Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-05-2016, 02:20   #1
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
[DnD 3.5 FR] Popiół mojej duszy [18+]




HAŃBA MA SWOJĄ CENĘ

Preludium do sesji

Powinien wiedzieć lepiej.

Jivers, który kilka dni temu skończył jedenasty rok swego życia, przemykał niczym cień między uliczkami uśpionego Miasta Wspaniałości. Tutaj, w dzielnicy portowej, w jej najciemniejszych zakamarkach, w które i straż portowa niechętnie się zapuszczała chłopiec był u siebie, a dzisiejszej nocy był także zwycięzcą. Mijając w ciasnej uliczce zmożonego snem pijaczynę w myślach już liczył zyski, które przełożą się na najważniejsze dobro jego dotychczasowego życia - posiłek.

Skręcił w najbliższe rozgałęzienie tej przestrzeni między domami rozglądając się bacznie za konkurencją, jednak na jego szczęście nie było nikogo w okolicy prócz zamroczonego alkoholem marynarza, którego śpiącego chwilę wcześniej wyminął. Przycisnął silniej do siebie trzymany kurczowo przy piersi mizerny kłębek szmat. Dla postronnego obserwatora był on na tyle nieatrakcyjny, że wielu brzydziłoby się go w ogóle dotknąć, jednak dla Jiversa był to istny skarb zdobyty własnoręcznie, a szmaty były jedynie kryjówką dla tych bogactw.

Chłopiec oparł się plecami o zimne kamienie muru kończącego ten ślepy zaułek i osunął się po nim, aż nie usiadł na ziemi. Zadrżał z zimna, jednocześnie sprawdzając czy w powietrzu utworzy się chmurka jego oddechu. Koniec jesieni tego roku przywiodła już pierwsze zimno zimy i Jivers odczuwał to doskonale na swojej własnej skórze.

Powoli, jakby w strachu, że zdobycz ucieknie z jego dłoni, wysupłał ze szmat prosty, dość ciężki skórzany worek. Nie widział wcześniej jego zawartości, ale spodziewał się przynajmniej pieniędzy, za które będzie mógł nakarmić siebie i swojego młodszego brata przynajmniej przez dwa dekadnie.

Zawartość przekroczyła jego oczekiwania.

Pomiędzy zwojami zapieczętowanego papieru i buteleczkami z nieznaną zawartością odnalazł sakiewkę konkretnej wagi, która skrywała nie miedź, nie srebro, ale złoto, o którym Jivers jedynie słyszał opowieści. Gdyby teraz mógł siebie zobaczyć stwierdziłby, że wyglądał bardzo głupio, wpatrzony wielkimi oczami w sakiewkę, gdy jego szczęka opadła nisko. Szybko schował sakiewkę ponownie pomiędzy szmaty, jako że jego ubranie nie oferowało kryjówki dla tego bogactwa, po czym zabrał się za przeglądanie reszty dobytku nieszczęsnego podróżnika, który ze złotem przypałętał się do tej śmierdzącej speluny, jakiej dorobek dniowy był o wiele niższy niż to całe złoto. Nie interesowały go zwoje, bo i tak czytać nie umiał, za to jego uwagę przykuł przedmiot, który podczas przeglądania wypadł na ziemię.

Chłopiec nachylił się do znaleziska zauroczony jego wyglądem, nie będąc w stanie określić wartości, gdy szurnięcie piachu niebrukowanego zaułka postawiło Jiversa na nogi.

Po drugiej stronie stanął ten, którego dzisiejszej nocy Jivers pozbawił torby.

- Taka hańba… - odezwał się zachrypłym głosem czarnowłosy, postawny i wyraźnie zadbany, nie pasujący do tych ulic, mężczyzna - Dać się podejść smarkaczowi… To… - splunął w bok świdrując spojrzeniem chłopca, który na widok uwalnianego z pochwy miecza mocniej przycisnął się do ściany, jakby chcąc stopić się z nią - ...takie krępujące… - wzrok mężczyzny spoczął na chwilę na przedmiocie, który leżał w piachu i uśmiechnął się z pewną ulgą, ale ten uśmiech bynajmniej nie był kojący dla chłopca.

Jivers rzucił pod nogi mężczyzny trzymany worek, a sam wbił się w róg ślepego zaułka gotowy oddać wszystko, byleby zostawiono go w spokoju. Kruczowłosy natomiast odkopnął tobołek, skupiony na wciąż leżącym blisko chłopca przedmiocie. Jego twarz wykrzywiła się w parodii uśmiechu, gdy ponownie przeniósł spojrzenie na złodzieja.

- Ale zapewniam cię… - odezwał się z lodowatym opanowaniem mężczyzna ważąc w dłoni miecz - ...nikt się o tej hańbie nie dowie.

Powinien wiedzieć lepiej, że od niektórych się nie kradnie.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest teraz online  
Stary 07-05-2016, 00:57   #2
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
PROLOG: Dies desperationis




DIES DESPERATIONIS

PROLOG

Sylvain Saubon

Sylvain kroczył ciężko, opierając się o mury mijanych zabudowań jednej z dzielnic Wrót Baldura, która za dnia tętniła życiem targowym oferującym mnogość towarów, szczycącą się wielobarwnością zapachów i smaków, chociaż te dwa często nie współgrały ze sobą bądź były po prostu poniżej gustu danej osoby. Teraz jednak, po zmroku, kramy były zamknięte, a możliwi klienci skupieni w domach bądź korzystający z uciech karczemnych lub, co poniektórzy, z wdzięków zawsze obecnych pań chętnie towarzyszących tym, który byli gotowi zapłacić za to towarzystwo.

Sylvain jednak nie należał do żadnej z tych grup.

Zbroja w tym momencie bardziej mu ciążyła niżeli pomagała, a i tak chcący osłonić lewy bok przed dalszymi zranieniami wiedział, że jego osłonie przyda się wizyta u płatnerza zważając na uszkodzenia, jakie ta przyjęła na siebie.

O ile, poprawił się, o ile przeżyje.

Zacisnął zęby idąc naprzód, kiedy nagle poczuł lodowate zimno w miejscu zranienia, a nogi ugięły się pod nim. Padł na jedno kolano czując jak rana zapulsowała ostrym bólem zabierając mu na chwilę zdolność skupienia się na czymkolwiek innym niźli na owym cierpieniu. Wziął kilka płytkich oddechów, jako że zbyt głębokie zdawały się być mieczami przebijającymi jego bok, i z ciężarem uniósł się, jednak nie ruszył dalej. Oparł się ponownie o ścianę budynku wspierając czoło na jego kamiennej powierzchni i liczył.

...raz…
...dwa…
...trzy…

Po tym spróbował postawić kolejny krok, ale szybko zrozumiał, że to mizerny trud. Wołać o pomoc? Mógłby, nawet sądził, że znalazłby w sobie siły na to, jednak nie był pewny jak szybka, o ile jakakolwiek, byłaby reakcja, a do tego…

...sytuacja nie była idealna na błaganie o pomoc i stawaniu przed obliczem pytań.

Nefrytie i tym razem nie próżnowała, gdy przyszła pora na nią. Podała miejsce, którym były Wrota Baldura. Podała miano tego człowieka, które brzmiało Uvalis Pesenar oraz podała przeznaczenie tego człowieka. Śmierć.

Nie było to najbardziej zaskakujące z jej zadań, jakie zobowiązał się spełniać. Prawdę mówiąc było zaskakujące zważając na jego prostotę i nawet nie było tak bardzo daleko od miejsca, w którym znajdował się akurat Sylvain. Wszystko zaczęło się sypać później niczym domek z kark postawiony przeciwko huraganowi.

Okazało się bowiem, że ów Uvalis był najstarszym synem bogatego kupca, zdeprawowanym do szpiku kości, nad ambitnym i okrutnym w działaniach młodym mężczyzną. Z jakiegoś powodu przypominał Sylvainowi własnego członka rodziny, o którego istnieniu najwyraźniej diablica nie miała zamiaru pozwolić zapomnieć Saubonowi. Dlaczego w takim razie było to wszystko takie trudne i o mało nie zabiło Sylvaina?

