Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-01-2016, 13:43   #1
 
Nefarius's Avatar
 
[FR 3,5ed] Od zera do...

FR 3,5ed. Od zera do...
Rozdział I: zaginiona dziewczynka

Marsember, jedno z większych miast Cormyru, nazywane bratem Suzail. Niewielka odległość od stolicy prowincji sprawia, że handel tutaj za sprawą sporej konkurencji stał się podstawowym źródłem dochodów miasta. Kupcy, którzy parali się tą profesją od lat, oraz zapracowali na dobre imię swoich gildii, sklepów, czy straganów mieli spokojną głowę w dniu codziennym. Zadowoleni klienci wracali a poczta pantoflowa działająca bez zarzutów sprowadzała coraz to nowych ochotników na wydanie ciężko zarobionego złota.
Miasto samo w sobie składało się z dwóch części. Pierwsza z nich, czyli północna znajdowała się na lądzie. Były tutaj większe gildie, domostwa zamożnych, budynki straży miejskiej, oraz organów władzy, a także koszary i co większe świątynie.
Druga część południowa nazywana była potocznie przez mieszkańców archipelagiem, lub po prostu wyspami. Powodem takiego nazewnictwa była struktura tej części miasta, składająca się z kilkunastu małym wysepek połączonych drewnianymi mostami i kładkami. Tam też znajdowały się doki, mniejsze sklepy, karczmy dla przeciętnych podróżników, malutkie świątynie i kapliczki, oraz cały owiany tajemnicą półświatek przestępczy.

Straże miejskie regularnie kontrolowały tętniące życiem, śmierdzące rybami i fekaliami wyspy, lecz mimo to czarny rynek, handel towarami zabronionymi, zakazane bójki na arenach, ulokowanych potajemnie w zaułkach, wszystko to napędza przypływ monet, które nie trafiają do opodatkowania.
Na wschodzie miasta znajduje się główny port, gdzie zakotwiczają największe łodzie, statki o okręty różnej maści. Port jak to port. Oferuje wiele ciężkiej i marnie opłacanej pracy, ogromną mieszankę narodowości i ras, oraz tysiące skrzeczących mew. Tutaj też znajduje się kilka większych cechów i gildii, które kilka lat temu zawarły niepisany sojusz o uczciwości wobec siebie wzajemni, co sprawiło że członkowie paktu, czytaj głowy i założyciele owych instytucji nie podbierają sobie klientów i w jakimś stopniu ze sobą współpracują. Port oddziela od zachodniej części miasta kamienny mur z bramą kontrolowaną głównie w nocy. To właśnie nieopodal tejże bramy znajdowała się posesja Vincenta.

~***~

Działka Courtez była przeciętnej wielkości. Mieściła na swym terenie duży dom, otoczony pięknym i zadbanym ogrodem oraz niewielką stajnię i warsztat, gdzie trzymano wszelkiej maści narzędzie potrzebne w życiu codziennym i utrzymywaniu porządków na terenie posesji. Sam Vincent był dobrze znaną personą w Marsember, choć daleko mu było do na prawdę grubych ryb handlu, to jednak należał do paktu handlarzy a jego cech jubilerów choć nie powalał rozmiarami i ilością zatrudnionych specjalistów, cieszył się jakością wydawanych na sprzedaż towarów i profesjonalizmem pracowników. Sklep jubilerski odwiedzały najbogatsze persony Marsember a i nierzadko zaglądali tam goście z Suzail czy jeszcze odleglejszych miast.
Ci którzy pracowali dla Vincenta mieli go za surowego, lecz uczciwego i sprawiedliwego w swych osądach i wypłacaniu wynagrodzenia człowieka. Postawny, zawsze szykownie odziany, nie traktował nikogo gorzej niezależnie od rasy czy wykonywanej przezeń profesji. Jego jedynym, czułym punktem było jedyne dziecko Marie.

W domu Courtez znajdowała się służba kilka osób z poza rodziny, które od jakiegoś czasu dzieliło dach z rodziną, kilku strażników posesji. Regularnie w ciągu dnia przybywało tu kilka, czasem kilkanaście osób. Handlarze, przyjaciele rodziny, nauczyciele małej Marie i wiele innych osób. Vincent ostatnimi czasy poświęcał znacznie więcej uwagi krnąbrnej córce, która z impetem weszła w czas pokwitania i buntu. Ostoją spokoju i melisą na nerwy pana Courtez była jego żona Anabell. Kobieta wywodząca się z plebsu, którą Courtez dawno temu wyrwał z rąk tyranicznego ojca rolnika zmuszającego córkę i żonę do niezwykle ciężkiej pracy w roli. Anabell była nazywana przez wielu Illmaterem w kobiecym ciele, albowiem zawsze można było liczyć na dobre słowo a nie raz i na materialną zapomogę z jej strony. Szczupła i niebrzydka kobieta zdawała się mieć twardsze nerwy od swego małżonka, mimo że to on trzymał mocną, solidną ręką cały interes, który napędzał jego rosnący majątek. Vincent nie oddawał czci Tymorze, czy też innym bogom kupców. W ogrodzie stała piękna i zadbana kaplica Kelemvora.

~***~

-Nie spałem od wczoraj, wybaczcie mi...- burknął Vinc, pocierając dłonią twarz. Tuż po świcie wezwał do siebie dwójkę młodych ludzi, którym ufał bardziej niż straży miejskiej czy najemnym awanturnikom. Thazar i Athea doskonale wiedzieli, że prędzej czy później przyjdzie dzień kiedy przyjdzie im się odwdzięczyć za pomoc, jaką okazała im rodzina Courtez. Stali w milczeniu przed Vincentem czekając na polecenia, zerkając na siebie co jakiś czas. Znali się trochę, wszak mieszkali pod jednym dachem, choć Athea służyła małej Marie mądrością i odpowiedziami na pytania dotyczące kobiecej natury, to jednak Thazar był ulubieńcem dziewczynki. Mała psotnica uwielbiała magiczne sztuczki uratowanego rozbitka, który miał w oczach taki błysk, co przyciągał ludzi (nie tylko kobiety).
-Udasz się na wyspy. Można ją spotkać w Trójnogim psie.- Vincent podniósł ospały wzrok na Thazara -Odszukasz Tajgę i wypytacie każdego kogo się da. Ta przebiegła cholera ma gadane jak mało kto. Może razem czegoś się dowiecie.- rzekł chłodno po czym sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął brzęczący złotem mieszek.

Vincent rzucił złoto Thazarowi -To zaliczka dla Tajgi. Jeśli uda wam się czegoś dowiedzieć wrócicie po więcej.- mężczyzna spojrzał na Atheę.
-Nidrim pracował już dla mnie. Nie przepadam za gnomami, są strasznie irytujące ale dobrze robi się z nimi interesy i są słowne jak mało kto. Niedawno przybył do Marsember. Tuż za bramą do portu jest szynk Czas odpoczynku. Tam go znajdziesz. Pokręcicie się za miastem. Poszukacie jakichkolwiek śladów. Spytajcie kogo tylko się da. Mężczyzna wyjął drugi mieszek ze złotem i również wręczył go Athei.
-To na początek dla gnoma. rzekł W między czasie postaram się wytrzasnąć wam kogoś do pomocy. A teraz ruszajcie.- gdy para młodych ludzi opuściła izbę Vincent podniósł się i podszedł do okna, odprowadzając wzrokiem Thazara i Atheę do bram posiadłości.
-Każ posłać po łowcę. Przyda się.- zwrócił się do żony.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!

Ostatnio edytowane przez Nefarius : 07-01-2016 o 13:47.
Nefarius jest offline  
Stary 08-01-2016, 21:44   #2
 
Nefarius's Avatar
 
W tym samym czasie
-Niestety ale pan Courtez nie przyjmie Cię dzisiaj przyjacielu.- Krzepki krasnolud w zadbanej kolczudze był ponoć dowódcą ochrony posiadłości znanego w Marsember właściciela cechu kamieniarzy i jubilerów. Markus zasłyszał na miejscowym targowisku, zupełnie przypadkiem o zamożnym kupcu -Vincencie Courtez- który to poszukiwał usług kartografa. Odnalezienie owej posiadłości nie było niczym trudnym, lecz rozmowa z rzeczonym człekiem okazała się chwilowo nie możliwa.
-Nasz szefu ma chwilowo coś innego, znacznie ważniejszego na głowie, przyjdź za kilka dni.- krasnolud odprawił Markusa z kwitkiem. Trochę zawiedziony kartograf odwrócił się na pięcie i już miał ruszasz w stronę wyjścia do bramy, gdy o mały włos nie zderzył się z dwoma strażnikami miejskimi.
-Ai ai Gardinie!- powitali krasnoluda.
-Dowiedzieliście się czegoś?-
-Na mieście nikt nic nie wie a na wyspach, jak to na wyspach. Nie wielu chce z nami rozmawiać.

