Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-09-2011, 00:03   #1
 
Buka's Avatar
 
Reputacja: 27001 Buka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputację
[D&D/FR 3.0&3.5] "Ostatni Bastion Północy" (+18)

Rozdział I




Silverymoon
Rok 1374 "Burz z Piorunami"
28 Alturiak(Luty)


Silverymoon, "Miasto wspaniałości", Silverymoon "Klejnot Północy", centrum Magii, piękna, kultury i sztuki w Srebrnych Marchiach. Zamieszkane przez osoby o dobrym sercu, wielu Magów, i Harfiarzy, starając się bla bla bla... Każdy już to słyszał, każdy o tym wiedział, zachwycając się owym miastem, lub i z niego wyśmiewając. Fakt jednak faktem, było ono interesujące, posiadając liczne świątynie, kapliczki, biblioteki, oraz "Konklawe" - Uniwersytet w skład którego wchodziło kilka szkół Magii, muzyki i nauki. Dochodziły do tego i liczne gospody, karczmy, sklepy, polanki i ogrody, oraz chociażby Księżycowy Most, czyniąc miasto dosyć niezwykłym.

Swą siedzibę miała tu Alustriel, Wybraniec Mystry i jedna z "Siedmiu Sióstr", pieczę nad miastem sprawował zaś Arcymag Taern Ostroróg, przebywało tu również wiele innych, mniej lub bardziej znanych w Faerunie osób, czy to jako goście, czy i mieszkańcy. Do tego spora ilość Magów, Rycerzy w Srebrze, Kapłanów, Poszukiwaczy Przygód o dobrym charakterze, miejsce prawie wręcz idylliczne, pytanie tylko, na jak długo?. Nic bowiem nie trwa ponoć wiecznie.



Póki jednak co, Silverymoon rozwijało się prężnie i dumnie, stając się coraz bardziej znaczącym miejscem nie tylko na północy Faerunu. Sojusz z okolicznymi miastami, w tym nie tylko ludzkimi, zapewniał względne bezpieczeństwo ze strony wszelakich potworów, zamieszkujących okoliczne ziemie. A owych nieprzyjaznych stworów było znacznie więcej, niż mogło się komuś wydawać. W chwili obecnej jednak, nikt nie zawracał sobie tym zbytnio głowy, a miasto tętniło życiem i swymi codziennymi sprawami, odrobinę skąpane w śniegu. Na ulicach często rozbrzmiewały śmiechy i muzyka, zajmowano się swą codziennością...











Tarin Harvell


Mężczyzna po raz kolejny uśmiechnął się do jasnowłosej panny, noszącej imię Alistine, z którą obecnie tańcował. Nie była to pierwsza, nie będzie pewnie i ostatnia, robiąca do niego słodkie oczka, i domagająca się tańca na weselichu jego dalekiej kuzynki Loradian, wydanej za starszego o dziesięć lat od siebie kupca Zannana Chorstera z Everlund. Oboje wyglądali jednak na szczerze się kochających i szczęśliwych, co tam więc ta różnica wiekowa.

Muzyka ustała, a wpatrzona w niego niczym w obrazek Alistiane, ujęła poły swej sukni, po czym elegancko dygnęła. Tarin również ukłonił się uprzejmie, jak wymagała etykieta w tego typu czynnościach, po czym nagrodzono orkiestrę oklaskami. Następnie odprowadził swą partnerkę taneczną na jej miejsce, czując na sobie już wzrok kolejnych niewiast, chcących koniecznie z nim zatańczyć. Zamaskował się więc czynnością degustacyjną wina, rozglądając po sali.


Ludzie i nie-ludzie bawili się w najlepsze, orkiestra miło przygrywała, raczono się jadłem i napitkiem. Słowem, całkiem udane wesele, gdyby nie...

- Słuchaj no pięknisiu - Pojawił się nagle obok niego jakiś młodzian wraz z towarzyszem - Nie podobało mi się twoje oblepianie mojej siostry, trzymaj więc swoje łapy od niej z dala, bo porozmawiamy inaczej - Broniący czci swego rodzeństwa stał przed Tarinem z zaciśniętymi pięściami i ustami, choć jak na razie jeszcze do rękoczynów nie doszło.







Dagor "Suchy Rębajło"


Krasnolud właśnie w najlepsze oddawał się poobiedniej drzemce we własnym domostwie. Jak co popołudnie, po codziennym treningu walki wręcz, wyczyszczeniu zbroi, oręża, a następnie zakrapianym piwkiem obiadkiem pochrapywał sobie teraz w najlepsze. Nie bynajmniej, że tylko to były jego codzienne zajęcia, jednak w pewną rutynę popadł już od dawna. Tym razem jednak zbyt długo podrzemać sobie nie mógł, natarczywe pukanie do drzwi nie ustępowało bowiem za cholerę.

W końcu zwlókł się z łoża, po czym ruszył do drzwi. Ledwie je uchylił, już żałował, że tego uczynił. Stała tam bowiem jego sąsiadka, Elfka imieniem Eildiana, niezwykle upierdliwa, oraz gadatliwa osóbka. Dagor lubił zaś spokój, zwłaszcza po posiłku...


- Hej Dagorze, witam cię tego pięknego dnia - Odezwała się od razu z wielkim uśmiechem - Jak się masz?. Dawno nie rozmawialiśmy. Słuchaj, mam pewną sprawę, zaprosiłam na dziś kilku znajomych, i może być wieczorem nieco głośno, chyba nie masz nic przeciw?. Będziemy starali się zachować, obchodzimy dziś święto bla bla... - Krasnal przestał już jej słuchać, wpatrując się tylko w poruszające się bez ustanku usta Eildiany, zastanawiając się nad pewnymi abstrakcyjnymi zagadnieniami z cyklu "a co by było gdyby...".

Elfia dziewoja mieszkała nad Dagorem, zajmując znajdujące się nad jego domostwem drzewo. Sam Krasnal z kolei posiadał nieduże, podziemne mieszkanie, usytuowane między korzeniami wielkiego dębu. Posiadało tylko trzy pomieszczenia i było wysokie na dwa metry, dla niego jednak wystarczało w zupełności. "Ciasne, ale własne" jak to się mawiało, należące zaś do niego od jakiegoś roku. W tym jednak konkretnym przypadku, on wcale tak nie uważał. Miejsca miał wystarczająco, tylko ci upierdliwi sąsiedzi... ciekawe czy byłby aż tak wielki raban, gdyby ściął dąb swym toporem?.

- To jak Dagorze? - Usłyszał nagle, powracając do rzeczywistości.





Wulfram Savage i Zoth'illam


Karczma "Tańczący Kozioł" znajdowała się w północnej części miasta, praktycznie na wprost "Księżycowego Mostu", całkiem blisko rzeki Rauvin. Przybytek ów był powszechnie znany z głośnych hulanek oraz całkiem dobrze zaopatrzonej w różnorodne wina piwniczki. Od czasu do czasu zaglądała tu również straż miejska za sprawą bijatyk, lub podobnych, drobnych incydentów, nad którymi jednak z reguły panował jej właściciel - według plotek - prowadzący już osiadły tryb życia awanturnik Wulfram Savage.

Stał on w chwili obecnej za ladą, przecierając jeden z kufli, i przyglądając się swej klienteli. Ot zwykłe popołudnie i zwyczajni goście, trzech brodaczy grających w karty, kilku kupców i paru rzemieślników, jakiś nieco ekstrawagancko ubrany osobnik siedzący samotnie w kącie, Niziołek... zbyt często rozglądający się na boki. Na tego ostatniego Wulfram postanowił mieć baczniejsze oko, odnosząc nieodparte wrażenie, iż wypatrzył chyba właśnie kieszonkowca.

Między stołami kursowała z tacą Wandahana, obsługując gości. Kobieta miała już nieco zaokrąglony brzuszek, będąc w trzecim miesiącu stanu błogosławionego, "sprawcą" owej wypukłości był sam Savage, i to nie bynajmniej jakoś przypadkowo.


W kuchni pichciła zaś Ravalove, będąca drugą kobietą Wulframa. Mężczyzna nie ukrywał się z posiadaniem aż dwóch partnerek życiowych, sytuacja ta zaś nie wywoływała tak wielkiego zgorszenia, jak można było przypuszczać. Wszak w naprawdę wielu miejscach Faerunu nie było to aż tak wielką zbrodnią posiadanie większej ilości kochanków, czy też i kochanek, a nawet mężów i żon. Zbyt często się to nie zdarzało, biorąc pod uwagę tak trywialną rzecz jak sprawy finansowe, oraz - i chyba co ważniejsze - gusta otaczającego środowiska, nikogo jednak z takich powodów nie kamienionowano.


Przebywająca w kuchni Ravalove miała zaś równocześnie oko na ich córeczkę Neriss. Słowem więc, szczęśliwa, nieco nietypowa rodzinka?.




~


Ów ekstrawagancko ubrany osobnik, przebywający w przybytku "Tańczący Kozioł" zwał się Zoth'illam. Mężczyzna zatrzymał się w Silverymon jedynie na dzień, no może dwa, chcąc odpocząć w trakcie podróży. Zmierzał on bowiem w bardziej interesujące go krainy, a dokładniej na wschód, ku Imperium cienia, postanawiając zatrzymać się w (jak to wielce infantylnie nazywano) "Klejnocie Północy" przelotnie. Nie bawił go panujący tu klimat dobroduszności, wielkiego braterstwa, i tym podobnych pierdół.

Być może udałoby się jemu znaleźć jakieś zajęcie "na szybko", wzbogacające nieco jego sakwę w trakcie wyprawy, szczególnie usilnie jednak owej okazji nie szukał. Zbijał więc przysłowiowe bąki, przyglądając się życiu mieszkańców, często robiąc sobie z niż żarty, i drwiąco uśmiechając pod nosem. W chwili obecnej wpatrywał się w czteroosobową grupkę typowych awanturników, omawiających jakże to "ach i och" wielkie plany kolejnego, chwalebnego wypadu w pogoni za chwałą i mamoną. Krasnal, ludzki wojownik, kobieta wyglądająca na Maginię, i jakiś ciotowaty Elfi łucznik... widok ten Smoczemu Potomkowi przesłoniła nieco przygruba służka kręcąca się między stołami, zmienił więc obiekt zainteresowań.


Dojrzał bowiem nerwowego Niziołka, przypatrującego się dwóm pijącym kupcom. Kurdupel najwyraźniej miał chyba zamiar zwędzić jednemu z nich sakwę, Zoth'illam postanowił więc na chwilkę nieco uważniej śledzić jego poczynania, widząc również i spoczywające na Niziołku spojrzenie karczmarza. Jak nic szykował się mały ubaw. Każdy bowiem obserwował niemal każdego. Nizioł obserwował kupców, karczmarz małego, on zaś ich wszystkich...






Dasser "Goniący Chmury"


- Baaaaardzo dobrze, bardzo - Odezwał się grubas, po zajrzeniu do niewielkiego worka, wręczonego jemu przez Dassera. W środku znajdowało się serce Potwornego Pająka, obiekt wspólnego interesu, zawartego między Magiem a Tropicielem - Trudno było? - Spytał, nalewając do dwóch kielichów wina, i podając jeden z nich przedstawicielowi rasy zwanej ogólnie "Catfolk". Ten, zanim jednak odpowiedział, rozejrzał się ciekawie po miejscu w jakim się znajdował.

Laboratorium alchemiczne, połączone ze sporą biblioteką, robiło wrażenie na każdym, kto nie miał zbyt dużego kontaktu ze "Sztuką". Cała masa przedziwnie wyglądających naczyń, fiolek, szklanych rurek i tym podobnych, słoje zawierające przedziwne paskudztwa, fantazyjnie wyglądające narzędzia, księgi, zwoje, cała gama nieznanych zapachów, parę egzotycznych zwierzątek siedzących w klatkach...

- Jak więc uzgodniliśmy, dostarczyłeś towar, czas więc i na zapłatę
- Powiedział gospodarz, wychylając zawartość swojego kielicha, po czym podszedł do jednej z szaf, w której zaczął przez dłuższy czas grzebać - Gdzie też on jest...

