Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-08-2015, 16:08   #1
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
[Pathfinder RPG] Reign of Winter



AKT I



Jak większość chłopskich osiedli w południowym Taldorze, ludność Heldren głównie zajmuje się sobą. Z dala od polityki Oppary i będąc stale czujnymi na agresję Qadiry, dni mijają jak zwykle - czyli spokojnie. Jest to małe, senne, niezbyt ważne miasteczko ze sporą społecznością farmerów, pasterzy i drwali. Znaczna większość budynków jest wykonana z drewna, jednak służąca za zbrojownię wieża stojąca na pobliskim wzgórzu jest z kamienia. W okolicy jest sporo farm i pastwisk stanowiących wizytówkę tej małej osady.

Ten dzień w środku lata, dokładnie 2 Arodusa 4713AR zapowiadał się dla Shalii również całkiem zwyczajnie, choć ludzie skarżą się, że jest nienaturalnie zimno jak na tą porę roku. Tak jak inni mieszkańcy Heldren wyszła o poranku na plac główny, na którym stał posąg pięknej kobiety nazywanej przez mieszkańców "Pani", kiedy to od południa nadchodził potężny człowiek w sile wieku o długich blond włosach splecionych w ulfeńskie warkocze oraz z długą brodą. Twarz miał zakrwawioną. Podpierał się na dość solidnym kiju. Ubrany był jedynie w granatową koszulę, lniane spodnie i skórzane buty. W drugiej ręce trzymał długi miecz. Widząc, że przykuł uwagę mieszkańców - padł na ziemię bez przytomności. Łowczyni przypomniała sobie wtedy przepowiednię, jaką obdarzyła mieszkańców Stara Matka Teodora: "Nadejdzie mróz - zwiastun mrocznych czasów, a wszystko się zacznie, kiedy mężczyna przyjdzie do osady."


Następnego dnia ludzie rozmawiali tylko o tym, co się może wydarzyć i jakie to rzeczy mogą zakłócić ich spokojne życie. Lękliwie spoglądali na południe, w stronę ponoć zaśnieżonego lasu. Mężczyzna, który zawitał do osady, był teraz leczony u tutejszej zielarki o imieniu Tessarea Willowbark. Ma poważne odmrożenia. Mówi się, że był jednym z ochroniarzy Lady Argentei Malassene i że jest jedynym, który przeżył atak na karawanę przeprowadzony przez bandytów i dziwne stworzenia na krawędzi Lasu Granicznego. Niektórzy boją się, że to sprawka magii i boją się, że maczali w tym palce agenci Qadiranu.

Shalia akurat była teraz na placu, kiedy słyszała, że Stary Dansby rozmawia z Ionnią Teppen, tutejszą radną. Ten starszy człowiek był rolnikiem i miał swoją farmę najbliżej Lasu Granicznego. Ze łzami w oczach żalił się, że połowa jego plonów umarła, a druga połowa oraz zapasy ze spichlerza zostały skradzione.
 

Ostatnio edytowane przez Flamedancer : 07-09-2015 o 22:36. Powód: Dodałem link do Heldren.
Flamedancer jest offline  
Stary 21-08-2015, 17:15   #2
 
sheryane's Avatar
 
Heldren, jak zwykle o tej porze, tętniło życiem. Na placu zgromadziło się dużo ludzi, którzy kupowali różnego rodzaju owoce, warzywa i inne towary od przejezdnych handlarzy stacjonujących przy swych stoiskach. Na plac wychodziło kilka budynków, dokładnie ratusz, karczma Srebrny Gronostaj, dom Ionnii Teppen oraz Sklep wielobranżowy. Mała grupka ludzi przysłuchiwała się rozmowie radnej oraz rolnika. Większość z nich to po prostu zwykli mieszkańcy, jednak jeden z nich lekko wyróżniał się wśród pozostałych. Nie wyglądał na tutejszego.

Mimo że minęła już doba, słowa przepowiedni nie chciały wyjść Shalii z głowy. Do Heldren przybyło w ostatnim czasie kilku mężczyzn; żaden jednak nie przyniósł tak złych wieści. Czy Starej Matce mogło chodzić właśnie o niego? Odmrożenia, których doznał w środku lata, z pewnością nie wzięły się znikąd i pasowały do nadchodzącego mrozu...
Shalia raz po raz owijała kosmyk białych jak śnieg włosów wokół palca wskazującego, przysłuchując się rozmowie. Wahała się nieco. W domu pana ojczyma musiała znać swe miejsce i wolała nie odzywać się nieproszona. Tutaj jednak sprawy miały się zupełnie inaczej. Mimo młodego wieku i skromnych umiejętności była personą znaną i wielce szanowaną w Heldren. Przyjęli ją jak swoją i nawet sprezentowali jej własny kąt! Jakże by mogła nie kiwnąć palcem i zostawić miasteczko w potrzebie?

Shalia doskonale pamiętała, że Lady Argenteia przejeżdżała przez Heldren dokładnie dwa tygodnie temu. Wedle zasłyszanych tu i ówdzie opowiastek miała odwiedzić swojego narzeczonego w Zimarze. Plotki mówią, że wywołała skandal, przez który ruszyła do domu. W każdym razie była jedną z najważniejszych szlachcianek na dworze Oppary, nawet jeśli nie zawsze zachowywała się jak na taką przystało. Podobno nawet wygrała pod przebraniem jakiś turniej rycerski - w oczach łowczyni był to czyn godny raczej pochwały niż potępienia. W końcu nie każdy miał na tyle odwagi, by sprzeciwić się całej rodzinie i postawić na swoim. Wiedziała sama po sobie.
Shalia znała prawa, jakimi rządził się świat szlachty. Byłoby wielkim błędem, gdyby Heldren nie zaangażowało się w żaden sposób w odnalezienie winnych jej śmierci. Jeśli faktycznie zginęła... Zbyt wiele pytań, za mało odpowiedzi.

Kiedy Stary Dansby wyjaśnił już wszystkie swoje niepokoje, Shalia nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jego sprawa i wydarzenia dnia poprzedniego łączą się w jakiś sposób. Przeszła pomiędzy zgromadzonymi ludźmi i wystąpiła o dwa kroki przed grupę.
- Pani Ionnio, za pozwoleniem - szlacheckie wychowanie jak zwykle brało górę - mając na uwadze bezpieczeństwo mieszkańców i pozycję Lady Argentei, chciałabym przeprowadzić rozpoznanie na zagrożonym terenie - zarówno przy domostwie pana Dansby'ego, jak i w okolicy, gdzie napadnięto karawanę. Chciałabym prosić o pozwolenie na rozmowę z mężczyzną, który przybył wczoraj i, z tego co mi wiadomo, jest obecnie pod opieką pani Willowbark - zwróciła się do radnej, lustrując ją spojrzeniem złotych oczu.
Radna i farmer, gdy tropicielka wyszła przed szereg, od razu zwrócili na nią swe spojrzenia. Ten drugi już otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak Ionnia go uciszyła, jednoznacznie wskazując na to, że chce z nią porozmawiać.
- Shalio, wiem że dość dobrze znasz okolice, jednak ta sprawa jest poważniejsza od tych, o które cię dotychczas prosiłam - odparła Ionnia zatroskana - Wolałabym, by ulfeński najemnik przedstawił ci dokładnie sprawę porwania, więc masz pozwolenie na rozmowę z nim. W sprawie farm też się rozejrzyj, jeśli możesz. Jeśli zdecydujesz się ruszyć w okolice lasu sama, to spróbuję ci zapewnić odpowiedni sprzęt z naszych skromnych zapasów.
- Zdaję sobie sprawę, że doniesienia o mrozie w środku lata nie są byle polowaniem na dziką zwierzynę, pani - odparła, uznając, że wspominanie o przepowiedni może zasiać niepotrzebną panikę wśród mieszkańców.
Ionnia nie była głupia, a stanowiska nie zawdzięczała li tylko urodzie, zapewne więc o przepowiedni doskonale wiedziała.
- Dlatego też zgłaszam się na ochotnika. Porozmawiam wobec tego z tym mężczyzną. Może dowiem się czegoś istotnego, co ułatwi nam dalsze działania. Czy ruszę sama... Czas pokaże. Na pewno poinformuję cię o tym, pani.
Uśmiechnęła się do Ionnii. Była przekonana, że w Heldren znalazłaby kilku śmiałków, którzy poszliby z nią. Nie była jednak pewna, czy to dobry pomysł. Kątem oka zerknęła na mężczyznę, który nie wyglądał na tutejszego. Ciekawe, dlaczego zjawił się tutaj akurat teraz…
- Rozumiem. W takim razie czekam na twój powrót. Tymczasem będę w ratuszu. - uśmiechnęła się życzliwie i ruszyła w stronę sporego budynku z wieżą zegarową wskazującą południe.
Każdy, kto pracował na społeczności Heldren, był w miasteczku mile widziany i tratowany z naprawdę ogromnym szacunkiem, o czym Shalia doskonale zdawała sobie sprawę. Dobitnym wskaźnikiem tej sytuacji był fakt, że otrzymała swój własny dom od mieszkańców.
Mężczyzna patrzył z zaciekawieniem na to, co się dzieje. Gdy tropicielka udała się w stronę aptekarki, w rozchodzącym się tłumie kątem oka dostrzegła, iż podszedł do Ionnii i zaczął ją zagadywać w jakiejś sprawie.

Łowczyni poszła zachodnią ścieżką. Z prawej strony słyszała dobiegające z kuźni odgłosy bicia w kowadło - była to kuźnia Iskra Euphrama zajmującego się głównie wytwarzaniem narzędzi, lecz można było u niego broń kupić. Pierwszym budynkiem z lewej był budynek krasnoludzkiego fryzjera Argusa Złotozębnego, który poza strzyżeniem oferował również usługi dentystyczne. Rozmawiały pod nim dwie kobiety określane przez niektórych jako "miejska poczta". Plotkowały o wszystkim, o czym się dało. Tym razem mówiły o czymś, co mogło jednak Shalię zainteresować.
- A ty widziałaś tego jeźdźca? - zapytała starsza blondynka.
- Tego co szukał jakiejś kobiety? - odparła młodsza szatynka.
- Tak, mówił coś, że mogła się tu osiedlić czy coś.
- A podał wygląd?
- A no. Białe włosy, młoda, ponoć uzbrojona.
- Rany, to straszne. A dlaczego jej szukają?
- A bo ja wiem? Wiem, że mieszka tu jakaś taka pasująca do opisu. Albo nawet ze dwie lub trzy.
- A co z tym jeźdźcem?
- Na północ pojechał.
Wygląda na to, że kobiety nie zauważyły tropicielki, która lekko przyspieszyła kroku słysząc konwersację.
Doszła wreszcie do swego celu - dwupiętrowy drewniany budynek z bardzo zadbanym ogródkiem na froncie. Weszła do środka. Przywitał ją od razu zapach różnych odczynników leczniczych i alchemicznych. Przy stoliku z lewej stała wysoka elfka o kasztanowych włosach mieszająca właśnie coś w kociołku podgrzewanym na jakimś kamieniu pewnie również wytworzonym metodą alchemii. Wyglądała tak, jakby nie zauważyła gościa.
Dialog zasłyszany w drodze do domu Tessarei momentalnie popsuł Shalii humor. Co prawda miasteczko znajdowało się na trakcie pomiędzy Opparą a Zimarem, dwoma największymi miastami królestwa Taldoru, więc mogło chodzić o kogoś, kto był tutaj tylko przejazdem. Skoro jednak wspomniano o możliwości osiedlenia się - w przeciwieństwie do tych kobiet wiedziała, że jest jedyną osobą mieszkającą w Heldren o tak charakterystycznej urodzie. Do tego już od dawna spodziewała się, że ktoś w końcu będzie chciał ją odnaleźć. Jeździec pojechał na północ, czyli w stronę ziem jej rodziny. Może zawrócił i postanowił wypytać radną o nietypową mieszkankę? To pasowałoby do zachowania tego obcego, którego widziała na placu. Lodowate palce strachu musnęły kręgosłup Shalii.
Nie mogła przecież tam wrócić.

Dopiero widok Tessarei wyrwał Shalię spomiędzy ponurych myśli. Nie powinna wchodzić tak cicho do domu elfki, która miłowała alchemiczny ogień. Mogła właśnie pracować nad jakąś wybuchową, skrajnie niestabilną miksturą, a łowczyni wolałaby, by alchemiczka nie podskoczyła nagle i nie wysadziła przypadkiem całego budynku.
Zastukała więc delikatnie o framugę drzwi i dopiero wtedy odezwała się cichym tonem:
- Dzień dobry, pani Willowbark. Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałabym porozmawiać z tym mężczyzną, który przybył do Heldren wczoraj, z tym Ulfenem - wyjaśniła cel swej obecności. - Pani Ionnia udzieliła mi pozwolenia. - dodała szybko. - Gdzie go znajdę?
Właścicielka apteki nawet się nie oderwała od swojej pracy.
- Witaj Shalio. Pokój za drzwiami znajdującymi się za moimi plecami. - odpowiedziała elfka bez większego zaskoczenia - Jakoś się spodziewałam, że prędzej czy później przyjdziesz.
Zostawiła kociołek na swym miejscu, w którym bulgotało coś, co dawało wyraźny ziołowy zapach. Prawdopodobnie jakiś rodzaj wywaru.
- Czyżbyś się wybierała do Lasu Granicznego? - zapytała, poprawiając swój skórzany płaszcz sięgający aż do pół łydki.
Pytanie Tessarei zatrzymało Shalię w pół kroku do wskazanego pokoju.
- Prawdopodobnie. To znaczy rozmawiałam z panią Ionnią i chciałabym zobaczyć, co się tam dzieje. Napad na karawanę, mróz w środku lata, problemy na farmie na skraju lasu... I tak trzeba by było tam kogoś w końcu posłać - białowłosa wzruszyła lekko ramionami. - Równie dobrze mogę ja tam pójść. A przy okazji... Czy ktoś już odwiedzał tego mężczyznę i próbował z nim rozmawiać? - zapytała.
Wolała wiedzieć zawczasu, kto jeszcze interesuje się przybyszem.
- Rozmawiał jedynie z radnymi. Nie chciałam wczoraj dopuszczać do niego nikogo więcej. Jego stan jest... Poważny - odparła ponuro - Widziałaś odmrożenia w środku lata? Paskudna sprawa - zamruczała ostatnie zdanie do siebie tak, jakby nie były one ważne.
- Powiedział jedynie, że jeśli ktoś będzie chciał ruszyć na poszukiwania błękitnokrwistej, to mamy tę osobę skierować do niego.
- Nie, nigdy takich nie widziałam, dlatego też chciałam przyjrzeć się całej sprawie. Między innymi dlatego. Oto więc jestem. Porozmawiam z nim. Dziękuję - uśmiechnęła się do elfki i udała się do wskazanego wcześniej pokoju.

