Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-08-2013, 23:08   #1
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1240 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
[DnD 3.33 - GH] A kto umarł, ten nie żyje...

Bissel I - A kto umarł, ten nie żyje


(made in Mike)


(made in Uriel)


Wiele można było by rzec o latach, które upłynęły od chwili, kiedy księstwo Bissel okryło się płaszczem królewskim, ale ponad wszelką wątpliwość nie to, że były to lata spokoju. Początkowa zawierucha niezadowolenia innowierców, ludzi ściganych i prześladowanych przez Kościół Niezwyciężonego, który rósł w siłę z każdym nadanym mu przywilejem i skrawkiem ziemi, zamieniła się w krwawe igrce, które zasięgiem swoim objęły wszystkie niemal dziedziny Królestwa z wyłączeniem jedynie Ainoru. Trzyletnia wojna religijna spopieliła wsie, zrównała z ziemią klasztory, chramy i kościoły, pozostawiła po sobie szmat bielących się na słońcu kości. Lud Królestwa, żyjący niegdyś w spokoju i zgodzie starych z nowymi bogów, naraz podzielił się a podział ten był wielce ostry. Wyostrzały go ostrza katowskich toporów i drewniane stosy na których płonęli innowiercy. Oraz klatki w których innowiercy palili schwytanych wyznawców Niezwyciężonego.

Te trzy lata wojen osłabiło kraj niepomiernie, ale byli i tacy, którzy z tego okresu wynieśli korzyść. Którzy na krwi pomordowanych budowali swoją potęgę. Których władza przez to właśnie zrównała się z możnymi Królestwa a w niektórych wypadkach nawet ich przewyższyła. Nade zaś wszystko umocniony z tego wyszedł ten, w którego armii oni służyli. Kościół. Trwająca bowiem przez te lata wojna ukazała jego dwa oblicza. Straszne i bezwzględne dla tych, którzy w starej wierze pogrążeni plwali na jego prawa, jego domy i jego sługi, oraz miłosierne dla tych, którzy w służbie Panu zatracili się, którzy nieśli ogień wiary pośród niewiernych, którzy bez wahania sięgali ku mieczowi by bronić Niezwyciężonego i jego zasad. Kościół potrafił dbać o swoich wiernych, wspierać ich począwszy od maluczkich a skończywszy na możnych panach. Którzy też prędko dodawszy dwa do dwóch odkryli z której strony wieje wiatr historii i jeśli jacyś pozostali przy starych wiarach, to ukrywali to skrzętnie. Dla starowierców bowiem Królestwo miało tylko gorejące stosy…

Konfederacja Brzeska, pierwszy zjazd możnych, który początek miał dać nowej myśli politycznej w kraju, była tak naprawdę początkiem buntu przeciwko rosnącej w siłę władzy Pellak nad rozległym krajem, który dotychczas był jedynie zlepkiem dzielnic. Władca Rustycji wciąż hołubił w pamięci miraż rządzenia całym krajem wzorem poprzedniego Wielkiego Księcia, Horna de Gordian. Trzy Granie pragnęły uniezależnienia się od Królestwa, podobnie zresztą jak Niland. Srebrna Toń wspierała każdego, kto mógł zapłacić a płacono sporo. A Senecja miała większe jeszcze aspiracje wspierane przez stworzone wbrew woli Kościoła Bractwo, elitarną akademię, gdzie bez stosownego królewskiego glejtu szkolono podobnież w zakazanych w Królestwie sztukach tajemnych. Ten jawny przejaw buntu popchnął Senecję właśnie do starcia z Królestwem i przywództwa w buncie, który wybuchł w 617 roku. Buncie, który na dwa lata zamienił Królestwo w miejsce, gdzie brat na brata się zanosi, gdzie sąsiedzi przeciwko sobie wzajem świadczą i źle czynią. Buncie, który dopiero tak naprawdę okazał się próbą dla nowo powstałej koterii możnych. Która też wnet dowiodła, jak mało znaczące są ich wzajemne sojusze.

Srebrna Toń zawsze była chorągiewką, która na wietrze zwracała się zawsze w tę stronę z której najmocniej wiał wiatr. Nie było więc też nic w tym dziwnego, że Księżna Małgorzata Dupont nakazała swoim zbrojnym zastępom uderzyć na Senecję w chwili, kiedy jej zastępy maszerowały na Pellak łupiąc i grabiąc wschodni brzeg Reala. Nie było też nic dziwnego w tym, że Niland po nadaniu mu statusu Księstwa z pełnym biskupstwem Kościoła wnet odstąpił od wspierania buntu wycofując swe armie i zamykając granice swej domeny. I tak do walki i prymat stanęły jedynie zastępy Rustycji, Trzech Grani i Senecji. Senecji, której ziemie paliły hufce Księżny Małgorzaty oraz Rustycji, której południową granicę nagle zaczęły nawiedzać podjazdy Marchii Grann. Trzy Granie więc tak naprawdę walczyły same.

Ile w tym wszystkim było zasługi Rady Królewskiej, Królowej Matki czy Kościoła trudno by rzec z całą pewnością. Roli Kościoła nie sposób było umniejszać zważywszy na to, iż w każdej domenie biskupi ze swoich podobnych twierdzom siedzib uderzali na opuszczone przez buntowników kasztele, grabili ich włości i brali w niewolę ich rodziny. Bunt utrącono u podstaw. A Królestwo wyszło zeń poobijane. Jedynie Kościół zyskał jako ten, który walnie przyczynił się do wiktorii, lub ten, który za swoje wsparcie kazał najdrożej zapłacić Królestwu wystawiając mu solidny rachunek dziejowy. Nadania ziemskie, beneficja i immunitety spłynęły nań ze stolicy i rozchodziły się po całym Królestwie. A władcy poszczególnych księstw, pobici w polu i na dworze musieli się zeń ułożyć, choć nie było to łatwe a i dostojnicy Kościoła bynajmniej tego nie ułatwiali. Nie musieli, bo oto stali się podwaliną na której nowy, wstępujący na tron Królestwa Bissel władca, opierał swoją władzę i dzięki której zdołał w ogóle ją zachować.

Rok koronacji Króla Gudryka de Marque, rok 620 był ciepły i co najważniejsze, spokojny. Królestwo, poza drobnymi zatargami na południu z wiecznie kontestującą granice Marchią Grann, poza starciami z dzikimi plemionami w Nilandzie i poza drobnymi utarczkami w Ainorze z hordami nieludzkich plemion barbarzyńców żyło spokojnie bogacąc się i odbudowując. Spalone, zrujnowane domy bieliły się nową zaprawą, osmalone krokwie zastępowano innymi, od nowa kryto dachy, siano zboża i naprawiano mosty. Bo też jest w świecie czas wojny i czas pokoju. I dla każdego, komu Pan błogosławi czas pokoju jest wszak znacznie ważniejszy niż czas sporów i waśni. Bowiem jest to czas wielbienia Pana każdym czynem. I takoż w roku 620 Królestwo Bissel zwać można śmiało ziemią Pańską, sianą, rosnącą i rodzącą na Jego chwałę…

***

Ciepłe letnie wieczory powoli zaczynały odchodzić w niepamięć. Minęło Święto Warzenia i każdy zapobiegliwy gospodarz dawno zapełnił swe spichlerze. Jesień złociła liście na drzewach a ciepłe letnie deszcze niebawem zmienić się miały w przejmujące pluchy. Coraz krótsze dnie sprawiały że podróżni na trakcie znacznie staranniej dobierali swe marszruty, tak by noc nie zastała ich w leśnej głuszy. Lasy Bissel nigdy nie należały do najbezpieczniejszych miejsc a północne rubieże Rustycji, graniczące z nieprzebranymi borami Przyćmionej Puszczy uznawane były za jedne z najdzikszych miejsc w Królestwie. Tutaj już dawno zapomniano o ciepłym lecie. Tutaj może nigdy go nawet nie było. Stary trakt wił się pośród zdradliwych mokradeł, omijał oparzeliska i głębokie wądoły a głębokie wąwozy i usiane jaskiniami zbocza otulały go z każdej strony. Mało kto wędrował leśnymi szlakami w Rustycji. Puszczę rzeka oddzielała od dzikiej elfiej knieji, gdzie nieludzie podobnież palili schwytanych ludzi żywcem i poddawali ich ciała wymyślnym torturom ku czci ich przeklętych bogów. Okoliczne ludzkie osady znały opowieści o elfich zagonach, które zapuszczały się na tę stronę rzeki. Znały je również poczerniałe, szybko objęte w posiadanie przez bluszcze, mchy i krzaki ruiny. One mogły by opowiedzieć najgorsze historie.

