Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-03-2016, 21:03   #1
 
Ryder's Avatar
 
[Pathfinder, FR] Wielkie Łowy


Bezentil, dzień Łowów, ranek

Opadły mgły, słońce wynurzyło się leniwie zza horyzontu. Tylko ono pozostawało obojętne wobec nadchodzącego dnia. Tej nocy w Bezentil mało kto spał. Dziesiątki śmiałków przybyłych z dalekich stron tylko czekało, aż się przekonają, ile prawdy było w plotkach o Wyrnonie Ścierwojadzie.

Zdecydowanie najlepszym tego przykładem była jedyna gospoda w mieścinie, Pod Gronostajem. W czasie “okresu zwykłego” jak zwykło się w okolicy mówić, był to bardzo skromy przytułek, mogący uchodzić w nieco bardziej ucywilizowanych kręgach za zwykłą drewnianą szopę. Dwie duże sale połączone schodami, jeden pokój - “dla ważnych osobistości”. Dodatkowo kuchnia z wędzarnią i mała stajnia. Tym razem to nie był “okres zwykły”. Jinthos, właściciel – czarnowłosy krótko ścięty elf o łagodnych rysach i niemożliwym do odgadnięcia wieku – na czas Łowów zmieniał i tak już spory, jak na tęmieścinę, zajazd, w… no właśnie, co? Każda ściana, okazało się, to trzy ściany. Kilka dni przed oczekiwanym wzrostem zapotrzebowania na dach, pół Bezentil uczestniczyło w rozbudowie gospody.
Ściany rozłożono, z liści, które wyglądały jak wielkie dębowce zbudowano prowizoryczne dachy i tak Gronostaj mógł pomieścić nie dwadzieścia osób, a ponad setkę.

I w tym właśnie zajeździe, o liczbie gości na dzień dzisiejszy osiemdziesięciu ośmiu, zakwaterowani byli wszyscy poszukiwacze łatwego zarobku. Wszyscy dziwnym trafem cierpiący na bezsenność w tak ważną noc, która była ostatnią szansą na porządny wypoczynek przed morderczym polowaniem. Od zmierzchu do świtu cały parter obfitował w śpiew, taniec, pieczoną dziczyznę, strumienie wina, przechwałki i pomniejsze bójki. Na piętrze niektórzy zażywali świeżej miłości, a najmniej liczni, choć z najwyższym trudem – snu.

Ranek zastał wszystkich niespodziewanie i głośno. Do “Gronostaja” wszedł niski krępy czarnobrody człowiek i zadął w róg prawie tak długi, jak on sam. Ryk poniósł się porażająco i nie było nikogo, kto by się mu oparł. Zanim minął pierwszy szok, mężczyzna przemówił tubalnym głosem.

”Biorący udział w Wielkich Łowach mają się stawić za godzinę na placu świątynnym!”

Po czym wyszedł bez słowa. Po wszystkich salach przeszły pomruki niezadowolenia, niektórym ich żołądek przypomniał sobie, że ma dosyć, innych dopadł kac, ale większość zwyczajnie była zmęczona.
Po kilku minutach do budynku zawitała grupa druidek – bo kim innym może być równy rządek odzianych w zielone płaszcze elfic? Dziewczęta zaoferowały gościom napary trzeźwiące, zioła kojące i wywary trawienne. Widać było, że dobrze wiedzą, czego kto potrzebował. Po niecałej godzinie wszyscy wyruszyli - samotnicy, grupy, a nawet jedna kompania – na wyznaczone miejsce.

* * *



Położona nieco poza mieściną świątynia Malara okazała się być w przeważającej mierze kompleksem podziemnym, a jedyne, co znajdowało się na powierzchni, to średniej wielkości kamienny plac pokryty nieznanymi nikomu runami i dwie niewielkie marmurowe przybudówki. Gdy wszyscy zainteresowani się zeszli, z jednej z nich – kamiennego bloku o trzech wejściach – wyłonił się niski łysy mężczyzna spowity w krwistoczerwoną szatę. Połowa jego twarzy była pokryta bliznami, druga połowa tatuażami z nimi symetryzującymi. Omiótł spojrzeniem tłum, a było to niecodzienne zbiorowisko – wśród “zwykłych” łowczych, jakich wiele znalazła się grupa trzech ciężkozbrojnych orków, ciemnoskórzy wojownicy w szatach nadających się bardziej na bal, niż na polowanie, kilkoro dumnych czarodziejów, paru szukających inspiracji bardów, wiele psów tropiących i szkolonego ptactwa. Z boku trzymała się grupa tutejszych łowczych-druidów odzianych w charakterystyczne skórznie o wielu odcieniach zieleni. Byli też niziołkowie, żądni przygód jak zawsze, znalazł się jeden krasnolud z łukiem na plecach, rzucający wszystkim ostre spojrzenia, byli też kapłani… kogo tam nie było?

- “Nadszedł czas wiosennych Wielkich Łowów ku czci Malara” - przemówił mężczyzna w czerwieni - “Wprowadzić zwierzynę.”

Kimkolwiek był człowiek w samej opasce biodrowej prowadzony przez dwóch tęgich kapłanów, nie zrobił wielkiego wrażenia. Chuda twarz z kilkoma bliznami i rzadkimi płowymi włosami, przeciętna postura. Ba, przez tłum przebiegły pomruki niezadowolenia i niedowierzania.
- To ten ścierwojad? Szynki nie ugryzie, bo mu zęby wypadną!
- Lepiej od razu dajcie kasę! Szkoda naszego czasu!
- Zagłodzili go przed całą zabawą!