Krasnolud wzdychnął głęboko, zdejmując przy okazji hełm z głowy
-Stary nas zatłucze jeśli nie znajdziemy małej...- zasępił się Gardin.
-Jeśli jest w mieście to ją znajdziemy a jeśli wyszła po za to będziemy musieli znaleźć kogoś...
-Ej Ty tam! Kartografie!- Markus usłyszał krzyk brodacza za sobą i odwrócił się szybko. Dowódca ochrony zbliżył się do człowieka i zmrużył oczy, lustrując osobnika od stóp do głów.
-Kartograf jesteś ta? Masz wzrok sokoła i pamięć jak illithid?- spytał podchwytliwie -Nie ważne. Chyba będzie dla Ciebie robota. Chodź za mną. - ruszył w stronę domostwa -A Wy jej szukajcie!- polecił strażnikom po czym wraz z Markusem weszli do domu Courtez. Krasnolud prowadził gościa przytulnym i ładnie zdobionym korytarzem, aż dotarł do izby gdzie na drewnianym stołku siedział wygodnie postawny mężczyzna. Dopiero po chwili Markus dostrzegł iż osobnik jest genasi, istotą w której żyłach płynie krew legendarnych żywiołaków. Stwór był paskudny, lecz dwuręczny miecz, który spoczywał oparty o ścianę, tuż obok osobnika z pewnością świadczył na korzyść nowopoznanego.

-Ej Grigor. On Ci pomoże.- Genasi odwrócił się nieco ospale w stronę Gardina a chwilę później obrzucił badawczym spojrzeniem człowieka.
-Zna się na mapach. Spamięta dokładnie gdzie żeście byli i w ogóle.- krasnolud zdawał się na siłę wcisnąć pomoc Grigorowi, albowiem genasi doskonale sam sobie radził z zapamiętywaniem przebytych dróg i poznanych ziem. Mimo wszystko jego milcząca natura, oraz dobrze znane hasło nie mój cyrk nie moje małpy sprawiły, że potomek żywiołaków nawet burknięciem nie skomentował decyzji krasnoluda, które pewnie i tak byłaby niepodważalna.
-Pamiętasz co mata robić? Dokładnie zbadajcie teren wokół bram, popytajcie każdego kto mógł coś widzieć. Zbadajcie każdy ślad.- wytłumaczył Grigorowi, po czym sięgnął po mieszek ze złotem i wręczył wyznawcy Oghmy.
-Masz zaliczkę. Kup sobie buty, czy co tam Ci trzeba. Jeśli coś znajdziecie to Vinc na pewno hojnie Cię wynagrodzi.- Brodacz zamknął drzwi pozostawiając nieznajomych samych sobie w dość niezręcznej sytuacji.

~***~
Drzwi do gospody otwarły się bezszelestnie. Właściciel Mniejszego zła dbał o komfort swoich klientów mimo iż sama gospoda znajdowała się na wyspach w miejscu przeznaczonym raczej dla osób mniej zamożnych. Kazrak doskonale znał Gardina. Krasnoludy mieszkające w jednym mieście, z dala od rodzinnych stron zazwyczaj trzymały się razem, spotykały się po pracy, wieczorami w jednym miejscu i podtrzymywały rodzinne tradycje upijania hektolitrów alle, oraz spalania kilogramów fajkowego ziela.
-Dobrze Cię widzieć kolego.- Gardin usiadł obok Kazraka, który zdawał się być nieco zdziwiony miejscem spotkania. Kazrak znał swego ziomka już kilka lat, wiedział jaką pełni funkcję u Courtezów, oraz wiedział że z byle powodu tutaj nie jest.
-Córka Vinca zaginęła. Trza ją odszukać. Stary postawił na nogi wszystkie siły, którymi dysponuje.-

Gardin rozejrzał się i pokręcił głową -Co? Zastanawiasz się czemu tutaj? Bo zaraz obok jest Tańcząca Elfka, a tam człowiek, który Ci pomoże popytać. Ponoć jest dobry. Bardzo dobry. Nazywa się Shen. Może być nieprzyjemny, ale to profesjonalista i to go przekona - brodacz podał pod stołem rasowemu kuzynowi dwa mieszki z złotem.
-Jeden dla Ciebie, drugi dla niego. Shen to typ z pod ciemnej gwiazdy. W sumie przesiaduje wolny czas w burdelu, więc czego się po nim spodziewać, ale stary uznał, że i takich trzeba nająć a ja niestety nie mogę się do niego udać. Być może ten skurwiel będzie chciał komuś obić ryj, albo połamać kilka kości żeby się czegoś dowiedzieć, zatem potrzeba mi pośrednika w zatrudnieniu go, a tobie ufam bardziej niż komukolwiek po za murami posiadłości Courtez. Vinc zapłaci za każdą informację, a za konkrety potrójną stawkę. Ruszaj, nie trać czasu.- Gardin wyszedł nie czekając nawet na słowo komentarza ze strony Kazraka.

~***~

Janella maszerowała dziarskim krokiem. Gorący piach pustyni wchodził jej do butów, lecz ona była doskonale do niego przyzwyczajona, ona tu była myśliwym, panią i władczynią. Ona była u siebie. Skwar zenitu nawet w połowie jej tak nie męczył jak męczyłby przeciętnego człowieka, który zawitał w te strony. Maszerowała, zastanawiając się jaki ma obrany cel, dokąd zmierza i nagle zrozumiała, że tak na prawdę nie ma żadnego celu. Kobieta stanęła jak wryta w miejscu patrząc w siną dal. Silny podmuch wiatru poderwał w górę ogromne kłęby piasku, który okrążył Janellę. Kobieta błyskawicznie zasłoniła ramionami twarz. Piaskowa nawałnica trwała kilka sekund a gdy ustąpiła ujrzała przed sobą kilka kupek piasku, jak do tej pory w swoich snach. Piasek jednak za sprawą kolejnego podmuchu wiatru znów zaczął się poruszać. O dziwo trzy kupki nie wtopiły się w otoczenie a połączyły w jedną, wielką kupę.

Janella zbliżyła się nieco i wyciągnęła dłoń w stronę paru dobrych kilu malutkich, żółtych ziaren, kiedy te zaczęły piąć się w górę i formować w coś co po chwili przypominało kształtami ludzką istotę. Stwór miał ręce, nogi, tors i głowę, choć rysów twarzy nie mogła się dopatrzeć. Stała otumaniona widokiem piaskowego golema, który na pięcie odwrócił się i ruszył w stronę zachodzącego słońca. Janella czuła w środku, że to może być rozwiązaniem jej poszukiwań. Prędko ruszyła za nim, lecz on choć zdawał się maszerować tym samym, ospałym krokiem, był coraz dalej. Po chwili zniknął kobiecie z oczu a słońce zaszło za horyzontem pustyni.
Gdy Janella otworzyła oczy poczuła jak krople potu z czoła spływają jej na twarz. Kilka niedopalonych kawałków drewna już tylko się tliło. Niebo szarzało oznajmiając zbliżający się wschód.

"Najbliższe miasto? Marsember kilkanaście mil na południowy zachód. Najprościej będzie wzdłuż Gwiezdnej Wody aż do samej delty a następnie wzdłuż linii brzegu na zachód." Przypomniała sobie słowa kupca, który podróżował na północ wraz z osiołkiem obładowanym worami z towarem i młodzieńcem towarzyszącym mu w wędrówce.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 09-01-2016, 01:31   #3
 
malahaj's Avatar
 
Tańcząca Elfka, choć znajdowała się na "Wyspach", to uchodziła za lokal co najmniej średnio drogi. Może szefowie gildii kupieckich, baronowie i najwyżsi kapłani zaglądali tu nie często, ale klientela była niczego sobie. Na ogół. Morska Lu, szefowa przybytku długo pracowała na markę swoją i lokalu. Meble były całe, w miarę nowe, na ścinach draperie, w wazonach kwiaty a łóżka wielkie, miękkie, wygodne i z czystą pościelą. No i dziewczynki. Ludzkie kobiety, ćwierć i pół elfki, a nawet jedna pełnej krwi. Do tego, dla specjalnych gości, orczyca i stara gnomka, która często przyprawiała sobie brodę i robia za krasnoludkę. Co ciekawe krasnoludy jakoś nigdy ich nie odwiedzały... Wszystkie zawsze chętne do współpracy, czyste, pachnące, w finezyjnych i nie tanich fatałaszkach. No, nie licząc orczycy, ale jak sama Gritta mawiała, to część jej "image". To nie były jakieś tym tanie kurwy, czy nawet zwykłe dziwki. To były "kurtyzany" z aspiracjami na "damy, do towarzystwa". Dziwić się tedy, że Shen uważał, że wszędzie dobrze, ale u Mamy najlepiej?

*****

- Shen, ale Ja ją kocham! Kocham, rozumiesz! Żyć bez niej nie mogę! -

Fearsheld przyjmował swego "interesanta" w sowim "gabinecie", jak lubił nazywać dość spory pokój na poddaszu Tańczącej Elfki. Teraz zasiadał rozwalony na kozetce, za wysokim stołem, przykrytym czerwonym obrusem, stanowiącym centralną część pomieszczenia. Jego gość zaś, wychudzony, rachityczny trzydziestolatek, z dziecinnym wąsem pod nosem, wąskimi ustami i rozbieganymi oczkami na piegowatej, szczurzej twarzy, chodził nerwowo po pokoju w te i z powrotem. Musiał wysilać swój słaby, piskliwy głosik, żaby przekrzyczeć odgłosy "zabawy" dochodzące z pokojów dziewczynek, piętro niżej.

