![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #41 |
![]() | Edward Straco Nie mogąc już dłużej znieść milczącego spojrzenia bosmana, odwrócił się do prawej burty, z furią wbił scimitar w deski podłogi po czym usiadł na koi, bo lekko chwiał się na nogach. Kciukiem prawej dłoni mocno przetarł zmarszczone czoło czoło. -Chuj wam w dupe! - Jęknął. Znaczyło to mniej więcej, że się zgadza. Siedział tak przez moment i gapił się bezmyślnie w zęzę. Wyrwał scimitar i na powrót przytroczył go do pasa. Trochę spokojniejszy stanął za elfem. -Dajcie mi rumu! - wycedził przez zęby. Ostatnio edytowane przez Angrod : 04-25-2007 o 17:28. Powód: pomyłka |
| |
| Reklama |
| |
| | #42 |
![]() | Rum jest tam- bosman machnął reką w kierunku szafy- Ale nie zapominajcie, ze jesteście tez marynarzami i macie obowiążki Bosman wyszedł. Stoicie sami w mesie, tylko wy i szafa z rumem.
__________________ Chcesz grać,a le nie znasz systemu WFRP II? Szkoda, co? Wal na 7704220 i opowiedz o postaci, zmienimy ja na liczby! |
| |
| | #43 |
![]() | Po niezliczonych dniach wędrówki morskiej wypłynęliście na morza Chaosu. Gnom większość czasu trawiony choroba morską nie wyrobił sobie jeszcze marynarskiego chodu, wiec potyka się o własne nogi na pokładzie. Reszta jest wycieńczona harówką sypia mało i krótko, przez co znacznie zmizernieli. Felix codzienni zdaje raport w waszego położenia. Tak było do dziś. Dziś wszystko się zmieni. Kapitan zgromadził w mesie całą załogę. Wszyscy zdają się nie wiedzieć, o co chodzi… - Niestety, muszę ogłosić, że po raz trzeci dostrzegliśmy na horyzoncie okręt. I to nie byle jaki okręt. Obawiamy się… obawiamy się, że to Latający Jałowczyk. Wtedy pierwszy raz ujrzeliście strach w oczach bandy zaprawionych w bojach i żeglugach pomiotów Chaosu. Każdy znał tę historię. Latajacy Jałowczyk, Flagowy Okręt Nagasha, Przeklęty Statek. To tylko kilka z wielu imion tego frachtowca. Każdy zna historię Morskiego Emisariusza Wielkiego Nekromanty. Kto go ujrzy, nie dopłynie do lądu. Nie w tym życiu. - Z tego powodu sądzę- ciągnął kapitan- że najwyższy czas wyjaśnić wszystko. Felixie, muszę cię prosić o zmianę kursu na północno- zachodni. Nie próbuj odmawiać czy zawracać, pamiętaj, ze mamy twojego przyjaciela. Nigdy nie płynęliśmy do Copher. Nie ma leku na spaczeń. Płynęliśmy jedynie, abyście zaakceptowali siebie i przystali do nas. Ale teraz… wolimy nie konfrontować się z Nieumarłym Żaglowcem. Płyniemy na Isla de Volpe. W tłumie dało się słyszeć okrzyki niezadowolenia i gniewu - W życiu tam nie wrócę! - Oni są gorsi nawet od nas! - Nie damy im rady! - Spokój!- powiedział głośno, acz spokojnie kapitan.- Obawiam się, ze nie mamy wyjscia, chyba, ze chcecie dołączyć do floty ożywieńców. Proszę, nie próbujcie buntu, z Okrętem Nekromanty nie wygracie. Kapitan ze smutkiem w swych mutanckich oczach zszedł ze stolika, na którym stał i odszedł Na zachętę i za piękne intro każdy otrzymuje 100pkt. Proszę na privie. Powiedzieć, czego sobie za to życzycie, a ja wyrażę zgodę bądź nie. I prosze o skomentowanie fabuły w komantarzach do sesji.
