Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 24-11-2015, 22:56   #1
 
Panicz's Avatar
 
Reputacja: 989 Panicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwu
[PF-Grwk]"Kobieca logika" wg Malahaja & Panicza

Prezydium obradowało. Zebrane w komplecie, odseparowane od płochej codzienności. Pochylone w skupieniu nad sprawami państwowej rangi, wyzwaniami mężów stanu i filozofów. Naradę przerwała jakaś intruzja, jakiś sygnał z dolin, wezwanie z ludzkiego świata. Bariera rzeczywistości została przerwana.

Brudna kotara odsłoniła wejście do alkierza. Dziewka w o dwa numery za małym fartuchu przyglądała się pytająco.

- „Eee, tak?” – siedzący u szczytu stołu mężczyzna w haftowanym fantazyjnie dublecie powoli lądował.

- „Pytałam czy podać jeszcze gorzałki”.

Przewodniczący spojrzał po współtowarzyszach obrad - przy stole panowała demokracja – i znalazł pełen konsensus.

- „Tak. Poprosimy jeszcze…” – Narada przebiegła spojrzeniowo. – „Antałek”.

Uspokojony, z powrotem na właściwej ścieżce, Legion Sprawiedliwości mógł obradować dalej.

* * *


Zajazd „Pod Wijącym Węgorzem” – duma „Kamulca” Rivrosta – pysznił się dwoma drewnianymi piętrami na murowanej podbudówce, stajnią na osiem koników, piwniczną chłodnią z prawdziwymi bryłami lodu, kuchnią na cztery paleniska i prawdziwym srebrnym imbrykiem do parzenia herbaty. Pysznił się właściciel, pyszniła się obsługa i pysznił się zasmarkany berbeć synowej Kamulca, który latał po biesiadnej z sosnowym konarem i zaprowadzał porządek wśród wyimaginowanych konkurentów dziadka. I może nawet wszyscy pysznili się zasłużenie, może jedzenie było pięciogwiazdkowe, sienniki jak z chmurki utkane, a napitki wybornie dewastujące, ale chmara wędrowców, która zleciała się do biesiadnej nie trafiła pod dach zajazdu w potrzebie relaksu.

Czemu właściwie przybyli do gospody na rogatkach Wzgórza Ratik sami do końca nie wiedzieli. Owszem, mieli bardzo wyraźny przykaz, by tu i tu się stawić, uprzedzono o podróży, o jakichś tam potencjalnych niebezpieczeństwach, czy jak przedstawiono to innym – „przygodach”, dano personalia człowieka do kontaktu i ogółem życzono powodzenia. Chodziło, jak to zwykle w przykazach od Legionu Sprawiedliwości bywało, o sprawiedliwość. Dziejową tym razem, co trochę odbiegało od tej niekiedy i niektórym zlecanej, małoformatowej i dziejącej się zwykle w zamtuzach, szulerniach i na melinach. Sprawa była honorowa i miała mieć wielce patriotyczny wymiar, renesansowo stawiać kraj na nogi i odżywiać, by rozkwitł na wyjałowionej przez najeźdźców glebie. Ogólniki. Ogólniki smakowały sucho i piekły w język.

- „Kamulec.” – Mężczyzna z włosami związanymi w kitę wysunął się zza ławy, bezboleśnie prześlizgnął mimo surowo chłoszczącego meble kijaszka najmłodszego Rivrosta.

„Miał tu być facet, Revald Krull. Siwy, czy tam czarno-siwy. Albo na odwrót. Widziałeś kiedyś, zdarzyło mu się tu kiedyś trafiać z moim ojcem. Na gębie…” - Gaspard przeciągnął paluchami po twarzy, od brwi do podbródka. „Na gębie taka pamiątka, blizna szlakiem po całości”.

- „No pewnie, że kojarzę. Twarzowy. Wziął pokój na górze, ale rano wyjechał. Mówił…” – Gospodarz przerwał myśl słysząc stukające na zewnątrz kopyta i terkot kół wozu. – „Mówił, że wróci po południu. Ani chybi on”.

- „Reta, zobacz kogo przyniosło” – gwizdnął na dziewkę mocującą się z kominkowym żelazem. – „Szybcikiem dziewczyno, ruchy ruchy”.

* * *


- „W dupie mam to siano, kurwa. Ale nie, dosłownie mam. Żeż kurwa!” – Dziobaty rzucał się jak ów wijący węgorz, który dawał włóczęgom schronienie. – „Zaraz zwariuję, no ni chuja tu dłużej nie wysiedzę!”

- „Skończ się wiercić i zawrzyj mordę Bekon”. – Wyglądający przez szpary w deskach stodoły dowódca operacji potrzebował skupienia. Siedział na pryczy siana już piątą godzinę, chciało mu się lać, bukłak z gorzałką dawno był wylizany do cna, a teraz jeszcze ten baran narzekał jak baba w ciąży. – „Nie umiesz chwili usiedzieć z zamkniętą jadaczką, nie wiercić się ciągle?”

- „Chwilę, chwilę” – cichszym, potulniejszym tonem kontynuował narzekanie Bekon. – „Miał już być z dziedzicem pięć godzin temu, a siedzimy, siedzimy i nic. Gawron z Bułką tam na dole to przynajmniej na świeżym powietrzu, a tu wali szczochem i chuja widać… O, o. Ten powóz… To ich? Oni?”

- „Nie oni.” – Gwidon nie westchnął na głos tylko żelaznym wysiłkiem woli. – „Jak będą oni to będziesz wiedział od razu. Nie będzie czasu na ‘chyba’ i ‘może’”.

* * *


Nie oni. Kimkolwiek byli ci, którzy przyjechali pod „Węgorza” w eleganckiej kolebce południowego wyrobu, nie byli od Revalda, nie znali go, nic o nim nie wiedzieli i w ogóle to nie mieli czasu gadać, gospodarzu prowadź do alkierza. Zadaszony powóz z dwójką niuchających jak czajniki gniadoszy nie przyniósł tego, kogo wyczekiwano. A że przykazanie od Legionu było jasne, a lepszego miejsca na czekanie niż karczma „Kamulca” być nie mogło – czekali. Coraz bardziej skłonni, by sobie jednak żwawiej podlać, poznać się i – jak alkohol da – polubić. W końcu coś mieli niby razem robić.

Zbieranina była barwna. Może nie szatą, ale jednak zapraszająca spojrzenia odmiennością od szarych Kowalskich. Ten od karczmarza, jakiś jego znajomek, Gaspard chyba, niektórym rzucił się już wcześniej w oczy przy okazji jakichś Legionowych sprawunków. Lubił gadać, a do tego mielił językiem ładnie. Tyle tylko, że póki co nie było jeszcze i o czym gadać. Krasnolud, Gorri, był jedynym z którym znał się więcej niż z widzenia, ale też nie było tak, żeby miał ochotę klepać się z nim po pleckach i gżdulić gorzał. Panowie woleliby pewnie bardziej przypijać do elfki – nie dość, że jedynej kobiety w całym towarzystwie to jeszcze tegoż egzotycznego, rzadkiego na północnych ziemiach gatunku. Lairiel jednak na razie trzymała rezon, choć niewygodnie jej było pod jednoznacznymi spojrzeniami z sąsiednich stolików.

