Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 14-01-2014, 13:42   #1
 
Panicz's Avatar
 
Reputacja: 990 Panicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwu
Cool [DnD-PF]"Rychtig fyjderbal" u K.D. i Panicza

Rozmiękłe, wygniecione butami grzęzawisko, zrodzone u wejścia do kopalnianego szybu, pod deszczową torturą rozlewało się z każdą chwilą bardziej, wykluwało kolejne bajorka i kałuże mulistej mazi, rozczapierzało swe błotniste podwoje dalej i dalej, dochodząc niemal pod próg strażniczego posterunku. Z początku myśleli, że to jakiś kolejny wykwit bagnistego, niesfornego podłoża, że to usmolony w brei konar, albo pniak, że mają do czynienia z umorusanym kamulcem czającym się nad taflą kolejnego jeziorka deszczówki. Nie chciało im się ruszać dupska na zewnątrz, nie w taką ulewę, nie kiedy ugrzali sobie winiak i spichcili w kociołkach zmajstrowaną ze zdobytej śmieciówki zupinę, gęstą od namoczonych obficie grzanek i słabiej identyfikowalnych ingrediencji. Nie ruszyli.

Ruszył dopiero Wurt. Przyciśnięty przez pęcherz wylazł na deszcz i zawieję, a wrodzona ciekawość, która nie pozwoliła wyszczać się tak po prostu i wrócić na dokładkę z garnuszka, zepchnęła wartownika pod kopalnię, ku błotnistej niepewności, która jeżyła się tajemniczymi kształtami. Zbiornik pośród namokłych desek wzbierał, Wurt syczał ulgą, a czerwony, brudnoceglasty właściwie, obiekt pod słupem sztandarowym wrzeszczał swą nieadekwatnością, swą nieprzystawalnością do tej scenerii. Budził ciekawość i nie było siły, żeby strażnik nie zbliżył się, choćby i z raz, kopnąć irytującą, rudą obłość. Z bliska kojarzył kształt lepiej. Widział go nie raz, choć wtedy sztafaż był inny.

Płaszcz, brązowa, wyprawiona skóra z mosiężnymi zapięciami i futrem obszywanym kołnierzem, zapadał w pamięć. Kiedy fanfaron przybył do Buhnburgu kurwy rozwierały się reklamująco w okiennicach, a dżentelmeni patrzyli na wystrzałowe odzienie z zazdrością. Snując już może plany wykantowania skóry w karty, albo przeprowadzenia innego typu transakcji, mniej jeszcze woluntarnej. Teraz płaszcz leżał mokry, upaprany w grzęzawisku, zwijający w sobie miąższ jak naleśnik. Kiedy Wurt rzygnął nie zaszkodziło to urodzie okolicy. W biczowanej deszczem, błotnistej scenie kolejna mokra plama nie robiła różnicy. Wyżej w krajobrazowej hierarchii stały kształty.

Kilka. Kilkanaście właściwie, doliczył się Wurt, kiedy już zwlókł się z sadzawki, w którą pacnął. Nie sprawdzał, po prostu nie musiał. Rozchwiany, gubiąc but w zgęstniałej brei, pogalopował do budy. I dalej, do siedziby zarządcy. Zdać przełożonym sprawę, że wyglądana z niepokojem ekspedycja wreszcie wróciła. W częściach.

* * *


”I co chłopaczki, gacie obsrane trochę?” – Dziad był nieprzyjemny nie tylko z wyglądu, z pokracznie pokiełbasionej sylwetki zbrzuchaconego chudzielca, ale i z całej reszty sfer, które zlepiały się na jego osobę. Od gestów, mowy i spojrzenia po pozafizyczną przestrzeń zmurszałej, kaprawej duszy. Był gnidą. Zwyczajnie, bez ochów i achów nad prostym faktem. Był jednak gnidą zamożną. I właśnie dlatego nie zebrał od nikogo w pysk, choć ręce upchanych w salce włóczęgów świerzbiły niemiłosiernie. – ”Czuję, czuję. Och, och.”

Zasłonił zsiwiały zarostem pysk i ucieszył się nad wyplutym żartem. Pieniądze. Pieniądze i oddział zbrojnych przepatrywaczy stacjonujący pięterko niżej. To wstrzymywało poirytowanych najmitów od wzięcia dziadygi za kapotę, wybicia nim okna i rzucenia w pizdu, w dół pagórka, ku atakującym smrodem śmietniskom u stóp górniczej osady.

”Pierwsza liga matko i kozojebców. Dwa w jednym zresztą, jak na was patrzę. Nie wiem, czy o nagrodzie w ogóle wam mówić… Już od was wali gównem, a gdzie tam wam zejść w dół, do kopalń i niżej…”

”Mów” – warknął ktoś z grupki, niepodatny na obelgi pyskatego zarządcy.

”Oho-ho, już was tam widzę… Ale dobra, niech będzie. Za żywą magiczkę będzie pięćset. Dobrze słychać, pięćset koron. Jak podzielicie, wasza rzecz, potnijcie się o to, sczeźnijcie. Zresztą abstrakcja, tacy jak wy…”

”Do rzeczy” – wtrącił znów poirytowany poszukiwacz, sprowadzając zleceniodawcę na właściwe tory.

”Żywa pięćset, trup z całym osprzętem i dokumentami dwieście. Za informacje o reszcie po pięć koron każdemu. Kto się doczłapie z powrotem, oczywiście. No i co… A, cytaty-pisaty który? Za dokładną mapę, szkic porządny, zarząd płaci dwieście. I co tam jeszcze…”

”Mi starczy” – skonstatował Borys, spluwając gęstą plwociną na dziadowe biurko. Na plik dokumentów pieczołowicie złożony pod kryształowym przyciskiem. – ”O pardon, to z ochoty do roboty tak cieknę. Zrobimy, co trzeba. Ty dopilnuj dziadulku, żeby pieniądz się zgadzał”.

* * *


Żelazne Wzgórza, spiętrzające się przez cały widnokrąg w bulwiastych kopcach, nie miały majestatu Lortmilów czy Yatili. Owszem, tu i ówdzie wyrastały poza przekwitłą zieloność skalistą turnią, zjeżały obłe sylwetki ostro ściętym, kamienistym wierchem, ale gdzie im tam było aspirować do prawdziwych, przywalonych śniegiem szczytów, które zapierałyby dech w piersiach. Nie, Żelazne Wzgórza miały się dobrze w swej własnej niszy, nie potrzebowały porywać się na wysokogórskie porównania. U podnóży zjeżone świerkowym zarostem, na zaokrąglonych czerepach wyłysiałe z poważnej wegetacji, zasłonięte od chłodów tylko zmizerniałymi kępkami traw, Wzgórza prezentowały się przyzwoicie. Ładnie, statecznie można by rzec, bez nadmiernej ekstrawagancji i efekciarskiego patosu, który spływał z ośmiotysięczników waląc po łbie lodowcowym chłodem. To były góry lokalne, „pod ręką”, dobrze znane, oswojone, tubylcze kurhaniki umilające jednostajny poza tym krajobraz poletek i łąk.