Arcykapłan podniósł rękę w geście nakazującym ciszę i po chwili szmery umilkły.
- ”Wielkie Łowy potrwają czterdzieści osiem godzin i odbędą się na terenie południowej puszczy. Osoba, która przyniesie głowę tego mężczyzny” – wskazał pojmanego chudzielca o dziwnym spojrzeniu – “Otrzyma tysiąc złotych koron nagrody i błogosławieństwo Pana Bestii. Niedozwolone jest odbieranie siłą trofeum zwycięzcy. Wyrnonie, jeśli przetrwasz czas Łowów, odzyskasz wolność.”

Czerwony stanął przed tym, którzy rzekomo był strasznym Wyrnonem Ścierwojadem i nakreślił mu na czole znak ręką.
– Wiążę cię paktem polowania, zwierzyno. Opuść teren polowania przedwcześnie, a bestie Pana dopadną cię i rozerwą na strzępy.” - czy Wyrnon się teraz zakrztusił? - ”Wyprowadzić i wypuścić.”

Ścierwojada wprowadzono z powrotem do podziemi, jak podejrzewała większość, musiało być tam inne wyjście. Tłum zaczął się rozchodzić w pośpiechu kierując się ku południowej części lasu okalającego Bezentil. Byli tam też oni.

Każdy z nich przybył tam w sobie tylko znanym celu, jednak teraz kierowali się we wspólnym kierunku, tabun myśliwych wchodził do lasu, krew buzowała w żyłach, gra o życie i śmierć się rozpoczęła… Lecz na wejściu do lasu wspomnienia jakoś dziwnie się zacierają…

* * *



Ocknęli się w podobnym czasie, było ich sześcioro – pięciu mężczyzn i jedna kobieta. Było ciemno, musiał być albo wcześny ranek, albo wieczór. Wystarczyło jednak światła, by ujrzeli swoje twarze w malutkim jeziorku. Coś się zmieniło. Każdy miał na czole znak.

 

Ostatnio edytowane przez Ryder : 13-03-2016 o 00:22.
Ryder jest offline  
Stary 13-03-2016, 12:53   #2
 
Arvelus's Avatar
 
Gdy kapłani wyprowadzali Ścierwojada z tłumu wyszedł Davy. Powiedzieć by się chciało niziołek, ale o wzroście czterech stóp, więc jeśli tak to wyjątkowo wielki. W jego ruchach widać płynność i pewną surową grację. Krok za nim, po lewicy i prawicy, kroczyły dwa wielkie ogary, w kłebie sięgające mu oczu. Przyprowadził je w miejsce gdzie stał Wernon. Klęknął i wydał im polecenie.
- ”Węsz…”
Psy posłusznie schyliły łby i znalazły zapach. Potem, za kolejnym poleceniem cofnęły się kilka kroków gdy Davy odkrokował sporą fiolkę i rozlał ją po ziemii. Jego nozdrza natychmiast uderzył agresywny i bolesny zapach amoniaku. Rozlał ostatnie krople, jakby chrzcił ziemię po któtej Ścierwojad szedł.
Gdy wstał i odwrócił się zobaczył wściekłe i złorzeczące spojrzenia innych łowców z pasmi, którzy chcieli zyskać przewagę wynajdując zapach Ścierwojada przed rozpoczęciem łowów.
- ”Wernon jest mój” - skomentował jedynie gniewnie i ruszył w kierunku lasu, nie przejmując się innymi myśliwymi.
 

Ostatnio edytowane przez Arvelus : 14-03-2016 o 11:49.
Arvelus jest offline  
Stary 14-03-2016, 07:57   #3
 
Perrin's Avatar
 
Ach to jest życie! Dolit drzemał zadowolny z siebie. Poprzedniego wieczoru była niezła biba. Jak zwykle w nowym miejscu udało mu się nieco zarobić. Przynajmniej dopóki wszyscy nie przyzwyczaili się do widoku Bery.

Zawsze wygląda to podobnie- przychodził w nowe miejsce do najpopularniejszej gospody i mówił gospodarzowi, że ma coś, co nakręci interes. To co dziwne przyciąga klientelę, a szczególnie gdy ma się doświadczenie w zabawianiu gawiedzi. Najczęściej wystarczała krótka prezentacja by przekonać gospodarza do darmowego pobytu, a ze zdobytych napiwków można było się nieźle zabawić.

Gdyby szukać czegoś do czego podobna jest Bera w pierwszej kolejności trzeba by powiedzieć "małpa". O ile małpa może mieć owłosienie w kolorze ciemnego blondu... I takie długie pazury. Jednak to nie dziwne umaszczenie, ani nawet świecące symbole widoczne na jej ciele budziły największe zainteresowanie. Najbardziej niezwykłą cechą tego stworzenia była głowa wyglądająca na niemal ludzką. Jej twarz jest owalna, o pełnych ustach, ułożonych w delikatny uśmiech cwaniaka, czerwieniących się czasami (!) policzkach, odrobinę spłaszczonym nosie. I te oczy! Nie dość, że poprzedzone długimi rzęsami w towarzystwie krótkich blond (a jakże!), niemal niewidocznych brwi to jeszcze na tym całym jasnym tle... czarniejsze jeszcze niż węgiel oczy. Oczy pozbawione tęczówek, niby dwa otwory do innego świata. Oczy tak głębokie, że aż hipnotyzujące. Gdy ktokolwiek w nie pierwszy raz spojrzy ma wrażenie, że stanowią okna do innego świata i że jeśli wpatrzy się odpowiednio intensywnie dostrzeże coś za nimi. I to wrażenie wywołane przez oczy i ten inteligentny uśmiech tak intrygują, rzucając na patrzącego swoisty czar. No przynajmniej dopóki Bera się nie uśmiechnie szerzej (co czasem czyni dla hecy) ukazując w ten sposób groźne kły.

