Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-09-2011, 14:42   #21
 
Felidae's Avatar
 
Reputacja: 5477 Felidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputację
Poruszanie się w labiryncie uliczek nawet pustego miasta wielką grupą było nieco uciążliwe. Ani tempo marszu, ani zarządzenia dowódców nie ułatwiały sprawy. A Lila dusiła się w schematach . Poza tym fakty odkryte podczas małego zwiadu, na jaki pozwoliła sobie przed otwarciem bram kusiły ją aby rwać do przodu, żeby szukać wyjaśnień. Dlatego krótko po tym jak minęli kilka domostw podeszła do Evelyn i Corelli i zaproponowała, że rozejrzy się trochę w bocznych dzielnicach. Pomysł został ochoczo pochwycony przez drugą ze zwiadowczyń. Najwyraźniej Evelyn również poszukiwała chwili samotności, bądź też wiedziona ciekawością postanowiła odłączyć się od grupy.
Obrały sobie różne ścieżki.
Bo tak było szybciej.

***

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=rdDUgoMp7tQ[/MEDIA]

Lialda wyruszyła w lewo, wędrując samotnie uliczkami miasta. Opuszczonego miasta.
Nie było śladów zamieszek, ani śladów epidemii, nie było trupów. Swoją drogą... gdzie był cmentarz? Na mapie miasta którą posiadała, nie było zaznaczonego ani cmentarza ani kopalni.
Mijając kolejne domy zastanawiała się ilu mieszkańców mogło mieć Wormbane.
Krople słabego deszczu uderzały o dachy. Jedyny dźwięk... poza oddalającymi się odgłosami wyprawy.
Lila była sama. Zazwyczaj to jej nie przeszkadzało. Ale teraz samotnie przemierzała miasto, zupełnie jakby była jedyną osobą na świecie.



Budynki wydawał się cały czas takie same. Bure i szare. I zamknięte.
Niemniej z każdym krokiem w półelfce narastało dziwne uczucie. Jakby ktoś na nią patrzył, jakby rozbierał ją wzrokiem, jakby wdzierał się spojrzeniem pod skórę, pod ciało, jakby dokonywał wiwisekcji na jej duszy odzierając ją z prywatności własnych myśli.
Przełknęła głośno ślinę czując jak włoski na karku jeżą jej się ze strachu.
Paskudne uczucie, narastające uczucie...

Przerwane skrzypieniem drzwi.

Nieomal krzyknęła. Oddychała głęboko próbując uspokoić rozkołatane serce. Krew puslowała jej w uszach, a w gardle zrobiło się sucho. Powoli i bardzo ostrożnie ruszyła w stronę drzwi. Jej kroki stawiane z kocią gracją były niemal niesłyszalne dla ludzkiego ucha. Gdyby tylko nie to piekielne wrażenie, że jest śledzona…
Jedno z drzwi było wyłamane. Ktoś się wdarł do jednego z mieszkań obficie krwawiąc.

Lialda już dawno nauczyła się ufać swojemu instynktowi, a właśnie od jakiegoś czasu coś w niej głośno krzyczało UWAGA!
To dobra okazja by chwycić broń w dłoń. Bądź co bądź, możliwe że będzie okazja jej użyć. Wyjęła więc krótki miecz. Jednak oprócz skrzypienia drzwi nie usłyszała innych odgłosów.
Po chwili wahania Lila podkradła się bliżej i dotknęła dłonią plamy krwi.



Gęsta i lepka posoka. Ani chybi świeża, choć zapach jej był dziwny. Kolejna plama krwi ściekała z krańca masywnego drewnianego stołu. Niewyszukany mebel, świadczył że domostwo musiało należeć do rzemieślnika. Półelfka zajrzała przez okno, choć gruba i tania szybka w ołowianej oprawie wpuszczała głównie światło nie pozwalając zobaczyć szczegółów. Niemniej, kolejny ślad krwi był widoczny na schodach prowadzących na piętro.

Wycofała się powoli, ciągle gotowa do odparcia ewentualnego ataku. Ukryła się w małym zagłębieniu jakie dawały mury domostwa mieszczącego się naprzeciwko i przyczajona obserwowała.
Czas płynął…
Nic. Żadnego ruchu, choć ślady posoki były jeszcze całkiem świeże. Ktoś albo sobie z niej drwił, albo próbował zwabić w pułapkę. W drwiny raczej nie wierzyła. Wszystko w tym mieście było byt dziwne...i zarazem zbyt przerażające.
Kiedy więc minął dobry kwadrans, a w domu naprzeciwko nic się nie wydarzyło, Lialda wycofała się powoli utrwalając w pamięci miejsce. Postanowiła odszukać Evelyn i razem z nią sprawdzić to dziwne miejsce. Może i była ciekawska, ale nie miała zamiaru narażać swej skóry, zwłaszcza, że nadal czuła się obserwowana...
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 28-09-2011 o 13:31.
Felidae jest offline  
Stary 26-09-2011, 21:22   #22
 
Radioaktywny's Avatar
 
Reputacja: 49 Radioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodze
Im dalej od bramy, tym podlejsze nastroje panowały w oddziale. Wyprawa, wyruszająca z nadzieją odkrycia, iż miasto mimo ostanich wydarzeń ma się stosunkowo dobrze, wędrowała przez całkowicie opustoszałe uliczki. Nie było nawet najmniejszego śladu życia. Jeśli brak ludzi dało sie jakoś wytłumaczyć, to brak jakichkolwiek żyjątek był dla krasnoluda nie do zrozumienia. Takie gnijące miasto powinno być rajem dla wszelakiego rodzaju gryzoni i robaków, podczas kiedy jemu, doświadczonemu inżynierowi nie udało sie znaleźć nawet jednego kornika.

Oględziny wykazały natomiast co innego. Drogbarowi coraz bardziej sie to wszystko nie podobało. Liczył, na przyjemną wycieczkę, gdzie najwyżej bedzie do skopania parę tyłków, a tutaj dostał coś, czego nie potrafił logicznie wytłumaczyc. A rzeczy nie dających się logicznie wytłumaczyc, Gurnes bardzo nie lubił. Swoimi wątpliwosciami postanowił się wymienić z dowódcą wyprawy. Jako, że w wąskiej uliczce ciężko było topornym wozem wyprzedzić dwie kolumny piechoty, toteż krzyknął na Tarnusa z prośbą aby poczekał. Kiedy się zrównali Drogbar zaczął:

-Słuchajcie wodzu. Tego, że to wszystko jest dziwne chyba nie muszę mówić, ale jest coś jeszcze. Może mam paranoję ale wyczuwam tu jakieś siły nieczyste. Przypuszczam, że straciliście kontakt najdalej trzy miesiące temu, a miasto jest w takim stopniu rozkładu, jakby było opuszczone conajmniej od roku. W tych warunkach jakie tu panują, po prostu nie jest możliwe aby to wszystko tak pogniło...

Dalsza droga tylko coraz bardziej obciążała atmosferę. Wcale też nie pomógł fakt odłączenia sie dwóch dziewczyn.Po tym co odkrył, Drogbar uważał, że nie powinni się rozdzielać. Zdążył sie przywiązac do tych ludzi, a te kobitki ewidentnie narażały się na niebezpieczeństwo. Niestety nie mógł nic na to poradzić. Zatrzymać ich nie miał mocy, a pomóc tachając ze sobą wóz również nie byłby w stanie. Wręcz przeciwnie... Dlatego tylko pomodlił się do Gonda i życzył zwiadowczyniom nudnej wyprawy ulicami miasta. Miał nadzieję, iż będzie tak chociaż w przypadku lili. Drugiej dziewczyny prawie nie znał, ale półelfkę zdążył już polubić.


***


Jechał dalej psiocząc na nierozsadek zwiadowczyń, póki rozważań nie przerwal mu okropny smród... równie odrzucający niż wdychany niedawno odór palonych trucheł a na dodatek wszechobecny. Nie czekając długo alchemik wyjął flaszeczkę syropku i jednym łykiem połknął zawartość. Czuł jak słodka ciecz powoli wypełnia jego żołądek negując mdłości. Oczywiście wciąż odczuwał dyskomfort, ale na szczęście był już to tylko dyskomfort psychiczny, nie posiadający negatywnego wpływu na jego działania. A czuł, że trzeźwy umysł może mu się niedługo przydać.

Niestety po raz kolejny przysłowie dziadunia poszło w las. Miast je ominąć, oni prosto w gówno wdepnęli. A co gorsza, gówno nie było samo. Zobaczywszy to, krasnolud natychmiast pożałował swoich wywodów na temat robaczych mieszkańców miasta. Brak wszelkich wcześniejszych, rekompensował gigantyczny chrząszcz narkotyzujący się oparami wszelako pojętego gnoju. Insekt urządził sobie obornik pod miejskim ratuszem i najwyraźniej nie był zadowolony z odwiedziń. Widząc, że spotkanie raczej nie zakończy się herbatką, Drogbar szybko cofnął się w uliczkę i przywiązał osiołka do poręczy wyglądającej na "jeszcze" w miarę solidną.

-Poczekaj tu przyjacielu. Przecież obaj nie chcemy żebyś wpadł w ręce...ehh żuwaczki robala. Ja bym musiał sam chodzić a ty... no cóż ty wtedy dokładnie na odwrót - poklepał osiołka i podszedł do wozu. Zabrał plecak i ruszył z powrotem wspomóc kompanów.

Kiedy dotarł na miejsce walka trwała już w najlepsze. Kusznicy ładowali właśnie kusze, a piechota stojąc w półokręgu starała się odpędzić od nich gnojownika. Ich długie włócznie wydawały się być wykałaczkami w stosunku do długich odnóży przeciwnika. Nie marnując czasu Gurnes wyjął i otworzył fiolkę. Była to przezroczysta menzurka, zawierająca w sobie lekko błękitną ciecz - katalizator bomby. W czasie przechowywania była ona zupełnie neutralna i niegroźna, ale gdy tylko alchemik wrzucił do środka małą pigułkę dało się słyszeć charakterystyczny syk. Płyn w momencie zaczął się pienić i przyjął czerwoną barwę. Krasnal dobrze wiedział co to oznacza. Szybko zatkał butelczynę i odczekawszy moment rzucił ją z całej siły. Trafił prosto w paszczę. Eksplozja wstrząsła ofiarą, gdyż momentalnie cofnęła się o parę kroków.

-Haaa... wracaj w swoje gnojowisko - krzyknął zadowolony z siebie miotacz, wyciągając kolejną fiolkę.

