Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-08-2016, 01:31   #1
 
Amon's Avatar
 
[Drowy +18] Rodzina Olathkyuvrów


Zaklęcia, które oświatlały lepszą częśc miasta powoli dogasały. Sel Natha, niedługo pogrąży się niemal w całkowitych ciemnościach. Niemal, gdyż zanim to by się mogło stać, Arcymag rozświetli na nowo kopułę miejskiej katedry Lolth. Chwilę potem podobne zaklęcia czarodziejów na usługach szlacheckich rodów, akademii czy bogatych kupców rozświetli tysiące miejskich budynków, rozpocznie się nowy cykl.
Wyjątkiem były Slumsy, tutaj nowy cykl w zasadzie nigdy nie nadchodził, Z pewnych, nielicznych zaułków co prawda dolatywało światło pochodni, a w obskórnych karczmach paliły się lampy, jednak żaden w zasadzie budynek nie posiadał magicznego oświetlenia, wyjątek stanowła główna ulica będąca jednocześnie północną granicą samych Slumsów.

Okolica była obskura. Zaklęcia wyciszające ledwo trzymały a grzyby rosły na ścianach budynków. Ktokolwiek urządzał fabrykę w tym miejscu nie przejmował się wyraźnie jakością towaru. Nie mniej dla braci Olathkyuvr nie miało znaczenia czy właściciel dba o klienta. Nie, dla nich liczyło się tylko to, że stanowił konkurencję i odbierał klientów.
Lorash po raz kolejny wypowiedział słowa zaklęcia by usunąć plamę brudu ze swych szat.
- Po powrocie będę musiał przejść odgrzybianie - zauważył nie kierując tych słów do nikogo konkretnego.
- A po co ci to? - syknął Pierwszy Syn. - Nie rób hałasu - mignął mu palcami. - Przygotuj się. Nie będzie tak wesoło jak na treningach - zauważył nie bez satysfakcji Aeriel.
Młodszy nie odpowiedział na zaczepkę, głupio by było irytować brata a zwłaszcza przed akcją. Zlustrował tylko jego drużynę i swoją broń. Bełty do kuszy spoczywały w niewielkim kołczanie a ich groty zanurzone były w silnej truciźnie - postanowił nie zmarnować okazji na przetestowanie nowego przepisu w praktyce.
- Bardziej gotowy już nie będę. Zaczynamy? - zapytał szykując się do okrycia ich niewidzialnością. Zaskoczenie zawsze dawało przewagę a i Lorash lubił oglądać twarze umierających którzy dopiero gdy uchodziła z nich dusza orientowali się co się stało.
Aeriel tylko kiwnął bratu głową i wymigał rozkazy podwładnym. Dwudziestu drowów podzieliło się na trzy grupki: dwa ośmioosobowe oddziały ruszyły od flanki, zaś synowie i czwórka ich eskorty miała zaatakować od frontu. Gdy żołnierze byli na pozycjach, Aeriel przymrużył lekko oczy i wyszeptał słowa zaklęcia. W jego ręku pojawiła się ognista kula, która poszybowała do wewnątrz, dając rozkaz do ataku. W lewej dłoni pojawił się miecz, który znów miał posmakować dzisiaj krwi. Młodszy tylko uśmiechnął się z podziwem i dokończył czar który uczynił ich niedostrzegalnymi dla wzroku.

Kiedy komando Aeriela masakrowało niewolników z fabryki, obaj bracia pod osłoną przemykali przez pole walki na tyły. Pomieszczenie w którym urzędowała głowa całego przedsięwzięcia nie było w o wiele lepszym stanie niż cała okolica. Na obskurnej sofie leżał najwyraźniej jeszcze nieświadomy tego co się dzieje półdrow z wyrazem otępienia na paskudnej mordzie.
- Szlag, jest na haju - błyskawicznie postawił diagnozę Lorash, który widział już całą masę podobnych przypadków.
- Odrobina bólu zawsze przywraca świadomość - powiedział Aeriel, wbijając kciuk w skroń mieszańca. - Wstawaj, ścierwo - rzucił, wbijając drugi kciuk w drugą skroń i stawiając go na nogi.
- Spier…- zaczął półdrow ale powoli świadectwo oczu i ból zaczynały docierać do skąpanego w kwasach mózgu. - Co do...
- Zamknij pysk - Aeriel zdzielił go wierzchem dłoni w okolicach oczu. - Nie odzywasz się niepytany. Jasne? - warknął, wbijając pięść w brzuch mieszańca. - Co, skończyła się odwaga?! - warknął, uderzając go jeszcze raz w twarz. - Jest twój, bracie. Tylko zostaw mi to ścierwo do ubicia, mój miecz nie posmakował dzisiaj krwi…
Lorasz skinął głową i podszedł do półdrowa.
- Kto pociąga za sznurki? - zapytał bezceremonialnie, cała swoją postawą dawał do zrozumienia, ze brud i smród tej nory go obrzydzają i wolałby mieć to już za sobą. Najwyrażniej jednak więzień zupełnie błędnie zinterpretował zachowanie młodszego Olathkyuvr jako słabość.
- Pier...urwa…- jęknął z bólu kiedy kolano Lorasza z dużą szybkością uderzyło w jego krocze.
- Nie ma czasu ani chęci na zabawy - stwierdził ze spokojem Drugi Syn sięgając do sakiewki ukrytej w rękawie. Wydobył z tamtąd jednego miedziaka - Sa elassar!
- A teraz raz jeszcze kto jest szefem? - złapał więźnia za głowę tak by kciuki spoczęły na jego oczach i powoli zaczął je zagłębiać. Niby nie było to potrzebne kiedy sonduje się myśli ale sprawiało Lorashowi przyjemność.
Aeriel z zaciekawieniem obserwował, jak Lorash traci nad sobą kontrolę, gdy półdrow go lekceważy. Owszem, on sam posuwał się do gorszych rzeczy, lecz nigdy nie pozwoliłby sobie na to, by więzień go zlekceważył. Jednak musiał bratu oddać, był skuteczny. Krzyki półdrowa stawały się coraz głośniejsze, a Pierwszy Syn miał wrażenie, że młodszy brat już znalazł odpowiedzi.
- Masz wszystko, czego potrzebujesz? - zapytał.
Po chwili Lorash oderwał się od więźnia i rzucił z niesmakiem.
- Nie ma żadnego szefa, te ścierwa znalazły stary sprzęt i jakieś recepty. Po prostu fartowne kundle nic więcej.
- Wybić -
powiedział, przebijając głowę mieszańca błyskawicznym ruchem. Ostrze przeszło płynnie przez oczodół, tkankę mózgową i wbiło się w ścianę. - Do nogi. Budę zostawimy jako przykrywkę, kryjówek nigdy za wiele. - zauważył, wyrywając miecz z głośnym chlupnięciem i mlaśnięciem.

Dziedzinieć kompleksu Olathkyuvów, kika cykli później.

Lorash się niecierpliwił. Od dłuższego czasu oczekiwał nowej dostawy surowców i jak zwykle miał wrażenie, że tym razem mogą mu się skończyć. Spazmatycznie zaciskał i otwierał dłonie czekając na wiadomość o powrocie siostry. Nienawidził z całego serca tych chwil. Tego momentu niepewności. Fakt, że gdyby ona zawiodła to i tak najpierw poleci jego głowa wcale nie polepszał jego samopoczucia. Zdawało mu się, że w tym momencie jego zmysły są niesamowicie wyostrzone, gotów był nawet przysiąc, że słyszy kroki niewolnika zza zamkniętych drzwi… Wytężył słuch i niezwykłym aktem silnej woli uspokoił serce wsłuchując się w ciszę.
Kroki stawały się co raz lepiej słyszalne. Lorash odetchnął z ulgą, wiedział co to oznacza.
- Wróciła - wyszeptał sam do siebie a jedna z jego osobistych niewolnic jak na komendę poprawiła mu szaty. Sięgnął po odrobinę zbyt mocno schłodzoną butelkę wina grzybowego. Akurat idealna by podczas drogi osiągnęła temperaturę odpowiednią do serwowania, do tego puchar z rżniętego obsydianu. Nic szczególnego lecz osobiście uwielbiał szkło wulkaniczne.
Wyruszył, był gotów by przywitać Pierwszą Córkę.

Dziedziniec domu Olathkyuvrów był nieco zatłoczony. Szóstka jaszczurek obładowana tobołkami przebijała się przez tłumek rozładowujących je osób. Kolejna grupka indywiduów była zbita na brzegu, skrępowana łańcuchami na rękach i nogach. Gdzieś w całym zamieszaniu znajdowali się ci, którzy własnymi rękoma wyłapali nowych niewolników, jak i upolowali bestie, którym odebrali cenne fragmenty ciał. Jedna persona wybijała się ponad linię pracujących głów. Znacznie wyższa, znacznie okazalsza. Skrzydlata kambionka, której narastające łuski zdążyły się sfatygować i zejść z szarego ciała. Z całego zamieszania wydawało się, że jako jedyna stała. Gromiące wzrokiem oblicze obserwowało uważnie pracę, a ręka zaciskająca się na rękojeści długiego i grubego jak ramię bicza, przez co nikt nie starał się szukać kontaktu z demonicą. Lorash wiedział jednak z której strony należy podejść, by ugasić wewnętrzny ogień. Zostawił niewolnice z tyłu. Gdyby spotkał się z siostrą prywatnie mógłby pozwolić by im usługiwały, jednak w obecności innych nie pozwolił by sobie by umniejszyć jej pozycję w ten sposób. Odnalazłszy najlepszą drogę, tak by niewolnicy musieli przed nim ustępować, ruszył szybkim krokiem.
Nim wygłosił oficjalne powitanie, uprzejmie podał siostrze puchar i osobiście nalał jej wina. Mocne lecz orzeźwiające, pozwalało nie tylko ugasić pragnienie lecz i ogień gniewu. Dopiero kiedy miała pełny kielich, odezwał się.
- Witaj Pierwsza Córko domu Olathkyuvr! Tuszę, że z łaski Lolth łowy zakończyły się pomyślnie. - Ta bez słowa i bez odrywania się od obserwacji, upiła prawie całość z nalanego trunku. Do ilości mogącej wpłynąć na jej zachowanie brakowało zapewne jeszcze paru butelek. Z taką wagą i krwią trzeba było się nieco napracować. Mimo to, jego odpowiednio utrzymana temperatura sprawiła, że gniew zszedł z diablicy jak po dotknięciu magicznej różdżki. Ugasił go, choć jako jeden z niewielu rzeczy palił w podniebienie. Jej oblicze nieco złagodniało, choć tylko Lorash mógł to wychwycić. Jej czujny wzrok wyłapał potrzebę wydania polecenia. Delikatne skinięcie głową i delikatny ruch w bok wystarczył, by go wydać. Zainteresowany otrzymał to, co potrzebował, a to wskazywało, że był to jeden z Aurorów - piątki wyselekcjonowanych łowców, którzy towarzyszyli diablicy w łowach. Po kolejnej chwili drow w końcu doczekał się uwagi siostry. Neutralny wzrok, dominująco przyglądający mu się z góry. Również chwilowy.
- Wszyscy wrócili na własnych nogach. Przy powrocie mamy więcej niż przy wyruszeniu. Gniew Lolth nas nie sięgnął - odpowiedziała bez większego entuzjazmu. - Możesz nazywać to pomyślnymi łowami.
- Bogini obdarza łaską tylko wartych tego zaszczytu - Lorash zacytował stare powiedzenie. Niewątpliwie Pierwsza Córka zasłużyła na błogosławieństwo Lolth wielokrotnie udowadniając swe kompetencje. On sam mógł jedynie mieć nadzieję, że i jemu kiedyś uda się zasłużyć na łaskę. A bynajmniej nie było to niemożliwe, miał przecież w pamięci historie o samcach którzy dzięki sprytowi i sile przyciągali spojrzenie Królowej Drowów. Teraz jednak musiał skupić się na swojej pracy. Z trudem powstrzymywał chęć by osobiście sprawdzić czy udało się zdobyć wszystkie ingrediencje lecz nie ośmielił się zrobić tego bez polecenia siostry. Nie zamierzał jej również obrażać pytając o takie pozwolenie. To był ciągle jej teren, jej podwładni i do niej należała cała władza i decyzje, więc jedyne co mógł zrobić to czekać i usługiwać siostrze jak nakazywała jego płeć i pozycja.
- Zatem należy wykorzystać to najlepiej jak się da i póki jeszcze można - odparła a od razu po tym grupka skutych niewolników podniosła się z ziemi. Nie wiedząc gdzie mają leźć brnęli do przodu a ich kurs był korygowany przepychaniami tych na przedzie. Fakt zaobserwowania tego zdarzenia zrzucił z Aurory odpowiedzialność, która trzymała ją na dziedzińcu. Ramię z trzymanym pucharem odruchowo zwróciła do brata, jednak po kolejnej chwili zmieniła zdanie i zamiast go oddawać oczekiwała dolania trunku, czego bez chwili wahania się podjął. Demonica przyglądała mu się uważnie nie odsłaniając swych myśli co do jego osoby.
- Twój brat nadal żyje? - zapytała dając mu czas na odpowiedź w chwili upijania. Lorash z trudem ukrył kwaśną minę. Jeśli czegoś nie lubił to przypominania, że już dobre pół wieku opóźnia naturalny dla drowów postęp w hierarchii.
- Ciągle żywy - odparł krótko nie podejmując tematu. - Czy mogę w czymś jeszcze służć? - Zabrzmiał odrobinę zimniej niżby chciał, trudno później postara się to wynagrodzić siostrze w jakiś inny sposób.
- Nie - odpowiedziała chcąc zająć się odpoczynkiem i zregenerowaniem łusek. - Z podsumowaniem łowów musisz się wstrzymać. Półtora świecy powinno wystarczyć na podsumowanie potrzebnych tobie igrediencji. Jesteś wolny.
- Jestem posłuszny - wyrzekł skłaniając się przed siostrą i jedynie czysta siła woli powstrzymała wypełzający na jego usta uśmiech. Na ten moment właśnie czekał ostatnie dni, tego pragnął i dlatego odegrał całą szopkę płaszcząc się ile tylko mógł. Pozostał w miejscu a Aurora oddawszy mu puchar oddaliła się nieco i zatrzepotała skrzydłami. Siła podmuchu była wyczuwalna nawet z odległości, a mocna na tyle, by demonica wzbiła się w powietrze. Jej lot był skierowany na górne piętra zamku domu Olathkyuvrów.

