Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-05-2013, 16:22   #101
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 90005 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Jeśli coś idzie dobrze to wiadomo, że za chwilę pojawią się kłopoty. No i znane powiedzenie sprawdziło się bardzo szybko.
A było tak pięknie... Dwa truposze, szybko usunięte w głęboki cień, zdobyte klucze, uwolniona dziewczyna. No i oczywiście musiał się przyplątać jakiś dupek, który uważał, że każdy ma obowiązek odpowiadać na jego pytania. Jakiś ciekawski palant. Podpity, pewny siebie. A na dodatek w towarzystwie dwóch obwiesiów, również w stanie wskazującym na spożycie dość znacznej ilości alkoholu.

Gdyby nie chodziło o to, że wszystko powinno być przeprowadzone w jak największej ciszy, to może jeszcze dałoby się to załatwić w prosty, skuteczny i ostateczny sposób. Problem polegał jednak na tym, że jakakolwiek walka z pewnością sprowadziłaby im na kark niepotrzebnych kibiców. To by się już skończyło bardzo źle...
Gdyby chociaż była tu Drakonia... Ta mogłaby po cichu załatwić oponentów.No ale Drakonia szlajała się nie wiadomo gdzie.
Co mogłaby zrobić Lou? Pokazać swoje walory i olśnić rozmówców? I co dalej? Zaprowadzić w ustronne miejsce i tam, po cichu, załatwić? To też byłby pomysł. Tylko jak te sugestie przekazać? No i czy Lou by się zgodziła odegrać taką rolę, której finał byłby nieco niepewny?

- Manfred? - upewnił się Jack. - Widziałem go ostatnio przy karawanie. Ale nie interesowałem się nim zbytnio. Mam inne zajęcia - odparł.

Zawsze można było powiedzieć, że prowadzi małą do maga.
A ledwo tamci sobie pójdą, będzie można wrócić do swoich. Drakonia da sobie radę lepiej, niż oni.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 07-05-2013, 11:41   #102
 
sheryane's Avatar
 
Reputacja: 789 sheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwu
Rannes aż rwała się do działania. Miała ochotę zrobić coś konkretnego, a nie tylko przeglądać jakieś księgi i ekscytować się dziwnymi kamieniami. Gdyby wraz z Woodesem i Arethei pospieszyli się trochę, mogliby jeszcze co nieco oszczędzić dziewczynce, dziecku ledwie. Niestety świat bywał brutalny, zresztą dziewczęta w jej wieku często bywały już mężatkami. Lou współczuła jej bólu i upokorzenia, ale poza tym... Cóż. Mogło spotkać ją to samo w zasadzie wszędzie.

Przynajmniej szybko uporali się z dwoma pijanymi rozpustnikami. Znaleźli klucze, więc mogli wracać... Drakonia oczywiście rozpłynęła się w cieniu, kompletnie nie patrząc na nic poza czubkiem własnego nosa. Może to jednak też był jakiś sposób na życie. Cholera wie, jak tam diabelstwa funkcjonują. Już, już mieli wracać, gdy przylazła trójka następnych oprychów.

Gdyby w tej chwili Rannes i Woodes mogli czytać sobie w myślach, być może rozbawiłoby ich, jak zbieżnymi torami biegły. Przez chwilę Lou chciała zaproponować mężczyznom udanie się na stronę, ale wtedy Jack odezwał się, oszczędzając jej niepewnego finału całej sytuacji. Jakby dla podkreślenia jego słów, niedbale objęła go w pasie i uśmiechnęła się ujmująco do nowo przybyłych.
- Tak, mamy inne zajęcia. - mruknęła, mając nadzieję, że Woodes nie będzie jej miał za złe tego ruchu, a i że udało jej się zasłonić dziewczynę, tak by tamci nie zwrócili na nią uwagi.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 08-05-2013, 16:45   #103
 
RyldArgith's Avatar
 
Reputacja: 907 RyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwu
Pozostało tylko jej czekać z pozostałymi na wynik ekspedycji trójki śmiałków. Nie to żeby miała coś przeciwko, w końcu trzeba było wykonać jakiś krok. A ten, który wybrali, był dobry jak każdy inny. Tylko nosił za dużo niewiadomych, a tego nie lubiła.

Gdy tak sobie czekała, w towarzystwie reszty kompanii, poszerzonej o uwolnionego z celi krasnoluda, oraz jego towarzyszkę niedoli, zamyśliła się.



Przed oczyma miała teraz wyposażenie laboratorium miejscowego maga. Zwoje, księgi, różne wyliczenia, których nie mogła zrozumieć. I zawartość pewnej księgi. Była nawet ciekawa, a dodatkowego smaczku dodawał fakt napisania jej w języku podwspólnym, który miała dość dobrze opanowany. W końcu kontakty z Duergarami i Gnomami Głębinowymi musiały wymagać odpowiedniego języka. Zwłaszcza do poganiania ich do większej pracy w zagrodach dla Rothów.

Jej uwagę zwróciły golemy, porównała zapiski w ledwo znalezionej księdze, przyglądając się przy tym stojącym w pomieszczeniu golemom, zwłaszcza temu skończonemu. Podała księgę Gallanowi.

-Rzuć na to okiem- powiedziała do niego, sama podeszła bliżej wytworów nieznanego jej jeszcze maga.- Pomijając majaki szaleńca to intere... inter.. ciekawe znalezisko. Te istoty co tu są, jedna nieukończona. Ale myślę że można się dowiedzieć, nauczyć sporo.

Przyjrzała się golemom, ich kształtowi, runom na nich. Pokazała by Gallan podszedł.

- Z zapisków wynikać że one mieć problem z poruszaniem, a także z jakąś..- wzięła ponownie księgę i przeczytała.- G’nyazz. To pewnie runa, albo przedmiot. Ma dać życie im. Menetul. Tak się nazywać te istoty według maga. Co wiesz o golemach?

Uzyskawszy odpowiedź skinęła jedynie głową.


Skończywszy przemyślenia powróciła do teraźniejszości i spojrzała na Gallana, westchnąwszy przy tym. Po czym przeniosła wzrok na krasnoluda i jego towarzyszkę.

- Wiedzieć gdzie mniej więcej przetrzymywać twoja siostra?- spytała swoim łamanym wspólnym.

Oczekując na odpowiedz otworzyła torbę i sprawdziła jej zawartość. Nie wyglądało jednak by była zadowolona z przeprowadzonej właśnie inspekcji. Nawet lekko się skrzywiła przy tym.

Cytat:
Xendra przeszukuje z resztą pomieszczenie, po czym staje na straży, w miejscu gdzie będzie widzieć dobrze obóz
 

Ostatnio edytowane przez RyldArgith : 12-05-2013 o 20:36.
RyldArgith jest offline  
Stary 12-05-2013, 21:26   #104
 
Irrlicht's Avatar
 
Reputacja: 74 Irrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znany
Brand Gallan | Dorien Nitram | Joann de Seis | Olhivier Rendell | Xendra Nua’vill
Kufer, które jeszcze przed paroma chwilami otworzył Woodes, był teraz pusty. Jako że nie można było ustalić, jakie było prawdziwe przeznaczenie kamieni, te zostawiono na stole alchemicznym, obok alembików i pelikanów, a także tuzina innych trucizn.
Gallan, zaczepiony przez Xendrę, chętnie przyjrzał się temu, co mu pokazała. Co prawda nie mieli zbyt dużo czasu, ale jednak poza ponownym zejściem do podziemi, nie mieli zbyt dużo do roboty.
Co gorsza, pojawił się problem: Arethei, Woodes i Rannes nie pojawiali się, nie wiedzieć dlaczego. Zapewne coś ich zatrzymało, jednak co to było - zgromadzeni na dole nie wiedzieli ani, póki co, nie mogli tego dojść. Pozostawało tylko czekać, aż bohaterowie powrócą w chwale, uratowawszy bezbronną kobiecinę przed gwałtem. Czy kogokolwiek tam na górze gwałcili.
W tym samym czasie, Nitram wydawała się być w lekkim stuporze. Nie mogąc zrobić nic, co mogłoby pomóc reszcie drużyny, kapłanka, instynktownie, zanosiła modły do swojego boga, co tylko spotkało się z ironicznymi komentarzami ze strony de Seis. Zarówno szlachcianka, jak i krasnolud popisywali się wisielczym humorem, którego pozazdrościć mógłby niejeden. Całości, oczywiście, dodawały wrażenia zwłoki, które leżały pośrodku celi.
- Moja siostra jest przetrzymywana gdzieś na górze - odparła rzeczowo Joanna, zapytana przez Xendrę. - Rozdzielono nas, mnie jako ponoć więźnia politycznego, ją jako przyszłą nałożnicę. Mała. Ma zaledwie trzynaście wiosen. Włosy koloru słomy. Ha - parsknęła ironicznie. - Któż to wie, może jeszcze tej nocy jakiś prostak rozdziewiczył pannę, której cnota była warta paręnaście wiosek na zachód od Westgate.
W odpowiedzi na to, bard zagwizdał melodię i zaśpiewał:

Strzeżcie się, kapłany
Przyjdą na was
Nastoletnie kurtyzany...

