Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-03-2014, 20:20   #1
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
Wprowadzenie do sesji





Przekleństwo

(Preludium do sesji)


Nocne niebo zachodziło ciemnymi, gęstymi chmurami. Blask księżyca Selune z trudem przebijał się przez mroczną zasłonę, która jakby zazdrosna Shar oplatała go, chcąc przejąć panowanie na niebie. W powietrzu czuć było wilgoć zapowiadającą, wraz z gromadzącymi się chmurami, nadejście burzy. Trawy uginały się coraz niżej pod wpływem wzmagającego się, nieprzejednanego wiatru. Przyroda przygotowywała się na nadejście gwałtowności, w napięciu oczekując tego, co było nieuniknione.

Ale nie tylko ona.

Na samym środku łąki stał niewysoki, rudowłosy pół elf o obliczu, w które wpisana była młodość, odziany w ubranie podróżne, zdający się nie zwracać większej uwagi na wiatr szarpiący coraz silniej jego znoszonym już płaszczem. Kierował on spojrzenie na niespokojne, choć wciąż nieme, nocne niebo. Wdychał głęboko powietrze, w którym czuć było burzę. Skupił swój wzrok na niknącym za chmurami blasku Selune żegnając ostatnie promienie jej światła.
Zamknął oczy wsłuchując się w szept szumiących na wietrze traw. W tym momencie napawał się stanem przyrody, w którym ta trwała. Może o to właśnie chodziło? O zawieszenie pomiędzy spokojem a chaosem, który miała przynieść burza? Czy tak naprawdę on także w nim nie był zawieszony?

Czy świat nie był?

Pół elf uśmiechnął się do siebie, ale w tym grymasie zawarta była jakaś cierpkość nie zaś radość. Nawet nie drgnął, kiedy rozległ się za nim szum traw niepowodowany wiatrem, a oznajmiający przybycie kogoś jeszcze.
- Aeronie - doszedł go znajomy, chrapliwy głos. - Aeronie - imię zostało powtórzone, tym razem dobitniej. - Co widziałeś?
Zapytany jedynie pokręcił głową, ale po dłuższej chwili dał za wygraną zorientowawszy się, że milczenie nie przepędzi tego, który chciał widzieć w nim przyjaciela.
- Nie wiem. Nie wiem i nie jestem pewien czy chcę wiedzieć. - młody A’Tel’Quessir odwrócił się do swojego rozmówcy. - Jedno jest pewne. Zbliża się coś wielkiego… - wyszeptał unosząc zmęczone spojrzenie zielonych oczu o złotawych refleksach, pragnąc jedynie, aby chaos, który go trawił pozostawił go samemu sobie.

Pierwsze krople burzowego deszczu spadły na płaszcz ognistowłosego Aerona mieszanej krwi.


 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 07-05-2016 o 03:14.
Zell jest offline  
Stary 10-03-2014, 03:05   #2
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 


Zmącona cisza
PROLOG (I)


Liapola

Po dłużących się dniach podróży wreszcie dotarła do celu. Do Klejnotu Północy. Do Silverymoon, zgodnie z życzeniem gildii.
Podróż do najłatwiejszych nie należała. Była długa i to stanowiło największy problem. Była także dość monotonna, nie licząc momentu, gdy jeden z jej transportów został zaatakowany przez grupkę skuszonych przewożonymi towarami bandytów. To jednak było krótkim epizodem, jako że właściciel zainwestował w kompetentną ochronę swojego dobytku. Niziołka nie musiała nawet kiwnąć palcem.
Od swoich "pracodawców" otrzymała sumę, która w założeniu miała pokryć koszta podróży, ale w praktyce wystarczyła tylko na jej połowę. Liapola zastanawiała się, czy był to jeden z testów gildii, co było wysoko prawdopodobne. Musiała poradzić sobie sama, aby w jakiś sposób dostać się do Silverymoon, co oznaczało potrzebę wykorzystania swoich zdolności, jak i własnego sprytu. Musiała kraść, aby móc wyłożyć fundusze na transport, czasem ukrywać się wśród towarów nieuważnego kupca i jego wciąż pijącej eskorty. Czasem wystarczyła wymiana przysług, a czasem granie na dobrym sercu. Jakikolwiek nie byłby sposób to najważniejsze, że była w stanie poruszać się do przodu.
Po drodze dane jej było natrafić na kilka uroczystości. Miała także okazję zobaczyć większe i mniejsze miasta, liznąć trochę z ich atmosfery. Zdobycie pożywienia nie stanowiło dla niej żadnego problemu. Kiedy nie była w drodze, a dopiero szukała odpowiedniego transportu nocowała zazwyczaj po stodołach lub wykorzystując swój wrodzony urok, korzystając z tych, którzy chcieli pomóc "biednej niziołce". Czasami musiała przemierzać drogę o własnych nogach, ale zazwyczaj chwytała się jakiś karawan, podróżujących od jednego większego miasta do drugiego.
W końcu dotarła.
Silverymoon zaskoczyło ją swoim pięknem i mnogością zamieszkujących je ras. Piękne budynki współgrały z wszechobecną zielenią, która pięła się ku słońcu. Przechodząc obok domów słyszała muzykę, z karczm wydobywały się wspaniałe zapachy jadła, które wywołały u niej burczenie w brzuchu przez tak długi czas żywionego tylko prostymi potrawami. Skierowała swe kroki do niewielkiej z karczm o nazwie "Sierp księżyca", ale ku swemu niezadowoleniu to nie zapełnienie brzucha było priorytetem. Miała się tam spotkać z Bursztynowym, jak został ten osobnik jej przedstawiony, chociaż nic więcej nie powiedziano o nim, a pytać o niego miała ochroniarzy właśnie w tamtej karczmie. Zanim jednak doszła do tego budynku zaczepiła ją grupka rozbawionych dzieci. Liapola nie umiała sobie odmówić chociaż chwili zabawy z nimi, więc dopiero po kilkunastu minutach weszła w progi wskazanej karczmy, gdzie zaatakowały ją pyszne zapachy.
Na całe szczęście nie musiała czekać długo. Od wejścia zapytała jednego z ochroniarzy o Bursztynowego, a ten kazał jej chwilę poczekać. Wrócił jednak dość szybko i zaprowadził niziołkę na górę, do pokoi dla gości, po czym wpuścił do jednego.
Pokój, w którym się znalazła należał do tych, na które stać ludzi mniej zamożnych, chociaż jakością nie straszył. To, co zainteresowało Liapolę, to siedząca za niewielkim, prostym stolikiem elfia kobieta o brązowych włosach, ubrana w strój, jaki noszą podróżni i zaciekawionym spojrzeniu szarych oczu.
- Erilyda, tak? - zapytała obserwując uważnie niziołkę.



Erilien en Treves, Ocero

Podróż… Dla czwórki zmierzającej do Silverymoon wydawało się, że czas płynie wolniej, niż powinien. Może powodem tego była ciepła, wiosenna pogoda, która rozleniwiała tak, że i czas zdawał się rozleniwić?
Ocero siedział na wozie, którego właściciel zgodził się na przewóz kapłana, oczywiście za odpowiednią opłatą. Starszy już człowiek powoził ubładowanym w worki z ziemniakami i burakami wozem… i oczywiście obładowanym w Ocero, który ze względu na trudności ze zdejmowaniem i zakładaniem zbroi musiał się kisić w pełnopłytowej.
Przynajmniej temperatura nie była za wysoka, ale dla kapłana Selune mogłoby być trochę chłodniej.
Zdecydował się na podjęcie tej podróży z dwóch, bardzo prostych powodów. Po pierwsze jeszcze nigdy wcześniej go nogi poniosły do Silverymoon, a to poczytywał jako stratę. Znał to miasto z opowieści i chciał się przekonać na własne oczy na ile one są prawdziwe. Drugim powodem była znajdująca się w niej spora świątynia Selune, która ponoć także olśniewała swym pięknem. Do tego zobaczyć skupienie wielu ras, żyjących z sobą w harmonii i zgodzie… Czy to w ogóle było możliwe?
Na dodatek przecież czymś zasłużył sobie na tytuł “Podróżnika Selune”, prawda? Jaki byłby z niego podróżnik, gdyby ominął tak ważne i niepowtarzalne centrum kultury północy?

Erilien poddawał się rozleniwieniu, które zalewało wszystko. Dosiadając Belfariona, niezwykłego, ogiera o białej grzywie i wpadającym w czerń umaszczeniu pozwolił sobie na zwolnienie tępa i teraz koń szedł spokojnie stępem. Elf wyciągnął bukłak z wodą i napił się gasząc rozochocone pogodą pragnienie i włożył do ust kawałek suszonej wołowiny, którą zaczął powoli przerzuwać. Od jakiegoś czasu jechał prawie równo z wozem, na którym siedziało trzech mężczyzn, w tym kapłan Selune. Nie śpieszył się nigdzie. Silverymoon nie ucieknie, a on mógł ponapawać się błogą, wiosenną atmosferą.
A przynajmniej nie musiał się śpieszyć zbytnio, bo nie oczekiwano go w żadnym ustalonym terminie.
Jeszcze przed opuszczeniem Silverymoon zgodnie z tym, co napisał mu mistrz, zajrzał do niewielkiej świątynki Corellona i tam został poproszony o przysługę. Miał odebrać w porcie Waterdeep niewielką przesyłkę dla świątyni. Nie mając jeszcze wytyczonego celu przystał na to i tak teraz wracał z Miasta Wspaniałości, z niewielkim pudełkiem w torbie.
Ocero westchnął przeciągle i sam napił się wody ze swojego bukłaka. Spojrzał w górę na jaśniejące beztrosko słońce i żałował, że w tym momencie to nie księżyc Selunie góruje nad nimi.
Nagle woźnica się zatrzymał, co spowodowało, że Erilien wzmógł czujność. Ocero podniósł się, aby dostrzec, co dzieje się z przodu. Kawałek od nich, nieopodal brzóz stał inny wóz, ale to nie to zwróciło uwagę. Na ich oczach z wozu została wypchnięta osoba, po czym brutalnie podniesiona przez jednego z napastników i zatargana pomiędzy drzewa, a wraz za nimi ruszył także jeszcze jeden osobnik, uzbrojony.
- Musimy poszukać innej drogi… - mruknął starszy mężczyzna.



Sevotar Jasne Skrzydło

Nadszedł czas na zmianę miejsca.
Sevotar już od dobrego dekadnia nosił się z zamiarem opuszczenia Waterdeep na rzecz nowego miasta, które będzie mógł uraczyć swoją sztuką. Powodem nie było to, że Miasto Wspaniałości ugościło go niegodnie. Znalazł tam publikę, która chętnie przychodziła na jego występy, szczególnie te darmowe. Samą sztuką jednak Sevotar wyżyć nie mógł, więc, jak to działo się jeszcze przed wejściem w bramy Waterdeep, zdany był na swój własny talent i szczodrość słuchaczy… a z tym bywało różnie.
Można się zapytać kim jest bard bez słuchaczy, nawet tych, którzy sztuki miedzi nie dadzą? Z drugiej strony można zadać pytanie kim jest bard bez jedzenia. Wszystko sprowadzało się do prostego rachunku, że nie tylko poklaskiem można żyć nie dającym realnego zysku… chyba że miało się za plecami rodową fortunę.
Pomimo, iż Sevotar posiadł zainteresowanie widowni, to nie dostał się do miejsc, które gościły bogatszą publikę. Te były okupowane przez zasiedziałych tam bardów, którzy zazdrośnie chronili swoje wartościowe stołki z miękkimi poduszkami. Gościł w różnych miejscach, raz nawet na prywatnym przyjęciu, ale w większości kończył swój występ niewiele bogatszy.
I teraz siedział tutaj, na zwykłym wozie w otoczeniu trzech mężczyzn zmierzając do Silverymoon, wcześniej opłaciwszy przewóz.
Klejnot Północy wydawał się być idealnym celem podróży. Miasto, które samo swoim wyglądem wręcz inspirowało wenę i zmuszało do zatrzymania się i podziwiania jego architektury. Tam, pieśń krążyła po ulicach. Czy jest lepsze miejsce od tego dla barda, który niezmiennie poszukuje coraz to nowych doznań estetycznych i inspiracji dla swojej twórczości? Sevotar miał pewność, że skoro znalazł publiczność w Waterdeep, to w Silverymoon tym bardziej taką odnajdzie.
Rozglądał się po mijanej okolicy, zbliżając się coraz bardziej do celu. Widział wiosenne łąki upstrzone kwieciem i soczyste trawy uginające się pod naporem wiatru. Przymknął oczy rozkoszując się chłodem popołudniowego powietrza. Niedługo powinni zawitać do Silverymoon.
Woźnica nagle zatrzymał wóz bez słowa. Sevotar spojrzał zaskoczony, ale jak wielkie było jeszcze jego zdziwienie, kiedy siedzący obok niego mężczyzna chwycił go za ramię i jednym, mocnym szarpnięciem zrzucił barda z wozu.
- Wstawaj - warknął, a drugi człowiek uniósł go za fraki i przetargał pomiędzy drzewa, a wraz za nimi kroczył jego kompan. Woźnica pozostał w wozie, jakby zupełnie nie zainteresowany losem Sevotara.
Po odejściu kilku kroków zucili go na ziemię, a jeden z nich kopnął jeszcze barda. Drugi celował do elfa z kuszy.
- Nie wyśpiewasz się z tego. Wyskakuj z kasy.