Niestety radość była przedwczesna. Odwrót był najprawdopodobniej wybiegiem taktycznym. Gdy tylko chrząszcz znalazł się koło swej kupy otworzył pancerz, i szybko machając skrzydełkami wzbił w powietrzę, chmurę smrodu i kawałków gnoju. Tylko zbawienne działanie syropu chroniło alchemika przed zwórceniem kilku poprzednich posiłków. Niestety syrop nie uchronił jego oczu, do których naleciało pełno gnijących drobin. Kolejna bomba już wtedy syczała w jego dłoni, dlatego nie było chwili do stracenia. Ledwie widząc rzucił ją przed siebie.

Chybił... bomba wylądowała w oborniku, eksplozją wyrzucając w górę kolejną porcję śmierdzących odpadków. Drogbar łzawiąc przetarł oczy. Był zły na siebie za ten rzut. Co prawda był wtedy oślepiony, lecz uważał, że i tak z takim doświadczeniem nie miał prawa chybić tak wielkiego celu. Jednak nie tylko on był niezadowolony z wyniku rzutu. Po zniszczeniu domu, robal zdawał się jakby zajadlej atakować.

Nad głową Drogbara ze świstem przeleciała kolejna salwa kuszników. Drogbar widział jak bełty odbijają się od twardego pancerza grzbietowego, toteż jego obrał sobie za kolejny cel. Pocisk trafił idealnie, lecz wybuch wyraźnie nie sprawił takich obrażeń jak za pierwszym razem. Co gorsza pancerz wydawał się być nienaruszony.

Po chwili robal ponownie począł się cofać. Domyślając się co się zaraz stanie, Gurnes postanowił przyjąć nową taktykę. Tym razem nie wyjął fiolki, a glinianą kulę, z której wystawał krótki lont. Za pomocą krzesiwa zręcznie podpalił sznur i biegiem ruszył dookoła aby znaleźć się z boku przeciwnika. Już po chwilił okazało się, że jego przypuszczenia były prawidłowe. Robal zatrzymał się i podniósł pancerz aby wzbić kolejną śmierdzącą chmurę. Brodacz na to właśnie czekał. Wykorzystując moment kiedy grzbiet nie był chroniony wział zamach, i rzucił z całej siły. Gliniany pocisk sycząc poleciał w stronę chrabąszcza...
 
Radioaktywny jest offline  
Stary 28-09-2011, 22:44   #23
 
Buka's Avatar
 
Reputacja: 42426 Buka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputację
Miasto było puste.

Wprost ziało pustkami z każdej ulicy, niszy i zakątka. Zamknięte na cztery spusty domy i okiennice, bezpańskie wozy, jakieś kosze, i ani żywej duszy. Brak za to jakichkolwiek śladów napadu, walki, epidemii, jakiejś katastrofy, choćby i ciał, po prostu brak czegokolwiek. Przemierzanie takiego Wormbane doprowadzało do dziwacznych uczuć, do narastającego napięcia.

Stukot końskich kopyt o bruk, dzwonienie metalu zbrojnego oddziału, przyciszone rozmowy, i wciąż padający deszcz. Paladynka potrząsnęła głową, pozbywając się kropel na swym czole. Zdecydowanie się jej to wszystko nie podobało, a kroczenie pustym miastem uznała za naprawdę dosyć zły omen. Jak mawiał bowiem jej nie tak dawny mentor Zannan Gellantar: "wróg poznany to wróg niemal pokonany". Tu jednak stali przed jedną wielką niewiadomą, i wszystko Corelli śmierdziało. I to dosłownie.

W mieście bowiem unosił się zapach zgnilizny. Zupełnie jakby same miasto już zmarło, i ulegało rozkładowi. Paladynka pokręciła nosem, rozglądając się - jak już czyniła od samej bramy - uważnie na boki. Wciąż jednak nic... smród za to uległ zwiększeniu, im bliżej podchodzili do ratusza. Szybko również poznali jego przyczynę.

Przyczyna była duża, paskudna, i najwyraźniej głodna. W niemal takich samych słowach można również było określić wielką kupę gnoju, której owy wielki robal pilnował. A cuchnęło gorzej niż w męskich latrynach zakonu...

- Pfaa! - Wzdychnęła krótko Corella, gdy zaśmierdziało jeszcze gorzej, po tym jak robal wypuścił chmurę jakiegoś paskudztwa spod swoich skrzydeł, na wielkie rozczulanie się jednak czasu nie było, śmierdzące bydlę bowiem skoczyło właśnie w kierunku oddziału, kłapiąc złowieszczo żuwaczkami. Lionel i Garrison wydali rozkazy, wojacy zaś utworzyli podwójny, zwarty szereg, z włóczniami gotowymi na spotkanie z paskudztwem, oraz kuszami gotowymi do strzału tuż za nimi.

Paladynka odjechała na swym rumaku nieco w bok, po czym poklepała wierzchowca po karku.
- Spokojnie - Powiedziała do niego, sięgając po łuk.

"Panie Poranka, prowadź mą rękę w trudnych chwilach, bym mogła przysłużyć się dobrej sprawie..." - W myślach wypowiadała krótką modlitwę do Lathandera, nakładając strzałę na cięciwę. Obserwowała, jak bełty wojaków odbijają się od pancerza dużego robala. Naciągnęła łuk, przymknęła oko, po czym wypuściła strzałę.


Strzała pomknęła do paskudztwa, i... wbiła się między płaty pancerza!. Corella z kolei sięgnęła po drugą, wymierzyła, po czym strzeliła. Kilka kropel które zebrały się w króciutką chwilę na cięciwie, prysnęły na jej twarz.

"...i bym nie zawiodła mych towarzyszy. Wybacz, iż atakuję te stworzenie, ma ono jednak wobec nas jedynie wrogie zamiary".

Tym razem Paladynka trafiła robactwo prosto w łeb, a dokładniej w jedno ze ślepi żuka(?). Bestyjka dziwnie syknęła, jednak była wciąż zajęta atakowaniem włóczników i kuszników, nie zwracając na nią najmniejszej uwagi. W końcu jednak czego się spodziewać po robalu.

"Cokolwiek czynię, czynię w twym imieniu, niosąc zgubę wszelkiemu plugawstwu..."

Kolejna strzała pomknęła w locie rozpryskując pojedyncze krople deszczu, które akurat znalazły się na torze jej lotu, zakończonego ponownie w głowie śmierdziela. Na ustach kobiety pojawił się drobniutki uśmiech. Znów sięgnęła po następny pocisk, obserwując trwającą przed nią walką, i krążącego cwałem Tarnusa, rzucającego oszczepami.

Ponownie brzdęknęła cięciwa...
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
Stary 01-10-2011, 00:14   #24
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 39399 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Gigantyczny skarabeusz. Potężna bestia wielkości domu.
Nie tego się spodziewali uczestnicy wyprawy. Nie tego spodziewał się jej dowódca.
Potwór niczym z innego świata. Bo czyż na Faerunie nie było trolli, smoków?... Były. Każdy to wiedział. Ale wielki żuk?
Niemniej bestia była realna i groźna.
Roztaczający się od niej smród zgnilizny był bardzo mocny. I kilku żołnierzy padło nim zemdlonych.
Niemniej atakujący robal nadział się na włócznie, a w jego korpus poleciał grad bełtów i wybuchowe niespodzianki krasnoluda. Oraz dziryty Tarnusa, strzały Garisona i paladynki oraz zaklęcia Erazma.
Mag zsiadł z konia i trzymając się tuż za łucznikami posyłał w kierunku bestii strzały utworzone z kwasu.


Bestia była potężna, ale żołnierze doświadczeni w boju i zdyscyplinowani. Udawało im się utrzymać potwora w szachu, podczas gdy awanturnicy z dowódcą oddziału wykańczali potwora.
Naszpikowany wbijającymi się pomiędzy szczeliny chitynowego pancerza, poparzony kwasem, poraniony wybuchowymi niespodziankami potwór z agresora, stał się stworzeniem desperacko walczącym o życie.
Czemu jednak nie odlatywał? To pytanie nie miało w tej chwili znaczenia dla nikogo.
Rzucony przez krasnoluda granat nie wpadł pod skrzydło pokrywowe, ale i tak potężny ładunek rozerwał skrzydło i ranił śmiertelnie owada. Podobnie jak strzała z łuku, która utkwiła pomiędzy żuwaczkami.
Skarabeusz zaskrzeczał i opadła brzuchem na ziemię martwy.

Zwycięstwo! Upragnione zwycięstwo. Pozostało więc lizać rany.
Jeden włócznik trafiony łapą i lekko przygnieciony, stracił przytomność, ale rany nie zagrażały jego życiu.
Półork Gostag, bo tak się właśnie nazywał ów piechociarz, wylądował na wozie mateczki Deldi, prowizorycznie przebadany i opatrzony. Pozostałych udało się ocucić.
Przyjrzenie się kupie nawozu pozwoliło stwierdzić, czemu wielki robal nie uciekał.
Larwy.


Setki paskudnych larw, takich je te znalezione na trakcie. Wielka kupa nawozu wypełniona śmierdzącymi złem larwami. W sumie to całe miasto cuchnęło paladynce jedną wielką aurą zła. Tak namacalną, że duszącą niemal.
Niemniej, nadal nie było wiadomo co tu się zdarzyło. Jeden wielki skarabeusz nie mógł być odpowiedzialny za zniknięcie ludności całego miasta. I to bez śladu.

Po walce dowódcy rozpoczęli krótką naradę. Tarnus uznał, że na początek należy w mieście ustanowić jaką bazę i dlatego zdecydował się wyruszyć dalej w kierunku garnizonu.
Poparł go Garison, uznając jednak, że trzeba zostawić dwóch lub trzech łuczników na wypadek gdyby zwiadowczynie się odnalazły.
Po czym zwrócił się do Corelli.- Gratuluję celnego oka i pewnej ręki, pani. Jestem zaprawdę pod wrażeniem twej celności.
Tarnus się zgodził i Garison wyznaczył dwóch ludzi. Chudego blondyna, o krótko obciętych włosach o imieniu Jonach. Oraz milkliwego półelfa pozującego na przedstawiciela pełnej krwi o imieniu Anargos. Wyjątkowo niedobrana para. Zwłaszcza Jonach protestował przeciwko połączeniu go z „elfim niemową”. Sam półelf jedynie wymownie przewracał oczami, poprawiając swe długie włosy dłonią.

