Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-10-2014, 17:45   #1
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 1226 Clutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumny
[D&D 5 FR] Strażnica na Pograniczu



Strażnica na Pograniczu

25 Mirtul Roku Księcia, 1357 DR

Kamień Grzmotów... Miejsce te można było nazwać ostatnim bastionem cywilizowanego świata, jednak patetyczne określenie nijak się miało do zamieszkujących tę osadę przyjaznych i lubiących małe dzieci ludzi, żyjących w malowniczych domkach, które swą prostotą przypominały tych, którzy je zajmowali. Podróżujące karawany kupieckie mogły tu odpocząć od wielojęzycznego, krzykliwego i barwnego tłumu gwarnych wielkomiejskich ulic, zamieniając go na towarzystwo opalonych, nagich od pasa w górę rolników i pastuchów. Ludzie byli tu raczej częścią krainy słońca i wiatru oraz wyniosłych górskich szczytów.



Nazwa tej niewielkiej osady drwali i rybaków wzięła się od tajemniczej skały stojącej pośrodku wsi, wykonanej z nieznanego alchemikom pierwiastka. Pasowała jak pięść do nosa do krajobrazu lekko pofałdowanych, zielonych i przyjaznych ziem Cormyru, pełnych tłustych krów i dobrze odżywionych owiec, wielkich stogów siana i łąk o miękkiej trawie, zamieszkanych przez króliki i myszy polne. Stąd też wzięły się niepotwierdzone domysły, iż została przeniesiona za sprawą potężnej magii z innego zakątka Faerunu. Nie posiadała żadnych niezwykłych właściwości, lecz według starego przesądu ucałowanie kamienia miało chronić podróżników od śmierci, a awanturnikom sprzyjać w poszukiwaniu zaginionych skarbów.



Ponad wsią górowały mroczne, wysokie wieże strażnicy, wznoszącej się jak sępie gniazdo na nagim wzgórzu. Stała się ona symbolem defetyzmu Cormyru, który mimo wielkich nakładów pieniężnych nie poradził sobie z oswojeniem ostatniego krwiożerczego leśnego królestwa, naigrywającego się z króla Azouna IV i rodziny Obarskyrów niczym nieujarzmiony jaszczur – symbol odnajdywany w ludowych podaniach, balladach i heraldyce, składających się na kulturę pełną niezwykłych widmowych stworzeń oraz pradawnych bestii.



Cielsko owego gada w rzeczywistości stanowiły wędrowne plemiona wstrętnych potworów, nie przepadających zarówno za sobą nawzajem, jak i za Cormyrem, dążących do zniewolenia jego mieszkańców, pogwałcenia królewskich praw i kradzieży bogactw. Nadciągały gromadami z Grzmiących Wierchów, dzikich i niebezpiecznych gór, które swą nazwę zawdzięczały nagłym i niszczycielskim burzom, nękającym te okolice przez okrągły rok. Bestie osiedlały się w kanionie podziurawionym jak ser zapomnianymi jaskiniami, w których człowiek nie był od miliona lat.



Strażnica Kamienia Grzmotów może na pierwszy rzut oka była fortecą idealną, rozświetlającą niebezpieczne cienie rzucane przez bezimienne kreatury na królestwo niczym blady snop światła latarni morskiej, jednak dla dragonów krążących po ulicach osady była równoznaczna z zesłaniem. Zwykle na służbę tutaj trafiali żołnierze, którzy w jakiś sposób byli niewygodni dla władz militarnych oraz bogatych, wyrobionych, ale też i zwaśnionych rodów arystokratycznych. Powodem mogło być wątpliwe pochodzenie, chęć ukrycia przed światem wielkiej polityki czarnych owiec szanowanych rodzin, czy też odmienność rasowa - jeśli żołnierz nie był elfem, z pewnością miał przynajmniej domieszkę krwi leśnego ludu. W końcu kto, jak nie elfy, mógł sobie poradzić z niebezpieczeństwami boru Hullack?



Zesłanych wojowników los ślepo przydzielał do jednej z dwóch charakterystycznych grup: do przywykłych do brania się za bary z losem weteranów lub do trupów, których krew karmiła mroczne doliny i ukryte jary. Śmierć deptała tu po piętach każdemu niczym ślepy pies. Zaprawdę gorzka to była służba!



Nie dość tego ostatnimi czasy brakowało dopływu nowych dragonów z powodu ciągnącej się latami okupacji Tilvertonu, co podstarzały konstal Purpurowych Smoków i kasztelan twierdzy Kendrick Hardcastle próbował nadrobić rekrutując kompanię najemniczą zwącą się Bandą Żelaznej Obroży. Miejscowi szemrali, że uzupełnianie Purpurowych Smoków zahartowanymi w rozbojach rabusiami było grą niewartą świeczki, gdyż to posunięcie zrodziło tylko zbędne animozje między żołnierzami, których żelazne nerwy i tak już były bliskie wybuchu. Czarę goryczy przelewali wszelakiej maści awanturnicy, dumnie zadzierający nosy, kierowani tu przez cormyrskich strażników, po cichu liczących na to, że zbieranina szumowin z nieraz najodleglejszych zakątów Faerunu zdoła okiełznać knieję.



Więzy krwi znaczyły tu niewiele, a jakakolwiek bardziej złożona hierarchia wojskowa niż Kendrick na szczycie i podlegli mu wojacy nie miała znaczenia, co rozwścieczało pełnych pretensji przedstawicieli drobnej szlachty, a najemnikom i dragonom z niższych warstw społeczeństwa domalowywało tylko uśmieszki w kącikach ust i prowokowało do kąśliwych uwag.



Taka sama prostota cechowała tutejszy wymiar sprawiedliwości – odległość od stolicy uniemożliwiała odwołanie się od surowego wyroku, często nie mającego za wiele wspólnego z prawem Krainy Purpurowego Smoka. Nic w tym dziwnego – sprawy związane z kierowaniem Kamieniem Grzmotów często męczyły bardziej niż wszystkie bitwy, jakie tu stoczono, razem wzięte. Zresztą każdy z Purpurowych Smoków kochał wolność, a skomplikowane przepisy prawne kojarzyły się nie z niezależnością, lecz z korupcją i dekadencją.



Niedźwiedziożuki przybyły falą szorstkiego metalu i bezwzględnego ognia, wypadając na ulice osady niczym szczury z nory. Tu i ówdzie widać było ślady bitwy. Niektóre z domów znajdowały się w stanie kompletnej ruiny. Pies zaczął wyć smętnie gdzieś na zewnątrz. Sylwetki wieśniaków zajętych grzebaniem zmarłych, opatrywaniem ran i libacją zwycięstwa niewyraźnie rysowały się w żywym świetle pochodni i ognisk. Przenikliwy dźwięk spiżowych trąb zlał się ze wzmożonym tumultem czynionym przez bijący oklaski tłum. Rozległ się chóralny jęk, wyrażający jakby mieszaninę żalu i niezaspokojonej żądzy krwi. Brawa szybko zaczęły przybierać na sile, jak gdyby ludzie chcieli, by cały świat usłyszał ich owacje. Byli dumni, że żyją pod sztandarem Purpurowego Smoka.



Starcy siedzący pod rozłożystymi konarami dębów pozdrawiali wędrowców. Gadatliwi staruszkowie opowiadali o zakończonym oblężeniu jakby to było niczym nowym, jakby życie na surowych obrzeżach ponad tysiącletniego królestwa szlachetnych rycerzy, zwaśnionych arystokratów oraz bogatych i rozkwitających gospodarstw przyzwyczaiło ich do życia w nieludzkim, trudnym do pojęcia rozgoryczeniu. Zapytani o nocleg, skierowali ich do domu zajezdnego „Pod Halabardą”, znajdującego się wewnątrz warowni. Gdyby byli głodni, obok wspomnianego zajazdu czekała na nich oberża „Korbacz i Kołacz”.



Chudy urzędnik z blizną na skroni siedział przy stole z lakierowanego drewna, oświetlany przez spiżowe kaganki zwisające z poczerniałych od dymu murów. Było w mężczyźnie coś, co sprawiało, że jego zajęcie wyglądało groteskowo. Gęsie pióro skrzypiało na stronicach opasłej księgi wielkości niziołka, zapisując imiona przybyszy i opuszczających twierdzę tłustym gryzmołem. Przez wielką sklepioną bramę między zmierzchem a północą przechodziło niewielu ludzi, szli prędkim krokiem i w milczeniu, a ich liczba zmniejszała się wraz z upływem czasu. Bohaterowie tej opowieści byli ostatnimi wchodzącymi.




- Poproszę każdego z was o imię. Jaki jest wasz powód pobytu? - Zapytał z tak beznamiętną monotonią, że aż się wzdrygnęli. Brzmiał jak głuchy ton dzwonu świątynnego. Dwóch zakutych w stal wartowników stojących obok było gotowych do eskorty nowych śmiałków, a ich piki na wszelki wypadek były przygotowane do zaoferowania krwawszej alternatywy powitania.


 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 24-11-2014 o 11:12.
Clutterbane jest offline  
Stary 30-10-2014, 14:04   #2
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 923 Cedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwu
Drogą do Kamienia Grzmotów wzdłuż Lasu Hullac podwiązała grupa podróżnych. Jakież było ich zdziwienie gdy z lasu usłyszeli dobiegający śpiew i dźwięki bębnów. Po chwili podróżni dotarli do ledwo widocznej ścieżynki prowadzącej w głąb Boru Hullac. Ktokolwiek śpiewał w nieznanym im języku, znajdujące się w tej grupie elfy rozpoznały, iż śpiewano w druidycznym, zbliżał się do nich po tej ścieżce. Napięcie w oczekiwaniu na śpiewaka można było niemal ciąć i sprzedawać jak lód.

Śpiew i dźwięki bębnów były coraz bliżej w końcu na ścieżce, w końcu pojawiła się niezbyt wysoka sylwetka,częściowo niezasłonięta listowiem z krzaków otaczających ścieżynkę.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=71swxdSzY1w[/MEDIA]

Dróżką zbliżał się młodzieniec uśmiechnięty, ciemnowłosy. Ubrany był w zwyczajną burą skórznie. Grał na przymocowanych do pasa bongosach. Z za pleców wystawał mu plecak do którego przymocowane były zwój liny, kij, cytra oraz tarcza.

