Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-10-2015, 15:16   #1
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 39399 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Mroczne Cienie Sembii [18+][d&d/path]

Słońce zachodziło krwawo tego wieczora.


Zabobonna staruszka mogłaby to określić słowem: “zły omen” zwiastujący czyjąś śmierć. Ale w Sembii krainie monet, sztyletu i trucizny, śmierć była częścią życia. Codziennie ktoś umierał, czasami ze starości, czasami od śmiertelnej dawki jadu lub żelaza między żebrami. Śmierć była powszechnym zjawiskiem w Sembii jak i w całych Zapomnianych Krainach. Śmierć była częścią życia.
Ale czasami śmierć jednej osoby może zmienić los wielu innych. Tej nocy ktoś miał umrzeć, to już było przypieczętowane wcześniej. Los już wcześniej założył pętle na jego szyję. Tej nocy, miało nastąpić wykonanie w wyroku.

Enaya Sulivuir


Trup na podłodze. To pierwsze co rzuciło się w oczy Enayi po wejściu do komnaty Mirabety Selkirk. Trup na podłodze. Sama kobieta nie przejmując się tym faktem siedziała przed lustrem przyglądając się swemu obliczu.


Jak zwykle spokojna, jak zwykle pełna gracji, jak zwykle niewzruszona. Sulivuir nigdy nie traciła zimnej krwi, zawsze spokojnie kalkulowała swoje szanse i znała różnicę między ostrożnością a strachem.
Dzieliła zresztą te cechy ze swym największym przeciwnikiem. Sądząc po sukni i biżuterii szykowała się na wielki bal z okazji Śródlecia urządzany corocznie w Wielkiej Sali Rady Sembii. Impreza na której każdy kto chciał zabłysnąć w towarzystwie, musiał się pojawić. Osoby tak wpływowe jak Mirabeta mogły ją sobie odpuścić. Ale ona nigdy tego robiła. W końcu była tą czarującą twarzą Selkirków, w przeciwieństwie do władczego Kendricka Wysokiego i enigmatycznego Miklosa Selkirka.

W tej chwili zaś siedziała przed lustrem rozmyślając nad sytuacją. Dwóch jej ochroniarzy pilnowało jej bezpieczeństwa. Gdy Enaya weszła i pokłoniła się swej pani, ta uśmiechnęła się kwaśno zerkając wpierw na nią, a potem na trupa mężczyzny.
- Natrętny wielbiciel.- westchnęła wstając i poprawiając suknię.- Dowiesz się kto go przysłał i dlaczego.
- Miklos?-
zasugerowała Enaya.
- Wątpię. On nie toleruje niekompetencji i nie jest tak głupi, by otwarcie mnie atakować. To ktoś inny.- odparła Mirabeta przechodząc po bogato urządzonej komnacie do szafy z futrami i płaszczami otworzyła ją szeroko.- W razie czego… kapłani Waukeen w ordulińskiej świątyni z pewnością będą chętni ci pomóc w tej sprawie. List do nich leży na moim sekretarzyku,
Na chwilę zamilkła, by spojrzeć na Enayę i rzec.- Do Ordulinu zawitali lordowie Rediec.
Zmrużyła oczy widząc jak wyraz twarzy Enayi robi się bardziej zacięty i dodała chłodnym tonem.- Nie obchodzi mnie wasza wspólna przeszłość. Nie pozwól by twoje uczucia weszły w konflikt z interesami. Są jeszcze warci więcej żywi niż martwi. Jeszcze… ale ich czas nadejdzie, bądź cierpliwa.
Uśmiechnęła się na koniec ciepło.- A jeśli masz ochotę towarzyszyć mi na balu to, moja droga musisz lepiej dobierać stroje.

Kathil Wesalt


Bal z okazji Śródlecia był wydarzeniem towarzyskim na którym musiała się pojawić. Z powodu różnych interesów jakie prowadziła. Co prawda Kathil nie mogła zaliczyć się do grona nobliwych szlachciców, czy też bogatych kupców, ale… prowadzone przez nią interesy wymagały bycia na takich przyjęciach. Rzadko ją zapraszano. Częściej musiała się wpraszać, tak jak teraz jako osoba towarzysząca znajomego kupca.
Któremu się urwała zresztą. Niestety biedaczek będzie musiał znaleźć inną okazję na jej zauroczenie.
Kathil przybyła tu nie tylko z obowiązku, ale też z misją od znajomego hrabiego z rodu Morethain. Miał on córkę jedynaczkę, bardzo piękną i bardzo bardzo rozpieszczoną. Jak to z jedynaczkami bywa.
Zjawił się u Kathil kilka dni temu z konkretnym problemem do rozwiązania i… z konkretną gotówką w sakiewce.
- Sprawa jest delikatna. Moja córka ubzdurała sobie że wyjdzie za kupca. I to nie przedstawiciela starych kupieckich rodów, ale jakiegoś nuworysza, który dopiero zbił majątek. Może i jest bogaty dziś, ale cy będzie jutro? Nie powierzę mojego jedynego dziecka takiemu… takiemu… takiemu dorobkiewiczowi. Nie mogę go też zabić jak psa, gdy będzie przejeżdżał przez las leżący w moich włościach.- mówił wtedy z wyraźną irytacją.- Nie. Nie może zginąć. Moja córka mogłaby mnie posądzić o jakiś związek z jego zgonem. Dlatego ma umrzeć w oczach mojej córki. Potrzebuję solidnego dowodu zdrady albo czegoś równie… może zdołasz go przymusić jakoś do porzucenia mej córeczki ? Tak byłoby najlepiej.
Zapłata jaką zażądała Kathil okazała się za niska. Szlachcic gotów był zapłacić nawet o 200 monet więcej, więc Wesalt nie miała powodów by mu odmówić, tyle że… kim był Sergow Merske ?
Imieniem którego nie kojarzyła z żadną twarzą, z żadnym interesem, z niczym… Może więc był oszustem?
Nawet jeśli był oszustem to z pewnością pojawi się na balu, by podtrzymać swoje kłamstwo.Z drugiej strony mógł być i prawdziwym kupcem. Kathil nie znała wszystkich kupców żyjących w Sembii.

Zaś sam bal, był targowiskiem próżności, jak co roku.


Snobistyczna impreza, na której bogactwo strojów ukrywało ubóstwo gustu u noszących je osób. Kathil znała wiele z nich. Jak choćby przyklejającego się od jednej kupieckiej żony do drugiej Matteo Selkirka, najmłodszego z pełnoletniego potomstwa Kendricka Wysokiego. Z tego co Kathil pamiętała, Matteo był sojusznikiem Miklosa, aczkolwiek niezbyt lojalnym.
Formuła przyjęcia nie zmieniała się od lat, więc Kathil znała wszystkie atrakcje. Tańce na środku sali, rozmowy w bocznych nawach, pokazy iluzjonistyczne i fajerwerków na placu przed gmachem. W końcu ta impreza nie służyła rozrywce, a pokazaniu się. Toteż Wesalt mogła się skupić na wyszukiwaniu swego celu. By mu się przyjrzeć i ocenić jak go podejść i kiedy.
Nie widziała też Mirabety Selkirk, ale to akurat wcale jej nie dziwiło. Ta wpływowa kobieta lubiła mieć mocne wejście.
-Szukasz kogoś konkretnego czy wybierasz rozrywkę na ten wieczór, spośród tych dostępnych?- głos za jej plecami był znajomy i należał do postaci która wyróżniała się swą szarością pomiędzy tym zgrupowaniem pawi.


Wiligian Krantz… imię niewątpliwie zmyślone. Krantz był znaleziskiem sprowadzonym przez Miklosa wiele lat temu. Pełnił rolę osobistego notariusza samego Miklosa, co wiązało się z olbrzymią wiedzą na temat planów najstarszego z Selkirków. A nawet więcej… Krantz słynął z niesamowitej pamięci. Potrafił odtwarzać wszelkie zasłyszane rozmowy słowo po słowie, w oryginalnej intonacji. A był świadkiem i uczestnikiem setek rozmów nie tylko w obecności Miklosa. Wiedział wiele o wielu osobach, był niemal żywym spisem ludności.
- Kręcisz się tak bez celu, zamiast szczebiotać owinięta wokół ramienia Rembranta Vogela, z którym przyszłaś.- a przy tym był bardzo spostrzegawczy i niewątpliwie niezwykle inteligenty. Bardzo niebezpieczny człowiek. Nic dziwnego, że ponoć w rodzinnym kraju, wydano na niego wyrok śmierci.

Morgan Juurgen


Karczma gdzieś na szlaku górskim Grzmiących Wierchów nie była najbardziej wygodnym miejscem do wypoczynku. Mała i ciasna. Nawet teraz, gdy lato było w pełni, przez szczeliny w balach z których była zbudowana, przenikał chłód. Jedyne co rozgrzewało w tej karczmie to tłusty rosół, baranie kożuchy na łożach i pulchna służka… wszystko to jednak kosztowało co najmniej srebrną monetę. Nic wiec dziwnego, że chętnymi byli jedynie kupcy przejeżdżający przez przełęcz. I towarzyszący im przewodnicy, tragarze, ochroniarze… Wolni najemnicy lub ochroniarze byli rzadkością. O wiele taniej i wygodniej wszak było wybrać drogę morską wzdłuż wybrzeża Morza Spadających Gwiazd. Dziwiła więc trójka przybyszy, która utknęła w tej karczmie od trzech dni.
- Spóźnia się…- warknął rosły mężczyzna o twarzy naznaczonej paskudną blizną.


Niewątpliwie ciężkozbrojny wojownik, choć teraz zbroi nie nosił. Metal nie ogrzewa ciała wszak, a raczej wprost przeciwnie. Rozgrzewał ciało i zabijał czas jednocześnie rzucając toporkami do celu.
-Powinniśmy już od dwóch dni być w drodze.- kolejny toporek utkwił w celu.
- Nie gorączkuj się tak Rolgarze, jestem pewna że nasz nowy nieustraszony przywódca z pewnością do nas dołączy wkrótce.- odparła znudzonym tonem kobieta. Umięśniona kobieta o ciemnej jak heban skórze i z chustą na głowie.


Wydawała się jakąś egzotyczną wojowniczką, choć pół-włócznia którą nosiła przytroczoną do pleców świadczyła o bardziej natchnionym podejściu do życia. Symbol kojarzony powszechnie z Savrasem wytrawiony na grocie jej broni o tym świadczył.
- Saevira…- westchnął rycerz nazwany Rolgarem.- Ile mamy na niego czekać? I w ogóle co to za pomysł, żebyśmy mieli jakiegoś przywódcę? Dotąd jakoś radziliśmy sobie bez bohatera Cormyru mówiącego nam co mamy robić.-
Saevira spojrzała na przycupniętego w kącie krasnoluda w okularach obwieszonego sakwami niczym juczny muł.
- Gursam, może byś… pomógł?- mruknęła z rezygnacją w głosie. Krasnolud leniwie oderwał sie od czytanej księgi, równie leniwym ruchem sięgnął po paczuszkę z egzotycznymi cygarami, najnowszą modą rodem z Maztiki,


Zapalił je pstryknięciem kciuka i przywołaniem magicznego płomienia, po czym rzekł.
-I tak nie mamy wyboru, musimy czekać. Po pierwsze to było polecenie z samej góry, a po drugie… on ma w sakwie rozkazy dla naszej grupy. Bez niego i tak nie wiemy, gdzie mamy wyruszyć, prawda?-
- Nie cierpię gdy masz rację. Ale nie moglibyśmy…-
odparł Rolgar, ale przerwał wypowiedź w połowie, bo drzwi się otworzyły i wszedł przez nie jakiś młodzian. Spojrzenia trójki najemników skupiły się na jego płaszczu. Był bowiem wyszyty na nim Srebrny Kruk.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 27-10-2015, 13:44   #2
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61642 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację

Kolejne źle ulokowane uczucia, kolejna niechciana partia... – pomyślała Kathil rozglądając się dyskretnie po sali balowej – to takie... przyziemne.
Po wszystkich naukach cioteczki, poleceniach, zleceniach i małżeństwie czuła się odarta ze złudzeń. Nie okłamywała samej siebie jednak: nie żałowała tego, jak toczy się jej życie do tej pory. Lubiła tę grę, chociaż musiała przyznać, że powiew nowości byłby bardzo, bardzo mile widziany.
W zasadzie przyjęła zlecenie licząc na dwie rzeczy: szybki i łatwy zarobek przez krótkimi wakacjami oraz na ściślejsze powiązania z hrabią Morethain. Na samą myśl o wakacjach skrzywiła się w duchu. Wyjazd do „domu”, jak nazywała posiadłość cioteczki, w której się wychowała, był w ostatnich kilku tygodniach szczytowym marzeniem Kathil. Niestety w chwili obecnej interesy szły zbyt dobrze, by tak ot po prostu porzucić wszystko i wyjechać.
Już niedługo – obiecała sobie po raz kolejny w duchu – teraz skoncentruj się na odnalezieniu Sergowa Merske.

Przeczesała delikatnie dłonią długie blond loki opadające na jedno ramię, nakręcając jakby ode chcenia jedno z aksamitnych pasm na czubek palca. Była pewna, że fryzura była w idealnym stanie – wiedziała jednak, że ten gest nadaje jej wyrazu zagubienia i wraz z błękitem sukni podkreśla niemalże dziewczęcą świeżość i nieśmiałość. Przyjęła więc skromną pozę, stojąc i obserwując mizdrzącego się Matteo oraz barwny, próżny i ostentacyjnie rozbawiony tłumik, wypatrując swojego celu.
Na dźwięk znajomego głosu drgnęła i niemalże wypadła z roli.
- Och, wystraszyłeś mnie. – uderzyła Wiligiana wachlarzem lekko w ramię. - Nie wiesz, że to nie wypada zachodzić damy znienacka od tyłu?
- Nie dbam o takie sprawy.
- odparł notariusz spokojnym tonem.- Nie przybyłem z nadzieją na przychylność, a bardziej by… zaspokoić ciekawość. Krążysz niczym rekin w zatoce. Na kogo polujesz?
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
- zasłoniła twarz skromnie wachlarzem, aby ukryć uśmiech. Poczucie humoru notariusza zawsze wywoływało taką reakcję. - Czyżbyś całkiem znudził się tegorocznym balem?
- Targowisko próżności jak zwykle. Błahe rozmowy o błahych sprawach, które utkną mi w głowie.
- odparł Wiligian rozglądając się dookoła z wyraźnym niesmakiem.- Ale nawet takie błahe rozmowy, mogą przynieść ciekawostki, choć… bardziej związane z naturą ludzką, niż z moją profesją.
- Nie rób takiej kwaśnej miny, popsujesz mi plan.
- poruszyła lekko nadgarstkiem, wprawiając w ruch swój piękny zabytkowy wachlarz. Wybrała go specjalnie; skoro Merske był dorobkiewiczem, powinien zwracać uwagę na takie dodające statusu detale. - Nikogo ważnego - odpowiedziała półgębkiem, wyciągając przy tym szyję i udając, że ogląda toczące się tańce.
- Tutaj każdy jest ważny, choć Miklos się tu nie zjawi, a Mirabeta jeszcze nie zjawiła. Ciekawe co ją wstrzymuje.- zastanowił się notariusz.
- Kto wie, kolejny trudny gość, albo może inne sekretne zadanie, nie mogące czekać. Mówi Ci coś nazwisko Merske? - dodała niby to obojętnie, mimo, że nie liczyła na to, że uda jej się zmylić Wiligiana.
- Oczywiście. Ryzykant, ale z koneksjami w Turmish. - wyjaśnił notariusz wyszukując w swej głowie wiedzę na jego temat.- Sprowadził stamtąd partię towarów i nieźle zarobił. Zbyt dobrze wedle niektórych rodów. Może się wybić wysoko, ale może upaść boleśnie. Zbyt arogancki i zbyt pewny siebie… spłonie jak spadająca gwiazda… jeśli miałbym być prorokiem. Czemu cię interesuje?
- Och, nowe nazwisko pojawiło się w moich okolicach, więc uznałam, że trzeba sprawdzić i przekonać się kto to. Nowa konkurencja może dodać nieco smaku tutejszemu status quo.
- rzuciła notariuszowi spojrzenie mówiące, że tylko tyle od niej wyciągnie.
- W okolicach? - zdziwił się Wiligian marszcząc brwi.- Nie rozumiem.
- No tak
- teraz Kathil z kolei się zdziwiła - przecież nie zawsze moje okolice i kręgi pokrywają się z Twoimi czy innych znaczących osób. Zatańczymy? Będziesz mógł mi go pokazać.
- Zatańczmy…
- zgodził się notariusz ostrożnie biorąc dziewczynę w ramiona. Był silny, bardziej silny niżby można było sądzić po jego bladej cerze. Ale nieporadny w tańcu jak niedźwiedź.- Bardziej chodzi o to, że… handluje towarami, które nie przyciągają oczu kobiet, przynajmniej na tym etapie.
- Hmmm
- Kathil ułożyła dłonie na ramionach mężczyzny i przybrała wyraz uprzejmego zadowolenia z rozrywki - Jakie to towary? - powiedziała z leciutkim, niewinnym uśmiechem.
- Tkaniny i kilimy.- mruknął notariusz prowadząc w tańcu nieco sztywno.- Przyznaję, że młoda wdówka z majątkiem mogłaby go zainteresować w kwestiach matrymonialnych. Ale nie przypominam sobie byś była jakąś fanatyczną zwolenniką porządku świata według Chauntei
- Coś plączesz się w zeznaniach, mój drogi. Tkaniny i kilimy to temat jak najbardziej...hm...niewieści. - Kathil robi dobrą minę do złego tańca. - Jesteś pewien, że tylko tym handluje nasza nowość?
- Tkaniny to półprodukty… chyba suknie są od nich bardziej interesujące?
- pewnych kobiecych niuansów zamknięty wśród swych ksiąg notariusz najwyraźniej nie pojmował.- A on handluje tym co przynosi zyski, nawet kosztem dużego ryzyka. Łatwo się na tym sparzyć. Tymora i Beshaba lubią się zamieniać miejscami.
- Wiligianie, musisz sobie koniecznie żonę sprawić. Albo co najmniej kochankę.
- stwierdziła z cichym śmiechem Kathil wykorzystując figurę tańca, aby wyszeptać w ucho notariusza. - Nauczyłbyś się szybko, że i tkaniny i suknie są bliskie kobiecym sercom. Ryzykant, powiadasz. A widzisz go tutaj? - spytała Kathil rzucając przy tanecznych obrotach dyskretne spojrzenia na tłum.- Byłbyś uprzejmy mnie przedstawić? - spytała, licząc, że w przypływie dobrego humoru Wiligian nie zarząda niczego w zamian.
- Znając przypadki wielu moich klientów, zarówno żona jak i kochanka to kłopot. Zwłaszcza połączone razem. Mogę ci go wskazać, ale nie przedstawię… Nie znamy się osobiście, więc… musiałbym i przedstawić siebie. - odparł dość spokojnym i pozbawionym emocji tonem. Te bowiem skrywał głęboko w sobie.- Acz muszę dodać iż… Miklos może być wkrótce zainteresowany twoim towarzystwem przy najbliższej kolacji.
I pewnie zleceniem dla niej nie do odrzucenia.
-Pierwszy, niezmienny mężczyzna. - uśmiechnęła się do notariusza, podejmując ich niezmienną słowną roszadę - No już, już. Rozchmurz się. Przestaję się droczyć, panie Krantz. - dodała naśladując mimikę i ton rozszczbiotanych kobiet wokół - Wskazanie mi wystarczy, dziękuję. A co do Miklosa, będę oczekiwać szczegółów spotkania. - odsunęła się od mężczyzny i z gracją dygnęła, słysząc końcowe dźwięki melodii.
Wiligian skłonił się powoli po czym ruchem głowy wskazał mężczyznę stojące w kącie i otoczonego przez grupkę młodych mężczyzn i kobiet.
- To ten w rogu… przywódca. Marzy mu się grupa popleczników i z pewnością… kiedyś zamierza uzyskać stać w Sembii ważną siłą polityczną. O ile będzie miał szczęście w interesach. O ile dożyje.- ocenił notariusz.
Mężczyzna ten łączył ze sobą najnowsze mody i powagę swego wieku. Niewątpliwie jeden z tych naśladowców stylu Miklosa. Jeden z udanych naśladowców. Kokietując swą wiedzą i erudycją towarzystwo, Sergow kreował się na autorytet dla swych przyjaciół.
Kathil dygnęła jeszcze raz na pożegnanie Wiligianowi i niby przypadkiem ruszyła w stronę małego tłumku. Próbowała rozeznać sytuację oraz sprawdzić czy córka hrabiego Morethain znajduje się gdzieś w pobliżu swego bądź co bądź narzeczonego. Przechadzając się od niechcenia, spróbowała również podsłuchać na jaki tym razem temat trwa wywód.
Nie zauważyła tego aniołka swego zleceniodawcy w okolicy Merske. Pewnie ojczulek nie puścił ją na te skandalizujące rozpustne przyjęcie… za jakie było uważane, przez wszystkich, którzy na nim nie byli. Z doświadczenia Kathil wiedziała, że jedyna przewidziana golizna tego balu znajdowała się na obrazach. A nieprzewidziana… cóż… na każdym przyjęciu jakaś parka mogła zapałać do siebie pijackim pożądaniem i skończyć nago w bocznym korytarzu.
Sergow zaś gadał o polityce, o interesach… o niezbadanych rynkach, o możliwościach, o sztuce bogacenia się. Im więcej gadał, tym bardziej przypominało to pijackie filozofowanie, a mnie rozsądne analizy. To że hojnie płukał gardło winem, pewnie się do tego przyczyniało. Niemniej Kathil musiała przyznać, że Merske jest tęgim pijakiem. I to pijakiem najbardziej zakochanym… w sobie. Wręcz uwielbiał ton swego głosu, a rozmowa z przyjaciółmi była bardziej tyradą mistrza do zgromadzonych wokół siebie wyznawców. Sergow nie dopuszczał nikogo do głosu i nie zwracał uwagi na nikogo, poza sobą oczywiście. Nic więc dziwnego, że nie zauważył zjawiskowej Kathil.
Kathil przeszła po sali, prowadząc z gośćmi nieważne rozmowy, kątem oka ciągle mając na horyzoncie gadułę. Czekała na okazję, aż znudzeni słuchacze w teatrze jednego aktora, zaczną się nieco przerzedzać. Dyskretnie skinęła na służącego roznoszącego wino i za pomocą niewielkiej, dźwięczącej sugestii namówiła go do upozorowania potknięcia się w okolicach oratora. Plama z wina z pewnością przerwie monolog i może w końcu nadarzy się okazja na nawiązanie kontaktu.
Sytuacja wyszła lepiej… niż się Kathil spodziewała. Sergow wybuchł furią, gdy sługa poplamił jego szatę i przerwał jego monolog, wręcz wyrywając go z tego autohipnotycznego transu. Zaczął go głośno besztać przyciągając wręcz uwagę pobliskich osób. Widać nadmiar wypitego wina, źle wpływał na jego samokontrolę.
Kathil skrzywiła się w duchu, krzykacze i furiaci zdecydowanie znajdowali się na końcu jej listy pt. “ulubiony rodzaj mężczyzn”. Ruszyła szybko i przecisnęła się przez szybko rosnący tłumek plotkujących gapiów i krzyknęła udając szok:
- Och jej! Taka szkoda… - rozczarowanie w głosie słyszalne nawet przez gwar - jedwab z Kara-Tur… Szybko panie - ponagliła Sergowa - może zimna woda pomoże chociaż trochę. Służbą zajmiesz się Panie później, ważne by tę piękną szatę uratować! - pociągnęła mężczyznę delikatnie za dłoń, niby to z przejęcia nie przestrzegając konwenansu i ruszyła w stronę bardziej prywatnych komnat. Po drodze złapała służkę i ostrym tonem nakazała przyniesienie lodowatej wody do komnaty.
Zaskoczony nagłą inicjatywą Wesalt i wyrwany z przyjęcia Sergow stracił rezon. Nie bardzo wiedząc skąd nagle wyskoczyła Kathil, dał się pociągnąć i ruszył za nią, najwyraźniej szukając w tłumie swych wielbicielek jej twarzy, by skojarzyć z jakimś imieniem.
Kontynuując utyskiwania na służącego, Kathil zaprowadziła cel do jednej z komnat, pozostawiając jednak drzwi nieznacznie uchylone; przypadkiem:
- Nie denerwuj się, Panie. Moja cioteczka właśnie lodowatą wodą nie raz, nie dwa wywabiała plamy z wina. Co prawda, nie z tak szlachetnych materiałów, ale ważne by być dobrej myśli. - szczebiotała, pomagając zaskoczonemu mężczyźnie rozdziać się z surdutu i zdjąć drogie ozdoby. - No gdzież ta służka… A czy Tobie, Panie nic się nie stało? Tak trudno obecnie o dobrą służbę. - zamarła z szeroko otwartymi oczami, stojąc tuż przed Sergowem. Na jej buzi widać zafrasowanie, zmartwienie i głęboką troskę o zdrowie mężczyzny.
- Nic.. to w końcu.. wino. A kim ty jesteś?- Sergow próbował poskładać do kupy tą sytuację. Mężczyzna rozglądał się wpierw dookoła, potem jednak skupił spojrzenie na twarzy Kathil, co nie było łatwe, bo dekolt miała kuszący i strategicznie wyeksponowany. By odciągać spojrzenie od twarzy i myśli od logicznego rozumowania.
Kathil wprawnym ruchem rozłożyła wachlarz i poruszyła nim, tak, że koronki jej sukni leciutko poruszyły się wokół dekoltu, zaś pasmo włosów przesunęło się po skórze.
- Racz mi wybaczyć brak manier… Jestem Kathil Wesalt, wdowa po baronie Vandyeck. - wykonała zgodny z etykietą ukłon, co sprawiło, że znalazła się nieco bliżej mężczyzny. W tej perspektywie Merske uzyskał zdecydowanie ciekawszy widok na jej dekolt, który Kathil odsłoniła przekrzywiając nieco głowę na bok. Dziewczyna wyprostowała się powoli, oddychając głęboko i wyciągnęła ku niemu dłoń do pocałowania.
Sergow był mężczyzną, tylko mężczyzną. Kathil wiedziała jak wpływać na ich uwagę, jakie pokusy im serwować… Mężczyźni, czy kobiety… mieli swoje słabości, a Kathil wiedziała jak wykorzystać te słabe punkty każdej płci. Merske nie mógł więc się oprzeć jej widokom, wzrok przykuwany przez jej atuty. Krew odpływała od mózgu do innych organów, zwłaszcza poniżej pasa. Mimowolny triumfujący uśmieszek pojawił się na obliczu Wesalt. Wypite wino było wszak jej sojusznikiem.
-Wesalt… eemm… miło mi poznać baronesso Vandyeck.- mruknął szarmancko całując dłoń Kathil i pieszczotliwie. Potrafił być uroczy, jeśli chciał.- Czym zawdzięczam zainteresowanie i co taka piękna dziedziczka ziemska robi na tym balu dla kupców? Chyba nie interesy?
Kathil nie raz już składała podziękowania cioci Mei za naukę wywoływania rumieńca na zawołanie. Tym razem również przydał się ten mały trik. Gdy usłyszała komplement i poczuła pieszczotliwy dotyk warg na swej dłoni, zarumieniła się jak nieśmiała młódka. Wysunęła delikatnie rękę z szarmanckiego uścisku Sergowa, wprawiając ją w najlżejsze drżenie, które należałoby odebrać jak brak kontroli nad swoimi odczuciami.
- Moja ciotka powtarzała mi zawsze, że należy pomagać innym. A Ty - przeszła gładko z Pana na per ty - wydawałeś się osobą, która takiej pomocy potrzebuje. Nie chciałam - schowała twarz za wachlarzem - aby tak wdzięczny i mądry mówca został brutalnie ośmieszony przez niezręczność służby. - uśmiechnęła się niewinnie - Czy źle zrobiłam? - rzuciła mu pytające i naiwne spojrzenie, unikając odpowiedzi na jego pytanie.
- Ach… nie… to bardzo miłe z twej strony, acz nie zauważyłem cię wśród słuchaczy moja pani.- rzekł szarmancko Sergow po czym zaczął kadzić.- Z pewnością zauważyłbym tak niezwykłą słuchaczkę…
Kłamał. W swym szale demagoga nie zauważał nikogo. Teraz też bardziej skupiał się na dekolcie kobiety niż na jej twarzy… ale to już była zasługa samej Kathil.
Kathil poskromiła swoją niecierpliwość i lekkie ukłucie znudzenia - musiała rozegrać zlecenie do końca.
- Przyciągałeś taką ilość słuchaczy, że ciężko było się przepchać. - powiedziała nieco obrażonym tonem i zaczęła wyliczać na paluszkach tematy, o których Sergow peplał. Udając lukę w pamięci i namyślanie się zagryzła dolną wargę ukazując koniuszki białych zębów. Ściągnęła usteczka w kuszący dzióbek i postukała palcem. - Ach tak na koniec, mówiłeś o zasadach prowadzenia handlu tekstyliami! - postąpiła bliżej mężczyzny i zatrzepotała rzęsami - Mogłabym… nie, nie odważę się tego powiedzieć... - odwróciła się zawstydzona do niego plecami, w pełni świadoma uroku swych nagich ramion, karku i części pleców. Zerknęła na mężczyznę przez ramię.
- Tekstyliami… aaa tak… mówiłem o tym…- mruczał pod nosem Sergow. Wyczuwała w jego tonie konsternację. Sam nie pamiętał o czym mówi, a widoki nie sprzyjały rozmyślaniom.- Mogłabyś… co?
Wciąż spoglądając przez ramię, uniosła nieco twarz by spojrzeć mu w oczy. Dłonią bawiła się kosmykiem włosów, przesuwając go po zagłębieniu dekoltu. Odwróciła wzrok i wyszeptała:
- To nie wypada… nie przystoi…
- Z pewnością… nie wypada… skoro tak twierdzisz.
- Merske chyba domyślił się co ma na myśli, ale resztki przyzwoitości próbowały się w nim bronić. - Ja mam w dodatku narzeczoną.
Kathil odwróciła się gwałtownie, zapach jej delikatnych perfumy owionął mężczyznę.
- Och, miałam na myśli… że mogłabym słuchać Cię bez końca, o dowolnej porze dnia czy nocy… tak pięknie przemawiasz… tak porywająco - wyciągnęła ku jego ustom nabożnie dłoń i cofnęła ją szybko. - Wybacz… nie nawykłam do takiego światowego towarzystwa. Do tej pory...ah to nie ma znaczenia… mam nadzieję, że kiedyś będę mieć znów możliwość podziwiania Cię. - postąpiła dwa kroczki w tył, rozpoczynając odwieczną pogoń kotka za myszką. Ciocia powtarzała, że mężczyzna musi poczuć smak pogoni zanim zacznie cieszyć się nagrodą. Kathil miała mocne podstawy wierzyć, że przynęta złapała.
-Ach... no tak, oczywiście.-trudno było powiedzieć czego było więcej w jego tonie, ulgi czy zawodu. Ostatecznie zwyciężyła jednak miłość własna, bo dodał.- Prawdziwa pasja uskrzydla mówcę, jak i tak uroczy słuchacze jak ty pani.
- Czy nie byłoby z mojej strony zbyt wielką niegrzecznością by spytać, czy byłbyś łaskaw zaszczycić swą obecnością, oczywiście ze swą narzeczoną, mojego niewielkiego przyjęcia? Jestem pewna, że wielu z zaproszonych moich gości chętnie wysłuchało nauk z ust
- zawiesiła wzrok na jego wargach - tak mądrego i światowego kupca. Przyjęcie odbędzie się za 3 dni w mej posiadłości. - znowu podniosła na niego oczęta i spojrzała z uwielbieniem.
- To wielce dobry pomysł. Z chęcią poznam twoich majętnych sąsiadów i przyjaciół.- oczami wyobraźni już widział te interesy z nimi, które ubije. Był przede wszystkim kupcem wszak. I myślał przede wszystkim o monetach. - Z przyjemnością się na nim zjawię baronesso.
- Doskonale
- klasnęła w dłonie i uśmiechnęła się przepięknie - Zaproszenie prześlę posłańcem. Dokąd mam go wysłać?
Tu kupiec podał adres swego domostwa w stolicy i dodał.- Będę niecierpliwie czekał twego listu.
Kathil dygnęła, oczywiście ponownie wykorzystując wcześniejsze sztuczki, aby i na koniec przypadkowego spotkania pobudzić ciekawość kupca. Trzepocząc rzęsami i kręcąc biodrami ruszyła ku wyjściu z komnaty.