Wyprawa ruszyła więc dalej, omijając ratusz. Na razie głównym celem wyprawy miał być garnizon. Należało zabezpieczyć miejsce odpoczynku na noc.
Siedziba tutejszych oddziałów Purpurowych Smoków była kolejną niespodzianką. Tu bowiem zauważono pierwsze ślady walki.
Bramę garnizonu sforsowano. Pomiędzy kocie łby miejskiego bruku wbite były strzały i bełty. Drewno sforsowanej bramy pokrywała krew...
Dziedziniec garnizonowy wyglądał podobnie. Porzucony oręż, złamane strzały i włócznie, krew na broni. I żadnych trupów. Znowu.
Nigdzie w tym mieście nie można było znaleźć zwłok. Choć nikt się nie kwapił do szukania trupów w robaczym gnojowisku, to pobieżne oględziny pozwoliły stwierdzić, że w kupie gnoju na rynku nie ma zwłok mieszkańców miasta.
Więc gdzie się podziały?
Tarnus nakazał ludziom sprawdzić stan baraków i stajni. Chciał się upewnić, że nadają się one do użytku tej nocy. Po czym sam ze swoimi zastępcami skierował swe kroki, ku siedzibie dowództwa garnizonu w nadziei znalezienia tam informacji, na temat tego co się stało w tym mieście. I dlaczego się stało.

Tymczasem na mieście dwie kobiety przemierzały naznaczone przekleństwem uliczki.
Miasto mimo, że nie tak rozległe jak Gwarch wydawało się labiryntem, w którym każdy zakręt wydawał się łudząco podobny do poprzedniego. Uliczki były identyczne, albo też były tożsame. Czyżby obie kręciły się w kółko?
W tym mieście łatwo było zabłądzić. Nawet Lialdzie, która miała mapę.
Półelfka wędrowała ostrożnie przez uliczki szukając zagrożenia swego życia. Bo ono istniało.
Nie potrafiła co prawda określić jakiego rodzaju jest to zagrożenie, ale nie czuła się bezpieczna.
- Pomóż...- słowa dobiegły do półelfki spod jej stóp. Zdziwiona spojrzała w dół i zobaczyła twarz, ludzką twarz wynurzającą się z kałuży wody. –Pomóż... wspomnienie. Daj mi jedno swe wspomnienie. Pomóż zaistnieć.
Kolejne twarze wyłaniały się z innych kałuż tworząc chór szeptów. –Wspomnienie. Wspomnienie. Daj zaistnieć. Oddaj swą pamięć.-
Twarze z kałuż przyglądały się jej coraz bardziej zawodząc.- Oddaj swe wspomnienia. Oddaj. Poratuj ! Poratuj zanim ...- ich głosy przeszły w nieludzki pisk strachu. I twarze z kałuż, zaczęły eksplodować. Jedna po drugiej wybuchały, zmieniając się w krwawe sadzawki.
A Lila... rzuciła się do ucieczki. Panicznej zwierzęcej ucieczki, na oślep szukając człowieka... Jakiegokolwiek człowieka, który będzie dowodem na to, że nie jest tu sama. I nie zwariowała.

Evelyn nie była sama. Był przy niej Viltis. Jego obecność dodawała otuchy, ale nie pozwalała pozbyć się poczucia osaczenia. Mimo że jej smok nie potrafił wytropić nikogo i niczego w pobliżu, ona wiedziała że ktoś tu jest. Ktoś jej wrogi.
Obserwuje, patrzy. Czasami zdawało się jej, że go widzi, ale Viltis wysłany w miejsce gdzie zauważyła obserwatora, nie potrafił nikogo znaleźć. Nie złapał też żadnego tropu. Sytuacja była więc dość frustrująca.
Nagle. Świst. I ból w szyi. Coś ją przebiło, coś tkwiło w niej przebijając krtań na wylot nie pozwalając Evelyn wypowiedzieć ni jednego słowa. Strzała. Jak to się mogło stać ?
Tak szybko?
Jedna chwila i sytuacja zmieniła się diametralnie. Evelyn umierała. Tak po prostu ginęła. Nie było w tym żadnego bohaterstwa, jedynie żal. Umierała po bezowocnym i pustym przeżyciu tylu lat.
Konała. Czemu świat jest tak niesprawiedliwy? Przecież chciała zmienić swe życie. Chciała wreszcie znaleźć szczęście. A teraz... za późno.
W oczach Evelyn pojawiły się łzy. Ból przebitej szyi utrudniał mówienie. Do uszu dochodziły słowa Viltisa, ale nie potrafiła się na nich skupić. Osunęła się na ziemię rozpaczając w duchu.
Umierała samotna i nikomu niepotrzebna. Czy tak chciała zakończyć życie? Nie! Nie ! Nie ! Nie mogła się zgodzić z tym wyrokiem losu!

Ktoś się zbliżał w jej kierunku, podczas gdy Viltis trzymał ją w swymi łapami i potrząsał mocno, coś dramatycznie mówiąc.
Ktoś się zbliżał. Kobieca twarz... nie... czaszka.


Umierała! I śmierć po nią przychodziła. I nie mogła nawet słowa powiedzieć do swego przyjaciela z powodu przebitej strzałą krtani. Nawet tego jej odmówiono.
Umierała! A przecież tak chciała żyć.

Lila z ulgą zobaczyła Evelyn w towarzystwie jej „chowańca”. Obecność drugiej osoby podniosła półelfkę na duchu. Na moment jedynie. Bowiem dziewczyna siedziała oparta o ścianę i równie blada jak owa ściana. Jej zwierzak potrząsał nią i krzyczał coś do niej.
Gdy Lialda bliżej podeszła to zauważyła, że dziewczyna płacze i próbuje coś powiedzieć do swego „chowańca”. Ale nie może. Czyżby straciła głos?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 01-10-2011 o 00:26.
abishai jest offline  
Stary 06-10-2011, 20:02   #25
 
Radioaktywny's Avatar
 
Reputacja: 49 Radioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodzeRadioaktywny jest na bardzo dobrej drodze
Walka zakończyła się sukcesem. Jednak zwycięstwo okupione zostało ranami. Półork Gostag został porządnie poturbowany, a do tego dwaj włócznicy padli omdleni smrodem owada. Niziołka od razu zajęła się rannym, dlatego krasnoludowi przypadło cucenie śpiochów. Szybko przyprowadził osiołka, i zabranymi z wozu solami trzeźwiącymi doprowadził towarzyszy do stanu świadomości. W przypadku drugiego mężczyzny, ledwo udało mu się uniknąć lecącego w jego kierunku pawia.

Gdy sytuacja się uspokoiła, Gurnes nie miał zamiaru zmarnować okazji. Gdy inni przyglądali się kupie gnoju, on bez ociągania się przystąpił do sekcji robala w poszukiwaniu ciekawych składników. Niestety pomimo nietypowych rozmiarów robal nie miał w sobie nic ciekawego. Na koniec, alchemik postanowił jeszcze sprawdzić żołądek. Jego zawartość była przetrawiona, nie dało się określić co ani kiedy ostatnio jadł. Aby nie pozostać z niczym, Drogbar pobrał jedynie próbkę niezwykle mocnego kwasu żołądkowego.

***

Dowództwo zadecydowało, że zakwaterują się w miejscowym garnizonie. Ku niezadowoleniu krasnoluda zostawiono kolejnych dwóch ludzi, lecz tym razem nie miał już sił nawet protestować. Ruszył powoli jadąc za orszakiem wojowników.

Siedziba wojska okazała się być niedaleko. Gdy już znaleźli się na miejscu niziołka wskazała palcem na dwóch umięśnionych osiłków. Niemalże imiennika rannego,Gorstaga o tatuażu na policzku i łysego Eurida. Gorstag był osobą dość milkliwą i trzymającą się z dala od reszty. Jeśli się odzywał to półsłówkami. Możliwe, że to był wynik jego przeszłości. Gorstag kulał, a wytatuowana na policzku runa, bardziej przypominała piętno, niż ozdobę.
Eurid natomiast wydawał pod tym względem jego przeciwieństwem, wygolony na łyso osiłek przypominał bardziej cyrkowego siłacza. A choć nosił tatuaż na swej potylicy wielokrotnie chwalił się, że ów magiczny wzór chronił go przed obrażeniami i czyni niezwyciężonym. Obaj byli wystarczająco silni, by przenieść Gostaga we dwóch, bez pomocy Drogbara.

Ale, skoro Drogbar się zgłosił, to Deldira nie zamierzała marnować okazji. I na grzbiet krasnoluda wylądowały pudła i pudełka, skrzynie i pakunki. Całość medycznego zaplecza wyprawy. Lazaret był na szczęście umieszczony na parterze. Sala szpitalna zrobiła złe wrażenie i na krasnoludzie i na Mateczce Deldi. Była zatęchła i dość brudna... i zagrzybiała. Nie powinna być taka. Oczywiście można było zrzucić wszystko na garnizonowe zaniedbania, ale krasnolud w to wątpił. To była raczej ta „choroba” która toczyła to miasto. Niziołka kazała położyć Gostaga na najbliższym łóżku i otworzyć wszystkie okna, by przewietrzyć salę.

Podczas gdy Gorstag i Eurid czynili to co kazała, mateczka Deldi zajęła się zdejmowaniem zbroi z półorka. Rany jakie odniósł w boju nie wydawały się poważne, ale... siniaki na jego ciele niepokoiły Deldirę. Były duże i miał ich dużo. Niziołka pomruczała coś pod nosem i zaczęła wyjmować z pakunków, zestaw leczniczy, nałożyła opatrunek pokryty przyspieszającą gojenie maścią mrucząc.
- Dziwne... sińce powinny już nieco zmaleć.