[MEDIA]http://images68.fotosik.pl/321/2344425173b9417dmed.jpg[/MEDIA]

Zajęty grą i śpiewem nie spostrzegł grupy czekającej na niego. Prawie by wszedł w czekających na niego ludzi, gdyby ci rozsądnie nie usunęli mu się z drogi. Spostrzegłszy podróżnych młodzieniec odegrał ostanie nuty pieśni. Jego dłonie, ozdobione kolorowymi roślinnymi tatuażami ciągnącymi się, aż na przedramiona i kryjącymi się pod skórzniom, wybiły ostatnie takty pieśni.

- Randal Afala, podążam do rodziny mieszkającej w Kamieniu Grzmotów, Mansanas może znacie.

Z za pleców młodzieńca rozległo się rozzłoszczony syk. Z plecak, na którym do tej pory leżał, zeskoczył na ziemię młody ryś, okrążywszy nogi Randala zasiadł na drodze i z ciekawością zaczął się przyglądać podróżnym.

[MEDIA]http://www.tapeciarnia.pl/tapety/normalne/152638_spiacy_rys.jpg[/MEDIA]

- Proszę nie straszcie Łaty, szkolę go ale jest płochliwy i nie przyzwyczajony do ludzi jeszcze.

Po tych słowach uśmiechnął się prawdziwie, było to widać w jego oczach.


Wszystko zaczęło się zwyczajnie. Randal siedział sobie jak zwykle pod ulubionym drzewem na brzegu strumienia, śpiewał i grał do wtóru na cytrze.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=bLZ_Zy1VhMI&list=RD71swxdSzY1w&index=2[/MEDIA]

Podleciał do niego wtedy zimorodek i wyszeptał magiczne posłanie.

„Rozstaje nie działają, brak strażnika, przybywaj. Afrei Mansanas”

„Sprawa jest ważna, tak ważna, ze wuj musiał skorzystać z pomocy czarodzieja w przesłaniu wiadomości”. Pomyślał Randal powoli gramoląc się ziemi.


Pożegnanie z rodzina było długie i huczne. W końcu młodzieniec nie wybierał się do sąsiedniej wsi lecz do Cormyru, zatem dopiero w południe Randal był w stanie podróżować. Ruszył do znanego jego rodzinie i wielu innym osobom rozstaju. Dobrze się do tego przygotował w jego plecaku wesoło bulgotała butelka najlepszej śliwowicy, jedna z wielu, które przygotowała jego matka zawsze na jesieni. Strażnikiem Rozstaju Wysokiego Lasu z którego skorzystał była magiczna istota podobna do satyra. Bam, bo tak się nazywała, lubił mocną gorzałkę i rzewne ballady. Tak była ulubiona zapłata, którą przyjmował za przepuszczenie przez rozstaj, którego pilnował. Samym rozstajem zarówno w Wysokim Lesie jak i Lesie Hullac były rozłożyste jazodrzewa, których należało dotknąć aby przejść rozstajem.

[MEDIA]http://fc00.deviantart.net/fs70/i/2011/303/6/d/the_forest_faun_by_aramisfraino-d4efcn1.jpg[/MEDIA]

- Witaj Bam i jak mogę przejść.

Faun roześmiał się.

- Tak po prostu przejść, młodziku. Gdzież masz dla mnie opłatę za mój trud strzeżenia Rozstaju.
- Śpieszy mi się Bam. Słyszałeś, że od strony Lasu Hullac nie ma strażniczki.
- Pierwsze słyszę, lecz to zapewne tłumaczy czemu już tak długo nikt stamtąd nie przechodził do nas. Nie zagaduj mnie. Wiesz dobrze, że bez gościna dla mnie nie przepuszczę nikogo huncwocie. Cóż tam dla mnie masz tym razem.


Randal z udanym smutkiem westchnął wyjmując pękatą butelkę.

- Śliwowica mojej mamy.
- Z zeszłorocznych śliwek? Tak godna zapłata, teraz zaś posłucham jaka pieśnią tym razem uradujesz moje uszy.


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=HELIWTLIBR8&list=RD71swxdSzY1w&index=5[/MEDIA]

Gdy skończył grać przeszedł przez rozstaj, żegnany łaskawym skinięciem Bama, który w czasie gdy młodzieniec grał, napoczął butelczynę. Dotknąwszy jazodrzewa znalazł się przy podobnym, lecz w innym już lesie. Cieszył by się gdyby spotkał przy nim strażniczkę – Fene istotę magiczną przypominającą driadę, zaś całe to posłanie było by tylko pomyłką.

[MEDIA]http://fc01.deviantart.net/fs70/i/2012/163/b/0/driada_by_flordemetal-d538zer.jpg[/MEDIA]

Jednakże nie była to pomyłka strażniczki nie było. Zamiast niej były orki, kilkunastu plugawych orków. Kilkanaście z tych stworzeń obozowało w pobliżu rozstaju.

[MEDIA]http://3.bp.blogspot.com/-WvdSLbRvad8/TsYzeJm9TQI/AAAAAAAAAE0/G1Kv-7c9Wwc/s1600/orki2.jpg[/MEDIA]
Co było robić trzeba było uciekać. Roztrzaskawszy łeb orka, który pękł jak dojrzały arbuz, Randal pognał ile sił w nogach.

***

Ucieczka kiedyś się kończy w przypadku Randala zakończyła się dość nieoczekiwanie.
Wpadł on bowiem na trupa rysicy i młodego choć już wyrośniętego rysia. Wzburzony zwierzak z prychnięciem zaatakował pazurami. Randla odwołał się do swoich mocy przynależnych druidom.
Od tej pory z większymi i mniejszymi sukcesami, podróżowali razem Randal i Łata. Młodzieniec w tym czasie szkolił kota, lecz na to potrzeba jak dla każdego przedsięwzięcia, czasu.






Urzędnik rejestrujący przybyszy zdał się Randalowi służbistą, lecz też niewątpliwie był czymś przybity, było to widać w jego oczach.

- Jestem Randal Afala, przybywam w odwiedziny do rodziny. Mansanas zapewne pan słyszał.

Urzędnik spojrzał ponownie na młodzieńca, potem na łatę krążącego za nogami Randala.

- Kto by nie znał. Wiesz jak dojść młodzieńcze?

Uśmiechnął się, chociaż smutno. Po czym zanotował nazwisko i cel.

- Tak, byłem już tutaj dwa lata temu.

Po czym zwrócił się do towarzyszy.

- Moja ciotka prowadzi w tym miasteczku najlepszy zajazd, nie wiem czy aby nawet nie jedyny, co będziecie szukać innego kwaterunku zapraszam.

Uśmiechnął się, wymownie mrugając okiem. „ W końcu najlepiej jeśli ktoś ma zrobić, to lepiej dać zarobić rodzinie."

Załatwianie formalności trwało, jakiś czas ale w końcu ruszyli do zajazdu „Pod Halabardą” prowadzonego przez rodzinę młodzieńca.
Sala główna była zatłoczona. Zanim Randal się z orientował, iż głównie zapełniają ją członkowie gałęzi Mansanas z trzech mieszkających w tym miasteczku rodzin, w ramiona młodzieńca wskoczył niewielki rudowłosy pocisk. Była to Amali, dziesięcioletni bardzo daleka kuzynka, którą poznał w czasie poprzedniej wizyty.

[MEDIA]http://4everstatic.com/obrazki/674xX/rysunkowe/digitalne/rysowana-dziewczynka,-rudowlosa,-balony-184782.jpg[/MEDIA]

- Randal kuzynie co tu robisz? Mamo, mamo, Randal jest tutaj!
- Jaki Randal?!
- Randal Afala!


Wszyscy zgromadzeni przypatrywali się z ciekawością scenie do końca jeszcze nie poznając Randla, który przez ostatnie dwa lata wyrósł. Od kominka zbliżała się właścicielka „Boru” „wujenka” Salomme, żona łowcy Afrei, który to wysłał wiadomość do młodego druida. Pochwyciła go w objęcia

[MEDIA]http://photos05.redcart.pl/templates/images/thumb/4608/700/600/pl/0/templates/images/products/4608/7ffa21355d54af7bb1bbab1881ca616d.jpg[/MEDIA]

- Randal chłopcze, nie poznałam ciebie tak wyrosłeś przez ten czas. Lecz co tu robisz?
- Wuj mnie wzywał z powodu rozstajów.
- Wuj? Rozstajów?


Resztę konwersacji uniemożliwiła reszta rodziny, która chciał się przywitać z krewniakiem przybyłym z daleka. Trochę to trwało, gdyż w tym mieście mieszkało dwadzieścioro czworo krewniaków młodzieńca, a każdy chciał wymienić z nim trochę plotek. Dzięki nim Randal dowiedział, że to żadne spotkanie rodzinne. Jedna z rodzin straciła w pożarze, wywołanym w czasie najazdu, dom. Teraz zaś pomieszkiwała w zajeździe i akurat były przenoszone rzeczy ocalone z pożaru do zajazdu.

W końcu podszedł go niego wuj wziął go w swoje niedźwiedzi objęcia.

- Mówiłeś coś o wezwaniu. Nie, nie wzywałem ciebie, ale przejdźmy do oberży obok, bo jak widzisz, tutaj nawet teraz normalnie nie można porozmawiać.

Wskazał na krewnych kręcących się po zajeździe przenoszących różne sprzęty.
Po chwili byli już w pobliskiej oberży. Zajęli stół i ławy przy kominku. Łata zaraz wskoczył na gzyms kominka. Na stół podano dzban piwa i kosz z jabłkami.

- Wuju dostałem od ciebie wiadomość o uszkodzeniu rozstajów, braku strażnika. Zimorodek przemówił do mnie.
- Chłopcze czyżbyś zapomniał, iż ledwie trzy dni drogi stąd mieszka Feren z naszej rodziny, druid znacznie potężniejszy niż ty. Jego bym wezwał.
- Myślałem, iż wyruszył na kolejną swoją wyprawę i nie było z nim kontaktu, dlatego wezwałeś mnie.
- Widziałem się z nim niecały dekadzień temu.
- To tłumaczy brak strażnika na rozstaju i zasadzkę orków przy nim.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 02-11-2014 o 22:29.
Cedryk jest offline  
Stary 31-10-2014, 00:18   #3
 
Ereb's Avatar
 
Reputacja: 32 Ereb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodzeEreb jest na bardzo dobrej drodze
Jabadoock Shimilten nie wyróżniał się jakoś specjalnie z tłumu, ani ubiorem, ani wzrostem, ani tym bardziej urodą. Był zwykłym gnomem, któremu już choćby przez sam wzrost było na świecie ciężej niż innym. Jak dodać do tego fakt, że był sierotom od razu można stwierdzić, że gość nie miał szczęścia w życiu.
Jabadoock jednak nie narzekał na swój los. Był gościem pogodnym z natury, co ponoć odziedziczył po matce. Poprzez nauki kapłanów Selune, którzy go wychowali ta cecha jeszcze bardziej się wzmogła.
W klasztorze w którym się wychowywał nie był jedynym podrzutkiem, ale jako jedyny praktycznie nie sprawiał kłopotów. Wszyscy kapłani chwalili jego cierpliwość, wrodzoną mądrość i charakter. Wszyscy widzieli w nim w przyszłości dobrego kapłana, a może i nawet przeora klasztoru.

