Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-04-2014, 23:50   #11
 
Gerappa92's Avatar
 
Wzrok niziołki przykuł samotny, młody bard, który siedział pod drzewem, które zadomowiło się pośród budowli i wygrywał na własnym, posrebrzanym flecie dźwięki, które wypływały z jego ducha.
Dziewczyna bez pardonu stanęła naprzeciwko chłopaka. Przez chwilkę z uwagą wyłapywała rytm wygranej na flecie muzyki. W końcu sięgnęła po swój instrument i stojąc bezczelnie przed bardem spróbowała wydobyć te same tonację.
Młody bard uniósł spojrzenie i zaprzestał gry na flecie. Uśmiechnął się do niziołki.
- Witaj.
Także mała improwizatorka odłożyła instrument od ust i uśmiechnęła się dziewczęco.
- O czym była ta pieśń? - Zapytała z zaciekawieniem i skryła się również pod cień drzewa.
- O dziewczynie, która uciekła od nowo poślubionego małżonka, wybierając wolne życie. - wytłumaczył bard. - Zbyt wydumana, ale dobra na ćwiczenia.
- Czy ja wiem. Kobiety bywają zmienne. - Zażartowała. - A czy znasz jakieś pieśni o Selune? Widziałam, że znajduję się tu piękna świątynia jej poświęcona.
- Znam, a szczególnie urokliwa jest jedna o księżycu, który wszak jest odzwierciedleniem bogini - odparł i uśmiechnął się. - Tak, zaiste świątynia jest piękna. Powinnaś ją kiedyś odwiedzić… pani.
- Hahaha - Roześmiała się serdecznie. - Szlachetny panie, bądź tak miły i mów mi Erilyda. Pieśń musi być zapewne urokliwa, skoro sama świątynia bije w oczy pięknem. Aż wyobraźnia zaczyna puszczać wodze o mocach w niej ukrytych.
- Serveus. - przedstawił się bard. - A uwierz mi, że jest czym ucieszyć oko. A i ostatnio trochę zwiększyło się jej piękno.
-Jeszcze bardziej? To w ogóle możliwe? W jaki sposób?
- Ozdobiona ostatnio została misternie wykonanym przedstawieniem księżyca. Nie jest duże, ale przyciąga należytą mu uwagę. - wyjaśnił.*
- Ahh.. Mówisz podarunku od kleru Sehanine Księżycowy Łuk? Słyszałam co nie co o tym elfim arcydziełu jednak nie dokońca rozumiem dlaczego wszyscy się nim tak zachwycają. Błyskotka jakich wiele w tej świątyni.. - Dodała prowokując młodzieńca by wyjawił jej wszystko co wie.
- Och, jest to naprawdę niesamowity przykład elfiej roboty. Wygląda jakby sam jarzył się światłem księżyca i… - ściszył trochę głos. - Niektórzy mówią, że ma w sobie trochę magii.
- Niewątpliwie, elfy lubią zawsze swoje świecidełka podrasować szczyptą magicznego splotu. - Uśmiechneła sie pod nosem. - Ciekawe do czego wykorzystują te wszystkie artefakty… Może sama bym się przeszła zobaczyć jak moc drzemie w tych elfich zabawkach.
- Polecam - zgodził się bard. - Zawsze warto zobaczyć kawałek świetnej sztuki.
- No właśnie, przecież mnóstwo osób musi być łasych na takie arcydzieła. No wiesz, kolekcjonerzy , fanatycy i inni miłośnicy sztuki. Ciekawe jak świątynia się przed nimi chroni..
- Na pewno jest ich sporo, ale to raczej osoby spoza Silverymoon. Ciężko byłoby w tym mieście na dłużej ukryć tak ważną rzecz - wyjaśnił Serveus. - A jak się chroni… Zapewnie magicznie i dochodzi także samo uważne spojrzenie kapłanów. Nie licząc faktu, że kradzież ze świątyni na pewno nie przysporzy przychylności boga, do którego to należało.
- Nie da się ukryć, że Bogowie w dzisiejszych czasach są wyjątkowo ambitni. W takim razie Serveusie, opowiedz mi w jakimś pięknym wierszu lub melodii o Selune. - Nie czekała na odpowiedź. Oparła się o pień drzewa, wyciągnęła nogi. Poprawiła bujną fryzurę i czekała na pokaz. “Z życia trzeba umieć czerpać przyjemności” - pomyślała mała cwaniara.
- Muzykę preferuję ponad inne sztuki - wyjaśnił Serveus. - Nie jestem jeszcze mistrzem, ale z radością ci zaprezentuję swoje możliwości. Będzie to melodia, która opowie o tym, że każdy wędrowiec jest chroniony pod światłem Selune. - to powiedziawszy przyłożył do ust swój posrebrzany flet i jakby tchnął w niego życie swoim oddechem.
Melodia była spokojna, kojąca ducha. Przywodziła na myśl obietnicę zasłużonego odpoczynku po długiej podróży, zdawała się koić zmęczenie i dodawać otuchy, uspokajać, zapewniać, że tam gdzieś czeka już posiłek i ciepłe posłanie.
Serveus nie był mistrzem, ale nie dało się zaprzeczyć, że mógł mieć na takiego zadatki.

***

Odchodząc z akademii bardów Liapola była nieco zawiedziona. Liczyła, że uda jej się wyciągnąć jakieś konkretne informację od młodzika lecz ten nie wybijał się swą wiedzą ponad każdego przeciętnego bajarza. No cóż, bywa i tak. W takich sytuacjach po prostu trzeba liczyć na siebie. Nie da się ukryć, że sama pieśń barda była na prawdę piękna i warta odsłuchu no i nie można zaprzeczyć, że również podsunęła Niziołce pewien pomysł.
Dziewczyna pokręciła się trochę po mieście to zagadując kogoś od czasu do czasu to wykorzystując nadarzające się okazję. Ogólnie rzecz biorąc czekała aż się ściemni. Razem z zachodem słońca jej magiczna szata też przybrała szarawych barw. Za odrobiną jej woli, ciuch się zestarzał i zużył. Buty też zakurzyła piaskiem a z włosów wyjęła kwiatek.
Z tak zmanipulowanym wyglądem ruszyła w stronę świątyni by tam podać się za podróżnika, mającego za sobą ciężką podróż. W końcu świątynia Selune tylko czeka by przyjąć w swe progi strudzonych wędrowców...
 
__________________
"Rzeczą ważniejszą od wiedzy jest wyobraźnia."
Albert Einstein
Gerappa92 jest offline  
Stary 08-04-2014, 21:10   #12
Edgelord-Obsługant
 
Zell's Avatar
 
Liapola

Liapola została szybko pokierowana przez napotkane na ulicach osoby, więc bez większych problemów znalazła świątynię Selune, nazywaną świątynią Srebrnych Gwiazd. Niziołka nie mogła ukryć podziwu dla wykonania budowli, która na razie jawiła się jej tylko z zewnątrz. Zbudowana była z białych, obłych kamieni, ale to nie one pierwsze przyciągnęły wzrok dziewczyny. Ktokolwiek wymyślił jak wykonać okna tej świątyni był zaiste artystą. Kryształowo-srebrne okna przyciągały spojrzenia, zdając się imitować gwiazdy. Chwilę jeszcze Liapola przyglądała się tańcu światła zachodzącego słońca na ich tafli, żeby w końcu ruszyć do środka.
A tam… Tam było jeszcze ciekawiej.
Kryształowe okna spełniały nie tylko rolę reprezentacyjną na zewnątrz, one także miały swoją funkcję wewnątrz. Liapola po przekroczeniu progów świątyni znalazła się w innym świecie. Światła, nie mogła ich nie zauważyć. Blask ostatnich promieni słońca przesączał się przez kryształowe okna w kalejdoskopowej układance. Kiedy wzejdzie księżyc świątynia musi się wypełniać prawdziwym “światłem bogini”. Po bokach także powoli zostawały zapalane boczne, magiczne światła, które działały wedle rozkazu kapłanki, która przechadzała się wzdłuż świątyni aktywując magię drzemiącą w uczepionych ścian kamieniach.
Liapola śledziła ją chwilę wzrokiem jednocześnie oglądając malowidła, które pokrywały ściany. Przedstawienia nocnego nieba z odwzorowaniem (niziołka nie umiała powiedzieć jak dokładnym) nocnego nieba, wizerunki księżyca, jak i bogini w różnych ich postaciach. Dziewczyna weszła dalej i spojrzała w stronę ołtarza, żeby zobaczyć…
…to po co przyszła.
Za ołtarzem wisiała ćwiartka księżyca wykonana, jak Liapola wiedziała, z białego złota i ozdobiona diamentami. Elfia robota. Nie tylko jednak jej artystyiczne cechy były ważne, ale inna cecha. Niziołka przyglądała się przez chwilę tej ozdobie, aby musieć przyznać, że bard miał rację. Tutaj musiała działać jakaś magia, skoro ten ozdobny księżyc zdawał się emanować światłem samej Selune.
Liapola niestety nie była tu sama.
W boku sali, przy bocznej ławie, jakby kryjąc się przed blaskiem świątyni zgromadzone były cztery osoby. Zobaczyła śliczną półelfkę z szymbolem Selune na szyi i dwóch słonecznych elfów, a uwaga tej trójki była całkowicie skupiona na czwartej osobie, rudym półelfie wyraźnie niezadowolonym. Nieopodal stał także człowiek również skupiony na tej czwórce. Jedyną osobą, która zauważyła wejście Liapoli była kapłanka zapalająca światła. Przerwała ten obowiązek i podeszła do niziołki uśmiechając się.
- Jestem Arelia Tevar - odezwała się do niej. - W czym możemy ci pomóc?



Erilien en Treves


Paladyn nawet nie zauważył jak szybko minął czas, a zdał sobie z tego sprawę, kiedy opuścił świątynię i zobaczył, że słońce chyliło się już ku zachodowi.
Erilien szedł przez miasto w kierunku bramy głównej pomagając półelfowi przemieszczać się. Ten, pomimo rany, sam parł szybko do przodu gnany najpewniej własnym strachem. Co chwila rozglądał się wypatrując najmniejszych oznak niebezpieczeństwa i kiedy wydawało mu się, a może miał słuszność, że coś zobaczył oddzielał się od zagrożenia paladynem. Najwyraźniej w tym momencie duma miała mniejszą wartość dla niego, niż życie…
Tylko dlaczego jakiś mały przedmiot miał mieć większą?
Elf widział także, że uratowany półelf prawie co chwila nerwowo dotyka piersi wyraźnie sprawdząc czy coś uwieszonego, prawdopodobnie, u szyi wciąż znajduje się tam, gdzie powinno. Wyglądało to tak, jakby drżał w równym stopniu o swoje życie co o zgubienie tego, co skrywał pod koszulą.
Tak czy inaczej musieli dotrzeć do bramy.
Erilien również rozglądał się za zagrożeniem chcąc być gotowy w każdym momencie odpowiednio zareagować. Zobowiązał się w końcu pomóc temu półelfowi, a takie zobowiązania są wręcz święte. Do tego… czy on sobie w ogóle wyobrażał możliwość pozostawienia bezbronnego na pastwę jego wrogów, którzy wszak już okazali, że najwyraźniej są zdolni do odebrania życia? Paladyn starał się być otuchą dla półelfa, chociaż zastanawiał się poważnie nad tym, co stanie się z nim, kiedy wyjdzie już spod jego ochrony.
Byli już niedaleko bramy, gdy półelf zwolnił dając sobie moment na odpoczynek. Przez całą drogę nie zdarzyło się nic niepokojącego, a nawet w momentach, gdy półelfowi wydawało się, że coś zobaczył można to było zrzucić na rosnącą paranoję, szczególnie, że Erilien nic nie zauważył.
Dotarli w końcu do wspomnianej przez pladayna gospody, gdzie wedle oczekiwań dostali konia i prowiant na drogę dla uciekiniera. To, co zauważył od razu Erilien to fakt, że półelf bynajmniej głodem nie przymierał, sądząc po zawartości jego mieszka. Wykupiwszy wszystko paladyn odprowadził jeszcze półelfa do bramy. Tam wspomniany odwrócił się do elfa i trochę zawstydzony wymamrotał.
- Ja… dziękuję… naprawdę. - po tych słowach wszedł na konia i ruszył do bramy, za którą szybko zniknął.
Erilien czuł, że jego obowiązek został wypełniony i już miał zamiar wracać do świątyni Corellona, gdy jedna, arcyważna rzecz przykuła jego uwagę. Zobaczył znanego mu już mężczyznę dosiądającego konia. Tego samego mężczyznę,, który poszukiwał w świątyni półelfa. Przed bramą zarzucił on na głowę kaptur, a przejechawszy ją popędził konia.