Trzygłów był kasztelem wzniesionym na niewielkim wzgórzu pośród mokradeł porastających północne kraje puszczy. Widok roztaczający się z jedynej wieży zamkowej ukazywał nieprzebrane morze leśnej gęstwiny na południu i odgrodzone Rzeką O równiny Bissel. Położony na pograniczu Rustycji zameczek żył na skraju dzikiej głuszy. Jego mieszkańcy byli żywym dowodem na to, że granica dzikości nie została dokładnie wyznaczona a istoty obu światów żyją w zgodzie pospołu. Do zamku wiodły dwa szlaki. Wodny i leśny. Odcięty od cywilizacji kasztel był wszakże tak rzadko odwiedzany, że nie sposób było powiedzieć która z tych dróg jest bezpieczniejsza. Mieszkańcom Trzygłowia nigdy to nie przeszkadzało. Pewnie dla tego mało kto odwiedzał to miejsce.

***


- Milcz, kurwa! Nie drażnij go... błagam! - spazm i szloch, który wyrwał się z ust Starego był żywym dowodem, że ze strażnikiem więzienia spotykał się aż nazbyt często. Jego rozedrgane dłonie obciążone łańcuchami, które przytwierdzały go do ściany, brzękotliwie próbowały szarpnięciem powstrzymać kompana pełznącego po brudnym sienniku w kierunku stalowych wrót. Mrok skrywał bielmo wykapanego podczas badania oka a drugie w przerażeniu jakby skryło się w głębokim oczodole obciągniętej skórą czaszki. Stary gościł w kazamatach już drugi rok, zdążył się postarzeć.

Pewnie dla tego nie zdążył powstrzymać kompana. Nie miał już tego wigoru wynikającego z poczucia omyłki wymiaru sprawiedliwości i chęci wydobycia się z tego piekła. Nie miał również jednej z nóg. Poćwiartowano mu ją podczas trzeciego badania. To też nie pomagało mu ścigać pełznącego po ziemi kompana. Reszta przykutych do ściany wraków ludzkich nawet nie kiwnęła palcem. Nie była w stanie, właśnie wrócili z badania.

- Hej tam! Wypuśćcie mnie! Jestem niewinny!! Niewinny!! Mam dowód!! - głośny łomot kułaka o żelazne wrota wybudził by nawet umarłego. Niosący się echem krzyk więźnia przerwał brutalnie ciszę zapomnianego przez Bogów i ludzi podziemia. I obudził Tego Którego Budzić Nie Wolno.

Strażnik, Pan Życia i Śmierci w tej skrytej w głębinach ziemi krainie, usłyszał niefrasobliwe wezwanie Nowego.

I nadchodził.

Każdy kto w lochu posiedział więcej niż dni kilka wiedział, że nic gorszego go spotkać nie mogło...


***


- Jak on się czuje? - wychodzący z komnaty lorda cyrulik miał smutną minę. Może była to zasługa podłej pogody bo przecie od dni sześciu lało nieustannie a jego czekała niebawem długa droga powrotna. Może przyczyną był kac, bo i przecie wczorajszą kolację suto zakrapiał. Może zaś zawinił stan jego podopiecznego. Stary Furman miał nadzieję, że jednak sedno sprawy leży w pogodzie bądź kacu. Służył lordowi od lat tak wielu, że w zasadzie z trudem przychodziło mu przypomnieć sobie jak to było kiedyś, wcześniej.

- A jak ma się czuć dziewięćdziesięcioletni starzec ze złamaną miednicą? - cyrulik miał fatalny zwyczaj odpowiadania pytaniem na pytanie. Furman niegdyś potrafił zabijać nawet z takiego powodu. Ale to było bardzo dawno. Tak dawno, że do tych czasów również nie sięgał pamięcią.

- Czy są jakieś szanse by ozdrowiał? - pytanie było pozbawione nadziei na pozytywną odpowiedź, ale tonący brzytwy się chwyta.

- A czy będzie młodszy? - cyrulik chyba nie zdawał sobie sprawy z tego po jak kruchym lodzie stąpa, bowiem stary sługa stężał cały, ale zapanował nad sobą. Skłonił się grzecznie miastowemu doktorkowi, który już i tak był w pół drogi do swoich komnat.

- Jeśli to jego koniec i nie ma nadziei na ocalenie, proszę panie skróć jego męki... - wyszeptał stary sługa a cyrulik zatrzymał się w połowie drogi jakby nie pewny czy prośba skierowana jest doń, czy do jakiejś wyższej Opatrzności. Sługa jednak już był w połowie drogi do komnat swego pana. Cyrulik postanowił wrócić do ciepłej komnaty i dopiero po orzeźwieniu myśli kielichem wina od którego uginał się stół w jego komnacie, zastanowić się nad słowami sługi. O ile idąc do swoich komnat ich nie zapomni.

***


- Jak... przygotowania przyjacielu? - głos starca ledwie dochodził do pochylonego nad jego łożem sługi. Zwarte w ostatnim uścisku bratnie dłonie mroziło zimne powietrze surowej zamkowej komnaty w której nie palono od lat. Ale i krew przecież już nie krążyła aż tak żywo w wiekowych dłoniach. Okryte bielmem oczy lorda wpatrywały się pusto w przestrzeń nie widząc łez płynących po obliczu wiernego sługi.

- Wszystko gotowe jak zaplanowaliśmy to przed laty. Spośród wybrańców udało mi się odnaleźć kilku, dalece nie wszystkich ale i tak powinno ich wystarczyć na początek. Czekaliśmy już tak długo, że czas najwyższy na odrodzenie. Wolałbym byś to wszystko sam nadzorował... - Furmanowi głos się łamał mniej, ale też młodszy był od swego chlebodawcy o dobrą dekadę. Zresztą był człowiekiem obowiązkowym i zlecone mu zadania zawsze wykonywał co do joty. Nawet teraz, mimo siedmiu krzyżyków na karku.

- Nie wątpię w to... że wszystko gotowe. Zacznij ich … zapraszać. Może uda mi się... - stary przerwał łapiąc ciężko powietrze. Furman czekał cierpliwie. Taką formę rozmowy prowadzili od dłuższego czasu. - ... osobiście z nimi porozmawiać. To ważne... by zrozumieli dlaczego wybraliśmy właśnie ich. Muszę...

- Nie silcie się. Już posłałem do nich listy. Przybędą na otwarcie testamentu, tak jak ustaliliśmy to przed laty.
- Furman płakał. Wiedział, że misji, której się podjął, nie sposób już zmienić. Nie można zatrzymać trybików maszyny puszczonej w ruch.

