![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #271 |
![]() | Andres otrząsnął się po upadku spowodowanym wybuchem. Pomimo obtłuczeń na całe szczęście uniknął ran, czego nie można było powiedzieć o innych. Zdążył tylko zauważyć jak Calien zaciskała rękę na krwawiącej ranie mężczyzny. Do diaska... Co sie tu dzieje do jasnej cholery...??? Kiedy kobieta ruszyła w kierunku płaczącego dziecka i jego matki Andres przykucnął obok mężczyzny. Widział tylko jak Calien razem z innymi zabiera ciało kobiety nieopodal do jakiegoś domu. Postanowił zostać przy mężczyźnie. - Zaraz będą tu medycy. Zaraz przybiegną.- Andres starał sie podnieść na duchu rannego towarzysza.- Nic ci nie będzie. Cholera... Wszystko o czym mógł teraz myśleć to fakt, że przecież mógł być tam w środku. Jeszcze chwila i było by i po nim. Zamieszanie jakie panowało dookoła nie dawało mu spokoju. Gdzie jest ten medyk, cholera... Oni zaraz tu umrą...
__________________ Oddajmy im wszystko to, co do nich należy- krew dla boga krwi!... ;) no i śmierć samobójcom |
| |
| Reklama |
| |
| | #272 |
![]() | Miasto skąpało się w nieprzyjemnych oparach, które unosiły się w powietrzu. Głównie we wschodniej części - dzielnicy Freiburg i Neumarkt, chociaż efekt wybuchu zawędrował tez na obrzeża Altmarkt i Wielkiego Parku – centrum miasta. Ogień trawił miejsce wybuchu a niebo przesłoniły gęste opary, kurz i dym. ![]() Andres poczuł dziwny zapach w powietrzu – po części strasznie gryzący i jakby słodkawy. Zaczął go dusić. Max stracił przytomność i opadł bezwładnie na ziemię. Wszędzie krzyki przerażonych ludzi i wrzaski rannych ofiar wybuchu. Z góry między ludzi wbiegli strażnicy i żołnierze z wiadrami. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. * * * Calien leżała na podłodze niczym martwa. Czuła jak jej serce galopowało niczym stado dzikich koni. Każdy oddech powodował skurcz serca i konwulsje delikatnego ciała. Oddech był tak ograniczony, że z ledwością łapała powietrze do płuc. Czarne kropki wirowały jej przed oczami. Czuła jakby ktoś ściskał jej głowę imadłem i strużka krwi pociekła jej z nosa po ustach. Jak zawsze. Za każdym razem jednak efekty były coraz bardziej bolesne i niebezpieczne. Zauważyła też, że zanikała zdolność do panowania nad wiatrami magii. Powoli odzyskiwała władzę w ciele. Czuła się osłabiona. Podniosła się, opierając się dłonią o krawędź stołu. Ludzie patrzyli na nią z przerażeniem w oczach. Poczuła smród. Chemikalia. To musiał być dom alchemika. W końcu to Freiburg. W najlepszym wypadku spowodują zatrucie. W najgorszym bolesną śmierć lub ponowny wybuch, który przyniesie wiele ofiar. Gdyby uważała na zajęciach traktujących o alchemii może byłaby w stanie szybciej określić charakter trujących oparów. * * * Andres zauważył jak z nosa Maxa pociekła krew. Z góry na złamanie karku pędził powóz znajomego mu już woźnicy Tomasa. Zatrzymał się między ruinami domu a Andresem. Franz Schrödinger wysiadł w biegu z czarną torba medyczną w ręce. Ren dostrzegł, jak kilka osób w przeciągu może dwóch minut zemdlało. Medyk podbiegł i ukląkł nad ciałem Maxa. - Na Bogów! Co tu się stało!? Mój dom zatrząsł się w posadach… Właśnie miałem jechać do Gildii… Eh… - Spojrzał na Maxa. – Oj… niedobrze! Musimy go zabrać do siedziby Kolegium Magii. Ja mu nie pomogę. Zajmę się resztą. Wy zabierzcie go stąd. Co za dziwny zapach? Czujecie? *** Joachim i Felix ruszyli w głąb uliczki w górę miasta. - Patrzcie tam! – Krzyknął ktoś w tłumie gapiów. W powietrzu nad dzielnicą Freiburg unosiły się kłęby dymu mieniącego się blaskiem płomieni. Z oddali wyglądało to jakby dym się palił. Joachim poczuł, że to nie jest dobry znak i coś mu mówiło, że to jeszcze nie koniec „dzieła”. Niziołek wybiegł przed wszystkich. - Na placki babuni! Przecież w tamtym kierunku szli Ci pielgrzymi. Tam się teraz rozgrywa istne piekło! - Halfling niemalże zemdlał z przerażenia.