W tym też czasie, tak na drobny, naprawdę drobniutki wypadek, Dasser położył dłoń na swym łuku. Wolał być przygotowany na przypadek, gdyby owy spasiony Czarodziej zamiast obiecanej zapłaty miał czelność, chociażby na przykład, skierować w jego stronę jakąś różdżkę, lub podobne ustrojstwo. Wszystko jednak rozgrywało się bezkrwawo, Quokas "Srebrna Szczęka" wydobył bowiem w końcu z szafy magiczny plecak.


- Oto i on - Wyciągnął przedmiot w kierunku Tropiciela - Pomieści znacznie więcej niż zwyczajny, i to w każdej posiadanej kieszeni. Możesz tam wpakować naprawdę wiele, a i tak zawsze będzie ważył tyle samo. opowiadaj więc przyjacielu, jak to było z tym Potwornym Pająkiem?.





Morvin Lirish


Magowi ziewnęło się przeciągle, co starał się dyskretnie zamaskować dłonią. Zastanawiał się już od dłuższego czasu, kie licho podkusiło go, by odwiedzić "Dom Harfy". Wszak Morvin łaknął wiedzy, i to naprawdę szeroko pojętej wiedzy, z dużą pasją badając otaczający go świat i wszelkie aspekty rozwijającej się w nim społeczność, odwiedzenie "muzykantów" chyba jednak nie było tak dobrym pomysłem.

- ...I wtedyż też, widząc te piękno niesamowite i dzikie, myśl ogarnęła mnie wielka. Czyż to nie cud nad cudami, stąpać po tym wspaniałym świecie, duszą mą wchłaniając jego piękno, niczym... niczym... - Elfi Orator na scenie najwyraźniej utracił wątek, Mag zaś przewrócił oczami - ...niczym nieskończony bezkres uniwersum, wciąż trwający majestatycznie...


Ależ ten poeta od siedmiu boleśni marudził. W końcu jednak się przymknął, będąc gotowym ze swym wygłaszanym dziełem. Na sali rozległy się ciche oklaski, jegomość ukłonił się w pas widowni, po czym zszedł ze sceny. W tym też czasie, przy jednym ze stolików zbierał właśnie masę jakiś zabazgranych pergaminów kolejny "wielki poeta" szykując się do zajęcia miejsca poprzednika.

- Prawda, iż to piękne? - Usłyszał nagle z boku Lirish. Spojrzał na siedzącą przy sąsiednim stoliku kobietę, wachlującą się leżącym normalnie na blacie programie dnia owego przybytku - Czasem można wprost zapomnieć o całym świecie, słuchając tej wybornej poezji - Ciągnęła swoje damulka, a wnioskując z kropelek potu na jej czole, wywołanych gorącem ogrzewających palenisk, wprost poświęcała się dla tej (wątpliwej) sztuki.





Sir Astegor Ravillin


"Niezwyciężony Dom", wieża będąca jednocześnie i świątynią Helma, górowała ponad pobliskimi budynkami miasta, przyciągając oko swą...prostotą. Nie była bowiem tak licznie i wyniośle udekorowana licznymi płaskorzeźbami, gargulcami, czy i podobnymi "pierdółkami", będąc tak naprawdę jedynie wielgachnym, prostackim kolosem. W klerze "Obserwatora" nie chodziło jednak w końcu o wyniosłość, lecz skuteczność.

Na jednym z jej pięter, w swym skromnym gabinecie, Baerim Coraddor miętolił nieco nerwowo przedstawione jemu papiery, zerkając co chwilę na stojącego przed nim mężczyznę.
- Dlaczego nikt mnie wcześniej nie zawiadomił?. Czy w końcu jestem aż tak mało znaczącą osobą? - Spytał, nie oczekując jednak odpowiedzi - Ja wszystko rozumiem, nie sprzeciwiam się, jednak w końcu można było mnie uprzedzić! - Trzasnął dłonią trzymającą mocno już wymiętolony list w blat swego biurka. Następnie jednak głęboko odetchnął z przymkniętymi oczami.

Nikt.

Nie.

Spodziewał.

Się.

Inkwizycji.

- W tej chwili trzymamy ją pod kluczem w lochu - Przewodzący świątyni Kapłan spojrzał na Astegora Ravallina - Złapano ją tydzień temu w jednej z karczm. Sprawa była wyjątkowo banalna, zamordowała Maga udając kurtyzanę. Ty jednak panie powiadasz, iż to poszukiwana od dawna Theronna Fiedlerson, zabójczyni??. Mam dziwne przeczucie, że szykuje się tu coś większego, w ostatnim miesiącu bowiem, mieliśmy już trzy podobne zabójstwa, dwóch innych Magów z kolei zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach z miasta. Twoje rzeczy znajdują się już w przydzielonej komnacie, chcesz udać się do Theronny?.

....

Kobieta była skuta za każdą kończynę kajdanami z wyrytymi na nich runami, oprócz tego, miała i dodatkowo założoną jeszcze obrożę z łańcuchem, również magiczną, umocowaną do ściany. Wyraźnie było widać, iż dostała niezłe manto, o czym świadczyły liczne siniaki, ślady bata, i zadrapania na jej niemal nagim ciele. Blada na twarzy Półelfia zabójczyni, przytwierdzona do ściany, spojrzała pełnym nienawiści wzrokiem na wchodzących do celi.


- Czego chcecie suki? - Spytała wielce uprzejmie Barima i Astegora.




Raetar Delacross


Mężczyzna przesiadywał właśnie w "Skarbcu Mędrców", studiując interesujące go dzieło. Za możliwość poczytania owej księgi, oraz za sam wstęp do tej skarbnicy wiedzy musiał nieźle zapłacić, nie było z tym większego problemu. Po pierwsze, było go stać, po drugie, tu miał dużą szansę na odnalezienie interesujących go zagadnień. Monety były zaś tylko monetami, niewiele znaczącym symbolem materializmu, który się zarabiało i wydawało. Wiedza z kolei pozostawała wiedzą, często zapewniającą jeszcze większe korzyści niż właśnie te niewielkie krążki.

Pomasował się po nieco odrętwiałym karku, po czym przetarł i oczy. Spędził tu w końcu już dobrych kilka godzin, postanowił więc nieco rozprostować kości, przechadzając się po pomieszczeniu. Od niechcenia zerknął również przez okno, zauważając ciemne chmury nadciągające z północy, zbliżała się chyba burza śnieżna...


Ledwie powrócił do swego zajęcia, gdy czytanie księgi przerwało ciche ni to kaszlnięcie, ni chrząknięcie. Spojrzał w kierunku owego odgłosu, i zauważył służkę z tacą, na której znajdował się dzbanuszek i filiżanka.

- He...herbaty? - Spytała dziewoja, zmieszana spojrzeniem Raetara.

Bo on pijał herbatkę!.

W pewnych aspektach przypominała ona Binderowi jego uczennicę, choć akurat w zachowaniu była całkowitym przeciwieństwem, pamiętał bowiem dobrze, jak raz pewna taca przeleciała przez komnatę w jego kierunku ponieważ...










***

Temat z komentarzami jutro
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 12-09-2011 o 19:29.
Buka jest offline  
Stary 12-09-2011, 21:04   #2
 
Grytek1's Avatar
 
Reputacja: 185 Grytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie cośGrytek1 ma w sobie coś
arczmarz uważnie przyglądał się podejrzanie wyglądającemu niziołkowi. Był niemal pewien że pokurcz coś kombinuje.On takie szelmy szybko prostował. Jednooki karczmarz był tajemniczą personą - mało kto wiedział o nim cokolwiek. Ludzie zaś opowiadali o nim różne dziwne historie, bardziej lub mniej zmyślone lecz jednego nikt mu nie mógł zarzucić - nieuczciwości. Wino i piwo zawsze było u niego tylko winem i piwem - mimo że wszelkie okoliczne przybytki rozcieńczały je na potęgę, zaś jedzenie jakie serwował było pożywne i smaczne a porcje obfite.
To właśnie dobra reputacja jego Tańczącego Kozła sprawiała, że konkurencja mu niestraszna a przejezdni i miejscowi chętnie odwiedzali właśnie jego przybytek.




Sam właściciel sprawiał wrażenie doświadczonego w wojennym rzemiośle. Łeb miał poznaczony w wielu miejscach śladami po otrzymanych ranach zaś brakujące lewe oko zdawało się tylko tę teorię potwierdzać. Wydatna szczęka oraz mocno zarysowane kości policzkowe w akompaniamencie siewiejącego miejscami zarostu nadawały całej jego twarzy wyrazu zdecydowania i dojrzałości której próżno szukać u młodych fircyków. W mieście mawiano że mniej odważnym hulakom na sam widok jego twarzy miękły kulasy i przechodziła ochota do swawoli toteż i wnętrze karczmy cieszyło się względnym spokojem i porządkiem co tylko dodatkowo zachęcało klientelę. Biznes kwitł zaś właściciel, znudzony sielankowym życiem, zdawał się coraz częściej kręcić niespokojnie za kontuarem. Jego pozbawiona ozdób odzież składała się ze skórzanej kamizeli sznurowanej z boku na modłę panującą pośród ludzi przywykłych bardziej do miecza i pancerza niźli kufla i łyżki. Jedyną jego biżuterią był mały srebrny medalion którego zawartości nie znał chyba nikt poza nim samym. Poza bliznami mógł uchodzić za przeciętnego.




Przeciętnym jednak nie był. Coś w jego ruchach sprawiało że ludziom przechodziły ciarki po plecach. Gracja jego ruchów naturalnie kojarzyła się z niebezpiecznymi drapieżnikami. Pozór szorstkości porzucał jedynie w towarzystwie Ravalove oraz Wandahany zaś mała Neriss wprost sprawiała że topniał niczym lód w promieniach słońca. Tylko im zawdzięczał że udało mu się zapuścić korzenie, z nimi wszystko było takie proste i prawdziwe. Nie był już dawnym sobą. Porzucił to czym zajmował się przez większość życia i było mu dobrze - znalazł swoje miejsce,znalazł swój spokój.
One zaś sprawiały że poznawał życie na nowo. Jednak gdzieś tkwiła tęsknota za tym dreszczykiem którego pełne były porzucone lata.

Skupiając się ponownie na wnętrzu karczmy, stwierdził niemal z pewnością że kogoś łapki mają zamiar przylepić się do cudzej własności. Wyciągnięta z pod lady pałka gęsto nabita stożkowatymi ćwiekami była skondensowaną sprawiedliwością, istnym panaceum na wszelkie problemy związane z zrozumieniem nietykalności cudzego mienia. Jego "Dyscyplinator" groźnie zabłysnął w świetle lamp. Czyżby nareszcie coś się działo ?
 

Ostatnio edytowane przez Grytek1 : 12-09-2011 o 21:10.
Grytek1 jest offline  
Stary 12-09-2011, 23:02   #3
 
Zapatashura's Avatar
 
Reputacja: 12063 Zapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputację
oth'illam był jakoś nie w sosie. Nie, żeby ostatnimi czasy stan ten był dla niego nienaturalny, ale jednak Silverymoon drażniło go w sposób, który trudno byłoby mu opisać. Coś jakby irytująca mucha, latająca pod powałą. Nieszkodliwa, praktycznie niedostrzegalna, ale brzęcząca tak, że trafia człowieka szlag. Może właśnie dlatego pozbawiony krztyny profesjonalizmu kieszonkowiec również go drażnił? W innym miejscu, w innym czasie może Zoth by się mu ukradkiem przyglądał licząc na mierną rozrywkę w postaci niechybnego skopania małego i leżącego człowieczka. Ale to nie był ani ten czas, ani to miejsce.
Z pewnością nie to miejsce.

