Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-05-2014, 20:05   #11
 
Nimitz's Avatar
 

Greg wszedł do kuchni zamykając za sobą drzwi. Zdążył już doprowadzić nos do porządku, ale na jego twarzy wciąż malowało się potworne zmęczenie.
Mężczyzna ruszył na środek pomieszczenia zabierając po drodze mały taboret, by następnie postawić go tuż przy dużym dębowym stole. Przed nim stała Nel ze skrzyżowanymi rękami na piersi. Przyglądała się uważnie karczmarzowi z zadartą do góry głową jakby chciała w ten sposób oznajmić, że nie boi się jego ani jego ludzi.
- Butny jesteś… - stwierdził rozleniwionym głosem. Po prostu, tak bez żadnych emocji.
- Zdaję sobie sprawę, że byłeś posłuszny Etsy tylko dlatego, że zauważyłeś mnie stojącego we drzwiach. Bardzo sprytne zgranie, chwalę sobie to - mężczyzna uśmiechnął się szczerze, po czym chwycił leżący nieopodal pomidor kręcąc nim po stole niczym dziecięcym bąkiem.
Nel przyglądała się temu z twarzą nie zdradzającą żadnych emocji. Nie ufała starszemu mężczyźnie i była przekonana, że nigdy mu nie zaufa niezależnie od tego jak bardzo będzie się starał.
- Jestem Greg - odezwał się po dłuższej chwili milczenia. - Zdradzisz mi swoje imię? - zapytał wyciągając swoją dłoń przed siebie w geście pojednania.
Dziewczyna zmrużyła niebezpiecznie oczy. Przyglądając się to jemu, to wyciągniętej w jej stronę dłoni jak by miał zaraz machnąć w jej stronę jakimś ostrzem. Dopiero po chwili namysłu wyciągnęła swoją dłoń mocno zacisnąwszy na jego. “Nie może zobaczyć, że się boisz” pomyślała trzymając ją chwilę dłużej, jakby rzucając mężczyźnie wyzwanie.

- Nel - powiedziała krótko.

- Dziwne imię jak na chłopca… - odparł z ciepłym uśmiechem na twarzy. Przez moment nic nie mówił zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów. Nie chciał przecież spłoszyć dzieciaka mówiąc mu otwarcie, że jest teraz jego własnością. Nel miała w sobie coś dzikiego pomimo, że została doprowadzona wizualnie do cywilizowanego stanu.
- Powiedz mi, dziecko… - zaczął powoli zastanawiając się nad następnymi słowami - ...skąd pochodzisz? Gdy tu trafiłeś nie wyglądałeś na takiego, który ma rodziców.

Teraz Nel zastanowiła się nad odpowiedzią.
- To nie istotne skąd pochodzę. A rodziców nawet jak nie mam.. - powiedziała hardo - to nie znaczy, że nikt nie będzie mnie szukać… - skończyła powracając do swojej pozy z rączkami skrzyżowanymi na płaskiej piersi.

- Oj, na pewno ktoś się po Ciebie upomni, na pewno… - odparł Greg uśmiechając się, chociaż Nel nie mogła jednoznacznie stwierdzić czy sobie teraz z niej drwi, czy też mówi poważnie.
- Ale do tego czasu pozostaniesz tu. Nie mogę przecież pozwolić by stała Ci się krzywda, nieprawdaż? - zapytał zmieniając barwę głosu z poważnego na taki jakim mówi się do małego dziecka.
- Do tego czasu będziesz grzecznie tu pracować, a jeśli będziesz naprawdę pracowita to zapomnę o odszkodowaniu. Co Ty na to? - dodał Greg dając dziewczynie do zrozumienia, że niezależnie jaka będzie jej odpowiedź on już swoje postanowił.

Dziewczynka powoli zaczynała pojmować o co może dziadydze chodzić. Uśmiechnęła się do swoich myśli, co mógł przyjąć za dobrą monetę.
- Odszkodowanie, to wiszą ci te fajfusy z halabardą do podpierania co by pion utrzymać z tą poduszką jaka im wyrosła przy pasie. Nawet i pięć takich jak ja nie zrobiłoby tu takiego burdelu ….przepraszam….bałaganu jak jeden z tamtych. zastanowiła się - Nie powinno się mówić “słoń w składzie porcelany” tylko “przedstawiciel straży” . Ale powiedzmy, że nie ucieknę i będę grzecznie pracować… - zakończyła starając się by jej kłamstwo zabrzmiało przekonywająco.

Greg tylko uśmiechnął się lekko w odpowiedzi. Wiedział, że dziewczynka łże i miał też na sposób. Zastanawiał się tylko czy warto przekonać ją po dobroci, czy też użyć w końcu siły.
Po krótkim namyśle postanowił, że dalej będzie brnął w tą grę, ale uważniej będzie przyglądał się reakcji Nel.
- Jeśli zostaniesz to będziesz pracować w kuchni, a tu można się przy okazji dobrze najeść. Nic dziwnego, że wszystkie kucharki są takie… - zrobił krótką pauzę szukając odpowiedniego słowa - ...pulchne - dokończył wyszczerzając zżółkłe zęby w uśmiechu.
- Natomiast jeśli uciekniesz to… - zamyślił się na chwilę szukając odpowiedniego argumentu -...zwołam Straż Mintaryjską, a oni mają w swoich szeregach wieszczy. Wystarczy im Twój włos by móc Cię wypatrzyć w nawet najbardziej zatęchłej norze - skłamał.

“Nie zrobisz tego kłamliwy ćwoku” - pomyślała Nel choć udała, że długie dłonie lęku sięgnęły jej drobnego karku. “Więcej byś stracił jak by dowiedzieli się, że ukrywałeś zbiega...nawet tak mało istotnego “ - kontynuowała w myślach. Jedynie skinąwszy głową w jego stronę. “Niech myśli, że nie odzywam się, ze strachu, że głos mi zadrży, zdradzając przerażenie”...

Greg przyglądał się bardzo uważnie dziewczynie tak jak sobie w duchu obiecał. Karczmarz był świetny w czytaniu emocji z twarzy i chodź dziewczę skinęło mu głową w odpowiedzi to nie był do końca przekonany, czy godzi się na jego warunki. Jedno było pewne - Nel na pewno rozważała w myślach obie opcje. Niewola przecież nie była taka zła… pan karmił i otaczał opieką w zamian za posłuszeństwo. Niejedno dziecko w Neverwinter marzyło o takim luksusie.
Mimo wszystko nie był do końca przekonany. W tej dziewczynie było coś nietypowego, coś co nie dawało mu spocząć. Być może było to tylko jej dzikie spojrzenie, ale Greg instynktownie wiedział, że za tą pozbawioną emocji maską kryje się coś więcej.
“Tak... tym bardziej będę musiał bacznie obserwować tego dzieciaka.” ~ pomyślał uśmiechając się do Nel najcieplej jak tylko potrafił.

Dla postronnych cała ta rozmowa wyglądała może jak zwykła dyskusja między pracodawcą i jego młodym podwładnym. Jednak dla tej dwójki, stawało się co raz bardziej jasne, że trafili na godnych siebie przeciwników. Dwójka wytrawnych pokerzystów i każde z nich zbyt dumne aby choć na chwilę odpuścić.
Nel mimo co raz większej niechęci jaką odczuwała do mężczyzny, również choć niechętnie musiała przyznać mu umiejętności.
Greg miał jednak asa w rękawie. Był większy, silniejszy i zdecydowanie bardziej majętny od dziewczynki, która przez prawie całe swe życie wychowywała się na ulicach zrujnowanej dzielnicy. Prawo też stało po jego stronie, albowiem karczma Bezimienny Dom została doszczętnie zrujnowana, a Nel nie miała żadnego statusu społecznego. Nawet jeśli miała gdzieś w Neverwinter kochającą rodzinę to musiała być ona zbyt biedna, aby mieć cokolwiek do powiedzenia.

Usta karczmarza raz jeszcze wykrzywiły się w uśmiechu, lecz tym razem nie był to już ciepły uśmiech staruszka, którym wcześniej obdarzył Nel wiele razy. Na twarzy Grega malował się obleśny pełen drwiny i poczucia wyższości półuśmieszek. Jego zdradzające podeszły wiek oczy błysnęły groźnie i chciwie, gdy spoglądał z góry na siedzącą naprzeciw niego dziewczynkę.
- Będziesz tu pracować, czy ci się to podoba czy też nie. Jeśli zobaczę, że się ociągasz to przykuję ciebie łańcuchem do stołu i nigdy nie zobaczysz światła słonecznego. Jeśli zaś spróbujesz ucieczki, a ja ciebie dorwę to… - Greg sięgnął po coś uczepionego do pasa. Na stole pojawił się długi skórzany bicz tak gruby, że aż żal było nim bić nawet najbardziej nieugięte zwierzęta - ...mocno tego pożałujesz.

Wraz z tymi słowami legła w gruzach fasada fałszywej przyjaźni, którą starał się na samym początku rozmowy oczarować dziewczynkę. Trafił jednak na równego sobie przeciwnika, więc szybko doszedł do wniosku, że stare dobre trzymanie niewolników w wiecznym strachu jest najlepszą metodą na niesfornego smarkacza. Działo to na Etsy, a Nel była jeszcze młodsza od niej, więc tym bardziej wydawało się to właściwym postępowaniem.

“Nareszcie.”- Pomyślała dziewczynka.
Widząc zmianę w zachowaniu mężczyzny Nel mimo tego, że próbowała to ukryć rozpromieniła się. Od początku rozmowy, czekała, aż Greg zrzuci ze swojej twarzy maskę i skończy z kłamstwami, którymi usilnie próbował ją karmić.Gdy tylko to zrobił, zdawało się, że wygląda jak gotowy do zabawy szczeniak.
- Ależ oczywiście - Odpowiedziała spokojnie spoglądając mu w oczy. - Jak sobie tylko życzysz….szefie - Poczuła się dużo pewniej wiedząc na co mężczyznę stać.
Greg zacisnął pięści gotując się ze złości na widok dziwnej radości i niekrytego sarkazmu w słowach dziewczynki. Przez chwilę miał ochotę uderzyć ją w twarz, ale w porę zdążył się powstrzymać. “Zabawa” z Nel nie przebiegała po jego myśli. Wściekły odwrócił od niej wzrok rozglądając się po pomieszczeniu i zastanawiając się jak utrudnić życie smarkuli.
- Będziesz gotować zupę - stwierdził beznamiętnym głosem po dłuższej chwili. - Weźmiesz duży kocioł, o bierzesz i posiekasz ziemniaki, marchew, brokuły i tego kurczaka, który się gotuje od godziny w tym brązowym garnku.
Greg naprawdę chciał rąbnąć dziecko w twarz, skuć go i wrzucić do piwniczki na kilka godzin. Karmić przegniłym chlebem i wodą, tylko tyle by mogło przeżyć. Może to sprawiłoby, że Nel zaczęłaby kulić się przed nim jak to Etsy ma już w zwyczaju. To był bardzo ciężki dzień i karczmarz potrzebował się na kimś wyżyć, ale z zupełnie niezrozumiałych dla siebie przyczyn nie potrafił.
Chyba za mało dziś wypiłem”, powiedział do siebie w myślach wyraźnie rozczarowany swoją postawą.
- Przyjdę do ciebie za kilka godzin. W tym czasie pilnować będzie ciebie Etsy - z tymi słowami opuścił kuchnię i ruszył na górę do swojego pokoju. Przed schodami zdążył jeszcze poinformować służącą o jej nowych obowiązkach. Półelfce wyraźnie nie spodobała się wizja opieki nad niesfornym dzieckiem.
Słysząc, że Greg odchodzi po schodach otworzyła na chwilę drzwiczki od kuchni, jedynie po to by wywalić w stronę służącej język po czym szybko czmychnęła z powrotem. Stanąwszy nad wielkim garem, nawet długo się nie zastanawiała, jedynie sięgnęła wielką chochlą do wnętrza, by oderwać fragment gotującego się kurzego mięsa. Palcami ściągnęła go z łyżki i przez chwilę podrzucała z ręki do ręki, nie przewidziawszy tego, jak był gorący. Skończywszy cały zabieg z rozkoszą wsadziła sobie fragment do ust. I przez chwilę nawet nie próbowała go pogryźć pozwalając by smak rozszedł się w jej ustach, przymykając z rozkoszą oczy.
Gdy tylko połknęła kąsek, rozejrzała się po pomieszczeniu zastanawiając się “od czego by tu zacząć”...
 

Ostatnio edytowane przez Nimitz : 31-05-2014 o 20:32.
Nimitz jest offline  
Stary 01-06-2014, 03:05   #12
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Karczma ,,Bezimienny Dom”, Neverwinter
5 Tarsakh, 1479 DR
Zmierzch

Zarumieniona nieco na licu Etsy skierowała się w końcu do kuchni. Widząc dzieciaka grzebiącego przy jedzeniu bez większego nadzoru skrzywiła się, ale nie powiedziała nic na ten temat.
- Zrób sobie przerwę od nic nierobienia i chodź do głównej sali - zarządziła srogo. Po jej nerwowej reakcji zmrużyła wzrok - Zaraz, zaraz… - Powiedziała jakby do siebie ze złą miną. Podeszła do niej i szarpnęła za przykrojoną sukienkę - A Ty gdzie się wybierasz, że juchtasz pod pazuchę, co?! - odezwała się głośno. Przetrzepała nieco jej ubranie, by wyleciało wszystko, czego przemycić nie powinna - Do głównej sali! Ale już! W te pędy! - podniosła raz jeszcze głos w złości ciągnąć z początku ją za fraki.
- A idź stara wiedźmo! Sprawdź, czy Cię w wychodku nie ma, jak byłem słyszałem jak z głębi Twe imię bulgotało - warknęła Nel próbując wyrwać się z uścisku rudowłosej, przy którym to ruchu z jej fartucha zdołało uwolnić się kilka warzyw i kawałek sera.
- Przymknij się smarkaczu, nie mam siły na ciebie - wymamrotała olewnie Etsy. Przez chwilę mocowała się “grzecznie” z dziewką, ale widząc brak efektów chwyciła ją za włosy i pociągnęła za sobą w stronę drzwi.
Nel spojrzała się w stronę uciekającego jej jedzenia, nie kryjąc chęci powrotu po nie. Mocniej złapała fartuch, w którym była resztka zdobytych skarbów. Mimo że sam Greg nie przerażał jej ani trochę, to wiedziała, że jak teraz Etsy zaprowadzi go do niego, zapewne będzie zobligowany do zrobienia pokazu swojej siły przed służącą.
- Puść mnie! Cholera jasna! - spróbowała wyrwać się mocniej z jej uścisku. - Przecież zaraz to odłożę!
- Jak chciałam po dobroci toś się stawiał, a teraz to kamienie będziesz co najwyżej gryzł. Won do sali głównej! - podniosła głos raz jeszcze wskazując palcem kierunek.
- Z nas dwoje to tylko ty kretynko cały czas o sobie myślisz! - warknęła mała w ostatniej próbie ucieczki.
Służka podążyła wzrokiem za bachorem zostając jeszcze na krótką chwilę, by zobaczyć, co zostało z miejsca pracy. Do zupy również zajrzała... by ewentualnie wyłowić gotującego się zdechłego szczura, którego w końcu nie dojrzała w bulgoczącej prawie czystej wodzie bez większości rzeczy, które znaleźć się tam powinny. Westchnęła ciężko i zdjęła garnek z paleniska. I tak z tego już nic by nie było.
W sali głównej pojawiły się w końcu odpowiednie osoby. Pierwsza zadrażniona Nel, a po chwili jeszcze bardziej nabuzowana Etsy.
- To *ona* - przedstawiła dzieciaka krasnoludowi
Thubedorf przyjrzał się uważniej dziewczynce ciągnąc za swą długą kruczoczarną brodę.
- Ta sama, co tu wlazła ze strażą? - zapytał by się upewnić, albowiem w niczym nie przypominała dzieciaka, którego zobaczył wcześniej tej nocy. Jeśli to była tylko charakteryzacja, to nadzwyczaj dobra.
- Chłopak - odezwały się jednocześnie obie dziewczyny, po czym zmierzyły się wzrokiem z nieukrywaną wrogością.
Krasnolud w odpowiedzi wybuchnął gromkim śmiechem.
- A to dobre! Daj mu jakiś taboret pod tyłek czy coś. Zamierzam go trochę wynudzić swoją opowieścią.
- Ma ręce, sam sobie zorganizuje - odpowiedziała służka bez większego namysłu sama zajmując miejsce, które wcześniej obrała.
Nel prychnęła w odpowiedzi na tą wyraźną zaczepkę ze strony Etsy, i usiadła “po turecku” na podłodze nieopodal krasnala.
Thubedrof uśmiechnął się przenikliwie nie spuszczają oka z dziewczynki. Przez chwilę oceniał jej wątłą posturę zastanawiając się, czy nada się do wykonania prostego zadania, które chciał jej już wkrótce przedstawić. - Dajże piwo raz jeszcze, kobito. O suchym pysku nie sposób opowiadać - zwrócił się w stronę Etsy sędziwy krasnolud.
- No, słyszałaś pana, trochę więcej życia i zasuwaj po kufelek - gówniarz wyszczerzył się do kobiety bezczelnie.
Etsy w odpowiedzi uśmiechnęła się ponuro. Mściwie patrzyła przez dłuższą chwilę w to samo miejsce. Powoli sięgnęła za szmatę, którą jakiś czas temu okładała krasnoluda, a następnie zamachnęła się niespodziewanie i zdzieliła parę razy smarkacza z chlaśnięciem. Nel, jak tylko szmata dotknęła jej barku, krzyknęła z mieszaniną zdziwienia i bólu, po czym nieporadnie, próbowała odsunąć się z zasięgu mokrego narzędzia tortur.
- Piśnij jeszcze coś to wsadzę ci ten kubeł nieczystości na łeb! - z początku łagodny głos Etsy uniósł się w bojowym nastroju.
Dziewczynka w odpowiedzi, spojrzała jedynie na rudowłosą z nieskrywaną nienawiścią mamrocząc coś pod nosem i planując najodpowiedniejszą zemstę na wrednym babsztylu.

Thubedorf, który całkiem obojętnie przyglądał się temu całemu zamieszaniu, tylko wzruszył ramionami z westchnieniem. Wstał z zydla, minął bez słowa walczące ze sobą dziewczyny i ruszył w stronę wąskiego przejścia prowadzącego do kuchni, gdzie mieściły się beczki z piwem.
- Ciemne Piwo z Highmoon… Czarne Ale Luskańskie… Czarny Grog… - jeździł pulchnym palcem po złotych tabliczkach dekorujących beczki czytając na głos każdy z trunków, aż w końcu znalazł to po co tu przyszedł.
- Krasnoludzki Porter! - ryknął na całe gardło uradowany. Trzasnął kuflem o wieko beczki, odkręcił zaworek i pozwolił, by piwo o smolistym kolorze powoli wypełniło naczynie.

* Chlast! * ~ oberwał po łysym czerepie znienacka.

- A Ty gdzie się pchasz?! Pozwolił ci kto? Dla klientów wstęp wzbroniony! Siadaj i czekaj aż sama naleję.
Thubedorf dalej żłopał piwsko opierając się o beczkę. Zupełnie nic nie robił sobie z Etsy, która raz za razem okładała go mokrą szmatką. Dziewczyna była jak natrętna mucha, ale nic nie mogło przeszkodzić prawdziwemu krasnoludowi w delektowaniu się swoim ulubionym piwem. Po opróżnieniu do połowy kufla raz jeszcze odkręcił zawór i nalał do pełna, a następnie ruszył lekko chwiejnym krokiem w stronę szynkwasu.
- Nie wierzę… - zaczęła dziewczynka, zanim zdążyła ugryźć się w język. - Teraz rozumiem wszystko… ty po prostu to LUBISZ! Ledwo szmatę w rękę chwycisz, to rumieniec aż na twarzy kwitnie - skończyła szczerząc się szeroko od ucha do ucha, jakby chciała całemu światu pochwalić się swoją nadkruszoną jedynką. Po czym zauważyła dzikie spojrzenie rzucone jej przez Etsy, która nadal dzierżyła swój przerażający oręż w drobnej dłoni. Jednak wszystko zdawało się zbyt proste, i nawet jeśli za to miała oberwać, ciężko byłoby jej się powstrzymać. Padła przed nią na kolana - O wielka władczyni szmaty o berle ze szczotki, racz mi wybaczyć ten nietakt, jaki skierowałem do Ciebie w twym królestwie - nie mogąc dalej zachować powagi zaczęła chichotać w stronę podłogi, ledwo łapiąc oddech.
Etsy nie miała wcześniej do czynienia z takimi sytuacjami i kompletnie nie wiedziała jak sobie z nimi radzić ani jak na nie reagować. Wściekała się, gdy nie była w stanie na nic wpłynąć. Zacisnęła zęby i palce, i zamachnęła się po głowie by zadać ból. Mimo, że jej twarz ukazywała sprzeczne emocje, uderzenie zapiekło znacznie wyraźniej niż wcześniej. Sama była niemiło zaskoczona tym, co właśnie robiła. Zaczęła dyszeć z wrażenia starając się jeszcze zawczasu wycofać, by nie zrobić czegoś gorszego.