Już pierwszy widok tego poruszającego się na czworakach stworzenia, przynajmniej przez pierwsze dni w danym miejscu zapewnia chętnych do obejrzenia pokazu. Jednak Bera, choć tak niezwykła, nie jest tu bynajmniej jedyną, która ma czym się pochwalić.
Jeśli spojrzeć na Dolita niewiastom ciśnie się na usta słowo "Przystojniak", zaś zazdrosnym osobnikom płci męskiej "Żygolo". Dość wysoki (ok 1,85m), nie za chudy, nie za gruby, schludnie ubrany w spodnie, koszulę, pas, skórzaną kurtkę, chustę i rękawice. Na głowie zwykle nosił kapelusz zasłaniający mu niemal oczy. Spod nakrycia głowy wystają krótko obcięte włosy w kolorze ciemnego brązu, odsłaniające z kolei niewielkie uszy. Twarz ma owalną, o wyraźnie zarysowanym podbródku i linii szczęki. Średniej wielkości nos, wargi zwykle ułożone w coś pomiędzy uśmiechem, a namysłem, ciemnobrązowe oczy, o uważnym spojrzeniu, niby gotowe ocenić cię i przejrzeć na wylot. Generalnie cała jego postawa, w tym także sposób mówienia i poruszania się emanują pewnością siebie. W zasadzie całość można streścić słowami, że właśnie tacy jak on żeńskiej części publiczności się podobają, tym bardziej gdy, tak jak jest w przypadku Dolita, są wygadani i znają kilka sztuczek. A sztuczek nasz bohater zna więcej niż kilka, co chętnie demonstruje, szczególnie gdy towarzyszy mu Bera. Czego to oni nie robią- podskoki, przewroty, podawanie na różne sposoby piłki. Z tym ostatnim przedmiotem potrafią robić tak dziwne rzeczy, że wielu obserwatorów podejrzewa używanie magii. No bo jak to możliwe, że piłka leci prosto w twarz jednego z widzów, po czym nagle zawraca wysokim lobem w przeciwnym kierunku, wreszcie schwytana wpół drogi przez Berę wykonującą salto? Nie da się chyba tak podkręcić piłki?

Magia czy nie, gawiedzi te pokazy się podobają, do tego stopnia, że zwykle po kilku dniach przyzwyczajają się do widoku dziwnego stworzenia, a nawet próbują je pogłaskać. Bera na te umizgi reaguje różnie, w zależności od tego kto tego próbuje. Jeśli robi to jakaś kobieta, wówczas po prostu szeroko się uśmiecha- to wystarcza by niewiasty cofały ręce. Gdy próbuje tego szczególnie brzydki facet wyciąga pazury. Natomiast jest gotowa przyjąć pieszczoty i pochwały od wszelkiego rodzaju podobnych Dolitowi przystojniaków.

Niestety wszystko się kiedyś kończy, a jedną z takich rzeczy jest zainteresowanie pokazami. Szczególnie gdy wokół jest konkurencja w postaci wszelkiej maści cyrkowców czy bardów. A Dolit przecie miał swoje wydatki. W dzisiejszych czasach wszystko kosztuje, nawet jak się mieszka za darmo- wino, kości, extra posiłki. A przecie i każdy normalny facet jak zobaczy ładną dziewkę to też sypnie groszem, szczególnie jak ta się uśmiechnie. To właśnie jeden z owych uśmiechów był powodem obecnego samozadowolenia Dolita. Jedna z kelnerek z pewnością niebawem obdarzy go czymś więcej. Nie bez powodu z resztą inwestował w nią przez ostatnie kilka dni.

Nagle z drzemki i błogich rozważań wyrwał go dźwięk rogu i krzyk jakiegoś kretyna, który nie umie uszanować spoczynku uczciwie pracujących. Darł się on:
Cytat:
"Biorący udział w Wielkich Łowach mają się stawić za godzinę na placu świątynnym!”
.

No tak! Wielkie Łowy!
Dolit początkowo nie zamierzał brać w nich udziału. Przyjechał tu wykorzystać ten cały spęd ludności, by zarobić na pokazach. Forsa jakoś szybko się jednak skończyła (Dolit czasem podejrzewał, że ktoś mu ją podkrada) i oferta zarobienia tysiąca (TYSIĄCA!) monet stała się tak kusząca, że między jednym kielichem, a drugim zadeklarował swój udział wobec zgromadzonych. Potem głupio było się wycofać, z resztą pieniądze się przydadzą. Dolit nie miał większego pojęcia jak to będzie wyglądać, ani nawet jak osiągnąć cel przed innymi. Jedyne o czym pomyślał to kupno krótkiego miecza, co by mieć czym ściąć łeb wywernowi, czy jak mu tam.

Obecnie strasznie nie chciało mu się zwlec z łóżka. Sen jest jedną z największych przyjemności jakie oferuje świat. No ale zgłosił się. Kac mu też jakoś specjalnie nie doskwierał (może ta kwaśna mikstura, którą dostał od dziewki faktycznie działa).
Zwlókł się z posłania, po czym stwierdził, że nie musi się ubierać, albowiem położył się odziany, nie zdejmując nawet butów. Zebrał więc swoje rzeczy, założył kapelusz, przywołał Berę i ruszył za tłumem na plac świątynny.

Tam przyszedł kapłan, powiedział coś o jakichś malarzach (może chciał się pochwalić wystrojem świątyni, bo ta była dość ładna) i kazał wyprowadzić ofiarę tej całej imprezy. Owa "ofiara" okazała się być wynędzniałym facetem. Kapłan coś tam znowu powiedział, dotknął jego czoła i wyprowadzono biedaka na zewnątrz. W normalnych okolicznościach Dolit nawet by nie pomyślał by zrobić mu krzywdę, ale podobno gościu był gnojem jakich mało i zasłużył na wszystko co go spotka. Jest więc okazja zrobić przyjemne z pożytecznym. Dolit nadal nie wiedział od czego zacząć.

