Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-05-2011, 01:45   #1
 
stibium's Avatar
 
Reputacja: 704 stibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwustibium jest godny podziwu
[DnD, storytelling] W Cień

Notatkę, jaką znaleziono przy zwłokach Weidra Patyka, Rainer przeczytał przeszło kilkanaście razy i można spokojnie powiedzieć, że znał ją na pamięć, a jednak za każdym razem, gdy sięgał po nią ponownie, serce łomotało mu ze zdenerwowania. Nosił ją przy sobie i niemal czuł jak paliła materiał kieszeni, nawet teraz, gdy leżał rozparty w na wysłanym poduszkami szezlongu w patio willi ambasadora Calimshanu, Zahira yn Ralana el Persakhala.


- Zahir, musisz wypisać więcej tych cholernych kontraktów. Cała ta sprawa śmierdzi, wiesz... Nie damy rady utrzymać tego szaleństwa na giełdzie, jeśli nie napasiemy ich wieściami o wciąż nowych i nowych kontraktach. Wiesz, jak to działa. Dopóki widzą forsę, nie pytają o szczegóły.

Ambasador – a może pełniący obowiązki ambasadora – nie wyglądał na specjalnie przejętego tym, co mówił Bene pocąc się wśród poduszek i pijąc nerwowo wodę. Był synem sułtana Calimshanu – co z tego, że zesłanym na prowincjonalne stanowisko? Przechadzał się lekkim krokiem po patio, zajęty inspekcją stanu swoich długich na callishycką modłę paznokci.


Dotychczas całą sprawę załatwiano w prosty sposób: Zahir podpisywał papiery, które świadczyły, że dwuosobowa spółka z Athkatli zdobywa wciąż nowe zlecenia z dworu sutańskiego na transporty prochu.


- Zresztą, to jest taki tani chwyt, Zahir, na Tymorę – kto w dłuższym okresie kupi bajkę o tym, że Calimshan, czy w ogóle ktokolwiek może być zainteresowany wybuchową zabawką, wiesz proch, jasna cholera – czyż czarownicy nie robią tego lepiej niż trochę cuchnącego proszku?


Żadnych zleceń i żadnych transportów do Calimshanu oczywiście nie było. Dokumenty z pieczęcią syl-sułtana Manshaki, bo taki bezużyteczny tytuł dostał niegdyś Zahir, były publikowane na parkiecie w Athkatli i wzmagały gorączkę inwestycji w spółkę pod skrzydłami Bene. Gdyby Rainer i Zahir teraz odsprzedali wszystkie swoje akcje, zarobiliby czterokrotnie więcej, niż włożyli. Wszystkie pieniądze, jakie udawało im się pozyskać od kupców na giełdzie Rainer przeznaczał jednak na rozwój siatki dystrybucji: znów przed oczyma stanął mu Weider Patyk z gardłem poderżniętym od ucha do ucha i notatką w zębach.


- Musimy to zmienić. Patyk? Perła? Kilku innych chłopaków z doków? Wszyscy gryzą piach, Zahir, to nie przelewki – ty możesz być sobie ambasadorem i sułtańskim synkiem, pobierać tylko profity, ale widzisz – ja firmuję całe to przedsięwzięcie i Gildia dobrze już wie, komu ma wrazić sztylet pod żebro, jeśli nadarzy się dobra okazja. Mamy pieniądze, chcemy to rozwinąć? Nie mamy szans na ulicach: na razie nie chcę nawet próbować pchać się tam, gdzie rządzą Złodzieje Cienia. Dlaczego...


Bene przerwał w pół słowa obserwując, jak kilka niewolnic Zahira w kolorowych muślinach przemknęło bezgłośnie pod arkadami i zniknęło w ażurowych drzwiach prywatnego skrzydła pałacu.


- Ardaia. Musimy zawrzeć cholerny kontrakt z Ardaią. Kobieta trzyma w swoich rękach połowę burdeli w mieście i Gildia nie ma tam praktycznie nic do powiedzenia. Tam możemy rozprowadzać. Jak się nazywał twój człowiek w tym całym syndykacie?

- Masz na myśli Elstera Vievve?

- Muszę się z nim zobaczyć. A ty myśl, paniczu – Rainer poderwał się z szezlonga i zaczął poprawiać szaty – jak uwiarygodnić cały ten przekręt z Calimshanem. Długo nie pociągniemy tylko na twojej pieczęci. Jeżeli chcemy polegać na złocie z giełdy, cały ten interes musi zacząć wyglądać poważnie.



**



Pobyt w domu publicznym którego zarządcą był półelf Elster Vievve był dla Rainera dziwnym przeżyciem. Owszem, był tam kilka razy wcześniej - u Elstera pracowała w końcu boska, złotowłosa Noyrra – jednak nigdy nie udawał się tam trzeźwy, a w dodatku z zamiarem rozmowy z Ardaią, owianą legendą właścicielką kilkunastu przybytków tego rodzaju w całej Athkatli.


Wchodząc do głównego pomieszczenia poznał stojącego przy barze zarządcę, delikatnego, świetnie ubranego Vievve. Chociaż był wciąż pod drzwiami, mógłby założyć się o każde pieniądze, że słodki zapach jaśminu wyczuwalny w całym domu roztaczały nie zatrudnione kurwy, ale ich przełożony. Skierował swoje kroki w stronę Elstera, zastanawiając się, czy powinien powołać się na Zahira czy może raczej na Noyrrę... W każdym razie, pytanie było proste: czy zakład szlachetnego pana nie skłaniałby się ku obniżeniu kosztów navrotainy dla personelu i klientów? Sprzedawali już Elsterowi swój towar i wszyscy wiedzieli, jak cholernie był dobry: kwestia, czy półelf zechciałby przekształcić swój zamtuz w punkt rozprowadzania, a swoje panienki w ambasadorki produktu Rainera.


Zbliżając się do baru rzucił okiem na postaci siedzące przy stolikach: znudzony bard bawiący się flaszeczką wisząca na jego szyi i...


- Dimble? Chłopie, co ty tu robisz?


Bene wyciągnął ręce i podszedł do stolika, przy którym siedział dobrze mu znany gnom, Dimble. Miał własną karczmę i był jednym z najlepszych opowiadaczy jakich Bene kiedykolwiek znał i... tak, spod lady Dimble’a można było dostać Everaskę, jak niektórzy zaczęli nazywać towar Rainera. Bene czuł, że nie ma czasu przysiadać się do starych znajomych, zwłaszcza w stanie niezupełnie trzeźwym:, wiedział, że musi podejść do Elstera zanim w burdelu zaczną się godziny szczytu, bo chciałby widzieć się z Ardaią najpóźniej jutro, a znając specyfikę interesu, dojście do niej może nie być proste – na pewno nie ma jej w żadnym z zamtuzów...


Dokładnie w momencie, gdy odsunął się od gnoma, całym pomieszczeniem wstrząsnął wybuch. Lustro wiszące nad barem rozsypało się w drobne kawałki, z półek pospadały kieliszki, a Dimble momentalnie wślizgnął się pod stolik krzycząc Tąpnięcie! Rainer obejrzał się na balkon pierwszego piętra: Elster był już w pół wysokości schodów biegnąc sprawdzić, co się stało: dym kłębił się z otwartych drzwi jednego z pokojów na piętrze. Wrzaski pracownic Elstera wprowadzały zupełne zamieszanie; nagle z otwartych drzwi dymiącego pokoju wypadł na balkonik niekompletnie ubrany osobnik trzymając zawiniątko ze swojej koszuli i sakiewki w rękach ogłaszając:


- Zwyczajnie zniknęła! Zabawialiśmy się, a wtedy ona... Przysięgam, zwyczajnie się rozpłynęła, a do tego ta chmura dymu...

Swąd siarki roznosił się po całym pomieszczeniu; wszyscy obecni zbiegli się na schodach lub wokół nich. Bene odetchnął ciężko. Dramat w burdelu. Wiedział, że nic już dziś nie załatwi, więc wraz z resztą udał się pod schody zobaczyć, co się stało.
 