Nim weszła, zapukała do drzwi, tak wszak nakazywało jej wychowanie.
- Wejść! - usłyszała mocny basowy głos.
Gdy otworzyła drzwi, przed jej oczami stanął mały, dość przyjemny pokój z kilkoma łóżkami i półeczkami obok nich. Na jednym z nich leżał widziany wczoraj przed Shalię przybysz. Jego nos, uszy i palce u rąk były czarne z powodu odmrożeń. Poowijany był lekko już zakrwawionymi bandażami. Powoli zaczął się podnosić do pozycji siedzącej. Roześmiał się pod nosem z jakiegoś powodu.
- Hej dziewczynko. Czyżbyś miała zamiar udać się do Lasu Granicznego? - zapytał, mierząc dziewczynę od stóp do głów.
Shalia zamknęła za sobą drzwi. Oparła się o nie i przez chwilę również lustrowała nieznajomego wzrokiem.
-Mam na imię Shalia - przedstawiła się, podchodząc bliżej.
Nie lubiła, gdy nazywano ją “dziewczynką”.
- Taki mam zamiar. Najpierw jednak chciałam się dowiedzieć wszystkiego, co możesz mi powiedzieć. Wszystkiego, co pamiętasz - powiedziała, siadając na sąsiednim łóżku. - Jak na przykład - kto was zaatakował? I skąd odmrożenia w środku lata?
Miała dużo więcej pytań, ale od czegoś trzeba było zacząć.
Mężczyzna przez chwilę siedział cicho przenikliwie patrząc wpierw na białe włosy łowczyni, a później na jej złote oczy w taki sposób, jakby sobie coś przypomniał. Po tym czasie się otrząsnął uderzając się dłonią w policzek, jednocześnie krzywiąc się z bólu prawdopodobnie ręki.
- Jam Yuln. Yuln Oerstag. Musisz mi wybaczyć, że twej reki nie uścisnę, gdyż ten elf tutaj mi nie pozwolił nawet mojej broni tykać. Trochę czasu leżałem w śniegu, nim zdołałem się zebrać na nogi - przeklął pod nosem - Słuchaj uważnie dziecino. Myśleliśmy, że zaatakowali nas tylko bandyci, wiesz - banici kryjący się w lasach niczym wilki. Nie byli dla nas wyzwaniem, jednak przyszły lodowe fey z północy. Zaskoczyły nas. Pojawiły się pomiędzy nami i walka była przesądzona. Moi pobratymcy mówili o zimotkniętych cały czas, lecz nigdy nie spodziewałem się ich zobaczyć tak daleko na południu.
Shalia cierpliwie znosiła jego długie spojrzenie, ale nie bardzo potrafiła zrozumieć, co Yuln w niej widział lub czego szukał.
- Tak jak nikt nie spodziewał się zimy w środku lata - Shalia pokiwała lekko głową, przynajmniej to się zgadzało.
- Jak one wyglądają? Te... fey? - zapytała. - W wiosce mówią, że tylko ty przeżyłeś napaść... Czy to prawda? Czy Lady też została zabita, czy może wzięto ją żywcem?
Shalia wolała udać się na poszukiwania zaginionej szlachcianki niż na poszukiwania jej morderców.
- Te fey należą do tych, które przysięgły lojalność Białym Wiedźmom z Irrisen, które ukradły nasze ziemie w czasie Zimowej Wojny. Małe istoty nie wyższe niż długość ludzkiego przedramienia. Prawie zawsze mają skórę przypominającą śnieg lub lód. Jednak nie daj się oszukać ich niewielkim wzrostem. Legendy mówią, że mają w swych sercach kryształy lodu, a ich dotyk jest ostry niczym zima w 3313 roku. Nie wiem czy znasz jakiekolwiek ulfeńskie legendy, a jestem prawie pewny, że nie - stwierdził, w międzyczasie gładząc swą bujną brodę - Lady Argenteia żyje, a przynajmniej tak mi się wydaje. Zacząłem biec na przód, gdy zobaczyłem, że bandyci ciągną ją wgłąb lasu, niestety Zimotkniętych było zbyt wiele i samotna obrona przed nimi w śniegu jest bardzo trudna. Ledwo uciekłem i postanowiłem szukać tu pomocy.
Shalia zmarszczyła lekko brwi na stwierdzenie "nasze ziemie". Może po prostu Yuln miał silne poczucie przynależności do społeczeństwa, z którego się wywodził, a może... Nie, nie chciała o tym myśleć.
- Skoro takie z nich dzieci zimy, to mróz najlepiej zwalczać ogniem... - powiedziała łowczyni jakby sama do siebie, zerkając przy tym w stronę drzwi. - Może Tessarea będzie mogła mnie wesprzeć. W każdym razie - spojrzała ponownie na Ulfena - czy ci Zimotknięci atakowali też bandytów, czy wyłącznie karawanę i eskortę? Czy masz Yulnie jakiś pomysł, dla którego mogli porwać Lady Argenteię, poza okupem rzecz jasna?
- Atakowali wyłącznie karawanę i eskortę. Zobaczysz pobojowisko zaraz przy wjeździe do lasu. Poza ogniem sprawdzi się jeszcze zimne żelazo. Jedno i drugie to rzecz, które sprawiają, że płoną.
Yuln na chwilę zamilkł. Wyglądał tak, jakby się zastanawiał.
- Nie mam pojęcia, z jakiego powodu porwali Lady Argenteię, ale wiem, że Zimotknięci służą tylko i wyłącznie Białym Wiedźmom. Jeśli to one ich wysłały... To powiem ci dziecino, że nadejdzie coś znacznie gorszego - znowu nieprzyzwoicie zaklął pod nosem - Jeśli bandyci pracują dla Zimotkniętych, to Pani Malassene mogła zostać zabrana przez Wiedźmy. Nic dobrego z tego nie wyniknie.
Shalia pokiwała powoli głową.
- Zapewne masz rację. Taka współpraca musi zachodzić w imię czegoś lub kogoś wyższego... - dziewczyna w zamyśleniu przesuwała opuszkami palców po ustach. - Chyba nie powinnam tam ruszać sama - skrzywiła się wyraźnie na tę perspektywę. - Wybacz, że tak cię męczę, ale czy możesz mi powiedzieć jeszcze, jak to wyglądało z tą zimą? Po prostu wjechaliście w ośnieżony teren? Bardzo był on rozległy tak na oko?
- Było dokładnie tak, jak mówisz. Było względnie ciepło, choć niektóre mlekożłopy narzekały na temperaturę, wjechaliśmy do lasu, bo nasza Pani chciała wrócić drogą morską do Oppary, przekroczyliśmy linię drzew, a tu śnieg. Nie wiem jak wielki może być ten obszar - mężczyzna mówił z wyraźnym zdenerwowaniem, ale zapewne na siebie samego - Chciałbym móc wyruszyć z tobą. Moi przodkowie wyśmialiby mój brak odwagi i fakt, że uciekłem zamiast walczyć do końca, jednak walczyłem z przeciwnikami, których boją się nawet najwięksi wojownicy w Królestwie Linnormów. Myślę, że zdołałem zabić przynajmniej jedno z tych paskudztw, nim zdołali zabrać Lady wgłąb lasu.
Po tych słowach Yuln wstał z łóżka i podszedł do kąta, gdzie leżał jego ekwipunek. Wydobył stamtąd bardzo prosty w budowie długi miecz, jednak jego klinga błyszczała innym blaskiem. Zero zbędnych zdobień. Czysta siła - jak na Ulfenów przystało. Podszedł z nim do Shalii i rękojeścią skierował go w jej stronę.
- To miecz mojego ojca wykonany z zimnego żelaza. Nie mogę iść z tobą, lecz mogę ci przynajmniej dać skuteczną przeciw nim broń.
Dziewczyna przez chwilę przynosiła wzrok z rękojeści na Yulna i z powrotem, jakby nie bardzo rozumiała. Gest ten był dla Shalii wręcz wzruszający. W końcu wychowała się bez ojca, a teraz oto nieznajomy mężczyzna podarować chciał jej maleńką część własnego dziedzictwa.
- Dziękuję, Yulnie - powiedziała z szacunkiem i ostrożnie ujęła rękojeść broni. - Obiecuję ci, że dowiem się, co stało się z twoją Panią i dołożę wszelkich starań, by wróciła cała i zdrowa.
- Odpoczywaj. Niezwłocznie udam się w drogę, tylko przygotuję się odpowiednio - co powiedziawszy, Shalia skierowała się ku drzwiom.

Elfkę zastała w tym samym miejscu, w którym ją zostawiła - przy kociołku.
- Pani Willowbark - zaczęła ostrożnie, jak zwykle. - Yuln, ten mężczyzna, powiedział mi, że jednymi z napastników były Zimotknięte istoty. Nie lubią ognia jak na dzieci zimy przystało. Wiem, że pani lubi ogień... Chciałam zapytać, czy w ramach wsparcia mojej małej wyprawy, nie zechciałaby pani podarować mi jakiegoś flakoniku ognia na czarną godzinę. To znaczy zapłacę, jak tylko wrócę. To chyba dość spory wydatek... - powiedziała niepewnie, nie wiedząc, jak zareaguje Tessarea na tego typu prośbę.
Aptekarka była tak skupiona na swej pracy, że aż podskoczyła zaskoczona i szybko się odwróciła. Trzymała już jakąś butelkę w ręku gotową do rzutu. Na widok Shalii się uspokoiła.
- Kobieto, nie strasz alchemika przy robocie - powiedziała po odetchnięciu, które wyraźnie wskazywało na ulgę.
Podeszła do lady i wyciągła przekładany przez ramię bandolier.
- Powiadasz zimotknięte istoty? A co jeśli będą tam giganci, trolle, ogry czy inne wielkie paskudztwo? - mówiła tak pakując powoli butelki alchemicznego ognia - Bez ognia sobie nie poradzisz. Słyszałaś o zdolnościach regeneracyjnych trolli? Ponoć można je zastopować tylko ogniem lub kwasem. Na szczęście mam tutaj tego dużo, więc jesteśmy gotowi odeprzeć ewentualny atak. Alchemicznego ognia nie należy pić, to nie trunek. Nie należy też za bardzo wstrząsać. Pamiętaj, żebyś nie znajdowała się za blisko miejsca wybuchu, bo się popatrzysz, a ja cię wtedy leczyć nie będę, bo to będzie twoja głupota i będziesz musiała sobie z tym sama radzić. Możesz się wtedy przejść do Starszego Safandra, ale gorzej z ubraniami będzie. Na szczęście pani Vivalla sprowadza nam najlepszy sprzęt, jaki jest w stanie.
Tak gadała przez chwilę o wszystkim i o niczym, aż wreszcie zapełniła bandolier fiolkami z alchemicznym ogniem. Było ich osiem.
- To dla ciebie. Odkryj czemu jest tak zimno i wracaj szybko. Nie lubię mrozu. - skrzywiła się lekko mówiąc ostatnie słowa.
Shalia grzecznie słuchała Tessarei, by spamiętać najważniejsze informacje.
- Dziękuję - rzekła, odbierając bandolier. - Wykorzystam jak najlepiej. Nie będę dłużej przeszkadzać; im szybciej wyruszę, tym szybciej wrócę. Do zobaczenia.
Pożegnawszy się z dobrodziejką, Shalia opuściła budynek uzbrojona w nowy miecz i fiolki alchemicznego ognia.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 24-08-2015, 15:31   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Darvan był jedną z wyróżniających się osób w tłumie, jednak zdążył zauważyć, że przyjezdni są w Heldren traktowani bardzo dobrze. Widział, jak jakaś białowłosa kobieta rozmawiała z tutejszą radną - niejaką Ionnią Teppen, która wcześniej mówiła z człowiekiem zwanym Stary Dansby. Słyszał dookoła siebie stłumione szepty mieszkańców w stylu "dlaczego to lato jest takie chłodne?", "może to następstwo tego, co się czai w lasach", "słyszałeś, że w lesie widziano wielką łasicę?". Mimo tego bez problemu usłyszał słowa, które zamieniły ze sobą stojące na środku osoby, po czym każdy poszedł w swoją stronę. Tłum również się rozszedł, by zająć się swymi codziennymi sprawami, jednak czuć było napiętą atmosferę. Może to niepokój?
Zaklinacz, kierując się tylko sobie znanymi pobudkami, ruszył w stronę radnej idącej już w stronę ratusza. Zatrzymał ją na tarasie pod wieżą zegarową. Na jednej z belek utrzymującą górującą nad miastem figurę dostrzec można było tablicę ogłoszeń. Na skierowanej do placu ścianie widać było imponująco wykonany herb Taldoru. Do środka reprezentacyjnego drewnianego budynku prowadziły podwójne drzwi.
Ionnia się odwróciła do Darvana z wyrysowanym na twarzy pytaniem, jednak natychmiast przybrała ona przyjazny wyraz.
- Witaj w Heldren nieznajomy. Ja jestem Ionnia Teppen, jedna z radnych tego miasta. Czuj się u nas jak u siebie - rzekła z uśmiechem - Jak mogę ci pomóc?
- Darvan - przedstawił się mag. - Miło mi - Poparł słowa uśmiechem. - A pomoc zawsze się przyda. Na przykład w postaci informacji. Proszę mi powiedzieć, gdzie można się zatrzymać na kilka dni i do kogo warto się zwrócić, gdybym zaczął szukać pracy.
Kronug Jaali zapłacił mu co prawda wszystko, co do grosza, ale sakiewki miały to do siebie, że dziwnie szybko chudły, gdy właściciel nie dbał o ich napełnianie.
- Najlepszym miejscem do nocowania oczywiście jest nasza karczma - Srebrny Gronostaj. Stoi dokładnie naprzeciwko ratusza - wskazała wzrokiem na budynek po drugiej stronie placu.
Srebrny Gronostaj był drugim w kolejności najwyższym budynkiem w miasteczku ze względu na dwa piętra. Długi na piętnaście metrów i szeroki na sześć bez wątpienia stanowił świetny budynek dla przejezdnych chcących się zatrzymać na odpoczynek. Drewniane ściany, kilka okien wychodzących na ulicę oraz nawis z ławeczkami pod nim stanowią widok wręcz zachęcający do pozostania w tym miejscu - przynajmniej na chwilę. Nad wręcz misternie wykonanymi drzwiami przedstawiającymi gronostaje widać szyld z tym samym zwierzęciem. Napis na nim przedstawia nazwę tego miejsca.
Ionnia Teppen zamyśliła się na chwilę. Jej spojrzenie spoczęło na odwrocie tablicy ogłoszeń, a później gdzieś na horyzoncie. Trwało to może dwa swobodne mrugnięcia okiem, kiedy wreszcie przemówiła.
- Mamy problem. Od kilku dni nie dostajemy raportów od Wysokiej Straży ze stróżówki w Granicznym Lesie. Nie mogę wzniecać paniki, a ktoś musi się tym zająć - kobieta skrzywiła się dość paskudnie - Strażnicy chronili traktu w głębi lasu. Jeśli coś im się stało, to musimy złożyć raport do Oppary. Przewidujemy nagrodę w postaci pięciuset sztuk złota za sprawdzenie zaistniałej sytuacji.
Pięćset sztuk złota? To była suma, przy której rozsądny człowiek mówił do siebie “Facet, wracaj do domu...” No ale on był średnio rozsądny, skoro włóczył się po świecie i szukał przygód. Kłopotów, jak mawiał jego nieżyjący już ojciec.
- Musiałbym wiedzieć, jak tam iść - powiedział. - Jakaś mapka, albo bardzo dokładne wskazówki... Jak to jest daleko?
- Sześć mil południową główną drogą w stronę Zimaru. Dwie godziny drogi swobodnym marszem. Następnie należy skręcić traktem w prawo - w stronę lasu. Tam główna droga zaprowadzi was w pobliże stróżówki, bo była dość często używana, gdy używano drogi morskiej do Oppary. TEJ stróżówki nie da się przeoczyć. Wygląda jak sporej wielkości dom, ale jeśli trzeba, to może też służyć za fortecę - kącik ust Ionni uniosły się lekko do góry - Jeśli dobrze myślę, to Shalia pójdzie z tobą.
- Shalia? - Darvan spojrzał na radną. - We dwie osoby zawsze raźniej. A czy ktoś w ostatnich dniach próbował tam dotrzeć?
- Nie, jednakże Dryden Kepp, jeden z naszych łowczych, udał się do lasu i do tej pory nie wrócił. Jeśli go znajdziesz, to każ mu wrócić do Heldren. Jest niebezpiecznie w tamtym obszarze - jej poważna mina zdecydowanie świadczyła o tym, że się martwi - Shalia to również łowczyni. Rozmawiałam z nią przed ratuszem.
Darvan przez moment się zastanawiał.
- A, to już wiem, która to. Nie będzie miała nic przeciwko towarzystwu? - spytał.
- Nie. Raczej nie. Poza tym lepiej będzie, jeśli będziecie się trzymać razem. Nie wiadomo na co wpadniecie. Poza tym w lasach zawsze czają się bandyci, dlatego Wysoka Straż ma swoją stróżówkę na trakcie.
Radna obejrzała się na zachodnią drogę, z której nadchodziła białowłosa tropicielka.
- O, widzisz? Shalia już wraca. A gdybyście potrzebowali pomocy, to pewien awanturnik powiedział, że jeśli ktoś "będzie się brał do lasu", to mam "tych gości" skierować do niego.
 
