Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-08-2013, 23:08   #1
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1240 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
[DnD 3.33 - GH] A kto umarł, ten nie żyje...

Bissel I - A kto umarł, ten nie żyje


(made in Mike)


(made in Uriel)


Wiele można było by rzec o latach, które upłynęły od chwili, kiedy księstwo Bissel okryło się płaszczem królewskim, ale ponad wszelką wątpliwość nie to, że były to lata spokoju. Początkowa zawierucha niezadowolenia innowierców, ludzi ściganych i prześladowanych przez Kościół Niezwyciężonego, który rósł w siłę z każdym nadanym mu przywilejem i skrawkiem ziemi, zamieniła się w krwawe igrce, które zasięgiem swoim objęły wszystkie niemal dziedziny Królestwa z wyłączeniem jedynie Ainoru. Trzyletnia wojna religijna spopieliła wsie, zrównała z ziemią klasztory, chramy i kościoły, pozostawiła po sobie szmat bielących się na słońcu kości. Lud Królestwa, żyjący niegdyś w spokoju i zgodzie starych z nowymi bogów, naraz podzielił się a podział ten był wielce ostry. Wyostrzały go ostrza katowskich toporów i drewniane stosy na których płonęli innowiercy. Oraz klatki w których innowiercy palili schwytanych wyznawców Niezwyciężonego.

Te trzy lata wojen osłabiło kraj niepomiernie, ale byli i tacy, którzy z tego okresu wynieśli korzyść. Którzy na krwi pomordowanych budowali swoją potęgę. Których władza przez to właśnie zrównała się z możnymi Królestwa a w niektórych wypadkach nawet ich przewyższyła. Nade zaś wszystko umocniony z tego wyszedł ten, w którego armii oni służyli. Kościół. Trwająca bowiem przez te lata wojna ukazała jego dwa oblicza. Straszne i bezwzględne dla tych, którzy w starej wierze pogrążeni plwali na jego prawa, jego domy i jego sługi, oraz miłosierne dla tych, którzy w służbie Panu zatracili się, którzy nieśli ogień wiary pośród niewiernych, którzy bez wahania sięgali ku mieczowi by bronić Niezwyciężonego i jego zasad. Kościół potrafił dbać o swoich wiernych, wspierać ich począwszy od maluczkich a skończywszy na możnych panach. Którzy też prędko dodawszy dwa do dwóch odkryli z której strony wieje wiatr historii i jeśli jacyś pozostali przy starych wiarach, to ukrywali to skrzętnie. Dla starowierców bowiem Królestwo miało tylko gorejące stosy…

Konfederacja Brzeska, pierwszy zjazd możnych, który początek miał dać nowej myśli politycznej w kraju, była tak naprawdę początkiem buntu przeciwko rosnącej w siłę władzy Pellak nad rozległym krajem, który dotychczas był jedynie zlepkiem dzielnic. Władca Rustycji wciąż hołubił w pamięci miraż rządzenia całym krajem wzorem poprzedniego Wielkiego Księcia, Horna de Gordian. Trzy Granie pragnęły uniezależnienia się od Królestwa, podobnie zresztą jak Niland. Srebrna Toń wspierała każdego, kto mógł zapłacić a płacono sporo. A Senecja miała większe jeszcze aspiracje wspierane przez stworzone wbrew woli Kościoła Bractwo, elitarną akademię, gdzie bez stosownego królewskiego glejtu szkolono podobnież w zakazanych w Królestwie sztukach tajemnych. Ten jawny przejaw buntu popchnął Senecję właśnie do starcia z Królestwem i przywództwa w buncie, który wybuchł w 617 roku. Buncie, który na dwa lata zamienił Królestwo w miejsce, gdzie brat na brata się zanosi, gdzie sąsiedzi przeciwko sobie wzajem świadczą i źle czynią. Buncie, który dopiero tak naprawdę okazał się próbą dla nowo powstałej koterii możnych. Która też wnet dowiodła, jak mało znaczące są ich wzajemne sojusze.

