Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-04-2016, 00:39   #231
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
ROZDZIAŁ II: Łaska uzyskana, łaska utracona


Gaspar Wyrmspike

Nadszedł długo oczekiwany czas działania.

Gaspar wiedział gdzie ma znajdować się ukrywający przed światem Naraltan Wildhawk. Stary lord wiedział dokładnie czego, a raczej kogo się bać i najwyraźniej nie miał zamiaru spotkać się z tym, który strach w nim wywoływał, a Azul Gato w całej swej skromności i wiedzy był przekonany, że to właśnie on jest największym cierniem na sercu ojca Amandeusa.

Czy Wyrmspike robił to wszystko z jakiegoś poczucia niedokonanej sprawiedliwości, czy dla samego Amandeusa, jak niedorzecznie by to nie brzmiało, na to pytanie mógł tylko on odpowiedzieć. Niemniej z jakiś powodów, nawet jeżeli były po części narcystyczne, przebierał się w strój kociego bohatera, aby walczyć z tymi, którzy potrafili umknąć owej sprawiedliwości, a to że załatwiał takie sprawy w mało praworządny sposób było już inną sprawą.

Teraz jednak nadszedł na tego, który nie dość, że wpuścił do swego domu obłąkany kult bezbożników planujących zniszczyć bogów, nie dość że sprzyjał temu kultowi to jeszcze oskarżył własnego syna o targnięcie się na życie ojca planując, zapewne, poprowadzić Amandeusa na ścięcie.

Gaspar pod przebraniem, kierując się wskazówkami Leliany jak i swoją własną wiedzą o Waterdeep dotarł do umówionego miejsca znajdującego się nieopodal rezydencji rodu Greyvis, a dokładniej kierując się ku sklepowi z luksusowymi tkaninami, przy którym miała oczekiwać para doświadczonych złodziei do dyspozycji Azul Gato.

Leliana nie kłamała. Załatwiła kogo było trzeba.

Pod owym sklepem, zamkniętym już tym późnym wieczorem stały dwie osoby, których w pierwszym momencie nie dostrzegł w padającym nań cieniu. Zwykły przechodzeń mógł pomylić ich z parą oglądającą wystawę tkanin znajdującą się za oknem i trzeba przyznać, że dobrze się w tej roli prezentowali. Jeżeli nawet Gaspar zastanawiałby się czemu ta para - młoda kobieta i równie młody mężczyzna - nie udawała po prostu zakochanej dwójki to zrozumienie nadeszło szybko. Leliana dostarczyła Gasparowi dwójkę o włosach koloru siana, której nie można było pomylić z nikim innym jak z…

...bliźniętami.




Theodor Greycliff

Nie ma to jak hazard.

Theodor idąc na spotkanie z Ovelisem starał się odprężyć i przez chwilę nie myśleć o Masze, na temat którego rozpuścił plotki, nie bez pomocy Elerdrina i Arneliusa, o jego rzekomej śmierci. Teraz pozostawało czekać, ale czy nie można sobie osłodzić trochę oczekiwania nutką upojnego ryzyka?

Ovelis, faktycznie, znajdował się już na miejscu, gdy Theodor przyszedł i gestem dłoni zaprosił go do stolika, który zajął podsuwając zakupiony dla niego kielich przepysznego wina z Amn.

- Dobrze, że przyszedłeś, Moneto! - Ovelis powitał Theodora oto tymi słowami, a kiedy drugi hazardzista usiadł przy stoliku ten wychylił się w jego stronę i konspiracyjnym szeptem powiedział - Mamy jakiś plan na ten dzisiejszy piękny wieczór i noc? To miejsce oczywiście jest otwarte bez ustanku, więc możemy popuścić wodze naszych żądz na tyle, na ile będziemy chcieli. - uśmiechnął się szeroko - Zastanawiałem się gdzie, a raczej na kogo, zastawić pułapkę naszego szczęścia tak, aby sami okazali się fatalnymi pechowcami.

Ovelis rozejrzał się z błogim wyrazem twarzy po sali, najwyraźniej już w myślach licząc złote monety, które zarobi na tych mających mniej szczęścia oraz umiejętności.

- Z tego, co zauważyłem po naszej niedawnej rozgrywce - zdajemy się dopełniać i tworzyć zgrany duet, zupełnie jakbyśmy byli najlepszym w Faerunie, o ile nie na Torilu nawet, małżeństwem. - zaśmiał się cicho - Powiedz mi tylko, bo to mnie ciekawi niezmiernie… Dlaczego akurat Moneta? Czemu taki przydomek? - zapytał upijając drogocennego trunku ze swojego kielicha.


 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 17-04-2016 o 23:37.
Zell jest offline  
Stary 17-04-2016, 01:29   #232
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
PROLOG (IV): Prawda ma wiele twarzy


Kohhill Kevallin

Uczucie nie należało do najprzyjemniejszych.

Kohhill nie umiał go przyrównać do żadnego innego, którego doświadczył w swoim życiu. Miał wątpliwości, gdy wchodził w portal, który zdawał się być niczym tylko ciężkim, gorącym powietrzem. Miał wątpliwości czy dobrze zrobił, gdy szalejąca magia obmyła jego ciało, ale… czy miał inne wyjście? Wszak chciał się dostać do Neverwinter jak najszybszą drogą, a tym sposobem zaoszczędzał nie tylko pieniądz, ale co najważniejsze - czas.

Niemniej obawa, a może nawet nieokreślony strach, wdała się w jego serce, gdy wkroczywszy do portalu nie znalazł się w jednej chwili w drugim miejscu.

Najpierw żołądek wydawał mu się przewrócić do góry nogami i z ledwością powstrzymał powstałe nudności i chęć zwrócenia tego, co dziś jadł, jednak było coś więcej…

Czuł jakby pod jego skórą szalał jakiś ogień i zaczął próbować go ugasić choć z miernym skutkiem. Widział naokoło świat w przytłumionych barwach, cały rozmazany i nieostry, a tym światem były znane mu ulice Neverwinter. Kiedy wyciągnął płonącą od wnętrza dłoń w kierunku znanego, choć trudno rozpoznawalnego domu obraz rozpływał się jeszcze bardziej i zmieniał tak długo, aż nie stał się ulicami innego miasta… Waterdeep? Skąd wiedział, że to Waterdeep, czy był w nim kiedykolwiek?

Zobaczył, jak po jego skórze zaczyna płynąć fioletowy płomień, a ten płomień wydawał się być tak lodowaty, jak gorejące było wewnętrzne uczucie. Krzyknął z bólu ogarniającego jego ciało równocześnie zimnem jak i gorącem. W danej chwili nic nie miało takiego znaczenia, jak fakt, żeby pozbyć się tego bólu jakimkolwiek sposobem i kiedy wykrzyczał nieartykułowane błaganie… ból minął.

W jednej chwili rażony jakąś obecnością padł na kolana chyląc głowę ku ziemi przerażony siłą, jaka zdawała się go otaczać… i wtedy usłyszał słowa ni to kobiety, ni mężczyzny, które sprawiły, że jego wyschnięte od ognia gardło ścisnęło się jeszcze bardziej:

- Interesujące…


Kohhill otworzył oczy i wziął głęboki oddech, aby zorientować się, że klęczy na leśnej ściółce nieopodal wciąż aktywnego portalu, jednak nie znajdował się już w tym miejscu, w którym był przed przekroczeniem magicznej granicy. Świat wydawał się być całkowicie zwyczajny, a jakiekolwiek uczucie go wcześniej ogarniało, jakakolwiek nie była ta dziwna obecność, teraz obie zniknęły jakby były tylko złym snem.

Po dosłownie chwili przez portal przeszedł jego elfi przewodnik patrząc ze zdziwieniem na klęczącego człowieka, a wraz za nim przejście się zamknęło, gdy opadła zbudzona moc magii

Kiir zajmujący jedną z gałęzi powitał ich ptasim skrzekiem.



 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
Stary 25-04-2016, 21:18   #233
 
Jaśmin's Avatar
 
- Z tego, co zauważyłem po naszej niedawnej rozgrywce - zdajemy się dopełniać i tworzyć zgrany duet, zupełnie jakbyśmy byli najlepszym w Faerunie, o ile nie na Torilu nawet, małżeństwem. - zaśmiał się cicho - Powiedz mi tylko, bo to mnie ciekawi niezmiernie… Dlaczego akurat Moneta? Czemu taki przydomek? - zapytał upijając drogocennego trunku ze swojego kielicha.

Theodor wzruszył ramionami. Zmęczył sie już odpowiadaniem na to pytanie.

-Od mojej szczęśliwej monety jak sądzę. Tej samej, którą niedawno straciłem. Wiesz ty co - Greycliff podrzucił złotą monetę w powietrze i złapał ją zrecznie - Chyba potrzebuję nowego amuletu. Ta będzie dobra - starannie schował pieniążek do wewnetrznej kieszeni kamizelki - To w co gramy? Może damy szansę naszym umysłom i zagramy w tarbiss?

- Może być i tarbiss! - zgodził się mężczyzna - Trochę czystej pożywki dla losu i strategii nigdy za wiele.

Theodor dopił wino.

-No to kończmy winko i do dzieła -przez chwilę liczył swoje zloto - Ile jesteś w stanie dzisiaj postawić?

Ovelis również jednym haustem dobił swój czerwony trunek.

- Ile? Nazwij mnie ryzykantem, nazwij mnie szaleńcem, ale jestem w stanie postawić nawet i większość swojej wczorajszej wygranej! - przybliżył się lekko i szepnął konspiracyjnie - A zdarzało się, że i stawiałem na większe sumy.

- Ja też, ale nie powinniśmy przedwcześnie płoszyć tutejszego ptactwa. Zróbmy rozpoznanie zaczynając od niskich stawek. Widzisz tego jegomościa? - wskazał na białobrodego starca w zielonej tunice - To Zalmon, tutejszy król tarbiss. Na codzień jest uzdrowicielem, ale bardziej niż swą sztukę kocha hazard. I zawsze gra na wysokie stawki. Oczywiście nie gra z byle kim więc musimy trochę podskubać miejscowych by zwrócić uwagę mistrza. Może zacznijmy od tego celu - wskazał na diablę szalejące przy stole - To Kardis, średnia liga, ale nieźle dziany. Co ty na to?

- Oczywiście. Przecież nie możemy pozwolić, aby przedźwigał się od tego całego zapasu złota. - uśmiechnął się Ovelis.

-I dobrze. Hola, Kardis! Postanowiliśmy ulżyć twej sakiewce! Czy doceniasz zaszczyt, który cie spotyka, dusigroszu?

Kardis uniósł spojrzenie na Theodora, po czym parsknął z pewnym rozbawieniem.

- Ty i jaka armia chce tego dokonać? Zaiste musi to być armia szczęśliwców, bo wątpię byś ty i... - spojrzał na Ovelisa - ...i twój nowy znajomy byli w stanie zrobić coś innego, jak tylko doprawić słodkiego ciężaru mojej sakwie!

Theodor zatarł ręce.

-Zazwyczaj gram w karty i kości, ale gdy widzę takiego pechowca zmieniam specjalność. Tarbiss, cwaniaczku, to gra królów. Liczy się szczęście i głowa. Założę sie, ze gdybym puknął cię w łepetynę zahuczało by. W końcu pusto! - zarechotał złośliwie - Ile chcesz postawić, Kardisie?

- Niezależnie od tego, co mogą o tobie płotki kasyn mówić, ty i szczęście to dwie rozbierzne sprawy! Nasza Pani Szczęścia unika cię szerokim łukiem, a i na pewno nie ujawniła się w tej norze, którą ty domem nazywasz! - odszczeknął się Kardis - Ile postawię? Nie chcę wam mydlić oczu wielką wygraną, mam tyle serca. Powiedzmy, że dla takich pechowców jak wy wystarczy, że postawię stówkę!

- Złota czy miedzi? - parsknął z rozbawieniem Ovelis, co wywołało tylko stek przekleństw diabelstwa.

-Odważne bobo. No patrz, Ovelis. Chłopak dopiero skończył ssać swoją rogatą mamusię i rzuca wyzwanie nam. Sto złota? Niech będzie. Ovelis, kto z nas da mu nauczkę?

- Wezmę to na siebie, choć przykro będzie patrzeć na smutek w jego oczach. - odparł towarzysz Theodora.

- Jak ciebie ogołocę z pieniędzy zajmę się tobą, kulawy szczęściarzu! - dodał przeciwnik spoglądając na Theodora - Więc lepiej powiedz swoim panienkom, że tym razem ich nie odwiedzisz.