Dlatego też mężczyzna wstał, po wcześniejszym upewnieniu się, że jego dobytek wciąż jest jego, i wyszedł na zewnątrz. Poprawy w tym jednak nie było za miedziaka. Głównie dlatego, że "Tańczący Kozioł" znajdował się irytująco blisko Księżycowego Mostu. Jasne, była to praktycznie atrakcja turystyczna, pokaz wspaniałej i potężnej magii. Ale jakoś na jego widok coś we wnętrzu Zoth'illama skręcało się w bardzo niewygodne supły.
Dobra, małe przyrzeczenie na dziś. Twa noga nie postanie na tym moście”- obiecał sobie w duchu, odwracając wzrok i kierując się w górę ulicy.
Północny brzeg Rauvin był zdaje się starszą częścią Silverymoon, a przynajmniej tak zdążył usłyszeć. Mogło być w tym sporo prawdy, bowiem tutaj miasto wyglądało jak z elfich podań. Wszystko wokół wyglądało, jakby wyrosło naturalnie. Wysokie, rozłożyste drzewa, których gałęzie podtrzymywały mieszkalne tarasy, sąsiadowały z pnącymi się ku niebu wieżami, które z powodu swej charakterystycznej architektury przywodziły na myśl stalagmity (oczywiście przy założeniu, że ktoś dbał by stalagmity te były śliczne, strzeliste i gładkie). Ale życie w Silverymoon nie tylko sięgało gwiazd i chmur. Niziołki i krasnoludy zgodnie ze swymi tradycjami mościły się tuż, tuż nad ziemią, albo nawet i pod nią, w przytulnych piwniczkach. A to wszystko razem łączyła jakaś dziwna awersja do kątów- wszystko było poskręcane, zaokrąglone, jakby jakaś nadopiekuńcza mamuśka bała się, że jej dziecko rozbije sobie czoło o róg. Kręcone schody, balustrady, balkony, bluszcze i donice z kwiatami. Zoth'illam był w naprawdę wielu miastach, ale żadne z nich nie sprawiało wrażenia tak bardzo... sztucznego. Nawet w powietrzu nie unosił się charakterystyczny zapach rynsztoków i... no po prostu życia. Bo i co z tego, że na każdym kroku mijał jakichś ludzi, elfów, krasnoludy czy gnomy, kiedy nigdzie nie było widać żebraka. Miasta muszą mieć żebraków. A Silverymoon wywierało wrażenie, jakby było pozbawione slumsów. Jakby każdy był szczęśliwy, bogaty i patrzący w przyszłość z idiotyczną nadzieją.

O właśnie, mieszkańcy. Człowiek naprzeciw elfa, elf mieszkający nad krasnoludem, krasnolud sąsiadujący z niziołkiem. I wszyscy byli wobec siebie tak obrzydliwie uprzejmi. Wymieniający się uśmiechami, gadający o pogodzie. Nikt nie wytykał palcami pół-elfów, żaden krasnolud nie groził szpiczasto-uchemu, że zetnie jego dom w cholerę i napali nim w kominku. Nawet Zoth był obdarzany przez przechodniów zainteresowanymi uśmiechami zamiast spojrzeniami pełnymi zdziwienia. A to już trochę kuło w samoocenę mężczyzny. Widokiem był bowiem niecodziennym.
Mierzył sobie sześć stóp wzrostu, na które składało się smukłe a zarazem muskularne ciało, w równym stopniu skrywane, co odkrywane przez jego nietypowy strój. W większości bowiem Zoth'illam ubrany był w skórzane pasy inkrustowane jasnymi kryształkami. A było ich dokładnie dwadzieścia osiem: cztery na lewej i cztery na prawej ręce, tyle samo chroniło jego brzuch, jeden spinał w tali spodnie z białego sukna, dwanaście owiniętych było wokół prawej nogi, trzy umiejscowione były na kostce, łydce i udzie nogi lewej. Jak nietrudno się domyślić pasy pozostawiały odsłoniętą ogorzałą cerę, odcinające się pod skórą węzły mięśni i gładką pierś pokrytą tatuażami dwóch smoków. W pełni odziane były jedynie przedramiona chronione karwaszami, dłonie zakryte aksamitnymi, czarnymi rękawiczkami, odziane we wspomniane już spodnie nogi i stopy, na których nosił buty z wysoką cholewą i na niskim obcasie, lecz wykonane z bardzo delikatnej skóry i na pozór nienadające się do żadnych długich podróży. Owszem, miał także ciemny płaszcz, ale ten był nonszalancko zarzucony za ramiona.


I nic. Żadnych szeptów za jego plecami, żadnych głupawych uwag. Zupełnie, jakby wszystko było tu jedynie dziecięcą iluzją.

Co mogło w pewnej mierze być prawdą. Powietrze w Silverymoon trzeszczało bowiem od magii. Zoth'illam czuł ją cały czas, gdzieś z tyłu głowy, nie możliwy do pomylenia z niczym innym szum mocy. Podobno całe miasto chronione było przez mythal i może to właśnie on wywoływał to nieodparte uczucie? Wykrywanie magii zdawało się to sugerować.
I nagle, w jednej chwili, Zoth'illam zrozumiał, czemu Silverymoon tak potwornie go irytowało. Jego przesłodzona atmosfera to tylko połowa obrazu, którego dopełnieniem było potwornie silne podobieństwo do Halruaa. Magia, na każdym kroku magia. Księżycowy Most, mythal, Konklawe, budynki wznoszone przy pomocy czarów a nad tym wszystkim długie, przemądrzałe łapska magokracji. Dwadzieścia lat nie minęło od kiedy Splot posłał do piachu setki biegłych w Sztuce, nawet dwie dekady nie upłynęły od kiedy czarodziejskie wieże zawalały się grzebiąc pod ciężarem kamieni nie tylko swych mieszkańców, ale i przypadkowych przechodniów. Ale mieszkańcy Silverymoon wyraźnie się nie uczyli. Żaden czarodziej nigdy nie był w stanie nauczyć się, że magia to nie jest żadna Sztuka, tylko rwący, niepowstrzymany żywioł.
„Jak ja nie cierpię tego przebrzydłego Klejnotu Północy.”


Mężczyzna bynajmniej nie spacerował sobie po krętych i och-jak-wspaniałych uliczkach miasta dla relaksu. Wprost przeciwnie- szukał sklepu w celach jak najbardziej zawodowych. Zbyt długo już odwlekał uzupełnienie swoich zapasów, a losu nie wolno kusić zbyt długo. Jest bowiem kapryśny i lubi korzystać z nadarzających się okazji.
Podpytywani przechodnie dzielili się informacjami nad wyraz chętnie i serdecznie, a Zoth za każdą wskazówkę dziękował uśmiechem tak szczerym, że aż musiał być ćwiczony godzinami przed lustrem. Summa summarum uzyskał to, czego chciał – drogę do Lśniącego Zwoju. Sklep podobno obfitował w przeróżne zwoje i eliksiry, a tych drugich Zoth'illam akurat potrzebował.

Pierwsze wrażenie jakie jednak kram wywierał, było fatalne. Kamienne schodki prowadzące do drzwi przywodziły na myśl misternie ułożone kamulce tylko czekające na delikatne szturchnięcie, by mogły przemienić się w lawinę. Dziwnie koliste (trochę jakby na niziołczą modłę), błękitne drzwi pokryte były czymś, co miało udawać magiczne runy. Owszem, znaki były misterne i wiły się podstępnie, ale kto w tak przepełnionym czarodziejami mieście miał się na to nabrać? Z drugiej strony – kto, jak nie Zoth'illam miał docenić pokazowe efekciarstwo?
Wnętrze Lśniącego Zwoju było zaś... Albo inaczej. Wnętrza Lśniącego Zwoju nie było za wiele. Na pewno nie wszerz. Dwa krasnoludy może i by się jeszcze minęły, ale trzy mogłyby już spokojnie się okopać i spędzić kilka lat na wymuszaniu na sobie ustąpienia drogi. Pojedynczy stołek, mający zapewne robić za siedzisko dla klientów, rósł w tych warunkach do rangi prawdziwej przeszkody. Zresztą i tak nie dało się na nim teraz usiąść. Był bowiem zajęty przez wielkiego, czarnego kruka, rzucającego właśnie Zothowi niemożliwe do pomylenia z niczym innym spojrzenie pod tytułem „to moje miejsce”.


Pozbawiony zatem wyboru mężczyzna podszedł do przegradzającej pomieszczenie w poprzek lady i nie widząc żadnego sprzedawcy chrząknął donośnie, chociaż coś mu podpowiadało, że i tak sobie chwilę poczeka. Przynajmniej mógł pooglądać rozłożony na pułkach za ladą asortyment. Aż do momentu (a nastąpił on szybko), kiedy zorientował się, że buteleczki z eliksirami są niepodpisane, a zwoje zwinięte pustą stroną do zewnątrz.

Cierpliwi mawiają „czekajcie, a będzie wam dane”. Z ogromnym bólem serca Zoth'illam musiał podporządkować się tej maksymie, lecz ostatecznie właścicielka przybytku raczyła obdarzyć go swoją uwagą wychodząc z zaplecza.
 
Zapatashura jest offline  
Stary 14-09-2011, 23:21   #4
 
Velo's Avatar
 
Reputacja: 85 Velo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znanyVelo wkrótce będzie znany

Morvin wychodził z założenia, że praca powinna łączyć się z pasją - przyjemność łagodzi wysiłek, ciekawość rodzi inspirację, a osiągnięty pożytek wydaje się w ten sposób dwakroć większy. Z tej właśnie przyczyny opuścił Pomrok, miasto pełne wspaniałości, jakich próżno szukać gdziekolwiek indziej na świecie, by z mapą w ręku i notatnikiem za pazuchą powitać niezmierzony przestwór Faerunu. Jakkolwiek wspaniały, Thulthanthar był także ciasny i - byle nie mówić tego na głos - monotonny. Stąd i Morvin, należący do wąskiego grona arcymagów, postanowił porzucić liczne łączące się z jego pozycją przywileje i wygody, podejmując się niezwykle interesującej eksploracji nowego dla jego pobratymców świata. W swych wędrówkach zdarzyło mu się przebyć wykroty, rzeki, cuchnące bagna, nawiedzone uroczyska, zapyziałe mieściny wątpliwej sławy i niezliczone ruiny z dawnych, lepszych dni. Mało co było w stanie go zrazić, co dopiero wybić z rytmu - można by zatem się spodziewać, że w samym sercu cywilizacji wszelki wysiłek przychodzić mu będzie z najwyższą łatwością.

Płonne nadzieje.

W głos elfiego artysty wkradło się coś tak szkaradnego, tak denerwującego i raniącego uszy, iż nawet obdarzony kamienną cierpliwością Morvin musiał na chwilę odłożyć pióro i wgapić się w scenę z niemym wyrzutem człowieka nad wyraz podle oszukanego. Siedzący mu na ramieniu Irq wpatrywał się w długouchego oratora z całą pogardą, na jaką było stać jego niewątpliwie wymowny, kruczy dziób.

"Też mi centrum kultury" - pomyślał, spoglądając bez przekonania na poczynione podczas występu notatki. Wzdychając, sypnął między wiersze drobnym piaskiem, zamknął księgę, po czym schował pióro i kałamarz. Toksyczna dawka "sztuki" zdusiła w nim ochotę na dalsze spisywanie obserwacji poczynionych w mieście. Gdzieś w tyle umysłu wkradło się nawet podejrzenie, że to jeszcze nie koniec, a wręcz przeciwnie - dopiero początek grubej warstwy mułu, w który niechybnie przyjdzie mu wpaść.

"Czy właśnie to pozostawia po sobie przekwitanie cywilizacji?" - Pomyślał, obserwując neutralnie zebrany wszem i wobec tłum. "Czy my też tak byśmy wyglądali, gdyby nie nieustanne zmagania z Malaugrimami, cienistmi smokami i innych osobliwościami Planu Cienia?" Trudno było sobie wyobrazić podobny występ w obrębie perfekcjonistycznego Thultantharu. Fałszowanie na pół tonu znajdowało się jeszcze w granicach wspaniałomyślnego przebaczenia, ale popis w stylu tego elfiego oratora przywołałby ze strony Pomroków pełne wyrzutu zaklęcia dezintegracji - obowiązywał u nich wszakże pewien standard.

- Prawda, iż to piękne? Czasem można wprost zapomnieć o całym świecie, słuchając tej wybornej poezji - złowił komentarz z boku Morvin. Jak się okazało, autorem była wachlująca się intensywnie niewiasta.

- Jestem pewien, że o czymś z pewnością można zapomnieć w kontakcie z tego rodzaju sztuką - odpowiedział uprzejmie arcymag, dozując strunami głosowymi stosownie niską ilość powagi.

- O zakazie polowania na elfy jako przedstawicieli gatunku zagrożonego w pierwszej kolejności, kraa! - Zasugerował na stronie Irq, obrywając zaraz w dziób.