Jeszcze kilka lat po uzyskaniu pełnoletności Jabadoock służył w świątyni, ale coraz bardziej czuł w duszy, że takie życie nie jest dla niego. Coraz bardziej nużyły go monotonne ceremonie i rytuały. Czuł, że jego przeznaczenie leży zupełnie gdzie indziej. Pewnego razu zwierzył się ze swoich pragnień przeorowi, który był dla niego jak ojciec. Stary Kalikst powiedział:
- Prawy z ciebie młodzieniec Jabadoock. Widzę, że twoja dusza jest czysta i niewinna i nadal kierujesz się uczuciami. Wierzę, że nasza Pani wskaże ci odpowiednią drogę i jeżeli czujesz, że musisz nas opuścić niech tak się stanie. Być może gdzieś na leśnych duktach, czy ubitych traktach znajdziesz swoje spełnienie. Być może jest tak jak mówisz i twoim przeznaczeniem jest szerzenie kultu naszej Pani, tam gdzie nie ma ona jeszcze wiernych. Przekonasz się o tym tylko jeśli spróbujesz. Nie zamierzam cię zatrzymywać. Pamiętaj jednak, że zawsze masz tutaj otwarte drzwi.

Po tej rozmowie Jabadoock nie miał już żadnych oporów, aby opuścić świątynne progi i wyruszyć w świat.
Tak, jak powiedział przeorowi czuł, że jego przeznaczeniem jest szerzyć kult Księżycowej Pani w najdalszych zakątkach świat.

***

Tak rozpoczęła się wędrówka, czy też misja, jak sam zwykł nazywać swoją podróż Jabadoock. Przez te kilka miesięcy jakie minęły od opuszczenia świątyni Shimilten przeżył i nauczył się dużo więcej o życiu niż przez lata od kapłanów. Oczywiście nie umniejszał ich roli w swojej edukacji, ale okazało się że świętobliwi mężowie niewiele wiedzieli o tym, jak naprawdę wygląda obecnie świat.
Przez ten czas Jabadoock poznał wielu ludzi i nieludzi. Wszystkich witał z jednakową życzliwością i przyjaźnią. Jednak ku jego zdziwieniu okazało się, że nie wszyscy odpowiadają mu tym samym. Nie wszystkim też podobały się też kazania i pouczenia, które z lubością prawił gnom. To właśnie dzięki temu upodobaniu zyskał przydomek Rezoner. Nazwał go tak pewien elf, który nie mógł wręcz znieść ciągłego gadania Jabadoocka.
Była to niewątpliwa złośliwość ze strony Elderlofa, ale prostoduszny gnom wziął ten przydomek za dobrą monetę i od tej pory tak właśnie zwykł się przedstawiać.

Do grupy z którą zawędrował do Kamienia Grzmotów, dołączył przez zupełny przypadek. Po tym, jak rozstał się z poprzednią drużyną przez kilka dni wędrował wędrował sam.
Idąc leśnym duktem natrafił na grupę śmiałków, która dyskutowała o czymś głośno. Jeden z awanturników twierdził, że jest smokiem przemienionym w człowieka za swą pychę.
Bardzo to zainteresowało gnoma i choć nie znał tych ludzi dołączył się do dyskusji. Jak każdy kapłan Selune czuł wręcz niepohamowaną chęć niesienia pomocy wszystkim, których cierpieli na pomieszanie zmysłów. A tak niewątpliwie było w przypadku Malakaia.
Jednak te kilka miesięcy nauczyło Jabadoocka, że trzeba uważać z pochopnymi sądami, gdyż mogą one prowadzić do nieporozumień i poważnych kłopotów. Dlatego też Shimilten chciał lepiej poznać tego człowieka, jego historię i pomóc mu w odzyskaniu pełni zmysłów lub też gdyby jego historia okazała się prawdą w odkupieniu win.

***

Gdy grupa dotarła do Kamienia Grzmotów czekało ich spotkanie z drakońską biurokracją, która wymagała, aby każdy wchodzący przedstawił się i powiedział w jakim celu przybywa. Wszystko co zostało wypowiedziane skrupulatnie zapisywał siwy urzędnik z blizną na skroni.
Gdy przyszła kolej gnoma na przedstawienie się, ten wyszedł przed swoją grupę i przyjął wyniosłą postawę w jakiej zwykł wygłaszać swoje przemowy.
- Witaj dostojny panie - zaczął głośno kapłan, tak aby słychać go było w promieniu kilkudziesięciu metrów. Bowiem mimo swej mikrej postury, gnom miał głos nader donośny - Jestem Jabadoock Shimilten, zwany Rezonerem, czy też jak mawiają mniej wykształceni Deklamatorem. Mam ten zaszczyt, że służę Księżycowej Pani i jestem jej pokornym kapłanem. Przybywam do waszego miasteczka, aby opowiadać tutaj o mojej pani, aby głosić jej nauki i szerzyć jej przesłanie. Jednym słowem przybywam do was z dobrą nowiną. Zdawać się mogłoby, że ktoś mojej marnej postury niezbyt nadaje się na przedstawiciela tak sławnego kulty i tak czcigodnej Pani. Zapewniam cię jednak waszmość, że nie szata zdobi człowieka i nie osądza się książki po okładce. To, co wewnątrz każdego z nas świecić może jak diament, choć skryte jest pod nieestetyczną powierzchownością. Nie wolno zatem oceniać nikogo tylko po wyglądzie, bowiem nawet najpaskudniejsza istota na tej ziemi może mieć iskrę dobra w swym sercu.
- Zatem kapłan - mruknął pod nosem urzędnik - A na leczeniu się znasz?
- Czy się znam? Czcigodny panie! Z pomocą mojej Księżycowej Pani i jej błogosławieństw jestem w stanie wszystkich was wyleczyć nie tylko z trawiących was chorób, ale przede wszystkim ozdrowić wasze dusze i skierować jej na drogę prawości i sprawiedliwości. Moc mojej Pani sprawia, że jestem w stanie tamować krwawienie, nastawiać kończyny i łatać poharatanych w boju z siłami zła.
- Dość - urzędnik uniósł dłoń, chcąc przerwać tyradę gnoma - Możesz przejść.

***
Dzięki znajomością Randala cała grupa nie tylko przeszła bez przeszkód przez biurokratyczne trudności, ale także została niemal z honorami powitana najpierw w zajeździe, a następnie w oberży. Mnogość gości bardzo ucieszyła gnoma w każdym bowiem widział potencjalnego neofitę. W myślach już układał przemowę, jaką uraczy wszystkich obecnych gdy tylko zwilży gardło miejscowym piwem.

Szybko okazało się, że Kamień Grzmotów jako ostatni bastion cywilizowanego świata borykać się musi z wieloma problemami.
Jabadoock siadając obok wuja Randal rzekł głośno:
- Nie macie się czym martwić panie. Teraz przybyliśmy tutaj my i wszelkie zło musi się mieć na baczności. Z pomocą Księżycowej Pani zaprowadzimy tutaj należyty porządek. Możesz mnie panie trzymać za słowo, a wiedz że nie mam w zwyczaju rzucać ich na wiatr. Być może znamy się od niedawna - rzekł kapłan wskazując dłonią swych kompanów - ale musisz wiedzieć panie, że jesteśmy niezwykle zgrani i nasze talenty doskonale się uzupełniają. A każdy z moich kompanów to nie tylko porządny i uczciwy człowiek, który bardziej dba o interes i bezpieczeństwo cudze niźli o własne, ale także pierwszej klasy specjalista w swoim fachu. Zdolności i umiejętności Randala zapewne nie są ci obce, pozwól jednak panie, że w kilku słowach przybliżę ci członków naszej kompani.
Po tych słowach gnom zaczął przedstawiać każdego z członków drużyny nie szczędząc przy tym pochwał i komplementów. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że gnom wpadł właśnie w jeden swoich słynnych słowotoków i tylko czyjaś radykalna interwencja mogła to przerwać, gdyż jasnym było, że gdy tylko Jabadoock skończy przedstawiać członków drużyny rozpocznie jedno ze swoich kazań na temat Księżycowej Pani.
 

Ostatnio edytowane przez Ereb : 31-10-2014 o 16:50.
Ereb jest offline  
Stary 31-10-2014, 22:20   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 6567 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Wiele mil stąd i wiele miesięcy wcześniej...

... Liadon obrócił się plecami do swej rodzinnej wioski i, wbrew rodzinnym tradycjom, wyruszył w świat.
Zwiedzić świat, przeżyć kilka przygód.
Kawałek świata przeszedł, przygody też mu się przytrafiały. Aż wreszcie ugrzązł na skraju Hullack.

***

Nuda.
Nie da się ukryć, że służba w Kamieniu Grzmotów nie była czymś, co dostarczało członkom stacjonującej tu kompanii Purpurowych Smoków zbyt wiele emocji.
Niby Las Hullack o krok, niby bandy krwiożerczych potworów, ale rozkazy były rozkazami, a te można było opisać jednym słowem - chronić. A to sprowadzało Smoki do roli psów podwórkowych, uwiązanych na łańcuchu i najwyżej podgryzających łydki tych nieproszonych gości, co to mieli pecha znaleźć się w zasięgu niezbyt długiego łańcucha.
Nie, Liadon nie mógłby zaprzeczyć - szkolenie, jakie odbył w strażnicy, nie zdało się (nawiązując do poprzednich porównań) psu na budę. Nauczył się paru ciekawych rzeczy, przydatnych bez wątpienia podczas wędrówki na szlaku, ale... Ale jednak okazało się, ze życie pod dachem i słuchanie pod dachem niezbyt Liadonowi odpowiadało.

- Szkoda, ale nie ty pierwszy i, zapewne, nie ostatni - powiedział jednooki weteran, pełniący w kompanii funkcję pisarza, kwatermistrza i bogowie wiedzą kogo jeszcze. - Twój żołd - dodał, przesuwając po ladzie garść monet.
- I tu podpisz. - Paluchem pokazał miejsce w grubej księdze.
Wystarczyło postawić kilka literek i kariera Liadona w Purpurowych Smokach oficjalnie się skończyła.