Srebrna Toń zawsze była chorągiewką, która na wietrze zwracała się zawsze w tę stronę z której najmocniej wiał wiatr. Nie było więc też nic w tym dziwnego, że Księżna Małgorzata Dupont nakazała swoim zbrojnym zastępom uderzyć na Senecję w chwili, kiedy jej zastępy maszerowały na Pellak łupiąc i grabiąc wschodni brzeg Reala. Nie było też nic dziwnego w tym, że Niland po nadaniu mu statusu Księstwa z pełnym biskupstwem Kościoła wnet odstąpił od wspierania buntu wycofując swe armie i zamykając granice swej domeny. I tak do walki i prymat stanęły jedynie zastępy Rustycji, Trzech Grani i Senecji. Senecji, której ziemie paliły hufce Księżny Małgorzaty oraz Rustycji, której południową granicę nagle zaczęły nawiedzać podjazdy Marchii Grann. Trzy Granie więc tak naprawdę walczyły same.

Ile w tym wszystkim było zasługi Rady Królewskiej, Królowej Matki czy Kościoła trudno by rzec z całą pewnością. Roli Kościoła nie sposób było umniejszać zważywszy na to, iż w każdej domenie biskupi ze swoich podobnych twierdzom siedzib uderzali na opuszczone przez buntowników kasztele, grabili ich włości i brali w niewolę ich rodziny. Bunt utrącono u podstaw. A Królestwo wyszło zeń poobijane. Jedynie Kościół zyskał jako ten, który walnie przyczynił się do wiktorii, lub ten, który za swoje wsparcie kazał najdrożej zapłacić Królestwu wystawiając mu solidny rachunek dziejowy. Nadania ziemskie, beneficja i immunitety spłynęły nań ze stolicy i rozchodziły się po całym Królestwie. A władcy poszczególnych księstw, pobici w polu i na dworze musieli się zeń ułożyć, choć nie było to łatwe a i dostojnicy Kościoła bynajmniej tego nie ułatwiali. Nie musieli, bo oto stali się podwaliną na której nowy, wstępujący na tron Królestwa Bissel władca, opierał swoją władzę i dzięki której zdołał w ogóle ją zachować.

Rok koronacji Króla Gudryka de Marque, rok 620 był ciepły i co najważniejsze, spokojny. Królestwo, poza drobnymi zatargami na południu z wiecznie kontestującą granice Marchią Grann, poza starciami z dzikimi plemionami w Nilandzie i poza drobnymi utarczkami w Ainorze z hordami nieludzkich plemion barbarzyńców żyło spokojnie bogacąc się i odbudowując. Spalone, zrujnowane domy bieliły się nową zaprawą, osmalone krokwie zastępowano innymi, od nowa kryto dachy, siano zboża i naprawiano mosty. Bo też jest w świecie czas wojny i czas pokoju. I dla każdego, komu Pan błogosławi czas pokoju jest wszak znacznie ważniejszy niż czas sporów i waśni. Bowiem jest to czas wielbienia Pana każdym czynem. I takoż w roku 620 Królestwo Bissel zwać można śmiało ziemią Pańską, sianą, rosnącą i rodzącą na Jego chwałę…

***

Ciepłe letnie wieczory powoli zaczynały odchodzić w niepamięć. Minęło Święto Warzenia i każdy zapobiegliwy gospodarz dawno zapełnił swe spichlerze. Jesień złociła liście na drzewach a ciepłe letnie deszcze niebawem zmienić się miały w przejmujące pluchy. Coraz krótsze dnie sprawiały że podróżni na trakcie znacznie staranniej dobierali swe marszruty, tak by noc nie zastała ich w leśnej głuszy. Lasy Bissel nigdy nie należały do najbezpieczniejszych miejsc a północne rubieże Rustycji, graniczące z nieprzebranymi borami Przyćmionej Puszczy uznawane były za jedne z najdzikszych miejsc w Królestwie. Tutaj już dawno zapomniano o ciepłym lecie. Tutaj może nigdy go nawet nie było. Stary trakt wił się pośród zdradliwych mokradeł, omijał oparzeliska i głębokie wądoły a głębokie wąwozy i usiane jaskiniami zbocza otulały go z każdej strony. Mało kto wędrował leśnymi szlakami w Rustycji. Puszczę rzeka oddzielała od dzikiej elfiej knieji, gdzie nieludzie podobnież palili schwytanych ludzi żywcem i poddawali ich ciała wymyślnym torturom ku czci ich przeklętych bogów. Okoliczne ludzkie osady znały opowieści o elfich zagonach, które zapuszczały się na tę stronę rzeki. Znały je również poczerniałe, szybko objęte w posiadanie przez bluszcze, mchy i krzaki ruiny. One mogły by opowiedzieć najgorsze historie.