- Och, zamknij się -
rzekła de Seis.
- Obawiam się, że Olhivier może mieć rację. Jeśli nie zdołamy jej odnaleźć dzisiaj, któż wie, jaki to los może ją czekać - odparła Dorien, przejęta. - Najgorsze jest to, że nie możemy zrobić nic. Musimy czekać...
Była to rzecz dziwna: Dorien wyglądała na o wiele bardziej przestraszoną, niż kiedy była tutaj Arethei, która zawsze z niejakim dystansem odnosiła się zarówno do jej boga, jak i jej samej, a i wreszcie która zazwyczaj jej matkowała.
- Dzięki - odrzekła de Seis.
- Kapłan zawsze pocieszy - odparł krasnolud, gwiżdżąc.
- Poczekajcie! - niemalże krzyknął Gallan. - Coś... Wydaje mi się, że rozumiem... Z tego, co napisał ten tutaj...
- Ach -
uśmiechnęła się sardonicznie de Seis. - Wybawienie.
- Mistrz Gallan, wtajemniczony w zawiłe arkana liter -
rzekł całkiem poważnie Rendell.
- Xendro? - rzekł do drowa niziołek, nieco urażony. - Czy pozwolisz na chwilę?
Jak się miało później okazać, mag w istocie zrozumiał z całej księgi nieco więcej.
- Otóż, widzisz, czarodziej spisał te notatki pewnym szyfrem, który udało mi się do pewnego stopnia złamać - wyrzekłszy to, Brand aż pokraśniał ze szczęścia. - Oczywiście, tylko jego fragment. Nie jestem pewien niektórych fragmentów, ale...
- Och, pospiesz się!
- syknęła zniecierpliwiona Dorien.
- No więc... Oczywiście, Menetul to golemy - rzekł Gallan, niezrażony Gallan. - Jednak te przedmioty... Wygląda na to, że po prostu czarodziej pisał pewne kawałki do zmyłki, jak gdyby chciał uniemożliwić osobom postronnym przeczytanie tej książki. O ile opisuje on tutaj jakieś arachnidy, wygląda na to, że pewne przedmioty o dostatecznej mocy zaklęcia potrafią ożywić nieorganiczną materię... Jeśli, oczywiście, uprzednio zaklęto także i konstrukty. Raz ożywiony, konstrukt słucha nie tego, kto rzucił zaklęcie, ale, w tym szczególnym wypadku, tego, kto włożył taki artefakt we wnętrze golema. W ten sposób, golem byłby zasilany artefaktem.
- Czy jesteś pewien, że to zadziała?
- rzekła Dorien. - Co w takim razie miało by na tyle potężnym artefaktem, by ożywić golema?
- Nie jestem pewien... Co o tym sądzisz?
- zakłopotał się Gallan.
De Seis westchnęła. Krasnolud gwizdnął.


Jack Woodes | Lou Rannes
- Manfred? - rzekł Woodes. - Widziałem go ostatnio przy karawanie. Ale nie interesowałem się nim zbytnio. Mam inne zajęcia
- Tak, mamy inne zajęcia. -
dodała Rannes.
Ten duży, który miał całkiem spore mięśnie, patrzył na nich, jakby przemówili w obcym języku. Spojrzał po swoich towarzyszach, a później zachwiał się. I upadł.
- Ha! - zarechotał jego towarzysz, chwilowo ignorując stojącą przed nimi dwójkę. - Całkiem go zamroczyło. Jak gdyby nie był dość tępy.
Łowca niewolników zaśmiał się jeszcze raz.
- Chodźmy wreszcie
- rzekł ten drugi, do karła, który nie spuszczał wzroku z Rannes i Woodesa. - Później wejdziemy na wartę. Znam jednego, co nas później zastąpi.
Tymczasem, karzeł potarł brodę.
- Nie znam ich - rzekł wreszcie, świdrując wzrokiem dwóch podróżników. - A znam cały obóz.
- Nie przypominasz sobie -
wtrącił się tamten - boś pijany. Jak my wszyscy.
Tymczasem wielki strażnik, który dotychczas siedział rozkraczony na ziemi, pochylił się i uklęknął, a kiedy nawet i to okazało się za trudne, podparł się rękoma. I zaczął wymiotować. Dość głośno.
- Na bogów - wywrócił oczyma w stronę niebios najemnik. - Przysięgam, ostatni raz wziąłeś do ust wino.
- Dobre było...
- po czym struga rzygowin wylała się z ust pijanego strażnika z wartkością Styksu.
Karzeł tymczasem, w pijackiej zaciętości, obserwował człowieka i elfa, jak gdyby tylko chwila nieuwagi miała sprawić, że tych dwoje rozpłynie się w powietrzu niczym gusła rzucone przez niewprawnego maga.
- Dveyer - drugi łowca niewolników zwrócił się do nachmurzonego karła. - Musimy coś zrobić. Jeśli nie stawimy się na wartę na czas, każą nas wychłostać.
Karzeł nazwany Dveyerem ani drgnął.
- Na bogów - powtórzył tamten. - O nich ci chodzi?
- Ano o nich -
serdelkowate palce karła powędrowały w stronę przewiązanego u pasa rzemieniem sztyletu. - Dobrze znam cały obóz, panie Narimas. I nie wygadujcie mi tutaj bzdur, że jacyś nowi zakontraktowani są. Bo wiem, kiedy ludzie Manfreda przychodzą po nowych. Znam rozkłady karawan...
- Dveyer -
odparł tamten, a w jego głosie pobrzmiewały ślady gniewu. - Znasz zasady. Nie wtrącamy się do polityki. A jeśli jesteś zainteresowany - machnął ręką w stronę Rannes - to przecież też wiemy, jak jest. Można poużywać, byleby nie uszkodzić.
Po chwili, karzeł wybuchnął.
- A coście się tak uwzięli, co!? - krzyknął. - Zostawmy głupca tutaj, niech zaśnie. Jeśli o mnie chodzi, to mogą go nawet skrócić o głowę, bo i tak tylko przynosi kłopoty. Ale niech mnie piorun trzaśnie, jeśli będą mnie mieli powiesić za to, bom przepuścił obcych do obozu. A!
- Ale...

Już nigdy nie mieli dowiedzieć się, co miał powiedzieć łowca niewolników, który był pochylony nad swoim wymiotującym przyjacielem. Kiedy tylko miała wybuchnąć sprzeczka, przez którą cały obóz powstałby na równe nogi, usłyszeli głos.
- Hejże! Dveyer!
Rannes zauważyła, że na te słowa, zarówno jak i karzeł, jak i kłócący się z nim łowca natychmiast zaniechali dalszej sprzeczki. Nawet wielkolud rzygał jakoś oszczędniej.
- M... M-Manfred? - zapytał karzeł.
Ubrany bogato i uzbrojony mężczyzna stał przed pozostałą piątką - Rannes, Woodesem i trzema łowcami niewolników. Jednak to, co mogło zaniepokoić dwóch podróżników, to fakt, że wzrok mężczyzny, w którym odbijały się światła pochodni, był chłodny i absolutnie trzeźwy.