- Tak, wiem Ricardo, wiem. Mówisz to za każdym razem... -
- A co to niby miało znaczyć! -
- Ricardo, za pierwszym razem przyszłaś do mnie i powiedziałeś, że szukasz narzeczonej. Za drugim, że masz dla niej lekarstwo, bo jest ciężko chora i musi je szybko dostać. Za trzecim, że ją porwali. Czy zawiodłem kiedyś twe zaufanie? -
- Nie Shen, nigdy. Jesteś dobrym przyjacielem. Choć trochę drogim... -
- Przyjaźń, przyjaźnią Ricardo, ale pić i chędożyć trzeba. Wracając jednak do tematu. Zawsze kończyło się to tak samo, nieprawdaż. -
- CO! Nie! Ja... My... Ona... Ja ją kocham! Ona, też mnie kocha! To cudowna, piękna, uczciwa i czysta jak diament dziewczyna! Musi tylko... Musi... -
- Ricardo, kochasz ją? -
- Oczywiście! Nad życie! Jak możesz o to pytać! -
- Więc musisz pozwolić jej odjeść. -
- CO?! Ja, nie mogę... Bez niej... Nie... -
- Ricardo, nie ma większego gestu miłości, niż pozwolić ukochanej odejść i być szczęśliwą. -
- Ale... -
- Uwierz mi, znam się an tym. -
- Ty? Ale, Ty przecież... -
- Co? -
- Nie no, nic... -
- Wiesz, ona jest bardzo młoda i nie wie, co zrobić. Jest zdesperowana i przyparta do muru może zrobić coś głupiego... -
- Na Bogów, chyba sobie nic nie zrobi! -
- Nie, chyba nie, ale... Wiesz, popytałem jej przyjaciółkę, wiesz te rudą... -
- No i co? -
- Ponoć Izabel mówiła, że jeśli to jedyny sposób, abyś odpuścił, to pójdzie to tego elfa, wiesz tego przystojnego poety, co chędożył już pół tego miasta i... -
- CO!!! Nie może być! Ona przecież jest jeszcze... Ona nawet nie wie, co to... NIE!!! -
- Naprawdę chcesz do tego doprowadzić Ricardo? Wiesz co to może znaczyć dla tak delikatnej i kruchej dziewczyny? Będziesz mógł potem żyć ze świadomością, żeś Ty tego przyczyną? -
- Co? Ja? Ale... Ale... -
- Wiesz, on mieszka nie daleko od Ciebie. Pewnie mógłbyś podsłuchać, albo nawet zakraść się do ogrodu i podejrzeć... -
- CO!!! -
- Po prawdzie, to każdy by mógł... -
- NIE!!! Zamilcz! Proszę, zamilcz! Nie torturuj mnie już więcej. Rozumiem... Sama świadomość, że ten delikatny kwiat, ta czystość w najszczerszym tego słowa znaczeniu, niewinność... Że oddała by swój kwiat... Nie! Nie zniosę tej myśli! -
Fircyk opuścił ręce i załamany oparł głowę o brzeg framugi. Milczał przez dłuższą chwile a Shen przypatrywał mu się z dziwnym grymasem na twarzy, wiercąc się tylko od czasu do czasu.
- Zrozumiałem... Rozumiem, co muszę zrobić. Odejdę... Nie zapomnę, ale odejdę... Jesteś dobrym przyjacielem Shen. Dziękuje Ci. Dziękuje, że mi to powiedziałeś. W swoim i jej imieniu... -
- Wiem, że to boli Ricardo i uwierz mi, że cierpię wraz z tobą, ale tak będzie lepiej. Idź już. Napij się. Zapytaj o Irene. Wiesz, te blondynkę w niebieskim. Pomoże Ci zapomnieć... -
- Ehhhh... Żegnaj Shen. -
- Do zobaczenia Riccardo... -

Ricardo wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Po chwili słychać było ciężkie kroki na drewnianych schodach. Shen zaś dalej siedział przy stole, z wzrokiem wbitym w drzwi. Nagle napiął się jak struna, stęknął raz i drugi, otworzył usta w dziwnym grymasie i szeroko wybałuszył oczy. Uniósł się jakby chciał wstać, ale zatrzymał się w pól drogi. Kolejny grymas zastygł mu na twarzy a oddech utkwił w piersi, na długie kilka sekund. Dopiero po chwili opadł ciężko na kanapę z głupawym uśmiechem na ustach, dysząc jak miech kowalski.

Tymczasem czerwony obrus, którym przykryty był wysoki stół zafalował i wyłoniła się spod niego czarnowłosa piękność. "Ubrana" w długą, mocno prześwitującą koszula, otarła usta z zawadiackim uśmiechem i usiadła koło okna, prezentując zgrabne udo.
- Nieźle Ci poszło. - stwierdziła słodko, sięgając po kielich z winem.
- Tobie też! Zresztą, mówiłem Ci, że się uda. Swoją drogą Izabel, skąd wytrzasnęłaś tego durnia. -
Kobieta tylko nieładnie skrzywiła usta i fuknęła jak rozdrażniony kot.
- To jakiś kolega mego żałosnego brata... -
- Tego sodomity? -
- Tak. Ten cały Ricardo, to syn ważnego partnera w interesach naszego papy. Rozumiesz tedy, że nie mogłam go po prostu pogonić a uczepił się jak rzep psiego ogona. -
- Może nie trzeba było z nim flitować? -
- Flirtować? Ja? Skąd mogłam wiedzieć, że jedne mały sutek, gdzieś zupełnie przypadkowo i niezamierzenie, tak na niego wpłynie... -
- Faktycznie, to nie do pomyślenia... Wiesz chyba powinnaś jeszcze zostać... -
- Och, naprawdę? A czemuż to? Chyba już uregulowałam rachunek. Razem z premią... -
- Istotnie... Tylko, wiesz... Może powinnaś poczekać, aż on wyjdzie. Wiesz, żeby Cie nie zobaczył. Poza tym, to niebezpieczna dzielnica... Nie powinnaś teraz sama wychodzić... -
- Ohh Shen, jesteś takie rycerski! - Izabel przeciągnęła się słodko, a jej głos był tak perfekcyjnie wymodelowany, że Shen niemal uwierzył w jej słowa. - Masz racje. Chyba zostanę na trochę... Papa i tak sądzi, ze jestem u Ciotki i wrócę dopiero za kilka dni... -

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi a Shen zaklął pod nosem. Zza drzwi dobiegł znajomy, kobiecy głos.
- Shen kochanie, mógłbyś zejść na chwilę na dół. -
Adresat pytania tylko westchnął ciężko, rzucił tęskne spojrzenie na krągłości Izabel, podkreślone słońcem przeświecającym przez mocno przeźroczystą koszule, poprawiał spodnie i zebrał się do wyjścia.
- Tak matko! - odkrzyknął a ciszej zwrócił się do kobiety w pokoju - Wybacz, obowiązki wzywają. -
- Och nie martw się, mój cny rycerzu. Będę czkać. Znajdziesz mnie w najwyższej komnacie, w najwyższe wieży. Konkretniej zaś, w łóżku, bo dość już mam klęczenia na podłodze. -
Izabel przepłynęła przez pokój i zniknęła za parawanem, który odgradzał wielkie łoże od reszty pomieszczenia, gubiąc po drodze resztki garderoby. Shen przełknął głośno ślinę i zbierając całe zasoby silnej woli, wyszedł.

*****

Piętro niżej czekała na niego Morska Lu, jak lubiła o sobie mawiać z przekąsem, jeszcze młoda i nadal piękna, właścicielka lokalu i zarazem rodzicielka Shena.
- Mogłaś wybrać lepszy moment mamo. -
- Och nie martw się. Jak już raz spróbowała, to zaczeka na więcej, jak one wszystkie... Swoją drogą, znowu prowadzisz "rozmowy rekrutacyjne"? Nic mi nie mówiłeś. -
- Nie, nic z tych rzeczy. To tylko niezwykle utalentowana amatorka. -
- Szkoda. Nie brzydka. -
- Znowu podglądałaś! -
- Przecież mnie znasz. -
- Taa... ale, masz racje, dziewczyna ma fach w ustach. -
- Ha! Przekaże dziewczynką. Paris na pewno potraktuje to, jako wyzwanie! -
- I za to cie kocham mamo. Ale w sumie, to po co mnie wezwałaś. -
- Gruby Vergil... -
- Znowu! -
- Znowu. -
- Mówiłaś, że więcej go nie obsługujesz. -
- No tym razem, to już faktycznie tak będzie. Pamela nie będzie mogła pracować przez dzień lub dwa... -
- No dobra, gdzie on jest. -
- We wspólnej. Wymachuje mieczem i gołym kutasem, szkody robi, gości straszy. Zrób coś z tym. Potem mógłbyś stanąć przez chwile przed wejściem. No nie patrz się tak, tylko chwile, zanim Lars wróci. -
Shen zmierzył matkę piorunującym spojrzeniem wdziewając zbroje i przypasując miecz. Lu odwzajemniła mu się tylko uroczym uśmiechem, obserwując jak syn "szykuje się do pracy".