Tutmozis

- Znaki są niejasne.
Tutmozis szedł po Silverymoon rozglądając się bacznie w otoczeniu tak obcym dla niego, chociaż i sam Klejnot Północy był klejnotem wśród miast Faerunu. Nawet pogoda zdawała się być obca mieszkańcowi Mulhorandu, gdzie klimat był odmienny. Szedł poprzez miasto obserwując to, czym ono żyło. Słyszał muzykę z domostw, miłą dla ucha i kojącą serce. Nie pachniało tutaj tak, jak na targach w Mulhorandzie, ale to miasto miało swój własny zapach ciepłych potraw i kwiatów.
- Zbliża się coś wielkiego, ale szczegóły zostały owiane mrokiem.
Mag idąc ulicami Silverymoon zdawał się nie zwracać większej uwagi na zaciekawione spojrzenia jakimi go obdarzano. Jego głowę zaprzątały ciemne myśli, które krążyły mu po głowie w trakcie całej podróży aż tutaj. Kiedy tylko zjawił się u faraona zrozumiał, że jest tam nie na miejscu. Osobistości, które się tam zgromadziły przewyższały Tutmozisa siłą i mądrością oraz doświadczeniem. Był jednocześnie zaszczycony tym, że dano mu zaproszenie wśród tak zacnych osobistości, ale także nie rozumiał swojego położenia. o on tam w sumie robił?
- Wydaje się, że jest jednak pewna nić w tych wizjach, którą możemy spróbować podążyć.
Tutmozis pokręcił głową. To wszystko naprawdę się działo. Naprawdę został wysłany z dala od rodziny, z dala od ojczyzny dlatego, że najwyraźniej on był tym spoiwem, które mogło mieć jakieś znaczenie.
- Musimy podążyć jej śladem.
Mag zatrzymał się. Podążanie śladem znaków okazało się spocząć na jego barkach. Mógłby się zastanawiać dlaczego właśnie on dostąpił tego zaszczytu, ale na tym spotkaniu wyłożone karty jednoznacznie wskazywały na niego. To on, a nie żaden ze starszych mędrców, został rozpoznany w wizji, a ta wizja kierowała swoje kroki ku miastu północy, Silverymoon; Silverymoon, które w tej wizji stało w ogniu.
Tutmozis odczuwał zmęczenie, chociaż nie było to nic nadzwyczajnego zważając jak wielki dystans musiał przebyć. Otrzymał możliwość jednorazowego pokonania pewnego dystansu magicznie, z czego skorzystał, ale nie zaniosło go ono do Silverymoon.
- Może to być nic, wizje bywają mylne, ale może to też być wszystko.
Musiał porozmawiać z władczynią tego miasta, Alustriel Silverhand. Miał ze sobą listy polecające od samego faraona, więc nie powinno być problemu, szczególnie że ponoć miano takze drogą magiczną poinformować o gościu.
Zaczął kierować swoje kroki w stronę pałacu, kiedy poczuł, jak ktoś ciągnie go za rękaw. Kiedy odwrócił głowę w tym kierunku zobaczył małą, może dziesięcioletnią dziewczynkę wpatrującą się w niego nie z ciekawością, a z uwagą.
- Ona ci nie pomoże - odezwała się mała z zaskakującą pewnością w głosie. - Pani Alustriel ci nie pomoże.


Quelnatham Tassilar


Chaos jawiący się jako nienazwana, nieskończona bryła, wirujący wewnątrz siebie, wprawiający w niekontrolowane drżenie wszystko, co ogarniał. Quelnatham patrzył na to wszystko, jakby obserwator z zewnątrz, chociaż nie zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe. Widział opustoszałe plany, w których szalał pozostawiony sam sobie chaos, zmieniając i wypaczając. Widział Faerun pogrążony w zamęcie, krwi i ogniu. Widział upadłe miasta i pola bitew. Widział wypaczony Księżycowy Most Silverymoon, który niby zbudowany z ciemności zdawał się wyciągać życie z każdego, kto waży się na niego wkroczyć. Patrzył na to wszystko, a to wszystko zdawało się obserwować go.

Quelnatham rozważał znaczenie tego snu, wizji, która niestrudzenie nawiedzała go podczas transu już trzy razy w ciągu ostatnich dwóch dekadni. Jakkolwiek jednak by się nie starał zrozumieć czuł, że prawdziwy sens umyka mu z granicy poznania. Za pierwszym razem uznał to za zwykły objaw zmęczenia umysłu, nic nadzwyczajnego. Za drugim zaczął się niepokoić, zaś za trzecim postanowił powziąć odpowiednie kroki.
Dlatego opuścił dom.
Długo zastanawiał się, gdzie powinien się udać w tej sprawie. Rozważał różne opcje, ale jego myśli kierowały się na jeden tor. W jego wizjach szczególne miejsce zdawało się mieć Silverymoon. Zniszczony Klejnot Północy napawał przerażeniem. Niegdyś piękne budynki rozsypywały się, rozbite przez żądne krwi korzenie czarnych drzew, które dawniej, jeszcze soczyście zielone, żyły jakby były mieszkańcami Silverymoon.
Coś musiało być na rzeczy.
Quelnatham szedł ulicami tego pięknego miasta chłonąć jego atmosferę. Zewsząd słyszał muzykę, widział bawiące się dzieci, różnorodność mijanych ras. Cienioczuby i zmierzchodrzewy wraz z innymi, niezliczonymi gatunkami drzew i innych roślin ozdabiały ten klejnot, współgrając z kamiennymi budynkami. Większość ulic była brukowana, a z tego, co elf wiedział pod miastem znajdowało się wiele zbiorników i rur zbudowanych przez krasnoludy.
Dotarł w końcu, dzięki wskazówkom życzliwych mieszkańców, do budynków ciągnących się wysoko, jakby chcąc zostać panami przestworzy, konkurujących z drzewami w tym konkursie. Skierował się od razu do tego budynku, oznaczonego elfią runą Aerath oznaczającą wieszcza. Wcześniej, jeszcze przed wyjazdem, napisał list do głównego maga tej wieży, Ilidatha Onmerena, z prośbą o spotkanie, na co ten przystał i zaprosił Quelnathama do Silverymoon.
W środku wieży było zadziwiająco przytulnie. Słoneczny elf został poprowadzony na samą górę, aż do pokoi głównego maga. Nie kazali mu czekać, tylko od razu został zaproszony do środka. Znalazł się w pokoju dla gości, skromnie lecz wygodnie umeblowanym. Pokój był otoczony regałami z księgami, a na jego środku stało spore, dębowe biurko. Z boku ustawione były fotele wokół mniejszego stoliczka, na którym wino i dwa kielichy znalazły swoje miejsce.
- Mam nadzieję, że podróż minęła dobrze? - odezwał się słoneczny elf, który wstał zza biurka i podszedł bliżej Quelnathama. - Ilidath Onmeren.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 01-05-2015 o 18:23.
Zell jest offline  
Stary 16-03-2014, 22:53   #3
 
Quelnatham's Avatar
 

Mag obudził się nagle. Pod powiekami wciąż widział zniszczony most. Ten sam koszmar nawiedził go po raz. Koszmar? Nie... Raczej wizja. Sfery... Patrzenie w sfery było niebezpieczną rzeczą. Krainy poza tym światem pełne były pełne Mocy przewyższających najmożniejszego ze śmiertelnych. A teraz? Były puste? Strawione przez nienazwane. To samo miało zdarzyć się tutaj. Czy już się zdarzyło? Quelnatham rozważał znaczenie znaków aż niebo zaczęło szarzeć. Wstał.

Przy prastarym ołtarzu Seldarine jak co świtu zbierali się strażnicy Semberholme. Wspólnym śpiewem odnawiali zaklęcia wplecione w starożytne mury, w drzewa, kamienie i chmury. Gdy rytuał się zakończył Tassilar przerwał ciszę:
- Po raz trzeci śniło mi się to samo. Chaos. Niepojmowalny, niszczący wszystko byt. Ciągle zmienny. Trawił sfery, tak że widziałem je nagie. Dotarł tutaj. Widziałem wojnę i zamęt i zniszczenie w Ferunie. Chaos... ten byt też mnie widział.
Jego przyjaciele spoglądali po sobie. Wreszcie odezwał się Ellindaen, sędziwy kapłan Corellona, wyrażając myśl wszystkich zebranych:
- To niepokojące znaki. Kolejne z wielu... Sny pozbawione wskazówek... Czy...?
- Żaden zwój i żadna księga nie wspominają o niczym podobnym. Jednak we śnie rozpoznałem most. Księżycowy Most w Silverymoon, nie był zbudowany z kamienia, ale z ciemności -odpowiedział pytany.
- Mrok zastępuje księżyc? Shar? -szepnął ktoś.
- Czemu Silverymoon? Alustriel jest córką Mystry... -mruknął inny.
- Myth Drannor Północy! -półkrzyknął najmłodszy ze zgromadzonych.
Cisza zaległa nad strażnikami. Wątpliwość zniknęła z serc nieprzekonanych. W Myth Drannor obudził się Moander. Wizja, niezależnie od pochodzenia i znaczenia, była śmiertelnie ważna. Ukazywała coś co może się wydarzyć.

***

Quelnatham z żalem opuszczał Semberholme. Czuł się jak zdrajca. Teraz także on udawał się na zachód. Zostawiał za sobą miejsca, którym poświęcił całe życie. Nowe zadanie było przynajmniej równie ważne jak stare, ale serce elfa nie było przekonane. Czy to możliwe by uchodźcy z Myth Drannor wraz ze swą wiedzą przynieśli Północy niebezpieczeństwo? Nawet jeśli to nie mogło być tak ważne jak to w Cormathorze. Głębiej w jego duszy czaiły się inne źródła niechęci. Będzie musiał podróżować przez krainy ludzi. Zostawi za sobą historie, spokój i ostatnie resztki wielkiego elfiego dziedzictwa. Wejdzie w zdominowaną przez kłótliwych i uciążliwych barbarzyńców Północ.

***

- Mam nadzieję, że podróż minęła dobrze? - odezwał się słoneczny elf, który wstał zza biurka i podszedł bliżej Quelnathama. - Ilidath Onmeren.
- Tak, dziękuję. - odparł przybyły. - Pogoda była bardzo przyjemna. Wiosna jest ciepła tego roku. Quelnatham Tassilar - skłonił lekko głowę przedstawiając się. - Niestety - zasępił się - sprawa z którą tu przybyłem nie pozwala mi się cieszyć pogodą. W ostatnim miesiącu nawiedzał mnie niepokojący sen, którego ani ja sam ani znani mi kapłani i wieszcze nie potrafili wytłumaczyć.
Obaj zajęli miejsca na fotelach, a kiedy Quelnatham opowiadał o swej wizji, jego gospodarz nalał dla nich wina do kielichów. Wysłuchał w ciszy tego, co gość miał do powiedzenia wyraźnie zamyślony.
- Faktycznie to… Niepokojąca wizja, szczególnie, że nie pojawiła się ona raz, co można by zrzucić winę na zwykły sen. Czy specjalizujesz się w sztuce wieszczenia? I czy kiedyś wcześniej miałeś inne wizje?
- Mhm. Magia poznania jest dziedziną, w której staram się uzyskać perfekcję- odparł Tassilar. - Jednak moje widzenia zawsze były przygotowane, nigdy spontaniczne i zawsze na jawie.
Elf zastanawiał się dłuższą chwilę najwyraźniej coś rozważając zanim ponownie zabrał głos.
- Ostatnio nachodzą niektórych niewyjaśnione sny. Nie rozpowiadamy o tym, bo mieszkańcy Krain mogliby to źle odczytać. - zasępił się. - Musimy jednak pamiętać, że takie wizje nie muszą być brane dosłownie… - dodał, chociaż bez widocznego przekonania. - Niemniej wygląda na to, że z jakiegoś powodu te wizje skierowały cię do Silverymoon. - westchnął. - Jaka siła mogłaby tak zniszczyć miasto? Musiałaby być to cała armia, a z tego co wiem nie gotuje się na wojnę.
Quelnatham wyprostował się, jego twarz stężała. Pochylił się do swego rozmówcy i przemówił cicho, ale stanowczo.
- Poeci zwą czasem Silverymoon Myth Drannor Północy. Rzeczywiście, wszystkie rasy żyją tu w zgodzie i harmonii, magowie kształcą się w Sztuce, artyści znajdują wytchnienie. Miasto Pieśni też upadło niespodziewanie. Znaki zaś ostrzegają. W zeszłym roku obudził się martwy Moander, teraz sny pokazują zburzony Księżycowy Most. Lepiej być nadmiernie ostrożnym niż żałować.
- To prawda, to prawda. Ostatnio znaki zrobiły się przynajmniej niepokojące, co także jest utrapieniem rządzących, szczególnie że, z tego co mi wiadomo, znaczenia umyka także kapłanom, a to już nie jest pocieszające. - zamilkł na chwilę, po czym spojrzał uważniej na Quelnathama. - Jaśnie Pani Alustriel dziś urządza spotkanie w tej sprawie. Z moim słowem mógłbyś tam też się zjawić.
Przybysz uniósł brwi w uprzejmym zdumieniu. Nie sądził, że jego rozmówca cieszy się takim wpływami. Zbieg okoliczności, czy kolejny znak?
- Wyjątkowo szczęśliwie się zdarzyło. Pani Silverhand na pewno zna sytuację w Dolinach i Cormanthorze, ale bardzo chętnie podzielę się nowymi wiadomościami.
- Wszelkie nowe wiadomości są mile widziane, jak i słowa ostrzeżenia, które niosła za sobą wizja. Czasami łatwiej jej się przyjrzeć sprawę w grupie, niż samotnie, jako że co jednemu może umknąć, drugi zauważy.
Tassilar pokiwał głową. - Tak, tak. Gdzie zatem odbywa się ta narada? Ty także się na nią wybierasz?
- W Wysokim Pałacu. I tak, wybieram się. - potwierdził elf.
- Będą inni goście spoza Północy? Któraś z Sióstr?
- Wiem, że ma być ktoś z Waterdeep, co do Sióstr nie jestem pewien.