Trzygłów był kasztelem wzniesionym na niewielkim wzgórzu pośród mokradeł porastających północne kraje puszczy. Widok roztaczający się z jedynej wieży zamkowej ukazywał nieprzebrane morze leśnej gęstwiny na południu i odgrodzone Rzeką O równiny Bissel. Położony na pograniczu Rustycji zameczek żył na skraju dzikiej głuszy. Jego mieszkańcy byli żywym dowodem na to, że granica dzikości nie została dokładnie wyznaczona a istoty obu światów żyją w zgodzie pospołu. Do zamku wiodły dwa szlaki. Wodny i leśny. Odcięty od cywilizacji kasztel był wszakże tak rzadko odwiedzany, że nie sposób było powiedzieć która z tych dróg jest bezpieczniejsza. Mieszkańcom Trzygłowia nigdy to nie przeszkadzało. Pewnie dla tego mało kto odwiedzał to miejsce.

***


- Milcz, kurwa! Nie drażnij go... błagam! - spazm i szloch, który wyrwał się z ust Starego był żywym dowodem, że ze strażnikiem więzienia spotykał się aż nazbyt często. Jego rozedrgane dłonie obciążone łańcuchami, które przytwierdzały go do ściany, brzękotliwie próbowały szarpnięciem powstrzymać kompana pełznącego po brudnym sienniku w kierunku stalowych wrót. Mrok skrywał bielmo wykapanego podczas badania oka a drugie w przerażeniu jakby skryło się w głębokim oczodole obciągniętej skórą czaszki. Stary gościł w kazamatach już drugi rok, zdążył się postarzeć.

Pewnie dla tego nie zdążył powstrzymać kompana. Nie miał już tego wigoru wynikającego z poczucia omyłki wymiaru sprawiedliwości i chęci wydobycia się z tego piekła. Nie miał również jednej z nóg. Poćwiartowano mu ją podczas trzeciego badania. To też nie pomagało mu ścigać pełznącego po ziemi kompana. Reszta przykutych do ściany wraków ludzkich nawet nie kiwnęła palcem. Nie była w stanie, właśnie wrócili z badania.

- Hej tam! Wypuśćcie mnie! Jestem niewinny!! Niewinny!! Mam dowód!! - głośny łomot kułaka o żelazne wrota wybudził by nawet umarłego. Niosący się echem krzyk więźnia przerwał brutalnie ciszę zapomnianego przez Bogów i ludzi podziemia. I obudził Tego Którego Budzić Nie Wolno.

Strażnik, Pan Życia i Śmierci w tej skrytej w głębinach ziemi krainie, usłyszał niefrasobliwe wezwanie Nowego.

I nadchodził.

Każdy kto w lochu posiedział więcej niż dni kilka wiedział, że nic gorszego go spotkać nie mogło...


***


- Jak on się czuje? - wychodzący z komnaty lorda cyrulik miał smutną minę. Może była to zasługa podłej pogody bo przecie od dni sześciu lało nieustannie a jego czekała niebawem długa droga powrotna. Może przyczyną był kac, bo i przecie wczorajszą kolację suto zakrapiał. Może zaś zawinił stan jego podopiecznego. Stary Furman miał nadzieję, że jednak sedno sprawy leży w pogodzie bądź kacu. Służył lordowi od lat tak wielu, że w zasadzie z trudem przychodziło mu przypomnieć sobie jak to było kiedyś, wcześniej.