- Czy występy tragikomiczne wypadają tu równie... spektakularnie? - Zapytał aksamitnym głosem arcymag, ignorując mściwe spojrzenie paciorkowatych ślepi swego chowańca.

- Celowo tragikomiczne - sprecyzował Irq, po czym uchylił się z wyprzedzeniem przed pstryknięciem w dziób.
 

Ostatnio edytowane przez Velo : 15-09-2011 o 00:23.
Velo jest offline  
Stary 15-09-2011, 21:48   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 61089 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Tarin z zasady trzymał się z dala od wszelakich wesel, ze swoim na czele. Nie to, żeby kiedyś zostawił pannę młodą tuż przed przysięgą, albo i z własnego wesela uciekł. Nic z tych rzeczy. Na weselach po prostu wszystkie panny, mniej szczęścia od oblubienicy mające, za punkt honoru sobie brały, by znaleźć kogoś, z kim z kolei i one na ślubnym kobiercu stanąć by mogły. Co, dla człowieka swą wolność miłującego, niekiedy bywało niewygodne. A i uważać trzeba było, by w sytuacji nieodpowiedniej nie znaleźć się przypadkiem. Tarin słyszał o kilku młodzianach, co ich sam na sam z panną zaskoczono, i co ślubem się skończyło.
Odmówić jednak nie mógł. Nie wiedział, jakim cudem Loradian go wytropiła, gdy w ciszy biblioteki księgi studiował, ale udało jej się tego dokonać. W takiej sytuacji nie wypadało odmówić, podpierając odmowę informacją o nagłym wyjeździe bądź braku czasu. Zgodził się więc.
W zasadzie nie narzekał. Panny były ładne, tańczyć umiały, niektóre nawet porozmawiać potrafiły, nie tylko o tańcu czy pogodzie. Wino było przednie, co sam stwierdził, a i muzykanci na tę okazję zaproszeni, naprawdę znali swe rzemiosło.
Okazało się jednak, ku niekłamanemu żalowi Tarina, że nie ma rzeczy doskonałych, że w najlepiej nawet zaplanowanym i zorganizowanym przedsięwzięciu mogą się zdarzyć jakieś zgrzyty. Jeden z nich znajdował się właśnie tuż obok, wysuwając bezpodstawne zarzuty i siejąc bliżej nie określonymi pogróżkami.
Adresat tych pogróżek przez ułamek sekundy zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie powinien był specjalizować się w nieco innej dziedzinie czarów. Kamienny posąg naturalnej wielkości mógłby stanowić ozdobę jakiegoś holu czy parku, ale Loradian nigdy by mu nie darowała żywej pochodni na jej weselu.
Tarin spojrzał na stojącego przed nim młodzieńca tak, jak patrzy się na ciekawostkę przyrodniczą - na przykład cielę o dwóch głowach. Nie bardzo wiedział, czy moda na głupotę i brak dobrego wychowanie rozprzestrzeniła się właśnie wśród młodzieży, czy też może miał przyjemność spotkać się z spotkać się z jakimś wyjątkiem od bardziej uprzejmej reguły.
- A jeśli nie, to co? - spytał z uprzejmym zainteresowaniem.
- To... to... - Młodzian zapowietrzył się. - To dostaniesz w pysk!
A jakby na potwierdzenie zamiarów awanturującego się, jego pomocnik przesunął się o krok do przodu, łypiąc groźnie na Tarina.
Powiadają, że wesele bez solidnej bijatyki to nie wesele. Czemu akurat tym razem trafiło na Tarina? Przez moment zastanawiał się, czy to czasem nie jakiś kawał ze strony Loradian... Dziewczyna słynęła w rodzinie z nieco spaczonego poczucia humoru...
- I dlatego jesteście w dwójkę? - spytał Tarin. - Na wypadek, gdyby jednemu się nie udało? Czy też może tamten będzie trzymać, a ty zechcesz mnie uderzyć?
- Odwalisz się od niej, czy chcesz pluć zębami?
- Agresor ruszył już na Tarina, wykonując krok w przód, i nie wdając się w kolejne dyskusje. Jego ręce uniosły się w górę...
Zawartość trzymanego przez Tarina kielicha wylądowała na twarzy młodzieńca. Wino było dobrej jakości, na dodatek dość mocne, ale przeznaczone było raczej do spożywania, a nie do przemywania oczu. Szczypać musiało, sądząc z miny oblanego, całkiem nieźle. Tarin zrobił krok w bok, a potem pchnął oślepionego młodzieńca w ramiona jego towarzysza.
Dywersja powiodła się w pełni, oślepiając na moment prowokatora bójki, posłanego na własnego towarzysza. Z ust obu posypały się bluzgi, Tarin miał zaś ledwie chwilę na podjęcie dalszych działań, nim - już z całą pewnością - obaj nie rzucą się na niego z pięściami.
Jedna mała iskierka... Malutka... Tak pięknie by się obaj palili... Ale Loradian nie byłaby szczęśliwa, a nie wypadało zepsuć takiego pięknego dnia, jak by nie było, krewniaczce. Panna młoda z pewnością nie chciałaby ofiar na swoim weselu.
Tarin dotknął pierścienia i zniknął z oczu obu napastników, wywołując dziwaczne mruganie pewnego przyglądającego się uważnie całemu zajściu rzemieślnika, który pokręcił głową, zwalając wszystko na wino, efektem czego, tego wieczora już nie pił... Tarin wykonał zaś cicho parę kroków w bok, by nie stać się ofiarą przypadkowego trafienia.
- A to świnia! - zbulwersował się pomocnik skory do bitki.
- Oczy szeroko, znajdziemy go jeszcze - powiedział sam prowodyr, po czym obaj młodzi mężczyźni zaczęli krążyć pojedynczo po sali, wypatrując nadaremnie Tarina.
Tarin również wybrał się na poszukiwania. On jednak, w przeciwieństwie do obu młodzieńców, nie szukał siebie, tylko panny młodej. Stanął tuż przy niej i cicho powiedział:
- Tylko nie krzycz. Co mam zrobić z tamtą dwójką? Nie chciałbym, aby któremuś stała się krzywda.
Loridian nie krzyknęła, za to podskoczyła aż w miejscu, wywołując zdziwienie znajdujących się w jej pobliżu osób. Kuzynka Tarina miała jednak nieco oleju w głowie, toteż uniosła puchar z winem do ust, w ten sposób maskując rozmowę z teoretycznym powietrzem.
- Drogi kuzynie, kiedyś przez te twoje sztuczki jeszcze sobie napytasz kłopotów. - Uśmiechnęła się, niby sama do siebie - Zresztą, kłopoty często idą z tobą w parze, czyż nie?
- Zgadza się, piękna panno młoda.
- Odpowiedź Tarina była równie cicha, jak poprzednio.
- Myślę, że mogłabym zapewnić ci nieco wytchnienia, choć mam nadzieję, że już nie uciekasz z mego wesela mój drogi? Inaczej będę wielce zawiedziona... - powiedziała, wstając ze swojego honorowego miejsca.
- Nawet gdyby dziesięciu kretynów usiłowało mnie dopaść, to cię nie zawiodę - zapewnił Tarin. Dziesięciu durniów to nawet dla niego byłoby sporym wyzwaniem, ale czegóż się nie robi dla pięknej kobiety.
Loridian nie powiedziała już nic, zwróciła za to na chwilę głowę mniej więcej w jego stronę, po czym ponownie się uśmiechnęła. Następnie kilka razy klasnęła w dłonie, zwracając na siebie uwagę gości weselnych.
- Uwaga uwaga moi mili, a teraz coś dla odmiany: panie proszą panów!. No dalej, tańcujemy! - Niemal wykrzyknęła, sama porywając swego lubego od stołu, po uprzednim szepnięciu paru słów swym znajdującym się blisko drużkom. Za jej przykładem szybko poszło wiele osób, po czym zaczęto licznie tańcować. Drużki zaś wyszukały owych dwóch awanturników weselnych, porywając i ich w tan. Kuzynka Tarina najwyraźniej więc znała oba “rzucające się koguciki”...
Bycie na weselu i nie poczęstowanie się smakowicie wyglądającymi potrawami to już by była przesada. Podobnie przesadą by było jedzenie, unoszące się w górę i znikające nie wiadomo gdzie. Chcąc niektórym oszczędzić szokujących wrażeń Tarin rozproszył niewidzialność i spokojnie zabrał się za konsumpcję... która została po pewnym czasie przerwana solidnym trzaśnięciem w plecy, doprowadzając Tarina do zakrztuszenia. Plując, czkając, i jednocześnie sapiąc, spojrzał na “oprawcę”. Okazał się nim nie kto inny, jak sam wuj Zangeon, ojciec Loridian. Mężczyzna o wielkiej, posiwiałej brodzie, i równie sporym brzuchu.
- Co tam, Tarin?! - Niemal do niego ryknął swym doniosłym głosem, będąc już mocno wstawionym. - Bawisz się dobrze?
Tarin wreszcie przełknął kęs jadła, który omal go nie zadławił, a potem wstał.
- Bardzo udane przyjęcie - powiedział. - Piękne i zgrabne dziewczyny, co prawda najpiękniejsza właśnie wyszła za mąż... Bardzo dobrzy muzykanci. Jedzenie godne królewskiego stołu. Nic więcej nie trzeba. Żyć nie umierać.
A że stracił trochę dobrego wina? Żaden problem. W końcu wina było wszędzie pod dostatkiem.
- Jak się zwą ci dwaj, co tańczą teraz z druhnami? - spytał.
Wuj skupił spojrzenie na tańczących, jednak najwyraźniej nie wiedział o kogo chodzi, co zresztą szybko potwierdził słowami.
- Eeeee, którzy? - Usiadł obok Tarina.
Tarin przez moment wpatrywał się w tańczący tłumek. Wnet wypatrzył młodziana, dbającego o cześć swej siostry.
- O, tam jest druhna, w tej błękitnej sukience. Kręcą się tuż obok kolumny - powiedział. - Kto z nią tańczy?
- Aaaa, ten to Bell, a co?
- Zangeon pochwycił w łapę jakieś udko, po czym zaczął się w nie wgryzać z apetytem.
- O mały włos dałbym mu w zęby - powiedział Tarin, sięgając dla odmiany po niewielkie ciasteczko z galaretką i truskawką na szczycie. - Nie spodobało mu się, że tańczę z jego siostrą. Ale nie chciałem psuć weseliska.
- Ale on nie ma siostry!
- spojrzał na niego zdziwiony wuj.
- Czyli tylko szukał zaczepki? - Tarin potarł brodę. - Przyjemny młodzian, jednym słowem. Może jednak trzeba było rozkwasić mu nos... Będę musiał poprosić Loridian o pozwolenie. - Uśmiechnął się. - Zna wuj może jego kompana?
- Znam, znam, to b...brrrrrrrrr.
- Wujowi się odbiło na całego, i rozdziawił nieco gębę z tego powodu - Opsala! Znam go, to Nornan, taki sam nicpoń jak Bell. Szkoda na nich nerwów i wysiłku, no i nie psuj kuzynce wesela. - Zangeon napił się wina - Z ciebie dobry chłopak Tarinie, ale coś... coś baby sobie znaleźć nie umiesz? - Ponownie uśmiechnął się pełną gębą i tym razem huknął go w ramię. - Nie bierz tego osobiście, ale tyle panien za tobą się rozgląda...
- Pewnie wybór za duży
- uśmiechnął się Tarin. - Poza tym jest drobna różnica między ‘znaleźć’ a ‘znaleźć na stałe’. Jak na razie to drugie mnie nie pociąga zbytnio. W przeciwieństwie - ściszył głos - do tego pierwszego. Ale nie mów tego cioci, ani Loridan - dodał.
- No nie powiem, nie powiem. - Roześmiał się, po czym wzniósł toast w stronę Tarina. - Ech... być tak jeszcze raz w twoim wieku i móc do woli... - Zarechotał wyjątkowo głośno, wzbudzając nawet zainteresowanie okolicznych współbiesiadników.
- Za piękne chwile. - Tarin wzniósł puchar i upił solidny łyk. Tylko jeden, bo chociaż wino było przednie, to przed nimi był jeszcze ładny kawałek nocy.
- A propos pięknych chwil. - Wuj uśmiechnął się dziwacznie, po czym... zatarł ręce. - To idę do ciotki, coby się nie dąsała i takie tam. Baw się dobrze!
- Dzięki, wujaszku
- uśmiechnął się Tarin, po czym wrócił do obserwowania tańczących par. Miał w planach jeszcze co najmniej jeden taniec, z panną młodą dla odmiany.
 
