Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-10-2015, 19:33   #1
 
Smirrnov's Avatar
 
[D&D 3.0/3.5 FR] Czy zło ma znaczenie? [+18]


_____Powrót do domu, jak sarkastycznie nazywał swe miejsce pobytu, było idealnym zwieńczeniem orzeźwiającej podróży. Wisienką na torcie można by rzec. Oczywiście, nie obyło się bez pokazania kto i dlaczego tutaj włada, ale po kilku przyjemnych skarceniach wszystko wróciło do normy.
Prawie.
Czekała go bowiem ciekawa obserwacja. Subtelne sugestie. A także wizja przyszłego wyboru czempiona. Kogoś, kto mu się przyda. A jeśli nie wyjdzie, to i tak miło będzie popatrzeć.
Postukał palcami skąpanymi w hebanowym odcieniu, po niemal pozbawionej pigmentu, śnieżnobiałej skórze wilgotnego uda. Uszczypnął rozpaloną z tęsknoty wargę i uśmiechnął się słysząc cichy, zaspany pomruk protestu.

***

_____Typr Trybopsuj nie miał lekko w swej podróży. Właściwie, jego sytuację można by uznać za nędzną. Od dłuższego czasu bez jedzenia, z płatającym figle artefaktem swego mistrza, w przemoczonym ubraniu i ubłoconymi (nie tylko od błota) stopami. Niemal wszystkie oznaki, wskazywały na sromotną porażkę tej przedziwnej wyprawy, na ścieżkę której sam się wybrał. Niemal…
*
_____Tajga zdobywała wiele sukcesów na ścieżce rozśpiewanej kariery. Nigdzie nie brakło jej chociażby prostego posiłku za swoje występy, a urodą podbijała serca i rozporki wielu oberżystów, gwardzistów, mieszczan, wioskowych kowali, mężów, wdowców, niedorostków… Nie byłoby błędem stwierdzenie, że wraz z jej popularnością u płci przeciwnej, wzrastała nienawiść i zazdrość płci pięknej. Nieważne miejsce czy czas pobytu. Zdarzało się, że jej wdzięk i talent przyciągał uwagę kobiet. Szczęśliwca, który trafił pomiędzy takie dwa ciała, długo nie widziano w domu. Do czasu…
*
_____Pech. Pech i niepowodzenie. Te dwa wyrazy opisywały tryby myśli, które zgrzytały w głowie zmęczonego gremlina. Wejście do miasta wieczorną porą również nie pomagało. Był kopany, potrącany, niezauważany. I nie miał siły na to by schodzić z drogi. Zwłaszcza tedy gdy ktoś biegł. A do tego był goniony przez niewielki tłumek roztrzęsionych kobiet i miał na plecach lutnię. Niestety. Śpiewak nie widząc małej, lecz odpowiednio wysokiej, postaci Tyrpyra wpadł prosto na niego.
Wpadła jak się okazało, bo trubadurem była ona. Śliczna blond dziewczyna, która w wyniku wypadku, zaplątała stopę w przydługie szaty wymęczonego gnoma.
-Ażeby Ci troll dzieci porwał i nasrał do kołyski! – zaklęła bardzo niekobieco. Nie mogąc wyplątać się z powłóczystych szat mistrza Rubakana zaciągnęła nogą małego gremlina w ciasny i ciemny zaułek.
Który jak to bywa w większych miastach, śmierdział całą gamą zapachów, których opis zajmowałby spokojnie kilka stron na kartach kronikarzy. Szczęściem dla obojga z powodu upadku, na drodze utworzyła się kotłowanina i stado wrzeszczących bab, nie zwróciło na boczną uliczkę szczególnej uwagi.

***

_____Thokarr polował. Było to szczególne wyzwanie, gdyż zwierzyną był wojowniczy rosomak. Dość niecodzienne stworzenie zważywszy na miejsce, w którym zwierzyna i myśliwy się znajdowali. Była to niewielka jaskinia, z której wychodziło kilka korytarzy. Docierało do niej trochę światła, powietrza i sporo wilgoci co ułatwiło rozwój roślin i pozwoliło znaleźć schronienie temu zwierzęciu. Stos odpadków świadczył, że zabawiał tutaj od dłuższego czasu. Półork nie jadł nigdy rosomaka, jednak burczenie w brzuchu cudem nie zdradzało jego pozycji. Cała jaskinia była mocno zarośnięta niewielkimi drzewami iglastymi więc myśliwy nie był widoczny z ukrycia.
Już niemal wypuszczał prowizoryczny oszczep z dłoni gdy spokojne przed chwilą zwierzę poderwało się gwałtownie. I nici z kolacji…
*
_____Karawana z którą podróżował kapłan zmieniła swój cel. Zamiast zmierzać ku jednemu z punktów handlowych w podmroku, za sprawą niespodziewanego portalu, których liczba zmieniała się bardzo nieregularnie, trafiła bardzo daleko na południe przez co zmuszona została do podróży niemal ku powierzchni. Albus przeklinał w sobie, czego nie można było powiedzieć o reszcie "załogi" Tak diametralna zmiana planów przyprawiła dowódcy białej gorączki przez co nastroje balansowały na cienkiej granicy buntu. Dodatkowym bodźcem sugerującym Albusowi opuszczenie jak najszybciej tej zbieraniny recydywistów i ich despotycznego dowódcy, był sen w którym jego Pani spychała w swej humanoidalnej postaci, całą karawanęw otchłań. Jedyne co dawało do dłuższego zastanowienia były jej bose, hebanowe stopy...
*
_____Odgłos łamanej gałęzi oddalił pomysł wbicia swemu przywódcy noża w gardło. Wysłano dwóch zwiadowców i oczywiście duergarskiego kapłana, który miał wspomóc ich swą leczącą magią objawień. Albus znał ich możliwości. Wiedział, że Rhatek nie potrafi się dobrze bronić, a Lorg zbyt szeroko atakuje. Tego jednak nie wiedział siedzący w ukryciu półork.
Po niecałych kilkunastu sekundach od chybionego rzutu oszczepem, do jaskini wkroczyła trójka przybyszy. Z ubrań Thokarr wnioskował, że to jacyś podróżnicy. Tropiciele z przodu nie wyglądali na zbyt bystrych ale na swym fachu znali się doskonale. Od razu rozszyfrowali ślady i znaleźli broń. Jeden z nich w towarzystwie łysego, szarego krasnoluda zaczął powoli kierować się w stronę półorczej kryjówki. Drugi tropiciel ruszył za rosomakiem, który uciekł do jednego z tuneli. Na zewnątrz ciemniało co widoczne było po pogłębiających się cieniach w jaskini.
Duergar czuł nieprzyjemne mrowienie niepokoju, potęgowane bliskością krain powierzchni, a także wyraźnie widocznymi lukami w plecach pancerza Lorga…