Naraz zobaczył, że jakiś niziołek (Dolit lubił niziołki, bo te podobnie jak on sam zawsze były chętne do zabawy) wypuścił psa by ten węszył. Nie był oczywiście jedynym, który wpadł na ten pomysł. Dolit już chciał odpapugować tę strategię i kazać Berze zrobić to samo, ale mały cwaniak rozlał jakiś śmierdzący płyn, przez co wszystkie okoliczne psy i tym podobne stwory były skołowane. Dolit jednak pomyślał "Skoro nie mogę ścigać zwierzyny, będę ścigał myśliwego" i kazał Berze węszyć za tamtym, od którego z pewnością będzie waliło amoniakiem. Bera spojrzała na niego z wyrzutem. Nikt normalny nie chciałby wdychać tego świństwa. Dolit odpowiedział jej spojrzeniem dziecka, które przeprasza i prosi o przysługę i dzielna Bera zaczęła węszyć. Ruszył więc za nią i...


... obudził się nad jakimś jeziorem. W zasadzie obudził się jego umysł, bo nie chciało mu się otworzyć oczu. Czuł wokół wilgoć, zapach ni to bagienny, ni to leśny, ni to słodkowodny. Słyszał szmer wody, lekkie trzeszczenie drewna. Poza tym jednak panowała zupełna cisza. Chciało się wręcz ponownie zapaść w sen. Stwierdził jednak, że coś jest nie tak i dopiero wówczas otworzył oczy. To co zobaczył wynagrodziło mu cały wysiłek. Oto leżała przed nim całkiem śliczna elfka. Dolit nigdy nie był ksenofobem. Nie pamiętał wprawdzie jak się tu razem znaleźli, a jeśli już o tym mówimy nie wiedział też gdzie jest "tu", ale z pewnością nie wypada się do takiej niewiedzy przyznawać. Postanowił, że poleży chwilę i popatrzy sobie. Może nieoczekiwana piękność za chwilę otworzy oczy. Dolit lubił bowiem patrzeć w oczy, szczególnie niewieście. Przy tej okazji zwrócił uwagę na dziwny element nieco kontrastujący z resztą wrażenia jakie na nim sprawiała. Co to za dziwny symbol na czole? Nie zdziwiłoby go to tak, gdyby nie fakt, że symbol ów nie emanował żadnym światłem. Cóż- tak czy siak warto poczekać, aż się obudzi.
 

Ostatnio edytowane przez Perrin : 28-03-2016 o 23:12. Powód: jak się później okazało nie ma owadów
Perrin jest offline  
Stary 14-03-2016, 22:42   #4
 
Libertine's Avatar
 
Karczma tętniła muzyką, śmiechem i wszechobecną radością. Xaazz nie lubiał tych szczęśliwych mord, był wewnątrz podenerwowany czy ktoś go nie śledził i łypał ślepiami z nad piwa to na lewo to na prawo. Gospoda Pod Gronostajem na szczęście była tak pełna, że łatwo skrył się w podpitym tłumie i mógł ze spokojem rozkoszować się tutejszymi trunkami. Krasnoludzki palący język bimber, tudzież gnomi wywar z liści mandragory popity ichniejszym browarem szybko sprawił, że począł czuć się zbyt swobodnie, nawet jak na tą biesiadę.

-Buuuu! - zawył w stronę "blond" małpy, po czym cisnął w nią ogryzkiem jabłka.

Tłum, co prawda obdarzył go kilkoma spojrzeniami odrazy, lecz on w najlepsze szczerzył zęby.

-Cholerny goryl, z przodu niby twarz, a tak naprawdę dupa.- wyszydził po cichu pod nosem, biorąc kolejny wielki haust alkoholu. Chwiejąc się już co nieco na siedzisku, gdy nagle jego uwagę przykuła biuściasta niewiasta i już więcej z wieczoru nie pamiętał.

Upoił się tak koszmarnie, że ze spotkania z druidkami był sobie w stanie jedynie przypomnieć urywki, w tym dziki zapachach podtykanej pod nos rośliny, która odurzyła go jeszcze mocniej.


Huahuahehe – zadrwił ze swego odbicia donośnie – A cóż to za paskudna istota? O NIE! To nie mogę być JA! - Zachlapał prędko powierzchnie wody, aż ta utraciła swą niewzburzoną formę, po czym jego twarz zbledniała, a oczy przybrały dziką formę pełną zazdrości, gdy objął wzrokiem resztę – A WY tacy piękni?! Uff, na szczęście jakiś KURDUPEL! – zaszydził pokazując palcem w stronę niziołka, by następnie zwymiotować pod siebie, brudząc przy tym sobie całe spodnie śmierdzącą kleistą mazią.

Nagle poczuł przypływ adrenaliny, a mięśnie otaczające jego chuderlawe cielsko napięły się nań jak struny. Dając się ponieść silnym drgawką władającymi całym jego ciałem pozwolił by runa na jego czole zabłysła jaskrawym światłem.

-Nor Ash Lev- Xaazz zacytował z pamięci.

Woda zalśniła złotym odcieniem, po czym coś buchnęło w powietrzu, aż można było poczuć jak fala energii roztacza się po ciemnej kniei. Ptaki ucichły, woda przestała szumieć, a nawet sam wiatr zaprzestał hulać. Medytująca sylwetka czarownika pozostała niewzruszona przez parę kolejnych minut koncentrując się na zawahaniach mocy.
 