Uvalis wiedział. Uvalis z jakiegoś powodu się go spodziewał i wręcz mistrzowsko się zabezpieczył. Sylvain nie wiedział skąd mógł wejść w posiadanie wiedzy, że akurat danego dnia Saubon będzie na niego czyhał ani skąd w ogóle sama myśl wpadnie mu do głowy, że ktoś zostanie nasłany na jego życie.

Skurcz bólu ponownie przeszedł mężczyznę zmuszając go do padnięcia na oba kolana i skulenie się w sobie. Zabił Uvalisa, ale sam był ciężko raniony magicznym ostrzem i czuł jak życiodajna czerwień z niego nie ubłagalnie upływa, a bał się wołać o pomoc.

Zabił Uvalisa i pewnie teraz połowa straży miejskiej Wrót Baldura go poszukuje.

- Nie wyglądasz za dobrze. - cichy, kobiecy głos dotarł do skołowanego bólem mężczyzny.

Sylvain odwrócił głowę w stronę, z której dochodziły słowa, aby zobaczyć połowicznie skrytą w cieniach, odzianą po męsku pół elfkę o brunatnych, krótkich włosach, która z nieskrywanym zainteresowaniem przyglądała się cierpiącemu.

- A to chyba zbyt piękna noc, i to w Marpenoth, by umierać.

Ciężka deszczowa kropla, niczym zwiadowca wielkiej armii, skapnęła na twarz Sylvaina.



Corfilas Thrune

Cczuł już zachłanne szpony Baatezu na swojej duszy.

Corfilas klęczał z szeroko otwartymi oczyma opuszkami palców dotykając szczątków rozbitej butelki ze smoczą krwią zakrzepłą w piachu i kurzu, którą pokryta była posadzka tych zapomnianych przez bogów, ukrytych przed wzrokiem śmiertelnych ruin niegdyś pięknej biblioteki zazdrosnego o swoją wiedzę i własności maga. Corfilas o tym osobniku nic konkretnego nie wiedział prócz najważniejszego.

Posiadał on tę cholerną butelkę smoczej krwi, której tak pożądał Baatezu.

Wieszcz nigdy nie dopuszczał do siebie, a może nawet tego nie rozważał, myśli co by się stało, gdyby nie był w stanie zebrać przedmiotów, jakich dostarczenie sygnował swoją własną krwią, a teraz…

...teraz miał okazję się przekonać.

Dotknął prawą ręką klatki piersiowej jakby sprawdzając czy jego serce wciąż bije… biło jak oszalałe. Rozejrzał się po zrujnowanej bibliotece niegdyś dumnej i wypełnionej po wysoki sufit książkami, teraz zapadniętej samej w sobie, której regały leżały przewrócone bądź zniszczone, a cenne zbiory porozrzucane po posadzce. Pachniało tu stęchlizną, a kurz wdzierał się w nozdrza i wzlatywał w tumanach gdzie by się nie poruszyć. Corfilas uniósł wzrok w górę, aby spojrzeć na parszywą półkę teraz, wiszącą tylko na jednym zaczepie, która zdawała się teraz śmiać do rozpuku z maga, sama zadowolona z tego okrutnego żartu losu. Dotknął z trwogą powoli krzepnącej krwi i poczuł jak żołądek wywraca mu się na zewnątrz. Baatezu wyraźnie zaznaczył na umowie, że Thrue musi znaleźć dla niego i oddać mu dane przedmioty w stanie nienaruszonym, a przynajmniej jak będą w całości.

Teraz jednak nie było to możliwe.

Kiedy Corfilas wchodził do biblioteki pewien swego, dowiedziawszy się dzięki wieszczeniu o położeniu tej fiolki wszystkiego, czego potrzebował do jej zlokalizowania, był zadowolony. Ten przedmiot zdawał się nie czynić problemów poszukiwaczowi i nie wymagał wielkiego nakładu trudu i finansów, aby go odnaleźć. Co mogło stać się złego w opuszczonych ruinach?

Myśleć w ten sposób to zły pomysł, najwyraźniej.

Nie zrobił nawet wielu kroków, nie zdołał nawet rozejrzeć się po bibliotece, gdy jego uszu doszło to potępieńcze skrzypnięcie i uderzenie czegoś szklanego w podłogę, co rozbiło się natychmiast wzniecając kurz. Corfilas rzucił się ku temu, pełen obawy, żeby jedno spojrzenie dało mu pewność, jaką potwierdził magią.

Poluzowała się półka, na której stał ten tak ważny przedmiot.

Zakrzyknął niby w bólu, próbując wydusić z siebie całość bólu, żalu i wściekłości na żart losu, który teraz mógł go kosztować coś więcej niż życie. Poczuł jak łzy spływają mu po brodzie, a były to łzy jednocześnie żalu, jak i bezsilnej złości. Czy ze wszystkich tych spróchniałych śmieci akurat ta musiała poddać się zębowi czasu? Czy akurat na niej musiała stać ta buteleczka? Uderzył pięściami w posadzkę brudząc sobie ręce piachem i krzepnącą krwią, prawie wbijając sobie w nie kawałki szkła będące kiedyś buteleczką.

- Tu jesteś.

Te słowa wyrwały maga ze skupienia na złorzeczenie losowi i sprawiły, że odwrócił wzrok w stronę wyjścia z biblioteki, z której to dochodził głos. Opierając się nonszalancko o futrynę wyważonych drzwi stał jego przewodnik, który zaprowadził go w te odmęty Lasu Neverwinter. Chroniony skórzaną zbroją, swym gładkim językiem i zręcznością, którą niewielu może się poszczycić, Harefan pomógł mu także z wejściem, które było chronione pułapką, którą Corfilas mógł wszak przeoczyć. Teraz jednak mag musiał wyglądać zupełnie inaczej niżeli jeszcze w momencie, gdy pełny życia i determinacji dziękował przewodnikowi za pomoc w dostaniu się do środka.

- Czy… coś się stało? - zapytał jasnowłosy człowiek przechylając na bok głowę - Krzyczałeś jakby cię Dziewięć Piekieł goniło.



Aumixel Hegemax

Czy miał jakikolwiek inny wybór?

Aumixel zadawał sobie to pytania raz po raz od miesięcy i jego własna, beznadziejna odpowiedź była raz po raz taka sama - nie miał innego wyboru. Mężczyzna zacisnął dłoń na trzymanym kielichu tak mocno, aż pobielały mu knykcie i skupił spojrzenie na czerwonej tafli wina. Nie miał żadnego wyboru.

Czuł w ustach gorzki smak nadchodzącej porażki i nie mógł się z tym pogodzić. Wydawało mu się, że przeszedł niezliczone odległości, że w ciągu ostatnich miesięcy zwiedził więcej Faerunu niż kiedykolwiek by przypuszczał, że zwiedzi, a jednak…

...jednak wciąż nie odnalazł ten Kuli!

Był już tak bardzo zmęczony i tak bardzo zrezygnowany. Miał już wrażenie, że nigdy nie odnajdzie tego, co zdecydował się zdobyć podpisując własną krwią. To było nie do zrealizowania.

Za oknem karczmy, przy którym siedział widział, że zbiera się na jeden z tych lodowatych deszczy, które nawiedzały późną jesień miesiąca Marpenoth i przynosiły jedynie pluchę poprzedzającą nadejście zimy. Miasto Wspaniałości miało ponownie poznać jej smak, który tak dobrze z przeszłości pamiętał Aumixel, jednak jakie to miało znaczenie w tym momencie? Przegrał, zaś diablica wygrała. Nie zdoła w miesiąc odnaleźć tego artefaktu, który ponoć krzesał z powietrza ogniste kule… a przynajmniej tyle wywiedział się z legend. Nikt nigdy go nie widział, nikt nie wiedział nic o jego położeniu ani nikt nie mógł mu w większy sposób pomóc. Początkowo mężczyzna był pełen nadziei, jednak po miesiącach i miesiącach poszukiwań oraz prób jego zasób nadziei skurczył się niemożebnie. Teraz, powróciwszy za kolejnym tropem do Waterdeep, z którego zaczął podróż, czuł iż nic już nie może mu pomóc. Nigdy. W żaden sposób.