-Do dzieła, Ovelis. Ustaw mu różki do pionu - Theodor usiadł z boku stołu na pozycji sędziego i wrzucił wszystkie żetony do sakwy i zamieszał starannie - Grajcie! Kamień, papier, nożyce! Kto wygra ten losuje żetony jako pierwszy!

Tę walkę wygrał Kardis, co rozbawiło go i już nastawiło pozytywnie co do dalszej gry, jednak Ovelis nie wydawał się być w żaden sposób zmartwiony. Początkowo gra zdawała się iść na korzyść diabelstwa, jednak najwyraźniej była to tylko ironia od prawdziwego losu. Ovelis grał bardzo dobrze, a do tego miał jedną, wielką przewagę - patrząc po grze przeciwnika Kardis był niesamowitym pechowcem. Ovelis bez większych problemów ograł tego mieszańca z ledwością hamując parsknięcie mu w twarz.

-...losujcie! Kardis - Ognista Strzała! Ovelis - Grząskie Bagna! - diablę natychmiast użyło swojego żetonu zbijając jeden z pomniejszych żetonów Ovelisa. Z kolei Amnijczyk użył Grząskich Bagien by zwolnić króla przeciwnika i jego obstawę. W rezultacie król Kardisa wdał się w serię nieznaczacych potyczek i ostatecznie utknął na środku planszy. Ovelis wykorzystał to bezlitośnie dobiajając diablę Chorobą Koni i triumfalnie przeprowadził swego króla do rogu planszy.

-Świetna robota, Ovelis. Gdy wyciagnąłeś Napaść Zbójców byłem pewien, że bedziesz chciał od razu wykorzystać i spróbować zabić jego króla. Sprytnie! - Theo pociągnął łyk wina - No Kardis! Chyba teraz nie odpuścisz? Chcesz kupię ci kielich wina na otarcie łaz - Moneta uśmiechnąl się kpiąco.

Diablę prychnęło rozeźlone.

- Nie potrzebuję twojej łaski. To tylko chwilowy niefart, nie zaś zwykła kolej losu. Takie szczęście nowicjusza. Może jednak to ty, Krążku Złota, spasujesz?

-Ja i mój współgracz dopiero sie rozkręcamy - zapewnił Theodor - Aby ci to udowodnić tym razem zagram z tobą ja. Sto dwadzieścia złota na moje szczęście!

Mieszaniec zgrzytnął zębami, jednak odparł pewnie:

- Niech i będzie sto dwadzieścia! Możesz się pożegnać ze swoim złotem już w tej chwili i prosić kolegę, aby postawił ci kolację, podmroczny synu!

-Kamień, papier, nożyce!

Ta gra była inna od poprzedniej. W tym rozdaniu żetonów już od samego początku Theodor, poza umiejętnościami strategicznymi, cechował się także sporą dozą szczęścia. Niemniej musiał przyznać, że diablę posiadało także swoją dozę obydwu. Gra trwała mniej więcej tyle, co ovelisowa i zakończyła się pięknym, dzikim rozegraniem szczęśliwca, któremu podpasowały żetony. Kardis nie miał żadnych szans.

-Wiesz, Kardis? Jestem ci niemal wdzięczny. A szczególnie wdzięczny jestem twojej mamusi, która cię nam wydała na oskubanie - Greycliff pociągnął wina przypatrując się przeciwnikowi z dzikim błyskiem w oku - Chcesz jeszcze raz zagrać z Ovelisem, czy wolisz rewanżyk ze mną?

Kardis spojrzał to po Theodorze, to po Ovelisie starając się być groźny w wejrzeniu, jednak jego bezsilna złość nie dodawała mu w tym szans.

- Jesteście oszustami. - warknął mieszaniec - Obaj kantujecie, nie ma co z wami grać, ale tylko będę się śmiał, jak w końcu ktoś wyciągnie co do was konsekwencje tych zabaw, psie syny.

-Oszuści. Słyszysz, Ovelis, co on bredzi? Jak można oszukiwać w tarbiss? W karty albo kości pewnie tak, ale w grę planszową? To zagrajmy w twoją grę, cwaniaku. Co chcesz? Karty? Kości? Kocią kołyskę?

Ovelis przechylił głowę obserwując z rozbawieniem reakcję mieszańca, aby za chwile odezwać się do Theodora.

- Hej, Moneta, on chyba nie ma dziś tyle, żeby chciał postawić coś więcej niż kilka miedzi!

- To i tak byłoby więcej niż dawali za twoją matkę. - warknęło diable, co spowodowało tylko wybuch śmiechu Ovelisa - Nie będę z wami więcej w nic grał. Nie grywam z oszustami.

-Beshaba z tobą, cwaniaku - Theodor rozejrzał sie po innych bywalcach kasyna przyglądajacych się rozgrywce - Dwieście dwadzieścia złota jak na frajera to i tak nieźle, Kardis. No, panowie, ktoś chętny? Daneron - zwrócił się do postawnego rudowłosego i bezbrodego krasnoluda z włosami związanymi w długi warkocz znanego z renomy solidnego i twardego gracza w tarbiss - Masz ochotę spróbować? Ty przynajmniej umiesz przegrywać z honorem, a przynajmniej tak słyszałem. Zagrasz z nami?

- Na pewno nie odmówię, kiedy proponowana jest mi rozgrywka! - odparł krasnolud i spojrzał ciekawie na Ovelisa - Ciebie, Moneto, znam dobrze, ale skąd wytrzasnąłeś drugiego?

-Mój współgracz dopiero co przyjechał do Miasta i jest w trakcie zapoznawania się z miejskimi legendami hazardu. W Amn znają go dobrze, ale tu dopiero buduje swą renomę. Dobrze mówię, Ovelis?

- Dobrze mówisz. - odparł Ovelis skinąwszy głową - I akurat natrafiłem na Monetę, taki łut szczęścia.

-No właśnie, łut szcześcia. Daneron, widzisz, mój współgracz nie ma jeszcze rozeznania w miejskim światku. Pokażesz nam jak się w to gra?

- Z chęcią. Może ty, Moneto, pójdziesz na pierwszy ogień co by twój towarzysz niedoli się przyzwyczaił do widoku prawdziwego gracza w tarbiss, nie zaś jakiś tam piekielnych płotek?

-To zaszczyt, Daneron. Pięćdziesiąt złota na początek?

- Pięćdziesiąt to dobra suma. - zgodził się krasnolud - Tylko ostrzegam, że nie gram lekko, nawet dla waszych chłopięcych buzi.

-Kamień, papier, nożyce!

Traf chciał, że Theodor zyskał pierwszeństwo w żetonach, ale kłamstwem byłoby stwierdzenie, że rozgrywka z krasnoludem była łatwa i bezproblemowa. Theodor musiał zwrócić się do swoich pokładów umiejętności strategicznych, gdy okazało się, że jego wrodzone szczęście nie oferowało wszystkiego. Daneron był zupełnie inną ligą od diablęcia, i dokładnie znał grę, którą toczyli. Polegał bardziej na swoim rozumie niżeli szczęściu i w pewnym momencie Theodor znalazł się zagoniony w przysłowiowy kozi róg. Jedynie ostatnie podrygi dobrego losu sprawiły, że Greycliff ostatkiem żetonowych sił, zdołał pokonać krasnoluda tak naprawdę turę przed własnym wykrwawieniem się.

Obaj grali ostrożnie kumulując wyciągane żetony “na później” i zastawiając piętrowe pułapki. Ostatecznie poszli na wyniszczenie, Theodor zabił króla przeciwnika tuż przed analogicznym posunięciem obstawy wrogiego króla.

-Nieźle, Daneron. To jest klasa - Greycliff starannie przeliczył wygraną - Ovelis? Chciałbyś coś dodać?

- Również skorzystam z przywileju gry, o ile taka jest możliwość, na tą samą stawkę.

- Oczywiście, zawsze jestem chętny do gry. - dodał krasnolud.

Pierwszy zaczynał przeciwnik Ovelisa, który pokornie przyjął drugą kolejkę, jednak całość gry różniła się diametralne od tej, jaką właśnie stoczył Theodor. Od około ćwiartki spotkania było jasne, że krasnoluda opuściło szczęście. Jakkolwiek bardzo by się nie dopatrywać niedawnego oskarżenia o oszustwo, tak było niemożliwe jakiekolwiek znaleźć. Daneron po prostu miał pecha w swoich rozdaniach żetonów wystarczającego, aby to jego przeciwnik zyskiwał powoli przewagę. Koniec końców to Ovelis okazał się być zwyciężcą, a krasnolud bezsprzecznie pokonanym bez dramatyzmu rozgrywki z Theodorem.

-Ha! Nieźle, Ovelis! Chętnie zapłaciłbym aby to zobaczyć! - Theo zamówił dzbanek dobrego wina - Daneron, napjesz się z nami? A potem...kto jeszcze ma ochotę na rozgrywkę? Tiver? Mandor? Zalmon?

Obaj, Theodor i Ovelis, musieli rozegrać jeszcze dwie bitwy w tej grze, aby na grę zdecydował się nikt inny jak Zalmon, który wręcz ich poprosił do stolika po dość łatwej wygranej Theodora. Ovelis spojrzał na towarzysza, po czym ruszył do wskazanego stolika i gdy obaj zajęli miejście odezwał się sam "król tarbiss".

- Moneto, nie sądziłem, że zobaczę cię i w tej niecce hazardu, miłośniku kart i kości.

-Zrobiło się zbyt latwo więc postanowiłem rzucić wyzwanie przeznaczeniu - uśmiechnął się Greycliff - Jak ci dzisiaj idzie, Zalmonie? Wielu dziś frajerów ogoliłeś?

- Wystarczająco wielu, aby zadowolić moją sakwę i moje ego. - zaśmiał się cicho hazardzista - I zawsze jestem ciekaw nowych twarzy na arenie hazardu Waterdeep. - zwrócił się do Ovelisa - Jak porownujesz arenę Waterdeep do areny Amn?

- Na razie wydaje mi się, że Amn może być ciutes… agresywniejszym zawodnikiem. - odparł zapytany.

- Cóż, może jeszcze nie poznał nas i z tej strony, prawda Moneto?

-Hazard jest jak wojna - zgodził się Theodor - Wiecie, myślę, że w takim kierunku potoczą się wojny. Przeciwnicy będą spotykać się by zagrać na planszy...w tarbiss, szachy, kamienie...a po rozgrywce będą pić wino i wymieniać się opowieściami. Bezkrawawe wojny, to by było pięknie. - Theodor dolał wszystkim wina.

- Na razie jednak mamy gry w kasynach, nie zaś wojny w nich. - zaśmiał się Zalmon upijając wina.

-No nie wiem. Byłeś ostatnio w Pałacu Hazardu? - wymienił nazwę najwiekszego kasyna Machy - Słyszałem, że pan i władca Skullportu ostatnio pożegnał się z życiem. Przez to interesy zaczęły dołować. Ludzie z okolicy boją się przychodzić do Pałacu, boją się wysoko obstawiać. Macha to skurwiel, ale ten skurwiel dobrze trzymał interes. Teraz jego zastępca daja ciala na wszystkich frontach - Greycliff pociągnął łyk wina.

- Osobiście trzymam się z dala Skullportu, więc i unikają mi takie szczególiki acz wiem o kim mówisz. Niemniej Port Czaszek nie jest zachęcającym miejscem, a i nie dziwi mnie, że akurat tam zaszła rotacja. - odparł Zalmon.

-Tak, to ciemna strona naszego miasta, podejrzane gierki. A propo gierek...przyjmiesz nasze wyzwanie? Założę się, że niejeden zapłacilby by przyjrzeć się naszej rozgrywce.

Zalmon rozsiadł się wygodniej.

- Przyjmę, co mi tam. Rozgromiliście innych przeciwników, więc mała nagroda się należy, prawda? - zaśmiał się cicho - Ale najpierw wolałbym zmierzyć się z tobą Moneto, legendarny szczęściarzu. Nad twoim współgraczem muszę się zastanowić…

-Zastanawiaj się nie ma problemu. Tylko nie za długo bo my tu długo nie zostaniemy. Sam rozumiesz, nikt rozsądny nie poluje długo na tym samym terytorium - Theodor zamówił następny dzbanek wina - A póki co zagrajmy. Przypatrz się, Ovelis. Kamień, papier, nożyce!

- Zaraz, zaraz. Powiedz mi jaka stawka. - wyszczerzył się przeciwnik.