__________________
gg: 13380997
stibium jest offline  
Stary 02-05-2011, 06:39   #2
Konto usunięte
 
Brain's Avatar
 
Reputacja: 11 Brain nie jest za bardzo znanyBrain nie jest za bardzo znany
Ardai jednak nie było z resztą. Wiedziała, że pomimo iż jest właścicielką wszystkich burdeli w mieście to przedewszystkim jest kobietą, a jako takiej przysługuje małe spóźnienie. Z resztą dla starszej, pomarszczonej, przygarbionej pani o siwych włosach spiętych z tyłu głowy w gustowny kok i w okularach na nosie podróż zajmie zaledwie chwilę, ułamek sekundy. Wygładziła długą czarną suknię z niewielkim dekoltem w kształcie karo skrzącą się od maleńkich diamencików. Suknia przepasana była paskiem z misternych srebrnych ogniwek. Przy pasku miała to, co było najważniejsze: sztylet, sakiewkę ze złotem i drugą sakiewkę, pełną tajemniczych przedmiotów. Stojąc przed kryształowym lustrem krytycznie oceniła całość kreacji. Czegoś jej brakowało. Zaśmiała się. Z szkatułki wyciągnęła diamentowe kolczyki, które założyła. Uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze i... Zniknęła.

Pojawiła się nagle w zaułku obok celu swej podróży. Zaraz raźno, jak na starszą panią ruszyła do wejścia do burdelu zarządzanego, przez jej podwładnego Viewe.
 
__________________
Before each night is done
Their plan will be unfurled
By the dawning of the sun
They'll take over the world
Brain jest offline  
Stary 02-05-2011, 10:39   #3
 
andramil's Avatar
 
Reputacja: 886 andramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwu
"Akt 1: Wprowadzenie. Niech gra muzyka!"


Kolejny nudny dzień. Brak jakichkolwiek działań przyprawia człowieka o nudności, rozleniwia, pozbawia sensu życia. Wlewa w kości cement zabierając werwę i ochotę energicznego zdobywania świata. Człowiek gnuśnieje.

Tak mógł by opisać swój teraźniejszy stan Lucjusz.
Nie... on przybrał by to w więcej metafor, epitetów i innych środków stylistycznych.

Młody człowiek, o wręcz elfiej urodzie siedział przy barze nie wiedząc czy zamówić kolejny kielich wina czy też nie. Ubrany w koszulę koloru nieba, ciemne, prążkowane spodnie, buty o zabarwieniu trawy oraz powłóczysty, płaszcz barwy świeżych liści prezentował się wybornie. Całość zwieńczyła zawadiacko założona czapeczka kolorem dobrana do płaszcza. Jego długie blond włosy spokojnie spływały na ramiona, a niebieski oczy przyjaźnie lustrowały otoczenie. Lutnia przerzucona mu przez plecy świadczyła o jego profesji, zaś brak jakiejkolwiek broni o braku odpowiedzialności. No ale już taki był, lekkoduch nie martwiący się życiem.

Niewielka, stalowa i nieprzezroczysta buteleczka obracała się chaotycznie w palcach jego lewej dłoni zaś prawa skrobała piórem na pergaminie. Słowa ponoć zlane z duszy urzeczywistniały się pismem na czystym arkuszu tworząc ciąg wierszem zwany.
- Nim świeca zgaśnie
Blask swój tracąc
Nim ciepło
W powietrzu rozniesie
Pierś ma odetchnie
Za wszystko płacąc
Siłami swymi
Co serce niesie
- szeptał po cichu kierując swą dłoń nie tylko myślami ale i swym głosem, spojrzał krytycznie na swe dzieło i schował wszystko do niewielkiego plecaka który trzymał przy sobie. Westchnął głęboko i wręcz teatralnie, rozejrzał się dookoła i już wstać miał, nie widząc nikogo kto by go zainteresował, spisując kolejną dobę na stratę gdy nagle drzwi do przybytku otworzyły się. Mężczyzna o zbyt interesującym świat dorobku wszedł do pomieszczenia i kroki swe kierował w stronę gnoma bawiącego nieopodal.
- Tak, to on - rzekł cicho, jakby do siebie i już miał zmierzać w stronę narkotykowego barona, gdy nagły wybuch udaremnił jego zamiary.

Bard ukazując niezwykłą zręczność, niewyobrażalne wyszkolenie i nie przeciętną brawurę skoczył. Skoczył niczym lew na swą ofiarę. Niczym mnich po kilkunastoletnim treningu. Skoczył... pod stół zakrywając kark i uszy rękami. Nie, Lucjusz nie należał do najbardziej odważnych person tego padołu. Wręcz przeciwnie. Krótki krzyk wydobywający się z jego ust rozprzestrzenił się po pomieszczeniu. Chcą go mordować?! Już?! Przecież jeszcze nic nie zrobił!

Na szczęście okazało się, że owa eksplozja nie miała miejsca w holu głównym i bardowi jeszcze nic nie grozi. To plus brak zdrowego rozsądku, instynktu samozachowawczego i wrodzona ciekawość kazały mu wyjść spod lady i osobiście sprawdzić co tu się dzieje.
- Haha! Żyję! - okrzyknął światu, jakby kogoś to interesowało... Idąc za przykładem innych udał się w stronę schodów by ujrzeć sprawcę całego zamieszania i możliwie ułożyć balladę o nieprzeciętnych wrażeniach w burdelu.
 
__________________
Why so serious, Son?

Ostatnio edytowane przez andramil : 02-05-2011 o 10:43.
andramil jest offline  
Stary 02-05-2011, 11:40   #4
 