Kerm jest offline  
Stary 16-09-2011, 22:38   #6
 
Zapatashura's Avatar
 
Reputacja: 12063 Zapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputację

zień Dobry!-Uśmiechnęła się Xara, wychodząca z zaplecza sklepu-Czym mogę służyć, proszę spocząć...- Machnęła dłonią w kierunku Kruka, który kracząc z niezadowolenia, ustąpił ze stołka.
Po tak fatalnym pierwszym wrażeniu jakie wywarł wygląd kramu i konieczność czekania na obsłużenie, Zoth'illam był pozytywnie zaskoczony widząc rudowłosą, całkiem nadobną niewiastę, którą okazała się sprzedawczyni. A Zoth zazwyczaj zapominał o sporej części bożego świata na widok ładnej buzi. Dlatego też przywołał na swą twarz jeden z wielu przyjaznych uśmiechów i rozpoczął w te słowa:
-Czy ja wiem? Nie chciałbym podpaść krukowi panienki. Zdaje się czuć się tutaj, jak pan na włościach.- Zoth mówił z wyraźnie słyszalnym, obcym akcentem. Co prawda jego ukrycie nie sprawiłoby mu kłopotów, ale i nie miał powodu by to robić. W obecnej sytuacji był to po prostu jeszcze jeden element jego egzotyki.
- Zrobił już miejsce - Odpowiedziała, ponownie się do niego miło uśmiechając -Więc raz jeszcze... w czym mogę pomóc, co chciałby pan zakupić?.
Skoro tak uprzejmie nalegała, mężczyzna nie mógł się wykręcać. Przysunął sobie zydelek i przysiadł na nim, niby jakiś klient w karczmie przy ladzie.
-Jestem zainteresowany eliksirami, a słyszałem że tutaj można przebierać w sporym asortymencie - odparł. -W szczególności potrzebuję mikstur leczących.
- Zgadza się - Wykonała gest dłonią wiodący po sklepie -- Jest naprawdę spory wybór mikstur, staram się mieć szeroki asortyment... a mogę wiedzieć, po co panu mikstury lecznicze?.
-To chyba nie będzie zdradzenie wielkiej tajemnicy, jeśli stwierdzę, że do leczenia ran? Przezorny człowiek jest zawsze ubezpieczony - skąd mu ta durnowata mądrość przyszła do... atmosfera Silverymoon i zwyczaje jego mieszkańców zaczynały sięgać zbyt głęboko.
- Do czego służą eliksiry to nie wielka tajemnica, wiedzą to i nawet czasem dzieci - Powiedziała Xara, wchodząc za ladę -- Pytałam o powód ich posiadania panie...? - Oparła się o ladę na ugiętych rękach, pochylona nieco w stronę Zotha.
-Lucas Stobbart - "no proszę, nawet w miarę to brzmi", pochwalił się w duchu za wymyślone na poczekaniu nazwisko. - Żyjemy w niebezpiecznym świecie, w niebezpiecznych czasach. Jeśli za miesiąc, za pół roku czy za rok ktoś wbije mi ostrze w brzuch, to wolę mieć na podorędziu coś, co uchroni przed wycieczką do królestwa Kelemvora, panno... - ostatecznie przedstawić powinni się sobie obaj rozmówcy.
- Xara Tantlor - Odparła, wyciągając jednocześnie ku niemu dłoń "po dworsku", z zewnętrzną stroną zwróconą ku górze -I ja mam w to uwierzyć panie Lucas?. Patrząc na wygląd jakoś nie jestem przekonana, żeby te eliksiry były potrzebne od tak z powodu niebezpieczeństw okropnego świata. Domyślam się, że jesteś osobą którą można nazwać w szerokim tego pojęciu... poszukiwaczem przygód?
Zoth'ill... znaczy się Lucas Stobbart nie byłby sobą, gdyby przepuścił okazję do ucałowania pięknej kobiety. Dlatego też poderwał się na nogi, ujął szarmancko oferowaną dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek. -Poszukiwaczem przygód? Nie, w żadnym wypadku - zaśmiał się krótko. -Takie życie, to nie dla mnie- zawiesił na chwilę głos. -Jestem podróżnikiem.
- Czy to praktycznie nie to samo? - Uśmiechnęła się -To ile tych mikstur leczniczych?.
-Szukanie przygód, a szukanie doznań krajobrazowych to chyba jednak różne rzeczy - Stobbart udał zamyślenie. -Trzy powinny wystarczyć, pod warunkiem że będą odpowiednie silne. Na, bo ja wiem, przeciętne rany? Ani lekkie, ani zabójcze, bo po tych drugich pewnie nawet nie byłbym w stanie wyjąć buteleczki.
- Przeciętne rany... - Powtórzyła -Jedna mikstura kosztowałaby więc trzysta złociszy, masz tyle w sakwie Lucasie?
-Proszę się nie obawiać panno Tantlor. Jestem w pełni wypłacalny - zapewnił mężczyzna.
Xara wyciągnęła więc trzy fiolki spod lady, kładąc je przed sobą. Spojrzała na mężczyznę, lekko się uśmiechając.
- Nastała oficjalna część interesu? - Zażartowała, czekając najwyraźniej na zapłatę...
-Czy to sugestia, że mógłbym liczyć na jakąś nieoficjalną? - zapytał z łotrowskim uśmiechem, równocześnie jednak grzebiąc w swej torbie w poszukiwaniu cennych, platynowych krążków. Złoto potwornie dużo waży. W końcu wyjął garść monet i położył je na ladzie, po czym zaraz sięgnął po dalsze. 90 monet raczej nie mieści się w zwykłej garści.
- Wiesz... - Przymrużyła oczy -Może sam wpadniesz na jakiś pomysł?. W końcu... na tym chyba polegają przetargi, by obie strony coś zaproponowały, i z reguły zaczyna kupujący - Uśmiechnęła się pełną gębą, a Kruk niespodziewanie zakrakał.
-W takim wypadku... - zaczął z uśmiechem Stobbart. -80 sztuk platyny i kolacja w wybranym przez pannę miejscu - czasem warto było zagrać ryzykownie. A nóż się uda?
- Hmmm...- Zamyśliła się, zaczesując palcami kosmyk włosów za ucho --Niech będzie! Dzisiaj jeszcze?
-Wystarczy, że podasz godzinę i miejsce. Zjawię się na pewno - zapewnił, doliczając ostatnie monety brakujące do ustalonej kwoty.
- Tylko, że jest mały problemik... - Spojrzała na niego, przekrzywiając głowę w bok -Nie zrozum mnie źle Lucasie, dopiero co się poznaliśmy, zgodziłam się na obniżenie ceny... ale co jeśli już nigdy się nie zobaczymy?. Jeśli tak po prostu ulotnisz się i zostawisz mnie jedynie z obietnicą kolacji?
-Czyż ja wyglądam na kogoś, kto mógłby to zrobić? - cóż, jeśli chciał, Zoth'illam potrafił wyglądać jak okaz niewinności. Bardzo wyzywający, ale jednak okaz niewinności. -Ale rozumiem, że zmysł handlarza robi swoje. W takiej sytuacji proponuję wymianę prezentami na kolacji. Panna wręczy mi jeden z tych trzech eliksirów, a ja... Niech to będzie niespodzianka. Czy taki układ jest bardziej do przyjęcia w tych trudnych czasach?
- Brzmi obiecująco - Uśmiechnęła się do niego niezwykle czarująco -A więc zgoda, spotkamy się więc, gdy zegary wybiją wieczorem osiem razy, w "Złotym Dębie".
-Doskonale - ucieszył się Stobbart. -Obiecuję, że dołożę wszelkich starań, by ta transakcja zaliczyła się do Twoich udanych Xaro - zapewnił, kłaniając się dworsko i chowając dwie z zakupionych mikstur.
- Do zobaczenia więc wieczorem Lucasie - Kobieta na pożegnanie do niego... mrugnęła.


Może jednak cała ta wizyta w Silverymoon nie pozostawi po sobie jedynie złych wspomnień? Co prawda wieczorna randka przyszła Zoth'illamowi jakoś za łatwo, ale nie zwykł on takich sytuacji nadmiernie roztrząsać. Zrzucił wszystko na karb swego naturalnego uroku i tajemniczości, która tak często przyciąga kobiety.
Ale sam urok może już nie wystarczyć na kolacji, nie kiedy zdążył już obiecać prezent. I w co by w takiej sytuacji się zaopatrzyć? Najbardziej sztampowe byłyby kwiaty i... jakoś ten prosty sposób podobał się mężczyźnie, aktualnie przyzwyczajającemu się do nazwiska Lucas Stobbart. W końcu jaka kobieta nie lubi kwiatów? A jednocześnie raczej nie spodziewałaby się po kimś tak egzotycznym jak Zoth tak typowego podarku. A on lubił zagrania wbrew przewidywaniom. Nad Jeziorem Esmell rosły całkiem ładne kwiaty, o ile pamiętał ze swego pobytu w Amn. I powinno się to urocze miejsce wypoczynku bogatych amnijczyków znajdować w zasięgu jego możliwości. Ot krótka formułka, zasięgnięcie Splotu i już Zoth'illama nie było na ulicy Silverymoon tylko...

Był na ulicy Silverymoon. Przez dobre kilkanaście sekund stał jak wryty zastanawiając się co mogło pójść nie tak. Mijający go przechodnie przyglądali mu się z takim wkurzającym, usłużnym zdziwieniem, więc zanim któryś zdążył podejść z pytaniem czy coś mu się stało, ruszył z miejsca.
No dobra. Splot się nie rozsypał, a ja nie pomyliłem słów. A jednak dalej jestem na dalekiej północy zamiast nad cieplutkim jeziorem. Dlaczego?
Zaklęcie zostało bowiem rzucone, nie miał wątpliwości. Tylko efektu żadnego nie uzyskał. Postanowił więc spróbować raz jeszcze, lecz znowu nic z tego nie wyszło, co jak nie trudno się domyśleć, mocno go irytowało. A kiedy przyszło mu już do głowy możliwe rozwiązanie, irytacja tylko narosła.
Mythal. Jeszcze tego brakowało, by z tego cholernego miejsca nie dało się szybko uciec. Coraz lepiej, coraz lepiej.

Koncepcję trzeba zatem było zmienić. Co jest drugie w kolejności po kwiatach? Biżuteria, naturalnie. Tylko gdzie w tym przebrzydłym „Klejnocie Północy” można było kupić prawdziwe klejnoty?


Tutaj jednak pomocni mieszkańcy też podpowiedzieli gdzie należy się kierować, dzięki czemu Stobbart stał się lżejszy o osiem platynowych krążków, za to cięższy o złoty łańcuszek z jaspisem. Całkiem ładny, jak na jego gust, ale w ostatecznym rozrachunku to nie jemu miał się spodobać.


Pozostało więc jedynie odnaleźć „Złoty Dąb” i oczekiwać pięknej damy. Dzięki rozmowności miejscowych nie powinno to sprawić zbyt wielkich kłopotów.
 
Zapatashura jest offline  
Stary 17-09-2011, 00:19   #7
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 25343 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
...To było nawet zabawne, widzieć u szlachcianki dumę i wściekłość jedną po drugiej. Po tym jak samodzielnie zrobiła eliksir. I po tym jak się okazało, że nie działał on tak jak powinien.
Raetar zranił wtedy uczucia siedemnastolatki wybuchem śmiechu. I to był błąd rozwścieczone dziewczę cisnęło w niego tacą na której ową fiolkę przyniosła, by właściwie zaprezentować dzieło swego wysiłku.
Teraz to się wydawało zabawne... ale wtedy.

Arystokrata nerwowo ukrył swe dłonie w połach płaszcza i skinął głową mówiąc.- Tak. Proszę... to wszystko. I zostaw nas... mnie w spokoju.
Po czym skupił się pozornie na czytaniu, cicho coś mamrocząc pod nosem.
Poczekał aż wyszła i dopiero teraz zajął się piciem herbaty i rozmyślaniami.