__________________ God Hate Us All ! Wróciłem do żywych mili Państwo. |
| |
| | #273 |
![]() | Andres stał obok Maxymiliana niewiedząc w jaki sposób może mu pomóc. Cholera...Co robić???Nie znam się na takich wypadkach. -Gdzie są ci medycy!!!-mężczyzna krzyczał do tłumu który ich otaczał. Opary unoszące się w powietrzu stawały się coraz bardziej uciążliwe. Andres zasłonił część twarzy płaszczem. - Ludzie! Chowajcie się do domów i zatkajcie wszystkie szczeliny. Potrujecie się wszyscy!!! Andres wyrkrzykiwał w tłum chcąc ich ostrzec przed niebezpieczeństwem. Być może trujący dym roznosił się po okolicy. Co słabsi po chwili padali na ziemię. Krwawiący Maxymilian opadł na ziemie. W tej samej chwili Andres zauważył zbliżającego się medyka Franza Schrödingera. - Wybuch rozniósł dom i najwyrażniej jakąś truciznę w powietrzu-odpowiedział na pytanie medyka- Zabierzmy go stąd jak najdalej. Andres pomógł medykowi i razem załadowali Maxa na wóz którym przybył. Wożnica pospieszył konie i pokierował je do gildii magów.
__________________ Oddajmy im wszystko to, co do nich należy- krew dla boga krwi!... ;) no i śmierć samobójcom Ostatnio edytowane przez Andres : 03-10-2008 o 10:09. |
| |
| | #274 |
![]() | Calien stanęła na nogi, które nadal drżały od wysiłku. Czuła w gardle jak serce jej pulsuje. Przez chwilę miała wrażenie jakby samo chciało ją opuścić. Sciskała pięści opierając się o brzeg stołu. Włosy bezwładnie opadały na twarz, która ociekała stróżką potu. Powoli łapała oddech. Każdy oddech był dla niej powrotem do stanu sprzed chwili. Wszystko dookoła niej wirowało. To zmęczone wysiłkiem oczy płatały jej nie miłego figla. Unoszący się w powietrzu duszący zapach, z każdą chwilą utrudniał oddychanie. Ludzie zaczynali kaszleć, ci słabsi padali bezwładnie na ziemię. Dom alchemika...Niebezpieczna bomba w centrum miasta...Alchemiczne opary, sama trucizna... Jej ciało powoli dochodziło do siebie. Myśli krążyły teraz wokół wydarzenia. Calien przysłoniła twarz płaszczem, chwyciła w rękę swoją laskę i poczęła wracać do miejsca wybuchu. Potrzebni nam są magowie... W całym tym zamieszaniu czarodziejka wyszukiwała Andresa i Maxa. Przeciskała się pomiędzy strażnikami i mieszkańcami próbójącymi dogasić pożar. Nie mogąc skupić wokół siebie wiatrów magii ,stała, bezradnie rozglądając się za towarzyszami. -Andres!!! Max!!!- krzyczała najgłośniej jak mogła. Dookoła rozpętało się małe piekło. Mieszkańcu próbowali gasić szalejący pożar. Ci, którzy bali się unoszących oparów wracali do domostw szczelnie zamykając okiennice i drzwi. Straż nie mogł zapanować nad panującym zamieszaniem.