Thubedorf wrócił na swoje miejsce siadając przy szynkwasie jakby nic się nie wydarzyło. Cały czas trzymając za kufel pełen pieniącego się piwa rzucił w stronę zebranych przed nim dziewczyn następujące słowa - To jak? Chcecie posłuchać tego co mam wam do opowiedzenia, czy wolicie dalej okładać się morką szmatą? - Nie czekając za odpowiedzią wziął kolejny solidny łyk piwa.
- Ja chcę posłuchać, tylko mam nadzieję, że ruda się powstrzyma na chwilę od tych drobnych przyjemności - Dziewczynka wyprostowała się ocierając łzy śmiechu i bólu cieknące jej z oczu i przy okazji ocierając dłonią czerwone od uderzenia ucho.
Krasnolud zawtórował Nel gromkim śmiechem szczerząc w jej stronę wybite zęby.
- Ma gadkę, smarkacz... - powiedział spoglądając na pieniącą się ze wściekłości Etsy, po czym zwrócił się do Nel - Masz jeszcze gdzieś te stare szmaty, w których przybiegłaś tu? - zapytał.
Dziewczynka, już chciała odpowiedzieć, że może właśnie oboje zostali nimi obdzieleni po równo. Ale stwierdziła, że jak będzie cały czas dokuczać rudowłosej, ta za szybko uodporni się na jej przytyki.
- Nie, tylko ten namiot dostałam w zastaw, a tak to ruda zabrała moje rzeczy… - powiedziała, zerkając na Etsy kątem oka, jakby lekko obawiając się ataku z tamtej strony.
- Zaraz przyniosę… - odpowiedziała Etsy spokojniej bez humoru jak i pewności siebie.
- Nie trzeba - powstrzymał ją krasnolud, gdy ta zrobiła pierwszy krok w stronę schodów. Thubedorf pamiętał doskonale wyhaftowany symbol na kurcie tamtego dzieciaka w celi. Miał szczerą nadzieję, że Nel będzie zależeć na uwolnieniu chłopaka, bo w przeciwnym razie cały jego misterny plan diabli wezmą.
- Powiedz mi, dziecinko… - zwrócił się w stronę Nel poważnym tonem. Zupełnie nie było po nim widać, że wypił tej nocy kilkanaście piw - ...czy przypadkiem nie miałeś na tych swoich łachmanach wyrysowany taki głupkowaty symbol przedstawiający ptasie gniazdo?
Dziewczynka spojrzała na niego bystrym wzrokiem.
- Mmm, czemu pytasz? - zapytała poważniej.
- Ano, zwiedzałem sobie dziś garnizon Straży Mintaryjskiej i w jednym z lochów spotkałem dzieciaka z czymś bardzo podobnym wyhaftowanym na jego skórzanej kurcie - odpowiedział obserwując dokładnie reakcje dziewczyny.
Nel naprawdę starła się w tym momencie udawać brak zainteresowania.
- No i? Co z nim? Różne rzeczy dzieciaki rysują sobie po ubraniach…
Słysząc odpowiedź dziewczynki Thubedorf mocno zwątpił. Dotychczas był przekonany, że tamten dzieciak musiał mieć coś wspólnego z tą denerwującą smarkulą, ale najwyraźniej się mylił. W odpowiedzi wzruszył tylko ramionami, po czym sięgnął po swój kufel piwa.
- Sądziłem tylko, że jesteście… wiesz… spokrewnieni, czy cuś? W każdym razie chłopca najpewniej czeka egzekucja - powiedział na chwilę przed opróżnieniem naczynia.
- Co?! Kiedy?! Za co?! Ten kretyn jedynie przeniósł jakiś świstek! - Dziewczyna zerwała się na równe nogi pozwalając resztce jedzenia schowanego w fartuchu rozsypać się po podłodze.
Szeroki uśmiech, który wykwitł na twarzy krasnoluda utwierdził w przekonaniu Nel, że Thubedorf cały czas oczekiwał takiej odpowiedzi. Brodacz rzucił gdzieś daleko w kąt swój drewniany kufel na widok czego Etsy obdarzyła go piorunującym spojrzeniem. Zadowolony z własnej błyskotliwości oparł się łokciem o szynkwas.
- Nie wiem jeszcze za co, ale jeśli nic nie zrobimy to chłopiec zginie prędzej czy później.
- Ja… ja przepraszam… - rzuciła w stronę Etsy. - Ja muszę już iść… Nie chciałam abyś miała kłopoty - Mruknęła wyraźnie zmartwiona wstając i zrzucając z głowy swoją głupią perukę, po czym ruszyła w stronę drzwi nim jednak zdążyła zrobić drugi krok powstrzymała ją potężna dłoń krasnoluda, która zacisnęła się na jej przedramieniu.
- Nigdzie nie pójdziesz - pogroził palcem przed jej twarzą. - Przynajmniej nie sama - dokończył spoglądając wymownie na Etsy.
Służka w tej rozmowie osunęła się nieco w tło. Osobiście wiedziała, jakie powiązania wyszły na jaw, ale nie chciała się w to mieszać. W sumie sama zajęła się analizowaniem swojego zachowania niż obserwacją rozmowy z początku. Ostatnie zdanie jednak bardzo wyraźnie usłyszała.
- Co…? - zapytała cicho pod nosem krzywiąc się nie rozumiejąc zamiarów brodacza. Jej twarz przypominała dziewczynce tą samą, jaka była na początku, gdy została zaprowadzona na poddasze.
Krasnolud w odpowiedzi ukrył twarz w dłoniach zastanawiając się przez chwilę nad doborem odpowiednich słów. Dyplomacja czy przemowy nie były jego działką, ale teraz nie miał innego wyjścia. W pojedynkę nie da rady Straży Mintaryjskiej, a szkoda byłoby zmarnować jedyną nadarzającą się okazję do wyzwolenia Grimbaka.
- Myślałem, że zależy Ci na Jasonie… - odezwał się w końcu, podnosząc się z krzesła.
Etsy cofnęła się w głębokim zwątpieniu. Zbierała się parokrotnie do odpowiedzi, ale bez skutecznie.
- Ja… Nie… Ja… Ja nie mogę - odrzuciła pomysł z poważną obawą wypisaną na twarzy.
- Dlaczego? - zapytał Thubedorf. - Przecież nikt cię tu nie więzi.
- Wejście do garnizonu po nocy? Przecież to samobójstwo! Nie chcę skończyć z bełtem w gardle… - dopowiedziała wyraźnie niezadowolona z tego pomysłu - Mam już wystarczająco problemów. A dzisiaj kończyć życia nie mam zamiaru… - zakończyła niepewnie.
- Nie wyglądasz na taką kobitkę, która chciałaby spędzić resztę swego życia w zatęchłej piwem karczmie - odparł krasnolud sięgając po swój wierny topór. Przyjrzał się broni z tęsknotą, po czym położył ją na stole tuż przed oczami Etsy. Pokryte runami ostrze połyskiwało księżycową łuną rozświetlając swym bladym światłem zaciemnione pomieszczenie.
Thubedorf przyjrzał się uważnie Etsy oceniając stojącą przed nim dziewczynę.
- Jeśli jesteś tu wbrew swojej woli to mogę pomóc Ci się stąd wyrwać - dodał rzucając wymowne spojrzenie na leżącą przed nią broń. Wiedział doskonale, że półelfka jest tu więziona.
Prawdę powiedziawszy najemnik nie chciał używać siły wobec Grega, którego znał już całkiem długo. Nie to, że darzył go jakąś sympatią, ale wolał unikać zbyt częstych konfliktów z prawem. W głowie powoli kiełkował zgoła inny plan - mógłby przecie wykupić Etsy z niewoli, a później wstawić się za nią przed Khergalem. Miesiąc spędzony na patrolowaniu ulic Neverwinter powinien jej wystarczać, by spłacić zaległy wobec krasnoluda dług.
Etsy miała na ten temat nieco inne zdanie. Dobrze wytresowany niewolnik nie będzie uciekał, a przy takowej propozycji odmówi i pozostanie na swoim miejscu. Szczególnie, gdy mimo wszystko jest przywiązany do swojego kawałka zbitych bali drewna. Dziewczyna wyglądała na jeszcze bardziej zrezygnowaną i niechętną.
- Radzę sobie… - odpowiedziała cicho.
- Śliczna, rusz te swoje dupsko z tej “złotej” klatki - mruknęła nowa “niewolnica” Grega - Kolorowo nie jest, ale na pewno lepiej. A jak nie to siedź, a my możemy już iść? - zapytała wyraźnie zaniepokojona Nel schylając się by w pośpiechu zebrać rozsypaną żywność.
- Zawsze możesz tu wrócić, jeśli tego pragniesz - dodał od siebie krasnolud patrząc porozumiewawczo na Nel, po czym zwrócił się do Etsy - Ino pamiętaj, że Kompania Złamanej Czaszki poszukuje ludzi, a Tobie przyglądałem się już od dłuższego czasu. Widziałem jak sobie radzisz z otaczającymi Cię pijaczynami. - powiedział szczerząc wybite zęby w uśmiechu. Najemnik naprawdę podziwiał dziewczynę. Nikt o zdrowych zmysłach nie podejrzewałby delikatną niewiastę o tak hardą osobowość.
- Charakter to ty masz godny rasowej krasnoludki, a to w tym biznesie jest najważniejsze. Walki nauczyć można się w każdym wieku, ale żeby być dobrym wojownikiem trzeba mieć do tego charakter, a z tym trzeba się już urodzić - krasnolud zastukał rytmicznie palcami o ladę powoli niecierpliwiąc się. Wiedział doskonale, że dziewczyna powoli poddaje się jego *urokowi*, ale wciąż nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. Nie było w tym nic dziwnego, gdyż Thubedorf spędził całe swe życie na wojennym szlaku, a jego ulubioną formą dyplomacji był szczęk oręża.
- I najwyraźniej długi jęzor, bo już mi uszy więdną, a wy nadal o pierdołach… - mruknęła pod nosem Nel. - Od biedy i szmata się nada … - kontynuowała ciche przytyki.

Nim Etsy zdążyła odpowiedzieć drzwi od karczmy otworzyły się z hukiem wpuszczając do środka dwóch wysokich mężczyzn. Wojowniczą naturę pierwszego z nich zdradzała smoliście czarna zbroja, która zakrywała go od stóp do głów oraz katana wisząca u jego boku. Drugi odziany był w długie szaty, ale pod nimi z pewnością krył się jakiś pancerz jeśliby wziąć pod uwagę dziwne wybrzuszenie w okolicach ramion i wokół pasa.
- Mamy zamknięte - odezwała się głośniej Etsy wpatrując się w stronę zbliżających się mężczyzn. Ruszyła również w ich kierunku by gestem ich wyprosić.
- Źle się czujesz, Etsy? - spytał Randal - Czy może skorzystałaś z zawartości piwniczki?
Etsy zatrzymała się w połowie drogi zaskoczona. Chciała coś powiedzieć, ale jej cichy głosik zagłuszył pijacki ryk krasnoluda.
- Verin? Randal?! - krzyknął w ich stronę wstając z zyda. Brodę miał całą spienioną od piwa, czego zresztą nie zauważył, podobnie jak reakcji najemników, którzy na pierwszy rzut oka nie rozpoznali krasnoluda.
Thubedorf ruszył chwiejnym krokiem na powitanie wojownikom, którzy na widok zbliżającego się awanturnika wymienili niepewne spojrzenia. Już nawet z tej odległości mogli wyczuć gryzącą nozdrza woń alkoholu, która niczym aura roztaczała się wokół krasnoluda. Nasuwało to pewne skojarzenia...
- Na brodę Moradina! Dawno żem was nie widział, skurwesyny - powiedział wyraźnie ucieszony ich widokiem.
- Nic żeście się nie zmienili! - dodał, gdy znalazł się bliżej. - A teraz gadajta jak wam ta robota idzie, bom się stęsknił.
Nim jednak mężczyźni zdążyli cokolwiek z siebie wykrztusić Thubedorf zaciągnął ich niemalże siłą w stronę szynkwasu odstępując im swojego miejsca. Sam zaś ruszył w stronę leżącej nieopodal sterty poniszczonych mebli chaotycznie rozrzucając je dookoła w poszukiwaniu czegoś co się nada do posadzenia swojego szanownego tyłka. Po krótkiej chwili znalazł dwa chwiejące się na złamanej nodze taborety. Zadowolony tym znaleziskiem wrócił do szynkwasu podając jeden z nich fechmistrzowi. Przez krótką chwilę nic nawet nie powiedział pogrążając się w zadumie. Zastanawiało go, kiedy karczmarze nauczą się, że dobrze ociosane pieńki drzew znacznie lepiej nadają się na siedziska w tego typu lokalach - nie tylko łatwiej rozwalić komuś łeb, ale przede wszystkim są znacznie trwalsze.
- Dalej kobito, co tak stoisz jak goblin na balu u królowej? Idźże po piwo, bo koledzy dawno nie pili, co zresztą widać po ich zmęczonych mordach - mówił nawet nie racząc obdarzyć dziewczynę spojrzeniem. - Dla nich Luskańskie, a dla mnie to co zwykle.
Służka po wysłuchaniu z pokorą słów krasnoluda zniknęła na parę chwil za drewnianymi drzwiczkami.
- Nieźle narozrabiałeś - stwierdził Randal, spojrzeniem omiatając to, co pozostało z wyposażenia karczmy. - Ktoś cię wkurzył?
Thubedorf tylko machnął ręką w odpowiedzi jakby nie miało to większego znaczenia.
- Ano żeśmy z Grimbakiem wypili troszkę… - odparł spoglądając z niecierpliwością na drzwi, którymi wyszła Etsy. - Wpadły koźlesyny ze Straży Mintaryjskiej. Chcieli przerwać nam zabawę, ale myśmy mieli nieco inne zdanie na ten temat. Skopaliśmy im tyłki w karczmie i razem z marynarzami pogoniliśmy ich do tego kurwidołku, którego nazywają garnizonem. Psiesyny wystrzelały połowę naszych na dziedzińcu, ale razem z Grimbakiem i takim jednym człeczyną co tu pracuje schroniliśmy się przed gradem bełtów wewnątrz ich fortecy. Ha! Tam to była dopiero przednia zabawa! - zaśmiał się krasnolud.
- Mówię Ci Randal, stary wilku, że dawno żem nie widział takiej jatki! Utorowaliśmy sobie drogę toporem, ale niestety po drodze załatwili Grimbaka jakimś podłym zaklęciem. Czaromioty zawszone… Po raz kolejny wyszła na jaw wyższość krasnoludów nad orkami.

Thubedorf, jak na porządnego przedstawiciela swojej długowiecznej rasy, nienawidził wszelkiej maści zielonoskórych, o czym ciągle przypominał swemu kompanowi. Była w tym wszystkim swojego rodzaju ironia, gdyż Grimbak był jego najbliższym i jedynym przyjacielem. Obaj wojownicy przez lata wspólnych podróży pokonali każde wyzwanie losu, przeszli przez niejedno piekło, a ich przyjaźń niewątpliwie była aż do śmierci. Krasnolud nie wyobrażał sobie życia bez towarzystwa półorka, dlatego był tak bardzo zdesperowany by go uwolnić. Wypite hektolitry alkoholu miały też swój wpływ na decyzje Thubedorfa.

- Grimbak siedzi zamknięty w lochach zamku Never. Chcę go odbić jeszcze tej nocy… - powiedział z nadzieją w głosie. Ufał, że najemnicy przynajmniej zainteresują się odbiciem kompana z rąk znienawidzonej Straży Mintaryjskiej. Było to oczywiście niezgodne z prawem, podobnie jak prawie wszystko czym trudnili się na co dzień.
- Chcesz go odbić? - uprzejmie spytał Randal. Rozejrzał się, jakby chciał znaleźć te tłumy wojowników, armię potrzebną do wykonania owego planu. - Ciekawe jak…
W głosie raczej trudno było dostrzec prawdziwe zainteresowanie tematem.
Krasnolud nie wydawał się zaskoczony pytaniem. Większość osób uważała go za wariata, ale to właśnie swym szalonym pomysłom zawdzięczał tyle sukcesu.
- Sam nie dam rady, rzecz jasna. Ale z waszą pomocą moje szanse wzrosną. Ten mały... - wskazał głową siedzącą po turecku dziewczynkę - ...zwinny jest i na tyle lekki, by móc go przerzucić przez mury. Jak już się znajdzie na blankach to pędem ruszy w stronę bramy i nam ją otworzy.
Krasnolud zamyślił się rozglądając się po otaczających go twarzach. Nie miał idealnego planu, ale to na dobry początek powinno wystarczyć.
- Półelfka pokręci tyłeczkiem przed strażnikami. Może uda jej się odwrócić uwagę, a *my* obezwładnimy psichsynów i dostaniemy się do środka - tak, padło tam wyraźnie słowo “my”.
- Mowy nie ma… - wymamrotała Etsy cicho pod nosem wracając z zamówionymi kuflami. Postawiła pod nosem każdemu to co chciał i popatrzyła się niepewnie na krasnoluda. - Nigdzie się stąd nie ruszam.
- Wtedy dostaniemy się chyłkiem do środka garnizonu. Jak będzie trzeba to wyrąbiemy sobie toporem i mieczem drogę przez las wrogów. Na niższych kondygnacjach twierdzy znajdują się lochy, a dalej zsypem na śmieci wyjdziemy na zewnątrz - Thubedorf zadawał się ignorować słowa dziewczyny. Był zbyt pochłonięty tkaniem planu, by wysłuchać protestów jakiejś karczemnej dziewki.
- Nie wiem, czy wiesz, ale ich tam jest paru. Dziękuję. - Randal wziął z ręki Etsy kufel. - Czterdziestu czy pięćdziesięciu na jednego - Upił łyk piwa. - Świetne.
Idei wędrowania kanałami ściekowymi czy innym paskudztwem postanowił zignorować.
- A żem był tam dziś, więc widziałem ilu ich tam jest - odparł z uśmiechem malującym się na jego czerwonej od alkoholu twarzy. - Nic co by powstrzymało najemników Złamanej Czaszki - dodał z dumą.
- Za dużo gadania, za mało roboty, w Rzecznym Kwartale gorsze tłumoki się prowadzają niż rozlaźli żołdacy - mruknęła mała, wyraźnie niezadowolona z tego postoju.
- Co ty powiesz - mruknął Randal.
- Dzieciak beze mnie się nie może stąd ruszyć. Więc zapomnijcie o jakimkolwiek przerzucaniu przez mury - odpowiedziała Etsy ze zmieszaniem w głosie.
- Ugryź się Cizia - warknęła na dziewczynę Nel. - “Dzieciak”... - Wyłuszczyła to słowo obrażonym tonem. - ...miał swoje życie zanim trafił do tego zadupia. Jak sama chcesz sobie w klatce siedzieć i grzecznie dostawać michę, to siedź na dupie i nie pyskuj.
Krasnolud wybuchnął zaraźliwym śmiechem słysząc słowa Nel.
- Dzieciak ma gadane! Twoje zdrowie, mały! - uniósł kufel spienionego piwa i wziął kolejny solidny łyk. Służka skrzywiła się urażona słowami Nel. Nic nie powiedziała, tylko cały czas przysłuchiwała się uważnie najemnikom.