Wiedza w księdze bowiem, okazała się rozczarowująca. Nie tego się spodziewał. Nie tego oczekiwał.
Nie tego... po wydarzeniach z Waterdeep sprzed kilku dekadni.
Samotnik przymknął oczy wspominając wydarzenia i ignorując ciche szepty w swym umyśle.
Nie teraz... nie miał teraz czasu rozmowy z nimi. Skupić się i przypomnieć tamtą noc.
Mrok... krzyki, krew.
To co miało się stać zwykłą transakcją, wymianą informacji w zamian za gratyfikację pieniężną.
Lady Ashton Gundwind miała poinformować go na temat interesujących go pozycji.
Nie wiedział, czemu nalegała by spotkali się wieczorem koło katedry Helma. Ponoć miała wcześniej ważne spotkanie z przyjacielem.


Nie spodziewał się, że kilka minut później będzie klęczał przy jej zwłokach, przyglądając się naszyjnikowi z pazurów jakiejś bestii który mu naprędce dała.
Nie spodziewał się tego.
Spotkał lady Ashton słaniającą się na nogach. I nie było w tym nic dziwnego. Ktoś sztyletem do pchnięć zmasakrował jej organy wewnętrzne chwilę wcześniej. Chyba tylko siłą woli wyrwała się napastnikowi. i ta siła woli dość długo podtrzymywała ją przy życiu. Na tyle długo, by wcisnąć mu do dłoni, naszyjnik i wyszeptać.- Szukaj w Silverymoon...
Ostatnia wola umierającej.
Szukać w Silverymoon... czego?
Może źle uczynił kierując się wtedy swym chwilowym kaprysem. Spojrzał przez okno na ciemniejące chmury. Ile już dni minęło odkąd opuścił Czarcią Wieżę?
-Tak wiem, wiem, wiem...- westchnął odzywając się do nieistniejącego rozmówcy.- Za długo.
Minęło kilka miesięcy odkąd opuścił Czarcią Wieżę. Gdzieś tam w sercu kiełkowała myśl, że powinien już wrócić do domu.

Spojrzał na księgę którą przeglądał. Nie było w niej sekretów, których szukał. Nie było w niej odpowiedzi na zagadkę z Waterdeep. Ale czy to czyniło bezwartościową?
Mężczyzna spojrzał na herbatkę i uśmiechnął się.


Ciepła herbata i ciekawa książka. Czyż może być lepszy sposób na spędzenie czasu? Jest kilka możliwości, ale póki co Raetar postanowił wypróbować tą metodę zabijania czasu i nudy.
Pogrążył się więc w lekturze i w szeptach do nieistniejących istot, oraz odpowiedziach na nie zadane pytania.
Czas płynął, świeca się dopalała, herbata została wypita. Księga została przeczytana.
Raetar, zwany też Samotnikiem z Czarciej Wieży wstał i ruszył do wyjścia z budynku. Skarbiec Mędrców zawierał wiele ciekawych tekstów, ale niekoniecznie wartościowych dla niego. Poza tym, nabrał ochoty na odrobinę wypoczynku przy winie i muzyce bardów.
Potrzebował małego relaksu od wysiłku intelektualnego.

Idąc przez korytarze twierdzy Samotnik wydawał się nieco eteryczny, to jednak gdy można było dobrze przyjrzeć się tej egzotycznej w tym miejscu postaci. Nie wyglądał bowiem jak mag za którego się podawał. Bowiem czy mag chodziłby w zbroi łuskowej, wykutej tak że owe łuski przypominały bardziej pióra? Czy mag nosiłby pasie miecz i sztylet?
Pomijając jednak te wojskowe dodatki Raetar był szczupłym mężczyzną około trzydziestu lat, o ostrych rysach i dość krótko obciętych ale i niewątpliwie niepokornych puklach włosów wijących się na wszystkie strony. Jego sylwetka otulona czerwonym płaszczem wyszywanym w złote wzory, przypominała bardziej dystyngowanego szlachcica. I podobnie się zachowywał przemierzając obecnie korytarze biblioteki, uderzając obcasami wysokich czarnych butów wyszywanych wzorem pajęczyny za pomocą srebrnej nici.
Od czasu się zatrzymywał, od czasu do czasu do kogoś szeptał, od czasu do czasu z kimś się kłócił. Z kimś kogo nikt inny zobaczyć nie mógł.

W końcu opuścił Skarbiec Mędrców i wmieszał się w tłum przemierzający Silverymoon. A wtedy jego piwne oczy zmieniły się szklane tafle w których w nieskończoność odbijali się przechodzący przechodnie. Szepty w jego głowie narastały, podobnie jak jego nerwowość. Czyżby był... śledzony?
Zatrzymał, spojrzał za siebie. Nie zauważył niczego niezwykłego. Mylił się?
Był daleko wszak od Czarciej Wieży, daleko od Morza Księżycowego, daleko od Wrót Zachodu i Untheru. Był daleko od tych miejsc i wrogów których tam zostawił. I był tu incognito.
Dlaczego miałby być śledzony? I przez kogo?
To musiała być pomyłka. To mu się tylko wydawało. To była tylko nadmierna nerwowość wywołana wydarzeniami w Waterdeep.

Niemniej, skręcił w boczną uliczką i skrył się w jej cieniu, by po chwili wyruszyć raźnie w kierunku jednej z głównych arterii miasta i zniknąć. Dosłowni zniknąć zza zakrętem. Spojrzenie przyczajonego w półmroku bocznej uliczki Raetara obserwowało tłum próbując wyłuskać z nich szpiegującą go postać. Nie udało się mu. Albo nigdy takiej nie było.
Wszak mógł się pomylić.
Niemniej Samotnik postanowił zachować podstawowe środki bezpieczeństwa.
I z cieni uliczki wynurzył się młody magik o ekscentrycznym zabarwieniu włosów.


I dość pretensjonalnym i krzykliwym stroju. Typowy uczeń Akademii Pani. Jeden z setek młodych magów, których do Silverymoon przyciągnęła możliwość studiów nad Sztuką.
W takiej postaci Raetar zdecydowanie mniej rzucał się w oczy. Samotnik rozejrzał się po okolicy w której się znajdował. Po czym ruszył do karczmy, w której mógłby się wtopić w grono bywalców, by w spokoju łyknąć dobrego wina i posłuchać dobrej muzyki. Oby dobrej.
To że w Klejnocie Północy istniało kolegium bardów, nie oznaczało wszak, że każdy bard w mieście miał talent muzyczny. W końcu śpiewać każdy może, ale nie każdy powinien.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 17-09-2011 o 22:09. Powód: poprawki:)
abishai jest offline  
Stary 17-09-2011, 20:45   #8
 
Qumi's Avatar
 
Reputacja: 283 Qumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skałQumi jest jak klejnot wśród skał

Zapowiadał się piękny dzień. Dzisiejszego dnia Dagor nie miał żadnych zleceń i miał zamiar wypocząć w swojej małej oazie ciszy i spokoju, którą nazywał domem… Zapowiadał się cudownie leniwy dzień. Bardzo było mu to potrzebne, bo jeszcze parę dni temu był na jednej z wypraw najemnych wraz z żołdakami z Silverymoon. Krasnolud rozumiał potrzebę dyscypliny i słuchania przełożonych, sam kiedyś służył w straży, ale ten cholerny żółtodziób, który nazywał się kapitanem był zupełnie niekompetentny. Najpierw wpuścił oddział w zasadzkę orczych łuczników, a potem kazał im szturmować ufortyfikowaną opuszczoną wieżę, którą przejęły orki, urozmaicając uprzednio okolicę pułapkami. Misja była oczywiście sukcesem dzięki wprawnej ręce Dagora i pomocy Bruny, jego siostry, ale wielu żołnierzy Silverymoon odniosło poważne ranny i zginęło. Zupełnie niepotrzebnie.

Krasnolud po misji oczywiście przedstawił swoją opinię kwatermistrzowi używając takich słów jak „pyta”, „psi szczyl”, „skurwiel”, czy „impertynent”, którego to niedawno nauczył się od pewnego czarodzieja i używał, aby wydawać się bardziej inteligentnym. Po pełnej emocji rozmowie, udał się do domu, tam odpoczywając i lecząc nerwy.

Poranne ćwiczenia zawsze pozwalały mu oczyścić umysł i uporządkować sprawy w głowie, Bruna też je lubiła i pilnowała, aby brat o nich nie zapomniał. Uważała, że miał wtedy nieco przyjemniejsze usposobienie. Potem małe śniadanie, mała lektura o wschodnich sztukach walki z Kara-Tur, które ostatnio zaczęły go interesować, a następne spory obiad i drzemka… no właśnie… spokój tego jakże przyjemnego dnia zakłóciła jego wkurzająca sąsiadka.

”O w pizde Sune…” – pomyślał widząc komu właśnie otworzył drzwi.

- To jak Dagorze? - Usłyszał nagle, powracając do rzeczywistości.

Krasnolud podrapał się po nieco mniej szlachetnej części ciała, wygrzebał śpiochy z oczu, splunął i uśmiechnął się w taki sposób w jaki uśmiecha się szczoteczka, którą zaraz ktoś ma umyć wychodek.

- Tia.... słuchaj no mała, mało mnie obchodzą burdy, które urządzasz u siebie w domu i ilu zapraszasz do swojej pyty, ale jeśli wchodzisz z tym na moje podwórko to ja nie mam ochoty ani tego słuchać, ani tego oglądać, więc bądź tak miła i wypierdalaj stąd jak fircyk po tym jak go nakrył z córką karczmarz, mała, bo może ciebie czekać taki los jak wspomnianego fircyka. - odpowiedział rzeczowo krasnolud.

- Odpowiedź brzmi nie. - burknął po chwili obawiając się, że tępa elfka może nie zrozumieć jego wysublimowanego przemówienia.

Uśmiech Eldiany został wyjątkowo szybko starty z jej ust wypowiedzią Kransoluda. Dagor potraktował ją słownie z... no właśnie, z krasnoludzką siłą. Patrzyła więc ona na niego w chwili obecnej ze łzami zbierającymi się w oczach.
- Ale... ale... - Szepnęła z dodatkowo drżącą wargą - Dagorze... ty... ty świnio - Powiedziała na granicy słyszalności.

Krasnolud wywrócił oczami gdy elfka znowu dopuściła się do nietaktu.

- Nie świnio, jeśli już to knurze. Widać z pyty nie tylko fircyki ci wychodzą, ale jeszcze podstawowa wiedza... – posłużył się metaforą oznaczającą tyle, że jest niewyedukowana i zamiast zdobywać wiedzę spędza czas na plotkach i romansach. - Czy nie powiedziałem ci, żebyś wypierdalała? Ile mam jeszcze czekać? – burknął kolejny raz.- Właśnie miałem miłą drzemkę gdy ty mi tu przychodzisz, i nie dość, że przerywasz mi teraz sen to planujesz jeszcze robić to przez całą noc... no wybacz mała, ale nie spodziewaj się kwiatów i fibździdełek czy czegoś gdy przychodzisz z takimi wiadomościami. – dodał spokojnie.

- Daj mi spokój dziewczyno.

Elfka nie odezwała się już ani słowem, zaczęła za to zawodzić z całego gardła, po czym odwróciła się na pięcie i uciekła od Dagora płacząc ile wlezie...

Krasnolud przewrócił oczami i zamknął drzwi z hukiem.

-Diva się znalazła – burczał pod nosem i poszedł w stronę łóżka.

Zanim jednak do niego dotarł usłyszał głośne „ekhem” i już wiedział co się szykuje. Mógł oczywiście to zignorować, ale ignorowanie siostry krasnoluda było jeszcze bardziej śmiertelne w skutkach niż słuchanie jej narzekań.

-Taaaaaaaak?! – odparł z irytacją w głosie.

- Dagorze… - zaczęła - ty skretyniały, zaszczany, infantylny, kozojebny … - i tak jeszcze lista rosła przez kolejne 10 minut aż w końcu – kretynie. Co ty niby wykurwiasz?! – Dagor tylko westchnął wiedział czym to się skończy i wiedział, że nie przegada swojej siostry. „Cięta riposta” w jej wykonaniu potrafiła naprawdę porządnie pociąć, dosłownie.