- Zatem już... czas? Zadbaj by... - głos starca zgasł w pół słowa. Furman jeszcze długo trzymał w dłoni stygnącą dłoń swego pana i przyjaciela. Otwarta dyskretnie wcześniej żyła słabym rytmem pompowała jeszcze ciemną krew wytłaczając ją z martwego już ciała pana tych włości. Furman czekał do samego końca i jeszcze sporo czasu później. Nie spieszył się, bo i nie musiał. Dalsze kroki zaplanowali wspólnie, przed laty. Teraz zaś nadchodziła pora wypełniania przysięgi sprzed lat. Pierwszym zaś ku temu krokiem był ułożony przed laty list...


***


Sir Reginald z Czarnolasu było dumnym nazwaniem. Podobnie herb nie banalny jak jakie ptaki czy szachownice czy pasy. Reginald, Sir Reginald miał w znaku dowód męstwa i zręczności. Kusza nad koniem w czerwonym polu. Ktoś inny niż Reginald może i chełpił by się tym wszystkim ale jemu było do tego bardzo daleko. Zwyczajnie, miał świadomość tego, że poza tytułem, koniem i jego rządem a także odrobiną dóbr jakie w swoim żywocie najemnika udało mu się zebrać ma bardzo niewiele. Zwłaszcza teraz, kiedy nie należał do żadnej kompanii i rozglądał się za jaką fuchą. Czarnolas, nadana mu za męstwo włość, była ledwie kilkunastoma dymami, których mieszkańcy z trudem wiązali koniec z końcem. O utrzymaniu rycerza nie mogło być mowy. W zasadzie był tam raz i o jeden raz za dużo. Pojawienie się nowego Pana u chamów wywołało równie żywiołową reakcję jak zeszłoroczny śnieg. W ich żywocie nie zmieniało się nic.

Sir Reginald nie spędził wiele czasu na swoich „włościach”. Po jednej wizycie wiedział, że kolejnych rychło nie będzie. Położona na zadupiu Rustycji osada nie nadawała się do niczego. Oddana w zarząd grododzierżcy Bronowi z Alerronu, miała przynosić całe dwadzieścia sztuk złota rocznego dochodu. Dwadzieścia! Sir Reginald zostawił zarząd Czarnolasu swojemu rytmowi a sam żył życiem najemnika. I właśnie dla tego tak wielkim zaskoczeniem dlań było, kiedy jakiś posłaniec dostarczył mu list. List, który wzbudził jeszcze większe zdumienie...


***

Sir Davhorn Rosennaill tęsknił za domem. Położony w Thornwardzie rodzinny kasztel rycerza był równie odległy, że mógłby się znajdować na księżycu. Davhorn, Sir Davhorn zadbał o to by odległość dzieląca go od domu była solidna. Tu, w Rustycji nie znał go nikt. Tu był bezpieczny, bowiem mordercy na usługach mściwych Eliserów nie sięgali swoimi wpływami aż tak daleko. Nie chciał tej śmierci. Nie chciał tego pojedynku. Nie pamiętał czy poszło o jakąś niewiastę, czy może o jakąś zniewagę. Pamiętał jednak, że poszło o liczykrupę. Zbyt często słyszał „liczykrupa” zza pleców. To, że jego ojciec był weteranem trzech wojen, że samotrzeć złamał szyk Ket i że walczył z diabelskimi pomiotami w Ainorze było bez znaczenia dla urodzonych szlachciców w Thornwardzie. Ważniejsze było to, że Rosennaillowie parali się handlem. „Liczykrupa”. Pamiętał je po dziś dzień.

Żyjąc z dala od domu stwardniał. Nie nosił się z rycerska bo i znaczenie jego tytułu było tu żadne. Był najemnikiem i zarabiał na życie siłą swoich ramion, sprytem i sprawnością we władaniu orężem. I nie posługiwał się swoim imieniem. Po co kusić los.

Dla tego też list, który zastał go w oberży „Pod Urwaną Podkową” w stolicy Rustycji, wywołał jego bezgraniczne zdumienie. Przez dwa dni szybko zmieniał miejsca spoczynku spodziewając się ciosu skrytobójcy w każdej chwili. Dopiero kiedy pewnym był, że list trafił w jego ręce jakimś cudem, zastanowił się nad jego treścią. Ta zaś wywołała jego jeszcze większe zdumienie...


***

Sir Dareon Mire unikał swego prawdziwego imienia jak ognia. Nie chciał, by ktokolwiek wiązał jego dokonania z jego rodowodem. Z jego ziemiami i włościami. By ktokolwiek poszedł jego tropem. Z pewną nostalgią wspominał chwile, kiedy rozpierany przez dumę wołał się swoim nazwaniem. Kiedy wracał na rodzinne włości w aureoli syna marnotrawnego, który wraca na swoje. Był jedynym spadkobiercą ziem i tytułów. Był...

Przeszłość dopadła go szybciej niżby sobie tego życzył. Skąd miał wiedzieć, że wszedł w drogę Inkwizycji? Skąd miał wiedzieć, że jego śladem podążają Tępiciele. Skąd miał...

Kolejną niespodzianką był posłaniec. Posłaniec i list. List adresowany doń jego prawdziwym imieniem i nazwiskiem rodowym. Jakby miejsce jego przebywania znane było powszechnie. Jakby nie ukrywał się przez ostatnie lata. I może by nawet uciekł w przeciwnym kierunku, gdyby nie wspomnienie o tym, że ktoś zapisał mu coś w testamencie. To... dawało nadzieje...


***


Barka była przeciążona. Była wszakże jedyną, która w tych dniach płynąć miała Rzeką O zahaczając po drodze o kolejne osady. Wedle słów śmierdzącego starym capem szypra, który brudną brodę miał równie zadbaną jak zęby przez co przypominał szczerbatego kozła, zawijać miała do wszystkich osad wzdłuż brzegu. Tych po stronie Rustycji. Szyper klął jak szewc na mieszkańców domeny wielkoksiążęcej i zarzekał się, że po stronie Bissel nie zawinie do żadnego portu. Może był tak wielkim patriotą, ale ci, którzy widzieli jak zareagował na widok oddziału Tępicieli którzy dopominali się z brzegu by ich zabrał na pokład był żywym dowodem na to, że poza patriotyzmem kieruje nim zwykły pragmatyzm. Nim na barkę wkroczyło zbrojne ramię Kościoła do beczek z wodą poszły jakieś paki a trzyosobowa załoga barki udawała baranki, które nic o niczym nie wiedzą. Pasażerowie siódemce Tępicieli też nie mieli wiele do powiedzenia, więc ten odcinek O pokonali w mrukliwej ciszy.


***

- Tu wysiadacie, Pany... - stary Argus splunął w wodę i skinął na swoich dwóch pomocników. Długie tyki poszły w wodę a Fergus i Pijawa naparli na nie z całych sił kierując barkę ku brzegowi. Trójka podróżnych, którzy siedzieli na pokładzie dzień cały spojrzała w półmroku ku brzegowi. Ruiny osady nie sprawiały nazbyt gościnnego wrażenia. Wyrastające z krzewów osmalone belki i zwalone, porośnięte bluszczami ściany nie zachęcały do gościny. Z drugiej wszakże strony zbyt wiele czasu zamarudzili przy zwalonym dębie który tarasował koryto rzeki i teraz musieli gdzieś zanocować. To miejsce jednak sprawiało bardzo ponure wrażenie. I żaden z podróżnych nie zdecydował by wybrać je sobie na nocleg, gdyby miał cokolwiek do powiedzenia.