Tohma's Avatar
 
Reputacja: 171 Tohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie cośTohma ma w sobie coś
W milczeniu obserwował gości Jagody, swojego przybytku, uśmiechając się do każdego, kto choć spojrzał w jego kierunku. A spoglądało wielu. Trudno było mu się oprzeć. Był jak piękny kwiat, który wyrósł na polu pełnym seksu, perwersji i grzechu. A oni wszyscy, jak te nęcone wonią owady, nie mogli oderwał od niego wzroku.
Przeciągnął się leniwie i oparł o blat kontuaru. Po raz kolejny zlustrował wzrokiem całą salę, wyłapując co lepsze kąski, które skończą z nim dzisiaj w łożu. Na uprawianiu dzikiego seksu. Oczywiście. Już miał ruszać na łowy, by zapewnić sobie przyjemność, gdy do pomieszczenia wszedł kolejny gość. Niby nic dziwnego, lecz Elster pamiętał skądś tę twarz. Wystarczyła chwila, gdy ich oczy spotkały się, a twarz nowoprzybyłego skradł dziwny grymas, gdy umysł pana Jagody rozjaśnił się w przypomnieniu.
Jedna z jego pracownic, piękna Noyrra, była ulubienicą tego mężczyzny i wiele nocy spędził on rozkoszując się jej umiejętnościami. Oczywiście Elster nie byłby tym, kim jest, gdyby nie znał najdrobniejszych szczegółów o swoich klientach. W końcu w zdobywaniu informacji nie było dla niego konkurencji.
Tyle już słyszał o Narkotykowym baronie. Zawsze jednak wydawał się pewny siebie i przekonany o swym sukcesie. Teraz wyglądał na dużo bardziej zagubionego i zdenerwowanego. Ktoś mógłby dać mu lekcję z nie okazywania uczuć i myśli. Jego twarz była jak otwarta księga, z której wyczytać można było każdy problem. Aż dziw, że taki człowiek wytrwał tyle czasu w tym biznesie.
Elster wyprostował się i odrzucił długie włosy do tyłu. Chciał sprowokować Rainera, aby do niego podszedł. W końcu nie przyszedł tutaj na dziwki. Zbyt często rzucał mu ukradkowe spojrzenia, a jego umiarkowanie przystojne lico mącił wyraz zastanowienia.
I już, gdy prawie złapał rybkę na haczyk, tamten odwrócił się w stronę jakiegoś gnoma i zaczął się z nim obściskiwać. W geście powitania zapewne. Długowłosy prychnął cicho. Nie gustował w gnomach i innych niskich humanoidach. Sam był dość niewysoki i bardzo drobny, budową przypominając raczej młodą dziewczynę, niż doświadczonego pół-elfa.
Rozmyślania nad istotą wzrostu przerwał mu jednak głośny huk i piski rozchodzące się po Sali. Nie minęła sekunda, a on stał już na schodach prowadzących na piętro, skąd doszedł ich wybuch. Z jednego z pokoi ulatywał delikatny dym i unosiła się wstrętna woń siarki. Elster nie zwrócił na to jednak uwagi, już miał wparować do pokoju, w myślach przeliczając koszty naprawy zniszczeń, gdy z otwartego pomieszczenia wybiegł jakiś mężczyzna, rozebrany bardziej niż ubrany, z wyrazem głębokiego szoku na twarzy. Zaczął się szybko tłumaczyć, ale zarządca przybytku nie słuchał go zbytnio. Spojrzał tylko głęboko w przestraszone oczy i wydał komendę:
- Stój tu, dopóki nie wrócę. – Tamten pokiwał tylko głową i począł nakładać szczątki ubrania, które mu pozostały. Elster obrócił się w stronę zgromadzonego pod schodami tłumu i rzucił szybkie spojrzenie swoim trzem najlepszym dziwkom, które zawsze zabawiały gości w głównej Sali. Te od razu wyłapały wiadomość i rozpoczęły rozpraszanie gromady, oferując wszystkim darmowe drinki i prężąc się znacząco przy co bardziej opornych.
- Proszę państwa – zabrał głos zarządca – to prawdopodobnie tylko jakiś chory alchemiczny wymysł, który miał zwiększyć doznania erotyczne pary w tamtym pokoju – tu zwrócił twarz w kierunku ocalałego mężczyzny, który nadal stał w miejscu gapiąc się na swoje stopy w zażenowaniu i mrucząc coś pod nosem. – Skończyło się jednak na tym, że mikstura, czy tam proszek, cokolwiek to było, uległo wybuchowi, przysmalając leciutko intymne strefy naszego gościa. – Uśmiechnął się głęboko do resztki gapiów jaka została. Ci tylko zaśmiali się cichutko i pokiwali głowami na znak, że kupili tę opowieść bez zawahania.
Elster odwrócił się w stronę ocalałego i złapał go za ramię, prowadząc do zniszczonego pokoju. Czujnym wzrokiem zbadał pomieszczenie, z którego pył opadł już na ziemie, zasnuwając ją białawym dywanem. Nie zanotował jednak niczego groźnego toteż w milczeniu wskazał ofierze, że ten ma iść pierwszy. I tak zrobił. Długowłosy zamknął szybko drzwi, a co uważni zdążyli zauważyć jak szeroki uśmiech wykwitł na jego twarzy.
 
__________________
There is no room for '2' in the world of 1's and 0's, no place for 'mayhap' in a house of trues and falses, and no 'green with envy' in a black and white world.
Tohma jest offline  
Stary 02-05-2011, 18:57   #5
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2996 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
W burdelu od półelfów było gęsto. Naprawdę. Chociażby zniewieściały właściciel stojący przy schodach. Albo wchodzący właśnie do przybytku Rainer Bane bogaty kupiec, niektórzy mówią, że numer jeden w gildii. Inni mówili, że rozprowadza narkotyki ale to tylko plotki. Kto by im wierzył? Chociażby kolejny (ale nie ostatni) metys w przybytku. Co prawda miał większe podstawy by oskarżać wpływowego mieszkańca niż plotki. Odnowienie kontaktów popłaciło. Zaraz przyjdzie mu się przekonać czy zyski mają chociaż szansę na przeważenie strat. Lekki uśmiech goszcząc na twarzy mieszańca jeszcze się poszerzył. Dreszczyk wywołany wejściem do gry robił swoje.
A jak wyglądał ten konkretny półelf? Wyglądał jakby mógł podać sobie z Banem dłonie. Ubierał się jak kupiec, chociaż bardziej z tych biednych ale pozujących na bogatych. Złoty sygnet nijak nie pasował do prostej, zielonej tuniki. Zresztą to był brak gustu (jakże charakterystyczny dla nowobogackich) sygnety już dawno wyszły z mody. Do tego złoto do zieleni? A widzieliście ten miecz a raczej zdobiona rękojeść miecza z ostrzem bardziej przystającym kordowi? Taką broń noszą pozerzy, którzy chcieli pokazać się z bronią ale irytowało ich długie, zahaczające o wszystko (i ciężkie) ostrze.
Taa... Brak gustu. Nowobogacki kupiec. Albo ubogi pozujący na takiego. Wielu tu takich było...
Metys komplementował właśnie elfkę tu pracującą naiwnie pewnie licząc na zniżkę dla tak przystojnego i dobrze wychowanego klienta. Wielu tu takich było i ten tonął w tłumie.

Wszyscy patrzyli na znanego kupca wchodzącego do domu publicznego. Jedni pewnie przytakiwali ze zrozumieniem i szukali jednocześnie wzrokiem jego ulubionej kurtyzany (różniącej się od dziwki ceną jaką się płaciło). Jeszcze inni doszukiwali się teorii spiskowych. Jego pobratymiec zaś ledwo zaszczycił go spojrzeniem.

Huknęło i to solidnie. Metys drgnął, oczy mu się zwęziły. Gdyby ktoś na niego zwrócił teraz uwagę zobaczyłby dwie rzeczy. Był trzeźwy i przyzwyczajony do różnych zaskakujących wydarzeń. Jedyną osobą, która poświęcała mu swoją uwagę była elfka.



Kurtyzana też ledwo drgnęła i się obejrzała. Zaraz wróciła spojrzeniem do niego i przybrała wystraszoną minę. Pozwoliła się uspokoić, objąć, ręce półelfa zagłębiły się pod spódnicę. Myślami (z trudem ale jednak) był gdzieś indziej. Zmuszał się do myślenia tak jak powinien. Tak by przeżyć.
Po pierwsze elfka się na nim poznała, kupiec powinien przeżyć ciężki szok.
Po drugie ktoś wywołał ten wybuch. Kto? Czyżby nieudany zamach na Bane.
Jego dłoń błądziła po ciele elfki gdy podjął decyzje.
- Pójdę sprawdzić piękna co to było. Nie bój się.
Czuł ciepło przylegającej do niego elfki, ciche słowa zostały wyszeptane mu do ucha.
- Elster się tym zajmie Til. Nie odchodź.
- Zaraz wrócę piękna. Nic Ci tu nie grozi.