- Plan jest prosty. Przerzucę Nel prosto na blanki, ta otworzy nam bramę. Następnie Etsy odwróci uwagę skurwysyństwa stojącego przed bramą, a my przedostaniemy się do środka. Można przy okazji obezwładnić strażników, co by dziewka nie miała później kłopotów.
- A czemu nie chcesz wejść do środka tą drogą, którą chcesz wyjść? - spytał Randal. - Po co komplikować sobie życie?
- Zsyp na śmieci prowadzi w stronę urwiska. Lądowanie jest miękkie. Trochę się przy tym ubrudzisz, ale i tak musisz przepłynąć rwącą rzekę, więc wrócisz już czysty - odparł Thubedorf.
- Jak wysoko jest ten wylot? - spytał Randal, któremu cały ten pomysł podobał się coraz mniej.
- Wystarczająco wysoko, że zdążyłem zauważyć jak lecę w dół - odpowiedział krasnolud całkiem poważnie. Musiało to dosyć długo trwać jeśli wziąć pod uwagę, że już teraz miał nieźle wypite.
Verin przysłuchiwał się w ciszy cały czas. Zaczął bawić się nożem do chleba znalezionym na stole.
- Tak generalnie ja mogę otworzyć bramę i nie będzie trzeba angażować w to małej - odezwał się dłubiąc w paznokciach ostrą końcówką noża. - Z łatwością wejdę na mur, ogłuszę strażnika i podniosę kratownicę.
- A skradać się tak dobrze jak ten dzieciak potrafisz? - wtrącił się Thubedorf wskazując głową Nel, która siedziała w ciszy przysłuchując się z uwagą rozmowie najemników. - Wystarczy, że Ciebie zobaczą, a na dziedzińcu rozlegnie się alarm zanim my tam wejdziemy. Sprawa jest zbyt delikatna, panowie. Jeśli się dostaniemy do garnizonu zanim się rozlegnie alarm to będziemy mieli jakieś pięć, a jak Moradin da, to nawet dziesięć minut na uwolnienie więźniów. Jest ich tam naprawdę sporo, a wśród nich są też bestie złapane przez Straż Mintaryjską. Zamieszanie da nam nieco czasu na ucieczkę. Więźniowie raczej instynktownie będą uciekać w stronę wyższych kondygnacji, a my w przeciwnym do nich kierunku.
- A nie prościej jednak wejść po zboczu? - spytał Randal, któremu nie uśmiechały się bójki z setkami strażników wewnątrz twierdzy. - W końcu dla Verina żadna ściana skalna nie stanowi przeszkody.
- A jak wyobrażasz sobie wciąganie reszty do środka? - burknął w odpowiedzi krasnolud.
- Potrzebowałbyś liny długiej na kilkadziesiąt metrów i musiałbyś ją o coś zaczepić. Jeśli Verin zdradzi swoją obecność to cały misternie uknuty plan pójdzie na marne.
- Liny to bym potrzebował by wciągnąć was. Ja się wdrapię na górę bez problemu. Nie widziałeś mnie w akcji jeszcze - Verin zrobił minę jakby chciał zaimponować krasnoludowi. - Zresztą wciąganie twojego grubego zadka na górę zajęłoby zbyt dużo czasu - zażartował z kamienną twarzą.
Krasnolud tylko pokręcił głową z poirytowaniem. - O tym właśnie mówię. Nie uśmiecha mi się wspinanie trzydzieści metrów po stromej ścianie skalnej, kiedy w każdej chwili ktoś może przeciąć linę.
- Więc wejdziemy od bramy, którą otworzę. Chyba poradzę sobie lepiej niż wrzucony na górę smarkacz, którego jeśli ktoś przyłapie to sobie nie poradzi.
- Że ty płakałeś jak panienka kiedy złapano Cię na “bzidkich zabawach” za dzieciaka, nie znaczy, że każdy musi, słoneczko. Cieszę się jedynie, że z tego wyrosłeś… - burknęła na niego Nel gotowa do “przerzucenia”.
- Jestem ciekaw „słoneczko”, jak głośno zaczniesz krzyczeć kiedy strażnik zechce Cię wychędożyć – odrzekł spokojnie w stronę oburzonej dziewczynki.
- Na tyle głośno, że ściągnę uwagę wszystkich dookoła cwaniaczku. Pewnie znasz już ten ból z doświadczenia, co? - Nel nie darowała by sobie gdyby to przegapiła.
- Ale widzisz kochanie, nie masz ściągać na siebie uwagi. Gdybyś zaczęła krzyczeć, to byłbym jedyną osobą która mogłaby Cię stamtąd wyciągnąć, a nie wiem czy bym to zrobił… - odparł Verin spoglądając na dziewczynkę chciwym wzrokiem. Zielone oczy zaświeciły mu się jak dwa szmaragdy. - W ogóle, nie wtrącaj się kiedy dorośli rozmawiają - burknął na koniec.
Thubedorf zaśmiał się. Niesforny dzieciak za każdym razem rozbawiał do łez sędziwego krasnoluda.
- To ino weź go ze sobą, Verin. - dodał najemnik cały czas zanosząc się gromkim śmiechem. - Jeszcze trafię przypadkiem w mur, to co wtedy będzie? Mała kuna jest tu od zadań dywersyjnych, nie ty, fechmistrzu.
- Wiesz Thubedorf, nie będę się z tobą spierał... - półelf ignorował dalsze zaczepki Nel. - ...to twój plan w końcu. Jeśli chcesz pozwolić się jej wykazać to proszę. I tak masz dużo szczęścia, że się znamy. Normalnie bez brzęczącej zachęty nie oderwałbym pośladków od krzesła. A tu proszę, mówisz i masz – uśmiechnął się Verin. - Ty mi lepiej powiedz jak masz zamiar obejść straż więzienną. Wiem, że do pilnowania więźniów bierze się te najgorsze męty, ale sam fakt. Chyba nie chcesz ich wszystkich pozabijać.
- Już żem raz wyciął kurestwo swym toporem, z przyjemnością zrobię to raz jeszcze - odparł Thubedorf z uśmiechem na twarzy. - Z Grimbakiem i Jasonem dostaliśmy się do środka, ale wtedy było mniej straży wewnątrz twierdzy - wszyscy sypali bełtami z murów.
- No widzisz mój brodaty przyjacielu, deszcz bełtów nie jest czymś, z czym chcielibyśmy się spotkać. Trzeba tam wejść inaczej. Jest dużo chęci, ale sposobu brak. Proponuję się napić, bo przy alkoholu się lepiej myśli - Verin wziął do ręki szklankę z winem podaną wcześniej przez Etsy i wziął niewielki łyk.
Krasnolud chciał trzasnąć swą wielką pięścią o ladę, ale kiedy fechmistrz wspomniał o alkoholu Thubedorf pokiwał tylko głową w zrozumieniu.
- Rzecz w tym… - zaczął kiedy sięgnął po swój trunek - ...że musimy się jak najszybciej dostać do wnętrza twierdzy. Otworzycie po cichu bramę, my obezwładnimy strażników i razem ruszymy pędem w stronę garnizonu. Jeśli rozlegnie się w tym czasie alarm to mamy jakieś pięć-dziesięć minut by otworzyć cele. Na pewno po drodze będzie opór, ale w wąskich korytarzach mamy bardziej wyrównane szanse niż na dziedzińcu, gdzie zabłąkany bełt może paść z każdej strony.
- Randal, może Ty coś zaproponujesz? - Verin pociągnął z kieliszka po raz kolejny.
- Ja już nie mam nic do powiedzenia. Moja propozycja została odrzucona - odparł mag. - Jeśli ktoś bardziej się boi zwykłej ściany, niż stada wojów, to trudno.
- Jeśli masz lepszy plan to droga wolna. Sam sobie wytoruję drogę toporem, kiedy Ty z Verinem będziecie się wspinać po stromej ścianie. Jestem krasnoludem, nie linoskoczkiem! - odparł Thubedorf wyraźnie oburzony.
- Więc wyjdzie jak zwykle… - westchnął fechmistrz. - Wchodzimy, tłuczemy kogo trzeba i wychodzimy?
- Rozumiałbym Ciebie, Verin, gdybyś był jakimś łotrzykiem, a nie wojownikiem. Zdecydowanie bardziej wolę polegać na sile własnych mięśni, niż przekradać się pod nosem dziesiątek strażników. W bitce to ja stawiam warunki - wtrącił się krasnolud prężąc potężne mięśnie na dowód swych słów.
- Czasem sprzątnąć kogoś cicho, jednym uderzeniem jest naprawdę dobrym rozwiązaniem - odrzekł Tiras patrząc na pulsujące żyły na napiętych mięśniach brodacza. - Zobaczymy jak będzie, żaden z nas nie jest w stanie przewidzieć co się tam stanie. Trzeba iść i sprawdzić. Plus jest taki, że wracać będziemy z jednym rębajłą więcej - ucieszył się jakby na samą myśl.
- Czyli Ty też obstawiasz się za planem Randala? - zmierzył go piorunującym spojrzeniem krasnolud. - A wy, dziewki…? - spojrzał wymownie w stronę Etsy i stojącej obok Nel.
- Niekoniecznie za planem Randala, ale szybka i prosta akcja sprawiłaby, że szybciej tu wrócimy wygrzać się przy palenisku z piwem w dłoni i słodką dupcią Etsy obok - zażartował przyglądając się półelfce.
- Wybacz panie piękny, ale spadać, to jeszcze jakoś ogarnę, ale jeżeli chodzi o wspinanie się, to chyba, że mnie poniesiesz.- Wyszczerzyła się do Randala Nel. - Jestem za pierwszym pomysłem.
- Wszyscy żeście pogłupieli od tego alkoholu - odparła obronnie starając się wywinąć w udziale tej rozmowy.
- Zawsze można powierzyć wybór losowi - dodał krasnolud wyjmując złotą monetę i kładąc ją na stół. - Chcę tylko uwolnić Grimbaka, wybór należy do ciebie, Randalu.
Miał już na tyle dość całej tej kłótni, że był gotów pójść na kompromis. Choćby miał wspinać się po linie, czego wolał uniknąć.
- No to ta buźka, co widnieje na awersie - odparł Randal. - Verinie, rzuć proszę.
Verin pomacał srebrny krążek, pogładził go. Chuchnął i przetarł kilka razy rękawem. Podrzucił monetę i wyczekał aż opadnie na stół, szybko zakrył monetę dłonią. Po odsłonięciu srebrnik stanął po stronie czarodzieja.
Widząc wynik rzutu krasnolud chwycił mocno za stojący przed nim kufel i osuszył naczynie do ostatniej kropli. A więc wspinaczka, pomyślał z niesmakiem, gdy przyglądał się srebrnej monecie. Przedramieniem otarł pokrytą piwną pianą brodę, po czym odstawił z hukiem kufel dnem do góry.
Etsy zabrała wszystkim kufle nie bacząc na ich opróżnienie. Przed zniknięciem za drzwiczkami rzuciła jeszcze do wszystkich.
- Nie ma picia za darmo. A z takimi pomysłami to się pozabijacie i nie będzie komu płacić. Zamykamy, wyłazić mi z sali - odparła bez pewności siebie i bardziej z obowiązku.
Nim drzwiczki przestały się ruszać służka wróciła dzierżąc w dłoniach klucz.
- To, żeście weszli na dziedziniec Never nie znaczy, że teraz sforsujecie w trójkę bramę. Wtedy była otwarta, bo uciekający strażnicy musieli się gdzieś schować i zamknąć jej nie zdążyli, nieprawdaż? - następnie ruszyła do drzwi głównych w celu ich zamknięcia, kontynuowała wywód. - Nie chcę wiedzieć ileście ich obtłukli, ale przez najbliższe parę dni warty będą pełne, jak nie podwójne. To jest pieprzona twierdza, nie wychodek - dorzuciła obracając się na chwilę w połowie drogi - Mogę powiedzieć Riss żeby sprzątnęła wasze pokoje - skierowała się do dwóch pozostałych mężczyzn - Cała masa innych możliwości, a wybieracie te najgłupsze - zakończyła mocując się z drzwiami wejściowymi.
- A więc jaką masz propozycję?! - oburzył się krasnolud, chociaż w głębi serca cieszył się, że dziewczyna wtrąciła swoje trzy grosze. Bardzo nie na rękę była mu wspinaczka po stromym klifie. - Krytykować plany innych łatwo!
- Pogoniliście oddział straży. Po drodze na pewno się pogubili. Wystarczy popytać kto coś od nich ma. Powinno wystarczyć, żeby przebrać dwie osoby. Resztę władować do beczek i można tam wejść bez żadnych podejrzeń - wzruszyła ramionami beznamiętnie wracając do gości przybytku po zamknięciu drzwi. - Ale przed tym należność uregulujecie. Kto go wie, czy kretyńskie pomysły nie usidlą was w garnizonie a wtedy nie będzie komu płacić. Ty krasnoludzie dwie złote monety za napitek a panowie po osiem srebrniaków - odrzekła niepewnie i oczekująco.
Thubedorf burknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi. Brzmiało to trochę jak "Skandal, tyle z porządnego obywatela zdzierać!". Dwie złote monety z głuchym brzękiem wylądowały na ladzie przed dziewczyną.
- Tak się odwdzięczacie krasnoludowi, który uratował wasz lokal przed Strażą Mintaryjską? Hańba! - najemnik był wyraźnie oburzony wygórowaną ceną.
- Może nie wiesz, ale nasze rachunki są zapłacone na tydzień z góry - powiedział Randal - a ten jeszcze nie minął. A co do beczek i przebieranek... To jakaś głupota.
- Piwo też macie opłacone z góry? - zapytał chciwie Thubedorf. - Ja w tym planie widzę jakiś sens, ale tylko jeśli dostosujemy go pod ten mój. Rąbniemy przez łeb tych strażników przy bramie lub jakichkolwiek innych, a następnie dostaniemy się frontem do środka w imię starej dobrej zasady "pod latarnią jest najciemniej" - najemnik wyraźnie chciał uniknąć wspinaczki po stromej ścianie. Tylko Grimbak wiedział, że ten potężny wojownik ma pewną nietypową jak na przedstawiciela brodatego ludu fobię - lęk wysokości. Nie był on co prawda jakiś skrajny, bowiem Thubedorf był w końcu krasnoludem i znaczną część życia spędził w podziemiach, gdzie ziały kilometrowe przepaści, ale mimo wszystko nie podobała mu się wizja wspinaczki po stromej ścianie skalnej.
- Owszem macie opłacone. Nocleg i śniadanie. Alkohol jest poza rachunkiem - tłumaczyła służka.
- Te, mała... Nie wiesz, o czym mówisz - poprawił ją Randal. - Mieszkamy tu już ładnych kilka tygodni, i aż za dobrze wiemy, za co płacimy. Posiłki i spanie. Panienka do łózka płatna ekstra, ale o tym chyba nie mówimy, prawda? - Obrzucił ją kpiącym spojrzeniem.
- A ja dobrze wiem, za co naliczyć opłatę, szczególnie jak mi nie wrócicie po tej nocy. Wybacz, ale to nie ja tutaj ustalam zasady. Alkohol macie doliczany od samego początku - tłumaczyła dalej widocznie nie chcąc zostać wciągnięta w problematyczną dyskusję.
- Pierdzielicie o najmniej ważnej teraz kwestii - wtrącił się krasnolud obrzucając wszystkich ponurym spojrzeniem. - Łapta za broń, mam dosyć siedzenia na dupie i fantazjowania o niczym. Tera jest czas aby działać! Zrobimy to po mojemu... - mówiąc to krasnolud chwycił Etsy za nadgarstek i siłą zaciągnął ją w stronę drzwi prowadzących na ulicę. Zatrzymał się jeszcze na chwilę przed wyjściem aby upewnić się czy reszta za nim podąży.
- Aaaaa! Puść mnie! - wycisnęła z siebie zaskoczona dziewczyna z wielkimi oczami - Zwariowałeś? Puszczaj! Nigdzie nie idę! - następnie zaczęła się siłować z brodaczem, co przypominało wyciąganie ze skały Ekskalibura przez zwykłego wieśniaka.
- Przestań się wiercić, kobito! - huknął na nią Thubedorf cały czas trzymając ją w żelaznym uścisku. Służka nie dawała za wygraną, nieustannie okładała swymi małymi piąstkami po łysej głowie krasnoluda - Wybacz mi, dziecinko, ale nie pozostawiasz mi wyboru.
Thubedorf pociągnął Etsy w dół tak, że ta upadła na kolana twarzą do najemnika i nim zdążyła się osłonić wielka jak szynka pięść krasnoluda rąbnęła ją w potylicę. Dziewczyna zwaliła się na dechy nieprzytomna.
- Na brodę Moradina! Masz temperament godny krasnoludki! - wykrzyczał Thubedorf spoglądając na leżącą u jego stóp Etsy, która z oczywistych powodów nie mogła mu odpowiedzieć. - Naraziła by nas na niepotrzebne niebezpieczeństwo.
- Wyśpi się, odpocznie, uspokoi - zawyrokował Randal. - Może zamkniesz ją w piwnicy, a ja pójdę po linę.
- Pójdzie z nami. Kto wie? Może się jeszcze do czegoś przyda - odparł Thubedorf przerzucając dziewkę przez ramie. - I na co Ci ta przeklęta lina?!
- A nie pamiętasz, co powiedziała moneta? - spytał Randal, kierując się w stronę schodów.
Krasnolud bardzo żałował, że zdecydował się na rzut monetą. Zwykle los był po jego stronie, ale tym razem szczęście mu nie dopisało.
- Dla jednej monety gotów jesteś zabić nas wszystkich? - zapytał w końcu.
- Tak - powiedział bez wahania Randal. - Raz już przeżyłeś skok z tamtego korytarza, czy skąd tam skakałeś. Teraz chcesz to powtórzyć, po uprzednim przejściu całej warowni. A ja po prostu ułatwiam ten proces. Na dodatek, gdy już Verin znajdzie się na górze, to pomoże wszystkim wejść.
- Potwierdzam - powiedział półelf ze wzrokiem wbitym w swe paznokcie.
- Wtedy byłem po dziesięciu piwach - odparł krasnolud kierując się w stronę wyjścia. - Ale niech wam będzie… - potężnym kopniakiem wywalił z zawiasów zamknięte drzwi prosto na ulicę. - Idziecie?

Nel spokojnie ruszyła za wszystkimi. Przed samym wyjściem obejrzała się za siebie na pobojowisko, w którego kącie jedynie rozmazana plama świadczyła o tym, że ktoś kiedyś… dawno temu… próbował ją wytrzeć. Cmoknęła w zadumie.
- Cóż rudzielcu, jak postanowisz tu wrócić, to ja tam nie wiem i nie chcę wiedzieć, co ty masz za upodobania - powiedziała bardziej do siebie niż do dziewczyny, która teraz spoczywała nieprzytomna na potężnych barkach krasnoluda. Z drugiej strony marzyła w duchu by zobaczyć Grega rzucającego się jak piskorz w poszukiwaniu swoich podopiecznych, po czym wyrywającego sobie z głowy włosy zdawszy sobie sprawę, że sam musi to wszystko posprzątać.
 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019

Ostatnio edytowane przez Warlock : 01-06-2014 o 15:22.
Warlock jest offline  
Stary 16-06-2014, 17:20   #13
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Dzielnica Czarnystaw, Neverwinter
6 Tarsakh, 1479 DR
Północ

- Pójdziemy nieco dłuższą drogą. Ta główna prowadząca do Zamku Never jest często patrolowana. Boczne aleje powinny zapewnić nam nieco więcej anonimowości - instruował resztę drużyny barczysty krasnolud, który trzymał w swych mocarnych dłoniach nieprzytomną półelfkę. Otaczający go towarzysze skinęli głową z aprobatą, po czym upewniwszy się, że nikt ich nie obserwuje opuścili w ciszy karczmę ,,Bezimienny Dom”.

Na zewnątrz wciąż odbijały się echem huczne zabawy podchmielonych marynarzy. Liczne portowe burdele i szemrane speluny gościły w swych wnętrzach całe tłumy wilków morskich, którzy zawinęli do miasta aby wydać swe ostatnie grosze na tanie dziwki i rum. Wśród wielu okrzyków pijaństwa słychać było odległy szczęk oręża, którego źródłem były liczne boczne uliczki prowadzące na tyły kontrolowanych przez portowe gangi przybytków. W oddali jarzyła się ognistym szkarłatem strzelista latarnia…




Wielkie przycumowane do portu statki w dużej mierze należące do strzegącej wybrzeża floty Neverwinter były w rzeczywistości głównym źródłem kłopotów w mieście.
Żeglarze i zbrojni stacjonujący na okrętach wojennych bardzo często służyli na morzu przez wiele tygodni, a czasem nawet miesięcy, bez postawienia nogi na suchym lądzie. Ciężka praca w fatalnych warunkach miała swój negatywny wpływ na ich zachowanie po zawinięciu do miasta.
Spośród wszystkich portów pośrednio kontrolowanych przez Dagulta, tylko ten w Neverwinter tolerował pijaństwo własnej floty. Większość innych miast zabraniała cumowania na swoim terenie nawet pod groźbą ostrzału artyleryjskiego i chociaż było to prawo względnie respektowane, to zdarzały się też przypadki ataków pojedynczych statków floty Neverwinter na własne miasta. Jednym z takich właśnie “niefortunnych” incydentów była napaść trzech okrętów konwojowych na portową osadę Highcliff znajdującą się nieopodal Neverwinter. Poza pospolitym ruszaniem miasteczko nie miało żadnej innej formy obrony i bardzo szybko uległo piratom, którzy po zabiciu majora przejęli władzę w mieście. Pomimo, że ich krwawe rządy nie trwały zbyt długo, to był to solidny cios dla całego regionu i przede wszystkim dla reputacji Lorda Protektora. Generalnie, główną przyczyną tych napadów był bunt na pokładzie czego następstwem była zmiana kapitana, a wtedy załoga oraz ich okręt nie wracała już do służby w marynarce i ze strażnika Neverwinter stawali się jego najbardziej zagorzałym wrogiem - piratami.
Wraz z biegiem lat i zwiększeniem w liczbie podobnych incydentów we flocie, Lord Neverember wprowadził zmiany, które w pewnym stopniu uchroniły inne miasta przed zuchwałymi napadami, ale kosztem bezpieczeństwa stolicy regionu. Teraz zamiast wysyłać bandy kaperskie jak najdalej od rodzimego portu trzyma się je na dwie zmiany - pierwsza połowa zabawia się w mieście niszcząc, plądrując i mając głęboko w tyłku i tak z trudem utrzymywany porządek, a druga połowa ciężko pracuje na morzu w oczekiwaniu na swoją zmianę i wypłatę.
Paradoksalnie marynarze, którzy poprzysięgli bronić miasta byli głównym powodem licznych rozrób i morderstw, które z niemalże codzienną frekwencją przetaczały się przez zniesławioną dzielnicę Czarnystaw. Miejscowe gangi przemytnicze bez trudu zinfiltrowały marynarkę wojenną Neverwinter i obsadzili jej szeregi swymi ludźmi. Nawet kadra oficerska nie uniknęła tego losu.

Straż Mintaryjska, która twardo strzeże bezpieczeństwa Enklawy, rzadko zapuszcza się w te rejony, a po ostatniej rozróbie w karczmie z pewnością zastanowią się dwa razy zanim zdecydują się postawić nogę w porcie.




Tuż przed karczmą Grega miała miejsce krwawa bójka między dwoma cuchnącymi rumem mętami. Chwiejąc się na nogach niczym chorągiewki na wietrze mierzyli się morderczym spojrzeniem, przy okazji obrzucając się mało wyrafinowanymi wyzwiskami.
- Tfoja matka, tusty wieprze, dawała dupy wielorybom! Tak cie spłodzili… - rzucił w stronę opasłego mężczyzny sędziwy żołnierz okrętowy ze szkarłatną opaską na oku.
- Taaa…? Zobaczymy skurwysynie jak długo będziesz skomlał gdy wychędożę ciebie mieczem! - odszczekał pijany żeglarz o brzuchu wielkim jak beczka piwa. Na potwierdzenie swych słów sięgnął po wiszący u boku kordelas i rzucił się na swego przeciwnika człapiąc grubymi nogami po popękanym bruku niczym kaczka.

Marynarze z bronią w dłoni starli się ze sobą w dosyć komicznie wyglądającym pojedynku. Stary żołdak biegnąc w stronę swego przeciwnika potknął się o własną nogę lądując twarzą płasko na ziemi tuż przed obskurnym grubasem, który w bardzo opóźnionym tempie zrobił zamach potężnym kordelasem. Ciężka broń przeciążyła go i wyleciała mu z ręki wpadając prosto w morską toń. On sam zaś, w swej nieporadności, wylądował otyłym cielskiem na sędziwym marynarzu przytwierdzając go do podłoża. Pozbawieni oręża mężczyźni tłuki się między sobą - pięści, zęby i nogi poszły w ruch, ale na niewiele to się zdało. Ich ciosom brakowało siły i precyzji, a sama walka z początku groźnie wyglądająca przemieniła się w czysty kabaret. Znane powiedzenie “pijany jak marynarz” najwyraźniej miało swe odbicie w rzeczywistości.


***


Niewzruszeni tym niemalże codziennym widokiem najemnicy ruszyli główną ulicą wzdłuż portu, a następnie skręcili w jedną z wielu bocznych alejek chcąc uniknąć spotkania ze Strażą Mintaryjską. Idąc w górę miasta dotarli do jednej z bardziej uczęszczanych uliczek, która słynęła z licznych kupieckich kramów i przędzarzy, ale przede wszystkim znana była dzięki wielkiej farbiarni, która znajdowała się na samym jej końcu. To właśnie dzięki tej jedynej w mieście fabryce ulica była żartobliwie nazywana Ścieżką Talony, gdyż smród który wydobywał się z wielkich kotłów wypełnionych bulgoczącymi barwnikami był wstanie powalić nawet najbardziej nieczuły nos.

Najemnicy zatopili się w głąb uliczki z twarzami skrytymi pod kapturem. Tłumów ludzi w tym miejscu co prawda nie było - z wyjątkiem kilku handlarzy i ich klientów, którzy prowadzili interesy po zapadnięciu zmroku. Trzymając dłonie na skrytej pod płaszczem rękojeści broni ruszyli przed siebie starając się zwracać jak najmniej uwagi.

W całym tym misternie skonstruowanym planie chodziło nie tyle o schowanie “rozrywkowego” krasnoluda przed niepożądanymi oczami, ale przede wszystkim o dobre alibi dla całej drużyny. Najemnicy liczyli na to, że jeśli uda im się dotrzeć do zamku pod osłoną nocy i przy okazji wydostać więźniów bez zwracania na siebie większej uwagi to z pewnością ujdzie im to sucho. Tym bardziej było to dla nich ważne, gdyż reprezentowali najemną kompanię Złamanej Czaszki, a wtargnięcie do Zamku Never i uwolnienie skazańców w najlepszym przypadku mogłoby skończyć się dla nich publiczną egzekucją.




Zamek Never, Neverwinter
6 Tarsakh, 1479 DR
Północ

Pomimo, że taszczyli ze sobą nieprzytomną kobietę udało im się w miarę szybko bez zwracania na siebie uwagi dotrzeć na skraj zamku. Była to potężna obwarowana twierdza położona na krawędzi wysokiego na blisko dwadzieścia metrów klifu. Jej strzeliste obsydianowe wieże sięgały chmur, a po grubych na kilka metrów murach przechadzali się strażnicy dokładnie lustrując każdy kąt zamku. Część zabudowy dalej była w ruinie, ale Lordowi Protektorowi udało się za publiczne pieniądze odbudować jej znaczną część. Była to siedziba Straży Mintaryjskiej i drugie w mieście tak liczne zgrupowanie wojsk - pierwszym była sama siedziba Neverembera szerzej znana jako Enklawa.

Główną warownię znajdującą się w samym centrum kompleksu przesłaniały gęste szare chmury.

Zafascynowani tym zapierającym dech w piersiach widokiem najemnicy stali przez kilka dłuższych chwil przyglądając się spowitej we mgle twierdzy. Ten cud architektury dawnych mieszkańców Neverwinter był tak samo wspaniały jak przerażający. Czując przeszywające dreszcze na skórze zeszli w dół piaszczystego klifu obchodząc zamek i dokładnie przyglądając się mu z każdej strony w poszukiwaniu ukrytego zsypu na śmieci. Nie trwało to długo, gdyż już po krótszej chwili ich nozdrzy uderzyła nieprzyjemna woń rozkładającego się wysypiska. Jakieś dziesięć metrów nad usypaną przy rwącym nurcie rzecznym stercie śmieci znajdował się wąski otwór wykuty w skale. Poszukiwacze przygód zatrzymali się słysząc słowa krasnoluda:
- No, to jesteśmy na miejscu. Czyń swoją powinność, fechmistrzu - zmęczony targaniem ciążącej mu na barkach dziewczyny Thubedorf splunął na ziemię z obrzydzeniem.