Komnata Pierwszej Córki.
Znacznie później rozległo się pukanie do drzwi komnat Aurory. W wielkim pomieszczeniu przerobionym z korytarzy, w których charakterystycznym elementem było duże okrągłe łoże z kupą twardych poduszek, nie było żadnego poruszenia. Reakcja natomiast spotkała się z zewnątrz. Jeden ze służących drowów, usłyszawszy odgłosy, zainteresował się i przekazał, iż Pierwsza Córka poddaje się kąpieli. Odprawił sługę, nie potrzebował go więcej. Wszedł starając się by jego kroki były dobrze słyszalne, ostatnim czego chciał było by siostra pomyślała, że się do niej podkrada.
- Widzę, że zdążyłem - zaczął gdy tylko ujrzał płomienie. - Pozwoliłem sobie przynieść balsam, nieco dopracowałem skład, powinien znacznie lepiej usunąć to nieprzyjemne swędzenie odrastających łusek. - Wyjaśnił powód swej wizyty. Oczywiście jego troska nie miała nic wspólnego jakimikolwiek pozytywnymi uczuciami i o dziwo również niewiele z chęcią podlizania się. Tym razem była to zwykła troska o własne interesy, wiedział bowiem, że im lepiej Aurora wypocznie w mieście tym skuteczniejsza będzie podczas łowów a na tym najbardziej mu zależało.
Kadź była odpowiednio ulokowana w ścianie, wykorzystywała wcześniejsze miejsce paleniska. Wypełniona ognistą cieczą rozświetlała specyficznym światłem część pomieszczenia. Jej rozmiary były odpowiednie do wielkości właścicielki. Pozycja embrionalna mogła zapewnić pełne zanurzenie i poddanie się działaniu temperatur roztapiających metale. Lorash potrzebował chwili, by ujrzeć poruszenie się tafli a kolejnej na kształt siostry. Ta wynurzyła się powoli lecz sukcesywnie. Drow nie był pewien, czy tym razem go usłyszała, czy zignorowała słowa z uwagi na najście. Sam wyraz jej twarzy prezentował niezadowolenie. Wprawdzie mógł wyrażać wszystko jednocześnie, bowiem tak wysoka temperatura pobudzała Aurorę jak towar będący poza zasięgiem umiejętności, czy zasobów drowa.
Niezrażony drow skorzystał z niewielkiego stolika by zostawić na nim niewielką paczuszkę z balsamem.
- Życzysz sobie bym pomógł ci w aplikacji środka czy może sprowadzić odpowiedniejszego sługę? - zapytał wprost i bez tak wielkiej poddańczości. Teraz kiedy nikt ich nie obserwował mógł rozmawiać z siostrą nieco swobodniej.
Aurora ważyła słowa w czasie rozpraszania nadmiaru dostarczonej energii. Wynurzyła się bardziej a krople rozgrzanej cieczy wracały przyciągane do kadzi. Przechylając się nad krawędź opuściła głowę wpatrując się w podłogę.
- Sabal - wycisnęła cicho niskim tonem wskazując imię służącego, którego Lorash spotkał przed drzwiami do komnaty. Służący pojawił się w oka mgnieniu, z wyczekującym rozkazu wyrazem twarzy.
- Ostrożnie, zbyt duże porcje mogą wywołać odwrotny efekt - poinstruował sługę wręczając mu otwarty pojemnik z balsamem. Sługa wysłuchał instrukcji drugiego syna i przejął puzderko z jego rąk. Aurora w tym czasie powoli wypęłzła z kadzi stając przed dwójką okryta łuskami, nie wymagając przy tym dodatkowego okrycia. Spływające krople cieczy wciąż wracały zostawiając rozgrzane nitki ognia głęboko między łuskami. Te natomiast szybko stawały się letnie nie powodując zagrożenia dla niechronionych dłoni. Musiało minąć jeszcze trochę czasu zanim stwardniały. Z racji swojego rozmiaru demonica musiała usiąść, by służący mógł wykonać swoje polecenie. Duagloth skonstruował łaźnię Aurory w taki sposób, by komnacie nie groziło w najbliższych stuleciach spopielenie. Żywy ogień zdawał się skupiać i trzymać bardziej samej kobiety, niż otaczających ją sprzętów. Taka była zaleta posiadania od czasu do czasu domowego czarodzieja działającego na korzyść diablicy. Sabal z opuszczoną głową, skromnie zbliżył się do swojej pani. Jego wprawne, młodzieńcze dłonie, poczęły sprawnie rozprowadzać balsam po nieboskim ciele pierwszej córki. Obserwujący scenę pierwszy syn, uświadomił sobie, że Sabal jest chyba jednym z dzieci jego bliźniaczej siostry. Gdyby to oczywiście miało jakiekolwiek znaczenie. Smark nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat i całą jego egzystencję określało tylko to, jak dobrze jest w stanie służyć swojej obecnej pani - życia i śmierci. Na jego szczęście, Sabal mimo młodego wieku wykazywał się wspaniałą zręcznością w arkanach masażu. “To po matce” - stwierdził w myślach drugi syn. Dłonie chłopaka czule rozprowadzały balsam po ramionach, plecach, ale także szyi i piersiach demonicznej kobiety. Sabal nie zapominał o wspaniałych smukłych skrzydłach Aurory.
Z prawdziwą przyjemnością obserwował Lorasz całą procedurę. Jednocześnie zastanawiając się czy jego bliźniaczka ma jakieś plany na podniesienie swej pozycji. Zapamiętał by na wszelki wypadek wybadać grunt gdyby miało dojść do konfrontacji.
- Jeśli nie jestem potrzebny wrócę do swych obowiązków. - Co prawda ciekawiło go czy na masażu się skończy lecz nie aż tak bardzo by zaniedbać swe powinności. A był niemal pewien, że i tak zaspokoi ciekawość, prędzej czy później.
- Nie udawaj takiego przewrażliwionego - rzuciła w odpowiedzi diablica wpijając się w niego wzrokiem spod opuszczonej głowy. Jej rozłożone ramiona na oparciu ławy, którą zajmowała niemal całą, wyglądały jak skrępowane łańcuchami, które to powstrzymywały przed rzuceniem się i zeżarciem gościa. - Wiem, po co przyszedłeś - dodała.
- Jak zawsze twa przenikliwość mnie zawstydza - skłonił się z uznaniem. - Dziś jednak nie żartuję o mych obowiązkach, choć bardzo bym chciał.
Aurora tylko mruknęła pod nosem wpatrując się w ten sam sposób w młodszego brata. Dała sobie chwilę na zastanowienie się na następnie gwałtownie zerwała się na nogi, powodując przerażenie u Sabala, który starał się uskoczyć w bok przed mocarnym ciałem kambionki by uniknąć jej ewentualnego gniewu lub zwyczajnego potrącenia jakie mógłby przecież przypłacić utratą przytomności - mniej lub bardziej “chwilową”. Jej skrzydła poruszyły się chcąc wybadać wpływ podanego specyfiku. Mikstura niosła w istocie pewien element “ukojenia”, jednak co stało się jasne dla Aurory, jej główną właściwością było swego rodzaju “uwrażliwienie” jej okrytego przecież łuskami ciała. Aurora czuła dotyk gorącego powietrza muskający jej pancerz, zupełnie gdyby była to drowia skóra. Następnie uniosły się jakby do szybowania. Miast lecieć, ruszyła w bok na włąsnych nogach, w głąb pomieszczenia.
- Jak zdążyłeś zauważyć nasze źródło uległo... Zaczęło wysychać - podjęłą temat przystając przy stojaku na broń, którego nie wyniesiono z pomieszczenia, gdy jeszcze pełniło funkcję korytarza. - Siedliska kurczą się zgodnie z przewidywaniami. Parę zniknęło, parę się przeniosło. Naturalne przyczyny. Natomiast jest coś, co dotknęło nas najbardziej. Tyczy się to rdzeni krysmalów.
Sabal wykorzystując zerowe zainteresowanie jego bezużyteczną osobą czmychnął z pola widzenia. Chłopak był jeszcze młody i strachliwy względem kobiet. Żadne znaki na czarnym kamiennym niebie Sel Natha nie wskazywały też, by Sabal miał kiedykolwiek miał wyzbyć się strachu względem kobiet takich jak Aurora. Sabal naprawdę miał szansę na długie życie… Aurora ze stojaka ściągnęła skórzany pakunek. Trzymając go w dłoni wróciła, wciąż z uniesionymi skrzydłami, do siedzącego Lorasha.
- Nie dotykaj gołymi rękoma - zaznaczyła przekazując pakunek.
Nie musiała dwa razy powtarzać ostrzeżenia. Lorash ostrożnie przyjął zawiniątko ale do jego rozwinięcia użył już magii. Trzecia dłoń nie nadawała się do zadań wymagających wielkiej siły nie mniej była precyzyjna i co najważniejsze jej zniszczenie nie przynosiła żadnego uszczerbku na zdrowiu rzucającego czar.
- Wydaje mi się czy jest mniejszy? Z młodego osobnika? - zgadywał oglądając rzadki kryształ, którego rozmiary były nieznacznie mniejsza niż się spodziewał ujrzeć. Dla drugiego syna obraz sytuacji stawał się jasny. Surowca jest mało już teraz, a niedługo może już wcale go nie być. Może gdyby rodzina nie była tak zachłanna, ekosystem nie został by zachwiany, jednak Opiekunka wymagała od niego efektów w postaci zysków. Co oznaczało, iż wymagała od Aurory surowców. Oczywiście zaraportowanie matce jakichkolwiek “problemów” nie było opcją.
- Przełam go - wydała polecenie, które tak na prawdę było niemożliwe. Pełnego kryształu nie było sposobu przełamać gołymi rękoma. Była to w końcu jednolita struktura.
Pomimo wyraźnego niedowierzania w jakikolwiek efekt wykonał polecenie siostry trzymając kryształ poprzez owijający go materiał. Zgodnie z przewidywaniami przyłożenie siły Lorasha nie wpłynęły w żaden niekorzystny sposób na rdzeń młodego krysmala. Aurora mruknęła widząc niepowodzenie i zacisnęła swoją demoniczną dłoń na dłoni drowa. Siła z jaką to zrobiła miała już wywołać jęk na jego ustach, wtem połowa obejmowanego przedmiotu zapadła się pod naciskiem. Stała się wtedy rzecz niemożliwa. Zmiażdżenie nie wchodziło przecież w rachubę.
- Pusty - wydusił drow z trudem. Trudno było mu zaufać świadectwu własnych oczu. Lecz czemu innemu miał ufać? - Ale to niemożliwe, krysmale nie mogą mieć pustych rdzeni… chyba, że… ale to bez sensu, nekromancja praktycznie nie powinna na nie działać.
- Nie spotkałam żadnego żywego krysmala. Wszystkie znane dotychczas ich gniazda w odwiedzonej części podmroku to jeden wielki pomór. Pozostałości tylko młodych. Żadnego dorosłego osobnika. Spójrz jak wygląda rdzeń od środka - poleciła ponownie. Pierwsza połowa rdzenia była rozsypana w drobne fragmenty. Druga połowa pustego rdzenia wciąż utrzymywała swój kształt.
- Wygląda jakby coś go zżerało od środka albo jak dziwny efekt dezintegracji. - Oglądał dalej i coraz mniej mu się to wszystko podobało. - Ale to młode a co z dorosłymi? Były jakieś ślady, może migracja? Porzuciły chore młode i odeszły? - Zgadywał w ciemno, wszystko co wiedział na temat krysmali to ich przydatność do celów alchemicznych nie zaś zwyczaje i zachowania. Demonica wróciła na swoje miejsce w ławie na przeciwko. Usiadła na środku, założyła nogę na nogę, rozłożyła ramiona na oparcie a skrzydła rozpostarła tak, by wpasowywały się do szerokości ławy. Jej wzrok powrócił do drapieżnej obserwacji w niezadowoleniu.
- Ich żerowiska były puste. Obszar na jaki się zwykle oddalają był pusty. Sidła były puste. Nie reagowały na przynęty. Ani przy siedliskach ani w dziczy. Wyparowały.
- Droga siostro, mamy problem. A kiedy mówię my oznacza to, że jeśli będę wyjątkowo oszczędny to moich żelaznych rezerw wystarczy na maksymalnie dziewięćdziesiąt cykli. Po tym będę musiał wyjaśnić opiekunce dlaczego nie jestem w stanie zaspokoić popytu na nasze produkty. - Pozwolił by ostatnie słowa na chwilę zawisły w powietrzu. Przez moment nie dłuższy niż kilka uderzeń serca zastanawiał się czy dolewać oliwy do ognia lecz w końcu rozsądek podpowiedział mu, że i tak siedzą w tym razem.
- A to nie koniec. Kilka cykli temu wybiliśmy kundli którzy próbowali produkcji na własną rękę, jednak nie to jest najważniejsze. Ich sprzęt był stary i zniszczony mimo to bez wątpienia nie był nasz, musiał pochodzić z poza miasta. Co więcej receptury których używali były w podwspólnym - dodał po chwili wahania. - Co to znaczy i czy obie sprawy się wiążą nie wiem, muszę zabrać rdzeń i go dokładnie zbadać. Jak widzisz nie kłamałem, mam sporo pracy która nie może czekać zbyt długo.
- Chcę usłyszeć zdanie Duaglotha w kwestii rdzenia - oznajmiła mając inne zadanie dla brata. - Ludzie Aeriela zlokalizowali tą produkcję? Dowiedział się czegoś? - zadała pytanie jakby zakłądając zerowy wkłąd Lorasha w tę sprawę.
- Nie jego, moi. Choć nie wykluczam, że dowiedział się tego wcześniej niż ja na własną rękę - odparł zbierając nieco okruchów rdzenia do woreczka, jednego z wielu które zwykle chował w obszernych rękawach swych szat po czym oddał rdzeń siostrze. - Niewielka próbka, resztę możesz oddać Opiekunowi choć nie wiem, czy chciałbym już teraz informować o tym Matkę.
- Nie będę zaprzątała głowy Matki codziennością. Do Duaglotha udam się osobiście - dodała pewna siebie wchodząc mu niemal w słowo. Po tym wstała na nogi i poruszyła skrzydłami raz jeszcze. Wrażenie jakie było efektem balsamu, którego nie miała jeszcze okazji doświadczyć. Fakt posiadania twardych łusek sprawiał, że czucie było odizolowane grubą warstwą. Z tej racji czasem Aurora wolała ściągnąć z siebie większość łusek, by odzyskać ten zmysł. Była to operacja dość czasochłonna i problematyczna. Niezbyt się dogadywała z nieoczekiwanymi zachciankami. - Sprawdzisz, czy rdzenie w takim stanie są coś warte. Jeśli tak, muszę wiedzieć ile da nam to czasu do skończenia się twoich zapasów.
- Zajmę się tym niezwłocznie - rzekł wstając. - Powiadomię cię o rezultatach gdy tylko skończę.
Dłużej nie czekał, bo i sprawa wymagała pośpiechu. Ruszył ku wyjściu z komnat Pierwszej Córki a w myślach układał plan testów jakim zamierzał poddać próbkę.
Drowa nie odprowadzał wzrok demonicy. Ta skupiła się nad badaniem czułości zmysłu dotyku na pokrytych balsamem miejscach.
- Sabal - uniosła głos przywołując służącego, by ten dokończył pracę. Wszystkie znaki wskazywały na to, że specyfik działał a efekty były całkiem obiecujące. Dopiero po zabiegu opuściła komnatę przerobioną z korytarza, zabierajac ze sobą pakunek.

Dzisiaj
Od rana po domu krąży informacja iż wasza matka zamierza urodzić dzisiejszego wieczoru. Uroczystość odbędzie się w rodzinnej kaplicy, wszystkie domowe kapłanki będą uczestniczyć w obrzędach. Powszechnie uważa się, że jeśli Olorae urodzi tym razem syna, może pojawić się wakat na pozycji Patrona. Plotka o wcześniejszym porodzie wybuchła kilka dni wcześniej, gdy Duagloth nieoczekiwanie opuścił miasto. Czarodziej jest znany z tego iż nigdy nie ma go w pobliżu gdy Olorae spodziewa się dziecka, które może być jego.
Poród jest zawsze dobrą okazją do religijnej celebracji, a gdzie celebracja religijna tam i celebracja w ogóle. Nawet niewolnicy są podekscytowani gdyż wielu z nich może liczyć jutro na dzień wolny.
Znaczniejsi domownicy, od wczesnych godzin przygotowują się do wieczornego festynu.
Wśród nich jesteście oczywiście i wy. Zostało jeszcze kilka godzin. Opiekunka nie wybaczy swoim najbliższym, dzieciom czy sługom nieobecności jeśli tylko znajdują się dziś w granicach miasta.
Tak się składa, że wszyscy znajdujecie się w granicach miasta.
 
__________________
Our obstacles are severe, but they are known to us.
Amon jest offline  
Stary 09-08-2016, 23:51   #2
 
Corrick's Avatar
 
Aeriel nie lubił mieć wolnego. Pośród swego ludu brak czujności odbierał jako słabość, nie ufał też zbytnio w wieczną czujność swej straży. Chwilę po przebudzeniu i codziennej musztrze, oględzinach koszar i sprawdzeniu gotowości bojowej swych żołnierzy, wydał im rozkazy. Część z nich rozesłał do zyskanej ostatnio kryjówki, gdzie urządził tymczasowy magazyn i kasyno dla armii Dziewiątego Domu. Czego by o nim nie mówić, ale dbał o swoich podwładnych. Najbardziej zaufanym kazał sprawdzić, jak codzień, stan armii Dziesiątego i Ósmego Domu. On sam udał się na ćwiczenia do przejętej niedawno meliny.

Wchodząc tam, widząc swoich żołnierzy w stanie skrajnej rozpusty wpadł w szał. Dorwał najbliższego z nich, złapał go za fraki i przerzucił nim przez pół pomieszczenia.
- CO TU SIĘ, KURWA JEGO MAĆ, WYPRAWIA?! - ryknął na całe gardło, uderzając kolejnego - TO NIE JEST BURDEL! TO, KURWA, NAWET NIE SĄ KOSZARY! ALE MA TUTAJ PANOWAĆ PORZĄDEK!! - zaczął bezlitośnie dzielić razami swoich żołnierzy. Połamał przy tym cztery krzesła, fotel z grzyba i stół.

Dawszy upust swej furii, stanął na środku pokoju, mierząc wszystkich wzrokiem. Sugestywnym gest wysunął nieco ostrze z pochwy, jakby zapraszając wszystkich do tańca. Jednak to Aeriel wytrenował prawie każdego obecnego w tym pomieszczeniu drowa, wpoił im kto jest samcem alfa w stadzie. Ponadto, zwykła matematyka pozwalała im stwierdzić, że zabicie Pierwszego Syna domu Olathkyuvr dalej nie czyni z nich nikogo, a jedynie ściąga na siebie gniew.
- Resztę dnia macie wolną. Przed końcem cyklu, nim zacznie się ceremonia, widzę was w koszarach. Musimy być gotowi. - rzekł, chowając ostrze. - Macie podwojony dzisiejszy żołd.- rzucił na odchodne.

Wrócił do swoich komnat, gdzie zażył kąpieli. Pozostałą połowę dnia spędził nad mapami dostarczonymi mu przez szpiegów, ważąc wszystkie szczegóły obrony ósmego i dziesiątego domu. Przygotowywał różne warianty ataku, chcąc być możliwie jak najbardziej przygotowanym na ewentualny atak tej nocy, jeśli oczywiście Lolth będzie z nimi i da im kolejną kapłankę. Jeśli będzie to mężczyzna wtedy, cóż… Miał nadzieję, że nie będzie musiał się pozbywać swego brata przez jego lekkomyślność. Zdawał sobie sprawę z tego, że Lorash, choć był ambitny, lubił mieć wszystko pod kontrolą. Do tego, bardzo łatwo było go sprowokować, przynajmniej Aeriel nie miał z tym problemu. Nie spodziewał się po swoim bracie ataku w dniu dzisiejszym. Nie spodziewał się go dopóty, dopóki Lorashowi opłacało się pozostać Drugim Synem.

Odgarnął ręką włosy i wyjrzał przez okno. Do ceremonii nie pozostało zbyt dużo czasu. A on chyba wpadł na pomysł, jak w najbezpieczniejszy sposób zaatakować Aleanviirów. Potrzebowali by do tego jednak sporych zapasów, które mogła zdobyć Aurora. Westchnął, ubrał ceremonialne szaty, na które, tradycyjnie już, nałożył napierśnik. Przytroczony przy prawym biodrze zakrzywiony miecz pobrzękiwał, gdy Pierwszy Syn domu Olathkyuvr przemykał korytarzami w poszukiwaniu jednej z trzech starszych od niego osób w tym domu - swej siostry, Aurory. Jeśli nie zmieniła się zbytnio, powinna być gdzieś wysoko, skąd mogła swobodnie przypatrywać się całej rezydencji i obserwować całe miasto.

Wybiegł na dziedziniec i rozejrzał się, czujnie i spokojnie. Nie lubił zdradzać oznak zdenerwowania, a już zwłaszcza przy swoich żołnierzach. Tylko jedna osoba w Dziewiątym Domu Sel Natha posiadała skrzydła, a znajdowała się ona na dachu rezydencji. Spokojnym krokiem podążył w tym kierunku. Mijał uwijające się sługi, którym nie okazywał żadnych uczuć. Był skoncentrowany, jak to miał w zwyczaju. Gdy tylko wydostał się na dach i upewnił, że siostra jest sama, rzucił:
- Witaj, Pierwsza Córko domu Olathkyuvr. Ufam, iż twa ostatnia wyprawa okazała się sukcesem? - zaczął, nie bardzo wiedząc jak się zachować.

- Aerielu... - przywitała się obracając głowę w jego kierunku. - Nadal w formie, jak widać... Ktoś nas atakuje, że w taki cykl o takiej porze odrywasz się od swoich obowiązków wdrapując się na sam szczyt...?
Aurora leżała na spadzie dachu, który po paru krokach załamywał się coraz bardziej, by przy samej końcówce być niemal pionowym. Podparta łokciem trzymała w wolnej dłoni puchar a obok niej znajdowała się srebrna taca z butelką i jeszcze dwoma pucharami. Była odprężona, co niezbyt często się zdarzało. Wyglądała, jakby na prawdę humor jej dopisywał.

- Jesteśmy bezpieczni. Przynajmniej na tyle, na ile możemy być bezpieczni jako Dziewiąty Dom i Pierwsza Córka i Pierwszy Syn. - Aeriel pozwolił sobie na gorzki uśmiech, siadając nieopodal siostry. Zresztą, innych chyba w swym mimicznym arsenale nie posiadał. - Cóż się stało, że Łowczyni jest… tak odprężona? - zapytał, a w jego głosie nie było słychać trwogi. Znał swoją siostrę, a ciosy nie były mu obce. - Widzę, że wizja porodu cię odprężyła, siostro. - skłonił głowę, wypowiadając to słowo.

- To nie poród a widok - wyjaśniła wracając wzrokiem na panoramę miasta. - Stąd całe miasto sprawia wrażenie jakby można było je zamknąć w dłoni... - przyznała wyciągając gadzią dłoń powoli zamykając ją przed twarzą. - Wszyscy są malutcy, jak robactwo, które można rozgnieść bez żadnego wysiłku - zacisnęła palce wbijając nieco szponiaste zakończenia w łuskowatą skórę. - Zabijasz jednym ruchem sam będąc nietykalnym. Im więcej lat mija, tym bardziej mi się on podoba - przerwała na chwilę spijając łyk z puchara. - Częstuj się - zmieniła temat zwracając na niego uwagę. - Grzybowe, produkcji twego brata. - Sama też nie czekając na odpowiedź sięgnęła po butelkę dolewając sobie do puchara.

- To będzie nasze, siostro. - Aeriel spojrzał na miasto, na tętniące niewolniczym życiem arterie Sel Natha. - Niewiele czasu nam potrzeba, by je zdominować - westchnął, nalewając sobie odrobinę do puchara. - Co do mojego brata… Lorash jest, jakby to ująć, mało ambitny. Spodziewałem się ataku z jego strony już jakiś czas temu, jednak nic takiego nie następuje. Jakby gromadzenie bogactw mu wystarczało… - westchnął i przechylił puchar do końca. Dolał sobie, jednak znów połowę.

Aurora mrukneła na poruszony temat. Ważąc słowa wzięłą kolejny łyk wina i dopiero zaczęła.
- Lorash produkuje i liczy złoto. Umie sobie przeliczyć, że na ataku nic by nie zyskał a nawet stracił. Wystarczająco długo dostarczam mu ingriedienty, by nauczył się tego prawidła.

Aeriel zamyślił się na te słowa, ważąc je w głębi siebie. - Może i Lorash potrafi liczyć, ale kiedyś przestanie mu się to opłacać. - Pierwszy Syn wypowiedział te słowa bez cienia lęku w głosie. - Jednak, zdaje mi się, że to Filfriia przejęła całą ambicję w tej dwójce…

- Aerielu... - oderwała wzrok z panoramy spoglądając na brata. - Tyle lat pilnujesz bezpieczeństwa domu, w twojej głowie rodzą się złożone strategie ataków... A dotąd tego nie zauważyłeś...? - spytała lekko zdziwiona. Nie trzymałą drowa w niepewności i po chwili dopowiedziała. - Lorash ciebie nie zaatakuje dopóki nie będzie mógł ciebie zastąpić.

Słysząc te słowa Aeriel niemal nie buchnął śmiechem. Zamiast tego posłał siostrze swój firmowy uśmiech numer dwa (który niczym nie różnił się od gorzkiego i firmowego numer jeden) i rzekł: - Lorash nie ma podstaw by mnie zastąpić. Przynajmniej nie, dopóki byle niewolnicze ścierwa są w stanie stworzyć nam zagrożenie na rynku. Ufam, że słyszałaś o naszym nalocie? - zapytał. - Za to Filfriia… Przejawia nad wyraz wysoką ambicję… - nie mógł namówić siostry na ustawienie bliźniaczki Lorasha. Przynajmniej nie wprost.

- Żyjemy bezpiecznie, bo zabicie nas będzie kosztowało dom więcej niż to opłacalne. Wie to Lorash. Nie wie tego Filfriia. Dzisiaj suce musiałam wskazać gdzie jej miejsce. Chciała odbierać poród matki nie wspominając mi o tym słowem. Lorash jest przywidywalny a jedyne, co może go skłonić do ruchu to jego siostra. Można powiedzieć, że mamy wspólnego... wroga... - podsumowała wracając do panoramy i spijając łyk wina.

- Pilnujmy więc pleców, jak niegdyś - mignął jej. Aeriel cieszył się z faktu, że Aurora ustawiła Filfriię do pionu. Nic bardziej by go nie uradowało, niż widok tej małej, podłej zdziry na kolanach przed jej demoniczną siostrą. Albo przed nim samym… - Swoją drogą, jak idą łowy? - zapytał, lecz nie czekając na odpowiedź, dodał: - Mam pomysł, jak możemy stać się Ósmym Domem. Bezboleśnie, zdobywając tłumy żołnierzy i niewolników. - błysnął oczyma. - Czysta robota, zginie tylko szlachta. Tak, jak powinno być. - Aeriel upił łyk z puchara.

