mógł się doczekać by zamienić kilka słów. Miał nadzieję, że i ona po przeczytaniu listu Adriana i mając niedzielę na przemyślenie tematu okaże się skora do dyskusji o podjęciu pierwszych kroków do rozwikłania tajemnicy otaczającej śmierć Willburiego. Co jak co, ale ona przecież miała w nowym świetle postawić badania profesora. Wszak była jego najbliższym współpracownikiem. Nie doczekawszy się w jej w wagonie pierwszej klasy bez namysłu ruszył przez pociąg. Mijając podróżnych widział ojca Twinkletona jak biedak męczył się z katarem okrywając chustką nos przy uchylonym oknie, lecz zapatrzony w mijający krajobraz nie zauważył gestu wesołego skinienia jaki posłał mu James przeciskając się przez zapocony tłum podmiejskich pasażerów zapewne jadących do pracy w okolicznych kopalniach.

Znalazł ją w końcu i ku jego zdziwieniu nie okazała wcale entuzjazmu lecz raczej tylko taktowną grzeczność na jego widok. Siadając naprzeciw zajął się przeglądaniem książki z gabinetu Adriana, tak naprawdę zastanawiając się jak przełamać pierwsze lody z pogrążoną zapewne w głębokim żalu dziewczyną. Jakże się zdziwił po ich krótkiej rozmowie. Kuzynka wręcz stwierdziła, że jakoby miała cos wspólnego bliżej z badaniami Adriana jest co najamniej nieporozumieniem. Sugerowanie Jamesowi konfabulacji profesorskiej, dobitnie uwieńczonej w liscie, wraz z rewelacją o emocjonalnym zaangażowaniu profesora w system wierzeń Indiańskich zbił kompletnie z tropu Walkera wyprowadzając go przy tym z równowagi. Ciekawe co na ten temat powiedziałby pastor, który wszak równie dobrze wiedział jak James, że Adrian był osobą głęboko wierzącą. Bynajmniej heretyczną. Podczas rozmowy czuł, że kuzynka Lucy coś skrywa, bo gubi się nieco, chociaż wydaje jej się, ze nadrabia maską kobiecości i sprytu. Może to faktycznie jej chęć trzymania wiedzy przy sobie? Wszak to środowisko hermetyczne o którym wspominała? W każdym bądź razie Walker odniósł wrażenie, że Lucy jednak zależy na sprawie. Widać dziwne, emocjonalne podejście. Zaangażowanie, którego nie dało się nie odczuć na własnej skórze. Późniejsza zmiana podejścia do Jamesa, która uwieńczona została wycieczką do wagonu restauracyjnego utwierdziła go w przekonaniu, że niegroźna i dość sympatyczna młoda dama próbuje mieć własne sekrety. I to nie dawało spokoju Walkerowi. Zaczynał mieć lekkie obawy co do wiarygodności kuzynki z Miami. Wniosk był jeden a w zasadzie dwa, że dziewczyna wie więcej, niż mówi, albo mniej. Niezależnie od wariantu jeśli nie kłamie to również nie mówi prawdy do końca.



* * *




W wagonie do Montrealu jechali już wszyscy razem w komplecie.

- Porucznik został w armii po wojnie? - James zagadnął Solomona. - Ja również w takim stopniu we Francji służyłem. Co prawda przez rok tylko jak do wojny w jej końcu się włączyliśmy, ale jednak i mnie nie ominęło to piekło. Gdzie akademię pan kończył?

- Po prostu Solomon - odrzekł i wysunął w kierunku mężczyzny swą dłoń - Póki co jestem w cywilu. - Uśmiechnął się nawet przyjaźnie. - Kończyłem West Point i tak, dalej jestem w wojsku, chyba za bardzo się przyzwyczaiłem żeby odejść.

- West Point... - James zamyślił się uścisnąwszy prawicę porucznika - No tak! To stamtąd, choć na pewno nie ten sam rocznik - myślał głośno - albo dzięki zdjęciom rodzinnym profesora kojarzyłem cię z widzenia. No to podziwiam, mimo przyzwyczajenia. Ja z armią nie chciałem już mieć nic do czynienia. Ot może tylko tyle, że Biuro do spraw Indian jest przy Departamencie Wojny. Całe szczęście moja praca nie niewiele wspólnego ani z wielkim światem polityki ani z wojskiem. Adrian wspominał mi o tobie, gdy opowiadałem mu o wynalazkach ludzkich do wzajemnego wyrzynania się na masową skalę. Przykro mi, że poznaliśmy się w tak tragicznych okolicznościach.