Czy właściwie, by pozostać wiernym prawdzie, takimi były niegdyś. Zryte sztolniami i górniczymi szybami, obsadzone osadami poszukiwaczy i traperów, Żelazne Wzgórza stały się pożyteczne również w aspektach pozawidokowych, służąc hrabstwu wypruwanym na wierzch, mineralnym bogactwem. Aż do wojny.

Wojna kraj przeżuła. Przeżuła i wypluła. Wynędzniały, słaby, rozchwiany i dychający ciężko. Ale los chciał, że miast upaść w proch, dać się wchłonąć sąsiadom jako kolejna, zbiedniała marchia traktowana po macoszemu, brana za bufor dla spływających z północy dzikusów, kraina Tarczowych Ziem przetrwała. Przetrwała, i choć wciąż wychudzona i żebracza, przeżywała obecnie niespotykany boom gospodarczy. Repatrianci z utęsknieniem wyglądający znajomych zakątków rwali do ojczystej ziemi, a za nimi waliły stada skuszonych ulgami podatkowymi i wolnizną migrantów. Wszelkich klas i stanów. Nie było zatem dziwnym, że swojej porcji włóczęgów doczekały się i Żelazne Wzgórza. A z nimi Buhnburg i Czarcia Sztolnia, niegdyś ryta przez krasnoludy, ale podobnież przez nie przed wojną opuszczona. Pozostawiona ludzkim osadnikom i zagranicznym inwestorom, teraz znów żywa. Choć…

* * *


”Gdzie tam, stoi. Kopalnia stoi.” – Madrog, stwór dziwacznej proweniencji, kupujący sobie spokój od zaczepek tylko bicepsami jak bochny chleba i sylwetką, która wymagała skłonów, coby nie zawadzać o powałę, narzekał. Znów narzekał. – ”Już mieli ruszać z wydobyciem, już nawet zaczęli, górnicy się zjechali stadami, postawiono im baraki. I w ogóle…”

”I w ogóle co?” – Pociągnął wrzeciono historii Quinn.

”Kompania ściągnęła jakąś fachurę, szpeca jakiego. Magika, gedometę, kogo tam. Mieli szukać…” – Półork przerwał wyszczerzając zza baru pysk do dwójki węglarzy, którym po okowicie zachciało się hardych min i spiętej dupy. Musieli doznać nagłej iluminacji, bo oczy na raz skierowali w ustawione przed sobą kufle i zabrali się za kontemplację spienionej, piwnej toni. – ”Poszli w dół, głębiej, głęboko. Na powierzchni… Tu już zryte wszystko, ruda wzięta, sucho. Ale głębiej, dalej, podobnież, całe bryły złota. Złota, miedzi, żelaza nawet. Wielkie masy, góry, całe góry”.

”Wszystko ciekawie, ale mnie rajcuje ten wątek z ekspedycją. Można o tym?” – Quinn nie planował kariery gwarka. Przybył do Buhnburga w zamiarach zgoła innej natury.

”Poszli, dziewuszka ta, magiczka. I z nią dwudziestu chłopa, nasi i tamci od nich, zagraniczne. Kompania przysłała.” – Karczmarz nalał rozmówcy jednego więcej. Tego było zawsze pod dostatkiem. – ”Poszli. I nie wrócili. Wróciły kawałki. Niektórych. Stróż znalazł pod kopalnią posiekane, nadjedzone, poharatane całe. Takie były losy ekspedytów”.

”I co teraz z kopalnią? Buhnburg jebnie w cholerę, jeśli kopalnia nie będzie działać.” – Borys zawsze potrafił łączyć wydarzenia w logiczną całość. Kolejny raz nie zawodził.

”Szukają. Szukają kogo, kto zjedzie tam na dół, doprowadzi zgubionych, jeśli żywi… Ale, że nie żywi to jasne, gdzie by tam żywi? Drugi tydzień pod ziemią żywi? No, ale tak czy tak… Ktoś musi zejść, zbadać teren i, w razie co, ubić to co się tam zalęgło, co nam ekspedymów wytłukło.” – Olbrzym uśmiechnął się pokracznie i skinął głową Albrechtowi, który wkroczył w progi jego tancbudy. – ”Tamten dziad, o. Albrecht Wittkurtz, zarządca kopalni. Szuka śmiałków, co zlezą w dół i rzecz załatwią. Najpierw było pełno, walili drzwiami-oknami. Ale jak zeszli i tydzień ich nie ma to teraz mniej już odważnych… Chociaż pieniądz większy…”

* * *


Wlot do kopalni nie wlewał w serduszka radości, gdy zmierzało się na kolejny dzień pracy. Przed wąską, czarną gardzielą wyjącą na wyjałowionym, spiaszczonym stoku było błotniste grzęzawisko, syfiaste bagno przez które lazło się z trudem, wyszukując pośród kałuż podpory w drewnianych belkach ułożonych w pokraczny pomost. Lepiej było już oglądać zryte nierówno, blokowate ściany wewnątrz sztolni i szyny wbite w podłoże. Wszystko w przykrej szarości, ale jakby mniej dołującej niż bajorkowate błotnisko przed wlotem w głąb ziemi.

Korytarz ciągnął się kawałek, co i rusz odbijając w bok górniczym przodkiem, ale w okutej oskardami i kilofami strefie nie było żadnych zakamarków do badania. Żadnych sekretów i tajemnic, nic tego sortu. Na to trzeba było dopiero zaczekać, zleźć ściętymi gładko stopniami w głąb, albo zjechać zawisłą na stalowych linkach windą. Tam, w mrokach absolutnych, gdzie nie było już śladu po świetle, a latarnie i pochodnie z sykiem powitały ogniste fikołki płomieni, czekały prawdziwe poszukiwania. Tam, w korytarzach gęsto wyżyłowanych drewnianymi stemplami i potężnymi, wzmocnionymi metalem belkami, rudy były świeże i czekały na wydobycie. Tam czekało bogactwo Buhnburga. I tam czaiła się groźba jego upadku.

* * *

Pierwszy wyczuł to Duda. Był w końcu krasnoludem, a i to nie mieszczuchem bawiącym się w pożyczki i lichwę za murami ludzkich gródków, a dumnym dziedzicem swego ludu, górnictwo i kamieniarstwo mającym w małym palcu. Stąd drgania wyczuł, nim reszta zdążyła jeszcze przyzwyczaić się do ciemności, skończyć mrużyć ślepia w ciągłym skupianiu się na pobłyskujących pod szkłem płomykach latarni. Wiedział już co się dzieje, wiedział już, co należy robić i wiedział już, że nie zdążą.

”Czujesz to?” – szepnął nerwowo do Yorna. – ”W nogi, kurwa! Wszyscy, biegiem! Wiejemy!”