- Interesy... - mruknęła pod nosem zmieniając nieco ton głosu na mocniejszy. Był to też temat warty przysunięcia się bliżej. - Coś podpierdala nam krysmale. Zapas jest niewielki a zagrożenie może być spore. Sytuacja może zjebać się jeszcze bardziej, więc nie chcę żadnych rzezi. Nie przyjmuję do wiadomości, że nie będę miała do czego wrócić po kolejnych łowach.

Aeriel pomyślał, że w takim razie należałoby przejąć jeszcze jedną gałąź dochodową, ale on nie bardzo miał prawo głosu. - Jak sobie życzysz, siostro. - mruknął. - Choć jeśli nie pokażemy naszej siły, możemy nie mieć okazji do ponownej rozmowy. - zauważył.

Aurora mruknęła po raz kolejny kończąc zawartość swojego pucharu. Odstawiła go na bok.
- By upolować ofiarę musisz być pewien, co do swojej przewagi - zaczęła zbliżając się do drowa na czworaka, jakby się skradała podczas polowania. Była to oczywiście przenośnia, bowiem rozmiaru jej osoby razem ze skrzydłami nie było możliwości ukryć na dachu o dość regularnie nudnych kształtach. - Możesz zaryzykować nagłym atakiem. Możesz mieć też większą pewność... Podstępem. Możesz nauczyć ofiarę tego, że nie jesteś wrogiem. Jesteś tłem, który nic znaczy.
Opowiadając to zbliżyła się na tyle blisko Aeriela, że ten widział dobrze jej ślepia. Iskrzyły a sama Aurora zamiast być zrelaksowana jak podczas powitania była pobudzona. Jakby przestała pilnować swojego spokoju.

Aeriel nie był pewien, czy kobieta próbuje go uwieść, czy też chce mu dać nauczkę. Żyjąc wśród drowek, był przygotowany na jedno i drugie. - Pytanie, jak bardzo czujna jest ofiara. Jak bardzo jest łatwowierna… Jak bardzo chce zaufać myśliwemu. - Mężczyzna dopił wino z kielicha. - Jest to dość ryzykowna gra, Auroro. Czasem myśliwy, może stać się zwierzyną. - w oczach Pierwszego Syna również zaczęły tańczyć ogniki, lecz jego ciało nie zdradzało oznak pobudzenia.

- Ofiara zawsze jest czujna... Zawsze jest nieufna... Zawsze się pilnuje - odpowiedziała sukcesywnie na stawiane pytania, podczas których już na nachylała nad drowem. - Lecz kiedy się zorientuje... - dodała zawieszając końcówkę, w której zacisnęła swoje dłonie na nadgarstkach Aeriela. - Wtedy jest już o wiele za późno... A ofiara jest w potrzasku, z którego nie ma już sposobności się wydostać. - Ręce mężczyzny zostały podniesione do góry na wysokość głowy a cała jego sylwetka ciężarem demonicy przyparta do dachu. - Ofiara może wtedy już tylko bezwiednie patrzeć na swoją porażkę - dodała rozsuwając i dolne partie kończyn.

Aeriel zaserwował siostrze firmowy uśmiech numer osiem, zarezerwowany właśnie na takie okazje. Od pozostałych siedmiu różnił się okazaniem kłów i bardziej wesołym wyrazem twarzy. - Musisz pamiętać, że przyparta do muru zwierzyna potrafi walczyć dwa razy zacieklej, siostro. - mówiąc te słowa zacisnął dłonie w pięści, niby się odgrażając. Jedyne wyjście prowadziło przez głowę demonicy, jednak nie zamierzał jej rozwścieczać.

- Jedyne, co wtedy zostaje ofierze... To pretensje do samego siebie... Bo gdzie był, gdy to wszystko działo się na jej oczach... - wypowiadała wpatrując się w niego z dość złożoną mieszanką emocji. Przysunęła biodra tak, by przylgnąć do lędźwi drowa. Ściskane jego nadgarstki nałożyła na siebie i z siłą dociskając jedną ręką, drugą sięgnęła w dół. - Prawda jest taka, że ofiara nigdy nie miała kontroli nad niczym. Ofiara zawsze jest ofiarą - zakończyła swój wywód sięgnięciem w jego konkretne miejsce.

Aeriel, choć początkowo nie był pewny zamiarów siostry, od dłuższego czasu pozwolił prowadzić jej tę grę. Z całą pewnością nie czuł się jak ofiara, bardziej jak ów łowca, który stał się tłem. Lecz nie zamierzał wyprowadzać demonicy z błędu, o nie. Dobry wojownik nie ujawnia swej przewagi przed ostatecznym ciosem. - Padłem więc twym łupem - szepnął, dając jej delikatny znak, że jego wolne ręce mogą mu się teraz bardziej przydać. I jej również.

Demonica wpatrując się w niego dostroiła dwa ciała, by w końcu je złączyć. Aeriel nawet pomimo łusek, które tym razem nie przypominały tego, co zawsze o nich pamiętał, mógł się nacieszyć, lecz tylko z początku. Aurora ani myślała o jakimkolwiek uwolnieniu a wolna ręka wróciła do uścisku, który był znacznie mocniejszy niż wcześniej. Taniec szybko się rozpoczął i szybko się rozpędzał. Wszystkie ruchy były dyktowane przez jedną osobę i tak na prawdę dla jednej osoby. Im mocniejsze były tym coraz bardziej bolesne było to drowa. W końcu wszystko się zakończyło, lecz znowu tylko dla jednej ze stron. Pierwsza Córka zadrżała w intensywności, gdzie na dobrą sprawę nie wiedziała dokładnie kiedy nadejdzie. Drugi Syn... Miał jeszcze drogę przed sobą do pokonania, niestety dla niego, wszystko się wstrzymało. Kilka drżących oddechów później, demonica zabrała głos wciąż wpatrując się ślepiami.
- Dążymy do tego, by nikt nie widział w nas konkurenta. To pozwoli nam przejąć więcej niż by się tego spodziewali. Gdy się ockną - będzie już za późno - podsumowała tonem, który już brzmiał jak siostra, którą znał.

- Ta ścieżka jest dobra, siostro. Zapędzić ofiary w ślepy zaułek. Jednak Lolth nie lubi pasywności, a odrzucić coś, co możemy wziąć… - Aeriel zacisnął dłoń w pięść, jednak miało to ukryty zamiar - chciał po prostu rozruszać nadgarstki. - Decyzja i tak nie należy do nas, a do Opiekunki.- zauważył.

Demonica w końcu puściła brata, gdy jej oddech relatywnie się unormował. W końcu też wstała rozszczepiając ciała. Stojąc nad nim dominująca sylwetka przyglądała się mu.
- Niedługo nasza matka rodzi. Dom urośnie w siłę, gdy będzie to drowka. Ofiara z serca narodzonego Trzeciego Syna da nam przychylność Lolth. Ja z matką myślimy jak łowczynie. Zapędzamy w ślepy zaułek. Dlatego ty jesteś nam potrzebny. Uderzysz, gdy przyjdzie czas.

- Jak zawsze, siostro - poczęstował demonicę czymś na kształt uśmiechu. - Stworzono mnie, bym uderzał na czas - wypowiadane przezeń słowa brzmiały dziwnie naturalnie, niemalże swobodnie. Choć rozkosz pomieszana była z bólem, Aeriel lubił czasem zabawy tego typu. W umiarze, rzecz jasna. Wciąż leżąc, spojrzał na panoramę miasta. Cykl powoli chylił się ku końcowi. - Oby Pajęcza Królowa spojrzała na nas pomyślnie dzisiaj - to zdanie wyrażało zarówno życzenie, coś na kształt modlitwy jak i zamaskowaną obawę przed atakiem.

Aurora mruknęła na słowa drowa, jakby te były komentarzem do myśli, które od jakieś chwili zajmowały jej głowę. - Nie daj się zabić - podsumowała. - Do uroczystości - pożegnała się cofając się w kierunku zapadającego dachu. Kształt nie pozwalał na dużą swobodę, przez co demonica szybko zniknęła runąłwszy z dachu ku dołowi.

Drow tylko pokręcił głową i spokojnym krokiem ruszył w stronę kaplicy.
 
__________________
Port Balifor - przygoda osadzona w świecie Smoczej Lancy - zapraszam do śledzenia!
Przez czas bliżej nieokreślony bez dostępu do sieci. Znowu...
Corrick jest offline  
Stary 10-08-2016, 17:10   #3
 
Proxy's Avatar
 
Dnia następnego Aurorze dane było zbudzić się we własnym okrągłym łożu. Lekko zwinięta sylwetka zakryta skrzydłami spoczywała na szorstkich poduszkach. Poduszki właśnie były pierwszym, co poczuła. O dziwo i jak nigdy dotąd. Balsam Lorasha miał zaskakujące działanie. Czuła twardą teksturę przez swoje łuski. Te zamiast być suche, chropowate i twarde były stosunkowo gładkie i miękkie. Pobudka odbyła się bez wołania Sabala o wodę.

Wieść o porodzie tego samego dnia była czymś budującym samopoczucie. Przygotowanie się na nie sprowadziło się do uszykowania łusek i wystrojenia fryzury. Na samą uroczystość pozostało nałożenie ozdób. Pozycja Pierwszej Córki zobowiązywała do większego zaangażowania toteż Aurora udała się do domowej kaplicy.

W kaplicy panowało nadnaturalne poruszenie. Młodsze kapłanki co raz wchodziły i wychodziły z wierzy, jeśli nie opierdalały wystraszonych i latających jak w ukropie młodych dziewczyn, to komentowały swoje kreacje. Kapłanki były dziś w zasadzie ubrane jedynie w biżuterię, jednak jej ilość sprawiała iż brzęczały jak wojownik w kolczudze. Niektóre koszulki wykonane ze złotych łańcuszków musiały właściwie ważyć tyle co prawdziwa kolczuga. Jednak kapłanki trzymały się dzielnie - lub przynajmniej nadrabiały miną. Na szczycie, we właściwej kaplicy, tuż przy ołtarzu stała Filfriia. Kapłanka nosiła się jak paw, obleczona w masę złota oraz purpurowy płaszcz. Z założonymi na piersiach rękami wydawała komendy pracującym przy dekoracjach kobietom. Siostra nawet jeśli zauważyła wejście Aurory, nie dała tego po sobie poznać.

Pierwsza Córka swoją pierwszą wizytę potraktowała czysto obserwacyjnie. Nie wtrącała w żadne sprawunki młodszych kapłanek, nie wydawała rozkazów ani nie rozstawiała nikogo po kontach.Przyglądała się każdemu elementowi jak i każdej osobie. Robiła to okrążając centralny stół ofiarny, wzdłuż linii zarysowanej pajęczej sieci. Stawiała kroki tak, jakby sieć była zawieszona w powietrzu a nieuważne stąpanie mogłoby spowodować upadek. Spokojne kółka, która z początku były szerokie sukcesywnie się zwężały zbiegając się w końcu bliżej ołtarza.

Dobrze odżywione, zadbane pajęczaki, mimo małych móżdżków, posiadały świetny instynkt samozachowawczy i choć oczywiście nic nie mogło im grozić, od drowiej kobiety w świątyni Lolth, mimo wszystko miały tendencję do uznawania miejsc w które kierowała się Aurora za “mało ciekawe” czy też może “nie godne ich majestatu”. W odróżnieniu od licznych dzisiaj przecież gości kaplicy, Aurora nie musiała ani razu uważać na stojącego na jej drodze pajęczaka. Było to z jednej strony oczywiście pożyteczne, ale i powodowało pewną konsternację wśród niektórych drowek. Podczas gdy większość najmłodszych dziewczyn odczytywało to jako wyraz uznania jakim musi cieszyć się pierwsza córka w oczach bogini, inne bardziej doświadczone kapłanki i akolitki były bardziej powściągliwe w swoich komentarzach. te stojące najbliżej ołtarza i Filfrii, komentowały palcami tupet kambionki. Sama Filfriia uśmiechnęła się krzywo i mignęła dłonią do stojącej najbliżej siebie kobiety: “Takiej spasionej krowiej muchy nic nie chce zeżreć, łaskawa bogini wie, że musiały byśmy wtedy rozkochać się w zapachu rothów, bijącym po wieki od jej świętych dzieci...” - stojące najbliżej drugiej siostry kobiety zachichotały.

Obserwatorka spokojnie przeszła jeszcze pół okręgu tuż przy podeście, by w końcu na niego wejść. Stopień pewności siebie skupionych wokół drugiej córki kobiet był wprost proporcjonalny do długości dystansu jaki dzielił ich od kambionki. Im Aurora była bliżej, tym powietrza w otoczeniu Filfrii zdawało robić się więcej i więcej. Gdy Pierwsza córka była już bardzo blisko, przy jej siostrze pozostały już tylko trzy inne kobiety. Za to wszystkie były córkami Opiekunki.

Wraz z postawieniem nogi na podeście charakter Aurory zmienił się. Na miejsce biernego obserwatora pojawiła się dominacja. Przewagę liczebną łowczyni nadrobiła rozmiarem, nie powstrzymując się do samej sylwetki. Jej skrzydła rozsunęły się zagarniając całą przestrzeń na flanach i za plecami. Z każdym krokiem robiło się coraz ciaśniej a jej kroki były skierowane do Filfrii. Podobnie jak wzrok, wbity tylko w jej osobę, jakby reszta nie miała dla niej żadnego znaczenia.

Jedna z młodszych sióstr wykorzystała ostatnią szansę na “zajęcie się czymś nie cierpiącym zwłoki gdzieś daleko stąd” i skłaniając przed kambionką głowę w powitalnym geście czmychła na bok. Filfriia uniosła dłoń w powitalnym geście z beznamiętnym wyrazem twarzy, pozostałe przy niej dwie siostry uczyniły to samo, choć ich twarze wyrażały znacznie mniej cynizmu.
Aurora również wyciągnęła rękę do swojej najstarszej siostry. Jednak zamiast na powitanie demoniczna ręka nagle sięgnęła szyi kapłanki zaciskając się na niej z pokaźną siłą. Sama szyja nie wystarczyła. Ofiara musiała zostać podniesiona, by jej palce u stóp ledwie mogły dotykać ziemi. Wzrok łowczyni był wbity w Filfriię i nie wyrażał chęci odpuszczenia. Wprawdzie nie zdradzał również kresu swojego zachowania.

Filfriia nie była w ciemię bita i oczywiście musiała spodziewać się ataku. Aurora nie miała o swojej siostrze aż tak niskiego zdania, by podejrzewać ją o całkowitą głupotę. Druga siostra niemal wykrzyczała zaklęcie… niemal. Zakończenie Aurorzej ręki nazywano “dłonią” tylko przez wzgląd na subtelne piękno tego organu. Z uwagi na jej właściwości można by po prostu nazwać ową dłoń imadłem. Imadłem które natychmiastowo odcięło drogę do gardła Filfrii w obie strony: nie ma wyjścia dla słów, nie ma wejścia dla tlenu. To pewnie podczas podobnych eksperymentów eony temu, drowi filozofowie odkryli iż istnieje coś takiego jak eter, choć nie można jego istnienia stwierdzić w niemagiczny sposób. Cóż... jednak jeśli zatkać komuś dopływ tego eteru, widać jak bardzo jest on potrzebny. Łowczyni doskonale wiedziała jak krótkiego czasu było trzeba, by mózg młodszej siostry osiągnął stan bez powrotu. To była kwestia kilku krótkich minut. Trzeba było Filfirii oddać jej gimnastyczne zdolności. Młodsza kobieta wiła się jak macki ilithida, każdy fragment jej ciała z wyłączeniem trzymanej przez Aurorę szyi giął się w każdym możliwym kierunku. Jej smukłe, wspaniale przystrojone dłonie najpierw energicznie uderzały o muskularną, zakutą w łuski łapę Aurory, szybko jednak jej ruchy z bycia panicznych, przeszły w bycie żałosnymi. Oczy młodszej siostry wyrażały strach i wyrażały go szybko, jakby podświadomie wiedziały iż zostało im niewiele czasu na ostatnie przedstawienie. Gdyby Aurora, z jakiegoś powodu chciała odwrócić choć na moment wzrok od tego wspaniałego widoku, mogła by ujrzeć dwie pozostałe siostry klęczące usłużnie przy jej stopach. Oczywiście nie błagały one o życie Filfiry nie, zbyt zajęte były dbaniem o własne żywota.

Aurora uświadomiła sobie, że jeszcze nigdy, nigdy w swoim ponad dwustu letnim życiu, obraz innej kobiety nie wydawał jej się tak słodki. Maść Lorasha sprawiała, iż kambionka czuła w wewnętrznej stronie swojej zaciśniętej dłoni, każdy centymetr skóry swojej siostry, każdy gram jej strachu, każdy ułamek jej duszącego się życia. Krew jej inkubicznego ojca wdała się jej we znaki. Kambionka przeżywała ekstazę. Jej piersi unosiły się rytmicznie, nogi wydawały jej się słodko mięknąć, czuła żar w podbrzuszu. W uszach niemal słyszała ten słodki dźwięk, który będzie oznaczać pękanie kręgów szyjnych siostry. Aurora wiedziała że dy tylko zaciśnie palce, dojdzie momentalnie, podświadomie czuła, iż właśnie dokonuje się największe spełnienie jej życia. Pokusa była niemal nie do pokonania, diablica czuła jak przez jej zaciśnięte zęby zaczynają wydobywać się ledwo tłumione pojękiwania rozkoszy. Uniosła wzrok a nad jej oczyma zwisała spora rzeźba pająka zastygła w ruchu schodzącym po ofiarę złożoną na ołtarzu. Wpatrując się w nią oddychała pełną piersią.

- Zabawne... - wytchnęła w odczuwanej słodyczy. - Pająki nie wchodzą mi w drogę, bo nie chcą zostać rozgniecione. Nie wiedzą jednak, że tego nie zrobię. Są przecież uświęcone przez Lolth. Rothy unikają mnie, bo nie chcą zostać rozszarpane. Nie wiedzą jednak, że się nimi brzydzę. Ty zaś... Stajesz mi na drodze... Skąd pewność, że tobie nic nie zrobię? Tak się składa, że sprawiłoby mi to niemałą przyjemność... - Następnie opuściła wzrok wracając do swojej ofiary. Siła niezadowolenia przebiła się w głosie przez słodycz. - Za bardzo panoszysz się na ołtarzu, który tej nocy jest mój. Znaj swoje miejsce suko - wycisnęła mściwie zbliżając lekko jej głowę do siebie. Chwilę po tym ręka ruszyła się odrzucając kukiełkę na ziemię jako zbędny balast.

Filfriia łapała rozpaczliwie powietrze krztusząc się i bulgocząc w przerwach od skrzeczenia jak stare dudy. Pająki oblazły ją, jakby wyczuwając, że wijące się na podłodze ciało bliskie jest śmierci. Druga córka ostatkiem woli odsuwała się od małych ośmionogich zwierzątek.

- Doprowadźcie ją do stanu używalności na ceremonię - uniosła głos zwracając się do młodszych kapłanek. - I zabierzcie ją sprzed moich oczu. A wy - zwróciła się już normalnym rozkazującym tonem do klęczących sióstr - przynieście więcej pająków.

Kobiety nie zgłaszały cienia obiekcji, całymi duszami rwały się do wykonywania rozdelegowanych im rozkazów, Aurora zauważyła, że jak na dość młody wiek, drowki całkiem przyzwoicie udawały szczerość. Do pracy szczerość nie była potrzebna. Aurora narzuciła tempo przygotowań, w których nie było miejsca na pieprzenie o głupotach, czy roztkliwianie się nad własnym wystrojem. Skupienie się na pracy pozwoliło na przygotowaniu kaplicy w zaledwie części tego, co najprawdopodobniej było przewidziane przez Filfriię.
 
Proxy jest offline  
Stary 13-08-2016, 11:37   #4
 
Googolplex's Avatar
 
Bar u Servira był jednym z niewielu miejsc gdzie Lorash mógł poczuć się choć trochę swobodnie. Miejsce od dawna było terenem neutralnym na którym spotykały się różne grupki drowiego półświatka. Czasami nawet zabłądził w te rejony drow szlachetnie urodzony, czego Drugi Syn był znakomitym przykładem.
Siedział właśnie przy pianinie i grał oczekując na właściciela lokalu. Muzyka od dawna pozwalała mu uwolnić i wyładować emocje, była jego odskocznią i jedną z drobnych słabości.