Nie czekając na reakcje elfki delikatnie ale stanowczo odsunął jej ręce, pocałował i wstał.
Żałował trochę, elfka mu się podobała ale jeszcze nie było z nim tak źle żeby musiał płacić za seks. Podszedł szybko do właśnie rozchodzącego się tłumu. Historyjka zniewieściałego była tak spójna jak... coś bardzo niespójnego. Facetowi nie stawało więc użyli jakiegoś alchemicznego badziewia od którego dziwka znikła pośród huku i dymu. Normalnie kłamstwo pierwsza klasa. Na pijanych podziałało (chociaż według metysa bardziej podziałała wizja darmowych drinków). Nim tłum jeszcze się rozrzedził półelf przepchał się do Rainera.
Zręcznie sięgnął po ostrze ale nie to nieporęczne (i niesamowicie tępe) wiszące przy pasie ale znacznie mniejsze i ostrzejsze w rękawie. Przyłożył je do nerki kupca.
- Ktoś ze Złodzieji Cienia mógłby Ciebie Panie pchnąć i zostawić w tym ścisku. Jakby zrobił to umiejętnie z początku nikt by nawet nie zobaczył. Jak dobrze, że to ja trafiłem na Ciebie Panie.
Dziwki zaczęły subtelnie rozganiać tłum. Subtelność ma to do siebie, że jest wolna. Metys odstąpił od kupca chowając ostrze i odezwał się głośno naśladując akcent z Luskan.
- No Rainer brachu! Cóż za spotkanie! Napić się trzeba! Ty stawiasz psubracie.
Ciekawiła go reakcja mieszczanina, mogła metysowi wiele o nim powiedzieć. Przede wszystkim czy jest sens w to się pakować.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]

Ostatnio edytowane przez Szarlej : 02-05-2011 o 22:30.
Szarlej jest offline  
Stary 03-05-2011, 01:09   #6
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 41846 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację
Wojownik siedział wyprostowany bokiem do swego rozmówcy. Patrzał akurat na zacne krągłości przechodzącej obok białogłowy zajmującej się w "Krzepkim Najemcy" podawaniem zamówień. Nie wiedział czy pełniła ona w tym zatłoczonym przybytku również inne usługi - jeśli tak to z chęcią by skorzystał. Korzystając z okazji, że mężczyzna siedzi bokiem, jeden z ludzi wcześniej przepychających się w tłumie ku stolikom, dosiadł się przesuwając tuż pod same plecy Rudigera.

- Poszedł. Nie przypominam sobie abyśmy potrzebowali towarzystwa. - powiedział od niechcenia obracając się przodem do stołu, na którym stały całe sterty ciepłej strawy i parę kufli ciemnego, mocnego piwa.

Gruby, aby nie powiedzieć zatłuszczony do granic możliwości człowiek chciał coś powiedzieć - nawet otworzył usta. Jednak ku swemu zdziwieniu zobaczył ubranego w skórzany kaftan człowieka, którego grubość bicepsów nie dawała szans pomyłki w określeniu jego zawodu. Był wojownikiem. W sumie nie tylko wojownikiem, ale tej drugiej lubej dziedziny nie sposób było odgadnąć.

Grubas uniósł mętny wzrok na zabliźnioną twarz człowieka po drugiej stronie stołu - pewnie towarzysza Rudigera - jakby szukając w niej wyrazu poparcia. Jednak nie otrzymując takowego wstał unosząc na znak pokoju wyprostowane dłonie przed siebie.

- Widzisz Rudiger. Nikt, kurwa, nie okazuje szacunku. Nawet taki grubas, którego zmiażdżyłbyś gołą ręką. - powiedział zabliźniony człowiek patrząc nieobecnym wzrokiem przed siebie.

- Spokojnie Hormon. Zawsze byłeś nadpobudliwy przez co masz taki oszpecony ryj. Znasz mnie. Nigdy nie lubię wdawać się w całkowicie niepotrzebne potyczki. - odpowiedział basem wojownik.

- Szczery do bólu. Wiesz, że jak byśmy się nie znali od roku i byłbym o dwa litry piwa lżejszy sprałbym Cię na kwaśne jabłko? - powiedział z uśmiechem.

- Wiem. Inaczej bym tego nie mówił.

"Dlatego właśnie lubię gadać z Hormonem. Nie dość, że pozbywa się strachliwych samym pyskiem to jeszcze znajdzie zawsze jakąś dobrze płatną robotę" pomyślał po czym zabrał się za jedzenie.

- Słuchaj. Ostatnie zlecenie jakie mi pomogłeś wykonać miało być opatrzone pewnym dodatkiem do kasy. Pamiętasz Ilsę? Nasz zleceniodawca to jej daleki krewny. Poza kasą jaką już ode mnie dostałeś możesz się z nią zabawić. Znajdziesz ją w burdelu Elstera Vievve. Nie zgadniesz jakie ona ma umiejętności. Ciekawe jakie zrobiła postępy od mojej ostatniej wizyty. Nie ważne. Po prostu zajdź tam i powiedz, że ty do Ilsy. Za wszystko już masz zapłacone, a i wspomnieć kogo mają się spodziewać nie zapomniałem. - powiedział podnosząc kufel i uderzając w ten uniesiony przez Rudigera. - Widzisz? Niby szpetny skurwiel, ale o swoich zadbać umiem! - wychylając cały kufel ciemnego trunku wstał i odszedł w stronę szynku.

"Ilsa. Ilsa. Aaaa pamiętam. Dobra jest. Zajdę do niej jutro" pomyślał przeżuwając z uśmiechem ostatni kęs wojownik.

***

Przed wyjściem na spotkanie z Ilsą Rudiger nie zapomniał się ogolić i porządnie wymyć. Znając kurewskie plotkarstwo, gdyby tego nie zrobił, w całej Athkatli by huczało, że się nie myje. W sumie nie było to niczym dziwnym. Co takie "damy" miały innego do roboty?

Jako, że nigdy nie śpieszył się "w tych sprawach" zabrał ze sobą butelkę wina. Złodzieje Cienia nie pytali o niego od paru dni co oznacza, że ostatni fałszywy trop musiał ich na trochę zatrzymać. Nic tylko cieszyć się życiem. Nie pozostało mu nic innego jak wybrać się do osławionego domu uciech...

***

Spora budowla robiła wrażenie. Nie była najpiękniejsza, ale jej solidność i odgłosy słyszane czasem z jej okien czyniły ją najbardziej zauważalną w okolicy. Drzwi były niezwykle ciche, podobnie jak mężczyzna, którego Rudiger minął kierując się ku głównej izbie.

Ta była położona w idealnej odległości. Nie na tyle blisko drzwi aby wejść do niej zziajanym, ani na tyle daleko aby się specjalnie namęczyć z dotarciem do niej. Dwuskrzydłowe wrota były gościnnie otwarte, a ich skrzydła zaczepione na metalowych klamrach przymocowanych do ścian korytarza prowadzącego do pomieszczenia.

Wchodząc do środka wojownik nieznacznie rozejrzał się po zebranych. Byli wśród nich dostojnie ubrany Elster Vievve oraz mała grupka siedząca przy stoliku. Normalnie Rudiger nie zwróciłby na nią większej uwagi, ale... przy stoliku stał - obściskujący się z bogaczem Rainerem Bene - gnom. Człowiek skądś go kojarzył. Nie miał pojęcia skąd, ale nie lubił przedstawicieli tej rasy.

Jeszcze w Calimshanie Rudiger poznał paru z nich. Mali, rzadko przykuwający uwagę, często ze smykałką do interesów - i zawsze chciwi. Do dziś Rudiger pamięta zażarte boje jakie toczył z tymi malcami - jeszcze za czasów pobytu w "Bezgłośnych klingach". Andramil zawsze śmiał się z jego wpojonej nienawiści do tych małych skurwieli - "W tym interesie niezdrowo jest mieć uprzedzenia" jak zwykł mówić jego mentor. Oczywiście zdarzały się i wyjątki od tej zasady...

Każdy kto zwrócił uwagę na wchodzącego wojownika dostrzegł dość wysokiego, z równo przyciętym zarostem mężczyznę o żywych, zielonych oczach i ciemnych, brązowych włosach. Ubrany był on w solidne, skórzane spodnie i ćwiekowaną bluzę ze skóry idealnie pasującą do jego niepozornej sylwetki. Długie, skórzane buty kończyły się zapewne gdzieś pod spodniami. Człowiek, mimo niepozornego torsu miał dość szerokie barki i bardzo umięśnione ręce, co było widać przez idealnie leżące ubranie. Ciekawym było, że przypięty klamrą spoczywał na jego barkach długi, skórzany płaszcz. Był rozpięty i wyglądał na bardzo solidny. Dla oka nie szukającego szczegółów mógł on nawet wyglądać na pelerynę. Tym co czyniło postać Rudigera rozpoznawalną z tłumu osiłków była mała kusza oraz dwie nieodłączne bronie wojownika - jednoręczny, obusieczny topór oraz morgenstern.