Kerm jest offline  
Stary 24-08-2015, 15:32   #4
 
sheryane's Avatar
 
Shalia zamknęła za sobą otwierające się do środka drzwi i...
Zderzyła się z jakąś kobietą, która odbiła się od łowczyni i padła plecami na ziemię.
Ta szybko pozbierała się i otrzepała trochę brudne, poszarpane ubranie z kurzu. Popatrzyła na tropicielkę bez wyrazu gniewu czy urazy i ni stąd, ni zowąd zadała pytanie zupełnie nie na miejscu:
- Przepraszam panią. Nic się pani nie stało?
Jej głos brzmiał trochę sennie. Jej oczy zaś wyglądały tak, jakby były lekko zamglone. Na rzemyku na szyi miała zawieszony drewniany wisiorek ukazujący słońce. Shalia rozpoznała go jako symbol Sarenrae.

Łowczyni cofnęła się o krok w wyniku zderzenia, raczej przez zaskoczenie niż z powodu impetu.
- Nie, nic mi nie jest - odpowiedziała z nutą podejrzliwości w głosie.
Złote oczy lustrowały dziewczynę przez chwilę. Były w podobnym wieku. Wzrok Shalii prześlizgnął się od niechcenia po blond włosach i jaśniutkich, niebieskich czy może szarych oczach. Nawet źrenice miała jasną. Było w tym coś nienaturalnego... i niepokojącego. Poza oczami jej uwagę na dłużej przykuł również ubiór nieznajomej. Lekko zniszczone, zimowe odzienie; znoszone obuwie i rękawiczki na dłoniach; do tego dwie torby - jedna z przyborami do leczenia, druga zapewne z prywatnymi rzeczami. Nie wyglądała jednak na kapłankę. Po sposobie, w jaki przeniosła ciężar ciała na prawą nogę, znać było, że na lewą kuleje. Cała ta obserwacja trwała ledwie kilka uderzeń serca. Wszystko nasuwało Shalii tylko jedno pytanie:
- A dokąd to zmierzacie, panienko, w środku lata w takim stroju?
Tropicielka uniosła lekko brew, przyglądając się rówieśniczce uważnie. Wciąż stała niemal w drzwiach, więc dziewczyna nie miała jak wejść do środka, nie udzieliwszy uprzednio odpowiedzi.
Dziewczyna spuściła wzrok na chwilę, lecz zaraz go uniosła, by spojrzeć Shalii w oczy... A przynajmniej próbowała, bo przez chwilę szukała oczami twarzy. Ostatecznie spoczęły one gdzieś na nosie. Nie ulegało wątpliwości, że miała z nimi jakieś problemy. Splotła tylko dłonie, przez co jak wyglądała nieszkodliwie, to teraz wyglądała na taką jeszcze bardziej.
- Proszę panią o wybaczenie, szłam do pana Yulna złagodzić cierpienie powodowane przez jego odmrożenia oraz by wymienić bandaże - odparła bez emocji w głosie - Zimno jest.
Gdy tropicielka się przyglądnęła, to zauważyła, że stojąca przez nią osoba nie miała żadnej broni, a jej cera była blada niczym papier.
Shalia westchnęła w duchu. Owszem, lato było chłodniejsze niż zwykle, tyle że ona sama nie zwracała na to zbytniej uwagi; po prostu zupełnie jej to nie przeszkadzało. Nie ubierała się też specjalnie cieplej. Chwilę jeszcze przyglądała się w milczeniu dziewczynie. Uznawszy, że ma do czynienia z niewidomą - przynajmniej jeśli chodzi o normalny wzrok - otworzyła przed nią drzwi i przesunęła się na bok, by zrobić dla niej przejście. Tessarea z pewnością nie dopuściłaby nikogo podejrzanego do Yulna.
- Zajmij się nim jak najlepiej - poleciła.
Kiedy ta weszła do środka, Shalia zamknęła za nią drzwi i udała się do Ionnii.
Poszła w stronę głównego placu. Nie dostrzegła już plotkarek pod budynkiem fryzjera, za to widziała tam krasnoluda rozmawiającego z jasnoniebieskim gnomem na temat wstawienia nowych drzwi. Jakieś dziecko w trakcie zabawy w berka prawie wpadło na stragan z owocami stojący w pobliżu sklepu wielobranżowego. Nie było tu dużo ludzi. Już nie. Rozeszli się do swoich zajęć po odejściu Shalii. Stary Dansby już prawdopodobnie udał się do swego domu, gdyż nie było go widać. Pod karczmą trzech pijaczków sobie radośnie rozmawiało o kobietach. Jakiś młodzieniec stojący w pobliżu posągu próbował swoich sił w grze na lutni. Szło mu nieźle, ale nie rewelacyjnie. Zawsze to jakiś sposób umilenia miejscowym czasu, bo granie w pustej karczmie nie miało sensu.
Dostrzegła Ionnię rozmawiającą z mężczyzną, którego dostrzegła w tłumie.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 26-08-2015, 01:00   #5
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Shalia zerknęła podejrzliwie ku rozmawiającym. Jeśli to faktycznie był ten, który jej szukał, to powinna trzymać się raczej z daleka od niego. Zbliżyła się nieznacznie, by móc usłyszeć, o czym rozmawiają. Pierwszym, co usłyszała, było jej imię… Już miała robić w tył zwrot, gdy zorientowała się, że wcale nie chodzi o podanie jej miejsca zamieszkania.
- Słyszałem, że wybierasz się do stróżówki w Granicznym Lesie. Darvan - przedstawił się mag.
- Można tak powiedzieć - odpowiedziała łowczyni odrobinę niechętnym tonem.
Zerknęła z ukosa na radną Heldren i ponownie przeniosła wzrok na nieznajomego.
- Na pewno wybieram się do Granicznego Lasu - uściśliła. - Moje imię już chyba jest ci znane.
- Tak, Shalio. Radna Ionnia powiedziała, ze wybierasz się w tamtą stronę i zaproponowała, byśmy się wybrali razem. Jeśli, oczywiście, nie masz nic przeciwko temu.
Shalia zmrużyła lekko oczy. Milczała przez chwilę, po czym westchnęła ciężko.
- Nie, nie mam. Yuln również uważa, że nie powinnam iść sama - powiedziała na poły do Ionnii, na poły do Darvana. - Uprzedzam, że spotkać możemy coś dużo groźniejszego niż kilka dzikich zwierzów czy leśnych bandytów - przestrzegła. - I na stróżówce może się nie skończyć. Ubierz się ciepło.
- Słyszałem coś o tym, że macie dziwnie zimne lato - odparł Darvan. - Jakaś dziwna zmiana pogody? Czy to o to chodzi?
Dziewczyna skinęła głową.
- Ponoć w lesie zalega śnieg. Opowiem ci więcej po drodze. Powinniśmy ruszać jak najszybciej.
- Mam coś ciepłego ze sobą. Sprzedawca zapewniał, że wytrzyma nawet solidne mrozy. Ale... - spojrzał na radną, potem ponownie na Shalię. - Pani Ionna wspomniała o kimś, kto też się chciał wybrać do lasu.
Shalia spojrzała na radną pytająco.
- Niejaki Anmar. Szukał zarobku, więc zaproponowałam mu, by ruszył w stronę lasu, by sprawdził sytuację w stróżówce, jednak stwierdził, że nie ma zamiaru iść tam sam. Jak wspomniałam - szukajcie go w karczmie - odparła na spojrzenie tropicielki.
- Idziemy? - dziewczyna zapytała Darvana.
- Idziemy. Jeśli ci się nie spodoba, to najwyżej zrezygnujemy ze współpracy z nim.
- Jeśli będziecie mnie potrzebować, to będę w ratuszu - uśmiechnęła się do dwójki Ionnia i weszła do budynku.


Shalia i Darvan przeszli przez plac i otworzyli drzwi do karczmy. Zegar na wieży ratuszowej wskazywał piętnastą trzydzieści.
Ich oczom ukazało się oświetlone złotawym światłem wnętrze. Przy drewnianych solidnych ławach i okrągłych stolikach znajdowały się porządne krzesła z oparciami. Belki podtrzymujące strop uważnie obserwowały gości... A raczej ich brak. Ściany ozdobione były różnymi malunkami, jednak uwagę najbardziej przykuwał ten największy - łasica w śniegu zaraz nad podłużnym kontuarem naprzeciw wejścia, za którym stała przyglądającą się izbie ze znużeniem wysoka młoda kobieta o kasztanowych włosach, którą tropicielka od razu rozpoznała jako Kale Garimos. W odrobinę ciemniejszym kącie spał na krześle pewien człowiek. Jego broń była oparta o oparcie, a na stole, na którym położył głowę, znajdowało się kilka kufli po piwie. Dwóch dziadków przy stole w pobliżu wejścia grało w szachy na pieniądze.
- To chyba ten... - Darvan spojrzał na mężczyznę, zmożonego zmęczenie. Lub (co było bardziej prawdopodobne) litrami piwa. - Ale on raczej nie wygląda na gotowego do wyruszenia w drogę - powiedział cicho.
Shalia uniosła lekko brew, przyglądając się człowiekowi śpiącemu przy stole.
- Czas jest bardzo na naszą niekorzyść albo raczej niekorzyść Lady Argentei.
Podeszła do śpiocha, złapała za oparcie krzesła i bezceremonialnie odchyliła je daleko do tyłu. Gdy już prawie miało się przewrócić naparła w drugą stronę i postawiła je z powrotem bezpiecznie na ziemi.
Mężczyzna prawie natychmiast się wybudził po działaniach łowczyni. Zaklął głośno i prawie wywrócił stolik, gdy krzesło wróciło na miejsce. Jego broń upadła na podłogę w dość głośny sposób. W karczmie zapadła grobowa cisza przerwana jedynie szuraniem butów wstającego śpiocha.
Dopiero teraz widać jaki jest wysoki. Przewyższał wzrostem Shalię czy nawet Darvana. Jego wyraz wrogości prawie natychmiast znikł widząc stojącą przed nią kobietę. Prawie natychmiast przerodził się w uśmiech
- No no. Z taką pięknością przyszło mi podróżować? - nim tropicielka zdążyła zareagować, ten wziął jej dłoń i pocałował jej wierzch - Jestem Anmar. Bardzo mi miło.
Stojącego obok zaklinacza obdarzył jedynie krótkim spojrzeniem. Wyglądał na względnie trzeźwego.
Darvan zrewanżował się równie obojętnym spojrzeniem. A co do ciągu dalszego znajomości z Anmarem... wolał poczekać na reakcję Shalii.
Zachowanie Anmara na moment zupełnie zbiło dziewczynę z tropu. Szybko opanowała się, chrząknęła cicho i cofnęła powoli dłoń. Znała z obserwacji takie zachowania, choć rzadko kiedy ktoś traktował ją jak damę.
- Jeszcze zobaczymy, czy miło - odparła buńczucznie, by nie stracić rezonu.
Zadarła głowę do góry, by odważnie spojrzeć mężczyźnie w oczy.
- Mam na imię Shalia. To jest Darvan - przedstawiła maga. - Pani Ionnia wysłała nas po ciebie. Rozumiem, że jesteś zdecydowany ruszyć z nami? Najlepiej, jak wyruszymy czym prędzej.
- Możemy iść dziś, możemy iść jutro. Z kimkolwiek bandyci będą pracować, to raczej będą trzymać ją dla okupu. A ja zawsze jestem gotowy do wyruszenia. Tylko weżmę swoją broń. - odparł entuzjastycznie.
Schylił się po krótki miecz oraz łuk leżący pod stołem i... Gdy się podniósł walnął weń tyłem głowy. Zaklął tak siarczyście, że dwójka poczuła aż dziwny swąd. Karczmarka wybuchła śmiechem.
- Dobra, to kiedy ruszamy? - zapytał i uderzył otwartą dłonią w policzek - To ruszajmy. Ja jestem gotowy.
- Możemy od razu - powiedział Darvan. - Tylko trzeba się ciepło ubrać na tę wędrówkę - dodał.
- Możemy zajść na chwilę do mnie. Też muszę zabrać jeszcze kilka rzeczy - odparła Shalia.
Nie sądziła, by Zimotknięci i wiedźmy potrzebowali okupu; była prawie pewna, że coś zupełnie innego jest na rzeczy. Rozmowę o tym mogli jednak odłożyć na później.
- No to chodźmy. Jeśli mamy wyruszyć dzisiaj, to wypadałoby się zbytnio nie ociągać - odparł Darvan.