Libertine jest offline  
Stary 16-03-2016, 21:14   #5
 
Komtur's Avatar
 
Osbern spędził z pół dnia w głównej sali w karczmie "Pod Gronostajem". Przybył do Bezentil tuż przed łowami i tylko ten elfi przybytek miał jeszcze wolne miejsca. W sumie powinien już udać się na spoczynek, bo miał za sobą szmat drogi, ale informacje były ważniejsze. Początkowo stali bywalcy, nie wiele gadali, czemu trudno się dziwić. Osbern nie wyglądał na człowieka z którym można się zaprzyjaźnić. Krótko wystrzyżona głowa z wysokim czołem i zakolami w wielu kulturach oznaczała agresywnego osobnika. Wizerunku nie poprawiał ani beznamiętny wyraz twarzy, ani strój delikwenta, na który składały się podróżne, solidne łachy i żelazna, nasmarowana ciemnym olejem kolczuga. Relacji społecznych nie prostował też przypasany do pasa długi miecz, ani oparte o ławę, tarcza ze śladami częstego użytkowania i ciężka cisowa kusza.
Mimo tego za kilka postawionych piw, udało się Osbernowi zdobyć parę podstawowych informacji o łowach. Na przykład że łowy odbywają się cztery razy w roku i są związane z tutejszą dominującą religią. Są też pierwszymi łowami, które przyciągnęło tak liczną grupę łowców. Kolejne postawione piwa zdradziły sekret, że tylko raz zdarzył się przypadek iż łowca przejął siłą trofeum drugiego łowcy. Szczegóły tego ciekawego wydarzenia mówcy zbyli machnięciem ręki, ale Osbern wyczuł że coś tutaj śmierdzi. Średnio raz na rok ofierze łowów udało się przeżyć, co wojownika raczej nie dziwiło. Bardziej zastanawiał się nad tym, czy przed zdybaniem ofiary, łowcy walczyli między sobą? Niestety nie dowiedział się tego gdyż miłe rozmówki przerwał występ rzępolącego barda, a i zmęczenie dało się Osbernowi we znaki, więc udał się na spoczynek.

Następny dzień przyniósł rozpoczęcie łowów. Osbern mógł się wreszcie przyjrzeć ofierze, innym łowcom i ocenić swoje szanse. Łatwo nie będzie, zwłaszcza, że niektórzy mieli cale tabuny zwierząt tropiących, jednak przy szczypcie szczęścia i uncji brutalności powinno się udać zgarnąć nagrodę.
 
Komtur jest offline  
Stary 17-03-2016, 17:10   #6
 
Yuan's Avatar
 
/Kilka tygodni wcześniej...

Roley zarzucił upolowaną sarenkę na plecy i żwawym krokiem ruszył w drogę. Łagodny wietrzyk owiewał mu twarz, a słońce, raz na jakiś czas nieśmiało wyglądające zza chmur, przyjemnie grzało jego policzki. Łowca uwielbiał taką pogodę, zawsze wprawiała go w dobry nastrój, więc i podróż do domu, chociaż długa, minęła mu szybko i przyjemnie. Zdecydowanym ruchem otworzył drzwi wejściowe.

–Kocha... – przerwał w pół słowa z niedowierzaniem wpatrując się w to co zobaczył. Przewrócone stoły, połamane krzesła, wspaniałe drewniane ozdoby jego żony znane w całej okolicy połamane lub spalone. Roley zrzucił z pleców sarenkę i rzucił się do środka – Maria?! – krzyknął rozglądając się rozpaczliwie. W oczy rzuciła mu się mała karteczka leżąca na środku tego nieładu. Ktoś zadbał o to, żeby w całym tym bałaganie była doskonale widoczna. Mężczyzna drżącą ręką podniósł list i z rosnącym przerażeniem szybko przeczytał jego treść. W stresie niewiele z niego zrozumiał, ale doskonale zdał sobie sprawę, że list kończący się podpisem „Rust” nie wróży dla niego nic dobrego.

/Poprzedniego dnia...

Roley niepewnym krokiem wszedł do gospody. O ile warunki zakwaterowania uczestników łowów nie były dla niego niczym niezwykłym (sam wszak mieszkał w drewnianej chacie i cenił sobie prostotę) to natłok ludzi, których ujrzał w środku momentalnie wywołał w nim uczucie dyskomfortu. Postanowił nie zdejmować kaptura i niepostrzeżenie przemknął się do stojącego w rogu jedynego pustego stolika. To dawało mu niewielkie, choć złudne, uczucie izolacji. Odesłał karczemną dziewkę gdy przyniosła mu piwo, a żeby złagodzić trochę obrażone spojrzenie, którym go obdarzyła rzucił jej monetę. Uważnie obserwował ludzi w gospodzie, mieli w końcu być jego przeciwnikami, a gdzie tak dobrze poznasz człowieka jak nie w karczmie przy piwie? Sytuacja wyglądała dość typowo. Z jednej strony jakiś gość z... czymś podobnym do małpy próbował dorobić grosza, nieopodal jakiś pijak obrzucał go bluzgami. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu byłby w centrum tego wszystkiego żłopiąc piwo i szukając okazji do zaczepki...

/Teraz...

Osbern wstał otrzepał się z liści, sprawdził ekwipunek i zagadnął trochę zachrypniętym głosem towarzyszy łowów - Myślicie że druidki zapodały nam coś w tych swoich specjałach? Coś dziwnie się czuję, jakby mi ktoś wyrwał kilka godzin z pamięci, no i jeszcze te cholerne znaki. - przejechał ręką po czole - Oznaczają łowców, zwierzynę czy jak? Tak w ogóle to mówią mi Osbern.

-Nie wiem… to dziwne - odpowiedział wyrośnięty niziołek - Ja jestem Davy - przedstawił się i gwizdnął przeciągle - Mustafa! Celefas! Bywaj! - gwizdnął znowu, ale jego psów nie było w pobliżu - Niech to diabli porwą! Nie brałem udziału w łowach w zeszłych latach, ale nigdy nie słyszałem takich opowieści… - Rozejrzał się za jakimś co wyższym drzewem, tak by wystawało ponad korony innych - poczekajcie… rozejrzę się - kilka chwil później był już na szczycie...