Cały oręż jegomościa wyglądał na bardzo solidny i ani trochę na nieużywany. Widać było nadgryzienie przez ząb czasu. Co innego rzeczy. Były równie solidne co broń, ale wyglądały na świeże, aby nie powiedzieć nowe. Kierując się do barku, przy którym stał Elster mężczyzna szedł prosto i mężnie...

W chwili wybuchu Rudiger nie zgarbił się, nie uskoczył - jedynym co zrobił było stanięciem w miejscu. W chwili, gdy zarządca jeszcze stał nad Rudigerem górę wzięły instynkty łowcy. Wiedział on, że źródło wybuchu było zbyt daleko, aby był to - nawet nieudolny - zamach na którąś z osobistości obecnych w pomieszczeniu. Ktoś po prostu musiał popełnić pomyłkę. Kto? Tego nawet szósty zmysł wspomnianego już Andramila nie byłby w stanie przewidzieć. Po wybuchu nastąpił straszny, jak na rozbudzone zmysły łowcy, harmider - z jednej strony tłukło się jakieś szkło, z innej wrzeszczał zlękniony gnom, a z jeszcze innej było słychać piski kurtyzan.

Gdy już zarządca rzucił się w kierunku źródła hałasu łowca ruszył za nim. Nie wlókł się, nie szedł normalnym tempem, ale szedł pewnie i szybko - jak udający się za swą ofiarą myśliwy. Gdyby teraz ktoś spojrzał w jego oczy stwierdziłby, że coś się zmieniło - wcześniej żywe gałki teraz emanowały zielenią skrzących się iskier.

Widząc wychodzącego, do połowy nagiego, tłumaczącego się mężczyznę Rudiger poczuł zapach siarki. Jakby automatycznie przyklękł aby chwycić odrobinę pyłu czy przyjrzeć się śladom na ziemi, gdy nagle zrozumiał, że schyla się w pomieszczeniu, gdzie żaden cal podłogi nie przypominał miejsca łowów. Ruszając z dezaprobatą dla swej osoby głową łowca ruszył w kierunku Elstera. Wyławiając z gwaru słodki głos powodu, dla którego tu był spojrzał w kierunku pięknej jak zawsze Ilsy.


Jej śliczne, długie włosy ozdobione były sporą spinką z motywami kwiatów, a niemal złota suknia odsłaniała zaczepnie piękny biust. Jej niecodziennie, niebieskie oczy spojrzały ku niemu. "Więc jest jedną z zabawiających gości w sali głównej" pomyślał podchodząc bliżej Rudiger.

- Witam Rudiger. Widzę, że wybrałeś idealny moment na odwiedziny. - powiedziała zalotnie. - Co tak patrzysz? Wiem, wiem. Jestem Ci winna co nieco. Hormon mi mówił. Należy Ci się nie tylko drink. - dodała przytulając się do mężczyzny. - Chodź za mną. Zaprowadzę Cię do mojego osobistego raju...

Słysząc ostatnie zdanie wojownik ruszył za kurtyzaną a jego oczy znowu wróciły do normalnego, cieszącego się życiem, stanu.
 

Ostatnio edytowane przez Lechu : 03-05-2011 o 01:24.
Lechu jest offline  
Stary 04-05-2011, 09:27   #7
 
daamian87's Avatar
 
Reputacja: 99 daamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znanydaamian87 wkrótce będzie znany
Dimble był typowym gnomem. Zaokrąglone kształty świadczyły dobitnie o tym, iż dobrze mu się powodziło. Czarny pasek zapięty był na przedostatnią dziurkę, a i tak opinał dość mocno jego brzuch. Czarna koszula leżała na nim luźno, dając większą swobodę ruchów. Krótko przycięte, siwe włosy dodawały mu nieco lat, był to jednak zabieg celowy. Okulary, kilkudniowy zarost i wieczny uśmiech stwarzały obraz miłego, starszego gnoma.


Dimble siedział przy stoliku, popijając niskiej jakości piwo, na co klął pod nosem. Nie cierpiał tanich, podłych win. Nie cierpiał niczego, co nie pochodziło z jego karczmy. Wiedział doskonale, jak funkcjonują tego typu przybytki, co dodatkowo odrzucało go od korzystania z usług innych karczmarzy.

Tego dnia nie miał jednak wyjścia. Miał umówione spotkanie z klientem, który ponoć oferował niezły zarobek. Nie to, żeby gnomowi brakowało pieniędzy. W końcu karczma i kilka dodatkowych interesów zapewniało całkiem niezły dochód. Po prostu ciekawiło go zadanie, jakie chciano mu zlecić. Oczywiście nie musiał go przyjmować, ale wysłuchać nigdy nie zaszkodzi.

Przez pierwsze pół godziny czekania, gnom skupił przy sobie dwie wyjątkowo urocze kobiety, które pracowały w przybytku Elestera, dobrego znajomego Dimble'a. Pierwsza z nich, dobrze mu znana Alissa, była wyjątkowo piękną i dobrze wyposażoną przez naturę kobietą, za co bard niezwykle ją cenił. Jej długie, kasztanowe włosy podkreślały głębię zielonych oczu, a uśmiech potrafił niemal zahipnotyzować człowieka.

Druga kobieta była najprawdopodobniej nowa, bowiem Dimble nie znał jej. Jej twarz była niemal tak piękna, jak twarz Alissy. Mały bard zajął obie kobiety opowiadaniem o wielkiej wojowniczce, potężnej Ber'net. Obie panie, zapatrzone z przejęciem w gnoma, wsłuchiwały się w każde jego słowo, łapiąc je niczym niezbędny do życia tlen.

Dimble rozpoczął tą część opowieści, w której to Ber'net spotkała na swojej drodze nieustraszonego i mężnego gnomiego barda, co miało w niedalekiej przyszłości zaowocować niezwykle upojną i namiętną znajomością obojga, kiedy w pomieszczeniu pojawił się Rainer. Przywitał się z gnomem, jednak wyraźnie nie był zainteresowany dłuższą pogawędką.

Dimble wrócił do swojej opowieści, zatapiając się ponownie w cudowne kształty kobiety, kiedy całym lokalem porządnie wstrząsnęło. Bard w ciągu dosłownie ułamka chwili znalazł się pod stołem, modląc się do bogów o to, by ci go oszczędzili. Na szczęście, cała sprawa okazała się błaha. To tylko jakaś kobieta zniknęła w kłębach dymu, wnioskując z plotek, które już po chwili wypełniły cały lokal.

Gnom postanowił nie kusić dalej losu. Z szarmanckim uśmiechem i manierami godnymi samego księcia pożegnał się z kobietami, nie zapominając o zaproszeniu ich do siebie tego wieczoru, po czym zniknął z karczmy.

Zmierzając do swojej karczmy, obmyślał w głowie jak najtaniej i od kogo najlepiej dowiedzieć się dokładnie, co też takiego stało się w zamtuzie. W końcu informacja to najlepsze źródło zysku, a Dimble'y był mistrzem w jej zdobywaniu i rozpowszechnianiu.
 
__________________
"Marzę o cofnięciu czasu. Chciałbym wrócić na pewne rozstaje dróg w swoim życiu, jeszcze raz przeczytać uważnie napisy na drogowskazach i pójść w innym kierunku". - Janusz Leon Wiśniewski
daamian87 jest offline  
Stary 08-05-2011, 02:54   #8
Konto usunięte
 
Velg's Avatar
 
Reputacja: 365 Velg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetny
Zahir puścił mimo uszu narzekania Rainera. Jego przyjaciel miał wiele zalet, ale... jak na zahirowy gust, zbytnio panikował. A nie było powodu. I to nie dlatego, że był księciem z odległego Calimshanu... Rzecz była w czymś zupełnie innym. Był... był po prostu nieśmiertelny.

Podjęta niewcześnie interwencja w wojnę domową Tethyru? Przeżył. Nieudany pucz? Też przeżył. Mała rebelia, kiedy źle administrował dystryktem Almraivenu? No, przecież przeżył! Podobnie jak wiele innych sytuacji, w których zwyczajowo spadały czerepy.