- Jak ty zafajdany szczylu się niby odzywasz do naszej sąsiadki? Co ci mówiłam o niej?! – spytała.

- Że jest bardziej upierdliwa niż stado wściekłych wiewiórek w gaciach sprzedawcy orzechów? – odpowiedział z nadzieją.

-A dalej? – była nieugięta, Dagor znowu westchnął.

- Żeby być dla niej miłym, bo to nasza sąsiadka, bo to jest tak naiwna i delikatna jak jest głupia, a nie chcemy żeby nas stąd wyrzucili jak z poprzedniego domu…. – dodał pod nosem. Poprzednio mieszkali w innej części Silverymoon i cięty język Dagora nasporzył im nie najlepszego posłuchu wśród lokalnej gawiedzi. W efekcie sąsiedzi wraz ze strażą przynieśli mu pewnego dnia nakaz opuszczenia domu i znalezienia sobie innego. Tylko dlatego, że był cennym najemnikiem, jak sądzili, on i jego siostra nie zostali wyrzuceni z miasta.

-Więc?- wiedział na co czeka i cholernie, a to cholernie nie miał ochoty tego robić, ale nie było sensu kłócić się z Bruną. Podczas walki polegał na niej, więc wszelkie sprzeczki i niesmaki mogły naprawdę źle się dla niego skończyć. Dagor spojrzał na formę w której jego siostra była uwięziona. Wiedział jak jej ciężko i obiecał sobie zrobić wszystko aby czuła się jak najlepiej. Bruna była toporem, jego bronią.

- Pójdę do niej i przeproszę… – odpowiedział.

- I?- a krasnolud przeklął po krasnoludzku pod nosem.

-Chyba nie żądasz ode mnie, żebym poszedł na tę jej pierdoloną imprezę?! – topór nic nie powiedział, ale cisza ta była bardziej wymowna niż słowa.

- Khrast! – przeklął, ubrał buty i wyszedł.

Zapukał parę razy w drzwi sąsiadki słysząc ciągle jej szlochanie. Nie czekając na ich otworzenie, zaczął po prostu głośno mówić do drzwi.

-Taaa… słuchaj… głupio wyszło… byłem po mojej kolejnej misji… sporo ludzi zginęło przez …. Yyyyy… durnego dowódcę i miałem bardzo zły humor. P… prze… przepr…. –ściskało go w gardle, ale wiedział co zrobi mu Bruna jeśli tego nie zrobi - przepraszam cię bardzo. Oczywiście, że możesz zrobić to przyjęcie… chętnie… emmm… nawet z Bruną przyjdziemy jeśli jesteśmy zaproszeni… – miał nadzieję, że powie nie. Elfka wiedział kim lub raczej czym była Bruna i miał szczerą nadzieję na to, że dzięki temu odmówi.
 

Ostatnio edytowane przez Qumi : 17-09-2011 o 21:57.
Qumi jest offline  
Stary 18-09-2011, 00:35   #9
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 2266 Gettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputację

Silverymoon. Duma i chwała Srebrnych Marchii. W tym właśnie miejscu wylądował sir Astegor Ravillin. Miał proste zadanie - sprawdzić, czy pewna kobieta siedząca w lochu przybytku Obserwatora jest niebezpieczną, poszukiwaną od dawna zabójczynią.
Jednak miał i drugie zadanie... własne. I to nim właśnie zajął się najpierw.

Anastazor Hammester był powszechnie szanowanym magiem. O wiele mniej powszechnie zaś miał być demonologiem... a przynajmniej miał mieć powiązania z demonologią. I właśnie to interesowało Astegora.
Niestety, jak się okazało, czarodzieja szlag trafił. A raczej kurtyzana. To sprawiało, że pierwotne (oficjalne) zadanie paladyna w mieście stawało się dla niego o wiele ważniejsze. Musiał się dowiedzieć dlaczego go zamordowała... a dokładniej kto jej to zlecił.

Przyszedł więc do miejskiego przybytku Helma i... wywołał wielkie poruszenie. Wszyscy wydawali się bardzo przejęci jego osobą od momentu, kiedy się przedstawił. Co chwila słyszał o wizycie inkwizycji i “jak oni śmią tak się pokazywać”, jednak zupełnie go to nie interesowało. Chciał tylko znaleźć kogoś o minimalnym stopniu kompetencji, kto zaprowadziłby go do lochów na audycję z zatrzymaną kobietą.
Takim kimś okazał się Barim Coraddor.


Paladyn rozejrzał się po celi, dopiero potem spojrzał na skutą łańcuchami kobietę. Zanim jednak się odezwał, wyciągnął miecz z pochwy i postawił go przed sobą, opierając na rękojeści swoje dłonie.
- Czy to ty zamordowałaś Anastazora Hammestera, czarodzieja z powołania? - zadał na początek dość banalne pytanie.
Zamiast odpowiedzi, kobieta zaczęła się głupio uśmiechać. W końcu jednak się i odezwała:
- Och, tak prosto z mostu?. A gdzie kolacja, świece, i inne takie gówienka? - Zachichotała.
- Wyszły na spacer. Jak będziesz grzeczna to może wrócą. - Astegor splunął na bok, po czym zwrócił się do Barima:
- Długo ją męczyliście? I o co pytaliście?
- Mniej więcej o to samo z czym ty zaczynasz... nie wiem sam, chyba z godzinę. Ale może będziesz miał więcej szczęścia. Przynieść narzędzia może, zostwić was samych? - Powiedział, a skrytobójczyni na wzmiankę o męczeniu i narzędziach spojrzała na niego wzrokiem pełnym nienawiści.
- Przy... - zaczął paladyn, jednak miecz w jego rękach jakby zatrząsł się. - Albo zostaw nas samych. Poradzimy sobie.
- Dobrze - Powiedział Barim, po czym opuścił celę, dodając na odchodne - W każdej chwili możesz oczywiście poprosić o pomoc specjalistę od tortur...
Astegor został więc sam z Theronną, jeśli nie liczyć oczywiście dwóch ciężkozbrojnych strażników za drzwiami...
- Więc... - paladyn westchnął ciężko stawiając miecz pod ścianą. - Zdajesz sobie sprawę, że przyznanie się do winy byłoby dla ciebie o wiele korzystniejsze niż iście w zaparte?

- A ty zdajesz sobie sprawę zadufany rycerzyku, Paladynie, Kapłanie, czy cholera wie kim tam jesteś, że mam to gdzieś?. Do niczego się nie przyznam i tyle, oszczędź mi więc jakiś morałów lub podobnych pierdół - Spojrzała przelotnie na drzwi.
- A wiesz chociaż na czym polega różnica między twoim przyznaniem się, a głupim trwaniem w tym kłamstwie? - Astegor przysunął sobie mały stołek i usiadł. - Sądzę że nie. A więc wiedz, że my i tak wiemy że to ty zrobiłaś. I połamią cię za to kołem. Wiesz co to łamanie kołem, prawda? Jeśli natomiast byś się przyznała, to osobiście dopilnuję, żeby cię bezboleśnie powiesili, lub nawet ścieli mieczem.
Tak tak - Powiedziała lekceważącym tonem, po czym wbiła w niego wzrok - Będziesz mi więc tak dalej truł, czy zaczniesz mnie w końcu okładać?. Duzy wielki facet będzie bił dziewcynkę? - Spytała robiąc wyjątkowo kretyńską minę.
- Sądzisz, że powinienem? - odparł bez przekonania Astegor. - Oni cię już bili i nic z tego nie wynikło. Po co miałbym po nich poprawiać?
- Może cię to kręci? - Roześmiała się głośno.
Znów westchnął po czym wyciągnął butelkę wina, która w jego wielkich rękach wyglądała dość mizernie...
- Napijesz się może? - zaproponował z mieszanymi uczuciami.
- Nie bierz mnie na litość - Odparła - Gadaj lepiej, co zamierzasz, i jak zamierzasz, to ułatwi nam sprawę...a może i nie? - Uśmiechnęła się do niego pełną gębą, i Astegor wtedy dopiero zauważył, że brakuje jej zęba w dolnej szczęce. Czyżby efekt wcześniejszego przesłuchania?.

- Nie przyszło ci przypadkiem na myśl, że jeśli po prostu byśmy pogadali bez odnoszenia się do przemocy, to byłoby łatwiej? - spytał Astegor pociągając z butelki. - Pozwól że spróbuję: kto cię wynajął do zamordowania Anastazora?
- Akurat cokolwiek powiem... - Burknęła - Widzisz, nie mamy o czym gadać. Ty codziennie cmokasz Helma, czy kogo tam w tyłeczek, ja podrzynam gardła. O robocie sobie nie pogawędzimy, o pogodzie też nie, sprawa więc wyjaśniona.
Paladyn utkwił w niej wzrok zamyślając się na chwilę.
- Wiesz co mnie zastanawia? Co chcesz osiągnąć takim milczeniem. Zależy ci na tym twoim zleceniodawcy, że nic nie chcesz powiedzieć? Przecież i tak zawiśniesz... ach, co ja gadam. Pewnie masz już co najmniej tuzin planów jak się stąd wydostać, prawda?
- No ba, dwa tuziny - Odpowiedziała - I już niedługo mnie tu nie będzie, a ty tak nieudanie prowadzisz te przesłuchanie, oj oj szefu będzie niezadowolony. Potem zaś, jak już prysnę, to dopiero będziesz miał przesrane - Wyszczerzyła zęby.
- Mam kolejne pytanie. - Astegor odstawił butelkę z winem i wstał ze stołka. - Jak chcesz stąd uciekać ze strzaskaną nogą? - błyskawicznie sięgnął po swój miecz i z całej siły grzmotnął rękojeścią w piszczel półelfki.

Rozległo się wyjątkowo nieprzyjemne chrzęśnięcie, połączone z głośnym, pełnym bólu wrzaskiem Theronny. Skrytobójczyni trzęsąc się niczym w febrze jaczęła przeciągle jęczeć, zawisając na krępujących ją łańcuchach. Z ust popłynęła jej niekontrolowanie ślina...
- Nie odpowiedziałaś mi na pytanie.- powiedział paladyn nie przejmując się reakcją kobiety na uderzenie. - A to bardzo niegrzeczne, wiesz? No chyba, że wolisz inny zestaw pytań, proszę bardzo: czy nazywasz się Theronna Fiedlerson i kto zlecił ci zabójstwo czarodzieja Anastazora Hammestera?
- Nie wiem... nie wiem o czym... gadasz... świnio... - Wydusiła w końcu z siebie, nie spoglądając na niego, mając wciąż opuszczoną ku podłodze głowę i włosy przesłaniające twarz.
- No dobrze, zapytam jeszcze raz zanim przejdę do drugiej nogi. - paladyn przygotował miecz do kolejnego ciosu. - Czy nazywasz się Theronna Fiedlerson i kto zlecił ci zabójstwo czarodzieja Anastazora Hammestera?
Uniosła głowę, spoglądając na niego, a jej oczy stały się nagle wyjątkowo zimne.
- Już niedługo zginiesz w męczarniach. Dopilnuję tego, byś został obdarty ze skóry. Wszyscy w tej zasranej twierdzy zginiecie, wszyscy.
Paladyn odwzajemnił chłodny wzrok zabójczyni.
- Zła odpowiedź. - powiedział powoli, z narastającą wściekłością. - Zwłaszcza względem osoby z bronią w ręce!
Paladyn zaryczał wściekle i wziął potężny zamach. Jednak zamiast w nogę wycelował rękojeścią w ścianę obok głowy kobiety. “Theronna” lub jakkolwiek nazywała się owa zabójczyni, zwróciła głowę w bok, gotowa na kolejną falę bólu. Zamiast jednak niej, rozległ się ryk mężczyzny, a miecz uderzył w ścianę. Ona zaś zastygła tak w tej pozycji, z wciąż przymkniętymi oczami, i mocno zaciśniętymi ustami.