Shen Fearsheld był wysokim, prawie dwu metrowym postawnym mężczyzną o szerokich barach i twardym, nieżyczliwym spojrzeniu. Odziewał się w kolczą zbroje, noszoną na proste, choć solidne ubranie. Przy pasie miał miecz, na plecach zazwyczaj tarcze, choć teraz jej nie brał. Podobnie jak kuszy. Na miejscu za to były sztylety w bliżej nieokreślonej liczbie i solidna, okuta metalem dębowa pała u boku. Po nią właśnie sięgnął, kiedy wchodził do wspólnej.

Shen wparował do dużego pomieszczania pewnym krokiem, witany szerokimi uśmiechami pracownic Tańczącej Elfki. Na środku sali szalał nagi grubas. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę, z wielkim, piwnym brzuszyskiem i dyndającym pod nim malutkim kutasikiem. Mocno łysiejący, uśliniony i wrzeszczący coś niewyraźnie, w ręku trzymał miecz, wymachując nim niezgrabnie. Od razu widać było, że był pijany a pewnie i czarnym lotosem też się zdążył dobrze uraczyć. Dobrą chwile zajęło mu skupienie spojrzenia świńskich oczu na podchodzącym do niego wojowniku.

- Czego! - wydarł się na całe gardło grubas -Ty matkojebco jeden, czego pytam! -
Shen zatrzymał się na te słowa i wyraźnym wyrzutem na twarzy, odwrócił się do stojącej za nim Lu.
- Matko, prosiłem... -
- Ja mu nie powiedziałam, przysięgam. -

Kobieta rozłożyła ręce w geście udawanej i mało wiarygodniej niewinności. Shen tylko pokręcił głową i wrócił do grubasa. Ten natarł na niego z mieczem, tratując pod drodze stołki. Fearsheld złapał go niedbale za nadgarstek i ścisną. Gruby jękną i wypuścił miecz. Zaraz też dosłał solidny cios między oczy a na koniec Shen zdzielił go pałą z całej siły między nogi. Grubas wydał z siebie nieartykułowany kwik i złożył się na podłodze w pozycji embrionalnej. Oczy zaszły mu szkłem a usta poruszały się niemo, jak u ryby.

- Shen kochanie, gdyby to był ktoś inny, to powiedziałbym, że psujesz nam klientów. Dosłownie. - stwierdziła Lu zza pleców syna, gdy ten chwycił za resztki kudłów grubego i ją targać go bezceremonialnie do drzwi.
- Przyjemniej nie pójdzie do konkurencji. - rzucił na odchodne Shen i wyszedł ze swoim "ładunkiem" na zewnątrz, żegnany radosnymi okrzykami dziewczynek. Tam cisną go najbliższego rynsztoka, wciąż niezdolnego do wydania innego dźwięku poza cichym kwileniem. Za nim po chwili poleciało jego ubranie wywalone przez kogoś z okna na piętrze.

- Cześć Shen. -
Śmierdzący Fo, stary żebrak, akurat siedział parę kroków dalej. Przed sobą miał pustą miskę.
- Cześć Fo. Powiesz chłopakom, że jest robótka? - odpowiedział mu, wskazując głową grubasa.
- Jasne Shen. -
Żebrak pokuśtykał szybko w najbliższą ciemną uliczkę a Shen wrócił do drzwi wejściowych Morskiej Lu i z założonymi na pierś rękoma, czekał na kolejnych klientów. Od czasu do czasu, zerkał tylko tęsknie, na okno jego gabinetu.
 

Ostatnio edytowane przez malahaj : 09-01-2016 o 01:48.
malahaj jest offline  
Stary 09-01-2016, 08:21   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Wysoki, opalony mężczyzna, który stanął w drzwiach 'Trójnogiego Psa', nawet pasował do tłumu, który zwykle zbierał się w tej popularnej portowej tawernie - miejscu spotkań tak marynarskiej braci, jak i poszukiwaczy przygód wszelakiej maści. Opalona twarz, przecinająca policzek blizna, ciut znoszone ubranie podróżne - wyglądem zdecydowanie nie odbiegał pozostałych.

Thazar w ostatniej chwili uniknął zderzenia z półelfką, niosącą stos pełnych piwa kufli, ominął chwiejącego sie na nogach matrosa, który nie potrafił się zdecydować, czy iść do wyjścia, czy zostać i pić dalej, po czym dotarł do kontuaru, za którym królował potężnie zbudowany Otto zwany Małym.

- Gdzie znajdę Tajgę? - spytał Thazar.

- Tam - ze znaczącym uśmiechem Mały wskazał Thazarowi w głąb lokalu. Mag nie od razu dostrzegł dziewczynę; pewnie dlatego, że wyobrażał ją sobie nieco inaczej. To, że jej drobna postać ginęła w objęciach muskularnego marynarza również mogło być powodem. Wielka, pełna odcisków łapa zaplatała się w długie, rozczochrane blond włosy domniemanej Tajgi, a druga wsunęła się pod rozchełstaną tunikę. Dziewczynie najwyraźniej odpowiadały te niedźwiedzie awanse, gdyż jej dźwięczny chichot słychać było nawet mimo panującego w Psie gwaru.

- Trzy piwa do tamtego stolika - powiedział, Thazar, co Mały skwitował pełnym wątpliwości skrzywieniem.

Po chwili mag, poprzedzony trzema pełnymi po brzegi kuflami, znalazł się przy stoliku.
- Thazar... - W głosie matrosa można było dostrzec umiarkowany entuzjazm.
- Czyżbyś żałował, że mnie wyrwałeś z paszczy rekina? - Uśmiechnął się mag. - Nie przeszkadzałbym ci, ale pan Vincent mnie przysłał, bym odszukał Tajgę - wyjaśnił.
 
Kerm jest offline  
Stary 09-01-2016, 10:34   #5
 
ObywatelGranit's Avatar
 
Kilkanaście mil na południowy zachód.

Młoda kobieta (lub wchodząca w dorosłość dziewczyna - zależy od punktu widzenia) uśmiechnęła się uprzejmie do napotkanego kupca, pomachała mu na pożegnanie, po czym poprawiła sak i ruszyła w swoją stronę. Kilkanaście mil było niczym, wobec niezliczonych dni i nocy, które przemierzyła mając jedynie słońce i gwiazdy za towarzystwo. Odkąd opuściła Góry Nether wiele dekadni temu, wciąż pozostawała w drodze. Maszerowała wzdłuż wschodniego skraju pustyni Anuaroch mijając kolejno Odległy Las, niesławne Upadłe Ziemie, Samotne Wrzosowisko i wzgórza, w których wedle plotek miał znajdować się ukryty Ostatni Elfi Dom. Przez większą część swojej podróży nie napotkała żywej duszy. Unikała podróżujących plemion Bedynów, a tym bardziej kupieckich karawan, które mogły nosić znak Czarnej Sieci. W ostatnim czasie pustynia bardzo się zmieniła. W miejsce od wieków niepodzielnie panującego słońca powoli stawiał się Cień - i to w swej najbardziej namacalnej, najgroźniejszej postaci.

Pierwszych ludzi napotkała po wkroczeniu na Drogę Księżycowego Morza. Traf chciał, że była to karawana Zhentów. Spotkanie zakończyło się wymianą zdawkowych skinięć głowy. Nie ruszyła na zachód - w stronę Gór Zachodzącego Słońca, a na wschód, mijając Moczary Odległego Morza. Sądziła, że droga wiodąca z dala od Mrocznej Twierdzy będzie bezpieczniejsza. Przemierzając Skaliste Ziemie cudem uniknęła śmierci z rąk bandy hobgoblinów. Mijając otoczone kordonem cormyrskich żołnierzy zgliszcza Tilverton na własne oczy mogła przekonać się o potędze Cienia. Myślała, że wreszcie stanęła u progu sławy - wyjaśnienie zagadki zagłady osady mogło przynieść upragniony rozgłos. Dowódca oddziału - odziany w lśniącą zbroję Purpurowy Smok - wyśmiał ją, mówiąc, iż nie jest to miejsce dla zagubionych w świecie dziewczynek.
„Spróbuj szczęścia w większych miastach, w Arabel, czy Marsember, na wybrzeżu. Tam może znaleźć robotę nawet taka przybłęda jak ty.

Wzięła jego słowa za dobrą monetę. Trafiła do miasta Pani Szczęścia, gdzie konsekwentnie odprawiano ją z kwitkiem.
„Awanturnik bez zbroi i miecza? A na co mi taka łachmaniara? Znasz się chociaż na Sztuce? Nie? Prędzej napytasz sobie biedy, niż znajdziesz tu robotę
Jednak to właśnie w Arabel podłapała trop, który mógł w końcu rozpocząć jej prawdziwą misję. Usłyszała o dobrze prosperującym kupcu - Vincencie Courtezie, który ponoć zwykł zatrudniać ludzi wolnego stanu do różnego rodzaju prac. Janella zdawała sobie sprawę, że za wielkimi pieniędzmi często kryją się znaczne wyzwania. Poza tym jej sakiewka świeciła pustkami, a racji żywnościowych wystarczyło na dwa, góra trzy dni drogi.