Kamraci rudzielca, barwna zbieranina, której zepchnięcie do kupy zdarzyć się mogło tylko tu, tylko pod patronatem pieniądza, wlepili w khazada ślepia nie rozumiejąc. Ale zrozumieli szybko. Widząc, jak karzeł wali przed siebie, nie ku wiodącej wyżej windzie, a przeciwnie, w głąb niezbadanych korytarzy, pognali za nim. Z początku ostrożnie, jakby podbiegali wspomnieć matuli, by nie zapomniała w zakupach o dwóch marcowych ciemnych. Ale kiedy usłyszeli zgrzyt, kiedy w uszach zachrzęścił im skrzekot przesuwających się głazów, ewakuacja zmieniła się w gwałtowny rajd.

Walili przed siebie, jak spłoszone przez drapieżnika stado mustangów, rwali w łapczywej ciemności niemal na oślep, ledwo widząc wyskakujące pod nogami otoczaki i skalne odłamki. Tu korytarz wciąż był prosty, nie tak odziobany jak wyżej, ale wciąż wyraźnie nienaturalny, ludzkiego dłuta. Na boki czasem odbijała ścieżka, bądź dwie, wąskie nitki górniczych poszukiwań, które kończyły się w litej skale. Tam jednak nikt nie odbijał, wszyscy zdążali za Frostem i Yornem, którzy prowadzeni krasnoludzką intuicją cały czas gnali przed siebie.

Eldon, mimo najlepszych chęci nie nadążający za resztą i coraz bardziej przerażony perspektywą śmierci pod lawiną pochrząkujących basowo głazów, przystanął, żeby odsapnąć. Po prostu musiał. Czuł, że inaczej nie da rady, że padnie, że legnie trupem, nim jeszcze jego przygoda na dobrze się zacznie. Wtedy je dojrzał. Pokraczne, pająkowate kształty ślizgające się cieniście gdzieś pod powałą. Nie był pewien, nie wiedział, nie był świadomy. Nie wiedział, czy to jedynie przywidzenie, czy zmysły płatają mu figla, czy dojrzane kształty, to aby nie odblask lampy na pogrudkowanym podniebieniu korytarza. Ale krzyknął. Dla pewności krzyknął, ostrzegająco.

Quinn zareagował pierwszy. Słusznie. Wyhamował w pół kroku, podskoczył pełzając dłonią do pasa, obrócił się w stronę krzyku. Oberwał w tył głowy, mocno, boleśnie, jakby rażony cegłówką. Ale miał szczęście. Uderzony upadł na podłogę, ale mackowata kończyna, która wystrzeliła z mroku musiała cofnąć się z niczym. Schwycony za szyję Grunald nie miał takiego szczęścia, oślizgła, żylasta łapa wpiła się w jego grdykę, ścisnęła jak imadło powoli ciągnąc wojaka w stronę zaułka w pobocznej ścieżce. Neth chciała ostrzec pozostałych, zatrzymać biegnących, którzy w gorączce nawet nie zwolnili. Nie zdążyła.

Charknęła cichutko, a rozbita latarnia spadła między kamyki, kiedy łuskowate ramię zgarnęło ją za gardło i wzniosło nad ziemię, ciągnąc ku niewiadomej ciemności. Yorn obejrzał się, zaalarmowany brzękiem szkła cofnął o krok. Akurat, żeby zasłonić się przed wystrzeloną z mroku macką przestrzenią tarczy.

Korytarz drgał, walił głucho i dudnił nadchodzącą zgubą, a do bezpieczeństwa, jeśli gdzieś tam się kryło, droga była nieznana. Niektórzy jednak, w drodze tej, zaliczyć musieli przykry przystanek. I właśnie teraz, omotani wężowatymi łapskami, Grunald i Neth, charcząc i walcząc o powietrze, poznawali gościnność Buhnburga. A to dopiero były pierwsze jej nuty.
 

Ostatnio edytowane przez Panicz : 14-01-2014 o 14:01.
Panicz jest offline  
Stary 14-01-2014, 22:53   #2
 
Wojan's Avatar
 
Reputacja: 35 Wojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodzeWojan jest na bardzo dobrej drodze
Grunald to był chłop na schwał. Rosły niczym sosna, a w barach dorównywał niedźwiedziowi. Mało kto we wsi i w powiecie mógł się z nim równać w siłowaniu na ręce. I nic w tym sumie dziwnego. Jak ktoś od dzieciaka macha młotem i wykuwa podkowy, to ma parę w łapach jak mało kto. Siła i odwaga to były jedne z niewielu atutów, którymi Grunald mógł się poszczycić. Nie był ani piękny, ani zbyt mądry, ani nawet rozsądny. Gdyby był to trzymał by się ojcowego interesu i żył w miarę spokojnie, a i o codzienną strawę martwić, by się nie musiał.
On jednak wolał ruszyć na szlak i wzorem spotykanych co dzień w kuźni awanturników przeżywać niesamowite przygody, ubijać potwory i ratować księżniczki.
Życie jednak szybko zweryfikowało młodzieńcze marzenia i wyobrażenia o świecie. Grunald poznał brutalną stronę życia i musiał sobie jakoś poradzić w tym niegościnnym świecie. A że jego jedynym walorem była siła nic dziwnego, że rychło przyłączył się do bandy rabusiów, co na szlaku kupców łupy brała.
Siła i brak hamulców moralnych sprawiły, że Grunald szybko zyskał w oczach herszta bandy. Niestety syn kowala nie mógł tego samego powiedzieć o swym szefie. Cenił jego spryt i umiejętność planowania, ale faktu że jest oszukiwany żadną siłą nie mógł przełknąć.
Porzucił, więc bandę oprychów i począł się imać różnych zajęć. Był ochroniarzem, strażnikiem na bramie w jednym z większych miasta, a przez krótką chwilę nawet pomocnikiem kat. Grunald kochał jednak swobodę i wolność i nader szybko wrócił na szlak. Tułał się od miasta do miasta i od wsi do wsi. Najmował się do przeróżnych drobnych prac na których zarabiał tylko tyle, że starczało aby napełnić żołądek, zalać się w trupa i zapłacić ulicznej kurwie za jej wątpliwe wdzięki. W czasie tych wędrówek Grunald poznawał kolejnych podobnych sobie najmitów i tak po miesiącach tułaczki trafił do Buhnburga, gdzie przyjął wraz z kompanami zlecenie na ubicie stwora, co w kopalni się jakieś zalągł.