- Panie Dveyer - rzekł wolno - cóż to za rozboje w środku nocy?
Dveyer nie powiedział nic.
- Milczycie, panie Dveyer. To dobrze. Pojmuję to jako znak rozumu, który powraca do waszej głowy. Nieczęsto tam gości.

Wielkolud skończył wymiotować. Ten nad nim pochylony spoglądał ze strachem, to na człowieka, który nazywał siebie Manfredem, to na dwóch podróżników, to wreszcie na karła, który ze złości przygryzał wargi do krwi.
- Poczytuję sobie za wielki zaszczyt, że jestem osobą, która przywraca panu rozum, panie Dveyer. Co do tych dwojga...
Manfred spojrzał na Woodesa i Rannes
- Mam dla nich pracę. Oczywiście, nie będzie problemów? Panie Woodes? I, jeśli tylko znałbym imię zacnej pani u twego boku?
Pytanie człowieka zawisło w powietrzu, a jedyne, co przerwało chwilową ciszę, jaka później nastąpiła, było ciche łkanie dziewczynki, która uczepiła się boku Lou.


Drakonia Arethei

Ognie pochodni zawieszone na zbrojnych wieżach wartowniczych lśniły z daleka, kiedy czarnowłosa dziewczyna cicho jak skrzydła nietoperza przemierzała obóz. Poruszanie się w nocy nie sprawiało jej żadnej trudności. Jako że większość obozu składała się głównie z ludzi, których większa część leżała pijana w sztok. Choć obóz sprawiał spore wrażenie z zewnątrz z powodu murów, które go strzegły, to będąc tutaj miało się wrażenie, jakby trafiło się w środek nieustającego jarmarku lub festynu ku czci jakiegoś boga. Ludzie - miało się wrażenie - zmęczyli się sami sobą i tylko jeszcze niektórzy z nich siedzieli, zasłuchani w trzask wielu ognisk i szum wiatru. W gruncie rzeczy, obóz niewolników nie wyglądał jak obóz niewolników. Zapewne nastroje rozluźniły się, kiedy tylko upewniono się, że ponad setka ludzi w podziemiach jest zamknięta na klucz.
Obóz łowców niewolników nie był garnozonem wojennym, a od prostych oprychów trudno było żądać karnego podążania za rozkazami.
Diablica zdążyła zabić już dwóch ludzi. Jednego nieprzytomnego ze snu, drugą - kobietę, która spała w jego objęciach. Kobieta byłaby krzyknęła, kiedy Drakonia z niedowierzaniem okradała ją ze szczególnie rzadkiego klejnotu, który rzadko spotykano w tych stronach. Mężczyznę zabiła przy okazji; kiedy tylko wyciągnęła ostrze sztyletu z krtani krztuszącej się własną krwią kobiety, mężczyzna zaczął się także budzić. Klejnot był warty i kradzieży, i morderstwa.
Jednak zanim w ogóle miała zacząć planować powrót do reszty drużyny, potrzebowała czegoś, co mogła zrozumieć - nie ksiąg wypełnionych po brzegi inkantacjami i rysunkami sigili sił, których nawet nie mogła wymówić, ale bardzo, bardzo konkretnych informacji. Nie dała po sobie tego poznać, jednak od czasu, kiedy tylko zobaczyła pieczęć kręgu ośmiu sztyletów, prawie wpadła w panikę, Omal z wrzaskiem nie uciekła z ruin zamczyska. Miała nadzieję, że już nie będzie go musiała go oglądać. A jednak, gdziekolwiek by się nie zwróciła, Bractwo zawsze tam było. Wydawało się być wszechobecne.
Jedyne tylko, czego diablica nie potrafiła zrozumieć, to dlaczego Bractwo zaczęło posługiwać się łowcami niewolników - po co, dlaczego - tego nie było wiadomo.
Namiot przywódcy wyróżniał się. Jak zwykle zresztą. Był większy i zapewne przez większość nocy był bardziej oświetlony, jednak teraz, poza pochodnią płonącą u jego wejścia, w namiocie panowały ciemności. Jedynym problemem pozostawała dwójka rosłych oprychów, którzy zagradzali jej przejście.
Obszedłszy namiot, zauważyła, że pewna jego część nieco luźniej była przypięta do ziemi. Wykorzystawszy tą sposobność, wyciągnęła sztylet i rozorała namiot, najciszej jak tylko potrafiła, a kiedy skończyła, wczołgała się do środka.
Wnętrze namiotu było mroczne, jednak nie tak mroczne dla jej infrawizji. Wokół leżało pełno broni, opróżnionych skór, w których zapewne było wino, a także i papierzysk. Na barłogu leżał dość dobrze zbudowany mężczyzna, zapewne ów straszliwy półork, o którym opowiadał z przejęciem Wyrm. Obok niego, trzy nagie kobiety. Kobiety nie spały. Półork - tak.
Drakonia przejrzała notki, jednak nie znalazła nic, poza być może wieściami przekazywanymi między sobą przez łowców niewolników, zestawieniami, kogo złapano. To zastanowiło diablicę. Żaden z łowców niewolników, którego znała, nie kłopotał się, by ustalać tożsamości niewolników.
Poza tym, nie było tutaj nic, co mogłoby się jej przydać. Tak myślała, dopóki jej oczy nie spoczęły na żelaznym kufrze opatrzonym sporym zamkiem. Kufer jak kufer - można było go rozbić, jednak rumoru zamierzała uniknąć. Jednak po paru próbach otworzenia zamku wytrychem, wiedziała, że będzie potrzebować klucza.
- Gdzie jest klucz? - zapytała szeptem najbliższą z dziewczyn, które ciekawie patrzyły na diablicę.
Zalękniona dziewczynka, która nie była zbyt wiele starsza od siostry de Seis, wskazała drżącą dłonią rękę potężnego mężczyzny, która zacisnęła się na naszyjniku z kluczem. Choć Arethei była złodziejem z zawodu, to wyrwanie klucza z ręki półorka nie było czymś, na co chciała się porwać. Szczególnie w środku obozu łowców niewolników.
Diablica przysiadła, nagle pokonana, bez żadnego pomysłu.
Siedziała tak przez dłuższy czas.
Nagle, wpadl jej do głowy bardzo, bardzo zabawny pomysł.


 
Irrlicht jest offline  
Stary 15-05-2013, 12:15   #105
 
sheryane's Avatar
 
Reputacja: 789 sheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwu
Jack Woodes | Lou Rannes | Manfred Goeti
Po chwili konsternacji Lou musiała przyznać, że jest zadowolona z faktu, iż niejaki Manfred znał Jacka. Zwłaszcza ucieszył ją fakt, że mężczyzna nie rzucił się na nich z miejsca i w zasadzie pomógł im nieco, zwracając się do Woodesa po nazwisku. Póki więc było to im na rękę, trzeba było korzystać z chwilowo dobrej passy. Rannes dygnęła grzecznie, gdy wspomniano o niej.
- Lou Rannes - przedstawił ją Jack. - Moja narzeczona - dodał bez mrugnięcia powieką.
Uśmiechnęła się nieśmiało na potwierdzenie jego słów, kontynuując grę, którą niejako sama zaczęła. Była na tyle zaskoczona, że poszedł w tę stronę, że wolała przez chwilę się nie odzywać, by nie zburzyć tego misternego i, jakże spontanicznego, planu.
Jack ucieszył się, ze dziewczyna nie wyskoczyła z jakiś stwierdzeniem, burzącym stworzoną przez niego wizję.
- Świetnie, świetnie - rzekl Manfred Goeti. - Pozwólcie, że zaprowadzę was do swojego namiotu. To niedaleko stąd.
To, co mogło zastanowić w zachowaniu i postawie Manfreda to fakt, że zupełnie nie nosił się jak cała reszta oprychów, którą do tej pory spotkali w obozowisku. Szaty Manfreda były kosztowne i zadbane, a jego włosy, choć długie, nie były ani brudne, ani spocone, co było normą w obozowisku.