Nie po to wszak wyruszył w świat, by siedzieć w czterech ścianach niczym w celi.

***

Walka z wyłażącym z lasu paskudztwem stanowiło od czasu do czasu całkiem ciekawą, choć i niebezpieczną rozrywkę, jednak walka z potworami zdecydowanie nie była tym, o czym przez całe życie marzył Liadon.
Dokoła było wiele ciekawych możliwości. Plotki mówiły o wielu bardzo interesujących rzeczach. Problem polegał jednak na tym, że owe nader interesujące rzeczy należało raczej robić w jakimś towarzystwie - najlepiej dosyć zgranym, a nie w byle jakiej zbieraninie. A niektórzy z tych, co przybywali do Kamienia Grzmotów... cóż... zdawać się mogło, że bardziej się nadawali do napadów na karawany.


***

Grupka, która odwiedziła oberżę „Korbacz i Kołacz”, wyglądała nieco inaczej, niżhordy awanturników nawiedzających Kamień Grzmotów. A jeden z członków owej kompanii wydał się Liadonowi jakby znajomy.
Leśny elf wstał od stołu i podszedł do stołu, przy którym zasiadła szóstka osób różnych ras i w różnym wieku. Grupki, wśród który znajdował się rozgadany gnom.

- Można na chwilę? - spytał, skinąwszy wpierw głową Afrei, którego zdążył przelotnie poznać podczas swego półrocznego ponad pobytu w Kamieniu. - Liadon Galanodel - przedstawił się. - Czy my się czasem kiedyś nie spotkaliśmy? - zwrócił się z pytaniem do człowieka, którego twarz wydała mu się znajoma.
 
Kerm jest offline  
Stary 01-11-2014, 00:46   #5
 
Baird's Avatar
 
Reputacja: 725 Baird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwu
Przez wiele tygodni Rottis wędrował sam, za jedynego towarzysza podróży mając tylko Eustachego, muła który pełnił funkcje tragarza.
Była z nimi również Esmeralda, półtorak zdobiony elfimi znakami na klindze oraz czerwoną wstążką na rękojeści. Na wstążce można była znaleźć orkowe pismo bardzo przypominające krasnoludzkie runy.
Tekst okrążał całą rękojeść, a mówił on krótko.
Cytat:
Nadah Dargh Korghar
Co znaczy po prostu
Cytat:
Nie idź drogą nienawiści
Przypomnienie dla Rottisa, aby nie dał się pogrążyć zemście.
Z czasem grupa rozrastała się o nowych członków. Najpierw był to mnich Malakai, który przysięgał, że jest złotym smokiem Bahamuta. Rottis z jakiegoś powodu od razu mu uwierzył, lecz nie powiedział tego otwarcie, nazywając go sporadycznie szaleńcem. Wojownik wiedział, że Bahamut jest potężnym bogiem zdolnym do takich czynów, w końcu zmienił on całe życia wojownika, nadał mu sens i cel. Drugim towarzyszem podróży okazał się być gnomi kleryk, który wyszedł do nich prosto z lasu, gdy dwaj słudzy Bahamuta odbywali postój. Trójka, a w sumie piątka jeśli liczyć Esmeraldę i Eustachego, podróżowała w niewielkim składzie przez dłuższy czas, aż dołączył do nich elfi mag, potężny, lecz zdaniem Rottisa, strasznie denerwujący czarokleta o imieniu Varis. Gdy byli parę dni od Strażnicy, wspólnego celu całej czwórki, w środku lasu dołączył do nich młody Randal, druid z długiej linii druidów, która od pokoleń strzegła lasów Cormyru.

Na bramie zatrzymał ich niewesoły urzędnik. Jego ton był tak spokojny, że przez moment Rottis zastanawiał się czy ten człowiek żyje czy może jest tylko ożywionym trupem.
~W sumie niewielka różnica w przypadku urzędnika.~ Pomyślał i podszedł bliżej, gdy nadeszła jego kolej na odpowiedź.
- Nazywam się Rottis Blencher.- Odpowiedział wojownik.- Zajmuję się...- Rottis przez chwilę szukał odpowiednich słów by określić swój cel w Strażnicy.- Rozwiązywaniem problemów.- Powiedział w końcu. Brzmiało to lepiej niż "zabijam ludzi i potwory za pieniądze.- Słyszałem, że są tu braki w umiejętnych wojownikach zdolnych robić coś więcej niż pierdzieć w stołki.- Powiedział patrząc z pogardą na strażników stojących za urzędnikiem.
- A więc najemnik.- Urzędnik odpowiedział monotonnie.- Możesz przejść. Przy garnizonie znajdziesz tablicę ogłoszeń na której możesz poszukać pracy. Proszę o nie utrudnianie pracy strażnikom. Następny!- Urzędnik machnął dłonią, a Rottis wszedł do środka.

Jakiś czas później w "Pod Halabardą" Rottisa zaskoczył tłum jaki ujrzał. Wojownik nie był miłośnikiem hucznych imprez więc gdy tylko znalazł się dla niego kąt w którym mógł zostawić swoje rzeczy, i w którym po wizycie w pobliskim "Korbaczu i Kołaczu" będzie mógł odespać długą i męczącą podróż opuścił zjazd rodziny Randala i udał się właśnie do owej oberży za ścianą.
W niedługim czasie dołączyła do niego reszta towarzyszy w tym Randal i jego wuj. Mieli oni sporo do nadrobienia, z tego co zrozumiał Rottis chodziło o sprawy rodzinne więc nawet zbytnio się nie przysłuchiwał.
Rottis rozluźnił się trochę po drugim piwie, po trzecim zaczął się nawet śmiać z dowcipów Jabadoocka czy narzekań Varisa. Rottis zastanawiał się ile czasu zajęłoby, aby w drzwiach pojawiły się Smoki, gdyby któryś z jego towarzyszy, a może i on sam zaczął sprawiać problemy. Gdyby Jabadoock nagle wziął się za pouczanie bandy awanturników siedzącej po przeciwnej stronie karczmy, gdyby niewidzialny służący Varisa nagle przyniósł mu piwo nie płacąc za nie, lub gdyby Malakai zaczął żonglować płonącymi obiektami lub opowiadać o swoim smoczym pochodzeniu. Lub gdyby po prostu on opukał komuś facjatę.
Nic takiego jednak nie miało miejsca, ta grupa poszukiwaczy przygód nie poszukiwała kłopotów. Wszyscy byli dobrymi i grzecznymi obywatelami. Wszyscy przestrzegali prawa, bynajmniej na razie.
Nagle do stolika podszedł elf.
- Można na chwilę? - Spytał, skinąwszy głową.- Liadon Galanodel.- Przedstawił się elf.- Czy my się czasem kiedyś nie spotkaliśmy? - Zwrócił się z pytaniem do Rottisa. Wojownik od razu poznał elfa, w końcu nie starzeją się oni tak szybko jak ludzie, miał jednak zamiar trochę się z nim pobawić.
Wojownik położył Esmeraldę na stół.
- Masz jakiś problem elfie?- Zapytał zastraszającym tonem w języku elfim.- Esmeralda tutaj na pewno pomoże ci w jego rozwiązaniu.- Rottis wyjął miecz z pochwy ukazując elfie znaki.
Laidon spojrzał najpierw na twarz wojownika zastygłą w kamiennym wyrazie martwej, wręcz zabójczej obojętności, a następnie na miecz.
Przy rękojeści znajdował się symbol słońca, przy końcu klingi zaś księżyca. Runy między nimi układały się w wyrazy, te zaś tworzyły zdanie.
Cytat:
Anu. Faru Edin Sertim Ai Du Sorem Ai Foris Vvandir Oner Ai Sori Lirendam Ori. Meru.
Co znaczyło dokładnie.
Cytat:
Słońce. W najjaśniejszy dzień i najciemniejszą noc, wszelkie zło dosięgnie ma moc, złych mocy czciciele marni, gdy stoję na straży nie pozostaną bezkarni. Księżyc.
Elf od razu przypomniał sobie do kogo należy ów miecz, wykuty przez Leandrosa, najlepszego kowala jakiego widziała jego wioska, ostrze to zostało podarowane ludzkiemu chłopcu, który kiedyś trafił do ich osady.
- Oczywiście Esmeralda, jak mogłem ją zapomnieć!- Powiedział z uśmiechem w elfim. W tym momencie twarz Rottisa również ozdobił uśmiech.
- Nie dziwi, że mnie w pierwszej chwili mnie nie poznałeś, gdy się ostatnio widzieliśmy byłym ledwie zbłąkanym chłopcem, teraz zaś stoi przed tobą oszpecony mężczyzna. Powiedz mi lepiej, stary przyjacielu, w jaki sposób znalazłeś się tak daleko od domu.- Rottis pchnął stopą stołek, na którym do tej pory spoczywała jego prawa noga, dając tym samym znak Liadonowi, aby się przysiadł. Elf skorzystał z zaproszenia.
 
__________________
Najwspanialszą rzeczą w grach Roleplay jest tworzenie postaci. Czasem jest to bardziej ekscytujące od samej gry. Nie ważne czy tworzysz bohatera gracza czy NPC, jeśli wkładasz w grę odpowiednio dużo serca stworzysz niezapomnianą postać, nawet jeśli ów postać zaraz umrze. Wtedy zabawa rozpoczyna się od nowa.

Ostatnio edytowane przez Baird : 01-11-2014 o 21:40.
Baird jest offline  
Stary 01-11-2014, 21:50   #6
 
Ogryzek Szatana's Avatar
 
Reputacja: 67 Ogryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znanyOgryzek Szatana wkrótce będzie znany


Wielki żmij siadł na szczycie iglicy, spojrzał w doł. Święci wojownicy otoczeni zostali przez chmarę orków, wycieńczeni nieprzerwaną walką z ciągle wypełzającym przeciwnikiem. Mógł im pomóc, ale swoje już zrobił. Oblizał paszczę z krwi niedawno zabitego smoka.

- Dlaczego nam nie pomagasz!? - dało się usłyszeć przygłuszone pokrzykiwanie z pola bitwy - Pan Południowych Wiatrów obiecał, że podczas najbliższego starcia jeden z jego wiernych smoków będzie służył nam pomocą! Dlaczego więc nam nie pomagasz!?

- Milcz, bezczelny człowieku, swoje zrobiłem, nie mam zamiaru robić za was wszystkiego. Jeżeli nie potraficie się sami obronić, nie jesteście godni służyć mojemu panu.
Wypowiedziawszy te słowa, wzbił się wysoko w powietrze i zniknął pośród chmur.