-Cholercia, za duzo wina. Wybacz, Zalmon. Dwieście sztuk złota?

- Stoi. - zgodził się Zalmon i wyszczerzył ponownie mówiąc - Niech się zacznie nasza wojenka!

Pierwszy wybierał nikt inny, jak Theodor, który również prowadził w początkowej fazie gry. Mógł tylko dziękować szczęściu, które go nie opuściło przez długi czas zawsze w odpowiedniej chwili ratując go przed zakusami przeciwnika, aż…

Cóż. Właśnie aż.

Przez chwilę Greycliff mógł mieć pewność wygranej, ale wtem Zalmon pokazał swój kunszt gracza. Okazało się, że chomikował kilka asów, żeby w odpowiednim momencie wręcz zbombardować Theodora… i wygrać w pięknym stylu mistrza. Szczęście Monety nie podołało tym razem swemu zadaniu.

Theodor przesunął stosik wygranej w stronę Zalmona. Jedna ciężka złota moneta przeturlała się po stole w kierunku Ovelisa, Amnijczyk podał ją przeciwnikowi Theodora.

-No, Zalmon - sapnął Greycliff - Ty jesteś fachura. Twoje zdrowie! Zagraj teraz z Ovelisem.

Zalmon uśmiechnął się i skinął głową, po czym pociągnął solidny łyk wina.

- Twoje także, szczęściarzu! Zobaczmy teraz co w sobie ma takiego twój kolega.

Mecz rozpoczął się spokojnie, gdy obaj przeciwnicy rozważali najlepsze taktyki. Pierwszy był Zalmon, który (jak się okazało) świetnie potrafił ukrywać nastroje, więc nie sposób było odgadnąć czy los jest po jego stronie. Niemniej Theodor szybko zauważył, że musi on mieć ciężki orzech do zgryzienia, jako że niezbyt mógł kontrować zagrywki Ovelisa. Amnijczyk nie wystawiał szczególnie silnych żetonów, a przeciwnik albo jak w wypadku Theodora trzymał asy na koniec rozgrywki, albo faktycznie żadnych nie miał. Koniec końców to Ovelis zdołał, nawet bez większego wysiłku, rozgromić Zalmona, który wyraźnie nie mógł nic zrobić otrzymanymi od losu żetonami.

- Cóż, to była zaiste pechowa rozgrywka. - westchnął Zalmon odsuwając w stronę Ovelisa zarobione przez niego pieniądze.

-Powitajmy nowego mistrza! Wygrałeś, Ovelis! - Theodor klepał partnera po plecach z siłą, która niemal wytrząsnęła z amnijczyka płuca - Mam pomysł. Zagrajcie jeszcze raz,a ja się postaram żeby i inni także mieli z tego większą rozrywkę! - tu Moneta skierował się do komentujących z ożywieniem kibiców - Panie i Panowie! To Ovelis z Amn, nowy mistrz tarbiss Miasta Wspaniałości! Teraz zagra z mistrzem Zalmonem na calego! Stawiajcie u mnie na jednego lub drugiego gracza. Ja stawiam pięćdziesiąt sztuk złota na mojego partnera. Kto da więcej?

Pieniądz zaczął być ochoczo stawiany na graczy, chociaż większa suma postawiona była na Zalmona, a na nieznanego wciąż Ovelisa po prostu starzy wyjadacze tej jaskini hazardu woleli nie stawiać swych ciężko zarobionych w grach pieniędzy. Sam Ovelis był raczej zaskoczony pomysłem Theodora na kolejną grę i to z obstawianiem przez publikę, ale nie kwestionował możliwości zarobku.

- Lubisz ryzykować, jak widzę. Bardzo dobrze. - odezwał się Zalmon do Theodora.

-Pewnie. Ovelis, jak wygrasz sześćdziesiat procent sumy zakładów jest twoje. Postaraj się! Kamień, papier, nożyce!

Gra o wysoką stawkę rozpoczęła się. Ponownie to Zalmon losował pierwszy, jednak wprawne oko Theodora podpowiadało mu, że żetony, które ten otrzytmał nie były pierwszej klasy, niemniej Zalmon od samego początku próbował grać agresywnie. Nie zraziło to jednak Ovelisa kontrującego pięknie silnymi żetonami słabsze przeciwnika, które ten wystawił do gry nie spodziewając się silnego oporu. Szybko jednak Zalmonowi wyczerpał się dobry arsenał i już do końca rozgrywki nie otrzymał wielu dobrych, nie mówiąc już o znakomitych, kontr dla taktyki Ovelisa. Towarzysz Theodora w końcu wyrzucił to, co zatrzymywał na koniec i wtedy okazało się, że Zalmon nie ma już nic czym mógłby się dobrze obronić przed porażką.

Ovelis wygrał.

Przy stoliku zapanowało prawdziwe zamieszanie. Spocone twarze hazardzistów przyglądajacych się grze albo promieniały (mniejszość) albo pochmurniały (większość).

-I ostatni ruch! Szczęście Nieboszczyka i król Zalmona pada! Ovelis, stary lisie! Jesteś wielki! Dwa zwycięstwa z rzędu, to już nie zwycięstwo, a pogrom! No, płacić skarby! - Theodor zwrócił się do kibiców wykręcając rekę jednemu z przegranych, który spróbował się po cichu ulotnić - Płacić! Ovelis, twoja działka. Jak myślisz, wystarczy na dzisiaj? Niedługo świt. Upiory hazardu zasypiają zmęczone triumfem. Dzięki za grę, Zalmon. Ovelis, jeszcze jedna kolejka przy barze i skończymy łowy na dziś. Ha! Nie mów, że się nie opłaciło! - Theodor ćwierkał jak ptaszek prowadzac partnera do baru.

- Opłaciło, opłaciło. - uśmiechnął się szeroko Ovelis - Och, bracie! Moglibyśmy ograbić cały Toril w tych grach!

-Wiem co masz na myśli - Greycliff promieniał - No! Za Tymorę i Beshabie na pohybel!

-Wiesz ty co? - Theo przełknął wino powoli się uspokajając - Umówmy się na mały sparing jak już odeśpimy tę noc. Trochę fechtunku dobrze by mi zrobiło, a chcialbym sprawdzić czy szczęście dopisuje ci także w pojedynku. Nie chwaląc się jestem zupełnie przyzwoitym szermierzem. Co ty na to?

- Sparring? Zaskoczyłeś mnie, przyznam, ale co ze mnie za amnijczyk byłby gdybym odmówił takiej propozycji. - zaśmiał się Ovelis - Tylko gdzie? Gdzie ty w ogóle pomieszkujesz?

-Stołuję się w skullporckim zajeździe Trzy Srebrniaki. Jest tam podwórko na tyłach w sam raz na małą gimnastykę. Już dawno nie ćwiczyłem zaczynam wychodzić z wprawy. Może jutro o godzinie cykady?

- Cóż, brzmi dobrze tylko musisz mi powiedzieć gdzie w Waterdeep jest ta karczma.

-W Skullporcie. Ejże, Ovelis, nigdy nie słyszałeś o Porcie Czaszek? Zresztą nieważne. Spotkajmy się jutro przed tym kasynem o godzinie cykady i razem pójdziemy do mojego sanctum. Gdzie mieszkasz?

- Słyszeć słyszałem, ale nie byłem. Niemniej… Gdzie mieszkam? Jest taki zajazd, coś ma z koniem czy stajniami w nazwie… Znajduje się tuż przy południowej bramie Waterdeep.

- Dobra. To jeszcze po jednym i odprowadzę cię do domu. Wiesz, właśnie wygrałeś kupę forsy i ktoś może dojść do wniosku, że warto byłoby cię skroić. Dlatego pójdziemy razem. No! Ostatnia kolejka i do domciu!

- Ostatnia! Za Tymorę dla nas i Beshabę dla przeciwników!

- Wypijmy!
 
Jaśmin jest offline  
Stary 28-04-2016, 16:28   #234
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
ERILIEN EN TREVES

Choć paladyna korciło to jednak zachował milczenie pozwalając by brat zarówno dokończył przebierać jego znaleziska jak i swobodnie mógł kontynuować rozpoczętą myśl.
Aeron powoli przebierał w znaleziskach Eriliena, jak i ostrożnie przebierał w słowach, aby nie zdenerwować, zanadto, brata:
- Ruszyliśmy na ślepo… ale najwyraźniej nie wyszło nam to całkowicie na złe… chociaż trochę zboczyliśmy w którymś momencie z drogi… - odseparował ostatnie niejadalne znalezisko paladyna i spojrzał uważnie na brata - ...jestem praktycznie pewien, że zdołam nas doprowadzić na miejsce… a przynajmniej w jego okolice.
Erilien pokiwał głową ze spokojem w ogóle do niego niepasującym. Oczywiście kotokolwiek inny mógłby zasypać Aerona gradem pytań ale nie on, nie w tej chwili. Wszak nie żartował kiedy rozpoznał w swym bracie pomazańca Corellona. Rad był jednak w duchu, iż pół elf w końcu zaczął akceptować tą stronę samego siebie.
- Wyruszymy więc kiedy poczujesz się na siłach. - Stwierdził po czym przygladajac się trofeom wydartym puszczy obmyślił ich następny posiłek. Nie na darmo nazywali go mistrzem improwizacji i teraz mógl to udowodnić.
- Tak… Tak chyba będzie najlepiej, chociaż i już teraz czuję się dość dobrze. - odparł pół elf i spojrzał skruszony na brata - Wybacz za to, co narobiłem wychodząc wtedy na deszcz…
- Najważniejsze, że cię żadna choroba nie dopadła. - Erilien choć jego dłos był spokojny i pełen optymizmu zaciskał jednak pięść aż mu kłykcie zbielały. Tak bardzo czuł się bezsilny bez opiekuńczej mocy Corellona, tak bardzo był teraz bezradny wobec najprostszej nawet dolegliwości.
Aeron uśmiechnął się trochę nerwowo widząc reakcję Eriliena, jednak odezwał się dość spokojnie i z pewnością w głosie:
- Choroba mi niestraszna, wytrzymały jestem.
Tym razem paladyn się nie kłócił, uśmiechnął się tylko i rozluźnił nieco.
- Dobrze, skoroś taki wytrzymały to pomożesz przy gotowaniu.
- Gotowaniu? - zbolały ton wydobywał się ze słów mieszańca - Nie chcę ci zabierać radości, jaką sprawia ci gotowanie. Niegodnym jest.
- Bzdura, nie mogę pozwolić by mój brat nudził się czekając na posiłek. Przy robocie czas szybciej zleci a i to co sam zrobisz smakuje zawsze lepiej.
Aeron mruknął coś pod nosem, co czułemu erilienowemu uchu wydawało się brzmieć jako "okropny dziad", ale nie mówiąc nic więcej poddał się pod "władanie" nadzorującego go w kuchennych sprawach elfa.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
Stary 17-05-2016, 00:34   #235
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
ROZDZIAŁ II: Łaska uzyskana, łaska utracona


Erilien en Treves

Następnego dnia Aeron stwierdził, że czuje się już dobrze, a i siedzenie w jednym miejscu w obcym im lesie, który był znany z mało przyjaznych mieszkańców (a dla niektórych elfy także się do tej grupy zaliczały), nie wydawało się najlepszym sposobem w momencie, w którym mieli poczynić jakieś postępy i przybliżyć się do stanięcia przed boskim przodkiem Tel'quessir. Aeron ruszył na przedzie, ostrożnie stawiając kroki, wytężając wzrok i słuch, aby poprowadzić ich dwójkę jak najlepiej umiał i nie wpakować się w większe kłopoty.

Jednak najwyraźniej kłopoty były ich drugimi imionami.

Erilien nie wiedział wedle czego prowadzi ich Aeron, ale jeżeli patrzeć tylko po pewności z jaką idzie, szli w dobrym kierunku. Oczywiście zdarzało się, że pół elf zatrzymywał się i rozglądał jakby w poszukiwaniu odpowiedniej drogi, jednak ogólnie poruszali się bez wielkich przestojów… i co najważniejsze nie trafili nieszczęśliwie na jakieś wrogiego im rezydenta lasu, czy na przyjaznego gwoli ścisłości.

I tak było aż do momentu, gdy słońce zaczęło zachodzić.