- Masz szczęście, Woodes - rzekł. - Gdybyś pojawił się tutaj w inny dzień albo spotkał kogoś innego, to skończyłbyś tam.
Po czym wskazał ręką na opuszczoną wieżę, pozostałość po zamku, który tutaj jeszcze był. Z murów wieży wystawały pale, na których coś wisiało; z łuny ognisk i pochodni, Jack i Lou mogli odróżnić kształty trzech wisielców.
Blondwłosa dziewczynka przytuliła się mocniej do Lou, jak gdyby ten widok miał przynieść jej własną śmierć.
- Nieczęsto widzę dawnych znajomych - rzekł najemnik, jakby do siebie. - Większość już nie żyje.
- Większość moich ma się całkiem dobrze - odparł Jack. - Ale wspólnych mało mieliśmy. W czym możemy ci pomóc - zmienił temat - i co zrobili tamci? - spytał.
Lou szła blisko Woodesa i przysłuchiwała się rozmowie mężczyzn. Czy Manfred faktycznie nie podejrzewał, że mogą być tu nieproszonymi gośćmi? Zastanawiała się nad tym, ale z zamyślenia wyrwało ją poruszenie się dziewczyny u boku. Rannes odruchowo pogładziła ją po włosach uspokajającym gestem.
- Tamci? - powiedział Manfred. - Ach. Istnieje ścisły zakaz obcych w obozie. Ludzie z zewnątrz są tylko wprowadzani przez przywódcę. Przyprowadziłeś ze sobą kogokolwiek, choćby rodzonego syna, to oboje idziecie wisieć. Niektórym, oczywiście, to wszystko jedno. Mało znajdziesz tutaj ludzi, którzy stworzyliby choćby przyzwoitą kompanię do picia piwa. Jednak zakaz sprawił, że niektórzy węszą podstęp. Ot, chcesz się pozbyć kogoś, wepchniesz komuś do namiotu dziewczynę ze wsi, a rankiem narobisz hałasu. To dlatego Dveyer, jak sądzę, tak się przestraszył.
Goeti szedł przez jakiś czas, a po chwili przeszli w nieco bardziej uczęszczaną część obozowiska. Stało tutaj więcej straży, jednak nikt nie zaczepiał ani Manfreda, ani dwóch podróżników.
- Na szczęście, to nie obowiązuje mnie. Jestem tutaj jakby... Kimś wyjątkowym - Goeti uśmiechnął się.

Wnętrze namiotu było ciepłe i przytulne; była to miła odmiana od zaduchu śmierdzącego lochu i raczej zimnego powietrza nocy. Na środku znajdował się rzezany stół, a wokół skrzynie różnych rozmiarów; Rannes dostrzegła, że w niektórych znajdowało się jedzenie, jednak całkiem spora ich część była wypełniona drogimi ubraniami i kosztownościami. Choć wnętrze było raczej skromne, to znajdowało się tutaj prawdziwe łóżko, na którym spał pewien chłopiec; zapewne jeszcze jeden z niewolników lub osobisty sługa Goetiego.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”

Ostatnio edytowane przez sheryane : 16-05-2013 o 08:15.
sheryane jest offline  
Stary 15-05-2013, 12:20   #106
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 90005 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Manfred rozpalił lampę olejową i usiadł na fotelu u szczytu stołu. Ze skrzyni wyciągnął trzy kielichy. Nalał sobie, a butelkę i dwa pozostałe kielichy podał w stronę dwóch wojowników.
- Zapytam krótko - rzekł władczo - jeszcze tej nocy potrzebuję zabić pewnego człowieka i odzyskać pewien przedmiot, który mi ukradł. Wyglądasz, jakbyś sporo przeszedł, Jack, a twoja dama serca nie wygląda na taką, której obce są bitwy.
Manfred milczał chwilę
- Zważ i doceń, że pamiętam kumpli ze wsi. Większość tych hołyszów wydałoby cię za plaster sera. Jednak ja jestem człowiekiem rozumiejącym.
Uśmiech łowcy niewolników rozkwitł na jego ustach niczym czerwieniejąca rana.
- Kto i co? - spytał krótko Jack.
Zlecenie nie podobało mu się za grosz, ale przyjęcie go nie oznaczało jeszcze konieczności wykonania go do końca. Zawsze można było spróbować ulotnić się w połowie jego realizacji.
- Proste zadanie, prawda? - ciągnął zadowolony z siebie najemnik. - Potrzebuję zabić pewnego człowieka, który ukradł mi pewną kosztowność. Rozpoznacie ją natychmiast. Będzie bronił ją jak własnego życia. Sama kosztowność... No cóż, to naprawdę nic ważnego i co mogłoby was interesować, jak sądzę. To po prostu kawałek metalu. Klucz, jeśli miałbym być bardziej konkretny.
Manfred podparł głowę dłońmi.
- Człowiek ten zbiegł w podziemia zamku, jednak nie uciekł daleko.
- Skąd wiesz, że daleko nie uciekł? Jak się zwie i jak wygląda? - spytał Jack. - Wolałbym nie mordować każdego napotkanego człowieka. No i jak wygląda ten klucz, bo chyba nie chcesz, żebyśmy ci przynieśli kilo jakiegoś żelastwa.
- Klucz wygląda niezwykle - odparł Manfred. - Rozpoznacie go natychmiast, kiedy tylko go znajdziecie między jego rzeczami. Naprawdę, nie sposób go przeoczyć. Po drugie, cóż, sam człowiek jest dosyć łatwo rozpoznawalny. Ubiera się jak szmaciarz, ale dla pewności: możesz go rozpoznać po tym, że część jego prawego ucha... No, wiesz. Brakuje. Ach, i po trzecie: miejsce to ślepy zaułek w podziemiach zamkowych. Prawie, jak sądzę. Wejście do kompleksu znajduje się niedaleko miejsca, gdzie się spotkaliśmy. Drzwi są ozdobione portalem z kamienną czaszką; później są schody, które prowadzą na dół.
Tutaj Manfred zrobił przerwę.
- Hmm. Cała rzecz może wam zająć nieco, jednak wątpię, żeby człowiek uciekł. Jedyne wyjście z tamtego zaułka prowadzi do Podmroku. A wierz mi, przyjacielu, nikt z żywych lub ze zdrowych na umyśle nie ma ochoty schodzić do Krain Podmroku.
Jack spojrzał na niego z namysłem, potem przeniósł wzrok na swoją “narzeczoną”.
- Co ty na to, kochanie? Bierzemy tę robótkę?
Elfka odgarnęła kosmyk włosów za ucho i uśmiechnęła się lekko.
- Oczywiście. Poza samym znalezieniem tego człowieka nie powinniśmy razem mieć z tym większego problemu. - Wskazała ruchem głowy na towarzyszącą im dziewczynę. - Czy możemy ją gdzieś tu zostawić? Na widoku i wśród ludzi? Chyba przeszła już dość jak na jeden wieczór... A nie wypada zabierać jej w podziemia. - wzruszyła lekko ramionami.
Pozostawienie małej równało się niemożności uratowania jej, ale w tak dynamicznie zmieniających się warunkach trzeba było szybko przewartościowywać swoje hierarchie.
- Jakieś zapasy by nam się zdały - dodał Jack. - Wiesz... jedzenie, woda, pochodnie i takie tam.
- A, jeszcze jedno... - mówił dalej. - Może byśmy jednak wzięli ją ze sobą? Bo pomyślcie... Czy jeśli zobaczysz kogoś, kto idzie z dzieckiem, to czy pomyślisz, że to właśnie oni cię ścigają? Że chcą cię złapać?
Lou szczerze ucieszyła ta propozycja.
- Między innymi za to cię kocham. To bardzo dobry pomysł. - stwierdziła z entuzjazmem, po czym zwróciła się do małej. - Pójdziesz z nami? - pogłaskała ją ponownie.
- Weźcie ją ze sobą, jeśli musicie - wtrącił się Manfred, zanim dziewczynka zdążyła przemówić. - Potraktujcie to jako zaliczkę ode mnie. Jeśli chcecie, będziecie mogli ją sprzedać w dokach Westgate lub puścić wolno.
Dziewczynka wydawała się być przerażona myślą, że ktoś mógłby ją sprzedać, jednak natychmiast zgodziła się, by pójść z nimi.
Manfred, po chwili zastanowienia, dodał:
- Nie jestem głupcem, Woodes. Wiem, że cała sytuacja może ci się nie podobać, jednak chwilowo jesteś jedynym, który nadarzył mi się na wykonanie tego zadania. Zaiste, zupełnie, jakby to sami bogowie cię mi przysłali, kogoś, kto może wykonać tę robotę szybko i po cichu. Jednak pozwól, że pomogę nieco losowi: jeśli w godzinę i pół nie wrócisz z podziemi, wyślę za tobą pogoń.
- Jeśli będziemy musieli wejść do Podmroku - powiedział Jack - to zostawimy wiadomość. Ale mam nadzieję, że nas ominie ta przyjemność. Słyszałem o przyjemniejszych miejscach na wycieczkę.
Manfred potarł brodę w zamyśleniu.
- Nie - odparł w końcu. - Człowiek, którego ścigacie, jest przerażony samą myślą o wejściu do Ziemi Podmroku. Jednak, jeśli dacie radę, potraktuję to jako dużą... Bardzo dużą przysługę.
Goeti pociągnął łyk wina z kielicha.
- Pozwólcie, że odprowadzę was.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 17-05-2013, 17:13   #107
 
RyldArgith's Avatar
 
Reputacja: 907 RyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwu
Xendra obróciła głową w stronę Gallana, gdy ten zwrócił się do niej po imieniu.