Grunald potworów się nie bał, choć po prawdzie żadnego w życiu nie widział. Dlatego też bez lęku i obaw wkroczył w mroczne czeluście kopalnianych korytarzy. Idąc w środku grupy, niczym mały dzieciak podziwiał z zadartą głową wyciosane ludzką ręką korytarze i sztolnie.
- Sie chłopy musiały narobić, nie? - zagadał w pewnym momencie nie wiadomo do kogo konkretnie - Ja to bym se tu rade dał. Parę w łapach mam, a i ciężkiej pracy się nie boję. Po co się jednak przemęczać, nie? Stwora ubijemy i znowu będzie można się w zamtuzie zabawić, tydzień, abo i dwa.
Filozoficzne rozważania syna kowala przerwał Duda, który nagle krzyknął:
- W nogi, kurwa! Wszyscy, biegiem! Wiejemy!
Grunald nie bardzo wiedział, co się dzieje. Nie należał jednak do ludzi, który debatują i zastanawiają się nad każdą sprawą. Słowa krasnoluda były na tyle proste, że umysł Grunalda bez problemu je przyswoił i rychło począł wdrażać w czyn.
Biegł, więc osiłek ile sił w nogach i płucach. Ocalenia mu to jednak nie przyniosło i gdy tylko ze stopu poczęły sypać się kamienie, coś go zaatakowało. Takiego obrotu sprawy Grunald się nie spodziewał. Jakaś żylasta, oślizgła łapa wpiła mu się w grdykę i ścisnęła, jak imadło. Syn kowala poczuł, jak powietrze ucieka mu z płuc. Rozpaczliwie próbował złapać oddech. W momencie odrzucił ciężki bojowy młot, który trzymał w dłoniach. Na nic mu się teraz jego ulubiona broń nie przyda. Pochwycił oburącz mackę, która zacisnęła się wokół jego szyi, naprężył mięśnie i próbował poluźnić uścisk. Gdy tylko złapał trochę powietrza, nie zastanawiając wbił zęby w oślizgłą mackę. Wgryzał się i szarpał ją, licząc że maszkara puści go lub chociaż zluzuje uścisk, coby mógł on się wyswobodzić z jej śmiertelnego uścisku.
 
Wojan jest offline  
Stary 15-01-2014, 00:01   #3
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 43836 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację



Na samym końcu swawolnej kompaniji szedł przedstawiciel ludu niskiego, lecz sercem walecznego. Był to niziołek rzecz jasna, a jego prawdziwe imię brzmiało Eldon Scatterwind. Odziany w bogato zdobione szaty koloru szkarłatnego przemierzał mroczne korytarze cicho nucąc coś pod nosem. Bardem był, a pieśń jego orężem i kochanką. Walczyć ostrzem też potrafił, o czym świadczył rapier o rękojeści złotem zdobionej swobodnie wiszący u jego boku, okrągła stalowa tarcza na plecach oraz szereg noży do rzucania wpiętych wokół jego pasa. Tak, był on poszukiwaczem przygód i nie jedno już widział, nie jedno już doświadczył. Nie podróżował jednak sam, gdyż przez lata towarzystwa dotrzymywał mu stary krasnolud imieniem Yorn. Topornik, tarczownik… zwał jak zwał, ważne, że brodacz o sercu dumnym i odwagą przepełnionym. Razem zwiedzili kawał świata nie raz wpadając w tarapaty, tym razem też nie mogło być inaczej. Obaj czuli to w kościach, gdy starca o chciwych oczach napotkali. Mało kto jednak wiedział o początkach tego niecodziennego duetu. Z początku dług honorowy, lecz z czasem przerodził się w przyjaźń prawdziwą jaka może łączyć tylko krasnoluda z niziołkiem. Dokuczali sobie nie raz, lecz z uporem parali dalej przed siebie pomimo przeciwności losu podkładającego rozmaite kłody pod nogi. Przybyli w ten zapomniany przez bogów zakątek w jednym celu - dla marnych pięciuset sztuk złota, których źródłem była młoda kobieta kryjąca się w labiryncie podziemnych korytarzy. Pestka…

- Pieśni Ci brakuje, krasnoludzie? - W powietrzu zmateralizował się flet, który niczym puch opadł ku dłoni Eldona. - O upragnionym domu twym? O podziemnych halach i górach wysokich? Niechże będzie... - Przyłożył instrument do ust wydając pierwsze dźwięki, by po chwili przerwać i z lekkim wyrzutem spojrzeć ku swemu brodatemu towarzyszowi. - Dołączysz? - Cicha pieśń w khazadzkim języku towarzyszyła grupie, gdy Ci zagłębiali się w odmęty podziemnej kopalni. Wtórowało im echo, które tylko potęgowało magiczny efekt.






Odległy basowy głos odczuły nie tylko krasnoludy idące z przodu. Niziołek o stopach bosych również poczuł dudnienie w niemalże tym samym momencie, lecz w przeciwieństwie do brodaczy nie bardzo wiedział co to mogło znaczyć. Czyżby jego pieśń zbudziła stwora z głębin? Krasnoludy rzuciły się przed siebie jak poparzone nie pozostawiając przy tym wiele złudzeń. Niziołek ruszył za nimi, lecz obładowany żelastwem szybko został w tyle. Z każdym krokiem walczył o tlen, jakby to miał być jego ostatni oddech. ,,Jeszcze kilka kroków!” powtarzał sobie w myślach próbując zdusić ból w nogach. W końcu musiał się poddać, choćby na chwilę złapać oddech i ruszyć dalej. ,,Przeklęta niech będzie ciocia Hilda i jej cholerny pudding! Gdybym się tak nie spasł przez ostatnie lata to może dotrzymałbym im kroku!” Chciał już ruszyć dalej, lecz przed sobą ujrzał jakieś mackowate monstrum. Krzyknął ostrzegawczo, lecz na próżno. Grunath i Neth wzniesli się w powietrze trzymani przez oślizgłe macki. Niewiele myśląc Eldon sięgnął po swe wierne noże w rzucaniu których był mistrzem w rodzimych stronach. Dwa ostrza błysnęły i poleciały ku oplatającym jego towarzyszy mackom. Bard zniknął tak samo szybko jak się pojawił znajdując schronienie w cieniu stalagmitu. Ostrożnie ruszył przed siebie chcąc niezauważalnie obejść przeszkodę i razem z Yornem uciec dalej korytarzem.
 

Ostatnio edytowane przez Warlock : 16-01-2014 o 10:54. Powód: literufki
Warlock jest offline  
Stary 15-01-2014, 12:18   #4
 
Tiras Marekul's Avatar
 
Reputacja: 460 Tiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnieTiras Marekul jest jak niezastąpione światło przewodnie
Zawieszony przy pasie topór zdobiony krasnoludzkimi runami dzwonił co jakiś czas obijając się o zbroję. Yorn uwielbiał ten topór z powodu napisu „Śmierć konfidentom”, który potrafił odczytać tylko ten, kto znał język khazadzki. Zawsze wywoływało to chwilową radość i dawało powód do śmiechu. Yorn był dość niski jednakże dobrze zbudowany i twardy jak przystało na przedstawiciela swojej rasy. Zawdzięcza ten efekt wojskowej dyscyplinie i morderczym treningom, przy których każdy ludzki chłop wymiękłby po paru godzinach. Symbolem każdego tarczownika jest oczywiście tarcza, która praktycznie zawsze spoczywa w lewej ręce i zawsze jest gotowa do użycia. Okrągła, lekko wypukła zakrywająca posiadacza od podbródka aż do kolan, ze zwisającym u dolnej części, chroniącym nogi przed pociskami, skrawkiem barwionej na czerwono grubej skóry. Yorn Huzhrung wstąpił do wojska mając sześćdziesiąt cztery lata, więc będąc jeszcze młodzikiem, rezygnując tym samym z przejęcia kuźni runicznej po swoim ojcu. Po stu dziewięćdziesięciu dziewięciu latach najpierw w wojsku, a potem na szlaku nie dał sobie rozbić łba. Powód rezygnacji ze służby zna tylko Eldon. Zadbana, długa, szara broda pleciona w trzy grube warkocze zaczęła siwieć jakieś dziesięć lat temu kiedy poznał niziołka-gadułę.