- Dziękuję raz jeszcze. Wyświadczyłeś mi wielką przysługę Ilidathie Onmerenie. Spotkamy się w Wysokim Pałacu. Tymczasem, wybacz, ale muszę przygotować się na spotkanie z tak możnymi osobami.- Quelnatham skłonił się uprzejmie, odstawił kielich wina i zaczął schodzić po wielu stopniach wieży.
 

Ostatnio edytowane przez Quelnatham : 05-06-2014 o 00:42.
Quelnatham jest offline  
Stary 16-03-2014, 23:40   #4
 
Gerappa92's Avatar
 
- Erilyda, tak? - zapytała obserwując uważnie niziołkę.
- We własnej osobie. - Odpowiedziała bez wahania a na jej policzku pojawił się dołek wywołany cwaniackim uśmiechem. - Mam nadzieję, że nie kazałam Ci długo na siebie czekać?
- Nie tak najdłużej - odparła kobieta. - Usiądź może. - dodała wskazując na jeszcze jedno krzesło dostawione do stolika, po czym splotła dłonie przed sobą i oparła na nich brodę. - Podróż minęła spokojnie?
. Liapola wyglądała na młodą smarkulę, która w gruncie rzeczy miała za sobą już wiele doświadczeń. Taki to już urok Nizołczej rasy, że każdy z jej reprezentantów postrzegany jest z dystansem jak dziecko. Liapola jednak już miała na karku swoje lata ale mimo to czuła się świetnie w swojej skórze i bez skrępowania wskoczyła zwinnie na wysokie krzesło. Musiała nauczyć się być skoczna w świecie, gdzie wszystko dla niej było rozmiaru XXL. Dlatego zawsze postrzegała ten świat z zaciekawieniem. W tym pomieszczeniu również starała się pochłonąć każdy jego szczegół i element. Odpowiadając elfce na pytanie wędrowała wzrokiem gdzieś po manufakturze ścian.
- Cienie, które ja dobieram, zazwyczaj bywają przesiąknięte spokojem. Jednak nie da się ukryć, że musiałam przebyć pół kontynentu, żeby tu dotrzeć. - Nudząc się oglądaniem rzeczy martwych Nizołka skierowała w końcu swój wzrok na oblicze Elfki. - Wiem, że moi Lekkostopi krewniacy słyną z zamiłowania do podróży. Mam jednak nadzieję, że ta wycieczka nie miała tylko charakteru krajoznawczego?
. Kobieta uśmiechnęła się.
- Nie, chociaż to musiała być pouczająca podróż. Powiedz mi… Masz wielki szacunek do świątyń innych bóstw, niż Maski?
Liapola nie ukryła zaskoczenia, które wywołało to pytanie. Podniosła jedną brew i odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Cóż to za pytanie? Ależ oczywiście, że szacunek należy się wszystkim świątyniom. Szczególnie tym, których patron bogato wyposażył wnętrza, czyż nie? - Dodała z uśmiechem.
- I o to chodzi. Mamy szacunek szczególnie do tych dobrze wyposażonych, prawda? - uśmiechnęła się cwaniacko. - Aż chce się im pokazać jak bardzo doceniamy ich wnętrza. Do tego przecież wierni nie powinni za bardzo przywiązywać się do posiadanych przez świątynię dóbr, nieprawdaż?
-W gruncie rzeczy to ośmieliłabym się nawet stwierdzić, że nie doceniają arcydzieł, które wzbogacają te przesiąknięte boskim duchem miejsca. - Ujęła to zdanie w wyjątkowo smutnej tonacji a twarz jej zmarkotniała. - Za to są tacy, którym te dzieła mogą pomóc, rozweselić ich serca i ukoić dusze. - Kolejny raz wymieniła znaczący uśmiech ze swoją rozmówczynią. - A do miejsc takich często mają trudny dostęp.
- Elfie rzeczy bywają tak piękne, aż żal żeby się marnowały. - postukała palcami o stół. - A w Silverymoon się marnują.
- Hmm.. No czy ja wiem. Piękne to miejsce i wszyscy wydają się jakoś tacy zadowoleni… - Odparła lekceważąco. - Myślę, że każdy tu należycie korzysta z dóbr jakie daje im to miejsce. No chyba że się mylę? - Zdanie to zakończone pytaniem było przyozdobione zabójczym uśmiechem i szczyptą oczywistej ironii.
- To miejsce daje wiele dóbr, ale nas interesuje jedno konkretne, które zostaje pod strażą, a które to mogłoby zostać wykorzystane poza murami Silverymoon.
- Moja intuicja podpowiada mi, że w najbliższym czasie owa straż będzie miała przechlapane za nienależyte wywiązanie się ze swojego zadania. - I tym razem zdanie to wywołało u niej wyraz rozbawienia na twarzy. Mogła tą rozgrywkę półsłówek i niedomówień prowadzić w nieskończoność. W końcu to uwielbiała i rzadko kiedy prowadziła rozmowy w inny sposób. Nagle jednak jej wyraz twarzy spoważniał. - Zależy tylko czy gra jest warta świeczki... - Dodała czekając na przekonywujące argumenty.
- Osoba, która chciałaby pokorzystać z tego dobra we własnym domowym zaciszu płaci zaistnie hojnie, wystarczająco aby nacieszyć nie tylko twoje, ale też gildii żądania. - uśmiechnęła się. - Straż nie będzie mocno, jako że nikt nie spodziewa się żadnych problemów. Czysta przyjemność.
. Niziołka uważnie przyjrzała się elfce. Ewidentnie jej coś tu nie grało. Skoro strażnicy niczego się nie spodziewają to po co pilnują owego celu? Z drugiej strony jeśli ma to być “czysta przyjemność” to po co przysyłano ją aż tutaj. Czyżby nie było w pobliżu kogoś innego kto mógł się zająć tą robotą? Te i inne rozważania jednak zostawiła swojej wrodzonej podejrzliwości do strawienia. Nauczyła się już, że nie ma co polegać na słowach zleceniodawców. Ci zawsze zaniżają poprzeczkę zlecanych zadań, bo wiąże się to z mniejszą opłatą za ich wykonanie. Stara sztuczka kupiecka.
- Hojność to cecha charakteru, którą wyjątkowo cenie. No ale po co rzucać słowa na wiatr? Najlepiej sprawdzić wszystko w praktyce. Takie już empiryczne podejście mam do świata. - Liapola wydobyła z rękawa mały srebrny drucik finezyjnie ponaginany na jego czubku. W swoich drobnych dłoniach, w rękawiczkach z uciętymi palcami, manewrowała wytrychem zgrabnie i płynnie. - Czym, ów dostojnik chce przyozdobić to swoje domowe zacisze?
- Błyskotką, będącą w posiadaniu świątyni Selune w tym mieście. Ćwiartka księżyca wykonana z białego złota i ozdobiona kilkoma diamentami. Elfia robota, podarunek od kleru Sehanine Księżycowy Łuk.
- No, no. Brzmi kusząco. Zanim jednak pójdę się rozejrzeć mam jeszcze jedno pytanie. Mianowicie gdzie Cię później znajdę, urocza Elfko? - Zapytała równie uroczo Nizołka akcentując wyraźnie ostatnie słowa.
- Odszukaj sklep “Fioletowa Fiolka” i pytaj o Enaę. To wystarczy.
. Na te słowa dziewczyna przytaknęła i ostrożnie zeskoczyła z wysokiego jak dla niej krzesła. Po drodze do wyjścia skubnęła jakoś dziwnie wyglądający owoc z półmiska na regale i zaczęła wycierać go o swoją kamizelkę, która jakby zaczęła nabierać jego barw. Kiedy była już w drzwiach zatrzymała się by rzucić na odchodne do zasępiałej elfki.
- Miło było poznać i do następnego Enae. - Uśmiechnęła się powalająco a następnie wgryzła się soczyście w egzotyczny owoc.

***
Zamykając za sobą drzwi, pierwsze co Liapola musiała uczynić to napełnić swój mały żołądek. Na szczęście jej sakiewka była pełna a karczmarz już czekał z jadłem na te złote monety, które leniwie czekały aby je wydać. Liapola miała to do siebie, że zawsze hojnie płaciła za wszelkie usługi. Doskonale wiedziała, że wydane talary i tak prędzej czy później do niej wrócą. Zresztą, to nie jej monety więc bez skrępowania płaciła syto za syte jadło a co budziło podziw to to, że ta mała osóbka potrafiła zjeść naprawdę dużo.
Między posiłkami zdążyła zagadnąć podstarzałego elfa siedzącego obok o słowo „Erilyda”. Tym imieniem czy słowem nazwała ją tajemniczka Enea. Była ciekawa co to w ogóle oznacza i czy w ogóle ma to jakieś znaczenie.
Piękne miasto wypełnione pradawnymi drzewami, kolorowymi kwiatami i przesiąknięte słonecznym blaskiem odcisnęło piętno na Liapoli. W podróży raczej wyglądała jak wyrzutek w wysokich buciskach, nijakich szmatach przykrytych płaszczem z ogromnym kapturem. Doskonale każdy wie, że na traktach nie ma co się rzucać w oczy. Zresztą Niziołka miała to do siebie, że zawsze starała się nie zwracać na siebie uwagi. Dlatego też przekraczając granice miasta Silverymoon zrzuciła z siebie podróżniczy płaszcz a co do reszty… Oporne buciska stały się drobnymi botkami z jasnej skóry na niskim obcasie. Pastelowa marynarka przysłaniała bawełnianą koszulę. Wszystko było wykonane w elfiej stylistyce, koronki, frędzle i inne śliczne duperelki. W końcu musiała się wtopić w tłum a nie da się ukryć, że ta metropolia była najprawdziwszą rewią mody. Na każdym rogu roiło się od rzemieślników i handlarzy wszelakiej maści i rasy.
Liapola krocząc swobodnie uliczkami podziwiała piękno tego miejsca. Oglądała abstrakcyjną architekturę oraz cudowne wyroby - od ciężkiego orężu, którym handlował jakiś opasły krasnolud po fiolki mikstur u zakręconego gnomiego alchemika. Po drodze wplotła sobie w swoje czarne jak smoła włosy, pięknego storczyka, którego zerwała z jakiejś altany. O dziwo nie kierowała się do świątyni Selune. Praca mogła zaczekać. W podróży do tego miasta wiele się o nim nasłuchała a przede wszystkim jej ciekawość skupiła się na Foclucan – legendarnym kolegium bardów, które zostało otwarte na nowo (po stuleciu od najazdu orków). Dziewczyna od zawsze lubiła towarzystwo młodych atrakcyjnych artystów i nie koniecznie tylko płci przeciwnej. Fascynacja sztuką często szła w parze z nawiązywaniem dobrych kontaktów właśnie z personami artystycznie utalentowanymi. Niziołka doskonale sobie też zdawała sprawę, że tam też bije prawdziwe źródło wiedzy na temat wszelkich plotek, tajemnic i informacji. Niestety dziewczyna brała też pod uwagę fakt, że czasem niektóre wiadomości trudno wyciągnąć na światło dzienne. Oczywiście istniały sposoby niezawodne do wyciągania informacji z twardych sztuk, mianowicie te najtwardsze orzechy do zgryzienia najczęściej powolutku otwierał jej sztylet jadu. Tym razem jednak nie miała zamiaru korzystać z takich metod. Miejsce to przesączone było magią i kto wie czy ktoś już nie ma jej na oku.
Kolegium bardów zrzeszało najrozmaitsze osobliwości dlatego też mała Liapola miała nadzieje, że trafi się wśród nich jakiś Joker – tajna wtyczka z organizacji maski. Na szczęście akurat rachowanie, Niziołka miała doskonale opanowane i wiedziała, że przede wszystkim musi liczyć na siebie i na swoje umiejętności. Po drodze wstąpiła do jednego ze sklepów z instrumentami muzycznymi by znaleźć dla siebie odpowiednie narzędzie muzyczne. Oczywiście wstąpiła do niego kiedy był największy tłok bo szczęściu przecież trzeba czasem dopomóc. Szczęście jest zawsze mile widziane w takim fachu w jakim akurat trudniła się dziewczyna ale ona akurat nie liczyła na szczęście, wszystko miała obmyślone.
W kolegium młodocianych bardów na pewno znajdzie się jakiś ambitny uczeń czy nauczyciel, który małej niezdarnej Niziołce podpowie jak zagrać na jakimkolwiek instrumencie. Taki kontakt by na pewno wystarczył by dopytać to i owo na temat jej zlecenia a przy okazji świetnie się zabawić. Bo kto jak kto ale stowarzyszenie młodocianych bardów bawić się na pewno umiało. Lecz to na razie były tylko spekulacje. Na razie trzeba było wykazać się talentem i wykraść jakiś ładny instrument ze sklepu, który niewątpliwie był zabezpieczony jakimiś magicznymi alarmami. W środku dnia mogło to być niemożliwe a choćby mała wpadka mogła już na wstępie pogrążyć jej misję. Jednak prawdziwy sztukmistrz doskonale wie, że najciemniej jest pod latarnią i każda okazja jest dobra aby ją wykorzystać a czasami trzeba coś po prostu konwencjonalnie kupić… by odwrócić uwagę od kradzionego przedmiotu…
 
__________________
"Rzeczą ważniejszą od wiedzy jest wyobraźnia."
Albert Einstein
Gerappa92 jest offline  
Stary 20-03-2014, 00:46   #5
 