Roley próbował wstać ale nagły ból głowy skłonił go do ponownego przemyślenia swojego zachowania. – Co do... – szepnął pod nosem rozglądając się wokół. Druga próba stanięcia na nogi poszła nieco lepiej, łowca gwizdnął i z cienia wyłonił się wielki Mastiff z wiewiórką w pysku. – Alex, błagam Cię... nie mógłbyś czasem czegoś większego upolować? – energicznie machając ogonem pies dał mu do zrozumienia, że chyba niekoniecznie. – Witam panowie... i panie – dodał łapiąc w polu widzenia półelfkę – Na imię mi Roley i mam niejasne wrażenie że te znaki na naszych czołach nie wróżą niczego przyjemnego. Ktoś kiedyś widział coś podobnego? - sądząc po twarzach towarzyszy wiedzieli dokładnie tyle co on. – No dobrze... przejdę się po okolicy, może znajdę jakieś wskazówki co do naszego położenia – rzucił i oddalił się w stronę lasu.
 
Yuan jest offline  
Stary 17-03-2016, 23:13   #7
 
Perrin's Avatar
 
- Zmierzcha - zadeklarował Davy gdy zszedł z drzewa - Znajdźmy miejsce do przenocowania. Jutro, gdy będzie jaśniej, zorientujemy się gdzie jesteśmy… - postanowił i ruszył przed siebie, na poszukiwania noclegu. Ostatecznie zostawało drzewo, ale nawet one sobie nie równe i przy odrobinie pracy dało się udogodnić taki nocleg.

“Zmierzcha”- usłyszał Dolit nad sobą. Głos jakby kojarzył, ale w swojej karierze słyszał tylu niziołków, że nie był pewien do kogo ten konkretny należy. Myśl, że nie był z tą pięknością obok sam na sam nie była przyjemna. To było dziwne. “Gdy będzie jaśniej zorientujemy się gdzie jesteśmy”. Aaa- czyli zgubili się w lesie w towarzystwie tej ślicznotki, a jemu przypadło w udziale zająć najciekawsze miejsce na nocleg. To była dobra wiadomość. Drugą pomyślną informacją był fakt, że skoro zapada noc, to znaczy, że nie musi wstawać. Nie ma nic lepszego niż obudzić się, stwierdzić, że jest obok ktoś do przytulenia i jeszcze dowiedzieć się, że ma się całą noc przed sobą do wykorzystania w dowolny sposób. W dodatku tamten gdzieś sobie poszedł. Dolit oczywiście nie jest żadnym prostakiem, więc postanowił cierpliwie zaczekać, aż będzie mógł lepiej poznać swą towarzyszkę. Reszta sama się ułoży.
 

Ostatnio edytowane przez Perrin : 17-03-2016 o 23:22.
Perrin jest offline  
Stary 19-03-2016, 16:43   #8
 
Kata's Avatar
 
Wcześniej..


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=XsDBl72hsbo[/MEDIA]

Morska fala zakręciła się i wdzięcznie opadła w gęstą toń z siłą i gracją. Za nią była kolejna i kolejna. Powstawały i znikały w nieskończonym cyklu przemian które wywierały na jej tafli siły o źródle bijącym ze wszystkich stron. Temperatura, która dzieliła prądy na ciepłe i zimne. Księżyc który choć nie dało się go dotknąć, zdawał się porywać je na moment tylko dla siebie. W końcu wiatr, niespokojny duch chaosu, wieczny i trudny do okiełznania.

Ktoś się zaśmiał całkiem niedaleko, ale brzmiał odlegle, jakby był tylko wspomnieniem.

Fala wzburzyła się niespodziewanie, rosnąc i wbrew logice, w swojej delikatności zyskując siłę. Była zielona i złota zarazem, a jej kolory przeplatały się niczym ramiona gwiazdy splecione cierniem. Zamknęła powiekę, a zielono-złota fala załamała się i zniknęła.

Zehirla była tym morzem. Zagadkowym innym światem, którego dokładne opisanie nie udało się nikomu. Zmienna i stała zarazem. Okrutna i hojna. Wiedziona przez los, niczym wiatr.. przez innych co pojawiali się i przemijali jak przypływy i odpływy.. przez emocje które raz płomienne, raz skute lodem były. Z jednej strony z krwi elfiej wylana, dumnej krwi która wiele już widziała, lecz przemijała. Z drugiej szkarłatu ciemnego, płomiennym zepsuciem przesiąkniętego, i zza głębi tego morza wyzierającego...


Nagle cofnęła się i spadła, a zawijasy fal kurczyły robiąc coraz mniejsze, odleglejsze i niewyraźne. Nie chciała tego, ale wciąż spadała, a morze uciekało. Traciła je. Chciała coś powiedzieć, gdy rześka bryza uderzyła ją w twarz i.. okazała się tylko pianą z uderzającego nieopodal o stół kufla.



Wnet wszystko zaczęło się budzić, zaczynając od zapachu typowego prostackiego towarzystwa który nieprzyjemnie drażnił nos i obcej dłoni którą czuła na plecach, a która obejmowała ją dość śmiało w talii. Przypomniała sobie gdzie jest i dlaczego tu jest. Przypomniała sobie że siedzi teraz z obcymi jej ludźmi udając że się dobrze z nimi bawi, tylko po to by nie ryzykować siedzenia samej. Błąd w jej wyborze sygnalizowała jednak druga dłoń, którą wyczuła wysoko na udzie i której śmiałość sprawiła że pół-elfka drgnęła. Ta sama, która zabrała jej piękne morze...

Nie krzyknęła. Nie zrobiła awantury i nie zdzieliła go w twarz. Zamarła z chłodnym wyrazem oczu, które tylko lekko przechyliły się wraz z rozchyloną wargą w stronę mężczyzny. A smukła dłoń dyskretnie opuściła pod biesiadną ławę. Elfki nie były nieśmiałe z lęku jak ludzkie kobiety. Każda elfka uczyła się walki, każda miała równe prawa co mężczyzna.