- Rozumiem, nie każdy lubi takie życie. Żałuje, że nie udało mi się spotkać z Adrianem wcześniej, teraz już na to za późno. Długo się znaliście? Często pisałem do Adriana, ale nie często wspominał o swoich znajomych.

- Niezbyt długo. Zaledwie dwa lata. Choć wrażenie miałem i mam jakbym znał go całe życie. Ułatwiałem mu pracę na terenie rezerwatów. Okazało się, że Adrian jest... był, człowiekiem niezwykle wyjątkowym. Mieszkał u mnie niejednokrotnie podczas pobytu u Indian w Maine. Tak się znajomość rozwinęła w interesującą przyjaźń. Byliśmy z dwóch różnych światów, a jednak łączyło nas wiele. - westchnął Walker patrząc przez szybę.

Myślami zaczynał błądzić wśród spowitych mgłą, dymem i trującym gazem wijącymi się między kłębowiskiem zasieków drutu kolczastego w którym zaplątane leżały ciała młodych chłopców i dojrzałych mężczyzn. W cierpliwym znieruchomieniu kołysani wiatrem oczekiwali tej krótkiej chwili zawieszenia broni na zbieranie zabitych i rannych. Obojętni już na skaczącymi sobie do gardła ludzi zakopanych w rowach okopów po obu stronach ziemi niczyjej.

- Wuj potrafił dotrzeć do ludzi. - Wtrąciła milcząca dotąd Samantha. - Dla każdego zawsze miał czas i potrafił słuchać.

Dźwięczny głos kobiety wyrwał Jamesa z zadumy.

- No właśnie. Tej cechy brakuje mi u samego siebie. Takich ludzi jak on ze świecą szukać po świecie. Przy całej swojej archaicznej prostocie archeologa był niesamowicie nowoczesnym człowiekiem, którego sposób myślenia w wielu kwestiach wyprzedzał nasze pokolenie. - James odpowiedział Samanthcie.

Kobieta rzuciła Solomonowi rozbawione spojrzenie, które nie mogło umknąć Jamesowi, a potem popatrzyła na niego:

- Zapewniam pana, że nikt tego lepiej nie wie niż ja.

- Wystarczy James. – powiedział pogodnie - Panowie zostali w Bostonie. - przyjrzał się bliżej milczącej dotąd kobiecie, którą musiał czymś rozbawić w swojej wypowiedzi, bo w jej oczach, kąciku ust i tonie wypowiedzi ostatniego zdania znalazł niespodziewaną lekką wesołość trącającą ironią.

- Proszę więc mówić do mnie Sam, James - Skinęła mu głową. - Wuj tak zawsze do mnie mówił, czym wywoływał niezadowolenie ciotki Lukrecji. Uważała, że to absolutnie nie pasuje do dziewczynki.

- Eh te konwenanse... - James wyciągając papierośnicę częstował rozmówców zaczynając od kobiet. - Czym się Sam zajmujesz w życiu? Z tego co widzę jesteś panną, więc do obrazu kobiety wychowującej mężowi dzieci jeszcze nie pasujesz. - zaśmiał się choć w duchu nieśmiało mając nadzieję, że nie przesadził ze spoufalaniem się.

- Konwenanse są zabawne. Tak przyjemnie jest je łamać - Powiedziała Samantha biorąc papierosa, a potem wyciągając z torebki długą lufkę nałożyła go na nią i podsunęła mężczyźnie by go zapalił. Zaciągnęła się powoli i jeszcze wolniej wypuściła dym. Popatrzyła na Jamesa spod czarnych rzęs:

- A do jakiego obrazu według ciebie pasuję? - Powiedziała kokieteryjnie wydymając usta.

Dotychczasowa nieśmiałość której odrobina zawsze trzymała się Jamesa przy całej jego bezceremonialności teraz rozwiała się jak kłąb dymu pod wpływem machnięcia ręki. Samatha była uwodzicielską kobietką, która jak się okazało uwielbiała flirtować.

- Zdecydowanie bardziej do fotografii jak obrazu - odpowiedział odpalając i sobie papierosa. - Nowoczesnej i kolorowej, choć tego pewnie nie doczekamy się w naszym stuleciu. – wtrącił ostatnie zdanie już całkiem niepotrzebnie przez chwilę żałując, że nie podjął wyzwania kobiety.