 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019
Warlock jest offline  
Stary 16-06-2014, 17:22   #14
 
Nimitz's Avatar
 

Półelf spojrzał do góry na wznoszącą się przed nim pionową, niemalże gładką ścianę. Podrapał się po głowie oceniając jak długo zajmie im wspinaczka na sam szczyt.
- Spory kawał drogi – rzekł. - Godne wyzwanie dla wprawionego alpinisty. Chyba, że używa się sztuczek… - Oczy mu zabłysły. Patrzył na krasnoluda przez chwilę, jakby chciał mu w jakiś sposób zaimponować. Verin nałożył maskę na głowę dodając swojemu wyglądowi tajemniczości. Strzelił palcami, a potem wyszeptał coś pod nosem. Jego rękawice zrobiły się dziwnie lepkie. Podszedł do ściany sprawdzając czy sztuczka zaczęła działać. Po chwili rozpoczął wspinaczkę niczym pająk nie robiąc sobie nic z idealnie pionowej powierzchni.
Gdyby było więcej czasu, można by załatwić drabinkę sznurową, taką dla mających opory z wchodzeniem po linie.
Lina, jak to lina - wszystkie wyglądają podobnie. Ta była nieco inna, bowiem dla tych mniej opornych Verin zawiązał na linie supły, dzięki którym można było ułatwić sobie życie. I wspinaczkę.
- Wejdę drugi - zaproponował Randal - a potem przywiąż do liny plecaki. to je wciągniemy. Będzie łatwiej.
Po chwili znalazł się na górze, obok półelfa.
Wciągnięcie plecaków trwało jeszcze krócej, niź wspinaczka Randala i już po chwili obaj najemnicy machali do znajdującej się na dole trójki, zachęcając do pospiechu i pójścia w ślady poprzedników.
Krasnolud przyglądał się uważnie Verinowi, który wspinał się po stromej ścianie z pajęczą wręcz zręcznością. Przez moment bardzo pożałował, że dał się na to namówić, ale tylko przez chwilę - uratowanie Grimbaka było sprawą priorytetową i Thubedorf był gotów poświęcić wiele. Chciał widzieć minę orka, gdy usłyszy jak się tu dostał.
Pocieszony tą myślą niemalże ochoczo chwycił za linę, a następnie podał ją małej Nel.
- Pójdziesz przede mną, dziecinko.
Nel zerkneła w górę i już wtedy postanowiła, że zdecydowanie wspinać się tędy nie będzie…
Na samą myśl o tym jak świat musi wyglądać z samego szczytu kręciło jej się w głowie. Przełknęła ślinę mając nadzieję, że nikt nie zauważył tego, że się boi.
Widząc jak mężczyźni wciągają swoje torby zaryzykowała.
- Możeee… mnie też dałoby się tak wciągnąć? - zapytała dziewczynka nieśmiało, przestępując z nogi na nogę.
Randal uniósł wzrok ku niebu (a dokładniej - jego wzrok zatrzymał się na stropie kanału ściekowego) i westchnął:
- Swiat schodzi na psy - po czym pokazał małej, że ma się przywiązać do liny, co też dziewczyna uczyniła posłusznie. Zanim jednak oderwała się od ziemi skrzyżowała nóżki tak aby trzymały spódnicę w jednej pozycji nie pozwalając na zaglądanie żadnemu niepożądanemu spojrzeniu. Zamknęła oczy i kurczowo przycisnęła się do liny nie mając w zamiarze podziwiać widoków jakie rozciągały się pod nią. Prawie krzyknęła gdy mag złapał ją za wsiaż, ciągnąc do miejsca gdzie mogła pewniej ustawić stopy na twardej już ziemi. Drżała lekko i szybko cofnęła się jak najdalej od spadku
- Tylko nikomu o tym nie mów. - szepnęła do mężczyzny wciąż lekko przestraszona wspomnieniem tej mało przyjemnej podróży.
- Ani słowa. Zapewniam - odparł Randal.
Ledwo dziewczynka znalazła się na górze krasnolud chwycił za drugą linę, którą miał cały czas przy sobie. Ta była znacznie krótsza od tej należącej do Randala, ale dla krasnoluda była wystarczająca.
Obwiązał się liną wokół pasa, a następnie uczynił to samo z leżącą na stercie cuchnących śmieci półelfką. Przez chwilę miał ochotę obudzić dziewczynę, lecz szybko odepchnął od siebie tą myśl. Obserwowanie panikującej służki z pewnością byłoby zabawne, ale także skazałoby ich misję na porażkę.

Thubedorf chwycił za linę prowadzącą w stronę zsypu na śmieci. Chrząknął niepewnie, poprawił chwyt i zaczął wspinać podpierając się nogami o ścianę. Po przejściu trzech metrów sznur, którym był przywiązany do Etsy napiął się, a on sam stęknął z wysiłku próbując podciągnąć się na linie z dodatkowym bagażem. Służka uniosła się na kilka stóp w powietrze i w tym samym momencie zaczęła powoli wracać jej świadomość. Z początku myślała, że ciągle śni kołysząc się w chmurach, ale odór przegniłych śmieci i nagłe szarpnięcie krasnoluda za linę szybko przywróciło jej zmysły. Etsy otworzyła oczy.
- ~iiiiaaaAA! - wydobyło się piskliwe krzyknięcie pod krasnoludem a lina zabujała się pod nim wystarczająco mocno, by musiał na chwilę przystanąć zapierając się butami o skałę. Gdy spojrzał na dół widział półelfkę, która z wybauszonymi oczami i lekko podkulonymi nogami, kurczowo tuliła się do kawałka liny, którym była przywiązana. Wyglądała jakby wskoczyła na krzesło w panice przed szczurem biegającym po podłoże. Nie było krzesła, nie było szczura, ale była panika i ściana, która powstrzymywała ją przed bezwładnym dyndaniem i obrotami. Jej wyraz twarzy chciał powiedzieć na prawdę wiele, jednak wcześniej nie miała okazji wisieć jak worek kartofli prawie dziesięć metrów nad ziemią - Na ziemie! Ja chcę na ziemie! - wycisnęła z siebie żądania wymieszane ze strachem i groźbą.
- Za późno maleńka - dobiegł jej uszu donośny głos Thubedorfa, który wisiał blisko dziesięć metrów nad ziemią powoli wciągany do środka szybu przez mocujących się z liną najemników.

Znajdujący się wewnątrz cuchnącego przepoconymi łachami pomieszczenia, Randal i Verin, wciągali potężnego wojownika i jego rudowłosy kłębek problemów. Zdumieni ciężarem dwóch wiszących na sznurze osób sapali i stękali głośno niczym stare parowozy starając się ze wszystkich sił wciągnąć masywnego krasnoluda. Kiedy ten już się znalazł wewnątrz pokoju, chwycił za linę, która łączyła go z Etsy i szarpnął z całej siły niemalże wrzucając do środka z siłą buldożera otępioną ze strachu służkę. Dziewczyna wylądowała twardo na kamiennej posadzce stękając przy tym z bólu - zdezorientowana przez chwilę zapomniała o panice.
 
Nimitz jest offline  
Stary 18-06-2014, 19:22   #15
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Nel, nie czekając pozostałych, walczących się z liną towarzyszy, ruszyła ostrożnie do przodu.
Pomieszczenie, w którym się znaleźli, służyło głównie jako pralnia - stąd brał się nieprzyjemny zapach przepoconych ubrań.
Dalej, wąski korytarz w kształcie odwróconego “L” prowadził prosto przed siebie, a następnie zakręcał ostro w prawo.

- No to prowadź - Randal zwrócił się do Thubedorfa, który w międzyczasie zdążył dostać się do korytarza. - Mam nadzieję, że pamiętasz, którędy iść - dodał.
Wcześniej mag jakoś nie pomyślał o tym, że przecież biegnący na oślep krasnolud może nie pamiętać drogi, którą przebył.
Thubedorf w odpowiedzi podrapał się po łysej głowie wlepiając wzrok w korytarz, którym ruszyła Nel.
- Idąc tym korytarzem powinniśmy dostać się na wyższe kondygnacje. Nie przypominam sobie, bym jakoś specjalnie błądził w podziemiach, ale no cóż… miałem wtedy nieźle wypite, a po pijaku wszystko wydaje się łatwiejsze - wskazał wymownym ruchem głowy jedyną możliwą drogę prowadzącą z pokoju.
Podwójnie łatwiejsze, uśmiechnął się w myślach Randal. A zdawać by się mogło, że przeszkód powinno się widzieć dwa razy tyle.

Na ziemi, nieopodal rozmawiających najemników, leżała spanikowana dziewczyna wodząc spojrzeniem szaleńca po otaczających jej twarzach.
- Jesteś cała? - Verin spytał półelfkę. Przykucnął obok niej patrząc przez maskę. Czerń gościła wewnątrz przez co nie można było dostrzec najmniejszego nawet szczegółu jego twarzy. - Pomogę Ci wstać - Półelf wyciągnął rękę w stronę trochę jeszcze otępiałej Etsy.
- Nie dotykaj mnie! - Etsy odrzuciła propozycję odrzuciła ze zmieszanym strachem i groźbą, następnie wstała na kolana i uciekła na parę metrów. - Gdzieście mnie zaciągnęli kretyni?! Porwaliście mnie! - dorzuciła krzywiąc się i przykładając dłoń do bolesnego miejsca w które została uderzona przez krasnoluda. - Zbliżycie się to zacznę krzyczeć!
Całkiem jakby już się nie darła.
- Krzycz, mała, krzycz - mruknął pod nosem Randal, zdecydowanie bardziej zinteresowany tym, co przed nimi, za zakrętem, niż wywnętrzającą się Etsy. - I tak nic ci to nie da.
- Uciszcie ją!
- syknął dla odmiany Thubedorf, idąc kilka metrów za plecami Nel.

Nel wyjrzała ostrożnie za winkiel i natychmiast się cofnęła. Nie miała najmniejszego zamiaru pokazywać się strażnikowi, który maszerował w ich stronę, oświetlając sobie drogę pochodnią. Był jeszcze daleko, ale...
Odwróciła się do reszty i gestem nakazała wszystkim zachowanie ciszy. Wystawiła jeden palec by pokazać liczbę przeciwników
Poczekajcie, aż podejdzie - pokazał gestami Randal - a potem za gardło i w łeb.
Albo rozebrać Etsy i podsunąć jako prezent-niespodziankę.
Ostatnia rada, choć być może i dobra, została jednak zlekceważona. Verin zniknął z oczu patrzących, po czym ruszył korytarzem w stronę gwardzisty, zaś Thubedorf chwycił za topór i zbliżył się do zakrętu korytarza.
- Zbliży się to trzepniemy go przez łeb - wyszeptał.
Nel również przygotowała się do spotkania ze strażnikiem - chwyciła swój sztylecik i położyła się tuż przy ścianie o krok przed krasnoludem, gotowa dźgnąć nadchodzącego wroga ledwo ten wyłoni się zza zakrętu. Randal stanął przy ścianie, parę metrów od rogu, tuż za Etsy, która - zamiast zgodnie z pogróżkami kontynuować krzyki - przymknęła się w końcu, bojąc się kolejnych rękoczynów w wykonaniu krasnoluda. Jak się okazało, jedno solidne potrząśnięcie w zupełności wystarczyło.

Nieświadomy obecności fechmistrza strażnik zwolnił nieco. Usłyszane wcześniej krzyki - dzieło Etsy - rozbudziły jego ciekawość, ale i zwiększyły ostrożność, lecz ta ostatnia nie ustrzegła go przed wpakowaniem się w pułapkę.

Gdy strażnik był już dwa kroki za rogiem Thubedorf przeskoczył nad leżącą na ziemi Nel, zamachując się toporem w stronę zaskoczonego przeciwnika. W tej samej chwili zaatakował Verin.
Topór Thubedorfa zatonął w podbrzuszu wartownika. Dokładnie w tym samym momencie katana Verina, który niespodziewanie pojawił się za plecami strażnika, przebiła serce mężczyzny. Podwójny atak był celny i szybki. Trafiony dwa razy strażnik nie zdążył nawet krzyknąć. Podtrzymany przez Verina powoli osunął się na ziemię.
Zamiast krzyku strażnika, po pomieszczeniu, zaraz po wydźwięku szczęknięć metalu broni zabójców, rozległ się mocno stłumiony krzyk służki, która przyciskała swoimi usta obiema dłońmi.
- Na litość boską, niech ktoś uciszy tą rudą dziewkę. Powoli zaczynam żałować, żem ją tu zaciągnął - skomentował krasnolud, na co z przerażeniem Etsy pisnęła raz jeszcze obawiając się takiego samego losu, jaki przypadł w udziale strażnikowi. Ignorując kolejne krzyki krasnolud podał rękę Verinowi - Dobra robota fechmistrzu.
- Etsy, albo pójdziesz z nami
- powiedział cicho Randal - i będziesz cicho, albo cię tu z nim zostawimy. Z tym truposzem. Jak sądzisz... na kogo spadnie wina za jego śmierć? A tak w ogóle, to możesz zabrać jego broń i kubraczek. Tak na oko... - obrzucił dziewczynę wzrokiem - będzie ci całkiem nieźle pasować.
Jakiekolwiek propozycje związane z trupem dziewczyna odebrała jak ponury żart, z którego nikt nie chciał się zaśmiać.
- Randal ma rację - wtrącił się krasnolud. - Być może okaże się to pomocne w niedalekiej przyszłości.
- Porozmawiaj z nią
- poprosił Randal, ściągając kurtkę z trupa strażnika. - Ja się go pozbędę i, mam nadzieję, przekonasz ją do tego czasu.
- Nie ma co rozmawiać. Wkładaj na siebie te ciuchy albo znowu przypadkowo stracisz przytomność, ale wtedy nie będę ciebie dźwigał ze sobą
- burknął krasnolud.
Nie tracąc czasu Randal przeciągnął truposza i zrzucił w dół. Jako że nikt się nie zainteresował, zabrał znajdującą się przy zabitym strażniku leczniczą miksturę i niezbyt wypchaną sakiewkę.

Verin zamaszystym ruchem strzepnął krew z broni. Nadal trzymając katanę ruszył długim, pokrytym pajęczynami korytarzem. Było tu stosunkowo ciemno, ale półelf widział doskonale. Po pewnym czasie dotarł do schodów, a następnie ostrożnie ruszył do przodu.
Mała Nel szybko go dogoniła i oboje przylgnięci do schodów wyjrzeli z nad krawędzi. Był tam kolejny długi korytarz, który kończył się identycznymi, białymi jak marmur schodami, lecz w przeciwieństwie do poprzedniego ten był usłany licznymi bocznymi drzwiami, przejściami i innymi mniejszymi korytarzami krzyżującymi się w tym miejscu.
Po chwili pierwsze drzwi po ich lewej otworzyły się wypuszczając na zewnątrz urzędnika. Mężczyzna stanął na środku korytarza wciąż rozmawiając z kimś kto stał wewnątrz pomieszczenia. Po wymienieniu uprzejmości obaj uścisnęli sobie dłonie, po czym urzędnik oddalił się w stronę schodów. Drzwi do pomieszczenia wciąż pozostawały otwarte.
Verin przykleił się do ściany i, stąpając cicho, podszedł do uchylonych drzwi. Wykorzystując koniec ostrza, spróbował zobaczyć, co jest w środku.
Hartowana stal ukazała pomieszczenie skąpane w jasnym świetle.
Długi pokój był usłany licznymi, stojącymi pod ścianami biurkami, a przy których siedzieli urzędnicy. Na samym końcu, pod wiszącą na ścianie tablicą, stało dwóch mężczyzn w długich sięgających ziemi szkarłatnych szatach instruujących resztę urzędników, którzy pilnie skrobali na pergaminach. Z tej odległości Verin był w stanie wychwycić tylko pojedyncze słowa - “Skazańcy… egzekucja… o północy…”. Wspomniano też coś o pewnym tajemniczym pakunku, zdobytym w rzecznej przystani.

Thubedorf okazał się nad wyraz przekonujący.
Etsy nie dość że zamilkła, to jeszcze posłusznie przebrała się w kurtkę strażnika, mimo wyraźnie się malujących na jej twarzy uczuć - strachu i obrzydzenia.
Gdy tylko na jej głowie znalazła się wciśnięta tam przez krasnoluda czapka, ruszyli dalej, po kilku chwilach dołączając do reszty drużyny.
Widząc nadchodzące posiłki Verin odsunął się trochę od drzwi. Odwrócił się w stronę kompanów i pokazał na migi, ile osób znajduje się w środku.

Półelf poczekał, aż jego kompani będą gotowi, chwycił pewnie broń i wszedł do środka. Ostrze jego katany wylądowało na szyi najbliższego urzędnika.
- Witam serdecznie moi mili. A teraz stać spokojnie i broń na podłogę, lub jego głowa wyląduje na drugim końcu pokoju.
Randal i Thubedorf weszli z groźnymi minami bronią w dłoniach, swą postawą demonstrując poparcie dla Verina.
Byli jednak, jak się okazało, za mało przekonujący.
- Co? Ktoście za jedni?! - krzyknął zakapturzony mężczyzna, ale nie czekając na odpowiedź zaczął rzucać zaklęcie. To samo uczynił jego towarzysz. Siedzący przy biurkach urzędnicy stanęli na równe nogi i przylepili się do ścian chcąc zejść z toru zaklęciom.

Randal, nie czekając ni chwili, rzucił w jednego z “zakapturzonych” magicznym pociskiem, zaś Verin zerwał się z miejsca i rzucił się biegiem w kierunku jednego z magów. Zaszarżował przez środek pomieszczenia, lecz nim zdążył dopaść czarodzieja dosięgnął go ognisty promień, wystrzelony z ręki maga. W tym samym momencie wystrzeliły magiczne pociski z ręki Randala trafiając w pierś drugiego czarodzieja. Mężczyzna zacisnął zęby i udało mu się zapanować nad tkanym zaklęciem. Palący promień wystrzelił z jego ręki raniąc Randala.
Ten co prawda wiedział, jaki to czar, ale ani nie potrafił uniknąć zranienia, ani też nie potrafił odpłacić się tym samym zaklęciem.
Verin dotarł do czarodzieja wykonując szalone cięcia, lecz przeciwnik zgrabnie uniknął jego ataku. Sprawę ułatwiło mu to, że Verin nadal czuł na sobie ognistą pożogę zaklęcia i nie mógł się skupić na walce. Thubedorf, który podążał tuż za fechmistrzem, stanął obok niego atakując toporem. Krasnolud spisał się dużo lepiej - jego broń wbiła się w ramię czarodzieja, raniąc go dotkliwie.
Nel starała się nie rzucać nikomu w oczy. Podczas gdy wzrok wszystkich skupił się na walczących, ona podpełzła do miejsca starcia, chcąc znaleźć się za plecami odzianych na czerwono magów. Po drodze ściągnęła swój lniany pasek od sukienki. Z sercem na ramieniu przyklęknęła za jednym z czarodziejów i założyła mu pętlę dookoła kostek - na tyle ciasną aby się przewrócił robiąc krok.

W przeciwieństwie do pozostałej czwórki Etsy nie zamierzała się wplątać w żadną awanturę. Ba, nawet nie miała ochoty obserwować tego, co działo się w sali. Zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami, przez moment zastanawiając się, co robić - stać, iść dalej, czy może uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Skuleni przy swoich biurkach urzędnicy z przerażeniem oglądali magiczną potyczkę. Żaden z nich nawet nie pomyślał o tym, by włączyć się do trwającej walki.
Czarodziej, który walczył z Verinem i Thubedorfem, wyciągnął różdżkę i rzucił na siebie zaklęcie, które okryło go błyszczącym pancerzem, a które Randal rozpoznał jako czar zwany popularnie „zbroją maga”. Chciał następnie wyciągnąć rapier i zaatakować nim przeciwników, ale w zrobieniu ten ruchu przeszkodziła mu założona przez Nel pętla. Mag potknął się i runął na ziemię. Wykorzystał to Verin, który zamachnął się kataną i zatopił jej ostrze w sercu czarodzieja.
Z dłoni Randala wystrzeliła kolejna seria wielobarwnych pocisków, trafiając w pierś drugiego czarodzieja i zabijając go na.
Walka była skończona.
 
Kerm jest offline  
Stary 19-06-2014, 15:28   #16
 
Tiras Marekul's Avatar
 
Dwa ciała głucho mlasnęły uderzając jedno po drugim o kamienną posadzkę. Krew zaczęła sączyć się z otwartych ran wsiąkając w czerwone szaty, zmieniając ich barwę na jeszcze ciemniejszą. Zapach spalonego zaklęciami mięsa i tkaniny zaczął opanowywać pokój. Krople czerwonej posoki kapały z ostrza katany przerywając panującą od kilku sekund ciszę. Półelf obejrzał swoje ramie potraktowane szalonymi płomieniami ognistego promienia. Zacisnął pięść. Na twarzy można by było dostrzec ból i złość, gdyby nie maska która zakrywała całą twarz. Verin rozejrzał się po komnacie. W zimnym, kamiennym pomieszczeniu stało kilka biurek z twardego drewna. Sterty dokumentów spoczywały na blatach w towarzystwie kałamarza z piórem, regały uginały się pod ciężarem ksiąg z aktami o drewnianych, obitych skórą okładkach. Jednak Tiras wypatrzył coś, co doskonale znał już wcześniej. Średniej wielkości buteleczka wypełniona różowym, słodkim płynem który często dolewało się do herbaty aby załagodzić efekty kaca. Pochwycił miksturę leczenia i odwrócony plecami do urzędników uniósł lekko maskę wypijając zawartość menzurki.

W korytarzu rozbrzmiały ciężkie wojskowe buty. Kilku strażników szło w stronę komnaty szybkim tempem. Krasnolud doskoczył do drzwi i zamknął je przywierając plecami do ich drewnianej powierzchni. Po chwili rozległo się mocne pukanie, a metalowe klamry służące za klamki zastukały o, również metalowe, okucia.
- Wszystko w porządku? - drżący męski głos dobiegł do środka. Randal dorwał się do zwłok jednego z magów, przesunął je w kąt i zaczął narzucać na siebie zakrwawione szaty. Po chwili stanął, z głową skrytą pod kapturem i różdżką w dłoni.
- O'Drei? Jesteś tam? Otwieraj! - tym razem głos wydał się bardziej donośny niż przedtem. Mężczyzna po drugiej stronie znów zastukał, tym razem mocniej. Randal podszedł do drzwi, uchylił je lekko wskazując końcem różdżki na twarz dobijającego się do drzwi strażnika.
- Przeszkadzasz – powiedział. Fechmistrz w tym czasie schował się za drzwiami z bronią gotową na każdą ewentualność. Pokazał groźny gest urzędnikom by Ci siedzieli cicho bo wypatroszy ich jak prosięta w rzeźni. Thubedorf dał nura pod biurko, kilka arkuszy spadło na ziemię szeleszcząc, opadając na jeszcze nie wyschniętą do końca krew dwójki zabitych wcześniej magów, chłonąć ją niczym gąbka. Strażnik popatrzył na zakapturzonego czarodzieja. Różdżka świeciła mu prosto w twarz delikatną, niebieską łuną.
- Co tu się dzieje? Słyszeliśmy odgłosy walki, jakieś krzyki i rozmowy – powiedział próbując wejrzeć do środka, jednak blask nie pozwalał mu zobaczyć czegokolwiek.
- Pomocy! - Krzyknął jeden z urzędników. - Oni chcą nas zabić!
Paniczy głos wzbudził zainteresowanie przybyłej grupy. Strażnik siłą wpakował się do środka uprzednio odpychając Randala. Verin jednak wykorzystał sytuacje kopiąc we właśnie otwierające się drzwi. Drewniane skrzydło jęknęło z impetem uderzając w strażnika, który pochylony do przodu przytulił się do futryny. Katana syknęła w powietrzu, a chwilę później odcięta głowa ciekawskiego potoczyła się pod regał z książkami. Kolejny gwardzista próbujący wejść do środka został przywitany przez Randala na sposób znany tylko czarodziejom. Magiczne pociski rzuciły nim o ścianę naprzeciwko drzwi. Przypalone ciało uderzyło o ziemię w akompaniamencie szelestu blaszanego napierśnika. Ostatni strażnik spanikowany chciał rzucić się do ucieczki jednak krasnolud był szybszy, a oburęczny topór wbił się głęboko w plecy posyłając kolejną ofiarę na posadzkę.