Sevotar Jasne Skrzydło

Wszystko odbyło się jak należy.
Bardowie zaprowadzili Sevotara do jednej z karczm w celu przeprowadzenia zakładu. Karczmarz za pewną opłatą użyczył im przestrzeni i pozwolił na wykonanie ich sztuki. Elf czuł się pewnie, chociaż nie znał możliwości swoich dwóch oponentów, to jednak miał wiarę we własne, które już wielokrotnie udowodniły swojej wartości.
Usadowiwszy się już na miejscu drogą losowania ustalili kolejność, w jakiej będą występować. Sevotarowi przypadło ostatnie, trzecie miejsce, co miało swoje plusy, ale także i minusy. Plusem było oczywiście rozpoznanie się w umiejętnościach przeciwnika i możliwość obserwowania reakcji publiki na jego występ. Minusem jednakże było, że im dalej w kolejce tym większa szansa na zmęczenie publiki. Pierwszy zawsze posiadał pełną uwagę słuchaczy, a im dalej… tym więcej pracy musiał włożyć artysta, aby zatrzymać ową uwagę.
Ale co to było dla Sevotara?
Deboreth rozpoczynał jako pierwszy. Jego instrumentem była lutnia, na której wygrywał słodkie, spokojne tony przywodzące na myśl ciepłe, letnie wieczory pełne spokoju i błogiego lenistwa. Meneos natomiast obrał inną taktykę. Flet, na którym grał wydawał z siebie skoczne, radosne dźwięki zachęcające rozmarzonych wcześniejszym występem słuchaczy do skupenia na nich uwagi oraz wypełniające swoim rytmem umysły i dusze.
I wtedy przyszedł czas na Sevotara.
Publikę miał rozbudzoną, chociaż powoli powracającą do swoich rozmów. Musiał dać z siebie wszystko, aby został zapamiętany przez słuchaczy i tym samym wyszedł zwcięsko z tego konkursu…
Tylko co zrobić?

***

Zrobiło się już ciemno, kiedy Sevotar wyszedł z karczmy w znakomitym nastroju. Udało mu się poruszyć odpowiednio publikę i trójka bardów zgodnie uznała, że to jemu należy się zwycięstwo. Otrzymał niewielką nagrodę, ale za to spędził mile ostatni czas. Obaj bardowie bynajmniej nie kryli żadnej urazy z powodu przegranej, a nawet rozmawiali przyjacielsko i śmiali się wraz z nim, kiedy opowiadali sobie o przygodach, jakie każdy z nich przeżył. Sevotar jeszcze dobrze zjadł i wypił i teraz wychodził już syty jedzeniem i rozmową.
Nie uszedł jednak daleko, kiedy do jego uszu dobiegło łkanie z jednej uliczki, obok której przechodził. Kiedy zatrzymał się, aby spojrzeć co było jego powodem zobaczył skuloną pod ścianą budynku kobietę o kasztanowych włosach, drżącą i trzymającą w dłoniach kawałki rozdartej sukni. Kiedy dostzegła przypatrującego się jej Sevotara spojrzała na niego wielkimi, szklistymi oczami i odsunęła się trwożnie.



Ocero, Quelnatham Tassilar

Słońce leniwie zachodziło za horyzont, kiedy Quelnatham wraz z Ilidathem i Shalyssą dotarli do celu.
Świątynia Srebrnych Gwiazd poświęcona Księżycowej Dziewicy, Selune była imponująca. Wykonana była w kształcie tiary z pojedyńczą iglicą na północy, a tworzyły ją białe, obłe kamienie. Wzrok natomiast z zewnątrz przyciągały kryształowo-srebrne okna przywodzące na myśl gwiazdy.
Wchodząc do środka budynku Quelnatham nie wiedział czego powinien się spodziewać. Widział wszakże już świątynie Sehanine Księżycowy Łuk. Czy ta będzie podobna?
Światło. Niesamowite światło przywitało go od progu, rozświetlające dzięki kryształowym oknom delikatnym, niby księżycowym, blaskiem całą świątynię. Rozgwieżdżone niebo i wizerunki samej bogini pokrywały ściany, a ta sztuka nadawała temu miejscu spokojnej atmosfery zaznaczając, że to Selune wzięła pod swoje skrzydła każdego, kto zawitał w jej świątyni.
Shalyssa skinęła głową innej kapłance i spojrzała zaciekawiona na stojącego obok niej mężczyznę. Teraz jednak co innego było do zrobienia.

Ocero właśnie kończył modły, gdy do świątyni weszły trzy nowe osoby. Były to dwa słoneczne elfy i jedna półelfka. Arelia widząc zaciekawienie Ocero wyszeptała do niego, że ta kobieta to nikt inny jak właśnie Shalyssa Lurialar i powinien z nią zamienić chociaż kilka słów. Na razie jednak wyglądało na to, że przybyła ona z tymi elfami w jakimś celu. Kapłan zobaczył, że oba elfy skupiły wzrok na rzeczy wiszącej na ścianie za ołtarzem. Tak, on też to już wcześniej zauważył.
To, co Quelnatham wiedział to fakt, że miał przed sobą sporą ćwiartkę księżyca wykonaną ze srebra lub białego złota i ozdobioną kilkoma diamentami, która zdawała się jakby lśnić światłem księżyca, skupiająca na sobie uwagę obserwatora. Zauważył także, że nosiła znamiona elfiego rzemiosła i to dobrego elfiego rzemiosła. To, co jeszcze wiedział Ocero to fakt, którego dowiedział się od Arelii, a mianowicie, że była to nie tylko elfia sztuka, ale wręcz podarunek od kapłanów Sehanine Księżycowy Łuk… podarunek, który przyciągał wzrok każdego, kto zawitał do tej świątyni, jakby za sprawą magii.
A może to była prawda?

Z boku, na ławie siedział rudy półelf wpatrzony w trzymany w dłoni mały, srebrny wisiorek sierpu księżyca. Ocero widział go wchodzącego do świątyni. Arelia zapytała go czy nie potrzebuje pomocy, ale ten tylko pokręcił głową i zaczął iść wzdłuż ściany oglądając malowidła. W końcu usiadł na ławie, z której cały ten czas przesiadywał, a w którymś momencie, Ocero był pogrążony w modlitwie, więc nie wiedział, musiał wyjąć ten wisiorek.
Quelnatham mógł się zdziwić widząc tego Aerona w takim zamyśleniu, nie zaś w złośliwym nastroju. Czar jednak prysł, kiedy półelf zdał sobie sprawę z przybycia ich trójki. Spojrzał w ich kierunku krzywiąc się i ukrył w zaciśniętej dłoni wisiorek, jakby gotując się na wojnę.
I może miał rację?

Shalyssa skierowała się wraz z Ilidathem i Quelnathamem do Aerona.
- Aeronie… - odezwała się cicho kiedy była blisko i usiadła obok rudego półelfa. - Chcielibyśmy jeszcze z tobą porozmawiać.
Aeron spojrzał poirytowany.
- Co? Chcecie, abym powróżył wam z dłoni? Nie stać was.
- Nie są to okoliczności, w których powinno się żartować, nie sądzisz dziecko? - skarcił go Ilidath.
- Ale ja nie żartuję. Naprawdę was nie stać - odparł sarkastycznie Aeron.
- Musiałeś coś zobaczyć, co może się okazać istotne i rzucić nowe światło na te niepokojące wizje, których znaczenie może zaważyć na losach Silverymoon. Proszę. Podziel się tym z nami. - poprosiła Shalyssa.
Aeron skrzywił się i uniósł wzrok na malowidła po przeciwległej ścianie. Quelnatham widział, że Ilidath najwyraźniej będzie zamierzał podejść ostrzej do upartego mieszańca.

Ocero był świadkiem tej rozmowy, jaką najwyraźniej próbowali rozpocząć nowoprzybyli. Wizje, znowu wizje. Co wiedział ten pół elf, co mogło być tak istotne? Podróżnik Selune widział jednak już teraz, że ta rozmowa, o ile osoba nazwana Aeronem weźmie w niej udział, będzie ciężka zważając na postawę wspomnianego. Jednak jeżeli na tym ma się ważyć coś wielkiego… czy nie powinno się dołożyć wszelkich starań? Jeden ze słonecznych elfów, który nazwał tego Aerona “dzieckiem” wyglądał na zirytowanego jego zachowaniem. Czy coś dobrego mogło z tego wyniknąć?
Czy nie warto było w razie czego wkroczyć do akcji?

Powoli, jeden po jednym zaczęły zapalać się magiczne boczne światła pod rozkazem Arelii przechadzającej się wzdłuż ich linii.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 09-04-2014 o 00:10.
Zell jest offline  
Stary 14-04-2014, 20:26   #13
 