„Kaczor” znosił całą rzeczywistość wokół z godną podziwu obojętnością, w pełni oddany wodzeniu łyżką po dnie miski, zygzakiem między jedną cząstką kapusty a drugą. Tyralyon wydawał się równie skupiony, ale jego spojrzenie wędrowało ku sprawom bardziej wzniosłym, raczej ku powale, belkom stropowym i żyrandolom. W punkcie między jedną a drugą ekstremą znajdował się Jasper, wyprostowany jak struna, wodzący wzrokiem na poziomie pośrednim, akurat po twarzach i sylwetkach ludzi wokół, wnikliwie rejestrujący ruchy każdego z klientów.

No i byli jeszcze ci dwaj, na swój sposób podobni, jeśli szło im się bliżej przyjrzeć, ale wiekowo z dala od siebie. Młody – i widać było, że młody – miał lat ze dwadzieścia góra. Stary – wcale nie było widać, że tak stary – ile miał lat w pierwszej chwili po prostu ciężko było oszacować. Wigoru w każdym razie mu nie brakło, co szło wyczytać po wylewności, z jaką się przedstawił. Malcolm Tumuluz.

- „A ten drugi to Robert” – rzucił dodatkowo, jakby z musu.

Wzajemnemu obłaskawianiu i spojrzeniowym ocenom czasu może byłoby dość, bo Krulla nie było ani widu, ani słychu, ale czas ruchu wreszcie nadszedł. Dla „Kaczora”. „Kaczor” ruszył do wychodka.

- „Się chyba nie doczekamy” – mruknął jakoś pod nosem, jakby się usprawiedliwiał. A wcale nie trzeba było. Doczekali się. Doczekali się, choć nie tego, co sobie życzyli.

* * *


- „Ten? – Bekon wygramolił się ze swoich zwałów siana i przycisnął do prześwitu w deskach, o mało co nie wybijając drewienek ze ściany.

- „Ten, ani chybi. Lecimy.” – Gwidon kopsnął w deskę na dachu stodółki, odrzucił klepkę i cichcem wślizgnął się na dach. Z nożem w zębach zjechał po pochyłym daszku na dół, odbił się od ściany gospody i wylądował zgrabnie na beli siana.

- „O masz, a co to? Panna z nim? – Zbój dołączył do szykującego noże kompana. – ”Skąd panna? Gdzie dziedzic?”

- „To jest dziedzic, Bekon. Ją bierzemy za kudły.” – Dryblas wychylił się zza węgła i wyczekał aż Revald z pannicą zsiądą z koni i przywiążą zwierzęta do palików. – ”Dobra, gotowy? Gwiżdż chłopaków, tłuczemy dziada, bierzemy pannę i w lot”.

* * *


Gwizd jak gwizd, mało kogo by oderwał od kufelka, ale głos „Kaczora” idącego za potrzebą już skojarzyli. Wydarł się coś, pewnikiem alarmowo i towarzystwo zdecydowało – po krótkich chrząknięciach – że jednak się ruszą, pójdą zobaczą, co to tam się wyprawia.

* * *


Nóż pacnął przez werandę jak nietoperz spadający na insekta, niemal bezszelestnie, chyłkiem. Tyle szczęścia Revalda, co w grubym watowanym kołnierzu – majcher świsnął, przebił się przez wełnę i dziabnął rycerza po szyi, ale zahamował dość, by nie wbić się do głębi. Drugi nóż dosięgnąć mężczyzny już nie miał prawa. Facet był już trzy kroki dalej, ze ściągniętym z jaszczura mieczem, w pędzie do wyskakującego zza rogu duetu zbójów. Rąbnął z wyskoku, pozwalając sobie jeszcze w przelocie na fintę, ale zbir naprzeciwko nie był pierwszy lepszy. W tych stronach ludzie, którzy porzucali życie na zapiecku żyli krótko. Ci, którzy zsunęli się z ciepłego pieca i wyżyli na zimnie świata musieli coś umieć, jeśli ciągle dychali.

Revald niegościnność świata znał długo. Odbił kontrujące uderzenie dryblasa, zbił poprzecznym cięciem próbę obejścia go przez dziobatego, wyskoczył pomiędzy obu niskim skosem zmuszając zbójów do desperackiego uskoku. Dziobaty nie wyrobił, przewrócił się, przekoziołkował i zaczął szybko gramolić z ziemi. Gwidon ustał. Pomogła niby deska werandy, ale grunt, że ustał na nogach. Odbił się od deski i rzucił w sukurs koleżce, którego Krull umyślał szybko wyłączyć.

- „PUSZCZAJ!” – wrzasnęła przeraźliwie jakaś niewieściego głosu istota. – ”TFU, PFU, PFUSZCZAJ!”

- „Biegiem, biegiem tu!” – „Kaczor” wkroczył na scenę z lekkim opóźnieniem, ale szybkim wezwaniem do kompanów chciał kiepski timing naprawić. A było co naprawiać.

Revald, dopóki dziewczyna się nie wydarła, komunikując tarapaty, był na dobrej drodze, by rozprawić się ze zbójami. W kluczowym momencie przyszło jednak martwić się za sprawą pannicy i o nieswoje dupsko, więc napastnicy szybko wykorzystali moment. Bekon pozbierał się z czworaków, Gwidon już atakował od flanki, a jeden z tych, którzy wcześniej czaili się przy magazynku – Bułka bodajże, kij go wie – zaraz pospieszył, żeby jeszcze wyrównać szanse. Nie mogło być dobrze. I nie było, watowany kołnierz zaczął przesiąkać czerwienią. Znak, że nóż jednak nie odbił się całkiem bezboleśnie.

Ale co tam szyja i co tam nóż! Pannica, kimkolwiek była, ale szło skojarzyć po reakcjach Revalda, że pewnie nie stajenną, która poprawiała mu popręg, bronić umiała się gorzej. Czemu się dziwić, Gawron nie był dżentelmenem. Panienkę szybko wyciszył rąbnięciem sękatej pięści między oczy, zarzucił sobie przez ramię i dalejże na powóz. Dwóch kolegów – widać spisek się poszerzał, na Krulla czekało już pod „Węgorzem” z tuzin osób - zdzieliło konie po zadach i kolebka ruszyła dziko, wyskakując akrobatycznie na skórzanych rzemieniach.

To już wszyscy, wylegli na podwórze, członkowie zawiązanej „Pod Wijącym Węgorzem” kompanii widzieli. Jakby tego było mało, zobaczyli jeszcze, jak pyzaty łysol, sam już w strzemionach, na kobyłce Revalda, odwiązuje wolne konie od palików i dalejże, tłucze zwierzaki po zadach, śląc wierzchowce hen w popłochu, byle uwolnić kolegów od pościgu.