Ferr-kon's Avatar
 
- Ależ panowie, musiało zajść t-t-tragiczne niep-p-porozumienie - elf o białych włosach zaczął odsuwać się, jego dłonie drżały i właściwie cały drżał i wydawał się niezwykle przerażony. Tak przerażony, że można było przypuszczać, iż nie bedzie sensu okradać go ze spodni - Chyba możemy się dogadać, z-z-zanim ktoś zrobi coś, czego będzie ż-żałował.
- Dogadać? Oczywiście, że możemy się dogadać -powiedział ten, który zawlókł go w to miejsce. - Ty nam grzecznie oddajesz całą kasę i co tam jeszcze masz wartościowego, my nie połamiemy ci rąk i nóg, zanim sami ci zabierzemy co chcemy.
Obaj mężczyźni wyraźnie czuli się teraz panami sytuacji.
Wyraz twarzy elfa zmienił się praktycznie w ułamku sekundy. Nagle stał się całkowicie poważny, całkowicie skupiony. Jego chowaniec doskonale wiedział już o niebezpieczeństwie i był gotów by wkroczyć, ale póki co doskonale czuł, że jego pan kontroluje sytuację. A przynajmniej wydaje mu się, że kontroluje sytuację.
- To może zrobimy tak - brzmiał kompletnie inaczej, jakby cała ta sytuacja wręcz go rozbawiła, po czym nagle na jego twarz wyszedł wyraz najszczerszego na świecie przerażenia - O NA BOGÓW, WASZA BROŃ PŁONIE!
Jego słowa, napełnione magią natychmiast dotarły do uszu mężczyzn, brzmiąc jak najszczersza prawda. Nikt tak nie dbał o ich bezpieczeństwo jak on, co do tego nie pozostawały żadne wątpliwości.
Mężczyźni na raz krzyknęli. Na ziemię poleciała kusza od celującego w Sevotara mężczyzny. Drugi zaś tak dalece dał się przekonać, że wyszarpnął miecz przytroczony do pasa i rzucił go pod nogi.
- Co do… - spojrzał skołowany na elfa.*
Ten wstał i otrzepał się, wyglądając na niezwykle zaniepokojonego.
- Do licha, to Czarnoksiężnik! - syknął - Wiem, że możecie mi nie wierzyć, rozumiem to doskonale, ale… Jestem paladynem Tyra, ścigającym magicznego przestępcę zwącego się Czarnoksiężnikiem z Północy. Nie widzę w waszych sercach zła, jednak obawiam się, że Czarnoksiężnik mógł ujrzeć w was łatwe ofiary. Ukrywa się w ciemności, dam radę go zatrzymać, ale powinniście stąd uciekać, biec póki nogi was nie zawiodą… Bo inaczej spotka was los gorszy śmierci. Musicie mi zaufać, nie ma dla was innego wyjścia!
- Ale ja… Potrafię sobie dać radę… - powiedział nieskładnie jeden z nich, drugi zaś wciąż wpatrywał się w swoją kuszę.
- Czarnoksiężnik posiada moce, jakich nie możecie sobie wyobrazić - bard zaczął dokładnie przyglądaś się swojemu otoczeniu, szukając drogi ucieczki. Mógł ich zwodzić, mógł to robić bardzo długo, ale nadal musiał być przygotowany na wszystko. Sevotar rzadko kiedy pozwalał sobie na margines błędu - Mówię wam, musiscie uciekać teraz, bo inaczej będzie za późno… Czarnoksiężnik objawia się pod postacią jastrzębia… Och, bogowie!
Pisk jastrzębia przebił się przez powietrze, gdy ten przeleciał im nad głowami.
- Szybko! W las! Nie próbujcie do niego strzelać, porazi was śmiertelnym zaklęciem! Ja go zatrzymam!
Z dłoni barda wyleciało kilka świateł, które zaczęły krążyć nad nimi, latając za jastrzębiem. Było to tak piekielnie banalne zaklęcie, że Sevotarowi aż zrobiło się smutno. Ale przynajmniej wywarł efekt. A przynajmniej taką miał nadzieję.

- Musimy poszukać innej drogi… - mruknął starszy mężczyzna.
Erilien zaś już kończył zaklęcia.
- Szukajcie więc czcigodni, ja zaś ruszę rozprawić się z tymi którzy w niecny sposób ze swej przewagi w sile korzystają by słabszego dręczyć. - Po tych słowach ruszył na uzbrojonych galopem.
Na miejscu wstrzymał swego rumaka tak iż spod końskich kopyt poleciał kurz i żwir.
- Wyjdźcie niegodziwcy i wytłumaczcie się dlaczego dopuszczacie się gwałtu! Być może wasze intencje nie są tak podłe jakimi się zdają i wówczas będę miał nad wami litość! Jeśli jednak ze złem się zbrataliście marny będzie wasz koniec! -Zawołał w stronę krzaków gdzie udali się napastnicy ze swą ofiarą.
“Na Selune, kto gada w ten sposób? Rozumiem, że to elf, ale…” Ocero zsunął się z wozu i spojrzał na woźnicę.
-Zostań, to zajmie tylko chwilę. Nie przystoi, żeby facet siedział, jak kobiety walczą. - po czym ruszł za Erilienem. Kiedy dotarł na miejsce ten właśnie kończył swoją tyradę, a kapłan walczył, żeby nie parsknąć. Spojrzał w stronę dwóch agresorów.
-Dobra kmioty, przetłumaczę wam co ta tu powiedziała. Jeżeli natychmiast nie zbierzecie dupy w troki, zrobimy z was nowy drogowskaz.

Sevotar zobaczył, że obaj mężczyźni byli skołowani. W jednym momencie mieli chyba zamiar posłuchać “rady” elfa, ale wtedy do ich uszu dobiegły dwa nowe głosy wybijając ich z rytmu. Jeden z nich niepewnie spoglądał na jastrzębia, zaś drugi spojrzał na swój miecz i bez wahania wziął go do ręki i przeniósł wzrok na elfa, ale zaraz spojrzał w kierunku, z których dobiegły nowe głosy.
- Wynocha, bo go zabijemy! - krzyknął, ale w tym krzyku nie było wiele pewności siebie.
Erilien poczuł jak wzbiera w nim słuszny gniew. Sięgnął do rękojeści miecza i jednym szybkim ruchem wydobył go z pochwy wskazujac klingą miejsce ponad zbójami.
- Nikt niewinny nie zginie kiedy ja czuwam! - Zakrzyknął a ponad oprawcami elfa wybuchła malutka ognista kula.
Ogniste zaklęcie w lesie, więc to tego typu elf. Ocero odmówił, którką modlitwę do Selune po czym wskazał dłonią zbira trzymającego miecz. -Nie ruszysz się!
Rozbawiony elf bawiący się latającymi swiatłami spojrzał na dwóch przybyszów z wyraźnie smutną miną. Był ubrany w czarną tunikę, na którą narzucił świetnej roboty koszulkę kolczą. Broń musiał zostawić w powozie, ale widać było, że całkiem nieźle radzi sobie bez niej.
- Krewniak! - Erilienowi przez chwilę mogło się wydawać, że elf jest faktycznie członkiem jego rodziny, ale mogło mu chodzić tylko o rasę - Tak, tak, panowie, to są moi towarzysze. Wszyscy polujemy na Czarnoksiężnika.
Sevotar w tym czasie zaczynał się szykować. Przekazał jastrzębowi intensywne poczucie zagrożenia, więc ten odleciał wyżej w drzewa, zaś bard był gotów reagować, gdyby coś zaczęłoby iść w niepomyślnym dla niego kierunku.
Wybuch małej ognistej kuli sprawił, że obaj napastnicy odskoczyli przestraszeni, ale to nie było wszystko. Mężczyzna, który dobył miecza momentalnie zesztywniał, jak tylko Ocero skończył wypowiadać słowa modlitwy. Drugi z napastników wyglądał na zagubionego w sytuacji. Spojrzał na elfa i człowieka, którzy przybyli z odsieczą, spojrzał na barda. W jego oczach Sevotar mógł zobaczyć, że wiara w jego słowa osłabła wraz z przybyciem pomocy. Widząc przewagę liczebną i unieruchomionego kompana podniósł on ręce.
Usłyszeli skrzypienie wozu kiedy trzeci ze zbirów uznał, że pora się ewakuować i popędził konia.
- No to tyle, jeśli chodzi o subtelności - Sevotar westchnął ciężko, po czym otowrzył oczy szeroko w wyrazie nieskończonego przerażenia, ruszając biegiem za odjeżdżającym powozem - MOJA BROŃ! MOJE SKRZYPCE!
Erilien spojrzał na odjeżdżajacy wóż potem na elfa. Schował ostrze do pochwy i bezceremonialnie ruszył w stronę Sevotara całkowicie ignorujac nieszkodliwych już bandytów.
- Wsiadaj! - Wyciągnął ramię by pomóc bardowi wspiąć się na siodło za nim. Ten złapał się jego dłoni i zwinnie wciągnąl na wierzchowca.
- Uch, dzięki, byłoby ciężko bez konia - wyciągnął dramatycznie palec wskazujący za odjeżdżająym powozem - Za tym uciekającym powozem!
Zarówno Erilien jak i jego rumak puścili mimo uszu ostatnie słowa barda. Tym razem mozna było mu wybaczyć to naganne zachowanie, w końcu był rozchwiany emocjonalnie. Belfarion ostrożnie wycofał się z chaszczy i ruszył niemal z miejsca galopem. Jedyny taki koń w swoim rodzaju, nawet po długiej drodze nie stracił nic ze swych sił a dodatkowy jeździec nie robił na nim żadnego wrażenia.
Ocero spojrzał za odjeżdząjącymi elfami, po czym spojrzał na dwóch rabusiów.
- No i co ja mam z wami niby zrobić? Jest więcej takich jak wy na tej drodze? I czego w sumie chcieliście od tego białogłowego?
- Tylko trochę zarobić… - mruknął nie unieruchomiony mężczyzna patrząc w oczekiwaniu na swojego kompana, z którego jeszcze nie zeszło zaklęcie, ale jak orientował się Ocero, w każdej chwili mogło się to zdarzyć.
Erilien z Sevotarem dzięki niezwykłemu rumakowi elfa szybko dogonili uciekający wóz, jako że koń do niego uwiązany nawet w poowie nie dorównywał Belfarionowi. Elf nakierował swojego wierzchowca tak, aby zmuszać wóz do zjechania z drogi, co dość szybko mu się udało. Zepchnięty pomiędzy drzewa zatrzymał się, prawie tracąc jedno koło w spotkaniu z nierównym podłożem i ukrytymi w trawach kamieniami.
- Łotrze który ośmielasz się pozbawiać ludzi rzeczy na które w znoju pracowali, nie umkniesz przed mym gniewem! - Erilien zwinnie zeskoczył z siodła i kierował się w stronę wozu. - Jak śmiesz niecny człowieku dopuszczać się tak haniebnych czynów wobec bezbronnego podróżnika?! - Widać było, że gniew elfa z kazdym słowem wbieral coraz bardziej ten jednak panowal nad nim nie pozwalając by wylał się z niego falą niekontrolowanej przemocy.
- Gniew godzien paladyna - Sevotar spokojnie szedł za Erilienem, chowając ręce za pasem i kierując się w stronę wozu, by wyciągnąć z niego swoje rzeczy.
Mężczyzna na wozie patrzył na zbliżającego się Eriliena (bo w tym momencie cała jego uwaga była na niego skierowana, ignorując Sevotara) z rosnącym strachem. Kiedy zrozumiał, że elf najwyraźniej nie żartuje zeskoczył z wozu i stanął po jego drugiej stronie, niczym chroniąc się tarczą. Fakt, że jeszcze nie uciekał zapewne był spowodowany troską o własny dobytek… Tylko jak długo ona będzie trwała?
- Prze… Przecież nic mu nie jest! Nikt by go nie skrzywdził!
Erilien spojrzał na człowieka wzrokiem przeszywającym duszę. Musiał być pewien czy osobnik ów nie skrywa większego zepsucia w swym sercu aniżeli tylko cheć szybkiego wzbogacenia się kosztem bliźniego.
Wystraszony człowiek jednak najwyraźniej nie był winny niczego większego, jak tylko chęci łatwego zarobku.
- Widzę zatem, że twa dusza nie przesiąkła plugastwem do cna. Zapamietaj jednak, że kiedy czynisz innym co tobie niemiłe, kiedy krzywdzisz bezbronnych wówczas narażasz się na gniew bogów. Pamietaj, że dziś to ja byłem tym gniewem lecz zlitowałem się nad tobą. Następnym razem szczęście może Ci nie dopisać i kara spadnie na twą głowę z cała surowością. - Przemowa Eriliena z pewnoscią była natchniona i przepełniona pasją ale zdecydowanie większy efekt wywarłaby gdyby elf w miedzyczasie nie wyjął paska szuszonej wołowiny i nie zaczął go namiętnie przeżuwać.
- O! - Sevotar wyskoczył z wozu, zakładając plecak, przypinając sobie do pasa pochwę z rapierem, a potem narzucając na ramię kuszę. Cały ten sprzęt by naprawdę dobrej roboty, ale uwagę musiały przykuć skrzypce, które elf ściskał w dłoniach - Dziękuję wielce za wsparcie, miły krewniaku! Moje miano, Sevotar Jasne Skrzydło.
Skłonił się nisko.
- Do usług. A ty, chłopcze, niczym sie nie przejmuj, nie czuję do ciebie urazy - machnął ręką w stronę człowieka, rzucając wszystko w niepamięć - Wręcz uśmiałem się z tego, jak łatwowierni są twoi kompani. Ale mimo wszystko, zastanów się nad lepszą kompanią.
- Erilien en Treves rycerz Corellona Larethiena. Rad jestem iż zjawiłem się na czas by wspomóc w potrzebie. - Podał dłoń elfowi. - Wróćmy teraz do naszego kompana ktoregośmy w pośpiechu wielkim opuścili. Nie godzi się bowiem zostawiać go samemu sobie.
Wracajac nie spieszyli się już tak bardzo. Erilien bowiem nie miał watpliwości iż pozostawiony z bandytami meżczyzna poradzi sobie bez problemów. Wszak jego wiara była opoką na której wybudował cytadele swej woli, potężnej i niewzruszonej, zdolnej rzeciwstawić się znacznie groźniejszemu przeciwnikowi. Było to wypisane w spojrzeniu człowieka, jego ruchach i słowach. Ta siła którą znał i której sam nauczył się ufać bardziej niż stali którą dzierżył w dłoni. Sevotar słysząc o Corellonie uniósł brwi tak wysoko, że aż zmarszczył czoło, po czym wydał z siebie przeciągłe, pełne zainteresowania “oooo” nie ciągnąc tematu dalej. Czas było wrócić do ich towarzysza.