Tuż za drzwiami, czekała kobieta z miską wody, a nieco dalej Wiligian z ironicznym uśmieszkiem.
Kathil szybko ustąpiła z drogi, by służąca mogła wejść do komnaty i podreptała do notariusza, z całej siły zmuszając się do zachowania poważnego wyrazu twarzy.
- Stęskniłeś się? - spytała tonem niewiniątka, wsuwając dłoń pod jego ramię i odciągając go od okolic pokoju.
- Uwierzysz, że przemyślałem twoje słowa i zdecydowałem się zrobić z ciebie moją kochankę?- spytał bez nadziei w głosie Wiligian prowadząc dziewczynę do głównej sali.- Mam nadzieję, że nie zostawiłaś biedaka z sztyletem strategicznie wbitym w szyję. Nie jest wart bycia gwiazdą takiego skandalu.
- Jesteś słodki
- zaćwierkała czule, niemalże przytuliła się do ramienia notariusza - ale nie. - dokończyła nieco twardszym tonem, wciąż z przyjacielskim uśmiechem. - I odpowiadając na Twe pomówienia, zostawiałam go w pełni jego władz umysłowych i fizycznych.
Coś ciekawego działo się, podczas naszej nieobecności?
- Mirabeta się spóźnia. To jest najciekawsze… więc… i ta impreza nie odbiega od tradycyjnej snobistycznej nudy.
- wzruszył ramionami notariusz.- Jak widzisz, niewiele straciłaś.
- No dobrze, to w takim razie, poczekajmy na jej przybycie. Do tego czasu będziesz tak szarmancki by dotrzymać mi towarzystwa? Zdaje się, że słyszę głos Vogela.
- To takie straszne… ten Vogel i jego głos?
- zapytał Wiligian z lekkim cieniem uśmiechu na swym obliczu.
- Zdecydowanie wolę Twoje towarzystwo. Przyjemnie pachniesz, jesteś dobrze ubrany, inteligentny i nie zaglądasz mi bez przerwy w dekolt. - roześmiała się na widok jego poważnej miny - I bawi mnie Twoje poczucie humoru. Vogel cóż… jest słodki, ale od zbyt wielu słodyczy dostaje się bólu… zębów.
- Kwestia medytacji, samokontroli i… ziółek na koncentrację.
- wyjaśnił Wiligian i dodał wzruszając ramionami.- Jeśli wgapiałbym ci się w biust zbyt często, to miałbym cię przez całą noc… w każdym śnie. Nie dałabyś mi się wyspać. A ja muszę mieć spokojny sen.
- Wiligianie, jeszcze pomyślę, że próbujesz mnie uwodzić używając najdroższej karty przetargowej: szczerości.
- mrugnęła filuternie okiem - A to zakrawałoby na - zrobiła przerażoną minkę i wyszeptała - desperację. To co chciałbyś robić, mój mroczny rycerzu? Wino i pogawędka na balkonie? Czy raczej spacerek w oczekiwaniu na wielkie wejście Mirabety?
- Desperacja nie leży w mojej naturze. Uwodzenie również nie.To wymaga zachowania wychodzącego poza interesy. Naprawdę sądzisz, że mógłbym… recytować wiersze, czy co teraz robią kochankowie by zdobyć twoje względy?
- zapytał retorycznie Wiligian prowadząc dziewczynę na balkon.- Wino i pogawędka będą w sam raz.
Kathil dała się poprowadzić na balkon i poczekała aż oboje zostaną obsłużeni przez krzątającą się służbę. Upiła niewielki łyczek wina, mierząc towarzysza wzrokiem:
- Cóż, zostanie kochankami - przeciągnęła palcami po lamówce surduta na jego piersi - również wymaga zachowania wychodzącego poza interesy. - dodała figlarnie po czym spoważniała - Ale dobrze, to skoro masz mnie już sam na sam to o jakich interesach chciałeś porozmawiać? - spytała bystro, spokojnym tonem.
- Tak… zostanie kochankami wymaga całej tej.. kwestii zakochania. Przerażająca według mnie to koncepcja.- wzdrygnął się notariusz.- Takie zaślepienie pozbawiające rozsądku.
-Uważasz, że będąc zakochanym nie można postępować logicznie?
- spytała powątpiewająco - A może mylisz namiętność z miłością?
- Namiętność to chwila, w której pragnienie fizyczności jest upojeniem.
- wzruszył ramionami Wiligian uśmiechając się ironicznie. - Nie jestem prawiczkiem, miałem kobietę w łóżku. Opłaconą co prawda… ale czułem tą namiętność, gdy pieściłem jej ciało. Miłość natomiast…- wzdrygnął się nerwowo.- … to uczucie mnie przeraża. Gdyby można było jakoś obejść to szaleństwo. Okiełznać je rozumem.
Kathil pokryła swoje zmieszanie ponownie mocząc usta w kieliszku. Nie rozumiała co naszło notariusza na tego rodzaju dywagacje, i czemu akurat dzisiaj? Zazwyczaj był mniej chętny do zwierzeń. Zmrużyła po kociemu oczy:
- Wiligianie, trapi Cię coś? Zakochałeś się? Miłości nie należy się lękać. Im bardziej się jej boisz, tym trudniejsze będzie jej okiełznanie, jak to ująłeś. To tak jak ze wszystkimi naszymi obawami, w pewnym momencie przemieniają się w wielkie potwory.
- Mówisz jakbyś miała w tym doświadczenie.
- mruknął cicho notariusz, po czym dodał pewniejszym tonem głosu.- Na szczęście mnie miłość nie grozi. Nie ulegam takim słabościom, natomiast… ty słyszałaś może o Condradzie Vandyeck ? Stryju twojej świętej pamięci małżonka?
- To żem młoda wiekiem, nie znaczy, że nie wiem pewnych rzeczy, mój drogi.
- upomniała notariusza leciutko - I nie oszukuj się, każdy ulega słabościom...wcześniej lub później. Widziałam parę razy jego portrety w rodzinnej galerii ale rąbka historii niestety mój drogi mąż nie raczył uchylić. Cóż z nim? - zmieniła temat.
- Condrad wraca do Sembii i jest seniorem rodu… a ty młodą wdową z dość dużym rodowym majątkiem. Pokusa, by wziąć cię pod opiekę jest…- uśmiechnął się ironicznie notariusz.- Z tego co wiem Condrad wraca z jednym statkiem i masą wierzycieli.
- Ah
- mruknęła - no tak. I chciałbyś zaproponować mi swe usługi jako notariusz i zarządca majątku? - uśmiechnęła się domyślnie.
- Notariusz… na pewno jestem gotów podjąć się tej roli. Natomiast nie jako zarządca majątku. Nie wiem jeszcze jak poukładasz sprawy ze stryjem Condradem, ale uznałem że dobrze cię będzie ostrzec.- wyjaśnił Wiligian cicho.- Nie wiadomo też czemu w ogóle wraca do Sembii. Miał tu paru wrogów. Sprawa jest podejrzana, więc bądź ostrożna względem niego. To nie jest byle zadufany w sobie młodzik, jak ten za którego wyszłaś.
- Zapewne wraca odzyskać majątek i pozycję…
- zamruczała z namysłem - Dziękuję, żeś mi o tym powiedział. Podejmę odpowiednie kroki. - “Włącznie z bliższym zapoznaniem się z wrogami” - pomyślała, zaś głośno powiedziała - Czy odwiedzisz mnie za trzy dni? Organizuję niewielkie przyjęcie. Będziemy mieć okazję omówić dalsze szczegóły naszej współpracy - dodała z olśniewającym uśmiechem.
- Nie jestem pewien czy to dobry pomysł. Zdecydowanie wolę omawiać interesy w biurze.
- zaczął się niemrawo notariusz.
Kathil jedynie spojrzała na niego i uniosła leciutko brwi:
- Może jednak dasz się skusić? Będzie kameralnie.
- Nie czuję się dobrze na takich przyjęciach, zwłaszcza kameralnych… wyróżniam się wtedy.
- próbował niemrawo się bronić.
Kathil położyła dłon na ramieniu notariusza i zaśmiała się lekko:
-Wiligianie, bo zdołam pomyśleć, żeś jednak rozpoczął kurs uwodzenia. - wyjaśniła przyczynę śmiechu - Prześlę zaproszenie, a Ty postanowisz czy zaszczycić mnie swą obecnością czy nie. Wiedz jednak, że będę na Ciebie liczyć - pogroziła mu paluszkiem.
- Zobaczę co da się zrobić… w tej sprawie.- odparł notariusz wyraźnie przyparty do muru jej słowami. Pod nimi słychać było zajeżdżającą karocę, z której wysiadła Mirabeta z niewielką świtą.
- Chyba czas na nas, warto zobaczyć z kim będzie rozmawiała. Przynajmniej, ja powinienem spróbowac. Miklos nie przybędzie w ogóle, jak pewnie wiesz.- wyjaśnił Wiligian.
- Oczywiście, nie należy przegapić jej wejścia. Zobaczmy, kto dostąpi zaszczytu i porozmawia z nią jako pierwszy. - wsunęła dłoń pod ramię Krantza i razem z nim ruszyła na spotkanie Mirabety.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 04-12-2015 o 08:42.
corax jest offline  
Stary 29-10-2015, 10:59   #3
 
Arvelus's Avatar
 
Reputacja: 5884 Arvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputację
Morgan nie stawał w drzwiach karczmy. Wszedł do środka, swobodnym krokiem, toteż nikt nie miał czasu przyjrzeć się jego karmazynowo-czerwonej koszuli, droższej niż wielu ludzi zarabia przez pół życia. Ciężko było dostrzec pięknie wykonany mosiężny łańcuch spinający płaszcz. Jego drogich butów, ani innych dodatków.
Swe kroki skierował do lady, nie rozglądając się, pozornie. Tam wymienił kilka słów z karczmarzem, odebrał cztery piwa i pomaszerował prosto do trójki Kruków.
- Witajcie panie - ukłonił głowę w kierunku Saeviry - panowie - i do obu mężczyzn. Położył piwa na stole przedstawiając się - Zdaje się, że będziemy współpracować w najbliższej przyszłości. Jestem Morgan Juurgen. Przysiądę się, jeśli nie macie nic przeciwko - zaproponował grzecznie, ale siedział na długo nim skończył formułkę.
- Skoro już usiadłeś…- mruknęła kobieta, pozostali zaś milczeli. Rolgar nie oderwał się nawet od swej rozrywki, posyłając toporki do celu i zbierając wszystkie trzy, by powtórzyć ćwiczenie. Niewątpliwie jednak czekali na to co Morgan ma do powiedzenia.
Chwila ciszy się przeciągałą.
- Dziękuję wam za tak gorące przyjęcie, ja też nie mogłem się doczekać pracy z wami i również mam nadzieję, że się dogadamy i znajdziemy wspólny język! Jeśli czujecie potrzebę możemy od razu przejść do interesów, ale ja bym wolał, przedtem, choćby nieco was poznać. Może kobiety pierwsze… Saevira. Opowiesz mi coś o sobie? Nie musi być dużo. Byle bym miał jakiś ogląd o osobie która przede mną siedzi…
- Nie wypadałoby przypadkiem byś zaczął od siebie, Juurgenie?- mruknęła Saevira przyglądając się bacznie mężczyźnie.- Ale niech ci będzie, jestem Saevira… kapłanka Savrasa z Wyspiarskich Królestw. Tyle mogę ci powiedzieć mój drogi. Tu dopowiedz sobie historię wieśniaczki chcącej od życia coś więcej niż śmierdzącego kozami męża, córki kupca którego zrujnowali piraci lub… piratki która przetrwała zatopienie swego statku przez lantańską… powiedzmy od biedy, że to była galera. Wybierz sobie dowolną historię i ubierz w szczegóły.
- Niech będzie - Juurgen przystał na tę historię - A wy panowie?
- Rolgar…- burknął mężczyzna rzucający toporkami.- Zabijam to co mi się podwinie pod miecz.
- Brzmi użytecznie - podsumował Morgan i spojrzał na krasnoluda pytająco.
- Gursam Steingahl, czarodziej do wynajęcia.- wyjaśnił krasnolud nie wdając się w szczegóły, tak jak pozostali.
- W porządku. A ja Morgan Juurgen. Infiltracja to moja specjalność. Długi czas służyłem Cormyrowi. Dwa lata temu kazałem im iść w cholerę, a teraz jestem Krukiem. Jeśli chcecie możemy przejść do interesów. Wynająłem już pokój na piętrze, byśmy mogli swobodnie porozmawiać.
- Zgoda… chodźmy i porozmawiajmy.- wzruszył ramionami krasnolud pierwszy wstając i ruszając na górę, Saevira kolejna, a Rolgar ostatni uśmiechając się cynicznie.
“Pokój” był małą ciasną klitką, z pokrytym baranimi kożuchami barłogiem, skrzynią na rzeczy osobiste, nocnikiem oraz świeczką. Ciasnota i ubóstwo królowały w tym pokoju, ale cóż… tak to jest w górskich karczmach.
Morgan najpierw podszedł do okna, wyjrzał za nie i dokładnie zamknął okiennice. Potem przeszedł się po ciasnym pokoiku, oceniając stan ścian i na ile głośno mogą rozmawiać by na pewno nikt nie mógł podsłuchać. Następnie zebrał drużynę w ciasną gromadę i mówił połowę ciszej.
- Zasada pierwsza. Zawsze i wszędzie ktoś nas podsłuchuje, póki nie upewnimy się, że jest inaczej - podał mapę aby wszyscy mogli spojrzeć, wierząc, że im skryciej tym lepiej. A o ile słowa dało się podsłuchać to tej mapy podejrzeć nie mógł nikt - Przeczytajcie sami. Podsłuchiwałem już cichsze szepty, przez grubsze ściany osób które mniej się spodziewały, że powinny uważać.
Dał swoim nowym ludziom czas. Nie poganiał ich.
- Jakieś pytania?
- Zawsze masz taką szajbę, czy to tylko twój taki świąteczny nastrój?- spytał kwaśno Rolgar zerkając na tekst listu.- Zamówiłeś pokój wcześniej, zmuszając nas do czekania w tej dziurze, podsłuchiwałeś z pewnością i teraz każesz sobie zaufać. No i nie zapominajmy o pytaniach, których zadać nie możemy, no bo przecież ktoś nas podsłuchuje… Jaki ma sens utajnianie w tym miejscu treści listu? Skoro… i tak każdy kto podsłucha, może wywnioskować jego treść z naszych pytań i twoich odpowiedzi.
- Teoretycznie dla dwójki magów, jednego używającego jasnowidzenia i drugiego korzystającego z jasnosłyszenia treść… całkowita treść tego spotkania łatwo może być poznana.- stwierdził krasnolud wzruszając ramionami.- Tyle że takich łupieżczych wypraw po skarby… jest na pęczki. Tak jak i legend o skarbach. I map.
- Zwłaszcza map. Nie ma się co ekscytować. Równie dobrze gówno tam znajdziemy… -wzruszyła ramionami kapłanka.- Ile tam grasuje elfów czarnych i nie czarnych? Przecież to jeden wielki skarbiec, którego przetrząsają dziesiątki awanturników. -
- Właśnie… na razie nie wiadomo czy w ogóle coś znajdziemy. Ta mapa nie wygląda zbyt starą. Nie dałbym sobie za nią obciąć ręki. Równie dobrze, to może być fałszywka.- oceniał krasnolud.
Juurgen powstrzymał chęć przewrócenia oczami. Zatęsknił odrobinę za armią, gdy łańcuch dowodzenia znacznie ułatwiał kontakt z podwładnymi.
- Zawsze - przytaknął Morgan a propo ‘szajby’ - pokój wynająłem kupując piwo - wzruszył ramionami - Jak mówiłem, ja się zajmuję infiltracją. Możecie uznać za moje skrzywienie, że zawsze spodziewam się jakiegoś kolegi po fachu. I tak, magowie mogli by wywieszczyć o co chodzi. Ale wyeliminowanie tego zagrożenia wymaga bardzo dużych nakładów czasowych i finansowych, podczas gdy ściszenie głosu i odpowiednie dobieranie słów żadnych. Kwestia skali. Dostosowania się do sytuacji i prostego rachunku strat i korzyści.
I tak, mapa może być fałszywką. Ale dostałem zadanie i tę mapę od jednego z wyższych oficerów Srebrnych Kruków, więc zamierzam zrobić co tylko mogę by je wykonać.
- To jest o czym gadać? Lasek kawałek stąd, konie mamy… jeno żywność zakupić. I ewentualnie przewodnika nająć jeśliby była okazja.- stwierdził krasnolud wzruszając ramionami.- W co wątpię… bo w to końcu ten lasek.
- Ktoś z was kiedyś był w tym lasku? - zapytał Morgan, z pełną uprzejmością.
- Nie. Nikt z nas tam nie był.- stwierdził Gursam głaszcząc się potylicy.- To nie jest miejsce do którego zapuszczają się krasnoludy. To nie jest w ogóle miejsce, do którego się zagląda bez potrzeby.
- Dokładnie - zaczął po czym kontynuował znów półszeptem - Wejście tam było ostatnią rzecz jaką zrobiło wielu ludzi. Przewodnicy nie śmią się zapuszczać do środka, jeśli nie liczyć prowadzenia karawan i to jedynie wzdłuż gościńca. Do najpospolitszych zagrożeń należą tam drowy, wiekie pająki i nieprzychylni tubylcy. To jest niebezpieczne zadanie i wszyscy musimy sobie z tego zdawać sprawę. Inaczej gramy w kości ze śmiercią.
- Zwłaszcza że pakujemy się w sam środek tego gówna.- stwierdziła kobieta przyglądając się mapce.- Konie mogą nie wystarczyć. Przydadzą się jakieś muły.
- I kilka zwoi.
- I kilka zwoi… pewnie… co kto lubi.- podrapał się krasnolud po głowie.- Szkoda że nie wiadomo co wywieźć i ile tego będzie.
- Kilka Mrówczych Udźwigów załatwi tę sprawę. Bardziej trzeba pomyśleć o tym jak uniknąć zagrożeń. Jak się czujecie w dziedzinie skradania?
- Rolgar się zwykle skrada.- stwierdziła Saevira zerkając na Gursama.- Nie wiem czy powinniśmy jednak aż tak ufać mrówczym udźwigom. Tam chyba są sfery martwej magii i dzikiej magii? Prawda?
- Nie bardzo się orientuję w tej materii, ale… to dość magiczne ruiny, stolica elfów… może być wszystko.- stwierdził niepewnie krasnolud.
- Słuszna uwaga. Zwierzęta są pewniejsze.
- To coś jeszcze do omówienia?- zapytała Saevira.
- Raczej nie. Pójdę dokupić konie. Wyruszamy jutro rano. Wyśpijcie sie.