* * *

Szarobrody z początku szedł obok niziołka wlokąc się z tyłu. Gdy ten spytał o pieśń, Yorn przemilczał nie zwracając na przyjaciela uwagi. Mimo lat spędzonych razem, Eldon potrafił nieźle irytować. Przyzwyczajony do tego jednak, pozwalał niziołkowi się wygadać samemu nie mówiąc nic – jedynie przytakując. Wraz z rozpoczęciem niziołkowej pieśni kasnolud poklepał przyjaciela po plechach i przyspieszył kroku doganiając pobratymca Frost'a. Chwilę później zaczął biec...

* * *

Yorn Huzhrung wyhamował gdy usłyszał rozbitą latarnię i brzdęk bijącego o kamienie szkła. Światło nie było mu potrzebne by móc widzieć co się dzieje. Szybko dostrzegł Neth zwisającą nad ziemią i olbrzyma który próbował wyrwać się z silnego uścisku macki wyłaniającej się z mroku. Chwilę później poczuł łupnięcie o tarcze, zaparł się nogami by nie stracić równowagi i odepchnął poczwarę która w mgnieniu oka zniknęła. Potężny topór z sykiem wysunął się z zaczepu przy pasie i wylądował w silnym uścisku krasnoludzkiej opancerzonej ręki. Yorn wykorzystał siłę jaką włożył w pozycję obronną odbijając się od kamieni i ruszając biegiem w kierunku Neth by ściąć duszącą mackę która ciągnęła ją w mrok.
 

Ostatnio edytowane przez Tiras Marekul : 15-01-2014 o 20:08.
Tiras Marekul jest offline  
Stary 15-01-2014, 13:21   #5
Aro
 
Aro's Avatar
 
Reputacja: 4943 Aro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputacjęAro ma wspaniałą reputację
Byli niecodzienną zgrają, słowo "dziwna" przychodziło na myśl. Zakazane mordy, krasnoludy i inne niziołki, nawet znalazła się zaradna pannica. I Marcel. Marcel Colbert, syn szlachcica ziemskiego spod Greyhawk, do Tarczowych Ziem pasował jak pięść do nosa. Do zbrojnej zgrai jeszcze mniej. Wysoki i chudy, z blond lokami i niemalże kobiecymi rysami twarzy wyróżniał się, a to nie była jedna z pożądanych cech w miejscach takich jak to.

Marcel nie wyglądał też na najemnika. W dobrej jakości spodniach i tunice pod skórzaną kurtą bardziej przypominał jakiegoś żaka czy innego studencika. Nawet z włócznią i strategicznie pochowanymi nożami sprawiał wrażenie delikatnego, niemalże filigranowego. Niegroźnego. Z tym że rzecz miała się zupełnie inaczej. Studiował niegdyś w Greyhawk, ale nie lingwistykę czy coś równie przyziemnego. Marcel nie dorównywał nowym kompanionom w kwestiach wyglądu zakapiora czy gdzie dziabnąć, żeby krwawiło najobficiej, ale powiedzieć że jest bezużyteczny było błędem.

Ale co takiego robił szlachcic i licencjonowany mag w Buhnburgu? Ano, to co każdy - szukał okazji. Rodzina Colbertów była zamożna i miała posiadłości ziemskie, ale trapił ją jeden zasadniczy problem - płodność. Gdyby Marcel był gdzieś wyżej w linii sukcesji, mógłby liczyć na więcej niż dostał. Będąc jednak, na nieszczęście, jedną z młodszych latorośli colbertowej familii, nigdy nie mógł liczyć na obszerny spadek czy szczęśliwy splot zdarzeń, który by do takowego spadku doprowadził. Nawet klasyczny sposób - wyrżnięcie wszystkich wyżej w kolejce - oferowało więcej zachodu niż to warte. Colbert spieniężył co mógł, wyjął oszczędności z banku, dostał ostatnie kieszonkowe i tyle go było widać.

Tarczowe Ziemie zdawały się mu wtedy celem idealnym. Podnoszący się po wojnie kraj, ulgi podatkowe, okazje na każdym kroku. Marcel spodziewał się zbudować swoje własne szczęście raz dwa, hop siup. Zawiódł się, oj zawiódł. Rzeczywistość prędko skorygowała błędne zamierzenia, burząc biznesplan młodego zaklinacza. Tutaj nie mógł powołać się na nazwisko czy status, większość pieniędzy wydał po drodze, a jego talent... Jego talent rzadko kiedy okazywał się zaletą, za którą go miał.

Nie mając wyboru, zaciągnął się do tej ekspedycji i był teraz tutaj - w kopalni. Kopalni ledwo się trzymającej i zamieszkanej przez wiele nieciekawych osobników. Szczęśliwie to nie on stał się celem czułych powitań mackowatych gospodarzy. Widząc problemy Neth i Grunalda, zatrzymał się w miejscu i odruchowo skulił, coby nie rzucać się w oczy. Nie znał ich na tyle dobrze, by rzucać się na ratunek bez żadnego zastanowienia, ale z drugiej strony nie zamierzał też zostawiać ich na pastwę losu. Kto wie, kiedy to on sam będzie potrzebować pomocy.

- Niechaj się stanie światłość! - Krzyknął, unosząc dłonie ku górze.

Cztery kule światła pojawiły się znikąd na całej długości korytarza. Niczym malutkie słońca zalały otoczenie złocistymi promieniami, rozpraszając cienie i rozjaśniając nieco ich obecną sytuację.

Zarówno dosłownie, jak i w przenośni.
 
Aro jest offline  
Stary 15-01-2014, 21:11   #6
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 688 Harard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwuHarard jest godny podziwu
Słoneczko ledwo zaróżowiło okolicę, kiedy dało się słychać mlaskanie buciorów w błocie i ciche kurwienie pod nosem. Czujny wartownik obchodzi swój rewir? Zalany gwarek usiłuje w pijackim widzie i szarówce trawić do swego baraku? Nic bardziej mylnego. Agrad Frost zwany Dudą, stary wiarus, gwarek, najemnik, kupiec i niezrównany muzyk idzie się odlać ...

Co za zasrana i parszywa dziura to całe Buhnburg. Miasto możliwości mówili. Zainwestuj, mówili a będziesz srał złotem. Nie wahaj się mówili, tylko ruszaj do tego raju na ziemi... Taki chuj. Zacisnął zęby i zaraz syknął z bólu, kiedy odezwało się tępe pulsowanie pod pokrwawionym bandażem zamotanym na łbie. Skończył wreszcie szczać, potrząsnął przepisowe trzy razy i poprawił gacie. Mokro, brudno, gotowizna się kończy. Przyjdzie kurwa na żebry iść i gadać jak stary Ozimek. „Chłopcy, chłopcy dajcie mi trochę piwa, bo chce mi się siku a nie mam czym...” Co za zasrana dziura...