Jednym haustem dopił wino i okrywszy się szczelniej płaszczem wyszedł z karczmy przeciwstawiając się sile natury. Kiedy tylko otworzył drzwi zaatakował jego twarz porywisty wiatr zmieszany z pierwszymi kroplami deszczu. Nałożył płaszcz na głowę i na przekór pogodzie zaczął iść jej naprzeciw nie mając pomysłu gdzie teraz pójść, gdzie szukać pomocy. Może powinien jeszcze raz sprawdzić biblioteki Waterdeep, które wcześniej nie dały mu odpowiedzi? Jeżeli szaleństwem jest robienie wciąż tego samego i spodziewanie się różnego rezultatu - to był on szaleńcem.

Zapadł już zmrok, jednak Aumixel miał jeszcze nadzieję, że wpuszczą go do którejś z bibliotek. Musieli, w końcu…

Nagle poczuł jak ktoś ciągnie go za prawy rękaw. Spodziewał się żebraka i na pierwszy rzut oka nie mylił się. Skrzyżował spojrzenie z brudną, ciemnowłosą dziewczyną, nie starszą jak szesnaście wiosen, która brunatnymi, ubrudzonymi palcami wczepiła się w ubranie Aumixela.

- Każdy szuka, każdy błądzi. - odezwała się zaskakująco przyjemnym głosem - Jakże bóg twój cię osądzi?




 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 19-05-2016 o 19:51.
Zell jest teraz online  
Stary 19-05-2016, 17:58   #3
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Nastrój w jakim był Aumixel skłaniał raczej do dania pierwszemu natrętowi, który się nawinie w twarz, jednak widząc sponiewieraną przez życie dziewczynę, lód w jego sercu momentalnie stopniał i bard uśmiechnął się na ile był w stanie. Była w końcu młodą dziewczyną, która po prostu nie trafiła na swego mistrza, tak jak on. Odrzucił poły płaszcza, zadarł zawadiacko brodę, po czym skłonił się wykonując niezwykle wyszukany, zdecydowanie zbyt głęboki, dworski ukłon.

-Witaj cna księżniczko. Czyżbyś została porzucona przez swą służbę? A może sama ich oddaliłaś, by incognito zwiedzać Miasto Wspaniałości i obdarzać swymi bezcennymi przemyśleniami takich prostaczków jak ja? Ach… wybacz, gdzie moje maniery. Nie przedstawiłem się.

Tu zgiął się w jeszcze bardziej groteskowym ukłonie wyrzucając z siebie jednocześnie formułę prezentacji.

-Aumixel Hegemax niezrównany poeta, wirtuoz harfy, podróżnik, badacz, uczony, dżentelmen. Czy zechce księżniczka mi towarzyszyć do najbliższego kramu z naleśnikami? Zaprosiłbym Waszą wysokość do najwykwintniejszej karczmy w Dzielnicy Morskiej ale nie chcę Waszej Wysokości zdemaskować- tu mrugnął porozumiewawczo uśmiechając się przy tym szelmowsko.

-Chodźmy więc, naleśniki czekają. Po drodze będzie czas na omówienie filozoficznego zagadnienia, które księżniczka raczyła poruszyć.

Skończył swój słowotok i podał dziewczynie ramię, obdarzając ją jednocześnie promiennym uśmiechem.

Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, chociaż ten uśmiech trwał tylko chwilę i przyjęła rękę Aumixela. Przez moment szła w milczeniu, aby odezwać się ponownie tym samym tonem głosu:
- Czego ty szukasz, błądzący?
-Czego szukam? Ach drobiazg. Gdybyś miała pod ręką zbędną Kulę Czerwonego Smoka byłbym bardzo zobowiązany.
Aumixel zaśmiał się rozbawiony własnym żartem.
-A na poważnie księżniczko to tego samego co ty, szczęścia i miłości. Ale dość głupot. Dochodzimy do kramu. Jakiego rodzaju naleśniki preferuje książęca mość? Polecam z serem. Chyba najtrudniej się struć. Po serze od razu widać, że nieświeży.
Mrugnął jeszcze do dziewczyny po czym złożył zamówienie u kramarza.
-Dwa naleśniki z serem.
Dziewczyna odezwała się ponownie dopiero po dłuższej chwili, już po tym jak kramarz dał obydwu naleśniki, a ona zdążyła zjeść połowę swojego.
- Za szczęście czy jego brak odpowiadają boginie, a miłość… Jest mało warta. - zwróciła spojrzenie na Aumixela - Szkoda mi ciebie.
Aumixel wybuchnął szczerym, gromkim śmiechem o mało nie dławiąc się naleśnikiem. Z trudem się opanował po kilku sekundach, by ponownie skłonić się przed dziewczyną.
- Zaiste trafiła mi się księżniczka. Mądra i miłosierna. Poradź mi więc coś czcigodna pani, bo na razie tylko rzucasz sentencjami i jesteś zagadkowa niczym sfinks.
Dziewczyna wpatrywała się głęboko w oczy Aumixelowi zanim odpowiedziała na jego słowa.
- Jak wytrzymujesz myśl, że twoja dusza do ciebie należeć nie będzie?
Aumixel znieruchomiał i całkiem spoważniał. Gdyby nie fakt, że miał na palcu pierścień tarczy umysłu wziąłby ją za szaloną zaklinaczkę lub czarodziejkę, ale użycie magii nie wchodziło w grę, chyba że wyjątkowo potężnej. Raczej nie miał przed sobą śmiertelniczki. Quazinube gardziła śmiertelnikami. Jako posłańca użyłaby jakiegoś czarta. Tyle, że czart raczej nie przybrałby takiej powłoki. Jakieś bóstwo? Nie miał zbyt dobrego zdania o bogach i wątpił, by okazał się na tyle interesujący. Jedno nie ulegało dla niego wątpliwości, należało podjąć tę grę.
-No cóż moja pani. Wytrzymywanie, gdy się jest na wolności i je naleśniki z serem na ulicy w Waterdeep, jest bez porównania prostsze od wytrzymywania niewoli czartów. Jak to mówią póki życia póty nadziei. Dużo gorzej wytrzymuję fakt, że mój przyjaciel Wolmit dalej jest w piekle. Pytasz pani z ciekawości, czy może chcesz mi coś doradzić?
- Nadzieja jest kapryśną kochanką, a pytam, bo badam stopień desperacji, która w tobie drąży tunel prowadzący w nieznane.
-Nadziei nie tracę nigdy, natomiast nieobliczalny jestem zawsze moja pani- bard uśmiechnął się szelmowsko- tak więc na pytanie o desperację odpowiem tak i nie. Podróż w nieznane? Zawsze, nawet tunelem, wskaż tylko kierunek pani.
- Kierunek… - mruknęła dziewczyna nie odwracając wzroku od oczu barda - Kierunek może być jak i zbawieniem, jak i zgubą, jednak jedno będą obie możliwości miały wspólne - popiół. - urwała na chwilę i wyciągnęła do niego dłoń w zapraszającym geście - Podaj mi rękę, a poprowadzę cię.
Aumixel bez chwili wahania podał dziewczynie dłoń.
 
__________________
Zawsze zgadzać się z Clutterbane!
Ulli jest offline  
Stary 19-05-2016, 20:17   #4
 
Sirion's Avatar
 
Sylvain w odpowiedzi jedynie zaklął cicho pod nosem, jednak nawet wypowiedzenie kilku słów poniosło za sobą ogromny ból w boku. Wyglądał jak jedno wielkie nieszczęście - już dawno nie był tak bliski śmierci jak teraz, jednak nie przejmował się tym za bardzo - być może osoba, którą był kiedyś odczuwała by jakiś strach, jednak on aktualnie czuł tylko rozczarowanie tym, że być może nigdy nie uda się mu się ukończyć swojej misji.

Gwałtownie skrzywił się i chwycił się za ranę w boku. Jak mogło do tego dojść? Powinien wcześniej zdać sobie sprawę z tego, iż Nefrytie nie zleciłaby mu tego, gdyby to miało być takie proste. Być może zignorował swojego przeciwnika i teraz musiał ponieść tego konsekwencje. Wziął jeszcze kilka wolnych oddechów i powoli wyprostował się w miarę możliwości, zwracąjac przy tym spojrzenie w stronę półelfki.

Jego płytowy pancerz nosił wyraźne ślady niedawnego starcia, jednak pomimo tego wciąć wyglądał imponująco - wyraźnie było widać mistrzowską pracę płatnerza. Od razu można było dostrzec, iż został on wytworzony ze znacznie lżejszego materiału, a wszystkie elementy były dopasowane bezpośrednio pod obecnego użytkownika. To co zwracało uwagę to miejsce na piersi, gdzie kiedyś musiał znajdować się herb rodzinny, a obecnie widniała jedynie masa zarysowań wykonanych celowo, które całkowicie uniemożliwiały identyfikację rodu, do którego kiedyś należał.