W trakcie podróży zatrzymywali się na krótkie odpoczynki czy posilenie się plackami Eriliena, jednak nadchodził czas na ten przykry elfiemu sercu dłuższy postój na sen Aerona. Bracia zaczęli rozglądać się nad najodpowiedniejszym miejscem na obozowanie, które miało być jednocześnie bezpieczne… przynajmniej na tyle, na ile w tym miejscu było to możliwe. Dziedzic Treves dopiero po chwili od zaistniałej zauważył zmianę w zachowaniu Aerona, który nagle zatrzymał się i wzmógł czujność wyraźnie nasłuchując czegoś. Erilien nawet nie zdążył dobrze otworzyć ust, gdy pół elf gestem dłoni go uciszył. Przez kilka miarowych oddechów stali tak w ciszy lasu, aby w końcu do uszu paladyna dotarło wytłumione szeleszczenie roślinności lasu, która uginała się pod ciężarem idących osób. Później do tego dźwięku doszedł również odgłos szamotaniny, kilka ludzkich przekleństw i upadek czegoś ciężkiego na ściółkę.

Aeron spojrzał z zaniepokojeniem na Eriliena, jednak zanim zdążyli pomyśleć o reakcji na to wszystko do ich uszu dotarły męskie słowa pełne złości.

- Jak chcesz, możemy porozmawiać i tu, niedorobiona elfko. - po tych słowach nadeszły kolejne, kobiece w śpiewnym języku Tel'Quessir, obrażające w jakże elegancki sposób matkę tego, który raczył się odezwać.

- Bądź tak miła i poprowadź nas, a my też będziemy mili dla ciebie i skończy się na wymianie takich grzeczności - ty zrobisz, co będziemy chcieli, a my nie zrobimy ci krzywdy. Prawda, że rysuje się to pięknie?

Tym słowom we Wspólnym języku wyraźnie kobiecym, chociaż wciąż szorstko ludzkim, towarzyszyła tylko cisza, którą przerwało poirytowane prychnięcie i odezwała się ponownie ta, która ostatnio zabrała głos.

- Najwyraźniej nie rysuje się tak pięknie jakbyś chciała. Spróbujmy sprawić, aby jednak to wydawało się być najpiękniejszą rzeczą, jakiej chciałabyś doświadczyć w życiu.




Theodor Greycliff

Po przepitej nocy, najpierw z partnerem w kasynowej zbrodni, później na doprawienie już w Trzech Srebrniakach z Elerdrinem (ku uciesze Arneliusa) Theodor czuł się doskonale (nie licząc pewnych sensacji związanych z piciem zbyt dużo), a pomyśleć że wcale nie tak dawno temu nie wiedział czy uda mu się wyjść z życiem z upadłej rezydencji.

Obudził się późno, wsłuchiwał w plotki z miasta, które jednostajnie skupiały się na domniemanej śmierci Machy. Z zadowoleniem oddawał się ukontentowaniu z dobrze rozpuszczonych owych plotek i przyzwyczajał dłoń do nowego ostrza i napajał wzrok jego kunsztem wykonania. Zaiste, dobrze wybrał gdzie ulokować pieniądze.

Zbliżało się umówione spotkanie na sparring z Ovelisem, kiedy służka karczemna powiadomiła go, że Arnelius chce z nim rozmawiać w swojej "kwaterze", jak nazywano niemiłe oku zaplecze, w którym obozował pan Trzech Srebrniaków i ich grzeszków, gdzie przyjmował petentów i kazał zaprowadzać w lepszym czy gorszym stanie dłużników.

Nie zdziwiło Theodora, że zastał Arneliusa jak zwykle zapracowanego. Ten człowiek żył tym co robił i to co robił dawało mu fundusze na życie. Zapisywał liczby w grubej księdze gdy pojawił się Greycliff. Nie przerwał swojego zajęcia pomimo nowej osoby w pomieszczeniu, a jedynie skinął dłonią na swoich dwóch ochroniarzy, aby poczekali na zewnątrz. Nie odezwał się ni słowem tylko wskazał powoli rozlatujące się krzesło w rogu pomieszczenia, na którego oparciu zaczął pleść swoją misterną pajęczynę jakiś pechowy pająk. Arnelius natomiast swoim bardzo starannym, aż za bardzo jak na warunku Skullportu, charakterem pisma zaczął dopisywać przy liczbach nazwiska i własne, maleńkie, notatki. Przez dłuższą chwilę panowała cisza przerywana jedynie sunięciem pióra po pergaminie, jednak w końcu pan i władca tego przybytku przerwał milczenie.

- Miasto robi się nerwowe. - odezwał się tym samym tonem, jakim zlecał pobicia dłużników. Beznamiętnym - Avaras robi się nerwowy. - zanurzył pióro w tuszu i wyciągnąwszy je powoli, obserwował w świetle świecy ubrudzony czernią jego czubek - Elerdrin robi się nerwowy, ale to jego naturalny, psi stan. - przesunął piórem po karcie księgi znacząc nim kolejne litery i mimo że zdawał się tym być całkowicie pochłonięty kontynuował myśl - Ja robię się nerwowy.

Odłożył pióro i uniósł wzrok na Theodora prezentując mu swoje spojrzenie opanowane aż do bólu i zapewne podobnie wyliczone.

- Czy wiesz dlaczego pomyliłem wczoraj liczby i nakazałem przypomnieć o długu temu, który go nie ma, a teraz będę stratny chcąc na zgodę zadośćuczynić dobremu klientowi?




Quelnatham Tassilar, Ocero Gazgo

Semberholme było całkowicie nowym miejscem dla Podróżnika Selune.

Ocero towarzyszyła Eslani, której uroda ustępowała jedynie ciekawości pół elfki. Wypytywała kapłana Selune o wszystko, o co się tylko dało, choć siłą woli panowała nad zadawaniem zbyt osobistych pytań, a jako harfiarka potrafiła prowadzić swoje małe przesłuchania. Nie można jednak było powiedzieć, aby jej obecność była przykra Ocero zważając, że stanowiła prawdziwie przyjazną duszę dla człowieka w tym miejscu. Rozpytywała o Silverymoon, o Waterdeep, o jego podróż z jednego do drugiego miasta, o jego przygody w ciągu lat życia. Sama była również skarbnicą opowieści i obycia w społecznościach, a w przeciwieństwie do Aerona chętniej dzieliła się z innymi tym, co siedziało w jej głowie, więc rozmowa skleiła się bardzo szybko, a Ocero nie czuł się przymuszany w żaden sposób do tolerowania obecności ciekawskiej pół elfki.

Czy Aeron był równie ciekaw wszystkiego?

- Mało mówisz o tym, co się wydarzyło po waszym dotarciu do Miasta Wspaniałości. - odezwała się, gdy Ocero zakończył dość zabawną historię z kultem Myrkula - A musiało wiele skoro Quelnatham przybył z tobą oraz z rannym innym elfem. I gdzie w tej opowieści waszej podróży zapodział się szalony paladyn oraz marudny wieszcz, jak ich nazwałeś?



Informacja o powrocie Quelnathama rozeszła się błyskawicznie po Semberholme nie tylko dlatego, że był on znanym i szanowanym członkiem społeczności, ale także (a może nawet szczególnie) dlatego, iż przyprowadził on ze sobą rannego Lyesatha oraz, co najdziwniejsze, towarzyszył mu człowiek.

Rozmowa z Melue, która towarzyszyła mu cały czas odkąd opuścił domostwo pozostawiając w nim Ocero była istnym balsamem dla duszy. Po wszystkim co wieszcz przeszedł te chwile normalności w domu, w towarzystwie bliskich jemu sercu osób zdawało się koić ból. Mógł chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkim, oddając się niezobowiązującej konwersacji z elfką.

- Mój duch został ukojony twym powrotem. - odezwała się ona do Quelnathama w drodze powrotnej do jego domu - Odkąd zaczął się cały chaos martwiłam się o twoje zdrowie, szczególnie kiedy magia zaczęła poddawać się kaprysom losu.

Zanim jednak zdołała dalej pociągnąć myśl Quelnatham zauważył od dłuższej chwili przysłuchującego im się elfiego chłopca o ciekawskim spojrzeniu i zabawnie puchatych jasnych włosach. Kiedy ten zorientował się, że zwrócono na niego uwagę wykonał coś, co gdyby nie było wykonane w pośpiechu mogło być ukłonem pełnym szacunku i wyrzucił z siebie potok elfich słów.

- Witaj Quelnathamie, przynoszę wieści, twój przyjaciel się ocknął i pytał o ciebie, mam powiedzieć, że przyjdziesz czy poczekasz do rana i czy mógłbym zobaczyć człowieka, z którym przybyłeś, proszę? - cały zlepek wypowiedział na jednym oddechu i prawie zakrztusił się na koniec.





 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 18-05-2016 o 02:05.
Zell jest offline  
Stary 23-05-2016, 12:40   #236
 
Jaśmin's Avatar
 
- Czy wiesz dlaczego pomyliłem wczoraj liczby i nakazałem przypomnieć o długu temu, który go nie ma, a teraz będę stratny chcąc na zgodę zadośćuczynić dobremu klientowi?

Theodor poprawił się na krześle.

-Chcesz powiedzieć mi coś ważnego, Arneliusie?

- To jest ważne. - prychnął mężczyzna urażony - Widzisz, nerwowy Skullport to większe gówno niż jest normalnie. Ludzie nie wiedzą czy to, na czym stoją śmierdzi bardziej od nich, a to nie jest dobry znak. Był Macha i trzymał innych za pyski - był pewien status quo. Nie ma Machy - każdy zaczyna sprawdzać ile może ugryźć zanim dostanie po pysku, szczególnie że jest szansa, iż król nie żyje. Rozumiesz?

-Co ja ci mogę powiedzieć - Theodor wzruszył ramionami - Nie będę cię przepraszał za to, że wolę Machę martwym niż żywym.

- Chcę żebyś wiedział co wychodzi z tego mrowiska, do którego włożyłeś kij. - mruknął Arnelius - A jeżeli Macha żyje i ma się świetnie, to jak wróci wierz mi, że będzie szukać winnych tego zamieszania z większą werwą niż pies, który zwęszył zdychającą ofiarę. Bierzesz to pod uwagę, chłopcze szczęścia?

-Chcesz mi w ten okrężny sposób powiedzieć, że nie jestem już u ciebie mile widziany? Powiedz to wprost i przestanę ściagać na ciebie kłopoty.

Zdarzyło się coś, czego Theodor jeszcze nie doświadczył, a i zapewne niewielu przed nim, jak i po nim miało doświadczyć. Arnelius roześmiał się w sposób, który jeżył włoski na skórze, a chyba miał być śmiechem rozbawienia…

- Nie jestem tchórzem, Theodorze Greycliff, a i ja chętnie zobaczyłbym jak Macha dynda na swoich flakach. Mówię to wszystko dlatego, że trzeba uzbroić się w ostrożność z tym co się robi, aby moje dziwki szepczące do uszu klientów plotki nie były narażone, aby nikt nie był w stanie dotrzeć do tych, co na mieście rozsiewają jad na Machę. Ten jego zastępca może być mało wart, jednak podejrzewam, że i on wie, iż trzeba takie rzeczy zabijać w zalążku dopóki nie wybuchło jeszcze miasto. Rozsiewam plotki, jak ci obiecałem, a jestem przecież człowiekiem honoru, jednak martwi mnie to, że prócz tego nie mamy planu na dalsze kroki, a jedynie podsycamy ten żar, którym grzeje się miasto.

-Co ja ci mogę powiedzieć? Nie myśl, że nie jestem ci wdzięczny. I twoim dziwkom też. Ale - Moneta uśmiechnął się niewesoło - Mogę cie pocieszyc, że jesli nawet my nie mamy planu to moi zwierzchnicy mają go jak najbardziej. Miej wiarę - zakończył patetycznie.

- Nie lubię polegać na nieznanych planach innych osób, o których wiem nie tak wiele, jak powinienem. - prychnął - Ale dobrze, niech i tak będzie. Za młodu ryzykowałem, to jak podrosłem też ryzykować mogę. Powiedz mi tylko czy prócz rozsiewania tych plotek, które zaczęły żyć własnym życiem, masz zamiar zrobić coś jeszcze?

-Na razie czekamy - Moneta pochylił się na krześle w kierunku rozmówcy - To wszystko co zrobiliśmy do tej pory miało na celu wywabić Machę z kryjówki. W końcu będzie musiał się ujawnić. Wtedy uderzymy.

- A jeżeli nie żyje bądź nie ma jego tłustego tyłka w okolicy?