Taaak... Nieśmiertelny. To było dobre słowo. I doskonale obrazowało zdolność syna rodu Persekhal do przeżywania swoich awantur.

- Rainer, uspokój się. Żadni złodzieje nikogo tu nie dorwą. Bo widzisz, jestem w kurewsko dobrych stosunkach z Tymorą, a nieszczęścia wysyłam na inny świat hurtem. – stwierdził nonszalencko, rozsiadając się wygodniej. Cóż, nie miało to najlepszego wpływu na przerażonego Rainera – ale przecież liczyły się intencje, nieprawdaż?

***

Niedługo po wyjściu Rainera, ambasador również odczuł przemożoną potrzebę wyjścia. W jego przypadku powód był dość prozaiczny – willa była za mała, aby pomieścić niespokojnego ducha Zahira. Nie oznaczało to jednak, że przybytek był miniaturowy – bogom dzięki! Nie, w jego przestronnym wnętrzu mógłby bez przeszkód urządzić sobie leże smok. Niemniej, było to zbyt mało, aby zaspokoić potrzeby syna Calimshanu. Te miały się całkiem dobrze, kiedy jeszcze zamieszkiwał w pałacu przy ambasadzie... lecz ostatnimi czasy większość swego prywatnego skrzydła odstąpił szajce Rainera. Jakoś tak się złożyło, że lotne produkty uboczne ekstrakcji narkotycznego proszku przedostawały się do zahirowych apartamentów. Smród i tendencje do żeńskiej części służby do omdlewania wykonały dobrą robotę, wypłaszając arystokratę z jego własnych apartamentów. Zadomowił się w mniejszej willi – i tu książęca tendencja do rozgardiaszu ujawniła się w całej swej okazałości. Prędko okazało się, że na nic nie ma miejsca, choć być powinno.

To jednak tak naprawdę było jedynie problemem zastępczym. Syn Ralana mógł żyć w każdych warunkach: niejednokrotnie nawet zdarzało mu się spać na ulicach, kiedy tylko stężenie alkoholu osiągało niebezpieczne poziomy. Prawdziwy problem sięgał dużo głębiej: podczas przeprowadzki uszkodzone zostały jego cenne gobeliny z kara-turskiego jedwabiu. Książę, jakkolwiek esteta, nigdy nie przyznałby się do przywiązania, jakie czuł wobec „takich zwyczajnych!” przedmiotów. A jednak, tkaniny z wyhaftowanymi scenami z gawęd łotrzykowskich były jego towarzyszami przez ostatnią dekadę... I źródłem motywacji – niejednokrotnie bowiem zapisane na nich przygody Pustynnego Lisa były dla niego źródłem inspiracji. Bez nich... Często musiał przypominać sobie, dlaczego wpakował się w bene'owe łajno. A to nie było dobre – Zahir z rodu Persakhala nienawidził się zastanawiać nad swoimi motywami

Wszystkie te frustacje wypędziły go z domóstwa w tempie iście błyskawicznym: niespełna kwadrans! Kwadrans – z godziny, którą zazwyczaj zajmowały mu przyszykowania do godnego zaprezentowania się na arystokratycznych salonach.

***

Godzinę błąkał się po ulicach, zdeterminowany znaleźć albo dostatecznie luksusowe przyjęcie, albo dostateczną zaczepkę. Poszukiwania guza okazały się być trudne: większość typów spod ciemnej gwiazdy wolała uniknąć konfrontacji z księciem o paskudnej sławie... zwłaszcza, że gdyby przypadkiem udało im się wygrać, oznaczałoby to afront dla syl-paszy. A o paszy Calimportu, Ralanie el Persakhalu, krążyły paskudne plotki...

Wreszcie, kiedy już całkowicie zwątpił w męstwo obdartusów z Miasta Pieniądza, zdołał bezczelnie wprosić się do jednego z salonów. Bezczelnie: bowiem niespełna tydzień wcześniej publicznie wyrzucił zaproszenie, twierdząc, że na niektóre zabawy już tylko skamieniałości poprzedniej epoki przyjść...

***

Udało się połączył przyjemne z pożytecznym. Grupa młodych szlachcianek spijała każde słowo z ust młodego księcia, któremu atencja kobiet obojętna nie była. Jednocześnie, mógł być wręcz pewien, że niedługo wszystkie jego słowa będzie znać cała Athkatla...

- ... i powiem wam w sekrecie: przez magiczne zwierciadło rozmawiałem dziesięć obrotów klepsydry temu z paszą Calimportu, ojcem mym! Staruch wreszcie dostrzegł potencjał, który mu wskazywałem. „Zahirze,” - mówił - „awantura południowoamnijska to istna kopalnia złota! Murann padnie, ale co wtedy?” Staruch widać zapomniał, że ja mu to wskazywałem: „Wtedy my wykupimy rebeliantów, boć to idealna, tania siła robocza. Ale tanio – więc trzeba nam wpływów w Amn!” I dlatego, zalewamy rynek... – cała historia nie miała najmniejszego sensu. No, rzeczywistego sensu – bowiem w kupno jeńców wojennych z efemerycznego imperium sythilisiańskiego mógłby uwierzyć... ale wątpił, aby przy całej swej osobowości, jego ojciec zdecydował się na którykolwiek z tych kroków.
 

Ostatnio edytowane przez Velg : 08-05-2011 o 03:15.
Velg jest offline  
Stary 06-06-2011, 00:27   #9
 
andramil's Avatar
 
Reputacja: 886 andramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwuandramil jest godny podziwu
Zapowiadał się miły dzionek. Nic tak nie poprawia humoru kobiecie interesu jak pewność przybywania ogromnych ilości pieniędzy oraz sprawne działanie jakże żywego organizmu jakim była siatka burdeli. Ardaia, jak zwykle pewna siebie, ruszyła dziarsko w stronę jednego ze swych pałaców i energicznym ruchem wkroczyła weń. Zamieszanie jakie ujrzała nie spodobało się kobiecie, jednak nie wstrząsnęło nią zbytnio. Trzeba było się dowiedzieć co tu się dzieje.

Idealnym informatorem byłby młodzieniec w zielonych szatach. Byłby, gdyby bez słowa i zastanowienia nie przepchał się koło niej przez drzwi. Ach ta młodzież. Zero szacunku dla starszych.

Lucjusz ewidentnie się gdzieś spieszył. Jednak gdzie pozostawało to wiadome jedynie jemu.

Pomarszczona starowinka rozejrzała się jednak mimo swych nadziei nie spostrzegła Vievve - jej podwładnego zarządzającego tym burdelem oraz zapewne orientującego się w zamieszaniu. Nie było go nigdzie, ani wśród tłumu, ani przy barze, ani przy stolikach. Może przebywał na zapleczu? Możliwe, ale na pewno nie dosłownie.

Tymczasem na pietrze, tuż za półnagim mężczyzną, rozległ się huk gwałtownie zamykanych drzwi. Niedoszła ofiara bomby seksualnej momentalnie odwróciła się ukazując przysmoloną klatkę piersiową oraz ledwo widoczne, poprzez wypalone dziury, oklapłe przyrodzenie. Chłopak ten ujrzał szczery uśmiech półelfa, ukazującego wszystkie, równiutkie zęby. Szczerze wolałby, by były to kły wampira...

W pokoju zaś za ścianą młody łowca głów właśnie dziękował Panu Śmierci i Nieśmierci, za to życie którego jeszcze nie miał zamiaru zabierać do swego mrocznego królestwa. Rudowłosa uśmiechnęła się zalotnie i zachęciła wojownika skinięciem palca. Podeszła do łoża i opierając na nim swe szczupłe ręce, zgięła lekko nogę podwijając nieco suknię do góry. Zaśmiała się kokieteryjnie po czym zaczęła powoli wspinać się na łóżko mrucząc i wijąc się jak kot...