- To jak, kontynuujemy zabawę, czy zaczniesz gadać? - spytał Astegor z szyderczym uśmieszkiem.
Ona zaś, jeszcze przez chwilę trwała tak w bezruchu, nim w końcu otwarła jedno (podbite)oko, zerkając na mężczyznę. W końcu otwarła i drugie, i zwróciła ponownie ku niemu głowę.
- Jeśli cokolwiek zdradzę, zginę. Z drugiej strony, za zabójstwo również czeka mnie zapewne śmierć. Dlaczego mamy więc o czymkolwiek gadać?.
- O tym to trzeba było pomyśleć przed mordowaniem ludzi. - Astegor usiadł ponownie na stołku. - Ja mogę zaś w tej chwili zaoferować ci wybór szybkiej i bezbolesnej śmierci, lub przeciągających się męczarni w jakich lubują się kaci.

- Powtarzasz się - Powiedziała - Powtarzasz się z tą wizją bezbolesnej, czy i szybkiej śmierci, a ja sobie nad czymś myślałam... jesteśmy wszak w Silverymoon, miejscu “och i ach jakże kurna dobrotliwym”. I wiesz co?. Jednak chyba nie skończę u kata, lecz jedynie wtrącą mnie do lochu na bardzo długi czas!. I co ty na to... jak cię w ogóle zwą sadysto? - Tym razem ona uśmiechnęła się szyderczo.
- Astegor Ravillin. - przedstawił się w trybie spóźnionym paladyn. - Czujesz się bardzo pewnie w kwestii bezpieczeństwa swojej szyi. Jednak ja im mogę po prostu powiedzieć, że jesteś tą której szukają. I nie będzie mnie obchodzić, czy faktycznie nią jesteś.
- Jednakże, - dodał po chwili milczenia. - Mogę im też powiedzieć, że nie mam pojęcia kim jesteś i spokojnie posiedzisz sobie w lochu. Tyle że wiesz... mi *naprawdę* zależy na tym magu którego zabiłaś.
- Skoro on martwy, to już po ptokach co? - Ponownie uśmiechnęła się dosyć wrednie - - My tu sobie gadu gadu, a czas ucieka... masz więc zamiar mnie nadal krzywdzić, lub zanudzać morałami?. Coś mi się wydaje, że rajcuje cię tłuczenie bezbronnej kobiety co Astegorze?. Kręci cię to? - Stojąc, ubrana w potarganą suknię, ledwie siegającą jej do ud, rozchyliła nagle nieco prowokująco nogi, choć na jej czole pojawiły się krople potu. Zapewne wciąż odczuwała ból pękniętej kości piszczelowej...
Paladyn zaś przyjął zaproszenie i gwałtownie ruszył w jej stronę, na co kobieta wzdrygnęła się. Astegor zaśmiał się.
- A zatem miłego gnicia w lochach. - wstał i zaczął wychodzić. - I daj znać, kiedy stamtąd uciekniesz.
- Nie omieszkam cię odwiedzić - Powiedziała jemu na odchodne.

Wyszedł czym prędzej z celi, z lochu i z całej świątyni. Był wściekły.
- Czy to było konieczne? - spytał go jego własny miecz, Amazer. - Roztrzaskiwanie jej nogi, mam na myśli.
- Może. Może nie. Nie wiem. - rzucił na odlew Astegor. Szukał jakiegoś sklepu z alkoholem. - Miałem nadzieję, że dzięki temu zmięknie. Do kurwy nędzy mogli mi powiedzieć, że nie grozi jej nawet stryczek!
- Mogłeś się tego domyśleć. - odparł miecz z przekąsem.
- Ty mi tu nie mogłuj! - paladyn westchnął. - Myślisz, że mógłbym ich zmusić do skazania ją na śmierć?
- Jakbyś udowodnił, że to ta której szukają... to nie musiałbyś nawet palcem kiwać.

Astegor znów westchnął głęboko. Wszedł do jednej z karczm, gdzie kupił i wypił dwa kufle piwa. Rozmawiał przy okazji z Amazerem na temat dalszego planu działania, czym zwracał na siebie uwagę innych ludzi... żeby tak rozmawiać z samym sobą...
Postanowili w końcu, że spróbują rozpaczliwie poszukać jakiegoś innego demonologa... z marnymi szansami na sukces.
Następnego dnia zaś poszedł sprawdzić, czy z jego “znajomą” wszystko w porządku.
 
Gettor jest offline  
Stary 18-09-2011, 16:54   #10
DrD
 
DrD's Avatar
 
Reputacja: 0 DrD nie jest za bardzo znany
Dasser przyjął zapłatę z zadowoleniem, wyrażonym przez nastroszenie uszu i krótkie, gwałtowne machnięcia ogona. Obejrzał dokładnie plecak po czym zaczął przepakowywać doń zawartość własnego. Otyły czarodziej przyglądał się tej czynności z lekkim zakłopotaniem, wciąż czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Dassera dotyczącą opowieści o Potwornym Pająku. Po chwili oczekiwania nalał sobie kolejny kielich wina i zdrowo golnął, tłumiąc cisnące się na usta przekleństwo. Od razu jeszcze raz napełnił kielich i ostrożnie, aby nie uronić ani kropli, usiadł w stojącym nieopodal fotelu. W międzyczasie tropiciel skończył przepakowywanie plecaka i założył go aby wyregulować rzemienie. W końcu, ewidentnie ukontentowany podniósł pysk na czarodzieja i zwrócił się do niego nieco sykliwym, cichym głosem:
- Quokasie, dotrzymałeś umowy. Obiecany przedmiot sprawdza się idealnie i jestem pewien że przysłuży mi się na przyszłych polowaniach. Twej prośbie nie mogę uczynić zadość. - rzekł łagodnie rozglądając się dookoła - Bezpieczne miasto, ciasne i ciepłe pomieszczenie to nie miejsce na opowieść o polowaniu, o zmaganiu łowcy i jego ofiary. Wszystko wymaga odpowiedniej oprawy. Jeżeli chcesz usłyszeć tą opowieść, musisz wyruszyć na szlak. Tam, przy ognisku które podzieli Twój świat na krąg światła i ciepła oraz całą resztę świata, która w tym momencie sprowadzać się będzie do Ciemności pełnej istot pragnących Twej gorącej krwi i surowego mięsa. Tylko w stanie ducha jaki zapewnia taka oprawa, można snuć opowieść o polowaniu. Zrobić inaczej znaczyłoby obrazić śmierć ofiary i kunszt myśliwego. -
Quokas zamarł na chwilę z kielichem na wpół uniesionym do ust, lecz szybko odzyskał mowę - Tak, rzeczywiście. Przyznam, że spodziewałem się, że będziesz bardziej, jakby to... o, wylewny. Widzisz, poprzedni tropiciele, których wynajmowałem... Wszyscy lubili opowiadać o swoich dokonaniach. Cóż, zdążyłem już przywyknąć do wysłuchiwania tych interesujących historii. -
Ogon Dassera zamarł na kilka sekund lekko wychylony po czym zaczął wykonywać powolne, szerokie wymachy - Chcesz więc usłyszeć historię? - przekrzywił lekko głowę zamyślając się - Dobrze, opowiem Ci historię. Wiele księżyców temu podróżowałem Szmaragdowym Szlakiem, daleko na południu stąd. Omijałem innych podróżnych, gdyż pragnąłem wówczas samotności. - Myśliwy snuł opowieść cichym i leniwym głosem, wymuszającym pełną uwagę słuchacza - Pewnej nocy, do mojego ogniska dosiadł się mężczyzna. Zdziwiłem się jego obecnością gdyż nie usłyszałem jego kroków aż do momentu, gdy wszedł w światło ognia. Usiadł naprzeciwko mnie i uprzejmie pozdrowił w miejscowym narzeczu. Nie byłem rad, lecz nie odmówiłem mu gościny. Byliśmy wszak na szlaku. - Ogon zaczął poruszać się szybciej - Ponadto nie miał on wiele przy sobie, żadnej broni, bagażu czy pożywienia. Bez słowa podzieliłem się z nim mięsem zwierzęcia, które upolowałem na tej ziemi, i podałem mu tykwę z sokiem owoców, które w tej ziemi wyrosły. Cały czas bacznie go obserwując. Powoli nasycał głód i pragnienie. Skończywszy otarł usta i odezwał się w moim ojczystym języku, dziękując mi za gościnę. Im dłużej mu się przyglądałem, tym więcej szczegółów zwracało moją uwagę. Nie zauważyłem śladu jego bosych stóp odciśniętych w ziemi. Uciążliwe owady leniwie płynące przez parne powietrze, nie cięły odsłoniętej skóry twarzy mego gościa. Pomimo upalnej i dusznej nocy, jego czoła nie perlił pot. A jego oczy, pomimo gryzącego dymu unoszącego się z ogniska, bez mrugnięcia wpatrywały się w moje. - Atmosfera w niewielkim sklepiku zgęstniała a Czarodziej z lekko przygryzionymi ustami oczekiwał dalszej części opowieści - Możesz mi wierzyć magu, że mało kto wygrywa konkurs spojrzeń z kotem. Dziwnemu gościowi się to udało - Dasser położył po sobie uszy - nie budzi to we mnie wstydu, gdyż jak obecnie podejrzewam, był to przybysz z innego planu. Lub potomek takiego przybysza. Widzisz, w zamian za okazaną mu dobroć, opowiedział mi on historię o znajdującym się niedaleko stamtąd Księżycowym mieście, które pojawiało się jedynie w noc pełni księżyca i znikało wraz ze wschodem słońca. Zabierając ze sobą nierozważnych głupców, którzy do tego czasu nie opuścili jego murów. - Dasser umilkł na moment po czym sprężyście wstał i pochylił lekko głową przed Czarodziejem. - Ale opowieść o mieście utkanym z mgły i księżycowych promieni to już zupełnie inna historia, na iny czas i inną okazję. Żegnaj Quokasie. Oby Twa droga zawsze była prosta i obyśmy spotkali się w czasach co najmniej równie szczęśliwych jak te, w których się żegnamy. - To rzekłwszy w kilku krokach opuścił sklep zostawiając zdezorientowanego czarodzieja z cisnącymi się na ustach pytaniami o tajemnicze miasto.

Miasta i ich brukowane ulice, ściśnięte domy otoczone z rzadka mizernymi krzewami lub drzewkami irytowały Goniącego Chmury. I ci wszyscy ludzie, tylu ludzi wszelkich kształtów i wielkości. Tłoczący się, wiecznie gdzieś spieszący i tak bardzo hałaśliwi. Zadziwiało go jak dają radę wytrzymać w takich warunkach więcej niż jeden księżyc pod rząd. Sam po wiele krótszym czasie uciekłby poza mury... Na szczęście Silverymoon choć obfitowało w ludzi wszelkich kształtów i rozmiarów, to przynajmniej było przy tym dość ciche i niezatłoczone, by pozwolić Dasserowi poczuć cień zadowolenia ze spaceru ulicami. To jedno trzeba oddać Goniącemu Chmury, że niechęć wynikająca z tego, co sam uważa za niewygodę nie zabiła jego ciekawości. Przez jakiś czas przechadzał się powoli, nie kierując się do żadnego określonego celu. Co jakiś czas przystawał i obserwował mieszkańców, zaangażowanych w swoje sprawy. W końcu zaczął odczuwać głód, i jakkolwiek sam nie miał nic przeciwko pieczonym gołębiom i wiewiórkom, to jednak doświadczenie kazało przypuszczać, że polując na nie w środku miasta ściągnął by na siebie zbyt wiele niechcianej uwagi. Uprzejmie zagadnął mijającą go akurat półelfkę o lokal, oferujący dobre jedzenie, a ta z uprzejmym uśmiechem poleciła mu "Tańczącego Kozła" i podała instrukcje jak tam trafić. Dasser nie zwlekając ruszył we wskazanym kierunku, wciąż ciekawie rozglądając się dookoła. Dotarłwszy do rzeki skierował się na północ i po kilku minutach stanął przed drzwiami karczmy. Powęszył chwilę, i najwyraźniej zadowolony z zapachów, wszedł do środka. Zdziwił się nieco na widok, jaki prezentował sobą karczmarz, ale spokojnie skierował się do najbliższego wolnego miejsca i usiadł. Plecak położył u swego boku, a tobołek z łukiem ostrożnie umieścił na stole. Upewniwszy się, że jego wejście zostało zauważone rozsiadł się wygodniej obserwując rozwijającą się sytuację i czekając na obsługę.
 
__________________
I saw what you did there.
DrD jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168