***

_____Vis był bardem. I jak na barda przystało poza zdolnością grania miał umiejętność podsłuchiwania. Karczma oferowała wiele nowinek i wiele plotek, a także sporą publiczność. Nawet jeśli nie należała do najznakomitszych. Gwar, tańce, duchota i odór alkoholu były tym co ładowało baterię każdemu grajkowi.
Vis grał, oczarowywał i przy okazji wypatrywał wśród karczemnych bywalców oznak niepokoju, żywiołowości, ukradkowych spojrzeń lub sztywnej sylwetki. Wszystkiego co może zdradzić o dużym interesie omawianym przy kuflu. Wystarczyło przebrnąć przez dwie piosenki, by w wełnianej czapce zebrało się odpowiednio dużo miedziaków na kufel ciemnego napoju. W przerwie na zwilżenie gardła bard w końcu dostrzegł kogoś, kto byłby wart uwagi…
*
_____Kaptur szczelnie ukrywał poznaczoną twarz jednak wyraźnie widoczny sygnet na palcu zdradzał się tym, którzy wiedzieli. Sareth czekał na informatora. Na wiadomość, która decydowała o następnym kierunku. Podrostek, który zbliżył się do stolika nie zdradził się z niczym. W odróżnieniu od Saretha, który zauważalnie się rozluźnił po wypowiedzianym, haśle. Podrostek jednak nic więcej nie wypowiedział. Położył na stole pobrudzony świstek papieru.
Artefakt skradziono. Lokalizacja nieznana. Świątynia zinfiltrowana. Drowy
Nim czarodziej dokończył czytać chłopak już zniknął. Tak samo jak odpowiednia ilość gotówki z sakwy na pieniądze, nadal wiszącej przy pasie.
*
_____Vis widział jak jego upatrzony osobnik dostaje świstek i zostaje pozbawiony gotówki. Coś mu podpowiadało, przeczucie, którym kierował się od tylu lat, że ten człowiek może być przydatny. To że osobnik siedział jeszcze przez 5 piosenek tylko potwierdzało jego słowa. Wyraźnie czekał na zmniejszenie ilości gapiów. Lub po prostu rozmyślał. Bard wrócił do grania kolejnej pijackiej pieśni. Złowił zielonookie spojrzenie pewnej piegowatej brunetki, która spoglądała nań dość lubieżnie. Było to niezwykłe, ale nie niespotykane. Jej porządne argumenty podsunęły bardowi pewną myśl.
Dźwięk gwaru rozmów wzrósł. To grajek gdzieś zniknął, prawdopodobnie wyczuł okazję i wskoczył pannie do łoża. Niemniej jednak młody poszukiwacz bił się z myślami. Nie było niczym dziwnym, że nie tylko on pożąda owego artefaktu, ale nie przewidział, że ktoś może go ubiec. Należało się zastanowić nad tym, czy zdoła wysłać kogoś na poszukiwania, czy będzie musiał sam wziąć sprawy w swe ręce. Ostatnimi tygodniami zbierał wątłą siatkę informatorów by odkryć dokładne miejsce przetrzymywania artefaktu. Dokładną ścianę czy filar, który mógłby zburzyć i dostać to czego pożąda. Rozmyślania przerwało mu zadziwiające zjawisko w postaci przesadnie głębokiego dekoltu. Równie upstrzonego piegami co twarz właścicielki. Pełne wargi rozciągnęły się w uśmiechu, a w intensywnie żółtych oczach skakały iskierki zaciekawienia.
-Skąd przybywasz? - spytała, a jej głęboki, seksowny głos wzbudził niecodziennie mocne wibracje w Sarethowym podbrzuszu...
 
__________________
Kto lubi czytać, ten dokonuje wymiany godzin nudy, które są nieuchronne w życiu, na godziny rozkoszy.
Smirrnov jest offline  
Stary 03-10-2015, 22:07   #2
 
Zaalaos's Avatar
 
Vis



Vis był bardem. I jak na każdego barda przystało topił niewieście serca samym spojrzeniem, a gdy popisał się umiejętnością gry na lutni czy też śpiewu... Wtedy działo się ciut więcej. Nie inaczej było dzisiaj. Jednym wyćwiczonym ruchem zebrał wszystko co do niego należało i podniósł się ze stołka nie przerywając kontaktu wzrokowego z uroczą brunetką która kilka chwil temu się w niego wpatrywała. Otaksował jej sylwetkę, potem skupił się na oczach, nosie i ustach. Ruszył w jej kierunku.

Dwie minuty później byli już razem w pokoju. Łóżko cuchnęło stęchlizną, gdzieś w ścianie chrobotał szczur. Vis przycisnął kobietę do ściany i metodycznie zaczął zdejmować z niej ubrania. Było zupełnie ciemno, gdzieś na stoliku stała lampka, ale chyba nikt nigdy nie dolewał do niej oliwy.
- Jak się nazywasz? - spytał pomiędzy pocałunkami.
- Adorra... - jęknęła gdy jego dłoń zawędrowała między jej nogi.
- Zaraz wrócę z winem. - wychrypiał i oderwał się od niej. - I nic już nie mów. Jest to... Podniecające. - powiedział i wytoczył się na korytarz. Drzwi zamknęły się za nim z cichym skrzypnięciem. Na korytarzu równie ciemnym jak pokój z którego wyszedł nikogo nie było.
~Pamiętasz te piersi? Te oczy i ten nos? Te usta i tą sylwetkę?~ usłyszał głos w swej głowie. Należał do niego i równocześnie nie.

Przyłożył ręce do twarzy i zaczął rzeźbić.

Adorra



Adorra była córką miejscowego rzemieślnika. Los był dla niej dobry. Jako jedynaczka dostała duży spadek z którego mogła przeżyć resztę życia nie imając się poważnej pracy. I jak każda dobrze ustawiona osoba spędzała każdą wolną chwilę na przyjemnościach. Teraz czuła ogień płonący w podbrzuszu, nie tak dawno wypatrzyła całkiem przystojnego barda... Gdzie się podział? Nie wiedziała. Wróciła do głównej sali i zaczęła szukać kolejnej ofiary. Zauważyła posępnego mężczyznę siedzącego samotnie przy stoliku. Kilka minut temu jakiś kieszonkowiec go obrobił. ~ Biedaczysko. ~ pomyślała wydymając wargi. Kołyszącym się krokiem podeszła do baru i poprosiła o butelkę taniego wina. Zapłaciła miedzianymi monetami z wełnianej czapki. Skąd ją miała? Nie ważne. Zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę mężczyzny. Nachyliła się nad nim eksponując swój obfity biust.
-Skąd przybywasz? - spytała głębokim, seksownym głosem. - Ja jestem Adorra, biedaku. - złowiła jego zaskoczone spojrzenie. Wyraźnie nie wiedział że go obrabowano. - Widać że nie jesteś stąd, w międzyczasie jakiś chłopak cię obrobił. Przykra sprawa... - mruknęła stawiając butelkę wina na stole. - Ale ja wiem jak poprawić Twój humor. - dodała siadając na kolanach oszołomionego mężczyzny. Wyraźnie nie zamierzała przekazać inicjatywy. - Mam wolny pokój. - wychrypiała w jego ucho.
 
Zaalaos jest teraz online  
Stary 05-10-2015, 21:33   #3
 
TomaszJ's Avatar
 
Post wspólny, Gdokiem wymęczony przez Sayane i TomaszaJ

TAJGA i TRYPR TRYBOPSUJ


- Puszczać, zaśniedziała śruba! - Trybopsuj najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji - dopiero po chwili wyplątał się, obrócił szatę na właściwą stronę i spojrzał na tłumik ludzkich samic po lewej i jedną po prawej. Trybiki zaskrzeczały w gremlińskiej głowie i Trypr smarknął rubakanowością.
- Ty ucieczkowicz! - gremlin dobrze wiedział, jak być ucieczkowiczem, sam nie raz nim był i rozpoznanie rozbieganych oczu, nerwowości ruchów było chwilą. Sięgnął pod szatę i wyciągnął jakieś ustrojstwo, wyglądające jak nakręcana zabawka, po czym rzucił je w środek kłebowiska, które powoli, uspokoiło się... a jedna baba, najgrubsza i najgłośniejsza ze wszystkich zwyczajnie zaczęła chrapać.
- Ty już nie ucieczkowicz! Ja cię uratować i ty teraz mi służyć! - dla podkreślenia powagi sytuacji stworek machnął trzymaną w ręku czymś-jak-różdżką.

Tajga w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na gadaninę gremlina; zresztą jazgoczące babiszcza robiły wystarczająco dużo hałasu, by całkiem uczciwie go zignorować. Poza tym w wyniku pomieszania z poplataniem Tajga rymsnęła w końcu na ziemię i teraz ze łzami w oczach oglądała rozbite kolano. Nie lubiła rozbitych kolan. Nie lubiła niczego, co uszkadzało jej ciało, a tym bardziej - zostawiało blizny. Tak jak na przykład pazury rozwścieczonych bab. Tajga nie miała pojęcia jaki tutejsze mieszczki mają problem, ale od czasu to czasu przydarzały jej się takie nieporozumienia.
- A żeby was ogr w dupy powąchał! - wrzasnęła odwracając się w stronę ulicy i dopiero wtedy zorientowała się, że kobiety jakoś straciły nią zainteresowanie, a mała śmierdząca kupka ubrań czymś do niej macha. Odruchowo chwyciła to coś, refleksem miejskiego rzezimieszka.
- A to co? - zdumiała się i spojrzała w zielony pysk Typra, który w ciemnościach zaułka nabrał raczej szarawego odcienia. - Pies? Chcesz, żebym ci rzuciła? Tfu, tfu, aport! - popluła bolidło i przymierzyła się do rzutu.
- Oddawać Bolidło, gupia ludź! - Trypr-pies zaskrzeczał wściekle do kobiety - Oddawać! Moje!
- On gada! - ucieszyła się Tajga. - Zawsze chciałam mieć magiczne stworzenie na własność! Chodź, psi psi psi!! Hop hop! - uniosła bolidło do góry, ucieszona jak dziecko. Problem żądnych krwi mieszczek dawno wyleciał jej z głowy.
- Ty moja niewolnik! Ja rozkazywać, ty słuchać! - gremlin zaczął skakać w miejscu rozplaskując kałuże i odpadki, których pełny był zaułek.
- I zna sztuczki! - zachwycila się Tajga, po czym zmarszczyła brwi i pochyliła się w stronę Trypra. - Ale musisz gadać z sensem, inaczej występy nie wyjdą… - Zdjęła plecak z pleców, wyjęła z niego linę i odcruchowo schowała tam bolidło. - No chodź na sznurek, bo się straż miejsca przyczepi. No, chodź, psi psi psi! Dam ci kiełbasę i tak jej nie będę jadła, bo potem śmierdzę czosnkiem…
Gdy tylko dziewczyna się odwróciła, Trypr schował się za beczkę i poturlał drzemko-bombę pod jej nogi, chichocząc pod nosem. Bzyknęło, jęknęło i usypiająca fala objęła Tajgę, która najwyraźniej nic sobie z tego nie zrobiła.
Zły trypr wylazł zza beczki i zaczął wyrzucać pretensje.
- Czemu ty nie spać! Ja rzucić Ci drzemko bomba, ty spać! Gupi gupi ludź, nie wie nic.
- Mam spać w tym brudzie?! Oszalał pies! - oburzyła się Tajga i schowała ustrojstwo do kieszeni. - Twoją piłką pobawimy się później. Teraz czas na nas; pójdziemy do gospody i weźmiemy porządną kąpiel. Nogi mnie bolą. - oznajmiła, próbując zawiazać Tryprowi sznurek na szyji. - Ty też się wykąpiesz. Śmierdzisz.