- Xas?- poczekała aż zrelacjonuje jej czego się dowiedział po pobieżnych w sumie badaniach nad księgą. Gdy skończył potaknęła lekko i wróciła do obserwacji wyjścia na obóz. Chwilę tak trwała, zamyślona. - Długo oni nie wracać. Nie podobać mi się to.- to powiedziawszy obróciła się do pozostałych i położyła palec na księdze, którą miał Gallan.- Jeśli masz rację, to wszystko może być tym artefakt. Chociaż powinno się móc wyczuć jakąś aurę magiczną. Powinno. Chociaż nie musi. Zwykły rubin może posłużyć za magazyn takiej energii, albo też.. – popukała się delikatnie po brodzie.
Wróciła na poprzednie stanowisko, wpatrując się w obozowisko.
 

Ostatnio edytowane przez RyldArgith : 19-05-2013 o 20:51.
RyldArgith jest offline  
Stary 20-05-2013, 09:27   #108
 
Irrlicht's Avatar
 
Reputacja: 74 Irrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znany
Drakonia Arethei
Pozostało tylko ukraść klucz ze skrzyni, pomyślała ponuro Arethei. Ha. pomyślała, wydobywając sztylet z pochwy. Chciałabym powiedzieć, że mi go szkoda. Ale w gruncie rzeczy, jest tylko kolejnym trupem na mojej drodze.
Mężczyzna poruszył się, a Drakonia szybko schowała sztylet pod barłóg, który został złożony z dziesiątek małych poduszek, zrabowanych zapewne podczas łupieżczych rejz. Choć ten tutaj wyglądał na postawnego, nie spodziewała się, że będzie tak wyczulony na dźwięki dochodzące z namiotu. W każdym razie, nie spodziewała się tego, wnioskując po liczbie niewolnic, które były w jego namiocie; zaiste, pomyślała Arethei, głupiec miał dość zajęć zarówno przez dzień, jak i noc.
Drakonia usłyszała kiedyś o barbarzyńcach pochodzacych z Rashemenu, ludziach, którzy podobno spali z jednym okiem otwartym; ludziach, którzy mogli wyczuwać zbliżające się niebezpieczeństwo, nawet we śnie.
Oczywiście, diablica nie wierzyła w te bajki, nawet, kiedy przypominały się jej w najbardziej nieodpowiedniej z chwil.
Co gorsza, wyglądało na to, że mężczyzna budził się, być może to z Drakonii, lub, co było bardziej prawdopodobne, z winy kobiet, które poruszały się niespokojnie od czasu wejścia diabelstwa do namiotu.
Diablica myślała szybko; w bezpośrednim starciu nie miała żadnych szans, nie mówiąc już o osobistym haremie przywódcy łowców niewolników, które z jakiegoś powodu wyglądały, jakby miały się jej rzucić do gardła. Pozostało uciekać.
Albo coś jeszcze.
Mężczyzna odkaszlnął.
- Glen? - zapytał niepewnie. - To ty?
I wtedy zrozumiał, że ucieczka nie ma żadnego sensu.
- Panie - powiedziała, modulując swój głos na nieco wyższy, niż zazwyczaj używała. - Przysłano mnie tutaj do ciebie - po czym uśmiechnęła się, czując na swoim karku nienawistne wzroki kobiet zgromadzonych wokół.
- Diabelstwo? - mruknął, nadal zamroczony snem, z którego został wyrwany. - Hmm... Manfred nigdy nie przysyłał mi takich... Hmm...
- Do twoich usług, panie
- Drakonia uśmiechnęła się szeroko, odsłaniając długie kły.
- Niech będzie - odparł zmęczonym głosem. - Ludzkie kobiety są takie nudne...
Po czym odwiązał skórzany pancerz diablicy, która przyglądała się wszystkiemu z rozbawioną ekscytacją. Oznaczało to, że jej ukuty na poczekaniu plan działał.
- Lampa - warknął, a w ciemności natychmiast powstał ruch; po chwili podano mu lampę olejową, którą przyjął z niechętnym westchnieniem.
Światło lampy odsłoniło sylwetkę diablicy, jej czarne niczym krucze skrzydła włosy, óre spływały na blade ramiona i na jej kształtne piersi, a także na gibkie ciało. Z palców wyrastały krótkie szpony, zaś ogon wił się obok jej ud.
- Podobam ci się, panie? - zapytała.
- Wszystkie mi się podobacie - odparł, pochylając głowę.
Drakonia zaśmiała się. Głośno i szczerze.


Jack Woodes | Lou Rannes | Manfred Goeti
Zanim wyszli z namiotu, Manfred Goeti gwizdnął, a z mroku wyłonił się brzydki i garbaty mężczyzna, któremu najemnik wyrzekł parę szybkich rozkazów. Garbus zniknął w ciemności po raz kolejny, tylko po to, by pojawić się z dwoma rosłymi drabami, którzy byli uzbrojeni w pokaźne lagi i całkiem niezłej jakości miecze, a także wyposażeni w pancerze, które wyglądały niezgorzej. Woodes ocenił, że pomimo faktu, że znał się na walce nie gorzej, niż Rannes, to mógłby mieć problem z walką z jednym z nich. Nie powiedzieli nic; podążali za Manfredem, który także zamilkł na ten moment.
Wróciwszy do miejsca z którego wyszli, Goeti skinął, a jeden z najemników otworzył kratę do podziemi. Gdziekolwiek podziała się trójka pijanych najemników, których widzieli wcześniej, nie było wiadomo. Dveyer, a także olbrzym i przerażony trzeci człowiek zapewne odeszli, zajęci swoimi sprawami.
- Chodźmy - rzekł Goeti.
Zeszli w dół, tylko po to, by skręcić natychmiast w prawo. W istocie, w tej części korytarza znajdowały się drzwi z portalem, nad którym znajdowała się kamienna czaszka. Były one jednak do tej pory zamknięte. Goeti wydobył zza pazuchy klucz i przekręcił dwa razy, włożywszy go uprzednio do dziurki. Otworzył je, a w twarze podróżników wionął strumień zimnego powietrza dobywający się z podziemi. Ich oczom ukazał się kolejny korytarz, wyraźnie bardziej zaniedbany i o wiele bardziej zapomniany, pokryty kurzem i pajęczynami.
- Pokażą wam drogę - rzekł wreszcie Manfred, wskazując brodą na dwóch postawnych najemników. - A jeśli trzeba będzie, to i po czerepie będą mogli dać.
Po czym przybliżył się do Woodesa i zniżył głos:
- Jeśli się sprawicie, odejdziecie wolno, a i nie poskąpię wam złota. Jeśli będziecie chcieli, możecie zostać. Póki trwa handel, dla najemników zawsze znajdzie się miejsce.
Po czym odstąpił od niego i skłonił się w stronę Rannes.
- Pani - rzekł - ufam, że twój kochanek zaopiekuje się tobą należycie - uśmiechnął się. - Pamiętajcie o czasie. I o tym, że upływa. Będę czekał tutaj, kiedy przyjdzie. I mam nadzieję, że zjawicie się z głową tego sukinsyna.
Najemnicy skinęli, aby reszta weszła do korytarza, a Manfred zamknął drzwi za nimi.
Światło pochodni rozświetliło zimne ściany.