Ocero westchnął.
-Będę z wami szczery, nie chcę wam robić krzywdy. Więc rada dla was, kiedy twój kolega odzyska władzę nad ciałem, nie róbcie nic głupiego. Mam po swojej stronie istoty, których mocy nie jesteście wstanie pojąć i wykorzystam je, zeby się bronić. Wy pewnie macie miejsca, które jeszcze, chcelibyście odwiedzić, ludzi spotkać, kobiety z którymi byście się zapoznali. Chyba, że macie żony. -spojrzał w oczy spraliżowanemu oprychowi -Nie wygracie, a ja nie przepadam za zabijaniem.
Zaklęcie w końcu straciło moc i mężczyzna zaczął się poruszać. Zerknął na kompana, który podniósł kuszę i wycelował w Ocero.
- To ty wywołałeś wybuch nad naszymi głowami?*
Ocero poprawił chwyt na tarczy.
-Nie, bo nie jestem na tyle głupi, aby ciskać ogniem w lesie. Potrafię za to ożywiać zmarłych i jestem pewny, że jest sporo martwych wiewiórek i niedźwiedzi pod waszymi stopami. Chcecie się zmierzyć z tym?
Obaj mężczyźni spojrzeli po sobie, później na Ocero i znów na siebie, po czym zerknęli w kierunku, w którym zniknęli Erilien z Sevotarem. Ten z mieczem skinął na kompana i zaczął się tyłem wycofywać, a w ślad za nim poszedł jego kompan.
- Nie próbuj nawet nas gonić - syknął mężczyzna z kuszą, ale jego ton był słaby.
-Mam lepsze rzeczy do roboty. Chociaż, jeżeli tamta dwójka stwierdzi, że jesteście złem równy diabłom i trzeba was wytłuc… lepiej się pospieszcie.
Mężczyźni jeszcze raz spojrzeli po sobie, po czym pospiesznie oddalili się w las.

Kiedy Erilien i Sevotar wrócili do Ocero zastali go samego w dobrym zdrowiu. Bandytów jednak nie było nigdzie widać.
- Ach, kolejny wybawca! - powiedział Sevotar na przywitanie, rozkładając szeroko ręce. Miał już swoje wyposażenie i był niezwykle pozytywnie nastawiony do życia, mimo bycia prawie obrabowanym - Sevotar Jasne Skrzydło, jak zwykłem się nazywać dobry człowieku! Dziękuję za te iście rycerskie wybawienie mnie z kłopotów, chociaż nie jestem pewien czy było konieczne. Jednak podziękowania są zdecydowanie konieczne, chociaż za gest, ponieważ rzadko mam okazję spotykać taką życzliwość na swojej drodze, a ha! Jadę z daleka!
Bard uśmiechnął się szeroko kładąc dłoń na zawieszonej na ramieniu kuszy i rozejrzał się, podziwiając naturę.
- Gdzie są ci uroczy dżentelmeni? Chciałem im podziękować za zabawę i może pomóc w problemach finansowych. Należy im się chociaż po złotej monecie na głowę za tę niezwykłą rozrywkę, trzeba im przyznać.
- Czmychnęli, najwyraźniej naglęce sprawy ich przywołały. Ocero, Podróżnik Selune, pochodzę z Waterdeep. Nie trzeba podziękowań, mam zwyczaju pomagać tym co mają kłopoty. Dokąd zmierzasz? - przy okazji ocero spojrzał z powrotem na swój wóz czy woźnica go usłuchał.
- Uch, ile dewotów - Sevotar zaśmiał się i uniósł ręce, jakby chciał udowodnić swoje dobre intencje - Nie, żebym miał coś przeciwko, ale wiecie panowie… Po prostu jadę przez siebie! Gdzie zaniesie mnie inspiracja.
-Twórca, co? No cóż światło Selune omywa wszystkich jednakowo. Zmierzam do Silverimoon, jeżeli tam cię prowadzi inspiracja, chętnie skorzystam z towarzystwa.
 
Ferr-kon jest offline  
Stary 25-03-2014, 02:56   #6
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
Liapola

- Erilyda oznacza mały cień.

Liapola chciała sprawić, żeby pewien instrument muzyczny zmienił swojego właściciela bez wpływu pieniądza. Nie była pewna jakie zabezpieczenia może posiadać sklep w Silverymoon ani jak bardzo wyczuleni na złodziei są sklepikarze. Mogła mieć pewność co do jednego: w takim mieście, jakim jest Klejnot Północy kradzieże raczej nie były tolerowane i zapewne nie zdarzały się tak często. Może to dlatego jej zleceniodawczyni stwierdziła, że nie będzie to bardzo problematyczna misja?
Niziołka mogła także liczyć, że jej aparycja nie wzbudzająca niepotrzebnych podejrzeń dopomoże jej w tej małej kradzieży. Znalazła dość zatłoczony sklep muzyczny mający w swojej ofercie wszelkie rodzaje instrumentów. Posiadał nawet instrumenty z wyższej półki, zdobione bogato, jak i najprostsze, treningowe. Liapola zaczęła oglądać to, co miał w ofercie, czując się pewniej wśród innych kupujących. Szybko określiła, że te szczególnie wystawne są dobrze chronione magicznie, co oznaczało, że nawet mieszkaniec Silverymoon zna zagrożenia dla towarów.
Zauważyła może sześcioletnią dziewczynkę, która stoi przy części stoiska, na której znajdowały się wszelkiego rodzaju flety i fujarki. Dziecko wzięło bez zastanowienia jeden z instrumentów i odeszło z nim zafascynowane. Wtedy jednak do działania wkroczyła matka, bo przechwyciła małą i delikatnym tonem powiedziała, aby ta odłożyła fujarkę znim jej nie kupią. To dało Liapoli wystarczająco informacji. Stoisko z tymi instrumentami najwyraźniej chronione nie było, co niziołka miała zamiar od razu wykorzystać.

***

Foclucan przywitało ją muzyką, która nawet bardziej niż na samych ulicach rozbrzmiewała w uszach, a nawet w duszach, przybyłych. Liapola wraz ze swoim nowo “otrzymanym” flecikiem znalazła się na placu przed budynkiem, na którym zgromadziło się z powodu pięknej pogody wielu bardów i znawców sztuki, rozprawiając, wymieniając się wiedzą i prezentując swoje umiejętności.
Wzrok niziołki przykuł samotny, młody bard, który siedział pod drzewem, które zadomowiło się pośród budowli i wygrywał na własnym, posrebrzanym flecie dźwięki, które wypływały z jego ducha.



Erilien en Treves


Silverymoon… Miasto, w którym spędził on tyle czasu…
Erilien idąc uliczkami Waterdeep w stronę świątynki Corellona Larethiana chłonął atmosferę tego miejsca. Niepowtarzalną atmosferę. Piękne budynki, wszechobecna roślinność, zapachy i muzyka. Elf przechodząc obok jednego z domów poczuł słodkie zapachy czyjejś kuchni. Pożałował wtedy, że jedyne co może teraz przeżuwać to zwykły kawałek suszonej wołowiny, która nagle straciła cały smak w porównaniu z tym, co musiało się gotować w tamtym domu.
Może w świątyni będą coś mieli…
Erilien był już na prostej drodze do świątyni i mógł z daleka podziwiać jej niezaprzeczalne piękno. Była naprawdę niewielka, ale biały marmur zdawał się błyszczeć w słońcu, a od dużego, srebrnego sierpu księżyca, który zdobił fasadę budynku odbijało się światło dnia. Zasadzone wokół niej drzewa kwitły świętując swoje najlepsze czasy, a ukwiecony ogród zasadzony przed wejściem mienił się wielością kolorów. Kiedy elf podszedł bliżej jego oczom ukazały się płaskorzeźby po obu stronach wejścia do świątyni przedstawiające dwa drzewa, których korony łączyły się nad wejściem.
Przechodząc przez niewielki ogródek Erilien wdychał z przyjemnością kwiatowe zapachy na chwilę się w nich zatracając. Przeszedł przez próg świątynki wchodząc do miejsca poświęconego swojemu bogu. Świątynia również od środka była wyłożona białym marmurem, ale tutaj znajdowało się o wiele więcej zdobień. Prócz zwykłych motywów roślinnych, z których część była złocona, znajdowały swoje miejsce na ścianach sceny uwieczniające Corellona w momentach jego chwały, jak i portretujące go jako władce pośród bóstw Seldarine. Tak więc swoje miejsce znalazła tam walka z Gruumshem czy z Lolth, nemesis Seldarine.
- Wróciłeś - rozległ się łagodny, kobiecy głos z tyłu świątyni. Z bocznego wejścia, gdzie musiało się miescić pomieszczenie dla kapłana, w którym mieszkał, jeżeli nie miał swojego domu w samym Silverymoon. - Ufam, że wszystko poszło bez problemów?
Eyen Ateran, jak się owa słoneczna elfka nazywała, była jedynym kapłanem w świątyni Corellona w Silverymoon, ale z tego co Erilien zdązył zauważyć taki stan rzeczy niekoniecznie jej przeszkadzał. Opiekowała się tym miejscem najlepiej jak umiała, a biorąc pod uwagę idealny stan świątynki dochodziło się do wniosku, że naprawdę dobrze jej idzie.
- Musisz być zmęczony. Chcesz coś zjeść, napić się czegoś?
Zanim Erilien zdążył odpowiedzieć usłyszał, że ktoś jeszcze wchodzi do środka. Kiedy się odwrócił zobaczył zgiętego i trzymającego się za bok półelfa, który od razu po wejściu padł na kolana. Jednak jeżeli dwójka elfów miałaby złudzenia nie miało to nic wspólnego z pobożnym aktem. Półelf zdołał podnieść się na tyle, aby dojść do ściany, po czym osunął się po niej. Erilien zobaczył, że ubranie w miejscu, które uciska mężczyzna zabarwia się szkarłatem.
- Na bogów… Ukryjcie mnie, błagam, błagam. - wydusił z siebie.



Sevotar Jasne Skrzydło


Wszystko przeszło lepiej, niż mógł się spodziewać.
Oczywiście, mógł sobie poradzić z dwoma zbójami, którzy chcieli wyrwać od niego pieniądze. Wraz dawał sobie znakomicie sam radę i nie potrzebował żadnej pomocy. W końcu by ich pogonił, co to dla niego? Jednak czy na pewno myślał o wszelkich problemach? Przybycie dwóch nieznajomych mu na ratunek jednak nie było takie pozbawione sensu. Mógł w końcu stracić coś bardzo ważnego, czyli swój instrument. Oczywiście można by kupić nowy, ale tutaj chodziło o to, że to nie byłby TEN instrument. A słowo “ten” było tutaj naprawdę ważne. To przecież część jego sztuki.
Teraz wreszcie trafił do Silverymoon.
Przechadzał się uliczkami tego wspaniałego miasta chłonąc jego niesamowitą atmosferę. Muzyka… Wszędzie muzyka hulająca pośród pięknych budynków, wysokie drzewa, które rywalizowały z strzelistymi dachami wież o panowanie nad przestworzami. Zapachy kuchni wydobywające się nie tylko z karczm, ale także z prywatnych domów sprawiały, że od razu czuło się głodnym i chciało posmakować tych rarytasów. Sevotar jednak miał na razie inne miejsce do odwiedzenia, ale zanotował w myślach karczmy, których zapachy sprawiły, że musiał przełknąć ślinę.
Równie niesamowite było nagromadzenie różnorakich ras w tym jednym mieście. Widział ludzi, elfy i ich mieszanki. Widział gnomy i niziołki, nawet półorki. Widział rasy żyjące ze sobą w zgodzie i harmonii. Z tego, co zorientował się wszystkie rasy były mile widziane w Silverymoon. Warunek był prosty. Każdy musiał przestrzegać praw i nie działać na szkodę drugiego.
Sevotar skierował swoje kroki do osławionej gildii bardów Foclucan. Wystarczyło, aby przybliżyć się tylko do tego miejsca, a do jego uszu dotarła muzyka. Co najdziwniejsze nie była ona kakofonią dźwięków, ale zdawało się, że wszystkie dźwięki grają jedną nutę. Elf przeszedł przez bramy i znalazł się na placu przed gildią, gdzie zgromadzeni byli inni bardowie rozprawiający o muzyce i prezentujący swój kunszt przed kolegami.
Do Sevotara doszła żarliwa rozmowa. Wyglądało na to, że dwóch bardów stawia zakłady o to, którego występ porwie bardziej publikę. Elf usłyszał także, iż potrzebują jeszcze jednego uczestnika tego zakładu.