-To samo - czekamy. Plan opiera się na tym, że Avaras nie jest tak kompetentny jak jego szef. Jesli okaże się, że Macha nie żyje to jeszcze trochę podkręcimy spiralę niepewnosci. Gdy krzesło Avarasa zacznie sie chwiać jego ludzie zaczną się poważnie zastanawiać czy warto z nim trzymać. Rozumiesz, moglibyśmy zacząc wojnę na ulicach już teraz, ale wolelibyśmy nie marnować ludzkiego materiału. Jeszcze trochę, Arneliusie. Jeszcze trochę.

Arnelius postukał palcami w powierzchnię stołu.

- Jeszcze trochę, co? Niech ci będzie, wykażę się swoją legendarną cierpliwością jeszcze pewien czas. Ty natomiast robisz… co? Bo ja wyciągam kasę od nałogowców kochających hazard i dziewczyny, Elerdrin robi mi za chłopca od wszystkiego, a ty?

-Kasa? Hazard? Frajerzy? Moje śniadanie obiad i kolacja? Tak jak ty żyjesz liczbami ja żyję hazardem w dosłownym tego słowa znaczeniu.

- Czyli rozrywka. - zawyrokował Arnelius - Jednak sądzę, że znalazłbyś sobie lepszą dziwkę niżeli hazard, który jest kapryśny.

-Żadna rozrywka! - oburzył się Moneta demonstracyjnie - Cieżka praca w pocie czoła! Zresztą, pokaz mi dziwkę, która nie byłaby kapryśna!

- Taka, która jest opłacona ponad swoje wdzięki i umiejętności. - wyszczerzył się Arnelius i skinął dłonią - Spadaj już, szczęściarzu, który może mnie ściągnąć na dno. Idź uprawiać hazard, miłość czy zapijaczać się - nie wiem co na dzisiaj masz w menu.

-Prawde mówiąc planowałem trochę rozruszać mięśnie i pofechtować. Jakby zjawił sie mój znajomek Ovelis, daj znać, dobra?

- Tylko nie pozwól się zabić. - stwierdził Arnelius - To byłoby przykre.