- A jak ma się czuć dziewięćdziesięcioletni starzec ze złamaną miednicą? - cyrulik miał fatalny zwyczaj odpowiadania pytaniem na pytanie. Furman niegdyś potrafił zabijać nawet z takiego powodu. Ale to było bardzo dawno. Tak dawno, że do tych czasów również nie sięgał pamięcią.

- Czy są jakieś szanse by ozdrowiał? - pytanie było pozbawione nadziei na pozytywną odpowiedź, ale tonący brzytwy się chwyta.

- A czy będzie młodszy? - cyrulik chyba nie zdawał sobie sprawy z tego po jak kruchym lodzie stąpa, bowiem stary sługa stężał cały, ale zapanował nad sobą. Skłonił się grzecznie miastowemu doktorkowi, który już i tak był w pół drogi do swoich komnat.

- Jeśli to jego koniec i nie ma nadziei na ocalenie, proszę panie skróć jego męki... - wyszeptał stary sługa a cyrulik zatrzymał się w połowie drogi jakby nie pewny czy prośba skierowana jest doń, czy do jakiejś wyższej Opatrzności. Sługa jednak już był w połowie drogi do komnat swego pana. Cyrulik postanowił wrócić do ciepłej komnaty i dopiero po orzeźwieniu myśli kielichem wina od którego uginał się stół w jego komnacie, zastanowić się nad słowami sługi. O ile idąc do swoich komnat ich nie zapomni.

***


- Jak... przygotowania przyjacielu? - głos starca ledwie dochodził do pochylonego nad jego łożem sługi. Zwarte w ostatnim uścisku bratnie dłonie mroziło zimne powietrze surowej zamkowej komnaty w której nie palono od lat. Ale i krew przecież już nie krążyła aż tak żywo w wiekowych dłoniach. Okryte bielmem oczy lorda wpatrywały się pusto w przestrzeń nie widząc łez płynących po obliczu wiernego sługi.

- Wszystko gotowe jak zaplanowaliśmy to przed laty. Spośród wybrańców udało mi się odnaleźć kilku, dalece nie wszystkich ale i tak powinno ich wystarczyć na początek. Czekaliśmy już tak długo, że czas najwyższy na odrodzenie. Wolałbym byś to wszystko sam nadzorował... - Furmanowi głos się łamał mniej, ale też młodszy był od swego chlebodawcy o dobrą dekadę. Zresztą był człowiekiem obowiązkowym i zlecone mu zadania zawsze wykonywał co do joty. Nawet teraz, mimo siedmiu krzyżyków na karku.

- Nie wątpię w to... że wszystko gotowe. Zacznij ich … zapraszać. Może uda mi się... - stary przerwał łapiąc ciężko powietrze. Furman czekał cierpliwie. Taką formę rozmowy prowadzili od dłuższego czasu. - ... osobiście z nimi porozmawiać. To ważne... by zrozumieli dlaczego wybraliśmy właśnie ich. Muszę...

- Nie silcie się. Już posłałem do nich listy. Przybędą na otwarcie testamentu, tak jak ustaliliśmy to przed laty.
- Furman płakał. Wiedział, że misji, której się podjął, nie sposób już zmienić. Nie można zatrzymać trybików maszyny puszczonej w ruch.

- Zatem już... czas? Zadbaj by... - głos starca zgasł w pół słowa. Furman jeszcze długo trzymał w dłoni stygnącą dłoń swego pana i przyjaciela. Otwarta dyskretnie wcześniej żyła słabym rytmem pompowała jeszcze ciemną krew wytłaczając ją z martwego już ciała pana tych włości. Furman czekał do samego końca i jeszcze sporo czasu później. Nie spieszył się, bo i nie musiał. Dalsze kroki zaplanowali wspólnie, przed laty. Teraz zaś nadchodziła pora wypełniania przysięgi sprzed lat. Pierwszym zaś ku temu krokiem był ułożony przed laty list...