Quelnatham Tassilar


Spotkał samą Elué Dualen…
Ilidath był jego przepustką na to spotkanie, które zostało zorganizowane w Wysokim Pałacu. Spotkanie, które miało na celu zbadanie wizji i znaków, które zdawały się coraz konkretniej dawać o sobie znać, czego doświadczył Quelnatham na własnej skórze. Idąc do pałacu elf zastanawiał się co tam usłyszy. Czy wszystko szło ku złemu, czy może te wizje były jedynie ostrzeżeń co może się stać, jeżeli nie zadziała się szybko? Pytanie jednak stało- co powinno się zrobić?
Quelnatham siedział teraz w komnatach audencyjnych rozmieszczonych wraz z salami bankietowymi i pomieszczeniami Rady wokół Wielkiej Sali. Cały pałac, z tego co zobaczył Quelnatham po przejściu jego niewielkiego kawałka, był urządzony bogato, ale ponad zbędny przepych cenił sobie dobry smak. Błyszczące marmurowe podłogi i strzeliste sufity robiły swoje wrażenie, jednak na tak wielkie jak wszechobecna roślinność zwisająca z tych sufitów i wijąca się na podłogach. Ściany ozdobione były gobelinami oraz plaskorzeźbami z motywami przestawiającymi kwiaty, drzewa, winorośle i krzewy. Brakowało tutaj dumnych posągów, chociaż może i to lepiej? Całe to miejsce zdawało się przyjaźniejsze gościowi i nie porażało przepychem, a raczej właśnie dobrym smakiem i pewnym spokojem.
Teraz jednak nie to było ważne.
Quelnatham upił łyk wina z kielicha, które każdy z dyskutantów mógł otrzymać od służby, kiedy zajęli już swoje miejsca. W sali ustawiono, zwykle nie zajmującego tego miejsca, wygodne krzesła, które stały naprzeciw tronu, które zajmowała sama Alustriel Silverhand odziana w lekką, kremową szatę obszytą pasem czerwonego materiału. Po obu stronach tronu stał jeden strażnik pałacowy dbając o bezpieczeństwo Elué.
W pomieszczeniu prócz tych osób i Quelnathama znajdował się też Ilidath i trzech innych zaproszonych na to posiedzenie. Człowiek, Asdener Lather z Waterdeep stojący wysoko w rangach gildii magów specjalizujących się w wieszczeniu, półelfka, Shalyssa Lurialar stojąca na czele świątyni Selune w Silverymoon i rudy półelf, który przybył na spotkanie spóźniony, przyprowadzony przez innego mężczyznę, który jedyne co zrobił, to wprowadził go do środka, po czym skłonił się i zostawił go wśród innych. Młody półelf nie wyglądał na zachwyconego tym, że musiał się tu stawić.
- Wizje nie tracą na sile - odezwał się Ilidath. - Uderzają one w Silverymoon, jakby to ono było celem.
- Nawet dotarły one do Waterdeep… - zabrał głos Asdener.
- Odpowiedzi od bogów dotyczące tych wizji są niejasne… - stwierdziła Shalyssa i dodała. - Ale musimy zacząć działać. Tutaj może chodzić o przetrwanie Silverymoon.
Zanim Alustriel zdołała wtrącić swoje słowa rudy półelf uniósł spojrzenie i mruknął skrzywiony.
- Bzdura.


Ocero

Silverymoon, wreszcie Silverymoon. Wiedział już wcześniej, że to miasto będzie stanowiło jeden z punktów jego wędrówki i nie mylił się. Jak w końcu mógł ominąć Klejnot Północy? Zastanawiał się tylko przez cały czas podróży ku temu miastu czy nie zawiedzie ono jego oczekiwań i nie zaprzeczy wyobrażeniom.
Nic takiego się nie stało.
Architektura w połączeniu z rosnącą z nią w zgodzie roślinnością sama w sobie zachwycała. Nie było w niej tej twardej nuty wielkich miast, a cechowała ją swoista ogłada i lekkość, która zdawała się być wręcz naturalna w tym miejscu. Ulice nie były ciaszne i duszne, przepełnione zapachem potu i uryny. Tutaj pachniały one roślinnością i gotowanym jadłem… ale nie to zwróciło większość uwagi Ocero.
Wielość ras, mnogość i różnorodność. Idąc ulicami Silverymoon widział różne rasy żyjące obok siebie w zgodzie i harmonii, a przynajmniej takie odnosił wrażenie. Widział jak odnoszą się inni do półorków czy diablęci, którzy zdawali się pasować do tej całej układanki. Nie widział tu wrogości, chociaż nauczony doświadczeniem wiedział, że nie miał wglądu w cudzą duszę, w której wszak mogły się czaić uprzedzenia i niechęci. Niemniej z tego, co zdołał zobaczyć wydawało się, że opinia jakoby miasto słynęło z tolerancji nie był przesadzony. Mógłby spędzić tak więcej czasu po prostu przechadzając się ulicami i uliczkami tego niesamowitego miasta, chłonąc jego atmosferę i inność, która jednak nie była powodem do wstydu, a raczej cnotą, którą chciało się zachować i dawać nią przykład.
Miał jednak inny cel tej podróży.
Słyszał wiele dobrego o świątyniach znajdujących swoje miejsce w Klejnocie Północy, a jego zaś szczególnie interesowała świątynia jego własnej bogini. Początkowo zagubił się w plątaninie uliczek Silverymoon, ale szybko został pokierowany prawidłową drogą przez napotkanego mieszkańca czy dwóch. Jak się dowiedział miejsce to nazywane było Świątynią Srebrnych Gwiazd, czyli adekwatnie do jej patronki. Miał szukać budowli o kształcie tiary z pojedyńczą iglicą na północy, tego więc szukał i znalazł dość szybko.
Już z zewnątrz świątynia robiła wrażenie. Była piękną budowlą wykonaną z obłych, białych kamieni, a kryształowo-srebrne okna przywodziły na myśl gwiazdy. Z poziomu ulicy dach wydawał się mieć kształt półksiężyca. Przekraczając próg tej świątyni Ocero czuł podekscytowanie na myśl, że zaraz zobaczy to, co skrywało się za jej murami.
A skrywało się wiele.
Pierwsze, co rzucało się w oczy było światło, które nadawało charakteru temu przybytkowi. Przechodzące przez kryształowe okna zdawało się imitować blask księżyca Selune tak dobrze, że Ocero poważnie się zastanawiał jaka magia drzemie w kryształowych oknach. Ściany pokryte były freskami przestawiającymi rozgwieżdżone nocne niebo, a namalowany przez jakiegoś utalentowanego artystę księżyc wraz ze Łzami Selune wyglądał jak prawdziwy. Nie zabrakło także przedstawień samej bogini, której spokojne oblicze wręcz zdawało się emanować dobrocią i roztaczać opiekę nad każdym, kto wkroczył w progi tego świętego miejsca.
Ocero ruszył w kierunku ołtarza, ale przystanął widząc zmierzającą ku niemu ludzką, blondwłosą młodą kapłankę.
- Witaj w świątyni Selune. - skłoniła głowę. - Jestem Arelia Tevar. Czy mogę ci pomóc?
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 08-04-2014 o 23:11.
Zell jest offline  
Stary 02-04-2014, 20:56   #7
 
Ferr-kon's Avatar
 

Ocero siedział w miarę wygodnie na wozie. Na tyle wygodnie, na ile pozwalała ciężka zbroja. Miał nadzieję, że nie natrafią na wertepy. Spojrzał na towarzyszące mu elfy.
-Więc co was prowadzi do Srebrnych Marchii?
-Od niedawna są mym domem. Zatem mógłbym rzec iż powracam z wyprawy. - Erilien jak to miał w zwyczaju przeżuwał w siodle kolejny smakołyk ze swych racji, tym razem było to soczyste zielone jabłuszko. Zapewne zdobyte za niezłą sumkę zważywszy na porę roku.
-A was panie, jakie wiatry przygnały do tego pięknego zakontka?
- W zwyczaju mam tułaczkę. Marchie zaprosiły mnie wspaniała świątynia Pani Księżyca w Silverymoon.- kapłan sięgnął do swego plecaka i wyjął kawałek chleba. Spokojnie zaczął przeżuwać posiłek.
- Wyznać muszę ze wstydem iżem świątyń nie odwiedzałem z wyjatkiem oczywiście świątyni Corellona, tej bowiem służę całym swym sercem a w razie potrzeby również mieczem. Słyszałem jednak, że w istocie piękne to przybytki, sprzyjające kontemplacji wiary i bóstwa potęgę sławiące. - Kolejny kes przerwał potok słów elfa. - A od dawna jesteście Czcigodny w drodze?
-Ogólnie, czy w chwili obecnej? Klka dni w chwili obecnej. A tak… kilka lat z przerwami. Jak to mnie określają, nie potrafię usiedzieć na zadku i muszę ciągle gdzieś iść.
Rycerz wraz z kolejnymi kęsami oddał się chwilowej refleksji nad krótkością ludzkiego życia. Wszak elf podróżujacy kilka lat uznany byłby zaledwie za ledwie poczatkujacego podróżnika. Lecz postanowił nie dzielić się swymi przemyśleniami, nie chciał sprawiać tym przykrości towarzyszowi drogi. Zamiast tego sprowadził temat na bezpieczniejszą ścieżkę.
- Zapewne więc sporo widzieliście. Może zechcecie się z nami podzielić jedną z opowieści ze szlaku?
-Hm… Raz, aby przyspieszyć sobie podróży użyłem zaklęcia teleportacji. Rok raz spędziłem, na rzucaniu tego zaklęcia i wracaniu spowrotem do Waterdeep pomagając komu mogłem po drodze. Tak czy inaczej, zaklęcie nie wypaliło. Znaczy nie dokładnie. Rzuciło mnie w okolice do których chciałem się dostać. Sęk w tym, że również rzuciło mnie kilka metrów pod ziemie. Prosto na rytuał Myrkulitów. Zapewne zbierana przez nich magia mnie zbiła z kursu. Dużo krzyku, kurzu, bladych, chudych ludzi w śmiesznych czarnych szatach z dużą ilością czaszek i pięć minut później odprowadzam ich przeżyłe ofiary do domu. Dostałem ciepły posiłek i wdzięczność rumianych kobiet. A wy rycerzu, nie zwalczyliście armii brudnych elfów z podmroku?
- Nie tak brawurowo.- W glosie elfa dąło się wyczuć głeboki smutek i zapiekły gniew, nawet odłożył swoje jabłko. Widać temat mrocznych kuzynów nie przypadł mu zbytnio do gustu lecz honor nie pozwalał niczego ze swych dokonań zataić.
- Wiele czasu spędziliśmy z braćmi strzegąc jaskiń bram do podmroku. Wielu z nas poegło gdy mroczni przypuszczali swe podstępne ataki. I choć opłakuję śmierć wielu spośród obrońców to serce me raduje fakt, że życia swe oddali broniąc spokoju naszego ludu. Niema bowiem niczego za co bardziej warto by oddać życie niż twoi bliscy. - Zakończył tym smutnym tonem Erilien. Mimo to jeszcze przez jakiś czas nie sięgał do sakwy z jadłem.
Ocero przez chwilę nic nie mówił, najpewniej rozważał co teraz powiedzieć.
-Pewien Helmita kiedyś mi powiedział: “Jeżeli robota jest warta zrobienia, jest też warta śmierci.”, zawszę sądziłem, że hełm jego zbroi za mocno uciska mu głowę, ale uważam, że istnieją sytuacje kiedy ta logika działa. Twoji bracia zgineli wykonując swoją powinność, co cważniejsze ich cel był szczytny, a poświęcenie nie było na marne. Na pewno niczego teraz nie żałują, ty też nie powinieneś.
- “Żal za zmarłych dobrze nam sluży póki nie przysłania życia.” Tak mawiał mój nauczyciel. - Elf uśmiechnął się ciepło. - Czcimy pamięć każdego kto bronił swego ludu, czy to żywy czy martwy. Żałujemy zaś tego, że polegli nie mogą świętować z nami. - Uderzył dłonia w udo by otrząsnąć się ze wspomnień. - Dość jednak smutnych tematów choćby i były opowieściami o wielkiej chwale. Droga przed nami do pięknego miejsca i wokoło piekna nie brak. Może więc przyjacielu uraczysz nas swym kunsztem? - Ostatnie słowa zwrócone były do barda którego niedawno wyciągnęli z opresji.
- Mądrości helmitów, tajne kulty Myrkula, bojowanie z drowami, rzeknę wam panowie, że zarobię krocie na samej podróży z wami - elfi bard rozsiadł się na swoim siedzisku, do tej pory żując tylko jakieś zerwane po drodze źdźbło trawy - Śmierć panowie, jest częścią życia, przynajmniej tam skąd pochodzę. Widzicie, nie różni się ona niczym od złamania nogi, czy wrednego piasku w kieszeni. Po prostu “jest”, czy też “zdarza się.” Różni bogowie różnie o niej mówią, ale ja nauczyłem się, że po prostu… Trzeba żyć. Póki możemy. A jak ktoś umarł… Cóż, przed nim wędrówka, której nikomu nie może opowiedzieć. ALE!

Sevotar podskoczył i stanął na wozie, chwytając swoje skrzypce i smyczek.
- Jesteśmy w pięknym miejscu, o pięknym czasie! Śmierć nie czycha za rogiem, ani szczęśliwie nikogo nie doświadczyła. Więc niech panowie pozwolą, Sevotar Jasne Skrzydło zagra wam coś ku czci życiu! I temu, co nas w nim prowadzi.
I zaczął grać, jednak nie była to zwykła melodia. Z pierwszymi kilkoma pociągnięciami skrzypiec, jego słuchacze mogli poczuć przechodzący im po karkach dreszcz, jakby sam wszechobecny Splot zainteresował się tym utworem. Zaczęli nawet słyszeć… Coś na kształt śpiewu, wydobywający się z okolic lekko wysuniętego z pochwy rapiera Sevotara, ale to pewnie była tylko ich wyobraźnia, mierząca się teraz z wydobywającymi się ze skrzypiec słowami o nadziei. A przynajmniej tak im się wydawało.