[MEDIA]https://sites.google.com/site/lmetacube/God%20of%20War%20II%20OST%3A%20Atlas.mp3[/MEDIA]

Ścieżka wiodła w dół.
Z początku, korytarz niewiele się różnił budową od tych, które zastali tam, na górze. Mijali puste cele z wyłamanymi kratami, pogrążone w mroku. Rannes zauważyła, że niektóre z cel po prostu się zawaliły, i tylko gruz można było widzieć za przerdzewiałymi kratami. Czasami - co mogłoby wzbudzić niepokój u niektórych - były po prostu otworami w przepaść, sztolniami, które zapewne zawaliły się z biegiem czasu.
Niektóre z tych cel były całkiem niezłymi kryjówkami, gdzie można było pozostać niezauważonym, jako że rumowisko skutecznie odwracało uwagę.
- Czym... Czym jest to miejsce? - zapytała niepewnie mała.
Co do tożsamości blond włosej dziewczynki, ustalili, że nazywa się Katrine de Seis i jest siostrą niejakiej Joann, sama pochodząc ze szlacheckiego rodu, który miał swoją posiadłość w Westgate. Nie mogli jednak dojść do tego, jak się stało, że dwie córki całkiem poteżnej familii znalazły się w lochach łowców niewolników, jako że dziewczynka zaczynała łkać na samo wspomnienie o jej porwaniu. Nie, żeby teraz miało to jakieś znaczenie. Ostatecznie, perspektywa zabłądzenia w tunelach starego zamku wydawała ujmować znaczenia jakiemukolwiek rodowodowi.
Pomimo tego, ich przewodnicy wydawali się wiedzieć, dokąd idą. Jeden z nich, zapytany przez Katrine, dokąd wiodą odnogi - a był to ten rozmowniejszy, o ile można nazwać rozmownym zbira milczącego przez większość czasu - odparł, że są to tylko ślepe zaułki, prowadzące do rozpadlin lub małych grot. Zapewne, kiedyś była tutaj kopalnia, jednak nikt nie dowiedział się ani zbytnio nie miał ochoty się dowiadywać, co tutaj wydobywano. W najlepszym wypadku, jeśli się wpadło, to można było znaleźć drogę do jakiegoś głównego traktu w Podmroku.
Niektóre z wiedzy lepiej było zostawić w spokoju.
Tymczasem, murowane ściany skończyły się, by ustąpić miejsca prostym stemplom. Niedługo jednak tak szli, bowiem natrafili na przepaść, schody, które były wyrzezane w nagiej skale, spiralnie wiły się w dół pokaźnej sztolni.
To, co zwróciło uwagę podróżników, to konstrukcja znajdująca się zaraz przy wyjściu. Znajdował się tutaj spory sznur, którego końca nie mogli dojrzeć, natomiast nie tak znowu zużyte koła zębate ukryte w żelaznej klatce i wielki kołowrót, który zwijał sznur, kazały przypuszczać, że był to wyciąg, który prowadził na dół. Wielka, żelazna klatka kołysała się wolno, poruszana podziemnym wiatrem, skrzypiąc. Zauważyli, że w środku klatki znajdowała się dźwignia, która zapewne kontrolowała wyciąg. Jednak nikt jakoś nie miał ochoty się przekonać, czy ta perełka inżynierii w istocie jeszcze działała.
Wyglądało na to, że także i ta część była kiedyś używana jako karcer; podróżnicy zauważyli, że w niektórych fragmentach opuszczonej sztolni znajdowały się otwory, do których były przymocowane belki - większość z nich była zbutwiała, a niektóre z nich złamane, jednak wciąż jeszcze znajdowały się takie, z których zwisały żelazne klatki, niektóre jeszcze z zawartością.
- Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli używać tego żelastwa - rzekł jeden z najemników. - Nasza droga prowadzi przez most.
Most wydawał się być jeszcze mniej pocieszający, zważając na stan wszystkiego, co znajdowało się wokół. Była to żelazna struktura, której czasy świetności zdawały się przeminąć już stulecia temu. Na szczęście, choć większość z desek wyglądała na zbutwiałe, to tylko niektóre były złamane.
To, co było problemem, był fakt, że most kończył się w połowie. Po prostu. Jedna jego połowa, zbutwiała i chybotliwa, pozostała, jednak druga zapewne zwaliła się w czeluść na dole.
- Kurwa - zaklął jeden z najemników. - Manfred nic nie mówił o zawalonym moście.
Drugi odwrócił się do niego, nie rozumiejąc.
- Jak to?

Jednak konwersacja urwała się, kiedy pierwszy z najemników otwierał usta do riposty. Usłyszeli wrzask. A potem nerwowy śmiech.
- Szukacie klucza, psie syny!?
Spojrzeli. Na szczycie rusztowania mostu siedział człowiek. Być może, “siedział” było złym sformułowaniem: człowiek trzymał się konstrukcji przydługimi palcami, zakończonymi czarnymi pazurami. Ponadto, człowiek - co, oczywiście, stawiało pod znakiem zapytania, czy w ogóle był człowiekiem - miał długi, śliski ogon, który nieodparcie przypominał te szczurze. Ubrany był w szarawą, brudną szmatę, która ledwie okrywała jego blade ciało.
- Nie znajdziecie go - zaśmiał się cienkim, piskliwym głosem. - Już go ukryłem. Manfred nie ma do mnie nic. Mogę się ukrywać w tych lochach przez całe lata. Przez dziesięciolecia. Możecie sobie szukać i szukać... A jeśli nawet, to przecież Podmrok nie jest taki zły, prawda?
Kolejna salwa śmiechu.
- To on - rzekł jeden z najemników, wyciągając zza pasa kuszę. - Ponoć nazywa się Arvelus.
- Nie! -
krzyknął tamten. - Nie pozwolę wam na to!
Jednak najemnik był szybszy. Bełt wyleciał z kuszy i zagłębił się w ciało. Usłyszeli krzyk bólu, który przeszedł w naładowane złością dyszenie.
- Dalej, moje piękne! Zabijcie intruzów!
Drugi najemnik także wypuścił bełt z kuszy, jednak chybił. Zaklął.
W tym samym czasie, Arvelus zniknął z pola widzenia. I wtedy usłyszeli.
Tupot łap i piski czarnych stworzeń, które natychmiast zaczęły wychodzić z otworów w skalnej ścianie, wszystkie pokryte czarnym futrem, mokre i śmierdzące. Podróżnicy natychmiast zdali sobie sprawę z tego, że nie były to zwykłe szczury, jako że niektóre z nich były prawie tak duże, jak małe psy.
Co gorsza, nie było ich parę, paręnaście czy nawet parędziesiąt. Czarna fala z zastraszającą szybkością zagrodziła przejście, z którego przyszli. Zbliżała się do nich.




Brand Gallan | Dorien Nitram | Joann de Seis | Olhivier Rendell | Xendra Nua’vill
- Czy ktokolwiek - rzekł opryskliwie krasnolud - raczy wreszcie zająć się tym cholernym golemem?
Gallan, zamiast najeżyć się tak, jak zwykle, zamyślił się. Po chwili, wzruszył ramionami.
- Skoro to może być jakikolwiek artefakt magiczny o dowolnej mocy, to czemu nie mielibyśmy spróbować czegokolwiek?
- Na przykład?
- zapytała Nitram.
- Amm... - Gallan wydał z siebie dźwięk. - Na przykład...
- A te świecidełka?
- zapytał krasnolud.
Wzrok wszystkich padł wydobyte z otwartej przez nieobecnego tutaj Woodesa kamienie, które skrzyły się mocą.
- Czy to bezpieczne? - Dorien zważyła jeden z nich, skrzący się czerwonym kolorem, który był ciepły w ręce.
- Dziwna rzecz, że pytasz o bezpieczeństwo, kapłanko - Rendell pogładził się po swojej długiej brodzie. - Niepewna to rzecz w naszych czasach. Prawie tak pewna, jak cnota dziewicy w środku obozu pełnego mężczyzn.
- Nie miałam na myśli...
- syknęła Dorien, po czym spłoniła się.
- Na co czekamy, czarodzieju? - zapytała de Seis. - Moja siostra czeka.
Czarodziej wzruszył ramionami i odebrał z rąk Dorien kamień.
Niziołek podszedł do golema i na palcach, drżącymi rękami włożył do środka kamień, który natychmiast zaiskrzył.
Nic się nie stało. Niziołek westchnął żałośnie.
- Mamy jeszcze jakieś dobre pomysły?
I w tym momencie, usta golema otworzyły się, a z wnętrza kamiennych ust wydobył się głęboki głos.
- Pomysły? Wybacz mi, magu. Podobno niewiele wymaga się od rodu Menethul.