Trypr wiedział że śmierdzi. Smród był w sumie mu obojętny jako Tryprowi, ale Trypr nie był tylko Tryprem, był też Rubakanem! A Rubakan nie śmierdział. I od swoich gremlinów też wymagał kąpieli. Kąpiel nie była zła, miał działający wynalazek co zwał się Deszcz-Nic i leciała w nim Gorąca Woda. Może ludź jest tak głupi, że potrzebuje czasu by zrozumieć że on niewolnik?
- Ty prowadzić do żarciodajnia, a sznurem cię wiązać nie będę. Schować! - odparł dumnie swojej niewolnicy Trypr Trybopsuj.
- Mhm… - mruknęła nieuważnie Tajga, skupiona na wiązaniu gremlinowi gustownej kokardki z konopnego sznura. - Pamiętam, jak raz dowódca straży zażyczył sobie jedwabnej liny… Co to była za noc… - rozmarzyła się dziewczyna i ruszyła w stronę ulicy, omal nie wdeptując w jedną ze śpiących matron. To przypomniało jej powód swojej obecności w zaułku. - Oj… Chyba musimy znaleźć inną karczmę niż Zadziornego Koguta… - zafrasowała się, klucząc pomiędzy kobietami i od niechcenia zwijając jednej z nich haftowany czepiec.
Trypr dreptał zaś na uwięzi za Tajgą, ale tylko chwilę. Potem złapał bzyczącą rękawicą za linę, coś błysnęło, coś zaśmierdziało i po chwili dziewczyna wlokła za sobą sznurek, podobnie jak Trypr szatę
- Tępy psuj... - podsumował gremlin.
 
__________________
Bez podpisu.
TomaszJ jest offline  
Stary 07-10-2015, 13:54   #4
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Post wspólny Albusa i Thokarra.

Albus z wolna postępował za Lorgiem czujnie nasłuchując i badając swym przenikliwym wzrokiem każdy fragment jaskini. Uśmiechnął się. Zdawało mu się, że chyba coś usłyszał. Czyżby tam ukrywał się ów tajemniczy osobnik? Kapłan był podniecony zbliżającą się walką, walką w której jeszcze nie wiedział jak się zachowa. Rozdzielenie się wojowników z którymi go wysłano stwarzało pewne możliwości. Co prawda wzdragał się przez zabiciem swego ziomka- duergara, ale wskazówki jakie otrzymał w śnie były jasne i jednoznaczne. Duerra chciała zniszczenia karawany w której się poruszał, a wola Duerry była dla Albusa Młotogłowego świętą. Ujął mocniej swój topór. Postanowił, że zaryzykuje mediację. Lorg powinien uszanować wolę duergarskiego kapłana. Kto wie może nawet się przyłączy. Może obejdzie się bez zabijania go. Na myśl o kolejnym morderstwie głowę Albusa znowu wypełniły mroczne myśli, myśli o mordach, których dokonał. Mordach na chwałę Duerry.
Thokarr uważnie przyglądał się nadciągającym nieznajomym i postanowił nie wychodzić z ukrycia. Zamiast tego skupił wszystkie swoje zmysły by jak najciszej znaleźć jakąś inną kryjówkę. W pogotowiu szykował już swą broń. Postanowił że w razie czego, będzie zabijał stopniowo i po cichu. Oblizał swe kły na samą myśl, że jest szansa by poszerzyć grono swych ofiar.
Albus dostrzegł najpierw ruch a potem całą sylwetkę półorka z tym, że jeszcze nie wiedział, że to półork. Pierwszy raz widział taką istotę. Lorg też go zobaczył i wydając okrzyk bojowy Głębinowego Królestwa uniósł topór. Jego zaskoczenie było bezbrzeżne, gdy poczuł na swym ramieniu mocny uścisk ręki Albusa. Zdziwiony wstrzymał atak i popatrzył pytająco na kapłana. Albus stanowczym głosem zwrócił się w łamanym wspólnym do postaci próbującej ukryć się w mroku.
- Ty kimkolwiek ty być stać. Kim jesteś. Odpowiadać a my nie zabijać. Ty mówić!
Popatrzył wzrokiem nieznoszącym sprzeciwy na skuloną w ciemności postać.
- Szlag by was trafił! - wykrzyknął Thokarr unosząc groźnie topór i będąc gotowym w każdej chwili zadać cios. - Złazić mi z drogi albo rozpieprzę wam łby!
Kapłan uśmiechnął się drwiąco. Postawa przeciwnika bardzo mu się spodobała. Uznał, że była bardzo duergarska. Nie miał jednak zamiaru odpuścić. Nawet jeśli stworzenie nie poczuwało się do misji jaką przygotowała dla niego jego bogini, on Albus Młotogłowy miał zamiar je do niej przekonać.
- A więc walka. To być dobre. Walczmy.
Bez zbędnych słów półork rzucił się z toporem na wyszczekanego nieznajomego, wykonując pełny, mocny zamach by przebić jego klatkę piersiową za pierwszym razem.
Niestety dla półorka atak ześlizgnął się po solidnej łuskowej zbroi kapłana. Cios tylko na chwilę odebrał duergarowi oddech. Kapłan zdecydował się na ryzykowną strategię. Opuścił swój topór i rzucił się na półorka próbując go złapać.
Niestety dla szarego krasnoluda półork zachował czujność i uderzył próbującego go złapać kapłana. Wściekły Albus krzyknął w duergarskim do Lorga.
- Powiększ się i spróbuj go złapać!
Krasnoludzki wojownik posłusznie wzniósł rękę przywołując magiczną moc i zaczął szybko rosnąć osiągając wkrótce wielkość małego trolla.
Szybko myśląc jak na orkijskie standardy, Thokarr postanowił zaatakować rosnącego kurdupla i zmiażdżyć mu łeb jednym celnym ciosem.
Cios poważnie zranił Lorga. Jednak ten był zahartowanym wojownikiem, wiedząc, że ma wsparcie kapłana postanowił wykonać jeszcze jeden desperacki atak.
Atak dosięgnął celu i powiększony magiczną mocą topór spadł na korpus półorka.
Cios spowodował poważne obrażenia u przeciwnika. Niestety wysiłek jaki włożył Lorg w ten atak sprawił, że stracił przytomność. Przestraszony trochę obrotem sprawy Albus zrobił to co robi większość duergarów w podobnej sytuacji. Odsunął się od przeciwnika i korzystając ze zdolności czaropodobnej rzucił na siebie niewidzialność.
- Pieprzony mały gnom! - zakrzyknął wojownik rozglądając się niepewnie wokół i wymachując bronią. - Niech go gromy biją! - wydał ostatni okrzyk po czym zaczął biec ile tylko sił w nogach by zgubić niewidzialnego wroga.
Niewidzialny Albus rzucił na leżącego Lorga czar leczący, który natychmiast postawił go na nogi.
- Za nim Lorg, ucieka!
Przywrócony do przytomności duergar dziko dysząc rzucił się w pościg. Podobnie zresztą jak kapłan.
Niestety dla duergarów rozpędzony Lorg nadział się na topór półorka, który niespodziewanie się zatrzymał.
Lorg ponownie trafiony przez półorka znowu padł nieprzytomny na ziemię. Tymczasem niewidzialny Albus zatakował przeciwnika od tyłu swoim toporem.
Nieoczekiwanie nawet dla niego samego trafił. Kolejna rana to było za dużo nawet dla mocno zbudowanego orka. Śladem Lorga zwalił się na ziemię.
Obrót wypadków był bardzo po myśli kapłana. Wyciągnął swój zestaw uzdrowiciela i pochylił się nad Lorgiem. Opatrzył jego rany ratując tym samym ziomkowi życie. Następnie pochylił się nad półorkiem i zrobił z nim to samo. Miał co do niego pewne plany. Wziął linę jaką Lorg miał przewieszoną przez ramię i solidnie związał nieznaną istotę. Korzystając z wrodzonej krzepy zarzucił sobie związanego przez plecy i z wolna zaczął iść drogą prowadzącą na powierzchnię. Wiedział, że ci z karawany nie ruszą za nim na górę. On sam miał obawy co do tego kroku, ale uznał, że to jedyny sposób żeby się od nich uwolnić.