__________________ Chcesz grać,a le nie znasz systemu WFRP II? Szkoda, co? Wal na 7704220 i opowiedz o postaci, zmienimy ja na liczby! Ostatnio edytowane przez kayas : 05-05-2007 o 19:31. |
| |
| | #44 |
![]() | Felix Nawigator stał oparty o ścianę. Kiedy usłyszał, że okręt nie płynie po lek na spaczeń, nawet bardzo się nie zdziwił. Przypatrzył się załodze. Na twarzach mutantów było można dostrzec strach, nie wiedział czy to przez wyspę czy okręt. Nigdy nie wierzył w Latającego Jałowczyka. Zwrócił się do marynarza z trzecim okiem. - Co to za wyspa ta Isla de Volpe? Co na niej jest? Felix przypatrzył się dla swoich kompanów którzy zaciągnęli się razem z nim. Ciekawiło go co oni czuli. |
| |
| | #45 |
![]() | - Isla de Volpe...- potoczyło sie mnóstwo słów w jezyku etalijskim. Wyczułeś wyraźne przeznaczeni i czesto padajace słowo: Vulpmus.
__________________ Chcesz grać,a le nie znasz systemu WFRP II? Szkoda, co? Wal na 7704220 i opowiedz o postaci, zmienimy ja na liczby! |
| |
| | #46 |
![]() | Drizzt Do'Urden Drizzt niezliczone dni spędzał na czynnym włączaniu się w prace marynarskie. Oswoił się już nico z mutacjami załogi i zaczął postrzegać jej członków raczej za nieszczęśliwych biedaków, bezradnych wobec strasznej choroby. Z początku nie przychodzio mu to łatwo, lecz po jakimś czasie przezwyciężanie w sobie niechęci do odszczepieńców, przychodziło mu coraz łatwiej i z każdym nowym dniem odkrywał tak w innych, jak i sobie nieznane dotąd płaszczyzny. Drizzt zakochany w morzu, od dziecka zachwycał się jego potęgą, bezkresem i dziką nieujarzmioną wolnością. Elf zwykł dostrzegać tylko piękno wschodów i zachodów, znaną melodię wiatrów i kołysanki fal, zaś w groźnych sztoramch karmił się walką żywiołów porównując je najczęściej do mocy namiętności, które targają ludźmi od łatwych narodzin, po krótką śmierć. Nocami, w wolnych bezsennych chwilach kładł się na bukszprycie i oglądając starożytne niebo, zagłębiał się w rozmyślaniach, marzeniach i wspomnieniach. Na pierwszy rzut oka elf zdawał się być pogodzony z faktem bycia zarażonym spaczeniem. Od czasu podjęcia decyzji o przystaniu do załogi nie okazywał otwartego zainteresowania tematem i nie wdawał się pierwszy w wypytywanie nieszczęśników o jakiekolwiek szczegóły. Niemniej w secu Drizzta głęboko zakorzeniła się chęć poznania prawdy i ponad wszystko wyznaczył sobie za cel odkrycie tajemnicy Rodziny. Z tego powodu niby obojętny, z uwagą śledził wszystkie rozmowy, nocami nastawiając uszu na wszelkie szepty i ludzkie tajemnice. Dyskretnie obserował wszystkich, zwłaszcza tych towarzyszy, z którymi los go połączył tym samym dniem pojawienia się na przeklętym kliperze. Wśród tej kompani irytowała go postać, jakby się zdawało zagubionego pośród wszystkich gnoma, który trawiony chorobą morską w jego oczach wyglądał zdecydowanie bardziej odpychająco, niż większość dziwacznej załogi. Najbardziej Drizzta denerwowało, gdy gnom zataczając się jak pijany o własne nogi wymiotował w najmniej oczekiwanych momentach kląc jednocześnie sierczyste obelgi i śmiejąc się potem jak z udanego dowcipu. Po kilku dniach Drizzt nie był już do końca pewien, czy to błonnik nadal płatał figle dla Otta, czy to Otto tak starannie dbał o stały poziom procentów we krwi. Jednak chyba bardziej od naturalnej, jak to sobie tłumaczył, kolei różnic rasowych jakie dzieły gnoma od jego osoby, Drizzt odczuwał chłodną niechęć do zakapturzonej i małomównej osoby nawigatora. Długo zastanawiał się nad teorią, iż to właśnie on był bezpośrednio zamieszany w zaciągnięcie na statek jego jak i Edwarda. Elf nie mógł zapomnieć wyrazu twarzy Felixa i jego zachowania w momencie, kiedy na wybrzeżu on - Drizzt proponował nowopoznanym ludziom rozpoznanie