-Taaaa, założę się, że coś by ci pękło. Jak nie serce to konto bankowe - wyszczerzył się Moneta - Idę. Udanego dnia, Arnelius.


~~~~~~~~~~~~~~~


Ovelis przybył trochę później niż spodziewał się tego Theodor. Dziewka karczemna powiadomiła Greycliffa o oczekiwanym gościu i zastał on go nieopodal hazardzistów, którzy stawiali właśnie ostatnie miedziaki, które zostały na ten dekadzień.

-Ty chyba nie możesz bez tego żyć - wyszczerzył się Greycliff - Dobrze, że wpadłeś. Masz ochotę na mały sparing?

- Każdy musi mieć jakieś uzależnienie. - uśmiechnął się - Co zaś do sparringu… - poklepał po uwieszonym pasa mieczu - Przygotowałem się.

-No i dobrze. Ale wiesz, hazard to jedno, a pojedynek to coś innego. Jeśli jesteś kiepskim szermierzem nawet szczęście nie uratuje cię na długo. Ale po co ja ci mówie coś co sam świetnie wiesz. Chodź - Moneta klepnął Ovelisa po ramieniu - na tyłach zajazdu jest podwóreczko. W sam raz na gimnastykę.

- A udzielono ci pozwolenia, abyś wytarł sobą jego powierzchnię? - wyszczerzył się mężczyzna.

-Ktoś tu jest zbyt pewny siebie - uśmiechnął się Theodor - Chodź, nie traćmy czasu. Już nie mogę się doczekać…

Ovelis skinął głową i obaj ruszyli na tyły Trzech Srebrniaków. Wpuszczono ich tam bez żadnych obiekcji i zaraz obaj mężczyźni stali na uklepanej powierzchni tylnego podwórka karczmy. Ovelis wyciągnął dobrej roboty miecz ważąc go w dłoni i obserwując oponenta.

- Jakieś zasady?

-Dżentelmen nie celuje w oczy. A jeśli już wydłubiesz mi oko to uważaj żeby na nie nie nadepnąć - Greycliff dobył rapiera i stanął w postawie szermierczej z jedną stopa wysuniętą do przodu z ostrzem wycelowanym w gardło przeciwnika.

- Dlatego dżentelmeni są na wymarciu. - odparł Ovelis i sam stanął na pozycji, wyraźnie jednak nie mając zamiaru atakować jako pierwszy.

-Pierwsza zasada walki - wycedził Theodor - Zawsze atakuj pierwszy - w tej samej chwili wykonał markowany wypad do przodu wyraźnie sprawdzając refleks Ovelisa. Skinął z zadowoleniem głową gdy przeciwnik zareagował w tempo. Moneta zaczął powoli i z wyrachowaniem okrążać Ovelisa od czasu do czasu markując atak szukając najlepszego momentu by zaatakować.

Refleks Ovelisa był diablo skuteczny i choć przeciwnik nie wyglądał na chętnego do przejęcia pałeczki ataku to także nie dawał się wykiwać.

- A więc bawimy się? - rzucił podążając za okrążającym go Theodorem.

Przez dłuższą chwilę obaj mężczyźni badali nawzajem swoje reakcje. Ovelis wyraźnie wolał czekać. Moneta przez jakiś czas krążył, w końcu dostrzegł otwarcie i natychmiast zaatakował wyciągniętą primą mierząc w serce Ovelisa gotów zatrzymać cios gdyby przeciwnik nie zdążył zareagować.

Wydawało się, że nie zdąży i Theodor już miał zatrzymać cios, gdy jego miecz został odbity, a Ovelis praktycznie natychmiast skierował własne ostrze ku gardłu Monety. Greycliffowi udało się jednak sparować cios.

Już po chwili obaj walczący weszli w łamany rytm pojedynku zasypując się nawzajem ciosami w szybkim tempie atak-riposta. Intensywna praca nóg, ciągłe doskoki i odskoki. W pewnej chwili Theodor potknął się, a jego przeciwnik momentalnie zaatakował mierząc w udo. Błąd, Theodor natychmiast porzucił chwiejną postawę jak znoszony płaszcz i odpowiedział błyskawicznym pchnięciem w gardło. Ovelis odskoczył chwiejnie.

Przez dłuższy czas obaj mężczyźni walczyli na tym samym poziomie, jednak wydawało się, że to Ovelis szybciej się męczy. Theodor odnalazł lukę w postawie przeciwnika i szybkim pchnięciem wykorzystał własną przewagę. Zatrzymał ostrze tuż przed gardłem Ovelisa, który uniósł ręce w geście poddania się.

-Jeden zero - uśmiechnał się Theodor wracając do postawy wyjściowej - Jeszcze jedno złożenie?

Tym razem to Ovelis zaatakował pierwszy i to rozdanie wyglądało inaczej od poprzedniego, jako że było bardziej agresywne. Przeciwnik wyprowadził sporo szybkich pchnięć, więc Theodor musiał przejść na początku do defensywy ledwo unikając ataków, jednak kiedy zmęczony Ovelis na chwilę zawahał się przed kolejnym ciosem Greycliff wykorzystał ten moment i zaraz miecz Monety zadrapał nieznacznie gardło przeciwnika.

-Chyba masz juz dosyć - zawyrokował Moneta opuszczając gardę - Zmęczony? Idziemy się napić?

- Nigdy nie byłem świetny w tej grze. - odparł Ovelis chowając miecz i wyszczerzył się - Ale w piciu zawsze dobry byłem.

-Każdy ma słabe i mocne strony - rzekł Theo sentencjonalnie chowając rapier - Chodź, zobaczymy czy ta kutwa Arnelius da się namówić na postawienie nam lepszego wina. Tak przy okazji, niezły pojedynek. Tylko trochę szybko się męczysz. Warto by nad tym popracować, nie uważasz?

- Wezmę to pod uwagę, ale mój mistrz mówił mi to samo. - zaśmiał się Ovelis - A kimże jest Arnelius?

-Panem i władcą tego przybytku. Bogiem tutejszych hazardzistów, pijaków i milośników pozamałżeńskiego seksu - Theo odpowiedział uśmiechem - Moja rada, nie zadłuż się u niego. Potrafi być wredny dla dłużników.

- Wiesz to z własnego doświadczenia? - zapytał odwracając się do wejścia… w którym stał nikt inny jak rzeczony Arnelius.

-Czyżbym poruszał się jakbym miał połamane kolana? - zażartował Theodor - Arneliusie! Co tam znowu?

- Przyszedłem zobaczyć twoją porażkę, jako że jestem jakoś spragniony rozrywki, ale mi jej nie dałeś. - odparł Arnelius - A co do wina to nie wmówisz mi, że nie masz funduszy.

-Fundusze mam. Pytanie czy ty masz dobre wino. Amnijskie czerwone?

- Tylko dla dobrych klientów i na własny użytek.

-Ach, dziekuję za komplement. Amnijskie czerwone, dobre sobie. Tę ciecz pędzisz pewnie ze starych ziemniaków i sznurowadeł. Mylę się?

- Pędzę z dłużników oraz z tych, którzy mają zbyt wielką gębę, mój drogi. - odciął się z wrednym uśmiechem Arnelius.

-Juz nic nie mówię. Gdzie to wino? Fechtunek to strasznie wysuszajaca rozrywka…

- Każę wam je przynieść, tak jak rachunek. - odparł Arnelius i bez dalszych słów zniknął w środku karczmy.
 
Jaśmin jest offline  
Stary 23-05-2016, 22:43   #237
 
Quelnatham's Avatar
 
Mag roześmiał się szczerze. Dziecięca beztroska zupełnie go rozbroiła. Zapomniał przecież, że może być na świecie ktoś, kto nie roztrząsa wielkich wydarzeń i mrocznych znaków ostatnich miesięcy.
- Wspaniale! Już do niego idę. Chodź ze mną Melue, twoja uroda to najlepsze lekarstwo dla każdego strapionego elfa.
Do chłopca zaś powiedział:
- Człowiek jest w moim domu, nad świątynią Labelasa. Możesz go zobaczyć, tylko go nie spłosz! To w końcu mój gość. - dodał niby to grożąc palcem.
Młody elf, przejęty i zaczerwieniony, pobiegł w te pędy swoją drogą, zaś Melue i Quelnatham nieśpiesznie ruszyli w kierunku białych iglic świątyni Corellona.
- Trzy dni w domu wyleczą mnie ze wszystkich smutków. Ale Semberholme nie miałoby swego uroku gdyby cię tu nie było. Pozwól proszę, choć w pół drogi, wręczyć ci ten drobny upominek. - wyciągnął z zanadrza błękitną sakiewkę, w której schował dawno kupiony prezent.
Melue spojrzała zaciekawiona na woreczek i zaraz wyciągnęła z niego biżuterię, którą dla niej zakupił Quelnatham.
- Och, to… niespodziewane. - uśmiechnęła się szeroko oglądając prezent - Jest piękny… - zawyrokowała, a jej szczere spojrzenie jasno mówiło, że kobieta nie kłamie - Dziękuję bardzo, Quelnathamie. - dodała, po czym delikatnie przytuliła wieszcza wyraźnie uradowana - Z twoim powrotem to miejsce zyskało barw.


Po krótkim spacerze dotarli do świątyni i weszli do skrzydła, które pełniło rolę semberholmskiej lecznicy. Na jednym z łóżek, z opatrzoną głową, ale już przytomny leżał Lyesath.
Złoty elf patrzył w kierunku wyjścia ze skrzydła, więc od razu zauważył wchodzącą parę Tel'quessir.
- Quelnathamie… Pani. - powiał ich i zmieszany dodał - Tyle szaleństwa przeze mne…
- Spokojnie mój drogi, to nie twoja wina. Jak się czujesz? - zapytał troskliwie wieszcz. Poniekąd sam obwiniał się za ten rozwój wypadków. Mógł przewidzieć, że magia w tym czasie niesie niespodziewane, a nawet śmiertelne konsekwencje. Szczęśliwie dla Lyesatha, najgorszego udało się uniknąć.
- Czuję się według mnie na tyle dobrze, że mógłbym ruszać dalej lecz kapłani chcą, abym się wstrzymał. Cóż, chyba powinienem się zdać na ich słowa, chociaż nie jest mi to w smak.
- Wstrzymaj się, wstrzymaj. - spojrzał przy tym przeciągle na Melue. - Wszystkim nam dobrze zrobi kilka dni odpoczynku. Jesteśmy tu w bezpiecznym miejscu. Corellon osobiście czuwa nad wszystkim i nawet mi dawne sprawy nie wydają się tak pilne.
- Odpoczynek faktycznie przyda się wszystkim. - poparła Quelnathama elfka, którą zdobił prezent wieszcza - Lepiej zatroszczyć się o swoje zdrowie teraz, bo nigdy nie wiadomo czy później będzie na to czas.
- Mądrze prawisz, pani. - zgodził się Lyesath z jej słowami, po czym przeniósł wzrok na elfa - Masz już jakieś plany jak wykorzystasz czas w swoim domu?
- Och, oczywiście. Nie widziałem się jeszcze ze wszystkimi przyjaciółmi, z niektórymi zamieniłem tylko kilka słów. Aura tego miejsca łagodzi rany duszy, choćby tylko siedziało się w miejscu. Jest jeszcze mój gość - człowiek zapewne również będzie wymagał szczególnej uwagi - przypomniał sobie o Ocero.
- Elfi Dwór nie jest daleko, a szlaki działają. Przez posłańców możemy już próbować załatwić pewne sprawy, w ostateczności chociaż się zapowiedzieć przed wizytą.
- Powiem szczerze, że patrząc po naszych kłopotach z teleportacją standardowe przemierzanie szlaków będzie mało problematyczne. - odparł Lyesath - A zakładam, że mój mistrz, do którego mamy się zwrócić w sprawie tej całej klątwy również udał się w pobliże naszego boskiego przodka.
- Twój mistrz? - zapytała delikatnie elfka, na co mag skinął głową.
- Tak. Sarvelis Denerain.
Melue przez moment przypatrywała się rannemu, ale nie skomentowała jego słów, miast tego zwróciła się ogólnie.
- Tak naprawdę to i ja powinnam się udać na miejsce, czego jeszcze nie zrobiłam, ale i maga może zmrozić nabożna trwoga.
- Domyślam się, że nie każdy dostępuje zaszczytu widzenia boskich twarzy. Ale to w Elfim Dworze zgromadzili się teraz najmożniejsi z naszego rodzaju. Tylko tam nam szukać pomocy. - przerwał na chwilę i na odchodne zapewnił jeszcze towarzysza. - Niczym się nie przejmuj Lyesacie. Wypoczywaj i wracaj do zdrowia. Wyślę wiadomości i dopiero kiedy wszyscy będziemy gotowi i pełni sił wyruszymy w dalszą drogę.
- Dobrze w takim razie. Ja postaram się odpoczywać, choć nie wiem ile zdołał wysiedzieć w łóżku. - uśmiechnął się lekko - Korzystaj z pobytu w domu, Quelnathamie.

Mag poszedł jeszcze wypytać kapłanów. Wolał wiedzieć dokładnie co sądzą sami uzdrowiciele i kiedy Lyesath będzie w stanie podjąć podróż. Usłyszał, że stan pacjenta jest dobry, a mikstura którą dostał w czas uratowała mu życie. Podziękował raz jeszcze za opiekę nad przyjacielem i wyszli na zewnątrz.

Quelnatham zastanawiał się. Dawał sobie dwa, góra trzy dni w Semberholme. Wolałby zostać dłużej, ale widział i wiedział, że jego towarzysze podróży czują się bardziej przynaglani. Przez ten czas - myślał sobie - zdąży się wywiedzieć wszystkiego o stosunkach we Dworze, wysłucha rad i pouczeń bardziej zorientowanych od niego, może wyprawi małe przyjęcie, spisze listy i zbierze notatki. Ale przede wszystkim nacieszy się do woli.

***

Wieczorem, gdy siadał do kolacji w gronie dawna niewidzianych przyjaciół, miał poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Zrobił już wszystko co mógł. Wysłał listy do przyjaciół, którzy byli w Elfim Dworze, do Olin Gisir, do kapłanów Corellona i Labelasa, do mistrza Lyesatha oraz ważnych przedstawicieli Dworu. Referował w nich to czego dowiedział się na Północy, prosił o pomoc przy rozwikłaniu zagadki tajemniczego noża albo zwyczajnie prosił o gościnę. Wiadomości powinny były dotrzeć do adresatów najdalej do południa następnego dnia, a zatem kiedy wyruszą wszyscy będą już powiadomieni. Teraz pozostał odpoczynek.
 
Quelnatham jest offline  
Stary 30-05-2016, 20:47   #238
 
Seachmall's Avatar
 
Ocero delikatnie się zaśmiał.
- Och, działo się, a działo. Pod moją nieobecność zniszczono mój dom, mój adoptowany ojciec stracił wiarę i trafił do schroniska dla szaleńców, w mieście szerzył się kult bezwiary, mojego ojca zaciągnął na krucjatę rycerz Myrkula przeciwko temu kultowi i w jakiś sposób dałem się w to wciągnąć. Dużo płaczu, śmierci i mnie wyklinającego na świat, że nie chce mnie zostawić w spokoju.
- Zaiste i dla ciebie ostatni czas był kolorowy wydarzeniami, Ocero. Czemu jednak nie zostałeś w swoim rodzinnym mieście tylko ruszyłeś do Cormanthoru?
- Milczenie bogów wstrząsnęło nami wszystkimi. Kiedy usłyszałem, że Corellon Larethian pojawił się w tym lesie… no nie miałem zbytniego wyboru, ponieważ "Szalony Paladyn" adoptował naszego "Rudego Pół-elfa" jako brata, po czym ruszył tutaj nawet na nas nie czekając. Dla dobra ich obu przybyłem tutaj. Szansa na otrzymanie odpowiedzi na kilka pytań również jest kusząca.
- A gdzież oni teraz są?
- Nie mam pojęcia szczerze. Podejrzewam, że w drodze do Corellona więc, najpewniej tam ma zamiar się udać Quelnatham.
- Mam nadzieję, że wiedzą oni jak do Niego kroczyć.