Po kilkuset metrach znaleźli się w rzadkim lasku w nieco pagórkowatym terenie. Rzucił bezceremonialnie półorka na ziemię po czym zabrał się za organizowanie obozowiska. Po chwili paliło się już niewielkie ognisko osłonięte parawanem z gałęzi. Wtedy postanowił ocucić swego niedawnego przeciwnika. Znowu sięgnął po magię i najmniej skutecznym zaklęciem leczącym przywrócił pacjentowi nieco witalności jednocześnie przywracając mu przytomność.
- Ty wojownik, ty dzielnie walczyć, ja szanować wojowników. Dlatego ja ciebie uratować. Od teraz my związani. tak chcieć bogowie.
Albus naciął dłoń i to samo zrobił półorkowi. Nastepnie połączył rany.
- Teraz między nami więź, magia. Ja nie dać ci umrzeć, ty nie dać umrzeć mnie. Razem silni! Ja nazywać się Albus Młotogłowy, kapłan Duerry. Kim być ty?
Thokarr potarł dłonią bolącą głowę i oparł się lekko na łokciach. Spojrzał na Albusa z kwaśną miną.
- Po co mnie uratowałeś? Ja znowu przegrałem...powinieneś mnie zabić. Życie w tak wielkiej hańbie, zwiększonej jeszcze tą porażką, to nie życie. Ale zdradzę ci swoje imię. Plemię nazywało mnie Thokarr. Do czego może ci się przydać ktoś taki jak ja? - zapytał nie wiedząc czego do końca spodziewać się po nieznajomym.
- Thokarr, Thokarr…- wypowiedział jakby smakując nowe słowo.
- Dobrze więc Thokarr. Ty nie mieć sobie za złe. Ty prawie pozabijać dwóch duergarów. Ty silny. Razem jeszcze silniejszy. Ja cię uleczyć z ran, jutro. Tak, tak. Tak chcieć bogowie. Ty wierzyć w jakichś bogów? Wiara jest ważna.
Popatrzył wyczekując odpowiedzi od półorka.
- Taaa… wierzę w bogów, ale to coś zmienia? Podobnie jak moje plemię, czczę głównie Gruumsha. Tak samo, jak prawie wszyscy orkowie. A ty? Komu oddajesz cześć? I o jakich bogach ciągle mówisz?
Szary krasnolud się zaśmiał.
- Ja kapłan, bogowie być dla mnie bardzo ważni, a najważniejsza Duerra. Ale szanować wszystkich. Jeśli ty przysiąc na Grumsha, że mnie nie skrzywdzić ja cię rozwiązać. Zgoda?
Półork przez dłuższą chwilę myślał o tym co zrobić, chociaż myślenie nie było jego najmocniejszą stroną. Nie mniej jednak postanowił przysiąc kapłanowi Duerry że nie wyrządzi mu żadnej szkody, przez wzgląd na uratowanie życia.
Albus pokiwał głową z wyraźną aprobatą. Nawet zdobył się na coś w rodzaju uśmiechu.
- Tak, tak… to być bardzo dobre.
Bez chwili zwłoki rozwiązał półorka. Następnie sięgnął do plecaka i wyjął porcję suchego prowiantu. Podzielił na dwie części i drugą podał swojemu nowemu towarzyszowi.
- Ja czuć, że przed nami wielka przyszłość. Tak… tak…
Po czym zaczął przeżuwać suszone mięso.
Thokarr patrzył się na nowego kompana z dziwną, ogłupiałą miną po czym zaczął pałaszować to, co tamten mu dał.
- Jeśli to trucizna, to ulżysz tylko mojemu losowi. - powiedział posępnie i ze spuszczonym wzrokiem przeżuwał mięso.
 
Ulli jest offline  
Stary 10-10-2015, 20:31   #5
 
Lomir's Avatar
 
Strasznie przepraszam za opóźnienie, mam nadzieję, że więcej się to nie zdarzy! :(

Mag siedział spokojnie i czekał. Starał się nie rzucać w oczy, choć już sam kolor jego szat przykuwał spojrzenia, a co bardziej spostrzegawczy zauważali sygnet znajdujący się na serdecznym palcu lewej dłoni. Złota obrączka zwieńczona bogato zdobionym oczkiem przedstawiającym znak organizacji.


Był to z reguły ostatni kontakt wzrokowy z Sarethem, gdyż każdy kto zorientował się kto siedzi przy stoliku wolał oddalić się na bezpieczną odległość i nie wchodzić Czerwonemu Magowi w drogę. Wiele się słyszało o ich wybuchowych i nikczemnych charakterach. Byli tacy sami jak całe Thay.

Mężczyzna czekał tutaj na informatora, który miał dostarczyć mu wiadomość o czymś czego mag poszukiwał. Słono za to zapłacił, ale gra była warta świeczki. To czego szukał było dla niego tak ważne, że przedłożył to nad rozkazy swoich przełożonych, którzy wysłali go z misją, jak każdego Czerwonego Maga, który przemierzał Faerûn.

Podrostek, który podszedł do stolika znał hasło, co sugerowało, że to właśnie na niego czekał. Rozwinął świstek papieru, rzucił okiem na krótki tekst, a gdy podniósł ponownie wzrok chłopaka już nie było. Zniknął razem ze złotem maga, jednak ten o tym jeszcze nie wiedział.

Wiedział za to, że jego poszukiwania właśnie się skomplikowały. Liczył na zgoła inna informację. Przynajmniej wiedział, gdzie musi szukać dalej, choć było to poszukiwanie igły w stogu siana. Informator wskazał winnego, jakim były drowy, jednak znaczyło to jedynie, że musi udać się do Podmroku. Drowy rzadko przebywają na powierzchni, ale świad podziemców jest równie rozległy co naziemców. Sareth układał plan działania w myślach. Będzie musiał wyruszyć w okolice świątyni i dowiedzieć się, gdzie znajduje się najbliższe zejście do Góromroku, czy ktoś z powierzchni handluje z rasami z Podmroku, czy są jakieś karawany.

W tym momencie do stolika podeszła piękna dziewczyna, która uwodzicielskim głosem przemówiła do maga. Mag zwrócił w jej stronę swoją wytatuowaną twarz, przyglądając się jej. Gdy wspomniała o złocie, mężczyzna nie odwracając od niej twarzy, powiódł samymi oczami w kierunku swojej sakiewki, lekko poklepując ją dłonią. Gdy ta kontynuowała wypowiedź powrócił wzrokiem na jej twarz, po drodze prześlizgując się po jej ciele, na chwilę zatrzymując wzrok na biuście.

Musiał przyznać, oferta była kusząca. Poczuł jak podniecenie powoli rozchodziło się po jego ciele, a gdy dziewczyna szepnęła do jego ucha przeszedł go dreszcz. Jednak nie urodził się wczoraj i wiedział, że piękna kobieta, która dosiada się do ciebie w karczmie i bez ogródek proponuje wspólną noc jest w najlepszym wypadku kurtyzaną, a w najgorszym współpracuje z bandą oprychów, którzy czekają w pokoju, aby napaść nic nie podejrzewającą ofiarę.

- Odejdź. Nie mam ochoty na towarzystwo. - rzucił zimno Sareth i odwrócił wzrok od ponętnego ciała, starając się wrócić do swoich planów i obmyślania kolejnego kroku.