Widząc zaniepokojoną niziołkę stojącą obok łoża rannego, krasnolud podszedł do niej trzymając w ręku swoją torbę
-Nieciekawa sprawa co nie? Nie mam takiego doświadczenia jak wy cioteczko, ale żółtodziobem nie jestem i potrafię rozpoznać, że coś z nim jest nie tak. Apteczkę też mam niemałą. Weźcie... to jest mocne diabelstwo. Zagotujcie i mu podajcie a powinno go postawić na nogi. I jeśli tylko będę mógł w czymś pomóc, jestem do dyspozycji. Wszyscy się gdzieś rozleźli a mi niespieszno samemu to miasto zwiedzać dlatego pobędę tu jakiś czas z wami...
-Sama mam pełno ziółek... ale...- mruknęła w odpowiedzi mateczka Deldi.- Ale to chyba nie to. Coś wisi w powietrzu, coś niedobrego...
Niziołka była zdecydowanie zafrapowana całą sytuacją. Potarła się tuż za uchem.-Wiesz, że garnizon ma studnię zbudowaną w kuchni? Dziwny obyczaj.
-Na plagę też by się coś znalazło, ale wypadało by przynajmniej wiedzieć co mu jest. - Drogbar stał i patrzył bezradnie na chorego gdy rozmyślania przerwała mu niziołka - Dziwny, ale zarazem jaki wygodny. Zwłaszcza jeśli trzeba warzyć dla tylu chłopa, ciągłe bieganie do studni może być męczące. - nagle coś mu zaświtało - Woda! Być może to we wodzie coś siedzi. Trzeba to sprawdzić zanim ludzie zaczną ją pić. Jako alchemik znam się na tym, ale byłbym niezmiernie rad gdybyś raczyła mi w tym pomóc. Jemu na razie i tak nie pomożemy a jeśli by coś się działo, któryś z chłopaków nas zawoła
-Ja nie wiem...- odparła z pewnym ociąganiem niziołka, drapiąc sie za uchem.-... Jestem zielarka, na tych zabawach magów z menzurkami i szklanymi butlami, to się nie znam.
Jakich tam magów. To jest przede wszystkim alchemia, a magowie jedynie tą wiedzę od nas pożyczyli. Ale to jest myśl, nie wiesz może czy jacyś tutaj przebywali? Na moim przenośnym laboratorium za wiele nie odkryję, a oni mogą mieć aparaturę.
-Jacyś na pewno są. Każdy garnizon ma przynajmniej jednego wojennego czarodzieja - rezydenta.- odparła mateczka Deldi.-Gdzieś musi być ich pracownia. Poza tym zdaje się, że w Wormbane, była jakaś gildia alchemiczna.
Gildia... hmmm to by było coś, ale na razie będzie musiała wystarczyć aparatura czarodzieja. Na pewno będzie miał jakieś zabawki, a po mieście w poszukiwaniu gildii wolałbym się sam nie plątać. Ale będzie trzeba napomknąć o tym mości Tarnusowi kiedyś przy okazji. - zamyślił się, widząc przed oczyma wszystkie alchemiczne cuda, które muszą się tam znajdować - No ale nie czas na to. Moje zaproszenie wciąż aktualne, ale jeśli nie zostanie ono przyjęte to proszę chociaż o wskazanie drogi do kuchni
-Do kuchni to akurat idę. Trzeba obiad ugot...-przerwała zdając sobie sprawę z całej sytuacji.Po czym ruszyła mówiąc.-Chodźmy do kuchni, zbierzesz trochę tej wody i ją badaj. Siedzieć ci na plecach nie powinnam, ale... jakby co, to dasz, znać że przeszkadzam?
Obiad... w sumie to sobie chyba sam poradzę. - rzucił z uśmiechem - Dopiero teraz mi przypomnieliście o tym, żem głodny. A poza tym wybaczcie mi jeśli urażę, ale mógłbym mówić cioteczce per “ty”?
-Jak mam ugotować obiad, skoro wodę będziecie badać?- spytała retorycznie niziołka. Po czym splotła ręce czekając na jego odpowiedź. Po chwili milczenia, odpowiedziała na pytanie.-Mateczko, Deldi... tak mnie zwą. A ja przywykłam. A ciebie?
Mów mi po prostu Drogbar, albo jak ci wygodnie. W życiu słyszałem już wiele przydomków na temat mej osoby dlatego nie robi mi to różnicy - wyszczerzył zęby, po czym kontynuował - A co do wody, to nie zostało nam już nic z zapasów?
-Nie wiozłam wody... ziemia może i jałowa, ale to nie jeszcze pustynia Anauroch... wody było dostatkiem. Nie trzeba było wieźć.-odparła niziołka spokojnym tonem głosu.
- No i z obiadu dupa... W takim razie trzeba będzie ludzi ostrzec i pośpieszyć się z badaniem. Ruszajmy.

Razem skierowali swoje kroki do kuchni. Alchemik żałował, że wcześniej nie przestudiował map, ale przynajmniej niziołka była obeznana w rozkładzie pomieszczeń. Kuchnia była przestronna i nieźle urządzona, a studnia faktycznie robiła wrażenie. Krasnolud zaczął zastanawiać się, dlaczego gdzie indziej ludzie nie wpadli na podobny pomysł. Pomysłowi byli ci mieszkańcy Wormbane. Tym bardziej szkoda, że wszyscy zniknęli. Pobranie wody zajęło chwilę, ale po tym zaczął się ten trudniejszy etap. Gurnes westchnął i rzekł:
-Dobra.... tutaj skończone. Wiesz może gdzie to laboratorium? A skoro obiadu nie będzie, to pójdź ze mną proszę. Przyda się pomoc, co by szybciej było. Chłopaki dziarskie, ale do takiej roboty się raczej nie przydadzą.

***

Laboratorium okazało się wyposażone we wszystko co było konieczne. Było też mocno, zaniedbane i brudne... i zabalaganione. Ciekawostką była szafka zawieszona przy drzwiach wejściowych i jej zawartość.



Nie pasowała do tego pomieszczenia. A skarby które zawierała, miały w większości znaczenie sentymentalne. Niemniej ta właśnie szafka przyciągała uwagę Deldi. Zwłaszcza pozytywka i pistolety.

Alchemik był pochłonięty czym innym dlatego nie zainteresował się szafą. Rozdzielił pracę i wraz z towarzyszką zabrali się do pracy. Było to zadanie czasochłonne i nużące zwłaszcza, że pomoc Deldi była raczej symboliczna. Niziołka nic nie znała się na alchemii, jej pomoc ograniczyła się do wykonywania prostych poleceń. Udało się jednak poddać wodę alchemicznym odczynnikom i.... Drogbar zamrugał oczami ze zdziwienia. Zgodnie z jego przewidywaniami w wodzie pojawił się osad, ale... opadające kłaczki zanieczyszczeń utworzyły napis “STRZEŻ SIĘ” ...Co prawda tylko przez chwilę, bo potem całkiem opadły na dno.

Deldi tego nie zauważyła, gdyż akurat była zajęta oglądaniem jakiejś muszli.
-Iiii...- spytała wykazując zainteresowanie wynikami krasnoluda, który oglądał właśnie osad i zauważył niebieskawe strzępki pleśni, wśród opadłego na dno kolby osadu.
Iiii nie będzie dzisiaj obiadu.. - odrzekł zaniepokojony krasnolud -Trzeba szybko ostrzec Tarnusa, a przede wszystkim znaleźć źródło czystej wody. Tej nie możemy pić. Ale wszystko wyjaśnie jak już go znajdziemy. Chodźmy...

***

Po długich poszukiwaniach w końcu udało znaleźć się wodza. Bez zbędnych ceregieli Gurnes zabrał głos:

-Jest problem! Nie mamy wody! Przebadałem próbkę ze studni i nie jest dobrze. Już czysto fizycznie nie nadaje się do picia a to nie wszystko. Pamiętacie napis z krwi przed miastem? Tym razem z osadu na moment utworzył się napis ”strzeż się”. To miasto jest przeklęte. Mieliśmy odkryć co się stało z ludźmi, odkryliśmy... Nie ma ich. Zbierajmy się zanim i nam się coś stanie. Popatrzcie na Gostaga... zwykłe stłuczenia, a do tej pory nie odzyskał przytomności. Co gorsza rany wydają się pogłębiać. A na koniec nie mamy wody. Jak my bez niej mamy pomóc rannemu czy wyżywić resztę?

Tarnus popatrzył na krasnoluda jak na idiotę. Potarł czoło i zastanowił się, by po chwili rzec.

-Chce mi pan powiedzieć panie Gurnes, że... woda panu powiedziała, że miasto jest przeklęte ? I że... przy sytuacji, gdy ciągle pada deszcz... nie mamy wody?

Kolejne spojrzenie przywódcy spoczęło na mateczce Deldi, oczekując bardziej konkretnych wyjaśnień. Niziołka wydawała się równie zafrapowana, tym co powiedział krasnolud. Długo milczała nim, rzekła.

-Nie mogę potwierdzić rewelacji co do klątwy. Nie mam uproszonych cudów na taką okazję. Nie bardzo się znam na badaniach Drogbara, by potwierdzić, lub zaprzeczyć jego rewelacjom, co do wody. Jutro jednak będę mogła oczyścić wodę, jeśli jest zatruta.

Rycerz splótł ramiona razem i spojrzał na krasnoluda, mówiąc niemalże mentorskim tonem.

- Panie Gurnes, zanim zaczniemy wywoływać panikę na temat... klątwy, powinniśmy ustalić coś więcej, niż tylko, że jest... o ile jest. Bo równie dobrze mógł to być omam wzrokowy. Mamy za sobą długą podróż i jesteśmy zmęczeni. A takie opuszczone miejsca, pobudzają wyobraźnię. Potrzebuję czegoś więcej niż... to co pan opowiedział. Poza tym, wojsko Cormyru nie ucieka na widok pierwszych oznak niebezpieczeństwa. Dlatego chciałbym, żeby nie rozgłaszał pan plotek i nie szerzył fermentu... Czy wyrażam się jasno?
-Wiem co widziałem. Od naszego przybycia tutaj wszystko jest nie tak. Miasto gnije i umiera, zresztą podobnie jak jeden z nas. Dziewczyn też do tej pory nie ma. Że o ogromnym żuku i kupie łajna nie wspomnę. Powiadam wam, to się nie skończy dobrze... aaa szkoda gadać - urażony krasnolud obrócił się na pięcie i wrócił do pracowni czarodzieja.

Zdenerwowany, że uznano go za wariata, dla zabicia czasu przeglądał półkę za półką i przyglądał się wszystkiemu co tam było. Nawet nie dla samego znalezienia czegokolwiek a dla zajęcia myśli. Gdy przetrząsnął już każdy kont, przypomniało mu się o kwasie, który niedawno nabył. Skoro oględziny nie dały żadnego wyniku, to może alchemiczna analiza czegoś dowiedzie... a nawet jeśli nie to zajmie sporo czasu...
 