Ostatniej nocy swojej podróży do Marsember znowu śniła o piasku. Ten sen był inny niż wszystkie. Coś wyłoniło się z drobniutkich ziaren, przyjmując humanoidalny kształt. Czy to możliwe, że moc Anauroch sięgała tak daleko? Czy też może ona niosła ją w sobie? Wiedziała, że cień stąpa jej po piętach, że tylko dni dzielą ją od chwili próby. Starała się nie bać tej chwili. W głowie słyszała słowa swych podstarzałych (delikatnie mówiąc) mistrzów, którzy głosili kanon Słonecznej Duszy w prastarych murach zakonu Wysokiego Blasku.
„Całe twoje życie powinno być przygotowaniem do walki z ciemnością. Jest ona nieunikniona, wpisana w żywot każdego, kto podąża ścieżką światła. Mrok nie znosi jasności i zrobi wszystko, żeby ją zagasić. Dzieje się tak, gdyż nawet najmniejsza iskierka niweczy go.”

Miasto jednocześnie ją przytłaczało i zachwycało. Chociaż odwiedziła już takie miejsca jak Arabel, to za każdym razem miejski gwar miał na nią wielki wpływ. Przyzwyczajona do niekończących się godzin samotnej wędrówki, wodziła oczami za dziesiątkami, setkami twarzy, należących do różnych kultur i ras. Zdawała sobie sprawę, że nawet w tym portowym tyglu, prosta Bedynka zwraca na siebie uwagę. Wiedziała czym jest to spowodowane.

Dość prędko udało jej się zdobyć adres posiadłości Courtez. Kupiec okazał się powszechnie znanym obywatelem. Przed udaniem się na miejsce oporządziła się po podróży, płacąc resztkami miedziaków za kąpiel w miejskiej łaźni.

W końcu stanęła pod furtami posiadłości kupieckiej, gdzie prędko dostrzegł ją uwijający się w pocie czoła ogrodnik. Mężczyzna podszedł do bramki, wyjmując słomkę z ust.
- Dzień dobry! - kobieta odezwała się pierwsza. - Słyszałam, że pan Vincent Courtez szuka pracowników. Proszę mu przekazać, że Janella Raz’hadi proponuje mu swoje usługi. Mogłabym zacząć pracę od ręki - uśmiechnęła się maskując zdenerwowanie.
 
ObywatelGranit jest offline  
Stary 09-01-2016, 10:47   #6
 
Eliasz's Avatar
 
Dość przystojny młodzieniec który pojawił się w posiadłości Vincenta niespecjalnie wyglądał na kartografa. Solidna i dopasowana do jego postury koszulka kolcza, duża drewniana tarcza , morgensztern przy boku. Do tego lekka kusza wraz z pokaźnym kołczanem bełtów.

Jedynie podręczna torba służąca mu do pracy, plecak wyładowany po brzegi i duży srebrny wisior z symbolem Oghmy spoczywający mu na piersiach nieco psuł wizerunek wojownika - ochroniarza. Tak samo jak i jego postura, która do muskularnych raczej nie należała.

Żywe zaciekawione oczy skierowały się ku genasiemu a następnie ku pomieszczeniu. Zdradzały głód wiedzy tak typowy dla wyznawców Oghma, nie pominęły jednak i zawartości sakiewki, którą otworzył gdy tylko krasnolud wyszedł z pokoju.

Na moment przerwał ową czynność by raz jeszcze spojrzeć na osobnika w pokoju - Jestem Markus. - Przedstawił się z lekkim skinięciem głowy, wyczekując chwilę na reakcję genasiego i będąc gotowym na uścisk dłoni. Nie za wiele wiedział o tej rasie, zwłaszcza jakie stosują zasady kulturowe. Zakładał że pewnie zależy to bardziej od osobnika niż od rasy, ale wolał się nie pomylić. Nie lubił się mylić.

Rzut oka na rodzaj monet w mieszku i typowy dla handlarzy gest ważenia sakiewki w dłoni zdradzał jako taką znajomość w kwestiach finansowych. Dla Markusa od młodości wychowywanego w świecie miar i wag oszacowanie zawartości mieszka nie było niczym nowym. Zazwyczaj pewnie poczekałby z tym na stosowny moment, tym razem jednak ciekawość wzięła górę. Wszak jego własne zasoby finansowe były na wyczerpaniu, rodzina daleko, a nadzieja na jakiś zarobek niemal przeleciała mu koło nosa.

"Jak się nie ma co się lubi, to się tego szuka... " - przeleciało mu przez głowę częste powiedzenie jego ojca, tak typowe dla osób które parały się nielegalnym zdobywaniem dóbr. Markus często zastanawiał się jak doszło do tego że jego ojciec Ramidas zakończył swoją profesję i zajął się handlem, odnosząc w tej dziedzinie dość sporawe sukcesy. Przynajmniej wiedział skąd zebrał cały ten kapitał na otwarcie biznesu...

- A tak właściwie to czego lub kogo szukamy? - zapytał po dłuższej chwili, gdyż sam krasnolud nie raczył mu tego oświadczyć. Zaliczka szybko wynagrodziła mu ów dyskomfort , jednak nie była w stanie zastąpić podstawowych informacji związanych z zadaniem do którego go najęto.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 11-01-2016 o 15:32.
Eliasz jest offline  
Stary 09-01-2016, 13:43   #7
 
Blackvampire's Avatar
 
Jakiś czas wcześniej

Genasi siedział na sporym pniaku przed leśniczówką przygotowując kolejne strzały na nadchodzące polowanie. Dobrodziej, który zapewnił mu dach nad głową i pracę chciał zjeść świeżej dziczyzny, a Grigor miał zamiar ją dla niego zdobyć. Porośnięte kamiennymi naroślami łapy Grigora zatrzymały się na moment. Szybki odgłos kroków dobiegający od strony ścieżki dobiegł jego uszu. Podniósł ociężale łeb i zwrócił go w stronę dróżki. Zdyszany służący wbiegł na małą polankę przed chatką łowczego i szybko łapiąc oddech zaczął wypluwać z siebie prawdziwy potok słów.

Grigor zamknął na dłuższy moment oczy, kiedy je otworzył miał nadzieje, że mężczyzny już tam nie będzie. Niestety, służący nadal stał przed nim i wciąż mówił. Westchnął ciężko, nie lubił, kiedy ktoś tak szybko mówi. Mimo wszystko wysłuchał, co ma do powiedzenia. Marie, córka jego dobroczyńcy zaginęła. Teraz nie dziwił się zachowaniu służącego. Stary kupiec zapewne postawił wszystkich do pionu i kazał sprawdzić każdy możliwy trop. Posłanie po Grigora było rozsądnym posunięciem, choć nie znał dziewczynki zbyt dobrze. Widział się z nią może z parę razy, rzadko opuszczał przygotowaną dla niego drewnianą leśniczówkę, a jeszcze rzadziej ktoś go odwiedzał. Nikogo za to nie winił. Kto by chciał oglądać taką paskudną gębę na co dzień. Z resztą miał za zadanie opiekować się terenami należącymi do Courteza, więc nie miał czasu na bezsensowne przechadzki do posiadłości. Mimo tego młoda Marie za każdym razem była zafascynowana jego innością. Dziecięca ciekawość, której nigdy nie doświadczył była dla niego czymś nowym, dlatego też nie miał nic przeciwko, kiedy natrętnie wypytywała go o jego planarne dziedzictwo oraz inne sprawy.

Westchnął znowu, stając na równe nogi przed służącym, a z jego ubrania posypały się drobiny pyłu i ziemi. Skierował obojętny wzrok w stronę mężczyzny niecierpliwie wyczekującego jego odpowiedzi i burknął tylko. -Mhm...- Po tych słowach odwrócił się na pięcie znikając we wnętrzu leśniczówki jednocześnie zostawiając zakłopotanego służącego za sobą. Kiedy mężczyzna już chciał ruszyć za nim, genasi wyszedł z chatki trzymając w dłoni owinięty w kawałki skóry dwuręczny miecz. Spoglądając na mężczyznę oparł go sobie o ramię i ruszył bez słowa w kierunku ścieżki prowadzącej do posiadłości Courteza.


* * * *


Obecnie

Genasi spojrzał jeszcze raz na skrybę, kiedy ten postanowił się przywitać. Skinął tylko głową w odpowiedzi nie fatygując się uściskaniem dłoni i burknął. - Grigor. - Jego głos był szorstki i dudniący. Sam zaś Grigor musiał być groteskowym widokiem dla nieznajomego. Cały jego ubiór składał się kolorystycznie z różnych odcieni zieleni i brązu. Postawny genasi ubrany był w typowe podróżne odzienie, na które nałożoną miał skórzaną zbroję. Przy pasie wisiało mu parę sakiewek i kaletek, a na ramionach spoczywał długi, zielonkawy płaszcz. Spora warstwa pyłu i drobin ziemi, którą pokryty był cały jego ekwipunek wskazywała jakoby dopiero wrócił z jakiejś dalekiej wędrówki. W rzeczywistości, jednak wyglądał tak niemal zawsze, gdyż nie widział potrzeby czyszczenia wszystkiego za każdym razem, kiedy zostanie ubrudzone. Co ciekawe genasi nie nosił żadnego obuwia ani rękawic. Zarówno stopy jak i dłonie pozbawione były całkowicie paznokci, za to pokrywała je warstwa kamieni, która była zdecydowanie mniej szczelna niż ta pokrywająca jego twarz. Z pomiędzy szczelin zaś prześwitywała warstwa brązowawej skóry. Głowa natomiast, jak i cała twarz, przypominała raczej oblicze golema niźli człowieka. Jedynie ludzkie oczy, ukryte głęboko pod masywnymi brwiami wskazywały, na to, że mężczyzna ten nie jest martwym posągiem.