Skończył się użalać nad sobą i usiadł przy ognisku. Łypnął okiem na śpiącą jeszcze Netkę i wykrzywił się w źle wróżącym, wrednym i parszywym uśmieszku. Sięgnął po swoje dudy, nabrał metr sześcienny powietrza w płuca i zadął! Ale bracie, zadął tak pięknie i tak głośno, że tylko umarły pozostał by obojętny na tak cudowną muzykę...
- Zamilknij gnido przebrzydła albo ci te płuca gołymi ręcami wypruje z piersi - jęknęła Netka, skacowała jeszcze po poprzednim wieczorze i łeb nakryła wyliniałą derką, ale Agrad przymknął oczy i oddał się swojej muzyce. Kto by tam durnej baby słuchał...

***

Robota spadła z nieba. I to taka akuratna. Pasująca. Nawet nieźle płatna. Dlatego też Duda siedział grzecznie i słuchał jak dziadyga o wyglądzie sukinkota zdechłego przed rokiem, którego ktoś zapomniał zakopać gada i gada bez końca. Nie wtrącał się, nie dogadywał, nie klął tylko grzecznie i pokornie głową kiwał. Widno nie ufał sobie na tyle, by otworzyć gębę bo na docinki tej kreatury mogłoby wyskoczyć jakie grube słowo i umowę szlag by trafił. Dobra robota, prosta. I dobrze kurwa płatna.

***

Pod ziemią, aż mu się w kaprawych oczkach coś zaszkliło. Ehh, osiąść znowu w kopalni, do uczciwej roboty się zabrać. Urobek w wózku pchać i złote do kabzy. Może jakąś fuchę złapać jako sztygar jak za dawnych lat. Zawiesić Słomkę na haku... W rozmarzeniu pogłaskał drzewce swojego wielkiego topora bojowego. Nie miał ci on napisów co prawda cyzelowanych jak każe khazadzki obyczaj, choć kusiło go sprawienie sobie jakiejś sentencji tak jak ten krępy brodacz, koło którego szedł na przodku. Zdążył już mu się przyglądnąć, jemu i jego kurduplastemu kompanowi. Ej kusiło nadąć dudy i zawtórować konusowi w pioseneczce, ale on to na szpicy szedł. Baczenie miał dawać z racji doświadczenia, a nie szutki odprawiać jak na jarmarku. Ehh szlag, to jak nie dudy to choć se pogwizdam do taktu.

No i się zaczęło. Ledwo co poczuł drgania, odwrócił się do khazada. Ich wzrok spotkał się w niemym zrozumieniu i zaraz poczęli ryczeć, ponaglając kompanów do ucieczki.
- Netka! W dyrdy psia mać! Bo nas tu zasypie! – Sapał jak miech kowalski ale przebierał nogami, podzwaniając kolczugą i obijającym się o nią rukzakiem. Chwycił mocniej Słomkę i oglądnął się bo nie usłyszał odpowiedzi. – Netka?! Co do stu grubych...
Wyhamował i odwrócił się po czym puścił biegiem bark w bark z pobratymcem. Macka jakaś, ni cholery nie widział reszty ani nie mógł rozpoznać co właśnie stara się zadusić dziewczynę. Generalnie to każdy po jednej modlitwie znajomości z Netką chciał ją dusić, ale niedoczekanie tego ukrytego w ćmoku kurwiego syna! Nagle zrobiło się jaśniej, ani chybi od wszawej magii, ale nie było czasu ani splunąć z dezaprobatą, ani nic. Szarpnął za troki plecaka by nie ograniczał ruchów i ruszył do ataku. Nie wywijał toporem, nie brał dużego zamachu, wiedząc że podczas walki w wąskich tunelach łatwo może w ten sposób przerzedzić szeregi kompanów. Po prostu wzniósł ostrze nad głowę i rąbnął w mackę, pilnując by nie zahaczyć siniejącej na twarzy Netki.
 
Harard jest offline  
Stary 15-01-2014, 23:09   #7
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację


*****

- Panie Kapitanie, toż to bydle jest, nie człowiek! On i ten drugi, jak mu tam? Quinn za nim wołają. Dwa psubraty, jako żywo! Dyć wie Pan, Kapitanie, co oni w karczmie wyczyniali? A we młynie? Co na cmentarzu zrobili? Do tej pory nie wiadomo, który córkę rzeźnika zbrzuchacił, bo ją ponoć pospołu brali! Gospodę spalili! A w świątyni! Nasz stary kapłan, mało co nie umarł jak to zobaczył! Słyszałeś o tym, Panie Kapitanie, toć chyba mówić nie muszę... -
- Słyszałem, Panie Wójcie, słyszałem... -
- Oni... oni... Na ołtarzu! Ze wszystkimi trzema! A teraz wszystkie z brzuchem chodzą! Wyobrażasz to sobie! W świątyni! A na koniec, ten wielki bydlak, się zesrał! Na samiusieńkim środku! Zgroza! -
- Istotnie... -
- A to jeszcze nic! Olafa, starego jubilera z majątku okradli. Sam ledwo z zżyciem uszedł, jak mu któryś w łeb dał. Moich ludzi, że straży to ze trzy razy oćwiczyli. Publicznie! O szczaniu na chodnik w biały dzień nie wspomnę! A ten... ten... Ten zwierz! Ten „Schwanz” w rzyć chędorzony, to nawet mi groził! Ledwo żem uciesz zdążył! -
- Tak... -
- Musicie coś z tym zrobić! Wyście przecież władza! Nie godzi się, żeby ci dwaj się wedle porządnych ludzi wałęsali i ten, no... zakłócali porządek! -
- Ależ robimy Panie wójcie, robimy. Hans! -
Na wezwanie oficera zza sąsiedniego biurka żwawym krokiem podszedł przygarbiony żołnierz, zasalutował i oddał kapitanowi pergamin.
- To jest wasze zeznanie Wójcie. Będzie koronnym dowodem w sprawie, jak ich złapiemy. Sąd ich szybko osądzi i powiesimy ich na waszym rynku. Co wy na to? -
- Tak! Tak, koniecznie! -
- No, to podpiszcie tutaj, gdzie zaznaczone. -
- Eeee, podpisać? Ja? Tego, no.... -
- Krzyżyk postawcie. Wystarczy... -
- A tak! Już! -
Kapitan wyjął zza biurka spory rulon i podał go wójtowi przez biurko.
- Jutro rozwiesimy to w całym hrabstwie a pewnie i gdzieś dalej pójdzie. -
- Toż to te dwa psubraty, tu narysowane! Koślawo trochę, ale zawsze... -
- Bo to listy gończy, nie portret na ścianę Panie Wójcie. A sierżant ma już swoje lata i ręka mu się trzęsie troszeczkę. Na trzeźwo szczególnie... W każdym razie, trzysta złotych koron, powinno zrobić swoje. Jak żyw ich złapiemy a wtedy do Pana pośle i zaczniecie stawiać szubienice na rynku. -

Wójt dziękował, giął się w ukłonach, upluł przy tym i oślinił okrutnie W końcu poszedł. Kapitan, z tą samą znudzoną miną, założył nogi na blat biurka i wyjął spod krzesła flaszkę.