- Co z nimi zrobimy? - Randal spojrzał na urzędników. - Narobili nam kłopotów – dodał wciągając ciało jednego z gwardzistów do środka.
- Który zna drogę do więzienia? - Tiras skierował słowa do urzędników idąc w ich kierunku, celując mieczem w losowo wybranych. Przerażeni nie na żarty wszyscy jak jeden mąż wskazali inną osobę w odpowiedzi. Przez chwilę przekrzykiwali się, aż w końcu wyrzucili do przodu najmniej ważnego i najbardziej słabowitego mężczyznę o szczurkowatej posturze.
- Ja… ja…ja wiem – jąkając się wyszedł do przodu ze spuszczoną głową.
- Dobrze więc… - Marekul przeciągnął ostatnie słowo. - Reszta może umrzeć. Czarodzieju, pomożesz? - zapytał Randala nie odwracając się. Urzędnicy zatoczyli się jeszcze bardziej pod ścianę.
- Proszę, nie zabijajcie nas! Możemy być pomocni! - powiedział jeden z urzędników.
- Może jednak nasz towarzysz? Ma pewniejszą rękę. A nuż bym nie trafił... - odparł Randal. - A nuż któryś by się niepotrzebnie męczył przed śmiercią.
Krasnolud spojrzał pierw na fechmistrza, później na maga, a na końcu na Nel, która cały czas ze sztylecikiem w dłoni pilnowała urzędników.
- Mała, wyjdź lepiej i nie zaglądaj tu – polecił. Półelf kompletnie zapomniał o małej dziewczynce która cały czas siedziała w pomieszczeniu pilnując więźniów. Dopiero teraz zauważył też brak Etsy która rozpłynęła się gdzieś w powietrzu. Dziewczynka spojrzała się na krasnoluda i myśląc o ich rozmowie odgrodziła urzędników od reszty drużyny.
- Mała to jest twoja kuśka – mruknęła na krasnoluda. - I jak z ciebie taki chojrak na machanie ostrzem na prawo i lewo, nawet w stosunku do szczających pod siebie, przerażonych urzędasów. To aż mi Ciebie żal - stwierdziła dziewczyna stając między niego a urzędników. - Przy takich durnych pomysłach to chyba prędzej Tobie przydałoby się przejść i przewietrzyć na wielkiej wyprawie w celu odnalezienia rozumu. Jak dobrze związać i zakneblować tych tutaj to starczy, nie ma co życiem szafować.
- No dobra, poczekaj jeszcze - powiedział Randal. - Ile jest warte wasze życie? - spytał. - A ty, mała, przeszukaj tych trzech. Może znajdziesz coś ciekawego.
Dziewczynka z obrzydzeniem na twarzy przeszukała wciągnięte do środka zwłoki. Krew zostawiła na podłodze długie smugi, śmierdziała. Przy zwłokach nie było nic cennego. Jeden z urzędników próbował coś powiedzieć, ale zagłuszył go ryk i odgłosy walki dochodzące z niższych kondygnacji. Mała grupka ubranych jak więźniowie ludzi przebiegła korytarzem w stronę pralni.
- Co to za pandemonium? - zdziwił się Randal.
- Wygląda na to, że ktoś wyzwolił więźniów - odparł Thubedorf podobnie zaskoczony. - I chyba wiem kto... – urwał z wyraźną dumą na twarzy.
- No to chyba możemy sobie iść - powiedział Randal. - Ale za chwilkę, bo mamy tu coś jeszcze do załatwienia - spojrzał na stłoczonych pod ścianą urzędników.
- [i]Więc pospieszmy się bo zaczyna mi się nudzić - półelf westchnął głęboko. Podszedł bliżej przerażonych więźniów smyrając ich ostrzem po szyjach i klatkach piersiowych.
- Teoretycznie nikt mi nie zapłacił by was zabić, jednak nie otrzymałem też złamanego miedziaka za to by puścić was wolno - łaził z miejsca na miejsce mówiąc z barwą głosu spotykaną u wariatów.
- Więc proszę… co macie do zaoferowania? Albo dołożę wszelkich starań byście zawisnęli pod sufitem powieszeni na własnych paskach od spodni.
- Panie, błagam… mam dzieci i żonę! - odezwał się jeden z urzędników. Był to szczupły mężczyzna średniego wzrostu o słomianych włosach i błękitnych jak toń oceanu oczach. - Mamy tylko trochę złotych monet przy sobie. Damy ci je wszystkie.
Mężczyzna skinął głową reszcie urzędników, po czym wszyscy odpięli sakiewki i położyli je na biurku przed Verinem. - Tylko tyle mamy – powiedział.
- I co o tym sądzisz czarodzieju? - Verin spytał stojącego parę kroków dalej Randala. Chwycił jeden z kilku mieszków ze złotem i zważył go w dłoni napawając się brzęczącą zdobyczą.
- Czy Tobie też się wydaje, że okup za urzędnika jest wyższy niż kwota leżąca na stole?
- Dużo tego nie jest - Randal potarł czoło. - Ale, jak sam powiedziałeś, nie zapłacono nam za ich głowy. Powiedzmy, że was puścimy – zwrócił się w stronę więźniów. - Co będziemy mieć z tego? Prócz kłopotów?
- Jeśli nas zabijecie to tylko pogorszycie swoją sytuację! - Odezwał się jeden z bardziej brawurowych urzędników, ale szybko został uciszony przez innych.
- Ci, co tu przyjdą, będą mieli więcej sprzątania, niż w tej chwili - stwierdził obojętnie Randal. - Pięć trupów, kilkanaście trupów... Pewna różnica. No i krew.
W sali nastała chwila ciszy. Wszyscy urzędnicy spoglądali po sobie przerażeni, ale w końcu odezwał się jeden z nich.
- Nie łudźmy się, będą was ścigać po całym mieście, ale możemy wam pomóc. Wydamy wam glejt uprawniający was do wstępu do Rzecznego Kwartału. Tam straż mintaryjska nie ma żadnej władzy.
- Papierek z pieczęcią i podpisem? - upewnił się Randal. - A raczej trzy takie papierki?
- Da się to załatwić - odparł sięgając ręką do szuflady w biurku. Wyciągnął z niej trzy pergaminy, pióro i kałamarz, po czym zaczął coś na nim skrobać. Po krótkiej chwili zgiął pergamin, wylał nań wosk i przybił pieczęcią. - To powinno wam ułatwić wydostanie się z miasta - powiedział podając czarodziejowi glejt. Randal rozwinął zawartość i przeczytał dokładnie co nabazgrał urzędnik. Podumał chwilę po czym rzekł.
- Lepiej przez jakiś czas się stąd nie ruszajcie - powiedział Randal, chowając glejt. - Jeśli więźniowie uciekli, to na zewnątrz przez kilka chwil może być niebezpiecznie.
Verin milczał jak do tej pory mając oko na więźniów. Przesypał wszystkie monety do największego mieszka licząc pieczołowicie każdy złoty krążek. Sytuacja jednak nie spodobała mu się ani trochę. Randal miał zamiar wyjść zostawiając kotłujących się pod ścianą przy życiu. W paru krokach dorwał czarodzieja, chwycił go za szatę i przyciągnął do siebie.
- Odbiło Ci, prawda? Zostawisz ich przy życiu, a Twoja facjata będzie wisieć na każdym murze tego miasta - stwierdził, mówiąc na tyle cicho by więźniowie nie mogli go usłyszeć. - Jeśli chcesz to idź, posprzątam sam. Jeszcze mi podziękujesz, że możesz spokojnie piwo w gospodzie wypić.
Randal wyrwał się z ręki fechmistrza i wyszedł bez słowa. Thubedorf jedynie spojrzał na wszechobecny bałagan podążając za czarodziejem.

Półelf został sam. Tak mu się wydawało przynajmniej kiedy dwójka jego kompanów opuściła pomieszczenie. Dziewczyna siedziała cicho jak mysz pod miotłą, nie odzywała się prawie w ogóle jedynie wodząc wzrokiem po urzędnikach. Wykonywała zadanie do jakiego została wyznaczona i nic nie mogło zaburzyć jej skupienia.
- Spełniliście swoje zadanie - powiedział z głosem pełnym powagi. - Jednak za żadne skarby tego świata nie kupicie mego zaufania. Wypiję za wasz spokój w zaświatach - dodał. Zrobił kilka kroków zupełnie bezszelestnie, jakby unosił się milimetr nad marmurową posadzką. Strzepnął resztki krwi z ostrza zamaszystym ruchem. Nel zerwała się z miejsca, stanęła z dobytym sztyletem pomiędzy półelfem, a mężczyznami. Patrzyła na niego wzrokiem rozjuszonego jamnika nie mając zamiaru zejść mu z drogi. Marekul parsknął na tak zabawny widok. Odwaga tej małej dziewczyny zdziwiła go. Dostrzegł swoje odbicie w jej wyrazistym spojrzeniu. Stanął naprzeciw niej w odległości miecza.
- Jak wysoko cenisz swoje życie? - Spytał głosem szalonego mordercy. Przyłożył ostrze katany pod brodę małej i uniósł je lekko do góry w celu odsłonięcia szyi.
Dziewczynka drgnęła lekko, mając ochotę odskoczyć od ostrza i od tego zwariowanego fanatyka, który przed nią stał. Przełknęła ślinę, jakby chcąc dodać sobie animuszu. “Na pewno blefuje” przebiegło jej przez myśl.
- Swoje bardziej niż twoje to na pewno. Ale ich ruszyć też ci nie pozwolę - powiedziała hardo.
- Niby jak masz zamiar mnie powstrzymać? - Zakpił dociskając delikatnie ostrze.
- Jak tylko się da - mruknęła. - Po prostu nie pozwolę - złapała pewniej swój sztylecik zrobiony z jakiegoś naostrzonego ochłapu metalu, o rękojeści którą stanowił jedynie kawałek owiniętego materiału i stanęła w pozycji ofensywnej choć nie odsunęła się zbytnio od ostrza. Czuła jak serce podchodzi jej do gardła jednak mimo to nie zamierzała odpuścić. Verin westchnął znudzony sytuacją. Przerażeni urzędnicy kłębili się pod ścianą, a dzieciak wyraźnie nie miał zamiaru odpuszczać mimo nikłych szans w starciu z szermierzem. Katana zasyczała w powietrzu lądując w pochwie zawieszonej na plecach. Półelf podszedł do stołu by zgarnąć wypchaną monetami sakiewkę.
- Przyjrzyjcie się jej dokładnie, bo ocaliła was przed śmiercią. A jeśli zauważę najmniejsze poszukiwania lub listy gończe, moje lub kogokolwiek spotkanego tutaj, to wytropię was i zabiję najboleśniej jak tylko potrafię - po tych słowach Tiras skierował się do wyjścia. Drogę zagrodził mu czarodziej w towarzyskie krasnoluda. Thubedorf spojrzał najpierw na fechmistrza, a później szybko powiódł wzrokiem pod ścianę, gdzie stała wcześniej Nel obawiając się, że wyrządził jej krzywdę. Widok dziewczynki stojącej z obnażonym sztyletem i butnym wyrazem twarzy od razu poprawił mu humor. Widząc, że mężczyzna odstąpił dziewczynka schowała powoli sztylecik i podeszła do więźniów by ich zakneblować. Odwrócona do wszystkich plecami pociągnęła kilka razy nosem kryjąc drżące dłonie i wilgotne oczy. Cholera….tak bardzo się bała, upewniając się, że urzędnicy nie zaczną wzywać pomocy jak tylko grupa wyjdzie starała się opanować i poukładać spanikowane myśli.
- Nie możemy zwlekać. Zaraz zrobi się tu gorąco, a my ugrzęźniemy w samym centrum piekła - powiedział w końcu Thubedorf po tym jak Nel uporała się z urzędnikami.

Przy wejściu było pełno śladów krwi. Smugi po ciągniętych zwłokach od razu sugerowały, że ktoś narobił tu niezłego bałaganu. Półelf wyraźnie zły wyszedł z pomieszczenia jako pierwszy. Grimbak liczący na drobne przywitanie zrobił zdziwioną minę, gdy fechmistrz go po prostu minął i pognał szybkim krokiem do wyjścia.
 
__________________
Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn.
Tiras Marekul jest offline  
Stary 22-07-2014, 23:07   #17
 
Proxy's Avatar
 
Rozdygotana od tego, co działo się za plecami postanowiła w końcu działać. Jednak sama nie była pewna, czy miała zabrać się za ucieczkę, czy ciągnięcie dalej kretyńskiego pomysłu pijanych najemców. Podskakując ze strachu od kolejnego szczęku ostrza za drzwiami, naciągnęła na głowę hełm i wyrwała się niespokojnym biegiem lecąc w górę. Już była prawie na końcu gdy jej ciśnienie nagle podskoczyło musząc ratować się w jakimś zagłębieniu, by nie zostać zauważoną przez kilku strażników, których zaciekawiły hałasy wydobywające się z pokoju, gdzie była reszta jej drużyny. Zacisnęła dłonie na ustach, by przez przypadek się nie zdradzić a z nerwów i braku tlenu prawie nie osunęła się na ziemię. Mimo wszystko przemknęła się i trafiła na kolejny korytarz podobny do poprzedniego, mającego sporo pokoi, ale mniej więcej w połowie rozwidlał się. Nagle, zanim służka zdążyła zrobić cokolwiek, z bocznego pomieszczenia wyszedł umundurowany mężczyzna zdradzający swym ubiorem wysoką rangę. Ruszył w stronę Etsy trzymając w dłoni świstek pergaminów.

- Zaczekaj żołnierzu! - krzyknął.

Dziewczyna niemal dostała zawału. Ale sytuacja rozwinęła się za bardzo, by móc tego uniknąć. Przełknęła gorzko ślinę i nabrała powietrza wypełniając płuca. Musiała w dokładnie tej chwili wspiąć się na wyżyny swego aktorstwa, by nie wypaść w roli w takim stanie. Wyprostowała się i obróciła prawie na baczność do człowieka. Kapitan zbliżył się do dziewczyny szybkim krokiem. Nie zauważył ukrytego pod ręką rozcięcia, ani też nie poznał się na przebraniu. Zamiast wykrzyczeć alert lub nabić ją na miecz wręczył jej do ręki zawinięty pergamin.

- Kapitanie? - odpowiedziała konkretnie na pojawienie się i zażądanie jej osoby.

- Dostarcz to Kaywen w koszarach. Łatwo ją rozpoznasz, to jedyna kobieta pracująca tam przy biurku. - odparł.

- Tak jest - odpowiedziała podobnym tonem i stała jakby w oczekiwaniu o jakieś dodatkowe polecenia.

Kapitan straży mintaryjskiej niedbałym ruchem ręki oddelegował dziewczynę, po czym wrócił do swojego pokoju. Gdy facet schował się za drzwiami cała rozdygotana wypuściła powietrze i z lekko ugiętymi nogami złapała się za serce. Parę wdechów musiało ją nieco ocucić ze stresu a wielkie od strachu oczy skupiły się na trzymanym pergaminie. Nie czekając ani chwili dłużej i nie kusząc losu Etsy dała dyla w dalszy korytarz i również nieomieszkała sprawdzić, co jest w liście. Ostrożnie rozerwała pergamin, by nie uszkodzić pieczęci. Bardzo dobrze wiedziała, do czego była zdolna mając takie coś we własnych zasobach, bowiem list był zapieczętowany oficjalną pieczęcią straży mintaryjskiej. Niestety, to co było w środku rozczarowało Etsy. Był to zwykły liścik miłosny, a ona stała się “chłopcem na posyłki”. Nic poza pieczęcią i charakterem pisma kapitana nie ratowało z kiepskiej sytuacji. Dalej nie była zdecydowana co ma z sobą zrobić a jedyne, co jej zostało to brnięcie na ślepo przez korytarze. Po paru długich minutach błądzenia labiryntami dziewczyna dotarła do drzwi, przy których widniała tabliczka z napisem “Więzienie”. Ucieszyłaby się, gdyby odnalazła wyjście z całej fortecy… Czas ponaglał z stres zjadał od środka. Mając Jasona za stojącymi przed nią drzwiami biła się z myślami przez parę kolejnych chwil. Padła decyzja o przystąpieniu do planu pijaków, w ramach wielkiego i jednorazowego wyjątku. Już i tak najemcy byli w środku. Było już kwestią chwili zanim wparują tu z siekierami i zaczną rąbać, co popadnie. Można było wszystko załatwić podstępem i nikt więcej by nie ucierpiał. Nabrała kilka głębokich wdechów i otworzyła drzwi wpuszczając światło do zaciemnionego korytarza.

Więzienie było długim i wysokim korytarzem z celami na parterze i pierwszym piętrze. W połowie drogi wpadał do niego identyczny korytarz. Wyliczyła pięciu strażników, którzy z regularnością patrolowali cele. Kraty wyładowane zbieraniną opryszków, pochodnie a na samym środku skupione w jednym miejscu dźwignie otwierające cele.



Dziewczyna podeszła do jednego ze strażników dobierając do tego jakiś ustronny punkt i zaczęła wymachując przy tym listem.

- Hej, cho no tu - odezwała się niezbyt głośno również lekko zbliżając się do strażnika - Kapitan sobie podwoił warty i nie ma ludzi do eskorty jakiś więźniów z dziedzińca. Ponoć dorwali paru psubratów, co w bitce z naszymi chłopakami byli. Weź paru chłopaków i poleźcie po nich, co? Ja mam już dość biegania cały dzień za nieswoimi listami.

- Kolejni…? - Odpowiedział jakby odruchowo, lecz po zbliżeniu się oczy strażnika zwęziły się niebezpiecznie - Zaraz. Nie widziałem cię tu wcześniej… Kto cię... tu... wpuścił?! - Zestresowana Etsy zapomniała zasłonić rozcięciu po toporze i licznych śladów krwi na mundurze. Strażnik spostrzegł to i sięgnął po broń - Alarm! Do zamku wdarł się intruz!

Biedna dziewczyna pisnęła pod nosem z przerażenia a od stania w miejscu jak słup oderwało ją tylko zagrożenie płynące z wyciąganego jeszcze miecza. Gdyby choć odrobinę dłużej panikowała z pewnością skończyła by z wbitym w trzewia mieczem. Natomiast korzystając z szybko pracującej mózgownicy zanim jeszcze strażnik skończył wykrzykiwać swoje kwestie dziewczyna znalazła się za blisko, by wykonać odpowiednie uderzenie. Zaczepiając o manatki strażnika przepchnęła się w amoku wizji niechybnej śmierci. Omijając zgrabnie pierwszego strażnika rzuciła się ślizgiem między nogi drugiego, który biegł na pomoc. Nie trzeba było czekać ani chwili dłużej, by więźniowie widząc okazję do ucieczki nie podnieśli wrzawy wskazując sobie między celami przebraną za strażnika Etsy. Z przerażeniem i jękiem w ustach bardzo szybko dopada dźwigni i opuściła cały rząd otwierając wszystkie cele. Na zewnątrz wybiegli złoczyńcy i potwory szarżując przez korytarz z zamiarem zadeptania wszystkiego, co stało im na drodze. Nadmierny stres pozwalał jeszcze na odrobinę sprawnego myślenia i ominięcie stada dzikusów… Górą. Podskakując i chwytając się nisko wiszącej stalowej rury odgradzającej parter od piętra. Wataha wydzierając się w paręnaście sekund stratowała wszystko nie zostawiając absolutnie niczego ze strażników. Nawet ciężko można było ich odnaleźć po pobojowisku. Cała chmara skierowała się kondygnacjami na górę, ale kilku ruszyło w dół. Z jeden z celi wyczłapał się mały chłopiec. Stanął jakby nigdy nic na środku korytarza i z zadartą głową przyglądał się półelfce bez słowa. Na jego kurtce dało się rozpoznać charakterystyczny symbol Wróbli, o których mówił Thubedorf.

- Znam twojego kumpla, też ma taki sam symbol. Idziesz ze mną, byle szybko - zarządziła cała w nerwach zeskakując na ziemie.

- Kumpla? - zapytał niepewnie - Kim jesteś? - na co dziewczyna złapała chłopaka za manatki i ciągnąc żwawo bez najmniejszego pytania skierowała się w dół tak samo jak odczepiona grupka wyzwolonych więźniów - Ej! Zostaw mnie! Nigdzie z tobą nie idę! - wydzierał się chłopak próbując się wyszarpnąć kobiecie.

- Ha! - zaśmiała się nerwowo - Kim ja jestem? Powiem ci, kim jestem - przerwała na chwilę przypatrując się, czy korytarz jest pusty by ciągnąć chłopaka dalej - Jestem idiotką, która dała się tu zaciągnąć. O mało nie zginęłam już tyle razy do ilu nawet nie potrafisz doliczyć. A jak będziesz się wydzierał to na pewno kogoś tu przyciągniesz!

- No dobra, chyba innego wyjścia nie mam. Pójdę za tobą - odparł chłopak po chwili zastanowienia się nad słowami dziewczyny.

- Łaskawca… - wymamrotała pod nosem przejmując się już tylko drogą powrotną. Oboje ruszyli zaciemnionym korytarzem w stronę zebranych w pokoju najemników, kiedy nagle stanął im na drodze potężny zielonoskóry wojownik, który nosił przy sobie broń i pancerz zdobyty na pokonanych wrogach. Zmierzył dwójkę intruzów morderczym spojrzeniem, a z jego ust wydarł się gniewny pomruk.

- Puść go, mintaryjska kurwo! - krzyknął Grimbak gromkim głosem spoglądając na Lu przylepionego ze strachu do półelfki.

Dziewczyna niemalże podskoczyła w miejscu ze strachu, zrobiła krok w tył, a jakieś słowo stanęło jej w gardle. Stojąc tępo z przerażenia zadrżała mocniej gdy zwalista bryła wykonała krok w przód. Minęła jeszcze chwila zanim dotarło do dziewczyny, że stojąc tak skończy rozchlastana przez ostrze w ciągłej nieświadomości swego napastnika, że jest tylko w przebraniu. Gdy już to sobie uświadomiła złapała za hełm i ściągnęła go jednym ruchem ukazując swoją twarz i przeszklone ze strachu oczy.