___________________________

Czy Sareth wyczuwa, że coś jest na rzeczy? Czy zmiennokształtny ma jakąś aurę magii albo coś?
 
__________________
Może jeszcze kiedyś tu wrócę :)
Lomir jest offline  
Stary 10-10-2015, 21:02   #6
 
Zaalaos's Avatar
 
Adorra

- Jesteś impotentem? - rzuciła mniej więcej takim tonem jakby pytała się o drogę. Podniosła się nie omieszkając zabrać przy tym swojej butelki wina i spokojnym krokiem poszła do wynajętego pokoju.

Vis

[media]http://orig02.deviantart.net/a38c/f/2014/319/c/e/silver_autocracy_by_procerdecrepusculum-d6i3225.jpg[/media]

Vis był bardem. I jak każdy bard uwielbiał cielesne rozkosze. Właśnie stał na korytarzu, tuż przed pokojem w którym czekała na niego Adorra. W dłoni trzymał butelkę wina, pamiętał że po nią wychodził, ale nie pamiętał by ją zakupił. Ale czy to ma znaczenie? Z cichym skrzypnięciem otworzył drzwi i wślizgnął się do środka, już po dwóch krokach natknął się na chętne ciało. Teraz miał zamiar się bawić. A co przyniesie los później? To się jeszcze okaże.
 
Zaalaos jest teraz online  
Stary 15-10-2015, 20:07   #7
 
Smirrnov's Avatar
 
Albus i Thokarr
_____Tak jak Albus przewidział. Karawana nie zamierzała gonić jednego zbiega i tracić dodatkowe dni. Nikt nie przeszkodził podróży dziwnej pary ku powierzchni. W zasadzie poza odgłosem kroków i sapaniem krasnoluda nic nie mąciło ciszy tunelu. Wydrążony głównie przez wodę miał w miarę gładkie ściany oraz pochyłą, nierówną powierzchnię chodnika. Oczy krasnoluda rozpoznawały charakterystyczną teksturę piaskowca, która przy braku światłą stanowiła szarą, przygaszoną masę. Tunel prowadził wzdłuż warstwowania zgodnie z kierunkiem przedzierania się strumyków opadowych. Czasem ledwie mieściła się w nim jedna osoba, czasem miał wystarczająco miejsca na niewielki oddział jaszczurzych jeźdźców.

_____Wprawiony w wędrówkach tunelami Albus, nie miał większego kłopotu by wydostać się na nieznany mu świat powierzchni. Pomimo tego każdy krok pokonywał z trudem. Był to nie tyle ciężar połorczego „bagażu” co strach przed nieznanym. Sam Podmrok obfitował w różne niebezpieczeństwa i wizje nagłej śmierci spowodowanej oderwaniem od skały, paszczą potwora czy zazdrosnymi rasami tej krainy. Jednak podziemia, pomimo konfliktów i niebezpieczeństw, były mu znane, urodził się i wychował wśród skał mając za niebo roziskrzone kryształy sufitu. Tam, na powierzchni, wszystko było nowe. Świadomość ta świdrowała mu w głowie. Być może przez to, duergar nie dostrzegł niewielkiej kupki kości skłębionej pod jedną ze ścian jaskini u wylotu tunelu.
Niewielki lasek porastający lekkie zagłębienie tuż przed wejściem, stanowił skromny bastion drzew, ustępującym karłowatym krzewom i roślinom stepowym porastającym stok i rozciągającą się poniżej dolinę. Przystosowane do widzenia w mroku oczy duergara łowiły naokoło zadziwiające i nieznane mu dotychczas gatunki. Co ciekawe, gdy dla próby wrzucił gałąź leżącą nieopodal, zauważył że ta zajęła się płomieniem ognia równie dobrze co zurkowy opał. Dodatkowo miała bardzo specyficzny zapach podczas spalania i dziwnie trzaskała puszczając snop iskier w górę.
Zauważalną różnicą była także zdecydowanie niższa temperatura. Albus czuł, jak nagrzana ziemia pod stopakmi powoli traci swoje ciepło, a chłodne podmuchy, choć delikatne, szybciej wyziębiały ciało niż te w Podmrocznych jaskiniach.
_____Półork spoglądał na swojego dziwnego towarzysza, przez którego niemal nie zginął, z niejednoznacznym wyrazem twarzy. Był zdziwiony z powodu obrotu sytuacji, wkurzony że nie podołał prostemu jak się wydawało zadaniu (ot sklepać kilku konusów), a także zaintrygowany zachowaniem kapłana. Ten bowiem zachowywał się jakby po raz pierwszy widział dzicz. Gapił się jak jakiś popapraniec w płomień tańczący na podmuchach wiatru, pokazywał na gwiazdy szepcząc coś po krasnoludzku. [media]http://thumbs.dreamstime.com/x/bonfire-woods-16178011.jpg [/media] Inną kwestią było rozniecenie ogniska. Thokarr nie miał siły by protestować ale przeczuwał z własnego doświadczenia, że palenie ognia w nocy i do tego na wzniesieniu gdy wokoło same stepy i przedgórze, nie jest najlepszym pomysłem.
Po godzinie jednak się rozluźnił. Dotychczas nic ich nie zaatakowało i barbarzyńca miał nadzieję na dalszy spokój.
Niestety, pech znajduje ludzi gdy go szukają, a nocne odgłosy dziczy, naturalne i zwyczajne, zmąciło nienaturalne stukanie. Jak wtedy, gdy nieuważna stopa potrąci leżący na skalistym podłożu kamień.
Na szczęście Thokarr był bardziej obeznany w dziczy na powierzchni, niż duergarski kapłan. Dlatego jego orczy instynkt zaalarmował go w porę. Wstał i ścisnął w dłoni topór. Miał już kiedyś do czynienia z takim typem chrząknięć i sapnięć jakie zbliżały się do ich obozowiska. Odgłosy ogra…

Tajga i Trypr
_____Nagły swąd spalenizny i rozbłysk światła nie umknął uwadze osobom, które akurat znajdowały się blisko uciekającej pary. Wszystkie oczy skierowały się na źródło owego ewenementu, a ściślej, na Trypra będącego zajętym wyklinaniem na wszelkie tryby Torillu. Jego nowa towarzyszka natomiast wykazała na tyle wysoki rozsądek, by odciągnąć rubakanowego adepta starając się przepchać przez niewielki tłumek.
Niestety. Zmierzchało i rozbłysk, pomimo wiszących na budynkach lamp olejnych, był na tyle widoczny, że nawet leniwie taksujące okolice oczy strażnika nie mogły go przeoczyć. O ile władze miasta nie miały nic przeciwko ulicznym kuglarzom, sztuczkom i akrobatyce, o tyle nieuzasadnione użycie magii, czy skutecznej, czy też nie, nie wliczało się w dziedzinę „praktyk dozwolonych”. W zasadzie było traktowane niemal na równi z zabójstwem w tych regionach, nikt tu bowiem nie przepadał za czarodziejami i ich wynaturzonymi sztuczkami. Oczywiście kradzieże, włamy i inne formy zmian właścicieli towarów były tutaj czymś normalnym, nawet bardziej dostrzegalne niż gdziekolwiek indziej. Miasta tego regionu manipulowane były sznurkami znajomości, przekupstw i zastraszeń zgrupowanie zwane Gildią Cienistych Złodziei. Gdy ktoś był drogi tej organizacji, nie martwił się o swoją głowę. Prędzej czy później został uwolniony z karcelu, a jego twarz znikała z listów kończych.
Inaczej miała się tu sprawa przyjezdnych i tych, którzy Złodziejom podpadli. Szybko działało „ramię prawa” by zachować pozory spokoju i bezpieczeństwa zarówno kupcom jak i najbogatszym osobom żyjącym w mieście.
_____Z westchnięciem oznajmiającym wszelkiej gawiedzi jaki to dlań wysiłek, gwardzista odepchnął się od wygodnej ściany i zbliżył do dwójki „awanturników”. Ktoś mógłby się zastanawiać, dlaczego zignorowane zostało zamieszanie wywołane grupką kobiet. Otóż wiele z tych kobiet gwardzista znał, były to żony jego kolegów z koszar. Sprawcy zamieszania byli obcy, a to oznaczało dodatkowe premie u dowódcy.