- Kapralu otwórzcie no okno, bo coś strasznie łajnem zajechało. -
- Tak jest. A co z tym Kapitanie? -
- A co z tym? -
Kapitan spojrzał na „podpisane” przez wójta zeznanie i niedbale rzucił je do palącego się obok kominka.
- Właśnie nadałem mu „bieg urzędowy” hehehehe. -
- Rozumiem. A list gończy? Chłopaki mogą mieć kłopoty... -
- Zwariowałeś. Sierżant nie potrafiłby namalować obory, tak aby ktoś poznał, co jest na obrazku a co dopiero to. -
- To czemu Pan akurat jemu kazał to namalować? -
- Hehehehehe, wiesz, nigdy nie lubiłem tego wiecznie gderającego, starego pierdziela ze świątyni. A działkę za jubilera wypłacili jak należy. Czemu miałbym ich nie lubić? -
- No, ale ten list gończy... -
- No... Na całe szczęście ktoś im już zasugerował przeprowadzkę w inną okolice. Słyszałem, że Tarczowe Ziemie są piękne o tej porze roku... -

*****

Borys Gross, zwany prze niektórych “Schwanz”, człapał przez błoto obok swego kompana w występku, z zamyśloną miną, na paskudnej facjacie. Chwiał jeszcze czasami, jako że właśnie zaczynał trzeźwieć. Stan ten, trzeźwienie znaczy, jakoś zawsze wprowadzał go w podły nastrój, co mu dodatkowo uroku nie dodawało. A że nigdy nie miał go zbyt wiele na zbyciu, to większość rozsądnych ludzi omijała go z daleka. Przyczyną mógł być tez lekki smród alkoholu i brudnego, zapchlonego futra, którym nie wiedzieć po co przykrywał ramiona i plecy. Pod tym siedliskim robactwa chrzęściła zbroja. Przez plecy przerzuconą miał tarcze a przez ramie ciężką kusze. U pasa prosty półtorak. Ot miecz do wynajęcia, rembajło jakich wiele. Tyle, że wredny, brzydki i śmierdzący.

- Quinno? -
- No? -
- Ten dziad powiedział pięćset złociszy, yo? -
- No. Do podziału, między tych co przeżyją i z dupą wrócą. -
- Aha. A po ile to będzie dla nas? -
- Po dwieście pięćdziesiąt. -
- Aha. To nieźle. Mozę się coś za to zarucha... -
- No przecież po kobitkę tam leziem, no nie? -
- Yo! Hehehehehehe! -

*****

Kopalnia jak kopania. Ciemna, brudna, mokra i ogólnie chujowa. W dodatku musieli ją zwiedzać biegiem. Bieganie sprawiło, że Borys trzeźwiał jeszcze szybciej a to było jeszcze mniej przyjemne. Zaczynał też mieć kaca a nic tak nie pomagało na kaca, jak komuś zajebać. Gdy ktoś łaskawie zapalił światło, Borys zwolnił, i rozejrzał się za czymś nadającym się do zabicia. „Kompanów” chwilowo z tego grona wykluczył. Założył tarcze na ramie, wyciągnął bękarta i osłaniając się tarczą zaatakował macki.
 
malahaj jest offline  
Stary 16-01-2014, 14:17   #8
 
Gargamel's Avatar
 
Reputacja: 861 Gargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwuGargamel jest godny podziwu
Po wejściu do kopalni ogarnęła ich ciemność. Nic to, bowiem Vilgax jakby co było szkolony w walce na ślepo. Brodacz przy wejściu zatrzymał się by zapalić pochodnię. Lepiej było bowiem mieć jakieś źródło światła w ręco. Lepiej dla drużyny, bo jemu to w zasadzie obojętne było czy walczy w mroku czy w świetle ednia. Szedł na końcu pochodu (nim zapalił pochodnię nim dołączył do grupy). Szedł i podziwiał głębokość i staranność wykonania kopalnianych szybów. Nie było krasnoludem, biegłym w sztuce drążenia tuneli, ale zawsze starał się dojść do perfekcji we wszystkim co robił.

Jako iż był ostatni nie dał się tak łatwo zaskoczyć. Słysząc już z oddali krzyki swojej drużyny dobył styletu i puścił się pędem na pomoc. Jeśli natrafił na kogoś, owiniętego macką dziabnął tę mackę sztyletem by uwolnić kompana. Jeśli sam został zaatakowany stara się zrobić unik i przysmażyć atakującą mackę pochodnią. Jeśli atakuje go przeciwnik a nie macka trzymając rękojeść sztyletu w prawej pięści stara się uderzyć pięścią ze sztyletem w głowę by pozbawić wroga przytomności.
 
Gargamel jest offline  
Stary 16-01-2014, 17:36   #9
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 10063 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
- Pierwsza liga matko i kozojebców. Dwa w jednym zresztą, jak na was patrzę. Nie wiem, czy o nagrodzie w ogóle wam mówić… Już od was wali gównem, a gdzie tam wam zejść w dół, do kopalń i niżej…
Wali gównem... Dowcipas zafajdany od kurwiej bolączki...
Neth na wszelki wypadek uniosła ramię i niuchała nosem pod własnym rękawem. Nie wyczuła smrodów żadnych. Perfuma może też nie ale kąpała się kilka dni wstecz. Częściej to już ryzyko wchodzi w grę bo ci się zmywa ta... no... warstwa ochronna przed złymi uroczyskami...

Neth zmierzyła zleceniodawcę wrogim niechybnie spojrzeniem.
Se dziadyga dał popis krasomówstwa. Złośliwy tako złamas co to mu kuśka z interesu wypadła i musi jęzorem nadrabiać. A że ma ochronę i pękatą sakiewkę na zbyciu to od razu trza się szarogęsić jakby co najmniej rozpoczął tę zasraniutką podróż zwaną życiem od złoconej kołyski z wyrytą na sterburcie inskrypcją „mały dyktator”. Dajcie mu grzechotkę, niech se pomacha i się zmęczy, może mu wkurw na cały świat przejdzie.
- Gada troszku z rozsądkiem... - szepnęła do Agrada gibając się na trzynogim krześle. Uśmiech na jej twarzy się rozlał w złośliwy grymas - Znaczy... z tymi kozojebcami. Utrafił po prawdzie, no nie? No bo każdy khazad to kozojebca, no nie łypaj tak na mnie spod tych ryżych chaszczy... Toć to nie tajemnica, że wam bogowie wzrostu poskąpili byście nie musieli klękać jak łowiecki se od tyłu zapinacie... Takie ogólnorasowe upodobanie do rogacizny to nie znów powód do wstydu...