Radioaktywny jest offline  
Stary 07-10-2011, 14:48   #26
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
Evelyn szła ostrożnie uważnie się przy tym rozglądając na boki. Miasto było “wymarłe”, ciche i tylko jej kroki rozbrzmiewały echem w pustych uliczkach. Jednak czuła że nie jest tu sama... i wcale nie dlatego, że niedaleko od niej podążał Viltis. Cały czas miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, jednak kiedy odwracała się w stronę z której wydawało jej się że ktoś na nią zerka nikogo tam nie było. Nawet to, że wysyłała tam Viltisa nic nie pomogło. Kolejny raz dała znak smokowi by zerknął w miejsce, z którego wydawało jej się, że ktoś ich obserwuje. Sama zaś zatrzymała się i oparła plecami o ścianę budynku czekając co tym razem znajdzie Viltis.
Jak bardzo można nic nie znaleźć? Pustka na ulicach, pustka za oknami domów, które choć stały w równych szeregach przy ulicy to wydawały się samotne. I z tej ciszy, z niczego nagle szarpnął nim ból. Skręcił się w spaźmie i natychmiast, rozumiejąc co się stało, że dotyczy to Evelyn, pomknął w jej kierunku. Przeskakiwał od ściany do ściany oczekując ataku w każdej chwili, lecz i tak odsłaniał się chcąc jak najszybciej się znaleźć obok niej. Ostatni odcinek przebył nie uważając na nic. Potężnym skokiem dopadł Evelyn i... Nie rozumiał. Wyglądało tak, jakby dusiła samą siebie. Jej dłonie obejmowały szyję, a na bladej zazwyczaj twarzy rozlewał się krwisty rumieniec. Chwycił jej ręce i zaczął odciągać, całkiem już nie zważając co dookoła. “Evelyn! Co robisz. Evelyn!”

Jeszcze chwile wcześniej stała zerkając w ślad za Viltisem a teraz czuła jak się dusi. Słyszała świst, jednak zanim zdążyła zareagować poczuła jak coś ostrego przeszywa jej gardło i ten ból. Chciała krzyknąć jednak strzała przeszyła jej krtań, bo z gardła nie wydobył się żaden dźwięk, czuła zaś jak jej własne krew spływa po nim dusząc ją. Uniosła dłonie próbując wyszarpnąć tkwiącą w szyi strzałę i złapać oddech. Osunęła się po ścianie o którą się opierała i siedząc na ziemi walczyła zarówno o kolejny oddech jak i o to by wyrwać ze swego ciała strzałę. Wiedziała, że umiera, samotna w tym opustoszałym mieście, wiedziała, że Viltis wróci do niej jednak czy zdąży? Poczuła jego obecność i widziała, że coś do niej mówi jednak panika sprawiała, że nie docierał do niej sens słów, które wypowiadał. Czemu jej nie pomoże czemu nie wyciągnie strzały z gardła? Chciała mu to powiedzieć, jednak nie mogła, zacisnęła mocniej dłonie na drzewcu strzały starając się ją wyrwać z rany. Nie wiedziała czemu jej się to nie udaje, strzała tkwiła tam nie poruszając się nic a nic, cały czas sprawiając ból, coraz większy ból. Nie mogła się nawet pożegnać ze swym przyjacielem, bo głos również zostawał tam skąd powinien się wydobywać, tak jakby na zawsze został przyszpilony do niej tym pociskiem. Czuła jak po jej twarzy spływają łzy, lekko rozluźniła dłonie starając się pokazać Viltisowi, by pomógł jej pozbyć się tego co spowodowało iż umiera. Wyciągnęła w jego kierunku swoje dłonie, mając wrażenie, że nawet one do niego krzyczą by jej pomógł.


Nagle Viltisa dobiegł dźwięk. Odgłos zbliżających się samotnych kroków. Nie puszczając rąk Evelyn wykręcił się spoglądając w tył, ku nadchodzącej osobie i odetchnął. To była Lialda. Miał wrażenie, że dostrzega coś na jej twarzy, jakieś zastanowienie, niepokój, lecz nie miał czasu by się nad tym zastanawiać. Wystarczyło mu, że nie stanowiła zagrożenia. Wrócił do Evelyn. “Strzała... czemu nic nie robisz...” Pojedyncze słowa, które rozróżniały jego uszy niosły jeszcze większy zamęt, gdyż niczego nie wyjaśniały.
Evelyn starała się przekazać swojemu przyjacielowi prośbę o pomoc, aby pomógł jej pozbyć się strzały. Pomiędzy falami bólu promieniującego od miejsca w którym tkwił jej grot, a falami paniki jaka ją ogarniała, starała się przekazać mu by wreszcie wyjął to żelastwo z jej szyi. Nie mogła zrozumieć czemu smok, trzyma jej dłonie i potrząsa nią zamiast wyrwać grot strzały z jej gardła. Nie słyszała nic poza własnym krzykiem, który rozbrzmiewał w jej głowie, bo mimo iż się starała z całych sił z jej gardła nie wydobywał się żaden dźwięk. Widząc więc ruch głowy Viltisa, który odwrócił się za siebie, tak jakby kogoś tam wyczuł albo usłyszał dziewczyna spojrzała w tą samą stronę bojąc się, że zobaczy tego kto tą strzałę wypuścił. Nie była w stanie się bronić, ale wiedziała, że on da sobie radę z przeciwnikiem, że ich obroni. Jednak czy w czasie jego walki z wrogiem ona nie wyzionie ducha? Czuła jak gardło zalewają kolejne strużki krwi, miała wrażenie, że z jej oczu zamiast łez też płynie już krew , bo przecież umierała, wykrwawiając się. Jednak widok jaki ujrzała za plecami smoka sprawił że się szarpnęła do tyłu ponownie otwierając usta by krzyczeć, tym razem w panice na widok zbliżającej się do niej śmierci.


Chciała krzyczeć do Viltisa, by ją stąd zabrał by nie pozwolił tej kobiecie, tej przerażającej czaszce jej zabrać, by postarał się odpędzić od niej śmierć. Szarpała się coraz bardziej widząc z każdym kolejnym krokiem przybliżającą się postać. Wiedziała że przyszła po nią i nie byłą w stanie uciekać, nie mogła nawet pożegnać się z Viltisem, nawet to jej zabrano w ostatniej chwili jej życia. Jej usta otwierały się w niemym krzyku, wzrok zaś oderwała na chwilę od zbliżającej się śmierci i zatrzymała na przyjacielu. Pragnąc nim wyrazić swój ból i żal, ale również i swoje pożegnanie.
Niezrozumiałe wrzaski Evelyn sprawiały, że chciał zatkać uszy. Nie mógł jednak tego zrobić, gdyż obawiał się, że jak tylko ją puści, to swoimi dłońmi zrobi sobie krzywdę. Odwrócił głowę i zawołał do nadchodzącej. -Pomóż mi, nie wiem co się jej stało. Wygląda jakby oszalała!
W tym momencie Evelyn się szarpnęła, z siłą, która prawie wyrwała mu ją z rąk. “Niee!! Śmierć, nadchodzi śmierć!” W tej chwili zrozumiał, że to halucynacje są torturą. “Ktoś miesza w jej umyśle. Ale kto?” Gorączkowo zaczął się rozglądać w próbie odnalezienia napastnika, lecz nic z tego. Jedyną osobą którą mógł dostrzec była Lialda.

Evelyn nie mogła zrozumieć czemu Viltis widząc zbliżającą się śmierć nie uciekał, nie próbował zabrać jej stąd jak najdalej od nadchodzącej. Bo przecież ją słyszał i widział, wszak odwracał się w stronę z której nadchodziła. A może nie widział, że to śmierć? Zacisnęła palce na nim starając się nim potrząsnąć, dać do zrozumienia, że nie powinien czekać aż ona się zbliży, bo wtenczas będzie już za późno. Zabierze ją Evelyn ze sobą a tym samym zakończy i jego żywot. “VILTIS!!!” krzyczała w panice, wiedząc, że i tak jej nie słyszy, że przeklęta strzała zabrała jej głos i możliwość ostrzeżenia przyjaciela. . A ona nadchodziła... krok, za krokiem, coraz bliżej, coraz bardziej widoczna, coraz bardziej upiorna...
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.
Vantro jest offline  
Stary 09-10-2011, 19:47   #27
 
Buka's Avatar
 
Reputacja: 42426 Buka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputację
Po zaciętej walce w końcu uporano się z przerośniętym żukiem. Straty własne były wyjątkowo zadowalające, jedynie jeden ranny wojak... Corella jednak nie świętowała wielce zwycięstwa w tej potyczce, wszak była to jedynie pojedyncza walka, a cała sprawa dotycząca wielkiej niewiadomej miasta wciąż pozostawała otwarta.

- "Gratuluję celnego oka i pewnej ręki, pani. Jestem zaprawdę pod wrażeniem twej celności" - Odezwał się do niej Garison.
- To bardziej zasługa Pana Poranka, prowadzącego celnie mą rękę i oko, mimo wszystko jednak... dziękuję! - Uśmiechnęła się do niego przelotnie.

Zło emanowało z każdego zakątka miasta, wnikając głęboko w jej ciało. Czuła się przy tym wyjątkowo nieswojo, czuła, jak ta ciemna, złowroga, i negatywna energia otacza ją z każdej strony, jak gniecie ją prosto w serce. Rozglądnęła się zupełnie bez powodu, przygryzając na moment wargę z nerwowym uśmiechem.

Jakiś czas później, już w siedzibie Purpurowych Smoków...

Oddział rozszedł się badać należące do zbrojnych sił koszary, starając się choć pobieżnie zapoznać z sytuacją, i wielką niewiadomą, panującą w Wormbane. Ona również postanowiła nieco przebadać teren.

Paladynce dostało się dwóch ludzi. Jednym był milkliwy tajemniczy zaklinacz łażący wszędzie ze swą kosą bojową, którą zapewne potrafił się posługiwać. Drugim był Lurglen, potężnie zbudowany kusznik, z ciemnymi włosami luźno okalającymi jego twarz i ze bródką przyciętą w szpic wedle najnowszej cormyrskiej mody. I z wiecznie poruszającą się jadaczką.
O ile Erazm jeśli mówił to wtrącał luźne uwagi, bądź kpiny. O tyle Lurglen gadał i gadał, opowiadając zaklinaczowi swe miłosne podboje. Co zabawne nie krępował się przy tym obecnością, Corelli... Ani nie próbował jej poderwać. Za to chętnie opowiadał, jak to usidlił kolejne niewiasty. Co jednak nie przeszkadzało mu być czujnym. Kusza była napięta, a każdy podejrzany odgłos sprawiał, że grot tkwiącego na łożu kuszy bełtu kierował się do źródła dźwięku.
Natomiast mag co jakiś czas przystawał i mamrotał swoje czary. Jak twierdził, wykorzystywał magię do wykrywania wrogów. Nic jednak nie zdołał wykryć i... był tym zmartwiony?
Ogólnie zaklinacz, ze swoją kosą i strojem z kapturem, przypominał paladynce fanatycznych wyznawców Myrkula, o jakich czytała w starych annałach zakonnych. Ale przecież to bóstwo śmierci, już od dawno było martwe. A obecnym sędzią umarłych i panem śmierci był Kelemvor.