Nie mieli. Na barce rządził Argus i nie raz dał im to odczuć. Jeśli chcieli płynąć „Jego łajbą” musieli go słuchać. Barka pchnięta tykami skręciła ku brzegowi, kierując się do osiadającego w wodzie pomostu. Gdzieś w oddali zaczął ujadać pies, co było o tyle dziwne, że żadna ze zrujnowanych chałup nie miała prawa być zamieszkałą. Argus nie zwrócił na to nawet uwagi. Barka szorując dnem o wodorosty zbliżała się do pomostu.

- Tu wysiadacie. Trzygłów pół dnia drogi stąd. Na południe. Za dnia znajdziecie to co ze szlaku się ostało. Pośpieszcie się Panowie. Mu tu nie będziem nocować. Cumować długo też nie ...

To nie była prośba. Jednak barka już dopijała do pomostu a dwaj pomocnicy zarzucili cumy na sterczące pale mocując łódź do brzegu. Stojący na rufie Argus wyjął z zanadrza kuszę wpatrując uważnie się w brzeg. I czekając aż podróżni opuszczą pokład jego łodzi. A kusza najpewniej przygotowana była na inne okoliczności niż nieposłuszeństwo podróżnych. Aczkolwiek żaden z płynących łodzią do Trzygłowia wędrowców pewności co do tego mieć nie mógł...


.
===============================

[Powodzenia Panowie]
 
__________________
Bielon "Bielon" Bielon
Bielon jest offline  
Stary 30-08-2013, 23:59   #2
 
EngelbartKappa's Avatar
 
Reputacja: 14 EngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znany
Daeron Mire

W dniu gdy po jego rodowym zameczku rozeszła się wieść iż zmierzają doń tępiciele i to bynajmniej z wizytą towarzyską, Daeron właśnie zmieniał wystrój głównej komnaty pozbywając się ulubionych arrasów swego ojca, pozbywając bardzo skrzętnie, wyrzucając z okna do głębokiego na pół metra rowu okalającego jego siedlisko, szumnie i na wyrost zwanego fosą.

W czasach swego wygnania nie przypominał sobie by kiedykolwiek wszedł w drogę Inkwizycji, która jak wieść niosła, trzymała mocno za jaja wszystko co tylko dało się chwycić, a to czego się nie dało, to zwyczajnie, po ludzku, paliła na stosach. Z drugiej strony, zważywszy na fach, którym z racji swych życiowych perturbacji się imał, nie byłby specjalnie zaskoczony takim obrotem sprawy.

Nie byłby, gdyby się tego spodziewał.

Opuścił swoje ziemie w niejakim pośpiechu, nie zapomniawszy wcześniej opróżnić skarbczyka, wyklinając jego marną zawartość. Cóż, tytuł szlachecki, dość pokaźne ziemie, kontakty w szlacheckim świecie, które miał jego ojciec, nie szły w parze z gospodarnością, a częściej z przesadną rozrzutnością. Jego majątek był co najmniej mierny, może i by starczyło na miesiąc, może dwa oszczędnego życia, ale Daeron nigdy nie uważał się za osobę przystosowaną do takich wyrzeczeń. Kłóciło się to z jego pojęciem świata, dzielonego na tych na dole, którzy pracują na jego utrzymanie i tych na górze, których może bez skrupułów oszwabiać, dla dobra rodu, oczywiście.
Teraz on sam został okradziony z swojego dziedzictwa. Nie miał zamiaru tego odpuścić, jeśli będzie trzeba, spędzi dziesięć lat, ale wreszcie dobierze się tym świętoszkowatym skurwysynom do dupy. Popamiętają go, to oni będą musieli spierdalać z swoich klasztorów, czy gdzie tam siedzą. No cóż... Kiedyś. Tym razem Inkwizycja była „na górze”, a Daeron z przodu, bardzo z przodu, zajeżdżając konia i uciekając aż się za nim kurzyło.

Z niemałym niepokojem spoglądał na dopalone stosy, popiół i zwęglone resztki drewna i chrustu, które obfite, rzęsiste deszcze rozmywały na rynkach wielu miast, które przez ostatnie tygodnie mijał po swej drodze. Był pewny, że zgubił pośpiech, był pewny, że nowa fryzura, zgolenie obfitej koziej brody, którą miał w zwyczaju nosić, ubrania, a nawet sposobu zachowania, a przede wszystkim imienia, którym się posługiwał, wystarczy by uniknąć spotkania z tępicielami.

No cóż, jego pewność została obrócona w niwecz w momencie, gdy w jednej z gospód, w których się zatrzymał, by spędzić kolejną noc, nie napotkał posłańca, który dosiadłszy się do jego stołu, przywitał go jego imieniem, nazwiskiem, ba, nawet wyraził swe ubolewanie nad stratą rodowej siedziby, po czym wręczył Daeronowi list i grzecznie się pożegnał. Nie minęła minuta, a już go nie było, a potem kolejne, nim młody Mire otrząsnął się z szoku.

List jednak niósł ciekawe wieści. Spadek? To było coś. Mogło odwrócić złą passę.

***

Podróż na barce nie należała do przyjemnych. Zaczynał go irytować szyper, zaczynali go irytować milcząc towarzysze podróży, zaczynała go irytować woda, która zbierała się na dnie barki, przemoczone w związku z tym buty już nie irytowały, Daeron osiągnął kres swych możliwości pojmowania tej emocji, gdy na barkę władowała się grupka tępicieli.

Gdy tylko pierwszy z nich władował się na pokład myślał, że to już koniec, jutro postawią ładny stosik, wygłoszą listę zarzutów, które będą w jego uszach brzmiały nad wyraz absurdalnie, inne być nie mogły, do dnia dzisiejszego nie mógł przypomnieć sobie czym mógł narazić się Inkwizycji, a potem go spalą, zmiotą i tak skończy się ród Mire’ów, a co ważniejsze, jego życie.

Nie zwrócili jednak nań uwagi. To było dobre, chociaż nie zmieniło niczego. Do końca podróży siedział jakby ktoś wepchnął mu kij w rzyć. Nie on jeden. Tępicieli nie szanowano, nie poważano, ich zwyczajnie się unikało, gdzie możliwe, a gdzie nie możliwe, to najzwyczajniej w świecie, kryło się w kąciku i drżało, bynajmniej nie z zimna.

Wiedział, że szyper nie należał do osób, z którymi chciałby się bliżej zaprzyjaźniać, ale miejsce, w którym zacumował... No skurwysyn po prostu. Nijak inaczej się go zwać nie dało. Tyle dobrego, że do Trzygłowia nie mogło być specjalnie daleko, a z rozmów, które podsłuchał między jego dwójką przymusowych towarzyszy niedoli, a szyprem, wynikało, że również zmierzają w tamtą stronę. W kupie raźniej, kupy nikt nie ruszy, pierwsza zasada podróży po rzadko uczęszczanych szlakach. Zasada martwa, tak jak większość tych, którzy jej zawierzyli. Absolutnie nie dająca żadnego pocieszenia, bez żadnego ważenia na okoliczności.
- Dziękujemy Waszmości za transport i dowiezienie nas całych i zdrowych, tak daleko jak Waszmość mógł. Macie moje serdeczne podziękowania. - pomny całego skurwysyństwa szypra, w myślach wbijając mu sztylet w oko, z uśmiechem rzucił Daeron, wysiadając z barki i poprawiając odzienie. - Spokojnej podróży. – i obyś sczeznął, a tępiciele zrobili sobie z twojej dupy objazdowy burdel, mógłby rzec, acz byłoby to bardzo nie po drodze z fasadą, którą utrzymywał. Dla siebie oczywiście, dobra własnego.
 