- I to nie byle jakiej fotografii. - Wtrąciła niewinnie Judy, patrząc uważnie na drugą kobietę. - Taka uroda potrzebuje odpowiedniej oprawy, jak mówi James.

Walker nie potrafił ani nie zgodzić się z kuzynką Lucy ani zmyć z twarzy pogodnego wyrazu aprobaty kiedy w milczeniu pokiwał głową obserwując siedzącą naprzeciw, obok Solomona Sam.

Samantha popatrzyła na rozmówczynię rozbawiona:

- Nie wiedziałam droga kuzyneczko, że masz takie interesujące preferencje.

Podająca się za kuzynkę Lucy dziennikarka odrzekła na to w naprędce jakby zdziwiona pytaniem z odpowiedzią.

- Preferencje? Wuj Adrian był wystarczająco nowoczesny, by być dumnym z Twojej kariery.

- Kariery? Czyżbym dobrze słyszał? - wpadł w słowo Walker - Przepraszam za przerywanie, ale nie mogłem się powstrzymać. - Interesujące. Adrian słowem nie wspomniał mi o tym. - jakby zasmucił się trochę zawstydzony brakiem takiej wiedzy. Czyżby Samantha była aktorką a on był na tyle zacofanym prowincjonalistą zaszytym w głuszy indiańskich rezerwatów, żeby to przeoczył? Czyżby puścił mimo uszu takie informacje z ust Adriana. Jednak rzeczywiście nie potrafił wcale słuchać. A czymże jeśli nie tym jest fundament prawdziwej przyjaźni?

Rozbawienie zniknęło z twarzy panny Halliwell:

- To dziwne... - popatrzyła uważnie na Lucy - mnie tego w ten sposób raczej nie przedstawiał...

- Teatr to nic złego... W erze filmów kinowych, profesja aktorki jest już bardziej szanowaną. - Mruknęła Judith, wycofując się z beztrosko rzuconych słów.

- Tylko że ja chyba pokazuję zbyt wiele, nawet jak na dzisiejsze nowoczene czasy - Sam ponownie wydawała się rozbawiona.

- Tę część wuj pozostawił zakrytą dla moich dziewczęcych uszu. - Uśmiechnęła się niepewnie. - Ale i tak, świadczy to o atencji, jaką cię obdarzał, kuzynko.

Walker słuchając mimowolnie zrobił wielkie oczy, lecz w porę ugryzł się w język i uśmiechając się do kobiet zapytał tylko.

- A jednak artystka? Brawo! Ciekawy zawód. - powiedział entuzjastycznie z aprobatą. - W średniowieczu niestety zrównany z poziomem najstarszych zawodów świata. Jak dobrze żyć w XX wieku, gdzie ludzie tylko w prowadzeniu wojny zezwierzęcili.

- Nie sądzę by nasz szacowny pastor myślał podobnie - Powiedziała Sam wypuszczając kolejne kłęby dymu i spoglądając prowokująco na milczącego dotąd Bożego Sługę.

- To by chyba zależałoby od tego co jest na deskach pokazywane? Nieprawdaż ojcze Twinkelton? - wtrącił James dusząc śmiech również patrząc na duchownego.

- Nie wiem, czy dobrze państwa rozumiem - powiedział niepewnie duchowny, towarzystwo wyzwolonych kobiet i nie przestrzegających konwenansów mężczyzn działało na niego dość deprymująco. Pastor był człowiekiem hołdującym starym ideałom i na nowinki patrzył z rezerwą i dystansem - Jeżeli panna Halliwell występuje w teatrze lub w filmie to nie ma w tym nic zdrożnego. Choć słowa, że pokazuje zbyt wiele mogą sugerować dość nieprzyjemne konotacje. Mam nadzieje, że nie występuje pani w tych lokalach opanowanych przez mafię, gdzie lubieżni mężczyźni oddając się hazardowi otaczają się wianuszkiem roznegliżowanych kobiet.

- Ojcze, podoba mi się tok waszego rozumowania, jednak chodziło mi raczej o to co jest pokazywane w znaczeniu konkretnych tytułów sztuk raczej, jak dosłownego pokazywania kobiecego ciała. - opowiedział Walker wesoło. - Czyżbyś Sam miała jednak coś innego na myśli? Jesteś aktorką czy kabaretką? Czy jednym i drugim i wybacz mi rozbudzoną przez ciebie i wielebnego ciekawość?

- Kobieta powinna być spowita w tajemnicę - wyszeptała głębokim, uwodzicielskim głosem jednocześnie z rozbawieniem spoglądając na wszystkich mężczyzn po kolei.