- Szukamy młodej Marie... - Zrobił chwilową pauzę jakby rozważał kolejne słowa. - To córka Courteza. Zaginęła. - Po tych słowach wstał z krzesła, a z jego ubrania posypał się kurz. Wziął w dłoń oparty o ścianę miecz i spojrzał na skrybę. - Sprawdzimy bramy. Chodź. - Ruszył w stronę drzwi nie czekając za bardzo na Markusa. Genasi miał zamiar dokładnie sprawdzić wszystkie bramy posiadłości pod kątem śladów, a później wypytać służbę.
 

Ostatnio edytowane przez Blackvampire : 09-01-2016 o 13:50.
Blackvampire jest offline  
Stary 10-01-2016, 15:19   #8
 
Sayane's Avatar
 
Tajga niechętnie oderwała usta i ręce od postawnego marynarza. Nie kojarzyła Thazara, ale imię Vincenta nie było jej obce, zwłaszcza że nie raz dla niego pracowała - w taki czy inny sposób. Dobrze płacił i nie zwracał uwagi na tajgowe metody. Dziewczyna westchnęła teatralnie, zgramoliła się z kolan niezadowolonego absztyfikanta i sięgnęła po kufel. Co z tego, że było jeszcze wcześnie i wypiła już kilka?
- No? - rzuciła w stronę maga, gdy zawartość cieczy w kuflu zmniejszyła się o połowę. - To o co chodzi?

Thazar spojrzał na nią, maskując rozbawienie. Cóż, cel uświęca środki. Zwięźle wyjaśnił w czym rzecz i poparł słowa zaliczką w mieszku ze znakiem Courtezów.
- Czyli gówniara wyrwała się na wolność? - spytała retorycznie Tajga, zgrabnie zagarniając mieszek. Słabo kojarzyła córkę Courteza; dzieci działały jej na nerwy, a poza tym rozpieszczona pannica przypominała jej o tym, czego sama nie miała. A nie. Tajga miała urodę, za to Marie cóż - włosy przeciętnie kasztanowe, sięgające łopatek, pospolitą twarz. Miała może kasę, ale nie wyróżniała się w tłumie. Tajga zaś miała niepospolitą urodę, a jak się postarała to także i bogactwo. Przynajmniej przez jakiś, zazwyczaj krótki czas.
- Nie porwana, bo nikt nie zażądał okupu. Może być, że jeszcze, ale wątpię - wyjaśniła. - Jedenaście lat, to już młoda foka. Jacyś absztyfikanci? Kochankowie? Odrzuceni przez tatusia kandydaci na męża?
- Nie sądź innych po sobie, kochaneczko - zarechotał matros, opróżniając swój kufel. - Nie wszystkie dziewuszki są takie frywolne jak ty.
- No to nie porwanie i nie kochanek. Więc zabłądziła, albo cosik ją zeżarło. Albo jedno i drugie. Miejmy nadzieję, że miała przy sobie coś charakterystycznego, to Vincent zapłaci chociaż za kości.
- Zaginęła też Laura Benitez - wtrącił Thazar.
- A co to za jedna? Przyjaciółka? To pewnie obie poszły w długą - podsumowała Tajga, osuszając kufel. - Panieneczki... Dobra! Czas zarobić! - huknęła kuflem o stół, wstała i zachwiała się nieco. Matros popatrzył na nią, zawiedziony. - Chodźmy popytać gdzie bogata gówniarzeria spędza czas. Znam miejsce, gdzie zbierają się tutejsze wyrostki. Może panienki kazały się gdzieś zaprowadzić, pytały o coś... Może chciały schować się na jakimś statku, albo popodglądać w burdelu... No i czego się śmiejesz, baranie! - prychnęła na marynarza jak kotka.
- Nie każdy jest taki jak ty, Tajga!
- No to wymyśl coś sam, jakżeś taki mądry! Karty? Nielegalne bójki?
- Może na początek popytajmy czy w ogóle ktoś je w tej okolicy widział - zasugerował spokojnie Thazar.
- Jak tam sobie chcesz. Sztukę perswazji już mamy - Tajga poklepała się po mieszku.
- Maria miała na sobie białą koszulę, brązową kamizelkę i czarne spodnie. Ta druga podobnie, szare spodnie i czarną koszulę. Włosy do szyi, kruczoczarne - uzupełnił mag. To, że mała lubiła jazdę konną i strzelanie z łuku chyba nie miało w tej chwili większego znaczenia.
- To faktycznie, wyróżniały się w tłumie, że hej! Ech, bogowie... - bardka wcisnęła namiętny pocałunek w usta marynarza i krokiem węża ruszyła do wyjścia. Gdy owionęło ją świeże (choć bynajmniej nie pachnące) powietrze przeciągnęła się jak kotka i już zupełnie prosto ruszyła w stronę miejsc, gdzie zbierała się wyspiarska dzieciarnia. Wiadomo było, że za kilka miedziaków zrobią wiele, zaś za sztukę srebra czy złota - wszystko.
 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 10-01-2016 o 16:05.
Sayane jest offline  
Stary 10-01-2016, 21:39   #9
 
sheryane's Avatar
 
Był już późny wieczór, gdy nagle drzwi do gabinetu Vincenta Courteza otworzyły się. Zaskoczony kupiec poderwał głowę znad księgi, którą uzupełniał. W drzwiach stał młody mężczyzna o białych włosach. Nie czekając na pozwolenie, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. W ramionach trzymał niewielkie zawiniątko. Na jego twarzy malowało się ogromne zmęczenie, a w niebieskich oczach były tylko żal i smutek.
- Cidran... - zaczął Vincent z nutą niepokoju w głosie.
Przybysz pokręcił głową bez słowa i podszedł do jednego z foteli stojących przed biurkiem. Usiadł ciężko i, tuląc do siebie pakunek jednym ramieniem, przetarł twarz dłonią. Spojrzał w okno.
- Odeszła - powiedział łamiącym się głosem.
Courtez przez chwilę wydawał się nie bardzo rozumieć. Po chwili dotarł do niego sens tego jednego słowa. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamknął je i potrząsnął głową. Po przeciągającej się chwili milczenia odezwał się w końcu.
- Tak mi przykro.
Zawiniątko w ramionach Cidrana poruszyło się niemrawo i nagle zaczęło cicho kwilić.
- Życie za życie - powiedział mężczyzna i zdobył się na blady uśmiech.
Vincent podniósł się z miejsca i podszedł do przyjaciela.
- Na pewno nie ma innego wyjścia? - zapytał, wiedząc już, dlaczego Cidran zjawił się tak nagle u niego. Wszak znali się od lat, czasem rozumieli się bez słów.
- Zaopiekujecie się? Będę was odwiedzał w każdej wolnej chwili. Będę wam pomagał, jak tylko będę mógł.
- Dzięki tobie jestem, gdzie jestem. Oczywiście, że możesz na nas liczyć - odpowiedział kupiec bez wahania, podchodząc do drzwi.
- Anabell! - zawołał, wychodząc na korytarz. - Anabell, pozwól do mnie. To ważne.
Już po chwili narzeczona Vincenta zjawiła się w gabinecie.
- Cidran, witaj - zamarła na chwilę, widząc, w jakim stanie był białowłosy.
- Cidran ma do nas prośbę...
- Tak - mężczyzna podniósł się z fotela. - Alleria odeszła, dając życie - zaczął słabym głosem. - Ale ja nie mogę opiekować się dzieckiem sam. Będę zawsze w pobliżu... - umilkł, tracąc panowanie nad emocjami.
Anabell podeszła i łagodnym ruchem odebrała niemowlę z jego ramion. Uśmiechnęła się do maleństwa i odgarnęła srebrne loczki z zapłakanej twarzyczki.
- Vincencie, zajmij się gościem. Oczywiście, że może u nas zostać - powiedziała, kołysząc dziecko, by uciszyć jego płacz. - Wszystko będzie dobrze.
- Dziękuję - wykrztusił Cidran, któremu wzruszenie odebrało mowę.
- Jak ma na imię? - zapytała Anabell, kierując się w stronę wyjścia.
- Athea.