Jednak to co najbardziej wyróżniało wysokiego mężczyznę to wyraz twarzy pozbawiony jakichkolwiek emocji i nietypowe, fioletowe oczy, które wręcz przeszywały chłodem osobę na którą patrzyły.

Sylvain przeanalizował swoje obecne położenie - gdyby półelfka chciała go zabić, nie miałby żadnych szans w swoim obecnym stanie - ciężko było mu się poruszać, a co dopiero z kimkolwiek walczyć. Z drugiej strony jednak, gdyby chciała to zrobić pewnie już by nie żył. No chyba, ze bardzo lubiła się bawić ze swoją ofiarą.

- Noc jak każda inna… - Powiedział beznamiętnie - Pomimo tego, że dopiero co się zaczęła, kilka osób już odeszło na drugą stronę - W napięciu obserwował reakcję tajemniczej kobiety.

Pół elfka wyszczerzyła się w uśmiechu.
- Noc podobna innym, ale jednak dla ciebie może być ostatnią. - wzruszyła ramionami - Straż miejska zaroiła się w tych okolicach, więc jeżeli chcesz, mogę ruszyć po jakiegoś strażnika, żeby ci pomóc. Nie sądzisz, że to dobra oferta?

Mężczyzna prychnął tylko.
- A masz jakieś inne propozycje? Bo ta jest raczej nieciekawa…

- Propozycje, propozycje… Być może. Wszystko zależy od ciebie i od tego, co jesteś gotów ofiarować w podzięce za pomoc.

Sylvain skrzywił się z bólu - kończył mu się czas i czuł się sfrustrowany swoim położeniem, nie był przyzwyczajony, że to nie on rozdaje karty.
- A może to ty podasz swoją cenę, a ja powiem, czy będę w stanie ją zapłacić? - Powiedział oschle - W końcu jeśli w tej sytuacji w ogóle się mną zainteresowałaś to musisz mieć jakiś interes, albo jesteś po prostu głupią altruistką… Ale wybacz - nie wyglądasz mi na bezinteresowną osobę.

- Mógłbyś, tak na początek wyjaśnić mi cóż to zrobiłeś, że szalejąca po ulicach straż bardzo chce cię w swoich lochach zobaczyć? - uśmiechnęła się nieprzyjemnie - Ale zrób to szybko, bo i oni się śpieszą.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że kobieta musi się świetnie bawić i zaczynał szczerze jej nienawidzić. Jednak nie miał wyjścia i musiał podjąć tą grę.
- Powiedzmy, że jeszcze niedawno żył tutaj pewien mężczyzna o dość szerokich wpływach i tej nocy… Zaniemógł. Sądzę, że strażnicy musieli zostać wysłani przez jego zaniepokojonych przyjaciół.

- Bardzo niefortunnie. - stwierdziła kobieta i rozejrzała się po okolicy - Znam to miasto jak własną kieszeń i mogę cię poprowadzić takimi drogami, w jakie nie zapuszcza się straż. Oczywiście, o ile będziesz w stanie za mną iść, bo nieść cię nie mam zamiaru. - spojrzała na Sylvaina - A o cenie porozmawiamy na miejscu. Nic nie stracę, bo przecież w razie nieodpowiedniej nagrody dla mnie… zawsze mogę cię dobić.

Usta mężczyzny wygięły się lekko w uśmiechu.
- Nie powiem, uczciwa oferta… - Rzucił - O ile nie będziesz zbytnio forsować tempa to powinienem nadążyć. Co najwyżej padnę gdzieś po drodze i będziesz mogła mnie zostawić - Wzruszył lekko ramionami - Prowadź więc dopóki jestem jeszcze w miarę przytomny…

- Ruszamy. Najwyżej będziesz się czołgał. - zaśmiała się do siebie samej i skinęła na Sylvaina, po czym ruszyła przed siebie.

Mężczyzna zrobił głęboki wdech.
- Nienawidzę jej… - Powiedział cicho do siebie i podążył za kobietą.
 
__________________
"Przybywamy tu na rzeź,
Tu grabieży wiedzie droga.
I nim Dzień dopełni się,
W oczach będziem mieli Boga."
Sirion jest offline  
Stary 19-05-2016, 21:04   #5
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Harefanie, nawet nie wiesz jak bardzo się nie pomyliłeś - pomyślał Corfilas, w międzyczasie przeklinając się w duchu, że zapomniał, iż ktoś przybył razem z nim.
Odwrócił się od swego towarzysza podróży nie odpowiadając mu. Odpiął przypiętą do pasa łańcuchem swą księgę zaklęć, potężnie magiczny przedmiot zwany świętą księgą Boccoba, z wymalowanymi ośmioma gwiazdami na grzbiecie, i zaczął ją wertować swymi niebieskimi oczami czując, jak zbiera się w nim panika. Nawet gdyby smocza krew była traktowana jako ciecz w kategoriach magii, to jednak wciąż był to artefakt. Nie dało się jej zebrać prostym zaklęciem jakby to była zwykła woda.

Stłumił kolejny krzyk i zatrzymał napływające łzy ścierając je rękawem swojej czarnej, podróżnej szaty jasno wskazującej na to, iż był czarodziejem. Czuł, jak miesza się w nim wiele negatywnych uczuć wskazujących na wściekłość oraz bezsilność. Pierwszy raz miał wielką ochotę zrównać jakieś miejsce z ziemią, na szczęście potrząśnięcie głową odwiodło go od tego szalonego pomysłu. Mag bez dyscypliny nie powinien w ogóle zabierać się za czarowanie. Zgrzytnął jedynie zębami i stanął na równe nogi, pomagając sobie swoim równie czarnym kosturem. Niewyraźnie się skrzywił. Chodzenie wyraźnie sprawiało mu trudności. Pewien diabeł się z nim bawił i odebrał mu sprawność w dolnych kończynach. Gdyby nie magia właśnie, to by miał duży, bardzo duży problem. Rzucił ostatnie, nienawistne spojrzenie w stronę półki i znów odwrócił się w stronę swego przewodnika, nakładając na głowę kaptur ze specyficznym "dziobem".
- Nieważne, przygotuj się do drogi powrotnej - odrzekł mu starając się brzmieć jak osoba opanowana.
Wykonał pierwszy krok, tym samym sprawiając w ruch kilka dziwnych przedmiotów u swego pasa, i znów się skrzywił - tym razem wyraźniej. Cholerny diabeł... Ale gdyby nie on, to by pewnie teraz tą część Faerunu szlag trafił.

Chowaniec wieszcza, czarny kruk wędrujący sobie wśród ksiąg, doskonale czuł jego flustrację oraz ból dzięki łączącej ich empatycznej więzi. Nie mówił nic, chociaż mógł. Zdawał sobie sprawę, że nie było to potrzebne. Przyglądał się co jakiś czas swojemu mistzowi, zaniedbanemu z powodu swych zmartwień i poszukiwań. Miał podkrążone oczy, brodę dłuższą niż zazwyczaj, bledszą skórę, jego blizna na twarzy idąca od czoła nad prawym łukiem brwiowym aż do policzka jakby się pogłębiła. Chowaniec ów, którego imię brzmiało Mesmir, bardzo się martwił, ale nie był w stanie nic zrobić. Zamiast tego zwrócił swe oczy w stronę jednej z książek oprawionej dość dziwnie. Podleciał tam szybko i zaczął ją badać.
Przewodnik rozejrzał się po zrujnowanej bibliotece nim zabrał głos.
- To iście imponujący zbiór, choć mam wrażenie, że większość jego ksiąg będzie nie do odratowania. Powiem ci, że pomimo tego to miejsce przyprawia mnie o jakiś niepokój. - spojrzał na maga - Jeżeli mogę zapytać... Czemu chciałeś tu przyjść?
Jak się okazało - Harefan miał rację. Gdy Corfilas podniósł książkę, która tak zainteresowała kruka, ta rozpadła się w drobny mak. Szkoda.
- Szukałem bardzo rzadkiego komponentu do zaklęcia. Ten tutaj dosłownie szlag trafił - skłamał, tłumiąc w sobie kąśliwą uwagę pod tytułem "za bardzo się interesujesz", choć wiedział, iż był winien mu pewne wyjaśnienia.
- Szkoda takiej wiedzy... - mruknął pod nosem, rozglądając się po bibliotece - Butelki też szkoda.
- Życie to podła dziwka. - wzruszył ramionami mężczyzna i rozejrzał się dokładniej po bibliotece - Może tutaj znajdują się też inne rzadkie komponenty do zaklęć.
- Zaiste - wieszcz przeciągnął ostatnią sylabę powoli rozglądając się po wnętrzu, choć nie interesowało go ono za bardzo.
Przyczyny praktyczne jednak wzięły górę. Jeśli nie mógł zdobyć butelki, to musiał posiąść środki, by odnaleźć kolejną.
- Jeśli zauważysz coś interesującego, to wołaj - zaczął powoli oglądać okoliczne półki, w międzyczasie podchodząc do nich krokiem starca, który postawił o jeden krok na dużo.
Przeklęty diabeł.