Pastor albo nie zrozumiał żartu jaki rozbawił jego towarzyszy, albo po prostu był oburzony ich tematem i z poważną miną spojrzał w okno.

- Same tajemnice mnie otaczają... - rzucił James rozkładając ręce i przenosząc wzrok od Samanthy do Judith.

- Chyba nie masz nic przeciwko kobietom spowitym tylko w tajemnice James? - Panna Halliwell popatrzyła prosto w jego oczy.

- Nic a nic. O ile tajemnice nie są mroczne a prawda skryta pod nimi jest piękna. - odpowiedział z uśmiechem zaglądając w jej duże oczęta.

- Państwo wybaczą... - rzekł niepewnie pastor - Może moje postrzeganie żałoby jest zbyt staroświeckie dla państwa, ale moim zdaniem takie zachowanie i tego typu żarty nie uchodzą po prostu.

Wielebny Twinkelton wstał i odszedł kilka kroków od grupy, by pogrążyć się w zadumie.

Samantha także wstała i ruszyła w kierunku wielebnego.

- Dla niego nasza żałoba już nic nie znaczy, a i nam się nie przyda - wtrącił dziwnie rozdrażniony Solomon.

James stojąc zerknął w stronę chrześniaka Adriana trochę zaskoczony trafnoscią uwagi i usiadł na miejsce kiedy obie kobiety podążając za pastorem już opuściły ich towarzystwo. Następnie odprowadzając wzrokiem pastora i Samanthę do których dołączyła ta intrygująca kuzynka Lucy, powiedział mniej spokojnie niżby sobie tego życzył, ni to do Solomona, ni do siebie, rzucając słowa jakby w przestrzeń.

- Brakuje tylko by wpaść w szeroko otwarte ramiona melancholii. Na żałobę przyjdzie czas jak poniosą karę odpowiedzialni za śmierć Adriana. Wtedy będę mógł go na zawsze pochować w pamięci na wieczne odpoczywanie na łonie Pana jak mówią z ambon. Z czystym sumieniem. Czyż nie jest napisane, że są tacy co po rogach ulic wystają modląc się i płacząc lamenty? - zamilkł nie kończąc wywodu by nie dać po sobie poznać, że się zdenerwował.

Walker dosyć miał śmierci i rozpaczy. Sama w sobie jest na tyle straszna, co naturalna i nieunikniona. Gdyby nie udział w Wielkiej Wojnie być może podobnie jak pastor wzdychałby do nieba gorzkie żale kontemlując tajemnicę śmierci i zbawienia. Wtedy zaś tylko nie mógł zrozumieć dlaczego przewoźnik dusz jako rzemieślnik skupia się na doczesnych szczątkach ich właścicieli pogrzebanych sześć stóp pod ziemią zamiast na ich tej nieśmiertelnej części? Czyżby tak przezywał okoliczności śmierci profesora? Może raczej przezywał kryzys wiary i nie mógł zaakceptować woli Pana Boga, która przez zaniechanie dopuściła w swoim wielkim planie do przedwczesnego odejścia Adriana?

Walker siedział w milczeniu razem z Solomonem w szybie obserwując kobiety, które w oddali trzęsącego się wagonu rozmawiały z naburmuszonym pastorem. Pomimo dyskretnego nastawiania ucha doleciały do niego jedynie strzępy ich rozmowy na podstawie których wnioskował, że zamiast przeprosin wielebny Twinkleton otrzymał chyba raczej całkiem cos innego wnioskując po buńczucznej minie kuzynki Lucy. Jej zachowanie dziwiło Jamesa niezmiernie. Musiała być albo niesamowicie rozbita emocjonalnie śmiercią Adriana przeskakując w nastrojach emocjonalnych jak prawdziwa dama w okresie menstruacyjnym lub po prostu miała niezły charakterek, o czym kochany profesor już nie wspomniał. Tylko ciekawe czy umyślnie to zrobił? - zaśmiał się w duchu Walker.

Kiedy Samantha wróciła do młodszych mężczyzn usiadła grzecznie niczym pensjonarka.

- Cóż... jeden mój młodociany znajomy skomentowałby to chyba tak: “O rany! Paniusiu! Ale się narobiło!” Mam wrażenie jakbym otwarła puszkę Pandory.

Więc jednak nie obyło się bez pierwszego ścierania się sutanny o suknię. - pomyślał kryjąc tym razem rozbawienie.