Corella od kilku dłuższych chwil przyglądała się ukradkiem Zaklinaczowi. Według jej przeczucia, Erazm był osobą co najmniej dziwną, jeśli i nie... niebezpieczną?. Wykorzystując sprzyjający moment, wbiła w niego wzrok, zdając się na moc Pana Poranka w osądzie serca mężczyzny...
wyczuwając słabą poświatę. Nie był oddany złu, ale niewątpliwie jest egocentrykiem i egoistą.

Zbrojownia była otwarta, a broń z niej w większości zabrana. Ocalało jednak sporo broni lekkiej, rapierów, krótkich łuków, sztyletów. I amunicji do łuków.
Brakowało za to broni dwuręcznej, halabard, ciężkich dwuręcznych mieczy, dwuręcznych toporów i korbaczy.
Widać ten oręż był potrzebny. Dziwne... na orki czy bandytów wystarczały wszak poręczniejsze jednoręczne miecze i topory.
W zbrojowni panował chaos, pozostawione bronie były porozrzucane. A paladynkę zaciekawił fakt, że w zbrojowni był dziwaczny stojak na dwie sztuki oręża. Na rusznice, które kult Gonda stosunkowo na niewielką skalę rozpowszechniał po Faerunie. Broń palna była wszak nowością, ale zdobywała coraz większą rzeszę zwolenników. Mimo to... broń palna na zadupiu Cormyru? Skąd się tu wzięła?
- Kolejne niespodzianki? - Mruknęła, jakby sama do siebie.
-Ktoś wspominał o szkole alchemicznej, czy jakoś tak... znajdującej się w Wormbane.- Lurglen wtrącił się w rozmyślania paladynki.- Może to od nich.
Widać w kwestii broni palnej też był obeznany na tyle by rozpoznać stojak.
Podczas gdy paladynka rozważała te problemy, to Erazm sięgał po potęgę magii inkantując zaklęcie. Po jego zaś rzuceniu skupił się na obserwacji otoczenia, a zauważając spojrzenie Corelli rzekł.-Szukam magicznych skrytek.
Miał rację, każdy garnizon wojskowy miał specjalną skrytkę, przeznaczoną na magiczny oręż, używany do walki w przypadku szczególnego zagrożenia.
Było tak nie tylko w garnizonach, ale i w świątyniach... zwłaszcza tych nastawionych bojowo bóstw.

Corella, będąc w ciągłej gotowości, w jednej dłoni dzierżąc swą tarczę, a w drugiej miecz, uważnie badała niemal każdy zakątek pomieszczenia. Daleko jej było do perfekcji w tym przedsięwzięciu, starała się jednak oczywiście mieć oczy (i uszy) szeroko otwarte. Całe koszary, całe miasto było przesiąknięte jakimś okropnym, wszechogarniającym złem, które Paladynka, jako chyba jedyna w całym oddziale, odczuwała z największym skutkiem. Zupełnie bez powodu odchrząknęła.
Jakiekolwiek zło kryło to miejsce, w zbrojowni jakoś nie chciało się objawić, poza porzuconą w pośpiechu bronią nie było tu żadnych zagrożeń, żadnych złowróżbnych znaków. Corella i Erazm prawie jednocześnie znaleźli tajną skrytkę, on dzięki magii, ona dzięki doświadczeniu.

Skrytka na magiczną broń, ukryta była pod starym i uszkodzonym pawężem. I była oczyszczona. Pozostawiony był w niej tylko jeden sztylet i jedno kukri z adamantytu... I nic więcej.
Niemniej sporo tkanin, obecnie lekko gnijących świadczyło o tym, że nie tylko te dwie sztuki oręża były tam przechowywane.

- To wszystko jest naprawdę dziwne, naprawdę - Powiedziała do towarzyszących jej mężczyzn. Nie czekając na ich reakcję, kontynuowała zaś dalej - Brak ciężkiej broni może świadczyć o naprawdę wielu powodach jej użycia. Mi jednak nasuwa się myśl, iż broniący potrzebowali jak największej, najbardziej śmiercionośnej broni, by... poradzić sobie z dużym przeciwnikiem?.
-Żuczek?
- spytał retorycznie kusznik. Erazm zaś pokiwał głową. -Nam się udało bez większych problemów.
-Bo jesteśmy najlepszym oddziałem w Gwarch, a moja kusza niesie śmierć każdemu kto stanie nam na drodze.- stwierdził z zawadiackim uśmiechem Lurglen. Zaś mag pokiwał tylko głową w geście politowania. Na co Lurglen zareagował odzywką.- Magia nie jest tak potężna, jak twierdzą czarownicy. Celny bełt położy każdego czarownika, zanim zacznie on swoje hokus pokus.
- Każda sytuacja jest inna, podobnie jak każda osoba
- Odezwała się wielce filozoficznie Corella - Nie będziemy teraz dyskutować o wyższości broni nad magią, lub i odwrotnie, nie czas na to i miejsce. Idziemy dalej - Powiedziała, po czym wzięła oręż ze skrytki z magiczną bronią. A żeby nie było jakiś niedomówień...
- Nam się bardziej przyda, niż by tu miało dalej leżeć - Odezwała się, jakby sama do siebie.
Żaden z nich nie skomentował tego zachowania, przyjmując jej zachowanie jako normalne.

Garnizonowa świątynia nie była zamknięta. Była zabarykadowana. Ciężkie drzwi wymagały wyważenia ze strony paladynki i Lurglena. Cherlawy mag nie był bowiem żadną pomocą w tym zadaniu.
Było ciężko, ale po chwili wysiłku udało się wyważyć i w nosy trójki badaczy uderzył stęchły trupi zaduch. Smród był okropny, a pomieszczenie ciemne, bowiem okna pokryte były grubą warstwą brudu. Swordhand odpaliła więc jedną ze swych pochodni, asekurowana w trakcie owej czynności przez kusznika...
Podłoga zaś pokryta była ekskrementami. Świątynia została sprofanowana i zdewastowana. Drzwi do niej zablokowano, gnijącym ołtarzem.
Posąg Tempusa pozbawiono głowy i obsmarowano fekaliami. Aura zła tego miejsca jednakże, nie była tak silna jak być powinna. I nie wiadomo czemu, nad posągiem powieszone były okrwawione szaty liturgiczne.
Jednak nawet to nie robiło takiego wrażenia, jak napisy... wykonane krwią na ścianach świątyni.
Głównie były to napisy religijne, cytaty ze świętych tekstów Tempusa, modlitwy ochronne i tym podobne.
Jeden jednak napis wyróżniał się na tym tle.


Szkoda, że tekst, sprawiał wrażenie pisanego pośpiesznie i... niedokończonego.
Paladynka wypowiedziała słowa, które z pewnością krążyły w głowie pozostałej dwójki.
- O co tu do ciężkiej cholery w tym wszystkim chodzi? - Szepnęła, rozglądając się - Lepiej niczego nie dotykajcie - Dodała - Nigdy nie wiadomo z jakimiś zarazami albo co...
-Jasna sprawa
.- stwierdził Lurglen, daleki od dotykania czegokolwiek. Natomiast Erazm przysłonił twarz rękawem i zaczął mamrotać ponownie zaklęcia. Po dłuższej chwili dodał.- Od niektórych zapisków emanuje słaba magiczna aura... zapewne były to zaklęcia... zapewne ze szkoły odrzucania. Pewnie jakieś bariery ochronne.
- Przed czymkolwiek miały one ich chronić, chyba niewiele dały
- Powiedziała, spoglądając na zakrwawione szaty liturgiczne.
-Wydają się niedokończone, ale mogę się mylić. To magia kapłańska.- stwierdził Erazm wzruszając ramionami. A Lurglen spytał.- Co teraz, pani oficer?
- A bo ja wiem?
- Wzruszyła Paladynka ramionami, lekko się uśmiechając mimo panującego w tym miejscu smrodu. Być może nie powinna tak mówić jako jeden z dowodzących, wszak brzmiało to wtedy, jakby właśnie owy ktoś, kto ma o czymś zadecydować, nie miał zielonego pojęcia. Rola ta była dla Corelli jednak nowa, ale i sytuacja wcale jeszcze nie pozostała ostatecznie przez nią osądzona, kobieta bowiem odezwała się szybko ponownie:
- Nikogo tu nie ma, zarówno tych co powinni, jak i... kogoś innego. Teren sprawdziliśmy, możemy więc wracać?.
-Ja bym to miejsce zamknął. I zabarykadował.
- stwierdził kusznik rozglądając się nerwowo po komnacie.
- Taki też miałam zamiar - Odpowiedziała jemu Paladynka - Poszukajmy więc jakiś lin, łańcuchów lub czegoś podobnego, a potem wracamy do pozostałych i meldujemy co odkryliśmy...
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
Stary 13-10-2011, 19:20   #28
 
Vantro's Avatar
 
Reputacja: 201 Vantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie cośVantro ma w sobie coś
Twarze, które widziała w lustrach kałuży, te dziwaczne, przerażające oblicza.... Przecież to niemożliwe. Oddaj nam swoje wspomnienia Ich słowa wciąż jeszcze dźwięczały jej w uszach. Czy miała przywidzenia? Możliwe... Ale dlaczego w takim razie jej buty ochlapane były kroplami krwi?? Chaos w myślach... Pulsowanie w skroniach... Z powodu czegoś co nie chciało pomieścić jej się w jej praktycznym umyśle. To wszystko pachniało Lialdzie z daleka jakimiś czarami. Złymi na wskroś...
To wtedy dostrzegła Evelyn trzymającą się za gardło, krzyczącą i krztuszącą się jakby ktoś przebijał je ostrym przedmiotem. A obok niej...smok. Jej serce zamarło na chwilę. Co robić? Czy dostrzegł już ją? Czy ruszy w jej kierunku, czy też będzie dalej krzywdził jej towarzyszkę? Powoli skierowała broń w jego kierunku. Adrenalina pomału wzbierała w jej żyłach. I nagle potwór odwrócił głowę w jej stronę i poprosił o pomoc. Nagłe olśnienie spłynęło na Lilę powodując, że zmiękły jej kolana.
Chowaniec, to musi być ten jej chowaniec - pomyślała wypuszczając nagle powietrze z płuc. Ulga.
Podbiegła już pewnie do wijącej się w panice dziewczyny. Evelyn wykrzykiwała coś w jej kierunku, najwyraźniej biorąc ją za kogoś innego... za śmierć? To miasto było jak trucizna...
Evelyn - krzyknęła do kobiety próbując cucić ją klepiąc po twarzy- To ja, Lialda! To nie dzieje się naprawdę, to tylko iluzja! Nic ci nie jest. Ocknij się!