Ranek przyniósł zimny wiatr i przyniósł ze sobą zadymkę śnieżną. Trwała krótko i szybko przeszła, ale przypomniała drużynie jak niebezpieczna jest pogoda w górach. Musieli wyruszać jak najszybciej. Każdy z nich miał konia, ale kolejne należało dokupić w osadach na obrzeżach Cormanthoru, tak jak i zaklęcia i inne przydatne rzeczy. Cóż… w drodze na miejsce misji, miał czas na przygotowanie. Na razie musieli przebyć wąski szlak górski by dotrzeć do granic Sembii i poszukać przyjaznego sklepiku, który dawałby zniżki Srebrnym Krukom. Drużyna którą miał pod sobą, wydawała się niezbyt zachwycona nowym dowódcą, szczególnie na Rolgarze Juurgen zrobił kiepskie wrażenie. Ale chyba nie byli mu wrodzy i nie planowali wbić sztyletu w plecy za najbliższym załomem skalnym. I zamierzali się słuchać. Dobre i to… na początek.

Nowa drużyna wyruszyła. Swoje odczucia, a propo niej, Juurgen pozostawił dla siebie. Także ich nie polubił. Ani ich podejścia. Spędził wiele czasu w wojsku i tam nigdy nie pozwolił sobie na taki ton w kierunku przełożonego. Tak. Morgan był służbistą. Wierzył, że jak gwóźdź wystaje z szeregu to należy go wbić spowrotem. Ale on też dostał rozkaz. Miał to zrobić z tą trójką. Może to po prostu leszcze co mają nabrać doświadczenia na prawdziwym zadaniu? Nie oceniał. Rokaz jest rozkaz.
Ruszyli dzień później. Plan. na razie był prostu. Dotrzeć na miejsce.
Na razie obserwację otoczenia brał na siebie. Zawsze miał zmysły znacznie wrażliwsze niż inni ludzie, a z magicznymi soczewkami na oczach i tak zawsze pierwszy zauważał zagrożenia.
 
Arvelus jest offline  
Stary 01-11-2015, 16:43   #4
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 12707 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację
Trup w pokoju nie był niczym szokującym dla Enayi, także powód jego obecności tutaj, jednakże inaczej było z dwoma kolejnymi rewelacjami. Rediec w Ordulinie… Cóż za przyjemna niespodzianka. Po prostu tylko skakać z radości. Dodatkowo Mirabeta proponowała towarzyszenie jej na balu? Kolejna niespodzianka.
- Jestem zaszczycona propozycją i z chęcią ją przyjmę. - skłoniła głowę ze wdzięcznością - Podejrzewam, że mój strój nie jest kreacją wieczorową. - uśmiechnęła się magini - Ale z tym można sobie poradzić.
- Tak… to prawda. Chcesz więc… udać się na ten bal?- zapytała Mirabeta z pobłażliwym uśmiechem.- Czy też od razu wziąć się za tego kawalera?
Po tych słowach wskazała trupa na podłodze.
Enaya zastanowiła się przez chwilę zanim odpowiedziała:
- Mam wrażenie, że obecność na tym balu może sprzyjać także kwestii rozwiązania zagadki natarczywego amanta.
- Skoro tak twierdzisz. - Mirabeta rozważała sytuację przyglądając się Enayi, po czym rzekła.- Możesz skorzystać z mojej garderoby. Masz… pół godziny.
Następnie wyszła wyganiając przy tym pozostałych osobników w pokoju, by magiczka mogła się przebierać w spokoju. Znalezienie stroju i dopasowanie go zajęło Enayi chwilę. Wydekoltowana czarno niebieska suknia…


nie była w guście skrytej w sobie czarodziejki, ale pasowała do wykwintnego balu. Jakoś będzie musiała w niej przecierpieć.
Enaya westchnęła w duchu, ale postanowiła w końcu i musiała się tego trzymać. Może wcale nie będzie tak źle? Szczerze też miała nadzieję, że uda jej się czegoś wywiedzieć podczas tego balu, co pomoże jej w tym "dochodzeniu". Zawsze było warto spróbować, żeby później nie pluć sobie w brodę, iż coś się przegapiło. Przynajmniej kolory były odpowiednie…
Mirabeta też tak sądziła skoro pozwoliła Sulivuir jechać w swojej karocy. A gdy przemierzały uliczki miasta, mówiła.
- Ten atak jest niepokojąco… nieporadny. Zupełnie jakby zleceniodawca spodziewał się, że zabójca zginie. Ktoś mnie prowokuje i chce rozzłościć… albo przestraszyć.- oceniła spokojnym tonem głosu.
- Stawiałabym na próbę rozzłoszczenia, bo jeżeli byłoby to drugie… Oznaczałoby, że ktokolwiek za tym stoi wie niewiele o osobie, którą marzy mu się przestraszyć.
- Arogancja to cecha wielu mężczyzn u władzy.- zachichotała Mirabeta zasłaniając usta dłonią.- Ale to by oznaczało, że mocodawca niedoszłego mordercy działa spoza Sembii.
- Dlaczegóż to?
- Sembijczyk wiedziałby, że należy się przyłożyć do próby zabicia mnie. Lub nie próbować wcale.- odparła ze złowieszczym uśmiechem Mirabeta.
- Ale rozumiem, że nie było ostatnio żadnych problemów z nikim spoza Sembii? - bardziej stwierdziła niż zapytała Enaya - Chociaż z drugiej strony głupców jest wielu…
- Żywot kłopotliwych ludzi bywa zaskakująco… krótki, nieprawdaż Enayo?- spytała retorycznie Mirabeta i westchnęła dodając.- Sembia ma wrogów na zachodzie i na wschodzie. Selkirkowie mają wrogów, ja mam wrogów… Dlatego trzeba odkryć, który to z nich… próbował mnie usunąć. I dlaczego.
- Zrobię co w mojej mocy i jeszcze więcej. - odparła pół elfka - Wspomniałaś, pani, o lordach Rediec… - poruszyła temat, który ją od dłuższego czasu po prostu drażnił - Jakieś powody ich przybycia?
- Interesy… Ta rodzina odrobinę się… zadłużyła.- uśmiechnęła cynicznie Mirabeta.- Potrzebują pieniędzy.
- To naprawdę przykre. - odparła bezuczuciowo Enaya - Niesprawiedliwość losu taka już jest.
- Z pewnością.- uśmiechnęła się ironicznie Mirabeta i wyjrzała z karocy dodając.- Dojeżdżamy.
- Kogo mogę się spodziewać zobaczyć na balu? - zapytała jeszcze magini.
- Nie byłaś na nim jeszcze ani razu? A tak… nie byłaś.- westchnęła Mirabeta i potarła podbródek.- Osób bogatych, wpływowych… kupców głównie, oraz szlachciców. To takie targowisko próżności na którym wypada być, ale jeśli jest się naprawdę wpływowym, to być się nie musi.
- Rozumiem. Za kogo powinnam się podawać?
- Hmmm… Bądź tajemnicza.- stwierdziła z uśmiechem Mirabeta.- Nie mów niczego wprost, jedynie sugeruj półsłówkami.

Enaya nie była miłośniczką takich bali czy innych przyjęć, które pamiętała jeszcze z czasów młodości, a na których kilka razy pojawić się musiała podle życzenia lorda Rediec. Widziała, że owo życzenie było z jednej strony fasadą normalności zaś z drugiej złośliwością, jednak nic na to poradzić nie mogła. Oczywiście, nigdy na takim balu, jak ten, na który właśnie się udawała z Morabetą, nie była, tylko na mniejszych, ale sądziła, że będzie podobnie.

Nudno i nadęto.

Niemniej mogła coś ugrać z tego wszystkiego dla swej pani, a tym samym dla samej siebie. Z drugiej strony mogo się to okazać nietrafionym strzałem, jednak jeżeli była jakakolwiek szansa na wywiedzenie się czegokolwiek o niedoszłym zabójcy, to gra była warta świeczki. Enaya miała zamiar pokręcić się po przyjęciu, nadstawiać uszka i najlepiej może znaleźć sobie kogoś do towarzystwa, okręcić go sobie wokół palca… i wykorzystać, jakkolwiek to by nie zabrzmiało.

Do czego jej to przyszło...
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
Stary 02-11-2015, 21:19   #5
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 39399 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Kathil Wesalt & Enaya Sulivuir


Bal trwał nadal.


Goście się bawili tańcząc przy magicznym świetle i muzyce .


I korzystając z wina i przekąsek. Kathil w tym czasie była na balkonie z Krantzem. I z góry podziwiała pojawienie się karocy Mirabety, oraz jej przybocznych. Hrabina Selkirk przybyła bowiem w kilka powozów. I wysiadła ze swą świtą. Byli to jej osobiści ochroniarze, doradcy i magowie. Wśród nich wyróżniała się w oczach Kathil, młoda półelfka wyraźnie nie czująca się swobodnie w czarnej sukni z pajęczymi motywami.
Enaya Sulivuir, bo tak się ona zwała, nie była znana Kathil… Był to świeży nabytek Mirabety, ponoć zdobywający u niej coraz większe wpływy i zaufanie. Ścieżka Kathil dotąd nigdy nie przecięła się z ścieżką Enayi, bo też i sfery działania obu kobiet były odmienne. Sulivuir była ponoć mroczną magiczką zajmującą się metafizycznymi problemami, a sfera zainteresowań Wesalt była bardzo przyziemna. Cielesna wręcz.
Sama Mirabeta Selkirk wkroczyła na bal niczym władczyni udzielnego państwa. Rozdawała uśmiechy na prawo i lewo i od razu została otoczona przez gromadę kupców i pieczeniarzy łasych na jej łaskawe spojrzenie. Była wszak ważną przedstawicielką wpływowego rodu. Warto więc było żyć z nią w przyjaźni.
Oznaczało to też, że Wesalt niełatwo będzie uzyskać audiencję u niej. Tym bardziej że pojawił się już koło niej “Pan Pijawka”.
Lord Trevail Czarnopióry, samozwańczy Baron Skalistych Ziem i obecnie nieformalny przywódca opozycji antyobarskyrowskiej na wygnaniu w Sembii. Skłóceni szlachcice wygnani z Cormyru za różne sprawki przymykali oko na dość wątpliwe dowody szlachectwa Trevaila i jego dwuznaczne sugestie, że należy do “Ognistych Noży”. A fakt, że sami “niesławni zabójcy” jakoś nie kwapili się z pozbyciem tego pozera, tylko uwiarygadniał jego przechwałki. Sam Trevail zaś był niewątpliwie utalentowany w sztuce wślizgiwania się do łóżek bogatych mieszczek i prawieniu komplementów. Ponoć nawet był częstym gościem w alkowie Mirabety, ale tylko przymierający głodem byli cormyrscy nieudacznicy o szlacheckim rodowodzie wierzyli, że owinął sobie Mirabetę wokół palca.

A sama Kathil… cóż, miała na głowie własne kłopoty. Odkrycie że postać z zakurzonego obrazu nad kominkiem nagle ożyła i stała się realnym zagrożeniem dla jej interesów, było nieprzyjemnym zimnym prysznicem dla jej samozadowolenia. Jedną z zalet jego świętej pamięci męża był wielce przetrzebiony ród. Nie miał braci i nie miał żadnych żyjących sióstr, a gdy spisywała przysięgę wierności małżeńskiej przed ołtarzem Deneir’a jej kochany mężuś nie miał też już żyjących rodziców. Dalsza rodzina ze strony męża ograniczała się do zaginionego stryja z obrazów… i krewnych w postaci dwóch “kuzynek” dziesiątej wody po kisielu. Aaaa… i osieroconego siostrzeńca męża pozostającego skrybą w klasztorze Oghmy i niezbyt zainteresowanego majątkiem rodowym. I wyglądało na to, że ów siostrzeniec będzie najlepszym, bo chyba jedynym źródłem informacji na temat Condrada… Bo od męża nie usłyszała nic ponad: “Wuj pokłócił się z moim ojcem o coś i rozstali się w gniewie.” Tylko jak się on nazywał, ten siostrzeniec?
Te rozmyślania przerwał Wesalt sługa podający jej karteczkę zapisaną ładnym charakterem pisma.

Pół godziny po północy. Sala sądu.


Ktoś się umówił na spotkanie z Kathil. Ktoś o kogo baronessa nie zdążyła wypytać, bo sługa znikł w tłumie wypełniającym salę balową.

Natomiast Enaya Sulivuir miała zdecydowanie inne problemy na głowie. Czuła się bowiem nieprzyjemnie naga. Owszem półelfce zdarzało się być na przyjęciach, ale w tamtych czasach była niewidoczna jak służący kręcący się po tej sali. Mogła wszystko obserwować z boku, mogła czasem podsłuchać co mówili inni. Mogła poznać plotki na temat różnych osób, nie musząc samej angażować się w rozmowy. Teraz jednak nie miała takiej możliwości. Oczy… spojrzenia zaciekawione, spojrzenia zazdrosne, zaintrygowane, znudzone. Spojrzenia towarzyszyły jej wszędzie.
Było to oczywiście powiązane z faktem, że przybyła na te przyjęcie z Mirabetą. Niewątpliwie jutro pojawią się w Ordulin plotki na ten temat. Ale to nie był akurat jej problem, a hrabina Selkirk z pewnością przewidziała taki rozwój wypadków.
Przemierzając salę Enaya zauważyła kilka ciekawych osób, jak choćby sławetną kapitan straży Favettę Vosk, która przewodziła strażnikom pilnującym bezpieczeństwa Ordulinu. Niewątpliwie jutro ktoś doniesie Favettcie o nocnym gościu w sypialni Mirabety. Trudno przewidzieć jak zareaguje na to. Może pozwoli hrabinie Selkirk, aby sama zajęła się problemem, może wyśle list od Kendricka, może… Favetta potrafiła nie tylko utrzymać dyscyplinę, lojalność i nieprzekupność w straży. Ale wiedziała także skąd wiatr wieje i zawsze ustawiała się tak, by uniknąć uderzenia sztormu.
W tej chwili rozmawiała z przedstawicielem mniejszości rasowych w mieście, Gerlikem Boldwere, gnomią kanalią jakich mało w mieście. I handlarzem narkotycznymi ziołami, eliksirami i alchemicznymi substancjami. Enaya dobrze go znała. U niego wszak załatwiała trudno dostępne substancje. Była to szuja pierwszej wody, ale z szerokimi koneksjami… choć niezbyt lubiana wśród członków rasy. Jego przeciwieństwem był półelf Jaegere z Amm, przedstawiciel… przedsiębiorców z Akathli. Zapewne nie do końca uczciwych interesów, ale póki co Jaegere stworzył siebie aurę bogactwa i tajemniczości. I bada sytuację w Sembii na zlecenie swych tajemniczych mocodawców. Idealnie więc pasował by do roli tajemniczego zleceniodawcy morderstwa Mirabety, prawda?
Niestety Enaya nie miała nic, poza podejrzeniami… a właściwie bardziej spekulacjami na granicy obstawiania zakładu na wyścigach. Poszlaki były bardziej niewątpliwie, ale czyż przez to półelf nie nadawał się idealnym kandydatem na okręcenie sobie go wokół palca i wykorzystanie?
Te chłodne rozmyślanie ustąpiło jednak palącej furii, gdy zobaczyła kogoś rozmawiającego z paroma kupcami. Była to kobieta o dobrze zachowanej urodzie mimo dość już zaawansowanego wieku. Może to były odpowiednie kosmetyki, światło… a może magia.


Jakikolwiek był tego powód… Ismera Rediec nadal wyglądała urodziwie i nadal potrafiła czarować mężczyzn. I była poza zasięgiem Enayi. Niestety.

Morgan Juurgen


Dotarli do Hollow Creek, w końcu. Podróż ta pozwoliła stwierdzić Morganowi jedno. Nie był już w wojsku, a Srebrne Kruki okazały nie być się tak silną organizacją spajaną dyscypliną jak się spodziewał. Trójka towarzyszy była awanturnikami niespecjalnie przejmująca się kwestiami porządku. Każdy z nich był indywidualnością mającą własne poglądy i gotową nawet na niesubordynację, jeśli uzna że rozkazy Morgana są błędne. Co gorsza ta trójka już pracowała wiele razy ze sobą, przez co ufali sobie nawzajem bardziej niż Juurgenowi i… cóż… ich nowy dowódca musiał ich w oczach wykazać pozytywnie, by zasłużyć sobie na ich szacunek.
Póki co ich ocena Morgana wahała się od otwartej niechęci Rolgara, przez uprzejmą obojętność Gursama do ostrożnej akceptacji Saeviry. A choć Rolgar wyraźnie podkreślał swym zachowaniem iż obecna sytuacja mu się nie podoba, to jednak też nie zamierzał chyba wbijać Morganowi sztyletu w plecy, czy też wykazywać jakąkolwiek wrogość. Cała trójka na razie oceniała swego przywódcę. A on mógł przyjrzeć się im.

Rolgar był wojownikiem butnym i silnym. I wyraźnie o ambicjach przywódczych, którym w drogę wchodziła wrodzona porywczość mężczyzny. Ale był też szczery i uczciwy, i bynajmniej nie ukrywał swej niechęci do Morgana, choć było to uczucie słabo zakorzenione w jego sercu. Niewątpliwie nie przepadał za Morganem głównie z tego powodu, że został polecony przez górę. Niechęć tak słabo ugruntowaną, łatwo było wyplenić udowodnieniem przez Morgana swej przydatności.

Kapłanka z jednej strony była najbardziej przyjaźnie nastawiona do Juurgena i była spoiwem całej tej grupy. Z drugiej była tajemnicą. Niewątpliwie nie pochodziła z kontynentu, niewątpliwie służyła dość ekscentrycznemu bóstwu. I była nieformalną przywódczynią całej grupy. Rolgar mógł sobie sądzić co chciał, ale to ona podejmowała najważniejsze decyzje, korzystając z krasnoluda.

Gursam był bowiem… osobnikiem w głąb siebie. Typowym uczonym skupionym bardziej na własnych magicznych badaniach i obsesjach, niż na otoczeniu. To Saervira trzymała jego myśli przy ziemi.

To nie było wojsko i niestety Morgan musiał się z tym pogodzić.
Jak i z tym, że choć miał fundusze na zakupy sprzętu, to… niestety nie bardzo było co kupić.
Hallow Creek było małą osadą w Głębokiej Dolinie. Nie bardzo tu można było kupić zwoje, a tym bardziej te rzadziej występujące. Nie bardzo dało się kupić nawet eliksiry, poza tymi najprostszymi leczniczymi w miejscowej świątyni. Konie i muły natomiast tak. Podobnie było z bronią i sprzętem. Kowal w tutejszej kuźni był świetnym zbrojmistrzem i potrafił wykuć mistrzowski oręż, ale nie radził sobie z egzotycznymi zamówieniami. A i magiczny oręż był poza jego możliwościami.
Cóż… przynajmniej w tutejszej karczmie było smaczne. A i czwórka poszukiwaczy przygód na jakich Kruki wyglądały nie wywoływała podejrzliwości u miejscowych.
Z Hollow Creek do celu wyprawy mieli w linii prostej półtora - góra dwa dni drogi. Tyle że w linii prostej. Na mapie szlak wydawał się pokręcony i z pewnością zajmował od trzech do czterech dni przebijania się przez zapomniane ścieżki Semberholme.
W Hollow Creek Morgan miał około dwa dni na przygotowania, bowiem potem nie było odwrotu. A i też nie było szans na ekipę ratunkową, gdyby grupa przez niego dowodzona wpadła w tarapaty.
Nie było więc miejsca na błędy.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 02-11-2015 o 21:21.
abishai jest offline  
Stary 09-11-2015, 15:33   #6
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61642 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację

Kathil była niezadowolona z wydarzeń na balu. Rzeczy nie układały się po jej myśli i przeczuwała, że jest to zapowiedź poważniejszych kłopotów. Westchnęła rozdrażniona; jej wakacje muszą zostać odłożone na czas nieokreślony. No cóż, trzeba zakasać rękawy i przygotować się do nadchodzącej burzy.
Miała wciąż czas do wyznaczonego spotkania więc opuściła towarzystwo Krantza ze słowami:
- Porównajmy notatki później? - z niewielkim uśmiechem; wykonała niewielki ukłon i mrugnęła leciutko okiem do notariusza.
- Zgoda.- mruknął Wiligian kłaniając się sztywno na pożegnanie. Zdecydowanie nie potrafił być rozluźniony.