EngelbartKappa jest offline  
Stary 31-08-2013, 12:15   #3
 
zelator89's Avatar
 
Reputacja: 632 zelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemu
Sir Davhorn przez ostatnie miesiące wiódł żywot włóczykija. Z jednego miejsca na drugie. Co jakiś czas zatrzymywał się w przydrożnych karczmach w poszukiwaniu zlecenia. Ludzie, którzy w owym czasie z nim rozmawiali zapewne mogli odnieść wrażenie jakby przed kimś uciekał, szukał rozpaczliwie schronienia. Ale nikt nie wiedział, ba! Nawet nie podejrzewał, że ma do czynienia z człowiekiem szlachetnego pochodzenia. Ale czymże była błękitna krew w obliczu tułaczki nie mającej końca. Dla ludzi był po prostu zwykłym najemnikiem szukającym coraz to bardziej niebezpiecznych zleceń, włączając w to prywatne wojenki możnych. Davhorn nie przyznawał się ani do swego imienia ani pochodzenia. Być może w obawie przed rozpoznaniem, choć jego rodzina nie należała do kategorii potężnych i sławetnych rodów. Z czasem nawet o tym zapomniał i wzgardzał samą myślą o pochodzeniu z "wyższych sfer". Również zobojętniał nie tylko na swoje życie ale i na śmierć. Zabijanie stawało się normalnym sposobem zarobkowania. Byleby zleceniodawca wypłacił żołd zgodnie z umową. List otrzymany w oberży "Pod Urwaną Podkową" wybił go ze schematycznego rytmu życia. Coś w nim pękało. Może to cień szansy na zmianę jego jakby nie patrzeć parszywego życia żołdaka, a może pułapka Eliserów, którzy mogli przecież siedzieć mu na ogonie. Szpiedzy, skrytobójcy...parszywców bez honoru, którzy nie potrafią stanąć oko w oko do walki był nadmiar.

Podróż na barce razem z obrzydliwym szyprem była tym czego się właśnie spodziewał. Davhorn był jednak przyzwyczajony do polowych warunków i wszechobecnego smrodu. Widok wkraczających na barkę Tępicieli z początku nie zrobił na nim wrażenia. Tylko z początku. Choć tutaj mógł czuć się bezpiecznie, ciągle nie mógł pozbyć się nerwowego odruchu łapania za rękojeść. Z drugiej strony nie był tutaj sam. Oprócz zbrojnego ramienia Kościoła było jeszcze dwóch ludzi. Davhron nie zadawał pytań, wolał w milczeniu przeczekać podróż. W końcu usłyszał parszywy głos szypra. Można było opuścić barkę. Po wkroczeniu na ląd nie mógł pozbyć się myśli, że może to pułapka zastawiona przez Eliserów. Przezorny zawsze ubezpieczony. Wyjął z pochwy potężny miecz, po czym oparł go o bark. Davhorn zdążył przez te kilka miesięcy polubić bitewny zgiełk, na który był zawsze przygotowany.
 
zelator89 jest offline  
Stary 31-08-2013, 13:00   #4
 
Komtur's Avatar
 
Reputacja: 15973 Komtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputację
Barka była stara, cuchnęła moczem i zgniłymi rybami. Sir Reginald choć wolał inne zapachy to nie narzekał, w sumie w armii książęcej przyzwyczaił się do różnych wonności. Ostatnio nie wiodło mu się najlepiej, ale patrząc z perspektywy czasu wszystko szło ku lepszemu. Jedyną zadrą na jego optymistycznym nastawieniu była baronessa Cecylia de Gijon. Zemsta jednak musiała poczekać, aż zdobędzie odpowiednie wpływy, przywileje i majątek. Być może szansa na wielką karierę, a raczej majątek właśnie nadchodziła, ale gdy zobaczył opustoszałą wioskę u przystani wiodącej do grodu Trzygłów, mina mu znacznie zrzedła. Zadał sobie jednak trud by dotrzeć tak daleko i głupio było mu teraz odpuścić. Bez żalu opuścił barkę Argusa i będąc już na brzegu załadował kuszę. Coś miał dziwne wrażenie że szyper obawiał się tego co mogło wyskoczyć z lasu. Szczęściem nie przyszło mu podróżować samemu. Dwóch śmiałków zmierzało w tym samym kierunku i sir Reginald miał także wrażenie że w tej samej sprawie. Wyglądali na ludzi obytych ze szlakiem, ale wątpił by przewyższali go znajomością lasu. Komu w drogę temu czas, można by rzec i pan na Czarnolesie wskoczył na rumaka. Słono zapłacił za przewóz zwierzaka na barce, ale cóż by to był za szlachcic bez konia. No dupa nie szlachcic by był.
 
Komtur jest offline  
Stary 31-08-2013, 23:50   #5
 
Bielon's Avatar
 
Reputacja: 1240 Bielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumnyBielon ma z czego być dumny
Przewodnik nie krył nawet swoich obaw. Człowiek traktu, na którym przebyte mile wyryły głębokimi bruzdami ciężkie doświadczenia nie chciał nawet słyszeć o dotarciu do Trzygłowia. „Nikt tam nie chodzi” powiedział jedynie, kiedy długo i usilnie go namawiano. I tak nie krył również zdumienia, iż ktokolwiek chce tam jechać. Jeszcze pojedynczego szaleńca by zrozumiał, różni bywali ludzie. Jednak trójka podróżnych poszukująca przewodnika do odciętej od bogów i ludzi osady, którą otaczała aura złej sławy i mrocznych opowieści budziła podejrzenia. Zwłaszcza, że trójka zdawała się zupełnie od siebie niezależna, zamożna a do Zgody przybyła w różnym czasie i z różnych stron. Los jednak najwidoczniej miał zamiar połączyć tych troje w jedno, bowiem tylko jeden przewodnik, Szalony Seth, gotów był ich powieść ku celowi.

Jego przydomek mówił sam za siebie...

***

Lady Ysabelle zachodziła w głowę jak się to stało, że to ona została obdarowana i ujęta w testamencie żyjącego gdzieś na pograniczu Rustycji ekscentryka. Jednak nie zwykła narzekać na przychylność losu a poza tym zaproszenie dawało jej okazję na wyprawę. Na powrót do przygody, która rozpraszała nudę codzienności. Pewnie dla tego w ogóle podjęła się przybyć do Trzygłowia. Później zaś pozostało wyłącznie konsekwentnie dążyć do celu. Konsekwencja była jedną z jej cech głównych...


***

Baron Wardur nie przypominał człowieka urodzonego niczym. Był wodzem jednego z klanów górskich barbarzyńców i tak też się zachowywał. Jednak z drugiej strony przecież nadanie mu pozycji przezeń zajmowanej nie wzięło się z niczego. Był nobilitowany, przyjęty w grono szlachetnie urodzonych i choć o tym jak ktoś taki winien się zachowywać nie miał zielonego pojęcia starał się srać z dala od innych, żreć i pić bez parskania i plucia na stół i nie zabijać nikogo bez dania racji. Jakiś kupczyk kiedyś uraczył go nawet komplementem, że zachowuje się jak lord z Ainoru. W dupie miał innych lordów, konwenanse i Ainor, ale komplement docenił i nagrodzić potrafił. Tym bardziej, że kupczyk przysłużył mu się odczytując zaproszenie na otwarcie jakiegoś „testamentu”. Jako, że wedle jego tłumaczeń mieli mu coś tam „dać”, Wardur ruszył na wyprawę. Samotnie. Do podróży w orszaku jeszcze nie przywykł...