Było jasne. Ktokolwiek czekał na Revalda w zasadzce, wiedział na razie o jego planach więcej, niż Gnorri, Lairiel i reszta towarzystwa. Ale szybką dedukcją czegoś nowego dowiedzieli się i protegowani Legionu. Dodając dwa do dwóch zrozumieli, że w sprawach, z jakimi polecono im się mierzyć istotny jest nie tylko Krull, ale i rudowłosa dzieweczka, kimkolwiek by nie była. A już jeśli owe sprawy miały mieć swój jakiś ciąg dalszy to w układance były potrzebne oba elementy.

Chyba? A jeśli nie, to gdzie leżała większa waga? I tak w ogóle… Kto miał teraz właściwie czas na myślenie?
 

Ostatnio edytowane przez Panicz : 24-11-2015 o 23:16.
Panicz jest offline  
Stary 25-11-2015, 21:43   #2
 
Komtur's Avatar
 
Reputacja: 15448 Komtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputację
Jasper wredną mordę odziedziczył po ojcu ale piękne blond włosy po matce. W sumie uchodził za przystojniaka i nawet dziewki zwracały na niego spojrzenia, do czasu aż się nie odezwał. Chrapliwy, sycząco-szeleszczący głos psychopaty, kolejny spadek po ojcu, przyciągał tylko dziewoje pragnące jedynie ekstremalnych wrażeń.

Jasper gdy tylko zobaczył co się dzieje, zareagował błyskawicznie. Rzucił się biegiem w kierunku płotu mając zamiar przeciąć drogę odjeżdżającej kolasce. Dwa szurikeny wyskoczyły nie wiadomo skąd i pomknęły w kierunku Gawrona, gdy Jasper już skakał z płotu na burtę wozu.
 
Komtur jest offline  
Stary 25-11-2015, 22:22   #3
 
Gantolandon's Avatar
 
Reputacja: 28 Gantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodzeGantolandon jest na bardzo dobrej drodze
Szczupły, brodaty mężczyzna zaklął, jedną ręka pośpiesznie gmerając przy pasie. Kiedy usłyszał hałasy, wyskoczył z wychodka, nie zapinając klamry do końca. Teraz ponosił tego konsekwencje. Spodnie trzymały się luźno, grożąc zsunięciem się w każdej chwili. Dość kłopotliwa sprawa.

Manewr utrudniała Kaczorowi trzymana w prawej dłoni kusza. Broń była już naciągnięta - nic, tylko założyć bełt i strzelać. Mógłby odrzucić ją na ziemię, ale wtedy pewnie nie zdążyłby już podnieść. Mógłby zacząć gmerać przy pasie trzymając kuszę w dłoni, ale mógłby przypadkiem nacisnąć spust, a oberwanie w krocze cięciwą, którą trzeba naciągać kołowrotkiem, nie byłoby miłe. Pozostało mu więc pośpieszne zapinanie klamry jedną ręką, wiedząc, że w tym czasie powinien właściwie już sięgać po amunicję.

Jak zwykle w takich momentach, zastanawiał się, co poszło nie tak. Czy zasadzkę dało się zauważyć, a on ją przeoczył? Możliwe. Czy mógł pójść do wychodka trochę później? Nie bardzo. Przez głowę przemknęła mu myśl, że miał dość czasu, żeby przynajmniej naładować kuszę, ale kto robi takie rzeczy srając?

Kaczor zmrużył przekrwione oczy - nie spał tej nocy za dobrze, tak jak zresztą zazwyczaj. Zdał sobie sprawę, że nie zdąży. Nie poradzi sobie z tą przeklętą klamrą jedną ręką, nie zanim ostatni z przeciwników zdąży uciec, w dodatku z ich końmi. To był moment, kiedy należało ustalić priorytety. Kaczor służył w aerdyjskiej armii i wiedział, co w takich chwilach jest najważniejsze.

Puścił pas, szybkim ruchem założył bełt i rozstawił nogi, składając się do strzału. Nie było sensu celować w łysola, skoro mógł trafić w zad jego konia. Pieszego łatwo dopadną.
 
Gantolandon jest offline  
Stary 26-11-2015, 17:14   #4
 
Jaśmin's Avatar
 
Reputacja: 12525 Jaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputacjęJaśmin ma wspaniałą reputację
"Dziś dobrej gorzały już nie ma..."
Ta oto wysoce filozoficzna myśl nawiedziła Tyralyona gdy spróbował specyfiku podawanego w karczmie, w której się zatrzymał. Podłego gatunku gorzałka ekspolodowała w gardle jak petarda odbierając oddech. No! Przynajmniej mocna była.
Takie trunki pili ludzie , którzy chcieli śnić o innych, mniej rzeczywistych światach. Tyralyon pił w nadziei, że przynajmniej tej nocy nie nawiedzą go żadne sny.
Nieco niecierpliwym gestem rycerz poprawił ciemne, proste, siegające pleców włosy, opadające na okryte kolczugą ramiona. Tyralyon miał wszelkie prawo uważać się za mężczyznę przystojnego. Ciemnowłosy, z bladą twarzą o szlachetnych rysach, ciemnych oczach o nieco dzikim i rozgorączkowanym spojrzeniu, orlim nosie. Cieńkie usta otaczała krótka ciemna broda znacząca twarz piętnem zwierzęcej drapieżności, której uśmiech nie łagodził. Wysoki i szczupły, sucho umieśniony, robił wrażenie człowieka czynu.
Tyralyon odchylił się lekko na krześle przełykając kolejny łyk wódki. Pod wpływem ruchu kolczuga, w którą był odziany, okrywajaca go od szyi aż do stóp, zachrzęściła. Zbroję okrywała biała jaka ozdobiona czarnym krzyżem. Trzymające kubek dłonie okryte były pancernymi rękawicami, na kolanach i łokciach pyszniły się metalowe płytki. Na pasie otaczajacym talię rycerza wisiał długi miecz w pochwie, o krzyżowym jelcu. Z drugiej strony pasa znajdował się wysłużony morgensztern i prosta mizerykordia. Żadne z tych narzędzi wojennego rzemiosłą nie było w żaden sposób zdobione, czysta prosta stal i drewno.
Gdy siedzący obok Tyralyona mężczyzna, Gaspar, bodajże, polał mu jeszcze trunku, rycerz podziękował uśmiechem. Znajomość zapowiadała się pierwszorzędnie.
Podobnie jak ten dzień. Jednak, jak to zwykle bywało, ten dzień spieprzył swe szanse, dokładnie tak jak można było się spodziewać. Odgłosy awantury i paniczny krzyk, w damskim najwidoczniej wykonaniu, oderwał kompanię od wódki i pogawędki. Widząc, że pozostali ruszają na zewnątrz, Kriskaven westchnał ciężko.
"Rusz się, młody. Do pracy marsz."
Jakieś niewielkie stworzenie poruszyło się przy nogach rycerza. Pochyliwszy się mężczyzna pogładził łeb niedużego, płowego psa o ostrym pysku.