Googolplex's Avatar
 
“O niedoczekanie twoje!” Pomyślał i sięgnął do sakiewki na komponenty po odrobinę miodu. Słowa które wypowiadał tkając dłońmi saklęcie miały dziwne bzyczace brzmienie. Zaś już po chwili nachalna fantomowa pszczoła pofrunęła by nekać konia zamachowca.
Erilien zobaczył, że człowiek zaczął mieć kłopoty z opanowaniem konia płoszonego przez natarczywą, magiczną pszczołę. Zwierze wierzgnęło kilka razy, zwolniło, zaczęło obierać inny kurs. Prześladowca próbował sam odgonić owada, ale nie dawało to niczego konkretnego. W końcu pszczoła zaczęła kręcić się przy uszach wierzchowca, co spowodowało, że ten rzucił się w bok, na łąki próbując uciec od owada.
Erilien zaśmiał się cicho wierząc, że teraz półelf zdąży odjechać na dość dużą odleglość by zmylić pościg. W końcu jego zycie znalazło się w jego rękach. Zaś paladyn miał inne jszcze plany. Odwrócił się plecami do bramy i ruszył niespiesznie do świątyni. Teraz mógł sobie pozwolić na spacer ulicami miasta, więc wybierał te najbardziej malownicze.
Nie odszedł jednak daleko. Ledwie pokonał kilka metrów od miejsca, w którym splótł czar, gdy poczuł jak ktoś chwyta go za rękę. Zobaczył małą, może dziesięcioletnią niebieskooką dziewczynkę o jasnych włosach, wpatrującą się z poruszeniem w elfa.
- Nie darują tego panu. - odezwała się i dodała cicho. - Nie chcę byś umierał…
- Cos się stało malutka? - Zapytał przyjaznym tonem nie bardzo rozumiejąc o czym to dziecko mówi. - Jesteś tu sama? - Dopytywał, przecież ni mógł pozwolić aby dziecko samotnie biegało po mieście, zwłaszcza, że niedługo zacznie się ściemniać.
- Nie chcę byś umierał… - powtórzyła i spojrzała w ziemię. - Jestem sama… ale nic mi nie będzie.
- Nie musisz się martwić, nie umrę. - Usmiechnął się do dziewczynki. - Jak chcesz odprowadzę cię do domu, dzieci nie powinny same biegać po mieście.
Dziewczynka odwróciła głowę.
- Nie.
- No dobrze… - Odrzekł trochę niepewny. - A dlaczego bałaś się, że coś mi sie stanie? - Ciekawość w końcu zwyciężyła.
- Bo będą chcieli cię skrzywdzić. - odparła, jakby to była oczywista oczywistość.
Coś go tknęło i musiał zadać jeszcze jedno pytanie aby sie upewnić.
- A powiesz mi gdzie mieszkasz, żebym mógł Cie kiedyś odwiedzić?
- W świątyni Srebrnych Gwiazd… - mruknęła wzmacniając uścisk na dłoni elfa.
Teraz już się zaniepokoił. Dziecko mieszkające w światyni mogło oznaczać tylko kilka możliwości a to spotkanie sugerowało jedną i w dodatku wcale nie miłą. “Oj Erilien w co ty się wplataleś tym razem?” Zapytał sam siebie. No ale cóż, w tłumie był w miarę bezpieczny.
- Masz ochotę na piernczka? - Zapytał czując znajoma woń z niedalekiej piekarni, a bywał już tam wielokrotnie i to co mógł powiedzieć napewno to to, że pierniczki mistrza piekarskiego są wyśmienite. - A potem wrócisz do domu a ja obiecuję, że nic mi się nie stanie. Dobrze?
- Mam. - odparła nieśmiało. - Proszę. - spojrzała na Eriliena. - Ale Arelia nie dała mi pieniążków…
- Więc pozwól, że ja Ci kupię jako podziękowanie za ostrzeżenie. - Poczym ruszył w stronę znajomej piekarni. Zastanawiając się po drodze, czy będą mięli szczęści i uda im się przekonać piekarza by odsprzedał też dzbanek mleka. Pierniczki z mlekiem były wprost bajeczne.
Przekonanie piekarza nie było trudne. Kojarzył on Eriliena i bez problemów sprzedał pierniczki, jak i dzban mleka. Przez cały czas, kiedy elf kupował mała była w niego wpatrzona, ale na jej twarzy malował się niepokój.
- Mogę o coś zapytać? - odezwała się trochę speszona.
- Śmiało. - Zachęcił ją.
- … jak to jest być elfem?
- Nigdy nie byłem nikim innym więc nie wiem jak to opisać. - Zaśmiał się. - Jestem po prostu sobą. Ty też powinnaś zawsze być sobą i nikim innym. Tak nas bogowie stworzyli i tak jest dobrze. - Dodał wspominając czasy kiedy sam chciał być kimś innym niż był w istocie.
- Ale… Jeden elf mi kiedyś powiedział, że… Jest lepszy. Bo jest elfem. - ludzka dziewczynka zajadała powoli pierniczka.
Erilienowi zrobiło się przykro, że ktoś z jego rasy zachowywał się w taki sposób. Owszem ludzie żyli krócej i nigdy nie osiągali takiego duchowego rozwoju jak elfy. Jednak wytykanie im tego było zwyczajnie niegrzeczne. Ludzi trzeba było wszak prowadzić aby nie zgubili drogi a nie stawiać się ponad nimi.
- Nigdy nie wierz komuś kto tak mówi. Gdyby był lepszy pokazał by Ci jak ty możesz stać się lepsza a nie pysznił i przechwalał. - Zamyślił się chwilę. - To fakt, że żyjemy dłużej niż ludzie i mamy wiecej czasu ale samo to nie czyni nas lepszymi. W końcu to czyny świadczą tak o człowieku czy elfie. - Kiedy mówił zdał sobie sprawę, że naprawdę w to wierzy choć w cześniej po prostu nie próbował tak myśleć.
- I na pewno nie umrzesz? - dopytywała patrząc poważnie, jak na swój wiek, dziewczynka. - Może powinnam zostać z tobą… Bo cię skrzywdzą.
- I właśnie dlatego powinnaś wrócić. Jeśli przyjdą dam im radę ale nie chcę aby Ciebie przy tym skrzywdzili. - Odpowiedział równie poważnym tonem wiedząć, że jej wiek nic nie znaczy wobec mądrości jaką została naznaczona. Bowiem miał prawie pewność, że rozmawia z jasno widzącą.
- Może… - mruknęło dziecko kończąc pierniczka. - Ale jeżeli umrzesz będę zła.
- Nie umrę. - Powiedział poważnie i z pełnym przekonaniem. - I jeszcze nie raz zabiorę cię na pierniczki. Zgoda? - Zapytał z uśmiechem bowiem rozbawił go obraz jaki pojawił się w jego wyobraźni. Obraz małej dziewczynki wyciągającej go z grobu i dobitnie informującej jak jest niepocieszona faktem, że umarł.
- Nooo… Dobrze. - zgodziła się mała. - Ale co zrobisz z nim? - zapytała.
- Coś wymyślę. - Konspiracyjnie puscił jej oczko. - Nie pierwszy raz ktoś czyha na moje życie. Może nawet uda mi się sprawić aby nikt za bardzo nie ucierpiał, nawet oni… - Choć w myślach godził sie już z tym, ze pewnie nie uda się zachować napastników przy zyciu a jedynym rozwiązaniem okażą się magia i miecz stosowane razem lub osobno w różnych proporcjach.
- Ale... on już patrzy, a ty go nie widzisz…
- Nie zawsze muszę widzieć aby się obronić. - Choć to ostrzeżenie zmroziło mu krew to przecież nie mógł tego dać po sobie poznać. Co więcej skoro zamachowiec był już tak blisko wówczas trzeba jak najszybciej odprowadzić dziewczynkę w bezpieczne miejsce. - Skoro zjadłaś to odprowadzę Cie do domu i przygotuje coś co pozwoli mi wygrać z niewidzialnym wrogiem.
- Mhm… Dooobrze… - mruknęła dziewczynka trzymając Eriliena za rękę. Ziewnęła.
- A wiesz, z tego wszystkiego nie zapytałem jak masz na imię. Ja jestem Erilien. - Zagadywał mała w drodzę do świątyni Srebrnych Gwiazd.
- A ja Namena. - odparła dziewczynka i spojrzała na elfa. - Ładne imię. Jesteś stąd?
- I twoje bardzo mi się podoba. - Pochwalił po czym dodał. - Mieszkam tu od niedawna ale urodziłem sie daleko na zachodzie, za morzem. Na wyspie elfów. - Rozgladądał się czujnie nie chcąc aby napastnicy zaatakowali w chwili kiedy był z dziewczynką. Siebie obroni, ostatecznie jeśli nie zwycięży to ucieknie ale jeśli ona będzie w niebezpieczeństwie… Wtedy nie będzie wyboru.
- Na wyspie elfów? Samych elfów? - dziewczynka zainteresowała się. - Ładnie tam jest?
Ulice powoli przerzedzały się, ale Erilien jeszcze nie był pewny czy ktoś za nimi podąża…
- Tam gdzie się urodziłem panuje zima przez większość czasu a wszystko skrzy się w bieli i srebrze. Powietrze chodź chłodne jest też odświeżające. Piękne miejsce. - Westchnął rozmarzony i zaskoczony z jak wielkim sentymentem wspomina swe rodzinne strony. “Czyżby już tyle czasu upłynęło, że zacząłem tęsknić za domem?”
- Musi być ładnie - stwierdziła dziewczynka. - Chciałabym kiedyś zobaczyć.
- Może za kilka lat jak będziesz starsza i będziesz mogła podróżować tak daleko. Teraz jeszcze trochę na to za wcześnie ale później, jeśli dalej będziesz chciała to pokażę Ci wyspę Zimowego Dworu. - Obiecał i po raz kolejny zaskoczony stwierdził, że mówi szczerze.
- Dobrze - zgodziła się dziewczynka. - Jakiego boga czcisz? Ja Selune. - dodała z dumą w głosie.
- Służę tylko Corellonowi Larethienowi lecz szanuję wszystkie dobre bóstwa. - Odparł nie przestając zwracać uwagi na otoczenie. Robiło się trochę niebezpiecznie, nie dobrze, jeśli zaatakują małą…
- A ja znam Sehanine. Jej kapłani zrobili dla nas piękny księżyc.
Ulice pustoszały wraz z zanikającymi promieniami słońca. Erilien w pewnym momencie zaczął mieć podejrzenia, że faktycznie ktoś za nimi podąża.
Spróbował sobie szybko przypomnieć plan miasta i to jak daleko jeszcze ma do świętyni. Po czym chwycił dłonią rękojeść miecza. Wyprawiona skóra na niej nadawała się jak każda inna na koncentrator dla zaklęcia, skoncentrował się i wypowiedział słowa mocy. Może było to nazbyt dużą ostrożnością lecz powtórzył czynność i osłonił zaklęciem również dziewczynkę.
Skierował się w stronę głównej drogi, nie tylko aby szybciej dotrzeć do celu ale też ze względu na patrole miejskie. Miał nadzieję, że zamachowiec nie zaatakuje mając w perspektywie starcie z wieloma przeciwnikami i mozliwość utraty życia lub długiego pobytu w lochu.
- A chciałabyś zobaczyć świątynie Corellona? - Zapytał najspokojniejszym i najweselszym tonem na jaki było go w tej chwili stać.
- Tak - odparła z uśmiechem dziewczynka, ale zaraz spochmurniała. - Ale muszę już wracać do świątyni… Nikomu nie mówiłam, że wychodzę… Nie wiedzą… chyba…
- Pokażę Ci ja po drodze i będziesz mogła przyjść innym razem jeśli będziesz chciała. Tam też najłatwiej mnie znaleźć - zastanowił sie nad tym co powiedział - choć mam wrażenie, że Ty potrafisz znaleźć każdego kogo chcesz.
- Aeron też tak twierdzi, ale nie umiem… Tylko czasami tak… wychodzi…
- Przyjdzie czas kiedy się nauczysz, nie musisz się śpieszyć.
Mała przez dłuższą chwilę milczała idąc wpatrzona w ziemię, ściskając dłoń Eriliena.
- Nie znasz strachu? - zapytała w końcu.
- Każdy zna strach. - Pokrecił głową zaprzeczając jej stwierdzeniu. - Ale nadzieja może być od niego silniejsza. - Uśmiechnął się łagodnie. - Nadzieja zawsze pokona strach jeśli tylko jej pozwolisz.
- Mhm… - mruknęła i spojrzała do góry na elfa. - Ale nie boisz się, że chcą ci zrobić krzywdę.
- Boję. - Przyznał szczerze. - Ale mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zjemy razem pierniczki i dlatego strach nie ma nademną władzy. - Dodał żartobliwie.
Dziewczynka pokiwała głową i zamilkła idąc wraz z Erilienem w ciszy. Elfowi wydawało się, że udało mu się uchwycić przez chwilę podążającego za nimi… człowieka? Tak, to chyba był człowiek, chociaż widział go jedynie przez moment. Co planował? Czy chciał zrobić coś dziecku? Wszystko było możliwe, a ryzykowanie nie przyniosłoby niczego dobrego w tym momencie.
Dotarli w końcu do świątyni władcy Seldarine i dziewczynka ożywiła się rozglądając na boki. Nie puściła jednak ręki paladyna.
- Wejdźmy na chwilę, przedstawię Ci panią która opiekuje się tym miejscem. Na pewno ja polubisz.
Namena skinęła głową i już za chwilę byli w świątyni. Od razu zobaczył Eyen, która podchodziła do niego najpewniej mając zamiar zapytać jak poszło, gdy zobaczyła uczepioną ręki elfa dziewczynkę, która gdy tylko zrozumiała, że jest poświęcona jej uwaga skryła się za paladynem.
- Wszystko dobrze… poszło? - zapytała niepewnie posyłając pytające spojrzenie Erilienowi.
- Owszem - skinął głową - choć pojawiły się komplikacje. A ta młoda dama pośpieszyła by mnie ostrzec o czyhającym niebezpieczeństwie. Ma na imię Namena i mieszka w świątyni Srebrnych Gwiazd. Obiecałem, że będzie mogła kiedyś przyjść i obejrzeć świątynię Corellona, chyba nie będzie przeszkód prawda? - Starał się zawrzeć jak najwięcej informacji w tak krótkim przekazie a jednocześnie połechtać trochę dumę swojej małej wybawicielki.
- Nie, nie będzie, ale… Jest już późno, a jej opiekunowie pewnie się martwią - odparła kapłanka i spojrzała podejrzliwie. - Chyba, że są ważniejsze… powody, aby pozostała.
Skinął głową a wyraz jego twarzy powiedział kapłance prawie wszystko.
- Jeśli nie macie szlachetne panie nic przeciwko, muszę dokończyć jeszcze jedną drobną sprawę. Wrócę jak szybko to będzie możliwe. - Dodał mając nadzieje na zrozumienie i pomoc kapłanki.
- Dobrze - zgodziła się Eyen i wyciągnęła dłoń do Nameny. - Chodź, pokażę ci wszystko.
Namena przez chwilę się wahała, ale w końcu puściła dłoń Eriliena i podeszła do słonecznej elfki. Ta szybko zabrała dziecko wgłąb świątyni pokazując jej malowidła.
Otoczył się kolejną warstwą magii ochronnej i ruszył szybkim krokiem. Po opuszczeniu świątyni skierował się w jeden z mrocznych i odludnych zaułków. W końcu jeśli maja zaatakować to mogą to równie dobrze zrobić na jego warunkach.
Nie uszedł daleko. Jak tylko zanurzył się w zaułki jego uszom objawił się głos zza jego pleców. Głos spokojny i wyważony.
- Tak długowieczna rasa powinna wiedzieć, kiedy nie należy się wtrącać.
- A także to kiedy wtrącić się należy. - Odparł równie spokojnie, w końcu spodziewał się tego spotkania. - Jak mniemam nie obejdzie się bez przemocy? - Zapytał odwracając się.
Naprzeciw niego stał niski, jak na ludzkie standardy, człowiek o krótkich ciemnych włosach i niewielkiej bródce łączącej się w kącikach ust z wąsami. Erilien nie mógł określić czy jest on ubrany w jakąś zbroję, ani czy nosi broń, bo zakryty był czarnym płaszczem.
- Och, nie chcę tego. Tylko nie wiem czy dasz mi inny wybór.
Oblicze Eriliena rozpromieniło się radosnym uśmiechem.
- A zatem mamy podobne pragnienia, ja również nie chcę uciekać się do przemocy. Podajmy sobie więc dłonie i rozstańmy jak przyjaciele.
- Zastanawiałem się co z tobą zrobić po tym, jak dzięki tobie uciekł ten mały złodziej. Jesteś z siebie zadowolony? Pozwoliłeś umknąć złodziejowi.
- Być może gdyby nie próby odebrania mu życia nie musiałby uciekać ni o pomoc prosić. - Odciął się Erilien.
- Każdy inaczej dba o swoje. I inaczej egzekwuje kary za złamanie praw.
- Mnie zaś sumienie każe pomagać rannym którzy o życie proszą. Czyż to tak wiele sprawy kradzieży zgłosić władzy? Czyżbyś nie ufał miastu? - Od dawna chciał zadać to pytanie bowiem nurtowało go dlaczego w Silverymoon ktokolwiek brał sprawiedliwość we własne ręce.
- To nie są sprawy miasta, a ja biorę wszystko we własne ręce. I dawno byłoby już po problemie, gdybyś nie wszedł z buciorami na nie swój teren.
Elf skłonił się szarmancko.
- Cieszy mnie więc, że wkroczyłem w odpowiednim momencie. - Zastanowił się przez chwile czy aby ten osobnik nie próbuje przypadkiem grać na czas. - A teraz może zechcesz mi jeszcze powiedzieć cóż takiego warte jest by za to zabijać.
- Pamiątka rodzinna - odparł krótko mężczyzna.
- Brak w tym sensu. Po co kraść coś takiego i po co za to zabijać? Wybacz waść lecz dalsza taka dyskusja pozbawiona jest sensu. Czyń co masz czynić a może bogowie pozwolą Ci odzyskać zdrowy rozsądek w lochu Silverymoon.
- W lochu? - człowiek zaśmiał się. - Ja do żadnego lochu nie pójdę, o nie. A dyskusja wyda niedługo owoce…
Erilien miał już pewność. Rzucił się do wylotu uliczki bezceremonialnie odtrącając człowieka na bok. Biegł ile sił w nogach wprost do świątyni.
Wbiegając do świątyni wpadł na Eyen trzymającą obnażony miecz. Odbili się od siebie, a ona ledwo utrzymała równowagę.
- Widziałeś go? Gdzie zwiał?
Potrząsnął głową.
- Nikogo nie widziałem. Co się stało? - Zapytał choć miał swoje podejrzenia, bardzo złe podejrzenia.
- Jakiś psi syn wkroczył do świątyni i bez słowa podszedł do nas i złapał małą. - prychnęła. - Kiedy zaczęłyśmy stawiać opór ten wyciągnął miecz. Dobrze, że miałam swój nieopodal… - westchnęła.
- Klątwa na ich dusze! Sądziłem, że to ja jestem celem. Wybacz mi głupote pani…- Zaczął skruszony. - Obawiam się, że śpiesząc tu pozostawiłem za sobą jednego z oprychów, lecz wątpię by ciągle tam był. Czy możesz zawiadomić służby miejskie o porwaniu? Ja czym prędzej podążę do świątyni Srebrnych Gwiazd. Być może opiekunowie Nameny wiedzą jak ją znaleźć, wszak to początkująca wyrocznia! - Próbował myśleć jasno choć w jego sercu płonął gniew. Gniew na porywaczy i przede wszystkim na swoją głupotę przez którą naraził obie niewiasty.
- Ja żałuję, że nie zdołałam go zatrzymać… Mogłam zrobić więcej. - obwiniała się. - Ale wydaje mi się, że prócz tego, który wszedł do świątyni na zewnątrz był też ktoś jeszcze…
- Nie obwiniaj się, tym który ponosi odpowiedzialność jestem tylko ja. - Starał się panować nad swymi emocjami. - Teraz musimy działać rozważnie. Jestem pewien, że porywacze dobrze przygotowali drogę ucieczki i szukanie i na własną rękę będzie stratą czasu. Potrzebujemy pomocy.
- Ale skąd? Straży miejskiej? Powinieneś chyba jednak najpierw powiadomić jej opiekunów… Nie można ich tak zostawić.
- To właśnie zamierzałem uczynić, Ciebie zaś pani prosze byś zawiadomiła straż. Wszak porwania dokonano w świątyni a mnie przy tym nie było i niewiele o porywaczu mógłbym rzec.
- Tak też zrobię - obiecała Eyen. - Każde z nas ma teraz swoje zadanie i oby dziecko się całe i zdrowe znalazło.
Erilien ruszył szybko do świątyni Srebrnych Gwiazd, choć ciaążyła mu świadomość, że z jego winy dziewczynka znalazła się w wielkim niebezpieczeństwie. Pocieszał sie jednak myślą, że kapłani z pewnością będą ja potrafili znaleźć a wtedy żadna siła na tym świecie nie powstrzyma jego miecza.
 