***

Osada była spalona. Nie była taką pierwszą, którą na szlaku ze Zgody pokazał im Seth. Jednak była ostatnią. Przylegająca do Rzeki O posiadała przystań i niegdyś mogła być miejscem spokojnego żywota co najmniej czterech dziesiątek chamów. Teraz poczerniałe krokwie zdążyły porosnąć bluszcze, mchy wdarły się na zwalone ściany. Trawy zarosły ścieżki i podwórka. Co najmniej od kilku lat nikt tu nie mieszkał. Seth przyprowadził ich tu po południu. Niecierpliwie zerkał na chylące się powoli słońce i krótko odpowiadał jak mają trafić dalej. Tyle, że z rana. Do Trzygłowia było wszak jeszcze pół dnia drogi. A ta osada była ostatnią w leśnej głuszy. Ostatnią. Jak ostatnia deska ratunku...

Nie było tu miejsca na nocleg. Nic w czym osoby z ich pozycją mogły by zanocować. Ledwie dwa domostwa nadawały się do tego by osłonić ich od wiatru, bo miały zachowane aż trzy całe ściany. Dachu nie miało żadne z nich. Jednego strzegł nagi szkielet, którego wyrzucili precz i okryli darnią na skraju lasu. W drugim mieszkał wąż, ale pogoniony łuczywem odpełzł z sykiem. Mieli więc gdzie zanocować. Opału też było pod dostatkiem. Jednak osada nie zachęcała do noclegu. Tyle, że nie mieli wyjścia. Z dwojga złego lepsza była namiastka schronienia niż żadne.

Seth wyruszył w godzinę po tym jak pokazał im dalszy szlak na Trzygłów. Do zmroku pozostało mu wszak prawie trzy godziny. Wolał powiększyć dystans dzielący go od warowni. Jej zła sława widać robiła na nim wrażenie.

Ognisko, które rozpalili dodało im otuchy. Zwłaszcza wraz z nadchodzącym zmrokiem. Zwłaszcza wówczas, gdy w oddali dało się słyszeć ujadanie psów. Na łowy nie było co tu liczyć. To musiała być jakaś zdziczała sfora. Przestraszone wierzchowce zaczęły rżeć, ale trwogę zwierząt udało się uspokoić. To było łatwe, one nie słuchały opowieści Setha...


***

- To przeklęte miejsce, Trzygłów. Nie zawsze jednak tak było. Lata temu było całkiem inaczej, ale się to zmieniło. - szaleniec przewrócił wzrokiem i zachichotał złośliwie. Jakby to co spotkało mieszkańców warowni cieszyło dziwaka. Jednak ci, którzy znali się na ludziach nie dali się zwieść. Drżał gdy o tym wspominał. A drżenie to sięgało nie tylko nóg ale i głębi jestestwa. - Teraz nikt tam się nie zapuszcza. Nikt. Raz jeden kupiec jechał ze Zgody. Miał trzy wozy załadowane wszelkim towarem i dziesięciu junaków do ochrony. Liczył na wielki zysk. Trzy tygodnie później wrócił jeden z koni, które ciągnęły wozy. Srokacz. W oko wpadał. Tyle, że koń był tak oszalały, jakby dur cięgiem gonili go wilcy. Trzeba było go ubić, bo się za nic zwierzęcia okiełznać nie dało.

- Oszalały koń. Faktycznie macie niezbite dowody na to, że złe siły się tam zalęgły.

- Później tropiciele chcieli sprawdzić co się stało z tą karawaną. Grododzierżca posłał z nimi dwunastu zbrojnych. Nie zapuszczali się głęboko. Wystarczyło im, że znaleźli stos ciał pozbawionych głów w lesie. Nic więcej. Wozy i głowy zniknęły, ale nie było wątpliwości, że to był kupiec i jego ludzie.
- Seth przerwał swą opowieść na chwilę, przełknął z bukłaka, po czym podjął swą opowieść. - Od tego czasu jeszcze czterokrotnie wyruszali różni tacy do Trzygłowia i każdorazowo kończyli na szlaku lub słuch o nich zaginął. No, chyba że po kogo stamtąd posłano. To zdarzyło się wedle tego co wiem z kilka razy. Wtedy ponoć ci, co tam poszli, wrócili. Wrócicie... - cóż, nie był bezgranicznie przekonany o tym, ale dawał nadzieję. Nawet tak marną...

***

Nadpływającą barkę usłyszeli oboje. Gburowaty, zwący się Baronem (!!) Wardur nie nadawał się do dworskich dyskusji. Nie potrafił zabawiać damy. Zresztą z Ysabell była taka dama, jak z koziej dupy trąba. Może na dworze, może na balu, ale na szlaku wychodziła jej prawdziwa natura. Tu nie trzeba było pozorów. Obozowali w milczeniu w akompaniamencie trzaskającego ognia i pohukiwania puszczyka. Dla tego usłyszeli rozkazy rzucane przez szypra i odgłos rzucanych cum. Ognia zagasić nie zdołali, ale też nie rozgorzał on na tyle, by znaczyć się czymś więcej niźli wąską smużką dymu na tle ciemniejącego nieba. Obcy zajęci byli ostrożnym wysiadaniem nieświadomi obserwującej ich dwójki. Wardur dobył cicho oręża. To było zrozumiałe. Obcy byli uzbrojeni. Do uszu nasłuchującej dwójki doszły słowa pożegnań, stukot podków na drewnianym, trzeszczącym pomoście. I chlupot fal na burcie odpływającej barki. Spoglądając zza muru widzieli trójkę jeźdźców, która prowadziła swe wierzchowce za uzdy rozglądając się uważnie po zrujnowanej osadzie...

***

Barka odpływała, ale cała ich trójka, która wysiadła na brzegu zajęta była już czymś zupełnie innym. Spomiędzy chałup w niebo biła wąska strużka dymu. Siedzący już w siodle Sir Davhorn Rosennaill dobył oręża. Jego intencje były jasne. Sir Dareon widział smugę dymu od jakiegoś czasu, ale jego wzrok wyszukiwał zagrożeń. Póki co, nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek im tu groziło. Jednak Dareon postanowił zachować ostrożność. Dym musiał pochodzić z ognia a ten musiał ktoś rozpalić. Sir Reginald, który już był w siodle dostrzegł nie tylko dym, ale i wyglądające zza muru oblicze skrytego w zasadzce zbrojnego. I błysk oręża dobytego, gotowego do uderzenia. Gdzieś z boku rozległo się rżenie, znak że zbrojnych może być więcej...


***

Baron i Lady, skryci za murem, dostrzegli że podróżni wskoczyli na siodło. Rozglądali się czujnie a jeden z nich, podobnie jak Wardur, dobył oręża. Ciszę w którą wsłuchiwali się z napięciem przerwało rżenie wierzchowca Barona. „Durne bydle!” zaklęła w myślach Lady, ale nieszczęście już się stało...



.
========================================
[Proszę o to by każdy z Graczy zamieścił pod postem wyniki 5 rzutów K20]
.
 
__________________
Bielon "Bielon" Bielon
Bielon jest offline  
Stary 01-09-2013, 06:01   #6
Aro
 
Aro's Avatar
 
Reputacja: 5427 Aro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputację
Lady Ysabelle zaciągnęła się powietrzem, pozostając w tyle na swoim koniu. Odór rzeki wymieszany z subtelnym niemalże zapachem popiołów przywołał wspomnienia. Te lepsze, z ciekawszych czasów. Z czasów kiedy jeździła z Sierotkami, kompanią najemniczą, i to nie jako kurtyzana. Nie, nie, była ewenementem, bowiem swoim towarzyszom broni dorównywała i w szermierce, i w fajczeniu osad, takich jak te minięte po drodze do Trzygłowia. Kilka razy nawet zdarzyło jej się zgwałcić jakiegoś giermka, czy innego ocalałego, który miał nieszczęście wpaść jej w oko. Sierotki zawsze miały z tego ostatniego niesamowity ubaw przy popijawie.