przed wkroczeniem na teren tajemniczej Rodziny. Kolejne, jakby się zdawało ochocze i pełne wręcz zapału, włączenie się w nowe obowiązki pracy nasuwały Drizztowi podejrzliwe myśli i podlewały w jego sercu nieufność i antypatię do tego człowieka. Z grona nowych towarzyszy podróży najbardziej przypadła mu do gustu osoba Edwarda, którego szczerość, wesołość i łatwość okazywania wszelakich emocji, budziła w elfie sympatię i zarazem dawała mu możliwość swoistego studium emocjonalnego poznania ludzi. Drizzt zazwyczaj samotnie popijający rumu tyle o ile, aby znośniej znosić niesprzyjające okoliczności i specyficzny klimat mórz chaosu, tylko w jego obecności pozwalał sobie na konkretne zalanie robaka. Postać młodego żeglarza skacała dystans i rezerwę do wszystkich, jaką zwykł mieć na statku, również dlatego, że świadomość potencjalnego zarażenia mautacją, bardziej splotła ich losy. Od dłuższego czasu myśli elfa zaprzątała obawa skutków, jakimi objawi się jego mutacja. Najbardziej ze wszystkiego na świecie bał się Drizzt zatracenia dziedzictwa swojej rasy, więc świadomość wypaczenia chasem jego naury, w jakimkolwiek sensie, nasuwała mu obrazy upodobnienia się bądź do ludzi, bądź do znienawidzonych mrocznych braci w rasie. Na dno podświadomości spychał Drizzt realne zagrożenia jakie niosła za sobą ewentualna mutacja. Namacalnym obiektem nienawiści i przyczyną wszystkich swoich rozterek, cierpienia i złości stał się dla elfa bosman. Mimo prób racjonalnego myślenia, trudno było elfowi kryć w swoim sercu niechęć i chłód do Karla, który w tym momencie utożsamiał pierwszy cel ewentualnej zemsty Drizzta. Po przebrzmiałych słowach Kapitana z kopytami, w messie wzbierała fala wzburzonego tłumu marynarzy. Od pomruków niezadowolenia do odważnych okrzyków sprzeciwu, elfowi zdawało się za chwilę może nastapić niekontrolonany wybuch tłumionego w sercach mutantów gniewu. Taki obrót spawy, w obliczu zagrożenia ze stony upiornego okrętu, którym straszone są niegrzeczne dzieci nawet w marienburskich dzielnicach elfów, nie przypadł Drizztowi zbytnio do gustu. - Z jednej strony bunt na statku mógłby być uzasadniony zwłaszcza teraz, kiedy kolejne kłamstwo Rodziny zdaje się ukazywać, że jej zapewnienia nie są warte więcej, jak wczorajsze śniadanie, jak zapomniany ciepły deszcz sprzed siedemdziesięciu pięciu lat. – snuł w myślach elf bacznie obserwując nastroje i zatrzymując swój wzrok na nawigatorze opartym wygodnie o ścianę – Znowu niezbyt przejęty ani szczególnie zaskoczony – pomyślał ponuro siląc się na spokój, gdyż wieść o nieistniejącym lekarstwie na wskroś przebiła go jak sztylet. – Muszę zachwać spokój, spokojnie – starał się uporządkować myśli – Obalenie obecnego porządku na statku raczej oddali mnie od prawdy o Rodzinie i strzała zemsty nie dosięgnie celu. Zostanie nadal w mojej dłoni, jeśli nić powiązania z Rodziną pęknie, niczym goblińska cięciwa. – Drizzt kalkulował po swojemu. Następnie spojrzał wzburzonym wzrokiem na linię horyzontu – Teraz jeszcze tylko jedego muszę się dowiedzieć - postanowił w myślach – Jesli i jeżeli tak, to w jakich okolicznościach zostałem spaczony... I wręcz przeciwnie! – pomyślał poddenerwowany – Jest mi bardzo po drodze na „de Volpe”! Nie ma to jak spotkania w Rodzinnym gronie! – po czym szybko wyszedł za kapitanem i po chwili zwinnie wspiął się na bocianie gniazdo. Wbił sokoli wzrok swoich czarnych smutnych oczu na równą linię morza chaosu, łączącego się w oddali, z wiszącym nad nim, szarym niebem. - Gdzie jesteś Latający Jałowczyku? – wyszeptał w języku elfów sam do siebie, a ciepły wiatr rozwiewał jego, tym razem rozpuszczone, śnieżnobiałe włosy, odsłaniając złote kółko kolczyka zawadiacko wbitego w szpiczasta chrząstkę ucha.