Teraz już trzyosobowa grupa wyszła z karczmy i udała się w stronę domu Shalii.
Znajdował się on przy znacznie węższej północnej drodze, pomiędzy dwoma budynkami w kształcie litery L. Był jednopiętrowy i skonstruowany ze ściętych na pół bali. Po obu stronach ustawionych odrobinę na prawo od środka drzwi wyglądały na ulicę kwadratowe okna przesłonięte firanami. Komin znajdował się przy przeciwległej do ścieżki ścianie. Dach miał dwuspadowy wykonany z desek.
Dom prosty, jednak wyglądał na ciepły i przytulny, o czym tropicielka dobrze wiedziała.
Przy drzwiach stała ta sama dziewczyna, z którą łowczyni się zderzyła przed apteką. Zwrócona była w stronę domu tak, jakby czekała na otwarcie drzwi, co jednak nie następowało. Na pierwszy rzut oka wyglądało to bez sensu.
- Ładny masz domek - powiedział Darvan.
- Dziękuję. Jest bardzo przytulny - odparła tropicielka.
Podeszła do niewidomej - jak jej się wydawało - dziewczyny. Czyżby ją śledziła? Swoją drogą może Anmar był w zmowie z tym jeźdźcem, który odjechał na północ? Shalia beształa się w myślach za to, że jego niespodziewane zachowanie uśpiło jej czujność. Z drugiej strony - prostolinijność, którą objawiał, przeczyła jej obawom. Musiała mieć się na baczności.
Łowczyni dotknęła delikatnie ramienia blondynki; nie chciała jej przestraszyć.
- W domu nikogo nie ma. Szukasz mnie? - zapytała.
Ta się odwróciła w stronę osoby, która ją zaczepiła. Jej wzrok przejechał po dwóch nowych postaciach za plecami łowczyni. Wygląda na to, że coś tam jednak widzi, ale prawdopodobnie słabo.
- Proszę pani - zaczęła swym zwyczajowym tonem. - Idziecie gdzieś, prawda? Czuję, że powinnam pójść z wami. Pan Yuln trochę opowiadał o stworzeniach, które go zaatakowały. Chcę wam pomóc.
Ta ospałość i spokój dziewczyny jakoś dziwnie irytowały Shalię. Miała ochotę potrząsnąć rozmówczynią, żeby się obudziła.
- Aha - odpowiedziała więc elokwentnie.
Po chwili wzruszyła ramionami i dodała:
- Ja tam nie mam nic przeciwko, kimże jestem, żeby walczyć z przeczuciami. Jeśli i reszta nie ma… Mam nadzieję, że wiesz, na co się piszesz - Shalia nie zamierzała nikogo niańczyć, gdy już dojdzie do najgorszego.
Wyciągnęła klucz, otworzyła drzwi i gestem zaprosiła pozostałych do środka.
- Będę gotowa w ciągu kilku minut - poinformowała resztę.
Czuła się nieswojo, wprowadzając obcych do swego małego lokum, ale miała nadzieję, że lada moment będą już na trakcie.

- Czy ja też mógłbym się dowiedzieć czegoś o tych stworach? - spytał Darvan. Jego wiedza na temat ataku na kogoś tam była równa zero. Tak o osobnikach, które dokonały tego ataku, jak i owego ataku efektach.
- Ja tam wiem niewiele, bo nie pytałam szczegółowo, jednak pan Yuln mówił, że ich ataki potrafią zmrozić krew w żyłach w sensie dosłownym - odparła blondynka.
Anmar zmarszczył czoło tak, jakby analizował fakty. W jego oczach było dokładnie to samo pytanie, co przed chwilą zadał mag.
Przenośny piecyk by się przydał, pomyślał z przekąsem Darvan.
- Na takie stwory zapewne najlepszy jest ogień - stwierdził.
Co prawda z takimi istotami nigdy nie miał do czynienia, ale logika wskazywała właśnie na taki sposób walki.
- Tak, to prawda. Choć osobiście nie lubię walczyć, to umiem się bronić, jednak nie wręcz. Pani słońca obdarzyła mnie kilkoma umiejętnościami, które mogą się wam przydać, skoro chcecie pomóc mieszkającym tutaj ludziom - przez twarz dziewczyny przemknął jakiś cień uśmiechu - To jest dla mnie najważniejsze.
- Myślisz, że będzie przydatna, skoro w zwarciu nie umie się bronić? - po cichu zapytał zaklinacza awanturnik.
Darvan spojrzał na Anmara, potem na blondynkę.
Też się zastanawiał, co dziewczyna może zrobić, skoro miała kłopoty ze wzrokiem.
- A czym nas możesz wspomóc? - spytał. - A, przepraszam, nie przedstawiłem się. Darvan. - Wyciągnął rękę do dziewczyny. - Jesteś może kapłanką?
Ta lekko się zawahała widząc wystawioną w jej stronę dłoń. Zerknęła na swoją prawą rękę, którą już lekko uniosła, i ją opuściła. Zamiast tego się lekko ukłoniła. Nie w jakiś dworski sposób, temu ukłonowi było daleko do takiego wyrafinowania.
- Bardzo mi miło. Nazywam się Aula. Jestem wyrocznią życia.
Darvan opuścił rękę i również lekko się ukłonił.
Wyrocznia? Jeszcze żadnej w swym życiu nie spotkał, ale słyszał od paru osób o tym... zjawisku.
- No to cieszę się, że będziemy razem pracować - odparł.
- Brzmi jak bzdura, ale co mi tam. Nie znam się na tych całych czarach - machnął ręką Anmar - Coś ta twoja znajoma się wlecze. Wiesz... Ja tam mogę ruszyć jutro. Alkohol tu mają przedni. “Piwo Trzech Diabłów. Tyś to widział?
- Piwo czy czary? - spytał Darvan. - A kobiet nie należy poganiać... nawet jeśli się szykują do wyjścia dłużej, niż przeciętny mężczyzna.
- Nie wiem. Cholera, jestem zwykłym najemnikiem z Molthrune. Mówili, że tu lepiej płacą, ale tak naprawdę jest taki sam bajzel, jak tam - wyrzucił z siebie i udał się w stronę wyjścia - Idę kupić ciepłe ubrania. Skoro już wszyscy mamy wyglądać jak w środku zimy, to nie mam zamiaru się wyróżniać.
Awanturnik wyszedł z domu. Głucha cisza była przerywana jedynie dźwiękiem działającego zegara.
- Chyba jest niecierpliwy... - powiedział Darvan. - Ale z pewnością ciepłe ubranie mu się przyda.
Ledwie Anmar wyszedł, pojawiła się Shalia.
-A ten gdzie polazł? - mruknęła wyraźnie niezadowolona.
Nie miała na sobie jakiegoś specjalnie ciepłego odzienia; ot, długie spodnie, koszula z długim rękawem. Do tego kolczuga, długi miecz, krótki miecz, kusza, bandolier z ośmioma fiolkami... Słowem - mały arsenał. Wypchany plecak z pewnością zawierał cieplejsze ubranie i parę innych przydatnych rzeczy.
- Organizacja pierwsza klasa - marudziła, zastanawiając się, jakie nieszczęście ściągnie na ich głowy Anmar.
- Poszedł sobie sprawić ciepłe... ubranie. - W ostatniej chwili Darvan zastąpił “gacie” bardziej ogólnym określeniem. - Ale chyba możemy na niego poczekać na dworze. No i w międzyczasie może mi powiesz, o co chodziło z tą lady, o której mówiłaś. Co ona ma wspólnego ze strażnicą?
Shalia wyrzuciła ręce w górę w geście bezradności.
- A mówił, że jest gotowy, by ruszać! - westchnęła teatralnie.
Po chwili jednak uspokoiła się i wsparła dłonie ma biodrach.
- Nie wiem, co ona ma wspólnego ze strażnicą. Wiem, że została porwana w Granicznym Lesie. Strażnica jest w Granicznym Lesie. Mam po drodze. Jeden z łowczych został tam wysłany i nie powrócił, o ile mi wiadomo.
- Radna coś o nim wspomniała. - Darvan skinął głową.
- Słyszałam od ludzi, że pan Dryden poszedł w stronę lasu, by zastawić pułapkę na wielką białą łasicę, w której istnienie nikt nie wierzył. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało - powiedziała trochę sennie Aula.
- Ciekawe, czy ktoś jeszcze wpadł w kłopoty w tym lesie. - Mag potarł brodę.
- Podobno Stary Dansby ma kłopoty w swym gospodarstwie, nie zdziwię się, jeśli i to będzie powiązane; wszak mieszka na skraju... Aaale o tym chyba słyszałeś na rynku - Shalia machnęła lekko ręką.
- Nie wszystko, ale mniej więcej wiem, o co chodzi. Bardzo możliwe, że to się wszystko łączy ze sobą. Nie bardzo jednak wiem, po co wielkiej łasicy byłyby potrzebne zapasy ze spichlerza. To by było bardziej podobne do kogoś, kto chce sobie urządzić w lesie kryjówkę. - Z tego co pamiętał, łasice były drapieżnikami. Nie jadały ziarna.
- Jak na przykład bandyci, którzy napadli karawanę? - rzuciła Shalia od niechcenia. - A plony mogą umierać od zalegającego latem śniegu.
- Jeśli Anmar się nie zniechęcił - Darvan zmienił temat - to nas dogoni. Co powiecie na to, by już ruszyć? - zaproponował.
- Zgadzam się - tropicielka natychmiast ruszyła ku drzwiom. - Aulo, czy ty jesteś gotowa, by ruszyć już teraz? - zapytała dla pewności.
- Tak. Ruszajmy czym prędzej. Poza tym, co mam tutaj, mam jeszcze do zabrania kilka rzeczy, więc po drodze odwiedzimy świątynię - potwierdziła swą chęć wzięcia udziału w zadaniu i ruszyła za Shalią w stronę drzwi.
Darvan, chociaż stał najbliżej wyjścia, przepuścił panie przodem, a potem wyszedł za nimi, zamykając drzwi za sobą, a Shalia zamknęła je na klucz.

Po odwiedzeniu świątyni, w której urzędował Starszy Safander, prowadzona przez Shalię drużyna ruszyła na południe - do Lasu Granicznego. Ledwo co opuścili Heldren, a już za swymi plecami usłyszeli głośne przekleństwa w wykonaniu biegnącego za nimi Anmara.
 