-Zostań, Nutka.
Widząc, że suczka kładzie się posłusznie na podłodze Tyralyon ruszył na zewnątrz.
Przywitało go zamieszanie pierwsza klasa. Wyglądało na to, że podli i bezbożni awanturnicy porywają niewinną i zacną niewiastę. Rycerz zaklął w sposób nie przynoszący chluby dobrze urodzonemu młodemu człowiekowi, dobył miecza i, poruszajac się, mimo zbroi, szybko i zwinnie, zabiegł drogę porywaczom.
"Co za bohater! - ta cyniczna myśl była skierowana pod własnym adresem - Co za klejnot wśród bohaterów!"
Tyralyon stając naprzeciw porywaczy uśmiechnął się krzywo i drapieżnie.
"Nie naśmiewaj się ze mnie, Tyralyonie Kriskaven...!"
 
Jaśmin jest offline  
Stary 26-11-2015, 21:00   #5
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 6923 Hazard ma wyłączoną reputację
Gaspard często zastanawiał się, dlaczego Bogowie go tak nie lubili i co dzień zsyłali na niego deszcz gówna. Dosłownie, biorąc pod uwagę opróżnianie latryn, jakie ostatnio zlecił mu jeden z przełożonych. Do dziś przykra woń wydobywała się z niego, niczym z końskiego zada. A to tylko jedno z jego wielu, niezwykle ekscytujących zajęć, jakie z niezmiennymi, krzywymi uśmiechami na krzywych mordach, zlecali mu przełożeni. I najmłodszemu Jauffretowi wcale nie podobała się ich mina, kiedy wysyłali go na to zadanie.
- Chyba wolę latryny - sapnął, rozdziawiając usta na przedstawienie jakie zaprezentowali im bandyci. No cóż, na żadnej sztuce teatralnej nigdy nie był, ale tak sobie wyobrażał sceny, kiedy księżniczka zostaje porwana i zabrana do samotnej wieży, strzeżonej przez smoka.
Kurwa, już się domyślam, kto zagra w roli jej wybawców...

Zaś kiedy cała zgraja poczęła zwiewać z panną, a jego nowi kompani rzucać się by ją uratować, on rzekł tylko:
- Baba z wozu koniom lżej. - Najpierw raźno, lecz zaraz skrzywił się pod ciężarem tych słów, kiedy zrozumiał, że obok niego stoi urodziwa elfka. Zaraz jednak ponownie się wyszczerzył. Przecież miał już kobietę i jej krągłości. Co prawda, nie zapowiadało się, by prędko miał ją zobaczyć, ale starał się być przede wszystkim optymistą. Może po tym, jak zabiją już tego smoka, dowódca da mu dzień wolnego. Albo kwadrans na wizytę u niej? Tak. Kwadrans byłby idealny!
Spoglądając na pierwsze kroki swych towarzyszy, Gaspard jedynie podrapał się po śniadej głowie. Zanadto młody to on nie był, ale do starości również było mu daleko. Wiek, powiedzmy, w sam raz do ożenku, który w zasadzie odbył się jakieś pół roku temu.
Kita włosów, związana sznurkiem, spływała mu do łopatek. Brązowe oczy, w których chyba na stałe zagościła kpina, migotały delikatnie. A lekka szczecina, dodawała jego twarzy męskości i charakteru, przez co sprawiał pozory siły i odwagi, tak przynajmniej mówiła mu Lise.

Wybór przed jakim stanął, wydawał się prosty. Popędzić na pomoc rozwrzeszczanej pannie, którą karoca niskich klas wiozła ku nieznanemu, czy starać się wyciągnąć z tarapatów jej ochroniarza? No cóż. Najchętniej to by dokończył piwo i udawał, że nic się nie dzieje, ale z drugiej strony wolał nie ryzykować narażania się ponownie na gniew przełożonych. Po dosyć szybkiej analizie, stwierdził, że będą mieli okazję ratować pannę jeszcze wiele razy, zaś trup to trup, niewiele da się z nim zrobić. Tak więc Revald…
Z Gasparda nie najlepszy był wojak. Dużo bardziej wolał ciąć słowem niż mieczem, jednak siłą jego było zaskoczenie i oszustwo. Ostrożnie okrążył Revalda i skupionych na nim zbójów. Cierpliwie czekał na swój moment, by ostatecznie skoczyć niczym pantera na pierwszego lepszego bandytę i wbić mu miecz między łopatki. Ojciec zapewne nie byłby dumny z jego taktyki, ale Gaspard niezbyt przejmował się opiniami zmarłych.
 
Hazard jest offline  
Stary 26-11-2015, 23:37   #6
 
Mike's Avatar
 
Reputacja: 21901 Mike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputacjęMike ma wspaniałą reputację
Mówić, że Malcolm Tumuliz był mężczyzną w sile wieku, to jak by opowiadać jakim ta Marchia jest kwitnącym krajem. Wianuszek siwych włosów z tyłu głowy otaczał łysinę, schludnie przycięte wąsy i broda także zaczęły się już bielić... z dekadę temu.

Czarne podróżne ubranie nosił z klasą i szykiem, jakiego nie powstydził by się szlachetnie urodzony, mimo, iż odzienie sporo przeszło podczas podróży.

Znużony siedział mając po lewicy podobnego do niego młodzieńca. Wydobył tykwę zza pazuchy i nalał do blaszanego kubka, zamieszał cynową łyżeczką i głośno siorbnął mało nie wydłubując sobie oka.
- Przepraszam - powiedział widząc spojrzenia innych. Wyjął łyżeczkę, popukał nią w kubek strącając kilka kropel drogocennego płynu do środka, odłożywszy łyżeczkę na stół ponownie głośno siorbnął.

- Chodźmy zobaczyć, młodzieńcze czy też nasze talenta mogą być użytecznie - rzekł do towarzysza i obaj podążyli na zewnątrz. - Klasyczny przypadek porwania - światle skomentował widziane zajście.
 
Mike jest offline  
Stary 27-11-2015, 20:01   #7
 
pppp's Avatar
 
Reputacja: 339 pppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skałpppp jest jak klejnot wśród skał
Jednym z unikalnych talentów Malcoma było jego niezwykły wzrok. Oczy starszego mężczyzny zdawały się wciąż czujnie obserwować okolicę i w dodatku czyniły to niezależnie od siebie uważnie lustrując wszystkie strony świata.

Spojrzenie młodszej kopii Malcolma, Roberta Tumuliza, miało tę samą cechę, przez co rozmowy dwóch mężczyzn wyglądały nieco dziwnie:
- Chodźmy zobaczyć, młodzieńcze czy też nasze talenta mogą być użytecznie - rzekł do towarzysza Malcom jednym okiem świdrując zbaraniałego karczmarza, a drugim lustrując powałę zajazdu.