***

Obudził się pośród gęstego, leśnego poszycia. Nie wiedział gdzie się znajduje, jednak doskonale pamiętał co nastąpiło zaraz przed przebudzeniem. Bił się z myślami, starając skupić na aktualnej sytuacji, zorientować w otoczeniu.
Las, jak każdy inny, ciężko było je rozpoznać z poziomu gruntu. Gdyby mógł tylko wzlecieć nad korony drzew, od razu wiedziałby gdzie się znajduje.
Spojrzał na swoje dłonie, były takie miękkie i gładkie, zupełnie jak... ludzkie?

Przemyślenia przerwał głośny wrzask, dobiegający gdzieś z południa. Nie zastanawiając się chwili dłużej, pobiegł w tym kierunku, docierając na skraj niewielkiego traktu.
Gobliny, paskudne, małe i niewiele warte stworzenia, chichocząc i charcząc, biegły w kierunku niewielkiej grupy podróżnych. Malachi brzydził się tymi istotami, potrafiły jedynie mordować i niszczyć, były jak karaluchy, tylko znacznie bardziej niebezpieczne.
Nie jednak dla niego, był potężny i silny, jednym machnięciem ogona był w stanie pogruchotać im wszystkim kości. Wbił się prosto w sam środek ich szarży, rozbijając na boki kilka goblinów.

Gdyby nie pomoc wcześniej zaatakowanych ludzi, ciężko stwierdzić, czy wykaraskałby się z takiej sytuacji. Nie miał swojego potężnego ogona, nie mógł zmieść ich smugą ognia czy też oswobodzić się, wylatując w górę.
Razem z podróżnymi udało się zabić większość z goblinów, reszta uciekła w panice.

- Umm... Dziękujemy Ci... przybyszu...
Ciężko było stwierdzić, czy podróżni byli bardziej szczęśliwi z powodu nieoczekiwanej pomocy, czy też zdezorientowani z powodu źródła tej pomocy. Nagi mężczyzna stał przed nimi, umorusany w ziemi i krwi, pokaleczony lekko przez krzewy.
- Nie obawiajcie się, nazywam się Malachi i możecie być mi wdzięczni.
Nikt nie odzywał się przez dłuższą chwilę, więc Malachi dodał.
- Rozumiem, że jesteście w szoku. Nieczęsto spotyka się tak majestatycznego smoka, jak ja.
Wszyscy roześmiali się po tych słowach, wypowiedzianych z dumą i wyższością. Najwyraźniej mieli do czynienia z szaleńcem. Normalnie omijaliby takiego z daleka, jednak ten uratował im skórę, postanowili odwdzięczyć się, dali mu ubrania oraz strawę na drogę, wskazali drogę do najbliższego miasta i życzyli pomyślnej drogi.


***

Malachi wędrował po świecie, starając się przyzwyczaić do swojego nowego ciała. Było silne i sprawne, przynajmniej jak na człowieka, jednak nie dla niego.
Spotkał wielu mieszkańców Torilu, zaczął poznawać ich kulturę. Zwyczaje były dziwne, jednak mniej obce z każdym mijającym dniem. Odkrył, jak wiele radości pospolite rasy czerpią z zabawy, samemu oddał się trochę bardziej hedonistycznemu stylowi życia, niż wcześniej.

Co jednak było największą zmianą - zaczął lubić te istoty. Wcześniej nie miał okazji do ich bliższego poznania, a raczej samemu jej sobie nie dawał, trzymał na dystans każdego człowieka, elfa czy krasnoluda, uważając ich za rasy niższego szczebla, które nie mają znaczenia w szerszym uniwersum.
Byli jednak oni różni, nieprzewidywalni, jedni dobrzy i życzliwi, inni źli i podli. Za cel postawił sobie rozpoznawać te zachowania, uważał to za jeden z ważniejszych czynników obcowania z nimi, szczególnie, jeżeli miał być jednym z nich.


***

- Poproszę każdego z was o imię. Jaki jest wasz powód pobytu?
Poczekał na wytłumaczenie reszty członków drużyny, po czym powiedział o sobie.
- Jestem Malakai, przywiały mnie tutaj plotki o problemach w tych okolicach. Można powiedzieć, że jestem poszukiwaczem przygód.
- Najemnik - odnotował urzędnik.
- Wchodź, przestrzegaj prawa, nikomu się nie naprzykrzaj i przeczytaj tablicę ogłoszeń.

Kiedy Malakai przekraczał bramę do warowni, urzędnik parsknął na odchodne pod nosem.
- Poszukiwacz przygód, psia go mać...


***

"Pod Halabardą", wdzięczna nazwa. Zajazd wypchany był niemal po brzegi, jak zaraz się okazało, większość krewnymi Randala.
- Hej, oblężenie podobno się skończyło! - Żartobliwie powiedział, kiedy krewniacy zaczęli witać się z Randalem.
Cierpliwie poczekał, aż powitania dobiegły końca i był zdecydowanie zadowolony z tego, że wybierają się do karczmy, pogadać z wujem Afreiem. Może niekoniecznie oni, a Randal, jednak robiło się już trochę zbyt ciasno.

"Korbacz i Kołacz", jeszcze lepiej. Ciekawe, czy podawali tutaj kołacz, czy chodziło o coś innego. Z drugiej jednak strony, lepiej, żeby specjalności przybytku nie były wymienione w jego nazwie, kołacz dało się przeboleć, korbacz niekoniecznie.

Wszyscy mogli wreszcie się rozsiąść. Nie były to królewskie fotele, a drewniane, lekko krzywe stołki, jednak nader wygodne po długich wędrówkach.
Nie pytając o pozwolenie chwycił jedno jabłko i zaczął powoli chrupać.
- Młody ma do pogadania z wujem, jak lubię tego słuchać, proszę Cię, skończ Jabadoock - Uśmiechnął się, po czym wstał od stołu.

Odszedł ledwie kilkanaście kroków, żeby dalej widzieć stolik towarzyszy, a jednocześnie mieć w zasięgu jedną z młodych służek.
- Słonko, skąd taka skwaszona mina na tak ładnej buzi?
Chciał po prostu pogadać z kimś innym, niż drużyna, a i może dziewczyna się trochę rozchmurzy.

Widząc, że ktoś dosiadł się do Rottisa, obserował sytuację, jednocześnie czekając na ewentualną odpowiedź służki.
 

Ostatnio edytowane przez Ogryzek Szatana : 25-11-2014 o 03:16.
Ogryzek Szatana jest offline  
Stary 02-11-2014, 05:26   #7
 
Balzamoon's Avatar
 
Reputacja: 103 Balzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znanyBalzamoon wkrótce będzie znany
Urzędnik spojrzał bez zainteresowania na Księżycowego Elfa, gdy ten do niego podszedł.
~ Nazywam się Varis Nailo z Evereski, jestem adeptem sztuki tajemnej. Jeżeli chodzi o cel pobytu...~ elf zmyślił się na chwilę.
~ Określmy go jako poszukiwanie godziwego zarobku, w granicach dozwolonych przez prawo i dobre wychowanie. O ile coś takiego się tutaj praktykuje.~ mina starszego człowieka świadczyła wyraźnie że ostatnia uwaga nie przypadła mu do gustu.
~ Adept sztuki tajemnej? Znaczy...eee... czarownik?~ odrobina uczuć, a dokładniej niepokoju, w głosie mężczyzny była zaskakująca.
~ Czarodziej, na bogów, z klasycznym elfim wykształceniem w tym kierunku.~ pióro zaskrzypiało niemiłosiernie podczas zapisywania odpowiedzi. Następnie biurokrata przerzucił kilkanaście stronic w poszukiwaniu odpowiednich przepisów.
~Zakazane jest używanie niebezpiecznych czarów zarówno w obrębie osady jak i twierdzy. Bez należytych powodów nie należy rzucać kulami ognia, przywoływać błyskawic i trujących chmur, dotyczy to również innych czarów mogących ranić osoby postronne. Za szkody poczynione przez istoty wezwane lub kontrolowane odpowiedzialny jest czarujący. Czary mamiące i zwidy użyte przy handlu, są traktowane jak oszustwo. W zależności od sytuacji przewidywane są kary od grzywny, przez chłostę, łamanie kołem do ścięcia włącznie.~ głos urzędnika powrócił do normy, czyli przypominał monotonne mruczenie. Z podobną intonacją odczytywałby spis mieszkańców.
~ Rozumiem, postaram się nie wybić mieszkańców, nie zniszczyć osady, nie spalić twierdzy, nie okraść wszystkich kupców korzystając z zaklinania i iluzji. Z dobroci serca powstrzymam nawet mojego oswojonego demona i nie pozwolę mu polować na dzieci!~ Varis nie mógł się powstrzymać od sarkazmu. O ile na skrybie nie wywarł żadnego wrażenia to wojacy ścisnęli mocniej piki i przesunęli się nieco zastawiając drogę.
~ Czy teraz mogę już ruszyć za moimi towarzyszami, gdyż zdołali się nieco oddalić? Chciałbym ich dogonić w standardowy sposób i nie być zmuszonym do przyzywania mojego piekielnego rumaka.~ nie potrafił sobie darować elf.
~ Przypominam, że za szkody wyrządzone przez przyzwane istoty...~ wreszcie do urzędnika dotarło. Rzuciwszy elfowi krzywe spojrzenie skinął głową strażnikom którzy, na ten znak, odsunęli się robiąc przejście.
Varis musiał dobrze wyciągać nogi żeby dogonić towarzyszy. W trakcie pościgu opuściła go złość i przeklął w duchu swój nieopanowany jęzor. Miał tylko nadzieję że obejdzie się bez reperkusji i szykan ze strony miejscowych władz.

Miejscowość nosiła wyraźne ślady niedawnego oblężenia jednak, najważniejsze z punktu widzenia podróżnych, karczma i gospoda pozostały niemal nietknięte. Przyjęcie jakie otrzymał Randal, spowodowało że elf skrzywił się i wyszedł. Po prostu nie przepadał za tłokiem. W Everesce każdy miał dostatecznie dużo miejsca dla siebie, tutaj wśród tylu ludzi nie czuł się dobrze. Jak dotychczas nie miał z tym problemu, po prostu omijał większe miejscowości, a ostatnie tygodnie spędzone w kompanii też nie były problemem – w końcu było ich tylko pięciu... choć Randal zapewne doliczyłby jako towarzyszy również rysia i muła, a Rottis dorzuciłby jeszcze miecz. Do tego jeszcze Malakai uważający się za smoka... gdyby ktoś podsłuchał ich rozmowy przy wieczornym ognisku wziąłby ich za bandę wariatów. Krzywy uśmiech zagościł na ustach Varisa, pasowali do siebie.