Googolplex jest offline  
Stary 16-04-2014, 23:52   #14
 
Quelnatham's Avatar
 
Ocero podniósł się i podszedł do zgrupowania, kiedy upewnił się, że wszyscy go widzą skłonił się.
- Jestem Ocero, kapłan Selune z Waterdeep. Nie mam w zwyczaju podsłuchiwać, ale wydaje mi się, że macie problem z tym.. młodzieńcem. Może mógłbym pomóc?
- Stałem się atrakcją? - prychnął Aeron.
- Sam z siebie taką zrobiłeś - mruknął Ilidath.
- Toż mi powiedziałeś, mój złoty panie - zaśmiał się nieprzyjemnie półelf.
Shalyssa westchnęła ciężko najwyraźniej sama rozważając, co powinni zrobić.
- No dobra mały, czemu nie chcesz im powiedzieć czego chcą?
- Bo z nimi się nie bawię. - parsknął mieszaniec.

- Proszę wybaczyć - odezwał się milczący dotąd elf. - Jestem Quelnatham Tassilar. Nie chcemy przerywać kapłanowi modlitwy w tak zacnym przybytku.
Po czym dodał w stronę Aerona:
- Widzę, że wszyscy traktują cię tutaj jak dziecko. Ja jednak słyszałem, że sami bogowie zsyłają ci wizje przyszłości. To rzadki dar i nie wierzę, że obdarzyli nim kogoś o małym sercu. Przepraszam jeśli uraziłem twoją godność, ale ciągle pragnę poznać, co widziałeś.
-Och, żaden problem. Często mam kontakt z dziećmi w Waterdeep. Na ogół wystarczy dowiedzieć się co im nie odpowiada, udać, że się to naprawiło, dać słodką bułkę i kazać się bawić z resztą. -Ocero spojrzał na Aerona- No dobra, a teraz na poważnie. Słuchaj, rozumiem, że z jakiegoś powodu nie chcesz im powiedzieć co chcą usłyszeć. Jednak widzisz, że oni sobie nie odejdą tylko dlatego, że ty tupiesz nogą. Do tego jak również widzisz, coraz więcej osób się tym ciekawi. Więc o ile nie chcesz być otoczony tłumem, który przytłacza cię mantrą:”Co widziałeś, co widziałeś, co widziałeś…?” to lepiej się z nimi podziel swoją wiedzą.
- Z tłumem też sobie poradzę - prychnął półelf i spojrzał na Quelnathama. - Tak, dostaję takich wizji. Nie wiem czy od bogów czy z powietrza, ale dostaję. Sprawa jest jednak taka, że nie przepadam się nimi dzielić. I tutaj nie ma wyjątku. Czy to takie dziwne, że chcę być pozostawiony w spokoju? - spojrzał na Ilidatha. - Znam takich jak wy. I wiem, jak dzielenie się wiadomościami z nimi kończy.
-Jak?- Ocero spojrzał na zgromadzonych.
- Są interpretowane i zapisywane w księgach dla przyszłych pokoleń, żeby tak jak o przepowiedniach Alaundo pamiętało się o nich przez tysiąc lat.
- Nie brzmi, aż tak źle. Nie chcesz, żeby pamiętano o tobie z powodu tej przepowiedni?
- Nie dbam o to, żeby o mnie pamiętano, już dawno zarzuciłem takie dziecięce marzenia. A przepowiednie są interpretowane tych, którym się zawierzy. Nie zaś…
- Jak masz takie podejście to nie dziwne, że ktoś nie uwierzył, ale to nie powód do rozpaczy. - mruknął Ilidath, a Aeron zacisnął tylko zęby.
- Chwileczkę. Proszę dokończ Aeronie… - Ocero nie znał żadnego z nich, ale widział, że młodemu półelfowi się przytrafiła jakaś krzywda. Nie ważne czy inni tak to widzieli.
- Nie zaś osobom, których nie traktuje się poważnie. - dokończył półelf.

- A dziwisz się, że nie traktują cię poważnie z takim nastawieniem? - wtrącił się Ilidath. - Teraz nie twoje złe doświadczenia są ważne, ale dobro Silverymoon!
- Ilidathie… - odezwała się Shalyssa. - `Siłowo niczego nie zdziałamy…
-Słuchaj… Ilidath tak? Twoje nastawienie też nie jest najlepsze. Jeżeli naprawdę chcesz usłyszeć co Aeron widział to lepiej zacznij traktować go poważnie. To nie wróżka uliczna, tylko osoba obdarzona wielkim talentem, okaż chociaż tyle szacunku.- Ocero spojrzał na półelfa - Aeronie, proszę. Jeżeli twoja wizja jest naprawdę tak istotna… podziel się nią z nami.
Aeron spojrzał zmęczonym wzrokiem na Quelnathama.
- Po co zapisywać w księgach wizje zagłady?
Kąciki ust elfa uniosły się lekko.
- Po to oczywiście żeby móc ograniczyć skutki katastrofy. Żeby dobrze przygotować się do tego o czym wiemy, że musi nastąpić.
- Nikt nie chce wierzyć w takie wizje, więc czy nie lepiej pozostawić ich samym sobie? Szczególnie gdy wizje i dla wieszcza są zbyt szalone, aby dać w nie wiarę?
- Z pewnością nie. Rada na której byłeś krótko… zebrała się właśnie ze względu na takie wizje. Doświadczają ich różne osoby, w różnych miejscach. To bardzo rzadki i potężny znak, którego nie warto lekceważyć. Wszyscy to przyznali, także Pani Elué.
- Poza tym, twoja wizja nie oznacza, że coś zdarzy się na pewno. Pozwól, że ci opowiem historię. Stulecia temu w okolicach Wrót Baldura, żyła wyrocznia, której przepowiednie nigdy się nie myliły. Któregoś dnia odwiedziła ją młoda para, z prośbą, aby przepowiedziała im ich los. Wyrocznia tak też zrobiła i przewidziała im, długie i szczęśliwe małżeństwo z masą dzieci. Niespełna jednak rok później para zginęła w wyniku plagi. Jak sądzisz, czemu tak było?
- Bo para za nic miała ostrzeżenia o zarazie pewna, że nic się im nie stanie? - mruknął Aeron zamyślony.
- No cóż, ja na to bym nie wpadł, ale odpowiedz sobie na pytanie. Jakie byłoby życie tej pary, gdyby usłyszeli: “Zginiecie za rok z powodu zarazy”? Co do dziwności twojej wizji… jeżeli nie ma tam nigdzie elfa parzącego się z krasnoludką, to chyba będziemy wstanie to przełknąć.
 

Ostatnio edytowane przez Quelnatham : 16-04-2014 o 23:56.
Quelnatham jest offline  
Stary 17-04-2014, 00:44   #15
 
Ferr-kon's Avatar
 
Bił brawa najgłośniej ze wszystkich, gdy jeden z jego nowych towarzyszy, Meneos, skończył grać piękną melodię na flecie. Siedział, bujając się na krześle i uśmiechając do jednej z dziewek karczemnych, jakby starając się jak najpóźniej przystąpić do gry. Rozumiał, że kiedy to zrobi, to - z całym szacunkiem dla talentu jego nowych przyjaciół - te cudowne uczucie spełnienia jakie rozrzucili po sali zniknie. Zastąpi je coś innego, ale Sevotar nie lubował się w przechwałkach… Ach kogoż on próbował oszukać.
- Piękna - powiedział nagle głośno, łapiąc za dłoń dziewczynę, która przed chwilą przyniosła im wina. Wstał i spojrzał jej w oczy swoim zielonym spojrzeniem. Uwielbiał ludzkie kobiety, czegokolwiek nie powiedzieliby mu o tym jego pobratymcy. Może nie były tak symetryczne i delikatne jak elfki, ale miały w sobie, siłę, ogień, determinację do życia. I żyły pełniej niż elfy. Spojrzał jej w oczy, a potem odgarnął dłonią kosmyk włosów o kolorze słomy, uśmiechając się delikatnie - Chodzę po tym świecie wzdłuż i wszerz i ujrzałem różne piękności w swoim długim życiu. Ale uwierz mi, że szlachetna krew nie dodaje piękna, kochana. Piękna dodaje siła, z jaką przemy naprzód przez życie, a tę siłę widze w twoich oczach.
Nagła inspiracja, tego potrzebował. Ta iskra życia, jaka przeskoczyła między jej oczami a jego była iskrą która zapaliła w nim energię do tworzenia sztuki. Podjął swoje skrzypce i wskoczył na stół, by zwrócić na siebie uwagę. I smyczek dotknął strun.


Przeciągnął smyczkiem przez struny raz, drugi, na początku leniwie. Fragmenty melodii zaczęły układać się same, aż nagle to wszystko zlepiło się w konkretny ciąg. Sevotar zaczął iść po stole, wybijając sobie rytm stopą, a przed oczami przemknęła mu ciemność podmroku. Jej usta, proszące o wybaczenie w nagłym wybuchu ekstazy, który przyniósł jej z ogromną radością. Jego oczy, krzyczące “zdrada” głosem dużo bardziej przerażającym, niż samo serce bogini.

Zeskoczył ze stołu pośród ludzi, których uwagi ściągać już nie musiał swoją gracją, ale nienaturalnie szybkie ruchy jego smyczka same zapierały dech w piersiach słuchaczy, nie mówiąc o muzyce którą tworzyły. A on znów poczuł pluskanie wody pod nogami, najbardziej przerażająca droga jakiej kiedykolwiek doświadczył. Nie myślał o tym czemu akurat ta melodia przypomina mu te chwile, ale dzięki temu nie musiał już myśleć o dalszym ciągu swojej improwizacji. Ciepło księżyca wpadło przez okno, muskając jego twarz i napawając większym optymizmem.

Melodia uniosła się i przeciągnięta nuta uderzyła uszy słuchaczy, a potem jego ręce prawie rozmywały się, grożąc zerwaniem strun skrzypiec, jednak był to intrument niezwykłej jakości. Utwór urwał się, a Sevotar złapał oddech z niemałym ciężarem. Reakcja tłumu była nieistotna.