Flamedancer jest offline  
Stary 28-08-2015, 06:30   #6
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Podróż zapowiadała się na odrobinę dłuższą z powodu tempa Auli, jednak dzięki temu mogli przyglądnąć się okolicy. Farmy, które powinny być teraz pełne ludzi z powodu żniw, były puste. Im dalej szli traktem na południe, tym efekt mrozu był bardziej widoczny. Z oddali z lewej strony widać było wzgórza okalające pozłacaną dolinę. Temperatura spadała z każdą kolejną minutą marszu. Zbierały się ciemne chmury.
Powoli zauważyć można było większe skupiska drzew, które zapowiadały początek lasu. Kiedyś zajmował on większe połacie terenu, jednak karczunek pod pola uprawne odebrał te tereny naturze.
Wreszcie dotarli do ostatniej farmy przy drodze w stronę Zimaru i Demgazi. W oddali widać było... Płonące budynki. Dom, spichlerz i stodołę. Ogrodzona prostym płotem spora prostokątna połać ziemi pokryta była zwiędłym zbożem. Przy wejściu była tabliczka wyraźnie wskazująca na właściciela - Dansby.
I w tym momencie zaczęło lekko prószyć śniegiem.
Wyrocznia spuściła głowę na ten widok, a Anmar znowu głośno zaklął, nie bacząc na dwie kobiety obok niego.
- Ale bajzel - skomentował to krótko ten drugi dobywając miecza.
Droga szła coraz bliżej lasu. Shalia dobrze wiedziała, że jeszcze ćwierć mili i dotrą do ścieżki prowadzącej wgłąb niego.
Łowczyni przyglądała się przez chwilę temu strasznemu widokowi, milcząc. Tańczące radośnie płomienie odbijały się migotliwym blaskiem w jej złotych oczach, które nie podzielały chorego entuzjazmu ognia. Czując na policzku topniejący płatek śniegu, spojrzała w niebo.
Zacisnęła dłoń na mieczu podarowanym przez Yulna. Nie rozumiała, jak można było zrobić coś takiego. Na usta cisnęły się jej słowa godne Anmara, jednak wychowanie wzięło górę.
- Zniszczyli cały dobytek starego człowieka... I po co im to - powiedziała głuchym tonem. - Myślą, że zatrą ślady? Niedoczekanie - dodała, groźnie mrużąc oczy.
- Nie. Nie zacierali śladów. Po prostu chcieli zniszczyć - stwierdził Darvan.
Shalia z ponurą determinacją poprowadziła grupę najpierw dookoła pozostałości po włościach Dansby'ego, by sprawdzić ewentualne ślady. Szła przodem, by nikt nie zadeptał przypadkiem potencjalnego tropu. Odciski butów nie umknęły uwadze tropicielki. Wystarczyło, że trochę uważniej popatrzyła na ziemię. Ich ilość wskazywała na cztery do sześciu osób. Prowadziły od okolic za domem do lasu - a przynajmniej tak się łowczyni wydawało. Obeszła za dom...
I kolana się prawie pod nią same ugięły.
Na ubitej ziemi za budowlą leżała dziewczyna w wieku około piętnastu lat. Krew z poderżniętego gardła zdobiła prostą błękitną sukienkę. Jej wyschnięte oczy wpatrywały się w przestrzeń z niemym pytaniem "dlaczego?".
Przy spichlerzu zaś wisiała starsza kobieta, prawdopodobnie matka zamordowanej i jednocześnie żona właściciela. Do nadgarstków przywiązane miała liny, a te były przymocowane do belek konstrukcji. Wyglądało to tak, jakby ktoś sobie urządził z niej tarczę strzelecką, gdyż miała w ciało powbijane jakieś dobre dwa tuziny strzał. Ktoś jednak wolał spróbować swoich sił i po prostu wbił jej długą włócznię prosto w klatkę piersiową.
Tu nie było walki.
Tu miała miejsce rzeź.
Rzeź w celu zaspokojenia swego pragnienia zabijania.
Darvan poczuł, jak resztki obiadu zaczynają wędrować mu do gardła, ale na szczęście udało mu się opanować.
Wędrował po świecie już kilka lat i wiele rzeczy widział. Trupy również. Sam (czym zresztą się nie chwalił) wysłał na tamten świat paru ludzi. Ale wtedy chodziło o prostą sprawę - on albo ja. Nigdy jednak nie spotkał kogoś, kto zabijał dla rozrywki.
- Aulo, mogłabyś sprawdzić, czy dziewczyna została... - Nie dokończył.
- Anmarze, pomóż mi ją odciąć - dodał.
- Jaasne... Cholera. Ale bajzel - powtarzał na okrągło jakby na uspokojenie nerwów.
Obaj podeszli do starszej kobiety. Awanturnik szybko przeciął więzy krótkim mieczem i odciągnął ciało od płonącego spichlerza.
- Stój - warknęła Shalia na Aulę nieco ostrzej, niż zamierzała. - A czy to ma jakieś znaczenie? Nie ma najmniejszego. Ani im to już nie pomoże, ani nam nic nie ułatwi! Po prostu ich pochowajmy albo oddajmy ciała płomieniom, tak będzie szybciej, i znajdźmy morderców - wyrzuciła z siebie, niemal dławiąc się własną złością.
Złote oczy płonęły gniewem. Zawsze wiedziała, że ludzie są gorszymi bestiami od zwierząt. Tak czy inaczej jej mała grupka przybyła tutaj za późno. Nie spóźnili się wiele - w końcu ogień jeszcze trawił zabudowania - ale jednak. Całą siłę woli włożyła w to, by nie rzucić się z pięściami na Anmara. To jego wina, że zmitrężyli tyle czasu w mieście! A co, jeśli był w zmowie z bandytami? Może wprowadzi ich w jakąś pułapkę? Może zaprowadzi siedliska tamtych? Tak, Shalia musiała go od teraz bacznie obserwować…
- Oddajmy ich ciała płomieniom - powiedział Darvan. - Lepiej żeby Dansby tego nie widział.
Nie zamierzał dyskutować z Shalią, ale uważał, że dziewczyna nie ma racji. A przynajmniej nie ze wszystkim.
- Nie chcę cię martwić, ale on chyba już to widział. Nie było go w Heldren po rozmowie z panią Ionnią. Sądzę, że ruszył w drogę powrotną tutaj - Shalia wyjaśniła swoje podejrzenia. - Nie znaleźliśmy jednak jego ciała… Ani nie spotkaliśmy go po drodze - potrząsnęła głową, nie potrafiąc wyobrazić sobie, co musiał poczuć na taki widok.
- Gdzie więc się podział? Pobiegł za tamtymi? Gdzieś by musiały być jego ślady - dodał Darvan.
Przez uderzenie serca Shalia miała ochotę strzelić sobie w głowę. Z łuku.
- Powodzenia z szukaniem śladów jednego starszego człowieka w tej rozdeptanej przez jakieś osiem do dwunastu nóg ziemi. Jak umiesz określić wiek po odbiciach podeszew butów, to chętnie się nauczę - westchnęła. - Może spotkał ich tutaj, może zabrali go ze sobą? Współpracują z Zimotkniętymi, porwali szlachciankę, zabijają dla zabawy… Naprawdę chcemy próbować racjonalizować ich zachowania i stwierdzać, że coś ma sens lub go nie ma? Nie wydaje mi się.
Jak widać, opowieści o umiejętnościach tropicieli są mocno przesadzony, pomyślał Darvan, rozczarowany wypowiedzią Shalii.
Eh, ci mężczyźni, w ogóle się nie znają, pomyślała Shalia zaskoczona wcześniejszymi pytaniami Darvana.
- Jak dawno temu zginęły? - spytał.
Łowczyni spojrzała na niego z niejakim wyrzutem. Miała ich zaprowadzić, znaleźć tropy, określić czas zgonu… Co jeszcze? Niech sam sobie maca zwłoki!
Wzięła głęboki oddech na uspokojenie oraz dla dodania sobie odwagi. Znała te kobiety, rozmawiała z nimi, śmiała się z nimi… Oglądanie ich w tym stanie, traktowanie ich tylko jako poszlak. To było tak bardzo nie w porządku.
Musiała jednak to zrobić. Pomóc Heldren, pomóc w ten sposób całej społeczności miasteczka; czyż nie tak postąpiłby Erastil?
W końcu przemogła się i podeszła do dziewczyny. Palcami delikatnie przesunęła po jej powiekach, by niewidzące oczy nie spoglądały już na nią z tym niemym pytaniem. Przesunęła dłonią po stężałej, zimnej twarzy, ale temperatura ciała nie była dobrym wyznacznikiem w tych warunkach pogodowych. Za to krew z poderżniętego gardła jeszcze połyskiwała w płomieniach ognia, nie zaschła więc całkiem.
W wyniku tych krótkich oględzin upewniły ją również rany żony Starego Dansby’ego. Dłuższe przyglądanie się ciałom było już ponad jej siły. Wstała chwiejnie i odeszła na chwilę na bok. W milczeniu wpatrywała się w płomienie, uspokajając myśli.
- Nie więcej jak godzinę temu - odpowiedziała w końcu na pytanie Darvana, a jej głos przepełniony był smutkiem.
Godzina. Darvan przez moment się zastanawiał, co robił godzinę temu. Jedna głupia godzina. Ale i tak by nie zdążyli, nawet gdyby biegli całą drogę.
- Zapewne nie mają swego obozu zbyt daleko. Ciekawi mnie tylko, że nie boją się pościgu. Czyżby wierzyli w to, że nikt nie zorganizuje ludzi? Może masz rację, może faktycznie Dansby wpadł w ich ręce - powiedział.
Aula stała przez chwilę roztrzęsiona. Tępym wzrokiem wodziła to po budynkach, a to po zabitych kobietach. Odwróciła się w stronę swoich towarzyszy. Jej pięści były zaciśnięte. Jej ton głosu zmienił się z sennego na pewny siebie.
- Jestem zła. Jestem bardzo zła. Życie to świętość, a ci nawet nie potrafili uszanować prawa do niego. Chcę walczyć z tymi, którzy to uczynili - powiedziała podchodząc do pozostałych.
Stanęła obok. Wyglądała tak, jakby wreszcie ożyła lub się obudziła.
- Ich ciała należy pochować... Lub spalić. Decyzja należy do was, jednak pierwszy wybór sprowadzi się do tego, że będziecie ich musieli przewieźć do Starszego Safandera. Tutaj mogą wstać jako zombie... Lub coś gorszego.
- Jeśli możesz odprawić odpowiednią ceremonię... - powiedział Darvan - to spalmy ich ciała.
Shalia przytaknęła.
- Nie mamy czasu na powrót do Heldren.
- Ale to ty, Aulo, będziesz musiała poprowadzić ceremonię - dodał Darvan.
- Nie jestem kapłanką, ale zrobię to, co jestem w stanie zrobić.

Dziewczyna powoli podeszła do zwłok naszpikowanej strzałami kobiety i zaczęła zeń wyciągać pociski, zaczynając od włóczni. Odrzuciła je na bok i przeciągła ciało obok tego należącego do drugiej ofiary. Obeszła je tak, by stanąć w stronę chylącemu się ku zachodowi słońcu. Złożyła ręce i zaczęła odmawiać modlitwę pochwalno-błagalną do Sarenrae o to, by przyjęła w swe ręce dusze, które pożegnały się w tym miejscu z życiem. Dotknęła swymi rękoma zakrwawionych ubrań i wypowiedziała jeszcze kilka słów pod nosem. Te natychmiast się zapaliły, spowijając po chwili ciała ogniem.
Aula się wyprostowała i znów popatrzyła na unoszący się na niebie złoty dysk. Złączyła nogi, a ręce uniosła wzdłuż ciała ustawiając je pod kątem rozwartym. Z jej ust dało się słyszeć słowa kończące modlitwę chwalące Sarenrae.

Kiedy było już po wszystkim, a ciała prawie doszczętnie spłonęły, wyrocznia odezwała się tonem, którego pierwszy raz dopiero tutaj uświadczyli:
- Jeśli mamy tu coś jeszcze do zrobienia, to się tym zajmijcie. Ja poczekam tu nas was. Tylko krzyczcie jeśli będziecie szli, bo mogę was nie zobaczyć - uśmiechnęła się trochę smutno jakby wiedząc, że to nie pora na żarty, jednak chcąc rozładować napięcie.
- Nie. Powinniśmy już iść za tamtymi - powiedział Darvan.
Shalia przytaknęła i jako pierwsza ruszyła śladem morderców.
 
Kerm jest offline  
Stary 31-08-2015, 19:31   #7
 
sheryane's Avatar
 
I w ten oto sposób, zostawiając podpalone przez kogoś domy, drużyna udała się w dalszą drogę - do lasu.
Nie szli długo, gdyż niecałe dziesięć minut, aż zobaczyli schodzącą w stronę lasu ścieżkę. To właśnie tędy jechała karawana. Kilka metrów przed nimi widać było leżący na ziemi śnieg. Idąca jako pierwsza Shalia od razu dostrzegła na nim całkiem świeże ślady butów prowadzące traktem w obie strony.
Ruszyli dalej. Uporczywy śnieg spowalniał ich w sposób co najmniej denerwujący. Temperatura po przekroczeniu śnieżnej granicy spadła poniżej zera. Zrobili może pięćdziesiąt kroków, aż wreszcie ujrzeli wspomniane przez Yulna miejsce.
Miejsce masakry.
Okolice drogi oraz ona sama usłane były fragmentami zniszczonych wozów i skrzynek oraz zabitymi, okradzionymi ze swego sprzętu ludźmi oraz końmi, których krew zdobila śnieżnobiały teren. Od stojącego na środku ścieżki, zdobionego symbolami Taldańskiej heraldyki pojazdu odcięto konie. W ściany zewnętrzne wbitych było dużo strzał przypominających te odnalezione w gospodarstwie Dansby’ego. Był to efekt walki, która się tu rozegrała. Drugi powóz leżał na boku poważnie uszkodzony, zaś wokół niego znajdowało się kilka tylko lekko uszkodzonych skrzyń. Na południe widać otoczoną trupami najemników statuę człowieka zamkniętego w bryle lodu. Jego trzymająca długi miecz została odcięta i leżała u stóp. Biorąc pod uwagę zdobienia na jego napierśniku prawdopodobnie był dowódcą wojowników strzegących Lady Argentei. Dostrzeżone wcześniej ślady idą pomiędzy drzewami - dalej na południe. I jest ich więcej. W tamtą stronę nie prowadziły żadne ślady krwi.
Wciąż padał śnieg. Niezbyt gruba warstwa przykryła już pole bitwy.
Według Darvana to wcale nie wyglądało na walkę. To raczej wyglądało na najzwyklejszą w świecie rzeź. Całkiem jakby ochrona powozów dała się wystrzelać i wyciąć, nie odpłacając się napastnikom w najmniejszym nawet stopniu.
- Nie rozumiem - powiedział. - Według mnie logiczne by było, gdyby się skupili wokół powozów. Nie byliby wtedy atakowani ze wszystkich stron.
- Mi to natomiast wygląda tak, jakby najpierw walczyli skupieni, a później ich szyk się rozproszył. Niech Abadar mnie kopnie, jeśli było inaczej - rzucił Anmar, widząc pobojowisko. - Chyba będziemy musieli to przeszukać, nie?
- Jak “szyk się rozproszył”, skoro leżą koło siebie? - zdziwił się mag. - Przeszukuj. Znasz się na tym lepiej, niż ja.
Podszedł do zatopionego w bryle lodu człowieka. Ciekaw był, jakich obrażeń doznał dowódca ochrony, zanim zginął. Gdy się mu przyjrzał zobaczył, że obrażenia tamtego były jedynie powierzchowne. Jego usta otwarte były tak, jakby komuś rozkazywał w środku walki. Nie ulegało wątpliwości, że został pochowany żywcem.
- Paskudna magia - powiedział cicho Darvan.
Shalia, rzuciwszy w śnieg swój plecak, słuchała ich wymiany zdań. W tym czasie wydobyła z niego kurtę i płaszcz. Skoro mieli akurat chwilę, dobrze było przygotować się do dalszej wędrówki w tych warunkach. Ubrała się czym prędzej i otrzepawszy plecak ze śniegu, zarzuciła go sobie na ramiona.
- A czego konkretnie chcesz szukać? - zapytała z cieniem niechęci w głosie. - Trupy są. Tylko eskorty. Jak widać, już ograbione - wskazała ciała.
- Raczej nie zostało tu nic wartościowego... - rozejrzała się uważnie po raz kolejny i podeszła do pierwszego z wozów, by zajrzeć do środka.
Gdy na niego spojrzała od razu utwierdziła się w przekonaniu, że właśnie w tym powozie jechała Lady Argenteia. Wyglądał na bardzo drogi, ponieważ wykonany był z bardzo dobrej jakości drewna. Przez uchwyty dwuskrzydłowych drzwiczek przełożona była włócznia. Już miała ją wyciągać i otwierać pojazd, gdy jej wyczulone zmysły usłyszały drapanie wewnątrz. Drapanie o drewniane ściany.
Aula szła za nią. Biorąc pod uwagę brak reakcji prawdopodobnie nic nie zauważyła.
W międzyczasie Anmar zaczął chodzić pomiędzy trupami i zaczął się im przyglądać. Obserwował przede wszystkim rany.