Ruszyła przez tłum popijając wino, obserwując rozmówców, czytając ich postawy i gesty. Przyjazd Mirabety i jej świty wprowadził zawirowania do wcześniej ustalonego status quo i Kathil z ciekawością obserwowała roszady.
Nie planowała pchać się do Mirabety przez tłumek, za to z zainteresowaniem przyglądała się towarzyszącej jej półelfce. Postanowiła z nią pomówić, gdy pierwszy szał opadnie.
Biedactwo” - pomyślała - “ewidentnie czuje się tutaj jak ryba bez wody”.
Rozglądała się po zebranych i spostrzegła Gerlika, gnomią kanalię. Kontakty z nim pozostawiała swoim zaufanym współpracownikom. Zauważyła, że półelf Jaegere obecnie został nieco opuszczony, gdy tłum ruszył walnie w kierunku Mirabety. Poczekała aż on napotka jej wzrok i skłoniła mu się z uśmiechem zapraszającym do rozmowy.
Gość z Amm przez chwilę się przyglądał Kathil, po czym z uśmiechem podszedł do kobiety i zapytał niezobowiązującym tonem.
- Cóż to zaskakująca sytuacja, kobieta pozbawiona wianuszka adoratorów. Jakiż to powód, tak… niecodziennego stanu rzeczy?
Kathil wydęła lekko usta i z cieniem naburmuszenia odparła:
- Też się zastanawiam co może być tego powodem. Zaczynam obawiać się, że mój wiek zaczyna odbijać się na mym licu. - podniosła oczęta na elfa i uśmiechnęła kokieteryjnie. - Jestem Ci zatem, Panie, wdzięczna żeś wyratować mnie z opresji raczył. W nagrodę pozwolę zaprosić się do tańca. - dodała poruszając lekko swym wachlarzem.
- Z przyjemnością… panno…?- zapytał Jaegere szarmancko podając dłoń kobiecie.
- Pani… baronessa Vandyeck… - wsuwając swą dłoń w jego sprecyzowała Kathil - wdowa Vandyeck. - uśmiechnęła się podążając za pół krwi elfem. Przyjęła odpowiednią pozę, układając ręce na przedramionach partnera i dała się porwać do tańca - Jak długo bawisz, Panie w stolicy? - spytała zaczynając standardową błahą pogaduszkę.
- Współczuję straty i zazdroszczę temu nieszczęśnikowi ostatnich nocy jego życia.- rzekł z uśmiechem Jaegere ruszając w tan z nieludzką gracją, tak jak nieludzko bezczelnie trzymał dłoń za nisko, delektując się krągłością pośladka Kathil. Jego uśmiech, mówił dziewczynie że testuje jej opanowanie i pruderyjność zarazem. Wręcz czekał, aż go skarci za nadmierną śmiałość, by znów… ocenić w jakim stylu to uczyni. Kathil udała, że nie dostrzega jego dłoni na pośladku, spuściła wzrok skromnie i uśmiechnęła się leciutko. Jednak tuż przy pierwszej figurze, gdy obchodziła swego bezczelnego partnera, przez zupełny przypadek wymierzyła mu dyskretnego klapsa swym wachlarzem. Jak gdyby nigdy nic, podrobiła na swe miejsce, stając znowu twarzą w twarz z Jaegerem.
- Zbytnioś łaskaw dla mnie Panie. - powiedziała lekko unosząc brew z lekkim wyzwaniem - jakżeż podoba się bal?
- W ogóle… się nie podoba. Mdły i bez wyrazu.
- odparł Jaegere tym razem grzecznie wracając do tańca i układając dłonie na właściwych obszarach jej ciała.- Zresztą przez te dwa tygodnie które tu przebywam, nie miałem okazji do porządnej rozrywki. A ty różo, która pokazałaś kolce?
- Bal jak bal, z roku na rok niezmienny.
- powiedziała, zgodnie z wymogami tańca lekko odchylając głowę na bok i pokazując wypielęgnowaną szyję - Rozrywki dostarczają nam, miejscowym, przyjezdni goście. - popatrzyła półelfowi w twarz - Jakież to sprawy przywiodły Cię, mój szarmancki towarzyszu, do Sembii?
- Więc… jestem sezonową małpką w klatce na tym przyjęciu. Bardzo dyplomatyczne ujęcie tej sytuacji, gratuluję.- uśmiechnął się ironicznie Jaegere i westchnął.- A co innego mogłoby ruszyć mój tyłek z Athkatli jak nie interesy? Nudne, ale konieczne do załatwienia.
- Och, wyglądasz mi na takiego, który ceni sobie prawdę, jeno z niewielką szczyptą dyplomacji. Staram się zatem sprostać… wyzwaniu
- uśmiechnęła się i dała się okręcić - A w jakiej dziedzinie te żmudne interesy?
- Pieniądze, weksle… ludzie…
- mruknął enigmatycznie półelf i dodał z żalem.- Nic co mogło by przyspieszyć bicia twego serduszka i pobudzić krew w żyłach. Na razie zresztą, to badanie miejscowego rynku. Sembia jak wiesz, nie słynie z otwartości na inne nacje.
Kathil wykrzywiła nieco usteczka dając do zrozumienia, że boleśnie odczuła jego stwierdzenie:
- Zdaje się wiesz wiele na temat przyspieszania bicia serduszek niewieścich - szepnęła mu do ucha - ale z kobietami o interesach rozmawiać nie chcesz? To nieładnie. - wydęła znowu usteczka z nadąsaną minką i pogroziła mu dyskretnie paluszkiem.
- Interesach? Nie wyglądasz pani na kupiecką córę, a tym bardziej na kupca. Jakież to interesy prowadzi więc baronessa w tym kraju?- zapytał zaintrygowany Jaegere.
- Nie wszystkie interesy w Sembii dotyczą tkanin, płócien czy też pachnideł albo przypraw. - musnęła jego dłoń wachlarzem. - Jest tyle innych obszarów, gdzie kobieta i jej zdolności mogą być milej widziane niż męska ingerencja. - dodała z tajemniczym uśmiechem. - Gdybyś potrzebował pomocy w takich dziedzinach, skłonnam rozważyć współpracę.
- Obawiam się, że widoki jakie przede mną roztaczasz słowami, bledną w porównaniu z widokiem twej ślicznej twarzyczki.
- zaśmiał się cicho Jaegere, tuląc na moment nieco mocniej Kathil.- Zaprawdę, to przyjęcie nie jest odpowiednie na omawianie takich interesów, acz… z pewnością cię zapamiętam baronesso Vandyeck i być może porozmawiamy kiedyś, na temat kobiecych zdolności i współpracy. To jednak nie to miejsce… choć czas mógłby być idealny, nieprawdaż?
- Jak sobie życzysz
- Kathil powoli odsunęła się by wykonać ukłon na koniec tańca. Podnosząc się spojrzała Jaegere w oczy i dokończyła kusząco - Panie
Wyprostowała się i skłoniła lekko głowę odwracając się powoli, jakby ciągle dając mu szanse na jej zatrzymanie.
- Niemniej nadal możemy się delektować naszym wspólnym towarzystwem i zapoznać się bliżej… a także powymieniać plotkami z Sembii i ze świata.- półelf pochwycił jej dłoń, niezbyt mocno jednak. Mogła mu uciec, wiedziała o tym… i on też o tym wiedział.
- No dobrze - powiedziała z ociąganiem - skoro tak, Panie, nalegasz… Czy chcesz przespacerować się?
-Spacer… to dobry pomysł. Daje tyle możliwości. Być może nawet poczuję zapach róży, zamiast jej kolców.
- zaśmiał się cicho Jaegere i delikatnie poprowadził Kathil z dala od zgiełku głównej sali.- Interesujesz się tylko handlem, czy również polityką? Teraz w Sembii jest bardzo ciekawy okres nieprawdaż. Nie tak ciekawy jak w sąsiednim królestwie: Cormyrze, co prawda. Ale i tak intrygujący.
Kathil nie skomentowała jego stwierdzenia na temat róży, skwitowała je jedynie uśmiechem. Zainteresowana była nawiązaniem współpracy i oferowaniem swych usług. Wszystko ponadto, cóż, mogłoby być..hm… interesujące.
- Wszystkie kobiety powinny interesować się obiema dziedzinami. Szkoda, że nie wszystkie mają na to czas. - zaśmiała się zasłaniając usta wachlarzem. - Dlatego te nieliczne, które nie tylko interesują się nimi ale biorą czynny udział są w cenie. - stwierdziła lekko.
- Lub są celem ataków. Jak Mirabeta na przykład. Mimo licznych darowizn jakie składa na Kościół Waukeen, jest uważana za zło przez jednych, za niewygodny cierń przez innych. W końcu naturalnym sukcesorem Kendricka powinien być jego najstarszy syn. Tym bardziej, że nie jest nieudacznikiem. I pewnie spełniłby się dobrze w tej roli. Ale… czy Sembii potrzebna jest dynastia… Czy to nie zmieni tej republiki kupieckiej w prawdziwe królestwo?- dywagował cicho półelf.- Jak to widzi zainteresowana polityką szlachcianka, taka jak ty? Selkirkowie to wszak ród kupiecki i mieszczański. Silny, ale bez szlachetnego pochodzenia.
- Kobiety jak Mirabeta, stojące u sterów władzy od zawsze były postrzegane jako zło. Stanowiły abominację w waszym męskim świecie
- rzuciła Jaegere spojrzenie spod rzęs - Nic więc dziwnego, że opinię Mirabeta ma jaką ma. Wiesz zapewne co złośliwe plotki i obmawianie potrafią zrobić nawet ze oddanymi wyznawcami. - oparła się lekko o poręcz niewielkiego mostka i potoczyła spojrzeniem po otaczającej ich oranżerii. - Co do dynastii… Rada Kupiecka podejmie ostateczną decyzję. Pytanie tylko, kto będzie mieć przeważający głos i wpływy lub… więcej asów w rękawie.
Przez chwilę przyglądała się taksująco Jaegere:
- Historia jest pisana przez zwycięzców. Wtedy kolor krwi się nie liczy - dodała ciszej - w księgach zawsze, zawsze można go uszlachetnić.
Klasnęła lekko w dłonie:
- Strasznie poważna ta nasza dysputa się robi, nieprawdaż?
- To prawda… i to pewnie błąd z mojej strony.
- dłonie półelfa zacisnęły się na jej dłoniach, gdy spoglądał prosto w oczy Kathil.- Powinienem mówić raczej o twych oczach jak gwiazdy świecących, o kibici smukłej, wierszem chwalić twą urodę i grację… i przybliżać usta me coraz bliżej twoim, by skraść pocałunek, nieprawdaż? Bo i miejsce ku temu odpowiednie i nie wypada ignorować twej urody.
- A zatem oskarżasz mnie o wymuszanie namiętności?
- spytała z nutą niewinnego zaskoczenia w głosie. - To wielki afront, doprawdy. - uderzyła go wachlarzem w pierś.
Po czym spoważniała:
-Ale zawsze warto posłuchać przeprosin od mężczyzny. - uśmiechnęła się i zmieniła temat drocząc się z półelfem - A jak wygląda sytuacja w Amm?
- Oskarżam? Och… Po prostu podziwiam jak mnie wodzisz za nos moja droga kokietko
.- zaśmiał się cicho Jaegere, przybliżył bardziej i ujął dłoń kobiety, po czym złożył pocałunek na jej wnętrzu, potem na nadgarstku mówiąc przy tym.- Zanim jednak opowiem ci o mojej krainie to… brałaś może pod uwagę sytuację odwrotną? Że nie ty komuś możesz oferować swą pomoc w pewnych obszarach, a ktoś tobie może zaoferować…. pomoc w interesach. Dyskretne wsparcie twej działalności?
Kathil niby z przyjemności cichutko mruknęła czując usta Jaegere na swych nadgarstku:
- Mmmm - pokryła tym pomrukiem chwilową zadumę i szybką kalkulację - Jak bardzo dyskretne? - przysunęła się kilka centymetrów bliżej i uniosła twarz w górę - O prawdziwą dyskrecję trudno i jest ona w cenie. Jakąż to ofertę proponujesz?
- Bardzo opłacalną
.- półelf delikatnie ulokował się tuż za plecami Kathil, muśnięcia jego ust powędrowały po przedramieniu, wkroczyły na ramię, potem na bark i szyję. Delikatnie i pieszczotliwie pocałunki. Znał się na dogadzaniu kobietom.- I bardzo dyskretną. Widzisz moja droga, południowe Amm zajęły potwory. Niby nic wielkiego… ot pat wojenny jak każdy inny. Tyle że taka sytuacja daje do myślenia, na temat bezpieczeństwa miejscowych interesów i impuls do rozejrzenia się za nowymi rynkami i osobami w których przyjaźń warto zainwestować. Pozostaje jednak pytanie…- usta Jaegere pieściły delikatnie ucho kobiety, by szeptem pieścić jej miłość własną.- Jak dalece sięgają twe ambicje baronesso.
Kathil z przyjemnością przymknęła oczy i wplotła palce uniesionej dłoni we włosy mężczyzny. Jednakże subtelne pieszczoty półelfa nie rozpraszały jej uwagi - wszak rozmawiali o interesach! Pieszczoty były jedynie otoczką i dziewczyna z zadowoleniem stwierdziła, że Jaegere jest całkiem utalentowaną męską wersją jej samej. Słuchała uważnie jego oferty i rozważała możliwe posunięcia.
Wtuliła się w stojącego za nią mężczyznę:
- Więc oferujesz pakt… - powiedziała z namysłem, leciuteńko kręcąc się w jego objęciach drażniąc i obiecując - Opowiedz mi zatem o Amm i jej ważniejszych mieszkańcach… Nie lubię podejmować decyzji na ślepo. - jej słowom zaprzeczyła dłoń, która właśnie na ślepo zaczęła eksplorować męskie udo i przesuwać wolno w stronę pośladka.
- Pakt… może… ewentualnie. Nie ma co od razu rzucać się na głęboką wodę. Pakt wymaga zaufania… obustronnego.- mruczał jej półelf do ucha, pieszczotliwie muskając je koniuszkiem języka, podobnie jak i szyję. Dłoń mężczyzny delikatnie pochwyciła pierś Kathil by ugniatać ją stanowczo i rozpalać zainteresowanie, także rozmową. On sam był stanowczo zainteresowany, co Wesalt czuła ściskając jego pośladek i czując ową namiętność dociskaną do jej własnej pupy.- Na początek… niezobowiązującą współpracę i obustronną pomoc na zasadach dobrowolności. Zapoznawanie się bardziej… negocjacje. Nic na siłę.
Silnie jednak drugą ręką obejmował baronessę tuląc ją do siebie.
Kathil powoli bez słowa obróciła się w ramionach półelfiego kochanka i oparła się o niego, wspinając na paluszki. Przysunęła swe usta do jego ucha:
- Słyszałeś Pieśń Kochanków? - wyszeptała mu w ucho dmuchając w nie leciutko ciepłym powietrzem. - To co opowiadasz i obiecujesz brzmi niemal jak w tej pieśni.
Kathil wciąż wtulona w Jaegere, otoczyła jego szyję ramionami i wyciągnęła zza rękawa niewielką miedzianą monetę. Zostawiając ślad niewielkich pocałunków na jego policzku, szczęce, brodzie nuciła cichutko, jakby mrucząc:
Mijam wyspy i lądy nadziei
wszystko wkoło zaś jak by mówiło
że niedługo już może za chwilę
dosięgniemy to co się śniło
ty przynosisz mi myśli płomienne
patrzą na mnie uważnie twe oczy
każdą chwilę mi w porę przepowiesz
żadna chwila mnie źle nie zaskoczy.
Przy ostatnim wersie, złożyła delikatny, czuły i drażniący pocałunek na jego wargach i upuściła monetę. Udało się… poczuła myśli, obce i nieswoje. Poczuła też jego usta przyciskające się namiętnie do jej warg i dłonie błądzące po jej plecach i pośladkach. Z badaniem myśli Jaegere jednakże nie wyszło do końca tak jak powinno. Choć udało się jej przełamać jego myśli, to jednak wybrała zły moment na to. W tej chwili półelf myślał o jednym… o jej nagim ciele pomiędzy krzewami oranżerii i o pocałunkach składanych na jej ciele. Żądza zawładnęła nim mocno, ale przez nią udało się jej przebić na moment, by zobaczyć… jakieś zakapturzone osoby. Mgnienie to jednak szybko zatonęło w lubieżnych szczegółach i planach jak do tej sytuacji w oranżerii doprowadzić.
Lubieżne myśli łączyły się z lubieżnymi pocałunkami na jej ustach, szyi i dekolcie. I dłońmi gorączkowo wodzącymi po wiązaniach sukni.
Kathil odepchnęła Jaegere mocno i ze śmiechem zaczęła kluczyć po alejkach niewielkiego zimowego ogrodu. Choć żądza półelfa sprawiała jej przyjemność, chciała przekonać się o jego zdolnościach hm… łowieckich. Jak szybko ją złapie? Czy będzie jedynie ślepo za nią podążał? To był test, chciała zobaczyć jego reakcje.
Uciekła wpierw ze śmiechem, potem zamilkła i schowała się za większymi krzakami. Po czym upuściła tamże wachlarz i przebiegła by schować się w innej gęstwinie.
O dziwo dość szybko Jaegere znikł jej z pola widzenia. Z początku kluczył, a nawet tropił, a potem… gdzieś przepadł. Pojawił się nagle wychodząc z gęstwiny przy wachlarzu. Podniósł go, po czym kucnął i dłonią badał grunt. Następnie znów wszedł gęstwinę egzotycznych krzewów, by… poczuła jego ramiona obejmujące ją od tyłu i jego usta podążające po policzku ku ustom.
- Prawdziwa z ciebie kokietka, baronesso. Czy każde negocjacje ze mną, zamierzasz uprawiać w tym stylu?- mruczał przy tym.
Kathil odwróciła się do niego i popchnęła na ziemię, na łoże z roślinności. Przez chwilę spoglądała na niego z góry i w końcu sama opadła na niego z szelestem sukni.
- Mówiłeś o budowaniu zaufania.- oparła się na jednej ręce o jego pierś, drugą wsunęła w jego włosy i pochyliła twarz bliziutko, zatrzymując się zaledwie kilka centymetrów nad jego twarzą. Popatrzyła w oczy: - Styl? Cóż, to zależy - powiedziała z wyzwaniem w oczach i pocałowała go.
Półelf odpowiedział na ten namiętny pocałunek obejmując dłonią kark Kathil i nie pozwalając się jej odsunąć. Całował jak szalony jej usta, nos i policzki… drugą dłonią bezczelnie wodząc wpierw po kostce, potem po pończoszce dziewczyny okrywającej łydkę, potem wędrując po nodze w górę spragniony nowych doświadczeń. Kathil oddawała pocałunki, pozwalając dłoniom błądzić po twarzy, szyi i barkach Jaegere. Odsunęła się na chwilę zdyszana:
- Nie sądzę, aby negocjacje miały zostać zerwane w najbliższym czasie, więc myślę, że styl Ci odpowiada? - rzuciła z iście diabelskim uśmieszkiem. Odsunęła jego ręce od siebie, chwytając za nadgarstki i przesuwając nad głowę półelfa. Sama nieco zsunęła się na nim i imitując palcami kroczki, zaczęła powoli odpinać guziki jego surduta. - Od czego rozpoczniemy naszą współpracę? - odsunęła połać wierzchniej odzieży i zawiesiła dłoń zanim wsunęła ciekawskie paluszki pod koszulę. Spojrzała Jaegere w oczy.
- Od twoich potrzeb, może?- wymruczał Jaegere poddając się jej dotykowi. Zerkał jednak głodnym spojrzeniem na dekolt jej sukni.- Od twoich potrzeb, kaprysów i zachcianek… powiedzmy taki mały podarunek z mojej strony na początek naszej współpracy i wspólnych interesów.
Kathil z miną małej dziewczynki zagryzła dolną wargę i przesunęła paluszkiem po uwypuklonej pożądaniem męskości.
- Mmmm, mały? - powiedziała dwuznacznie, wciąż z miną niewinnego dziecka - Jesteś pewien?
- No… nie aż taki mały.- mruknął mocno już pobudzony półelf.
Kathil wyczuła napięcie w jego głosie i ciele. Pochyliła się leciutko, ukazując zagłębienie między piersiami i szybkimi ruchami dobrała się do zawartości spodni Jaegere.
Ujęła go w dłonie spoglądając mu w oczy prowokująco. Wciąż wpatrując się w niego z napięciem, osunęła się niżej i opadła na niego, obejmując męskość ustami.
Było to nawet zabawne, mimo że była przed nim w pozie uległości, to muskając ów dowód jego pragnień miała nad nim całkowitą władzę. Był niewolnikiem muśnięć jej języka i czuła to całym ciałem. Był też… dość dobrze wyposażony, więc kolejne negocjacje w bardziej sprzyjających warunkach zapowiadały się interesująco. Na razie smakowała pierwsze tego dowody… i wiedziała, że Jaegere jest równie hojny dawaniu pieszczot co ich otrzymywaniu. Widziała to w jego myślach przed chwilą.
Bawiło ją to za każdym razem - ciocia miała rację: to poczucie kontroli nigdy się nie nudziło.
Kontynuowała pieszczoty, pogłębiając je, od czasu do czasu zmieniając tempo, aby namiętność nie zakończyła się zbyt szybko.Gdy wyczuwała zbliżającą się granicę zatrzymywała się aby szeptać zachęcające słodkie głupstewka i podgrzewać jego pasję.
W tej pozycji półelf niewiele mógł zrobić, ale wiele chciał… widziała to w jego spojrzeniu. Czuła w palcach wplatających się w jego włosy i w komplementach. Starał się być taki zadziorny i elokwentny w tej chwili, ale jedno przypadkowe muśnięcie warg lub języka, a zmieniał się w drżącego i pojękującego mężczyznę, całkowicie zależnego od niej. W końcu jednak napięcia nie dało się powstrzymywać i zbliżał się nieuchronny finał, który niewątpliwie będzie wybuchowy. Pamiętna porad cioteczki pomogła Jaegere dodatkowo dłońmi w kulminacyjnym momencie drażniąc i zachęcając do pełniejszego spełnienia...wprost w jej ciepłe i chętne usta.
Kathil wsłuchiwała się w jego pojękiwania i cieszyła spazmatycznym napięciem jego ciała.
Gdy namiętność wybuchła, spowolniła pieszczotę, dotyk jej ust, języka i dłoni stał się lekki niczym piórko, wciąż jednak wysyłając impulsy przyjemności. Impulsy, które wprawić miały jego ciało w postkulminacyjne drżenie i napełnić go zadowoleniem ze spełnienia.
Przez chwilę był odprężony i w stanie błogostanu. Była to ta chwila, którą Kathil mogła wykorzystać do swoich celów… i dowiedzieć się o interesujące ją rzeczy.
Jaegere nawet nie zauważyłby teraz, że wypowiadanym przez nią trzem pytaniom daleko do niewinności. Ale też musiała się spieszyć. Jego czujność nie będzie wiecznie krążyć w różowej mgiełce spełnienia.
- Skoro negocjacje idą nam tak dobrze, to może powiesz mi dla kogo naprawdę pracujesz? - spytała miziając jego podbrzusze palcami.
- Złodzieji Cienia… Sembia nie ma odpowiednio rozbudowanej organizacji przestępczej. Cały ten rynek jest zbiorowiskiem chaotycznie zwalczających się frakcji i kupców. Brak tu pomyślunku i porządku. Sembii przydałaby się ich filia… zarządzana przez utalentowane miejscowe osoby.- wymruczał zrelaksowany… a właściwie wypaplał.
- Z kimś już rozmawiałeś na temat...objęcia stanowiska głowy filii? - cmokała jego brzuch i pieściła pępek językiem.
- Na razie badam teren moja droga i możliwości.- zaśmiał się cicho Jaergere.- Takie sprawy wymagają czasu i delikatności. Może Mirabeta, może Miklos Selkirk? Oboje są osobami o szerokich horyzontach i mogą docenić profity wynikające z uporządkowania półświatka w Sembii. A może ty? Jesteś sprytną osóbką i niezależną, masz kontakty i dużą wiedzę. Nie masz silnej pozycji… a z nami możesz ją uzyskać. Dlaczego ty nie miałabyś z czasem stać się ważną figurą w sieci Cienistych Złodziei?
Kathil gorączkowo myślała nad trzecim pytaniem błądząc dłońmi po jego torsie i pozwalając palcom drażnić jego skórę lekkimi drapnięciami paznokci.
- Jakie planujesz zaoferować warunki za pomoc w ustaleniu filii w Sembii osobie zainteresowanej?
- Pieniądze, zasoby ludzkie, informacje spoza Sembii. Ostatecznie, zaś tron na szczycie filii organizajci w tym państwie. Namiestnik musi pochodzić stąd i znać tutejsze warunki, żeby sprawnie zawiadywać Złodziejami Cienia.- westchnął półelf i dodał wesoło. - Bądź co bądź, nie możemy wrzucić dziesiątków agentów i spodziewać się że na obcym gruncie zbudują sprawną siatkę prawda? Jak mówiłem wszystko zależy od twoich ambicji.