Tego co poczuł… Nie czuł od naprawdę dawna.

* * *

- ...inspiracja panowie, dlatego inspiracja. Nie przygotowanie, bo przygotowanie tylko psuje urodę muzyki. Ale to moja opinia - Sevotar wzruszył ramionami, wychodząc lekko podchmielony z karczmy, ciesząc się z tego, że wprowadził kolejną widownię w zachwyt, najadł się, napił i zarobił na dalszą podróż - I ja nie wiem czym tutaj karmią wasze kobiety, ale Sune przyświeć mi drogę, bo gubię się w tym lesie namiętności…
I wtedy zauważył kobietę. Jej strwożone spojrzenie i jego przyprawiło o trwogę. Spojrzał szybko na swoją dłoń, ale niczego dziwnego tam nie zauważył, więc zmarszczył czoło i z tego strachu otrzeźwiał nadmiernie szybko. Odegnał nieprzyjemne myśli i uśmiechnął się miło, podchodząc bliżej kobiety.
- Wszystko w porządku? - zapytał.
Kobieta odsunęła się dalej po ścianie.nerwowo trzymając razem poły rozerwanej sukni.
- O… odejdź!
- Hej, hej, cii - elf uniósł dłonie, mówiąc tak łagodnym głosem na jaki tylko potrafił się zdobyć - Mogę dziwnie wyglądać, ale hej, nikt nie jest doskonały, prawda? Chcę tylko pomóc.
- On… On… -ukryła twarz w dłoni, jako że drugą podrzymywała kawałki sukni. - Ten bydlak…
Sevotar zrobił jeszcze kilka kroków bliżej, oddychając spokojnie. Jastrząb wylądowa na jednym z budynków nad nimi konsumując mysz, zainteresowany nagły poruszeniem w uczuciach swojego pana, a Sevotar nie potrafił ukryć, że przyda mu się jego wsparcie. Nadal nie podchodził zbyt blisko, nie chcąc nadużywać zaufania kobiety, ale spojrzał na nią troskliwym spojrzeniem, nadal nie podnosząc za bardzo głosu.
- Kto? Gdzie on jest? - zapytał.
- Nie wiem! - jęknęła i zadrżała. - Nie wiem kto… Nie wiem gdzie jest… Ja chcę tylko do domu…
- Gdzie mieszkasz? Odprowadzę cię - miał nadzieję, że kobieta nie będzie miała nic przeciwko. Miał potworną ochotę by poszukać złoczyńcy, który zrobił jej krzywdę, ale to raczej nie było do końca możliwe - Mam na imię Sevotar, jestem bardem.
- Parę ulic stąd- wyłkała.zakrywając twarz. - Nie jest to daleko, a jeżeli… Jeżeli on wciąż tu jest i podąży za mną...?
Sevotar uśmiechnął się podchodząc bliżej i wyciągając dłoń w kierunku kobiety.
- Nie przejmuj się. Nikt nie zrobi ci przy mnie krzywdy. Nikt nie zrobi ci już więcej żadnej krzywdy.
Kobieta spojrzała trwożnie, ale w końcu przyjęła dłoń Sevotara.
- Obiecujesz…?
- Obiecuję - ujął jej dłoń delikatnie i skłonił się delikatnie. Jastrząb wyczuł już niebezpieczeństwo, więc szybko przełykając mysz zabrał się za sprawdzanie okolicy w poszukiwaniu niebezpieczeństwa i dziwnych delikwentów.
- Chodźmy więc… - szepnęła kobieta i delikatnie pociągnęła za sobą Sevotara. Jastrząb nad ich głowami niestrudzenie patrolował okolicę, ale jak na razie niczego niepokojącego nie wypatrzył. Ludzka kobieta szła na drżących nogach, wręcz desperacko okrywając się tym, co pozostało z jej sukni. Początkowo wydawało się, że będą szli główną drogą, ale szybko kobieta skręciła w boczne uliczki rozglądając się nerwowo.
- A jeżeli za nami idzie…?
- To się zaskoczy, jak podejdzie bliżej - elf zaśmiał się serdecznie - Swoją drogą… Czemu się mnie tak przeraziłaś, gdy mnie zobaczyłaś? Znaczy, przypuszczam czemu, w końcu… Em… Nie jesteś w najlepszej sytuacji. Ale teraz już nie musisz się przejmować.
- Po prostu nie wiedziałam… czy nie jesteś kolejnym… agresorem, który zechce skorzystać z sytuacji… - wtuliła się w ramię Sevotara. - Czuję się brudna…
Twarz elfa złagodniała i poczuł prawdziwe, czyste współczucie. Nie potrafił sobie wyobrazić, jakim cudem mężczyźni potrafili zniżyć się do takiego poziomu. Ale z drugiej strony pamiętał, jak sam był w jej pozycji. To znaczy, potencjalnie. Ten świat był skrajnie różny od tego, z którego pochodził, ale nie zmieniało to faktu, że mógł przynajmniej trocę utożsamić się z biedną dziewczyną.
- Nie masz powodu, by się przejmować - uśmiechnął się do niej ciepło i gdy objęła jego ramię, położył swoją drugą dłoń na tej zaciskającej się na jego ramieniu - Już wszystko dobrze.
Szli jeszcze dłuższą chwilę zanim kobieta zatrzymała się przy jednym, niewielkim domku, nad którym górował pokaźny dąb. Otworzyła drzwi i weszła wraz z Sevotarem do środka, gdzie panowała ciemność. Przez moment poszukiwała czegoś, aż zapaliła pojedyńczą świeczkę, którą ustawiła na stole pod oknem. Światło księżyca i świeczki dało bardowi pewien pogląd na to, co zastał. Znalazł się w dwuizbowym domku, skromnie urządzonym. Kobieta poprowadziła Sevotara do stołu.
- Może zrobię coś do picia…? - powiedziała i ruszyła w stronę kuchni. Wyglądała już na nieco uspokojoną. - Nie wiem jak dziękować…
- Chętnie się czegoś napiję. Oczywiście zapłacę za gościnę - Sevotar znalazł jakieś miejsce do siedzenia i zrzucił swój bagaż obok. Skrzypce, plecak, kołczan i kusza mimo wszystko trochę miejsca zajmowały, choć nie aż tak wiele - Mogę uraczyć cię muzyką, jeśli masz ochotę. Muszę jeszcze znaleźć jakąś spokojną gospodę, gdzie nie będą chcieli, żebym grał, muszę trochę pospać, mimo wszystko, zanim wyruszę dalej w drogę.
Uśmiechnął się i ziewnął. Jako elf nie musiał spać, ale ludziom zawsze wygodniej było nazywać medytację snem, nie trzeba było tłumaczyć jak to działa. Miał nadzieję, że jego chowaniec dobrze zwracał uwagę na otoczenie, bo coś podpowiadało Sevotarowi, że kłopoty się nie skończyły.
Kobieta zapaliła kolejną świeczkę w kuchni i Sevotar zobaczył, że przygotowuje napar do dwóch szklanic.
- Nie przedstawiłam się… - odezwała się niosąc obie szklanice, powoli i uważnie, jako że trochę drżały jej ręce. - Jestem Erilyda. - podała Sevotarowi napar.
- Ja jestem Sevotar. Piękne imię, nietypowe chyba jak na mieszczankę - odebrał od niej napar, ale jeszcze go nie pił. Nie był paranoikiem, ale na wszelki wypadek uważnie przyglądał się kobiecie, czy może to wszystko nie jest jakiś niezwykle skomplikowany plan obrabowania go.
- Matka… Miała inwencję - odparła kobieta sama pijąc powoli napar, a z każdym łykiem zdawała się uspokajać. Sevotarowi coś w rogu pokoju za Erilydą rzuciło się w oczy dzięki jego elfiemu wzrokowi, dla którego niestraszne było słabe światło. Oparta o ścianę stała niewielka luteńka.
- Och, grasz? - zapytał, odstawiając szklanicę, jakby chwilowo stracił zainteresowanie naparem. Może to stare nawyki, może po prostu chwilowy niepokój - Czy może lutnia też po matce?
Erilyda spojrzała z zaskoczeniem na Sevotara, jakby wytrącona ze zrozumienia, ale w końcu zerknęła za siebie w stronę lutni i uśmiechnęła się.
- Trochę, choć niezbyt dobrze.
- To trzeba ćwiczyć! - powiedział z jeszcze szerszym uśmiechem i zerwał się z krzesła by podejść do lutni - Mogę?
- Ależ proszę… - zgodziła się kobieta obserwując elfa.
Podniósł lutnię i wrócił z nią na krzesło, przyglądając jej się uważnie. Nastroił ją, dość szybko i na słuch, po czym zagrał kilka akordów. Aż wreszcie podał ją kobiecie.
- Pokaż co potrafisz - puścił do niej oko - Będzie mi łatwiej dać ci wskazówki.
- Nie wiem… Marny ze mnie uczeń… - Sevotar strojąc lutnię szybko doszedł do wniosku, że tak naprawdę ona nie potrzebuje strojenia, a jedynie może niewielkich poprawek, które mogły być kwestią gustu. Nieco go to zaskoczyło, ale nie dał po sobie poznać.
- No proszę - spojrzał na nią, robiąc słodkie oczy - W ramach odwdzięczenia się za wsparcie moralne, hm?
- Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałam… - kobieta położyła palce na strunach i zaczęła grać. Muzyka, którą wydobywała z instrumentu była bardzo kiepska, ale Sevotar zobaczył coś jeszcze. Palce bardzo precyzyjnie trącały struny i bez wahania, chociaż nie poprawiało to jakości wykonania. - Sam słyszysz. - Erilyda zakończyła występ.
W takich momentach, elf naprawdę nie lubił swojego dzieciństwa i młodości. Nauczył się różnych odruchów, bardzo nieprzyjemnych chociaż przydatnych odruchów. Na przykład - nie ufać tym, zachowują się jak gorsi, niż w są w rzeczywistości.
- Ciekawa technika - pokiwał z uznaniem głową - Obawiam się, że mogłaś mieć kiepskiego nauczyciela, bez urazy dla niego, może po prostu ćwiczyłaś na innym rodzaju lutni, ale… Zażartuję, brzmisz jakbyś specjalnie grała źle.
Zaśmiał się, oczywiście obracając to w żart. Ale był czujny, chociaż miał nadzieję, że niepotrzebnie.
- Tak, to byłoby naprawdę głupie - kobieta uśmiechnęła się na te słowa. - Ale naprawdę, mam większe problemy niż moje artystyczne zdolności…
- Ale masz potencjał. Nie umniejszaj wartości swoich artystycznych zdolności, muzyka koi zmysły, ukojone zmysły wzmacniają koncentrację, więc jesteś bardziej skupiona na swoim otoczeniu, na swoich zadaniach. Pozwól - wziął od niej lutnię i postarał się zagrać jakąś krótką, prostą melodię, obserwując jej reakcję.
Erilyda słuchała. Patrzyła na palce elfa wsłuchując się w melodię. Sevotar zauważył, że była ona uspokojona i zdolna do skupienia się na melodii.
- Okej, teraz ty, masz - podal jej lutnię i przysunął swoje krzesło bliżej, żeby łatwiej mu było pokazywać jej jak to zagrać. Zaczął tłumaczyć, przekazując różne praktyczne rady, także na przyszłość. Sam rozluźniał się nieco, chociaż nadal jakiś głos z tyłu głowy radził mu uciekać, bo sprawa śmierdziała. Ale wiedział, że to tylko pozostałości starych dziejów.
Kobieta grała wedle wskazówek Sevotara grając lekko i delikatnie. Elf w pewnym momencie zobaczył, jak palce Erilydy same ustawiły się na dobrą nutę, ale nagle kobieta trąciła strunę obok właściwej.
Poinstruował ją i zdawał się nie dawać żadnego znaku niepokoju.
- To skąd jesteś? - zapytał.
- Stąd, z Silverymoon - odparła pewnie. - A ty?
- Z daleka - powiedział, gestem pokazując, by grała dalej - Nie ma znaczenia skąd pochodzę, ma znaczenie dokąd idę. A idę przed siebie, mając nadzieję spełnić jeszcze kilka dobrych uczynków na swojej drodze, zanim jakieś uliczne oprychy nie wsadzą mi kosy pod żebro. A potem… Niech się dzieje wola bogów. Nie, żebym się z nią specjalnie zgadzał, ale do licha, ciężko z nimi dyskutować.
- Kategorycznie, ciężko… - uszom Sevotara doszły miłe dźwięki wydobywające się z lutni, ale nagle zmieniły one ton na toporniejszy. - I tak nie patrzysz na rodzinę?
 