Dotykała ją! Śmierć wyciągnęła swoje ramiona i dotykała ją! Panika czarnowłosej sięgnęła zenitu. Krzyczała, choć wiedziała, że Viltis jej nie słyszy, wyrywała się nie rozumiejąc czemu przyjaciel ją przytrzymuje. Może i na niego wpłynęła ta śmierć. Narzuciła mu swą wolę, by pomógł jej odebrać życie Evelyn. Szarpnęła się ponownie do tyłu czując za plecami ścianę budynku. Jeszcze raz zerknęła na przyjaciela z niemą prośbą w oczach, bo gdyby mogła mówić jej słowa zapewne zabrzmiały by: “Pomóż... pomóż mi! Nie pozwól jej mnie zabrać. Viiiiiiltiiiiissssss....
Evelyn nie reagowała na nic co robił. Zdeterminowany by nie zrobiła sobie krzywdy nie puszczał jej ramion. “Przydałoby się coś by ją związać. Nie mogę czekać, aż stanie się coś złego”
Objął jednym ramieniem kobietę tak by więzić jej ręce i przycisnął plecami do siebie. “Pas, ona ma pas” przypomniał sobie i sięgnął pazurami by rozpiąć sprzączkę. Niestety - Evelyn szarpała się i wyła jak dzika całkowicie mu to uniemożliwiając. Gwałtownie zwrócił głowę w stronę Lialdy i zawołał
- Pomóż mi, trzeba ją skrępować, żeby nie zrobiła sobie krzywdy!
Czarnowłosa walczyła ze wszystkich sił o każdy kolejny oddech, który próbowała zaczerpnąć pomimo tkwiącej w jej gardle strzały. Walczyła też z Viltisem szarpiąc się w panice, bo mimo iż starała się przekazać mu prośbę, aby jej pomógł, on nadal ją trzymał a nawet próbował powstrzymać ją przed ucieczką przed śmiercią, a ta przecież była tak blisko... Evelyn czuła jej oddech na twarzy. Szarpała się więc chcąc wyrwać się i uciec, bo przecież wtenczas i on pomknie za nią, a gdy będą daleko od Śmierci, może uda jej się przekonać go by pomógł jej wyrwać tą strzałę... może jeszcze będzie miała szansę by przeżyć, może zgubią po drodze tą, która po nią przyszła. Widziała jak Viltis odwraca się w stronę kostuchy, jak coś do niej mówi, to przekonało dziewczynę iż jest pod jej wpływem. Szarpnęła się ponownie z całych sił mając nadzieję, że tym razem się wyrwie, że ucieknie, a może wytrąci go tym spod wpływu Śmierci i wreszcie sprawi, że razem zaczną działać na niekorzyść tej, która chce odebrać jej życie.

Nagle... gdzieś uciekła siła i determinacja Evelyn. Wciąż trzymając się swojego gardła opadła w ramionach smoka niczym szmaciana lalka. Jej oczy zamknęły się, a ramiona zaczęły drżeć. Vitlis zrozumiał, że działanie czaru się skończyło i poluzował uścisk. Gdy jego przyjaciółka pozostała bez ruchu, ostrożnie ułożył ją na ziemi i przykląkł przy niej.
- Evelyn, już jest po? Odezwij się. Chociaż skiń głową. - z napięciem przyglądał się wymęczonej twarzy oczekując jakiejkolwiek reakcji na swoje słowa. Wszystko wydawało się w porządku. Nie było widać żadnych ran, tyle że na nadgarstkach, które ściskał pojawiło się zaczerwienienie.
Słyszała słowa, tym razem je słyszała i ból... już go nie czuła. Odruchowo zanim otworzyła oczy uniosła dłoń do szyi. Z jej ust wydobył się schrypnięty głos, sprawiający wrażenie, że przez długi czas krzyczała i nadwyrężyła go.
- Strzała? - wyszeptała, otwierając oczy i widząc nad sobą pochylającego się Viltisa oraz... Lilę.
- Nie było żadnej strzały - przyglądał się uważnie wypatrując na jej twarzy oznak, że zagrożenie może powrócić. - Myślę, że to jakaś iluzja, bo w żaden racjonalny sposób nie da się wyjaśnić twojego zachowania - Podał ramię Evelyn pomagając jej podnieść się. Na jej twarz wracały kolory, oraz zwykła dla niej zaciętość.
Czarnowłosa podniosła się na nogi przy pomocy Viltisa. Jeszcze raz niepewnie dotknęła swojej szyi i zerkając na Lidię, a raczej na plamki na jej ubraniu i spytała wskazując na nie palcem:
- To skąd ta krew?
 
__________________
W chwili, kiedy zastanawiasz się czy kogoś kochasz, przestałeś go już kochać na zawsze.
Vantro jest offline  
Stary 13-10-2011, 23:01   #29
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 39399 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Nadciągała burza. Chmury na Wormbane gęstniały i kłębiły się niczym dzika bestia na łańcuchu.
Nadciągała burza. Zerwał się silny wicher, a przemierzając uliczki miasta podmuchy wiatru wyły jak stado potępieńców.
Nadciągała burza. A wśród chmur pojawiały się błyskawice.
Nadciągała burza. A wraz nią nadciągała ciemność.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=PQpBbK7ua-g[/media]

Nadchodził zmrok, a może już nadszedł? Słońce skryte za burzowymi chmurami nie obdarzało miasta ostatnimi promieniami. Ciemność zapanowała nad miastem. I stwory ciemności.

W garnizonie panował spokój. Makabryczne znalezisko paladynki, zostało zamknięte wraz ze swymi zagadkami. A Corella udała się z meldunkiem do Tarnusa.
Zebrali się we czworo w gabinecie dowódcy garnizonu, Swerdagon przywódca wyprawy, dwaj jego podkomendni oraz paladynka. Toczyli rozmowę o tym co odkryto, Tarnus mówił o odkryciach Drogbara, Lionel i o pobieżnym wyniku przejrzenia dokumentacji garnizonu. Bowiem chaotyczne opisy z ostatnich tygodni należało uporządkować. Wynikało z nich, że w przytułku Ilmatera zdarzyło się coś złego. Jednak dokładnie nie wiadomo co. Zamieszany miał być ponoć w to jeden z kleryków tego kościoła. I z uwagi, na to że było przeprowadzane śledztwo kościelne, sprawę opisano ogólnikowo.
Potem były wzmianki o tajemniczych zaginięciach i o dziwnej aurze otaczającej okolicę, która utrudniała uzdrawianie. Ponoć potrafiła osłabić nawet paladyńskie moce. Aura ta miała ponoć boską naturę. Niestety, co to znaczyło, jak dotąd nie udało się wyjaśnić.
Rozmowa pełna była domysłów i teorii, ale nie obfitowała w fakty. Ostatecznie Tarnus zadecydował, że sprawy nie można zostawić nierozstrzygniętej i że jutro trzeba będzie się zająć uporządkowaniem archiwum. A paladyn wraz ze swoimi ludźmi, oraz Garison i dwójką jego podkomendnych uda się na poszukiwanie zaginionych zwiadowczyń podążając w kierunku miejskiej świątyni. Przy okazji poszukają świątynnych archiwów.

Podczas gdy dowództwo obradowało, krasnoludzki alchemik badał pracownię przeszukując ją pod kątem użytecznych mikstur. Udało mu się zebrać parę przydatnych reagentów. Ale najciekawszym odkryciem, była tajna szafka ukryta za obrazem. Znalazł w niej kilka rzadkich alchemicznych przedmiotów sztylet i butelkę niezłego trunku.


Oraz statuetkę wysokości piętnastu centymetrów, wykonaną z szarego kamienia.


Początkowo Drogbar myślał, że to jakiś granit lub marmur, ale... nie. To było coś innego. Nie wiedział do czego służyć ma ta statuetka. Wydawała się nie być zwykłą ozdobą, bo było w niej coś... odpychającego i szkaradnego. No cóż...zagadka musiała poczekać do jutra.
Bo obecnie alchemik nie miał przygotowanego odpowiedniego ekstraktu, do takich badań. A może Erazm by pomógł. Problem w tym, że maga z kosą nie było w pobliżu. Zapewne włóczył się gdzieś po budynkach garnizonu załatwiając własne sprawy. No cóż... I tak znaleziska z pracowni magicznej można było uznać za przydatne. Zwłaszcza wino. Nic tak nie rozgrzewa ciało, jak dobre wino.
Prawda?

Niebo przeciął piorun. Huk gromu rozniósł się echem po mieście. Deszczyk dotąd siąpiący zmienił się w ulewę. Burza się zaczęła.
Najgorzej w takiej chwili mieli strażnicy pilnujący okolicy wrót. Oni nie mogli się schronić przed deszczem. Ale taka to już robota.
Dlatego choć Randal i Kircos narzekali na pogodę pod psem, to jednak stali dzielnie na posterunku, nie przejmując się przenikliwie lodowatym wiatrem i ulewnym deszczem. I oni pierwsi zauważyli zbliżających się kuszników.
A właściwie uciekających w panice. Jonach krwawił. Na jego szyi barku widać było głębokie rany, aż do żywego mięsa. Anaros podtrzymywał słaniającego się Jonach i z tym ciężarem truchtał w kierunku bramy garnizonu. Nie pomyślał ni przez chwilę by zostawić swego towarzysza broni. Nie porzucił go, mimo że dzięki temu mógłby dotrzeć szybciej.
-Bijcie na alarm! Nadchodzą!- krzyczał docierając do bramy. Nie wyjaśnił, kto nadchodzi.
Nie musiał. Z uliczek wyroili się dawni mieszkańcy miasta. Wypełźli ze swych kryjówek i nawałą ruszyli w kierunku garnizonu, w kierunku ciepłokrwistych, w kierunku żywych.


Pojawienie się nowego zagrożenia wywołało, chaos. Pierwsi z nieumarłymi zmierzyli się strażnicy przy bramie. Nie można było jej zawrzeć, więc należało nie wpuszczać żywych trupów na plac.
Żywe trupy nie wydawały się wprawnymi wojownikami, lecz ich przewaga liczebna była olbrzymia. Wybiegający z budynku dowódcy oddziałów, wykrzykiwali rozkazy próbując zapanować, nad walczącymi w chaosie żołnierzami. Nie było bowiem czasu na sformowanie szeregów, nie było czasu na ostrzał. Była jedynie zaciekła walka twarzą w twarz. Walka na miecze i pazury, na noże i zęby, dramatyczna walka o przetrwanie. Dziedziniec spłynął krwią żołnierzy i posoką nieumarlych.