- Klasyczny przypadek porwania - starszy Tumuliz roztropnie skomentował sytuację na zewnątrz, a młodzieniec odrzekł:
- Musimy działać! - bojowej deklaracji przeczył wzrok Roberta, bowiem młody wojownik robił wrażenie jakby jednym okiem wpatrywał się w dekolt kręcącej się we wnętrzu karczmy dziewki, a drugim badał ślimaka wspinającego się po omszałej cembrowinie studni pod karczmą.
- Pomóż tedy temu gościowi - zadecydował dziadek, widząc że ochroniarz ma znacznie mniejsze kłopoty niż porwana - Ja będę wypatrywał innych spiskowców. Nie stój tak, młodzieńcze, do dzieła!

Robert chwycił długą zakonną włócznię, po czym ruszył na jednego ze zbójów idąc w sukurs Gaspardowi:
- Na chwałę Pholtusa! - młodzieniec zamachnął się efektownie na jednego z bandziorów.
 
pppp jest offline  
Stary 28-11-2015, 17:39   #8
 
Kata's Avatar
 
Reputacja: 4431 Kata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputacjęKata ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://youtube.com/watch?v=8e6frGS9n1M[/MEDIA]


Niepokój objawił się zupełnie niespodziewanie, drobnym drapaniem. Ostrze sztyletu po kryjomu żłobiło brzeg stołu gospody, a drobne wióry drewna spadały na zgrabne elfie uda. Kolejne wytyczne mnożyły kolejne pytania, a Lairiel nie była pewna niczego. Może poza kilkoma rzeczami o których myśl nadawała błękitnym oczom elfki wyjątkowego, drapieżnego błysku.
"Faelyn" – imię wyryte na stole przetarła palcem okrytym cienką strzelecką rękawicą, jakby z czułością. Z zamyślenia wyrwało ją jednak spojrzenie nieznajomego mężczyzny który niczym kameleon zerkał ukradkiem w jej stronę jednym tylko okiem. Zwinne palce elfki okręciły ostrze które zgrabnym ruchem trafiło na swoje miejsce z rozczarowaniem porzucając dawną rozrywkę.
Chociaż oboje dostrzegli siebie nawzajem Lairiel odwróciła się, udając że nic nie miało miejsca.
Wcześniej wchodząc do gospody przywitała się ze wszystkimi członkami Legionu których kojarzyła z widzenia. Wszystkimi, oprócz krasnoluda obok którego tylko przeszła udając że go nie zna, obrzucając skrytym aroganckim uśmieszkiem. Gdzieś wewnątrz duszy sprawiło jej to lekką radość.

Lairiel oparła się o ladę i uśmiechnęła uroczo do karczmarza, dzięki czemu udało się wyłudzić troszkę dobrego wina które porwała ze sobą do osamotnionego stolika. Elfce zupełnie to nie przeszkadzało, jako że wielkie społeczności i tłumy najzwyczajniej ją męczyły, taka już wyrosła z niej introwertyczka pielęgnująca swoje własne wnętrze.



Tym razem nie ukrywała się, ani swojego dziedzictwa. Elfie, szpiczaste uszy delikatnie wyłaniały się zza spiętych, długich, czarnych włosów. Te sięgały aż do lędźwi gdy były rozpuszczone. Podkreślały urodę i temperament, jednak choć niewątpliwe urokliwa, elfka nie była specjalnie wystrojona. Nie licząc drobnego wisiorka na szyi nie posiadała żadnej biżuterii, a obwieszona była cała orężem. U boku był to prosty, co ciekawe ludzkiej roboty długi miecz. Dwa sztylety nieco mniej na widoku zajmowały miejsce przy pasie i na skórzanym karwaszu. Przez ramię przewieszony krótki łuk zdobiły delikatne wyryte na nim kwieciste motywy. Cała ta broń wyglądała na ludzką robotę, najpewniej Ratikańską. Jedynym rzeczywiście elfim tworem który można było dostrzec, była elegancka zielonej barwy tunika. Wystawała ona zza kasztanowego koloru skórzanej zbroi elfki.


Wysokie za kolano, podróżne buty wiązane rzemieniami podkreślały długie nogi na których wiły się zmyślne tatuaże przypominające macki zagięte niczym morskie fale.


Lairiel nie miała ochoty na żadne spotkania. Na żadne krasnoludy, czy towarzystwo zbrojnych o wątpliwej higienie osobistej. Nie było jednak innego wyjścia, a palec elfki zaczął w rozmarzeniu błądzić po wierzchu kielicha wina, wykonanego zapewne z brązu. Jej myśli oddawały się trywialnym pytaniom natury dobra i zła, powtarzały wciąż te same pytania, błądziły. Robert chyba przestał się jej przyglądać i mogła poczuć się swobodniej. Ukryte ludzkie spojrzenia były krępujące gdyż trzeba było zawsze starać się je interpretować, a niektórzy nie darzyli jej rasy wielką sympatią. W większości ludzie prości wierzący w zabobony, gotowi spalić ją na stosie za to że jest inna niż oni. Nie była ufna wobec ludzi i miała ku temu powody.

Przez chwilę zamyśliła się, zastanawiając nad tym jak się właściwie tu znalazła gdy piętnaście lat temu przybyła w te okolice. Twierdza Cierni jeszcze stała, wszystko było inne. Czas jakby zatrzymał się, a wzrok elfki opadł na Nutkę która sprawiła że Lairiel uśmiechnęła się delikatnie.
Przez moment było tak, nim zaczęła żałować że usiadła sama. Wino i wspominanie przeszłości nic jej nie dały, a czas zaczął dłużyć się niezmiernie. Jakby słysząc jej marudzenie bogowie litowali się, a kłopoty same do nich wszystkich przylgnęły.
Atmosfera zagęściła się, a ludzie i krasnolud zaczęli wychodzić przed karczmę. Dopiero wtedy Lairiel w pełni oprzytomniała, a łuk wpasował się w jej smukłą dłoń. Wymacała palcami lotkę strzały i szybko nałożyła na cięciwę przyjmując postawę strzelecką. Strzała którą nałożyła imponowała kunsztem i z pewnością nie była dziełem człowieka i była to jedna z niewielu rzeczy która ją cieszyła.

Wszyscy wydawali się dość przejęci powstałym zamieszaniem poza Gaspardem, którego imienia wtedy jeszcze nie znała. Na komentarz mężczyzny elfka pokręciła tylko głową i wycelowała szybko w plecy jednego z bandytów który płoszył konie. Lotka musnęła jej policzek miękkim pocałunkiem na pożegnanie, a skupione, błękitne oczy Lairiel wydawały się zupełnie pozbawione sumienia...


.
 
__________________
>>> Szukam sobie sesji! <<< * Być kobietą to strasznie trudne zajęcie, bo polega głównie na zadawaniu się z mężczyznami.