Zaiste, zbiór był imponujący, ale przytłaczająca większość nie nadawała się już do użytku. Od niechcenia Corfilas przeglądał zawartości półek, gdy jego spojrzenie skupiło się na leżącej odłogiem otwartej księdze, ledwo trzymającej swe stronice w szyciach okładki. Była zmęczona życiem jak i jej rodzeństwo, jednak miała w sobie jedną rzecz, której brzmienie wieszcz miał zapamiętać do końca. Na jego oczach rozpościerało się jedno, trochę zatarte słowo, widoczne lepiej na karcie, jako że było zapisane czerwonym tuszem, chociaż teraz przez nadwyrężenie zębem czasu, o ironio, wpadającym w jasny róż.

Zobaczył imię diabła, któremu zaprzedał żywot pośmiertny.

Magowi aż zaparło dech w piersi. To wszystko było ukartowane. Wściekłość zagotowała się w nim jak odrobina wody rzucona przypadkiem na jakiś piekielny plan. Różowy kolor chyba miał tylko jeszcze bardziej rozbawić tego, z którym zawarł pakt.
Zebrał troszkę magicznej mocy i uderzył w księgę kosturem, wyzwalając w ten sposób kilka iskier. Wystarczająco, by papier zajął się ogniem.
Niemal słyszał śmiech dobywający się z niższych planów. Śmiech wszystkich plugawych istot tylko czekających na to, by zginął. A najgłośniejszy był śmiech posiadacza jego duszy, który bawił się jego losem.
W myślach prawie nieświadomie przywołał czar kuli ognia, ale szybko potrząsnął głową. Co sobie jego przewodnik pomyśli, jeśli wyrecytuje destrukcyjne zaklęcie i rzuci je nie mając odpowiedniego celu?

Po gniewie szybko nadeszła rezygnacja. Wpatrywał się w spopieloną już książkę bez celu, ledwo trzymając się na nogach. Był młody jak na czarodzieja - a czuł się jak starzec. Przeklął swój los, ale chłodna logika szybko go postawiła do pionu.

Jednostka jest mniej ważna od większości.
A on był jednostką.

Nie miał zamiaru siedzieć tu dłużej. To było już za wiele. W milczeniu skierował się w stronę wyjścia.
Przewodnik spojrzał za magiem i ruszył, aby zrównać się z nim krokiem, co wcale trudne nie było.
- Kierujemy się do Neverwinter? - zapytał dla pewności.
- Tak - odparł mu beznamiętnie idąc dalej - Ile czasu nam zajmie podróż konno? Będzie miło, jeśli będziemy mieć to szybko z głowy.
- Tyle, ile zajęła nam podróż tutaj. Dokładnie tyle. - stwierdził mężczyzna - Niestety, przed nocą nie zdążymy, ale to było do przewidzenia. -skinął na maga - Chodźmy. Miejmy to za sobą.
 
Flamedancer jest offline  
Stary 31-05-2016, 00:22   #6
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 
PROLOG: Dies desperationis

Sylvain Saubon

Krok… Drugi....

Sylvain ociężale stawiał krok za krokiem, gdy jego ciało raz po raz przeszywały spazmy bólu. Opierał się o ściany pobliskich budynków zaciskając z całych sił zęby i modląc się w duchu do każdego boga, który by go wysłuchał o siłę na dotarcie do celu i nie poddaniu się chęci osunięcia się na ziemię i zwinięciu się na niej w oczekiwaniu na cokolwiek, co ocaliłoby go od bólu. Żeby to nawet była straż miejska…

Nie! Nie mógł się teraz poddać!

Krok… Drugi…

Nie wiedział co dokładnie przebił ten cios, ale cokolwiek to by nie było bolało jakby ktoś wbił mu rozżarzony miecz i pozostawił go w nim, aby broń ostygła. Czuł wzmagające się nudności, ale jakoś podświadomie zdawał sobie sprawę z tego, że jeżeli podda się temu uczuciu to ból wzmożony wysiłkiem przekroczy granicę jego wytrzymałości.

- Rusz się.

Krok… Drugi…

Tak, i była jeszcze ona. Zimna suka, która prowadziła go ku nieznanemu obiecując pomoc, która bogowie wiedzą ile będzie kosztować, a całkiem prawdopodobne, że była jedynie sadystką, której radość sprawiało jego cierpienie. Przeklęty los, przeklęte miasto i jego przeklęci ludzie, a on w samym środku smażący się w męczarniach rodem z Dziewięciu Piekieł…

Chociaż nie, nie chciał sobie nawet tego wyobrażać.

Nagle poczuł jak ktoś łapie go za ramiona i siłą wciąga do mijanego budynku. Nie miał sił się stawiać, a nawet gdyby je posiadał to atak bólu stłumiłby wszelki jego opór. Wydał z siebie stłumiony okrzyk bólu w momencie, gdy jego usta zostały zakryte czyjąś dłonią śmierdzącą starą rybą. Kiedy otrzeźwiał na tyle, aby rozejrzeć się, zobaczył tą okrutną kobietę, która zamykała właśnie proste, drewniane drzwi, po czym odwróciła się do Sylvaina przyglądając mu się z pewnym rozbawieniem. Usiadła na taborecie stojącym pośrodku niewielkiego pomieszczenia i skinęła na kogoś znajdującego się za nim. Ranny osunął się na kolana, a kiedy uniósł spojrzenie zobaczył łysego mężczyznę, którego ktoś odciążył ucinając mu ucho i ryjąc mieczem na tyle głęboko, że Sylvain zastanawiał się czy ostrze zadrapało kość policzkową tego chudawego, mającego ponad cztery dekady człowieka.

- Taki duży chłopiec nie powinien płakać. - odezwała się ponownie kobieta przyglądając się nieszczęśnikowi.

Po policzku Sylvaina spłynęła niepowstrzymana łza bólu.



Corfilas Thrune

Los nie był łaskawy, a wraz z nim pogoda.

Jak opuszczał suche pomieszczenia biblioteki nic nie zapowiadało problemów, chociaż mógł się spodziewać, że Marpenoth nie będzie łaskawy w nieskończoność. Harefan miał także rację co do tego, że przed nocą nie zdążą wydostać się z Lasu Neverwinter, jednak noc połączona z silnym opadem deszczu jawiła się wyjątkowo paskudnie.

Byli już z dala od ruin biblioteki, więc o powrocie nie mogło być mowy, gdy rozpadało się na dobre, a mokra ściółka zmieniała się w pluchę. Corfilas przeklinał w myślach raz za razem i diabła, i pogodę, jak i wszystkich śmiertelnych oraz nieśmiertelnych, którzy dobrze się bawili jego losem. Deszcz spływał po płaszczu, a jedna uporczywa kropla zatrzymała się na czubku nosa maga. Strząsnął ją wierzchem dłoni czując jak deszcz uderza w nią z całą swoją furią, jaką obdarzyła go natura. Harefan także nie wyglądał na zachwyconego, jednak nie odezwał się ani słowem, ale Corfilas mógł zobaczyć, że jego przewodnik najwyraźniej wyszukuje najlepszego miejsca na przeczekanie ulewy i nocy, która pukała już do bram niebios.

Wtem… Wtem stało się coś nieoczekiwanego.