Servir pojawił się za Lorashem gdy ten zrobił przerwę w grze.
- Mam nadzieję, że łaskawy pan jest świadomy tego iż nie jesteśmy w stanie zapłacić mu za jego występy… - zaczął żartobliwie. Lorash doskonale wiedział iż mężczyzna nie nazywa się na prawdę Servir, a jedynie przyjął to imię gdy został właścicielem “U Servira” kilkadziesiąt lat temu.

- Tym razem to ja spłacałem dług i jeszcze to - wyjął z jednej z licznych kieszonek w rękawie niewielkie pudełeczki i położył je przed Servirem. Część niepisanej umowy jaka zawarli dawno temu i jedna z najsilniejszych broni w handlowym arsenale Lorasha. Złoty Pył nazywany tak po prostu od lekko metalicznej żółtej barwy substancji, narkotyk którego próżno było szukać na ulicach. W samym pudełeczku mieściło się dziesięć dawek więc jego wartośćniemal zwalała z nóg, jednak dla Lorasha była to cena którą był gotów zapłacić za tak dobre źródło informacji.
- Zmienimy miejsce na bardziej kameralne?

- Klient nasz pan… - Servir wyklepał odruchowo formułkę i odszedł w stronę swojego biura dając Lorashowi do zrozumienia by podążył za nim. Mężczyźni przeszli przez kilka klubowych pomieszczeń zanim dotarli do zaplecza. Na końcu korytarza znajdowało się biuro właściciela. Przy drzwiach stała postawna kobieta z dużą pałką w dłoni, duegarka. Strojne w czerwone pajęcze aksamity pomieszczenie mogło mieć jakieś pięć na pięć metrów. Mieściło niewiele poza biurkiem i kilkoma wygodnymi fotelami. Był też mały sejf.

Lorash bez wahania zajął miejsce w jednym z foteli. Nie musiał pytać czy są sami, Servir również miał swój interes w tym by niektóre słowa nie wyszły poza ten niewielki pokoik.
- Jak widzę interes kwitnie - zaczął rozmowę jak dokładnie tak samo jak zawsze.
Servir rozsiadł się w innym fotelu.
- Nie narzekam, nie mam źle, są szanse na rozwój… - odparł beztrosko w tym samym czasie pytając palcami:
~O czym chcesz pogadać?

- Dobrze to słyszeć, przynajmniej jedno miejsce które lubię opiera się grom na szczycie… - Lorash podjął beztroski temat lecz jego palce mówiły coś zupełnie innego:
~Myślę, że ktoś zaczął mi poważnie szkodzić, muszę wiedzieć czy to ktoś z miasta - a po chwili dodał.
~Nie pojawiły się ostatnio nowe… ingrediencje?

- A czemuż to szczyt miałby się przejmować takim małym męskim zaciszem, ot kilku poczciwców topi zmęczenie w prostych rozrywkach. - kontynuowały usta mężczyzny w czasie gdy jego palce biegły:
~ Zależy co masz na myśli mówiąc nowe, to jest duże miasto, książę, różne interesy tu się przez tą okolicę przewijają.

~ Cokolwiek w większych niż normalnie ilościach lub nowi handlarze z nadspodziewanie dużym wyborem. Zresztą cokolwiek co przychodzi ci do głowy będzie pomocne.
Usta zaś kontynuowały błahą rozmowę.
- Wszechwidzące oczy Matron sięgają wszędzie a ich macki uderzają w najmniej odpowiednich momentach.

Jego rozmówca przybrał nabożny ton:
- Oby żelazne prawo Wielebnych zawsze nas chroniło, ku chwale Pajęczej Matki…
~ Poza tymi niedrowami których “ktoś” niedawno oddał w objęcia bogów nikt nie rozgrywa czegoś większego.


- …jej łaska nas nie opuszczała a gniew spadł na wrogów - dokończył formułkę Lorash i uśmiechnął się zjadliwie.
~ Nie takich wieści pragnąłem. Trudno, informuj mnie jeśli dowiesz się czegoś nowego, zostawię to byś miał pretekst wysłać kogoś do mnie. - To mówiąc pozostawił na blacie jedną ze swych ozdób z symbolami rodu.
~ Oczywiście odwdzięczę się za tą przysługę, jak zwykle.

W czarnych dłoniach drowa, materia znikała zupełnie tak skutecznie jak w gdybanych przez czarodziei czarnych dziurach planów otchłani. Po przedmiocie pozostawionym przez pierwszego syna nie pozostał na blacie żaden materialny ślad, czy nawet wspomnienie.
~ Nie ma najmniejszej potrzeby szukać informacji gzie indziej książę, jeśli moja skromna osoba nie wie o takich rzeczach to po prostu ich niema, ręczę. Ale to chyba nie jest taka zła wiadomość? - nie dokończył zamykając dłoń i przeciągając się na fotelu.
- Jeśli to poprawi księciu humor, znam namiary na świetną nową saunę, półdrowki odchudzone, niemal nieodróżnialne od normalnych kobiet, polecam. - Jeśli ktokolwiek podsłuchiwał by rozmowę i naszła by go podejrzliwość względem nadmiernej pobożności rozmówców, ten mały smaczek, sprawiał iż samcze pogaduchy wydawały się bardziej normalne.

~ Wiem, dlatego to właśnie do Ciebie udaję się w potrzebie lecz w jednej rzeczy się mylisz. Nawet twoja wiedz sięga tylko granic miasta, to co za nim… - Nie dokończył miast tego kontynuował rozmowę na głos.
- Tak, myślę, że to mi dobrze zrobi. Wiesz, zawsze gdy Opiekunka spodziewa się dziecka czuję na sobie presje by w końcu pozbyć się brata. Mam wrażanie jakby oczy wszystkich były skierowane na mnie i tylko czekali kiedy wykonam ruch. Zdecydowanie przyda mi się chwila oddechu od dworskiego życia. - Wyglądał jakby się rozmarzył lecz czy było tak naprawdę czy zrobił to tylko dla zachowania pozorów wiedziała chyba tylko sama Lolth.
- A ty nie chciałbyś mi towarzyszyć? We dwóch zawsze ciekawiej, pomyśl jak podsycilibyśmy plotki. - Lorash zaśmiał się niemal szczerze, oczywistym było, że nie tyle zależy mu na towarzystwie ile na ubezpieczeniu, wszak gdyby miała to być pułapka Servir nie wszedł by w nią razem z ofiarą.
- To nie jest zła myśl książę. Chociaż osobiście wybieram się tam gdy mniej tam szlachty, bez urazy oczywiście. Ale skoro poszlibyśmy razem. - Mężczyzna rozmarzył się trochę na pokaz.
- Prowadź więc do tych ogrodów rozkoszy, z przyjemnością oddam się pod opiekę kąpielowych. - Lorash wydawał się być w dobrym humorze. Po części wynikało to z tego iż zdawał sobie sprawę, że czasami takie uwolnienie umysłu skutkowało nagłym oświeceniem, nie jeden problem już rozwiązał w łaźni czy sypialni.


Łaźnie same w sobie, były jedną z ulubionych rozrywek mrocznych elfów. W Sel Natha były ich setki. Zwyczajowe łaźnie były otwarte wyłącznie dla drowich kobiet i mężczyzn. Przeważnie też nie musiało wcale dochodzić tam do jakiś lubieżnych sytuacji. Przynajmniej nie dla podbojów się tam chodziło w pierwszej kolejności, chodziło o autentyczny relaks.
Istniało też specyficzne pojęcie “Męskiej Łaźni”, czy też “Łaźni samców”. Zazwyczaj kojarzono je z jaskiniami nierządu, gdzie spaczone mroczne elfy oddawały się uciechom z przedstawicielami tej samej płci. Homoseksualizm wśród drowów miał pewne rozgraniczenie. Wzajemne stosunki kobiet były jak najbardziej normalną rzeczą, nawet propagowaną w domu i poza nim. Mężczyźni zadowalający się sami ze sobą, bez kobiety, byli pogardzani, do tego gdyby ktoś nakrył ich na takich aktach w domu czy ogólnorozumianej przestrzeni publicznej, konsekwencje mogły by być dla takich panów dość nieprzyjemne, jeśli nie tragiczne. Jednakże przyzwalano na istnienie wydzielonych “Męskich łaźni” gdzie owe spaczone jednostki mogły by oddawać się tym niecnym praktykom nie rzucając się w oczy. Aczkolwiek, o czym już mniejsza liczba kobiet wiedziała, takie “Męskie łaźnie” zapewniały możliwość zaspokojenia większej liczby “dewiacji” Ta do której teraz zmierzał drugi syn i jego kompan, oferowała możliwość bliższych kontaktów z półdrowimi niewolnicami, specjalnie wyselekcjonowanymi by niemal idealnie imitować drowie kobiety. Pytanie czemuż to udawać seks z drowką, mógł zadać tylko naprawdę mało rozgarnięty mężczyzna. Dziewczyny z sauny mimo iż drowki przypominały, nie były nimi, więc można było z nimi zrobić wszystko to i kiedy się chciało, czego nie ważyło by się zrobić z prawdziwą kobietą, czy też wbrew jej woli.

Droga była dość długa, mężczyźni musieli wziąć jaszczurzy zaprzęg i zbrojną ochronę, okolica nie była bezpieczna. W samej łaźni poproszono ich o pozostawienie w szatni wszelkiej broni i ubrania. W głównej sali, która była w zasadzie pokaźną jaskinią, znajdowały się cztery duże niecki. Mieliście chyba szczęście, bo znajdował się tu tylko jeden klient. Poza nim w pomieszczeniu było sześć dziewcząt, faktycznie, trudno by było odróżnić je od mrocznych elfek. Jednakże muzyczne ucho Lorasha wychwyciło różnicę w brzmieniu ich głosów. Kobiety były ubrane w totalnie przemoczone teraz tuniki, doskonale podkreślające ich kobiece kształty - znów nieco zbyt obfite jak na większość drowek, chociaż jakiś plebejski mężczyzna mógł by się nabrać. Lokal trzymał pewien poziom, Nikt tu nie próbował dziewczyn pozabijać, było to zakazane (co zostało wytłumaczone przy wejściu), podobnie zadawanie jakichkolwiek ran. Aczkolwiek wszystko inne było dozwolone.

- Miałeś rację - drugi syn zwrócił się do towarzysza. - Niemalże można ulec złudzeniu.
Nie wahał się przy tym podejść i pogładzić nagiej skóry jednej z dziewczyn. Niemal bez skazy, niemal można ją było pomylić ze skórą drowki, jednak drobne włoski zdradzały prawdziwą naturę kąpielowych. To jednak nie był dla Lorasha żaden problem, wybrał sobie trzy których uroda była zbliżona do rysów córek jego własnego domu. Daleko im było co prawda do szlachetnych córek Olathkyuvrów jednak i to nie był problem. W tym konkretnym momencie ważniejsze były ich umiejętności. Usiadł wygodnie na stopniach prowadzących w głąb głównego basenu. Przyjemna ciepła woda obmywała jego lędźwie. Wystarczył jeden gest by kobiety zrozumiały jego życzenie.
- Wspaniałe mejsce - wymruczał Lorash poddając się masażowi. Zręczne dłonie półdrowek skutecznie usuwały napięcie z jego mięśni, napięcie z którego wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy.
- Może kiedyś zabiorę tu brata… by odszedł zadowolony - pozwolił sobie nawet na mały żarcik. Ciekawiło go też czy słowa te dotrą do Aeriela, a nawet po cichu na to liczył.

Servir sam rozsiadł się na tyle blisko Lorasha by mógł swobodnie rozmawiać bez podnoszenia głosu. Sam najwyraźniej nie miał jakiejś nadzwyczajnej ochoty na damsko męskie igraszki bo jednej z dziewczyn polecił po prostu masować sobie plecy. Nie, zabawa właściciela klubu polegała na czymś innym:
- Powiedz mi kapłanko, o czym teraz marzysz? - zwrócił się władczo do półdrowiej dziewczyny.
- Marzę byś mnie ukarał mężczyzno, byś mnie zdominował - odpowiedziała, ulegle i dość przekonywająco dziewczyna. Servir tylko się roześmiał, po czym zwrócił się do drugiego syna:
- Myślę że twój zacny brat już tu gdzieś z nami jest, niektóre z tych dziewczyn mogą być z nim spokrewnione, różne rzeczy się słyszy na mieście, jeśli bywa się w takich jego częściach…

Lorash roześmiał się serdecznie na myśl o pomyśle który właśnie zrodził się w jego głowie.
- Cóż to musiała by być za śmierć w ramionach własnej córki. - Nie omieszkał podzielić się też pomysłem z towarzyszem. Nakazał też jednej z dziewczyn zajęcie się niższymi partiami jego ciała. Nie miał przy tym problemu by odrobinę za długo przytrzymać jej głowę pod wodą i obserwować jak łapczywie łapie później powietrze. Nie potrafił jednak zrozumieć dlaczego to właśnie ten widok podniecał go najbardziej, znacznie mocniej niż wszystko co do tej pory dla niego robiły.
Dziewczyna dławiła się wodą chyba nawet trochę bardziej niż musiała. Jeśli pozostałe dziewczyny stresowały się całą sytuacją, dobrze do ukrywały. Gdzieś niedaleko was, samotny klient, którego zauważyliście wchodząc do łaźni, dorwał się do jakiejś dziewczyny i zabawiał się z nią dość szorstko, wykrzykując zdyszanym podnieconym głosem bardzo niemiłe epitety pod adresem chyba swojej siostry, zupełnie jakby właśnie z nią miał teraz przyjemność. Półdrowka, miała lotny umysł i natychmiast podłapała grę mężczyzny, wczuwając się w rolę złej siostry której właśnie się doigrało…
Servir mimowolnie rozejrzał się nerwowo gdy Lorash wyłożył mu swoje przemyślenia.
- To są sprawy o których taki skromny mieszczanin jak ja woli nie słyszeć książę. Zresztą, w niektóre plotki zwyczajnie “lepiej” jest nie wierzyć.

- Masz rację, pozwoliłem się ponieść fantazji - skłamał niezbyt przekonująco. Dobrze wiedział, że w mieście żadna plotka nie rodzi się bezpodstawnie. Niosą w sobie zawsze zarodniki prawdy lub zarodniki zdrady lecz zawsze z tych zarodników wyrastają kłopoty. Inną sprawą jest to kto ma te kłopoty. Dobrze też wiedział, że jego słowa usłyszały przynajmniej cztery pary uszu których nie łączyły z nim interesy i zapewne czworo ust przekaże te słowa dalej. Bawiła go myśl o reakcji brata kiedy plotki dotrą do niego i zastanawiało co też zrobi gdy Lorash zaproponuje mu wizytę w łaźni. Podobnie jak przyjemność sprawiały mu oralne pieszczoty w wykonaniu dziewczyny o rysach trochę za bardzo przypominających jego własne.

Servir wyglądał na uspokojonego zapewnieniami Lorasha. Czy to szczerze czy też nie, nie było ani czymś co dało by się stwierdzić, ani czymś co miało by jakieś znaczenie. Tak czy siak, już w lepszym humorze zagadał z innej beczki.
- Te dziewczyny są bardzo młode, nie wiem dokładnie jak to jest u niedrowów, ale pewnie mają po kilkanaście lat. Teraz kosztują majątek, ale za jakieś dziesięć lat, nie będą się już nadawały do tego lokalu. Mam zamiar wtedy kilka wykupić i rozkręcić coś własnego, myślę że będzie mnie wtedy stać na jakieś trzy, może cztery. - Pochwalił się kupiec.

- Słusznie - pochwalił Lorash. - Dziewczyny mają talent, przy odrobinie motywacji staną się żyłą złota. - Mówiąc to delikatnie podkreślił słowo “motywacja” by jego rozmówca nie majał wątpliwości jaki rodzaj motywacji ma na myśli.
- Gdybym nie miał związanych rąk sam bym pewnie wykupił kontrakt kilku z nich - a mówiąc to złapał jedną z dziewczyn pod brodę i przyciągnął jej twarz bliżej swojej.

- Chciałabyś być osobistą służką drugiego syna? - Zapytał z przekąsem.
Lorash raczej nie był głupi, a już na pewno nie był mało spostrzegawczy, szybkie mignięcie na boki oczu dziewczyny, świadczyło o intensywnym i błyskawicznym procesie myślowym, który właśnie zachodził w jej głowie. Lorash zauważył już, że dziewczyny starają się dostosować do gierek swoich klientów. - Dziewczyna zrobiła minę oburzonej dziewicy i usiałowała się wyrwać z uchwytu mężczyzny w sposób wyjątkowo nieporadny…
- Nie za dużo sobie pozwalasz mężczyzno!... - fuknęła. Servir miał coś na końcu języka ale powstrzymał się czekając na reakcję drugiego syna.

Lorash roześmiał się po raz kolejny, tym razem szczerze.
- Zdaje się, że właśnie zostałem odrzucony - lecz jego palce nie puszczały dziewczyny, wręcz przeciwnie zacisnęły się trochę mocniej. Przyciągnął ją bliżej siebie, zdecydowanie podobało mu się jak potrafiła się dostosować. O wiele bardziej niż sama jej gra.
- Bądź teraz milutka - wyszeptał jej do ucha kiedy jego dłonie błądziły po jej ciele. W tej chwili zdecydował, że to właśnie ona zapewni mu rozrywkę na kilka następnych chwil. Dziewczyna natychmiast zmieniła nutę. Najpierw sprawiła, że jej twarz zaczęła wyrażać pewną obawę, następnie, gdy mężczyzna zaczął ją pieścić, dziewczyna rozpoczęła pojękiwanie. Całe jej ciało drżało przy każdym dotyku. Servir patrzący z boku pokiwał głową:
- To są dobre aktorki, szczególnie wtedy gdy znają wcześniej swoje role. Ja tak się zazwyczaj umawiam zanim zaczynam zabawę. Wtedy jest znacznie fajniej. Ale niestety mało klientów docenia taką subtelność - mężczyzna przeniósł wymownie spojrzenie na osobnika maltretującego swoją “siostrę”. Ciągnął ją od tyłu za włosy i wykrzykiwał co raz jakieś wulgaryzmy.
- Ten tam to niestety najczęstszy typ, na szczęście żaden bardziej “pospolity” nie został by tu już wpuszczony. Chciałbym wybrać naprawdę wymagających odbiorców dla wykwintnych przedstawień, jakie te aktorki mogą zafundować, nie mam zamiaru prowadzić rzeźni… - skrzywił się z niesmakiem i poklepał wciąż masującą jego kark dziewczynę po policzku.

Lorash nie odpowiedział póki nie skończył zabawiać się z dziewczyną. Podobała mu się jej gra, jej umiejętności i ciało. Czerpał rozkosz z każdej chwili i nie przejmował się przy tym jej doznaniami, całkowicie inaczej niż kiedy to on musiał świadczyć podobne usługi kobietom z domu. Lecz kiedy w końcu po dłuższej chwili był już usatysfakcjonowany i pozwolił by półdrowka pieściła go bez jego udziału, mógł w końcu podjąć dalszą rozmowę.
- Przyznaję, że są bardzo dobre w swych rolach, co więcej improwizacja wychodzi im nadzwyczajnie. Pozwolić by takie talenty zostały zarżnięte przez pierwszego lepszego narwańca było by wielką stratą. To jednak ryzyko którego nigdy się całkowicie nie pozbędziesz, i musisz się z tym liczyć.

Servir otarł czoło w teatralnym geście.
- Heh, strata, każda jedna tutaj warta jest teraz ponad cztery tysiące! Tu nie wejdzie nikt kto nie mógł by spłacić takiej sumy, lub nie pochodzi ze szlacheckiego domu. Plus koszty uszczerbku “moralnego” właściciela, to naprawdę nieciekawe jeśli którejś coś by się tu stało. Ale tak, dokładnie tak jak książę mówi. Interes ryzykowny. Za jakieś dziesięć lat jednak ich cena spadnie do dobrze poniżej tysiąca od głowy. Wtedy za cztery tysiące kupię cztery, a może nawet pięć! Nie mam zamiaru otwierać czegoś dużego jak choćby taka łaźnia, za duże koszta utrzymania. Po prostu chciałbym mieć dodatkowe rozrywki dla sprawdzonych, zamorzonych gości mojego własnego lokalu.