Ostatnio edytowane przez Kata : 28-11-2015 o 18:01.
Kata jest offline  
Stary 28-11-2015, 19:00   #9
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 8160 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
~„ Za błędy trzeba płacić"~ pomyślał Gnori wybiegając za Gaspardem. Dług Krwi wobec dziadka młodziaka ciążył głazem na sercu krasnoluda. Już niemal dwadzieścia lat pomagał rodzinie Jauffret, nadal jednak wiedział, iż nie został on spłacony.
Krasnolud był młody, dużo mu brakował do tego co u brodaczy uznawano za wiek średni.
O odzieży jego niewiele można było powiedzieć, gdyż skryta była pod starannie zmatowiałym, pełnym pancerzem płytowym. Ciemnokasztanową brodę miał starannie zaplecioną w po bokach w dwa warkocze, środek zaś pozostawiał luźny, zgodnie ze zwyczajem swojego klanu. W lewej dłoni zaś dzierżył dużą metalową tarczę, która, gdy w pił w karczmie, oparta była o ścianę w pobliżu niego.

Wybiegając dojrzał jeszcze niechętny wzrok elfki. Nic jednak sobie z niego nie robił, chociaż przewidywał z nią kłopoty. Na szczęście ochrona przed złamanym sercem nie obejmowało jego przysięgi. Młodziak będzie musiał się sam tego nauczyć, tak jak zarówno jego dziad i ojciec.

~”No może się czegoś nauczył, nie pcha się się do walki, choć gdy uczyłem go, a raczej nie uczyłem bo wiecznie mi się wymykał z lekcji, nie miał zadatków na wojownika. Nie to co Jean, ten to miał w sobie serce do walki. Nic dziwnego, że stary wybrał go na swego dziedzica. Tak jak myślałem młodziak nie wiele pamięta i bierze minie tylko za wojownika i płatnerza, kiedyś służącego jego rodzinie”.~


- Masz swoją szansę młodziku. - mruknął Gnori, wspominając swoje zadanie
Korbacz wyjęty zza szerokiego grubego skórzanego pasa, rozwinął się z metalicznym chrobotem.
Potem zakrzyknął.
- Orcze syny. Nie dokończyłem przez was swojego piwa.
Potem zaszarżował na najbliższego wroga człowieka, któremu na pomoc ruszyła Gaspard. Tak by dać młodzieńcowi szanse na „wykazanie się”.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 29-11-2015 o 00:01.
Cedryk jest offline  
Stary 28-11-2015, 23:52   #10
 
Panicz's Avatar
 
Reputacja: 989 Panicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwuPanicz jest godny podziwu
– „No, ale panowie… Wracając do sprawy”. – Po zaburzeniu koncentracji wdarciem się codzienności w świat mędrców, zaopatrzeni w gorzałkę, filozofowie mogli wrócić do polityki. – „Okazja trafia się dobra, sami przyznacie”.

- „Wiele dzieje się na północy Marchii odkąd pojawili się życzliwi dobroczyńcy. Inwestycje pomogą pielić te grządki z chwastów…” – Wąsaty, obrośnięty bujnymi bokobrodami botanik odkorkował antałek i rozpoczął poczęstunek. – „Ważne jednak, co posadzimy na tej świeżej glebie. Dlatego warto chwytać każdą okazję”.

- „Tym bardziej, że to dzieweczka.” – Zielony kubrak podjął kielichy i przekazał dalej, sprawnie przedłużając komunikację do osadzonych po rogach stołu biesiadników. – „Dziewki są bardziej uniwersalne. Mówiąc politycznie, oczywiście”.

- „Oczywiście” – niemal bez ironii potwierdził przewodniczący. – „W każdym razie, stopa zwrotu jest w potencjale bez porównania większa, niż inwestycja, jaką musielibyśmy podjąć”.

- „Kompanie i faktorzy. To są na razie źródła prawdziwych inwestycji. To są siły, które teraz mają znaczenie.” – Łysy, ale nadrabiający buszowatą brodą ekonom podał kielichy dalej. - „Mamy nauczyć się wspólnego języka? Przejść z ludzkiego na wekslowy?” – tupnął retorycznie i wyzywająco.

- „Bycie poliglotą nikogo nie skrzywdziło. Poznanie obcej mowy nie wymazuje ojczystej, zawsze najbliższej sercu” – skomentował spokojnie elegant usadzony u szczytu stołu. – „Oni rozwijają dywan dla siebie, ale przejść się po nim możemy i my. Dziewka i inne projekty są w naszym duchu, konserwują społeczny porządek. Niech czyszczą nam podwórko, my usiądziemy na werandzie, a kiedy będzie czysto wejdziemy sami i wyprosimy niepotrzebnych sprzątaczy”.

- „Albo zostawimy.” – Włączył się ten w zielonej szacie. – „Ale jako sprzątaczy. Nie gospodarzy”.

- „Wierzcie mi przyjaciele.” – Przewodniczący podciągnął się na krześle. – „Ten dzień nadejdzie. Wszystko jest zaplanowane. Teraz pozostaje łączyć punkty, zmieniać kropki w linie i czekać”.

- „Dobrze, ale wciąż… Jeśli chcemy mieć dziewkę na mapie musimy przesunąć pionki. Skąd fundusze?” – Wąsacz powstrzymał towarzystwo przed zbyt wczesnym toastem.

- „Dziewka to szansa. Kot w worku, ale wart uwagi. Trzeba dobrze wyważyć, wymierzyć…” – Prezes pokiwał głową na znak, że kielichy mogą wędrować w górę. – „I dobrać w inwestycji środki, których strata będzie najmniej dotkliwa”.

- „Wybrałeś?”

- „Wybrałem. Chwała ich czynom…” – Elegant wzniósł kielich w górę i łyknął do dna. – „Albo cześć ich pamięci”.

* * *


Widowisko przed karczmą uruchomiło gapiowską naturę klienteli, ale widząc, że na zewnątrz latają noże, bełty i strzały, a krew chluszcze tam i siam, konsumenci zdecydowali się na oglądanie wydarzenia zza okien. Nie służyło im świeże powietrze.

Komu zresztą służyło? Revald walczył hardo, przewalał się między trójką napastników, odganiając nagłe wyskoki zbójów koszącymi wywijasami bastarda. Pewnie szłoby mu lepiej, gdyby ruchy nie tężały wprost proporcjonalnie do buchającej spod wełny juchy.