Zdecydował się wykorzystać chwilę czasu którą otrzymał od losu. W końcu zanim druid wyściska wszystkich, to minie kilka minut. Nie żeby elf miał coś przeciwko ściskaniu, widział tam jedną, czy dwie osóbki które... odpędził nieprzyzwoite myśli. Co jak co, ale wolał mieć w Randalu druha, a nie wroga. Znali się zaledwie kilka dni ale zdążył polubić tego wiecznie wesołego młodzika. Varis rozejrzał się za ustronnym miejscem, które na dodatek by nie śmierdziało za mocno. Znalazł takie za gospodą, tuż pod oknami pokojów.

Na lewej ręce ułożył księgę, otwartą na stronie z czarem, następnie rozpoczął inwokację, rysując różdżką w powietrzu ciągi znaków. Pismo przez chwilę pozostawało w powietrzu lśniąc różnymi kolorami by po chwili rozwiać się niczym dym. Niemal już kończąc czar Varis usłyszał jakiś zduszony okrzyk. Zdoławszy utrzymać koncentrację wypowiedział ostatnie słowa, przez chwilę z końca różdżki unosiła się smużka szmaragdowego dymu, poruszana wiatrem który wiał gdzieś w innym świecie. Gdy się rozwiała czar był gotowy, a elf odczuł obecność istoty oczekującej na rozkazy. Jednak miał w tej chwili inne zmartwienia na głowie. Odwrócił się w stronę z której usłyszał okrzyk. Wychylona przez okno niemal do połowy, z rozwartymi szeroko oczyma i otwartą buzią, patrzyła na elfa rudowłosa kuzynka Randala. Varis uśmiechnął się do niej i wypowiedział słowa serii pomniejszych czarów. Przed dziewczynką pojawił się przepiękny, szmaragdowo-zielony motyl. Mag nie przewidział tylko jednego. Że dziecko będzie chciało dotknąć motyla, w rezultacie czego straci oparcie i... wypadnie z okna na pierwszym piętrze.

Czarodziej skoczył na pomoc nawet nie wiedząc kiedy. Całe szczęście że był blisko. Niestety nie należał do osiłków, więc koniec końców wylądował z dziewczynką na ziemi. Tyle dobrego że on był na dole. „To by było na tyle jeżeli chodzi o dumę i godność.” Pomyślał, czując jak błoto zmieszane z popiołem dostaje mu się za kołnierz, a z rozbitej głową dziecka wargi zaczyna ciec krew. No i jeszcze ból żeber – jakimś cudem udało mu się nie upuścić też księgi. "Nie spodziewałem się po sobie tak świetnej koordynacji ruchowej. Mimo to następnym razem powstrzymam się od popisów.” Nagle zrobiło się zamieszanie. Okazało się że mała nie była w pokoju sama, więc kilka chwil po wypadku za gospodą zrobiło się tłoczno. Ktoś zabrał dziewczynkę, która dopiero teraz zaczęła płakać. Przyjazne dłonie pomogły postawić elfa na nogi. Rozejrzał się i poczuł niczym osaczony wilk. Dookoła tłoczyło się co najmniej tuzin osób, obojga płci, a każda starała się coś powiedzieć, nie bacząc na to że musi przekrzyczeć innych.

~ Cisza! Cisza mówię!~ jedna z kobiet starała się opanować rozgardiasz. Varis skojarzył, że Randal wskazał ją jako właścicielkę gospody.
~ Rawka, Elisa zajmijcie się Amali.~ wskazała młodą kobietę, która już wcześniej zwróciła uwagę elfa i starszą matronę.
~ Reszta niech się zajmie swoimi sprawami, wygląda na to że nikomu nic się stało.~ przez chwilę przyglądała się twarzy elfa.
~ No, przynajmniej nic poważnego. Do wesela się zagoi. Przygotujcie wodę żeby...~ tu zawahała się zdając sobie sprawę że nie wie jakiego miana użyć.
~ Varis Nailo.~ wycedził czarodziej.
~ Tak więc przygotujcie wodę dla pana Nailo, żeby mógł się obmyć z błota. Ubranie pewnie trzeba będzie wyrzucić, takie plamy ciężko się spierają.~ westchnęła głęboko, a elf przez chwilę przestał myśleć o bólu. Nie na darmo jednak ćwiczył od wielu lat silną wolę, więc oderwał wzrok od biustu kobiety i spojrzał jej w oczy.
~ Nazywam się Salomme Mansanas i jestem właścicielką “Pod Halabardą”, zapraszam do środka.~ powiedziała gospodyni.
~ Ubrania nie trzeba brać pod uwagę. Natomiast zdecydowanie i z przyjemnością dokonam ablucji.~ niezrozumienie jakie pojawiło się na twarzach ludzi uzmysłowiło mu że są to istoty proste i niewykształcone.
~ To znaczy się umyję.~ w ostatniej chwili powstrzymał się przed dodaniem kilku cierpkich słów o ich wykształceniu.

Zaprowadzono go do kuchni, a uczynni członkowie rodziny Randala przynieśli jego ekwipunek. Na początku Varis był spięty, ale po kilku minutach zdołał się rozluźnić. Okazało się że do ciągłego gwaru można się nie tylko przyzwyczaić, ale nawet odrobinę polubić. Serdeczność tych ludzi zdołała nieco nadkruszyć mur, za którym elf ukrył swoje uczucia. Wolał więc nie ujawniać, że tuż obok niego stoi jego nuro, nie wiedział jak by zareagowali. Wodę zagrzano w kilka minut, w końcu nie chodziło o napełnienie balii, tylko dużej misy. Zamknąwszy za sobą drzwi do łaźni, Varis zdjął pobrudzone ubranie i uważnie się umył, korzystając nieco z pomocy sługi. Co prawda wolałby żeby ktoś inny umył mu plecy... „Zdecydowanie zbyt długo jestem już w podróży, tylko jedno mi w głowie. Trzeba będzie powtórzyć ćwiczenia oddechowe i koncentrację. Poza tym to ludzie. Co prawda Trasin mówił że ludzkie kobiety są jak ogień w porównaniu z elfkami. Ciekaw jestem czy te rude są jeszcze bardziej żywiołowe. Na kohorty piekieł, uspokój się! Wdech, powolny wydech.... wdech... wydech... pomyśl o krasnoludzkiej staruszce w negliżu... wdech... wydech. Krasnoludzica zawsze działa. Odechciewa się wszystkiego. Nawet żyć.” Czarodziej zdecydował się czymś zająć i obejrzał uważnie ubranie. Nie było uszkodzone ale niemiłosiernie brudne, jednak nadal w zasięgu działania czaru. Zdążył oczyścić i włożyć spodnie gdy usłyszał jakieś szepty. Wydawało się że dochodzą zza jednej ze ścian. Elf wytężył słuch.

~ Mówię ci że to nie zwykły elf, Rawka. Jest taki jak stryj Feren czy kuzyn Randal a jednocześnie inny. To czarodziej!~ dziecinny głos przeszedł niemal w pisk przy ostatnich słowach.
~ Cicho Amali. Jakby był czarodziejem to by wiedział że chcemy go podejrzeć.~ drugi głos należał do osóbki nieco starszej. Varis uśmiechnął się lekko. Postanowił nie przeszkadzać, skoro już nie było na widoku niczego co mogło zgorszyć małą Amali. Rozległ się cichutki stuk, gdy sęk został wypchnięty z deski. Elf ledwie powstrzymał się przed wybuchnięciem głośny śmiechem. Chwilę zajęło mu uspokojenie się. „Niech mają widowisko. Co prawda miałem już tego nie robić, ale magia jest po to żeby jej używać.” Podniósł wysoko koszulę, obejrzał plamy, pokiwał smętnie głową, a następnie zaczął przedstawienie.
„Trzymaj” wydał mentalne polecenie nuro. Dla osób postronnych wyglądało jakby koszula zawisła w powietrzu. Zdumione westchnienie mile połechtało dumę czarodzieja. Prostym czarem oczyścił koszulę. Błoto ściekło do misy, pozostawiając idealnie czysty materiał. Następnie nasycił materiał zapachem świeżego igliwia i postarał się żeby niezupełnie przypadkowy podmuch powietrza poniósł ten zapach w stronę ściany.
~ Amali! Rawka! Wy zbójeckie nasienie!~ krzykom towarzyszyły odgłosy kojarzące się nieodparcie z trzepaniem dywanu lub mokrą ścierką uderzającą o spódnice.
~ Ała, ciociu, przepraszamy! Już nie będziemy! Ałaaaaaa!~ Amali rozpłakała się na całe gardło. Druga winowajczyni zachowała ciszę.
~ Marsz do pokoju! Biegiem! Później do was przyjdę i wtedy zobaczycie! Tydzień na tyłkach nie usiądziecie! Do pokoju, natychmiast!~ głos Salomme było słychać prawdopodobnie nie tylko w łaźni, ale i w całej gospodzie.
~ Tylko spuścisz je z oka i od razu coś wymyślą. Znajdę dla was takie zajęcie że nosa nie wyściubicie z kuchni!~ pomstowała dalej gospodyni.