Darvan w tym czasie przyglądał się śladom, jakie pozostawili odchodzący napastnicy. Nie wydawało mu się, by któryś z nich niósł coś cięższego, niż pozostali. Gdzie zatem podziali się ciężko ranni lub martwi napastnicy? I gdzie podziały się konie? W końcu nawet taki laik jak on potrafiłby odróżnić ślady kopyt od śladów butów...
Podzielił się tą myślą z innymi.
- Może nie mieli koni... - Shalia wyrzuciła z siebie pierwszą myśl, jaka przyszła jej do głowy w tym temacie.
- Tam ktoś jest w środku - podzieliła się swoim odkryciem z innymi. - Albo coś... Halo. Kto tam jest? Odezwijcie się! - zawołała, uderzając dłonią w drzwi, nie doczekała się jednak odpowiedzi.
- Żartujesz? - rzucił zaskoczony Darvan, ruszając w stronę przewróconego powozu. - Jakim cudem...?
Pokazała mu włócznię.
- Trochę dziwne, że nie mając żadnych strat, zostawiliby kogoś przy życiu... - mruknęła zbita z tropu.
- Otworzę, a wy będziecie mnie asekurować - zaproponował Darvan.
Wyglądało to tak, jakby kogoś zamknięto w powozie, dla żartu. Ale w tej sytuacji byłby to żart, którego on nie potrafił pojąć.
Shalia próbowała jeszcze zajrzeć przez okno, które znajdowało się po lewej stronie od drzwi, ale zasłonki uniemożliwiły jej dostrzeżenie czegokolwiek.
Darvan chwycił za włócznię i pociągnął, uwalniając jeden z uchwytów.
Tropicielka nie sądziła, by był to dobry pomysł. Szybko dobyła broni, co było cholernie dobrym pomysłem. Ledwo co broń drzewcowa została wyciągnięta, a już drzwi się z hukiem otworzyły i z wozu na śnieg wypadł... Zombie. Przypominał on martwych najemników leżących w śniegu. Za nim był jeszcze drugi, który próbował wyjść za pierwszym, jednak zabrakło mu miejsca.
Nie było czasu na rozmyślanie nad losem zmarłych wojowników. Shalia zmieniła lekko chwyt na rękojeści, ujmując ją w obie dłonie. Wyprowadziła błyskawiczny cios, tnąc po skosie. Jak zwykle, gdy przychodziło do walki, najpierw działała, potem myślała.
Cięcie było tak silne, że miękko przeszło przez obojczyk i tułów nieumarłego, wychodząc z drugiej strony gdzieś pod żebrami. Dwie połowy ciała osunęły się na ziemię, zamieniając się w to, czym były - stertę gnijącego mięsa.
- Piękny cios - rzucił Darvan.
Stojący przy posągu Anmar dobył swego krótkiego łuku kompozytowego i próbował strzelić w stojącego w wozie zombie, pocisk jednak dołączył do tych, które zdobiły ściany wozu. Jego cel wypadł teraz z pojazdu i zamachnął się na najbardziej oczywisty cel - na tropicielkę. Wydał przy tym groteskowy odgłos nie dający się w jakikolwiek sposób określić. Jej zwinny unik sprawił, że tego ręka nie dosięgła celu.
Aula odsunęła się krok do tyłu i przyglądała się sytuacji w gotowości do leczenia kogokolwiek w przypadku odniesienia przez drużynę jakichkolwiek ran.
Darvan już trzymał w ręku włócznię. Cudzą co prawda, ale włócznia to włócznia.
Korzystając z tego, że uwaga zombie jest zwrócona na Shalię zaatakował. Jego atak jednak, jakkolwiek zombie był niezdarny, nie trafił. Minął się z celem o kilka milimetrów. Być może to sprawka tego, że ta włócznia była, jak to określił, cudza?
Łowczyni powtórzyła atak na drugim przeciwniku. Cięła po skosie, wbijając miecz głęboko w cielsko trupa. Niestety tym razem nie starczyło jej siły, by dociągnąć ruch do końca. Cofnęła broń, wyszarpując ją z nieumarłego, ale ten jeszcze stał.
Nagle mag i tropicielka zobaczyli, że strzała awanturnika wbiła się w klatkę piersiową należącą do zombie. Ten się na chwilę zachwiał i wyglądał tak, jakby miał paść na ziemię, ale tak się nie stało. Zamachnął się znów na kobietę, która go zraniła, lecz jego ręka nawet jej nie dosięgła. Aula przeszła za zaklinacza i wypowiedziała słowa modlitwy dotykając jego pleców. Poczuł przepływ energii świadczącej o rzuconym zaklęciu. Rozpoznał je jako czar Porady.
Nawet bez tej pomocy Darvan nie ustąpiłby z pola walki. I chociaż pierwszy atak zakończył się niepowodzeniem, to mag bez wahania po raz drugi zaatakował nieunarłego. Bez żadnych skrupułów wykończył on swego przeciwnika przebijając głowę zombie jak masło. Czarna posoka polała się po drzewcu. Padł on bez "życia" na ziemię.
W środku nie było więcej żywych trupów.
Anmar swobodnym krokiem podszedł do pozostałych. Na jego twarzy malował się pewien rodzaj zdziwienia.
- Nie wiem, kto zamyka martwych ludzi w powozach, ale to nie było zabawne - skrzywił się, kończąc swe zdanie.
- Nie było - potwierdził Darvan. - To chyba była pułapka na tych, co trafią w to miejsce. Aż dziw, że wszystkich tak nie zamienili.
- Szukali i znaleźli. Kłopoty - prychnęła Shalia, wycierając ostrze miecza w resztki jakiegoś płaszcza.
Schowała broń i wpakowała się do wozu, postanawiając przeszukać wnętrze, skoro zawartość była już martwa na dobre.
Dużo do przeszukiwania nie było. Wnętrze wozu prawdopodobnie olśniewało kiedyś swoim przepychem. Siedzenia oraz oparcie były obite jakimś szkarłatnym materiałem, na jednej z drewnianych ścian wyryty był herb Taldoru. Teraz wszystko zostało podrapane - prawdopodobnie przez pokonane już żywe trupy.
Spod siedzenia Shalia wyciągnęła niewielką skrzyneczkę na biżuterię. W środku znajdował się sygnet, zestaw inkrustowanych perłami bransoletek, posegregowane złote i srebrne kolczyki oraz wisiorek z szafirem. Dziewczyna przejrzała błyskotki niespecjalnie nimi zainteresowana. Nie miała pojęcia, ile były warte, ale póki właścicielka żyła, należały do niej.
Rzuciła jeszcze raz okiem w każdy kąt i nawet opukała drzwi, ale nie znalazła nic więcej.
Wygrzebała się z wozu i pokazała znalezisko pozostałym.
- Trzeba będzie to zwrócić prawowitej właścicielce - oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu, głęboko wierzyła, że ta tragiczna historia będzie miała szczęśliwy finał.
- Znalazłeś coś ciekawego? - zapytała Anmara, unosząc lekko jedną brew, po czym ruszyła na oględziny drugiego wozu.
Najemnik pokręcił głową. Jego oczy zwęziły się, gdy z oddali spoglądał na dowódcę walczących tu wojowników. Przejechał szybko wzrokiem po trupach. Zazgrzytał zębami.
- Takie odziały składają się zwykle z dwunastu zbrojnych plus przywódca. Licząc zabite przed chwilą trupy, to brakuje trzech. Nie jest dobrze.
Brakuje trzech? Albo się przyłączyli do bandytów, albo zdradzili, albo też bandyci zabrali ich ze sobą, przemknęło przez głowę Darvana.
A jednak na coś się przydał, pomyślała Shalia, wysłuchawszy tej informacji.
Minęła kilka rozrzuconych wokół drugiego wozu skrzyń i otworzyła drzwiczki, by przeszukać wnętrze. Niewiele się ono różniło od tego z poprzedniego pojazdu, jednak było proste, acz wygodne. Problemem była znajdująca się w środku krew i kolejne dwa trupy. Dwie dziewczyny w wieku około dwudziestu lat w strojach służących. Ich gardła były poderżnięte w taki sam sposób, jak tej przy gospodarstwie. Podobne rysy twarzy świadczyły o tym, że były siostrami.
- Niech ich szlag trafi - warknęła pod nosem Shalia, widząc kolejne ciała.
Przeszła jej ochota na przeszukiwanie wozu. Trzasnęła drzwiczkami ze złością.
-Aulo, czy ich wszystkich też powinniśmy spalić? Nie chciałabym, żeby więcej takich jak tamtych dwóch zaczęło włóczyć się po lasach.
Zawołana Aula poszła w stronę tropicielki. Jej mina zdecydowanie wskazywała na to, że się zastanawia.
- Powinniśmy to zrobić, jednak w ten sposób możemy przyciągnąć uwagę niechcianych stworzeń. Nie sądzę, by ten las był teraz bezpieczny - odparła po dłuższej chwili. W jej głosie słychać było wahanie.
Darvan odwrócił wzrok od zarżniętych dziewczyn.
- Dziwne postępowanie - powiedział cicho.
“Normalni” bandyci najpierw zabawiliby się z dziewczętami, ci natomiast... A może to była banda złożona z samych kobiet? Jego nauczyciel, Arasmes, nieraz narzekał na upadek obyczajów. I na to między innymi, że kobiety, nazwane przez jakiegoś pustogłowego poetę “płcią słabą”, przewyższają mężczyzn tak w słownictwie plugawym, jak i w czynach zasługujących na potępienie.
Darvan nie należał do osób krwiożerczych, ale uznał, że tych, co napadli na powozy i na gospodarstwo Dansby'ego należałoby wybić jak wściekłe psy.
- Nic tu po nas - powiedział.
Już mieli ruszać dalej, kiedy uwagę Shalii zwróciła skrzynka nieco odróżniająca się od pozostałych. Była większa i zamknięta na kłódkę. Po innych nie widać było, by którakolwiek takie zabezpieczenie posiadała.
- Rozwalamy czy uznajemy za kolejną pułapkę i idziemy dalej? - zapytała.
W końcu nikt nie wyznaczył jej na dowódcę, inni mieli prawo robić po swojemu. Sama odsunęła się kilka kroków dalej, wolałaby już pójść.
- Wypadałoby sprawdzić, co się kryje w tej skrzyneczce - powiedział Darvan. - Niestety umiejętności otwierania kłódek są mi obce. Chociaż słyszałem, że proste zamki można otworzyć spinką do włosów. Tu chyba trzeba by zastosować bardziej brutalną metodę. Chyba że ty sobie z tym poradzisz, Anmarze.
Awanturnik bez słowa podszedł do skrzynki i obejrzał zamek. Coś zamamrotał do siebie pod nosem.
- To będzie banalne. Tylko dajcie mi chwilę - powiedział znużonym tonem i wyciągnął narzędzia złodziejskie.
Uporał się z tym dość szybko. Odrzucił kłódkę do śniegu i otworzył skrzynię. Wyciągnął z niej ubranie identyczne do tych noszonych przez zabite służące. Obejrzał je dookoła jakby szacując ich wartość, po czym odezwał się zadowolony.
- Tu są jeszcze dwa zestawy takich ubrań. Wraz ze znalezioną biżuterią możemy wziąć za to niezłą sumkę. Sprzedajmy to wszystko.
- Jeśli uwolnimy Lady Argenteę - powiedział uprzejmie Darvan - to z pewnością ofiaruje ci te rzeczy jako nagrodę za ocalenie jej życia. I pewnie nie tylko to.
- Darvan dobrze prawi. Ruszajmy dalej - poleciła Shalia, idąc jak zwykle przodem.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 06-09-2015, 08:48   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
W ten oto sposób, wcześniej zabierając znalezione rzeczy, drużyna ruszyła śladami morderców wgłąb lasu. Były to w zasadzie obrzeża, jednak im dłużej parli naprzód, tym więcej drzew było dookoła. Temperatura lekko zaczynała dawać się we znaki, śnieg wręcz irytująco spowalniał marsz, a widoczność była ograniczona przez padający z nieba biały puch.
W pewnym momencie trop przechodził przez małą polankę wśród wyższych drzew, po czym znikał gdzieś za wzgórzem. Duża skrzynia leżała na wpół zakopana pomiędzy dwoma drzewami. Wygląda tak, jakby została upuszczona lub porzucona przez tych, którzy w pośpiechu tędy przechodzili.
- Pewnie kolejny prezent, z zombie w środku - mruknął Darvan - Pewnie przewidywali, że tropem bandytów ktoś będzie szedł.
Zatrzymał się dwa kroki od skrzyni i zastukał w nią tępym końcem włóczni. Wydane przez nią dźwięki wskazywały na to, że jest pusta.
- Mieli dość czasu, by zabrać ją z powrotem, nawet gdyby pośpiech nie pozwolił im nieść jej dalej - zgodziła się Shalia. - Darujmy sobie. Po co nam kolejny zestaw ubrań?
- Na bardziej srogie mrozy?
- uśmiechnął się Darvan. - Chodźmy.
Wbrew tym słowom mag jeszcze popchnął skrzynkę swoją włócznią, a jako że się nie ruszyła, to naparł na nią całą swoją siłą. Przesunęła się ona do niecały metr, rozgarniając przy okazji śnieg za sobą, ujawniając pod sobą mnóstwo pancerzy oraz broni do walki w zwarciu i strzeleckiej.
Zaklinaczowi podskoczyło jednak serce do gardła słysząc, że coś się rusza w lesie nad jego głową. Uniósł wzrok, a tu dostrzegł najeżony kolcami bal celujący idealnie w osobę, która byłaby na tyle głupia, by tknąć skrzyni. Obniżył się on tylko odrobinę nie wyrządzając nikomu krzywdy. Dopiero teraz dostrzegł, że w skrzyni zatrzaśnięta jest lina prowadząca wgłąb lasu. Wygląda to na dość prymitywną pułapkę, jednak trafienie takim kawałkiem drewna mogłoby być zabójcze.
- Możecie brać, wybierać - powiedział, wskazując na odkryte właśnie dobra. - Czyżby tu porzucono łup zdobyty na ochronie powozów?
Spróbował w stosie rupieci wypatrzyć coś dla siebie.
- Shalio? Może koszulkę kolczą? - spytał. - Wygląda na porządną robotę.
Gdyby pracowali dla zysku, to w tym momencie powinni zabrać to wszystko, zrobić w tył zwrot, a potem sprzedać.
Dziewczyna zgodnie z sugestią maga wyciągnęła zbroję ze sterty łupów. Obejrzała ją dokładnie. Wyglądała naprawdę solidnie i była całkiem ładna.
- Mhm - przytaknęła. - Chętnie skorzystam.
Przeczuciem Darvan tego nie mógł nazwać. Raczej odezwał się tu rozsądek.
- Mendeteksi sihir - powiedział, rzucając czar “wykrycie magii” na znaleziony stos rzeczy.
Coś tam było. Na samym dnie.
Na szczęście hojni ofiarodawcy skąpili na pułapkach i Darvan baz problemu odszukał ów przedmiot. Piękną i jakże przydatną różdżkę, zawierającą czar Magiczna Zbroja. I to, jak się okazało, bynajmniej nie jeden taki czar.
A prócz tego dobytek Darvana zwiększył się o dwadzieścia ponad bełtów. Mógłby co prawda zabrać kolejną kuszę (w myśl zasady - od przybytku głowa nie boli), ale sądził, że biegając po lesie z dwiema kuszami w dłoniach wyglądałby niezbyt poważnie. Żeby nie powiedziać gorzej.
Anmar podszedł, szybkim ruchem zabrał nieźle wykonany sztylet i gdzieś go schował.
- Najlepiej to wziąć na sprzedaż wtedy, kiedy będziemy wracać - powiedział zerkając na wiszący wśród drzewnych konarów bal.
- Heldren z chęcią przyjmie broń i pancerze. To spokojna okolica, jednak mieszkańcy wolą być przygotowani na ewentualny atak - dodała posępnie Aula - Powinniśmy ruszać. Zbliża się noc.
- Może z powrotem założysz tę pułapkę? - zaproponował Darvan.
- To nie będzie takie proste. Na moje oko na naciągnięcie jej użyto przynajmniej trzech silnych ludzi. Nie sądzę, by ktoś miał nam łup zabrać więc po prostu to zostawmy w ten sposób - odpowiedział najemnik.