Pyzaty koniokrad też zresztą miał się dobrze tylko do czasu. Zdzielone po zadach konie zemknęły gdzie pieprz rośnie, jeden, drugi, trzeci… Szło tak prawie do końca. Został ledwie rumak Tyralyona i jakaś kobyłka przebierająca nerwowo kopytami w zrytym wokół wodopoju gumnie. Łysol był na dobrej drodze i prawie udało mu się przepędzić wszystkie zwierzaki, niwecząc plany o pościgu, ale Kaczor w porę porzucił pasek na rzecz kuszy. Wycelował sprawnie, jednak przy strzałach trzeba było koordynacji całego ciała, równowagi, balansu. Z nogami niestabilnie skręconymi w zwojach ściągniętych spodni strzał nie był perfekcyjny. Świsnął obok jeźdźca, bezpiecznie zakończył lot na zielonym pagórku w tle widowiska. Jedyny plus, że zbir przestraszył się, schylając się w uniku puścił wodze, szarpnięty nagłym wyskokiem klaczy ześlizgnął się z grzbietu, zawisł obok z jedną nogą w strzemieniu. Elfka, która spróbowała go ustrzelić spóźniła się. Strzałę posłała jeszcze nad koniem, w miejscu, gdzie zbój siedział przed chwilą. Sprawa z nim nie była jeszcze skończona.

Kolebka tymczasem oddalała się, szła jak burza. Tyralyon, który próbował dopaść pojazdu był zbyt wolny, ledwie zdołał odskoczyć od powozu, nim pognane batogiem konie zbiły w szczapy drewniane opłotki zajazdu. Jasper miał więcej szczęścia. Jeśli można to było w ogóle rozpatrywać w takich kategoriach, bo schwyciwszy się jakiegoś drewnianego rzeźbienia na zewnątrz wozu uderzał piętami o ziemię i robił, co mógł, by utrzymać się przy rozpędzonym wehikule. Podskakujący dziko wóz miotał uczepionym u boku pasażerem na gapę bez zmiłowania. Oczy łzawiły od pędu, a coraz gęściej występująca na zielonym poletku skalista wysypka groziła strzaskaniem kości, jeśli przyjdzie puścić się drewnianego panelu. Zajazd był coraz dalej w tyle, a ciągła kotłowanina utrudniała przesunięcie się ku pasażerskim siedzeniom choćby o jotę. W dodatku, ni z tego, ni z owego, z tyłu pojawił się jeździec.

- „Kolejny” – pomyślał Snow i poczuł od razu, jak spocone palce słabną. Skaliste wyrostki wokół mieniły się w oczach. Szare, zwyczajne, wyłaniały się z traw jak drapieżnik, zrzucając kamuflaż i od razu grożąc końcem.

* * *


- „A Krull?” – Zielony kubrak otarł usta skrajem szaty. – „Co z nim?”

- „To atut” – powiedział ktoś.

- „To przeszkoda” – dodał ktoś inny.

– „Nie” – zaprzeczył przewodniczący puszczając w obieg następną kolejkę. – „To po prostu Revald Krull. I tego się na razie trzymajmy”.

* * *

- „Skurwysyny” – warknął Gwidon, widząc jak jednym otwarciem drzwi szale przeskakują na stronę Revalda. – „Co wam do tego? Nie wasza sprawa, zostawcie to!”

- „Wypierdalać!” – ryknął Bekon i rzucił się z kordelasem na cofającego się przed napastnikami rycerza. Wojownik potrzebował mieć za plecami ścianę, znaleźć jakieś oparcie od flankujących wrogów, ale nim jeszcze dopadł drzwi od stodoły dziabnięcie nożownika szarpnęło krwawo, pręgą zdarło ciało z uda.

W tym czasie wiodący gang dryblas mógłby dokończyć sprawy, nadziać wybitego z rytmu woja na sztych, ale swój moment miał Robert. Dobry czas na działanie i bandzior musiał rozdwoić uwagę, uskoczyć przed dźgnięciem włóczni, zbić uderzenie. Szybkość, z jaką się ruszał robiła wrażenie. Tumuliz poczuł, że drzewiec broni, który gwarantował dystans tutaj zda mu się na nic i skoczył już w tył jak ukąszony, spodziewając się kontry. Byłoby marnie, gdyby nie Gnori, który przyszedł mu w sukurs. Na trzy fronty Gwidon grać już nie umiał i choć próbował uchylić się przed wirującym bijakiem, spóźnił się. Kiścień zdzielił go po wyciągniętej w gardzie ostatniego ratunku ręce, zgruchotał kość, z potępieńczym jękiem posłał na ziemię.

Wierny szefowi zbójnik, który wcześniej czatował na dole skoczył w stronę krasnoluda, spróbował odgonić go od przewróconego herszta smagnięciami krótkiego miecza. Kiścień nie był bronią do szermierki i w obliczu nagłego natarcia ciężko było się osłonić, ale płytowy pancerz robił swoje. Napastnik trafił. Trafił nawet kilka razy. Tyle, że przez solidny metal przebić się nie mógł. Porysował zbroję i tyle mu tego było, nim Gaspard zaskoczył z drugiej strony.

Atak od flanki miał być tylko formalnością. Coś poszło jednak nie tak… Gwidon, niby powalony, ciągle był w grze. Szykującemu skrytobójcze pchnięcie Gaspardowi podstawił nogę, z ziemi kopnął pod kolano, wybił z rytmu. To sprawy nie zmieniało. Sprawa skończyła się, gdy Krull został zwolniony z nierównego pojedynku. Teraz, zostawiony z jednym tylko napastnikiem, rycerz zwalił się nań jak tur i katowskim rąbnięciem zmusił do rejterady.

Widząc, że sprawa przybiera ponure barwy Gwidon zrachował na czym stoi i ze zwisającą smętnie ręką przeturlał się ku werandzie, odrzucił miecz i zdrowym ramieniem podciągnął się po tralce ogrodzenia. Tu swoje trzy grosze chciał dorzucić raczej obserwujący dotąd, niż działający Malcolm, ale Tumuliz mocno nie doszacował przeciwnika. Liczył, że kopnięciem obali gramolącego się zbira, przygwoździ do ziemi i zakończy sprawę. Zamiast tego łotr schwycił go za nogę, nim kopnięcie doszło celu i ściągnął na ziemię. Postawiony na nogi, nie wiedzieć kiedy i skąd wydobył sztylet i dziabnięciem skrwawił siwego, chcąc szybko pozbyć się problemu i umknąć.

Nie bardzo jednak było, gdzie umknąć. Dwa ostatnie zwierzaki wierzgały wściekle, miotały się u konowiązu, a łysy – podparłszy się o cembrowinę przy studni – z powrotem był na grzbiecie rumaka. Akurat mógł zobaczyć jak Revald rozkawałkowuje czaszkę jednego z kumotrów i szybko zdecydował, że nie w smak mu taka zabawa. Spiął konia ostrogami, zakręcił i hajda!

Elfka szyła dalej, ale Pyza miał fart. Strzały się go nie imały. Co innego bełty. Keridan wyciągnął nauczkę. Zrozumiał już – cenna uwaga na przyszłość – jak strzelać ze spodniami w dole i gaciami na wierzchu. I poprawił się. Pocisk wyfrunął dźwięcznie i urąbał łysego w brodę, podrzucając w górę jak bokserski hak. Ubity na miejscu, zbir spadając ściągnął wodze i wstrzymał klacz w miejscu. Zostawało spiąć spodnie pasem i wskakiwać na koń.