Varis nie wytrzymał, zaczęło się od chichotu, który przeszedł w głośny, zdrowy śmiech. Śmiał się do łez, ale obolałe żebra powstrzymały dalszy atak wesołości. Otarł oczy i dokończył czyszczenie ekwipunku i niewiele myśląc kazał nuro posprzątać. Sam zaś udał się na poszukiwania Salomme. Znalazł ją w kuchni, gdzie wyładowywała swój gniew ugniatając ciasto. Była sama, chyba każdy kto miał choć odrobinę rozsądku unikał jej w tym nastroju.
~ Pani Mansanas~ elf uśmiechnął się do niej promiennie.
~ Salomme, panie Nailo, Salomme.~ odpowiedziała nieco się uspokajając.
~ W takim razie proszę mów mi Varis, Salomme.~ zdecydował się zaufać intuicji mówiącej mu że może zaufać rodzinie Randala.
~ Przepraszam cię za to zajście, nie wiem co tym dziewczynom strzeliło do głowy... Na Selune!~ gospodyni odskoczyła gwałtownie, i chwyciła za wielki nóż. Varis obejrzał się. Przez drzwi właśnie wpływały poskładane jeden na drugim ręczniki. Elf wydał mentalnie polecenie, żeby nuro rozwiesił je przy piecu. Oczywiście ręczniki, dzięki czarom, były idealnie czyste ale nadal wymagały wysuszenia.
~ Myślę że wiem co im strzeliło do głowy. Chciały się przekonać czy jestem czarodziejem. No cóż, jestem.~ powiedział z nieco wymuszoną nonszalancją. Salomme musiała przełknąć kilka razy, zanim zdołała coś powiedzieć.
~ A to? Co to jest? Demon?~ wskazała drżącym palcem na rozwieszające się ręczniki.
~ Nie, to tylko... hmm...~ Varis podrapał się po brodzie, jeżeli zacząłby wyjaśnienia to dla osoby niewtajemniczonej w arkana magii, sługa nie różniłby się od demona
~ ... to taki niewidzialny sługa, żebym nie musiał się wszystkim sam zajmować. Jest zupełnie nieszkodliwy i nie pochodzi ani z Piekieł, ani z Otchłani. Ale wracając do tematu, wiedziałem że dziewczęta tam są, byłem już niemal ubrany, więc nie ma potrzeby ich karać zbyt mocno. Prawdę mówiąc nie ma potrzeby karać ich wcale.~ zauważył że jak na razie mógłby mówić do ściany, miało to podobny efekt. Zdecydował się na małe kłamstwo. Uczynił ruch ręką i wydał polecenie, żeby sługa trzymał się kilka metrów od niego i nie wchodził nikomu w drogę.
~ Widzę że mój nuro bardzo cię zdenerwował. Przepraszam za to, już nie będzie sprawiał kłopotów. Odesłałem go.~ Salomme trochę oprzytomniała i wreszcie zaczęła patrzeć na elfa.

~ Panie Nailo...~ zaczęła.
~ Varis. Nie zmieniłem się przez te kilka chwil. Nadal jestem tym samym elfem któremu Amali omal nie wybiła zęba. Swoją drogą ma strasznie twardą głowę, pewnie do nauki też.~ skrzywił się, starając kulawym żartem nieco rozładować atmosferę.
~ Salomme, pozwolisz że udam się na poszukiwanie moich towarzyszy.~ widząc że się wzdrygnęła, zapewne wyobrażając sobie jakieś dziwaczne istoty, pośpieszył z zapewnieniami że tak nie jest.
~ Zapewne siedzą w karczmie i popijają piwo. Przybyłem tutaj z Randalem, może to cię uspokoi.~ rzeczywiście powołanie się na znajomość z młodym druidem przyniosło nadspodziewanie dobry efekt.
~ Randal cię zna? A, to dobrze, to dobrze.~ odetchnęła z ulgą.
~ Masz rację, mój mąż zabrał Randala do “Korbacza i Kołacza” żeby w spokoju porozmawiać. Tam ich znajdziesz... Varisie~ kobieta zawahała się zanim powiedziała imię elfa.
~ Widzisz, moje imię nie ugryzło. Przepraszam za to że cię przestraszyłem. Nie karz dziewcząt, nie zasłużyły sobie, no może gdyby zaczęły podglądać kilka minut wcześniej...~ ostatnie słowa rzucił już w drzwiach.

Gdy wyszedł z gospody odetchnął głęboko. Wiedział że strach i przesądy dotyczące magii są głęboko zakorzenione w ludziach, ale wiedzieć a zobaczyć to dwie różne rzeczy. Zwłaszcza gdy się pochodzi z Evereski, gdzie każdy Tel-quessir używa magii na co dzień, a Mythal zapewnia ochronę. Ruszył powolnym krokiem w stronę karczmy, jego towarzysze bawili w niej od co najmniej dwu kwadransów. Ciekaw był co zastanie w środku. Za nim bezgłośny i niewidzialny sunął jego nuro.
 
__________________
"Prawdziwy mężczyzna lubi dwie rzeczy – niebezpieczeństwo i zabawę, dlatego lubi kobiety, gdyż są najniebezpieczniejszą zabawą."
Fryderyk Nietzsche

Ostatnio edytowane przez Balzamoon : 02-11-2014 o 14:19. Powód: Zmiana nazw.
Balzamoon jest offline  
Stary 02-11-2014, 15:32   #8
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 1226 Clutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumnyClutterbane ma z czego być dumny

- Nazywam się Rottis Blencher - odpowiedział wojownik. - Zajmuję się... - Rottis przez chwilę szukał odpowiednich słów, by określić swój cel w strażnicy. - Rozwiązywaniem problemów - powiedział w końcu. Brzmiało to lepiej niż "zabijam ludzi i potwory za pieniądze. - Słyszałem, że są tu braki w umiejętnych wojownikach zdolnych robić coś więcej niż pierdzieć w stołki - powiedział patrząc z pogardą na strażników stojących za urzędnikiem.

- A więc najemnik.- Urzędnik odpowiedział monotonnie. - Możesz przejść. Przy garnizonie znajdziesz tablicę ogłoszeń na której możesz poszukać pracy. Proszę o nie utrudnianie pracy strażnikom. Mułem zajmą się stajenni - paź w poszarpanym kaftanie i pończochach zjawił się niemal tak szybko, jak potrafi to robić niewidzialny sługa Varisa, aby umiejscowić spoconego Eustachego koło jucznych zwierząt kupców, zmęczonych od dźwigania niemal wszystkich rodzajów towarów. Rottis uśmiechnął się, lecz sługa potraktował wykrzywienie warg na pokrytej szramami twarzy jako wyraz dezaprobaty, ponieważ odskoczył szybko w tył, a jego oczy wyrażały nieufność, jak gdyby w każdej chwili spodziewał się uderzenia, nie spodziewając się po najemniku nawet odrobiny sprawiedliwości.

- Następny!

- E, młody! - Rottisa zawołał ponury weteran, dotąd przyglądający się całemu teatrzykowi. Surowość na jego twarzy musiała być udawana - wyglądał na zatroskanego z tą swoją ascetyczną twarzą, wydętymi policzkami i ściągniętymi wargami. Młody wojownik musiał na nim zrobić dobre wrażenie.


- Mów mi Cenhelm. Co byś się nie błąkał po nocy, masz tu kopię ogłoszenia z tablicy. Powodzenia i do zobaczenia.


POSZUKIWANI ŁOWCY NAGRÓD

Kobold - 5 sztuk złota, płatnych od ogona
Goblin - 10 sztuk złota, płatnych od prawego ucha
Ork - 20 sztuk złota, płatnych od skalpu
Niedźwiedziożuk - 40 sztuk złota, płatnych od prawego ucha

nagroda zostanie wypłacona u kwatermistrza strażnicy



***

Niedaleko stąd, w oberży "Korbacz i Kołacz" na te same ogłoszenie patrzył Liadon, otrzymawszy je wraz z garścią monet żołdu od Swithina, jednookiego kwatermistrza strażnicy. Wydawało mu się, że minęły wieki, od kiedy ostatni raz siedział na koniu. Nie spodziewał się, że dobre, dawne czasy, kiedy to potrzebował jedynie rączego rumaka, ostrego miecza w garści i kilku starych piosenek, które mógłby ryczeć w chórze lekkomyślnych towarzyszy w wielu tawernach, na setkach zakurzonych dróg i na krwawych polach, miały powrócić lada moment. Po raz kolejny do jego serca załomotało pragnienie wędrówek.

***

Pióro skrzypiało dalej. Sądząc po podskakujących brwiach zmęczonego oficjela, musiał przynajmniej parę razy pomylić się w zapisywaniu nazwisk i imion podróżników. Biurokracja powiadacie? To dopiero początek. Gdy zamknięto księgę, gwardziści - rozluźniając chwyty na drzewcach - zbliżyli się do grupy, zaś sam urzędnik wstał, otwierając średnich rozmiarów drewnianą szkatułkę, wyglądającą jak skrzynka na narzędzia.

- Według zarządzenia kasztelana strażnicy, każda broń z ostrymi krawędziami musi zostać zabezpieczona - strażnicy nie czekając na reakcje awanturników zaczęli przymocowywać miecze i widoczne sztylety do pochew skórzanymi pasami, zakładać worki na kołczany i pojemniki na bełty, a broń taką jak sierp Randala obwiązywać skórzanym workiem. Urzędnik następnie zwrócił się w stronę Varisa. - Proszę o solidne zawiązanie lub zamknięcie wszelkich pojemników z komponentami, składnikami, czy jak to wy czarujący to zwiecie - prośba została wygłoszona, gdy żołnierze zawiązywali gruby skórzany rzemień wokół środkowego i serdecznego palca każdej dłoni elfa, co ten przyjął z rozbawieniem. Malakai zdziwił się, gdy postąpiono z nim dokładnie w ten sam sposób. Widocznie uznano, że tak słabo uzbrojony podróżujący pogranicznik musi dysponować jakąś formą magicznej mocy, aby przetrwać. Przedmioty szanowanego w Cormyrze kultu Jabadoocka pozostały nienaruszone.

***



1. Główna brama
2. Wieże flankujące
3. Dziedziniec
4. Stajnia
5. Magazyn dla karawan kupieckich
6. Wieża Leofrica, zarządcy zewnętrznego dziedzińca
7. Prywatne kwatery
8. Pracownia kowala i zbrojmistrza Kilgara
9. Swithin, kwatermistrz strażnicy
10. Stoisko kupca Ewarta
11. Oddział banku Drakkensfildów
12. Wieża strażnicza
13. Fontanna
14. Dom zajezdny "Pod Halabardą"
15. Oberża "Korbacz i Kołacz"
16. Oddział gildii kupieckiej - Ligi Garbarzy
17. Kaplica Tempusa
18. Brama do wewnętrznego dziedzińca
19. Mała wieża
20. Wieża strażnicza
21. Wewnętrzny dziedziniec
22. Stajnie kawalerii
23. Wielka wieża
24. Siedziba kasztelana Kendricka Hardcastle
25. Wieże twierdzy



***

Gdy trąby wybrzmiały, nad wieżami zaległa cisza i mrok. Jedynie fontanna grała cichą symfonię. W oknach paliło się coraz mniej świateł, coraz mniej postaci skakało między pokojami. Noc zapowiadała się na wyjątkowo zimną, toteż bohaterowie spieszyli do ciepłych, przytulnych pomieszczeń. Słyszeli gwar podnieconych rozmów - całe życie strażnicy skupiło się w oberży. Bywalców było więcej niż miejsc siedzących. Targowali się, kłócili, uprawiali hazard, pili i kochali przy lakierowanych blatach stołów, napawając się radościami prostego życia. W powietrzu unosiła się mieszanina wszelkiego rodzaju miłych zapachów, roznoszącą się od tac pełnych parujących dań, wielkich kufli piwa i cynowych kielichów. Aż nie do wiary, że tak otwartych i przystępnych ludzi otaczali zawistni sąsiedzi, hartujący ich w nieustających napadach.