Kathil wiedziała, że wykorzystała swoją szansę. Zdobyte informacje dodały tylko do zamętu, który nagle wkradał się w jej życie. Powoli odsunęła się od Jaegere i podniosła z ziemi. Otrzepała suknię i poprawiła włosy. Rozglądnęła za wachlarzem.
- Mmm to było interesujące - uśmiechnęła się do mężczyzny mimo, że była świadoma, że on sam nie zrealizował ani fragmentu ze swoich planów i zamierzeń jakie pojawiały się w jego myślach. - Trzeba wracać zanim nasza nieobecność zostanie zauważona. - mrugnęła do niego kokieteryjnie. Nie wyglądał jednak na niezadowolonego. W końcu osiągnął szczyt przyjemności. Kathil zaś musiała zadowolić się smakiem sekretów jakie poznała, bo wszak jej kochanek nie miał okazji się odpowiednio wykazać pod tym względem. Tylko zaostrzył apetyt.
- Na pewno będą coś podejrzewać.- stwierdził wstając i podciągając spodnie. Ale tym Wesalt się nie martwiła. Takie rzeczy zdarzały się od czasu do czasu na tym balu. I z pewnością oboje nie byli jedyną parą, która chciała dać upust swej namiętności.
- To kiedy miałabyś czas i ochotę na następne rozmowy o… interesach.- zapytał półelf szarmancko podając jej swe ramię.

Kathil wsunęła swą dłoń pod oferowane jej ramię i ruszyła krok w krok z Jaegere w kierunku pałacu.
- Możemy przedyskutować szczegóły jutro bądź pojutrze. Później może być to nieco utrudnione. - powiedziała z namysłem.
- Utrudnione… czemu?- zapytał zaciekawiony mężczyzna prowadząc potencjalną wspólniczkę do głównej sali w której odbywało się to przyjęcie.
- Niespodziewane sprawy rodzinne. - mruknęła cicho Wesalt, zasłaniając usta wachlarzem - mogą zająć mą uwagę. Wolałabym ewentualne negocjacje prowadzić przed lub dokończyć nieco później, gdy opanuję sytuację.- popatrzyła na półelfa niemalże maślany spojrzeniem, dorzucając tematu do plotek. Każda reklama jest dobra, a ploteczki na temat “romansu” były jednymi z najbardziej niewinnych w Sembii.
I stanowiły dobrą zasłonę dymną. Dlatego więc półelf mruknął tylko wprost do jej ucha.- Jeśli tak sobie życzysz, niemniej można też objąć sprawy rodzinne negocjacjami. A więc gdzie byś się chciała spotkać pojutrze?
- Spotkajmy się przy pólnocnej bramie wjazdowej. Jest tam przyjemne miejsce o nazwie “Żółta Ciżemka”. W porze wieczerzy? Możemy skorzystać później z Komnaty Błekitnej - dodała.
Jakiż mężczyzna oparłby się takiej pokusie? Zwłaszcza po wydarzeniach z oranżerii?
Żaden.. toteż odpowiedź półelfa była oczywista.
-Przybędę na pewno.- wymruczał jej do ucha, delikatnie je muskając wargami.- No i wypadałoby bym cię odprowadził po balu.
Może i by wypadało, ale Kathil nie miała w tym żadnego interesu. Wszak miała jeszcze parę spraw do załatwienia. A w nich obecność Jaergere była niepożądana.
- Niezwykle szczodra oferta, mój drogi - uśmiechnęła się posyłając mu czuły uśmieszek wdzięczności. Zasłoniła połowę twarzy wachlarzem, więc miejscowe plotkary mogły doszukiwać się dalszych poszlak romansu. - Ale już obiecałam memu notariuszowi tę część. Spóźniłeś się nieco…- wydęła usteczka. - z tą ofertą. Uzbrój się w cierpliwość do pojutrza, mój drogi.- przesunęła dyskretnie palcem po wnętrzu jego nadgarstka i z uśmiechem umknęła wtapiając się w brylujący i plotkujący tłum.


Chciała zamienić kilka słów z Favettą Vosk, kapitanem straży i dowiedzieć się ostatnimi czasy zauważyła jakąś wzmożoną działalność przestępczą.
Chciała rozeznać grunt zanim ponegocjuje dalej z Jaegere.
Favetta zajęta była rozmowami ze swoimi oficerami o niższej szarży, ale poświęcała też spojrzenia mijającym ją parom. Widać było, że rozmowa z jej podwładnymi wyraźnie ją nuży i… widać też było że kapitan nadal czuje się jak na służbie. Była dość spięta i sztywna, z pewnością była kobietą czynów, a nie słów. Dominującą i silną. Taka wszak być musiała piastując to prestiżowe stanowisko.
Kathil zabrała więc niewielką paterę z przekąskami i pożeglowała ku rozmawiającym strażnikom. Podeszła z uśmiechem:
-Wproszę się w waszą rozmowę moi Państwo, od razu proszę o wybaczenie. Ale pomyślałam, że podczas balu myśląc o obowiązkach, zapominacie o przyjemnościach. Dzisiejszych specyjałów jednak nie godzi się ignorować - podsunęła paterę mężczyznom.
- Ależ oczywiście.- rzekł jeden z nich uśmiechając się szarmancko, a brew Favetty uniosła się lekko na widok Wesalt co połączyło się z ironicznym uśmieszkiem, gdy taksowała sylwetkę dziewczyny. Bądź co bądź Kathil nie udało się całkiem zamaskować faktu, że suknia jej się zmięła… co dowodziło czynów niemoralnych. Z drugiej strony strony… Favetta słynęła z gwałtownego charakteru i temperamentu i urozmaiconego apetytu… jak to się mówiło w zamtuzach. Co prawda dowodów na to nie było, bo swe sprawy prywatne Vosk starała się utrzymać w sekrecie. Ale cóż… była panną uparcie odrzucającą kolejne propozycje małżeńskie co najwyżej ograniczając się do kilkumiesięcznych romansów.
- Baronessa Vandyeck… co za niespodzianka. Zapewne miło w końcu odpocząć od żałoby po tak przystojnym mężu. Ile to było od jego śmierci? - zapytała zaciekawiona pojawieniem się Wesalt.
Kathil wsunęła paterę w dłonie uśmiechającego się strażnika i rzuciła:
- Pozwolą panowie, że porwę panią kapitan na słówko na osobności, prawda? - po czym wykonała zapraszający gest do Favetty. - Owszem, nie narzekam. - dorzuciła w odpowiedzi na jej pytanie. - Już ponad rok mija odkąd mój mąż odszedł z tego padołu. A jak miewa się pani przyjaciółka, lady Eleonora? - zapytała niewinnym tonem, przyglądając się kapitan sponad wachlarza.
- Cóż… Obawiam się że nie jestem na bieżąco z ploteczkami z wyższych sfer.- westchnęła ironicznie kobieta pozwalając się wyrwać z kręgu pieczeniarzy. Wręcz z ulgą na obliczu.- Nie wiem… jaki jest jej obecny stan zdrowia. Przykro mi.
- No dobrze, wybaczam
- odpowiedziała dobrodusznie Wesalt z uśmiechem - ale zapewne w kwestii, o którą chciałam zapytać jest pani lepiej zorientowana. - zawiesiła efekciarsko głos przyglądając się stojącej przed nią służbistce - Czy pani ludzie zaobserwowali w mieście jakieś wzmożone nikczemności w związku z balem Śródlecia?
- Zamach, tu i teraz? To takie… dramatyczne.
- uśmiechnęła się ironicznie Favetta i przysunęła palec do kącika ust szlachcianki.- Ubrudziłaś się pani. Po czym dodała.- Niewątpliwie nic się nie szykuje poważnego w związku z balem. Może się czuć pani bezpieczna w tym budynku i z pewnością czułaś swobodnie. Mam dziś więcej ludzi pod sobą. A skąd takie pytanie?
Wesalt sięgnęła ręką do swych ust, muskając przy tym dłoń Favetty, gdy ta odsuwała ją od jej twarzy. Dotknęła jeszcze raz to samo miejsce:
- Czy już czysto? - przypatrując się strażniczce.
- Och, nie miałam na myśli zamachu tutaj, a nawet gdyby jakiś głupiec się pokusił o taki czyn, przy pani i ludziach pod panią - Kathil zaakcentowała słówko “pod” - nie martwiłabym się ani chwili. Pytam raczej o wzmożoną aktywność włamań, kradzieży, napadów. W końcu bal przyciąga również element spoza stolicy. Ciekawam, czy miała pani z tego powodu więcej pracy. Wyglądała pani na nieco znużoną. Ot i powód ciekawości i ...troski.
- Znudzoną raczej.
- parsknęła śmiechem Favetta splatając dłonie razem nieświadomie podkreślając biust.- Boisz się baronesso o swe bezpieczeństwo? Niepotrzebnie. Zapewniam, że żadni bandyci nie grasują w mieście i jego okolicy, rabunek ci nie grozi… kradzieże, cóż się zdarzają. Włamania to rzadkość. Jak pewnie wiesz, złodziej wchodząc na teren domu obywatela Sembii może być w świetle prawa zabity, więc kradzieże bywają ryzykownym interesem. Bogaci kupcy lubują się w perfidnych pułapkach.
Dziewczyna odsapnęła z ulgą:
- Uspokoiłaś mnie, pani. Dziękuję Ci za twe starania w utrzymaniu porządku i ładu.
- Drobiazg
.- uśmiechnęła się w odpowiedzi Favetta i po chwili dodała.- Jakoś jeszcze mogę ci pomóc?
- Nie, dziękuję, ale jeśli sama będziesz potrzebować pomocy, daj po prostu znak. Przybędę z odsieczą by rozwiać Twą nudę.
- zaśmiała się Kathil.
- Musiałabyś mnie nie opuszczać do końca balu. - machnęła ręką Vosk z irytacją zerkając na swych podwładnych.- Oficerowie wykorzystują to przyjęcie jako okazję by podlizać się mnie, lub oczernić konkurencję do awansu. Sądzą, że to coś im da. Nie cierpię takich typków… zamiast samemu własnymi siłami zdobywać to co się należy z racji uzdolnień, łaszą się do innych niczym psy w nadziei na upuszczenie kości.
- Już prawie połowa balu za nami, na pewno wytrzymasz pozostałą część. Jeśli jednak chcesz, mogę Ci potowarzyszyć jeszcze chwilkę i powstrzymać Twoje pieski.
- wychyliła się za ramię kapitan - Które zdaje się kontemplują właśnie łakocie. - zaśmiała się i uniosła brew na widok wcinających przekąski oficerów - Jedzą jakby ich życie od tego zależało. Chyba nie płacisz im dość, moja droga pani kapitan.
- Ja? Nie płacę im w ogóle. Straż jest opłacana z budżetu miasta
.- mruknęła Favetta i zerknęła znacząco na dekolt baronessy pytając.- Więc któż był tak przekonujący, że nie oparłaś się jego argumentom?
- Och, zawstydzasz mnie.
- Kathil podniosła oczy do góry - Ale chyba o to Ci chodzi, prawda? - zajrzała Favecie w oczy.
- Zawstydzam? To by było duże osiągnięcie, nieprawdaż?- uśmiechnęła się wesoło Vosk.- Mimo wszystko trudno cię uznać za naiwną dziewicę. Wdowie wszak nie wypada ubierać się w takie piórka. Tym bardziej, że biedny Cristobal nie należał do mężczyzn potrafiących utrzymać węża we własnych spodniach.
- Mój małżonek miewał swoje narowy, ale wskaż mi mężczyznę, który takich nie ma.
- wzruszyła ramionami Kathil z uśmiechem - Nie lubię piórek - zmarszczyła nosek - zdecydowanie wolę coś… - zawahała się - bardziej namacalnego i konkretnego. - przejechała palcem po rękojeści rapiera i podniosła spojrzenie na Vosk. - A Ty?
- Urozmaicenie… ale doceniam ostre klingi, jeśli całość jest równie ostra. - zaśmiała się głośno Favetta. I dodała spolegliwie.- Nie czuj się dotknięta mymi słowami. Nie jestem zwolenniczką wierności małżeńskiej. Rozumiem, że mogłaś mieć ze swoim mężem bardziej luźne układy łóżkowe. Nie potępiam takiego podejścia.
- Cristobal również wychodził z tego samego założenia. Szkoda jedynie, że dzielił się nim po fakcie. Ale cóż było minęło. Ważne, że żył tak jak chciał, prawda?
- uśmiechnęła się do kapitan - Nie każdy może powiedzieć to samo.
- To prawda. Mogę jedynie żałować tych biedaków i biedaczek.
- uśmiechnęła się zadziornie Favetta.- Ale ty chyba się do tych osób nie zaliczasz, prawda baronesso?
- Staram sobie ułożyć życie teraz gdy zostałam sama
- leciutki smuteczek odbił się na jej twarzyczce - To całkiem frapujące i ciekawe zajęcie. - zacisnęła lekko dłoń na ramieniu Favetty - ale dość o mnie. Mówiłaś, że się nudzisz, a mówienie o mnie zapewne zaraz Cię uśpi. - zaśmiała się lekko.
- Wierz mi baronesso Vandyeck, że wydajesz mi bardzo interesująca. Acz.. możemy porozmawiać o czymś innym. W końcu trochę cię przepytałam na temat twego żywota, a ty zgrabnie unikałaś odpowiedzi na niektóre z mych pytań. Masz więc prawo posłuchać moich uników, na twoje dociekliwe pytania. Albo na inny temat.- odparła Favetta biorąc kielich z tacy mijającego ich sług i upiwszy dodała.- Ty przynajmniej nie jesteś nudna, a twój strój opowiada mi ciekawą historię.
Kathil zaśmiała się i zabrała z rąk Vosk kielich z winem i przycisnęła do niego usta w tym samym miejscu, w którym przed chwilą spoczęły wargi kobiety:
- Cieszę się, że dostarczam Ci rozrywki. Choć brzmisz jakbyś była zazdrosna - pociągnęła w końcu łyk wina i oddała kapitan jej kielich.
- Zawsze jest ciekawiej uczestniczyć w opowieści niż jej wysłuchiwać, nieprawdaż?
- zapytała zaczepnie Vosk popijając wino i zerkając na usta Kathil.
- Czyż nie jesteś na służbie? - spytała Kathil przyłapując ją na tym zerknięciu.
- Tak. Niestety jestem na służbie. Muszę pilnować by wszystko było zapięte na ostatni guzik. W innym przypadku nie było by mnie tutaj. - westchnęła Favetta cicho. - Cóż… Mam pilnować porządku, więc mogę sobie popatrzeć i pośmiać się.
- Niepowetowana strata
- mruknęła Kathil i mrugnęła wesoło do kapitan.
- Cóż… muszę się niestety zgodzić.- odparła Favetta mrużąc nieco oczy i dodała żartobliwie z drapieżnym uśmieszkiem.- Ale zacznę mieć cię na oku baronesso. Jesteś intrygującą osóbką. A ja ciekawskim stróżem prawa…
- Skoro tak, to zapewne wiesz, gdzie leży moja posiadłość. Wydam zalecenie służbie, by była gotowa na Twą...inspekcję.
- odpowiedziała z wyzwaniem w oczach dziewczyna.
- Igrasz z ogniem… zresztą kto powiedział, że bym służbę przeszukała. Kto wie co ty sama ukrywasz… tutejszemu adoratorowi zabrakło chyba determinacji, bo wiązania sukni są nienaruszone.- uśmiechnęła się zaczepnie Favetta. I wybuchła śmiechem.- Chyba ta rozmowa zeszła na całkiem nieoczekiwane koleiny, nieprawdaż?
Kathil zawtórowała jej w śmiechu - Nieoczekiwane, ale… ja swój cel osiągnęłam. - przyłożyła palec do ust na znak, że nic więcej nie powie. Mimo to przyglądała się roześmianej i nieco bardziej rozluźnionej kapitan.
- Nie wątpię… ale uważaj, ja lubię również osiągać swoje cele.- Favetta pogroziła jej żartobliwie palcem. Kathil błyskawicznym ruchem nadgarstka rozłożyła wachlarz i zasłoniła je od wzroku ciekawskich. Złapała dłoń Favetty w delikatny uścisk i przysunęła wyciągnięty palec do swych ust. Delikatnie ucałowała jego koniuszek i ...nagryzła lekko opuszek.
- Mały upominek na pozostała część balu - uśmiechnęła się do Vosk i złożyła wachlarz skromnie na podołku.
Zaskoczyła tym Favettę, która przez chwilę przyglądała się swemu palcowi. Po czym wybuchła śmiechem.- Szkoda że nie jesteś wojowniczką, przydałaby mi się taka adiutantka w straży. Zamiast tego mydłka Apolornusa Vitrichiego.
- Nie sądzę, aby był to dobry pomysł, nawet gdybym była wojowniczką. Rozpraszałybyśmy się wzajemnie i z pracy niewiele by wychodziło.
- mrugnęła wesoło z krzywym uśmieszkiem Kathil.
- Hmmmm… masz aż taki apetyt?- zamruczała Favetta przyglądając się z uśmiechem Kathil.
- Nie zdradzę wszystkiego podczas pierwszej pogadanki - prychnęła lekko dziewczyna - muszę podtrzymywać jakoś wspomnianą przez Ciebie ciekawość, czyż nie?
- Prawda prawda…
- westchnęła Vosk i zerknęła za siebie z niesmakiem.- A mnie wzywają obowiązki i raczej nie zostawię ci upominku. Na twoje szczęście, wierz mi. Byłby wtedy skandal, a obie mamy chyba wystarczająco dużo spojrzeń na sobie. Nie potrzebujemy kolejnych.
- Nie zatrzymuję Cię zatem
- chociaż jej spojrzenie mówiło co innego. - Powodzenia i do zobaczenia. - skłoniła się z uśmiechem dzielnej pani kapitan i ruszyła przez tłum. Wyłowiła z niego półelfkią towarzyszkę Mirabety i z ciekawością zamieniła z nią kilka słów. Odniosła wrażenie, że Enaya nie miała za wielkiej ochoty na dłuższe pogaduszki na balu, więc pożegnała się wkrótce, życząc jej udanej reszty nocy.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 04-12-2015 o 08:43.
corax jest offline  
Stary 09-11-2015, 15:34   #7
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61642 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację

Kathil opuściła pałac i jego hałaśliwą salę balową i ruszyła powoli w kierunku Sali sądów. Powoli weszła do wielkiego pomieszczenia i stojąc przez chwilę blisko drzwi rozejrzała się po nim. Gdy uspokojona stwierdziła, że sala jest pusta ruszyła w kierunku siedzisk sędziów i znalazła dogodne miejsce zapewniające możliwość odparcia ewentualnego ataku. Sprawdziła również miejsce pod kątem magii ale nie znalazła nic podejrzanego, miejsce wyglądało na czyste. Zajęła wybrane miejsce i tuż przed czasem zdecydowała się na użycie niewidzialności. Co prawda krótkotrwały efekt, ale liczyła na efekt zaskoczenia. Żałowała, że nie przy niej Logana ale cóż. Nie planowała tej eskapady - musiała zatem polegać na własnych umiejętnościach. Pozostało jej czekać.
Zjawiła się ona… Kathil mogła podejrzewać, że właśnie ta kobieta postanowiła się z nią umówić w tak niecodzienny sposób. Mirabeta… oczywiście.
Zimna i posągowa. I opanowana… jak zwykle.
Weszła i rozejrzała się zaciekawiona nie okazując niepokoju. Zupełnie jakby się nie bała ataku lub innego zagrożenia.
Kathil lekko pokręciła głową z uśmiechem przeznaczonym dla samej siebie i wyszła ze swojej kryjówki. Dygnęła:
-Witaj, Lady Mirabeto. Widzę, że gwar balu nieco Cię znużył. Z przyjemnością dowiem się jak mogę pomóc tym razem.
- Sprawa jest delikatna i wymaga wyjątkowej dyskrecji. Stawka jednak nie będzie standardowa, a potrójna… zainteresowana
?- zapytała kobieta niezaskoczona jej pojawieniem.
Kathil skinęła głową - to musiało być faktycznie coś większego. Mirabeta nie słynęła z rozrzutności.
- Proszę o szczegóły.
- Chodzi o ród Rediec. To taki ród szlachecki żyjący w okolicy. Nic specjalnego w sumie. Chcę o nich wiedzieć wszystko co uda ci się wygrzebać na ich temat.
- rzekła Mirabeta siadając z gracją na miejscu prokuratora.- Ale… masz to uczynić dyskretnie i bardzo ostrożnie. Oraz…- splotła dłonie razem.- … wszelkie zdobyte informacje masz przekazywać mnie i tylko mnie. Nikt z moich podwładnych nie może się dowiedzieć o tym zleceniu. Nikomu nie wolno ci zdradzić czegokolwiek się dowiesz. Pewnie zdajesz sobie sprawę, że nie toleruję… nielojalności przy takich delikatnych sprawach?
- Zdobycie informacji na temat całego rodu może zająć nieco czasu i będzie wymagało sporych nakładów. Chyba, że są osoby lub obszary, które w pierwszej kolejności mają zostać sprawdzone?
- spytała poważnym tonem Kathil. Nie bawiła się w kokietkę, nie przy prowadzeniu interesów - Milady, to było jak mniemam pytanie retoryczne? Do tej pory nie miałaś powodów do podejrzewania mej nielojalności w stosunku do mych klientów. Niezależnie kim oni są. Inaczej nie rozmawiałybyśmy teraz, prawda? - skłoniła głowę przyglądając się Mirabecie.
- Nie oczekuję grzebania w genealogii, to mogę zrobić nawet sama. Nie. Chodzi mi o żyjących członków i kondycję finansowo-towarzyską tego rodu.- odparła Mirabeta splatając dłonie.- Tym razem jednak oczekuję czegoś więcej. Musisz odpowiednio dobierać współpracowników. Nie chcę by ktokolwiek się domyślał iż jestem Rediecami osobiście zainteresowana. Więcej… nie chcę, by w ogóle wydawało się, że ktoś się nimi interesuje.
- Oczywiście. Dobraniem ludzi nie musisz się pani kłopotać. Jak będziemy się kontaktować?
- Osobiście.
- Mirabeta wyjęła z podręcznej aksamitnej torebki cztery pierzaste talizmany.- Te są przygotowane pode mnie. Nie musisz im wyznaczać celu, wystarczy że podasz list.
Kathil wzięła talizmany od zleceniodawczyni:
- Fundusze? - dodała. Zwyczajowo, otrzymywała niewielki budżet na opłatę ludzi koszty związane ze szczególnie nietypowymi zleceniami.
Mirabeta sięgnęła znów do torebki podając kolejny papier.- Weksel kupiecki wystawiony na jeden z moich… słupów. Niemniej do zrealizowania w każdej placówce Rynku Sześciu Skrzyń i w każdym kościele Waukeen na terenie Sembi. Półtora tysiąca szlachciców.
Kathil przyjęła weksel i złożyła go, by wsunąć go za stanik.
- Co do stawki… - zawiesiła głos - 5000 szlachciców będzie stanowić odpowiednią kwotę. - popatrzyła na Mirabetę. Selkirk wyglądała jakby ktoś ją spoliczkował, ale Kathil była za cwaną negocjatorką, by dać się nabrać na tą sztuczkę.- Żartujesz sobie? Za takie coś? Przecież to nie jest niebezpieczna misja. I tak wykładam całkiem sporo na pokrycie kosztów samych badań. Cztery tysiące… powinny cię zadowolić.
Wesalt uśmiechnęła się uprzejmie:
- Nie śmiałabym nigdy żartować sobie z Ciebie, milady. Jednakoż, gdyby misja wiązała się z większym ryzykiem, cena byłaby zdecydowanie wyższa. Życzysz sobie ekstra dyskrecji i całkowitej ciszy przy wykonywaniu zlecenia. A to niestety kosztuje również ekstra. 5000 to oferta specjalna, dla Ciebie milady, jako stałej i szanowanej klientki.
- Cztery i pół, to wystarczająca nagroda za dyskrecję i ciszę… w końcu nie wiadomo czy uda ci się znaleźć jakieś smakowite kąski. Czy one w ogóle istnieją.
- mruknęła Mirabeta w odpowiedzi.
- Milady składasz zamówienie na poszukiwania, nie zaś na zagwarantowanie znalezienia smakowitych kąsków. Wspominałaś też o potrójnej stawce. Potrójna stawka wynosiłaby 6000. - zawiesiła głos Kathil.
- Zgoda… po jednym wszakże warunkiem. Jako zapłatę otrzymasz dwa tysiące od razu, a potem… kolejne wypłaty co miesiąc wysokości tysiąca szlachciców, przez trzy miesiące. - zgodziła się w końcu Mirabeta.
Kathil rozważyła ten warunek. Nie widziała powodów do podejrzliwości. Mirabeta nie oszukała jej wcześniej, nie mogła też raczej pozwolić sobie na opinię niesłownej pracodawczyni. Lojalność kroczy w takich przypadkach w obu kierunkach. Skinęła głową:
- Zgoda. Comiesięczne wypłaty chciałabym jednak otrzymywać na imienny weksel i do rąk własnych - dodała z namysłem myśląc o nadciągającym stryju. Chciała mieć ewentualny plan zastępczy na fundusze. Na wszelki wypadek.
- Niech tak będzie.- westchnęła Mirabeta po namyśle.- Prześlę ci go wkrótce. Jeszcze coś?
- To chyba wszystko, milady. Rozpocznę śledztwo natychmiast.
- Kathil dygnęła lekko i ruszyła ku wyjściu.
- Nie jest to sprawa pilna, ale doceniam twój entuzjazm.- odparła kurtuazyjnie Mirabeta.