Corfilas poczuł zawroty głowy i musiał zatrzymać konia oraz wesprzeć się o najbliższe drzewo, aby nie spaść ze zwierzęcia. Położył dłoń na czole czując jak ogarnia go drżenie kończyn, a obraz zaczyna zachodzić mgłą. Zamrugał, ale widział tylko coraz gorzej. Uniósł spojrzenie na swojego przewodnika, aby zobaczyć, że ten zatrzymał wierzchowca i odwrócił w stronę towarzysza, a ostatnie, co Corfilas zauważył, to ruch ust, który składał się w słowa, jakich nie usłyszał zanim rzeczywistość zasnuła ciemność mroczniejsza od Shar.
Świat płonął na jego oczach, a ogień trawił wszystko, co napotkał na swojej drodze. Słyszał śmiech, prześmiewczy i okrutny, szydzący z jego losu i beznadziei sytuacji. Towarzyszyły mu setki innych głosów śpiewnie szepczących do Corfilasa, ale mógł słowa rozróżnić dopiero, gdy śmiech przeszedł na drugi plan.

Czterej oni, czterej wybrani, czterech władców zew
Krew czterech zmieszana, czterech krew ofiarowana, przeklęta czterech krew.

Ogień ogarnął jego ciało.
Corfilas otworzył oczy z poczuciem, że płonie. Wrzasnął z niewyobrażalnego bólu, którego pamięć pozostała w jego myślach. Rzucił się w bok i tarzał po mokrych liściach i ściółce, chcąc się ugasić, chcąc zdusić ten ogień, chcąc…

...spłonąć.

Następnym uczuciem, jakie dotarło do jego świadomości był ból siarczystego policzka zanim dotarły do niego poddenerwowane słowa Harefana.

- Corfilas! - mężczyzna potrząsnął leżącym na ziemi magiem i wymierzył mu kolejny policzek - Corfilas! - powtórzył, a gdy zobaczył wracające do oczu wieszcza zrozumienie dodał - Corfilas… Co się stało?

Ogień zniknął, a mag teraz w większej mierze czuł pieczenie w miejscu, które zostało uderzone oraz zimno mokrego poszycia lasu, a także ból, jednak nie od poparzenia, a od upadku z grzbietu wierzchowca.

I słyszał szalejącą ulewę.



Rayon Darkwolf

Rayon nie był przyzwyczajony, aby przeszkadzano mu w trakcie audiencji w jego twierdzy. Rozmawiał właśnie z przybyłymi Zhentarimami, kiedy do sali, w której dominował wielki stół obrad, prawie że wbiegła Liana Darkwolf. Widząc zdziwienie gości połączone ze zniesmaczeniem oraz zdziwienie swego własnego ojca ukłoniła się szybko.

- Ojcze, mili goście… Mamy problematyczną sytuację…

Nie zdążyła nawet dokończyć myśli, gdy praktycznie za nią wparował do sali jeden z mniej ważnych Zhentarimów, którzy przybyli do twierdzy ze swoimi przełożonymi i znajdowali się teraz w sali biesiadnej.

- ZDRADA! - wykrzyknął mężczyzna, a na jego czarnej zbroi perliła się czerwień krwi - Zdrada! Zostaliśmy zaatakowani, wydani na podstępną śmierć! - spojrzał po swoich dowódcach, gdy do sali wszedł inny z Zhentarimskich podwładnych taszczący za ramię wychudzonego, około dwudziestoletniego mężczyznę o czarnych włosach ubrudzonych krwawymi plamami. - Zabił trzech!

Zhentarimowie spojrzeli zaskoczeni i położyli dłonie na mieczach wstając od stołu, a co Rayon od razu zrozumiał, zaczęli patrzeć na niego z dziką podejrzliwością, również obserwując jego reakcję.

- Zdrada! - przyciągnięty domniemany zabójca został rzucony na posadzkę. Wtedy też władca tej twierdzi zobaczył, że jedna z rąk mężczyzny wygięta jest pod niemożliwym dla zdrowego szkieletu kątem.

- Rayonie Darkwolf! - zwrócił się do Rayona jeden z niedawnych jego rozmówców - Czy to twoje działanie? - warknął gotów w każdej chwili stanąć do walki z Darkwolfem.

- Głupcy. - w chwili ciszy rozbrzmiał się głos rzuconego na podłogę mężczyzny.

- Mów! Czy ten oto - tu jeden z przełożonych wskazał na Rayona - Kazał ci to zrobić?

Odpowiedzią na to pytanie był jedynie śmiech.



Aumixel Hegemax

Nie wiedział gdzie jest prowadzony ani co to wszystko może oznaczać, ale zdradziecka nadzieja nakazywała mu iść z prądem i podążyć za prowadzącą go dziewczyną.

Ta natomiast ciągnęła go w stronę przeklętych przez bogów, śmierdzącymi nieczystościami, zepsutymi rybami i krwią, uliczkami dzielnicy portowej Miasta Wspaniałości. Nie zważała na nic co mówiłby Aumixel. Kroczyła powoli, niczym pani tych ziem, jednak w wyraźnie znanym sobie kierunku. Nie zatrzymywała się nawet na moment, aby rozejrzeć się po okolicy czy zapytać o drogę. Aumixel czuł ucisk w żołądku, który był wyrazem nerwów, chociaż były one trzymane na wodzy. Nie wiedział co czeka na niego na końcu tej drogi. Zbawienie? Potępienie?

Ale czy i tak nie był już potępiony?

Dziewczyna wpijała paznokcie w jego dłoń jakby harpia, która nie chce stracić swojej zwierzyny i mężczyźnie przez chwilę przez myśl przeszło, że w tym starciu nie ma szans. Nogi miał sztywne i kilka razy miał już wrażenie, że podróż zakończyła się, jednak raz po raz była to płonna nadzieja. Nie chciał już dłużej trwać w tej przeciągającej się niepewności, ale nie miał żadnego wyboru.

Iść z prądem…

Nawet napotkany element portowy, który zabiłby za miedziaka nie zatrzymywał ich i Aumixel zrozumiał, że to nie jego miła aparycja zapewniała im nietykalność. Z zaskoczeniem dostrzegł, iż ci, którzy chcieli im sprawiać problemy po jednym spojrzeniu na dziewczynę tracili taką chęć i ostrożnie odsuwali się od nich. Dziewczyna natomiast nie poświęcała im żadnej uwagi, nawet nie zaszczycając ich jednym swym spojrzeniem, zupełnie jakby nie byli godni jej czasu.

Czas dłużył się niemożebnie i już Aumixel miał odezwać się do swojej przewodniczki, gdy ta zatrzymała się nagle. Puściła dłoń mężczyzny i wskazała na stojący w porcie niewielki statek należący najpewniej do jednego z pomniejszych kupców, chociaż nigdzie w jego pobliżu nie widział strażników, a zważając na późną porę powinni oni się gdzieś tu kręcić broniąc dostępu do dóbr pracodawcy.

- Swoje zbawienie od ognia odnajdziesz w ogniu. - odezwała się cicho dziewczyna - A ogień na wodzie. Idź. - ponownie wskazała na statek - Ale pamiętaj. Cokolwiek się stanie… podążaj za popiołem.

Aumixel poczuł pieczenie dłoni, a kiedy na nią spojrzał zobaczył, że jeden z paznokci dziewczyny zadrapał go głębiej niż pozostałe znacząc swój kształt mocniejszym wgłębieniem.