***


Sir Reginald z Czarnolasu było dumnym nazwaniem. Podobnie herb nie banalny jak jakie ptaki czy szachownice czy pasy. Reginald, Sir Reginald miał w znaku dowód męstwa i zręczności. Kusza nad koniem w czerwonym polu. Ktoś inny niż Reginald może i chełpił by się tym wszystkim ale jemu było do tego bardzo daleko. Zwyczajnie, miał świadomość tego, że poza tytułem, koniem i jego rządem a także odrobiną dóbr jakie w swoim żywocie najemnika udało mu się zebrać ma bardzo niewiele. Zwłaszcza teraz, kiedy nie należał do żadnej kompanii i rozglądał się za jaką fuchą. Czarnolas, nadana mu za męstwo włość, była ledwie kilkunastoma dymami, których mieszkańcy z trudem wiązali koniec z końcem. O utrzymaniu rycerza nie mogło być mowy. W zasadzie był tam raz i o jeden raz za dużo. Pojawienie się nowego Pana u chamów wywołało równie żywiołową reakcję jak zeszłoroczny śnieg. W ich żywocie nie zmieniało się nic.

Sir Reginald nie spędził wiele czasu na swoich „włościach”. Po jednej wizycie wiedział, że kolejnych rychło nie będzie. Położona na zadupiu Rustycji osada nie nadawała się do niczego. Oddana w zarząd grododzierżcy Bronowi z Alerronu, miała przynosić całe dwadzieścia sztuk złota rocznego dochodu. Dwadzieścia! Sir Reginald zostawił zarząd Czarnolasu swojemu rytmowi a sam żył życiem najemnika. I właśnie dla tego tak wielkim zaskoczeniem dlań było, kiedy jakiś posłaniec dostarczył mu list. List, który wzbudził jeszcze większe zdumienie...


***

Sir Davhorn Rosennaill tęsknił za domem. Położony w Thornwardzie rodzinny kasztel rycerza był równie odległy, że mógłby się znajdować na księżycu. Davhorn, Sir Davhorn zadbał o to by odległość dzieląca go od domu była solidna. Tu, w Rustycji nie znał go nikt. Tu był bezpieczny, bowiem mordercy na usługach mściwych Eliserów nie sięgali swoimi wpływami aż tak daleko. Nie chciał tej śmierci. Nie chciał tego pojedynku. Nie pamiętał czy poszło o jakąś niewiastę, czy może o jakąś zniewagę. Pamiętał jednak, że poszło o liczykrupę. Zbyt często słyszał „liczykrupa” zza pleców. To, że jego ojciec był weteranem trzech wojen, że samotrzeć złamał szyk Ket i że walczył z diabelskimi pomiotami w Ainorze było bez znaczenia dla urodzonych szlachciców w Thornwardzie. Ważniejsze było to, że Rosennaillowie parali się handlem. „Liczykrupa”. Pamiętał je po dziś dzień.

Żyjąc z dala od domu stwardniał. Nie nosił się z rycerska bo i znaczenie jego tytułu było tu żadne. Był najemnikiem i zarabiał na życie siłą swoich ramion, sprytem i sprawnością we władaniu orężem. I nie posługiwał się swoim imieniem. Po co kusić los.

Dla tego też list, który zastał go w oberży „Pod Urwaną Podkową” w stolicy Rustycji, wywołał jego bezgraniczne zdumienie. Przez dwa dni szybko zmieniał miejsca spoczynku spodziewając się ciosu skrytobójcy w każdej chwili. Dopiero kiedy pewnym był, że list trafił w jego ręce jakimś cudem, zastanowił się nad jego treścią. Ta zaś wywołała jego jeszcze większe zdumienie...


***

Sir Dareon Mire unikał swego prawdziwego imienia jak ognia. Nie chciał, by ktokolwiek wiązał jego dokonania z jego rodowodem. Z jego ziemiami i włościami. By ktokolwiek poszedł jego tropem. Z pewną nostalgią wspominał chwile, kiedy rozpierany przez dumę wołał się swoim nazwaniem. Kiedy wracał na rodzinne włości w aureoli syna marnotrawnego, który wraca na swoje. Był jedynym spadkobiercą ziem i tytułów. Był...

Przeszłość dopadła go szybciej niżby sobie tego życzył. Skąd miał wiedzieć, że wszedł w drogę Inkwizycji? Skąd miał wiedzieć, że jego śladem podążają Tępiciele. Skąd miał...