- Etsy?! - ryknął pełen zaskoczenia półork - Ale jak…?

- ...Nie wiem…? - odpowiedziała piskliwie i pod nosem ściskając nakrycie głowy jakby było ramieniem kogoś zapewniającego bezpieczeństwo. Po paru wdechach zdołała z siebie wydusić dwa następne słowa - Widziałeś Jasona?

- Pobiegł na górę - odparł Grimbak - Razem z całą resztą więźniów próbują się przedostać przez główną bramę. Nie trać na niego czasu, bo i tak na niewiele twoja pomoc się zda. Thubedorf wspominał coś o podziemnym wyjściu z twierdzy, musimy je odnaleźć.

- Krasnolud jest na dole, w pralni, razem z twoimi znajomkami - odpowiedziała rozdarta z uwagi na głupotę Jasona.

- Nie przejmuj się nim, to dobry chłopak. Da sobie radę - pocieszył ją zwalisty wojownik kładąc swą wielką łapę na jej drobnym ramieniu - A teraz zaprowadź mnie do Thubedorfa.


* * *

Stojący na korytarzu Randal zauważył zbliżającą się trójkę osób - strażnika, jakieś brudnego dziecko i zwalistego wojownika. Zbliżyli się oni do maga.

- To jeden z nas - Etsy wskazała Randala na co półork skinął głową.

- Znam go. Witaj Randalu, jak mniemam Thubedorf jest w środku? - zagrzmiał Grimbak donośnym głosem.

- Zgadza się - odparł Randal, wyciągając rękę na powitanie. - Słyszeliśmy, że jesteś na wakacjach i przyszliśmy cię odwiedzić. A Thubedorf jest w środku. Jak najbardziej. Z Verinem i tą małą. - zażartował na co Grimbak roześmiał się.

- Gdyby nie wy, to sczezłbym tu lada dzień. Podobno szubienice szykowali, tylko potrzebowali wytrzymalszej konstrukcji na mnie.

- Nie wierz w plotki. Mieli gotową - odparł Randal - Zmarnowana praca - dodał.

W tym momencie wyszedł na korytarz Thubedorf zwabiony znajomym głosem. Na widok półorka stanął w miejscu dłońmi przecierając oczy.

- Na brodę Moradina! Już myślałem żeś uciekł górą na dziedziniec jak ostatni kobold! - wykrzyczał uradowany.

- Pamiętałem jeszcze twój plan, krasnoludzie - odparł Grimbak. - Powinniśmy stąd uciekać. Zaraz zrobi się tu gorąco.

- Tak też uczynimy, ale jest tu mały problem - Thubedorf spojrzał wymownie na Randala. - Fechmistrz Verin wdarł się w konflikt z dzieciakiem należącym do półelfki. Jeśli nic nie zrobimy to się sami pozabijają.

- Niech to szlag… - syknął Randal - A ty nie mogłeś nic zrobić? - warknął na krasnoluda, który zarumienił się zbity nieco z tropu.

- Taaa… eee… konflikty rodzinne to nie moja specjalizacja - odparł wzruszając ramionami.

- Rodzinne, też coś - Randal pokręcił głową - Chyba się nie przestraszyłeś - dodał a następnie zostawił tamtych i wszedł do sali. Tuż za nim wszedł Thubedorf. Grimbak pozostał na korytarzu zabezpieczając tyły, razem ze służką nie mającą zamiaru oglądać masakry schowanej za drzwiami.
 

Ostatnio edytowane przez Proxy : 23-07-2014 o 09:46.
Proxy jest offline  
Stary 30-08-2014, 17:38   #18
 
Nimitz's Avatar
 
Opuszczając pomieszczenie pełne wdzięcznych za uratowanie życia urzędników Nel z niechęcią zauważyła kałużę krwi pod swymi stopami. Fechmistrz Verin ruszył przed siebie zostawiając resztę towarzyszy samych sobie, w cieniu cuchnącego potem i juchą korytarza.
Wśród zebranych osób był też zwalisty półork Grimbak, o którym Thubedorf często wspominał. Rozmawiali ze sobą nie bacząc na panujący wokół zgiełk i bitewne okrzyki dochodzące z górnych poziomów twierdzy. Była tu też jeszcze jedna osoba, na widok której serce Nel zabiło nieco szybciej. Lu.
Jego okrągła umazana w sadzy twarz rozpromieniła się, a jego błękitne jak głębia oceanu oczy wydawały się śmiać do niej.
-Ty durniu! - krzyknęła Nel uderzając go na odlew przez twarz.
-Ty kretynie! Idioto! - Warczała dalej jak rozjuszona kotka nadal go okładając.
Lu cofnął się o kilka kroków w tył z miną wyrażającą zdziwienie i zmieszanie. Zasłaniając się przed ciosami dziewczynki wydusił głupkowato:
- Ale co ja takiego zrobiłem?
- Dałeś się złapać idioto! Wpędziłeś nas w to, debilu! Wiesz, że miałeś być powieszony, kretynie? - zapytała robiąc krok w przód i uderzając go w ten durny łeb.
Lu nie zdążył się uchylić przed ciosem i nie kryjąc zaskoczenia zauważył, że go to zabolało. Ta dziewczyna miała krzepę, o którą jej nie podejrzewał.
- No, ale za to jesteśmy w Czarnymstawie! Mówiłem, że się uda! - odparł z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Kretynie! Czy na prawdę uznajesz, że to udane?! Na prawdę?! Miałeś być następcą! A nic ze sobą nie robisz! - Warknęła i rozpłakała się siadając.
Chłopiec pochylił się nad nią, objął ją czule i przycisnął do swej piersi.
- Robiłem to wszystko dla naszego dobra. W Rzecznym Kwartale nie ma dla nas przyszłości, dobrze wiesz o tym, Nel. Po prostu przyśpieszyłem to, co było nieuniknione. Teraz musimy pomyśleć co zrobimy z resztą.
- Debilu! - warknęła. - Nic nie zrobiłeś, musiałam twój tyłek ratować! Nadal nie możemy tu wejść!
- Bałem się, że ciebie też porwali, Nel. Ale siedząc w lochach byłem wielokrotnie przesłuchiwany i wciąż pytano mnie o ciebie. Pomyślałem wtedy, że skoro tak wypytują to pewnie udało ci się uciec i wierz mi… rad jestem, że tu jesteś. A teraz, proszę, chodźmy już stąd - powiedział wyciągając do niej dłoń.
- Bogowie! Musimy wyciągnąć resztę! - przeraziła się nagle dziewczyna, wstała i spojrzała z rezygnacją przed siebie.
- To twoi nowi przyjaciele? - zapytał Lu, wskazując głową resztę towarzystwa z dozą nieufności.
- Kretynie! Wiesz kto na nas teraz czeka? Wiesz kogo wydałeś? Mów! - Szczeknęła dziewczyna .
- Możecie przerwać te przyjacielskie pozdrowienia? - spytał uprzemie Randal.
- Nie, piękny… - warknęła mała, spoglądając na niego. - Był przesłuchiwany, a wszyscy na nas liczą.
- Chcesz czekać, aż strażnicy wrócą? - spytał Randal. - To może lepiej poderżnę wam gardła, żebyście nas nie wydali?
- Poczekaj - odparł w końcu chłopiec, którzy przez ostatnie kilka uderzeń serca przysłuchiwał się Randalowi. - O czym ty mówisz? - zwrócił się do Nel. - Nikogo nie wydawałem, przysięgam! - ostentacyjnie położył prawą dłoń na sercu, a lewą wzniósł do góry.
- To co powiedziałeś? - zapytała - Mów po drodze! - dodała i skinęła głową w stronę reszty.

Dwóch siepaczy - Grimbak i Thubedorf ruszyli na czele drużyny z orężem w dłoni gotowym do użycia. W środku biegli Nel i Lu, zaś pochód zamykali Randal i Etsy.

- Nic takiego… chciałem im sprzedać kit, że jesteś moją siostrą i razem uciekliśmy z rodzinnego domu, ale niestety mieli ze sobą czarodziei, którzy znali się na swej robocie - odparł, ale widząc groźny wyraz twarzy Nel szybko kontynuował chcąc sprostować - Oczywiście nie udało im się złamać mnie. Chociaż… nie powiem; było blisko. Jeszcze jedna noc w tym miejscu i zacząłbym śpiewać jak skowronek. Muszę przyznać, że do dziś dusi mnie sprawa tej paczki, którą mieliśmy dostarczyć. Przed straceniem przytomności widziałem jak kapitan oddaje ją czarodziejowi, a ten gratuluje mu świetnie wykonanej roboty i obiecuje nagrodę za to.
- Nikogo to nie obchodzi, pamiętaj skąd przyszedłeś! - warknęła dziewczyna popędzając go. - Jak widać ja musiałam ratować cię od stryczka kretynie!
- Znowu histeryzujesz - odparł Lu wzruszając ramionami.
- Chcesz tu zostać? Proszę bardzo! - mruknęła
- Aaa… już wiem co Ci chodzi po głowie... Dziękuję? To chcesz usłyszeć? Wielka, wspaniała Nel znów ratuje świat Wróbli i okrywa się chwałą! Dziękuję za uratowanie mi życia po raz enty, szlachetna pani - ukłonił się w biegu z pogardą.

Dziewczyna nie wytrzymała. Nie wiele znała sztuk walki, a jeżeli już to tylko walki ulicznej, dlatego rzuciła się do niego trzymając swoje ręce na jego barkach i wgryzła się w jego obojczyk, zaciskając zęby sekunda po sekundzie..

Upadli szamocząc się ze sobą niczym dwa walczące w kłębku gryzonie. Biegnąca za nimi na oślep Etsy potknęła się o nich i wylądowała płasko na marmurowej posadzce. Randal zatrzymał się i starał się odsunąć ich od siebie, ale został boleśnie ugryziony w palec, gdy tylko wsadził dłoń w to kłębowisko zażarcie walczących ze sobą ciał.
Z pomocą przyszedł dopiero Grimbak, który chwycił jednego i drugiego za kołnierz i uniósł ich wysoko w powietrze tak, że spoglądali sobie w twarz dysząc ciężko.
- Spokojnie, będziecie mieli jeszcze wiele okazji by siebie pozabijać jak się stąd wydostaniemy - nie czekając za odpowiedzią przerzucił obu przez ramię - Nel leżała na prawym barku, a Lu na lewym.
- Nie zdajesz sobie sprawy, ile to znaczy dla naszych! Nigdy nie było ciebie, zawsze byliśmy my, kretynie! - charczała trzymana w mocnym uścisku próbując dosięgnąć “rywala”.
- Nie! - krzyknął w odpowiedzi Lu odpychać jej dłoń od siebie. - To ja zawsze starałem się poprawić nam byt nie raz wpadając w kłopoty. Wszystko to robiłem z myślą o nas, a ty tylko siedziałaś na tyłku i matczyłaś innych. Nigdy nie usłyszałem z twoich ust pochwały! Zawsze groziłaś mi palcem i obwiniałaś za wszystko nie bacząc na to, że ryzykowałem dla was!
- ”Was, was” nigdy nie widziałeś tego jako całości! Tam jesteśmy my! - szepnęła - Wymień… wymień wszystkich - dodała po chwili namysłu.
- Wy dwaj! Uciszcie się tam wreszcie! - dotarł ich uszu głos Thubedorfa, gdy zbliżali się do wyjścia z podziemi.
- Zamknij się, krasnoludzie! - ryknęli oboje, jednocześnie.
- To nie ma znaczenia! Nie obchodzi mnie kto jak ma na imię, gdyż to ja ryzykowałem życiem przebywając poza domem i nie miałem czasu by wszystkich poznać - odpowiedział na prośbę Nel.
- Zresztą, Ty, siedząc cały czas w tej norze, chyba zapomniałaś jakie jest życie na zewnątrz. Kiedyś skończyłoby się te twoje bezpieczne gniazdko, a wtedy byłoby już za późno na ucieczkę.
- Zostawić go! - szepnęła do półorka, który trzymał ją za wsiarz. - Nie jest tego wart - powiedziała prawie szeptem, ale tak aby on sam usłyszał. - Zostawić go, JUŻ - krzyknęła jak chłopiec powiedział swoje słowa.

Grimbak zatrzymał się, ściągnął obu z ramion i mocno nimi potrząsnął.
- Chcąc niechcąc, przysłuchiwałem się waszej rozmowie… - powiedział po tym gdy oboje się uspokoili
-...i mam wam ważną lekcję do przekazania. Życie polega na tym by nauczyć się przyjmować ciosy i brnąć dalej, a nie wskazywać innych palcem i wygadywać, że nie powodzi się wam, bo on, ona lub ktokolwiek... Tak robią tchórze, a wy na pewno nimi nie jesteście!
- Zapamiętajcie - wycedził przez zaciśnięte zęby - oboje. Miarą prawdziwej siły jest przyjaźń. Ja i Thubedorf wytrwaliśmy wiele na tym świecie, wybrnęliśmy z wielu kłopotów i to tylko dlatego, że zaufaliśmy sobie nawzajem i nauczyliśmy się działać razem. Między nami jest wiele różnic; tyle ile tylko potrafi być między krasnoludem a półorkiem, ale to gdzie teraz jesteśmy zawdzięczamy jednej rzeczy - naszej bezkompromisowej przyjaźni.
Zwalisty wojownik posadził ich delikatnie na ziemi uważnie im się przyglądając.
- Mam nadzieję, że wybaczycie sobie błędy z przeszłości. One dziś nie mają już żadnego znaczenia. Teraz, moi przyjaciele, musimy się skupić na ucieczce z tego miejsca - wskazał głową otwarty zsyp na śmieci, który prowadził na wysypisko.

Lu spojrzał na Nel z wyraźnym zawstydzeniem.
- Przepraszam… - zaczął przełykając głośno ślinę - nie chciałem cię urazić. Po prostu bardzo tęskniłem za tobą i martwiłem się.
- Jak nie będziesz stwarzać problemów, leć do reszty, powiedzieć im co się stało i aby się przesiedlili - warknęła już z mniejszą werwą.
- To nie będzie takie proste… oni są tam, a my tutaj. Wyjść z Czarnegostawu dosyć łatwo, ale wrócić… już niekoniecznie.
- Wybaczcie, że wam przerwę miłosne igraszki - odparł w końcu Verin, który opierał się nonszalancko o szyb - ale te dwie rzeczy da się ze sobą pogodzić. Razem z Randalem mamy sprawę do załatwienia w Rzecznym Kwartale… - mówiąc to chwycił za linę i wychylił się - ...i będziemy potrzebować dobrego przewodnika - skoczył w dół.

W ślad za fechmistrzem podążyła resztą drużyny. Uciekając z twierdzy wciąż słyszeli szczęk oręża i agonalne krzyki umierających. Piekło, które sami rozpętali…
 
Nimitz jest offline  
Stary 09-11-2014, 16:56   #19
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Zamek Never, Neverwinter
6 Tarsakh, 1479 DR
Świt



Pierwsze promienie wschodzącego słońca przebiły się przez linie horyzontu, aby przywitać schodzących po linie poszukiwaczy przygód. Byłoby to iście wspaniałe miejsce do kontemplacji, gdyby nie straż mintaryjska nieustannie depcząca im po piętach oraz stosunkowo kiepskie warunki pogodowe panujące na zewnątrz zamku Never. Tego dnia było wyjątkowo chłodno i padał lodowaty deszcz, a przyparci do stromej ściany, znajdujący się na wysokości kilkunastu pięter najemnicy musieli jeszcze zmagać się z porywistym wichrem nieustannie wiejącym od strony morza.
Gdzieś w głębi twierdzy wciąż dało się słyszeć szczęk oręża oraz agonalne krzyki umierających. Podczas spektakularnej akcji w lochach zamku Never najemnikom udało się uwolnić nie tylko ich niesłusznie skazanych towarzyszy, ale także całą masę niebezpiecznych przestępców, którzy nie bez powodu trafili za kratki jednego z najgorszych więzień w krainach.
Dopiero teraz, kiedy adrenalina powoli przestawała pompować w żyłach, awanturnicy zaczęli pojmować konsekwencje swych czynów...




- Pierdolona straż mintaryjska! - ryknął na całe gardło Thubedorf, gdy jako jeden z ostatnich zszedł po linie. Nie przejmował się zachowaniem ciszy, nie w chwili, gdy cała twierdza trzęsła się w posadach.
- Toć wam mówił przecie, że trzeba będzie wyciąć w pień tych zawszonych urzędasów, bo teraz sprowadziliśmy kłopoty nie tylko na nasze zacne cztery litery, ale także na całą Złamaną Czaszkę - kontynuował wyraźny obruszony krasnolud.
- Jam to powiedział - wtrącił się Verin, który stał nieco dalej obserwując teren przed nimi. - Tyś siedział cicho, gdy ja starałem się zakończyć cierpienie tych padalców, ale przeszkodziła mi ta mała gówniara, którą tak bardzo chciałeś wziąć ze sobą - wskazał znaczącym ruchem głowy Nel. Ta w odpowiedzi pokazała mu jakiś ordynarny gest, bardzo popularny wśród żyjących na skraju ubóstwa mieszkańców Rzecznego Kwartału.
- Jakie to typowe… - zakpił fechmistrz podwijając rękawy - Jeszcze nauczę ciebie manier, smarkulo - mówiąc to ruszył w stronę Nel, która mimowolnie cofnęła się o kilka kroków wstecz, ale drogę zastąpił mu Grimbak, którego potężna pierś była na wysokości głowy Verina.
- Panuj nad sobą, fechmistrzu - jego głęboki i donośny głos sprawiał wrażenie, że byłby w stanie skruszyć skały. Verin przez chwilę stał z beznamiętnym wyrazem twarzy, spoglądając prosto w oczy zwalistego wojownika, po czym niechętnie odwrócił się plecami do reszty i wrócił bez słowa na swoje miejsce. Grimbak nie spuszczając wzroku z fechmistrza skinął głową w niejednoznacznym geście, ale nie skomentował jego zachowania. - Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Teraz nie mamy czasu rozważać kto czym zawinił. Mamy ważniejsze sprawy na głowie, więc w pierwszej kolejności proponuję znaleźć jakieś schronienie.
- W północnej części Czarnegostawu znajdują się stare opuszczone kamienice. Z tamtego miejsca już niedaleko do siedziby Złamanej Czaszki, więc sugeruję tam się udać i przemyśleć następne kroki - powiedział Randal, który wcześniej przez cały czas w ciszy przysłuchiwał się rozmowie.
- A co jeśli znowu spotkamy te mintaryjskie psy? - zapytał Thubedorf, którego powoli zaczęła boleć ręka od nieustannego rozczłonkowywania coraz to liczniejszych zastępów przeciwników.
- Teraz to na pewno ściągają posiłki ze wszystkich stron. Z wojownikami to sobie bez większych trudności poradzimy, ale te ich czaromioty to istne skurwysyństwo.
- Na północy jest spokój - odparł Verin tonem wyzbytym z emocji - mintaryjczyków nigdzie tam nie spotkasz, bo jest tam dla nich zbyt niebezpiecznie. Zresztą, nie raz tam z Randalem żeśmy byli na patrolu, więc wiem co mówię.
- A więc postanowione - odparł półork, po czym jako pierwszy ruszył w stronę jednej z wielu wąskich uliczek prowadzących od zamku w stronę miasta. Jego śladem, niemalże gęsiego, ruszyła reszta najemników.




Na samym końcu drużyny awanturników podążała w mundurze straży mintaryjskiej młoda półelfka. Samotna, trzęsąca się z zimna i emocji próbowała sobie poukładać wydarzenia sprzed ostatnich kilku godzin. W ciągu jednej nocy zmieniła się z uległej służki w dojrzałą kobietę, która potrafiła spojrzeć w oczy swym lękom, ominąć straże i uwolnić setki więźniów nie bacząc na ryzyko i konsekwencje. W ciągu jednej nocy stała się bohaterką z książek, które tak bardzo kochała czytać podczas tych nielicznych chwil, które miała wolne od pracy.
Teraz kiedy adrenalina powoli przestawała pompować w jej żyłach, młoda dziewczyna wracała do swego dawnego ja. Z każdą chwilą budziła się w niej prawdziwa Etsy - strachliwa, uległa i wiecznie pogrążona w marzeniach służka, która wręcz panicznie bała się swego właściciela - karczmarza Grega.
Za resztą poszukiwaczy przygód podążała tylko dlatego, że wciąż była w ciężkim szoku wywołanym przez jej wcale nie taki marginalny udział w sabotażu, który echem potoczy się po całym mieście. Jeszcze tego dnia jej imię wykrzykiwać będą miejscy krzykacze, gazety będą o niej pisać artykuły, a ona już niedługo skończy na drugim końcu ostrza gilotyny. Ale zanim zazna wieczny spokój będzie musiała zmierzyć się z jej dręczycielem, a zarazem też jedynym karmicielem. Właśnie ta wizja spotkania z Gregiem najbardziej napawała ją strachem…



Zrujnowana kamienica, Neverwinter
6 Tarsakh, 1479 DR
Świt

Po kilku długich minutach podróży przez miasto Neverwinter, drużyna poszukiwaczy przygód trafiła na stary, opuszczony deptak, gdzie przed katastrofą mieszkała elita tego miasta. Spowita w mroku uliczka straszyła wielkimi zrujnowanymi kamienicami, które sprawiały wrażenie jakby mogły runąć w każdej chwili. Do jednej z nich wkroczył Thubedorf, po tym jak chwilę wcześniej silnym kopniakiem posłał spróchniałe drzwi na ziemię.
- Dalij! Włazić ino do środka. Nikogo tu nie ma - rzucił w stronę swych towarzyszy sędziwy krasnolud, po czym zniknął w ciemnościach panujących wewnątrz.
Zwalisty półork musiał się dość mocno schylić żeby wejść do środka. Rozejrzawszy się uważnie po pomieszczeniu dał reszcie znać skinięciem głowy, że jest bezpiecznie, po czym odłożył przy samym wejściu topór zdobyty na wartowniku, a następnie usiadł na zapadającej się kanapie, która aż zatrzeszczała w proteście pod jego ciężarem.

Ściany salonu, w którym się znaleźli, były oddarte z ornamentów, po których jedyną pamiątką zostały cienie i niedociągnięcia w farbie na ścianach. Stara kanapa na której siedział Grimbak była w sumie jedyną rzeczą, która pozostała w tym pomieszczeniu w miarę nietknięta. Po reszcie bogatego umeblowania pozostały drzazgi, które teraz licznie zdobiły podłogę.

W miejscu, gdzie nie było ich aż tak wiele, ciężko na tyłek opadła służka. Zdyszana i roztrzęsiona. Jedną ręką podtrzymywała się ściany by nie paść, albo na plecy, albo na brzuch. Do reszty towarzystwa była zwrócona plecami. Jej przetłuszczone włosy padające na lekko opuszczoną twarz skutecznie przysłaniały to, co się za nimi działo. Jeno szybki wdech i błyskawiczny wydech.
- Dworskie komnaty to co prawda nie są - powiedział Randal wchodząc do obszernego pomieszczenia - ale zdecydowanie wolę to od tych *eleganckich* lochów, w których to mieliśmy nieprzyjemność gościć. - Po jego ozdobionej wieloma zmarszczkami twarzy widać było jak bardzo był zmęczony. Czarodziej rzucił na ziemię swój plecak i po prostu usiadł na nim, opierając się plecami o zagrzybiałą ścianę.