__________________ Didn't you read the tale Where happily ever after was to kiss a frog? Don't you know this tale In which all I ever wanted I'll never have For who could ever learn to love a beast? |
| |
| | #275 |
![]() | Joachim spojrzał na dym wznoszący się gęstym słupem w niebo. Nie wyglądało to zbyt dobrze, zastanawiał się, czy czasem nie wybuchł tam pożar, ale po chwili odrzucił ten pomysł. Dym był zbyt gęsty i na dodatek dziwnie mienił się w świetle. Cos niepokoiło go w tym wszystkim. Dlaczego atakują właśnie teraz? Już teraz sie dekonspirują z swoimi zamiarami. Czemu? A może tylko próbują odwrócić nasza uwagę? Ech, powoli wszystko to staje się zbyt zawiłe. Nie wiadomo o co chodzi i dlaczego. Same przypuszczenia i domysły. Igramy z ogniem, dosłownie. Rzucił jeszcze raz ogniem na ogień rzucający pomarańczową łunę, po czym podszedł do towarzysza. -Zastanawiają mnie ci pielgrzymi, o których wspomniał woźnica. Może to oni maja coś wspólnego z wybuchem? Warto, by to sprawdzić. Ale powoli zbiera nam sie masa rzeczy do zrobienia, wiec musimy coś zacząć wreszcie robić. Chodźmy tam, jeśli dostrzeżemy naszych znajomych, lub kogoś podejrzanego, odpowiednio zareagujemy. Jeśli nie, to ruszymy dalej szukać Andresa. - Spojrzał na kota uczepionego ramienia Felixa, zwierzę zjeżyło sierść i wyglądało na mocno przestraszone. Mam złe przeczucia, co do tego. Cholernie złe.
__________________ Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie. Armia Republiki Rzymskiej Moje gg: 8819833 |
| |
| | #276 |
![]() | Tomas chlasnął lejcami w zady koni i ruszyli pędem, niemalże tratując ludzi na swej drodze. Franz został i zaczął pomagać rannym. Rozpędzony powóz prawie uderzył w mur budynku, gdy skręcali w Zauber Strasse. Ulica była pełna uczonych – magów, pismaków, żaków, alchemików, zielarzy i innych ludzi pogrążonych strachem i paniką. Gasili płonące okolice swoich domostw. Dachy i wszystko co mogło się zapalić, już płonęło. Tomas ruszył galopem między nimi w kierunku budynków uniwersyteckich. Zatrzymali się obok domu Janny. Andres od razu poznał to miejsce. Po prawej miejsce, w którym zginął Wolfgang. Po lewej naprzeciwko dom Calien i na wprost monumentalna budowla – zamek Arcymaga – która kończyła ślepą uliczkę. Andres wyszedł z powozu i z trudem wyciągnął wraz z Tomasem konającego Maxa. Dopiero teraz zauważył jakie zniszczenia wywołał wybuch. Wrota zamku otworzyły się i po schodach zbiegł starszy mężczyzna. ![]() Przy jego todze szata mnicha była najnowszym wymysłem mody bretońskiej. Szare szmaty wisiały na jego szczupłym ciele. W lewej ręce dzierżył laskę z drewna. Rozwichrzone włosy zafalowały na wietrze. - Na wszystkie diabły i odmęty Chaosu! Co tu się dzieje na Ulryka! – Jego głos wydał się tak potężny i donośny, że Ren był pewien, iż słyszeli go na drugim końcu miasta. W tym momencie w połowie ulicy wybuchła jakaś beczka i jeden z ludzi upadł w spazmatycznym bólu i konwulsjach na ziemię. Andres zauważył kawałek drzewa z beczki w jego oku i krew na połowie ciała. Max jęczał z bólu. * * * Calien błądziła w bólu między ludźmi. Nie mogła zapanować nad bólem, który rozrywał jej serce i głowę. Padła na kolana wciąż nawołując Maxa i Andresa. Usłyszała wołanie jej imienia. Podbiegł do niej mężczyzna. Znała go z widzenia. To Franz Schrödinger. Jeden ze słynniejszych członków Gildii Medyków w Middenheim. Soundtrack - Co Ci jest Calien…? – Nie usłyszała co mówił dalej. Wszystko zaczęło wirować. Dostrzegła na niebie w gęstwinie dymu iskry ognia. Płomienie. Jakby dym się palił. Wokół niej zapadł mrok ludzie biegali we wszystkie strony. Krzyk i krew. ![]() Zauważyła jak z budynków wyrastają groteskowe istoty i gargulce. Niby żywe istoty próbowały wydostać się z jarzma trzymających ich ciała ścian. Nieme i ślepe na otaczającą ich rzeczywistość. W powietrzu nad ludźmi wirowały niczym zjawy mrożące krew w żyłach głowy demonów z piekła rodem. Latały i śmiały się przeraźliwie. Dźwięk ich śmiechu doprowadzał ją do szału. ![]() Pośród ludzi zauważyła zamazane postacie. Lewitowały w powietrzu i przemieszczały się szybko między ludźmi. Czy oni tego nie widzą?! Coś złapało ja za dłoń. Jakaś ręka. Ludzka. Nic nie słyszała. Tylko jęk i śmiech groteskowych istot. * * * Halfling w panice podbiegł do Joachima. - Ja! Ja! Mogę powozić. Znaczy mogę was tam zawieźć. Tylko pomóżcie wydostać wóz. Nad Freiburgiem nagromadziły się chmury ognia, które zaczynały się kumulować. Joachim widział już takie zjawisko. Na trakcie. Nie wspominał go zbyt dobrze. Felix zajęty wyciąganiem Rękawiczki z włosów, nie zwrócił początkowo uwagi, lecz po chwili zaniemówił. Grupa inżynierów z Nuln zaczęła wyciągać wóz z pozostałości po straganie.