Ferr-kon jest offline  
Stary 17-04-2014, 23:15   #16
 
Seachmall's Avatar
 
Kiedy Erilien dotarł do świątyni na zewnątrz noc otuliła miasto. Paladyn nie zwracał uwagi na architekturę świątyni Selune, tylko czym prędzej chciał dopaść do kapłanów tej ściątyni, od których opieką była Namena.
Kiedy znalazł się w środku zobaczył, że pomimo późnej pory świątynia zdawała się żyć w najlepsze. Zobaczył niziołkę rozmawiającą z ludzką, blondwłosą kapłanką, ale to drugie zgromadzenie przykuło jego uwagę. Na jednej z ław siedział niepocieszony, rudy półelf wraz z półelfią kapłanką, a przy nich stało dwóch słonecznych elfów. Tak, natężenie elfickości w tym przybytku było aktualnie duże.
Aeron zamilkł i wyraźnie zaczął rozważać co powinien zrobić. Ilidath wyglądał na zniecierpliwionego, zaś główna kapłanka na skupioną na rudym mieszańcu.
- Czcigodni! - Zwrócił na siebie uwagę zebranych. - Raczcie wybaczyć iż przerywam mądre dysputy lecz wieści przynoszę tragiczne i o pomoc błagam. - Paladyn przykląkł na jetno kolano i schylił głowę w pozie wielkiej skruchy.
- Zawiodłem gdy pod mą opieką znajdowała się panienka Namena i wróg uprowadzić ją zdołał. Zaś ja nie wiedząc gdzie szukać przybył jak najszybciej by o radę prosić opiekunów jej światłych. Użyczcie niegodnemu swych mocy jasnego wzroku by cienie tajemnicy rozproszyć a czym predzej podążę, życie swe na szali stawiając by uratować dziecię to niewinne.
- Namena…? - ludzka kapłanka rozmawiająca z niziołką spojrzała na półelfkę, po czym przeprosiwszy niziołkę zerwała się i pobiegła na tyły świątyni.
- Ale… - zaczęła mówić druga kapłanka, kiedy przerwał im rudy półelf, który stanął na równe nogi.
- Porwali Namenę?! - wydusił z siebie. - Jak… Co ona robiła poza świątynią sama?! Kim ty w ogóle jesteś?!
- Rycerz Corellona Larethiana, Erilien en Treves. Spotkałem to dziecię o czystej duszy gdym spod bram miejskich powracał do świątyni patrona mego. Przysiągłem wtedy odprowadzić ją do opiekunów jej szlachetnych jednak naiwność ma zgubną się okazała i panienkę Namenę uprowadzono gdym chciał się z oprychami rozprawić. - Wyjaśnił szybko Erilien. - Tedy błagam, Czcigodni jeśli mocą jasnowidzenia władacie dopomóżcie odnaleźć to dziecko!
Ocero wydawało się, że kojarzy ten zmiękczający mózg dźwięk.-Erilien! Miło cię znowu widzieć. Opisz proszę szybko tych zbirów. Mam złe przeczucia.- Zważając co usłyszał od Arelii.
- I twoim widokiem ciesza się me oczy, czcigodny Ocero. Choć nad okolicznościami spotkania ubolewam wielce.
Do sali powróciła szybkim krokiem młoda kapłanka wyraźnie przerażona. Skinęła głową półelfce, która wstała i podeszła do Eriliena. Wyglądała na opanowaną, ale przezsprzecznie poruszoną i zaniepokojoną. Odezwała się jednak twardym, racjonalnym tonem:
- Gdzie doszło do porwania?
- Czy to ważne?! - rudy półelf doskoczył do Eriliena i Shalyssy. - Trzeba jej szukać!
- Jak dziecko… - mruknął pod nosem Ilidath, co usłyszał jedynie Quelnatham.
- Na pewno możemy ją odnaleźć. Jakiś przedmiot, który do niej należał, jej wizerunek, albo opis, pukiel włosów. Z chęcią pomogę, gdyby zwykłe środki nie wystarczyły. - Tassilar włączył się do rozmowy.
- Uprowadzona niecnie została ze świątyni Władcy Seldarine, gdym ją pod opieką pani Eyen zostawił. Przeklinam swą głupotę, gdyż obie ja naraziłem.
- A co z panią Eyen? - Ocero miał nadzieję, że nie czeka ich ratowanie dwóch niewiast. Jest już chyba za stary na bawienie się w rycerza w ślniącej zbroi… po pierwsze nie ma pasty lakierniczej.
- Corellon ja pobłogosławił przewidujacym umysłem więc miecz na podorędziu miała i bez szwanku uszła. Pospieszyła też czym prędzej straż miejska powiadomić o porwaniu by jak najszybciej poszukiwania się rozpoczęły.
-Tyle dobrego. Napastnicy. Jak wyglądali? Dowiedziałem się, że miasto cierpi na plagę wyznających Shar szczurów i lękam się, co to może oznaczać dla dziewczyny.
- Miała miecz i nie pomogła małej? A może po prostu nie uważała, że ludzkie dziecko jest warte zachodu? - warknął do Eriliena wyraźnie coraz bardziej zły półelf.
- Gorycz przemawia twymi ustami lecz nie tam gdzie powinieneś żal kierujesz. Pani Eyen nie jest wojowniczką i ledwo sama z życiem uszła. Wina zaś po mojej tylko stronie leży gdyż utwierdzony przekonaniem, że ja celem złoczyńców jestem opuściłem świątynię. Wtedy wróg zaatakował. Wiń zatem jedynie mnie. Lecz wiedz też iż gdybym mógł życie swoje oddając przywrócić panienkę Namenę w bezpieczne ramiona jej opiekunów, bez zwłoki przebiłbym się mieczem.
- Przepraszam -wtrącił się na Quelnatham. - Szanując powagę całej sytuacji, muszę przyznać, że nic nie rozumiem z tego co mówicie. Kim są te damy? Gdzie znajduje się ta świątynia Corellona?
Ocero stanął tylko z boku, najwyraźniej nikt nie słyszał Selunianina.
- Czcigodny Ocero, jednegom tylko widział i tego opisać mogę. Pani Eyen zaś drugiego widziała, śmierci z jego ręki ledwo uchodząc. Jeśli takie życzenie twe opiszę go z pamięci wszystkie szczegóły wyciągając.
Ludzka kapłanka nieśmiało zwróciła na siebie uwagę. Stała na środku trzymając szmacianą lalkę w ręku. Spojrzała Quelnathama .
- To do niej należy…
Shalyssa rozejrzała się po zgromadzonych.
- Przygotuję misę wróżebną.
Wieszcz ostrożnie wziął lalkę. Z niedużego puzderka wyciągnął potrzebne składniki i zaczął intonować zaklęcie. Wlał do misy kilka kropel jakiegoś płynu, szczyptę tego i owego migoczącego proszku, a następnie magicznie zakonserwowane oko orła. W dalszym ciągu trzymając lalkę wypowiedział ostatnie słowo. Nagle tafla wody uspokoiła się i zamigotała jak lustro. Nachylił się nad nią i zobaczył…
… małą, może dziesięcioletnią dziewczynkę o jasnych włosach i niebieskich oczach siedzącą skuloną pod ścianą. Znajdowała się w jakimś pomieszczeniu, nie na zewnątrz, a w spojrzeniu dziecka można było wyczytać, że boi się. Była sama, ale z pewnej odległości, zapewne zza drzwi, dochodziły urwane kawałki nerwowej rozmowy.
- Po co ją…
- …będzie dobrze, ugramy swoje.
- … pewny…?
- Przyjdzie sam do nas.
Dziewczynka na czworaka przysunęła się do drzwi sama nasłuchując, ale odsunęła się jak oparzona i wróciła pod ścianę, gdy skrzypienie desek podłogi oznajmiło nadejście kogoś. Quelnatham usłyszał, jak drzwi się otwierają na chwilę, żeby szybko zamknąć ponownie. Zapadła cisza. Dziewczynka zamknęła oczy.
W tym momencie rudy półelf nie wytrzymał. Stanął na środku i odezwał się twardo.
- Mam propozycję. - spojrzał szczególnie po Shalyssie, Ocero i Quelnathamie, ignorując Ilidatha. - Powiem wam co widziałem, całą moją wizję pod warunkiem, że pomożecie sprawić, aby mała wróciła do domu. Cała. I. Zdrowa. Jeżeli tak będzie to nawet postaram się ograniczyć złośliwe komentarze. Trochę.
Ocero delikatnie się uśmiechnął- Dla mnie pasuje. Chociaż i tak chciałem pomóc ją znaleźć - Ruszył do miejsca gdzie się modlił i podniósł swoją broń i tarczę.
- Młodzieńcze - zwrócił sie do do półelfa rycerz - jakie imię nosisz?
- Aeron… Tasmaleth - oparł półelf patrząc twardo na Eriliena.
Rycerz skłonił się przed półelfem pełnym szacunku ukłonem.
- Słowa twe zawstydziły mnie czcigodny Aeronie gdyż ja nic nie mogłem zaofiarować w zamian za pomoc. Wiedz zatem, że dług honoru u Ciebie zaciągnąłem ogromny i spłaty go żadać możesz gdy już panienka Namena powróci bezpiecznie. Albowiem nie spocznę póki się tak nie stanie, klnę się na miecz Corellona!
Quelnatham skrzywił się odrywając wzrok od misy. Nie lubił gdy nagle przerywano mu wizję. Wieszczenia wymagały skupienie.
- Postaram się jak najszybciej przygotować zaklęcia, które dokładniej wskażą nam miejsce jej pobytu. Chyba, że inny obecny tu wieszcz może nam teraz pomóc? - zwrócił swą twarz w kierunku Ilidatha.
- Tylko wydaje mi się, że chcecie robić wszystko na własną rękę. Nie lepiej dać zebrane informacje straży? - zapytał Ilidath. - Nie wiem czy to,w czym mógłbyś wspomóc nie lepiej będzie służyło w ich rękach…
- My możemy się zająć tu i teraz - warknął Aeron.
- Racz wybaczyć ostry ton mych słów lecz jeśli czekać będziemy panienkę Namenę krzywda spotkac może. Tylko pozbawiony serca człowiek zachowałby spokój i nie podjął próby by ją ocalić! - Oczy Eriliena niemal zapłonęły gniewem a głos stał się zimny i ostry niczym stal jego miecza.
- Czyli zwykły dupek - odezwał się Aeron patrząc Ilidathowi w oczy. Ten zacisnął zęby i mruknął:
- Nigdy nie mówiłem, że nie pomogę, tylko nie wiem ile sensu ma działanie na własną rękę…
- Straż zostanie zawiadomiona, ale przecież możemy sami też działać, prawda? - półelfia kapłanka spojrzała na Eriliena.
- Mój miecz jest na wasze usługi w tej szlachetnej sprawie o czcigodna.
Quelnatham zupełnie zapomniał, że tutaj nie jest żadnym strażnikiem.
- Chętnie dołączę do rycerza walczącego o swój honor. Zwłaszcza, że nie mam pilnych zajęć tu w Silverymoon. Aeron widocznie nie wierzy, że możemy coś zrobić z czystego odruchu serca, ale może zmieni jeszcze zdanie.
Ocero wrócił do elfów.
-Więc mamy zamiar ruszyć, czy będziemy gadać, aż ta dziewczynka nie stanie się starsza odemnie?
- Czcigodny. Ruszyłbym natychmiast jeślibym wiedział tylko dokąd się udać.
- Nazwij mnie jeszcze raz “czcigodnym”, a zobaczysz jak twarda jest moja buława. Jestem Ocero, prosty kapłan, który w życiu nie osiągnął nic godnego czci.
- Zechciej mi wybaczyć waleczny, nie było mą intencją Cię urazić.
- Będziecie tak jeszcze długo pieprzyć? To zostawcie sobie na prywatne chwile po wszystkim. - Aeron spojrzał na Ilidatha. - Masz zamiar tak stać czy zrobisz coś konstruktywnego i, bo ja wiem, odnajdziesz Namenę?
Ilidath skrzywił się i spojrzał wyniośle na półelfa.
- Jeżeli tak bardzo chcecie w ten sposób próbować to załatwić, to dobrze. Pomogę wam.
- Świetnie - odparł Aeron i spojrzał na Eriliena, Ocero i Quelnathama. - Ale ja też idę z wami.
- Widzę, że serce twe jest na właściwym miejscu szlachetny Aeronie. Czy jednak posiadłeś też stosowne umiejetności aby w walce, która zapewne się wywiąże, nie obciążać towarzyszy broni? - Erilien szczerze cieszył się z zapału półelfa jednak nie mógł po raz kolejny pozwolić by niewinni przez niego cierpieli.
Aeron machnął ręką.
- Potrafię sobie dać radę, nie martw się o mnie zbytnio. Może nie jestem zakutym w zbroję kapłanem czy paladynem, obrońcą, ale umiem sobie radzić, a na pewno mnie nie przekonasz, abym zrezygnował - dodał butnie, najwyraźniej przygotowując się na opór.
- Nie daj się więc zranić waleczny. Panienka Namena nie zniosłaby gdyby coś Ci się stało.
- Słuchaj mały, rozumiem, że serce masz na dobrym miejscu. Jednak właśnie z powodu, że brak ci grubej warstwy ochronnej będziesz się plątał pod nogami, że to tak ujmę. Któryś z nas zawsze będzie musiał patrzeć czy nic ci nie jest. Poza tym, ciebie lubię, a tych dwóch ledwo co znam, pies trącał jeżeli coś im się stanie.- Ocero mrugnął porozumiewawczo do Eriliena.
Paladyn skinął głową. Zachował jednak milczenie bowiem choć zgadzał się z kapłanem to jednak słów innych by użył.
- Słuchaj stary - warknął Aeron. - To, że mi brak warstwy grzewczej nie oznacza, że będę się pałętał pod nogami. Mówię, dam sobie radę, a jeżeli nie będę dawał to nawet mnie zostawcie na pastwę, ale nie odciągniecie mnie od ratowania Nameny.
-Dobra, który z was chce mu dać w łeb, żeby się zdrzemnął na ten czas? Nie mam zamiaru ryzykować jeszcze, jego życia.- Ocero ewidentnie spochmurniał na upór młodzieńca.
Aeron spojrzał wściekle na Ocero.
- Czy teraz bawimy się w rozzłość mieszańca? Powiedziałem, że dam sobie radę i uwierz mi, nie kłamałbym, kiedy na szali jest dobro tej małej. - spojrzał na Eriliena. - Wierzysz mi, prawda?
- Wierzę iż pokładasz ufność w swych umiejetnościać waleczny Aeronie. - Następnie zwrócił się do Ocero. - Każdy powinien robić to co mu serce i rozum razem dyktują. Światły Ocero nie powstrzymuj sprawiedliwego gdy rusza do walki w obronie bliskich.
Podczas kłótni Quelnatham zdążył schować komponenty i oczyścić misę. Uważnie zapakował też lalkę. Gdy powrócił do zebranych i zobaczył, że w dalszym ciągu się sprzeczają postanowił uciąć dyskusję:
- Zakończie tą jałową waśń. Jeśli nie wierzycie Aeronowi ja za niego poręczę. Gdyby doszło do walki mogę mu zapewnić bezpieczeństwo.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline  
Stary 19-04-2014, 03:14   #17
Edgelord-Obsługant
 