W ciemnym zaułku niedaleko Jagody inna kurtyzana pojawiła się przed siedzącym na skrzynce starszym mężczyźnie w czerwieni. Jego srebrny symbol przedstawiający czaszkę i kosę mógł dawać wiele do myślenia.
- Po jakie licho żeś to uczyniła? - pytanie całkowicie pozbawione emocji dźwięcznie rozprzestrzeniło się w powietrzu.
- Oj nie gniewaj się Ezraelku... - kobieta uśmiechnęła się zalotnie, przygryzając lekko palec wskazujący.
- Kobieto! - gniew w oczach dotąd spokojnego kapłana zapłonął czystym płomieniem. Święty symbol począł lekko pulsować i emanować czarne światło.
- Przepraszam Panie. Ja... Ja... Nudne to wszystko. - Skrucha spowodowana skarceniem objawiła się grymasem bólu na twarzy ślicznej kobiety.
- Niewiasto, stworzenie marne... Czemu ja cię jeszcze nie zabiłem?

W dzielnicy rządowej, w jednym z bogatszych domów odbywało się przyjęcie. Oczywiście nie był to na tyle znamienity przybytek by od razu zainteresować kogoś takiego jak syn paszy Calimportu, jednak na tyle ciekawa impreza, by w ostateczności uświetnić ją swą osobą. Co jakże się udało. Charyzmatyczna postać Zahira działała jak magnes na tutejsze panny i mężatki. Jego egzotyczne opowieści były niczym ambrozja dla żeńskich uszu i niczym rozgrzane węgle w trzewiach dla męskiej społeczności owej zabawy. Tak... Zazdrość biła od nich jakby smród starego żebraka. Nie przeszkadzało to zbytnio młodemu awanturnikowi w ubraniu dyplomaty dalej bałamucić owe niewiasty swymi słowami. Aż do czasu.
Dwóch szlachciców, widocznie nie zainteresowanych barwną personą flirtującą z każdą posiadaczką piersi, rozmawiało ze sobą przy kieliszku wina. Nie było by w tym nic ciekawego gdyby nie ściszony głos i ewidentnie ciekawy temat.
Gdyby tylko nie te szmery...
- ...Cieni... to nie potrwa... zniszczeni.
- ...rację... Jakże nie przemyślane... kwestia cz... skryto... radzą sobie. - strzępki rozmowy dotarły do niewyczulonych na ciche dźwięki uszu ambasadora. Gdyby podszedł bliżej... jednak czy to nie zwróci uwagi owych szlachetnie urodzonych, nie płosząc ich przy tym?
 
__________________
Why so serious, Son?

Ostatnio edytowane przez andramil : 06-06-2011 o 00:35.
andramil jest offline  
Stary 08-06-2011, 00:00   #10
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 41846 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację
Wojownik nigdy nie lubił się śpieszyć w sprawach intymnych. Nie lubił również przekraczać ledwo przez niektórych zauważalnej granicy między opłaconym gwałtem a swobodnym oddaniem partnerki płci pięknej. Jego oczy spokojnie wyłapywały zalotne ruchy Ilsy siadającej naprzeciw stolika w przytulnym pokoiku domu uciech Elstera Vievve. Rudiger otworzył przyniesione wino i nalał do przygotowanych kieliszków. Kurtyzana uśmiechając się pruderyjnie uniosła szklane naczynie. Mężczyzna dziękował kompanom za nadchodzącą wielkimi krokami zabawę - musiał korzystać z życia póki je jeszcze miał...

***

Jedyne czemu Rudiger nie mógł się nadziwić, to wiecznie obecny tłum w jego ulubionej karczmie "Krzepki Najemca". Tamtejszy karczmarz nie tylko był doskonałym źródłem informacji, ale i pośrednikiem pomiędzy nielicznymi a ich pracodawcami - między innymi pomiędzy wojownikiem a Hormonem. Pierwszy raz od kiedy tu bywa zobaczył barczystego, zdawałoby się solidnego jak wiekowy dąb, karczmarza trzęsącego się ze zgrozy. Strach był skrywany pod płaszczem chłodnego wieczoru. Zwykły człowiek pomyślałby, że to normalne, że gospodarz lekko drga podczas, gdy jedno z okien w jego przybytku jest otwarte. Zwykły człowiek uwierzyłby również w historię o wietrzeniu okolic kominka, gdzie też otwarte było okno. Jednak Rudiger nie był zwykłym człowiekiem. W mgnieniu oka przejrzał zarówno zasłonę karczmarza, jak i prawdziwy cel otwarcia okna - na zewnątrz stał jakiś człowiek. Był niemal niezauważalny, stał w cieniu, w sporej odległości od okna. Niemal niezauważalny jednak to dla roziskrzonych oczu łowcy o wiele za dużo...

Swobodnie wchodząc do środka człowiek dostrzegł jak karczmarz drgnął. Nie z powodu otwartych przez chwilę drzwi jakby się zdawało - powodem było pojawienie się Rudigera. Podchodząc do lady łowca przelotnie spojrzał po obecnych - człowiek za oknem poruszył się minimalnie podchodząc w okolice okna.

- Witam. Kiepsko wyglądasz. Podaj ciepłą strawę i ciemne piwo. - rzekł całkowicie spokojnie łowca patrząc w oczy gospodarza.

- Witaj. Zaraz podam. Zanim jednak to zrobię chciałbym z tobą porozmawiać... - odparł solidny człek zdradzając stres przed zbliżającą się rozmową.

- Zatem słucham. - odpowiedział bez cienia wahania Rudiger.

- Nie tutaj... Chodź za mną. Oriana! Zastąp mnie na chwilę! - krzyknął do pięknej kelnerki karczmarz.

***

- Była u mnie pewna zgraja. Mówili, że Ciebie szukają... Nie wiem co im zrobiłeś, ale powiedzieli, że jeżeli się sam do nich nie zgłosisz to ściągną na Ciebie i straż... Twierdzili, że zabiłeś jakiegoś szlachcica podczas obstawiania wyścigów konnych. Powiedziałem im, że nie wiem o kogo chodzi, ale nie wyglądali na takich co łatwo odpuszczają... Co o tym sądzisz? - rzekł z małymi przerwami karczmarz.

- Pierwszy raz o nich słyszę. Jak mnie opisali jak można? - zapytał łowca.

- W sumie mniej więcej wzrost, posturę. Nieco dokładniej ubranie zwłaszcza płaszcz. - odparł mężczyzna.

- Dobrze. Zajmę się tym. Hormon już wie? - zadał bez chwili zastanowienia pytanie Rudiger.

- Tak. - powiedział karczmarz widząc, że łowca wstaje. - Jest jeszcze coś. Przepraszam, że tak postępuję, ale muszę Cię prosić... - zaczął dalej.

- Rozumiem. Dzisiaj zniknę. Już mnie nigdy nie zobaczysz. A Hormonowi przekaż, że jego ludzie powinni się lepiej kryć. Ten za oknem jest widoczny jak na widelcu. - odparł łowca patrząc jak oczy gospodarza powiększają się niemal dwukrotnie.

- Ale skąd ty...?

- Nieważne. Teraz wyjdę a ty podasz mi, jak nigdy nic, strawę. Podejdę do okna i pogadam z tym typem. Mam nadzieję, że mogę liczyć na dyskrecję. - powiedział podchodząc do drzwi wyjściowych z pokoju łowca. - Aha. Jeszcze jedno. Dziękuję... - dokończył i wyszedł za drzwi.

***

- Pyszne... - powiedział sam do siebie łowca jedząc rękoma ciepłe mięso.

Po raz kolejny wzięły w nim górę instynkty łowcy - kolejny raz w tym tygodniu. Musiał opuścić miasto. Przynajmniej na jakiś czas. Odrobina obcowania z naturą powinna mu pomóc. Tymczasem poczuł zimny powiew - siedział plecami do otwartego okna, które ktoś uchylił.

- Rudiger? - usłyszał nieznany mu głos.