Drużyna poszła dalej. Mróż zaczyna się powoli dawać we znaki niektórym jej członkom. Aula próbuje rozgrzać swe dłonie dmuchając w nie, zaś Darvan czuje jak mu ręce wręcz poczerwieniały od zimna.
Śnieg w kolejnej części lasu stał się głęboki. Wiatr wyżłobił przez to zarośnięte drzewami wzniesienie ścieżkę, która da się iść nie wchodząc po pas w otaczający podróżników biały puch. Niewielkie kaskady śniegu spadają niekiedy ze znajdujących się nad głową gałęzi sycząc lekko, gdy uderzały o ziemię. Droga lekko zakręca w prawo. Nie licząc mówionych pod nosem przekleństw Anmara, to jest tu dziwnie cicho.
- Aulo, możesz mi coś doradzić? - Darvan zwrócił się do dziewczyny. - Wściekle mi zmarzły ręce.
- Jestem w stanie coś z tym zrobić
- powiedziała i uniosła swe ramiona w górę podobnie, jak to zrobiła w gospodarstwie.
Błyskawicznie wszyscy poczuli przepływ pozytywnej leczącej, a jednocześnie ogrzewającej energii.
- Dziękuję, Aulo - powiedział Darvan. - Jesteś wielka.

- A w ogóle to co teraz robimy?
- spytał. - Idziemy dalej, dopóki cokolwiek jeszcze widzimy, czy rozbijamy obóz?
Shalii zimno nie doskwierało jakoś specjalnie, przynajmniej na razie.
- Idziemy, póki coś widzimy. Zresztą i tak trzeba sprawdzić, co jest kawałek dalej, jeśli chcemy tu obozować - powiedziała, wzruszając lekko ramionami.
- A w jaki cholerny sposób rozbić obóz w tym śniegu? - zapytał awanturnik z wyraźną pretensją w głosie.
Shalia uniosła lekko brew.
- Nie szykowałeś się na taką możliwość? Myślałeś, że raz-dwa znajdziemy winnych, Lady Argenteię i wrócimy na noc do ciepłego łóżeczka? - zakpiła. - Możesz zacząć od zbierania gałęzi na wyściełanie sobie posłania, żebyś nie musiał spać na śniegu.
- Nie wiem jak ty, ale ja nie lubię spać w śniegu kiedy sypie - zaczął argumentować Anmar - Obudzisz się rano i okaże się, że jesteś pod trzema śnieżnymi warstwami. A to jakiś potwór jeszcze kogoś zje, albo...
Krzyk Auli przerwał mowę najemnika. Jakby na stwierdzenie na temat potwora nagle spod warstwy białego puchu wyskoczył duży gad równie biały jak otaczający go krajobraz. Miał głowę przypominającą smoczą, a jego uzębienie stanowiły ostre kły. Jego ręce kończyły się zakrzywionymi pazurami. Z jego nozdrzy unosiła się zielonkawa mgła.


Ugryziona w rękę i opleciona przez bestię wyrocznia zajaśniała złotym blaskiem. Jej figura okolona ogniem lekko topiła śnieg dookoła niej. Shalia oraz Darvan czuli bijące od Auli ciepło.
Shalia zawahała się na moment. Była pewna, że to nie jest zwykłe zwierzę. Nie zapytała natomiast Yulna, jak dokładnie ci zimotknięci wyglądali. A jeśli to był jeden z ich przedstawicieli?
Dobyła miecza z zimnego żelaza i zaatakowała potwora, mierząc w pysk, by przypadkiem nie zranić też Auli. Ostrze wgryzło się w łuski, rozcinając je i zostawiając po sobie krwawy ślad.
Darvan cofnął się o krok.
- Ledakan asam! - powiedział, wykonując odpowiedni gest.
W stronę trzymającego Aulę potwora pomknęła kulka pulsująca zgniłą zielenią. Po sekundzie kwas rozbił się na śnieżnobiałych łuskach Tatzlwyrma, pozostawiając tam wyraźny wżer.
Anmar dobył zabrany niedawno sztylet, wysunął się naprzeciw łowczyni, by móc flankować bestię. Wbił swą broń w miejsce w pobliżu głowy sprawiając, że potwór zaczął wyć. W odpowiedzi zaczął drapać swymi szponami znajdującą się w jego uścisku dziewczynę próbując rozerwać ją na strzępy. Światło lekko zbladło, a na ziemię poleciały krople krwi. Złote płomienie Auli jeszcze przez chwilę ją otaczały, po czym zniknęły równie nagle, jak się pojawiły. Jej nieudolne próby wyrywania się spełzły na niczym.
Shalia wyprowadziła błyskawiczny cios, by jak najszybciej pomóc Auli. Wyrocznia, wyrocznią, ale była tylko człowiekiem. Miecz wszedł w cielsko bestii jak w masło, wgryzł się głęboko. Uścisk bestii osłabł, a sam stwór po chwili przestał się ruszać. Łowczyni wyszarpnęła broń ze zwłok potwora.
- Aula! Pomóżcie jej! - powiedziała do towarzyszy.
Jeżeli już mieli tracić kogokolwiek, to lepiej Anmara, a nie bogom ducha winną dziewczynę.
Darvan wyciągnął sztylet i przyklęknął przy leżącym krewniaku smoków, po czym spróbował podważyć szpony smokowatego stworzenia i uwolnić Aulę z serdecznego uścisku.
- Dobrze, ze nie zionął trującym oddechem - powiedział.
- Mam nadzieję, że trzyma się tradycji i jest samotnikiem - dodał. - Ale na wszelki wypadek uważajcie.
Plotki głosiły, że niektóre osobniki łączyły się w niewielkie stadka i Darvan miał nadzieję, że ten nie miał w pobliżu kompanów.
Anmar za to chwycił dziewczynę za ramiona i wytargał ją spod jaszczura.
- Mówiłem coś o bestiach w śniegu - rzekł w stronę Shalii wyraźnie zły.
Ubrania wyroczni były odrobinę potargane, a rany pod nimi były dość głębokie. Półprzytomna dotknęła symbolu Sarenrae i znów wszyscy poczuli przepływ pozytywnej energii. Z pomocą awanturnika wstała, popatrzyła po reszcie i westchnęła z ulgą.
- Dobrze, że nikomu się nic nie stało - powiedziała ze słabym uśmiechem - Szansa na spotkanie takiego stworzenia w tym lesie jest bardzo nikła.
- Ten jeden sprawił nam dosyć kłopotów
- odparł Darvan. - Więcej takich nam nie potrzeba. Shalia mogłaby zabrać piękne trofeum - dodał z uśmiechem.
- Dobrze się już czujesz? - upewnił się.
- Tak... Chyba tak. Jednak rany zadane przez to coś jeszcze pieką. I muszę naprawić swoje ubranie. - odpowiedziała.
- Rany tak zwykle mają - powiedział Darvan, usiłując sobie przypomnieć, czy rany zadane pazurami Tatzlwyrma nie mają jakichś dodatkowych skutków ubocznych. - Można ci jakoś pomóc w tej łataninie?
- Poradzę sobie. Dziękuję
- skinęła głową w podziękowaniu - Teraz musimy zadecydować o tym, gdzie rozbijamy obóz. Marsz w nocy może być niebezpieczny.
- Teoretycznie ten potwór powinien mieć gdzieś niedaleko swoją kryjówkę - odparł mag. - Ale nie sądzę, byśmy się tam zmieścili w czwórkę.
Shalia nie bardzo wiedziała, czy Anmara powinna wyśmiać, czy może jednak dać mu w mordę.
- Zejdźmy ze ścieżki czy czegoś, co było nią, nim zasypał ją śnieg i znajdźmy jakieś chociaż odrobinę osłonięte od wiatru miejsce gdzieś w pobliżu. Krzakami, gęściej rosnącymi drzewami. Cokolwiek. Potem wymościmy posłania gałęziami, żeby nie spać w wodzie powstałej od topiącego się śniegu. Wezmę pierwszą wartę - łowczyni cofnęła się kilka metrów po własnych śladach i zeszła w las, rozglądając się za miejscem odpowiednim na obóz.
Darvan, kierując się zasadą, że nie powinni się za bardzo rozdzielać. cofnął się w ślad za Shalią, a nawet zrobił kilka kroków ścieżką, którą w śniegu zaczęła wytyczać tropicielka. Ostatecznie cała reszta drużyny poszła za szukającą schronienia łowczynią.

Odejście od ścieżki spowodowało, że tropicielka zaczęła iść wręcz po pas w śniegu. Poszukiwania były męczące i irytujące, jednak wiedziała, że coś musi być w pobliżu biorąc pod uwagę ukształtowanie terenu. Po prostu się na tym znała.
Nie minął kwadrans, a u podnóża wzniesienia dostrzegła wejście do schodzącej w dół dość głębokiej groty. W środku bez problemu mogło się zmieścić do sześciu osób uwzględniając ognisko. Całość wyglądała jak jama porzucona przez niedźwiedzia. Albo taką, która mogłaby być zasiedlona przez niego, jednak w środku nie było praktycznie nic.
- Skoro ta norka jest pusta, to chodźmy do środka - zaproponował Darvan. - Nie znajdziemy w okolicy lepszego schronienia.
- Wszystko jest lepsze od spania w śniegu
- powiedziała Shalia, uśmiechając się pod nosem.
Darvan wypowiedział odpowiednie słowa i magiczne światełko oświetliło wnętrze jaskini. W środku jednak nic ciekawego nie było. Prawdę mówiąc, nic nie było.
- Dziwnie tu czysto - powiedział. - Całkiem jakby poprzedni lokator zatrudniał sprzątaczkę.
- Warto by naciąć kilka gałęzi, by zasłonić trochę wejście - zaproponował. - No i jakaś brzózka dałaby nam odpowiednie drewno. Widziałem kilka niedaleko.
Całkiem zadowolona ze znalezionej groty Shalia wybrała sobie miejsce naprzeciwko wejścia. Rozłożyła swoje posłanie, a plecak położyła w miejscu poduszki.
- Wezmę pierwszą wartę - zapowiedziała.
Następnie zostawiła zmarzniętych towarzyszy w jaskini i udała się na poszukiwanie czegoś, co nadałoby się do spalenia. Drewna w lesie było rzecz jasna pod dostatkiem, ale w śniegu kopać nie zamierzała.
Niedługo potem była już z powrotem z młodą brzózką.
- Proszę, możecie rozpalić ogień - powiedziała.
W końcu nie zamierzała robić za nich wszystkiego.
- Trochę podymi pewnie, ale będzie cieplej.
- Anmarze, zorganizujesz trochę gałęzi? - spytał Darvan, po czym zaczął rozłupywać przyniesione przez Shalię drzewko na mniejsze kawałki.
Dobrze, że była to brzoza. Kora idealnie nadaję się na podpałkę, zaś samo drewno nadzwyczaj łatwo się pali.
Po chwili na środku jaskini zapłonęło niewielkie ognisko.
Rozglądający się przy wejściu awanturnik kiwnął głową i ruszył w las biorąc dobyty znikąd toporek. Zdaje się mieć wrażenie dziwnie dużą ilość broni białej przy sobie.
Jakiś dłuższy moment mu to zajęło, ale wrócił z naręczem gałęzi wszelkiego rodzaju. Rzucił je na bok, usiadł przy wejściu do jaskini i zaczął o czymś intensywnie myśleć.
- Wezmę drugą wartę. - powiedział najemnik po kilku minutach, po czym znów zamilkł.
Wyrocznia usiadła przy rozpalonym ognisku i odmawiała pod nosem jakieś modlitwy. Efektem była powolna naprawa jej ubrań.
- Mogę być po Anmarze - stwierdził Darvan, po czym zaczął paroma bardziej pokaźnymi gałęziami zastawiać wejście, by ognisko nie było widoczne z daleka.

Dzień dobiegł końca. Liżący gałązki ogień przyjemnie trzeszczał dając ciepło i światło oświetlające niemalże całą jaskinię. Noc była spokojna i cicha, lecz właśnie ta cisza nie podobała się Shalii wiedzącej, że o tej porze roku las powinien tętnić życiem nawet po zachodzie słońca. Po pewnym czasie obudziła Anmara, który przeniósł się w okolice wejścia do groty i zaczął obserwować.
Na warcie Darvana zerwała się straszna śnieżyca. Jego nerwy były napięte, bo miał przeczucie, że zaraz coś na niego wyskoczy spośród drzew i zabije. Tak się na szczęście nie stało, jednak to “przeczucie” pozostało. Był w tym momencie pewny, że są obserwowani. Przekazał tą informację dalej - obudzonej niedługo przed świtem Auli czatującej w wejściu do momentu, aż wszyscy się wyspali.
 