Zell's Avatar
 
Sevotar

Grali. Elf uczył kobietę, jak poprawnie wydobywać tony z lutni… Ale czy na pewno uczył? Kto w tym tak naprawdę był nauczycielem? Umiejętności Erilydy nie mogły zostać ukryte przed wzrokiem doświadczonego barda jakim był Sevotar. Kobieta potrafiła sobie dać radę z lutnią, a zdradzały ją wyuczone ruchy dłoni i zwinnych palców. Popełniała błędy, ale te błędy nie były naturalne, a raczej wymuszone. Kobieta wyraźnie chciała zatuszować swoje talenty przed Sevotarem, ale… dlaczego?
Elf zauważył także, że coś zmieniło się w jej zachowaniu. Może nie był specjalistą, ale mógł jasno zauważyć, że zachowanie kobiety nijak się miało do tego, co miała przeżyć. Mogła oczywiście tuszować wszystko, ale to nasuwało proste pytanie. Grała teraz czy wcześniej?
Rozległo się pukanie do drzwi.
Erilyda od razu przestała grać i spojrzała w stronę wejścia. Odłożyła delikatnie lutnię na stół i uśmiechnęła się do Sevotara.
- Wybacz na moment.
Wstała i bez pośpiechu podeszła do drzwi. Otworzyła je, a Sevotar ujrzał oświetlonego światłem księżyca Selune i poświatą świec wydobywającą się z domu ludzkiego mężczyznę. Był niski, jak na standardy ludzi, ciemnowłosy, z krótką bródką łączącą się z wąsami.
- Mamy ma… - zaczął, ale kobieta syknęła. Mężczyzna spojrzał do środka i widząc Sevotara wychylił się do Erilydy i zaczął szeptać.
Sevotar wręcz odruchowo zaczął nasłuchiwać, udając że jest zainteresowany lutnią… a słuchać to on potrafił, jako bard i muzyk.
- Mamy małą. - usłyszał wyciszony głos mężczyzny. - Tylko jakiś pieprzony elf się wtrącił.
Erilyda odparła coś czego Sevotar nie usłyszał, jako że miała delikatniejszy głos od swojego rozmówcy.
- Może. Ale poradzimy sobie. Wiesz, gdzie szukać.
Po tym zerknął jeszcze raz na Sevotara i wycofał się, a kobieta zamknęła za nim drzwi. Spojrzała na barda i podeszła do niego.
- Dziękuję za pomoc. - uśmiechnęła się wdzięcznie. - Nie będę cię dłużej zatrzymywać. Pewnie wolisz już zająć się swoimi sprawami.
Co tutaj się działo?


Erilien en Treves, Ocero, Quelnatham Tassilar


Wiedzieli, co musieli zrobić.
Ilidath na wstępie zaznaczył, że zaklęcie, które miało pomóc zlokalizować dziewczynkę posiada przygotowane tylko na jedną próbę. Nie wiedzieli, który obszar Silverymoon powinni wpierw wybadać, bo nie znali kierunku, w którym udali się porywacze, chociaż na całe szczęście zasięg danego czaru był wystarczający, aby objąć większość Silverymoon. Mała mogła być wszędzie, chociaż pozostawało pytanie, czy winni porwania pochodzili z Silverymoon i czy posiadali stałe miejsce pobytu. To pytanie jednak nie było głównym ich zmartwieniem. Szczególnie dla Eriliena, który czuł się odpowiedzialny za ten stan rzeczy, powodem do trosk było dobro uprowadzonej dziewczynki.
Czas działał na ich niekorzyść.
Kapłanki Selune pozostały w świątyni, aby być na miejscu, kiedy przybędzie straż, która mogła się zjawić w każdej chwili powiadomiona przez Eyen. Shalyssa także obiecała, że będzie monitorowała co się dzieje z małą i w razie kłopotów miała wysłać do nich magiczną wiadomość.
Ilidath musiał się tylko odpowiednio ustawić. Dzięki jego znajomości Silverymoon szybko ustalili gdzie powinien zacząć splatać swoje zaklęcie. Kiedy tylko dotarli na miejsce złoty elf bez odwlekania rzucił zaklęcie. Istniała możliwość, że jakimś cudem porywacze zabrali małą akurat tam, gdzie nie dotarł zasięg magii Ilidatha. W ciszy obserwowali maga oczekując jego słów. W końcu, kiedy elf zakończył splatanie magii Aeron nie wytrzymał i odezwał się opanowanym, o dziwo, głosem.
- Jest?
Ilidath spojrzał na całą czwórkę i skinął głową.
- Za mną.
Szli na zachód, mijając spokojne miasto, którego życie toczyło się teraz głównie w karczmach rozświetlonych blaskiem świec. Ilidath był skupiony na podążaniu magicznym tropem, zaś Aeron szedł milczący i równie skupiony co mag, jakby to i on chwytał Splot. Powoli dochodzili już do Bramy Wrzosowisk, kiedy Ilidath skręcił i znaleźli się pomiędzy domami. Elf zatrzymał się przed jednym z nich zbudowanym pod wielkim Klonem. Okiennice zasłaniały okna, ale spomiędzy ich desek sączyło się blade światło świec.
- Chyba powinniśmy… - zaczął Ilidath, ale nagle urwał i zamilkł, po czym spojrzał na zgromadzonych. - Shalyssa… Oni chyba chcą coś zrobić małej.
Aeron wyciągnął zza pasa uczepiony sztylet i wyglądało na to, że chce po prostu się wbić do środka.
Co oni mieli zrobić?
Mieli plan…
...prawda?
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
Stary 26-04-2014, 22:43   #18
 
Ferr-kon's Avatar
 
Sevotar nie lubił, kiedy ktoś próbował go oszukać, za bardzo przypominało mu to stare dzieje, od jakich próbował uciec jak najdalej. Nie lubił gdy ludzie upodabniali się do jego starej rodziny, to było smutne i dość… Żałosne, biorąc pod uwagę to, jak nieumiejętni potrafili być. Dlatego… Pociągnął za strunę. Przyjemny dźwięk wydobył się z niej, nie pozostawiajac wątpliwości, że elf należał do wybitnych bardów. Zaraz zaczął grać nową melodię, przyjemnie kojącą, wręcz nadludzko przyciągającą uwagę wszystkich słuchających, chociaż w tym przypadku słuchającą osobą była tylko ta kobieta. Muzyka napełniona jego magią uderzyła ją, zaś słowa jakie później wydobyły się z jego ust były tak przyjemnie kojące i pociągające, że wydawały się utulać nie tylko jej umysł, ale i ciało.
- Może… Nie będziemy sobie kłamać, przez jakiś czas? W końcu spędziliśmy miły wieczór i chyba zasługuję na tyle życzliwości, prawda? - zasugerował.
Kobieta usiadła na krześle, wpatrzona w elfa. Powoli, jakby niepewnie, skinęła głową.
- Może i… racja…
- A więc… - mruknął nie przestając grać, a na jego twarzy nadal odmalowywał się życzliwy uśmiech - Cóż to za sprawa z dziewczynką? Ot pytam z ciekawości… Niedługo sobie pójdę, ale proszę, jestem naprawdę ciekaw…
- Nic ważnego… - kobieta odwzajemniła uśmiech. - Wybieram się teraz do niej.
- Och… - powiedział nieco zasmucony - Szkoda, myślałem, że przed nami taki przyjemny wieczór. Ale dobrze, oczywiście, rozumiem. Z dziewczynką wszystko w porządku?
- Tak - odparła pewnie. - Teraz jest bezpieczna,
- Mogłabyś mnie do niej zaprowadzić? Wiesz, rozchmurzyłbym ją jakoś swoją muzyką, sama wiesz jak jestem dobry w tym co robię.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - odparła uśmiechając się przepraszająco, po czym dodała. - Ale jeżeli naprawdę chcesz…
- Byłbym ci ogromnie wdzięczny - elf uśmiechną się uroczo, nie przerywając swojej gry.
- Dobrze. - Erilyda skinęła głową i dalej wsłuchiwała się w grę elfa.
 
Ferr-kon jest offline  
Stary 26-04-2014, 23:41   #19
 
Quelnatham's Avatar
 
Kiedy tylko dotarli przed właściwy budynek, Erilien wprawnym ruchem dobył miecza. W trakcie kreślił na klindze zawiłe symbole i wypowiadał inwokację w śpiewnym języku Arvandoru. Po chwili ostrze zabłysło żywym płomieniem a oczy elfa gniewem. Choć nie wypowiedział ani słowa jasnym było dla każdego z obserwatorów, że drwi go nie powstrzymają ani nie spowolnią. Ruszył przed siebie jakby ich w ogóle nie było. Ocero poszedł za dwoma elfam, no jednym pół-elfem, ale kto się czepia. I chwycił ich za barki.
-Bez urazy, nie mam nic przeciwko wchodzeniu do nieznanego miejsca pełnego wrogów, jak idiota. Jednak, jeżeli popełnimy błąd coś może stać się małej.
- Coż zatem nam pozostaje? Wszak jeśli nie wkroczymy również stanie jej się krzywda. - Odparł Erilien. - Jeśli wybierać muszę, wówczas wolę zaryzykować niż bezczynnie czekać.
- Przygotujmy się chociaż na potyczkę.- Ocero złożył dłonie w modlitwie i zaczął krótką modlitwę, zebrani poczuli jak przepełnia ich boska energia, a ich mięśnie nabierają nieznanej im do tej pory siły Kapłan spojrzał na swych towarzyszy - To będzie trwać jakieś dwadzieścia minut. Jeżeli, ktoś jeszcze zna coś co nam pomoże niech rzuci teraz.
Quelnatham przytaknął rozważnemu selunicie. Przede wszystkim jednak miał dbać o bezpieczeństwo Aerona. Rozkazał mu:
- Nie ruszaj się.
Po czym posypał go szarym, błyszczącym pyłem, szepcząc słowa zaklęcia. Później zadbał o własne bezpieczeństwo, wypowiadając krótszą inkantację.
Rycerz skinął głową z wdzięcznością. Choć posiadał czar który był dość przydatny w trakcie walki wstrzymał się z jego użyciem, wszak na nic on komuś tak dobrze opancerzonemu jak Ocero. Zaś jeśli idzie o Aerona to wolał aby chłopak nie czuł się zbyt pewnie bo żadna zbroja nie chroni przed brawurą.
- Ruszajmy wypalić to gniazdo żmij płomieniem naszego słusznego gniewu. - Zwrócił twarz ku drzwiom i literalnie spalił je wzrokiem. Dwie ogniste eksplozje rozsadziły drzwi.

- Uznajmy, że grzecznie zapukałem. - Zrzucił przez ramię do towarzyszy po czym ruszył przed siebie szybkim krokiem.
Erilien znalazł się w niewielkiej izbie urządzonej nad wyraz skromnie. W środku zastał wpatrzonego w niego rosłego człowieka, który uniósł kuszę na elfa, który dzierżył płonące ostrze i bez zbędnych pytań wystrzelił w jego kierunku. Bełt poszybował w stronę paladyna. Pomimo, że Erilien otoczony był magiczną zbroją pocisk przeszył ją zanurzając się w prawym ramieniu elfa. Zranienie jednak nie było poważne, a bełt wbił się płytko.
Aeron otoczony magią prześlizgnął się zza Eriliena i zaczął powoli po ścianach przemieszczać się w stronę człowieka, który teraz bardziej był zainteresowany paladynem, który wszak skupiał na siebie uwagę.
Quelnatham, Ocero i Ilidath zauważyli, że z bocznego pokoju wynurzył się na chwilę inny człowiek, który jednak szybko skrył się w nim ponownie.
Ocero wyminął Eriliena i ruszył na człowieka z kuszą trzymając tarczę przed sobą.
- Zaraz cię jebnę w twarz!- wykrzyknął zanim zamachnął się buławą na napastnika, celując co prawda w brzuch.
Erilien szybko osłonił się kolejna warstwą magii jednocześnie porażając kusznika ognistą eksplozją zza jego pleców. Wieszcz wyrzucił w powietrzę garść koralików, które natychmiast przemieniły się w sfery energii, każda o innej barwie. Posłał dwie z nich w stronę kusznika i ruszył w kierunku bocznych drzwi.