Wydarzenia balu sprawiły, że Kathil w drodze do domu postanowiła złożyć krótka wizytę jeszcze jednej osobie.
Co prawda ranek nie był najlepszym okresem do odwiedzania cioteczki Mei, która ledwie kilka godzin wcześniej kończyła nocne negocjacje z ważnymi dla niej osobami. Niemniej Kathil była w dość uprzywilejowanej pozycji i mogła sobie pozwolić na taki… wyskok. Toteż bez problemu została wpuszczona, najpierw do środka kamienicy, potem na prywatne pokoje, wreszcie do sypialni cioci, gdzie ona odpoczywała otoczona poduszkami i osłonięta kotarami.
Przeciągnęła się z niemal kocim pomrukiem i rzekła.- A czemuż to tak wcześnie zakłócasz mój spokój Kathil? Coś się stało?
Kathil pochyliła się nad rozleniwioną ciocią i ucałowała ją czule w czoło:
- Przepraszam, ciociu. Tylko na chwilkę. Zaraz będziesz mogła wracać do krainy snów. - przysiadła koło niej na łóżku.
- Przyszłam, żeby zapytać o parę rzeczy, a mój kalendarz zaczyna pękać w szwach. - uśmiechnęła się do ciotuchny. - Po pierwsze, czy kojarzysz Condrada, stryja mego nieboszczyka męża?
- Gdzieś popłynął i pewnie zaginął na morzu… To było lata temu.
- mruknęła w odpowiedzi kobieta.- Nie znałam go osobiście.
- Otóż żyje i ma się dobrze i wraca do Sembii. Będzie raczej na przyjęciu, które organizuję. Czy chcesz się zjawić?
- A powinnam?
- westchnęła ironicznie Mea i pogłaskała Kathil po policzku. - Zgoda, zgoda… zajrzę.
- Nic nie powinnaś ciociu kochana, pytam tylko - dodała Kathil z uśmiechem - Drugie pytanie: czy wiesz coś na temat… - zawahała się - Złodziei Cienia?
- Zorganizowana bandyterka… rządzą półświatkiem… gdzieś tam. Przepędzili ich ponoć z… Waterdeep, bodajże?
- zamyśliła się ciocia Mea próbując sobie przypomnieć. Po czym spytała.- Gdzie o nich słyszałaś?
Kathil wzruszyła ramionami:
- Próbują pojawić się w Sembii. Mogą w pewnym momencie pomyśleć również o rozmowie z Tobą. - powiedziała Kathil ze zmartwieniem i troską w głosie. Znała swoją ciocię i jej możliwości niemniej jednak i tak się martwiła. - Będę wiedzieć więcej pojutrze. Na razie robią rozeznanie...hm… rynku. Zastanawiam się czy brnąć w ogóle w to. - dodała zamyślonym tonem. - Jak sądzisz?
- Sytuacja jest kłopotliwa… Masz rację skarbie. Mogą spróbować się tu rozpanoszyć. Możliwe, że… ech…
-zamyśliła się Mea.- … to może zakończyć się rozlewem krwi w zaułkach. Ale skąd ty o tym wiesz?
- Poznałam na balu jednego z agentów. Spotykam się z nim pojutrze w Żółtej Ciżemce. Był dość bezpośredni, co zdecydowanie pomogło w uzyskaniu informacji. - Kathil uśmiechneła się skromnie - ale rzecz w tym, że szuka kogoś kto by był zainteresowany otwarciem filii. Jeśli Mirabeta albo Miklos przyjmą ofertę… - zawiesiła głos. Nie musiała kończyć, ciocia wiedziała co mogłoby to oznaczać. - Spodobałam się mu jednak. Chce prowadzić negocjacje. Muszę to przemyśleć, ale chciałam Cię też ostrzec. Na wszelki wypadek.
- To byłaby ciekawa sytuacja. Bardzo profitowa… i bardzo niebezpieczna zarazem. Weszłabyś pomiędzy prawdziwe rekiny.
- mruknęła ciocia.- Tak czy siak warto trzymać rękę na pulsie. Bez względu na to czy się zdecydujesz czy mu odmówisz.
- Jest jeszcze jedna malutka sprawa: będę potrzebować jednej z mądrzejszych dziewczyn dla Wiligiana Krantza. Na czas przyjęcia u mnie, jako osobę towarzyszącą. Masz kogoś takiego?
- Skaaarbiiieeee…
- wyjęczała ciocia.- Bądź bardziej precyzyjna. Niska, wysoka? Ruda, blondynka, szatynka? Chuda, przy kości? Co twój Krantz lubi? I w jakich pozycjach?
- Jak ja - blondynka, średniej budowy i nieco wyższa. Lubi niebanalne osoby, z którymi może porozmawiać. Więc musi umieć nie tylko zadowalać w łożnicy, lecz pokazać się na przyjęciu, w towarzystwie. Acz jeśli Krantz chciałby przeciągnąć znajomość i do łoża, to niech próbuje i tam go usatysfakcjonować. Na mój koszt
. - zaśmiała się.
- Acha… czyli jednym słowem...Krantz zaczął smalić do ciebie cholewki?- westchnęła Mea.- Można to było przewidzieć. Minął rok, a ty jesteś młodą wdówką zarządzającą małym majątkiem ziemskim. Apetyczny kąsek nie tylko dla łowców posagu.
-Zaoferował coś w rodzaju hmmm usług - machnęła Kathil ręką - lubię go, więc nie ma problemu. Usługi może wykonywać. W każdym bądź razie ukarałam go chyba wystarczająco - roześmiała się - karząc mu stawić się na przyjęciu. Potrzebuje towarzyszki.
- Przyślę Ci informację, o której rozpocznie się przyjęcie. A teraz wracaj, kochana do snu. W przeciwnym razie będziesz marudna wieczorem - dodała drocząc się z Meą.
- Zgoda… podeślę ci jakąś ładną, bystrą i bezpruderyjną do oceny przed przyjęciem.- odparła ciocia kładąc się do snu.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 04-12-2015 o 08:28.
corax jest offline  
Stary 14-11-2015, 16:34   #8
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 39399 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Kathil Wesalt


Bal był już tylko miłym wspomnieniem. Ale to co na nim odkryła było jej zyskiem z tego wieczora. A Kathil była bardzo energiczną kobietą, więc po krótkim śnie od razu zabrała się do działania. Rozmowa z ciocią była dopiero początkiem jej działań. Nie mogła wszak tracić czasu. Miała kilka dni na przygotowanie się na spotkanie z Condradem, o którym nic wszak nie wiedziała. Kim naprawdę był, skąd przybywa i czemu.
Tytuł baronessy był bowiem w tej chwili kłopotem. O ile małżonki i córki kupców miały nieco swobody, o tyle sembijskie arystokratki nie. Ziemia bowiem musiała zostawać w “rodzinie”. Prawo i zwyczaje sembijskie dbały o to, by majątki szlacheckie nie ulegały rozdrobnieniu i wyprzedaży. Patriarchowie rodu mieli wielką władzę i wpływy w tej materii.
Dotąd Kathil to nie przeszkadzało, gdyż Vadyeckowie nie mieli patriarchy rodu, który mógłby się zaopiekować młodą wdową i jej majątkiem. Dotychczas… Teraz należało się co nieco wywiedzieć o Condradzie. Jednym z przydatniejszych źródeł siostrzeniec jej zmarłego męża, mnich i skryba w klasztorze Oghmy. Był też jednym z łatwiejszych do sprawdzenia. Inne tropy stanowiły już problem. Condrad był uważany za martwego od paru co najmniej lat. Morze to okrutna kochanka i często zazdrosna. Kto mógł przypuszczać że wróci?

Dlatego też powóz Kathil nie zatrzymał się długo u cioteczki Mae. Musiała zebrać swą drużynę pomocników, toteż objechała niemal całe Ordulin zaglądając do ich domów i ulubionych miejsc. Opłaciło się. Zebrała całą trójkę. I małej tawernie przeznaczonej na schadzki dla kupców zdradzających swe żony (i vice versa), mogli spokojnie porozmawiać. W końcu “Zielone Grono” słynęło z dyskrecji. Tu też Kathil mogła przedstawić swoje plany. Yorrdach okazał do nich mniej entuzjazmu niż się spodziewała. Z drugiej jednak strony, może zmienić zdanie później. Ashka zaś zamarudziła, że znowu najwięcej się zrzuca na jej barki, ale obiecała szybko dostarczyć smakowitych kąski.
Po tej burzliwej rozmowie, każde z nich udało się w swoją stronę. W przypadku Wesalt było to rodowe gniazdko Vandeycków.


Posiadłość ta była uroczym, acz zaniedbanym dworkiem, który nigdy nie miał właściwości obronnych. Zbudowany na ruinach poprzedniego zamku był popisem pychy rodu w dniach ich chwały. I jednym z powodów upadku. Taki dworek był kosztowny w utrzymaniu, tym bardziej kiedy kolejne pokolenia lepiej radziły sobie z wydawaniem, niż zarabianiem. Niemniej w oczach cioci Mei i samej Kathil ta posiadłość była dodatkową zaletą nieboszczyka Cristobala. A teraz… mógł tu zamieszkać ktoś jeszcze.
Karoca zatrzymała się zza dworkiem, o tej porze pani Bartolomea Percy zajmowała się kuchnią, pilnując by wszystko było odpowiednio przygotowane. Podobnie jak większość służby Percy pracowała tu od ponad roku. Kathil bowiem zaczęła wymieniać służbę kilka miesięcy po nieodżałowanej śmierci męża. A stara ochmistrzyni podpadła baronessie wścibstwem i zadzieraniem nosa. Bartolomea: była burdelmama, była prostytutka, była złodziejka… nie robiła takich problemów. Nie miała też za grosz pruderyjności, ani manier.
Umiała za to trzymać służbę w ryzach i wbić nóż między żebra jeśli zaszłaby taka potrzeba.
I rzeczywiście… przebywała w kuchni.


Przyglądając się posiłkowi przygotowanemu na powrót jaśnie dziedziczki Vandeyck. Nie zdziwiła się na jej żądanie przygotowania balu. A sama Wesalt starając się oprzeć pokusie podjadania wprost z kuchennego stołu opowiadała o swoich planach dotyczących owego przyjęcia. Oczywiście musiała być muzyka. Oczywiście musiały być przygotowane dwie sale, jedna duża balowa… a druga na rozmowy przy kieliszku dobrego wina i nowince jaką były cygara z Maztiki. No i oczywiście menu: różnego rodzaju amouse bouche na początek. Potem dania główne: zupa lekka, a na drugie danie dziczyzna z dodatkami. Na deser zaś: ciasta oraz czekoladki. Dodatkowo po części tanecznej mają krążyć patery z niewielkimi przekąskami w formie serów, czy owoców. Jeśli chodzi zaś o alkohole to na początek wina lekkie musujące, do drugiego dania wina dobre rocznikowo, do deserów zaś muskat dla dam lub cięższe alkohole dla panów. No i również wyższej jakości cygara.
Wysłuchując planów swej pani Bartolome zagryzła jedynie dolną wargę przeliczając w myślach.
- To będzie z… dwa i pół tysiąca za jedzenie i używki. Może mniej, gdy sięgniemy po zapasy z zamkowej piwniczki. Obsługa grzeczna czy figlarna? Muzyka… Te nudnawe kadryle czy coś bardziej pikantnego?- zaczęła w końcu zadawać pytania. - Ilu gości? Jakieś dodatkowe rozrywki?
A gdy padło polecenie, by kielich wina pana Merske był cały czas pełny, zapytała.- A czy ktoś konkretny ma obsługiwać ma owego szlachcica. Jeśli tak, to… z jak głębokim dekoltem? Wiadomo że im głębszy, tym chętniej się sięga po kielich, ale… niektórzy bywają dwulicowymi świniami i oburzają się na widok cycków prawie na wierzchu. -
Potem padły uwagi na temat przygotowania samego pałacyku na czas przyjęcia. Że ma wyglądać schludnie i czysto, ale należy ukryć wszelkie ślady przepychu. Pani Percy nie zadawała pytań. Nie płacono jej za mielenie ozorem, jak się wyrażała. Dyskrecja to był kolejny powód jej zatrudnienia, mimo braków ogłady towarzyskiej.
Potem był posiłek, bo też kuszony zapachami kuchni żołądek Kathil wyraził swe oburzenie pomrukami. Posiłek zakończony pisaniem zaproszeń. Prosta formułka. Uprzejme zaproszenie, podanie terminu i oczywiście : R.S.V.P. na koniec.

Standard.

Potem nastąpiła podróż i załatwienie pokoju w “Żółtej Ciżemce”. Karczma słynęła z dyskrecji i różnego rodzaju usług, oraz przeciętnej kuchni. Za to serwowała dużo afrodyzjaków. Wiele utrzymanek Odrulin miało tu własne pokoiki spotkań, dobra rzecz, gdy było się kochanką jednocześnie kilku spragnionych dreszczyku kupców. Jeden rogacz wszak nie powinien wiedzieć o pozostałych. Dlatego też, wejście do Żółtej Ciżemki nie rzucało się w oczy, obrosła bluszczem tabliczka było ledwie widoczna. Przyczyna była prosta, do tej tawerny trafiali tylko ci, którzy czego szukać. Reszta miała spotkanie z Kulgarem.


Te rosły cywilizowany półork grzecznie wskazywał błądzącym drogę do innych części miasta i innych karczm… lub mniej cywilizowanie, w zależności jak się ktoś zachowywał. A że był niekorowanym mistrzem pały… cóż, guzy potrafiły przemówić do rozsądku równie mocno jak rany cięte. A miały tą przewagę, że nie ściągały uwagi straży miejskiej.

Wynajęcie sali wymagało ponownie sięgnięcie do kieski przez baronessę Vandyeck, ale cóż… inwestycje wymagają wpierw wkładu własnego, zanim zaczną procentować. A Kathil… zamówiwszy i opłaciwszy z góry komnaty i usługi przysiadła się w kącie sali osłoniętej parawanem i mogła rozkoszować się grzanym winem i miejscowymi pierniczkami zaprawionymi lubczykiem. Załatwiła dziś większość spraw.

Spotkanie z Jaegere na jutro miała już zaplanowane. Wiligianowi mogła wspomnieć o załatwionej dla niej przyjaciółce za pomocą listu, lub odwiedzić go wprost w domu. Skandaliczne posunięcie ze strony młodej wdowy i z pewnością wytrącające z równowagi notariusza, który raczej był odludkiem. Jeśli jednak zamierzała go odwiedzić w miejscu pracy, to cóż… musiała się spieszyć.
Ciocia Mea już z pewnością podesłała młodą damę do oczarowania notariusza, a poza tym… do “Żółtej Ciżemki” wdarł się obdartus i ruszył do stolika Kathil z wiadomością od Ashki gdzie i kiedy chce się spotkać. No tak… odwiedzanie Wiligiana w notariacie straciło na aktualności. Jeśli chciała tego wieczora spotkać się z obojgiem, to prymat miała wizyta w zaułku u przyjaciółki, a potem odwiedziny notariusza w domowych pieleszach.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 18-11-2015, 10:56   #9
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61642 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację

Nie ociągając się zbytnio, Kathil ruszyła na spotkanie z Ashką.
Przy wyjściu zatrzymała się jeszcze przy Kulgarze i nachylając się do niego, wręczyła mu niewielką sumkę.
- Kulgar, mój drogi, jutro pojawi się tutaj niejaki Jaegere, półelf. Będzie zapewne o mnie pytać. Upewnij się proszę, że wchodzi tutaj sam, nie chciałabym niespodzianek. - popatrzyła na półorka znacząco.
- A co zrobić z jego kompanem lub kompanami w takim razie?- zapytał obojętnym tonem głosu.
-Och, zaoferuj im inne miejsca. Liczę na Twój urok osobisty i dar przekonywania.- uśmiechnęła się do Kulgara.
- Oczywiście… urok.- uśmiechnął się półork prezentując pełen garnitur ostrych zębów.
-O właśnie! - Kathil musnęła palcem jego napięty w grymasie policzek i mrugnęła z uśmiechem. - Liczę na Ciebie, mój drogi.
Odsunęła się i pomachała mu lekko na pożegnanie. Ruszyła na spotkanie ze swoją elfią specjalistką w szpiegostwie.