- Ja się lękam, co zrobi Erilien jak go zobaczy… moja wyobraźnia ciągle wraca do scenariusza, gdzie oskarża go o bycie drowem.
Kobieta zamrugała szybko zbita z tropu.
- Drowem? Corellona?
- Uwierz mi, nie zdziwiłoby mnie gdyby tak się stało. Biedak tak się załamał utratą kontaktu ze swym bogiem, że wstąpił na drogę odkupienia. W jego przypadku odkupienie oznacza śmierć wszystkich drowów… chyba macie już boga od tego prawda?
- Shevarash, Czarny Łucznik. - odparła pół elfka - Niemniej jeżeli u tych dwóch również wchodziła w rachubę teleportacja.... Może być z nimi różnie.
- O Eriliena się mniej przejmuje. To smarkacz jak na elfa, ale jest "dorosły". Aeron niby też, ale my wciągnęlismy go w tą przygodę. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś mu się stąło.
- Co masz zamiar zrobić, żeby go odnaleźć, w takim razie?
- Ja? W chwili obecnej jestem mniej w stanie zrobić niż rozpustnica w domu pełnym eunuchów. Od czasu milczenia nie mam kontaktu z Selune, a od czasu potyczki z kultem nie mogę już korzystać z magii. Muszę się zdać na magię Quelnathama i mój osobisty wdzięk, aby zdobyć informacje o obecnym położeniu Ojca Elfów.
- Miejscem, w którym przebywa Corellon jest Elfi Dwór i tam też zgromadziło się naprawdę wielu możnych, więc sądzę, że w to miejsce będziecie z Quelnathamem podążali.
Ocero się wyszczerzył.
- Widzisz? Osobisty wdzięk! Nigdy mnie nie zawiódł.
Eslani również uśmiechnęła się szeroko.
- Kiedy tak o tym mówisz to nawet ta blizna na twojej głowie zaczyna ci nadawać takiego męskiego posmaku.
Selunita delikatnie zamyślił się nad "męskim posmakiem" i odruchowo pogładził się po bliźnie.
- Jedna z sióstr z mojej świątyni zaoferowała mi pozbycie się jej. Odmówiłem.
- I to jest prawdziwy mężczyzna. W chwilach, gdy magia lecznicza jest na wyczerpaniu nie poddaje się jej dla zabiegów kosmetycznych!
- Och, nie. W każdej innej sytuacji bym się pozbył tego szkaradztwa. Kobiety nie przepadają, aż tak za bliznami. Zostawiłem ją na pamiątkę. Żeby nie zapomnieć.
- Nie zapomnieć o zagrożeniach, jakie czają się w sercach śmiertelnych, gdy świat się wali?
- To, oraz o duszach, których losu nie jestem pewny. Od czasu milczenia bogów, byłem świadkiem wielu śmierci, sam wysłałem kogoś na Plan Letargu. Skoro jednak bogowie są teraz tu… co z tymi, którzy oczekują ich pod miastem Myrkula? Czy są łatwym łupem dla demonów? Czy błąkają się jednak ciągle wśród nas? Nie mogę zapomnieć o tym, o co naprawdę powinno się teraz walczyć. O przywrócenie ładu na planach.
- Ale co mogą zrobić śmiertelni z tym, na co jedynie nieśmiertelni mają moc?
- Coś sprawiło, że bogowie wylądowali tutaj. Jeżeli nie jest to spontaniczna masowa decyzja na wakacje wśród wyznawców, to ich obecność tu ma jakiś cel, trzeba go poznać i pomóc im go osiągnąć.
- Nie sądzisz, że może to być zakazane dla nas, śmiertelnych? - skrzywiła się pół elfka - Może wcale nie powinniśmy próbować pomóc bogom, tak jak dzieci nie powinny wtrącać się w sprawy dorosłych, dla swojego własnego dobra.
- To niech powiedzą, że to zakazane. - Ocero uniósł obie dłonie jako szalki wagi - Z jednej strony pomoc bogom, może wiązać się z niebezpieczeństwem, z drugiej ich obecność tu NA PEWNO jest niebezpieczna. Wyobrażasz sobie co musi planować Bane? Czy Malar? W momencie kiedy co do ambitniejsi bogowie dowiedzą się o swojej pozycji rozpoczną się wojny wiary. Lathanderyci pójdą niszczyć świątynie Myrkula, Bane'ici ruszą na podbój świata, Silvanusianie pewnie spalą kilka miast, bo niszczą naturalny ład świata. Ludzie potrafią robić szalone rzeczy dla wiary, jak sądzisz co będą w stanie zrobić jeżeli ich bóg faktycznie do nich podejdzie z jakąś prośbą?
- Sądzę, że jeżeli ktoś powinien się tym zająć to na pewno nie maluczcy tego świata. Ty czy ja… jakie my mamy siły? - urwała na moment - Z drugiej strony nieznane są koleje losu szczególnie w momencie, gdy jego boginie prawdopodobnie zeszły z niebios.
Ocero zamyślił się na chwile.
- Beshaba i Tymora siedzą i grają w karty… jak sądzisz kto wygra?
Eslani milczała rozważając pytanie, gdy od strony drzwi doszło Ocero szurnięcie. Zaglądał przez nie jasnowłosy, mały chłopiec elfi, który w momencie, gdy skrzyżował spojrzenie z kapłanem przestraszył się i schował ponownie za nimi.
Ocero przekrzywił głowę.
- Ostatnio widziałem taką reakcję w jednej karczmie… tylko, że to była gnomka… Chłopcze wyjdź jeżeli chcesz porozmawiać!
Odpowiedziało mu milczenie, na co Eslani powiedziała kilka słów w elfim języku, które zaskutkowały tym, że chłopiec ponownie pojawił się w drzwiach patrzac wielkimi oczyma na Ocero.
- Jest jeszcze mały, nie uczył się Wspólnego.
- Świetnie. Mój elfi jest jeszcze w powijakach, ale ze słuchu coś zrozumiem. - Przykucnął, aby być na poziomie malca i uśmiechnął się delikatnie. Po czym wypowiedział kilka słów w elfim - Spokojnie, nie gryzę. - były to chyba pierwsze słowa w tym języku, które poznał.
Na dźwięk tych słów chłopiec roześmiał się i wyrzucił z siebie zbyt szybkie słowa, aby Ocero mógł je zrozumieć.
- Śmieszy go twoje obeznanie w tym języku. - Eslani również chichotała cichutko - Najpewniej chciał zobaczyć człowieka.
- Nie wiem, czy jestem najlepszym okazem, aby reprezentować swój rodzaj. Czy mam coś zrobić? Ma jakieś pytania?
Eslani wypowiedziała kilka zdań do małego w tym śpiewnym języku, który z jej ust brzmiał, jakby faktyczny elf je wypowiadał. Chłopiec zamyślił się, po czym odpowiedział kobiecie.
- Pyta czy dzieci śmieją się z twoich uszu, ile osób zabiłeś i chciałby, abyś podniósł coś ciężkiego.
- Tylko elfie, straciłem rachubę jakieś dziesięć lat temu, nie wiem jak z ciężkim, ale mogę jego podnieść sobie nad głowę.
Zaczęły się negocjacje, bo najwyraźniej chłopiec nie ufał człowiekowi, jednak obecność Eslani oraz czysta ciekawość sprawiły, że podszedł on do Ocero i spojrzał w pełnym oczekiwaniu.
Ocero uśmiechnął się, chwycił malca pod ramionami i uniósł tak wysoko jak mógł, obracając się przy tym.
- I jak?
Dziecko śmiało się zachwycone tym wszystkim, zaś Eslani zapytała:
- Posiadasz dzieci?
- Nie żeby mi było o tym wiadomo. - Selunita postawił malca - Wziąłem w opiekę bezdomne dzieci z dzielnicy portowej Waterdeep. Dawałem im jeść, czyste ubrania, leczyłem choroby. - odsunął się z chłopcem od kobiety, po czym pewnie ujął go za ręce i zaczął się kręcić w kółko, dziecko leciało kręcąc się za kapłanem.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline  
Stary 31-05-2016, 01:47   #239
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
ROZDZIAŁ II: Łaska uzyskana, łaska utracona


Theodor Greycliff

Arnelius miał swoje racje.

Theodor faktycznie grzebał kijem w mrowisku, co mogło sprowadzić kłopoty, ale przynajmniej Arnelius nie wycofał się z ich układu. Wszak mogło to popsuć szyki, a przynajmniej spowolnić rozsiewanie tego chaosu w Skullporcie. Tego samego dnia, kiedy fechtował z Ovelisem dowiedział się także od Elerdrina, że ta kutwa, która zarządza Trzema Srebrniakami nawet dała ćwierć drowowi fundusze na wizyty w różnych przybytkach wszelakich przyjemności, aby i tam mógł rozsiewać plotki. Gorszą sprawą było, że najwyraźniej Arnelius dopisywał to wszystko do ,stworzonej na potrzeby chwili, listy długów Theodora. Ten człowiek umiał dbać o swoje…

Niemniej Arnelius stał twardo na kamieniach Portu Czaszek i zdawał sobie sprawę z całego niebezpieczeństwa tych zabaw, co jednak nie zabraniało mu czerpać z tego wszystkiego swojej patologicznej radości. Cóż, wszystko tylko po to, aby dopaść Machę, prawda?

Coś się jednak zmieniło…

Z całego Faerunu dochodziły wieści o pojawieniu się wśród śmiertelnych bogów i nie były to tylko bajania bab na targu czy fantastyczne opowieści dla dzieci. W Waterdeep czy Skullporcie nie pojawiły się żaden bóg (choć ponoć w Porcie Cieni pojawiła się jedna drowia bogini, jednak szybko zniknęła), ale to, co mówili inni dawało całkowitą pewność i ciężko było nie wierzyć w te sensacje. Co to oznaczało jednak dla Theodora? Świat się zmieniał i prawdopodobnie mogło się to odbić i na Greycliffie, jednak był on w tym momencie tak zaślepiony żądzą zemsty, że nie liczyło się nic innego poza nią, a później…

...później się zobaczy.

Theodor wyszedł z karczmy Arneliusa w doskonałym nastroju, wyspany, najedzony niezbyt dobrą potrawką serwowaną w Trzech Srebrniakach z zaspokojonym pragnieniem dzięki amnijskiemu winu, jakie otrzymał od pana karczmy (za które najpewniej doliczone zostało do jego listy długów). Przechadzał się po Skullporcie wsłuchując się w muzykę plotek na temat Machy, zadowolony z tego chaosu, którego był autorem. Na tyle był zachwycony jego słodkim zapachem, że wydawało mu się być najpiękniejszą wonią, jaką kiedykolwiek czuł. Będąc w takim nastroju początkowo nie zrozumiał tego co widzi, a kiedy złączył wzrok z pamięcią był zbyt zaskoczony, aby pierwszy zareagować. Wpierw wydawało mu się, że widzi czterech mężczyzn stojących mu na drodze i zagradzających mu dalsze przejście. Dopiero później, gdy jego wzrok padł na jednego z nich z szczerym zaskoczeniem dotarło do niego kogo widzi.

Naprzeciw niego stał Avaras.

Wciąż był tym niepozornym, dość pospolicie wyglądającym mężczyzną, jakiego kojarzył ze wczesnych lat pracy u Machy, ciemnowłosy i wydający się jakby zastraszony, jednak jedynie co miał niepospolite to wzrok. Twardy i przenikliwy, a jednocześnie w tej chwili dość zaciekawiony osobą Theodora. Gdy jednak Greycliff się odwrócił zobaczył wychodzących z bocznych alejek jeszcze trzech osobników o aparycji nieskażonej intelektem.

- Chyba musimy porozmawiać. - odezwał się cicho Avaras - Chociaż ty najwyraźniej od dłuższego czasu pragnąłeś mojej uwagi.



Quelnatham Tassilar, Ocero Gazgo

...IN PROGRESS...




 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 31-05-2016 o 02:05.
Zell jest offline  
Stary 29-09-2016, 20:59   #240
 
abishai's Avatar
 
Gaspar przyglądał się przez chwilę im, po czym ruszył ku nim tuż po przebraniu w swe szaty. Skłonił się im obojgu, szarmancko machając kapeluszem. - Radujcie się, przyjdzie wam pomóc w szlachetnej misji spełnianej przez Azul Gato!
Dwójka spojrzała z zaskoczeniem na Gaspara i po wymienieniu między sobą spojrzeń odezwała się kobieta uśmiechając z niejakim rozbawieniem.
- Gato? Naprawdę? - spojrzała ponownie na bliźniaka - Wygrałeś.
Młody mężczyzna uśmiechnął się triumfalnie.
-Tak. Gato. Ufam że ogólnie was wtajemniczono w sytuację?- spytał Gaspar niezrażony brakiem zachwytu u tej parki.
- Nie byłoby nas tu gdyby nas o niczym nie poinformowano. - odparł mężczyzna - Ale, że sam wspaniały Gato jest w to zamieszany? Ha! Niespodzianka! Wielkie dzięki, że się pojawiłeś, bo moja siostra upierała się, że jesteś tylko miejską legendą, pod którą kryje się sklerotyczny starzec. Dzięki tobie wygrałem pięć sztuk złota!
- Tylko nie przepij wszystkiego w jednym miejscu… - burknęła kobieta.
- Z pewnością autentyczny. Można dotknąć płaszcza i w ogóle. A więc mój plan jest taki, że wchodzimy po waszemu. Wy tu jesteście specjalistami od włamywania się. Musicie doprowadzić mnie do komnat gościnnych i zabezpieczyć to spotkanie z pewnym… szlacheckim wyciorem. W razie czego moja magia i sztuczki pomogą nam się ulotnić, ale to raczej ostateczność.
Mężczyzna spojrzał w kierunku posiadłości, zaś jego siostra spojrzała ciekawsko na Azul Gato.
- A odkąd to koci bohater potrzebuje pomocy nas, maluczkich, w dostaniu się i to do pewnego szlachcica?
- To… se… kret.- mruknął czarodziej przykładając palec do ust.- A poza tym, ten tutaj ponoć wielce drażliwy na punkcie bezpieczeństwa. Pewnie nie bez powodu.
- A masz jakiekolwiek pojęcie gdzie dokładnie on się znajduje? Włam to nie problem, ale dalej…
- Przypuszczam że w komnatach gościnnych.- ocenił Azul Gato.- Na miejscu czujki wypuszczę, jak już będziemy za barierą magicznych zabezpieczeń.
- Brałeś już kiedyś udział w takich akcjach? Z włamywaniem się i całą resztą? Czy tylko po dachach biegałeś?
- Brałem brałem…- machnął ręką Gato.- Znam się na tym, dlatego wiem kiedy moje własne siły nie wystarczą.
- To duża posiadłość, a my mamy jeszcze zabezpieczać twoje pogaduszki. Musimy wiedzieć jaki, o ile jakikolwiek, masz plan na to, co będzie po wdarciu się do środka. Tam zapewne jest sporo służby i straży. Byłeś ty kiedyś w takiej rezydencji?
- Nie raz. Przemkniemy bezpiecznie.- odparł Azul pocierając podstawę nosa.- Jeśli chcecie mieć rozrysowaną mapę posiadłości, rozkład posterunków straży i tym podobne, to skoro wasza pracodawczyni nie potrafiła jej załatwić, to ja tego z zadka jej nie wyciągnę. Nie odzyskam bowiem czasu, który zmarnowałem słuchając jej “światłych” rad.
Bliźnięta spojrzały po sobie uśmiechając się jakoś dziwnie, po czym kobieta skinęła głową.
- Tylko nie przeszkadzaj kotku, a wszystko pójdzie gładko i spotkasz się ze swoją słabostką, do której tak bardzo pragniesz się dostać.
- Nie zamierzam się wtrącać w robotę fachowców. Znam swoje możliwości i miejsce. O to się nie martwcie.- odparł z wesołym uśmiechem Azul Gato.



Poszło lepiej niż Gaspar mógł się spodziewać. Tych dwoje było profesjonalistami.