 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 01-06-2016 o 02:40.
Zell jest teraz online  
Stary 07-06-2016, 02:02   #7
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Aumixel westchnął ciężko i popatrzył na zadrapanie.
-Ręki nie urwała a pewnie mogła. Statek hmm… Ostatecznie mogę sobie popływać. “Podążać za popiołem”. Trele morele.
Rozczarowany i zdezorientowany ruszył na okręt. Czegoś się w końcu powinien tam dowiedzieć.
Aumixel szedł niepewny czy w ogóle dostanie się do środka, jednak wchodząc po rampie statku zrozumiał, że najwyraźniej faktycznie nikt się nie zajmował ochroną tego miejsca. Dostał się do środka bez problemu. Na pokładzie nie widział nikogo, kto doglądałby statku. Nie było żadnych marynarzy w polu widzenia i może tak powinno zostać? Powoli przechadzał się czując delikatne bujanie i słysząc ciche trzeszczenie podłogi. Wtem do jego uszu dotarł stłumiony głos gdzieś z dolnego pokładu, zapewne ładowni. Kiedy wsłuchał się w niego mógł przysiąc na wszystko, że słyszał znajomy głos przyjaciela wypowiadający jedno imię.
Aumixel... Aumixel... Aumixel...
-Wolmit? Wolmit! - krzyknął i zapominając całkowicie o ostrożności puścił się biegiem w kierunku skąd jak sądził dochodził głos.
Głos wyraźnie dochodził z dołu, więc Aumixel szybko odnalazł zejście pod pokład statku. Już na schodach zaatakowała go ciemność tam panująca nieśmiało rozganiana jedynie sączącym się światem płomienia świecy ustawionej na jednym z wielu drewnianych pudeł magazynu. Wokół znajdowało się wiele mniejszych czy większych pudeł i worków wypełnionych nieznaną mu zawartością, ale to, co nie uszło jego uwadze - to zapach. W pierwszej chwili zaczął się zastanawiać czy aby statek nie trawi ogień, ale po szybkim rozejrzeniu się zrozumiał, że pomimo tego dziwnego zapachy, całkowicie nie pasującego do miejsca, nic nie stoi w ogniu, a jednak...
Pachniało popiołem.
Cienie tańczące wraz z ruchem ognia świecy zagięły się, gdy w jego obecności zza załomu ustawionych na sobie pudeł wyszedł na widok Aumixela łysy, barczysty mężczyzna o nieobecnym spojrzeniu mlecznych oczu, które nie patrzyły na nic.
Aumixel zaskoczony niespodziewanym pojawieniem się mężczyzny w pierwszej chwili odruchowo sięgnął do rękojeści rapiera, jego ręka zastygła jednak w pół drogi. Nie był wojownikiem a osobnik nie rzucił się na niego. Coś jednak trzeba było zrobić, zapach nie pozostawiał wątpliwości, że jest na właściwym tropie, no i ten głos. Odchrząknął nerwowo odzyskując rezon.

-Witaj dobry człecze. Pewnie się zastanawiasz cóż to robię na waszym znamienitym okręcie? Wygódki szukam, sam rozumiesz za dużo piwa- tu Aumixel mrugnął zawadiacko, nie zobaczywszy jednak żadnej reakcji nieco zbity z tropu kontynuował- ten jegomość na pokładzie, ten śniady brunet, który z kolegami znosił skrzynki na brzeg powiedział, że ty mnie pokierujesz. Wiesz co? W podzięce zagram ci na mej harfie. Że też od razu nie zauważyłem, że mam do czynienia z melomanem!

Natchniony niechybnie przez jakąś dobrą boginię lub boga sięgnął błyskawicznie po harfę Jathry i uderzył w struny palcami. Czuł jak magia wraz z muzyką wypełnia przestrzeń wokół i spowija jego osobę płaszczem niewidzialności. Co więcej czyniła go niewykrywalnym! Czyż może być lepszy sposób na zbadanie okrętu?
Mężczyzna początkowo milczał wpatrując się swymi mlecznymi oczyma w przestrzeń nie zaś w coś konkretnego. W końcu odezwał się cicho.
- Mogę być ślepcem, ale nie jestem głupcem. Mogę nie widzieć świata, ale widzę dusze, a twoja jest niespokojna.
Ponieważ osobnik przemówił, Aumixel przerwał na chwilę koncert. Harfę trzymał jednak w pogotowiu.
-Oooo… ty mówisz. Ślepiec, który widzi dusze. Rozejrzyj się więc za duszą mojego przyjaciela Wolmita, którego głos słyszałem. Jestem bardem, zbieram historie i legendy. Wiem więc o boskim zamiłowaniu do zagadek i wprawianiu śmiertelników w zakłopotanie. Ja jednak nie mam nastroju i czasu na taką grę. Sugeruję byś stał się bardziej konkretny albo zbadam ten statek na własna rękę. Która potęga się mną bawi i czemu ma służyć to przedstawienie? - tu zatoczył ręką wokół.
- Niecierpliwy. Dobrze więc. Szukasz przyjaciela, ale jedyne co słyszałeś to echo jego głosu, ale źródła nie ma w tym miejscu… a przecież ty tak bardzo chciałbyś, aby było to tak łatwe. Znaleźć go całego w zdrowiu na jednym ze statków w Waterdeep. - umilkł na chwilę - A wiesz przecież jakie były warunki.
Bard zamrugał nerwowo zbity z tropu.
-Warunki, warunki… były jakieś warunki? A tak podróż. I właściwie skąd o tym wiesz? Ach no tak. Dusze widzi to czemu by nie miał znać przeszłości i przyszłości. Rozumiem, że mam gdzieś płynąć. Nie lubię milczków. Jest tu ktoś normalny, czy tylko ty i koledzy z wywróconymi oczami?
Aumixel nigdy nie przepadał zbytnio za bóstwami i ich sposobami działania dlatego odbierał całą sytuację jako wybitnie niekomfortową. Miał nadzieję, że nikt nie każe mu się modlić.
Mężczyzna uśmiechnął się, ale ten uśmiech nie miał nic w sobie ze słodkiej radości.
- Ja ci tylko chcę przedstawić ofertę, jaką mi przekazano, a która jest przeznaczona specjalnie dla ciebie... a do tego wymagająca ustosunkowania się do niej tu i teraz. - zamilkł na moment - Możesz wygrać duszę swoją i swego przyjaciela, a na tym ci zależy chyba najbardziej? - z jakiegoś powodu Aumixelowi wydawało się, że ślepy wzrok mężczyzny spoczął właśnie na nim - Ta oferta wychodzi wprost od mojej pani, czy raczej, naszej pani, która trzyma w garści duszę twoją i twego przyjaciela. Ofertę, która nie zostanie powtórzona. O ile oczywiście zechcesz ją poznać.
Uratować życie swoje i Wolmita? Brzmiało jak wybawienie. Pytanie co “Nasza Pani” zażąda za tak ogromną przysługę. Jasnym było dla barda, że nie możne odrzucić tej oferty. Wzruszył ramionami z rezygnacją, wybór był przecież czysto iluzoryczny.
-Dobrze panie notariusz. Mówże więc… zanim się zgodzę- dodał ciszej.
 
__________________
Zawsze zgadzać się z Clutterbane!
Ulli jest offline  
Stary 07-06-2016, 22:19   #8
 
Sirion's Avatar
 
Mężczyzna z trudem zignorował uwagę i powstrzymał się od riposty. Wolał już nie pogarszać swojej i tak beznadziejnej sytuacji.
- Musisz mi wybaczyć, ale pierwszy raz klęczę przed kobietą prosząc o coś i wzruszyłem się… Sądzę, że zapamiętam ten moment do końca życia - Powiedział i teatralnie otarł łzę. - Ale skończmy z tymi ckliwymi momentami. Czego ode mnie chcecie?

- Ależ ja się kieruję swoim dobrym sercem. Zobaczyłam potrzebującego - postanowiłam pomóc... - odparła kobieta z uśmiechem, a mężczyzna nachylił się ku Sylvainowi chcąc pomóc mu wstać, jednak pół elfka zatrzymała go gestem dłoni - Ale, ale... Dobre wychowanie wymaga, aby jakoś wynagrodzić damie jej dobroduszność, a my nie ustaliliśmy w jaki sposób zamierzasz to zrobić. - dodała niewinnie kobieta - Pieniądzem?

Sylvain kiwnął głową zaprzeczając.
- Źle trafiliście… A nie wystarczy wam dobre słowo? Podobno też ma swoją wartość… Niektórzy głupcy wierzą, że dobre uczynki do nich wracają i takie tam… Czy to nie wystarczająca nagroda?
Wiedział, że stąpa po cienkim lodzie i w obecnym stanie był niemal całkowicie bez żadnych szans, jednak czuł, że ta dwójka czegoś od niego chciała i nie pozbędą się go tak od razu.