Ale to było przedtem. Zanim Ysabelle zyskała imponujący tytuł i towarzyszące mu stare nazwisko. Zanim wyrżnęła sobie drogę do sukcesji po starym Markizie, ucinając łby dwóm pół-braciom. Zanim urządziła czystki w administracji i powywieszała tych, którym w niesmak była nowa Markiza z nieprawego łoża. Wtedy było życie! Aż uśmiech wypłynął na jej usta, kiedy tak sobie wspominała.

Ale kiedy już posadziła dupę na Burogrodzie, skończyły się przyjemności. Zaczęły się natomiast spotkania, audiencje, wbijanie jej w gorsety i równie wykwintne, co irytujące fryzury. W tamtych chwilach drażniło ją wszystko, poczynając od uciskających pięty trzewików, po nudnych jak flaki z olejem petentów. Nawet małżeństwo z trzecim synem barona Wysogrodu nie przyniosło jej żadnej radości. Może i nie brakowało mu niczego pod względem wyglądu, ale zwyczajnie nie stanowił dla niej wyzwania.

Burogród, przynajmniej dla Ysabelle, naprawdę zasługiwał na swą nazwę. Buro, nudno, szaro. Czasami odzywały się w niej zapędy piromanckie i miała ochotę puścić cały kasztel z dymem, za podpałkę używając gorsetów i trzewików. Nie zdążyła. List z Trzygłowia uratował markizową siedzibę.

* * *


Towarzyszom podróży przedstawiła się jako szlachcianka, ale nie tym właściwym tytułem. Bo chociaż Markiza Siedmiogrodzka, Pani na Burogrodzie i Łysorogu brzmiało imponująco, to w tych stronach znaczyło tyle, co nic. Lady Ysabelle de Beaujeu-Fezansaguet było w sam raz.

Jedynym dowodem na jej szlachectwo był gruby, podszywany futrem płaszcz i srebrny sygnet. Poza tym, ciężko byłoby wziąć ją za błękitnokrwistą damulkę (którą po prawdzie to wcale nie była). Nie narzekała na to, że boli ją dupa od jazdy konnej, żarła jak każdy podróżny i nie wymagała nie wiadomo jakich luksusów. Nie zadzierała nosa i nawet dzieliła się wódką.

Pomiędzy jednym skowytem, a drugim pożałowała przez chwilę, że nie dała się przekonać do zbrojnej eskorty.

- Kutas. – Mruknęła pod nosem. - Na chuja nam opowiadał te swoje historie?

Ale legendy przekazane im przez Setha odeszły gdzieś na drugi plan, kiedy w polu widzenia znalazła się trójka zbrojnych. Ysabelle mogła się tylko domyślać powodu ich pobytu na tym wygwizdowie i drogą dedukcji wymyśliła, że pewnie i oni podróżują do Trzygłowia. W końcu jej towarzysz, Baron, też tam zmierzał, więc cholera wie, ile osób zostało zaproszonych do kasztelu otoczonego złą sławą.

Jednak starych nawyków ciężko się wyzbyć i markizowa dłoń zaraz zacisnęła się na rękojeści miecza. Chciała ich poobserwować z ukrycia i zobaczyć, czy całe jej dedukowanie okaże się trafne, ale baronowy wierzchowiec miał inne plany.

A noc jeszcze młoda...



========================================
20, 9, 9, 8, 5
 

Ostatnio edytowane przez Aro : 01-09-2013 o 06:06.
Aro jest offline  
Stary 01-09-2013, 08:02   #7
 
czajos's Avatar
 
Reputacja: 683 czajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwu
Wardurowi nie koniecznie w smak była taka wycieczka ,ale wieść o "testamencie" i możliwym kopczyku złota wyciągnęła by z ukochanego grodu nie jednego. Poza tym zbliża się zima ,a od tych kilku lat gdy na jego ziemi przybywało coraz więcej i więcej zuchów łowieckie umiejętności klanu przestają wystarczać by przeżyć zimowe miesiące, potrzeba im będzie ciężka gotówka. A tu proszę wystarczy pojechać do jakiegoś Trzygłowia, zapewne spotkać się w kręgu ognia z grupą mężów i wygrać ten "testament".
***

Towarzyszka podróży była nawet miłą odmianą, co prawda mówiła, jak większość ludności z tych stron, językiem który składał się z cichych i nie wyraźnych mruknięć i świstów ale zasób jej słownictwa idealnie pokrywał się z pierwszymi słowami których nauczył się w karczmach "spierdalaj", "ty chuju", "kurwa" i "pierdol się". Tylko przy pierwszym spotkaniu odezwała się jak Panienka wysokiego rodu przedstawiając się imieniem którego nie sposób spamiętać bez skrzętnego zapisania go i schowania w kieszeni by móc nań zerkać raz na 5 minut, Lady Izabela wystarczy.
***

Widok spalonych wioski napełniał go za to smutkiem, a opowieść szaleńca rozbawieniem. Jak można uważać ją za przerażającą ? W jego stronach opisy śmierci i walki były zawsze bardziej okazałe opisuje się strugi krwi, flaki wywleczone z ciał wrogów. Więc dlaczego co parę chwil zerkał przez ramie i nadstawiał uszu na każdy szelest i wsłuchiwał się w każdy powiew wiatru ? Pojawienie się zbrojnych zmieniło jednak wszystko , od razu pomyślał ,że to zbójcy którzy dybają na rzeczy jego i Lady, chociaż... może to mężowie z którymi ma walczyć o "testament". Wyjął jeden ze swoich mieczy i wyjrzał zza muru by ocenić przeciwników. Koń zarżał ale nie miało to znaczenia Wardur i tak nie miał w planie się ukrywać. Kładąc rękę na drugim pałaszu wyszedł wyprostowany i dumny zza winkla, dobyty pałasz trzymał nisko ,w jego stronach to oznaka dobrych zamiarów. Zobaczmy czy tutaj też to tak działa. Pozwoli im rozpocząć rozmowę bądź walkę. W języku tych stron nie był on do końca biegły i mógł by zostać źle zrozumiany, a w walce i tak miał oczywistą przewagę, jeżeli to zbójcy to jest ich w końcu tylko trzech.



===========================================
7,10,14,11,19
 
czajos jest offline  
Stary 01-09-2013, 12:44   #8
 
EngelbartKappa's Avatar
 
Reputacja: 14 EngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znanyEngelbartKappa nie jest za bardzo znany
Dareon Mire

Opuszczona wioska przyprawiała Daerona o dreszcze. Spalone szkielety chat, ujadanie psów, niosące się gdzieś z oddali, atmosfera przygnębienia i obraz rozpaczy. Miejsce nie należało do takich, w których chciałby spędzać noc. Mogło się jednak okazać iż nie będzie innego wyjścia.
Zmierzchało, a podróż do Trzygłowia w środku nocy nie wchodziła w rachubę. Jego towarzysze wyglądali na takich, którym zbrojne potyczki nie były pierwszyzną, co w przypadku jakiegoś niespodziewanego wypadku, gdzie taka konfrontacja mogła być koniecznością, rokowało całkiem dobrze.
Mire nie przepadał za bezpośrednią walką, absolutnie nie miał ku niej predyspozycji fizycznych – średni wzrost, licha postura, prędzej by zawadzał niż pomagał.