* * *

Jasper był u kresu sił. Paluchy były mokre jak rybia łuska, ślizgały się na drewnianej, florystycznie zdobionej belce. Musiały puścić.

Aż nadeszła zmiana. Teren uspokoił się, sprasował, powitał kolebkę gładkim traktem. Niby bez sił, ale wystarczyła ta zmiana i Snow powstał z martwych. Wytężając wolę i mięśnie, podciągnął się jedną ręką wyżej, wreszcie opadła wcześniej z sił druga dłoń złapała oparcie. Szybko wślizgnął się wyżej, oparł butami na bandzie i zajrzał do środka. Panna leżała nieprzytomna, puchnąc pod pulsującym sińcem, a Gawron i jakiś drugi, śniadoskóry porywacz trzymali się oparć.

- „Pudło.” – Jasper zobaczył, że oba rzucona wcześniej ostrza wbiły się w deski wozu, bez krzywdy dla któregokolwiek z pasażerów. Pozostawało spróbować innych metod. Hyc, Snow wskoczył między siedzenia gotów wziąć zbirów z zaskoczenia, nagłymi ciosami brutalnie wykopać z rozpędzonego wozu. Zostawał jeszcze woźnica na przedzie, ale jego można było zostawić na deser.

- „Co do chu…” – Śniady, widać z domieszką krwi bakluńskiej, albo Rhennee, chciał zakląć, ale nawet do końca nie zdążył. Dostał znienacka potężną fangę i zwalił się na drzwiczki po przeciwległej stronie wozu, siłą uderzenia wręcz wybijając je z zawiasów. Drewno wyfrunęło, otwierając kolebkę na świszczący wokół wicher. Zakrwawiony, zwalony na ziemię pojękiwał.

Zły wybór. Pierwszy powinien być Gawron. On nie marnował szans. Ostrze miecza miał cały czas obok, więc kiedy tylko porwał się z siedziska broń była już w ręku. Nie było dużo przestrzeni do uników, a rozpędzony wóz cały czas podskakiwał jak dziecięcy bąk, zmieniając pojedynek w loterię. Gawron wyciągnął szczęśliwy los. Zdzielił Snowa mieczem przez pierś, rozdarł koszulę i upuścił krew. Wzniósł miecz, by dokończyć, ciąć od góry, jakby rąbał drewno na opał.

Karoca podskoczyła jak przy trzęsieniu ziemi, śniadym rzuciło jak lalką, wywiało go na zewnątrz. Widać było tylko jak zbolałymi palcami utrzymuje się przy wozie. Rzuciło też Jasperem. I miotnęło Gawronem. Los odmienił się i niepowołany pasażer, którego cięcie miało eksmitować z pojazdu kupił sobie sekundę. W tumulcie spróbował jeszcze uderzyć, zaatakował odbiwszy się od miękkiego obicia oparć, ale w pędzie nawet taki akrobata jak on miał kłopoty z dobrym wycelowaniem. Gawron wskoczył na siedzenie, od wybojów ubezpieczył się chwytając ręką za drewnianą półkę pod sufitem i wykorzystując przewagę wysokości sprzedał pasażerowi potężnego kopa. Otumaniony, zamroczony, ledwo widzący po końskim kopniaku Jasper poczuł, że oparcie za plecami znika. Owionął go wiatr. Ochłonął.

- „A kysz” – szepnął i sękaczem odłączył Cygana od wozu, wysyłając biedaka na zewnątrz. Drewniany drogowskaz przy rozstaju, od dawna niemalowany, odświeżył się żywą czerwienią. Sukces. Tyle zdążył go zaznać, nim nadeszło to, co nadejść musiało. Gawron nadleciał z góry i kopniakiem dokończył sprawę. Jasper wyfrunął jak porwana przez huragan chusta.

Zderzenie z ziemią nie było takie złe. To pierwsze. Odbił się od niej raz, potem drugi. Dopiero kiedy grzmotnął w ziemię po raz trzeci i osiadł na szlaku, na dobre poczuł to w kościach. Obolały, niepewny czy wciąż jest jedną całością czy porozmieniał się już na drobne, zdecydował, że zostaje, gdzie jest. Nie, nie. Nie było siły, ani sensu się ruszać. Leżąc obolały zobaczył jeźdźca, który gonił ich wcześniej. Młodzik, może piętnaście, góra szesnaście lat, rwał konno za znikającym w tumanach kurzu wozem. Jasper westchnął jak dziewczę, które właśnie przemianowano na starą pannę i z mroczkami w oczach, kołysząc się, powoli zaczął gramolić się z piachu.

Karczma była daleko w tyle. Wóz znikał gdzieś daleko na przedzie.

* * *


- „Bydlaku!” – Robert wściekł się. Dziadek, cięty nożem po brzuchu rozłożył się na werandzie i trzymał bebechy w kupie, nieskory do akrobacji. Zemsty musiał dokonać wnuk. I tym razem długie drzewce broni przysłużyło się. Gwidon uciekał żwawo, wskoczył w zaułek między karczmą i stodołą, zniknął między belami siana i skrzynkami. Ale Tumuliz dopadł go i zza zasłony. Przecisnął drzewce między osłonami i nabił uciekiniera na włócznię jak na wykałaczkę. Dźgnięty między łopatki zbir zwisł na broni martwym ciężarem, wyciągnął oręż z rąk młodego mściciela. Umarł w obszczanym zaułku na kupie zgniłego siana.

Bekon w międzyczasie został sam na placu boju. Chciał uciekać, ale otoczony kordonem nieprzyjaciół nie miał szans. Spróbował jeszcze przeskoczyć mimo krasnoluda, którego uznał za najwolniejszego w ciężkich płytach. Wraził mu ostrze między żelazne osłony, zranił, kupując prawo do ucieczki. O krok czy dwa. Revald wyrósł obok jak spod ziemi i smagnięciem po skosie posłał zbója z powrotem, w tył. Akurat ku Gaspardowi. Tym razem szlachcic nie chybił. I jakby w nieswoim stylu, całkiem szermierczo, eleganckim cięciem otworzył szyję zbója, jakby rozpinał suwak.

Było po wszystkim. Cztery trupy. Gnori ranny, chyba lekko, bo trzymał się dobrze, choć kto tam wiedział, co działo się pod płytami zbroi. Stary Tumuliz przyciskający dłonie do brzucha, by stłumić krwawienie, powoli przesuwający się po werandzie. I Revald. Revald, niby też ranny, ale gnający od razu do koni. Klnący jak najgorsze czarty.

Konie w pobliżu były trzy, Kaczor zbliżył się już do jednego z wolnych wierzchowców, którego ustrzelony przezeń łysol nie zdążył uwolnić. Można było jechać. Był jeden szkopuł. Kolebka zniknęła już za pagórkami, wzrok stłumiony przez wyrastające wzniesienia. Po dziewce nie było śladu. A czas… Czas był tu strasznie surowy.
 
Panicz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:28.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166