Cisza która trwała po pieśni barda zdawała się sama również śpiewać kontynnując bezdźwiecznie wątek. Przerywana jedynie skrzypieniem wozu i uderzeniami końskich kopyt. Erilien trwał w tej ciszy jeszcze chwilę zadumany.
- Zaprawdę bogowie cię pobłogosławili. - Pochwałił grę barda - Jeśli jednak chcesz mieć wiecej opowieści o których mógłbyś śpiewać to spotkajmy się w <tu pojawi się nazwa karczmy> w wieczór naszego do Silverymoon przybycia. Ręczę honorem, ze wino tam przednie podają.
- Dobre wino, dobra opowieść, dobre towarzystwo… - Sevotar opadł na leżące na wozie worki i przeciągnął się, uśmiechając błogo - Czego więcej chcieć od życia?
- Po długiej podróży jeszcze tylko dobrej strawy i ciepłego łoża. - Zasmiał się Erilien kontynuując rozważania Sevotara. A jakby na potwierdzenie tych słów przeszukał sakwy w nadziei, że zostały tam jeszcze placki z suszonymi owocami tak wspaniale smakujące w drodze.
Ocero ziewnął, ciepłe słońce połączone z pieśnią barda oraz bujaniem wozu najwyraźniej lulały go do snu. Chociaż słowa “karczma i wino” go najwyraźniej obudziły.
-No i pięknych kobiet.
- Coś czuję, panowie - Sevotar zasłonił twarz przed rażącym go światłem - Że to początek wspaniałej przyjaźni.

* * * * *


Widząc na ulicach miasta takie zróżnicowanie, Sevotar musiał naprawdę z całych swoich sił powstrzymywać się, przed kompletnym rozklejeniem. To było jego marzenie, tak według niego powinien wyglądać świat. Dopóki nie wchodzisz do życia innym, masz prawo żyć jak ci się podoba, niezależnie od swojej rasy, płci czy pochodzenia. To była piękna wizja i mało było miejsc na świecie, które trzymałyby się jej w pełni. Chociaż umówił się na spotkanie z nowopoznanymi towarzyszami, każdy miał jakieś swoje sprawy do załatwienia, Sevotar więc chciał je dobrze wykorzystać.
- Panowie, to wasz szczęśliwy dzień! - bard podszedł do dwóch sprzeczających się miejscowych - Przybyłem właśnie do miasta i z ogromną chęcią dołączyłbym się do waszego zakładu.
Blondwłosy człowiek wraz ze swoim półelfim znajomym spojrzeli na Sevotara. Półelf uśmiechnął się i skinął głową.
- Co byś chciał zaprezentować, więc? Muzykę, śpiew?
Elf uniósł brwi, jakby kompletnie się zaskoczył.
- A to muszę wybrać? Wybieram więc jedno i drugie! Może nawet dorzucę do tego taniec.
- Możesz wybrać wszystko, w jakiejkolwiek kombinacji. - uśmiechnął się półelf. - My wolimy muzykę i nią będziemy się starali zauroczyć publiczność.
- Zatem nie będe się wybijał i chętnie wam potowarzyszę swoimi skrzypcami - pokazał im swój dumnie wiszący na ramieniu instrument - Jak miło spotkać podobnych sobie artystów, na szlaku zwykle się wyróżniam, a tutaj czuję… Prawie jak w domu.
- Na szlaku bywa różnie. - przyznał człowiek. - Czasami dobrze się wyróżniać, ale też czasem jest to… niebezpieczne. Niektórzy mogą uważać, że artysta posiada nie wiadomo jakie skarby, a to przecież talent jest największym skarbem.
- Wszystko zależy od tego, jakie ma się podejście do sztuki, przyjacielu - Sevotar opadł dłoń na koszu rapiera, uśmiechając się tajemniczo - Są bardowie, którzy widzą tylko pieniądz, i jeśli są dobrzy w zdobywaniu go, ci “niektórzy” mogą nie być dalecy od prawy. Swoją droga, wy sami wspominaliście chyba coś o zakładzie, nieprawdaż?
- Tak, ale to nie zakład na pieniądze - sprostował półelf. - To bardziej zakład o to, kto ma rację.
- Więc czemu nie dorzucić do tego pieniądza? - uśmiechnął się jasnowłosy elf - Nie mówię, że sztuka nie jest ważniejsza niż pieniądz, jednak głodny artysta to martwy artysta. A nie wiem czy zrobiłem wystarczająco dużo, by być pokochanym za swoją twórczość pośmiertnie.
- Możemy i tak zrobić.- zgodził się półelf i skłonił lekko. - Deboreth Asmanil.
- Meneos Dreck - przestawił się człowiek z uśmiechem.
- Sevotar Jasne Skrzydło - elf skłonił się nisko i po dworsku, po czym zawadiacko zatknął palce za swój pas - Prowadźcie zatem panowie!
 
Ferr-kon jest offline  
Stary 02-04-2014, 23:22   #8
 
Googolplex's Avatar
 
Erilien momentalnie rzucił się podtrzymać półelfa. Pragnął też zapewnić mu opiekę świątyni lecz tu musiał powstrzymać swój zapał. Wszak nie on był opiekunem tego przybytku. Spojrzał więc na kapłankę szukając jej przyzwolenia.
- Nic złego nie stanie ci się w tych murach. - zapewniła kapłanka i podeszła do półelfa. - Pozwól mi zobaczyć twoją ranę…
- Nie! - krzyknął i odtrącił rękę kapłanki, która chciała zbadać jego stan. - Ukrycie mnie, a to później!
- Spokojnie przyjacielu. Póki jesteś w świątyni ręczę swym honorem i rycerskim słowem, że nie stanie Ci się krzywda. Nie musisz się już obawiać, tu jesteś bezpieczny. - Głos Eriliena był spokojny i pewny. Sam rycerz miał nadzieję, że ten spokój udzieli się i samemu półelfowi który najwyraźniej nie rozumiał, że dotarł do bezpiecznego azylu.
- A… ale… - półelf skrzywił się z bólu. - Nie chcę, aby dowiedzieli się… że tu je… jestem…
Kapłanka pogłaskała go po włosach.
- Możemy go zabrać na tyły świątyni.
Półelf spojrzał na Eriliena.
- Możecie…?
Nie było chyba innego wyboru jak spełnić prośbę półelfa choć ukrywanie się było sprzeczne z naturą Eriliena i nie rozumiał dlaczego ten obcy tak bardzo nalega choć jest już bezpieczny. Ostrożnie pomógł mu się podnieść i niemal zaniósł go na tyły świątyni.
- Pozwolisz teraz by pani Eyen zajęła sie twymi ranami? Ja w tym czasie będę czuwał by nikt nie zakłócił spokoju tego miejsca.
- … dobrze - wydusił z siebie półelf, a kapłanka pomogła mu położyć się na skromnym łóżku.
- Wrócę, jak tylko skończę z jego ranami - odezwała się do Eriliena i zaczęła sprawdzać w jakim stanie jest niespodziewany gość.


Tymczasem Erilien wrócił do głównej izby świątynnej. Nie tylko aby trzymać straż lecz przede wszystkim by oddać cześć Corellonowi. Ukląkł przed ołtarzem z dłońmi złożonymi na rękojeści obnażonego teraz miecza. Po chwili pogrążył się w modlitwie.
Nie minęła nawet minuta w modlitwie, kiedy Erilien usłyszał, jak do świątyni ktoś wchodzi. Kiedy odwrócił się zobaczył ciemnowłosego człowieka ubranego w ubranie podróżne, uważnie rozglądającego się po świątyni. Skłonił się mężczyźnie z szacunkiem podejmując się powitania go w imieniu opiekunki swiatyni.
- Witaj czcigodny wędrowcze, czy ten tu rycerz może słuzyć Ci pomocą?
- Prawdopodobnie do tej świątyni wszedł ranny półelf. Czy to prawda?
- Zapewne nie jeden ranny przybył pod opieke świątyni. Wiadomym jest bowiem, że Corellon otacza szczególną opieką swe dzieci. - Niby powiedziane z szacunkiem i spokojnym glosem, jednak w słowach Eriliena ukryta była groźba wobec każdego kto śmialby podnieść rękę na kogoś pozostającego pod opieką światyni. - Czy mógłbyś czcigodny wyjawić mi dlaczego szukasz owego nieszczęśnika?
- Jest moim dobrym znajomym i martwię się o niego. Został raniony na mieście, ja odganiałem od niego sprawcę, a on ruszył szukać pomocy w świątyni. - mężczyzna mierzył wzrokiem elfa.
- Nie musicie się więc zadręczać czcigodny. Wasz przyjaciel jeśli trafił pod opiekę świątyni napewno otrzymał dobrą pomoc i wróci do was w dobrym zdrowiu. - Elf odwołał się do mocy swego boga by zbadać duszę człowieka. - Nic jednak więcej nie mogę powiedzieć. Dopiero niedawno wróciłem do miasta i niedługo przebywam w świątyni, nawet jeszcze z jej opiekunką nie zdążyłem porozmawiać. - Tak, Erilien kłamstwa nie lubił ale za to całkiem zręcznie manipulował słowem by zbić z tropu adwersarza.
Zesłana moc jednoznacznie stwierdziła, że dusza tego człowieka trawiona była przez nikczemność.
- Może w takim razie… Poczekam tu na opiekunkę świątyni, aby od niej zasięgnąć informacji.
- Jeśli chcecie czcigodny zaczekać, przyłączcie sie do mnie i wspólnie medytujmy chwałę Corellona pokonujacego zło. - Erilien gestem zaprosił mężczyzne by ten wraz znim zajął miejsce przed outarzem. - Opiekunka niedługo powinna się zjawić. Jeśli zaś modlitwa będzie się wam dłużyć wtedy sam ruszę by poszukać pani Eyen.
- Obawiam się, że nie należę do osób przesadnie pobożnych, a elfie bóstwa to zupełnie nie moja bajka. - rozejrzał się jeszcze raz i spojrzał niepewnie na Eriliena. - Będę więc oczekiwać na powrót mojego… znajomego. - to powiedziawszy szybkim krokiem opuścił świątynię.


Elf zaś dokończył modły dziękując Corellonowi iż narazie obyło się bez rozlewu krwi. Po czym schowal miecz do pochwy i udal się na tyły światyni.
- Czy z nim…- Zaczął, uchylając drzwi za którymi kapłanka zajmowała się rannym.
Kapłanka właśnie skończyła się zajmować rannym, który wyglądał już o niebo lepiej, a reszta rany, której nie zaleczyła magia lecznicza, została oczyszczona i zabandażowa.
- To była rana po ostrzu, zapewne sztyletu albo jakiegoś noża. - odezwała się do Eriliena elfka. - Ale już jest dobrze.
- Powiedział coś więcej? Kto i dlaczego mu to zrobił?
- Nie chce mówić. - spojrzała w stronę półelfa powoli poruszającego ręką, od strony rany i krzywiącego się delikatnie.
- Być może mi powie. - Stwierdził Erilien i powoli zbliżył sie do półelfa. - W trakcie mej modlitwy przyszedł ciemnowłosy mężczyzna. Mówił, że szuka swego półelfiego przyjaciela. - Przerwał by zobaczyć jak półelf zareaguje.
Półelf pobladł jeszcze bardziej i wlepił spojrzenie w Eriliena.
- I co?
- Narazie postanowił, że poczeka aż jego przyjaciel wróci. Jednak mam przeczucie, że spróbuje na własna rękę poszukać go w tych murach.
Półelf opadł na poduszkę.
- Świetnie, po prostu świetnie… Jestem martwy.
- Jeszcze żyjesz i jeśli powiesz o co ta cała afera to może uda nam się wspólnie taki stan rzeczy zachować. - Erilien wprawdzie był rycerzem i chetnie pomagał innym jednak mocno wierzył, że pomóc można tylko tym którzy pomogą sobie sami.
- O nic… ważnego. - wymamrotał półelf. - Po prostu pomóż mi wydostać się z Silverymoon…
- Och to proste.- Zaczął Erilien. - Po wyjściu ze światyni kieruj się w stronę głównej drogi a potem prosto do bram miejskich. Droga nie sprawi problemu, oczywiście o ile ktoś nie bedzie Cię ścigał z jakiegoś ważnego powodu. - Przesadnie podkreślił słowo “ważnego”.
- Dlatego prosiłbym, abyś mi towarzyszył do bram miejskich. Aby ktoś mnie nie ścigał…
- I dlatego chcę poznać powody dla których jesteś ścigany. Nie zrozum mnie źle, z chęcią Ci pomogę lecz najpierw musisz sam sobie pomóc i obdarzyć mnie zaufaniem. Inaczej nie będę w stanie zagwarantować Ci bezpieczeństwa choć bardzo bym chciał.
- To naprawdę nic… takiego. Osoba, która mnie ściga po prostu źle znosi zniewagi, o czym się dowiedziałem zbyt późno.
- Gdyby tylko o to chodziło mógłbyś sie zgłosić po pomoc do straży. Jestem pewien, że chętnie odeskortują cię za bramy lub zapewnia opiekę w mieście.
- Wolisz więc zostawić mnie na pewną śmierć niż po prostu odeskortować? - półelf zadrżał.
- Wolę wiedzieć w co tak naprawdę się mieszam. Nie pozwolę aby moje działania przyniosły wstyd świątyni. Dlatego jeśli chcesz mojej pomocy musisz być ze mną szczery. - Nie było to do końca szczere, Erilien wiedział, że tak czy inaczej pomoże temu półelfowi. Niech jednak sie trochę przestraszy to może w końcu zacznie mówić z sensem. Bo w to, ze sprawa jest większa niż tylko zniewaga, paladyn nie wątpił.
- On chce… On chce coś, co jest w moim posiadaniu… - zaczął ostrożnie mężczyzna. - I najwyraźniej jest gotów za to zabić…
- I zapewne nie zechcesz powiedzieć cóż to takiego za co warto mierać?
Półelf zacisnął zęby.
- Mały, magiczny przedmiot. - mruknął.
- Warto z jego powodu umierać? - Wyraził swe wątpliwości Erilien. Wszak miał własne zdanie na temat wartości życia.
- Nawet gdybym oddał zabiliby mnie… - westchnął półelf.
- Dobrze. - Powiedział bardziej do siebie, jakby podjął decyzję. - Jesteś pewien, że za miastem Cię nie dosięgnie?
- Jest taka szansa… Zmienię miejsce… Nie będą mnie ganiać po całym Faerunie.
- Wstawaj. Jeśli chcesz, żeby Ci się udało to ruszamy odrazu. - Po czym Erilien zwrócił się do kapłanki. - Czy nie bedzie wielkim kłopotem jeśli wyjdziemy od tyłu?
- Nie będzie - zapewniła kapłanka, ale wyglądała na zaniepokojoną. - Jesteś tego pewien, Erilienie en Treves?
- Nie jestem. - Elf pokręcił przecząco głową jakby chcial dodać znaczenia swym słowom lub otrząsnąć się z watpliwości. - Nie jestem, ale nie mogę zostawić tego biedaka na pastwę jego wrogów. Udzieliliśmy mu schronienia, to wdedy był czas by się zastanawiać teraz muszę zrobić to co nakazuje mi honor. - Skłonił się kapłance. - Jeśli zostałby w świątyni dlużej wy również znalazłabyś się w niebezpieczeństwie Pani. Jeśli ma mieć szanse walczyć o swe życie to tylko teraz.
- Dobrze - odparła kapłanka i spojrzała na półelfa. - Możesz iść?
- A mam inny wybór? - mruknął zapytany, po czym wstał niepewnie z łóżka zginając się trochę w stronę zranionego boku. Erilien zobaczył także, że jedną dłoń przyłożył trochę poniżej szyi jakby coś wymacując, po czym jakby uspokojony skinął Erilienowi.- Możemy iść?
- Tak. - Odparł paladyn i rozejrzał się czy aby napewno półelf nic nie zostawił. - Chodźmy zatem nie marnujac wiecej czasu, być może uda nam się dotrzeć do bram nim twoi prześladowcy sie zorientują.
- Muszę… Muszę przy bramie wykupić konia… Mógłbyś mi też w tym towarzyszyć?
- Nie tylko konia przyjacielu, nie tylko konia, lecz nie martw się niedaleko bram jest zajazd gdzie napewno będziesz mógł kupić konia i prowiant na drogę. Wielu podróżnych się tam zatrzymuje więc własciciel dba by mogli wszystkie sprawy załatwić w jednym miejscu a wszystkie pieniądze trafiły do niego. - Kończąc wypowiedz już niemal się śmiał do własnych wspomnień kiedy to własciciel owego przybytku zaproponował, ze odkupi jego rumaka skoro “pan rycerz” ma zamiar dłużej pozostać w mieście.
- Świetnie, świetnie… Dziękuję, naprawdę. - półelf nawet spróbował się uśmiechnąć. - Mam nadzieję, że nic się nie stanie…
 