__________________ God Hate Us All ! Wróciłem do żywych mili Państwo. Ostatnio edytowane przez DrHyde : 03-10-2008 o 17:17. |
| |
| | #277 |
![]() | Cholera, ale akcja nabiera tempa. Nawet, nie ma czasu na "przegrupowanie" się, ani na to, aby pomyśleć co dalej robić. Niech to szlag! Czy to, co się dzieje jest efektem ich planu, czy my byliśmy zbyt blisko i poczuli zagrożenie z naszej strony? Gdy dotarli na miejsce i gdy Andres zorientował się co to jest za mniejsce, już mu się to nie podobało. Chciał jak najszybciej zniknąć z tej części miasta. Delikatnie wyciągał z Tomasem rannego człeka, aby nie uszkodzić go bardziej. Nie zdążył pomyśleć co dalej począć, gdy z bramy zamku wybiegł starszy mężczyzna. Przyglądał mu się dokładnie, gdy ów starzec zbliżał się. Arcymag! Pojawiło się wiele pytań i spraw, wokół jego postaci od naszego ostatniego spotkania. Gdy tylko znajdzie się chwila spokoju, będę musiał porozmawiać z nim. - Panie pomóż temu biednemu mężczyżnie, jest ofiarą... Ogromny huk i odruchowe spojrzenie Andresa przerwały jego wypowiedź Są juz bardzo blisko. Trzeba się skryć! - Szybko do zamku! Tamtemu już nie pomożemy. Są już niebezpiecznie blisko. Andres wraz z Tomasem ujeli rannego towarzysza i ruszyli szybko w kierunku zamku, gdy tylko przekroczyli próg zamkowy, zaczął krzyczeć... zamknąć brame!... Podązyli za starszym mężczyzną, który doprowadził ich do komnaty i zastosowali się do jego polecenia. Zostawili konającego mężczyznę na stole i skierowali się do wyjścia, aby opuścić pokój. Gdy Ren staną w progu, nie odwracając się skierował słowa do maga. - Gdy będzie tylko to możliwe chciałbym porozmawiać z tobą panie Wyszedł i zamknął drzwi Mam nadzieje że reszta towarzyszy moich też znalazła bezpieczne schronienie i są cali i zdrowi
__________________ Oddajmy im wszystko to, co do nich należy- krew dla boga krwi!... ;) no i śmierć samobójcom |
| |
| | #278 |
![]() | Na wszystkich bogów światła i chaosu, co to jest? Feliks z przerażeniem, jaki i lekką fascynacja, co jeszcze bardziej go przeraziło patrzał na kłębiące się chmury dymu. Przez chwilą walczył z ogarniającą go ochotą ucieczki. Z tego placu. Z tego miasta. Od wszystkich „tych” spraw. W końcu odezwał się. - Taaa… Powiedział nieobecnym głosem wpatrując się w przedziwny słup dymu. Po dłuższej chwili dodał. - Tak chyba tak. Znaczy się masz racje… Pielgrzymi. Z osłupienia wyrwały go słowa niziołka i ruch przy wozie. - Tak pomożemy wam. Feliks zaczął się rozglądać jak by pomóc z wozem. Rozpiął kubrak i delikatnie umieścił kota za pazuchą tak, że wystawał mu tylko czarny łepek na wysokości klatki piersiowej. Widząc jednak sprawną akcję inżynierów nie bardzo wiedział jak zabrać się do pomocy by nie stać się zawadą. Staną bezradnie przy wozie i spojrzał pytająco na Joachima.