- Za dziesięć lat. Być może wówczas dasz się namówić na cichego wspólnika. - Wolał nie dodawać “o ile dożyję” nie było sensu, obaj wiedzieli jak łatwo jest stracić życie będąc szlachcicem.
- Mógłbyś sobie wtedy pozwolić na więcej niż cztery czy pięć. Ciekawe czy któraś z nich potrafi też grać - rzucił mimochodem lecz bezpośrednio do dziewczyn aby nie miały wątpliwości jakie jest jego życzenie. Chciał się też przy tym przekonać jak wszechstronnie są wykształcone i czy cztery tysiące to aby nie przesada. Co prawda jak do tej pory nie mógł narzekać, jednak cena wydała mu się trochę zawyżona. Servir machnął lekceważąco ręką.
- Widzę że iluzja nieźle ci się już udzieliła książę. Tak jak mówiłem, one mają jakieś kilkanaście lat, tylko wtedy wyglądają najbardziej elfio kobieco. Później ich piersi i biodra urosną, co nie odbierze im bynajmniej atrakcyjności, ale przestaną wyglądać “jak drowki” Te tutaj nawet z punktu widzenia nieludzi muszą być dziećmi, pewnie nigdy nie opuszczają łaźni, nie ma za bardzo czasu na edukację. Kiedy je stąd wykupie, będą wyglądać nieco pełniej, ale za to będą już tak wyglądać bez dalszych zmian przez następne stulecie, można je wtedy spokojnie wytresować w czym tam się chce.

- Tak, być może iluzja jest zbyt silna, zwłaszcza gdy wspomniałeś o cenie. W jednej jednak sprawie się mylisz. Ich wygląd można zachować na znacznie dłużej za pomocą odpowiednich środków jeśli oczywiście nie zostaną zapłodnione. - Lorash urwał nagle zupełnie jakby zdał sobie nagle sprawę, że powiedział zbyt wiele. No ale od dawna miał ochotę sprawdzić czy niektóre z jego specyfików zadziałają na półdrowy podobnie jak działały na ludzkich niewolników na których je testował. Prawdą było, że przy podawaniu niektórych substancji zarówno dziewczynki jak i chłopcy przestawali się dalej rozwijać do końca życia pozostając już w ciałach dzieci. Miało to jednak kilka nieprzyjemnych skutków ubocznych zwłaszcza kiedy taka niewolnica zaszła w ciążę, ciało jakby uwolnione spod zaklęcia zaczynało się wówczas starzeć w nienaturalnie szybkim tempie zupełnie jakby dziecko wysysało z niej całą witalność. Z chłopcami tego problemu nie było lecz oni akurat byli nieprzydatni do niczego.

Servir machnął uspokajająco dłonią.
- Spokojnie książę, te tutaj są naprochowane przeciwko takiej niemiłej ewentualności, widzisz, nie wiem czy wiesz, ale ich dzieci były by już w zasadzie drowami i tu pojawiły by się problemy. Gdyby kapłanki się o czymś takim dowiedziały… umniejszanie drowiej rasy, rozwadnianie wina szczynami i tym podobne. Wyrok śmierci dla każdego zaangażowanego. - Servir przeżegnał się wykonując gest przywołujący na myśl osiem odnóży pająka. - Można by je w sumie wykroić, ale koszt usuwania blizn jest droższy niż same prochy.
- A niestety nie istnieją żadne prochy które wysterylizowały by je permanentnie, przynajmniej żadne które nie pozostawiły by widocznych śladów. Tak odwieczny problem koszty a zyski.
- Otóż to książę, otóż to - uniósł palec do góry Servir.
- A to przypomina mi, że każda przyjemność musi dobiec końca. - To mówiąc wstał i powoli zaczął wychodzić z basenu. - Z pewnością pozostałbym na dłużej gdybym tylko był panem własnego losu, lecz ten spoczywa na jedwabnej nici pająka.
Servir pokiwał tylko głową. On również zbierał się do wyjścia, razem z drugim synem.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died

Ostatnio edytowane przez Googolplex : 13-08-2016 o 12:14. Powód: problem z linkiem
Googolplex jest offline  
Stary 14-08-2016, 01:37   #5
 
Amon's Avatar
 

Czas mijał i cykl nieubłaganie zbliżał się ku końcowi, a co za tym idzie, do rodzinnej uroczystości zostawało coraz mniej czasu.
Domowa kaplica
Aurora już dawno znajdowała się w kaplicy. Po pokazaniu Filfrii gdzie jej miejsce - to jest na ziemi pod butem, Pierwsza córka zajmowała należne sobie miejsce głównodowodzącej operacji “Przygotowania do porodu”. Aurora stała teraz z szeroko rozpiętymi skrzydłami u podnurza ofiarnej płyty na której już niedługo Opiekuna wyda na świat swoje młode, dla Aurory będzie to siostra, lub coś pomniejszego. Podobizna olbrzymiego pająka wisiała dokładnie nad ołtarzem, niby gotowa pożreć to co się na nim znajduje. Doprawdy, stylizacja domowej kaplicy była wyborna. Pierwsza córka przyglądała się w milczeniu jak jej młodsze siostry oraz pomniejsze drowki zapełniały pomieszczenie pajęczakami. Większe pająki pożerały te mniejsze. Aurora zdała sobie nagle sprawę, że nigdzie nie widzi Filfrii, czyżby druga siostra nie miała zamiaru pokazać się na uroczystości? nie, to nie mogło być… Z rozmyślań Pierwszą córkę wyrwało delikatne muskanie o biodro. Kobieta spojrzała pod nogi, mała dziewczynka, nie starsza niż jakieś 10 lat, może nawet nie, szukała jej zainteresowania. Aurora nie marnowała czasu na larwy, nawet te drowiego rodzaju, jednak zmiażdżenie najmłodszej siostry w sercu kaplicy Lolth zwyczajnie nie uchodziło. Aurora chwyciła dziecko swoją szponiastą łapą i uniosła do swojej twarzy. Dziewczynce najwyraźniej się to podobało.
- Wielebna Matka życzy sobie widzieć cię natychmiast, Pierwsza siostro. Ciebie a nawet samców, Pierwszego i Drugiego, Matka poleciła byś zabrała ich ze sobą. - wyszeptała mała drowka niewinnym dziecięcym głosem. Aurora wiedziała, że tego zaproszenia odrzucić zwyczajnie nie można.
- Oczekuje cię w komnacie audiencyjnej. - Dodało maleństwo, zupełnie niepotrzebnie zresztą, gdyż matka zawsze zapraszała właśnie tam.
Górująca wzrostem i rangą nad wszystkimi w kaplicy Aurora, bez problemu wypatrzyła swoich braci, przywołała ich do siebie i zakomunikowała polecenie w sposób jaki uznała za stosowny.

Trójka rodzeństwa udała się w polecone miejsce niezwłocznie.

Poczekalnia
Zwyczajowo zatrzymaliście się w rozległej poczekalni znajdującej się tuż przed drzwiami prowadzącymi do komnaty audiencyjnej. Komfortowe pomieszczenie posiadało wygodne sofy, na jednej z nich siedziała wygodnie Filfriia, drowka patrzyła na Aurorę triumfalnie.
- Nareszcie… już myślałam, że przypadnie mi przykry obowiązek zakomunikowania wielebnej waszego spóźnienia. - powiedziała leniwie, po czym wyciągnęła ręce do Lorasha, w zachęcie by je chwycił i przyciągną kobietę do siebie. - braciszku… - bliźniacze rodzeństwo przywitało się cmoknięciem w usta.
- Cześć Aeriel… - powiedziała tylko do starszego brata nie spoglądając nawet w jego stronę. W końcu Filfriia przeniosła uwagę na siostrę. Aurora widziała, że drowka nosi teraz złoty kołnierz, pewnie osłaniający pokiereszowaną szyję. Druga córka wskazała wygniecione własną pupą miejsce na sofie.
- Chętnie bym usiadła ale jeśli chcesz to miejsce dla siebie siostro, wybiorę sobie z tego co zostanie. - tak stawiając sprawę stało się dla wszystkich jasne, że nikt nie siądzie zanim nie uczyni tego Aurora.

Po jakiś kilkunastu minutach drzwi do komnaty audiencyjnej uchyliły się, z za nich wyszła ubrana paradnie gwardzistka.
- Szlachetne kobiety i wy mężczyźni, Wielebna chce was widzieć.

Komnata audiencyjna
Matka Opiekunka siedziała w połleżącej pozie na tronie, którego oparcie zdobiły kamienie ułożone w wyobrażenie oczu wielkiego pająka. poły jej długiego płaszcza spływały na podłogę. Ubranie jak głosiła plotka, było wykonane ze skory elfki faerie, doskonała robota w każdym tego słowa znaczeniu. Pod płaszczem, Olorae miała jedynie zwiewną, pajęczą halkę. Jej ogromny nagi brzuch, kontrastował z drobnymi rękami i nogami. Wyglądało to trochę jakby brzuch był pajęczym odwłokiem. Dlugie blade loki opadały na piersi Opiekunki. Kobieta oddychała ciężko, doprawdy poród był tuż tuż.
Ku pewnemu zaskoczeniu, za plecami waszej matki stał nie kto inny jak Duagloth.
Mężczyzna miał na sobie krwistoczerwony płaszcz pikowany stalowymi ćwiekami. Patron trzymał swobodnie swoje pokryte czarnymi jak smoła łuskami szpony na ramionach Opiekunki. Jego płomienne oczy patrzyły na was jak kolejno wchodziliście do pomieszczenia.
Wasza matka postukała drugimi paznokciami (jeden był złamany)w oparcie.
- Witajcie moje dzieci. Moje... posuszne dzieci. - zrobiła pauzę roztaczając swoje władcze spojrzenie.
- Wezwałam was w sprawie misji która gdy się powiedzie... wywyższy dom dziesiąty, do rangi domu ósmego. - Opiekunka uśmiechnęła się w drapieżnym uśmiechu - Nie przejęzyczyłam się, moje młode...
 
__________________
Our obstacles are severe, but they are known to us.

Ostatnio edytowane przez Amon : 14-08-2016 o 23:31.
Amon jest offline  
Stary 14-08-2016, 22:53   #6
 
Zaalaos's Avatar
 
Korytarze w pobliżu Sel Natha, retrospekcja

Tygodnie mijały młodemu drowowi w odosobnieniu. Ale nie w samotności. Korytarze Podmroku zawsze były dla niego zarówno domem, jak i kaplicą gdzie czcił Lolth. Teraz był w trakcie wyjątkowo delikatnej operacji. Wieść niosła że Matka Opiekunka niedługo urodzi, a to wymagało odpowiednich przygotowań. Ostatnie tygodnie spędził polując na pająki różnego rozmiaru, przy czym “polowanie”, oznaczało w tym wypadku zbieranie chętnych okazów do specjalnych pojemników. Było to nie tyle problematyczne co raczej… Pozbawione większego znaczenia. Łaski Lolth nie można było sobie zaskarbić bez stosownej ofiary, ale zdawał sobie sprawę że większość samców tego nie rozumie. Dla nich deszcz pająków będzie wyraźnym znakiem łaski, czymś co podniesie ich morale. Ale po co zawracać sobie głowę samopoczuciem innych mężczyzn? K’ylor nagle zatrzymał się, a po korytarzach popłynęło echo klaśnięcia gdy ten uderzył się dłonią w czoło. Matka Opiekunka musiała planować jakiś przewrót, atak na inny dom, a nic nie zwiększało szans powodzenia tak bardzo jak odważna armia. Poza łaską Lolth oczywiście.
Z nowym wigorem wrócił do pracy. Usta wypełniła mu ślina, a wnętrzności skręciło nagłe uderzenie głodu.
Już niedługo zapoluje na godną zwierzynę. Może nawet będzie miał okazję uczestniczyć w większych obrzędach? Może faktycznie będzie mu dane kształcić się w Akademii?
Ku chwale Lolth!

Kaplica, retrospekcja

Domowa kaplica Olathkyuvrów, bardziej nawet niż inne części domu, pokazywała różnice między płciami oraz gdzie jest miejsce każdej z nich. Nawet niewolnice były w świetle obyczajów bardziej godne posługi przy przygotowaniach, niż czystej krwi męska szlachta. Oczywiście kobietom pewnie nie śniło się w głowach, by któryś z mężczyzn nie marzył o niczym innym jak rozrzucanie wszędzie ośmionogiego żywego “konfeti”. Wewnętrzny krąg, skupiony przy samym ołtarzu, stanowiły wyłącznie kobiety. Mężczyźni, również ci szlachetni, stali bliżej ścian kaplicy. Nie “podpierali ich” jednak, nie chcieli narazić się na problemy zgniatając jakiegoś czającego się tam pająka.
K’ylor w przeciwieństwie do innych zebranych nie pozwalał sobie na okazanie ekscytacji. Klęczał na podłodze, wyraźnie zatopiony w modlitwie i tylko co jakiś czas rzucał okiem na pozostałych uczestników obrzędu, czy też na swoją przyszywaną matkę, Aurorę. Wyczekiwał porodu, był to bowiem jeden z elementów naturalnego cyklu rzeczy i wiedział że w takich momentach łaska Bogini spływa na uczestników święta. W szczególności na członków jej kleru. W tym też na niego. Myśl ta niebezpiecznie zawirowała w jego umyśle, po czym odpłynęła w dal. Jego błogosławieństwa był ścisłą tajemnicą, a zdarzało się że nawet myśli nie są bezpieczne. Jego wzrok spoczął na sporym pająku który zaczął się wspinać po jego torsie. K’ylor rozluźnił się i ponownie zapadł w modlitwę. Czekał na to co przyniesie przyszłość. Czekał na polowanie które wyczuwał w powietrzu. Pająk powoli obłaził ciało drowa, zachodził w różne zakamarki, jakby badał K’ylora, jego szczerość wiary i przydatność dla rasy. Trwało to chwilę, ostatecznie zwierzątko zeszło z drowa, zeskoczyło na młodą dziewczynkę która właśnie minęła K’ylora kierując się w stronę centralnego kręgu. Mężczyzna odprowadził spojrzeniem stąpającego między pożerającymi się wzajemnie pajęczakami malca. Dziewczynka podeszła do Aurory i stając na paluszkach trąciła jej biodro, wyraźnie starając zwrócić na siebie uwagę. Gdy to się jej udało, została podniesiona przez demonicę jak worek suszonych grzybów na wysokość jej głowy. Po chwili rozmowy została nieco opuszczona i końcowo puszczona, by wylądować na nogach. Wykonawszy swoje zadanie zawróciła się pokonując tę samą trasę. Wcześniej zaobserwowany pająk zniknął gdzieś po drodze. Aurora spojrzała się w stronę grupy samców, w której klęczał K'ylor, w udała się w jego kierunku. Masywna sylwetka musiała już złożyć swoje skrzydłą, by móc swobodniej dostać się do swojego przyszywanego syna.
- Czy zwolnienie wiek słojów z pajęczakami jest gotowe? - odezwała się wpierw do niego, mając widocznie sprawunki ze swoimi braćmi.
- Oczywiście Pierwsza Córko - zwrócił się do Aurory jej oficjalnym tytułem. - Osobiście dopilnowałem by mechanizm działał jak należy. Niewolnice są odpowiednio poinstruowane - dodał podnosząc się z klęczek.
- Dopilnuj tego. Dzisiejszej nocy jesteś za nie odpowiedzialny - podsumowała nie określając, czy chodziło jej o pajęczaki, słoje, czy niewolnice. Równie dobrze mogło chodzić o wszystkie trzy rzeczy. - Uroczystość musi mieć ten element uruchomiony w odpowiednim momencie - zaznaczyła potwierdzając wcześniejszą umowę.
- W tak podniosłym momencie porażka nie wchodzi w rachubę - stwierdził mężczyzna i spojrzał w oczy swojej matki. - Dopilnowałbym otwierania osobiście, ale chcę być tutaj, blisko… Rodziny. - wykręcił się w ostatniej chwili. - Wszystko pójdzie dobrze.
Aurora skinęła głową z powagą i spojrzała w bok wyławiając jednego z braci. Skierowała się do niego, gdyż był bliżej wyjścia, a drugiego przywołała imieniem.
 
Zaalaos jest offline  
Stary 15-08-2016, 22:45   #7
 
Proxy's Avatar
 
Kaplica

- Matka nas wzywa - Aurora zakomunikowała Lorashowi przystając obok niego, w oczekiwaniu aż zawołany Aeriel dołączy. Pierwszy syn podszedł w milczeniu, z gracją wymijając roje pajęczaków.
- Słucham i jestem posłuszny - odparł Drugi Syn pełnym uniżenia głosem.
Łowczyni obejrzała dwójkę po czym zwróciła się jeszcze do swojego przyszywanego syna.
- Ty również jesteś wzywany - oznajmiła po czym udała się do wyjścia przewodząc orszakowi. K’ylor nie dał po sobie poznać zaskoczenia.
- Oczywiście matko.

Poczekalnia

Chrakteru Filfrii nie dało się zmienić jednym ustawieniem do pionu. Duma była czymś, bez czego nie byłoby jej wcale. W poczekalni były cztery duże sofy. Miejsca wystarczyło by nie tylko dla wszystkich czekających ale jeszcze dla tuzina innych osób. Samo pytanie o zajęcie jej wygniecionego miejsca, gdy było jego aż zanadto, zaliczyłoby się do ciosu w twarz. Wdawanie się w pyskówki z tą osobą było traktowane jako jej zwycięstwo, a Aurorze nie chodziło o zagarnianie wszystkiego co jej. Sprawa była całkowicie odwrotna, i z pewnością Filfriia o tym wiedziała. Jeśli by umknęło to jej uwadze, lustro przez najbliższe cykle skutecznie by przypominało.
- Siadaj - odpowiedziała ukracając dyskusję, na której tak bardzo zależało Drugiej Córce.
Filfriia paradnie ukłoniła się siostrze i wróciła na swoje miejsce, poklepała przy tym miejsce obok zachęcając by Lorash usiadł koło niej. Łowczyni zrobiła parę kroków i zajęła miejsce po środku. Podwinęła ogon na bok, rozłożyła ramiona na oparciu, a skrzydła zarzuciła z nie. Druga siostra zmierzyła K’ylora spojrzeniem, po czym zerknęła kpiąco na Aurorę:
- Jakoś niepodobny do reszty twojego miotu siostro, brak mu tych “oryginalnych” cech…
K’ylor zignorował słowa Drugiej Córki. Była słabą kobietą, a puste słowa były jedyną rzeczą którą mogła posiadać. Spokojnie zajął miejsce w pobliżu Aurory i wbił wzrok w twarze innych członków rodziny. Od dawna nie miał okazji zawitać w Domu, wypadałoby zapamiętać wygląd co ważniejszych domowników.
- Przynajmniej nikomu nie usługuje jak niewolnik - odpowiedziała wpatrując się z siostrę ze znacznie większą ilością myśli niżby jej słowa sugerowały. Druga siostra uśmiechnęła się podle:
- Och oczywiście kapłanko, dziękuję za wykład o roli samca… - Kobieta bawiła się czupryną bliźniaka siedzącego obok.
- Przecież nie jesteście niewolnikami, prawda...?
- Tylko jeśli sobie tego życzysz. - Padła natychmiastowa odpowiedź z jego strony. Filfriia objęła go ramieniem i przytuliła do siebie.
- Jak znudzi mi się ta zniewieściała larwa, to urodzisz mi drugą, która każdego cyklu będzie podawać mi wodę i przypiłowywać pazury - podsumowała Aurora tracąc zainteresowanie oglądania jej twarzy. Filfriia uśmiechnęła się.
- Siostro, dobrze wiemy, że z twojej macicy nie wyszło nigdy nic użytecznego nawet na tyle, by podawać komuś wody, ale nie martw się, po co ma się rodzinę.
- Chcesz nie doczekać widzenia? - warknęła z agresją w odpowiedzi, schodząc do kategorii, w której pole manewry Filfrii było żadne. Jej słowa w jakiś niepojęty sposób ominęły <imię pierwszego syna> i potencjał Phadala. Filfriia odczekała chwilę, po czym bardzo powoli wstała, podeszła kręcąc biodrami do siedzącej Aurory, zmierzyła ją wzrokiem, po czym… potulnie przyklękła przed nią na jedno kolano
- Oh nie, Pierwsza córko. Pokornie proszę o wybaczenie - powiedziała niewinnie.
- Siadaj i stul pizdę, póki oddychasz z całymi żebrami - rozkazała nie schodząc z tonu, choć wprawdzie z mniejszymi zakusami do rękoczynów. Kpiarski ton był nieodłączną cechą kontaktu pomiędzy dwiema córkami. W przybranym tonie i teatralności była zaszyta uległość, z którą Filria nie mogła się pogodzić. To akurat było poza zainteresowaniem Aurory. Miała być posłuszna. Druga siostra nie mnożyła już problemów. Może dlatego, że nie miała żadnych argumentów, a może dlatego że właśnie jakieś miała?