- Słuchaj młodzieńcze - głos Afrei stał się teraz pełnym strachu szeptem, a broda łowcy dotknęła ucha Randala. - Plemionami nawiedzających nas potworów kieruje chaos. Dopóki tak jest, nie stanowią one większego zagrożenia dla Kamienia Grzmotów. Jednak tu i ówdzie pojawiają się pogłoski o czarnym magu, przesiąkniętym dawno już zapomnianym złem, który żyje w szalonym bluźnierstwie, mieszkając z leśnymi straszydłami w kanionie, a pewnie nawet płodząc niektóre z tych stworzeń. To może być coś więcej niż tylko plotka wieśniaków. Widziałem już w głębi boru rozumne, złe drzewa i takie, których korzenie wydawały się sięgać otchłani. Dobrze wiesz, że ciągłe używanie potężnych zaklęć pobudza czasami moce, od których może zatrząść się cały wszechświat. Boję się nawet myśleć, do czego może dojść, jeśli czarownik zjednoczy te bestie - wuj popatrzył na młodego druida z troską. - Nie wiem, czy pogranicze to odpowiednie miejsce dla ciebie i twoich towarzyszy. Mogą tu się pojawić znacznie groźniejsze wyzwania niż powódź zalewająca jakąś zapomnianą wieś.

***

Malakai odszedł ledwie kilkanaście kroków, żeby dalej widzieć stolik towarzyszy, a jednocześnie mieć w zasięgu jedną z młodych służek.

- Słonko, skąd taka skwaszona mina na tak ładnej buzi?

Chciał po prostu pogadać z kimś innym, niż drużyna, a i może dziewczyna się trochę rozchmurzy. Krew napłynęła jej do twarzy ciemnym rumieńcem. Była młoda i odznaczała się niezwykłą urodą, miała olbrzymie, ciemne, nieco skośne oczy; błyszczały krytą frustracją i bezradną wściekłością. Słysząc miłe słowa, zdobyła się na krzywy uśmiech. Uczynnie napełniła kielich gościa winem, po czym jęknęła bezradnie:

- Ci kompletni głupcy znów tu są... Zaczepiają mnie i dziewczyny, a później rozprzestrzeniają kalumnie na nasz temat. Purpurowe Smoki to prawdziwi rycerze, a oni? Potrafią tylko śmiać się głośno i jeść za trzech!

Przy stole w rogu siedzieli, jak się Malakai domyślał, najemnicy z Bandy Żelaznej Obroży. Faktycznie, wyglądali jakby potrafili tylko hulać i żłopać piwo, a żelazo trzymali jedynie do zastraszania wiejskich prostaczków.


- I co Skalf, kilka miesięcy temu twoją jedyną ambicją było grabienie karawan, a teraz jesteś psim parobkiem Cormyru!

- Miałem ambicje, przy których twoje zdają się dziecinne i pozbawione gustu, tępaku z północy.

- Stałeś się zbyt zuchwały, stary kopalniany psie!

- Chcesz, żebym odebrał ci tę zabawkę i złoił ci nią skórę?

- Sapiecie jak świnie taplające się w błocie. Dajcie się człowiekowi w spokoju napić piwa i wyrwać jakąś dziewkę.

- Też mi coś! Żołd tu kiepski, wino kwaśne, poza tym nie lubię białych kobiet. Czarne, z obręczami w nosach i naostrzonymi zębami, to jest to!

- Mei, ślicznotko! - jeden z nich zwrócił się do zagadanej przez Malakaia dziewczyny. Byłabyś z pewnością lepszym siodłem niż służką. Czy mógłbym tej nocy usadzić na tobie swoje bryczesy?

Mei zesztywniała i wstrzymała oddech, słysząc szorstki, skrzekliwy ryk śmiechu.
 
__________________
I cannot understand any active group of intelligent role players submitting to being forced into submissive roles defined by yes or no answers or preplanned responses from some mysterious god author. - Bob Bledsaw
Drodzy Gracze, dedlajny: 26.09.2017 (WW) | 01.10.2017 (rekrutacja do LK)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 24-11-2014 o 11:13.
Clutterbane jest offline  
Stary 02-11-2014, 18:05   #9
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 923 Cedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwuCedryk jest godny podziwu
Randal popijał dobre acz słabe piwo, zagryzał jabłkami wrzucając ich koszyczki z nasieniami do sakiewki. Było miło ciepło od kominku grzało go w plecy, Łata mruczał zadowolony rozwalano na gzymsie kominka. Wtedy to wuj zaczął przekazywać wieści z okolicy, były jak można się domyśleć nader niepokojące. Sam fakt uszkodzenia rozstajów oraz pojawienie się w ich pobliżu orków był ostrzeżeniem o nienadciągających kłopotach. Młodzieniec zafrasował się nieco, lecz szybko zagościł z powrotem na jego twarzy uśmiech.

- Trzeba będzie to zbadać. Czasu od powodzi minęło wiele zdążyłem się tym czasie wiele nauczyć. Na Matkę nie będę siedział bezczynnie, gdy ktoś niszczy lasy i ogrody.


Dalsze przemowę Randala przerwała głośne śmiechy oraz obraźliwe okrzyki dochodzące od stolika stojącego w pobliżu a zajmowanego przez hałaśliwą zgraję najemników z Bandy Żelaznej Obroży.

- Dokończymy później teraz muszę zrobić porządki i trochę pozamiatać.

Po tych słowach wstał przeskoczył ławę wziął swój kij wykonany z konaru jazodrzewa, który znalazł kiedyś po gwałtownej burzy i stóp jednego z najstarszych jazodrzew w lesie.

- Zostań.
- powiedział w druidycznym do łaty. Ryś leniwie otworzył oczy po czym tylko zmienił pozycję. Tylko dwóch komend, jak do tej pory udało się nauczyć zwierzaka, zostań i za mną. W tej chwili komenda zostań całkowicie odpowiadała rozkoszującemu się ciepłem Łacie.

[MEDIA]http://4.bp.blogspot.com/-bd9--lwrMZc/UspGrRRQlVI/AAAAAAAAATA/YdulA8b2-0U/s1600/d.jpg[/MEDIA]

Szybko zastąpił i zagrodził drogę kijem Malakaiemu.

- Pozwól, że ja to załatwię. Nie są godni abyś się nimi zajmował sam.

Potem podszedł do stołu zajmowanego przez najemników, oparł się o drąg i czekał. Szybko najemnicy dostrzegli Randala.

- Czego. Przynieś jeszcze piwa miast się gapić.
- Skoro już zwróciłem waszą uwagę.

- przy tych słowach strzyknął kącikiem ust śliną, na podłogę, w geście podpatrzony u najemników i ochron karawan, dając do zrozumienia, iż mierzi go towarzystwo takich typów.

- Przeprosicie Panie za swe grubiaństwo.

Na słowa Randla najemnicy wybuchli gromkim śmiechem.

- Uciekaj dzieciaku, póki jesteśmy dobrym humorze.

Randal strzyknął ponownie gęstą śliną, tym razem dokładnie w twarz prowodyra.

- Zatem porachuję wam po kolei kości tą oto miotłą.
- to mówiąc wskazał na drąga, który dzierżył.

- Na pewno znajdzie się tu dla was jakiś drąg. Czekam na was przed oberżą. Nie dajcie na siebie długo czekać, bo pójdzie fama, że najemnicy z Żelaznej Obroży to tchórze, którzy zlękli się nieopierzonego młodzika.

Po tych słowach ruszył do drzwi, po drodze rzucił do towarzyszy.

- Chodźcie ze mną. Dopilnujecie by szli na mnie pojedynczo i bez mieczy czy innej broni poza drągiem.

Przed oberżą zatrzymał się przesunął tarczę i chwycił ją. Po czym oprał się o „Zamiatacza”. Potem nastawił się na czekanie na przeciwnika. Miał nadzieję, iż nie będzie musiał długo czekać.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974 Zło kroczy ulicami. Coś się psuje. *** Warsztaty - Życie.
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 03-11-2014 o 07:23.
Cedryk jest offline  
Stary 02-11-2014, 18:27   #10
 
Baird's Avatar
 
Reputacja: 725 Baird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwuBaird jest godny podziwu
Rottis nie mógł nawet nacieszyć się w spokoju smacznym, aczkolwiek słabym piwem, gdy ktoś zaczął sprawiać problemy. Okazało się, że zamieszani w nie byli jego dwaj towarzysze oraz kilku typów spod ciemnej gwiazdy.

- Chodźcie ze mną. Dopilnujecie by szli na mnie pojedynczo i bez mieczy czy innej broni poza drągiem.- Powiedział Randal wychodząc z gospody.

Rottis zabrał Esmeraldę i ruszył na zewnątrz za młodym druidem. Nie pozwoli, aby ktoś nie dotrzymał warunków pojedynku.
Czekając na zewnątrz na trzech osiłków z najemniczej grupy Rottis zwrócił się do druida.

- Wiesz, ze mogę to skończyć nie wyjmując nawet miecza z pochwy.- Rottis poklepał Esmeraldę. - Jak ładnie przeproszą to może ich nawet nie zabiję. Dodał po chwili.

Druid tylko pokiwał głową. Rottis rozumiał. To była jego walka. Stał więc w milczeniu obok. Po chwili w drzwiach pojawiły się kolejne osoby.

- To twoja ostatnia szansa. Możesz jeszcze zamienić miecz z kijem.-

Chłopak ponownie odmówił. Rottis tylko skinął głową z dezaprobatą. Podziwiał jednak jego odwagę.

- Jak chcesz.- Wojownik stanął kilka kroków dalej.

Blechner rozejrzał się w około. Zauważył pustą beczkę stojącą pod ścianą gospody.

- Jak już wyszedłem oglądać przedstawienie, to mogę przynajmniej zająć dobre miejsca.- Powiedział, otrzepał wierzch beczki z grubej warstwy brudu. Niezbyt to pomogło. W końcu posadził na niej swój tyłek.
 
__________________
Najwspanialszą rzeczą w grach Roleplay jest tworzenie postaci. Czasem jest to bardziej ekscytujące od samej gry. Nie ważne czy tworzysz bohatera gracza czy NPC, jeśli wkładasz w grę odpowiednio dużo serca stworzysz niezapomnianą postać, nawet jeśli ów postać zaraz umrze. Wtedy zabawa rozpoczyna się od nowa.

Ostatnio edytowane przez Baird : 02-11-2014 o 18:37.
Baird jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2017, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166