Kerm jest offline  
Stary 15-09-2015, 00:21   #9
 
sheryane's Avatar
 
Nastał kolejny pochmurny dzień. Nie było żadnych nieprzyjemnych niespodzianek w nocy, jednak śniegu jest jeszcze więcej, niż było. Więcej na tyle, by mogło przykryć ślady.
Parę minut starczyło Darvanowi na spakowanie i zjedzenie śniadania.
- Zima króluje w pełni - powiedział, podziwiając zaśnieżony krajobraz i sprawdzając, czy jakiś gość nie pozostawił przypadkiem śladów w okolicy ich podziemnej gospody.
Mag ledwie wyszedł na zewnątrz, a kątem oka dostrzegł przemykającą wśród drzew figurę wielkości człowieka. Gdy spojrzał w tamtą stronę, to nikogo tam nie było tak samo jak śladów. Nie pozostawało nic innego do zrobienia, jak podzielenie się z innymi tym odkryciem.
- Coś tam było - powiedział cicho. - Przed nami, tak jak popatrzycie prosto. Koło tamtej pokrzywionej brzózki, jakieś pięćdziesiąt metrów od nas.
Shalia była obolała - mięśnie zdrętwiały jej od twardego podłoża, kości bolały od chłodu, który przenikł je do szpiku w nocy. Nocna, nienaturalna cisza nie dawała jej spokoju. Zupełnie jakby z nadejściem tajemniczej zimy odeszło stąd wszelkie życie.
Usiadła na posłaniu, z niechęcią przeżuła śniadanie. Spakowała się niespiesznie. Z zamyślenia wyrwały ją dopiero słowa Darvana.
- Więc trzymajmy się na baczności - powiedziała, podchodząc do wyjścia z jaskini.
Na wszelki wypadek sięgnęła po łuk i nałożyła strzałę na cięciwę.
- Dzisiejszy spacer będzie jeszcze trudniejszy. Nie wyobrażam sobie walki w tych warunkach - mruknęła niezadowolona.
Poszła przodem, kierując się w stronę wskazanej przez maga brzózki.
Darvan z kuszą gotową do strzału, ruszył za nią.
Podeszli do wskazanego przez maga drzewa i... Nie znaleźli nic. Brzoza jak brzoza.
Wtem z obozowiska wygrzebała się Aula wyglądająca na odrobinę zaspaną. Wolnym krokiem podeszła do łowczyni i zaklinacza przecierając oczy.
- Widzieliście Anmara? Próbowałam go obudzić, ale znalazłam tylko plecak - zapytała wyraźnie zmartwiona.
- Pod ziemię się zapadł, czy też wniknął w jakąś ścianę? - zdumiał się Darvan. - Obudził mnie i poszedł spać.
Przed jaskinią nie było śladów, które by wskazywały, że Anmar wyszedł z jaskini. Poza tym - jak niby miałby go minąć? Albo ominąć Aulę.
Mag miał rację. Anmar musiałby minąć Darvana lub Aulę. Choć ta druga miała ewidentny problem ze wzrokiem, Shalia była pewna, że nadrabia innymi zmysłami.
- Do cholery z takimi ludźmi - mruknęła pod nosem i zawróciła do jaskini. - Jakby zatęsknił za ciepłym łóżkiem i miastem, to by chociaż plecak wziął...
Postanowiła dokładnie sprawdzić każdy centymetr podłoża w jaskini.
- Jak to jakiś głupi wybryk, to dam mu w mordę - marudziła przy tym.
Gdy łowczyni się przyglądnęła trochę uważniej, to dostrzegła ledwo widoczne wgłębienia w śniegu kojarzące się z krokami. Kierowały się one od jaskini w stronę traktu. W pewnym momencie ślady jednak znikały - tak jakby się rozpłynęły w powietrzu. Z tego miejsca widoczna już była ścieżka z wciąż widocznym tropem bandytów oraz truchło istoty o nazwie Tatzlwyrm.
- Albo Anmar minął jakimś cudem Aulę i wybrał się na zwiady - powiedział Darvan - albo coś go wciągnęło pod ziemię w tej jaskini, a te ślady zostawiło coś, co nas obserwowało w ciągu nocy. To raczej jest zbyt płytkie, jak na ślady Anmara. - Spojrzał na pozostawione w śniegu wglębienia.
Shalia przygryzła wartę w zamyśleniu.
- Nie bardzo widzę, jak mamy go dalej szukać, skoro trop się nagle urywa... Jeśli wyszedł sam, to dlaczego nie wziął rzeczy i dlaczego przekradał się, zamiast komuś powiedzieć - dziewczyna zupełnie nie rozumiała tej sytuacji. - Chyba że coś go zauroczyło; wiecie, jak błędne ogniki na bagnach... Może to sprawka magii?
Albo poszedł do swoich, powiedzieć im, gdzie nocujemy, tak jak sądziłam od początku!, pomyślała, ale zachowała to dla siebie. Zdawała sobie sprawę, jak ludzie mogą reagować na takie przypuszczenia. Potrzebowała więcej dowodów.
Sprawa magii? Na magii Darvan nieco się znał, ale jedyne, co był w stanie wymyślić, to rzucenie wykrycia - i w jaskini, i przy jej wyjściu, i w miejscu, gdzie zniknęły ślady. Zaczął od obozu, a zakończył na urwanym tropie. Już miał się poddać, kiedy dostrzegł ledwie zauważalną aurę magiczną wypełniającą powietrze. Oznaczało to, że ktoś w tym miejscu rzucił jakieś zaklęcie, a zużyta energia właśnie parowała. Na podstawie tego próbował zidentyfikować szkołę magii, jednakże nie udało mu się to. Wygląda na to, że czas zrobił swoje i przerzedził emanację.
- Jakaś magia - mruknął niechętnie Darvan - ale nie jestem w stanie wam powiedzieć, kto tutaj użył magii, ani jakiej.
- Raczej nie użył jej sam Anmar. Może ktoś z tych zimotkniętych? Chyba możemy uznać go za zaginionego... Musimy ruszać dalej - ponagliła towarzyszy. - Zostawmy tu koc, trochę jedzenia, gdyby wrócił. Zabierzmy resztę i chodźmy dalej - zaproponowała.
Darvan skinął głową. Innego wyjścia nie widział.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 17-09-2015, 15:30   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Dalsza droga z chwili na chwilę przestawała dawać się tak we znaki. Choć temperatura utrzymywała się na identycznym poziomie jak poprzedniego dnia i warstwa śniegu powoli malała do podobnej ilości jak przy wejściu do lasu, to jednak wszechogarniająca cisza sprawiała, że czas wędrówki się wydłużał w nieskończoność. Nie zmieniało to faktu, iż nie trzeba było stawiać już wysoko nóg, co umożliwiło szybszy marsz.
Tak podróżując, wśród ośnieżonych drzew drużyna składająca się już z tylko trzech osób dostrzegła coś dziwnego. Przy drodze zauważyli zwisające z najniższych gałęzi, kołyszące się na wietrze pierzaste zawiniątka i dziwne fetysze. Do wszystkich przybite są drobne szpilki utrzymujące owinięte naokoło nich paski skóry prawdopodobnie w celu uchronienia ich od zniszczenia.
Droga zakręca w lewo, a trop, choć lekko przysypany, wciąż jest dobrze widoczny. A przynajmniej dla Shalii.
Łowczyni przyjrzała się dziwnemu znalezisku, ale niewiele miała w temacie do powiedzenia.
- Chyba jesteśmy blisko, raczej nie wiesza się czegoś takiego w środku głuszy; bardziej przy domach lub schronieniach? - wzruszyła lekko ramionami.
Nie zamierzała nawet dotykać tego czegoś i poszła dalej.
Darvan spróbował pogrzebać w pamięci i przypomnieć sobie, czy kiedyś o czymś takim nie słyszał lub nie czytał.
Tropicielka zrobiła dwa kroki i równocześnie z obserwującym znalezisko magiem zdała sobie sprawę czym są te "fetysze".
To martwe, w dziwny sposób ozdobione wrony.
Zaklinacz próbował sobie coś przypomnieć w tej sprawie, lecz nie przychodziło mu do głowy nic. Żadna społeczność nie wykonywała swych ozdób aż tak prowizorycznie. Wykrycie magii również nic nie wykazało.
- No, może niekoniecznie TAKIE coś - mruknęła pod nosem, gdy zrozumiała, na co patrzy. - To chore. Zwykli bandyci nie zrobiliby czegoś takiego, prędzej jakaś wiedźma - dodała z rosnącym niepokojem.
- Tutaj jest chyba coś więcej, niż zwykli bandyci - rzekła Aula próbując ogrzać sobie ręce rozcierając je, prawdopodobnie z marnym skutkiem. - Ludzie nie są aż tak bestialscy. Chyba.
Darvan nie miał pojęcia, czy ta “dekoracja” miała odstraszać nieproszonych gości albo złe duchy, czy też służyła do jakichś dziwacznych i groźnych zarazem obrzędów. Szczerze mówiąc wolałby nie stać się uczestnikiem owych obrzędów.
- Może i wiedźma - powiedział. - Nie znam się na czymś takim.
Nagle Shalia poczuła ból w swoim ramieniu przypominający głębokie wbicie dwóch igieł do szycia. Po jej ciele rozszedł się chłód godny wejścia do lodowatej wody lub wyjścia z ciepłej balii na dwudziestostopniowy mróz. Nie lepiej było z magiem, który został trafiony w udo. Wykorzystana broń jest identyczna jak "szpilki" użyte przy wiszących fetyszach.
Trafieni dostrzegli wśród gałęzi trzy niewielkie, świecące ledwo widocznym światłem postacie. Próbowały się schować po strzale, lecz widząc, że zostali zauważeni, szykowali się do kolejnych strzałów.
Przeciwnicy, małe uzbrojone w łuki stworki, byli zbyt daleko, by Darvan mógł użyć jakiegoś dobrego czaru... i byli zbyt mali, by mag miał uwierzyć w to, że strzał z kuszy będzie celny. Dlatego też Darvan ruszył jak najszybciej mógł w stronę najbliższego napastnika, chcąc stanąć pod drzewem w taki sposób, by pień osłonił go przed ewentualnymi strzałami pozostałych łuczników.
Shalia, nie zastanawiając się nad tym, co widzi, natychmiast naciągnęła cięciwę i posłała strzałę w istotę znajdującą się najbliżej niej. Dopiero potem dotarło do niej, że był to całkiem niezły odruch, biorąc pod uwagę, jak wysoko nad ziemią znajduje się napastnik. Poza tym za wiele zrobić nie mogła. Miała wszak ze sobą maga i wyrocznię, na pewno musieli dysponować jakimiś zaklęciami, które albo ściągnęłyby wroga na ziemię, albo od razu wystrzeliły go w powietrze.
Strzała pomknęła prosto do celu. Wbiła się w miejsce, gdzie mogło być maleńkie serduszko przeciwnika. Impet uderzenia posłał malucha do tyłu. Bezwładne ciałko spadło w śnieg.
Aula zrobiła krok w stronę tropicielki i dotknęła jej pleców wymawiając pod nosem słowa modlitwy świadczące o rzuceniu zaklęcia Porady.
Przeciwnik przy Darvanie zeskoczył na ziemię i wyciągnął w stronę jego oczu rękę. Ostatnia rzecz, jaką mag zapamiętał, nim padł na ziemię, to oszałamiający deszcz kolorów, przez który pociemniało mu przed oczami.
Drugi z napastników wystrzelił w Shalię, lecz nie trafił o kilka milimetrów.
Shalia posłała drugi pocisk w przeciwnika, który zaatakował Darvana. Niestety i ona tym razem chybiła. Zaklęła w myślach, odruchowo nakładając kolejną strzałę na cięciwę. Wiedziała, że w tym stanie dotarcie do tego ze stworzeń, które było już na ziemi, potrwa zbyt długo. Powinna była próbować wyeliminować tego trzeciego.
Aula podbiega do zaklinacza i zaczęła go odciągać od przeciwnika, na końcu stając plecami do wroga, co by osłonić Darvana. Niespeszony tym znajdujący się na ścieżce fey rozświetlił się jasno i popatrzył na prawo w las. Za pobliskim drzewem dostrzec można było identyczny blask. Jeśli to kolejny z nich, to prawdopodobnie się jeszcze ukrywa nie chcąc wchodzić w pole rażenia łuku. Stojący na gałęzi strzelec schował się za pniem również uniemożliwiając trafienie w siebie.
Małe tchórze, pomyślała Shalia.
Łowczyni wiedziała już, z czym ma do czynienia. Wiedziała też, że zimne żelazo byłoby tutaj najlepsze. Rzuciła łuk, dobyła miecz od Yulna i podbiegła do przeciwnika, tnąc nisko. Stworzonko padło na ziemię z krwawą szramą wzdłuż swojego małego tułowia.
Ukrywający się wśród drzew drugi przeciwnik w tym czasie odleciał na zachód ile sił w skrzydłach, rzucając co jakiś czas okiem, czy w jego stronę nie leci jakaś strzała.
Żadnych wrogich działań z jakiejkolwiek strony drużyna już nie zauważyła. Wiatr dość irytująco wiał niosąc ze sobą okropny chłód. Niebawem Darvan otworzył oczy i zobaczył, jak ciała zabitych powoli przemieniają się w ulatującą z wiatrem mgiełkę. Klęczała przy nim Aula monitując jego stan.
Shalia jeszcze przez chwilę rozglądała się uważnie, chcąc mieć pewność, że chwilowo pozbyli się duszków na dobre. Schowała miecz, wróciła się kilka kroków, podniosła łuk. W końcu podeszła do Darvana i Auli.
- Jak się czujesz? Możesz iść dalej? - zapytała. - To były duszki. Pewnie z rodzaju tych zimotkniętych. Takie słabsze wróżki, bardziej prymitywne. Ich naturalnym odruchem w przypadku zagrożenia jest ucieczka, a zwykle bronią natury… Nie wiem więc, dlaczego nas zaatakowały. Ale przynajmniej to o ucieczce jest prawdą - wyjaśniła, zerkając jeszcze przez ramię w stronę, gdzie zniknął jeden z maluchów.
Darvan skinął głową.
- Paskudny czar, ale na szczęście to szybko mija - powiedział. - A co do tych wróżek... Może akurat doszły do wniosku, ze stanowimy jakieś zagrożenie. Albo ktoś im się naraził, a teraz one atakują każdego, kogo napotkają.
- Albo ich naturą jest zima, a my tu tej zimy nie chcemy - Shalia wzruszyła lekko ramionami.
- Wyczuły nasze negatywne nastawienie - mruknął Darvan. - Możliwe też, ze połączyły swe siły z tym czymś, co zesłało tutaj zimę.
Rzuciwszy ostatnie spojrzenia ku poruszanym wiatrem fetyszom, poszli dalej.
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168