__________________ i tak umrzesz, więc po co odwlekać nieuniknione |
| |
| | #279 |
![]() | Siły powoli opuszczały zmęczone ciało kobiety. Nawoływania za towarzyszami nie miały odzewu. Calien nie była wstanie dostrzec ich w tym zamieszaniu. Bezwładnie opadła na kolana ręką podpierając się w kałuży błota wymieszanego z krwią. Serce niczym bęben dudniło jej w klatce, jakby chciało wydostać się na zewnątrz. Czarodziejka odchylił głowę do tyłu. Widok jaki ujrzała nad sobą zaparł jej dech w piersiach. Ognista łuna unosząca się nad nimi jak gdyby oswobadzała istoty zaklęte w ścianach dopalającego się budynku. Istoty podobne do gargulców i inne o zdeformowanych ciała wydawały z siebie przeraźliwie dźwięki raniące uszy kobiety. Wszystko dookoła wirowało. Krzyki...ból...cierpienie... Istoty o niewyobrażalnych kształtach o ,których tylko słyszała, jawiły sie przed nią w pełnej okazałości wydając przy tym niestworzone dźwięki. Wrzuta.pl - scared Calien padła na ziemię zasłaniając dłońmi uszy. Teraz jeszcze dokładnie widziała przelatujące nad nimi istoty. Czy oni tego nie widzą... Nie chcę!!! Nie chcę na to patrzeć! Calien zamknęła oczy nie mogąc znieść widoku istot wyłaniających sie z płomieni. Przelatywały pomiędzy ludźmi śmiejąc się przerażająco. -Zostawcie mnie!!! Odejdźcie!!!-czarodziejka krzyczała ostatkiem sił- Zostawcie mnie!!! Nagle czyjaś dłoń chwyciła ją za rękę. Poczuła ciepło, jednak bała sie otworzyć oczy. Ktoś delikatnie nią potrząsał i krzyczał coś nie wyraźnie, jednak bała się odsłonić uszy. W końcu przemogła strach i spojrzała na postać stojącą przed nią. To Franz Schrödinger pomógł jej się ocknąć. Calien patrzyła na niego przerażonym wzrokiem, a jej ciało całe drżało. Patrzyła tylko na niego. Nie chciała widzieć nic więcej. Nic poza nim...
__________________ Didn't you read the tale Where happily ever after was to kiss a frog? Don't you know this tale In which all I ever wanted I'll never have For who could ever learn to love a beast? |
| |
| | #280 |
![]() | Joachim spojrzał bystro na halflinga. czego jak czego, ale ostatnią rzeczą jakiej się po nim spodziewał była oferta pomocy. Przez moment stał zaskoczony. Zareagował dopiero na pytające spojrzenie Felixa. Rzucił okiem na wóz i krasnoludy wyciągające go z pozostałości straganu i skinął głową na zgodę. Zaraz tez sam podszedł do pojazdu i chwycił za burtę zaraz za czarnobrodym krasnoludem. Po chwili dołączył do niego Felix. Wspólnymi siłami udało im sie w końcu ustawić pojazd na drodze. Zwadźca, szybko obszedł go dookoła sprawdzając, czy koła są całe. nie miał ochoty na kolejny wypadek, zwłaszcza, ze się spieszył. -Dobra, zdaje się, że wszystko w porządku. Jak to już wszystko, to ruszajmy, nie ma czasu do stracenia.-
__________________ Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie. Armia Republiki Rzymskiej Moje gg: 8819833 |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Warhammer I] "Purpurowy Cień Śmierci" | DrHyde | Archiwum sesji Warhammer | 39 | 03-20-2008 06:28 |
| "Cienie Doliny Sedgemoor" LARP Warhammer, 26-26.08 Wrocław | nika | Konwenty oraz forumowe zloty | 0 | 07-14-2007 10:55 |
| [sesja] "Bezowocne noce" - Warhammer 40k | Azazel | Archiwum sesji Innych | 18 | 01-18-2006 09:16 |
| [komentarze] "Bezowocne noce" - Warhammer 40k | Azazel | Archiwum sesji Innych | 7 | 01-03-2006 18:28 |
| "Warhammer nieco inaczej" | Fistus | Warhammer Fantasy Role Play | 10 | 04-01-2005 18:29 |