K’ylor przyglądał się tej wymianie z ciekawością. W końcu skinął Drugiemu Synowi głową i zamigał mu za plecami kobiet.
~ Czy to zawsze tak wygląda?~
~ Znaj swoje miejsce - odparł tym samym sposobem Lorash.
Młodszy drow wzruszył ramionami.
~ Błagam o wybaczenie. Dawno nie było mnie w Domu, a w korytarzach Podmroku nie ma miejsca na etykietę.
~ Korytarze są zaiste spokojnym i bezpiecznym miejscem.
K’ylor uśmiechnął się nieznacznie. Słowa Drugiego Syna były prawdziwe, zarówno dzicz, jak i miasto miały swoje wyzwania i zagrożenia.
~Zaiste.
 
Proxy jest offline  
Stary 17-08-2016, 21:47   #8
 
Amon's Avatar
 

Sala audiencyjna

Opiekunka Olorae

Duagloth, domowy Czarodziej i Patron

Pierwsza córka Aurora

Druga córka Filfriia

Pierwszy syn Aeriel

Drugi syn Lorash

Syn pzyrodni K'ylor


- Matko... - przywitała się demonica oddając honory Opiekunce, choć bez płaszczenia się a z zachowaniem własnej dumy. - Duaglothcie - skinęła w powitaniu, na maga, którego poszukiwała drugi dzień. Musiało być to ważne, skoro nawet nie dotarła do niej wieść o jego powrocie. Jeśli w ogóle gdzieś wyruszał.

Wieści matki nie potrzebowały podkreślenia o poprawności. Zagranie nie należało do standardowych, jednak było całkowicie zrozumiane przez Pierwszą Córkę. Na jej twarzy urodził się uśmiech satysfakcji. Po chwili nawet spojrzała w kierunku Aeriela wzrokiem, który w kontekście nawiązywał do ich ostatniej rozmowy na dachu. Opiekunka gładziła brzuch, krzywiła się od czasu do czasu gdy płód przypominał jej o sobie kopniakami.
- Córko - Olorae machnęła zbywalczo ręką gdy Aurora pozdrowiła Duaglotha - nie interesuj się moim osobistym samcem, w moim własnym domu, cenie ambicję ale swoją własność jeszcze bardziej, na razie mnie to bawi i nie ukarzę cie, ale moja cierpliwość nie jest niewyczerpywanym źródłem gdzieś ku wnętrzy świata… - w końcu zakończyła.
- Matko - Filfriia zgięła się w pas przed Opiekunką. Matka zmierzyła drugą córkę wzrokiem.
- Dobrze się spisałaś dziecko, słyszałam że twoja niesubordynacja w kaplicy była wielce przekonywująca, ufam że ból również. Pamiętaj, że grasz własną skórą i jedyną osobą która coś na tej skórze poczuje będziesz właśnie ty.
Następnie Olorae przeniosła spojrzenie na mężczyzn.
K’ylor ukląkł i pochylił głowę. Wiedział że nie powinien się odzywać póki Opiekunka pierwsza się do niego nie zwróci. Oblizał wargi, wyczuwając zbliżające się polowanie.
- Matko - Aeriel ukląkł na jedno kolano chyląc nisko głowę. Opiekunka dała mu jedynie znak gestem dłoni.
Drugi Syn zgodnie z tradycją poszedł w ślady brata powtarzając tak gesty jak i słowa. Jednak zrobił to niebezpiecznie blisko pleców brata, gdyby miał zamiar w tym momencie zając jego pozycję to miałby czysty cios. Opiekunka już miała się uśmiechnąć widząc swoich “chłopców” ale brzuch znów dał o sobie znać i z uśmiechu wyszedł grymas.
- Kaplica jest przygotowana. Wszyscy tylko wyczekują odpowiedniego czasu i twojej osoby, matko - zabrała głos demonica po powitaniach. - Ufam, że skomplikowana układanka jest wnikliwie przez ciebie rozplanowana, matko. Byłoby ujmą, gdyby skala przedsięwzięcia i poświęcony czas został nagle przerwany... Jeśli miałoby to poczekać, zajmiemy się nią bezzwłocznie po zakończeniu ceremonii i odzyskaniu przez ciebie sił.
Opiekuńczość Aurory była wprawdzie spowodowana tym, by nadchodząca uroczystość nie straciła na randze. Jej świętość nie mogła być zbyta przyziemnymi planami rzucenia domów do walki między sobą.

K’ylor podniósł się z klęczek dopiero po tym jak zrobili to Pierwszy i Drugi syn. Ponownie się nie odezwał, choć w myślach niemal krzyczał ”Zaatakujemy w momencie porodu. Gdy łaska Lolth spływa na wiernych!” to było tak oczywiste, dziwił się że Aurora tego nie widziała.
Gdy Aurora mówiła opiekunka przyglądała się tylko klęczącemu K’ylorowi, kilka razy co prawda przeniosła wzrok na kambionkę, ale tylko po to by znowu wbić wzrok w “syna”. Gdy Pierwsza córka kończyła swoją kwestię, wskazujący palec opiekunki z pietyzmem dawał kambionce znak, że ma podejść bliżej. Twarz Filfrii była nieruchoma, ale jej oczy były tak ogniście czerwone, że dziw zbierał iż bliskie jej skóry powietrze nie płonęło. Kiedy Aurora znalazła się już całkiem blisko Opiekunki, ta wciąż wpatrzona w K’ylora chwyciła jej mocarną dłoń i przyciągnęła do siebie. Jej ruchy skłoniły ogromną demoniczną kobietę by uklękła obok niej. Matka położyła jej rękę na ramieniu, podciągając się trochę wyżej na tronie.
- Córko… moja wiara w umiejętności moich dzieci naprawdę jest silna. Dlatego po mojej Pierwszej córce, nie spodziewam się niczego innego, jak triumfu, w tak błachej sprawie jak przygotowanie jakiegoś osranego festynu dla maluczkich - przeniosła spojrzenie na Filfriię której szczęka powoli zaczęła się opuszczać. - Dlatego wysłałam do tej uwsteczniającej roboty furmana, kogoś kto ma takie zadania wpisane w tytuł który nosi, Drugą córkę. Filfriia, ty zero, gratulację zapisałaś się w tysiącletniej historii naszego domu jako najdłużej urzędująca druga córka w rodzie. Twoja niemożność uśmiercenia swojej siostry lub śmierci w próbie osiągnięcia tego celu przynosi mi ogromny zawód. Jedyna przydatna jak do tej pory cześć twojej osoby to macica. - Wzrok, opiekunki w końcu przeniósł się na Aurorę.
- Skoro już jesteśmy w temacie… Rozumiem twoją frustrację dziecko, wiem że musi cię boleć gdy przynosisz mi zawód swoim chromym pomiotem. Bo oczywiście, przynosisz. Ale nigdy nie będziesz w stanie zająć mojego miejsca jeśli nie przezwyciężysz swoich ograniczeń. Naprawdę żałuję, że nie potrafisz wydać na świat czegoś jak ta znajda - wskazała na K’ylora. - To też jak najbardziej pochwalam jego adopcję. Co jest z tobą nie tak córko. Pierwszy samiec jeszcze jakoś ci wyszedł, ale to i tak jeden w czasie kiedy twoja strachliwa siostra wydaje na świat liczne potomstwo któremu nie brak rozgarnięcia… - Opiekunka oparła policzek o szpony czarodzieja. - Samcze czuje twój uścisk nie denerwuj mnie, wiem co chcę powiedzieć, naprawdę nie mam ochoty teraz cię karać.
Patron teatralnie rozprostował szpony i pogładził kobietę.
- Wybacz wielebna - jego głos nie przypominał niczego co śmiertelne. Opiekunka wymruczała coś po czym utkwiła palec w K’ylorze.
- Właśnie mój… a w sumie czemu nie, mój synu, dokładnie tak - rozsiadła się wygodnie - nie pierdolcie mi tu o jakiś podrzędnych obchodach w kaplicy, tu chodzi o coś znacznie ważniejszego. Wy nie będziecie w kaplicy i naprawdę powinniście się z tego cieszyć, prawda skarbie? - zerknęła na swojego kochanka.
- Tak jak mówisz, Wielebna - przytaknął.
- Dziesiąty dom, jak wszyscy doskonale wiecie, jest śmiertelnym zagrożeniem. Nie tylko dla nas, ale i dla ósmego domu. Zarówno my jak i Aleanviir nie jesteśmy w stanie go powstrzymać. Nie ma szans. Sojusz dwóch domów przeciw jednemu, nielegalne, czekałaby nas zagłada. Nieudany atak, czekała by nas zagłada. Właśnie dlatego, upozorujemy atak Aleanviirów na Baenthów, który oczywiście się nie uda i wyjdzie na jaw. Ósmy dom zostanie zniszczony a zaatakowany dziesiąty zajmie jego miejsce. Oczywiście zatroszczymy się o to, by najbardziej wrogie nam elementy do tego czasu nie dożyły. Baenth przestanie być dla nas zagrożeniem, nasz dom pozostanie zabezpieczony na stulecia. Stulecia których potrzebujemy by urosnąć w siłę. - Opiekunka nabrała powietrza i ogarnęła dumnie całe zgromadzenie spojrzeniem.
- Auroro, moja Pierwsza córko. Ty zajmiesz się eliminacją czterech wysokich kapłanek domu od pięciu cykli znajdujących się obecnie z misją kupiecką do osady targowej Uh Natha. Zajmie to wiele cykli ale te kobiety nie mogą nigdy dotrzeć żywe. Dostarczysz mi ich głowy, to jest warunek twojego powrotu. Przyniesiesz głowy, dostąpisz zaszczytów, jeśli ich nie zdobędziesz nie wracaj wcale. Możesz zabrać swoich łowców.
- Filfriio, moja Druga córko, przenikniesz do Akademii i doprowadzisz do śmieci wszystkie młode Beanthów które tam obecnie przebywają. Wiemy o piętnastu dzieciach, dziesięciu chłopcach z czego pięciu szkoli się na czarodziei a pięciu na żołnierzy. Jest też pięcioro dziewczynek w szkole kapłanek. Zabierzesz ze sobą Drugiego syna i użyjesz go w sposób jaki uznasz za stosowny, podobnie jak wtedy gdy nakazałam ci sprzeczkę z siostrą w kaplicy, wymagam od ciebie narażenia a nawet utraty życia jeśli tylko zagwarantuje to powodzenie misji.
- Aerielu Pierwszy synu, razem z oddziałem najemnych niedrowów wedrzesz się do kompleksu Beanthów. Masz tylko jeden cel, zgładzić pierwszą córkę tego domu, nic nie nie jest ważne. Pierwsza córka Ariana musi umrzeć. Zabierzesz ze sobą K’ylora który dzięki temu zadaniu jest w stanie na stałe zaznać mojej łaski.
- Oczywiście pozostawicie swoje insygnia oraz wszystkie oznaki jakie mogły by was powiązać z naszą rodziną, macie na każdym kroku podszywać się pod członków rodziny Aleanviirów.
- Pytania?
- Jakie mamy zapewnienie, że podszycie pod Aleanviir się uda? Jaki mieliby motyw atakując dom niższy o dwie pozycje? Kto będzie bronił Olathkyuvr, kto będzie bronił ciebie, matko, jeśli najwyżsi poświecą się misji? - zadała pytania kambiotka. Opiekunka pokiwała głową.
- Córko, jesteśmy dziećmi chaotycznej bogini, nie można iść jej drogą zawsze grając bezpiecznie. Ci którzy tak robią… cóż, właśnie się przekonamy jak skończą. Nieprawdaż? - zrobiła pauzę po czym podjęła znowu. - Poświęcenie będzie znacznie większe niż możesz to sobie teraz wyobrazić, ale nie uprzedzajmy faktów. - Wielebna pogładziła szponiastą dłoń swojego Patrona. - Duagloth wyjaśni wam detale dotyczące waszego… kamuflażu. - Bies tylko się uśmiechnął
- Trudno tak słowami, to trzeba zobaczyć… - wtrącił zanim Opiekunka znów podjęła:
- Co do ochrony, jeśli nasz plan zostanie zrealizowany nasza ochrona będzie zabezpieczona, jeśli zaś nie i tak nie mieli byśmy szans gdyby dziesiąty tom zaatakował nas pierwszy.

Aurora przetrawiła przez chwilę słowa matki i pozwoliła sobie dodać jeszcze parę słów.
- Przy każdym powrocie z łowów nieustannie towarzyszy mi jedna ta sama myśl: "czy będę miała do czego wrócić?". Uspokaja mnie myśl, że domu bronią córki i synowie, jak i sama matka. Teraz... pozostaniesz tylko ty, matko. Nie pozwól bym nie miała do czego wracać.
Opiekunka machnęła pogardliwie ręką.
- Córko nie mów mi o twoim płochym poczuciu spokoju, uwłaczasz mi myśląc o takich kretynizmach. Obrona? Mamy masę mięsa armatniego, pstryknę palcami i wbiegną tu trzy tuziny kobiet uzbrojonych w adamant i zaklęcia. Przygniotą twoją śliczną skórę samą masą. rozłupią ci czaszkę. I co z tego? Dziesiąty czy Ósmy dom mają tej “masy” zwyczajnie więcej. Nas nie stać na granie ostrożnie! Wysyłam was tylko garstkę, ale za to garstkę wyspecjalizowanych, narzędzi z precyzją mistrza tortur a nie jakiegoś jebanego młociarza! W domu dalej będą setki drowów i niewolnych, wciąż setki za mało by przezwyciężyć naszych wrogów. Dlatego jeśli chcesz mieć do czego wracać, wróć z tymi pieprzonymi głowami, Aurora, czy ja wyrażam się jasno dziewczyno!?
Zadowolenie Pierwszej Córki z każdą kwestią matki rosło, by zatrzymać się na szerokim mściwym triumfalnym uśmiechu. Wyglądało to tak, jakby Aurora swoimi słowami celowo sprowokowała ją do dominująco-agresywnej postawy. Nie odpowiedziała na pytanie, uznając ją za oczywistą. Powstała w zamian z kolan i stanęła bokiem do wszystkich, tak by nie zasłaniać oblicza Opiekunki zgromadzonym na których spojrzała. Jej bracia widzieli siostrę, która nie ma potrzeby tłamsić swojej pierwotnej natury. K'ylor widział drapieżnika, którego moc tak podziwiał. Firfia natomiast... coś, z czym według słów matki, będzie się musiała uporać, lub zginąć próbując.
- Matko Opiekunko, czy życzysz sobie byśmy przynieśli jakiś dowód śmierci Ariany? I czy mamy… Swobodę w sposobie w jaki pozbawimy ją życia?- spytał K’ylor. Opiekunka wyglądała jakby humor jej się poprawił, może to za sprawą hormonów?
- Auroro, wydaje mi się, że niedługo stracisz tego “syna”... - usta Wielebnej rozszerzyły się w dzikim uśmiechu - zabiorę go dla siebie!
- Chłopcze, zaskocz mnie! Spraw mi radość, zaprawdę pochwalam twój zapał… - Opiekunka przyłożyła dwa pale do swoich oczu a potem wycelowała je kolejno w Pierwszego i Drugiego syna dając im do zrozumienia, że u samców również, konkurencja nie śpi. Cały ten czas Filfriia była dziwnie cicho jakby ktoś zapędził ją w ciemny zaułek jej umysłu, Lorash podświadomie wyczuwał niepokój i napięcie w bliźniaczce.

...

Kiedy nie było już więcej pytań ze strony dzieci. Opiekunka przywołała swój dryfdysk. Z pomocą Patrona przesiadła się na niego z tronu i powoli odleciała z pomieszczenia.
Młodzi szlachcice zostali sami z Duaglothem. Plugawiec wykonał dygnięcie głową.
- Proszę za mną, dostojne kobiety i zacni mężczyźni - zadudnił nienaturalny głos. Parton wyprowadził szlachciców tylnymi drzwiami do korytarza, w którym panowała totalna ciemność. Magiczna ciemność w której ślepe były nawet oczy mrocznych elfów.
- Proszę, chwyćcie się za ręce księżniczki i książęta, zgubić się tu oznaczało by śmierć - wyjaśnił oferując dłoń pierwszej córce, za nią byli kolejno Filfriia i mężczyźni. Droga przez ciemność nie trwała jakoś długo, mroczne elfy wynurzyły się w pomieszczeniu skąpanym w fioletowym świetle magicznych świateł. Laboratorium Duaglotha.

Laboratorium

Duagloth
Aurora
Filfriia
Aeriel
Lorash
K'ylor


W ogromnym pomieszczeniu stały olbrzymie słoje, zdolne pomieścić wewnątrz znacznej wielkości humanoidy. Słoje były jednak puste. W sali znajdowało się też kilkanaście stołów. Na czterech z nich, leżały nagie drowie ciała. Dwóch kobiet i dwóch mężczyzn.
- Wyhodowanie tych ciał zajęło wiele dziesiątek cykli - zaczął wyjaśnienia Plugawiec - ale są to teraz dokładne kopie członków Ósmego domu.
Duagloth podszedł do pierwszego, kobiecego ciała.
- Raudia, jedna z córek opiekunki Aleanviir, w tym roku skończy akademię. - Duagloth podszedł do stołu obok. - Baragh, jej brat. drugi semestr w szkole wojowników.
Patron przeszedł trochę dalej i stanął na przeciw kolejnego blatu.
- K’ylornie, przekonasz się co czuje kapłanka, ta tutaj to Zeeya Aleanviir, z łaski Opiekunki Pierwsza córka Aleanviir. Wysoka kapłanka Królowej Pająków. - Plugawiec położył szponiastą dłoń na ciele leżącym obok kobiety.
- Jej kochanek, Soldan, fechmistrz Aleanviir - powiedział spoglądając na Aeriela.
- Jak możecie wiedzieć, zaklęcia polimorfii nie trwają wystarczając długo, zresztą mogły by zostać wykryte. Dlatego też, posłużymy się bardziej… namacalnym sposobem - uśmiechnął się wyciągając z połów swego płaszcza obsydianowy skalpel i podszedł do ciała Raudii. Duagloth nie tylko był diabelnie wprawny w użyciu ostrza, był jednako diabelnie silną istotą. Plugawiec darł skórę z ciała drowki jakby była to bibuła. W czasie krótszym niż kwadrans, skóra została oddzielona od Raudii. Patron strząsnął krew z dłoni i uniósł brew spoglądając na Filfriię.
- Wypada mi chyba rzec, “Panie mają pierwszeństwo” i zaprosić cię Druga córko na stół.
Filfriia pobladła.
- C... co ty bredzisz samcze! Osz-oszalałeś?! - obruszyła się rozglądając się po pozostałych, szukając wsparcia. Patron pokręcił głową.
- Druga córko, jeśli chcesz bym użył siły, z chęcią spełnię twoje życzenie, naprawdę.
- Odpierdol się bestio! Nie masz prawa! - wrzeszczała cofając się do tyłu, spojrzała na swoich braci. - Zajmijcie się tym głupcem! Natychmiast! - Duagloth tylko się wyszczerzył
- Druga córko, my tu tylko pokornie przyszliśmy spełniać wolę twojej matki, masz tak naprawdę tylko kilka opcji, chcesz posłuchać? Mimo całej energii jaką przez te wszystkie lata wkładasz by nie wpaść w moje ręce, mogę po prostu zrobić to sam. Mogę też, powołując się na wolę Opiekunki, polecić twoim braciom o zrobienie tego dla mnie - skłonił głowę Aurorze - albo poprosić o asystę Pierwszą córkę. To powiedziawszy, ufam iż dobrowolnie i z oddaniem poddasz się woli Wielebnej.
Grunt palił się pod nogami Filfrii, patrzyła na każdego błagalnym wzrokiem.
- Jestem Drugą córką, czy to księżniczce Aurorze nie przypada pierwszeństwo? - zaczęła w ostatniej desperackiej próbie. Duagloth westchnął i pokręcił głową.
- Pomyśl o tym jak o darze od matki, oczywiście… jeśli zdołasz się skupić - Aurora nie mogła już dłużej wytrzymać. Do twarzy o wykrzywionym grymasie i rozwartych oczach przebił się cichy pisk. Po chwili powtórzył się, jednak na nieco dłużej. Następnie dźwięki lawinowo przerodziły się w śmiech, jakby obserwowany dramatyzm sytuacji był całkowitą komedią. Łowczyni parsknęła rozbrajająco, co zdołało rozwiać zbudowaną w sali audiencyjnej agresję. Oczy aż naszły łzami, a ręka sięgnęła jednego ze stołów, by się na nim wesprzeć.
- Pokurwiony psychopata... - wydusiła z siebie w kierunku maga.
- Istnieją gatunki powierzchniowych pająków które zakładają chitynę powalonych owadów by się maskować. To honor móc smakować ich perfekcji - wtrącił K’ylor. - Opiekunie, mam luźną wiedzę anatomiczną, czy mogę asystować? - spytał zaciskając dłoń na ramieniu Drugiej Córki. Duagloth zmierzył K’ylora szybko poruszającymi się oczami niczym owad. Po czym zapraszająco kiwnął głową.
- Czy w swoim chorym umyśle doszedłeś do takiej perfekcji, by ten zabieg był odwracalny...? - rzuciła starając się utrzymać wzrok na jego osobie.
- Nie chciał bym uprzedzać faktów księżniczko, wszystkie działania mają swój porządek i hierarchię… - skłonił głowę wracając do wykonywanych zajęć.
- Nie pozwolę na to, jeśli po wszystkim nie odzyska swojej twarzyczki.
Stanięcie po stronie Drugiej Siostry nie było dyktowane w żaden sposób próbą wyratowania jej z tak beznadziejnej sytuacji. Było to czysto egoistyczne zagranie, bowiem w chwili jej nieudanej próby przejęcia pozycji Aurora musiała widzieć tę samą twarz. Żadną inną. Dokładnie tą, z którą się urodziła. Duagloth uniósł głowę w górę i wykonał pełny obrót językiem po wargach swoich rozwartych ust.
- Twój komentarz został usłyszany Pierwsza córko, aczkolwiek los nas wszystkich zostanie rozstrzygnięty w czarnym sercu Wielebnej. Tak jak już powiedziałem, wszystko wyjaśni się niebawem.
- Gdy wyruszymy zakładaj sobie jej skórę na własne umęczone ciało, dotykaj się ile zechcesz - opowiadała z rozbrajającą radością zbliżając się do Filrii - ale to - dotknęła czoła siostry końcówką swojego pazura zachodząc ją od tyłu - to musi wrócić na swoje miejsce. Nie przeżyłabym, gdyby coś z tą uroczą twarzyczką się stało... - dodała wplatając szponiaste palce w jej włosy. Chwyciła je i odwróciła jej głowę do siebie. Ostatni raz spojrzała na jej oblicze, by złożyć pocałunek na jej ustach. Wraz z jego zakończeniem Aurora poczęła zrywać jej kolejne elementy stroju i ozdób. Filfriia łkała, błagała, zaklinała siostrę na wszystkie świętości. Przysięgała rzeczy, które uwłaczały by nawet godności mężczyzn. Kiedy skamląca o litość, zalana łzami kobieta leżała już nieruchomo rozkrzyżowana na kamiennym blacie, Patron ujął w dłoń wielgaśną strzykawkę. Zbliżając ją do twarzy kobiety powiedział.
- Oh Słodka, piękna Filfriio, czyż nie odczuwasz lekkiego choćby dyskomfortu, z racji iż leżysz tu przede mną zupełnie bezbronna. Czyż to nie zupełne ziszczenie twych dziecięcych lęków? Gdy bałaś się, że przyjdę do twojego łóżka kiedy śpisz? Że jestem gdzieś w pobliżu i czyham na ciebie? Cóż, byłem tam. Tylko po to żebyś przypadkiem nie przestała się bać. - Plugawiec przyłożył igłę do skroni Filfrii. - Nie martw się, będziesz mogła się przekonać, że nie zrobię nic zdrożnego, gdyż będziesz całkowicie przytomna! - to powiedziawszy zagłębił igłę w czaszce kobiety i energicznie opróżnił jej zawartość. Ciałem Drugiejj córki targnęły konwulsje. Duagloth nie chwycił tym razem za skalpel. Zamiast tego ściągnął z dłoni rękawice (do tej pory można było uważać, że było tam jego prawdziwe ciało). Jego palce okazały się smuklejsze, zakończone za to ostrymi jak brzytwa długimi pazurami. Kiedy mężczyzna nimi poruszał te dzwoniły niczym noże.