- Hah! Opuszczę dość niewybredny dowcip który słyszałem od jednego z Indian jakiś czas temu. - powiedział zmieniając celowo temat zerknąwszy na zegarek. Już niedługo. Bass Harbor. Trzeba będzie rozweselić nieco pastora, dokończył w myślach.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill

Ostatnio edytowane przez Campo Viejo : 08-04-2011 o 08:48.
Campo Viejo jest offline  
Stary 08-04-2011, 12:09   #10
wiedźma
 
Eleanor's Avatar
 
Reputacja: 3138 Eleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputację
Niedzielne spotkanie w domu wujostwa, po za podjęciem decyzji o wyjeździe w poniedziałek rano, niewiele wniosło do śledztwa w sprawie Adriana. Skoro jednak wszystkie jego ostatnie notatki o materiały pozostawały w Baas Harbor nie było w tym nic dziwnego. Dziwne było jednak to, że Lucy nie stawiła się na nim. Ciekawe jakie ważne sprawy ją od tego odciągnęły?
Ze względu na umówione wieczorem spotkanie z Alanem Croslandem, nie została na kolacji u ciotki. Mężczyzna zaskoczył ją. Nie sądziła, słysząc o jego dotychczasowych osiągnięciach, że jest taki młody, był chyba w jej wieku lub niewiele starszy, i jednocześnie tak cudownie ogarnięty pasją. Jego entuzjazm był zaraźliwy, ale niestety z tego co dziewczyna zdołała stwierdzić w wyniku rozmowy, do nakręcenia fabularnego filmu, w którym dźwięk nie będzie tylko muzycznym podkładem, była jeszcze daleka droga. Mimo to jednak spotkanie było naprawdę przyjemne i inspirujące. Samantha doszła do wniosku, że po rozwiązaniu sprawy śmierci wuja powinna spróbować szczęścia w Hollywood. Nic jej już nie trzymało po tej stronie kontynentu, więc dlaczego nie zmienić swego życia?
Do hotelu wróciła dobrze po północy, ale napisała jeszcze telegram do Denisa. Postanowiła oddać go do wysłania rano przed wyjazdem służbie hotelowej. Mężczyzna z pewnością będzie rozczarowany kiedy się dowie, że ona nie wraca na razie do Nowego Yorku. Sam nie była jednak pewna czy teraz jest odpowiedni moment na pogłębienie tej znajomości. Będzie pewnie sporo czasu na przemyślenia, w tej zabitej dechami dziurze w Nowej Anglii do której musiała jechać.

***

Pierwsza część podróży minęła spokojnie. Pozostali uczestnicy wyprawy, choć z pewnością jechali tym samym pociągiem jakoś nie rzucili jej się w oczy. O tak nieludzkiej porze, nigdy nie była w nastroju do towarzyskich konwersacji, więc nawet nie próbowała ich szukać. Paskudna pogoda współgrała z jej nastrojem. Samantha nigdy nie lubiła Nowej Anglii, zbyt mocno kojarzyła jej się z półrocznym zesłaniem na pensję panny Prudence Larusse.

Spotkali się dopiero na stacji w Bangor. Na szczęście nie musieli długo czekać na kolejny pociąg. tym razem wszyscy usiedli razem i James Walker, najwyraźniej najbardziej w tym towarzystwie zainteresowany zacieśnieniem więzi i dowiedzeniem się czegoś o swych współtowarzyszach, rozpoczął rozmowę, do której w końcu przyłączyła się i Samantha. Nie sądziła, że ich prowadzona w lekkim tonie konwersacja tak bardzo zgorszy pastora. Ze wspomnień jakie zachowała po wuju, sądziła że jego przyjaciel będzie miał mniej ciasne i purytańskie poglądy. Najwyraźniej jednak nie znała go tak dobrze jak myślała. Zresztą przez lata ludzie się zmieniają, a ona nie była z nim blisko od prawie dziewięciu lat.