Pierwszym, który dotarł do przeciwnika był Aeron. Półelf zachodzący mężczyznę z boku zaatakował niespodziewanie, kiedy ten był bardziej zajęty idącym ku niemu Ocero i miotającym magią Erilienem. Sztylet półelfa przebił zbroję człowieka i zanurzył się głęboko w jego boku. Mężczyzna zgiął się i upuścił kuszę łapiąc za miecz uczepiony jego boku.
Nie zdążył jednak pierwszy wykonać ruchu.
Kule magii, które posłał Quelnaham w człowieka zaskoczyły cel. Pierwsza trafiła bezbłędnie i zachwiała mężczyzną, który jednak zacisnął zęby i trzymał się dalej. Na drugą natomiast był przygotowany. Zręcznie uskoczył akurat w momencie, gdy miała trafić do celu. Wróg nie będąc wybrednym co do celu swojego ataku obrał na niego najbliżej go będącego Aerona, jednak półelf bez większych problemów uniknął ataku odwetowego.
Ocero kolejny dopadł człowieka atakując bez wahania i celnie swoją buławą. Trafił mężczyznę w drugi, niezraniony przez Aerona bok wyciskając z osoby powietrze i głuchy jęk bólu, kiedy magia zawarta w broni kapłana agresywnie wgryzła się w oponenta. Mężczyzna prawie wypuścił z dłoni miecz, ale i tak już nic konkretnego zrobić nie mógł, bo wtedy nadeszła furia Eriliena. Ranny i oszołomiony człowiek nie był w stanie uniknąć ognistego wybuchu. Rażony nim padł na twarz nie ruszając się.
 
Quelnatham jest offline  
Stary 27-04-2014, 00:02   #20
 
Seachmall's Avatar
 
- Odejść, bo ją zabiję! - usłyszali krzyk z drugiego pomieszczenia.
Słoneczny elf rozgniótł coś w dłoni i zniknął. Niewidzialny starał się cicho podejść jak najbliżej drzwi, tak by zobaczyć pojmaną dziewczynę i jej oprawcę.
- Jedynie jej życie dzieli Cie od losu gorszego niż śmierć. - Erilien zaczął gniewnie. - Lecz jest ono cenniejsze dla mnie niż zemsta którą chcę wywrzeć na tobie nikczemny łotrze. Jeśli więc wypuscisz dziewczynkę pozwolę Ci przeżyć i oddam jedynie w ręce straży miejskiej lub jeśli wolisz zakończe twe życie szybko i bezboleśnie. Czas będziesz miał nawet by z bogiem swym się pojednać.
Ocero odchrząknął i zwrócił się w stronę drzwi.
-TKNIJ TYLKO WŁOS NA JEJ GŁOWIE SKURWYSYNU A WYRWE CI JĄDRA GARDŁEM A BEBECHY WYCIĄGNĘ USZAMI! - Kapłan już dawno się nauczył, że jeżeli ktoś ci grozi krzykiem, masz spore szanse wygrać jeżeli krzyczysz głośniej.
Aeron po cichu przylgnął do ściany od strony drzwi do drugiego pomieszczenia. Ilidath rozglądając się po “robocie” grupy odezwał się głośno zimnym tonem.
- Gdybyś zobaczył jak zajęto się twoim kolegą wiedziałbyś, że lepiej posłuchać tego, co mówią.
Quelnatham dotarł do drzwi nie ujawniając swojej obecności. Na szczęście były one półotwarte. Pokój oświetlony był światłem jednej świecy, zaś w środku zobaczył trzymaną za rękę przez barczystego człowieka dziewczynkę. Zbir trzymał sztylet pod jej gardłem. Oboje stali obok okna.
- Inaczej zagramy, psy. - warknął mężczyzna. - Wy mi pozwolicie odejść wolno, a ja jej nie zrobię krwawego naszyjnika.
Ocero spojrzał na pozostałych.
-Wypuśc ją do nas. I pozwolimy ci odejść.
Quelnatham tymczasem nie patrząc na negocjacje przygotowywał czar. Znikąd nagle pojawił się przy drzwiach i wypowiadając staroelfie słowa wyrzucił przed siebie obie ręce.
W tym samym czasie Erilien wypowiedział inne zaklęcie, majac nadzieję, że człwiek za drzwiami nie jest ekspertem w dziedzinie magi i wiedzy tajemnej. Po chwili lekki rozbłysk sprawił iż na miejscu elfa pojawiła się niewielka lewitujaca kulka światła która ruszyła niemal odrazu ku drzwiom.
- To nie… - zaczął mężczyzna, ale wtedy uderzyło w niego zaklęcie Quelnathama. Odepchnęło go ono od dziewczynki jakimś cudem nie raniąc jej z powodu noża, który miała przy gardle. Człowieka odepchnęło na ścianę, a Namena czując, że nie jest już przytrzymywana rzuciła się w stronę drzwi i… zatrzymała się widząc kulkę światła. Odwróciła głowę, aby zobaczyć zbierającego się oprawcę, po czym zamknęła oczy i wybiegła omijając kulkę.
Człowiek warknął i spojrzał w stronę Quelnathama, ale zamiast próbować go zaatakować powziął inny plan. Spojrzał w stronę okna, ale zawahał się najwyraźniej rozważając czy zdoła otworzyć je i okiennice. Szybko jednak doskoczył i zaczął mocować się z oknem.
Świetlna kulka natychmiast po przekroczeniu drzwi posłała w stronę mężczyzny dwie jaskrawobiałe świetlne igły. Z drugiej strony poleciały trzy pociski, resztka zaklęcia Quelnathama.
Wszystkie ataki trafiły celu. Mężczyzna zachwiał się i oparł ciężko o ścianę przy oknie. W dłoni jednak wciąż trzymał sztylet, który zamienił na miecz. Jednakże jego problemem teraz był całkowity brak broni dystansowej. Patrzył teraz na świetlną kulkę, z wyraźnym lękiem, kierując w jej stronę ostrze miecza.
Ocero wkroczył do pomieszczenia kiedy ujrzał iż opuszcza go dziewczyna. Zostawił ją na pojednanie z Aeronem. Kiedy tylko wkroczył do pomieszczenia wyjął święty symbol Selune, skierował go na mężczyznę pod ściną odmawiając przy tym krótką modlitwę zakończając ją słowem. -Stój!

Mężczyzna praktycznie momentalnie zastygł wpatrzony w Ocero. Namena jak tylko opuściła pomieszcenie została przechwycona przez Aerona i mocno przytulona, kiedy półelf próbował uspokoić wystraszone dziecko.
Erilien w swej nowej postaci systematycznie przeszukał cały dom. Nie zgadzała mu się ilość porywaczy i budziło to niepokój rycerza.
Nie znalazł jednak brakującego porywacza, chociaż szybko zorientował się, że musiały tu mieszkać trzy osoby.
- Gdzie jest trzeci? - Zapytał zatrzymanego porywacza przybierając swą prawdziwą postać.
- Pierdol się drzewolubie - warknął człowiek.
- Zapewne wróci niedługo. - Rozmyślał Erilien na głos. - Równie dobrze możemy poczekać.
- To czekaj sobie, skurwysynu. A skoro jesteśmy przy tym… Matka czy ojciec?
Elf nie odpowiedział i zdawać by się mogło, że całkowicie zignorował słowa opryszka, gdyby nie szybki cios rękojescią miecza w jego potylicę.
Cios powalił unieruchomionego na podłogę i pobawił go przytomności. Do pokoju wszedł Ilidath patrząc na scenę bez wyrazu.
- Pora zawiadomić straż i odstawić małą - odezwał się.
- Wiem, że to niespodziewane z mej strony lecz sądzę iż dobrym pomysłem będzie zaczekać w tym domostwie na trzeciego porywacza. - Erilien powoli uspokajał swój gniew co dobitnie dawało o sobie znać w sposobie jakim się wypowiadał. - Jeśli pozostawimy sprawę częściowo tylko rozwiązaną wówczas ta tragedia może się powtórzyć.
- Jeżeli mamy czekać… To może nasz półelf zabawi nas opowieścią, hmm?
- Teraz? - Aeron wszedł do pokoju trzymając wystraszoną Namenę za rękę. Dziewczynka widząc Eriliena puściła Aerona i podbiegła do paladyna, po czym go przytuliła.
- Przyszedłeś… - szepnęła.
- Wybaczcie, ponownie pomysły, w których narażamy swoje zdrowie są jak najbardziej mile widziane. Jednak nie możemy tak narażać małej. Co jeżeli trzeci, przyniesie trzydziestu kumpli? Ktoś powinien ją odstawić w bezpieczne miejsce. - Ocero spojrzał na Aerona - Piszesz się?
- Nie idę - burknęła dziewczynka tuląc elfa. - Bo go skrzywdzą…
- Namena… - półelf westchnął. - Chodźmy, nic się nie stanie…
- Nie. - mała mocniej wtuliła się w paladyna.
Erilien pogłaskał małą po głowie.
- Nie sądzę aby udało się mu zdobyć aż tak wielkie wsparcie i choć pragnę bezpieczęństwa Nameny ponad własne to pomysł ponownego spuszczenia jej z oczu nie jest mi miły. Chyba, że jeszcze jeden z was, waleczni będzie jej towarzyszył. Wtedy i tylko wtedy z czystym sumieniem pozwolę wam ją zabrać.
- I tak miałem zamiar się stąd oddalić, aby powiadomić o wszystkim straż - odezwał się Ilidath. - Tak więc mogę przejąć pieczę nad tą dwójką dzieci.
Aeron zacisnął zęby i syknął pod nosem.
- Opowiem ci po moim trupie…
Ilidath zapewne to usłyszał, ale zachował iście stoicki spokój ignorując półelfa.
- Aeronie, pamiętaj co obiecałeś. Daj dobry przykład dziecku. - Ocero przykucnął przy dziewczynce - Spokojnie… Namena, tak? Zaopiekuję się twoim rycerzem. Wiele osób się o ciebie martwi i pewnie chętnie by posłuchało jaka byłaś dzielna. Proszę, pójdź z Aeronem i Ilidathem.
Namena spojrzała na Aerona, który wyciągnął do niej rękę, po czym na Eriliena i zapytała:
- Poradzisz sobie?
Elf skinął głową w odpowiedzi.
- Waleczny Aeronie nim odejdziecie czy pozwolisz na słowo na osobności?
- Dobrze… - zgodził się półelf. Pogłaskał Namenę po głowie zapewniejąc, że zaraz wróci i wskazał Erilienowi, żeby ten podążył za nim na zewnątrz.
W tym czasie Quelnatham obchodził uważnie całe mieszkanie przeszukując je zarówno naturalnymi jak i nadnaturalnymi.

***

- Waleczny. - Zaczął elf. - Nie chcę byś źle me słowa zrozumiał, lecz Ilidathowi przy jego madrosci brak zapału z jakim ty bronisz Nameny. Nie chcę jednak byś postradał życie gdy sprawy przybiorą zły obrót. Zapytam więc otwarcie, czy potrafisz porzucić dumę i uciec z pola bitwy ratując Namenę?
Aeron pokiwał głową.
- Duma ogólnie w walce nie jest najlepszym sędzią. Zrobię co trzeba, aby ochronić małą, która jest mi jak siostra.
- Dobrze. - Elf z uznaniem pokiwał głową. - Zapytam więc jeszcze, czy potrafisz poslużyć się takim ostrzem? - Wskazał na swój miecz.
- Tak, potrafię - odparł Aeron.
Erilien odpiął od pasa miecz i podal go Aeronowi.
- Weź więc Ulfberhta do czasu aż po niego nie wrócę. To dobry miecz pobłogosławiony przez Corellona. We wprawnej dłoni przetnie nawet stal. Uzyj go kiedy coś
- Tobie chyba też będzie potrzebny…
- Poradzę sobie i bez ostrza a w twych rękach bedzie to dodatkowa gwarancja bezpieczenstwa Nameny.
- Skoro tak wolisz… Jeżeli będzie konieczność wykorzystania go to to zrobię - obiecał półelf.
- Teraz będę spokojniejszy. - Erilien wziął glebszy oddech. - Ruszajcie już i nie dajcie się zaskoczyć nikomu.
Nim wrócił do reszty Erilien zajął sie drzwiami, a właściwie ich resztkami. Rzucajac czary przywrócił je do stanu używalności i wstawił na ich zwyczajowe miejsce.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:49.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172