Athea wypadła z gabinetu, jakby ją ktoś gonił. Ściskając w dłoni mieszek z monetami już chciała pobiec korytarzem do wyjścia, gdy nagle ktoś złapał ją za ramię.
- Może coś zjedz, nim pognasz na ratunek Marie? - zaproponował Thazar ciepłym tonem.
On też był wyraźnie zaniepokojony, ale najwyraźniej mimo to potrafił racjonalnie myśleć. Jakby w odpowiedzi na jego pytanie, żołądek Athei zaburczał głucho.
- Ale każda chwila się liczy… - powiedziała z powątpiewaniem.
- Na głodnego źle się myśli - odparł, zdobywając się na pocieszający uśmiech.
Wspólnie udali się w stronę kuchni, w której i tak nikogo nie było. W takiej sytuacji wszyscy mieszkańcy posiadłości otrzymali ważniejsze zadania niż choćby gotowanie.
- Znajdzie się - powiedział Thazar z całkowitą pewnością, wynosząc ze spiżarni dwa kawałki kiełbasy.
Athea podniosła wzrok znad krojonego właśnie chleba.
- Wiem, że się znajdzie. Co do tego nie mam akurat wątpliwości. Byle tylko znalazła się szybko - westchnęła i podzieliła kromki między ich dwoje. - Po prostu od dawna nie miałam wieści od ojca i chciałam dzisiaj udać się do Purpurowych Smoków - wzruszyła lekko ramionami. - Martwię się o oboje po prostu.
Thazar dorzucił do chleba po kawałku kiełbasy. Pospiesznie przygotowane kanapki może nie były najpiękniejsze, ale przynajmniej mogły na trochę zaspokoić głód. Nawet nie zjedli w kuchni, by nie tracić tak cennego dla rodziny Courtez czasu, zaczęli pochłaniać jedzenie w drodze do bramy.
- Powodzenia - rzucił na odchodnym Thazar.
Prawdę mówiąc wolałby iść razem z Atheą. A nuż ich szczęście by się zsumowało. Nie był w tym odosobniony. Athea w duchu również czuła, że lepiej byłoby, gdyby ruszyła na poszukiwania z Thazarem. Nie było jednak nad czym się rozwodzić. Polecenie było poleceniem, a ze zmartwionym ojcem chyba nikt wolał nie dyskutować.
- Dziękuję. I tobie również. Niech Pani uśmiecha się do nas - odpowiedziała.
Thazar uniósł dłoń w pożegnalnym geście i każde poszło w swoją stronę.


Czas odpoczynku był typową portową knajpą. Z zewnątrz drewniany, nieźle utrzymany budynek z szyldem głoszącym nazwę przybytku; wewnątrz względnie czysta izba wspólna, w której można było znaleźć zarówno długie stoły i ławy dla załóg statków, jak i mniejsze stoliki dla pojedynczych klientów. Szynk, karczmarz i butelki na półkach... Ot, miejsce jak wiele innych. Krótko po świcie nie można było raczej liczyć tutaj na tłumy klientów, co powinno ułatwić Athei zadanie. Fakt, że poszukiwany mężczyzna był gnomem też zresztą wiele ułatwiał. Pani Losu uśmiechnęła się do swej wyznawczyni, bowiem w Czasie odpoczynku gości było aktualnie trzech. Z tego dwóch było ludźmi w marynarskich strojach. Zajmowali jedną z długich ław i rozprawiali o czymś ściszonymi głosami.

Natomiast przy jednym z mniejszych stolików pod ścianą siedział ciemnowłosy gnom o kilkudniowym zaroście. Najwyraźniej właśnie kończył posiłek. Na talerzu znajdowały się resztki kurczaka, pod ręką stał również kubek wody. Choć mężczyzna wyglądał dość niepozornie, arsenał znajdujący się w jego pobliżu zrobił na dziewczynie wrażenie. Zaraz obok talerza leżał ciężki buzdygan, na wyciągnięcie ręki była oparta o ścianę włócznia. O krzesło opierały się krótki łuk, kołczan i tarcza. A do tego wszystkiego przy pasie gnom miał toporek. Sam odziany był w zbroję skórzaną, jedynie ręce pozostawił tymczasowo nieopancerzone. Dziewczyna była pewna, że właśnie znalazła Nidrima. Jakże mogłoby być inaczej, skoro czuwała nad nią Tymora.

Athea odczekała chwilę, by gnom mógł dokończyć w spokoju śniadanie, po czym podeszła do stolika. Kilkunastolenia dziewczyna o wyjątkowo niepospolitej urodzie uśmiechnęła się do gnoma. Jej białe włosy połyskiwały srebrzyście we wpadającym przez okna porannym słońcu. Ozdobioną delikatnymi piegami twarz zdobiły ametystowe oczy. Już samo zestawienie barw sprawiało, że nie raz ktoś oglądał się za nią na ulicy. Dodając do tego pełne usta, drobny nos, mleczną karnację... Nic dziwnego, że na dalsze wypady Vincent nie puszczał Athei bez obstawy. Na jej szyi wisiał święty symbol wykonany z drewna. Przedstawiał twarz bogini szczęścia w otoczeniu koniczyn. Płaszcz kapłanki spinała srebrna brosza przedstawiająca smoka, który trzymał w pazurach różę o płatkach wykonanych z ametystu.

Kliknij w miniaturkę

- Dzień dobry. Nazywam się Athea Illance. Przysyła mnie pan Vincent Courtez - zawsze dziwnie czuła się, nazywając Vincenta "panem", skoro przez tyle lat wołała do niego "wujku".
- Proszę wybaczyć najście, ale sprawa nie cierpi zwłoki. Zaginęła Marie, córka pana Vincenta. Potrzebuje pomocy w poszukiwaniach. Oto zaliczka - położyła na stole mieszek ozdobiony herbem Courtezów i przesunęła w stronę gnoma.
- Jeśli podejmie się pan współpracy ze mną, polecono nam rozejrzeć się wokół miasta za śladami i rozpytać kogo tylko napotkamy, czy czegoś nie widział - wyjaśniła i umilkła, oczekując odpowiedzi.
Opis Marie i okoliczności zaginięcia mogła zostawić na później. Na razie najważniejsze było uzyskać zgodę Nidrima.
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 11-01-2016, 16:32   #10
 
Zormar's Avatar
 
W ciemnym pokoju o kamiennych ścianach rozlegały się podniesione głosy.
- Daj spokój Nidrim! Po co ci to? Zająłbyś się czymś pożyteczniejszym.
- Tak? A czym niby? Co? - odwarknął mu młody gnom. - No słucham!
Zormar III załamał ręce i pokręcił głową. Nie mógł zdzierżyć swojego syna, który wymyślił sobie, że zostanie wielkim wojownikiem, strategiem i Garl raczy wiedzieć kim jeszcze.
- Nie wiem... No... O! Alchemikiem możesz zostać! Albo... Albo inżynierem! - zaproponował wreszcie.
- I co niby? Mam mosty budować, albo robić mikstury na czyraki, albo inną sraczke? Jeszcze czego! - Nidrim ze złości, aż strącił część broni ze stołu. - Nie zmienię zdania! - rzucił zatrzaskując za sobą drzwi.
- Co ja mam z tym moim przeklętym synem! Wojaczki mu się zachciało! Phi! - mamrotał pod nosem Zormar III. Kopnął leżący na podłodze topór i wyszedł.

***

- Nidrim zniknął! - Petunia wpadła do pokoju męża, który próbował odreagować kłótnię z synem przeglądając swoją kolekcję doskonale oszlifowanych kamieni.
-Nie... - nie mógł uwierzyć w to co słyszy. - Czyżby on... Na wszystkie czarty otchłani! - zerwał się i popędził najpierw na korytarz, a potem do tunelu. Była to najszybsza droga na powierzchnię. Wreszcie dotarł do celu, gdzie zobaczył już swojego brata Biunena. Stał on spokojnie z uśmiechem na twarzy. Zormar nie przyglądał się mu tylko zaczął wyglądać swojego syna na zboczu.
- Nidrim! Nidrim! - zaczął krzyczeć, aż w pewnej chwili dostrzegł ciemną plamę daleko w dole. - Niech no ja cię tylko...
- Zostaw go. Niech idzie. - powiedział spokojnym głosem Biunen.
- Oszalałeś?! Wiem, że mój syn to idiota, ale nie pozwolę na to by umarł w jakiejś głuszy, albo zadźgany przez jakąś poczwarę!
- Poradzi sobie. - odpowiedział mu Biunen, po czym spojrzał w oczy. - Ty sobie poradziłeś, gdy rzuciłeś wszystko i ruszyłeś w świat.
- To było co innego!
- Wcale nie. Nidrim sobie świetnie poradzi. Jest zaradny jak Petunia i uparty jak ty.
Zormar szukał wzrokiem sylwetki swojego syna, lecz nikogo nie dostrzegł na zboczu. Ze złością kopną najbliższy kamień. Westchnął ciężko i znów zaczął wpatrywać się w zbocze.
-Obyś miał rację.

***

Nidrim jadł sobie spokojnie średnio upieczonego kurczaka, gdy w progu gospody pojawiła się jakaś dziewczyna o srebrnych włosach ubrana w płaszcz. Dostrzegł jak wodzi po zebranych wzrokiem i jak zobaczywszy go zatrzymuje go na nim. Nie podeszła jednak bliżej, lecz stała przy wejściu, aż nie skończył posiłku. Podeszła wreszcie, gdy na talerzu zostały tylko obgryzione kostki nie za dobrze przygotowanego ptaka.