Joann dopiero po paru chwilach zorientowała się, że ma otwarte usta. Gallan stał przed ponad dwumetrowym golemem, osłupiały. Zdawało się, że Nitram drżała. Krasnolud natomiast tylko skubał nerwowo swoją brodę.
Golem, który przemówił płynnym Wspólnym, przez chwilę spoglądał na zgromadzonych w laboratorium podróżników, którzy doprawdy nie wiedzieli, co z nim zrobić. Wreszcie, de Seis mruknęła:
- Nie znam się na magii, ale... - zawahała się. - Czy nie powinno być tak, że one powinny być... Głupie?
Gliniane brwi zmarszczyły się w wyrazie zdziwienia, a później wyprostowały się ze zrozumieniem.
- Nie my - rzekł. - My jesteśmy inni.
Po czym rozejrzał się ciekawie, przeciągnąwszy się.
- Nie rozumiecie? - szepnął krasnolud. - Skoro czarodziej ożywił go, to mus może on mu rozkazywać!
De Seis pokiwała gorliwie głową na słowa krasnoluda.
- Spróbuj, Gallan. Powiedz mu, żeby wyważył te kraty.
Jednak, zanim niziołek otworzył usta, golem odchrząknął i przemówił:
- Gallan? - kamienny olbrzym pogładził brodę swoimi palcami grubości małych gałęzi. - Nie próbuj mi rozkazywać. Nie dlatego, że jakoś szczególnie nie lubię, że mi się rozkazuje, ale, cóż, chyba już ustaliliśmy, że nie jestem zwykłym kamiennym przygłupem, który będzie biegał po to, by spełnić wasze zachcianki.
- Na bogów -
jęknął krasnolud. - Ze wszystkich golemów, na które mogliśmy natrafić, ten to cholerny filozof. Coś ty tam włożył, niziołku? Piach i gówno?
- Pomimo tego
- odparł golem - powiedzmy, że czuję się zobowiązany za wasze uwolnienie mnie.
- Zatem -
zebrała się na odwagę Dorien - czy będzie dużym problemem, żeby ich uwolnić? To ważne!
Golem nie odparł nic, powstał tylko, a z każdym jego ruchem dało się słyszeć chrzęst kamienia.
- Tak... - golem chwycił za kraty - Sądzę, że to może wyrównać nieco nasze rachunki.
Stwór najpierw wygiął kraty, a kiedy sprawiły mu trudność, zaparł się o kamienną ścianę, a zawiasy dały za wygraną. Po chwili, wejście do celi stało otworem, a krasnolud i ludzka kobieta przecierali nadgarstki po kajdanach.
Krasnolud skłonił się.
- No, dobra - rzekł wreszcie. - Sprawa uwolnienia nas rozwiązała się. Kimkolwiek jest ten jegomość, ukrywający się w skórze golema. Macie jakiś plan wydostania nas stąd? W sensie, co robimy?
- Co z nim?
- Dorien wskazała brodą na golema, który przeszedł znowu do laboratorium i zaczął manipulować przy leżących na stołach częściach ramion, głowy i nóg; zamyślony kreślił na papierze diagramy, jakby zamierzał coś skonstruować.
- Wierz mi - w słowo Olhivierowi wpadła de Seis - gdyby przyszło co do czego, to jestem pewna, że ten tutaj jest warty co najmniej dziesięciu w walce. Musimy martwić się o siebie. I o moją siostrę.
- Zatem -
powtórzył krasnolud - co robimy?

 
Irrlicht jest offline  
Stary 21-05-2013, 16:35   #109
 
sheryane's Avatar
 
Reputacja: 789 sheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwu
Post napisany wspólnie z Kermem

Jack Woodes | Lou Rannes | Katrine de Seis
Zanim jeszcze ruszyli w drogę, Jack ponownie zwrócił się do Manfreda.
- Co z tym ekwipunkiem? - spytał. - Pochodnie by się zdały. I może jakaś lina, skoro to ma być spacer po podziemiach.
Linę, z łaski, dostali. Pochodniami dysponowali ludzie Manfreda, który w swej łaskawości przydzielił im jako eskortę dwóch swoich oprychów. I pewnie jako zabezpieczenie lojalności Lou i Jacka. Może i słusznie?
Tylko czy konieczne było zamknięcie za nimi bramy na cztery spusty?

***

Podziemia, do jakich wkroczyli, były w dużo gorszym stanie, niż droga, jaką przybyli do tego nieszczęsnego obozu.
- Raczej nikt tu nie sprząta - zażartował Jack, spoglądając na Lou.
- Najwyraźniej nam przypadło w udziale tępienie szkodników... - uśmiechnęła się niewesoło pod nosem.
Szkodnik to pojęcie względne. Jack jak już to wolałby pozbyć się dwóch aniołów stróży, co wraz z nimi wleźli w te podziemne korytarze, niż wysyłać na tamten świat bogu ducha winnego nieszczęśnika, któremu udało się wymknąć z obozowiska. Lou w zasadzie myślała podobnie, ale nie będąc jednak w stanie porozumiewać się między sobą i ustalić jakiegoś planu w tej kwestii, musieli zachowywać chociaż pozory.
Ciekawe, jak daleko to się ciągnie, pomyślał Jack.
- Miły spacerek - uśmiechnął się do swej ‘narzeczonej’. - Będzie co dzieciom opowiadać na stare lata.
- Taaaaak. Zawsze marzyłam o tym, żeby spędzać z tobą wieczory pośród zawalonych lochów... - rzuciła Rannes całkiem rozbawiona - trudno powiedzieć, czy bardziej szopką w postaci przyszłych dzieci, czy samą wymianą zdań.
- Za to cię kocham - zapewnił ją.
Z uśmiechem posłała mu całusa. Zachowywała fason bez względu na okoliczności.

Dalszą wymianę uprzejmości, komplementów i czułych słówek przerwała nagła zmiana scenerii.
- Kto to tutaj wybudował? - Jack rzucił retoryczne pytanie. - I kiedy?
Wszystko było w stanie, delikatnie mówiąc, wskazującym na zużycie. Znaczne zużycie. Strach by było wsiadać do takiej prowizorycznej windy, a o przejściu przez most można było zapomnieć.
- Trzymaj się blisko mnie, a wszystko będzie dobrze. - Lou szepnęła do Katrine, gładząc jej blond włosy.
Dziewczynka podniosła na nią przestraszone oczy i skinęła blond główką. Obietnica padła w porę, bo nim zdążyli zdecydować, którędy ruszyć dalej, ten, którego szukali, jako pierwszy odnalazł ich... Tak im się przynajmniej zdawało w pierwszej chwili.
- To chyba jednak nie ten - szepnął Jack, widząc ozdobnik tubylca - długi ogon.
- Wie o kluczu - odpowiedziała elfka, zasłaniające Katrine własnym ciałem i opierając dłoń na rękojeści miecza.