Thubedorf z głośnym westchnieniem ulgi usiadł ciężko na tyłku obok Randala. Wyciągnął zza pazuchy ręcznie struganą fajką i zapalił sobie, delektując się smakiem i aromatem jabłkowego ziela. Wciąż dyszał ciężko po walce i wykończającej fizycznie wspinaczce, i dopiero solidne zaciągnięcie się swoim ulubionym specjałem pozwoliło mu odprężyć się nieco bardziej.
- Muszę ino przyznać, że były momenty, w których powątpiewałem w twój plan, Randalu - powiedział po pewnym czasie krasnolud, gdy już w końcu doszedł do siebie. - Ni mniej jednak okazał się skuteczniejszy od mojego.
Randal w odpowiedzi tylko uśmiechnął się i skinął głową. Nie spał przez ostatnią dobę, a w tym czasie zdążył wziąć udział w pościgu za legendarnym asasynem, pokonał potężną bestię z kanałów, a na samym końcu jeszcze zrujnował zamek Never. Przy tych wszystkich losowych wydarzeniach pewna była tylko jedna rzecz - tego dnia nigdy nie zapomni.
- A jaki był twój plan? - wtrącił się półork. - Frontalny atak? Z garstką najemników naprzeciw mintaryjskiej potędze?
Thubedorf w odpowiedzi tylko przytaknął głową, zaś jego przyjaciel zaśmiał się gromko kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem.
- Samobójstwo - dodał szczerząc do niego zęby.
Krasnolud tylko wzruszył ramionami nie chcąc wdawać się w kolejne potyczki słowne z tym upierdliwie niewdzięcznym półorkiem. Zamiast tego zwrócił się do Etsy:
- Co chcesz zrobić dalej, dziewczyno? Jak już mówiłem; oferta przyjęcia w szeregi Złamanej Czaszki jest wciąż aktywna.

Wywołanie jej zajęło parę chwil. Z początku nie było widać, że w ogóle usłyszała, ale w końcu krasnolud doczekał się reakcji, choć wcale nie była ona zadowalająca. Dziewczyna bardzo powoli obróciła głowę w jego kierunku, aż w końcu ukazała swoją upiornie bladą twarz.
- Najpierw wchodzicie w moje życie, niszczycie połowę mojej karczmy. Następnie z waszej winy za kraty trafia Jason. Później porywacie mnie o mało nie zabijając, wciągacie po linie do zamku Never. Tam zabijacie wszystkich strażników, którzy się zbliżą - dziewczyna mówiła to wszystko z łamliwym głosem. Z wrażenia powoli wstała i zbliżyła się do połowy początkowej dzielącej ich odległości - Mam na sobie mundur ściągnięty ze stygnącego człowieka. Jednego wieczora niemalże zginęłam tuzin razy. Przez was wypuściłam na wolność wszystkich morderców, złodziei i gwałcicieli tego zrujnowanego miasta. Własnymi rękoma przez to zabiłam jeszcze więcej strażników… I ty masz jeszcze czelność pytać się, czy zechcę przyjąć ofertę wejścia w wasze szeregi?! - wycisnęła z siebie drżąco.

Krasnolud wyszczerzył do niej pożółkłe zęby w uśmiechu. Nie miał ochoty raz jeszcze bawić się w te gierki, ale nie znał lepszej metody by przemówić kobiecie do rozsądku. Chrząknął głośno kilka razy, poprawił chwyt na toporze, który wysiał u jego boku, a następnie wyciągnął fajkę z ust i zacmokał z niesmakiem kilka razy.
- Chcesz tego czy nie, ale siedzisz już w tym gównie po uszy - mówiąc to spojrzał wymownie na Verina, który w odpowiedzi tylko przytaknął.

- W żadnym gównie nie siedzę! To wy! Wy mnie w to wciągnęliście! Nie zbliżajcie się do mnie. Nie chcę was nigdy więcej widzieć. Nigdy, rozumiecie? Nigdy! - wykrzyczała piskliwie zaczynając w pośpiechu pozbywać się nałożonego munduru strażnika.

- Siedzisz… Gówniara - fechmistrz wskazał głową Nel, która siedziała na starej kanapie obok Grimbaka - przejęła się losem paru urzędasów, którzy zapewne kilka minut wcześniej podpisywali wyrok na jej przyjaciela. Zostawiliśmy świadków, Etsy. Musimy osunąć się w cień na jakiś czas, a kompania Złamanej Czaszki zawsze solidaryzuje się ze swymi ludźmi...
Thubedorf przytaknął na potwierdzenie słów Verina.
- Znam dobrze Talgasta. To krasnolud z krwi i kości, nie opuszcza swoich ludzi i nie wyda nas choćby było to osobistym życzeniem Dagulta. Nie mniej jednak będzie trzeba opuścić Neverwinter aż sprawy nieco przycichną.

- To was widzieli! Nie mnie! Miałam zakrytą twarz, cały czas! - Etsy wyciskała się szamocząc z zaplątanym ramieniem w rękawie górnej części munduru.

Krasnolud zamyślił się przez chwilę ignorując okrzyki rozhisteryzowanej dziewczyny, po czym zwrócił się do Verina kompletnie zmieniając temat rozmowy:
- Wspominałeś coś o czekającym was zadaniu w Rzecznym Kwartale.
Fechmistrz przytaknął.
- Taki właśnie jest plan. Trzeba wytropić pewnego sukinsyna, który ukrywa się gdzieś w Rzecznym Kwartale. Facet stoi za licznymi mordami na terenie miasta, zaś my po schwytaniu go upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Zarobimy na tym niezłą sumkę, a w dodatku powinni odpuścić nam winy po wstawiennictwie Talgasta. Musimy tylko dostać się do gildii i obgadać cały ten plan z krasnoludem.

- Nie zbliżajcie się do mnie! - Etsy wycisnęła na odchodne gdy w końcu pozbyła się tamtego obrzydlistwa, następnie odwróciła się do nich plecami, po czym szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia.
Niespodziewanie drogę zastąpił jej Verin. Chwycił ją za nadgarstek zanim ta zdążyła wybiec i potrząsnął ją tak gwałtownie, że prawie upadła na ziemię. Fechmistrz wykręcił jej dłoń, obrócił ją tyłem do siebie, a następnie przyparł siłą do ściany tuż obok drzwi.
- Dokąd to, maleńka? - wyszeptał jej do ucha uśmiechając się przy tym obrzydliwie. Etsy aż zadrżała cała ze strachu i wstrętu.
- Puszczaj! - jęknęła z bólu próbując się wyswobodzić z żelaznego uścisku fechmistrza. Stali tak przez dłuższą chwilę szamocząc się ze sobą, aż w końcu wtrącił się słowem krasnolud:
- Pozwól dziewce odejść, będzie nas tylko niepotrzebnie spowalniać.
Verin najpierw spojrzał na sędziwego wojownika, a później z powrotem na służkę. Niechętnie odsunął się od niej, ale zanim ta wyskoczyła na ulicę chwycił ją za kołnierz i przyparł raz jeszcze do ściany - tym razem twarzą w swoją stronę.
- Jeśli komukolwiek zdradzisz nasze plany to osobiście ciebie wypatroszę - przez chwilę patrzył jej prosto w oczy, po czym w końcu wypuścił ją. Przerażona nie na żarty Etsy wybiegła ze zrujnowanego domu w sobie tylko znanym kierunku.

- Pewnie jesteś z siebie zadowolony? - zapytał Grimbak, kiedy Verin w końcu odwrócił się do nich.
- Panuj nad sobą, fechmistrzu - dodał Thubedorf zanim ten zdążył odpowiedzieć. - Chcemy jej pomóc, ale ona chyba nie bardzo rozumie w jakim gównie siedzi z tym Gregiem. Niewolnik, który boi się wolności… - zakpił.
- Jak widać niektórzy tak mają - odparł fechmistrz, po czym usadowił się wygodnie na kanapie obok Grimbaka. - To co? Jakie plany?
- Nie wiem jak wy, ale ja nie mam zamiaru dzielić miasta ze strażą mintaryjską przez najbliższe kilka tygodni - powiedział półork. - Weźmiemy młodych, pójdziemy do Talgasta i zobaczymy co da się zrobić. Co wy na to?
- Ja się z tym zgadzam - odparł Randal. - Czeka nas co prawda mała robótka w Rzecznym Kwartale, ale to i tak dopiero po rozmówce z Talgastem. Więc, w zasadzie, jak tylko tu chwilkę odetchniemy, możemy ruszać dalej.
Siedziba Złamanej Czaszki, Neverwinter
6 Tarsakh, 1479 DR
Południe

Wspomniana przez Randala "krótka chwila" w rzeczywistości przeciągnęła się przez kilka godzin. Przez ostatnią dobę najemnicy nieustannie walczyli, więc potrzebowali dłuższego odpoczynku. Nie chcąc zwlekać już ani chwili dłużej, o południu opuścili zrujnowaną kamienicę i ruszyli na spotkanie z Talgastem.

W końcu dotarli do siedziby Złamanej Czaszki. Podróż w to miejsce obyła się bez przykrych niespodzianek - straż mintaryjska wciąż była zajęta pacyfikowaniem przestępców, którzy rozbiegli się jak zaraza po całym mieście. Na ulicach panował względny spokój, mieszkańcy nie przejęli się ucieczką więźniów, więc dość łatwo najemnicy wmieszali się w tłum.

Po wejściu do środka od razu skierowali się do biura Khergala. Tylko Thubedorf, Grimbak i Lu postanowili zostać przez chwilę na dole, aby porozmawiać z resztą najemników, którzy byli żywo zaciekawieni wydarzeniami sprzed ostatnich kilku godzin.
Verin, Randal i Nel ruszyli schodami na pierwsze piętro, a następnie długim zdobionym licznymi obrazami korytarzem na sam koniec, aż stanęli przed drzwiami gabinetu Talgasta. Fechmistrz zapukał trzy razy i nie czekając na zaproszenie nacisnął na klamkę. Jako pierwszy wszedł do środka.

Sędziwy krasnolud siedział przed swym wielkim dębowym biurkiem zaciągając się co jakiś czas swoją ręcznie struganą, drewnianą fajką, ale poza nim były tu jeszcze cztery inne osoby…

 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019

Ostatnio edytowane przez Warlock : 17-11-2014 o 21:33.
Warlock jest offline  
Stary 09-11-2014, 17:00   #20
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Wklejka z doca

Biuro Khergala Talgasta, Neverwinter
6 Tarsakh, 1479 DR
Południe

Khergal Talgast, przywódca najemnej kompanii Złamanej Czaszki, siedział sobie wygodnie przed wielkim dębowym biurkiem, pobieżnie przeglądając stertę spisanych na pergaminie dokumentów, które na pierwszy rzut oka przypominały listę zleceń. Od czasu do czasu sięgał po leżącą obok kałamarza ręcznie struganą drewnianą fajkę, po to by pyknąć sobie parę razy i zamyślić się na dłuższą chwilę. Jednakże sędziwy krasnolud nie był jedyną osobą w zadaszonym pomieszczeniu.
Po drugiej stronie biurka stało czterech najemników - dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Wyglądali oni na trochę zmęczonych czekaniem za Khergalem, ale nikt nie śmiał zwrócić mu uwagi. Nie dlatego, że przywódca Złamanej Czaszki znany był z wybuchowego usposobienia, bo to akurat nie było prawdą, ale najprawdopodobniej dlatego, że siwego krasnoluda otaczała dziwna aura spokoju i powagi, której nikt nieproszony nie chciał zakłócać.

W końcu Khergal odstawił dokumenty na bok, wcześniej dokładnie je sortując. Odsunął krzesło od biurka, wstał biorąc do ręki swą drewnianą fajkę, ale nie włożył jej do ust. Spojrzał po zebranych przed nim najemnikach, zatrzymując się na chwilę przy każdej twarzy, po czym odwrócił się do nich plecami i podszedł do niewielkiego, okrągłego okna z którego dobrze widać było zatłoczoną od handlarzy brukowaną uliczkę oraz pobliski port.

W pomieszczeniu zapanowała dość niewygodna cisza, którą w końcu przerwały słowa krasnoluda:

- Zostałem dziś wezwany do siedziby Lorda Neverembera - westchnął mimowolnie. - Podobno ktoś z naszych dokonał tam sabotażu wypuszczając przy tym wielu więźniów. Najprawdopodobniej wiem kto to był i dlaczego to zrobił, a wszystko to niepotrzebnie, bo dziś pisałem list do Dagulta prosząc o uwolnienie za kaucją Grimbaka, który także jest członkiem Złamanej Czaszki.
Khergal obrócił się na pięcie w stronę zgromadzonych przed nim najemników, na jego twarzy malowała się determinacja.
- Tym razem nie będzie to zlecenie od władz miasta - mówiąc to podszedł bliżej biurka. - Nie mniej jednak zapłacę wam podwójnie, bo stawką jest tu życie waszych kompanów. Musicie doprowadzić Grimbaka, Thubedorfa, Randala oraz Verina do Rzecznego Kwartału, bez uszczerbku na zdrowiu. W mieście jest pełno straży mintaryjskiej, która na pewno będzie deptać wam po piętach, ale w Rzecznym Kwartale nie ma już żadnej władzy. Tam udacie się do niejakiego Theadalasa Moonrage’a. Jest to przywódca komórki harfiarzy w Neverwinter prowadzący przybytek dla ludzi szukających mocnych wrażeń. O wspomnianej karczmie pewnie już słyszeliście, nazywa się Zrujnowana Wieża i znajduje się w centrum tej upadłej dzielnicy. Od przywódcy harfiarzy otrzymacie kolejne instrukcje, to mój dobry przyjaciel, więc ugości was jak własną matkę. Macie jakieś pytania?




- Od zawsze to samo. Kiedy się ze mną ożenisz, Khergalu Talagaście? Ta banda od lat wymaga porządnej kobiecej ręki… - zaśmiała się Brzoskiwnia, swobodnie oparta o ścianę - Wypływam na chwilę się przewietrzyć, a jak wracam, to okazuje się, że dzieciarnia znów narozrabiała… - wyszczerzyła zęby - Tą czwórkę mamy odholować do Wieży bez uszczerbku… A jak z uszczerbkiem tych, co by chcieli nam brudzić? W łeb i do kanału, czy bardziej dyplomatycznie...?

- Uch, harfiarze? - Sapnął cicho bladawy mężczyzna, z szerokim kapeluszem wiecznie wciśniętym na głowę. Zapewne miało to coś wspólnego z jego czarnymi jak noc oczami, nie ustępujące ani o ton kolorowi jego włosów. - Aby na pewno potrafią się zachować cywilizowanie? - Dopytał Gary, nie podnosząc swojego głosu ani o ton ponad to, co było konieczne żeby go usłyszeć. Nie ruszał się też za wiele, stał wyprostowany jakby kij połknął, tak, że spokojnie można było obserwować jego dość smukłą figurę, która nie pasowała do dwuręcznego miecza na plecach. Zdawało się że ma w sobie coś z drapieżnika.

Na słowa kobiety sędziwy krasnolud zaśmiał się głośno, co w jego przypadku nie było zbyt częste.
- Można prać po mordzie jeśli zajdzie taka potrzeba i właśnie dlatego ciebie potrzebuję, Brzoskwinko - Khergal wyraźnie rozluźnił się. Był już stary, w szczególności było to widać po jego dość sztywnych ruchach i już coraz częściej myślał o zasłużonej emeryturze. Po prostu rutyna go wykańczała, tym bardziej, że dotychczas jego jedynym zadaniem było przewracanie ton papierków i zdawanie raportów ciągle niezadowolonemu Dagultowi. Z drugiej strony nie był już dawno tak pobudzony jak dziś. Tęsknił za czymś niestandardowym, tęsknił za kłopotami, które były nieodłącznym elementem awanturniczego życia, a to przypominało mu o czasach jego młodości.

Na pytanie Gary’ego krasnolud machnął lekceważąco ręką.
- Są trochę stuknięci na punkcie ratowania świata i czynienia dobra, ale jeśli zignorujesz ich ciągłe paplanie o “wyższych celach” i honorze, to okażą się w miarę znośni. Tym bardziej, że serwują całkiem smaczne dania - Khergal pociągnął za jeden z wielu zdobionych pierścieniami warkoczy wyplecionych w swojej srebrzystej brodzie. Wyraźnie pogrążony w zadumie bawił się nim przez chwilę, aż w końcu wypalił:
- Cholipka, nie wiem jak oni to robią, ale gotują znacznie lepiej niż zatrudnione przeze mnie… - nim jednak zdążył rozwinąć myśl zza drzwiami rozległo się głośne pukanie, po czym gwałtownie otworzyły się na oścież.

Do pomieszczenia wkroczyło dwóch najemników oraz jedno dziecko - trudno było stwierdzić czy to chłopiec czy dziewczynka, ale na pewno nie miało więcej niż 12 lat.

- Verin… Randal… - zaczął krasnolud niemalże tracąc przy tym oddech - A co to za przybłęda? - wskazał głową Nel, ale szybko zmienił temat kompletnie zapominając o jej obecności - Coście kurwa zrobili? Całe Neverwinter huczy od plotek! Dagult Neverember wściekły, a w dodatku pierdolone psy mintaryjskie wydały za wami list gończy! Jeśli w ciągu godziny nie opuścicie Neverwinter to będziecie wisieć na placu zamkowym!

Nel spojrzała w stronę krasnoluda wzrokiem przypominającym spojrzenie kota, który już wie, że w nocy naszcza ci w buty, ale czy to ze zmęczenia, czy z niepewności nie odpysknęła na razie ani słowem.

Gary podrapał sie po przerośniętym kle.
- Mamy ich stąd poprowadzić do Rzecznego Kwartału, czy zmiana planów? Nie lubię wojowników o dobro i inne pierdoły, mają popieprzone w głowach. - Wyszeptał dhampir.

- Do Kwartału? Ja bym na statek bez gaci wsadziła i kop w dupę na rozpęd, żeby się w Calimsahnie dopiero zatrzymali. By się nauczyli że dobrze robić to można - a nawet trzeba - ale tylko sobie. I to po służbie dopiero. - zasugerowała głośno Brzoskiwnia, wyraźnie ubawiona całą sytuacją - To dziecko waszej dwójki czy Grimbaka i Thubedorfa? - spytała wchodzących z wyraźnym zainteresowaniem.

Nel zaczęła rozglądać się z zaciekawieniem po pokoju słuchając jednak uważnie każdego słowa. Ubrudzonym już rękawem poszarpanego ubrania przeciągnęła pod nosem wycierając gila zostawiając na twarzy długi ślad z jakiegoś czarnego tatałajstwa, który musiał się wcześniej przyczepić do rękawa.

- Nie piskaj, dziciu - odparł Randal, zwracając się do kobiety, która wcześniej się odzywała - bo ciebie o zabranie głosu nikt nie prosił.
- Wydostaliśmy jednego znajomka z miejsca, do którego nie powinien był trafić - zwrócił się do Khergala. - W ostatniej chwili, można by rzec, bo o tej porze już by wisiał. Szubienica już stała, a rozkazy były wydane. A to... - wskazał na Nel - to nasza przewodniczka. I maskotka. Przyniosła nam szczęście - dodał z wyraźną ironią.

Pod ścianą półleżała Eydis. Unosiła się jakiś metr nad ziemią, zdawała się drzemać.
Otaczała ją istota wyglądająca jak by została zbudowana z mgły. Teraz nie dało się dostrzec jej kształtów, ale nie było tajemnicą, że jedna myśl Banshee starczyła by bestia się zmaterializowała do stopnia pozwalającego jej odrywać kończyny i miażdżyć kości.
Pytania zostały zadane. Sama nie miała nic do dodania, więc się nie odzywała.

- Zaprowadzicie ich do Kwartału - powtórzył się krasnolud nie spuszczając wzroku z Randala. - Wiem jak was wyciągnąć z tych kłopotów, tylko potrzebuję trochę więcej czasu. Pójdziecie do Zrujnowanej Wieży, a tam spotkacie się z przywódcą harfiarzy. Od niego dostaniecie dalsze rozkazy i proszę was abyście informowali mnie zanim zrobicie coś równie głupiego. Zdaję sobie sprawę, że na Grimbaka szykowano już sznur, ale ja byłem w trakcie pisania listu do Lorda Protektora i najprawdopodobniej zostałby uwolniony bez rozlewu krwi - Khergal usiadł wyraźnie uspokojony. - Jeszcze dziś wieczorem spotkam się z Dagultem i wyjaśnię mu całą sprawę. Nie wiem czy coś to zmieni, ale do tego czasu chcę was mieć w Rzecznym Kwartale. Jeśli władca miasta nie okaże wam łaski to mam jeszcze plan B, który ma szansę zadziałać, ale o szczegółach dowiecie się z ust Theadalasa Moonrage’a.

- Jasna sprawa, szefie. Nie dowiesz się o żadnej głupocie, zanim nie będzie tak wielka, że sami nie zdołamy jej ukryć - zapewniła najemniczka - Przy okazji, skoro mintryjskie straże są tak zdolne, że banda łebków pod przewodnictwem dziecka jest w stanie włamać się do strzeżonego przez nich wiezienia, może warto zasugerować Jego Wielkości Lordowi Ble Ble Ble żeby przemyślał komu powierza tak odpowiedzialne zadania? - zasugerowała - A przy okazji okazji, są jakieś szczególne zalecenia do tej robótki? Nie zabijaj? Nie strasz wdów i nie kradnij cukierków?

- Ona zawsze jest taka głupiomądra? - Randal zwrócił się do krasnoluda.

- Ta głupiomądra dziewka może uratować tobie tyłek, Randalu. Nie znam lepszego strzelca - odparł Khergal.
- Jesteśmy najemnikami, a nie bogobojnymi paladynami w służbie Tyra. Jeśli zajdzie taka potrzeba to lejcie po pysku stare wdowy i kradnijcie dzieciom ich cukierki - odpowiedział kobiecie.

Nel przysłuchiwała się rozmowie, a po głowie błądziła jej tylko jedna myśl…”Jeżeli nie karmią, to po co właściwie tu siedzi?”. Osoby ją otaczające przepychały się między sobą jak dzieci na placu zabaw, jakby jeden kogut drugiemu chciał pokazać “to ja tu rządzę”.
Z braku lepszego pomysłu wsadziła palec w nos i zaczęła nim zawzięcie wiercić oceniając kobietę bystrym spojrzeniem.

- To ruszamy? Ja biorę szczeniaka. Utuczę trochę i będzie na ofiarę w sam raz. - Brzoskwinia zrobiła kilka długich kroków, usiłując złapać Nel za kołnierz - I nie wierzcie Khelgarowi ani na cal. Jestem uczciwym magiem, nie jakimś tam “trzelcem” - wskazała na przewieszoną na plecach długą broń - To mój magiczny kij, nie widać?