__________________ Z uwagi na podejrzenia, a właściwie pewność, że ktoś na konto Nilesa się włamał, konto zostaje zablokowane do czasu zgłoszenia się samego właściciela na maila kogoś z obsługi. Niles czekamy na Ciebie! Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 05-01-2007 o 05:38. |
| |
| | #47 |
![]() | Felix Nawigator popatrzył na wszystkich był już naprawdę zły. Zaczął przedzierać się do wyjścia. Na pokładzie popatrzył się chwilę na morze. Ciekawiło go czy naprawdę istnieje Latający Jałowczyk. Zszedł do kajuty gdzie spakował wszystkie swoje rzeczy do plecaka a plecak położył przy drzwiach. Podszedł do biurka na którym rozłożył mapę i zaczął szukać tej przeklętej wyspy. Próbował sobie przypomnieć wszystko co o niej wie. |
| |
| | #48 |
![]() | - Cisza!- znów powiedział kapitan- Mi tez się to nie podoba, ale wieje dobry wiatr, powinniśmy tam być przed zmrokiem. Więc do wioseł, panowie i panie, do wioseł! I ku pokrzepieniu sam usiadł na ławce i zaczął wiosłować.
__________________ Chcesz grać,a le nie znasz systemu WFRP II? Szkoda, co? Wal na 7704220 i opowiedz o postaci, zmienimy ja na liczby! |
| |
| | #49 |
![]() | Otto Shuttenbach Otto czuł się źle. Już nie chodziło o dręczące go dolegliwości ani o marynarskie prace ciągnące się w nieskończoność. Praca akurat pomagała zapomnieć o mdłościach i tęsknocie za lądem. ‘’Dałbym wiele za befsztyk z młodej jagnięciny nadziewany śliwkami… do tego butelczyna jarzębiaku w dobrym towarzystwie. A co mam tutaj? Podłe racje i chrzczony cierpki rum, który zdążyłem już znienawidzić. A za kompanię…tfu! – zgraję zmutowanych marynarzy ponurych jak kondukt pogrzebny. Do tego milczący nawigator znikający wiecznie pod pokładem w swojej kajucie, ignorujący wszystkich i wszystko człowiek i zadufany elf. Tego ostatniego spotykał często w miejscach, w których i on lubił przesiadywać. Długouchy miał denerwującą manierę patrzenia na wszystkich z pogardliwym dystansem, może z wyjątkiem Edwarda. Tak…nie oszukujmy się nie ma z kim i o czym rozmawiać…’’ Przeklęty statek… przeklęty rejs… nigdy więcej na morze…a żeby mnie – trzeba było choćby w pław do brzegu jak była okazja… niedługo w rzyganiu pobiję rekord wuja Guinnesa… - gnom oddał kolejny pokłon morzu, po czym zaśmiał się gromko przeklinając na nowo statek, rejs, załogę i całą chędorzoną Rodzinę… --- Po usłyszeniu słów kapitana Otto poczuł się bezsilny. Spaczeń…choroba morska, a teraz ścigający ich okręt – widmo. ‘’W dupie mam Was wszystkich ‘’– pomyślał i poszedł do swojej kabiny przygotować broń. Nie był ekspertem w dziedzinie marynistyki ale pierwszy raz słyszał, żeby wiosłować na okręcie… Ostatnio edytowane przez Dunadan : 05-05-2007 o 14:43. |
| |
| | #50 |