Kolejną niespodzianką był posłaniec. Posłaniec i list. List adresowany doń jego prawdziwym imieniem i nazwiskiem rodowym. Jakby miejsce jego przebywania znane było powszechnie. Jakby nie ukrywał się przez ostatnie lata. I może by nawet uciekł w przeciwnym kierunku, gdyby nie wspomnienie o tym, że ktoś zapisał mu coś w testamencie. To... dawało nadzieje...


***


Barka była przeciążona. Była wszakże jedyną, która w tych dniach płynąć miała Rzeką O zahaczając po drodze o kolejne osady. Wedle słów śmierdzącego starym capem szypra, który brudną brodę miał równie zadbaną jak zęby przez co przypominał szczerbatego kozła, zawijać miała do wszystkich osad wzdłuż brzegu. Tych po stronie Rustycji. Szyper klął jak szewc na mieszkańców domeny wielkoksiążęcej i zarzekał się, że po stronie Bissel nie zawinie do żadnego portu. Może był tak wielkim patriotą, ale ci, którzy widzieli jak zareagował na widok oddziału Tępicieli którzy dopominali się z brzegu by ich zabrał na pokład był żywym dowodem na to, że poza patriotyzmem kieruje nim zwykły pragmatyzm. Nim na barkę wkroczyło zbrojne ramię Kościoła do beczek z wodą poszły jakieś paki a trzyosobowa załoga barki udawała baranki, które nic o niczym nie wiedzą. Pasażerowie siódemce Tępicieli też nie mieli wiele do powiedzenia, więc ten odcinek O pokonali w mrukliwej ciszy.


***

- Tu wysiadacie, Pany... - stary Argus splunął w wodę i skinął na swoich dwóch pomocników. Długie tyki poszły w wodę a Fergus i Pijawa naparli na nie z całych sił kierując barkę ku brzegowi. Trójka podróżnych, którzy siedzieli na pokładzie dzień cały spojrzała w półmroku ku brzegowi. Ruiny osady nie sprawiały nazbyt gościnnego wrażenia. Wyrastające z krzewów osmalone belki i zwalone, porośnięte bluszczami ściany nie zachęcały do gościny. Z drugiej wszakże strony zbyt wiele czasu zamarudzili przy zwalonym dębie który tarasował koryto rzeki i teraz musieli gdzieś zanocować. To miejsce jednak sprawiało bardzo ponure wrażenie. I żaden z podróżnych nie zdecydował by wybrać je sobie na nocleg, gdyby miał cokolwiek do powiedzenia.

Nie mieli. Na barce rządził Argus i nie raz dał im to odczuć. Jeśli chcieli płynąć „Jego łajbą” musieli go słuchać. Barka pchnięta tykami skręciła ku brzegowi, kierując się do osiadającego w wodzie pomostu. Gdzieś w oddali zaczął ujadać pies, co było o tyle dziwne, że żadna ze zrujnowanych chałup nie miała prawa być zamieszkałą. Argus nie zwrócił na to nawet uwagi. Barka szorując dnem o wodorosty zbliżała się do pomostu.

- Tu wysiadacie. Trzygłów pół dnia drogi stąd. Na południe. Za dnia znajdziecie to co ze szlaku się ostało. Pośpieszcie się Panowie. Mu tu nie będziem nocować. Cumować długo też nie ...

To nie była prośba. Jednak barka już dopijała do pomostu a dwaj pomocnicy zarzucili cumy na sterczące pale mocując łódź do brzegu. Stojący na rufie Argus wyjął z zanadrza kuszę wpatrując uważnie się w brzeg. I czekając aż podróżni opuszczą pokład jego łodzi. A kusza najpewniej przygotowana była na inne okoliczności niż nieposłuszeństwo podróżnych. Aczkolwiek żaden z płynących łodzią do Trzygłowia wędrowców pewności co do tego mieć nie mógł...


.
===============================

[Powodzenia Panowie]
 
__________________
Bielon "Bielon" Bielon
Bielon jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169