Agrad chciał ją łapskiem huknąć ale się uchyliła cudem trzymając dalej równowagę na koślawym krzesełku. W głos się przy tym zaśmiała a głos miała przyjemny, kobiecy, całkiem do jej aparycji niewyszukanej nie pasujący. Neth miała rysy pospolite, włosy w pełnym bezładzie, tam dłużej, tu krócej rosnące, jakby sobie je nożem ciachała bez pomyślunku w przypływie nudy czy jakiego artystycznego polotu. Do tego było w jej wyglądzie i całej postawie coś niechlujnego, całkowita negacja cech jakie dama posiadać winna – obyczajności, skromności i estetyzmu ogólnego. Może to przez to pomięte ubranie, buciory wysokie błotem uwalane, przekleństwa najgorszego sortu, które jej usta opuszczały często jako pszczółki swój ul, tytoń, który żuła nałogowo i nim pluła gdzie popadnie albo i przez te czarne kreski brudu wżarte głęboko pod paznokcie. Co by nie gadać, urokiem osobistym Neth nie tryskała.

* * *

Pod ziemią było... swojsko. Jednym się dzieciństwo błogie przypomina jak widzą sad owocowy. Innym kiedy staną nogą na mięsistej murawie pastwska. Neth się łezka w oku zakręciła na widok sztolni, dłubanego kamienia i wagoników hożych, po wąskich torach płynących jak obłoczki po firmamencie. Se w płucka zapaszek wciągnęła zaduchu i kamulców kilofkami zrytych! Aaaach, te sentymenta!

I nawet by start tej roboty znośny był jakby nie oślizgła potwora, która nie wiadomo skąd wypełzła i, dawaj, szkódzić. Łotrzycę pochwyciła i wokół jej szyi owinęła mackowate ramię przyduszając dotkliwie, nawet dziewka nie charknęła. Nie zrażona jednak nachalnością szkarady, zdążyła sztylet przy pasie wymacać i z impetem zanurzyć w macce po rękojeść. Starczyło by raniony czułek się cofnął a Neth opadła zgrabnie na podeszwy butów.

Całe szczęście, że ktoś o światło zadbał bo choć stało się jasne z czym przyszło im stawać. Chłopy, jak to chłopy, powoli rzucali się w szale, byle ciąć, rąbać, tłuc, łamać no i generalnie mord zadawać. Niektórzy to wyglądali jakby w sztuce tej osiągnęli stopień mistrza cechu. Dobrze nawet bo i dama jakaś mogła by się bezpieczniej poczuć w takim towarzystwie. Tyle, że damy w okolicy nie było to i żadne niewieście wdzięczne oczko nie doceniło wysiłków prężnych mięśni stosownym „ochem” ni „achem”.

Neth przeturlała się po skosie łapiąc oddech i rozmasowując szyję.
- Kurwa, w dupę chędożony dziwotwór... – spuentowała filozoficznie plując pod buty brunatną od tytoniu flegmą.

Strzał jej było szkoda na maszkarę toteż sięgnęła po rapier i dołączyła do wesołej hałastry. Kiedy w zasięgu wzroku pojawiała się macka Neth uskakiwała gibko i cięła na odlew. Uciekać nie zamierzała, no chyba, że się ich szanse radykalnie pomniejszą. Na razie ziała wkurwieniem. A kobiety, wiadomo, mściwe i zajadłe są w swoim ślepym gniewie. Skoro ta pokraka zaczęła to jest se sama winna. Tfu!
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 16-01-2014 o 17:39.
liliel jest offline  
Stary 16-01-2014, 19:14   #10
 
Cohen's Avatar
 
Reputacja: 2173 Cohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputacjęCohen ma wspaniałą reputację
- Zmyję hańbę twoją krwią, wieprzu plugawy! - wrzeszczał jak szalony mężczyzna odziany w jakę narzuconą na kolczugę, przekrzykując szczęk zderzających się kling.
W zapamiętaniu nacierał na wielkiego, ostrzyżonego do skóry brzydala w brudnym, śmierdzącym futrze, wyglądającym i pachnącym bardziej jak jakieś zdechłe zwierzę, które przyczepił sobie do ramion.
- Przysięgam na bogów, żeuebueglrlrlruee... - ale nikt nie miał się już dowiedzieć, z bogami łącznie, co rycerz chciał im przysiąc.
Przeszkodził mu w tym bowiem nóż wbity w podstawę czaszki.
- No wreszcie. - skrzywił się mężczyzna w futrze, gdy padający rycerz odsłonił stojącego za jego plecami następnego człowieka, niższego i szczuplejszego od niego, ale o wyrazie twarzy jeszcze gorszym, odzianego w bryczesy wpuszczone w buty do połowy łydki i skórzaną kurtkę, spod której widać było brygantynę i przewieszony przez pierś bandolier z kilkoma krótkimi nożami do rzucania.
U pasa wisiał kolejny nóż, długi dla odmiany, któremu bliżej było do krótkiego miecza, niż sztyletu.
Drugi taki sam trzymał ręku i właśnie zabrał się do wycierania okrwawionej klingi w jakę byłego rycerza. - Jużem myślał, że samym tym pierdoleniem mnie wykończy, pokurcz jebany.
- Znowu wybrałeś biednego.
- poskarżył się Quinn, który zdążył przetrzepać już kieszenie nieboszczyka.
W istocie, odcięty od pasa trzos był nader chudy, a pierścienie ściągnięte z oderżniętych palców nawet na oko wyglądały tandetnie.
- Bogate łażą z przydupasami, albo nie chcą się same napierdalać, co im nie powiem. - w tonie Borysa też zabrzmiała uraza. - Tylko te biedaki od razu łapią za miecz, jak im powiesz, że ten jego ptako-kot zesrał mu się na koszulę czy cuś.
- Dobra, dobra. - mruknął Quinn, badając jakość broni poległego. Badanie, co za niespodzianka, wypadło mało pomyślnie. Pokręcił smętnie głową, ale oręż zabrał.
- No, to do gnoju z nim.

***

Ktokolwiek przyszykował zwiedzanie kopalni, zaplanował rozrywkę od samego początku.
Zaczęło się od tąpnięcia, lawiny czy jak tam jeszcze można nazwać rzucającą się w pogoń za nieszczęsnymi turystami masę kamieni.
Na dodatek, kiedy atrakcja numer jeden była ciągle w toku, zatrzymała ich druga niespodzianka w postaci jakiś amatorów łażenia po sufitach i atakowania stamtąd w wyjątkowo zdradziecki i nieprzyjemny sposób.
Quinn, sam miłośnik takich zagrywek, nawet by to docenił, gdyby tylko w uszach nie dudnił mu hałas nadciągającej kamiennej lawiny.

Zerwał się z ziemi, klnąc paskudnie, szybko odnalazł wzrokiem Borysa i rzucił się zająć strategiczną pozycję za jego szerokimi jak wrota stodoły barami i plecami.
W międzyczasie ściągnął z pleców zawieszoną na rzemieniu kuszę, naciągnął, załadował i korzystając ze światła, które jeden z uczestników wyprawy łaskaw był wyczarować, strzelił w cokolwiek, co czaiło się na stropie korytarza.
 
__________________
Now I'm hiding in Honduras
I'm a desperate man
Send lawyers, guns and money
The shit has hit the fan
- Warren Zevon, "Lawyers, Guns and Money"

Ostatnio edytowane przez Cohen : 19-01-2014 o 14:18.
Cohen jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:10.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169