Kiedy więc wyraźnie oburzony mężczyzna oddalił się od nich, Samantha także wstała i ruszyła w kierunku wielebnego. Nie należało zaczynać śledztwa w sprawie śmierci wuja niepotrzebnymi sporami z jego przyjacielem:
- Proszę się na nas nie gniewać pastorze. Każdy człowiek na swój sposób radzi sobie z bólem. Kiedy umarli moi rodzice, wuj Adrian zabrał mnie do siebie do gabinetu, posadził na kolanach i powiedział, żebym nie płakała bo oni są już w lepszym świecie i na pewno byliby szczęśliwi gdybym i ja była szczęśliwa. Że bardziej uraduje ich mój śmiech niż płacz i smutek, ponieważ jeśli ludzie kochają naprawdę, pragną by ci, których ukochali byli szczęśliwi.
- To bardzo podobne do Adriana
- powiedział ze smutkiem w głosie pastor - Jednak zarówno w tej, jak i wielu innych sprawach się różniliśmy. Zmarłym należy się choć chwila zadumy i refleksji. Tym bardziej komuś kto odszedł w takich okolicznościach. Ja wiem, że wy młodzi inaczej podchodzicie do wielu spraw. Jednak w waszym pędzie do nowoczesności nie możecie jednak zapomnieć o pewnych rzeczach, które są na tym świecie stałe i niezmienne. A jedną z tych rzeczy jest właśnie żałoba. Nie da się jej przeżywać z uśmiechem na ustach.
- Tutaj pastor się myli. Słyszał pan o “Krainie uśmiechu?” Uśmiech na ustach na dobre i złe, nikt nie odgadnie, że prawdy są dwie - inna dla siebie i dla świata... Albo Indianie? Wuj opowiadał mi kiedyś, że swoich zmarłych czczą pieśnią i tańcem. Myślę, ze żałoba bardziej potrzebna jest tym którzy pozostają by pogodzili się ze swoją stratą niż tym, którzy odeszli. Widzi pastor... ja nigdy się nie pogodzę ze śmiercią wuja. Tak jak nie pogodziłam się z tym, że moi rodzice zostawili mnie kiedy miałam pięć lat. Co z tego że umarli? Jeśli tak miało być to dlaczego nie zginęłam razem z nimi?
- Indianie to poganie i daleko im do naszych etycznych standardów
- rzekł już mocniejszym tonem wielebny Twinkelton. - Nie można przyrównywać ich pogańskiej moralności i zwyczajów do nas. Spierałem się na ten temat wielokrotnie z Adrianem. Moja postawa była i pozostanie niezmienna. Naszym celem nie jest zrównanie się z nimi, ale wyniesienie ich do prawdziwej godności człowieka. Nakłonienie ich do porzucenia bożków i wskazanie drogi do zbawienia.
Samanthę zaskoczyła reakcja wielebnego. Z całej jej wypowiedzi uchwycił się tej według niej najmniej istotnej jej części, dotyczącej czerwonoskórych. Niewiele ją obchodziły ich wierzenia. Przytoczyła to tylko jako pewien przykład. Nie sądziła, że jej słowa rozpętają burzę, której źródłem okazała się kuzynka Lucy. Nie miała ochoty przysłuchiwać się ich dyskusji, a na udobruchanie starszego mężczyzny nie było w tym momencie szans. Obrzuciła dziwnym spojrzeniem swoją krewną i powróciła do pozostałych uczestników tej dziwnej wyprawy.

***

Dalsza część podróży minęła spokojnie. Chyba wszyscy mieli dość spięć jak na jeden dzień.
Trenton okazało się zapyziałą dziurą, bez porządnej obsługi i bagażowych. Zresztą niczego innego Sam nie spodziewała się po tym zapyziałym kawałku świata. Dlatego przezornie spakowała tylko jedną walizkę i pudło na kapelusze, resztę bagaży odsyłając z hotelu do domu cioci Lukrecji, oczywiście za jej pełną aprobatą. Miała nadzieję, że nie zostaną tutaj długo. Droga do przystani była koszmarem w końcu jednak udało im się tam dotrzeć, a nawet znaleźć jakieś brakujące ogniwo w teorii Darwina, które miało ich przewieść na wyspę. Naprawdę trudno było kogoś o takiej fizjonomii nazwać człowiekiem. Przynajmniej jednak, mimo sporych obaw panny Halliwell, okazał się kompetentny i bez większych problemów przeprawił wszystkich na wyspę, a nawet zasugerował jak się dostać na drugi jej koniec, a potem szybko odpłynął.

Po drodze do wskazanego przewoźnika mężczyźni wdali się w jałową dyskusję czy skorzystać z tej propozycji.
Sam, mimo parasola, w który zaopatrzyła się przed podróżą była całkowicie przemoczona. Teraz chciała po prostu jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś suchego miejsca i powoli zarówno sposób jak i warunki podróży zaczynały jej być całkowicie obojętne.
 
__________________
The lady in red is dancing in me.
Eleanor jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:11.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166