Teraz mogła mu się lepiej przyjrzeć. Widział bowiem jak będąc przy wejściu zerkała na kolejne części jego ekwipunku. Zerknęła przynajmniej raz na buzdygan leżący przy talerzu, który to nosił ślady użytkowania, a świadczyła o tym wytarta rękojeść oraz stępione narożniki na bijaku. Włócznię specjalnie tak postawił, by mieć ją w zasięgu ręki. Zapewniało to dwie rzeczy. Pierwszą był fakt, że w razie czego mógł ją złapać. Do tego miała świadczyć w pewnym stopniu o tym, kto zasiada przy stoliku.

Na koniec przyglądała się jemu samemu. Odziany był w skórzany pancerz złożony z utwardzonych płatów skóry, które dobrze chroniły przed większością broni, a do tego również w dużej mierze przed deszczem. Lewy bark odznaczał się rogatym naramiennikiem, który poza podstawowym zadaniem, miał również nadawać mu groźniejszego wyglądu. Nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, że większość walk wygrywa się w głowie przeciwnika, aniżeli na udeptanej ziemi. Ogólnie rzecz biorąc kompozycja zbroi i broni wokoło miały za zadanie wywrzeć presję na psychice ewentualnego przeciwnika.

Wysłuchał w spokoju jej słów, przy okazji samemu oglądając ją. Miała niecodzienną urodę. Nie chodziło o sam kolor włosów oraz oczu, ale o całą kompozycję urody jako taką. Mógłby się założyć, że albo ona sama, albo jakiś jej przodek miał sporo wspólnego z magią. Sam pamięta historię wujka, który spędzanie całych godzin w otoczeniu zaklęć i magii miał rubinowe włosy. Cóż z tego, że następnego dnia mu wszystkie wypadły, skoro zaraz wyczarował sobie nowe, tym razem z metalu. Szkoda, że umarł do zatrucia rtęcią. Pomyślał sobie w pewnej chwili, lecz skupił znów na słowach dziewczyny. Wzrok przyciągała broszka spinająca płaszcz. Srebro i ametyst. Ciekawe połączenie. Na szyi dostrzegł czyiś wizerunek wyryty w drewnie. Zdawało mu się, że kojarzy skądś go, lecz nie wiedział skąd. Być może potem sobie przypomni, lecz tymczasem dziewczyna skończyła mówić.

- Vincentowi zaginęła córka? - to było coś nowego. Przywykł do tego, że dostawał zlecenia ochrony karawan, czy robienia za straż przyboczną, czy coś w ten deseń, lecz nigdy jeszcze nie musiał szukać zaginionych dziewczynek. W normalnych okolicznościach wstrzymałby się z przyjęciem propozycji, lecz znał trochę Vincenta i wiedział, że raczej nie poskąpi z wynagrodzeniem. Wiedział, że można mu ufać w tych sprawach.
- Dobrze, zgadzam się. - przyjął propozycję biorąc mieszek. - Biorę co moje i idziemy.

Od razu zabrał się za zakładanie osłon na przedramiona, a potem zebrał swoją broń. Założył kołczan na plecy razem z łukiem, buzdygan trafił na swoje miejsce przy pasie. Tarczę ujął za uchwyt w lewą dłoń, a na koniec prawą chwycił włócznię i oparłszy ją sobie na ramieniu ruszył ku wyjściu.
- Przy okazji. Nie mów mi per "pan". Jestem Nidrim i mam dopiero 43 lata na Arvoreena! Pamiętaj, na szacunek trzeba sobie najpierw zapracować i zasłużyć. - rzekł do niej zanim jeszcze wyszli.

- To powiedz teraz coś o tej córce Vincenta. Jak jej tam było? Marie? Tak? No to mów... - kontynuował, gdy zamknęły się za nimi drzwi gospody.
- Tak, Marie - odpowiedziała Athea, kiedy ruszyli przez port na obrzeża miasta.
- Skończyła jedenaście wiosen. Jest szczupła, średniego wzrostu. Ma piwne oczy i włosy kasztanowe jak Vincent.
Choć kapłanka była zmartwiona, nie mogła nie uśmiechnąć się, gdy wspominała o dziewczynce. W końcu była dla niej jak młodsza siostra.
- Żadnych znaków szczególnych. Uwielbia jazdę konno i strzelanie z łuku, więc niespecjalnie paraduje w sukienkach i wstążeczkach.
To ostatnie również je łączyło. Athea także nie odczuwała potrzeby strojenia się w te wszystkie babskie fatałaszki, a smocza brosza była jedyną ozdobą, jaką nosiła. Choć jej łuskowa zbroja była czysta i zadbana - wstyd przyznać, że poza sporadyczną nauką władania bronią nieużywana - nie miała żadnych dodatkowych ozdób czy upiększeń. Podobnie zresztą jak ciężki buzdygan czy drewniana tarcza, które miała ze sobą.
- Prawdopodobnie nie była sama. Zaginęła również Laura Benitez. Dziewczynki znały się i przyjaźniły. Jeśli zniknęły obie, to prawdopodobnie razem. Do tej pory nie doszło do nas... znaczy do Vincenta... pana Vincenta - poprawiła się pospiesznie. - Pan Vincent nie otrzymał żądania okupu. Wydaje się więc, że nie było to porwanie. Mam nadzieję, że po prostu gdzieś się zgubiły...
Athea nie potrafiła przyznać na głos, że byłoby to dziwne. Zawierzyła los dziewczynki Uśmiechniętej Pani i wierzyła, że znajdzie się cała i zdrowa.
- Rozejrzyjmy się więc - powiedziała Athea, gdy minęli już ostatnie zabudowania portowe i ruszyli brzegiem plaży, kierując się w głąb lądu.
Nidrim słuchał jej uważnie. Wiedział bowiem, że nie może sobie pozwolić na brak koncentracji, czy skupienia zarówno podczas walki, jak i poza nią. Albo ktoś naprawdę, chce kimś być, albo tylko udaje. Dlatego też trzeba działać zdecydowanie, pewnie oraz być zawsze czujnym. Przeciwnik, czy zły los nigdy nie śpi, tak więc nie można dać się im zaskoczyć, a przy tym zaskoczyć ich swoim przygotowaniem. Tak naucza Arvoreen.
Opis dziewczynki był prosty, lecz jednocześnie na tyle dokładny, by szybko można było kogoś takiego dostrzec. Co oczywiście może nie być łatwe w tłumie na ulicy, lecz już znacznie prostsze poza miastem. Fakt, że dziewczyna potrafiła jeździć konno skłaniał do tego, by zapytać o zniknięcie konia ze stajni, lecz biorąc pod uwagę to, że poszukiwania były prowadzone, prawdopodobnie, w niedużej odległości od miasta skłaniał do stwierdzenia, że jednak wszystkie konie były na swoim miejscu.

W międzyczasie Nidrim dostrzegł, że dziewczyna ma pod płaszczem zbroję. Zawdzięczał to po trochu szczęściu oraz swojemu dobremu słuchowi, gdyż w rytm jej kroków odzywały się metalowe płytki. Można było więc wysunąć wniosek, że dziewczyna zna już życie i wie, że świat jej niebezpiecznym miejscem. I, że trzeba być przygotowanym na ewentualne niebezpieczeństwo.
- Znałaś ją osobiście? Mogła coś nieświadomie powiedzieć, czy zrobić, co powiedziałoby nam, czy czasem sama nie postanowiła uciec z domu? - postanowił drążyć temat dziewczynki.

- Tak, znałam ją osobiście - odpowiedziała, uśmiechając się lekko. - Można powiedzieć, że poniekąd wychowałyśmy się razem. Jest dla mnie jak młodsza siostra.
Następnie dziewczyna umilkła na chwilę, usiłując przypomnieć sobie cokolwiek przydatnego. Wydarzenia ostatnich dni obracała już wielokrotnie w głowie. Ale kto wie, może mimo wszystko przeoczyła coś ważnego… W końcu zmarszczyła lekko brwi i pokręciła powoli głową.
- Nie przypominam sobie nic takiego. Być może był to jakiś poryw chwili. Muszę jednak pamiętać, żeby zapytać o to Thazara - powiedziała, odnotowując sobie ten punkt w pamięci. - Uwielbiała spędzać z nim czas. Thazar pracuje dla Vincenta i mieszka w posiadłości, jest początkującym magiem - szybko wyjaśniła pokrótce, kogo miała na myśli.

- Szkoda. Byłoby to przydatne. - podsumował z lekkim zawodem gnom. Nie tracił jednak rezonu i zapału do nowego zadania. Wszakże im większe trudności się pokona, tym więcej się nauczy, a przy tym i zarobi. Popsuła to jednak wzmianka o magu. Twarz mu się zmieniła, wykrzywiona przez chwilowy grymas niesmaku. Pod nosem wypowiedział jakieś słowo, po czym splunął. Kroczył chwilę w milczeniu, po czym rzekł do dziewczyny:
- Przeszukajmy to miejsce - słowa te wypowiedział jeszcze z cieniem frustracji i złości w głosie.
 

Ostatnio edytowane przez Zormar : 13-01-2016 o 18:30.
Zormar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:05.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168