- Ta. - odparł cicho łowca. - Hormon nie może sobie wbić do łba, że jestem już dorosły i sam sobie poradzę?

- Może. Powiedział, że to ostatni raz kiedy Ci pomaga. Później masz zniknąć. - łowca wyczuł, że człowiek nie blefuje. - Jak chcesz to rozegrać? Zacieramy twój ślad czy może spróbujemy czegoś innego?

- Pewnie, że nie zacieramy śladu. Przynajmniej nie tak od razu. - odparł przeżuwając kolejny, soczysty kęs Rudiger.

- Masz jakiś plan? - wyszeptał człowiek. - Hormon mówił, że jesteś niezły, ale tego się nie spodziewałem...

- Uciekam od dawna. Zawsze zacierałem ślady. Ostatnio dawno temu. Wtedy poznałem Hormona. Wydawało mi się, że mam spokój na dłuższy czas. Jednak teraz... Muszę opuścić przybytek z najlepszym mięsem jakie jadłem i porzucić jedynego znajomego jakiego miałem w tym parszywym mieście... - odparł Rudiger z siłą łamiąc obgryzioną kość.

Zapanowała cisza. Niespokojna cisza. Pełna szeptów, rozmów i krzyków wypełniających karczmę. Pełna napięć…

- Nie. Tym razem nie ucieknę tak od razu. - kontynuował Rudiger. - Zastawimy na nich pułapkę. Niech wiedzą, że nie polują na zwykłego wojownika na oślep uciekającego im przez odmęty tej mieściny. Skończę jeść... - powiedział ściągając płaszcz łowca. - Wtedy ty wejdziesz i zabierzesz mój płaszcz... - dodał przewieszając go przez ławę wojownik. - Jesteś mniej więcej mojej postury więc wydasz im się mną... Na końcu zjesz coś i okapturzony wyjdziesz z karczmy. Albo nie. Wybiegniesz... Ich informatorzy dostrzegą to bardzo szybko i będą za tobą biegli... Czekam dwie ulice dalej. Pod starym magazynem.

- Dobra... - odpowiedział po czym westchnął człowiek.


Mężczyzna ciężko dyszał opierając się o ścianę starego magazynu - w jednej z najciemniejszych tego wieczoru alejek. W jej mroku spowite były nie tylko cienie dwóch sylwetek, ale i kontury dwóch spoczywających na ziemi ciał. Obaj - martwi już - wysłannicy Gildii Cienia mieli tak zaskoczone wyrazy twarzy. Pierwszy zastygł z grymasem zaskoczenia w momencie, gdy celnie wystrzelony bełt trafił go w krtań - nie miał szans nawet wydać ostatniego tchu. Drugi osobnik wyglądał o wiele gorzej - jego zmiażdżona morgensternem czaszka napawa lękiem. Wypełniała nim nawet sprzymierzeńców jakim bez wątpienia był dyszący uciekinier.

Odwracając się w stronę łowcy nie powiedział nic. Wzdrygnął się natomiast, gdy nagle obok niego z mroku wyrosła ręka - ręka cała we krwi.

- Mój płaszcz... - usłyszał szept sprawiający, że po jego ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz.

Podając płaszcz mężczyzna chciał zapomnieć. Chciał wrócić do Hormona i powiedzieć, że sprawa została załatwiona. Chciał znowu napić się piwa. Ale nie był pewien czy nie widział za dużo. Nie był pewien czy zdoła opuścić ten mroczny zaułek...

- Możesz odejść. Podziękuj Hormonowi... - usłyszał znowu szept i zobaczył wyłaniającą się z ciemności dłoń.

Uścisnął ją i oddalił się. Odszedł nie oglądając się za siebie...

***

Łowca czuł, że przyszedł czas na spotkanie z kimś kto siedzi w tym całym gównie równo głęboko co on. Kimś kto zalazł Gildii Cienia na tyle, aby być skłonnym do współpracy. Kimś kto idąc ulicą nie będzie musiał więcej udawać spokoju przy dwójce rosłych ochroniarzy. Osoba ta doskonale znała Rudigera i wiedziała o jego poczynaniach. Jednak mimo wszystko nadal nie odpowiedziała na ostatnie pytania łowcy.

- Rainer Bene? - pytanie dosięgło całej trójki z mroków najbliższej alejki.

Kupiec stanął nieco niepewnie pokazując dyskretnie ochroniarzom aby się zbliżyli. Ci zaskoczeni złapali za rękojeści swych mieczy.

- Najpierw wypadałoby się przedstawić i najlepiej pokazać swe oblicze. - odparł z lekkim uśmiechem Bene.

Rudiger powoli, spokojnie opuścił cień alejki. Chciał dać im do zrozumienia, że nie jest pierwszym lepszym najemcą - niech chwilę poczekają. Łowca zatrzymał się na wyciągnięcie miecza przed Rainerem i jego ochroną. Obaj ochroniarze nawet nie drgnęli czekając na rozkaz swego chlebodawcy.

- Nazywam się Rudiger i wiesz kim jestem. Skąd pochodzę pewnie Cię nie interesuje a jak tak to już to wiesz. - powiedział z uśmiechem łowca. - Chciałbym ściągnąć całą tę otoczkę. Nie będę udawał, że nie mam na pieńku z Gildią Cienia, ale oczekuje tego samego od Ciebie. Wiem, że aby z nimi rozmawiać czy cokolwiek ustalać musisz stać się kimś więcej. Ja natomiast pomogę Ci tego dokonać w zamian za możliwość oczyszczenia się z podejrzeń. Moje możliwości pewnie znasz. Jak nie to dowiesz się lada dzień od swoich informatorów o zabójstwie dwóch Cienistych. Nikt nie będzie wiedział jak to się stało. Jednak jeden będzie miał poderżnięte gardło a drugi zmiażdżoną czaszkę. Jedynie Cieniści będą znali więcej szczegółów. Nasza współpraca mogłaby okazać się bardzo owocna...

- Nie wiem skąd tak dobrze mnie znasz czy znasz moje cele. Twoi informatorzy muszą być dobrzy skoro ich nie wykryłem. - łowca jedynie pokiwał głową wiedząc, że Jacob mimo iż młody jest jednym z najlepszych.

- Jest niemal jak mówisz. Czas oczekiwania na akceptację wspólnej współpracy upływa jutro wieczorem. Dokładniej jeżeli się zgodzisz to bądź jutro wieczorem pod starym, wielkim dębem na trakcie za miastem. Możesz być z ochroną. Znam twoją sytuację i wiem, że samemu byłoby zbyt niebezpiecznie opuszczać miasto. - rzekł łowca.

- To wszystko...? - zapytał udając małe zainteresowanie kupiec. - Mam ważne spotkanie. Zaraz po nim zastanowię się na poważnie nad twoją propozycją.

- W prawdzie to wszystko. Wiedz jednak, że jeżeli jutro Cię nie będzie uznam, że odmawiasz. Wtedy rozpocznę działania na własną rękę i zrobi się trochę gorąco. Żegnam... - odpowiedział Rudiger odchodząc.

Nie wszystko co powiedział Rainerowi było prawdą. Jak ten się nie zgodzi na współpracę wojownik będzie musiał opuścić Athkatle i wyruszyć do Calimshanu. Tam znajdzie Andramila i pozostałości po "Bezgłośnych Klingach" - gildii jego mentora. Jest jednak druga strona medalu - Rudiger boi się zastanych tam sytuacji. A co jak jego mistrz nie żyje? A co jak z gildii nie pozostało nic albo ktoś dopuścił się zdrady? Nie chciał tego wiedzieć. Nie chciał też skonać w rynsztokach Athkatli więc pozostawał w kropce. Jedyne co mu zostało to udać się w okolicę umówionego miejsca. Jedynie tam - na łonie natury - łowca poczuje znowu przysłowiowy wiatr w żaglach…
 

Ostatnio edytowane przez Lechu : 08-06-2011 o 09:33.
Lechu jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169