Zehirla wychowała się pośród elfów.

Dłoń dziewczyny powiodła po jego dłoni, pozornie przyjaźnie, nasuwając się na nią niczym rękawica ze skóry węża, lecz gdy już się nasunęła, wąż ukąsił. Spojrzała mu prosto w oczy, wzrokiem wyzutym z sumienia, wzrokiem przypominającym błyskawice na tle nieba. Wokół wbitych do krwi w skórę paznokci zawirowała energia. Ręka faceta drgnęła i zaczęła dygotać gdy drobne czerwone krople zamieniły się w oszronione lodowe kryształki. Odruchowo i szybko mężczyzna cofnął ją jak oparzony. Skórę od nadgarstka, aż do łokcia miał zaczerwienioną, a mięśnie wciąż delikatnie drgały w nerwowych tikach. Wstał ostro od ławy, a jego twarz wygięta była w grymasie który przedstawiał coś pomiędzy przerażeniem, odrazą i zakłopotaniem.

Pół-elfka oderwała od niego wzrok który najwyraźniej zaspokojony jego bólem przestał już iskrzyć. Uniosła się i wiedząc że nic tu po niej dopiła swoje wino, wstając i trzaskając o ziemię glinianym kubkiem. Odeszła beznamiętnie ignorując obelgi które słyszała za sobą, a których mężczyzna nie śmiał powiedzieć głośno.


W lesie..


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=KIbIIfQAdM0[/MEDIA]

Długie, zgrabne palce małej dłoni drgnęły nieśmiało, z wolna i trochę nieporadnie głaszcząc chłodną i wilgotną glebę. Pod paznokciami nie było też już krwi po niedawnym incydencie.
Wbrew ich pierwszej ocenie na ziemi nie leżała elfka, choć tak do niej podobna. Sylwetka i kształt twarzy zdradzały zmieszaną krew, mimo że wyraźnie jej urodę zdominowało dziedzictwo starszej rasy.


Równo przycięte pazurki błyszczące kolorem wiśni wbiły się delikatnie w ziemię, sennie brodząc i lekko orząc ją bez żadnego sensu. Miedzianej barwy włosy były zadbane i piękne, choć teraz z jednej strony przylepione do lepkiej od wilgoci ściółki. Te rozpuszczone i luźno spływające po ramieniu, chowały się za materiałem krótkiej do lędźwi peleryny czarnej barwy. Nosiła ona na sobie prawie nie widoczne kwieciste motywy, dodające jej elegancji i uroku. Pół-elfka posiadała równe i ostre rysy twarzy które podkreślała długa łabędzia szyja i pełne usta. Były umalowane szminką o kolorze podobnym włosom, a zastygły lekko rozchylone w niemrawym sennym grymasie. Choć teraz leżała nieprzytomna, czuć było od niej jakąś siłę, nawet jeśli byłaby to jedynie siła charakteru. Makijaż był delikatny ale staranny, co było typowe dla elfiego kunsztu, mimo to sama jego obecność nietypowa w takiej dziurze.

Brwi Zehirli wygięły się w drobnym, sennym grymasie.

Idąc wzrokiem niżej można było dostrzec parę pełnych piersi, zgrabnie ujętych przez otulający talię kobiety gorset. Niegrzecznie było jednak tam zaglądać, a i metalowa sprzączka zwierająca w całość krótką pelerynę skutecznie przesłaniała swoim srebrnym blaskiem widok. Krótka kurteczka o finezyjnym kroju i wiązaniu na wysokości splotu, elegancko ukrywała to co trzeba było ukryć, pozostawiając to, co warto było pozostawić. Spod gorsetu wypływała długa spódnica, o prawie równie długich rozcięciach i tajemniczych zdobieniach. Całość wykonana z równo wyciętych i drogich materiałów sprawiała wrażenie kosztownego nabytku, ale też gdy uważniej się przyjrzeć miała drobne choć widoczne ślady używania.



Niespodziewanie zawierciła się budząc, nim wzrok mógł powędrować na elfiej roboty buciki, na drobnych stópkach. Sylwetka wygięła nieco naprężona, a jej powieki otworzyły od niechcenia, niczym wstające na horyzoncie słońce i... wtedy jej wzrok napotkał jego, zaraz naprzeciwko. Przez chwilę spokój oczu pół-elfki zaburzył chaos, słońce rozbłysło pełnym blaskiem, aż jej mieniące się zielenią i złotem tęczówki nabrały pełnej intensywności, i... niepokoju.
Kocim ruchem podniosła się nieco, opierając ciężar ciała na dłoni. Wciąż zakłopotana, wciąż nie do końca przytomna. Bo jak miała czuć się budząc w lesie z pięcioma mężczyznami i dziurą w pamięci?

Trzepocząc rzęsami pośpiesznie rozejrzała się, gdy drugą dłonią wytarła policzek do którego przylepiły się listki i kawałki ziemi. Przez całą połowę głowy, na włosach i uchu miała ich dużo więcej, a na policzku wciąż roztarte miała błoto które służyło przed chwilą w roli poduszki.

- Gdzie Ja.. - Wyrwało się jej w elfiej mowie, lecz widząc że w większości są dookoła tylko ludzie urwała. Jej głos zmienił barwę z melodyjnej na chłodną i ostrą, choć wciąż był cichy gdy rzuciła po ludzku. - Kim jesteście?!


.
 