- Nie. Kategorycznie niewystarczająca. - mruknęła pół elfka - A wydawało mi się, że książęta tacy jak ty mają na podorędziu pieniądze…

Mężczyzna nie dał po sobie poznać zdziwienia i starał się zachować kamienną twarz.
- Czy ja ci wyglądam na księcia? - Prychnął - Gdybym był kimś wyżej urodzonym to na pewno zajmowałbym się czymś innym niż nocna ucieczka przed strażą miejską…

- Na zrujnowanego księcia owszem. - wyszczerzyła się kobieta - A kto wie co tam szlachetnym po głowach chodzi. Może to twoje zamiłowanie, mój panie. Zacznijmy więc od początku. Powiesz mi jak cię zwą?

- Możesz mi mówić Sylvain, nazwiska… Dawno już nie używam - Zamyślił się - Jeśli chcesz mogę być twoim zrujnowanym księciem - nie przeszkadza mi to. Jednak wciąż nie mam pieniędzy, aby odpłacić ci za twoją pomoc.

- To powinieneś się ucieszyć, bo zostałam już opłacona... chociaż zawsze dodatkowy zastrzyk monet nie byłby zły. - Skrzywiła się krzyżując ręce na piersi - A to wszystko tylko dla tego papierka.

Kobieta wskazała na stojącą w pobliżu niską skrzynkę, na której leżał zwinięty w rulon pergamin.

Mężczyzna zmarszczył brwi zdziwiony, z trudem podźwignął się na nogi i powoli podszedł we wskazane miejsce. Czuł się wyjątkowo słabo i wiedział, że jeśli szybko nie uzyska pomocy to na pewno straci przytomność, jednak ciekawość wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem.

Powoli drżącymi rękoma rozwinął pergamin, brudząc go przy tym swoją krwią, i zaczął czytać.
 
__________________
"Przybywamy tu na rzeź,
Tu grabieży wiedzie droga.
I nim Dzień dopełni się,
W oczach będziem mieli Boga."
Sirion jest offline  
Stary 07-06-2016, 22:41   #9
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Corfilas czuł się tak, jakby obudził się z paskudnego snu. Bardzo realistycznego koszmaru. To było dziwne. Wiele razy doświadczał takich chaotycznych wizji, jednak siła tej aż go przytłoczyła.
Zaśmiał się niechętnie w duchu. Woda w dużych ilościach gasi ogień, ale może spowodować identyczną ilość szkód, a nawet jeszcze więcej obrażeń. Ta sytuacja była dość podobna. Należało dokonać dokładnej interpretacji, lecz nadinterpretacja może sprowadzić na niego zgubę.

Może nie tylko na niego.

Któryś raz z rzędu przeklął wszystko i wszystkich dookoła. Ostatnimi czasy stało się to jego nawykiem. Następnie wstał z niezdarnością dorównującej leżącemu żółwiowi próbującemu się przewrócić na brzuch. Oparł się plecami o najbliższe drzewo i przyjrzał się Harefanowi. Jego twarz wyraźnie wskazywała na żądanie odpowiedzi, a oczy bacznie go lustrowały.

- Klasyczna przypadłość wieszczy, jednak bardzo rzadko kiedy w takiej sile - wyjaśnił mężczyźnie - Albo zbliża się coś dużego, co może zmienić aktualny układ świata, albo Splot znowu figle nam płata, albo wkroczyliśmy w dziwną strefę magiczną.
- Nie ma się co nad tym zastanawiać - dodał z nieobecnym wzrokiem.
- Jeżeli tak sądzisz... - odparł nieprzekonany mężczyzna i zadrżał - Ale musimy szybko znaleźć jakiś suchy kąt, może jakaś jaskinia, cokolwiek dzięki czemu nasze konie nie połamią nóg w błocie, a my się rozgrzejemy i wysuszymy. Mogę na piechotę czegoś poszukać na szybko, a ty zostaniesz z koniami. Jak ci się to widzi?
- Jak szybko chcemy znaleźć się w Neverwinter? - mag zagaił enigmatycznie po krótkiej chwili milczenia, jaka między nimi zaległa.
- Jak szybko chcemy? - zapytał trochę zdezorientowany - Cóż, pogoda nie skłania do długich wędrówek.
- Nie mam zamiaru stać w tym deszczu ani chwili dłużej - odpowiedział zrzędliwie wieszcz - Więc lepiej złap mnie za ramię. Ruszamy do Neverwinter. Inaczej pójdę sam.
- Chcesz nas zabrać stąd magią? A co z końmi?
- Ech, bogowie - odezwał się Corfilas po krótkiej chwili - Teraz już wiesz czemu nie cierpię niemagicznych wierzchowców. Nie można ich odesłać na życzenie.
- W takim razie zostanę z końmi - wywrócił oczami i oparł się wygodniej o drzewo.
Mężczyzna skinął głową i opatuliwszy się szczelniej przemoczonym już płaszczem ruszył w poszukiwaniu suchego skrawka terenu.
Corfilas czekał, moknąc z każdą chwilą coraz bardziej, a jedynym dźwiękiem prócz tych, które generowała ulewa, było parskanie koni. Tak zimno, tak zimno… Kichnął, gdy lodowata kropla spadła mu na nos i zastanawiał się co takiego popełnił w życiu, aby na to wszystko zasłużyć, chociaż…

Chociaż może i wiedział…
...ale to wszystko miało szlachetny cel!

W pewnym momencie uczucie zimna odpłynęło i Corfilas zaczął się zastanawiać czy nadszedł ten moment, w którym wydaje się osobie, że robi jej się ciepło. Tym razem jednak to było inne… Powoli i nieubłaganie zaczęło go to uczucie parzyć.
Rozpoczęło się w opuszkach palców, przeszło na całe dłonie, po ramionach aż do barków. Plamy pulsującego ciepła ogarnęły jego ciało, żeby po chwili zacząć parzyć… niemiłosiernie.

Wydawało mu się, że płonie, chociaż ognia nie było, ale w tym momencie zdawało mu się, że w nim stoi. Krzywiąc się z bólu energicznie odepchnął się od drzewa, odchodząc od swego mizernego schronienia przed deszczem. Pragnął jedynie uciec od trwiącego jego ciało ognia, ugasić go, by zostawił jego udręczone ciało w spokoju. Ulewa powinna zdusić przczynę piekielnych katuszy.

Tak się jednak nie działo.

Nawet nie mógł się skupić na tym, by przekląć swój los. Zaczął biec - byle jak najdalej z tego miejsca. Miał wrażenie, jakby czuł gryzący swąd palonego ciała, jakby słyszał syczący ogień kpiący sobie z żałosnych kropel deszczu. Widział wszędzie dookoła płomienie konsumujące jego i całą okolicę.
Akompaniowała temu wszystkiemu przeklęta symfonia złożona z diabolicznych chichotów.

Potknął się o coś - nawet nie wiedział o co - upadł jak długi na ziemię. Wszystko zniknęło równie szybko, jak się pojawiło. A Corfilas nawet nie miał siły, by podnieść się z ziemi. To już kolejny raz. Wiedział, iż zaczyna mieć coraz mniej czasu, nim Woland upomni się o swoją własność. Pora działać.
Ale czuł się w tym momencie tak, jakby przetoczyło się po nim dwanaście galopujących koni. Nie chciało się mu już nic. Najchętniej by umarł, ale...
...po śmierci by nie zaznał spokoju.
Płomienie trawiły las i trawiły Corfilasa. Mężczyzna widział jak z jego ręki sypie się pył... Nie, nie pył - rozżarzony popiół, a las, jakby w rozbawieniu sytuacją czowieka nuci piosenkę, której słów usłyszeć nie mógł, jednak dwa słowa, wypowiedziane jakby z akompaniamentem tej piekielnej melodii przedostały się do jego uszu.

Nie wszystko stracone. Jeszcze nie.
Jeszcze nie...

Wieszcz zaczął się tarzać po płonącej ziemi jak szaleniec w trakcie majaków próbując ugasić szalejący po nim ogień - była to reakcja, nad którą nawet nie mógł się zastanowić. Był przerażony. Nie czuł już ciała. Ledwo zdołał zarejestrować dziwne słowa wypowiedziane przez coś lub kogoś nieznanego.
Rozpaczliwym szarpnięciem spróbował wstać - nie był w stanie. Zarył jedynie twarzą w glebę, a w jego udręczonym umyśle wybuchł przeraźliwy ból. Miał wrażenie, jakby jego głowa rozpadła się na tysiące kawałków, chociaż... dziwnym zbiegiem okoliczności jeszcze był w stanie widzieć.
 
Flamedancer jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:19.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168