Uliczka wybrana przez Ashkę była ciasna i pustawa… i zaniedbana. Karoca Kathil nie była w stanie do niej wjechać, więc baronessa musiała ostatnie metry pokonać na piechotę. Tam napotkała nastoletniego złodziejaszka o ładnym licu, ale spojrzeniu jak u łasicy. Skinął w milczeniu głową i ruszyli szybko przez labirynt uliczek, aż do starego budynku, będącego zamkniętym przed laty teatrem. Tam na murowanej scenia stała jej przyjaciółka, jasnowłosa elfka opierająca się o rapier. Lekko uśmiechnięta zerkała na wchodzącą Kathil z zaciekawieniem. Ashka miała na sobie swój typowy strój królowej złodziei, jak zwykła mawiać, i rysy twarzy nie tak szlachetne, mimo pochodzenia od najszlachetniejszych ponoć słonecznych elfów. Każdy purysta tej rasy oceniłby, że Ashka miała wśród swych przodków jednego lub dwa półelfy, więc… nic dziwnego że sama będąc elfką, za innymi słonecznymi nie przepadała.
- Co tam u ciebie w świecie wielkich przyjęć i wielkich majątków?- zapytała żartobliwie na powitanie.
- Och wiesz, ciągle to samo, podkopywanie dołków i podcinanie nóg tronów - Kathil uśmiechnęła się do przyjaciółki - Dostałam wiadomość, dowiedziałaś się czegoś ciekawego?
- Tak… trochę informacji mam. Nie tyle, ile byś chciała, acz…- wzruszyła ramionami.- Wiem tylko to co się dzieje na ulicy i wśród uliczników. Dwory są dla mnie niedostępne, takoż i gabinety. Od czego więc zacząć?
-Mmm, zacznij od półelfa, proszę. On jest pierwszy na liście terminarza.
- Ma wielu wielbicieli i wielbicielek. Co najmniej sześć ogonów śledzi jego ruchy i są to profesjonalni szpiedzy.- wyjaśniła Ashka wzdychając.- Moi chłopcy i dziewczęta nie mogli go pilnować bez narażania swego życia. Ale możesz być pewna, że i Miklos i Mirabeta mają wśród tych ogonów swoje oczy. Poza tym… miał wielu gości, różnej płci i pozycji. Głównie kupców. Pan Jaegere lubi przyjmować gości najwyraźniej…- zaczęła się przechadzać po scenie powoli. W ogóle nie było słychać jej kroków, mimo że scena była zbudowana tak, by każdy krok aktora był zauważalny.- Pełna lista nazwisk, zawiera raczej nudny spis różnych rodzin kupieckich zapewne chcących załatwić eksport swych towarów do Amm… albo na odwrót. Dwa się jednak wybijają. Jedno to…- sięgnęła po pergamin i przeczytała.- Trevail Czarnopióry, a drugie… czekaj… o jest… Matteo Selkirk.
Kathil westchnęła lekko. Ewidentnie perspektywy oraz potencjalne zyski zmamiły już chętnych na “wypłynięcie”. Postukała się paluszkiem po policzku w zamyśleniu. Jeżeli plotki na temat Pijawki są prawdziwe, jego połączenie się z Złodziejami Cieni w Sembii oznaczałoby zdecydowaną… katastrofę z punktu widzenia Kathil. Matteo… hm.. tu na dwoje babka wróżyła. Mógł działać z ramienia Miklosa, lub samodzielnie. Nie była jednak przekonana, że młodzik miał w sobie to coś, co sprawiłoby, że stałby się aż tak zdesperowany w sięganiu po władzę. Udział Pijawki zdecydowanie się jej nie podobał. Może warto by było przekonać Jaegere, że to jego konkurencja?
- Moja droga, potrzebuję, aby Twoi podopieczni mieli na oku Trevaila. Chodzą słuchy, że ma powiązania z Ognistymi Nożami. Więc ostrożnie i bez bohaterstwa. Jeśli słuchy znajdą swe potwierdzenie, to powinien mieć jakąś siatkę kontaktów, szpiegów itd. - machnęła niedbale dłonią - którą używa regularnie. Jeśli tak, to chcę wiedzieć kim ci ludzie są.
- A co z drugą kwestią?
- Jeśli to naprawdę Ogniste Noże, to moi podopieczni nie są dla nich wyzwaniem.- odparła z niechęcią w głosie Ashka i westchnęła.- Należy zacząć od tego, że ród Rediec, jest tak jakby… w długach. Typowa sytuacja, gdy się wydaje więcej niż ma, dwa trzy lata nieurodzaju pod rząd i w skarbcu zaczyna byc widoczne dno. Sami patriarchowie Rediec to wyjątkowo nie cierpiące siebie małżeństwo. Na pewno w ich alkowie są brudne sprawki, ale udają szczęśliwą parkę. Averan is typowym rodowym tyranem, być może z kochanką na boku. Ismera jego żona lubi flirtować, ale… raczej nikogo nie próbuje zaciągnąć do łóżka. A przynajmniej nie odkryłam żadnego poważnego romansu, są typowo…. nudni.
- Możesz dowiedzieć się jak duże te długi? Mają jakieś potomstwo z nieprawego łoża? Żyjące potomstwo? Szczególnie Averan? Brzmi jak papa, który wyrzuca niechciane dzieci, jeśli wierzyć typowym zagrywkom tyranów. Ta kochanka na jego utrzymaniu? Kochanka ma innych kochanków? Spróbuj się tego też dowiedzieć, dobrze?
- Najciekawszy jest najstarszy, Daniris. Wyruszył do Waterdeep na nauki i wrócił niedawno z kilkoma poplecznikami. Tworzy coś w rodzaju małej jednostki wojska do wynajęcia. Tyle wiem na razie. O pozostałych... nie wiem za wiele. Ma bowiem brata Tulvesa i siostrę Pertię. Ale oni są na prowincji w rodowym majątku Redieców, a jak wiesz na wsi nie mam kontaktów.- wzruszyła ramionami Ashka.- Trzeba by te sprawy badać u źródła.
Kathil pokiwała głową. Cała masa informacji dawała jej sporo do myślenia.
- Danirisa zlece Loganowi, może on da radę się czegoś więcej dowiedzieć. Co do wsi, nie martw się. Znajdę kogoś innego. Zajmij się kochanką i jej ewentualnymi wielbicielami. Ciekawe, czy mieliby coś ciekawego do powiedzenia. Zastanawiam się jeszcze nad Ismerą. Wierna żonka w tym całym obrazku jakoś nie do końca mi pasuje. - Kathil postukała w zamyśleniu o policzek i zorientowawszy się, odsunęła rękę od twarzy. Nie lubiła wyrabiać sobie typowych gestów, a stukanie w policzek zaczynało jej wchodzić w nawyk.
- I daj mi natychmiast znać, jeśli twoi podopieczni mieliby jakiekolwiek kłopoty z Mieczami. Wtedy przejmie ich Logan. Coś jeszcze? - spytała układając sobie wszystkie nowinki w głowie.
- Noooo… postawiłaś mnie w ciekawej sytuacji. Zwykle to ja zbieram plotki, a nie jestem ich roznosicielką. Chyba nikt w mieście nie wie, że Condrad wraca. Więcej… niewiele moich papużek wiedziało kim jest Condrad Vandyeck.- stwierdziła elfka splatając ręce razem.- Jesteś pewna wiarygodności swego źródełka?
- Mmmm raczej tak, wysyłka z zaproszeniem… cóż… dotarła do adresata. Zatem niestety muszę zaczekać na odpowiedź. Mimo wszystko, skoro żyje to wolę wiedzieć więcej niż mniej. Jutro planuję udać się do opactwa i porozmawiać z jedynym pozostałym męskim członkiem rodziny. Może ten mi nieco pomoże. - zasępiła się baronessa.
- Z poziomu ulicy nie bardzo mogę ci pomóc, natomiast… -zasępiła się elfka.- O jakim opactwie mówisz?
- Klasztorze Oghmy. Z tego co mi wiadomo, siostrzeniec Cristobala jest tam skrybą. Wiesz coś na temat samego klasztoru?
- Nieeeee…. aaaaaleeee… - oczy Ashki rozbłysły chciwością.- Wyobrażasz sobie jakie smaczne kąski kryją się w świątyniach Oghmy. Oni zbierają wszelkie opowieści i informacje, bez względu na ich wartość dla nich. A dla nas… Mogłabyś mnie tam wprowadzić, jako członka swej świty?
Kathil popatrzyła bacznie na Ashkę i pokręciła głową bez słów.
- Mogę Cię wprowadzić ale robótką zajmować się będziesz kiedy indziej. Jutro możesz sobie posprawdzać wejścia i wyjścia. Nie chcę palić sobie mostów tam - zaśmiała się cicho - nigdy nic nie wiadomo. Zgadzasz się?
- Kiedyś byłaś bardziej rozrywkowa… ten tytuł strasznie cię postarza.- mruknęła żartobliwie Ashka, przyjrzała się krytycznie strojowi Kathil.- A może to tylko te ciuszki? Zawsze uważałam, że do twarzy ci z odsłoniętymi nogami… suknie to… wymysł dziewięciu piekieł.
- Ech nie bierz mnie pod włos - Kathil odruchowo poprawiła gorset sukni - też wolę mój “roboczy” strój ale cóż - zaśmiała się - czego się nie robi dla osiągnięcia celu. Dobrze moja Ty rozrywkowa przyjaciółeczko, jeśli to tyle, bądź u mnie wczesnym rankiem. Teraz muszę pędzić dalej, niezapowiedziane wizyty nie mogą czekać. - dodała z uśmiechem.
- Jakieś wymagania co do stroju, broni, zachowania?- zapytała na koniec elfka.- Kogo mam udawać jutro?
-Zróbmy jak zwykle, służkę, ochroniarza i damę. - Kathil wiedziała, że Ashka nie cierpi takiego scenariusza - No już, już nie burmusz się. Pomyśl ile możesz na tym zyskać. Mogę Cię wysłać po wodę, albo po coś tam innego, a Ty sobie w między czasie pozwiedzasz. - trąciła lekko czubek nosa elfki z uśmiechem.
- Zgoda zgoda…-mruknęła Ashka zerkając wprost w oczy Kathil i dodając z bezczelnym uśmiechem.- A ty sobie uważaj.. z perspektywy elfów, jesteś bardzo młodziutka.
Kathil roześmiała się i uściskała Ashkę mocno:
- Gdy pewnego dnia nie usłyszę tego od Ciebie, oznaczać to będzie, że jestem cała siwa i w zmarszczkach. Wtedy będzie pora na zasłużony odpoczynek. Czas na mnie. - posłała jej buziaka i wyszła z uliczki.


Posiadłości Wiligiana była wyraźnie zaniedbana i nieco upiorna. Równie ekscentryczna co sam właściciel.

[MEDIA]http://img15.deviantart.net/dd44/i/2010/187/f/7/horror_mansion_by_akvisuals.jpg [/MEDIA]
Notariusz nie miał ponoć żadnego życia poza pracą. Na przyjęciach bywał, tylko gdy wymagały tego interesy, a z innych rozrywek… miał wykupioną na własność lożę w lokalnej operze. Poza tym jednak nie bywał nigdzie i nie bywał widziany z nikim. Ot, odludek.
Dom w którym mieszkał.. pasował do niego, zaniedbana posiadłość wyraźnie mająca odstraszyć potencjalnych ciekawskich. Czyż taki budynek nie rozbudzał wyobraźni w negatywny sposób?
Kathil pokręciła głową z przekąsem na twarzy. Wiligian zdecydowanie dbał o “właściwy” wizerunek. Przekaz był jasny: chciał być zostawiony w spokoju. Coś jednak mówiło Kathil, że to tylko część prawdy.
Zostawiła karocę w niejakim oddaleniu od posiadłości i ruszyła szybkim krokiem ku drzwiom uważając na ewentualne pułapki lub wilcze doły. Wszystkiego się po nim spodziewała.
Zastukała kołatką do drzwi.
Przez chwilę było cicho, aż wreszcie odezwał się głos mówiący grobowym tonem.- Pana nie ma w domu. - Co jakoś nie trzymało się kupy. Bo niby gdzie miałby być po zamknięciu notariatu? Opera też była już zamknięta.
- Jesteś waść przekonany? - spytała bezczelnie nasłuchując ruchy za drzwiami.
- Jestem.- odparł głośno mężczyzna po drugiej. Na pewno nie Wiligian. Głos był starszy i bardziej dudniący. I znajdował się zdecydowanie niżej. Tuż powyżej pasa Wesalt. Krasnolud może? Gnom?
- A gdzie mogę go znaleźć w takim razie, panie…. - Kathil pochyliła się nieco i zawiesiła głos próbując wydobyć z rozmówcy jego nazwisko.
- Nigdzie. Nigdzie. Proszę przyjść jutro do notariatu panienko.- odparł ów uparciuch po drugiej stronie drzwi.- O tej porze dobrze wychowane damy już śpią.
- Jak to nigdzie? Mam niezwykle pilną sprawę do pana Krantza i nie jestem panienką.
- Nikogo nie ma w domu! Nikogo nie ma w domu!- krzyknął w odpowiedzi uparciuch.
- Darpagonie… co się tu dzieje?-znajomy głos dołączył do kłótni.
- Jakaś pannica się awanturuje szefie.- burknął uparciuch.
- Wiligianie? To ja, Kathil i nie awanturuję. Próbuje przekonać imć Darpagona, że muszę się z Tobą, mój drogi, zobaczyć. Niestety tenże próbuje odprawić mnie z kwitkiem. - głosik Kathil napełnił się tonami smuteczku.
- Kathil? Co ty tu robisz?- w głosie Wiligiana słychać było różne nutki, od zaskoczenia przez ciekawość i radość po panikę. Drzwi się lekko otworzyły i notariusz stanął w nich pytając.- Co to za powód… tak nagłej wizyty?
- Wiligianie, proszę wpuść mnie. Już i tak robię scenę, stojąc pod drzwiami jak jakaś … - Kathil nie dokończyła.
- I tak nikt by nie zwróc…- mruknął imć Darpagon, ale Wiligian go uciszył słowami.- Idź lepiej, przygotuj wino dla dwóch osób.-... i wpuścił Wesalt do środka.
Kathil wślizgnęła się szybko przez drzwi i podała Wiligianowi dłoń na powitanie.
- Przepraszam, że przerywam Ci wieczorny, zasłużony odpoczynek. Ale mam dwie kwestie do omówienia. Niestety nie udało mi się przybyć o bardziej cywilizowanej porze do Twego biura. Mam nadzieję, że łatwiej się tam dostać niż tutaj. - mruknęła z lekką dezaprobatą podążając wzrokiem za Darpagonem. Starym zrzędliwym krasnoludem kuternogą w sfatygowanej liberii. Krantz również spojrzał za nim dodając.- Zadziwiająco dobrze odstrasza od wizyt.
Uspokoił się nieco, wracając do uprzejmego tonu: - Może chodźmy do sali jadalnej?
Zakurzonej, podobnie jak hol. Rezydencja przypominała nieco grobowiec, pełna starych pamiątek po poprzednich właścicielach, kurzu i pajęczyn. Tylko niewielka część była wysprzątana...resztę pokrywał kurz i pajęczyny. Najwyraźniej Wiligian nie potrzebował jej całej i porządek panował tylko na tych obszarach, które były mu użyteczne.
-Jakież to kwestie były tak… pilne? - zapytał.
- Po pierwsze, mam dla Ciebie doskonałą partię, towarzyszkę na przyjęcie u mnie - potwierdziła Kathil rozglądając się po przytulnej rezydencji. W myślach robiła porządek i odgruzowywała całość. W zasadzie gdyby tu posprzątać całość prezentowałaby się całkiem całkiem.
- To bardzo miłe, acz nie przeszkadzałoby mi dowiedzieć się o tym listownie.- odparł uprzejmie notariusz.- Jak ma na imię?
- Tak wiem, ale to tylko jedna z dwóch kwestii. Mieliśmy jeszcze omówić kwestie notarialne. Na imię na Emilia.- zabluffowała zupełnie naturalnie Kathil.
- Emilia… ładnie. Powinienem coś o niej wiedzieć. Dokąd ją odwieźć po balu?- zapytał naiwnym tonem Wiligian.
-To wszystko zależy od tego jak potoczy się wieczór, mój drogi. Gdzie możemy omówić drugą kwestię? - zmieniła szybko temat.
- Tutaj… to miejsce równie dobre jak wszystkie inne w tym domu.- wskazał kobiecie miejsce przy stole jadalnym czekając, aż usiądzie. W tej właśnie chwili dokuśtykał brodaty kamerdyner stawiając wino z dwoma srebrnymi kielichami i ruszył z powrotem do kuchni.
- O niego się nie martw. Jest lojalny i dyskretny. Nic co powiesz nie wyjdzie poza próg tego domu.- dodał Wiligian.
Kathil umościła się za stołem i pokiwała głową.
- Po naszej wczorajszej rozmowie doszłam do wniosku, że chciałabym zabezpieczyć jeśli nie całość to większość swoich aktywów. - Kathil podała Wiligianowi listę, którą wyciągnęła z rękawa sukni. - Tutaj jest oficjalny stan majątku.
- Hmmm… licht bitte.- mruknął przyglądając się liście,a świece w kandelabrze zapaliły się rozświetlając mrok pokoju.- Taki tam magiczny przedmiocik z mych rodzinnych stron.
Po tym wyjaśnieniu wrócił do przyglądaniu się papierowi.- Nieruchomości będzie ciężko… natomiast co do ruchomości, to już inna sprawa. Na jakie nazwisko chcesz je przepisać?
Kathil z ciekawością obserwowała “taki tam przedmiocik” i jego działanie. Wiligian krył więcej ciekawostek i zaczynał łechtać wścib…. ciekawość Kathil.
- Anice Claheshal - Kathil podała swój pseudonim, którego używała w rzadkich
okolicznościach. - Jak szybko mógłbyś się tym zająć? - powiedziała wyciągając kolejną listę, tym razem z nieoficjalnym wykazem dóbr jakie wniosła z posagiem ona sama.
- Hmmm… będę musiał otrzymać dokumentację z miejscowej świątyni w której zawarłaś kontrakt małżeński i zabrać się za to… Przeniesienie praw własności może być kłopotliwe, zwłaszcza tak nagłe… Wiesz jak to jest. Szlachta patrzy na ręce. Dalsza rodzinka pewnie też będzie zerkać. Zabiorę się za to jutro.- wyjaśniał skupiony na spisie.- Część mogłaby nieformalnie zniknąć. Wiadomo wydatki… ale nie będzie to za darmo. Fałszerstwo odpowiednich dokumentów opłacić też trzeba.
- Możesz przygotować kosztorys? Plus oczywiście honorarium dla siebie? Nie jestem pewna czy dam radę znaleźć czas jutro na omówienie tego, dlatego nachodzę Cię w domu. - Kathil podniosła oczka na Wiligiana. - I właśnie zdałam sobie sprawę, że nawet nie przeprosiłam Cię za to.
- Co…? Och drobiazg… przeżyję.- uśmiechnął się półgębkiem Wiligian i zażartował.- A już myślałem, że… oczarowana mną nie mogłaś zasnąć i dlatego też przybyłaś stęsknio… taaa.. za dużo oper się naoglądałem.
Po czym stuknął palcem w papier.- No… nie wiem. Trochę to potrwa. Posiadłości nie uratuję, ale i Condrad nie może jej, ot tak zagarnąć. Jest twoim opiekunem, pasożytem swego rodzaju… ale nie ma pełnych praw do twojej własności.
- Chcę ograniczyć możliwie jak najbardziej opcję pasożytowania na mnie - zrobiła naburmuszoną minkę - oraz zniechęcić do roztoczenia nade mną opieki. - uśmiechnęła się czarująco do Krantza. - Rozumiesz?
- Najlepszy byłby więc szybki ożenek. Patriarcha rodu opiekuje się wdową. Nie mężatką.- rzekł notariusz spokojnym tonem głosu.
- Ożenek oznacza opuszczenie posiadłości, która zostanie w rękach patriarchy. - Kathil skrzywiła się na tę myśl.
- To zależy od męża… ale rozumiem twoje obiekcje. Trudno jednak ocenić sytuację nie znając Condrada i jego obecnych układów finansowych.- zamyślił się notariusz. Westchnął dodając.- No tak… zobaczę co da się zrobić i postaram się wkrótce powiadomić cię listownie o możliwościach.
- Nie powiadamiaj mnie listownie, proszę. Wyślij umyślnego, stawię się na spotkanie. Wolę nie pozostawiać za sobą zbyt wielu … śladów.
Kathil podniosła się, położyła lekko dłoń na ramieniu Wiligiana:
-Liczę na Ciebie, mój drogi. - powiedziała z uśmiechem - Wiesz, że potrafię się odwdzięczyć. - zawiesiła spojrzenie na jego twarzy.
- Jestem w stanie sobie… wyobrazić… niestety.- zażartował notariusz.- Takie wyobrażenia potrafią wybić z medytacji.
Kathil skłoniła głowę:
- Pochlebiasz mi, mój drogi, że moja skromna osoba przewija się przez myśli takiego
ważnego mężczyzny jak Ty. - uśmiechnęła się leciutko, kierując się ku drzwiom.
- Byłbym kłamcą twierdzą, że przewijasz się tylko przez moje myśli.- rzekł kurtuazyjnie notariusz odprowadzając ją do wyjścia. O dziwo… mimo przyniesienie trunku nie zaproponował jej nawet jednego kieliszka wina. Ot, nieuwaga typowa dla Krantza.
- Och, Wiligianie, nie czaruj mojego wrażliwego serduszka. - zaśmiała się Kathil. - Będę oczekiwać na wieści od Ciebie i .. do zobaczenia niedługo. - podała mu dłoń na pożegnanie i ruszyła w drogę powrotną.


Dojechawszy do domu, Kathil wysłała jeszcze umyślnego do Logana aby ten stawił się u niej wczesnym rankiem. Chciała z nim wymienić dwa zdania zanim wyjadą do klasztoru. Potrzebowała go wieczorem przed spotkaniem z Jaegere - chciała upewnić się, że żaden z ogonów wspomnianych przez Ashkę nie podąży za półelfem do Żółtej Ciżemki.Kulgar był ostateczną zaporą, ale nie chciała ujawniać swego udziału lub zainteresowania agentem Złodziei Cienia, przynajmniej na razie… Po drugie pozostawała jeszcze kwestia Denirisa.
Przed udaniem się na spoczynek sprawdziła czy pani Percy ma wszystko czego potrzeba i odpowiedziała na wszelkie pozostałe kwestie.
- Ach i jeszcze aby muzykanci byli przygotowani na ten utwór - Baronessa podała
zapisany tytuł ochmistrzyni - zaśpiewam w trakcie deseru. - Kathil nigdy nie lubiła słodkości. A przynajmniej udawała przed samą sobą, że nie lubi. Unikała ciasteczek i czekoladek jak ognia, dbając o swą figurę i formę. Dbała o nią, traktując swe apetyczne ciało jako narzędzie. Nie mogło zardzewieć ani pokryć się pleśnią czy kurzem… w przenośni. - Pani Percy, czy była tutaj młoda dziewczyna? Blondynka? Jakie sprawiła wrażenie na pani, moja droga ochmistrzyni? - Kathil spojrzała badawczo na byłą burdelmamę i oczekując na odpowiedź pomyślała czy warto spytać ją także o kontakty na wsi.
- Wywłoka zadziera nosa jakby był już doświadczoną pogromczynią serc, a zapewne przeskoczyła ledwie kilkanaście łóżek. Za to wygadana strasznie. Pozuje na arystokratkę, a pewnie jedyne co potrafi to zadrzeć spódnicę. Za moich czasów, dziewka musiałaby się wykazać czymś więcej niż ładnym liczkiem, by być zaliczona do towaru z wyższej półki.- mruknęła z odrobiną dumy w głosie, chowając karteczkę z utworem w dekolt.
- Hmm, dobrze, nie mam za wiele czasu aby znaleźć zastępstwo. Niech służba ma ją na oku. Nie chcę aby coś zginęło, lub aby zaczęła zwiedzać posiadłość. - Kathil pochyliła się do ochmistrzyni znacząco. - Pani Percy, jest jeszcze coś. - Kathil poprowadziła kobietę do ławy i usiadła wraz z nią, przytrzymała jej spracowane dłonie w swoich - Potrzebuję zmyślną osobę na wsi, która byłaby niewidzialna, umiała patrzeć i byłaby bardzo, bardzo dyskretna. Zna pani kogoś takiego?
- Nie bardzo… tym bardziej, że o której wsi baronessa, o tej w naszym majątku. O tej w następnym majątku, czy też może o innej wiosce? W Sembii jest dużo wsi.- przypomniała Bartolomea i Kathil musiała przyznać jej rację. Wesalt miała dobrą siatkę zwiadowczą w stolicy, ale ta sieć nie rozciągała się na inne miasta niestety.
-No dobrze, to nie jest ważne. - Kathil postanowiła odpuścić. To i tak był strzał w ciemno. - Niech służba zbudzi mnie skoro brzask. I niech karoca będzie gotowa do drogi. Proszę przygotować skromne śniadanie dla mnie, pana Logana i pani Ashki.
Kathil udała się do swojego buduaru i z pomocą służącej ściągnęła uprzykrzony gorset i całą tą otoczkę: suknie, halki, pończochy. Każdego wieczoru z ulgą zostawała w skromnej sukni nocnej. Zadumała się przez chwilę, gdy służąca rozczesywała jej włosy. Jaki był ten Condrad? Jakie są szanse, że będzie zadufanym w sobie typkiem? Jeśli wypłynął i mimo przeciwności losu przeżył, raczej niewielkie. Krótko mówiąc bała się jego przybycia. Może faktycznie warto rozważyć ofertę Jaegere w kwestii ujęcia Condrada negocjacjami?
Z takimi myślami udała się na spoczynek.
Po drodze… mijała obwieszony kirem portret i zatrzymała się przy nim. Był na nim namalowane całe ostatnie pokolenie Vandyecków. Był jej mąż, rozkoszny aniołek z kręconymi włoskami. Jego siostra, bardziej poważna i włosami upiętymi w kok. I z widocznymi już zalążkami urody, która ostatecznie doprowadziła ją do zgonu. Byli też rodzice Cristobala. I jej mąż z pewnością wdał się w delikatną urodę matki, bowiem ojciec i jego wuj mieli urodę drapieżników. Twarde spojrzenia, ostre rysy twarzy i coś diabelskiego w oczach. Coś co budziło strach u dam i jednocześnie kusiło do nich. Cristobal tego nie miał, był przystojny, ale elfi w swej urodzie. Delikatny jak panienka.
Kathil westchnęła i przysunęła się do obrazu przyglądając się Condradowi uważnie, szukając w wyrazie namalowanej twarzy czegoś… czegokolowiek co mogłaby wykorzystać na swoją korzyść.
- Kim Ty jesteś? - wyszeptała bezwiednie. Obraz niestety nie chciał odpowiedzieć.
W sypialni jej myśli wciąż kręciły się wokół nieznanego członka rodziny. W końcu zasnęła.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 04-12-2015 o 08:31.
corax jest offline  
Stary 18-11-2015, 10:58   #10
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 61642 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację

Poranek zaczął się od śniadania do łóżka, a potem odprawy dla Ashki i Logana. W przeciwieństwie do Ashki Logan gadatliwy nie był i potwierdzał każde polecenie pomrukiem znad talerza. A Kathil cały poranek spędziła sobie na przypominaniu siostrzeńca jej męża, którego widziała tylko na swoim ślubie. Wiecznie ponurego młodzika w zakonnych szatach i imieniem Ortus. Złożył jej wtedy dość nietypowe życzenia:, by miała tyle szczęścia w małżeństwie ile najwyraźniej miał jej małżonek zaślubiając ją. I tyle… nigdy więcej nie zaprzątała sobie nim głosy. A sam Ortus jakoś nie zjawił się na pogrzebie Cristobala.
Cóż życzenia wydawały się potwierdzać, że młodzik za nią nie przepadał. Kathil przyjęła ten fakt do wiadomości nieco urażona, bo któżby jej nie lubił. No chyba, że wyjątkowo zawiodły ją jej umiejętności oceniania ludzi. Niemniej jednak trzeba było ruszyć w drogę.
Drogę, w trakcie której przypominała swojej świcie o założeniach nadchodzących dni. Na wszelki wypadek.
Podróż do opactwa w którym przebywał Ortus zajęła cztery godziny, z przerwą na lekki posiłek w pobliskiej karczmie. Ashce usta się nie zamykały. Oczami wyobraźni już widziała te wszystkie listy z szantażami rozsyłane kupcom w stolicy i złoto spływające do jej własnej kryjówki. Dobrze że choć w karczmie powstrzymała swe gadulstwo.
W końcu jednak dojeżdżali na miejsce. Przed ich oczami ukazało się opactwo Oghmy, w którym to Ortus był skrybą.