Filfriia zaczęła wrzeszczeć długo zanim Plugawiec zaczął zdejmować skórę z jej stóp. Patron działał teraz znacznie wolniej i ostrożniej niż w przypadku zdzierania ciała z nieruchomej Raudii. O dziwo, tym razem też, w czasie przecinania tkanek, na zewnątrz nie wydobywała się żadna krew. Jucha trzymała się powierzchni bezskórego ciała wrzeszczącej Filfrii w jakiś magiczny sposób. Po dobrych dwóch kwadransach Druga córka wiła się w agonii na stole, całkowicie pozbawiona skóry. Jej ciało pokryte było szkarłatem krwi, falującym niczym tafla wody. Wilgoć w żaden sposób jednak nie osadzała się na kamiennym blacie. Wtedy Duagloth ostrożnie pozbierał całą jej skórę, wstał i podszedł do jednego z ogromnych słoi. Otworzył wieko i wrzucił skórę Filfrii do środka. Wypowiedział przy tym magiczną formułkę w jakimś upadłym języku. Skóra samoistnie rozwinęła się i zawisła w bezbarwnej cieczy.
- Będzie tu na ciebie czekać, Druga córko. Jeśli ci się nie powiedzie, będzie tu sobie czekać całą wieczność. No chyba, że wpadnę na inny pomysł… - Patron machnął ręką. - [/i]Wybaczcie, praca nie jest skończona.[/i] - Plugawiec znów założył rękawiczki, teraz dokładnie widać było, iż są zrobione ze skóry jakiejś demonicznej istoty. Zebrał teraz skórę należącą do Raudii i zaczął ją przykładać do ciała Filfrii, znów zaczynając od stóp. Wypowiadał przy tym otchłanną mantrę, powietrze robiło się gęste a światła bledły z każdym wydobywającym się z ust mężczyzny dźwiękiem. Jednak tkanki łączyły się pod samym tylko dotykiem. W kwadrans Filfriia miała na sobie skórę i twarz. twarz która w żaden sposób nie przypominała Drugiej córki Dziewiątego Domu. Kobieta nie wierzgała się już leżała wycieńczona, wygięta w nienaturalnej pozie z pustym wyrazem oczu. Nie wydawała się nawet oddychać. Duagloth gładził brzegiem dłoni jej nowe ciało jakby chełpił się własną pracą. W końcu wyciągnął z kieszeni kolejną strzykawkę i brutalnie wbił ją w skroń kobiety. Filfriia jęknęła lekko, Lorash natychmiast wychwycił różnicę w barwie jej głosu. W istocie, Plugawiec majstrował coś przy jej szyi. Pierś Drugiej córki zaczęła unosić się, co świadczyło o oddechu, jednak wyraz jej oczu wciąż nie wykazywał żadnej woli życia.
- Widzę że muszę zacząć od począt… - zaczął Patron lecz kobieta zerwała się z wrzaskiem do pozycji siedzącej i zaczęła protestować wrzaskiem i gestami rąk. Duagloth uśmiechnął się i wyszeptał do nowego ucha Filfrii.
- Żartowałem.

...

Filfriia długo siedziała na brzegu kamiennego stołu i kiwała się katatoniczne, ubrała się w nowe szaty akolitki dopiero na wyraźne polecenie. Nie odzywała się do nikogo.

Rutyna była więc już znana wszystkim, Plugawiec przy pomocy skalpela ściągnął następną skórę z klona Aleanviirskiego szlachcica: fechmistrza Soldana.
- Pierwszy synu... - Duagloth wskazał Aerielowi kamienny blat zapraszającym gestem. Aeriel milczał przez ostatnią godzinę łaźni, jaką Plugawiec zgotował Drugiej córce. Wszystko dokładnie obserwował i przemyślał. Wojownik kiwnął posępnie głową i sam się rozebrał, później nieśpiesznie położył się na zimnym kamieniu, pozwolił się skuć. W odróżnieniu od siostry, zaczął błagać o litość dopiero kiedy palce Duaglotha obrały mu obie nogi i zabierały się za to co między nimi.
- Zapewniam cię Pierwszy synu, że organy Soldona zachowają pełną sprawność… - roześmiał się Plugawiec.
Minęło mniej niż godzina i kolejny “Aleanviir” zwlekał się własnych siłach z kamiennego stołu.

...

Drugi Syn kiedy na niego przyszła kolej starał się jak mógł by nie okazywać strachu. Mimo wszystko trudno było mu się kontrolować, wszak pozbywanie się skóry nie jest ani miłe ani bezpieczne i gdyby miał wybór wolałby już chłostę. Z drugiej zaś strony ta forma magii niezwykle go fascynowała odkąd sięgał pamięcią teraz zaś mógł podejrzeć a nawet poczuć na sobie jedną z licznych tajemnic Patrona. Co prawda takie doświadczenie raczej nie przybliży go zrozumienia sztuki lecz zawsze będzie to jakiś punkt wyjścia do podjęcia studiów.
Kiedy skalpel powoli zagłębiał się w jego ciało Lorash nawet nie drgnął, takie cięcie było niczym a ból nauczył się znosić już dawno temu kiedy pobierał nauki i często kapłanki pozwalały sobie wyładowywać na nim gniew, pretekst zawsze się znalazł. Zarówno wówczas jak i teraz pomagała myśl, że jest stosunkowo bezpieczny i ból nie oznacza bynajmniej śmierci czy trwałych uszkodzeń. Był po prostu bodźcem który mógł zostać oddzielony od świadomości…
Ból eksplodował niczym blask białego światła pod powiekami. Gorący niczym lodowe pustkowia Canii. Wszystkie instynkty krzyczały jednym głosem protestując przeciw temu co się działo.
Czuł jak jego ciało zostaje obdzierane z ostatniej ochronnej bariery. Ból i poniżenie mieszały się ze sobą w umyśle tworząc najgorsza z możliwych tortur jakiej doświadczył drow.
Był nagi, nagi jak jeszcze nigdy w życiu. Spazmy targały jego pozbawionym kontroli ciałem. Jedynie cudem powstrzymywał się od krzyku uczepiony niczym pająk wątłej nici, wtłoczonej mu w dzieciństwie nauki. Nie miał prawa krzyczeć, wszelki ból pochodził od Lolth a protesty zsyłały tylko więcej jej “łaski”.
W tej agonii jego konający umysł uchwycił jednak drobne błyski, znane od dawna lecz jakże inne. Teraz gdy jego ciało było nagie i pozbawione osłony czuł na sobie wyraźnie jak nigdy przedtem sploty zaklęcia. Na nich się skupił niemal odcinając od rzeczywistości. Jego ciało opadło bezwładnie a z zewnątrz musiało to wyglądać jakby ból odebrał mu przytomność. To jednak nie była prawda, część umysłu Lorasha wyła w milczeniu doświadczając niewypowiedzianych katuszy. Inna część zaś oderwana od bólu, od świata zewnętrznego podróżowała po skomplikowanej pajęczynie, kokonie jaki utkał wokół niego Patron. Drugi Syn oniemiał (choć i tak nie był w stanie mówić) na widok tak obcej i złożonej konstrukcji, był jednak pewien, że gdyby miał wystarczająco czasu mógłby ją skopiować…
Drugi syn zdał sobie też w końcu sprawę, że Duagloth mu się przygląda, kiedy spojrzał w jego diable oczy, dostrzegł iż te dają mu znak by spojrzał na słój, do którego Plugawiec zdążył już wrzucić skórę Lorasha. Ta wisiała pionowo w bezbarwnym płynie, niczym pusty kostium.
Niczym zahipnotyzowany Lorash przyglądał się własnej skórze. Poprzez ból dostrzegał ją jak obietnicę ulgi, bezpieczne schronienie z którego został wyrwany przemocą. Jak niczego innego pragnął znów znaleźć się we własnej skórze, dosłownie.
Lecz było coś jeszcze, fascynacja jakiej nie czół od dawna. Doświadczenie którego, był pewien, nigdy nie zapomni. I wówczas przeszło mu przez myśl. ”Czy tak właśnie Patron przemienił siebie? Tą samą spaczoną magią? A jeśli tak, skąd wziął skórę i czy jej właściciel ciągle był w okolicy ubrany w dawną skórę Dauglotha?” Ten krótki przebłysk niemal na nowo odebrał Lorashowi zdolność myślenia wypełniając umysł dotkliwym, wszechobecnym bólem.
Ostatnim wysiłkiem zamglonego umysłu Drugi Syn wyciągnął krwawy ochłap będący jego ręką w stronę maga. Pożądliwie próbował złapać, sam nie wiedząc co. Jego palce drgały zaciskając się w konwulsjach tuż przed piersią Patrona. Jakby chciał chwycić jego gardło i wydusić tajemnicę która go fascynowała. Trwało to jednak tylko chwilę nim opadł bezsilny. I wtedy mimo ogarniającego jego ciało i duszę horroru, coś sobie uświadomił.
Kiedy Duagloth przytwierdzał swymi klątwami obcą tkankę do umęczonego ciała Drugiego syna, centymetr po centymetrze, kończyna po kończynie, ból ustępował mrożącemu chłodowi. A kiedy czaszkę Lorasha pokrywała już twarz i włosy, ból ciała ustał zupełnie.
Lorash nie wyrzekł nic, nie tu i nie teraz ale pozna tajemnice Patrona. Jedynie spojrzał prosto w oczy starszemu samcowi a w jego spojrzeniu można było dostrzec ciekawość pomieszaną z wyzwaniem. Zupełnie jakby krzyczał “prześcignę cię”. Plugawiec nic nie odpowiedział bo przecież nie czytał w myślach Drugiego syna. Albo udawał że nie czyta.

...

- Nareszcie jakieś urozmaicenie - Duagloth puścił oko K’ylorowi gdy odzierał ciało Pierwszej córki Aleanviir.
- Jestem wielce ciekaw twoich opinii K’ylorze, jeśli dożyjesz możliwości ich wyrażenia - mówił Patron gdy zapraszał K’ylora do zabiegu.
- Jesteś mistrzem skalpela - odpowiedział i zaczął zdejmować z siebie ekwipunek. - Wyjątkowo przebiegły jest też brak znieczulenia, przypuszczam że gwarantuje to prawidłowe… Czucie… Na nowej skórze - dodał i położył się na stole. - Oddaję się w twoje zręczne ręce. - powiedział cicho, a w myślach natomiast wezwał Lolth. “Nie pozwól by twojemu dziecku stała się krzywda.”
- Ból jedynie cię wzmocni, "synu" - wtrąciła zainteresowana rezultatem Aurora.
Duagloth wyszczerzył się.
- To stara magia, obca w tych stronach, ból jest tu kluczowy, on właśnie “karmi” to zaklęcie i sprawia, że jest w ogóle możliwe, to uroczo, że wykazujesz zainteresowanie, z mojej strony mogę zagwarantować twemu ciału całkowitą funkcjonalność, choć chyba darujemy sobie macicę?
- Do wykonania tego zadania będzie całkowicie zbędna. - przytaknął Plugawcowi. - Czy zachowam pełną zdolność magiczną? - Duagloth przejechał językiem po górnych zębach nie otwierając ust po czym spojrzał na siedzącą cicho Filfriię.
- Druga córko, bardzo ładnie cię proszę, pomódl się do naszej pani i daj nam znak jej wstawiennictwa… - Filfriia wzniosła zaśpiew, jej dłonie rozjaśniły się zielonkawą poświatą. Duagloth przeniósł wzrok na K’ylora.
- Zadowolony?
- W pełni. - rzucił krótko i zacisnął zęby.
Zasikanie zębów pomagało tylko do łydek. Potem K’ylorowi nie pozostało nic innego jak otworzyć się na ból. W przypadku mężczyzny, Duagloth musiał włożyć więcej pracy. Połamał młodemu drowowi biodra i obojczyki, żebra, układając i modelując kości tak, by odpowiadały żeńskiej anatomii. Kiedy zaś Plugawiec grzebał swoimi brzytwiastymi paluchami w szyi K’ylora, ten nie mógł już nawet wydobyć z siebie głosu.
Dopiero gdy było już po wszystkim, badający swoje niewieście ciało K’ylor, odezwał się melodyjnym żeńskim głosem
- Wyśmie.. Khm, khm, Wyśmienita robota samcze. - powiedział - Dobrze złapałem ton? - spojrzał pytająco na zebranych. Duagloth wyszczerzył się podle.
- Jeśli powiem że nie, chciałbyś żebym coś poprawił? - zadzwonił brzytwo-palcami.
- Hmm, niestety wina musi leżeć po mojej stronie. - odparł aksamitnym głosem. - Jak mawiają, nawet mistrz nie ulepi garnka z gnoju. - Plugawiec puścił do mężczyzny oko
- Och jeszcze jedno… - rzekł. - Gdybym chciał… Chciała zmienić swoją formę magią to wrócę nagi... Naga, czy w mojej nowej skórze? - Duagloth, odchylił się do tyłu i zastanowił chwilę. W końcu odpowiedział:
- Tak długo póki skóra klona nie umrze, to jest następne dwa, trzy cykle, Ta forma jest tobą. Po tym czasie, jeśli skóra zacznie z ciebie odpadać odkrywając żywe mięso, zamiana kształtu mogła by wydłużyć ci życie… - zastanowił się znowu - chociaż nie, musiał byś być w zmienionej formie, zanim skóra zacznie umierać, w przeciwnym razie przybrał byś inny, bezskóry kształt i śmierć i tak by nadeszła.
- Dziękuję za oświecenie. - odpowiedział K'ylor.

...

Filfriia, Aeriel, Lorash i K’ylor dotykali swoich nowych ciał. Duagloth oglądał ich własne skóry w swoich słojach. Plugawiec zwrócił się do Aurory:
- Pierwsza córko, teraz nastał właściwy czas na rzucenie nieco światła na podjętą przez ciebie kwestię. Skóra Aleanviirskich klonów utrzyma się na twoim rodzeństwie przez jakieś dwa, trzy cykle. Kiedy ten czas minie, zwyczajnie odpadnie. Ile czasu wytrzymają bez skóry? Może kilka minut? W zasadzie to znam dokładną odpowiedź ale nie chcę by Filfriia dostała zawału
- Zamigaj mi - wtrąciła dociekliwie.
"- Czterdzieści trzy sekundy" - rozbrzmiał w umyśle Aurory demoniczny głos Plugawca.
- [i]Uleczenie, przy wykorzystaniu ich prawdziwych skór, nie stanowi, dla potężnej kapłanki jaką jest wasza matka, żadnego wyzwania, dlatego też Wielebna nie wyraziła ochoty bym przygotowywał jakikolwiek rytuał do tego służący. Jak by nie patrzeć, jest tak jak być powinno, są na łasce Opiekunki. - wyjaśnił - Szlachcice Aleanviirów, których wygląd przejęliście są jak najbardziej cali i zdrowi. Raudia i Baragh - spojrzał kolejno na Filfriię i Lorasha - znajdują się oczywiście w Akademii i spokojnie możecie ich dodać, jako urozmaicenie do swojej listy piętnastu młodych Beanthów. Pierwsza córka i jej fechmistrz najpewniej znajdują się w domowym kompleksie. Nieistotne gdyż jak dobrze wiemy dziś będą przedzierać się ze zbrojną bandą przez Dom Dziesiąty. Kiedy ich atak, mimo uśmiercenia wielu obrońców, w tym Pierwszej córki rodu, zakończy się klęską i zdecydują się na odwrót, ich los będzie już przesądzony.
Teraz Duagloth poświęcił pełną uwagę Aurorze.
- Twoja misja Pierwsza córko, zakończy się długo po tym, gdy działania w mieście już okrzepną. Nie jest zresztą ograniczona czasem, liczy się jedynie efekt. Wielebna nie wspomniała o tym, z racji oczywistości, ale po zrealizowaniu celu, wszystkie osoby jakie będą ci w tym pomagać, czy to niewolnicy, drowy, czy nawet pomniejsi szlachcice, muszą zostać wyeliminowani. To jest twoje drugie zadanie, aczkolwiek równie ważne. Pamiętaj więc, potrzebujesz dobrze wyszkolonych i zaufanych ludzi, ale ich życie będzie ceną za ukończenie misji pomyślnie. - Ta informacja momentalnie zmieniła nastawienie łowczyni do osoby maga. Jej twarz wyrażała niezwykłe niezadowolenie. Jej Aurorzy? Paskuda nawet nie wiedziała z jakim kosztem tak na prawdę się to wiązało. Piątka najlepszych. Jedyna piątka, którą traktowała najlepiej jak tylko mogła. Jedyna piątka, która była w stanie osiągnąć to, do czego została powołana. Ich utrata oznaczałaby, że na łowy Aurora mogłaby wybierać się równie dobrze sama. Po zakończeniu misji w ten sposób byłaby bankrutką nie wspominając już o kondycji domu. Startowałaby od początku. Nie byłaby już niezastąpiona, nie miałaby masy kart przetargowych. Dla odmiany nie miałaby z czym wracać. Ilość bluzgów jakie wylały się w myślach na Poczwarę była wystarczająco duża, by milczeć przez dłuższy czas z nieprzyjaznym wyrazem twarzy.
- Kiedy już urosłeś w moich oczach... Musiałeś wszystko zaprzepaścić... - skomentowała w końcu zmuszając się do użycia innych słów, niż te, które miała w głowie.
- Cóż mogę rzec, pierwsza córko, jestem tylko samcem - powiedział z nonszalancją Duagloth.
- I do tego jeszcze posłusznym... - zakpiła ponurym tonem. - Bardzo dobrze się składa, bo mam zamiar wynieść ze sobą połowę twoje laboratorium... - dodała zaczynając układanie planu polowania bez obecności swoich łowców. - Nie chcesz bym pomyślała, że chcesz się mnie w ten sposób pozbyć.