![]() | Edward Straco Pierwsze dni były dla Edwarda naprawdę ciężkie. Częściej niż powinien wspierał swoją percepcję pokładowym rumem. Może dlatego zagajał wtedy do załogi obdarzonej przez los innymi kończynami niż jego własne. Jak się okazało faktycznie nie są tacy źli jak wyglądają. Po jakimś czasie stopniowo przyzwyczaił się do stanu rzeczy. Groźba mutacji też oddaliła się od jego kręgu zainteresowań, choć z początku dosyć często nerwowo oglądał swoje ciało. Zrobiło tylko dobrze jego higienie, z którą do tej pory bywał na bakier teraz można powiedzieć że trwa wstrzymanie broni z tendencją do sojuszy. Przemiany były wśród załogi tematem tabu, sam Edward też nie rwał się do rozmowy o nich. Skoro nie widać objawów to może akurat udało mu się uniknąć mutacji spaczeniem, ale mniejsza z tym przecież płyną po lek. Zdecydowanie najczęściej przebywał w towarzystwie elfa Drizzta. Po prostu dało się z nim pogadać. Nieźle się rozumieli. Przyjaźń od pierwszego dnia, przypieczętowali później, morzem... alkoholu. Edwardowi wydawało się że gnom żywi do niego lekką urazę za uznanie go mutantem. Później skojarzył, że kiedyś za młodu widział kilku osobników z jego rodzaju. Mało ze sobą rozmawiali. Mimo to więcej niż z nawigatorem. Ten człowiek stanowił dla niego kompletną zagadkę. Małomówny, wiecznie pogrążony w mapach, w swojej mesie, specjalnie go zresztą nie interesował. Różni są ludzie. W dobry nastrój wprawiało go morze. Wiatry im sprzyjały. Lubił siadywać wieczorami oglądać zachody i wschody słońca. Nocami patrzył w gwiazdy. Dużo marzył. W takich chwilach zapominał o całym świecie Był wolny. Kiedyś kupi sobie własny statek. Wszelkie prace żeglarskie przychodziły mu z łatwością. Jeśli ktoś śmigał na szotach, wysoko nad pokładem, śpiewając głośno sprośne żeglarskie pieśni najczęściej był to Ed. Zdarzało się, że wyręczał bosmana w drobnych pracach jak cerowanie żagli czy buchtowanie, naprawianie, bądź wiązanie lin. Jak od rumu nie stronił także od kości, raz ograł nawet sternika do samych gaci. Kiedy, nieco drętwy według żeglarza kapitan zwołał załogę w mesie ,Edward nie wróżył nic dobrego, mimo to stawił się, bez szemrania. Pociągnął z butelki, po czym zajął miejsce w mesie. Słuchał. Oczywiście przerwał. -Latający Jałowczyk? Przecież on nie... - Załamał głos popatrzył i po załodze - ...istnieje. Lekko pobladł jednak zaraz po dalszych wyjaśnieniach na powrót nabrał kolorów i zabrał głos - Jak to macie jego przyjaciela? Jak to kurwa nie ma leku na spaczeń?! Wytłumacz nam przeklęty kozojebco gdzie my kurwa płyniemy?! Po co?! Co jest na Isla de Volpe?! Rzucił wściekłe spojrzenie kapitanowi. W środku cały kipiał. |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Latający Jałowczyk | kayas | Archiwum sesji Warhammer | 81 | 06-26-2007 17:46 |
| [Warhammer] Latający Jałowczyk | kayas | Archiwum rekrutacji | 11 | 04-04-2007 02:46 |