Musieli znać przynajmniej częściowe rozłożenie straży, jak i sposoby dostania się do środka nie frontowymi drzwiami, bo bez chwili wahania wybrali odpowiedni moment i miejsce na włam. Zgrabnie przedostali się przez ogrodzenie ogrodu, w odpowiednim momencie zatrzymywali Gaspara, aby jeden ze strażników przeszedł nic nieświadom obok nich. Nie zmieszali się na widok zabezpieczeń okna i po trochę dłuższej chwili stanęło ono otworem bez wszczynania jakiegokolwiek alarmu. Znaleźli się w kuchni pozbawionej żywego ducha, kiedy brat odezwał się cicho do Gaspara:
- Pokoje gościnne powinny znajdować się poziom wyżej. - wysupłał z pasa z masą kieszonek jedną niewielką buteleczkę - Proszę, taki prezent.
- Gato… - odezwała się równie cicho kobieta rozglądając po otoczeniu - Aż zgłodniałam. Zaprosisz mnie po wszystkim na kolację, hmm?
- Hmm… to zależy, czy lubisz… kolacje przy świetle księżyca, na dachu świątyni? Znam w budowli Sharess taki miły zakątek.- mruknął pół żartem pół serio Gaspar biorąc buteleczkę i chowając do bandolieru.- A co jest w tej fiolce?
- Musimy przedostać się do pokoi gościnnych, a niestety możemy natrafić na dwóch czy trzech strażników po drodze. Uznaj to za prezent, pomoże ci pozostać niezauważonym, o ile nie narobisz hałasu. - odparł mężczyzna, a zdanie kontynuowała kobieta.
- Ale jesteś kotkiem, a kotki stąpają cicho na swoich poduszeczkach. Co zaś się tyczy kolacji… - uśmiechnęła się - Nie pogardzę miejscem. - na te słowa jej brat wzniósł wzrok ku górze.
- Proponuję tam świętować wykonanie zadania, jeśli ty nie masz nic przeciwko i twój… brat.- mruknął cicho czarodziej zamierzając skorzystać z fiolki dopiero, gdy będzie ku temu potrzeba.- Od razu… szykuje się piękna noc, a ja nie mam planów na później.
- Cokolwiek. - mruknął mężczyzna, a kobieta wyszczerzyła się radośnie.
- Chodź, kotku. Idź za nami grzecznie, a wszystko pójdzie gładko.

Faktycznie, owa dwójka wiedziała co i jak robić. W pewnym momencie Gaspar nie wiedział już gdzie dokładnie się znajduje, bo wchodzili w różne korytarze, do różnych pokoi, a wszystko po to, żeby uniknąć strażników oraz domowników. Jeden raz rodzeństwo zakręciło się myląc drogę, ale zaraz wróciło na odpowiedni szlak… a przynajmniej Azul Gato miał taką nadzieję.

Mieli już wejść po schodach, gdy kobieta zatrzymała ruchem ręki Gaspara i szepnęła:
- Straż.
Sama wraz z bratem wyjęła taką samą buteleczkę, jaką dostał Wyrmspike dodając:
- Na górze jest dwóch. Przejdziemy obok nich i skręcimy w lewo, tam są pokoje gościnne.
Gaspar skinął głową i wypił zawartość darowanej wcześniej fioki podążając za rodzeństwem.
Rodzeństwo zaraz także opróżniło zawartości swoich buteleczek, które zapewniły im osłonę niewidzialności, jak i Gasparowi zapewniła jego.

Na górze faktycznie było dwóch stróżów domu i jego domowników oraz gości, ale w aktualnej chwili prowadzili cichą, acz pochłaniającą rozmowę i cała trójka włamywaczy dzięki osłonie niewidzialności przemknęła obok nich niezauważona. Znaleźli się w dość długim korytarzu pełnym pokoi i Gaspar mógł mieć wątpliwości gdzie konkretnie znajdzie Naraltana, gdyby nie ślepy strzał losu. Jedne z tych drzwi zostały niespodziewanie otwarte i z pomieszczenia wyszedł starszawy już szlachcic w odzieniu, które mogło zawstydzić pomniejsze rody, a Gaspar rozpoznał w tej osobie nikogo innego jak pana tej rezydencji.
- Zobaczysz. - odezwał się mężczyzna kierując swe słowa do wnętrza pokoju, z którego właśnie wyszedł - Wszystko pójdzie tak, jak powinno.
Po tych słowach starszawy szlachcic odwrócił się zamykając za sobą drzwi i ruszył korytarzem do schodów mijając ukrytą trójkę, a kiedy zniknął za załomem usłyszeli jeszcze, jak strażnicy, którzy ich "przepuścili" posłusznie raportują, że nie było żadnych problemów. Po krótkiej wymianie zdań ucichły wszystkie głosy, prócz szepczących między sobą ochroniarzy.
- No to wiemy gdzie mam wejść.- szepnął cicho Gaspar i ruszył w kierunku drzwi.- Dopilnujcie, by nikt mi nie przeszkadzał.
- Zrozumiane. - nadeszła odpowiedź od dwójki, która wciąż niewidzialna najpewniej ustawiła się na pozycjach.
Gaspar podkradł się pod drzwi i cichaczem nacisnął klamkę, wyciągając rapier z pochwy. Uchylił je lekko i zerknął do środka.
Ukryty pod osłoną niewidzialności koci bohater zobaczył dość bogato urządzony pokój gościnny, chociaż nie był on tak bogaty, jak mógł się spodziewać. Spore, dwuosobowe łoże zajmowało większość pomieszczenia, ale prócz niego znajdowały się także szafy na ubrania oraz regały z książkami oraz kunsztownie zdobione biurko, przy którym siedział nikt inny jak poszukiwany przez Gaspara Naraltan Wildhawk. Ojciec Amandeusa był w dość dobrej formie, dbano o niego należycie, a w danym momencie był zajęty pisaniem zaostrzonym piórem jakiejś, zapewne, korespondencji. Kiedy usłyszał uchylanie się drzwi spojrzał w tamtą stronę i zapytawszy "Amondzie?" i nie dostawszy spodziewanej odpowiedzi od gospodarza, powrócił do pisania, ale lewą dłoń trzymał na przytroczonym do pasa rodowym mieczu, z którym najwyraźniej teraz się nie rozstawał.
Ostrze rapiera wbiło się delikatnie w szyję Naraltana krusząc iluzję niewidzialności, ale też sprawiając że Azul Gato pojawił się przed nim mając starca na swojej łasce.
- Od razu uprzedzam, że zabiję cię jeśli krzykniesz za głośno mój drogi. Nie jesteś mi potrzebny żywy… w każdym razie, martwy też mi się przysłużysz.- rzekł z wesołym uśmiechem Kocur.
Mina Naraltana była zaiste godna zapamiętania. Przeszło przez nią wiele emocji, od zaskoczenia, po złość, przez strach, determinację i zrezygnowanie. W końcu jednak zatrzymała się na wyrazie złości.
- Czego chcesz, pchlarzu? - warknął wściekle lord Wildhawk.
- Twojego życia starcze…- uśmiechnął się złośliwie Gaspar.- Sądziłeś że się tu skryjesz przede mną? Nie ma takiej mysiej dziury, która by cię ochroniła. Chcesz znać moją propozycję? Proszę bardzo… Napiszesz przyznanie się do winy. Opiszesz co robiłeś w posiadłości i opatrzysz swoim podpisem i pieczęcią. Napiszesz ładnie przyznanie się do winy i… pozwolę ci żyć. Pozwolę ci uciec nawet, bo uciekniesz… z miasta, z kraju… uciekniesz jak najdalej. Nie próbuj podważać tego dokumentu, że zostało napisane pod przymusem. Bo wtedy znów cię znajdę i tym razem zabiję. Możesz też tego nie zrobić… a wtedy zabiję cię od razu. Tak czy siak… ja wygrywam.
Tym razem spojrzenie lorda wyrażało tylko czystą wściekłość.
- Jesteś z siebie zadowolony, wszarzu? Och, tak. Wielki Azul Gato w końcu dopiął swego, prawda? Po co ci moje przyznanie się do winy, co ci to da? Tobie, który nie zna całej prawdy, a jedynie spekuluje?
- Wyciągnie twego syna z więzienia. I tak…. będę zadowolony, gdy to się stanie. Choć jeden dobry dramaturg doceniający moje działania nie będzie gnił w lochach.- stwierdził z rozbrajającą “szczerością” Kocur.- Muszę dbać o mój wizerunek opluwany z tak wielu stron.
- Narcystyczny futrzak, narcystycznym futrzakiem zostanie. - burknął Naraltan, a Gato mógł być tylko wdzięczny niebiosom, że wzrok starszego lorda nie zabijał - Chodzi ci o tego niewdzięcznika z mojej krwi? Tylko po to zadałeś sobie trudu odszukania mnie?
- Widok ciebie uciekającego co koń wyskoczył przed karą także sprawi mi przyjemność.- odparł z szerokim uśmiechem Azul Gato i dodał szeptem.- I nie łudź się. Nie musiałem odszukać. Zawsze wiedziałem gdzie jesteś i co robisz? Ten kot ma swoje myszki pośród twych ludzi twych przyjaciół. Nigdy cię nie zgubiłem Naraltanie.
Lord parsknął z ironicznym rozbawieniem.
- Myślisz, że mnie wkręcisz w twoje mierne historyjki, jakie wymyślają dramatokleci? Nie, kocurku, nie masz takich ostrych pazurków jakbyś chciał, a ja jestem za stary na te gierki własnym, rozbuchanym ego.
- Wierz sobie w co chcesz mój drogi. A teraz bierz się za pisanie ładnie o swoich zbrodniach. Możesz całą prawdę wyłuszczyć, nawet tą której nie znam. Byleby to była prawda Naraltanie.- wzruszył ramionami Gaspar.
- Prawd jest wiele, każda o innej twarzy. Mówisz o moich zbrodniach, a ja nie widzę w tym wszystkim żadnej zbrodni, nawet to, że stwierdziłem, iż Amandeus chciał mnie zabić to prawda. Skończyło się na słowach, ale to wystarczająco wiele.
- Trzymajmy się czynów nie słów. Ładnie je opisz i szczerze Naraltanie. Zobaczymy jak prawdę twoich czynów osądzą inni.-nieco mocniej przycisnął rapier do szyi starca.- No.. bierz się do pisania, zanim uznam że lepiej jednak cię zabić.
- Wyobraź sobie jednak co by było gdybyś mnie zabił. Z całą pewnością ciebie obarczono by winą, a wtedy… Cóż… Twój wizerunek po morderstwie starego lorda tym bardziej ucierpiałby. - uśmiechnął się złośliwie Naraltan.
- Może u zadufanych szlachciców takich jak ty, ale na ulicy… lubią jak ktoś pokazuje bogaczom, że nie stoją ponad prawem. Poza tym… wierz mi, im dłużej cię słucham tym większą ochotę mam na wbicie ci twojego własnego miecza prosto w twój zadek. A przecież będąc żywym nie pozwolisz sobie tego zrobić, prawda?- uśmiechnął się sadystycznie Azul Gato.
- Śmiej się śmiej… - warknął lord - Pewnie gdyby nie sytuacja z Amandeusem nawet nie ruszyłbyś zadku do tego wszystkiego. - wyciągnął ze stosiku czystą kartkę papieru i powoli zaczął zapełniać starannym, niewielkim pismem.
- Widać bogowie czuwali... ci których ponoć nie ma.- stwierdził ironicznie Gaspar pilnując by szlachcic pisał to co powinien napisać. Obciążającą go prawdę.

Z obciążającą prawdą był problem. Naraltan pisał, że faktycznie miał w rezydencji tych, którzy byli wrodzy bogom, ale wszystko działo się poza jego wpływem. Nie miał żadnego wpływu bowiem na tych szaleńców, a wszystkim dowodził Prawdziwie Widzący, który swymi słowami namieszał mu w głowie w sposób, którego wyjaśnić nie umie i dzięki temu zdołał przejąć kontrolę nad jego rezydencją, a później samo już własnym rozpędem wszystko się toczyło. Zaznaczył także, że on sam niczemu nie przewodził i nie przykładał ręki do szalonej działalności kultystów i był więźniem we własnym domu. Na tym przestał pisać.
- Powiedziałem... prawdę. Jeżeli dalej będziesz pisał kłamstwa, nie jesteś mi potrzebny żywy.- mruknął Gaspar mocniej dociskając ostrze.- Bo więźniem to ty nie byłeś.
- Nie opuszczałem rezydencji? Nie opuszczałem, bo i nie mogłem, a to z woli tego Prawdziwie Widzącego. - prychnął Naraltan.
- Ale też nie byłeś więźniem… Więźniowie siedzą w celach pod przymusem i zwykle mają strażników, którzy pilnują ich siłą. Ty nie… Za to masz tendencję do testowania mojej cierpliwości. Mam ci pozostawić podpis na policzku zanim stąd wyjdę, czy też zaczniesz współpracować?- mruknął złowieszczo Gaspar.
Naraltan warknął rozeźlony, ale skreślił twierdzenie jakoby był więźniem.
- Teraz jesteś zadowolony?
- Przejdźmy do opowieści o ostatniej nocy i tym razem bez dialektyki proszę. Fakty i wydarzenia. Także nie zapomnij wspomnieć iż Amandeus nie planował żadnej zasadzki na twe życie.- uśmiechnął się złośliwie Wyrmspike.
Naraltan był wściekły, ale jednocześnie była to bezsilna wściekłość. Napisał sucho, że miała to być noc jak każda poprzednia, na której Prawdziwie Widzący "nauczał". Widział tam dwóch mężczyzn, których później zabrała straż, ale wyszedł w połowie całego zajścia. Udał się do swojego gabinetu gdzie po pewnym czasie przyprowadzono Amandeusa, jednak wraz za nim przyszedł także horror zakuty w czarną zbroję. To on groził mu, w najlepszym wypadku, śmiercią, jeżeli nie poprowadzi do zgromadzenia. Później natrafił na Azul Gato, który jako kolejny groził jego osobie i wraz z nim oraz z synem udali się do kaplicy Siamoprhe, w której rozgrywał się dramat.
- Zadowolony? - mruknął Naraltan.
- Dopisz jeszcze o wydarzeniach w kaplicy Siamorphe. Oraz potwierdź autentyczność swym podpisem i rodową pieczęcią.- przypomniał Gaspar.
Dużo nie było do dopisania, jako że sam Naraltan wiedział tylko tyle, co i sam Gaspar. Po zakończeniu podpisał się i zapieczętował całość rodową pieczęcią.
- No… to teraz pozostanie ci jeszcze znalezienie chyżego rumaka i oddalenie się jak najszybciej od Waterdeep i mnie. Bo jeśli ponownie się spotkamy mój drogi Naraltanie… to nie dożyjesz następnego dnia.- odparł z uśmiechem Gaspar i walnął starego szlachcica z całej siły w twarz koszową osłoną swojego rapiera by go ogłuszyć.
Naraltan nawet nie zdołał zareagować w porę, nie mówiąc już o odpowiedzi. Rażony uderzeniem Gaspara oklapł nieprzytomny na krześle.
Azul Gato zabrał dokument i schował go ostrożnie w swoim bandolecie, po czym cicho wyszedł na korytarz i szepnął.- To gdzie jesteście?
- Przy tobie. - rozległ się kobiecy szept nieopodal Azul Gato.
- Podajcie mi więc swe rączki i znikajmy stąd?- Kocur wyciągnął dłonie, by mogli je chwycić.
- Na pierwszej randce? - usłyszał rozbawiony szept kobiety, po czym poczuł chwyt na obu swoich dłoniach.
- W sumie.. sięgajmy tam gdzie wzrok nie sięga?- mruknął Gaspar i wyszeptał inne słowa. Magii teleportacyjnej, by przenieść siebie i dwójkę towarzyszy do świątyni Sharess. Obecnie pustej i zapomnianej przez wszystkich.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:40.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172