Dym unoszacy się z jednej z chat mógł zwiastować kłopoty. Co Dareona absolutnie nie napawało optymizmem. Kątem oka zauważył, iż jego towarzysze sięgają po broń, nie chcąc być gorszy odsupłał wiszącą przy kulbace ręczną kuszę. Zasięgiem znacznie ustępowała swym pełnowymiarowym odpowiednikom, była jednakże poręczna, a mechanizm korbowy umiejscowiony z góry, sprawiał, że jej zarepetowanie nie wymagało zbyt wielkiej siły. Porządnej, płytowej zbroi może i nie przebije, ale przynajmniej nastraszy, a w kontakcie z grubą skórznią bełty przechodziły jak przez masło. Gdyby zaś doszło do walki wręcz, miał jeszcze nowiutki, jeszcze lśniący świeżością, nigdy nie używany, chyba że na manekinie ćwiczebnym, rapier.

I sztylet. Używany często, ale w całkiem to innych okolicznościach...

- Spokojnie, to nie muszą być bandyci, to mogą być tylko zagubieni podróżnicy, tacy jak my. – ogłosił wszem i wobec, co dotyczyło w tym wypadku Sir Davhorna i Sir Reginalda.

Trącił piętami konia i stępem ruszył w stronę chaty. Zatrzymał rumaka momentalnie, gdy zza na wpół zburzonej ściany, wyłonił się rosły mężczyzna, wyglądający jak jeden z tych barbarzyńców, o których wieść niosła, że litości nie mają, palą, rabują i gwałcą, nijak nie mając różnicy na płeć gwałconych. Przekonanie Dareona o pokojowych zamiarach nieznajomych wzięło w łeb.
Nie było już wyjścia, mleko się rozlało, a dziewka w ciąży.

- Witaj nieznajomy! Jako iż jeszcze nie rzuciłeś się na nas z tym groźnie wyglądającym kawałkiem stali, ufam iż nie życzysz nam źle, a to bardzo dobrze, ponieważ i nam nie jest po drodze do żadnych kłopotów. - Dareaon starał się brzmieć tak przyjaźnie jak tylko potrafił, w miarę możliwości ukrywając ogarniający go niepokój. Nie był tu panem i władcą, nie miał zaplecza i wynajętych zbirów. Nic z szerokiego wachlarza opcji, którymi do dnia dzisiejszego rozwiązywał podobne konflikty. Miał tylko słowa, a istnym kretynem musiał by być ten, kto uważa iż słowa są potężniejsze niż miecze.

=====================================

13, 20, 7, 15, 11
 

Ostatnio edytowane przez EngelbartKappa : 01-09-2013 o 12:48.
EngelbartKappa jest offline  
Stary 01-09-2013, 13:49   #9
 
zelator89's Avatar
 
Reputacja: 632 zelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemuzelator89 to imię znane każdemu
Sir Davhorn rozglądał się dookoła "podziwiając" widok osady. Zastanawiał się w głębi cóż za siła doprowadziła do takiego stanu. Nie był tym faktem przerażony. W końcu może nada się okazja do zarobienia sporej ilości złociutkich koron albo zdobycia skarbów, o których zwykłym wieśniakom się nie śniło...Tak, tak... to jedna z głównych motywacji Davhorna i siła napędowa do działania. Na razie z grupką nieznajomych towarzyszy znajdował się w miejscu zapomnianym chyba przez jakiekolwiek siły wyższe. Raz za razem przypomniały mu się jego wojaże, palone wioski i rzezie, które zawsze się z tym wiązały. W zasadzie poczuł się jak w domu. Uważnie rozglądał się dookoła próbując dostrzec potencjalnych wrogów.

Davhorn spoglądał z uwagą na swojego towarzysza, który ruszył w stronę podejrzanej chaty. Taktyka prowadzenia walki nie uważała takiego posunięcia za rozsądne, a na nią był gotowy. Być może to odwaga "zwiadowcy" albo głupota nieświadomego zagrożenia człowieka. Nie wiadomo kto się tam czaił. Być może wcale nie ludzie...

- Kto tam jest niech się przedstawi albo wyjdzie w pole do honorowej walki - wykrzyczał.

Był najemnikiem i obce były mu w praktyce honorowe zasady prowadzenia walki ale lubił je, szczególnie, gdy nadarzała się okazja spotkać możnego rycerza, który lubował się w pojedynkach. Czasem zasady wyniesione z rodzinnego domu nie pozwalały o sobie zapomnieć.

.................................................. .................................................. ....

16 9 2 19 8
 

Ostatnio edytowane przez zelator89 : 01-09-2013 o 13:55.
zelator89 jest offline  
Stary 01-09-2013, 13:56   #10
 
czajos's Avatar
 
Reputacja: 683 czajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwuczajos jest godny podziwu
Ze środka drogi Wardur miał lepszy widok na trzech zbrojnych ,co prawda wszyscy mieli teraz dobytą broń ale nie wyglądali jak typowi zbójcy. Dwóch kuszników przybocznych i zapewne dowódca jedyny który postanowił dobyć miecza a nie kuszy ,broni tchórza. Kusze były gotowe do strzału, ale tak uczynił by każdy rozważny maż w tych stronach.

Jeden z przybocznych wyjechał na czoło i odezwał się.

Jego słowa uspokoiły nieco krew w żyłach barbarzyńcy końcówka pałasza powędrowała jeszcze niżej ,a druga ręka powędrowała z rękojeści drugiego na szeroki pas który okalał biodra Barona.

- Mnie zwą Baron Wardur. Dokąd to was niesie Pany? Czy nie aby do Trzygłowia? Jeżeli taki sam jest wasz cel jako i mój to zapraszam wtedy do ognia. - odparł Wardur w którego głosie nie dało się słyszeć strachu ani zakłopotania.

Wypowiadając te słowa przybliżył się także do samego orszaku by trójka mogła mu się przyjrzeć w świetle umocowanych do siodła latarni.

Był on rosłym mężczyzna zbliżającym się na oko do swoich 50 urodzin. Obraz potrafi płatać figle ,Wardur miał zaledwie trzydzieści wiosen ,siwizna w jego włosach ,głębokie zmarszczki na twarze i czole to wynik klimatu w którym się urodził i ciężkich lat jako wódz w których na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za los jego ludzi.Miał długie czarno siwe włosy, średniej długości prawie białą już brodę i głęboko osadzone ciemne oczy. Odziany był w gruby rozsznurowany teraz i podszyty czarnym futrem płaszcz z pod którego wybijała się ,może i topornie wykonana ,ale na pewno zapewniająca dobrą ochronę zbroja wykonana ze wzmocnionej ćwiekami skóry i kolczugi. Pas na którym opierał dłoń był bardzo szeroki i ciężki zdobiony stalowymi guzami i wypreparowaną kością. Rękawy płaszcza były rozcięte wzdłuż, odsłaniając co chwilę jego potężne ramiona i karwasze chroniące przedramię. Przy każdym boku wisiała pochwa wykonana zdobiona ciemno-drzewem. W jednej ciągle spoczywał miecz barbarzyńcy ,drugi był w jego dłoni. Długie na około 1,3 m ostrze było trochę nazbyt długie i ciężkie dla zwykłego chłopa ale Wardur był mężczyzną potężnych rozmiarów. Sam kształt ostrza sugerował także ,że zostało ono wykute z myślą o potężnych cięciach ,a nie precyzyjnych sztychach.

Po tym jak trójka Panów zlustrowała jego osobę zwrócił swą twarz w stronę męża którego uznał za dowódcę i czekał na odpowiedz.
 

Ostatnio edytowane przez czajos : 01-09-2013 o 13:59.
czajos jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:33.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169