Lou była najwyraźniej jasnowidzem, gdy wcześniej wspomniała o szkodnikach. Po krótkiej wymianie zdań, w której brały udział i ostre argumenty, w korytarzu pojawiło się całe stado wielkich i jeszcze większych szczurów, z wyraźnym apetytem spoglądających na stojącą przy moście piątkę i szybko idących w ich stronę.
- Colores iridis! - Jack wskazał stado napastników, w stronę których popłynęła fala kolorowych świateł.
- Do kołowrotu - zaproponował Jack, chcąc wykorzystać chwilę zamieszania wśród szczurów. - I do góry!
Lou z Katrine ani myślały postępować inaczej. Ledwie przebrzmiały słowa Woodesa, a już wbiegały do czegoś przypominającego żelazną klatkę. Wystraszony pisk dziewczynki zlał się w jedno z popiskiwaniem szczurów.
Jack cofał się, usiłując mieć na oku wszystkie szczury.
Być może spadłby w dół, gdyby nie pomocna dłoń Lou, która dopilnowała, by jej towarzysz nie zmylił drogi i nie odbył zbyt szybkiej wędrówki na dno przepaści.
- Do góry! - powtórzył Jack.
Lou popchnęła dźwignię.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 22-05-2013, 22:11   #110
 
RyldArgith's Avatar
 
Reputacja: 907 RyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwuRyldArgith jest godny podziwu
Xendra dalej stała na pozycji obserwacyjnej, którą wybrała sobie jakiś czas temu już. Na razie nie wydarzyło się nic, co zmusiłoby ją do zakomunikowania tego pozostałym. Rozmowa za jej plecami trwała, jednak, mimo że wszystko doskonale słyszała, nie czuła się w obowiązku zabierania głosu. Niech Gallan się tam główkuje dalej co zrobić dalej. Jej się, na razie przynajmniej, nie pytali o zdanie w tej sprawie.

Wszystko zmieniło się gdy usłyszała za sobą głos, nienależący do żadnej z obecnych wcześniej w pomieszczeniu osób. Kiedy tylko obróciła się, kładąc dłoń na swojej broni, chcąc ją właśnie wyjąć i użyć, zobaczyła jak usta golema są otwarte. A ten przemawia do nich, jakby normalnie był myślącą istotą. To było niespotykane. Pierwszy raz widziała golema który by myślał. Nie było rzeczą niezwykłą fakt mówienia. Wszak niektórzy magowie z miasta, z którego przybyła, używała golemów wyposażonych w aparat mowy, by można się było z nimi komunikować . Takie golemy mogły odpowiadać dzięki temu na pytania, co było przydatne w przypadku wejścia intruzów do kompleksu, lub wykonania jakiegoś polecenia. Ale ten tutaj nie tylko mówił. Ten tutaj mówił jakby pozjadał wszystkie rozumy. Myślał. To było niezwykłe w tym wszystkim.

Xendra nadal trzymała dłoń na trzonku buławy, obserwując co się wydarzy. Gallan, Dorien i reszta widać była zajęta wymienianiem się kolejnych wyrazów niedowierzania, na to co właśnie działo się na ich oczach. A jeszcze do tego doszedł fakt, że golem, Menethul, wyraził swoje zdanie odnośnie możliwości rozkazywania mu. Do czego to doszło. Żeby twór, istota bezmyślna w swym bycie, kwestionowała polecenia kogoś kto stworzył tę istotę. Odmawiała wykonywania rozkazów. To niedorzeczne. Nie do pomyślenia. A potem jeszcze stwierdzenie golema że czuje się on zobowiązany za jego uwolnienie. To już przekracza wszelkie pojęcie. Może tu panują inne zwyczaje, ale w Podmroku taki by od razu został zniszczony. Nie zdążyłby nawet dojść do etapu odmowy poleceń. Skończyłoby się to dla niego już na etapie zadawania pytań. Golem ma służyć bez wahania. Zacisnęła mocniej palce na buzdyganie.

Jedyne co dobre w tym zamieszaniu z Menethulem, to nie dający się podważyć fakt. A dokładnie dwa. Golem uwolnił krasnoluda, oraz jego towarzyszkę, zaoszczędzając im pracy w tym zakresie. A drugi, to jeśli będzie współpracował z nimi, zyskali silnego sprzymierzeńca. Już miała to powiedzieć, ale de Sais ją ubiegła, co nie poprawiło jej notowań u Xendry. Nie znosiła takich jak ona, nadąsanych szlachciców, co wszystko wiedzą lepiej. Może też dlatego że sama żyła w takim środowisku, gdzie trzeba było co chwila patrzeć na ręce każdemu. Krasnolud też nie przypadł jej do gustu, najpewniej właśnie za sam fakt bycia mniejszym od niej o głowę, a przede wszystkim że był krasnoludem. Zbyt przypominał jej Duergarów, z którymi przyszło się często spotykać jej rodzinie w interesach i na placu boju. Byli dobrymi wojownikami. Teraz zaś widzi przed sobą nawierzchniowy okaz gatunku, w osobie Olhiviera Rendella.

Otrząsnęła się z tych myśli. Dopiero po tym wszystkim doszło do niej że trzyma buzdygan już wyciągnięty. A w pomieszczeniu zawisło pytanie właśnie Olhiviera. Co robimy? Schowała broń na swoje miejsce. Jeszcze tylko rzuciła okiem na zewnątrz, zanim odpowiedziałaby, ale coś przykuło jej uwagę. Lou, Woodes i nieznany męzczyzna. I jeszcze ktoś z nimi. Widziała jak mężczyzna wpuszcza ich gdzieś i zamyka za nimi kratę. Czyżby przejrzeli ich zamiary i wrzucili ich do lochu? Ale w takim razie czemu nie zabrali im ich wyposażenia, broni. I co to za dziewczę z nimi szło.

- Wydaje mi się że mamy mały problem- powiedziała do wszystkich. – Widziałam Woodesa i Lou. Są tam, ktoś był z nimi i zamknął ich w tamtym miejscu. Była z nimi jakaś dziewczyna.-tu opisała dziewczynę, na tyle na ile mogła. – Nie sądzę by byli aresztowani, nie zabrali im żadnej broni.

Usłyszawszy opis Nua’vill, Joann de Seis wzburzyła się.
- Blond włosy? Mała? Niebieskie oczy? Przecież to moja sistra, do diabła!
- Jesteś pewna, że to byli oni, Xendra? - zapytała Dorien. - Dlaczego mieliby wchodzić do lochów za ludźmi z obozu?

Xendra od razu spojrzała na Dorien, niezbyt miło.

- Ufam że wiesz co mówisz, rivvil- do Dorien.- Fakt jest taki jak ja mówię do was teraz. Nie oskarżaj mnie że jestem ślepa. I tak, to byli oni.
Dorien zamyśliła się, wyraźnie nie dostrzegając ostrzegawczego tonu Xendry. W końcu, wzruszyła ramionami, nie potrafiąc uczynić lepszego sensu z całej sytuacji.
- Skoro to byli oni - rzekł Gallan - to musimy ich znaleźć. Ich i Drakonię, oczywiście. I uciekać stąd jak najszybciej.

Xendra popatrzyła na golema.

- Jego można wykorzystać do celu. O ile będzie współpracował. Kobiety z ogonem nie wypatrzyć. Znikła. Tu siedzieć też nie można w nieskończoność. Można przenieść się tam gdzie Woodesa i Lou zamknęli. Ale nie wiem czy da się ukryć to.. -zrobiła ruch dłonią w stronę golema.

Na tą uwagę, pochłonięty dotychczas pracą golem odchrząknął.

- Wątpliwe - rzekł w końcu. - Trudno mnie ukryć, to prawda. Jednak jeśli pomoc wam będzie kwestią otwarcia jeszcze jednych drzwi, to mogę to zrobić... Wkrótce jednak sam zamierzam odejść stąd.

Gallan spojrzał ponownie na golema, a w każdym razie na coś, co wyglądało na golema, bo niewątpliwie nie zachowywało się jak zwykły golem. Po czym zwrócił swoje oczy ponownie na Xendrę.

- Cóż... - rzekł. - Chyba nie ma problemu. Martwi mnie jednak diablica, chociaż mam przeczucie, że być może sama da sobie radę.

Nie czekając na odpowiedzi reszty Xendra skinęła zdawkowo.

- Postanowione. Tylko nie śpiewaj mi.- do krasnoluda.- Wierszyków też nie chcę słyszeć. Ruszamy.
Wyjrzała jeszcze w stronę obozu, by zobaczyć rozstaw strażników i nie czekając na resztę ruszyła przed siebie.
 

Ostatnio edytowane przez RyldArgith : 22-05-2013 o 22:16.
RyldArgith jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169