__________________
In the misty morning, on the edge of time
We've lost the rising sun

Ostatnio edytowane przez Kata : 19-03-2016 o 20:43.
Kata jest offline  
Stary 19-03-2016, 17:14   #9
 
Komtur's Avatar
 
- Twoją świtą księżniczko - zażartował głupio wojownik, a potem podszedł do tych, którzy jeszcze spali i kopniakiem w udo obudził ich - Jestem Osbern i proponuję układ. Skoro z jakichś przyczyn uznano że mamy być w grupie, to powinniśmy działać razem, a przynajmniej dotąd aż nie znajdziemy ofiary. W kupie łatwiej się będzie bronić.
Półelfka zrobiła minę jakby ugryzła cytrynę, wodząc oczami pomiędzy Osbernem, a Dolitem. Temu ostatniemu poświęcając więcej uwagi gdyż wciąż nie wiedziała jak ma rozumieć jego wlepiony w nią wzrok.
- Co to za kretyńskie znaki na waszych czołach…? - rzuciła już spokojniejszym, choć wyraźnie ciekawskim głosem.
- Kapłański żart, a może coś gorzej Księżniczko - Osbern ewidentnie miał dzisiaj nastrój na żarty, a może ta kobieta tak na niego działała - To jak dogadujemy się, czy każdy idzie własną drogą?
-Tak naprawdę to Znak, że niebawem będziemy chodzącymi truposzami - odparł sucho medytujący Xaazz, który właśnie otworzył oczy i wpatrywał się teraz w lico wojownika.
-A nagrodą za Wyrnon’a Ścierwojada nie zamierzam się dzielić.
- Nie mówiłem nic o podziale, tylko o współpracy przy tropieniu, przetrwaniu w dziczy i ewentualnym starciu z innymi łowcami. I co do cholery masz na myśli z tym znakiem? Wiesz co on oznacza? - zapytał zdziwiony wojownik.
-Ha! Xaazz wie wszystko mój głupiutki przyjacielu, jednakże ta wiedza ma swoją cenę. - rzekł dosadnie, a następnie pokiwał w powietrzu swoją sakiewką uśmiechając się przy tym szeroko.
- No tak to wiele wyjaśnia, ale niestety wszyscy frajerzy zostali w Bezentil - odpowiedział Osbern niezbyt miło.
 
Komtur jest offline  
Stary 19-03-2016, 18:30   #10
 
Perrin's Avatar
 
Dolit leżał, obserwował, cierpliwie czekał, a nade wszystko- wyobrażał sobie. Nagle wyczuł fluktuacje magii gdzieś w pobliżu. Usłyszał też słowa Nor Ash Lev. Nie wiedział co to znaczy, ale ktoś tu używał magii. Już miał się zerwać gdy wreszcie ona otworzyła oczy. Oczy te lśniły złotem. Co za idealne połączenie: kobieta i złoto. Ba! Egzotyczna kobieta i równie egzotyczne złoto. Już miał powiedziec coś równie inteligentnego jak “jak się spało maleńka?”, ale rzekł jedynie “Ja o ugnbla uuuu”, gdyż w tym właśnie momencie ktoś go kopnął buciorem. Zerwał się więc natychmiast i dopiero porządnie rozejrzał. Okazało się, że wszyscy pozostali mają takie same znaki jak elfka, przy czym nie wiedziała, że też ma takowy. Dolita coś tknęło spojrzał w lustro wody i.. Och nie! Jakby jeden nie miał wystarczyć, teraz pewnie będzie musiał nosić dwa. Spróbował zmyć to z czoła, ale niestety nie chciało zejść. Wszyscy nie wiedzieć czemu zwracali się do elfki per “księżniczka”. Dolit miał nadzieję, że to nie jest jakaś szycha bo mogłyby być potem kłopoty. W każdym razie postanowił posłuchać co tamci mają do powiedzenia, bo wychodzi na to, że wiedzieli więcej od niego na temat tego co tu się dzieje. *
- Nie jestem żadną księżniczką.. - rzuciła z rozbawionym głosem i wyraźnie się rozluźniła.
Uff- pomyślał Dolit
- Na imię mi Zehirla Yazumrae - odpowiedziała spokojnie, unosząc się i zrzucając resztki ściółki ze spódnicy i peleryny. Kątem oka jednak wciąż obserwowała towarzyszące jej osoby ze skrytym zainteresowaniem. - Połączenie sił, to niegłupi pomysł. - dodała krótko, ale chętnie i swobodnie.
W pewnej chwili pół-elfka zanurzyła dłoń w niewielkiej sakiewce przypiętej do pasa i wyciągnęła zeń drobną szklaną kulę. Uniosła ją pieszczotliwie dmuchając nań, a sfera zabłysła światłem by ulecieć zaraz z jej dłoni. Zawieszona niedaleko miedzianych włosów Zehirli, niczym gwiazda na niebie rozbłysła delikatnym, bladym światłem rozpraszając najbliższą ciemność. *
Zehirla okazała się być jeszcze bardziej czarująca. W każdym sensie tego słowa. Sytuacja zaczęła się robić jeszcze bardziej interesujaca. Dolit zgodnie ze swym zwyczajem zaczął rozglądać się po zgromadzonych patrząc w ich oczy. Szybko jednak przerwał tę swoistą inspekcję gdy natrafił na wzrok Xaaza. Odruchowo wzdrygnął się i spojrzał na własne buty chcąc ukryć zmieszanie. Pomogło mu w tym także założenie leżącego obok kapelusza, który jak zwykle nasunął głęboko na czoło. Skądś kojarzył tego typka, ale nie było to miłe skojarzenie, nie warto więc było mocniej wysilać pamięci. Wiedział, że jeśli odwróci się w kierunku elfki znów zacznie się na nią gapić jak ostatni głupiec. Będąc rozdartym pomiędzy piękną i bestią postanowił zwrócić się do Osberna:
- Najpewniej nie muszę się przedstawiać, niemniej jestem Dolit. Czy masz pojęcie drogi Osbernie gdzie jesteśmy, jak się tu znaleźliśmy i jak zmazać te dziwne symbole?
 

Ostatnio edytowane przez Perrin : 28-03-2016 o 23:15.
Perrin jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:23.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168