Tylko jedna osoba wydawała się zachwycona sytuacją.Erazm.
Choć z pewnym rozczarowaniem uświadomił sobie, że najpotężniejszą magię zużył już na olbrzymiego skarabeusza. Niemniej miał jeszcze jeden atut. Kolejnymi rzucanymi czarami atakował nieumarłych, a jego dotyk przenosił im zniszczenie.
Coś było szaleńczego w uśmiechu Erazma, gdy ten walczył z truposzami.
Niemniej jego entuzjazm, zakończył się tragedią. Z pomiędzy tłumu atakujących zombie, wynurzyła się widmowa półprzeźroczysta dłoń. Jakby trofeum odcięte od zwłok. Dotknęła ona Erazma, a ten zawył z bólu i upadł na ziemię, w błoto... Półprzytomny stał się łatwym celem dla żywych trupów.

Piorun błysnął blisko, na moment rozświetlając całe miasto upiornym jasnym światłem. Grzmot był głośny, niemal zagłuszający krzyki bólu i dźwięk oręża. A po piorunie... olbrzymi hałas przetoczył się przez miasto, jakby cała budowla się waliła.

Burza zaskoczyła też i trójkę wędrowców: Lialdę, Evelyn i Viltisa. Zgodnie z sugestią wężowego smoka, podążyli oni w kierunku świątyni. Nawet nie zauważyli kiedy zrobiło się ciemno, a pioruny oznajmiały nadejście burzy.
Lunęło. W kilka minut cała trójka była przemoczona. Ale wszak po błądzeniu między ulicami dotarli do celu. Do świątyni.
Potężne ciężkie wrota, wydawały się być zamknięte. Ale nie były. Cały przybytek z zewnątrz wydawał się ponury, zwłaszcza w świetle błyskawic i w strugach lodowatego deszczu.
A w środku...


Było ponuro i ciemno. Budynek świątyni wydawał się olbrzymi i strasznie zapuszczony. Czuć było stęchlizną, a z bocznych naw zwieszały się kurtyny pajęczyn. Dobrze, że chociaż nie było pająków.
Świątynia była ogromna i swym ogromem przytłaczała. Jak na budynek w którym czczono bóstwa dobra, wydawała się niemal... wroga ludziom.
Tym bardziej więc niepokojące były świece... Zapalone świece.
Nie było czasu się zastanawiać nad tym teraz, bowiem z uliczek zaczęły się wyłaniać kolejne istoty.
Zbierając się w grupki ruszały w kierunku świątyni, bynajmniej nie po to by się pomodlić. Ale po to by dopaść dwójkę kobiet. Dwie samotne podróżniczki. Czyż nie prosiły się o to, by je dopaść?
Drapieżniki ruszyły na łowy.


Gnijące trupy, pozostałości po dawnych mieszkańcach ruszyły w kierunku dziewcząt, odcinając wszelkie drogi ucieczki, poza jedną... w głąb świątyni. Skąd wypełzły?
Przecież wojsko przeszukiwało miasto, a Viltis zaglądał do domów. Przecież Lialda szukała śladów po mieszkańcach.
I nic nie znaleźli.
Skąd więc się wzięły te dziesiątki trupów próbujących zabić wszelkie ślady życia w tym mieście? Na to pytanie warto było znaleźć odpowiedź. Ale wpierw, należało dożyć do rana.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 13-10-2011 o 23:03.
abishai jest offline  
Stary 19-10-2011, 19:37   #30
 
Buka's Avatar
 
Reputacja: 42426 Buka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputację
Gdy Corella wybiegła wraz z pozostałymi dowódcami z budynku, widok jaki im sprezentowano wywołał najprawdziwsze ukłucie w sercu. Dzielnych wojaków atakowały bowiem tuziny żywych trupów, będących najprawdopodobniej kiedyś mieszkańcami Wormbane.

Paladynką zaczęły targać nieco sprzeczne ze sobą uczucia. Wszak to byli mieszkańcy których spotkał jakiś straszny los, to byli kiedyś żywi ludzie i nie-ludzie, kobiety i mężczyźni, wiodący tu spokojne życie, oddający się swym zajęciom. Bracia, siostry, żony i mężowie... cóż za podła mroczna siła mogła się przyczynić do takiego obrotu spraw, jak bez mrugnięcia okiem przejść nad faktem, iż teraz stali się bestiami pragnącymi świeżego mięsa?.

- Panie dodaj mi sił - Corella szepnęła sama do siebie wśród zgiełku rozpoczętej bitwy, po czym ruszyła biegiem, by wesprzeć oddział Cormyru. Stanowczy uchwyt tarczy i miecza, mocno zaciśnięte usta, lekko przymrużone oczy. Uniosła ostrze, biorąc zamach na pierwszego Zombie jaki stanął jej na drodze...

Miecz paladynki prowadzony siłą jej determinacji, spadł na pierwsze ożywione zwłoki, wbijając się w ciało i niemalże odrąbując głowę, niemalże...stwór przetrwał bowiem atak, choć jego czerep trzymał się chyba tylko na pobożnych życzeniach. Świeża ciepłokrwista istota przyciągnęła spojrzenia martwych oczu i nieumarli osaczyli ją ze wszystkich stron, by przyprzeć do ziemi, zedrzeć zbroję i dobrać się do ciepłego ciała. Jednakże paladynka nie była aż tak łatwym celem, i póki co, Corella pozostawała poza zasięgiem próbujących ją unieruchomić łap.

Paladynka machała więc nieprzerwanie mieczem, tnąc atakujących ją nieumarłych, i jednocześnie również brutalnie odpychając ich stalową tarczą. W kilka chwil została otoczona jednak ze wszystkich stron przez rzeszę buczących i wyjących potępieńców, ale nie miała zamiaru łatwo sprzedać swojej skóry.
- Lathanderze!! - Krzyknęła - Wysłuchaj mej prośby i wspomóż w chwili potrzeby!. Niech mój miecz zostanie poprowadzony mocą twych sług!. Niech stanie się narzędziem godzącym zło!.

Jej miecz rozbłysnął jasną poświatą, przebudzony niebiańską duszą, a cios sprawił, że najbliższy truposz trafiony opadł na ziemię, niczym marionetka której przecięto sznurki. Ale to bynajmniej nie zniechęciło pozostałych.
Stwory napierały. Cięcia świętego miecza paladynki czyniły co prawda spustoszenie, kolejne zwłoki padały pod uderzeniem miecza i nieruchomiały, niemniej na miejsce pokonanych nieumarłych pojawiały się nowe trupy.


Smród rozkładu, niemalże zdominował pole bitwy, a krzyki rannych rozbrzmiały głośno. Samej Corelli póki co udało się uniknąć ran, acz ramię bolało od ciągłego machania i zadawania ciosów. Koło głowy paladynki świsnęła nagle strzała, wbijając się w oko nieumarłego i przyciągając uwagę Corelli. Trup który został trafiony, właśnie zamierzał wbić jej długi sztylet w bok. Dobiła więc nieumarłego mieczem, zerkając w stronę budynku administracji z którego okna Garison posyłał w tłum nieumarłych śmiercionośne strzały.

- Nie jest dobrze - Szepnęła sama do siebie, wypowiadając oczywiste. Truposzy było zdecydowanie zbyt wiele, by mogli sobie z nimi poradzić... pierwsi wojacy padali zaś już pod naporem pięści i prowizorycznej broni Zombie.
- Do mnie!! - Wrzasnęła ile sił w płucach, sama starając się wyciąć sobie drogę wśród rozwrzeszczanych nieumarłych ku najbliższemu żołnierzowi. Miała zamiar walczyć z nim plecy w plecy lub ramię w ramię, cokolwiek dawałoby choć odrobinę szans na przeżycie w trakcie tego szaleństwa. Może uda im się stworzyć choćby namiastkę jakieś linii obronnej...

W walce górował Drogbar i to dosłownie, bo alchemik urósł do wielkości ogra i machał swoim tłuczkiem niczym maczugą gromiąc wroga. Nawoływania paladynki stopiły się z nawoływaniami Tarnusa i Lionela, niemniej burza zagłuszała ich gromami, a i napór nieumarłych utrudniał zwracanie uwagi na krzyki dowódców. Paladynka rozrąbała kolejnych dwóch, gdy... dosięgnęła ją łapała jednego z truposzy, na szczęście ześlizgnęła się po ciężkiej zbroi Corelli.
Żołnierz dopiero po chwili zareagował na jej krzyk i podbiegł do niej... Nie miał daleko, ale musiał się zdrowo przedzierać. Rozpoznała go, gdy dotarł. To był Lurglen. Jeszcze nie ranny, ale już zmęczony i przemoknięty.

- Wytrzymaj jeszcze chwilę! - Krzyknęła do niego panna Swordhand, tnąc właśnie kolejnego Zombie - Dooo mnieeee!! - Ryknęła ponownie, po czym dodała nieco ciszej:
- Panie Poranka, obdarz mój oręż swą łaską, i tchnij w niego swą świętą moc, niech zło poczuje gniew twych sług! - Uniosła na drobny moment miecz ku niebiosom. Ostrze miecza rozbłysnęło wśród nocy i deszczu, a następujące po chwili uderzenie miecza rozerwało, najbliższego nieumarłego na kawałeczki, rozprawiając się z nim dzięki kolejnej Paladyńskiej mocy.


Corella wkrótce zauważyła swój błąd. Nie tylko ona wszak przywoływała do siebie ludzi, czynił to Tarnus, czynił i Lionel, przez co zbijali się w trzy grupki, zamiast tworzyć wspólny front. Panna Swordhand starała się więc szybko naprawić sytuację, przesuwając wraz z ewentualnie podążającymi za nią wojakami w kierunku będącego bliżej Tarnusa. Należało podjąć jakieś konkretne działania, objąć konkretny cel, inaczej będzie z nimi krucho, nie zdołają przeciwstawić się kilku tuzinom nieumarłych, przewyższających ich liczebnie gdzieś przynajmniej o cztery razy...
- Na pochybel gnidom, za Cormyr!! - Krzyknęła, choć wcale nie odczuwała stanu, jaki zaprezentowała pozostałym w kilku wielce wyniosłych słowach.

Napór nieumarłych nie słabł, ale za to siły żywych topniały. Ręka Corelli z coraz większym trudem wznosiła się do kolejnych ciosów, mających odesłać żywe trupy w niebyt. Żołnierze zbierali się wokół dowódców, których krzyki zmagały się z głośnymi odgłosami burzy. Ci, którzy jeszcze żyli, zaczęli cofać się w kierunku lazaretu, w którym przebywała mateczka Deldi.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:24.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169