Googolplex jest offline  
Stary 02-04-2014, 23:48   #9
 
Seachmall's Avatar
 
Kapłan skłonił się przed półelfką.
-Ocero, ze świątyni w Waterdeep. Przybyłem tu, no szczerze, aby ujrzeć to miejsce. Chyba jak wrócę do domu będę musiał powiedzieć opiekunowi świątyni, że przyda nam się remont.
Kobieta zaśmiała się cicho.
- Dziękuję za te wyrazy uznania. Niestety, nasza przewodniczka Shalyssa Lurialar jest aktualnie poza świątynią, ale powinna niedługo powrócić.
-Czy mogę tu zostać do tego czasu? Droga trochę mnie zmęczyła i chciałem podziękować Pani, za bezpieczną… w miarę i owocną podróż.
- Oczywiście. Każdego potrzebującego witamy z otwartymi ramionami, a co dopiero kapłana naszej bogini. - zerknęła na Ocero. - Powiedz mi, zamierzasz tutaj dłużej zabawić?
- Szczerze nie planowałem terminu. Dekadzień, dwa jeżeli nic mnie nie zatrzyma na dłużej. Nie będę oczywiście nadużywał waszej gościnności przez ten czas.
- Nie będziesz, nie martw się, ale skoro masz zamiar dłużej tu zostać… - spochmurniała. - Usiądźmy, porozmawiajmy więc. Czasy zrobiły się niepewne nawet w Silverymoon. - skierowała się do ławy i usiadła na niej.
Ocero usiałd obok.
-Mam nadzieję, że nie zaczniesz mi opowiadać o rzekach płynących krwią, trupach chodzących po drogach i diabłach wyskakujących z szaf… jestem zbyt trzeźwy na tego typu zadania.
Kapłanka zaśmiała się serdecznie.
- Nie, nie, ale ostatnimi czasy dla nas selunitów, cienie stały się niebezpieczne, a ci, którzy twierdzą, że są w potrzebie mogą przynosić zgubę.
Ocero syknął pod nosem.
-Sharyci?
Kobieta pokiwała smutno głową.
- Sądziliśmy, że nie ważą się wejść do tego miasta, ale najwyraźniej to były płoche nadzieje. Nie wiemy ilu, może nawet jeden, dwóch. Wmieszali się w tłum i rozpoczęli swoje polowania…
-Heh… “Podróżnik Selune” powinien być łakomym kąskiem… postaram sie zrobić co mogę. Pytanie jak chcecie, abym to załatwił?
- To tylko ostrzeżenie z naszej strony, a nie zlecenie na kultystów - odparła Arelia. - Chcę po prostu, abyś miał oczy szeroko otwarte i był ostrożny w udzielaniu pomocy. Prawdopodobnie szybko ujawnią się czymś, a wtedy lepiej, aby uchodzili z Silverymoon, bo nie zwalczą całego miasta.
- Będę uważał. Miejmy nadzieję, że nie strzeli im do tych zaciemnionych łbów zrobienia czegoś tu…
- Też o to się modlimy, bracie - odparła i zmieniła temat. - Masz gdzie sie zatrzymać czy potrzebujesz miejsca w świątyni?
-To Silverymoon, karczma się znajdzie. A na ulicy są duszyczki bardziej potrzebujące ode mnie. Jeżeli nie uda mi się niczego znaleźc to wrócę. Szczególnie biorąc pod uwagę tych Sharytów.
- Mam nadzieję, że nic złego się nie stanie. Uważać trzeba na noc, bo pomimo iż króluje na niej księżyc, to jednocześnie jest to ulubiony czas działania wroga.
- Światło Selune nie dociera wszędzie siostro… i na te ciemne miejsca trzeba uważać. -Ocero pokręcił głową- Bah, całe to gadanie o użalających się nad sobą, chorych na zabijanie patałachów wprawia mnie w podły nastrój...czy coś się ma może zdażyć niedługo w miescie? Wielkie święto? Bal? Inwazja orków?
- Nie, ale… Coś się niepokojącego dzieje. Shalyssa Lurialar chodzi niespokojna, została zaproszona do samej Alustriel w jakiejś ważnej sprawie. Zupełnie, jakby coś, co nam umyka wisiało nad naszymi głowami… Może to ci Sharyci? Może coś innego? Nie wiem i pewnie nikt prócz bogów nie wie.
- Może jestem nowy w byciu kapłanem, ale… nikt w takim razie nie próbował ich zapytać? Nie spodziewałbym się szczegółowej odpowiedzi, ale chociaż ostrzeżenie, że coś się szykuje...
- Z tego co wiem jest z tym problem, ponieważ… bogowie milczą.
-Erm… wszyscy?
- Z tych, o których mi wiadomo… to tak. Ponoć pojawiają się wizje, tak zasłyszałam, ale pytani o nie bogowie nie dają odpowiedzi.
Ocero spochmurniał.
-To nie wróży niczego dobrego, kiedy bogowie milczą śmiertelni szukają pocieszenia gdzie indziej… głównie w cierpieniu innych śmiertelnych.
- Miejmy nadzieję, że tym razem tak nie będzie i niedługo wszystko się wyjaśni.
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline  
Stary 02-04-2014, 23:53   #10
 
Quelnatham's Avatar
 
Elf z południa uniósł brew i zwrócił się do wyraźnie niewychowanego mieszańca:
- Można wiedzieć czemu tak uważasz, szanowny panie? Wizje sprowadziły mnie tu aż z Cormanthornu. Starszyzna Semberholme także jest zdania, że nie należy lekceważyć tych ostrzeżeń.
- Po prostu uważam, że takie skupianie się na dobru jednego Silverymoon jest mało rozsądne. - parsknął.
- Z pewnością jest wiele miejsc które są równie cenne dla świata. Ale czy dla pani Dualen? - dodał podnosząc kąciki ust. - Wszystkich nas ściągnęły tu wizje. Czemu tu, a nie gdzie indziej? Może tu zacznie się nieszczęście, a może tu można mu zapobiec. Co o tym sądzisz pani? - zwrócił się do władczyni.
- Wszystko jest możliwe - odparła Alustriel. - Jako, że wizje nie są jasne nie możemy mieć pewności dlaczego właśnie zdają się wskazywać na Silverymoon, ale to musi mieć swoje znaczenie, a nawet mała wskazówka jest na wagę złota.
- Chociaż przez niektórych najwyraźniej przemawia młodość - Asdener zerknął na półelfa, który w odpowiedzi skrzywił się i złożył ręce na piersi.
- Młodzieniec też nie mógł trafić tu przypadkiem. Czy masz jeszcze jakieś wieści czy też podzieliłeś się z nami całą swą mądrością?
- Nie wiem co tu robię. Nie przyszedłem tu z własnej woli.
- Aeronie… - odezwała się delikatnie Alustriel. - Nie powiesz mi, że tak obdarowanego przez bogów ominęły te wizje. - spróbowała w ten sposób dotrzeć do półelfa.
- Może i nie ominęły - mruknął. - Ale nie będę się spowiadał. I tak nikt nie słucha. - spojrzał w stronę wyjścia. - Mogę już iść czy zatrzymacie mnie siłą?
- Oczywiście, że nikt nie spróbuje czegoś takiego. - zapewniła Alustriel. - Ale…
- To świetnie. - przerwał jej półelf i wstał z miejsca. - Dobrego dnia życzę - rzucił i szybkim krokiem ruszył do wyjścia.

- To… nieoczekiwane. - odezwał się Ilidath, a Asdener parsknął.
- Głupie dziecko.
- Szkoda, naprawdę… szkoda. - westchnęła Alustriel, kiedy półelf opuścił salę. - Ale brałam pod uwagę taką możliwość. - spojrzała po zgromadzonych. - Możemy tylko się domyślać, czego niby mielibyśmy nie posłuchać, a co on miał do powiedzenia.
- Kim był ten półelf? - szepnął Tassilar do siedzącego obok Ilidatha.
- Aeron Tasmaleth - wyszeptał Ilidath. - Bogowie pobłogosławili go darem wieszczenia, ale jednocześnie musieli przekląć trudnym charakterem.
- Czy zatem podjęte zostaną jakieś działania by zwiększyć nasze pojmowanie sprawy? - powiedział, już głośno elf - Obawiam się, że nieszczęście, które widzimy, może być związane z dziedzictwem Myth Drannor. Czy Strażnicy Czarów to badali?
- Oczywiście, że zostaną podjęte, ale jak widać nie wszyscy są skorzy do dzielenia się posiadanymi informacjami. - westchnęła Alustriel. - Też się zastanawiałam nad Myth Drannor, ale nie ma żadnych dowodów na to wskazujących. Moja straż także daje z siebie wszystko, ale bez rezultatów. Na razie wychodzi na to, że trzeba mieć oczy z tyłu głowy, jako że nie jednemu miła byłaby zagłada Silverymoon.
- Oferuję swoją pomoc do czasu kiedy sprawa się nie rozjaśni. Quelnatham Tassilar będzie do pani usług Elué Dualen.
- Cieszę się - Alustriel uśmiechnęła się i skinęła głową ze wdzięcznością. - Czy masz jeszcze jakieś sugestie co do środków, które możemy przedsięwziąć, Quelnathamie Tassiliarze?
- Nie czuję się wystarczająco wiedny żeby cokolwiek zaproponować. Jestem oczywiście gotów pogłębić swoje pojmowanie sprawy. Z istnieją księgi, w których mogę poszukać odpowiedzi, jeśli tylko uda mi się do nich dotrzeć.
- Udostępnię wam wszystkim dostęp do biblioteki pałacowej, w której może uda się znaleźć odpowiedź… Jeżeli wszyscy nad tym popracujemy to mam nadzieję, że uda nam się do niej dotrzeć.

Kiedy rozmowa dobiegła końca i zaczynali się rozchodzić Ilidath podszedł do Quelnathama i zagadnął go.
- Mam zamiar spróbować jeszcze porozmawiać z Aeronem. Jego spostrzeżenia mogą okazać się ważne, ale ten dzieciak zbyt ufny i chętny do współpracy nie jest. Zgodziłbyś się mnie wesprzeć?
Przybysz z południa podniósł brwi w wyrazie uprzejmego zdziwienia.
- Nie wiem jak mógłbym pomóc. Chłopak nie wydawał się darzyć sympatią żadnego z nas… Ale oczywiście jeśli uważasz, że moja obecność jest wskazana pójdę razem z tobą.
- Zawsze z radością przyjmę pomoc. Musimy tylko znaleźć Aerona. Mam pewien pomysł, widziałem człowieka, który go przyprowadził, więc wydaje mi się, że on nas poprowadzi…
- Ja też mogę. - za elfami odezwał się kobiecy głos Shalyssy Lurialal. - Przepraszam, doszła do moich uszu wasza rozmowa, czcigodni. - wyjaśniła z pewnym wstydem. - Stawiałabym, że teraz udał się do świątyni Selune, w której to zawsze go widzę, jak jest zdenerwowany. Chyba w progach mojej bogini odnajduje spokój...
- Dziękuję dobra pani. Zaraz się tam udamy. Może i pani pójdzie z nami? Skoro on panią zna, czułby się.. bezpieczniej.
- I tak się udawałam z powrotem do świątyni, więc będę towarzyszyć. Przyznam, że Aeron ma ciężki charakter…
 
Quelnatham jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:57.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168