-Co tu się dzieje? - odezwał się gwardzista zatrzymując mocnym chwytem Tajgę. - To wy tutaj oddawaliście się niecnym sztukom czarnoksięstwa? To wy zakłócacie porządek i spokój mieszkańcom tego miasta? - już na pierwszy rzut oka, można było usłyszeć, że zgromadzona naokoło gawiedź tylko czekała na przemowę strażnika.
Miejscowi wiedzieli jak traktowana jest tutaj magia dlatego nie zamierzali opuścić miejsca draki, nawet jeśli wiązałoby się to z opuszczeniem kolejki czy dwóch przy szynkwasie. Strażnik najwyraźniej czerpał taką samą radość z besztania innych, jak gapie z oglądania czyichś kłopotów. Dopiero po chwili przyjrzał się niższej postaci, odzianej w zbyt wielkie szaty – aktualnie trzymanych w dłoni.
-A co to za pomiot piekielny!? To na pewno twoja sprawka wiedźmo! – ton głosu straszył, jednak wzrok szybko stracił zainteresowanie Tryprem i błądził po pstrokatym stroju Tajgi, specjalnie dobranym, by podkreślał jej walory. - Odpowiecie za te zamieszanie niezwłocznie. Pójdziecie ze mną na kwaterę – orzekł i wyraźnie był zadowolony ze swego pomysłu.

Sareth i... Vis?
_____Po pozbyciu się nachalnej damy młody Sareth pogrążył się dalej w rozmyślaniach. Sygnet na palcu był bardzo rozpoznawalny. Ledwie kilka ziaren spadło w klepsydrach świata, a do karczmy wszedł ponownie jego informator. Tym razem jednak miał do towarzystwa oddział strażników. Każdy w pół płytowej zbroi która błyszczała w świetle karczemnych lamp. Widać na zewnątrz zaczęło padać. Mały z chytrym uśmieszkiem wskazał na zakapturzonego czarodzieja. Nim jednak piątka uzbrojonych mężczyzn dotarła do jego stolika wybiegł z budynku, a mag zobaczył przez przybrudzoną szybę jak jego były informator otrzymuje coś od grupy zamaskowanych postaci. Cieniści. Najwyraźniej pytania wzbudziły ich uwagę i im się nie spodobały.


-Ty jesteś tym niezdrowo zainteresowanym świątyniami?– zapytał osobnik który wyraźnie dowodził oddziałem. Nie miał hełmu, a jego twarz zdradzała arystokratyczne rysy.
Wszystkie rozmowy naokoło ucichły, a przynajmniej 50 par oczu wgapiało się w tą niezwykła grupkę osób. Karczmarz w pośpiechu zamknął drzwi do zaplecza, a klucz schował w tajne miejsce. Stali bywalcy wiedzieli że coś ukrywa ale barczyste ramiona i tasak pod ladą skutecznie odstraszały ciekawskich. Każdy przeczuwał że gwardziści nie wróżą nic dobrego. Zwłaszcza gdy przewodził nimi Lynneth.
-Z nim była ta dziewczyna prawda? - szepnął ktoś. Niestety na tyle głośno że słyszeli to gwardziści
-Tak, spojrzała na niego i poszła do pokoju. Pewnie coś jej zrobił urokiem i teraz tam na niego czeka – odpowiedział mu szept kobiecy
- Tak, tak. A szła z tym bardem co tutaj dawał koncert I przyszła po wino.
Dowódca z uwagą obserwował maga jednak słysząc narastające szepty i plotki, uniósł rękę i pokazał palcem koło rysując je w powietrzu.
Jeden, najpewniej szeregowy lub jakiś najmłodszy w oddziale, skinął głową i zawrócił. Reszta stanęła wachlarzem zbliżając się do Saretha. Odcięli go od większości osób z karczmy. Młodzik udał się po schodach na poszukiwanie wspólników.
- Pójdziesz za nami gdy tylko przyjdą twoi ziomkowie. - żołnierze otoczyli czarnoksiężnika uniemożliwiając mu ucieczkę. - Do tego czasu bądź grzeczny i nie rób głupot.
 
__________________
Kto lubi czytać, ten dokonuje wymiany godzin nudy, które są nieuchronne w życiu, na godziny rozkoszy.
Smirrnov jest offline  
Stary 19-10-2015, 09:42   #8
 
Lomir's Avatar
 
Sareth siedział wpatrując się w pustkę. Jego myśli dawno uleciały z gospody i krążyły teraz wokół splądrowanej świątyni. Nieświadomie gładził dłonią blat stołu, przy którym siedział. W pewnym momencie przeleciał wzrokiem po otoczeniu, lustrując je bezwiednie, jednak coś przykuło jego wzrok. Chłopak, którzy przekazał mu wiadomość teraz przekazał inną strażnikom, a sam odebrał nagrodę od Cienistych.

- Co za kraj...- westchnął smutno, marząc co zrobiłby chłopakowi za taką zdradę gdyby były w Thay. Niestety, lokalne obyczaje nakazywały powstrzymanie okrutnych zapędów. Może kiedy indziej, a teraz mag miał na głowie pięciu zakutych w zbroję, chcących się wykazać strażników.

Oczywiście, mógł ich spalić na popiół pstryknięciem palców, ale co by mu to dało? Poza oczywistą przyjemnością i satysfakcją przyniosłoby to jedynie kolejne utrudnienia. Kolejni strażnicy, może nawet Zakapturzeni z Amnu.

-Ty jesteś tym niezdrowo zainteresowanym świątyniami?– zapytał strażnik. Sareth po jego słowach powiódł wzrokiem w jego kierunku, gdyż wcześniej wpatrywał się w blat, jakby była to najciekawsza rzecz na świecie.
Mag skontrował spojrzenie strażnika.

-Nie wiedziałem, że u was zainteresowanie świątynną architekturą i dziełami sztuki sakralnej jest karalne. Cóż za dziwny kraj, chyba nigdy go nie zrozumiem. - westchnął teatralnie

Gdy do uszu maga doszły szepty o "dziewczynie" zdziwił się. Zwykła kurtyzana, a szumu co niemiara.

-Drogi panie, zanim gdziekolwiek się z wami udam... - powiedział Sareth, ciągle siedząc nonszalancko -... chciałbym wiedzieć jaka jest podstawa tego bezprawnego zatrzymania. Jestem zagranicznym gościem i szanowanym magiem, nie pozwolę sobie na to, aby chcący się wykazać przed dowódcą strażnik mną pomiatał i zatrzymywał mnie, bo takie ma widzimisię. Ponadto zaręczam, że jestem tutaj sam, a dama, o której wspomina nasza, jakże folwarczna, publika to zwykła kurtyzana, która korzystając z mojego nieszczęścia chciała wyłudzić pieniądze za..."pocieszenie". A propos... ten chłopak, który z wami rozmawiał. Tak się składa, że chwilę wcześniej ogołocił moją sakiewkę. Nie uważacie, że to ważniejsza sprawa, od nękania zagranicznego maga?- skończył monolog mag. Nie poruszył się, nie wstał. Czekał na rozwój wydarzeń.
 
__________________
Może jeszcze kiedyś tu wrócę :)
Lomir jest offline  
Stary 20-10-2015, 13:59   #9
 
Zaalaos's Avatar
 
Vis

[media]http://orig02.deviantart.net/a38c/f/2014/319/c/e/silver_autocracy_by_procerdecrepusculum-d6i3225.jpg[/media]

Vis słyszał jakieś hałasy na korytarzu ale nie przejmował się nimi wcale. Miał inne zajęcie, któremu chciał się oddawać i robił to z wprawą zawodowca. Kroki i tym samym krzyki zbliżały się do pokoju. Słychać było jakieś trzaski, oburzone głosy i odgłos pukania lub skrzypienia nienaoliwionych zawiasów. Drzwi do pokoju były zaryglowane. Karczmarz oszczędzał na takich błahostkach więc zasuwą był po prostu kawałek drewna wchodzący od góry w wygięty gwóźdź. Marna osłona przed nachalnym mężem kochanki, ale idealna by żaden pijaczyna nie wpadł przypadkiem do pokoju bo w alkoholowym amoku oparł się o wejście. Pukanie rozległo się w pomieszczeniu do wtóru dźwięków zabawy. Jednak nie wybrzmiał odgłos do końca a już rygiel został wyłamany potężnym kopniakiem. Drzwi trzasnęły w ścianę, a parze ukazał się gwardzista w hełmie z jakimś zalanym, ale jeszcze kontaktującym jegomościem u kolan. Adora wrzasnęła i zakryła się kocem.
- To, to ten. Ten bardzzzz. - całkiem trzeźwo wskazał na Visa
-Wy dwoje idziecie ze mną. - orzekł strażnik, a ton głosu, chociaż młody nie wskazywał na tolerowanie sprzeciwu.
- Ależ oczywiście, mogę się tylko dowiedzieć o co się rozchodzi? Wie pan, chciałem złapać nieco uczciwego snu przed jutrzejszym dniem. Życie przejezdnego grajka nie jest usłane różami. - odparował bard puszczając do konstabla oczko. - Och ja już wiem! Pewnie chodzi o urwisa który obrabował tego... Maga? Koleś w czerwonych szatach, brzydko mu z oczu patrzy? Na własne oczy widziałem jak łobuz sięgał do jego sakiewki. Przykra sprawa, ale muszę przyznać że dziewiczej łzy z tego powodu nie uroniłem. Zresztą byłem w środku pieśni, dobry bard nie przerywa swego występu, nawet jeśli ziemia się trzęsie, nieumarli wstają z grobu, a demony wpadają przez portale do pokoju. - kontynuował swoje trajkotanie przywdziewając kolejne elementy garderoby. Pomógł Adorze zasznurować suknię, nie omieszkał przy tym uszczypnąć jej w pośladek.
- No gotowi! Niech pan prowadzi! - dodał wesoło udając się za strażnikiem. Pomimo radosnej powierzchowności bard był doprowadzony do absolutnej furii. W futerale jego lutni czekał zgrabnie ukryty skalpel. I wyglądało na to że dziś z niego nie skorzysta.
 