Słysząc słowa sugerujące jedzenie Nel rozpromieniła się i nawet pod ciężką ręką babsztyla ruszyła za nią w podskokach. Podejrzewała w duchu, że sugestia o ofierze nie była prawdziwa… jednak nawet jeśli, to umrze najedzona i szczęśliwa. Z okolic brzucha dzieciaka rozległo się głośne burknięcie sugerujące, że to właśnie pora karmienia.
- To co na obiad? - wyszczerzyła się, gdy wreszcie ktoś z otoczenia przemówił w znanym jej języku.

- A na co masz ochotę? - kobieta kucnęła przed dziewczynką. - Niech stracę, zadowolone ofiary są bardziej miłe mrocznym bóstwom… będziesz miała siłę dłużej krzyczeć ze strachu - uśmiechnęła się przyjaźnie - Wskakuj na barana i idziemy coś wszamać. Przy kufelku i udźcu zawsze lepiej się ustala niecne plany szmuglu ściganych przestępców do podejrzanych dzielnic.

Dzieciak wyciągnął palec z nosa i przyjrzał mu się krytycznie. I mimo złośliwych uwag staruszki postanowiła nie wycierać go w jej szaty. “Nie gryź ręki, która Cię karmi (I nie bije kijem..)”. Wskoczyła posłusznie “na barana” i rozpoczęła litanię.
- Zupę... ale taką z mięskiem... i, o! Marchewką! I kaszą! A potem drugie…kurczaka! - Do ust dzieciaka napłynęła ślina na myśl o przysmakach.
- Ale pewnie jabłka w karmelu to nie masz co...? - zapytało dziecko wpatrując się z rozmarzeniem w sufit.

- Przygody zaostrzają apetyt? - Randal zwrócił się do Nel - Zapewne kuchnia nie dysponuje łakociami, ale coś na ząb z pewnością się znajdzie.
"Nawet ty nie zdołasz opróżnić piwnicy ze wszystkich zapasów", pomyślał.

- A więc postanowione - powiedział na głos krasnolud. - Idźcie do kuchni i zjedźcie tyle ile jesteście w stanie, bo może być to wasz ostatni posiłek - dodał z uśmiechem na twarzy.
- Życzę wam powodzenia, przyda się wam - pożegnani tymi słowami najemnicy wyszli z gabinetu Khergala. Nie znali się i nie ufali sobie, ale powiada się, że droga do serca wiedzie przez żołądek, tak więc w pierwszej kolejności udali się do wielkiej kuchni znajdującej się w piwnicy siedziby Złamanej Czaszki.



Kuchnia, Siedziba Złamanej Czaszki
6 Tarsakh, 1479 DR
Południe

- No to słuchaj, mały obżartuchu. - Brzoskiwnia postawiła przed Nel solidny gliniany kubek, balansując drugą rękę talerzem z zupą i pajdą chleba. - Zasady dla szczurów lądowych są proste: nie pijesz, to nie jesz - Odstawiła zupę poza zasięg rąk dzieciaka i nalała do kubka złocisty napój z dzbanka. W powietrzu rozszedł się słodki, mocny zapach alkoholu - To jest rum, najlepszy przyjaciel każdego marynarza i każdej portowej kurwy. Możesz zjeść tyle dań, ile kubków wypijesz. - Podsunęła naczynie pod nos obdartuski - Zakładam się o moje bujne włosy, że nie dasz rady nawet dociągnąć do drugiego… - wyszczerzyła zęby - Ktoś obstawia inaczej?

"Przed upieczeniem warto polać przyszły obiadek odrobiną dobrego trunku", pomyślał z przekąsem Randal.

Mała zawahała się jedynie przez chwilę po czym z zaciętym wyrazem twarzy chwyciła kubek w obie dłonie i przełknęła pierwszy i połowę drugiego łyka, zanim po jej języku i gardle rozeszło się palące uczucie, i mała jęła kaszleć i łzawić się odstawiając kubek z głośnym stuknięciem na ławę.
Gdy wreszcie skończyła spojrzała się załzawionymi oczami na kobietę.
- Tak od razu trucizną mnie raczyć?! - warknęła - Toć tego świństwa przełknąć nie idzie… - dodała po chwili już ciszej widząc, że sama kobiecina pije taki sam trunek.

- Nie pij tyle kobieto, bo na nic się nam zdasz - wtrącił się Verin, który przez ostatni kwadrans nie odezwał się nawet słowem. - Mała niech pije ile wlezie, bo mniej przydatna i tak być nie może - z tymi słowami odsunął się w cień, opierając się o ścianę. Spod jego głębokiego kaptura błyszczały tylko oczy.

- Nieprzydatna to być może twoja kuśka pacanie! - Warknęła mała opierając się oboma dłońmi na stole i nabierając rumieńców. - Beze mnie to byście dawno przepadli! - stwierdziła.

- Pij, nie pierdol - Brzoskiwnia nalała kubek i podała mrukliwemu towarzyszowi. - A ty mała… mały... a ty szczeniaku masz zupę - podsunęła Nel talerz - Za drugie danie będą dwa kubeczki… Przyjmuję zakłady, kiedy dzieciak padnie! - zachęciła resztę z zawadiackim uśmiechem.

Drewniane schody prowadzące do kuchni zaczęły głośno skrzypieć, gdy ktoś ciężki po nich schodził. Do pomieszczenia gdzie była zebrana cała grupa najemników wkroczył zwalisty półork Grimbak, a zaraz za nim pojawił się krasnoludzki wojownik - Thubedorf. Na ich twarzach malowała się śmiertelna powaga.
- Co żeście załatwili z Khergalem? - odezwał się umięśniony krasnolud, gdy w końcu podszedł do wielkiego dębowego stołu znajdującego się na samym środku kuchni. Szybko spostrzegł leżący przed nim kubek rumu, którego osuszył jednym haustem.

- Pozwolił nam się najeść. Ostatni posiłek skazańców - powiedział Randal. - Więc korzystamy.

- I tylko tyle? - wtrącił się swym basowym głosem Grimbak. - Żadnych rozkazów? Mamy tu tkwić i żreć, aż te skurwysyństwo mintaryjskie tu przylezie?

- Nie, aż tak źle nie jest - powiedział Randal, gestem zapraszając obu pytających do zajęcia miejsca przy stole. - Czeka nas mała wycieczka do Rzecznego Kwartału i spotkanie z niejakim Theadalasem, przywódcą Harfiarzy.

Gary sięgnął po kiszkę i zaczął ją pałaszować ze smakiem, tylko kasza w środku mu nieco zgrzytała o zęby, poza tym, była to jedna jego z ulubionych potraw, może poza bardzo krwistym stekiem. - Mamy ich dostarczyć żywych, nie przejmując się za bardzo przeszkodami po drodze. - Powiedział cicho barbarzyńca, wzruszył ramionami i wrócił do posiłku. - Od kiedy ktoś ufa harfiarzom. - Mruknął do siebie samego pod nosem.

Oblicze krasnoluda nie zmieniło się ani o jotę.
- Przynoszę złe wieści… - mówiąc to sięgnął po świstek pergaminu, który znalazł przypięty do drewnianego słupa, znajdującego się na zewnątrz siedziby najemników. - Etsy wpadła w kłopoty, i to znaczne.
Na pergaminie zapisana została informacja, że dziś wieczorem odbędzie się aukcja w karczmie Bezimienny Dom. Towarem poddanym aukcji była właśnie Etsy, która w efekcie najprawdopodobniej skończy w jednym z wielu burdeli, które zdobią zapuszczony port w Neverwinter.

- Ciekawe. Bardzo ciekawe - mruknął Randal. - Czy to czasem nie ona nie chciała mieć z nami nic wspólnego? - spytał.

- Tak mówiła - odparł krasnolud - ale jestem przekonany, że zmieniła zdanie. Poza tym, uratowała dupsko Grimbakowi, a być może nawet nam wszystkim. Uwolnienie więźniów to jej sprawka, ale wygląda na to, że było to jedyne słuszne rozwiązanie.

- No i? - spytał Randal. - Nie stać mnie, by ją sobie kupić na własność. Poza tym to by było chyba niezdrowe.

- A kto to mówił by ją kupić?! - zakpił Thubedorf. - Jesteśmy wyjęci spod prawa, to do kurwy nędzy zachowujmy się jak wyjęci spod prawa. Proponuję puścić z dymem tego starego pierdziela Grega i jego dobytek - mówiąc to sięgnął po kolejny kubek rumu. Przyjrzał mu się uważnie przez chwilę spojrzeniem, którym zwykle obdarowuje się przeciwnika tuż przed samą walką, po czym po raz kolejny opróżnił swe naczynie jednym haustem.

- Można wejść, zabrać ją, do kanałów razem z resztą i do Rzecznej z nimi, mogą razem poczekać. Jakie tam mają zamki? - Zapytał dhampir jedynie na chwilę odrywając się od kiszki.

- Karczma jest pewnie jeszcze w ruinie, po ostatniej naszej zabawie tam - powiedział z lekkim uśmiechem na twarzy krasnolud. - Dostać się do środka to żaden problem. A ja mam dosyć już przekradania się, jak na jeden dzień.

- No to po co owijasz w bawełnę. Chcesz wejść i wyjść z nią, nie zostawiając za wielu niepotrzebnych świadków. - Mruknął dość głośno jak na siebie Szept.

- Znowu z nią będą kłopoty - mruknął Randal z niechęcią. - Niektórzy są niereformowalni. Nie pamiętasz, co było poprzednio? Same awantury i pretensje do nas i do całego świata.

- Myślę, że się mylisz - stwierdził krasnolud. - Dziewczyna ma potencjał, trzeba tylko ją skierować na właściwą drogę.

“Wierzysz w bajki?”, pomyślał Randalf, ale nie powiedział tego na głos.
- Już próbowałeś - stwierdził. - Uciekła z wrzaskiem z proponowanej drogi.

- Rudemu dupsku zdaje się było dobrze pod porządnym bacikiem. - Nel wyszczerzyła się gdy wypłynął temat tego paskudnego, rozmazanego jak gówno na podeszwie babska.

- Na ile ją wyceniacie? Nie wszyscy jeszcze są na liście gończym, może jak się ją kupi i poprowadzi w łańcuchach to zmięknie, jak jest tego warta, to sama się zwróci. - Zasugerował Gary.

- Z pewnością osiągnie dobrą cenę - powiedział Randal. - Pod warunkiem, że ktoś jej buzię zaknebluje. No, chyba że ktoś lubi pyskate dziewuszki.

- Są też i tacy - przyznał krasnolud. - Znam trochę Etsy, jest dobrze wyedukowana i na pewno inteligentniejsza od większości z nas. Umie też podrabiać dokumenty jak mało kto w tym mieście, więc może się nam przydać.

- Tia, znajdą się tacy, najpierw wytną jej języczek, a potem zaczną się bawić z nią tak, że z niej niewiele zostanie, choćby mieli na tym stracić. Można po nią iść po drodze, ale chodzenie po powierzchni to proszenie się o kłopoty. Więc jak ją weźmiemy, o ile ją weźmiemy. Proponuję kanały lub dachy. - Powiedział Szept bez emocji, rozglądając się za Braehgiem.

- To może by tak troszeczkę ją uszlachetnić tym skróceniem o języczek? - zaśmiała się Nel

Krasnolud zignorował niewyparzoną gębę Nel, zamiast tego odpowiedział Gary’emu:
- Kanały to dobry wybór. Odbijemy ją i jak najszybciej zwijamy się do kanałów. Verin i Randal znają dość dobrze okolice, bo byli tam już wcześniej na patrolu. Można w ten sposób dojść do Rzecznego Kwartału.

- Można, ale do karczmy mogą wejść tylko, ci, którzy jeszcze nie są na listach gończych, najlepiej tylnym wejściem, muszą mieć połączenie z kanałami w Bezimiennym, albo chociaż gdzieś obok, za dużo syfu by mieli za budynkiem bez tego. - Dodał całkiem przytomnie Szept.

- W porcie są wejścia do kanałów, owszem, ale większość z nich jest zbyt mała byśmy mogli się przez nie przecisnąć - odparł Thubedorf. - Te kilka większych studzienek jest zapieczętowana właśnie z powodu przemytników. Musimy iść wzdłuż rzeki, w stronę Rzecznego Kwartału, bo tam jest jedno z większych przejść do kanałów. Do karczmy stąd już nie tak daleko, więc lepiej iść razem na wypadek, gdybyście wy mieli wpaść w kłopoty.

- To co potrafi poza kłapaniem jadaczką? O rudej mówię. - Zagadnął cicho barbarzyńca.

- Używać bacika, jeśli wiesz o czym mówię… - Dziewczynka mrugnęła porozumiewawczo.

Krasnolud zachichotał cicho, ale szybko spoważniał, bo powoli czas im się kończył, a Etsy była w wielkim niebezpieczeństwie. Zresztą, podobnie jak oni sami.
- Zna sześć lub więcej języków, (Nel, nie mogąc się powstrzymać, zanim zdążył kontynuować mruknęła cicho pod nosem “na nieszczęście dla nas….”) ma zręczne palce, więc poradzi sobie z wieloma zamkami (dziewczynka prychnęła pogardliwie pod nosem) - wymieniał wojownik ignorując przy tym niezbyt grzeczne zachowanie Nel - jest oczytana i zna się na sztuce podrabiana dokumentów. Słyszałem od przemytników, że jak potrzebują jakiś glejt, by się dostać do Rzecznego Kwartału i z powrotem do Neverwinter, to idą właśnie do niej.

- Jak się ją zaknebluje, to może się nawet przydać. Możemy wejść z zakrytymi twarzami, od tyłu, wyciągnąć ją, zniknąć, na drzwiach zostawić symbol Synów Alagondara. - Szept zamilkł na chwilę słuchając dziewczyny.

- Wybacz panie, ale jeżeli czegoś się nauczyłam na ulicy, to mniej wyróżnia się ktoś idący otwarcie, niż przesłaniający twarz.

- Wiem. - Syknął dhampir ukazując przydługie siekacze. - O to chodzi, zasłonimy je zaraz przed tylnym wyjściem, zrobimy zamieszanie, ściągniemy chusty, ulotnimy się do kanałów. - Kontynuował swój pomysł, chociaż zaczął się dziwnie intensywnie przyglądać tętnicy na szyi dziewczęcia.

- Tak tak, ja też mam wszystkie zęby - stwierdziło dziecko odwzajemniając harde spojrzenie - no prawie, ale zamknij paszczę bo wyglądasz jak pies w upalny dzień. - zadyszała kilka razy by zobrazować o czym mówi.

- Lubię cię, zjem cię na końcu - Rzucił krótko dhampir w odpowiedzi na bezczelność dziewczyny.

Dziewczę uśmiechnęło się w odpowiedzi i wróciła do wpychania sobie jedzenia do buzi, co baczniejszy obserwator mógł zauważyć jak kilka razy jakieś udko, czy marchewka skryła się w kieszeni nie zdjętego jeszcze fartucha.

Zwalisty półork wstał od stołu nieco zbyt szybko, w efekcie niemalże przewracając go przy tym. Część jedzenia poturlała się w stronę krawędzi kończąc na ziemi.
- W takim razie powinniśmy wyruszyć jak najszybciej. Straż mintaryjska na pewno będzie chciała zbadać siedzibę Złamanej Czaszki, a jestem przekonany, że mają tu swych informatorów - Grimbak spojrzał po otaczających go twarzach czekając na ich reakcję. Thubedorf też wstał i stanął u boku swego przyjaciela.

- No to chodźmy - powiedział Randal, odsuwając od siebie prawie pusty talerz.

- W sumie, macie rację, nie mogłabym zostawić tak uroczego stworzenia samego - powiedziała spokojnie Nel wstając i kierując się ze wszystkimi.

- Poczekajmy aż ktoś ją kupi. - Eydis dotąd była bardzo milcząca, ale słuchała - I odbijmy po drodze. Na ulicy będzie prościej niż w samym domu aukcyjnym. W takich miejscach jest wiele bardzo cennych rzeczy więc ochronę mają adekwatną, a na drodze i mniej wykidajło będzie i luzu więcej. I… chyba, coś przespałam. Rozumiem, że ta mała wam pomogła, ale czemu ona teraz idzie z nami? Będzie zawadzać i pewnie zginie.

- Spokojnie laluniu, wracam do domu i tyle mnie widzieliście - stwierdziła Nel

Eydis uśmiechnęła się dobrodusznie i wylądowała na ziemi. Lekkim krokiem podeszła do Nel (a istota z mgły poszybowała tuż za nią, jeszcze kilkoma pasemkami ją obejmując) i pochyliła się nad nią, jak by chciała ją pogłaskać po główce. Rozległ się plask, gdy córka Haarusa spoliczkowała pyskate dziewczę.
Stała teraz dumnie, z podniesioną głową i pogardą w oczach.
- Nigdy mnie tak nie nazywaj - na wpół warknęła, po czym zamaszystym ruchem odwróciła się i wróciła na swoje miejsce by znów zawisnąć w powietrzu.

- Te, opanuj się, bo stąd wylecisz - wtrącił się Randal. - Bić to się możesz sama po pysku.

Nel złapała się za policzek, a w oczach zabłysły znajome już Randalowi i reszcie towarzyszy iskry.
- Oooooohoooo padam jaśnie panience do stópek, widzę poduszeczki w dupkę uwierały przez lata i teraz każda zadra w krzesełku boli com? Pogłaskać panienkę po główce? Włoski wyczesać? Oh ja wieśniaczka niegodna! - Dziewczę roześmiało się bezczelnie szczerząc zęby i robiąc wszystko aby nikt nie zobaczył po niej bólu otrzymanego policzka.

Bestia zmaterializowała się znacznie bardziej. dało się już rozróżnić pojedyncze łapy i pysk pełen kłów. Eydis uniosła się nieco wyżej, po czym opadła na ziemię, a mgła wokół niej znów zatraciła kształt.
- Niech zgadnę. Rodzice cię porzucili. Wychowałaś się na ulicy kradnąc i zniżając się do najgorszych by przeżyć. Nienawidzisz tych co im się bardziej poszczęściło, niezależnie czy zawdzięczają to sobie czy innym.

- Pudło “wykształciuchu” - stwierdziło dziecko, wypowiadając to słowo ironicznie - Drugie stwierdzenie po części trafione ale, słabo jeżeli brać pod uwagę to jak sama wysoko cenisz swoją inteligencję, jeżeli by patrzeć na moją jej ocenę, to było całkiem nieźle, tylko musisz trochę poćwiczyć. Ostatnie stwierdzenie ponownie jest pudłem. - rozłożyła bezradnie ręce - Strzelec to z ciebie żaden dziecinko - wyszczerzyła się bezczelnie.

- Uwielbiasz robić sobie wrogów. A inteligencja jest przeceniana. Siła się liczy. Lepiej abyśmy się więcej nie spotkały - odpowiedziała, po czym skierowała się do wyjścia ze stołówki.

Nel wzruszyła ramionami.
- Przyjaciół się sobie wybiera, a po twoim występie to w sumie nie powinnam się niczego lepszego spodziewać.
- UCIEKAJ SILNY KURCZACZKU! UCIEKAJ BO TO MAŁE DZIECKO MA PCHŁY! - Zaśmiała się w ślad z odchodzącą.

- Dosyć! - ryknęła Eydis z mocą wielokrotnie przekraczającą możliwości ludzkich strun głosowych, jednocześnie uderzając potężną łapą w kamienną ścianę z siłą od której posadzka zdała się zatrząść, a na samej ścianie pozostały głębokie wyżłobienia.

Nel wstała od stołu przy którym siedziała do tej pory, jej policzki pokryte były czerwienią malowaną przez wypity przez nią łyk trunku i policzek istoty.
- Żal mi cię - stwierdziła, splunęła w kąt i odwróciła się do niej, wracając do stołu i całkowicie ją ignorując.

- Dość tego! - ryknął krasnolud stając pomiędzy Eydis, a Nel. - Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż wasze nędzne przepychanki. Jeśli chcecie walczyć, świetnie, ale ino róbcie to w Rzecznym Kwartale, bo to miejsce ku temu nie służy - potężne mięśnie Thubedorfa naprężyły, gdy krasnolud znaczącym spojrzeniem obdarzył Eydis. - Odpuść jej - powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Twarz Eydis złagodniała. Nawet z oczu zniknęły gromy. Bez słowa odwróciła się i wyszła. Marcel natomiast, z zapartym tchem śledzący wymianę zdań Eydis i podlotka, zmarkotniał wyraźnie. Musiał być szczerze rozczarowany brakiem konkretniejszej awantury, bo z wydętymi ustami i ponurym wyrazem twarzy wrócił do dziobania mięsa.

Krasnolud stał w miejscu dysząc ciężko przez dłuższą chwilę, po czym w końcu sam wyszedł z kuchni udając się w stronę głównego holu na parterze. Za nim poszedł też Grimbak, ale przed opuszczeniem pomieszczenia zatrzymał się i ruchem głowy wskazał reszcie by udali się za nimi.

Brzoskwinia jakoś nie zareagowała na to całe zajście, tylko oceniała zachowanie każdego z uczestników ciekawym wzrokiem, popijając powoli alkohol i cmykając przez zęby.
- Ostro grasz, mała pchło, ale nie daj się zabić; muszę cię mieć żywą na ofiarę! - pogroziła Nel palcem - Ta cała wyprawa ratunkowa o cnotę jakiejś karczemnej dziwki brzmi wystarczająco głupio, żebym… - pokazała palcem na schody prowadzące do biura krasnoluda - No właśnie. Żebym co zrobiła…? Kto zgadnie? - spytała zebranych, bawiąc się kubkiem z prowokującym uśmiechem na wargach - Oczywiście się przyłączyła, skoro w tej wyprawie bierze udział TAKI mężczyzna jak Thubedorf - westchnęła. - Tylko czemu, do stu tysięcy beczek prochu, woli rude?! - fuknęła zdegustowana i wymaszerowała za kompanią na dwór.

- Póki stoisz na przedzie kolejki do mojej skóry, czuję się całkowicie bezpiecznie… na razie - uśmiechnęła się Nel do kobiety.

- Mów mi Jaskółka, pchło - powiedziała z kamienną twarzą Brzoskwinia - Jaskółka, krasnoludzki mag ognia, obecnie w piechocie morskiej. A ty będziesz Pchłą, pchło. Nie bratam się zbytnio z ofiarami, potem się gorzej wyrywa serce... mam nadzieję, ze rozumiesz, hmm?

- Wolałabym mówić na ciebie Wiedźma, ale niech będzie i Jaskółka. - stwierdziła mała z uśmiechem.

- Jak już będziecie podrzynać sobie gardła, to dajcie mi wcześniej znać, żebym miał pusty kufel pod ręką. - Powiedział cicho Szept, otarł usta, zabrał kawałek suszonego mięsa na drogę i zebrał swoje klamoty.

- Mi też - uśmiechnął się Marcel. - Nie chciałbym przegapić przedstawienia.


Najedzona i gotowa do drogi drużyna opuściła siedzibę Złamanej Czaszki.
 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019

Ostatnio edytowane przez Warlock : 10-11-2014 o 19:28.
Warlock jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:10.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170