Było duże i o grubych ścianach. Ponura bryła sprawiała, że bardziej przypominało więzienie niż świątynię wiedzy. Karoca zatrzymała się na wewnętrznym dziedzińcu i na spotkanie wyszedł kapłan o twarzy wychudłej i wąskiej. Paciorkowate oczka przyglądały się bacznie Kathil i jej świcie, a uprzejmy uśmiech nie schodził z jego ust, gdy pochylając się lekko kadził.- Cóż za zaszczyt, że baronessa Vandyeck odwiedza nasze skromne progi. Jakaż to szczęśliwa gwiazda przyciągnęła cię tutaj. Potrzebujesz wypisu z ksiąg wieczystych, a może… donację na nasze skromne opactwo chcesz złożyć?
Kathil powitała kapłana z szacunkiem mimo, że miała wrażenie, że wita się ze szczurem, który wybiegł z kanałów wietrząc świeżą zdobycz:
- Witaj czcigodny - słowa jakoś przecisnęły się przez jej gardło - przybyłam wiedziona zbliżającą się rocznicą śmierci mego małżonka. Jakoż jedyny żyjący członek najbliższej rodziny przebywa w tym świętobliwym miejscu, nie godzi się zapomnieć ni o nim, ni o opactwie, które tak dobrze o niego dba.
Przy tych słowach kiwnęła na Logana aby podał niewielką sakiewkę z datkiem.
- A tu skromna darowizna, do dyspozycji twej, czcigodny. - Kathil dała do zrozumienia,
że nie interesuje ją sposób wykorzystania środków. - Czy nie przerwę modłów młodemu Ortusowi? - spytała nieco wprost, gdy sakiewka zmieniała właścicieli.
- Och… nie. Z pewnością nie. Zresztą młody Ortus nie przyjął święceń, więc nadal nie jest kapłanem. Oghma chyba nie docenia jego oddania… mówiąc między nami.- odparł kapłan błyskawicznie chowając kiesę w połach rękawa.- Ale jest zdolnym skrybą i z pewnością przepisuje coś w skryptorium teraz.
-Och - westchnęła Kathil - rozumiem. - pokiwała głową - Czy raczysz mnie zaprowadzić do Ortusa? Moi służący poszukają w między czasie wody aby napoić konie.
- Oczywiście… moja pani. Tędy proszę.- rzekł kapłan i ruszył przodem posyłając mniszkę, by zaprowadziła sługi Wesalt do stajni.
Kathil rozglądała się dyskretnie po opactwie starając się znaleźć pomocne dla Ashki słabe punkty fortyfikacji. Ciekawa też z resztą była zakonnego życia. Ciekawa była młodego skryby, któremu niosła w prezencie niewielki poczęstunek: słodkie, miodowe ciasteczka wypieku pani Percy. Chciała w jakiś sposób móc przełamać pierwsze lody z młodzikiem.
Klasztor poza grubymi murami i wąskimi okienkami zdawał się nie posiadać żadnych zabezpieczeń przed złodziejami. Choć oczywiście pozory mogły mylić. Tak jak mijane osóbki… które pod grubymi chabitami kryły nie tylko mnichów, ale i mniszki. I to całkiem młode. Co przypominało baronessie, że nie każdy stan kapłański uznaje celibat. Wszystko zależy od rodzaju wyznawanego bóstwa. Sharess bogini rozkoszy i Sune bogini miłości, jak najbardziej zachęcały swych wyznawców i kapłanów do rozkoszy alkowy. Nie była jednak pewna jak to jest w przypadku Oghmy. Pozory mogły więc mylić i to w wielu aspektach. Wszak były klasztory nie uznające przemocy i były poświęcone choćby Lojalnej Furii , którego mnisi łamali deski gołymi rękami.
Sama Kathil została zaprowadzona do mniejszego refektarza, przeznaczone pewnie dla starszyzny klasztoru. Tutaj szczurzy kapłan uprzejmie poprosił ją o poczekanie. Nie musiała jednak czekać długo. Po chwili zjawił się znajomy jej młodzian. Choć, musiała przyznać że Ortus był starszy niż go zapamiętała.
- Żałoba już minęła?- spytał na wejściu młody skryba przyglądając się brązowej barwie sukni Kathil.
“Co za bezczelny typek, jeśli jest taki jak Condrad to będzie mnie to sporo kosztować” - pomyślała Kathil ale mimo to, uśmiechnęła się i zbliżyła do Ortusa wyciągając dłoń na powitanie.
- Przecież doskonale wiesz ile czasu upłynęło, mój drogi - powiedziała patrząc
niewinnie na krewniaka.
Ujął dłoń Kathil niepewnie unosząc ją do swych ust i całując jej wierzch.- Nie zamierzam potępiać. Nie tęsknię aż tak za wujem Cristobalem, a na ślubie prezentowałaś się bardziej zjawiskowo. Ale cóż… codzienność wymaga poświęceń. Jak wszystko.
- Nie miewasz zbyt wielu gości, hm? - skwitowała jego mowę powitalną Kathil,
unosząc brew. - Śmiem twierdzić, że jeszcze mniej wśród nich kobiet - dodała z uśmieszkiem. - Klasztor zapewne nie pomaga w szlifowaniu niuansów rozmów salonowych. - uśmiechnęła się do młodzika.
- Jak każde więzienie.- odparł z kwaśnym uśmiechem Ortus i spytał.- Tym bardziej dziwią mnie twoje odwiedziny ciociu Kathil. Choć niewątpliwie to milsza niespodzianka niż siepacze ze strony rodziny mego ojca.
Kathil wyciągnęła niewielką paczuszkę z ciasteczkami i podała Ortusowi:
- Nie są zatrute - dodała ze słodkim uśmiechem. Na dowód swych słów ułamała kawałeczek, włożyła do ust i przełknęła na oczach młodego skryby. - Domowy wypiek. Skoro tak źle Ci tu, to czemu nie odejdziesz? - przez chwilę mierzyła go poważnym spojrzeniem.
- Dokąd? Na ulicę? - sarknął gorzko Ortus sięgając po ciastka i zjadając jedne.- A może upomnieć się o to co moje? Z pewnością krewniacy już przyszykowali zatruty sztylet z moim imieniem. Liczyłem na wuja Cristobala, ale matka miała rację… Na niego nigdy nie można było liczyć. A teraz nie żyje. To więzienie najgorsze z możliwych. Takie bez krat.
- Cóż, Cristobal… - Kathil zawiesiła się - był jaki był. Skoro tak Ci tu źle, czemu nigdy nie pisałeś do mnie chociażby? W końcuś skrybą, list napisać potrafisz.
- Pisałem, za życia wuja. Widać nie miałaś ochoty, by odpisać.- uśmiechnął się ironicznie.- Kogo zresztą obchodzi biedny krewny i jego kłopoty.
- Nigdy nie otrzymałam żadnych listów, Ortusie. - Kathil ujęła jego dłonie w swoje z premedytacją licząc na zaszokowanie chłopaka i potrząsnęła głową ze smutkiem. - Przykro mi.
Rzeczywiście był zdziwiony, ale nie zszokowany. Zamyślił się przez chwilę, po czym rzekł.- Widać wuj pilnował bym ci głowy nie zawracał swoimi problemami. Ale skoro nie przybyłaś tu z powodu listów, toooo… jaki jest inny powód?
- Condrad… podobno wraca. Nie wiem nic o nim, a Ty jesteś jedyną osobą, która
może mi o nim coś powiedzieć. - powiedziała wprost Kathil.
- Condrad? Ale… czemu cię…- nagle dzieciaka olśniło. Spojrzał z zaciekawieniem na Kathil, gdy rzekł.- Acha… boisz się, że weźmie cię pod swą opiekę. Cóż… uczyni to na pewno. To wszak jedyny sensowny ruch. Ale.. czemu mnie to by miało obchodzić?
- Bo mogę być Twoim biletem wyjścia z tego więzienia. Jeśli Condrad “weźmie mnie pod opiekę”, bilet straci swą ważność.
- Toooo opowiem ci co wiem, jak już wyjedziemy z tego miejsca i udamy się do twego domu. Umowa stoi?- zaczął się targować Ortus.
- Dobrze wiesz, że wyciągnięcie Cię stąd zajmie trochę czasu i …. nakładów - dodała. - Masz jakieś zasoby, którymi możesz opłacić wykupne? - spytała dobrze wiedząc, że nie. - Z mojego punktu widzenia, masz pewne informacje, które mogą ale nie muszą mi się przydać, bo są sprzed kilku lat. I żądasz za takie informacje nie tylko wolności już natychmiast, ale i utrzymania. - Kathil uniosła dłonie i wykonała nimi ruch naśladujący wagę. - Nie burmusz się, Ortusie. - powiedziała widząc minę chłopaka. - Możemy sobie nawzajem pomóc. Ale nie traktuj mnie jak wiejskiego głupka, proszę.
- Nie oczekuję że dasz mi najlepsze pokoje i zaczniesz karmić przepiórkami.- mruknął skryba i westchnął.- I jestem pewien, że spróbujesz mnie wykorzystać do własnych celów, jak czynił to każdy… poza moją matką.
Wzruszył ramionami.- Zadaj pytanie, to ci odpowiem. Powiedzmy na trzy pytania na początek?
Kathil zmierzyła chłopaka spojrzeniem, gdy w jej głowie zaczął rodzić się pomysł:
- Ile Ty masz właściwie lat, Ortusie?
- Siedemnaście… osiemnaście skończę za cztery dni.- odparł w odpowiedzi chłopak.
Kathil klasnęła w dłonie:
- A może masz ochotę na ślub? - spytała z zachęcającą minką.
- Ślub? - zaczerwienił się nagle.- Z kim?
- No ze mną, a z kim. W ten sposób możemy wyciągnąć Cię z klasztoru, a Condrad nie przejmie opieki. - popatrzyła na chłopaka.
- Taki prawdziwy ślub?- zaszokowała go. Czerwienił się coraz bardziej.- Z… nocą… poślubną?
- No, żeby ślub nabrał mocy, małżeństwo musi być skonsumowane. - podeszła nieco bliżej - Nie podobam Ci się? - powiedziała raczej niż spytała z leciutkim smuteczkiem w głosie.
- Żartujesz sobie? Jesteś… bardzo piękna i pociągająca… każdy mężczyzna… by to potwierdził.- wydusił z siebie Ortus zagoniony tą propozycją w kozi róg.- A co po ślubie?
- Zamieszkasz w posiadłości oczywiście, dostaniesz uposażenie, będziemy szczęśliwym młodym małżeństwem. Tolerancyjnym i otwartym młodym małżeństwem. Jeśli będziesz chciał, pomożesz mi prowadzić sprawy rodzinne… - Kathil przesunęła palcem po dłoni Ortusa, którą jadł ciasteczko.
- Jesteś bardzo… piękna… zjawiskowa… Ciężko mi będzie zawsze odwracać oczy od twej sypialni.- odparł Ortus z ironicznym uśmiechem. - Ale miło będzie… narobić skandali wśród tych snobów… tą otwartością.
Kathil zbliżyła swoją twarz ku młodzikowi:
- Więc jesteś zainteresowany - wyszeptała z ustami blisko jego ust - pochlebiasz mi,
Ortusie. A co do Condrada, czego się można po nim spodziewać, po jego charakterze? - wciąż szeptała bliziutko jego twarzy.
- Mówię… prawdę.- wymruczał cicho Ortus i sam nachylił się ku ustom Kathil całując je znienacka i niewprawnie. Rzeczywiście nie miał doświadczenia z kobietami, ale usta miał miękkie i ciepłe. - Condrad…-
Przerwał odsunął się od Wesalt, by zebrać myśli.- Condrad jest… niebezpieczny. Powiadała matka, że najechał znienacka wrogi nam ród i zabił… wszystkich bez wyjątku. Dlatego musiał uciekać. Taka napaść, była wtedy skandaliczną zbrodnią, ale Condrad gra według własnych reguł.
Kathil nie odsunęła się od niego, wciąż narzucając swoją obecność nastolatkowi. Był młodszy od niej, ale nie był głupi. Zapewne to stanowiło jeden z powodów zamknięcia go w klasztorze. Wsunęła dłoń w jego dłoń wiedząc, że takie delikatne drażnienie rozpali młodzieńcze pragnienia.
- Niedobrze - zamruczała - ma być tutaj niedługo. Jutro planuję przyjęcie powitalne.
- Nie uderzy od razu. Wrócił… pewnie… niedawno ?- zapytał Ortus spoglądając na dekolt sukni Wesalt i pieszczotliwie ściskając dłoń kobiety. Łatwo się było domyśleć co siedzi w jego głowie. Hormony. Miał przed sobą atrakcyjną kobietę, której wdzięki będzie miał okazję sprawdzić. Niemniej noc poślubna wydawała się tak… daleko.
- Wciąż oczekuję na jego RSVP, zakładam, że przysiadł gdzieś aby się przygotować i zebrać informacje. - Kathil uśmiechnęła się do Ortusa - Podoba Ci się?
- To retoryczne pytanie?- rzekł Ortus z uśmiechem starając się jeszcze zgrywać cynicznego i doświadczonego mężczyznę. Ale wyraźnie miał z tym kłopoty.- Nie uderzy… od razu, chyba. To Condrad doradzał dziadkowi, to on pomógł rodowi rozwinąć… skrzydła.
- Cóż, ja też chcę móc rozwijać skrzydła, nie tylko rodowe, ale na moich warunkach. Być może uda się nam dogadać z Condradem. Chcesz pójść porozmawiać z opatem na temat wyjścia stąd? - pogładziła Ortusa po policzku delikatnym ruchem.
- Sam nie wiem… zobaczymy… możemy… chodźmy razem.- Ortus zacisnął delikatnie jej dłoń i pociągnął za sobą.- Wyrwijmy mnie z tego więzienia… wspólniczko.
- Zatem prowadź, mój przyszły mężu. - poczekała aż ruszy i leciutko pogłaskała go po plecach.
Rozmowa przebiegła szybko i krótko. Jako świeżo utulona w żalu wdowa Kathil miała przecież powód by zabrać jedynego bliskiego krewnego ze swej rodziny. Opat niespecjalnie się też wzbraniał przed wypuszczeniem Ortusa z klasztoru. Bądź co bądź, jeden skryba mniej to żadna strata. Jedna gęba do wykarmienia mniej.
Pozostało jedynie przedstawić sprawę Ashce, która lubiła młodziutkie mięsko… acz przecież nie musiała zaciągać do łóżka, każdego młodzieńca, od razu.
Kathil prowadziła Ortusa w stronę karocy i oczekujących Logana i Ashki. Zaśmiała się na wciąż lekko oniemiałą minę chłopaka.
- Ortusie… wszystko w porządku? - pochyliła się ku niemu, machając do dwójki
przyjaciół.
- Dawno nie byłem na wolności i nigdy nie byłem… to znaczy, podglądnąłem raz czy dwa… zanim tu trafiłem.- Ortus wydukał starając się zachować resztki maski cynika. Ale sytuacja go przerastała. Był teraz zagubionym siedemnastolatkiem, przed którym metaforycznie rzecz ujmując, siedziała naga kusicielka. Nie bardzo wiedział na czym skupic myśli i wzrok.- Nie sądziłem, że się stąd wyrwę. Tym bardziej w taki sposób.

Kathil otuliła się jego ramieniem i sama wtuliła w jego bok.
- Wszystko będzie dobrze, wspólniku. - uśmiechnęła się - Głowa do góry.
- Aaaaa to jest Logan i Ashka. Loganie, Ashko, to mój …. to Ortus. Zabieram go do domu.
- Jaki uroczy… aż chce się go otulić.- uśmiech Ashki był drapieżny, troskliwy i lubieżny zarazem.- Co zamierzasz zrobić z tym miłym chłopcem?
- Miło mi…- mruknął speszony skryba, a Logan… jedynie skinął głową na powitanie. Logan nie lubił się odzywać.
-Zamierzam dać mu się pod opiekę - Kathil specjalnie powiedziała to w tej formie. To Ortus był mężczyzną i jak każdy mężczyzna lubił, gdy jego ego było pieszczone. A czego jak czego, tego na pewno nie zaznał w klasztorze. Mrugnęła do Ashki wesoło. - Chodźmy do karety. Długa droga przed nami.
- Jak pod opiekę, przecież to skryba… chyba żeby go tu szkolili w jakiejś sztuce walki wręcz, ale nie wydaje…- zdziwiła się Ashka, a Logan dodał wtrącając się.- Chce wyjść za niego za mąż.
Oczy elfki zrobiły się wielkie niczym spodki.- No to musi być z niego ogier, skoro tak szybko cię okręcił wokół palca.
- Zapominasz… o tym, że formalnie będzie podlegać mężowi.- przypomniał Logan elfce.
- Aaaaa… no cóż…- uśmiechnęła się lisio Ashka i mruknęła.- Posmakujesz więc wyjątkowej potrawy moja droga. Aż ci zazdroszczę.
- Wolę podlegać komuś, na obopólnie uznanych warunkach, niż komuś kto jest wielkim złym wilkiem w rodzinnych legendach. - mruknęła Kathil, spoglądając na Logana. Jej Logana. - otrząsnęła się szybko.
- Ashka, nie zawstydzaj go. - strofowała przyjaciółkę ze śmiechem. - A co do szkolenia… to nic straconego. - Kathil popatrzyła na Ortusa - Gotowy na powrót?
- Oczywiście. Im szybciej tym lepiej.- odparł młodzian uśmiechając się ironicznie.- Nie zamierzam udawać, że będę tęsknił za tym miejscem.

Kathil wskoczyła do karocy i zajęła miejsce. Dała Ortusowi wolny wybór miejsca, nie chciała go osaczać tak gwałtownie, wolała aby sam z własnej woli wybrał lojalność wobec niej. Tkała nić powoli i z wprawą.
- Ortusie, jutrzejsze przyjęcie - zaczęła gdy ruszyli - możemy wykorzystać do oświadczyn. - zawiesiła wzrok na młodzieńcu.
Ortus usiadł blisko niej, onieśmielony sytuacją. Logan zapadł w drzemkę, a Ashka uśmiechała się frywolnie zerkając to na Kathil, to na Ortusa.
- To zrozumiałe… chcesz uderzyć, zanim on zdąży wykonać swój ruch.- skinął głową chłopak i zamyślił się.- To nie powinno być trudne. Potrzebny jest pierścień i jakieś miłosne wyznanie. Pp.. oradzę sobie.
-Pierścień rodowy wciąż jest w skarbcu. Strój zakupimy, a z wyznaniem miłosnym… cóż jesteś skrybą. Czytałeś wiele ksiąg i na pewno sobie poradzisz. Na przyjeciu będzie około 16 osób. Sami sąsiedzi, rozsądni ludzie. - założyła ramię o ramię Ortusa - Nie musisz się obawiać wystąpienia. Jutro opowiem Ci szczegółowo, kto jest kim.
- Nie taki pierścień… tylko narzeczeński pierścionek.- mruknął Ortus starając się bohatersko nie zerkać w dekolt przyszłej żony, co wywoływało chichot Ashki i komentarz.- Masz uroczego męża… przyszłego.
- Masz jakiś specjalny pomysł Ortusie? - spytała w kwestii pierścionka - Ashko, daj mu spokój. - zaśmiała się odwracając twarz w stronę ramienia młodzieńca i lekko chowając w nim twarz z chichotem.
- To powinno być coś… zachwycającego. Żeby uwierzyli… można by rozsiać plotki o skarbie w moim posiadaniu. To by wiele tłumaczyło.- próbował myśleć młodzieniec. Nie było to łatwe, przy natłoku zdarzeń jakie mu się dziś przytrafiły.
Kathil zamyśliła się.
- Hmm… - pomyślała o zapasach cioteczki - Może uda mi się znaleźć coś
odpowiedniego. Ale pomysł całkiem przedni mój drogi - przesunęła dłonią po jego przedramieniu.
Ortus wiele razy się podczas tej przejażdżki czerwienił. I ciężko mu było utrzymać maskę aroganckiego cynika. A Kathil… zastanawiała się, cóż wyniknie z tej sytuacji. Młody mąż niósł pewien bagaż kłopotów, ale też i szans. I mógł być bardzo użyteczny. I niewątpliwie rozpaliła jego wyobraźnię do czerwoności. No i przy tylu byłych kochankach, rzadko miała okazję spróbować prawiczka.
Liczyła przede wszystkim, że będzie w stanie go ujarzmić, ukształtować by stał się cennym graczem w jej rozgrywkach. Wydawał się być inteligentny i szybko myslący. Takich asów w rękawie, nigdy za wiele. W przeciwnym wypadku… cóż, zostawiła tę opcję otwartą na przyszłość.

Po powrocie wydała odpowiednie dyspozycje pani Percy: komnata, kąpiel, jedzenie, golenie, strzyżenie. Nakazała też ochmistrzyni aby uprzedziła służbę, że powrót młodego Ortusa ma pozostać tajemnicą do czasu przyjęcia. Pożegnała się z Ortusem, obiecując spotkanie po swoim powrocie. Zostawiła go samego aby dać mu czas na odsapnięcie po zawrotnym tempie wydarzeń mijającego dnia.

Na koniec, sama musiała przygotować się na spotkanie z Jaegere: kąpiel, strój, fryzura, broń. Sprawdziła trzy razy, czy wszystko ma przygotowane i czy wszystko leży odpowiednio. Narzuciła na siebie prosty i skromny płaszcz z głębokim kapturem i wsiadła do karocy, aby być wcześniej przed umówionym czasem spotkania.


Karocę pozostawiła w sporej odległości kilkunastu ulic od Żółtej Ciżemki. Dyskretnie sprawdzała, czy gdzieś nie spostrzeże Logana, który miał zająć się wszam ogonami Jaegere.
W Błękitnej Komnacie zaś sprawdziła czy wszystko zostało przygotowane zgodnie z jej życzeniem: niewielki stolik zastawiony do kolacji, taca z olejkami do masażu dyskretnie schowana, łoże skromnie zasłane czystą narzutą, dobre wino, płonące świece. Kolację mieli otrzymać wkrótce po przybyciu Jaegere. Nic wyszukanego, ani obfitego, za to łatwego w jedzeniu: chleb, sery, ciepłe miesiwo w plastrach, owoce. Poprawiła wszystko wedle uznania.
Przycupnęła na fotelu wciąż w płaszczu, oczekując na Jaegere. Gdy bardziej wyczuła niż usłyszała zbliżające się kroki, stanęła za drzwiami by znaleźć się za plecami półelfa, gdy ten wejdzie już do komnaty.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 04-12-2015 o 08:27.
corax jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:22.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169