Zaalaos jest teraz online  
Stary 14-11-2015, 20:48   #10
 
Smirrnov's Avatar
 
Sareth i Vis

-Tak, wiemy żeś mag. - przeciągłe „aaa” w ostatnim wyrazie doprawione zostało uśmieszkiem – Nie byle jaki mag. Sam pieprzony czerwony czarownik. - jeden z gwardzistów splunął na dźwięk tej nazwy. - [i]Myślałeś, że jak założysz bury płaszcz i kaptur to cię nikt nie rozpozna? Zapomniałeś jednak o sygnecie. Gdybyś nie był tak dumny to może miałbyś dziś całą sakiewkę, a szlachetny młodzik nie dostawałby nagrody. Ale widzę, że nadal nie zbyt łapiesz. Bo widzisz, w naszym mieście nie ma tolerancji dla takich wynaturzeń jakimi jesteście wy: czarodzieje, zaklinacze bardowie. Choć póki skupiają się na graniu i bałamuceniu kurew, to Ci ostatni mogą jeszcze spokojnie sobie pokontemplować architekturę miejskich karczm, zamtuzów, a jeśli któryś tak religijny jak ty się zdajesz być, to i wnętrza świątynne pozwiedza... Wieczór lub dwa, bo po tym czasie najczęściej dostaje w zęby od hmmm nazwijmy ich, zawiedzionymi rzemieślnikami. [i]- wyraźnie było czuć w głosie dowódcy odziedziczoną w krwi i spotęgowaną wychowaniem wyższość. Jednak poziom języka pozostawał na wysokości przeciętnego człeka z kupieckiej dzielnicy. Widocznie innego alfabetu nie znali podwładni Lynneth'a.

-Tak więc widzisz mości gościu. Twa obecność w mieście, ba, w samym Amn nie leży w interesie ani moim, ani moich przełożonych. Jeśli jednak jakimś cudem, ktoś miałby jakąś sprawę do Ciebie lub też robił z tobą interesy, to nie masz się czego obawiać. Przyśle umyślnego na kwaterę, przekaże odpowiednie pismo, a my puścimy Cię wolno. Niestety, kilku moich przyjaciół – tutaj Lynneth skinał na spluwacza – nie toleruje żadnego rodzaju czarnoksięstwa, ale może sam Ci opowie jego krwawą historię. Dlatego nie gwarantujemy w żadnym wypadku, że z kwatery, puścimy cię bez uszczerbku na… wyposażeniu. - ostatnie zdanie skwitowane zostało parsknięciem. Jednocześnie zaskrzypiały stopnie i do sieni z piętra zeszła trójka osób. Gwardzista, bard i w mniemaniu czarodzieja, kurtyzana.
Dowódca skinął młodzikowi, który wciąż palił buraka na twarzy z powodu widoków. Zachowywał jednak pozory spokoju i stanowczym tonem orzekł rzecz oczywistą, potęgując jej wydźwięk energicznym salutem
- To oni Panie! - trzasnęły o siebie okute pięty butów.
- Dziękuję kurwa jego mać pięknie i jak bym stracił kiedyś oczy oraz zdolność kojarzenia faktów, to będę wiedział kogo mianować swą prawą ręką od tych spraw. - odparł Lynneth, a jeszcze chwilę temu napięta atmosfera rozluźniła się w salwie śmiechu pozostałych gwardzistów i nieśmiałych parsknięć najbliżej siedzących. Reszta karczmy zajmowała się już za sprawą monety swymi sprawami. Młodzik jednak nie wyglądał na speszonego. Całkiem możliwe, że to nie pierwszy raz gdy dostaje drwinę za nadgorliwość.
- I nie gadaj do mnie „Panie” tylko „dowódco” jeśli już musisz. - gwardzista przetarł ręką po twarzy. Obeznanie z etykietą barda pozwoliło dostrzec na złotym, zdobionym sygnecie kawałek diamentu. Dodatkowo, plotki karczemne pozwoliły skojarzyć z kim Vis ma do czynienia. Lynneth, bogaty spadkobierca, kochanek Złodziei Cienia z zamiłowaniem do zamęczania więzionych. Nie należało mu wchodzić w drogę, o ile nie miało się za plecami dobrego „inwestora”, ale nawet wtedy lepiej było trzymać się na baczności. Wpływy i polityczne koneksje tego osobnika pomagały uciszyć wiele spraw nadużycia swej pozycji.

- Czyli współpracujecie z tym czarownikiem czy nie? - dowódca spojrzał na przybyłych.
-Em… eeee ona to na pewno nie – wtrącił się najniższy z oddziału – to Adora, ma no tego eee ciągoty do przyjezdnych. I tego, no na pewno z nimi nie wssp… no nie pracuje dla nich. Ona sama dla sie, znaczy, jak chłop chce ale… no nieważne. Ona nie jest z nimi. - wydukał w końcu
-No dobrze dziewczę, idź baw się dalej, ale twoich kochasiów zostaw nam. - Lynneth pokręcił głową – i po jakie męki wam podnosiłem żołd. No, ale wracając. Wy dwoje pójdziecie z nami na kwaterę. Tam sprawdzimy coście za jedni i zawyrokujem. Młody, leć przodem powiadomić kwatermistrza. Niech uszykują coś na ząb i wygodne kajdany. - spojrzał na dwóch podejrzanych osobników. Zamyślił się chwilę po czym dał znak do wyjścia. Gwardziści otoczyli dwójkę podejrzanych, ich postawa zdradzała lekką obawę przed czarodziejem. Na barda nikt jednak nie wracał uwagi, lecz nie spuszczano zeń oka
_____Ulice miasta stawały się co raz bardziej mokre. W większości przypadków utrudniało to poruszanie się bo z leżących na bruku odpadków, zwierzęcych fekaliów, rzygowin i tego jeszcze co najczęściej spotyka się na ziemi w kupieckich miastach, tworzyło się śliskie błocko, ciamkające do wtóru stawianych kroków. Miejskie zapachy jednak, przerzedzały się, a w ich miejsce wkraczało świeże, zroszone powietrze. Oddział i jego nowi „członkowie” przemaszerowali do końca tawernianej alei wchodząc w dzielnicę znajdującą się niedaleko przepływającego przez miasto potoku. Nie był duży lecz bardzo głęboki co pozwalało stworzyć śmierdzący rybami pas w którym sprzedawano lokalne stworzenia wodne tym wszystkim, którzy nie mieli ochoty chwycić za wędkę i spędzić całego dnia na bezowocnym polowaniu. Na szczęście dla więźniów jedynie przekraczali przezeń by po dwóch przecznicach znaleźć się przy sporym budynku. Miał obdrapane sciany zbudowane z wypalanej cegły i sprowadzanego kamienia. Tego samego, którym wybrukowane zostały ulice. Nieregularny podział materiału powodował w świetle dnia złudzenie, jakoby ulica pochłaniała obiekt wyciągając kamienne macki i oplatając kwaterę. Teraz jednak, w deszczu i zaledwie kilku światłach latarni, koszary stanowiły poszarpany zlepek bloków tworzących szarą i przytłaczającą scenerię. Nie dane było Sarethowi i Visowi oglądać tej pokraki długo. Weszli przez masywne drzwi i schodami przy świetle pochodni dotarli do lochu.
Przeciekającego, pachnącego stęchlizną i wilgocią, lochu.

Trypr i Tajga

- Idziecie ze mną. Dowódca zdecyduje co z wami zrobić - powtórzył strażnik trzymając nadal Tajgę i próbując złapać to dziwne małe wynaturzenie. Wyraźnie się go bał jednak potrzeba obowiązku pomagała mu pokonać wstręt.
- Na kwaterę… chętnie… - wymruczała uwodzicielsko Tajga, dodatkowo ocierając się biustem o trzymające ją ramię, gdyż “kwatera” znaczyła zwykle coś innego (i bardziej przyjemnego) niż śmierdzący budynek straży. - A pies pójdzie grzecznie z nami i poczeka w sieni, prawda Pimpuś? - machnęła resztką sznurka w stronę Trypra. Z kieszeni zapachniała jej kiełbasa.
- Mnie tu nie być! - zezłościł się Trypr Trybopsuj - Wy mnie nie widzieć gupie człowieki!
Po czym... zniknął gremlińską sztuczką i wybiegł z zamieszania. Schował się za jakąś skrzynką i zezłościł się znowu.
- Gupia gospoda, gupia Ludzica - kopnął skrzynkę, zapominając że taka aktywność przerwie mu niewidzialność. Po czym przypomniał sobie, że Ludzica ma w plecaku Bolidło, Jego Bolidło!
_____Tajga się zdziwiła, a potem zezłościła na głupiego magicznego psa, który psuł jej typowy plan typowy na wydostanie się z opresji. Niech no go ona dorwie… Zerknęła na strażnika co on na to. Z drugiej strony… jeśli zajmie się pościgiem za psem, to jej uda się umknąć… Tylko psa szkoda - w końcu dopiero co go zdobyła!
- I masz, uciekł ci pies, czy co to tam było. - strażnik stał chwilkę z otwartą gębą nim wydał z siebie słowa. Nawet nie miał ochoty udawać, że będzie gonić za tym stworem. - Jednak jak to pies, pewno cię zwęszy. Żarcia mu zbraknie. Za panią zatęskni, przylezie to złapiemy. Idziesz ze mną. Tylko nie próbuj wiedźmich sztuczek. Nie zadziałają bom nabył amuletuła ochroniające - strażnik chwycił trubadurkę za ramię, lecz nie ściskał. Nie wiadomo, z szacunku czy strachu. Zagadany odburkiwał tylko, ale jego wzrok wyraźnie błądził po smukłych udach pojmanej w jego mniemaniu, czarodziejki. Nie chcąc po nocy chodzić po zakazanych rewirach Tajga zmuszona była podążać ze swym oprawcą wzdłuż strumyka.
_____Miejscowi zapewne nazywali ten potoczek rzeką ale Tajga już niejedną rzekę widziała. Widziała nawet morze i coś co miało być końcem wielkiego morza które ktoś nazywał oceanem. Dlatego w jej przekonaniu, strumyk nie miał prawa nosić szlachetnego miana rzeki. Do tego okropnie zajeżdżał, a „o zgrozo!” miejscowi łowili w nim ryby i sprzedawali. Na szczęście lub też nie, zaczęło padać i nawet tacy maruderzy jak handlarze czarnorynkowi, czy nieopodatkowane straganiary, zrezygnowali z wciskania rupieci naiwnym. Jedynym plusem zimnego deszczyku, była powolna wymiana powietrza. Kilka razy ich dwuosobowy pochód zwalniał lub zatrzymywał się całkiem gdy ulicą przechodziła para, lub trójka ciemnych postaci. - Cieniści – szepnął tylko jej przewodnik, strażnik, aktualny pan i władca oraz potencjalny kochanek w jednym. Jakby ta nazwa miała wszystko wyjaśnić. Po męczącej i mokrej wędrówce, gdy niemal nie było na nich suchej nitki, dotarli do pokracznego budynku stanowiącego kwaterę. Ku rozczarowaniu Tajgi, nie była to kwatera w sensie mieszkania lub wynajmowanego pokoju. Były to koszary straży. Kolejny zawód przeżyła, gdy strażnikowi powiedziano, iż dowódca rejonu zszedł do lochów. A już w głowie rodziła się wizja kilkuosobowego pokoju…

Thokarr i Albus
_____Albus w strachu wytrzeszczył oczy w kierunku z którego dopiegały niepokojące odglosy. Był bez czarów i zdolności czaropodobnych, i poraniony tak jak i jego towarzysz. Decyzja mogła być tylko jedna.
- Thokarr my uciekać! Zbierać rzeczy. Dzisiaj już my nie walczyć.
Sam w pospiechu zrobił to samo. Po sekundzie-dwóch był gotowy do drogi i przedzierał się przez zarośla próbując zejść z drogi ogra.
- Dobry pomysł. Jesteśmy zbyt ranni i osłabieni żeby walczyć. Poza tym, ogry może i są głupie, ale węch mają dobry. Nawet gdybyśmy chowali się w krzakach nie mielibyśmy szans...chociaż...już sam nie wiem. - półork podrapał się po łysej głowie i zwrócił szybko w stronę Albusa mówiąc szeptem. - To jak, uciekamy, czy liczymy na to że szczęście się do nas uśmiechnie?
- Uciekać- odpowiedział Albus nie odwracając głowy- Nie wiedzieć nic o ograch. Jeśli my mieć szczęście ten być leniwy i nie gonić.-powiedział po czym zagłebił się w krzaki.
Thokarr zacisnął mocno zęby, po czym udał się za swym nowym towarzyszem.
_____Ucieczka, choć koślawa, dość powolna i dźwięcząca mieszanką jęków i przekleństw udała się doskonale… Prawie. Org, okazawszy mocno rozwinięty instynkt terytorialny, ograniczony do jaskini, dolinki z zagajnikiem i kilku głazów na zboczu, postraszył intruzów wyrzucając w ich kierunku trzymaną gałąź. Latające drzewka nie są niebezpieczne. Lecą na tyle wolno i niecelnie, że z łatwością można zejść im z drogi. Problem pojawia się gdy takie drzewko zahacza o coś. Jego lot, tak bardzo niepewny, zaburza się jeszcze bardziej i zejście z trasy nie zawsze pomaga. Cudem kawał drewna nie trafił uciekających w głowę. Cudem dwójka towarzyszy nie skręciła sobie kostki truchtając co raz szybciej w dół zbocza. Cudem nikt z nich w ciemności nie wziął zwietrzałego głazu za bardzo dziwny krzew. Jednak szczęście wyraźnie przegrywało karcianą partię z losem. Gałąź uderzyła duergarową kostkę, a zmęczone ranami ciało straciło niepwenie trzymaną równowagę. Resztę dodała grawitacja, stok i siła bezwładności w efekcie czego kapłan zaczął turlać się po stoku. Półork solidarnie przyspieszył, a adrenalina, buzująca w wymęczonym ciele, pomogła mu dopaść szarą i jęczącą z bólu kulę jaką stał się Albus. Pomoc okazała się niestety nie potrzebna. Stok się skończył, a na czole krasnoluda miała przez kilka dni widnieć pamiątka turlanej ucieczki w postaci niewielkiego guza i kilka dodatkowych siniaków na żebrach.
_____Stali (lub niezgrabnie klęczeli jęcząc) na porośniętej cienką i suchą trawą powierzchni. Zapadającej nieznacznie ku północy, lecz na tyle płaskiej by zatrzymać rozpędzonego uciekiniera, który miałby ochotę potoczyć się dla rozrywki w dół po stoku. Najbardziej obeznany z dwójki podróżników z powierzchniową dziczą Thokarr odpłacał pomoc medyczną, rozeznaniem w terenie. Chwila przypatrywania się gwiazdom, wciągnięcie nosem nocnego powietrza, a także odwołanie się do zmysłu orientacji ułatwiło mu zlokalizowanie. Znajdowali się jakieś 3km na zachód od miejsca w którym wszedł do pieczar i około km na północ. Nie potrafił powiedzieć czy mogą napotkać większe skupiska ludzkie czy nie. Wiedział jedynie, że byli bliżej takich miejsc, niż on sam gdy postanowił bawić się w grotołaza. Brak oznak jakiejkolwiek zwierzyny, sugerował brak innych drapieżników, poza oczywiście siejącym postrach ogrem gdzieś na stoku za nimi. Należał im się odpoczynek, ale żaden z nich, nie był pewny, czy mogą.
 
__________________
Kto lubi czytać, ten dokonuje wymiany godzin nudy, które są nieuchronne w życiu, na godziny rozkoszy.
Smirrnov jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:39.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171