...

Kiedy skórowanie było zakończone, Duagloth poprowadził drowy do wyjścia. Postacie znów zniknęły w magicznych ciemnościach, jednak tym razem, po drugiej stronie nie czekała na nich komnata audiencyjna Olathkyuvrów.

Slums

Duagloth, domowy Czarodziej i Patron
Druga córka Filfriia
Pierwszy syn Aeriel
Drugi syn Lorash
Syn pzyrodni K'ylor


Małe, ciasne pomieszczenie, wyglądało jak pokój w jakiejś obskurnej gospodzie gdzieś w slumsach. Coś co Aeriel i Lorash mogli stwierdzić bezsprzecznie, choć mówienie tego na głos, równało by się przyznaniem do bytności w takich lokalach. A byli przecież w towarzystwie kobiet… “Raudi” i “Zeeyi” Z ogarniętych mrokiem drzwi nie wyłoniła się jednak Aurora. Stojący w progu Duagloth powiedział:
- Jesteśmy w slumsach, na parterze są najemnicy których użyjecie - zwrócił się do Aeriela i K’ylora.- Kiedy usłyszycie “krzyk” ruszycie w stronę kompleksu Baenth. Nie martwcie się, doskonale zrozumiecie o co chodzi. - do Filfrii i Lorasha powiedział zaś:
- Przed budynkiem jest zaparkowany powóz który zabierze studentów do akademii. - Duagloth zniknął w mroku a drzwi się za nim zamknęły.

~ Wiesz już gdzie twoje miejsce, możesz teraz piąć się w górę. - Drugi syn ukradkiem zamigał do zmienionego w kobietę K’ylora.
~ Niestety tylko przez parę cykli. Ale mam zamiar z tej przewagi w pełni korzystać ~ odparła “Zeeyia”
~ Możesz znacznie dłużej jeśli wiesz jak wykorzystać okazję. Podejdź mam dla ciebie prezent. - ciągnął Lorash
- Doprawdy? - powiedział na głos K’ylor i podszedł do Drugiego Syna. Zacisnął swoją pięść, a ta zajęła się czarnym ogniem. - Może ja dam ci coś pierwszy?
W dłoni Drugiego Syna jakby za sprawą magi pojawiło się jedno z jego ulubionych ostrzy i z szybkością atakującego węża pomknęło by wgryźć się w ciało krnąbrnego drowa.
- Kurwa, nie mam zamiaru umierać przez ten kretynizm - warknął Aeriel swoim nowym głosem. - zaraz wam obu wpierdolę jeśli się nie uspokoicie. - Za Pierwszym synem stanęła Filfriia -
- On ma rację, mamy mało czasu na przeżycie i nie możemy marnować naszej energii.
- Tylko uczę to ścierwo jak nie powinno się odnosić do lepszych od siebie. Nie chcemy przecież by służba nam pyskowała prawda? - Odparł Lorash spokojnie chowając sztylet.
K’ylor otarł policzek na którym wykwitła drobna ranka i powoli wypuszczając powietrze z płuc rozprostował dłonie. Czarny ogień zamigotał i zgasł.
- Chylę czoła przed mądrością Pierwszego Syna i Drugiej Córki. Rzeczywiście mamy lepsze rzeczy do roboty. Jeśli Lolth da, wyjdziemy dzisiaj zwycięsko z naszego zadania.
- Dobrze, że poznałeś swe miejsce, zwłaszcza gdy nie możesz się schować pod skrzydłem mej siostry - zażartował złośliwie Lorash, rzucając jednocześnie na K'ylora gusło atakujące jego umysł.
- Jesteśmy na twoim terenie, muszę korzystać z waszej mądrości - odpowiedział K’ylor agresywnie, sugerując przy tym że w korytarzach podmroku sytuacja wyglądałaby zgoła inaczej. Mężczyzna musiał się skupić by przezwyciężyć mentalny atak Lorasha. Postanowił zmienić temat zagadując Aeriela - Pierwszy Synu, jak planujesz przeprowadzić atak?
Aeriel przewrócił oczami, podszedł agresywnie do "Zeeyi" i "Baragha". Odepchnął tego drugiego, pierwszą chwycił za dłoń, przykląkł na jedno kolano i złożył szorstki pocałunek na kobiecych palcach.
- Pierwsza córko rozporządzaj swoim sługą jak uznasz za stosowne… - powstał i wytarł usta - jeśli oczekujesz mojej sugestii, wychodzimy zobaczyć tych najemników.
- Doskonały pomysł fechmistrzu. Bawcie się dobrze w Akademii - zwróciła się do pozostałej dwójki “Aleanviirów” "Zeeya"wczuwając się powoli w swoją rolę . - Chodźmy.
- Jak sobie życzysz Pierwsza Córko - odparł Lorash płynnie przechodząc do odgrywania swej roli.
 
__________________
Our obstacles are severe, but they are known to us.

Ostatnio edytowane przez Amon : 20-08-2016 o 08:21.
Amon jest offline  
Stary 18-08-2016, 22:38   #9
 
Zaalaos's Avatar
 
Slums, zrujnowany dom

Budynek do którego w magiczny sposób przeniósł was Duagloth, okazał się być zrujnowaną siedzibą dawno zniszczonego szlacheckiego domu. Takie miejsca były omijane przez większość mrocznych elfów, powszechnie uważano iż przynoszą pecha. Ten konkretny dom musiał zostać zgładzony przed wiekami, gdyż ta okolica nie była jeszcze zapełniona niedrowimi lokatorami.

W rozległym pomieszczeniu, które kiedyś musiało być salą audiencyjną na parę drowów czekał ich oddział. Dwa tuziny postaci uzbrojonych mężczyzn obserwowało ich w milczeniu. Półdrowy, każdy jeden z nich. Jeden z nich ruszył w waszym kierunku
- Witaj mężczyzno, słyszałem iż jesteś jednym z lepszych szermierzy w mieście. - Mieszaniec zwrócił się do “Soldana”, nosił się nad wyraz butnie, do tego wydawał się całkowicie ignorować obecność “Zeeyi”. Soldan pośpieszył z reprymendą:
- Okaż szacunek mieszańcu, stoi przed tobą Zeeya Aleanviir, Wysoka kapłanka Pajęczej Królowej, z łaski opiekunki pierwsza córka Aleanviir, ósmego domu Sel Natha. - Mieszaniec nie wydawał się przejęty czy też wystraszony.
- W takim razie żal mi jej i żal mi ciebie mężczyzno, jesteśmy Świętymi Mieczami Vhaerauna i zgodziliśmy się podjąć tego zlecenia, tylko dlatego iż mamy… rachunki do wyrównania z Dziesiątym domem
Zeeyia wykrzywiła swoją twarz w grymasie, który szybko obrócił się w wyrachowany uśmiech. Heretycy!
- Nie ma powodu byśmy nie połączyli naszych sił przeciw wspólnemu wrogowi. - powiedziała słodko, wplatając w słowa zaklęcie. - W końcu zarówno Lolth jak i Vhaeraun cenią sobie zaradność. Prawda przyjaciele? - Półdrow popatrzył na “Zeeyie” ze zdziwieniem, tylko po to by nagle zmieni wyraz twarzy i się uśmiechnąć.
- Heh, nie jesteś daleka od prawdy kobieto, poprzysięgliśmy śmierć kapłankom Dziesiątego domu a i wizja współpracy z tobą za bardzo nam się nie podoba, twój dom musiał zachęcić nasze zgromadzenie wyjątkowo tłustą górą złota. Jednak w tobie widzę potencjał, może jeszcze dzisiaj rozważysz swoje teologiczne przekonania, siostro? - mimo dość przyjacielskiego tonu pytanie było jednak retoryczne.
- Będziemy się tym martwić jak wybijemy do nogi wszystkie kapłanki dziesiątego domu. Zaczynając od Pierwszej Córki. - odparła i zwróciła się do Pierwszego Syna - Fechmistrzu bądź tak miły i przedstaw swoją sugestię ataku i może skonfrontuj ją z wizją naszego.... Pół-brata? - Soldan wciągnął powietrze, całe to bratanie się z mieszańcami, do tego heretykami nie podobało mu się bardziej niż jego towarzyszowi… to jest towarzyszce.
- Znajdujemy się w jednej ze szlacheckich ruin na północ od kompleksu Baenth. Kiedy otrzymamy znak, będzie to oznaczało, że w ich obronie utworzone zostało otwarcie. W części mieszkalnej, nie może być więcej niż setka zbrojnych, korzystając z elementu zaskoczenia będziemy mieli dość czystą drogę do komnat szlachty. - “Zeeya” nie musiała być wnikliwym obserwatorem by zrozumieć iż jej towarzysz koloryzuje coś, co można by było przedstawić jako “wbiegamy w paszczę lwa i zdajemy się na łaskę bogini” Może mieszańce tego nie rozumiały, a może Vheraunitów zaślepiał fanatyzm, ale nikt nie zadawał pytań.
- Wyśmienicie! - powiedziała “Zeeya” i oparła się o ramię fechmistrza. Nachyliła swoje usta do jego ucha i wyszeptała.
- Wszystkich osądzi Lolth. Albo my. - Soldan wypuścił z siebie powietrze, nastrój mężczyzny był wisielczy. Jego usta właśnie miały się otworzyć gdy do jego i Zeeyi uszu doleciało kwilenie dziecka, które zaraz po tym przeszło w krzyk. Drowy popatrzyły na najemników. Wyglądało na to że dźwięk niepokoi tylko ich dwoje. Soldan spojrzał porozumiewawczo na Zeeye, po czym zwrócił się do niej:
- Pierwsza córko, myślę ze już czas.
- Zdecydowanie tak fechmistrzu. - odparła i wyjęła zza pasa pałkę z odnóża dridera. Nietypowa broń jak na członka kleru Lolth. - Naprzód! - rzuciła donośnie, wskazując przy tym wyjście swoją bronią. Stojący obok Soldan wyszarpał swój miecz i uniósł go w górę zwracając się do Vheraunitów:
- Już czas mężczyźni! - banda mieszańców obnażyła swoją broń i z parą drowów na czele, opuściła zrujnowany dom.

Biegnąc przez ulicę, Soldan narzucał grupie szybkie tempo. Zeeya natomiast wzniosła cichy zaśpiew i na ich grupę opadła zasłona z cienia przez którą nie mogło się przebić nic prócz magicznego wzroku. Tym sposobem liczna grupa zbrojnych z obnażoną bronią, biegnąca niemal na złamanie karku wydawała się niemal niezauważalna. Zeeya i Soldan widzieli mijanych klientów lichych kramów którzy zupełnie nieświadomi ich obecności dalej wykłócali się o cenę towaru. Za kolejnym zakrętem ich oczom ukazało się ogrodzenie kompleksu Beanth. Mur był wysoki i w żaden sposób nienaruszony, im krótszy dystans dzielił atakujących, tym większe napięcie było wyczuwalne w ich grupie, drowy czuły iż cześć Vheraunitów zaczyna zwalniać.

Wtedy, uszy wszystkich wypełnił ogromny huk. Cała jaskinia w której znajdowało się miasto, wydawała się dudnić. Nie była to oczywiście prawda. W Sel Natha było rzucone setki jeśli nie tysiące sfer ciszy, prawdopodobnie kilka ulic dalej nikt nie słyszał żadnego hałasu. Tu jednak, dźwięk pękających skał sprawiał iż niektórzy Vheraunici musieli zatkać swoje uszy. I wtedy właśnie, przed oczyma atakujących segment ogromnych stalaktytów oberwał się z sufitu jaskini i spadł na kompleks Dziesiątego domu. Budynek był chroniony masą ochronnych czarów, toteż konstrukcja daleka była od zawalenia się. Jednak zniszczenia były na tyle obszerne by rozerwać ściany na tyle, by można było się dostać do środka. A mur? na dwudziesto metrowym odcinku ulicy powbijane były gigantyczne kolumny oberwanych stalaktytów, trzy z nich zmiażdżyły ogrodzenie pozostawiając pięcio metrowy wycinek.
Zeeya złapała fechmistrza za ramię, sygnalizując w ten sposób by zwolnił. Lepiej żeby półdrowy pobiegły przodem i przyjęły główną część obrony na siebie, o uruchamianiu ewentualnych pułapek nie wspominając.
~ Gdzie jest Pierwsza Córka? ~ “drowka” zamigała w biegu.
~ Za mną - mignął jej Soldan, Aeriel znał plany pobieżne plany domu Beanth od lat, teraz miało się okazać jak dobrzy byli opłacani przez dom szpiedzy.
~ Wiem gdzie jest jej komnata, jeśli nie tam, to kaplica lub sala tronowa. - wyjaśnił fechmistrz.
~ Ścieżka biegnąca od jej komnaty do sali tronowej. ~ zadecydowała kobieta. ~ Najprawdopodobniej tam zmierza by spotkać się z resztą rodziny. ~ dodała i ruszyła za fechmistrzem ~ Musimy być widoczni, rozproszę ukrywające zaklęcie gdy nadejdzie właściwy moment.
~ Kiedy będziemy w środku - zgodził się Soldan. Drowy puściły Vheraunitów przodem, mężczyźni szybko przebiegali przez podwórze, na którym walały się zwłoki zmasakrowanych strażników. Atakujący szybko dobiegli do uszkodzonej ściany mieszkalnego kompleksu Beanthów i energicznie wskakiwali do środka. Znaleźli się w korytarzu prowadzącym na północ oraz południe, co jakieś dziesięć metrów, na zachodniej ścianie znajdowały się drzwi. Daleko na północ widać było klatkę schodową.
~ Musimy dostać się na górę - mignął Soldan.
~ Dobrze. ~ odparła drowka i rozproszyła zaklęcie kryjące ich grupę. Głośno natomiast rzuciła - Wybić wszystkich szlachciców, każdą kapłankę i każdego mężczyznę który nie złoży broni. Żadnej litości! - to powiedziawszy ruszyła w kierunku klatki schodowej, pozwalając pół drowom by poruszały się przed nią. Soldan wskazał mieczem północny kierunek:
- Pomieszczenia szlachty znajdują się na piętrze! - Grupa ruszyła przed siebie, jedne z zachodnich drzwi się uchyliły,jeden z mieszańców kopnął je gwałtownie, dwóch innych wbiegło do środka, słychać było charakterystyczne dźwięki przebijania ciał i krzyki umierających. Rozpoczęła się rzeź. W połowie drogi do schodów z kolejnych drzwi wyskoczyło czterech drowów trzymających nagie miecze
Kapłanka warknęła coś pod nosem a jej dłonie zajęły się ogniem. Wskazała najbliższego samca, a płomienie posłusznie wystrzeliły w jego kierunku. Powtarzała tą czynność póki ciała nie przestały się ruszać. Płomienie zajęły twarz jednego z obrońców, Soldan wymierzył zaś w innego swoją klingą, wymawiając przy tym mistyczną formułę, strumień kwasu trafił w ramię mężczyzny. Mieszańcy dokończyli resztę, choć jeden z nich został lekko raniony.

Grupa docierała już do schodów, wtedy od ich strony buchnęła fala płomieni. Jęzor ognia przetoczył się przez korytarz, parząc trzech Vheraunitów a jednego całkowicie pogrążając w żarze. Mężczyzna wrzeszczał gdy jego ciało świerczało. Leżał na chodniku i wił się w konwulsjach przez moment, zanim znieruchomiał. Droga wydawała się czysta, pozostawało wstąpić na schody. Vheraunici ostrożnie postąpili do przodu, znikali jeden za drugim.
Wysoka kapłanka westchnęła lekko i ruszyła za mieszańcami. Na jej palcach tańczyło już kolejne ogniste zaklęcie, gotowe by posłać je w kierunku pierwszego zagrożenia. Wolną ręką zamigała fechmistrzowi.
~Jak dotąd idzie dobrze. Powinniśmy spodziewać się wyjątkowo problematycznych domowników?
 
Zaalaos jest offline  
Stary 20-08-2016, 13:58   #10
 
Googolplex's Avatar
 
 Slumsy, ulica

Powóz stał kilka metrów za wyjściem. Woźnica, stara drowka w zbroi i z ręczną kuszą w dłoni zamachała do nich energicznie.
- Szybko szybko tutaj, młodzi państwo! to niebezpieczna okolica! - ponaglała.
- Słyszałaś najdroższa siostro? Czy takiego dreszczu emocji pragnęłaś? - Lorash puścił oko siostrze. - Może jeszcze się trochę rozejrzymy?
“Raudia” spojrzała na “Baragha” bez sympatii, nowa twarz siostry była napięta.
- Nie mam zamiaru spędzać ani chwili dłużej wśród tych zwierząt - wycedziła mając na myśli okolicznych mieszkańców. Pomachała woźnicy i pobiegła w jej kierunku.
- Jak sobie życzysz szlachetna. - Odparł i pomógł siostrze wsiąść.
Już wewnątrz powozu upewniwszy się, że nikt ich nie podpatrzy zamigał siostrze:
~ Jeśli uwiniemy się dość szybko być może uda się ugrać coś więcej.
Filfriia wciąż czuła się nieswojo w skórze Raudii. Ugniatała prawą dłonią swoją lewą pierś. Lewa ręka migała do brata:
~ Jeśli nie uwiniemy się szybko, to nasze oskórowane zwłoki będzie trzeba w coś owinąć braciszku, najpierw zadanie.
~ Masz rację, jak zawsze. Tym bardziej powinniśmy się pospieszyć. Zaczniemy od naszych oryginałów czy zostawimy ich na koniec? - Raudia uniosła brew i mignęła dłonią trzymaną przed oczyma:
~ Czas pokaże.
~ Trochę o tym myślałem, jeśli opinia samca jest coś warta…
~ Coś tam, niewiele… - wtrąciła dłoń siostry.
~ Jeśli nie zajmiemy się nimi od razu możemy mieć problemy kiedy się na nich natkniemy. Z drugiej strony jeśli ktoś by znalazł ich ciała też będziemy mieć problemy. Myślę, że najlepiej by było zabić ich na początku a ciała oszpecić i ubrać w stroje sług. - Zaproponował Baragh.
Raudia pokręciła głową w lekiej irytacji
~ Jasne, jak będziemy mieć taki komfort, na przykład jak natkniemy się na nich natychmiast, a co planujesz jak zobaczysz jednego z pietnastki zaraz na samym początku i będziesz miał okazję go załatwić, odpuścisz?
~ Jeśli okazja będzie dobra to chyba oczywiste, że zabiję. Jednak jeśli się nie trafi to myślę, że taki plan da nam największa swobodę działania.
Rudia przyłozyła czubki palców obu rąk skroni rozmasowując je.
~ Świetnie, jak jeszcze coś wymyślisz, daj mi znać. - mignęła chwilę potem.
Skłonił się i ujmując jej dłoń złożył na niej pocałunek.
Raudia westchnęła obserwując mężczyznę.

Woźnica nie szczędziła bata jaszczurom, w kwadrans rodzeństwo zajechało na dziedziniec Akademii. Plac był ogromny, niemal ćwierć mili szeroki. W pewnym momencie Raudia szturchnęła brata łokciem i wskazała mu ruchem brody jakąś postać idącą pieszo w stronę budynku szkoły kapłanek. Była to prawdziwa Raudia, w towarzystwie jakiejś koleżanki.
Lorash w skórze Baragh’a skinął siostrze głową na znak, że zajmie się tym zaś palcami dodał:
~ Widać Lolth cieszą nasze działania. Proszę ukryj się, przyprowadzę ją i pozbędziemy się jej. - Po czym skierował się w stronę oryginalnej Raudii.
Siostra kiwnęła bratu głową, szturchnęła siedzącą z przodu woźnicę
- Zatrzymaj trochę na uboczu. - stara kobieta kiwnęła tylko głową wykonując polecenie. Kiedy powóz wyhamował, siostra schowała głowę.

Baragh-Lorash ruszył szybkim krokiem w stronę dwu kobiet a kiedy był już blisko zawołał.
- Racz wybaczyć szlachetna, że przerywam. - Po czym odczekał by zwróciły na niego uwagę.
Raudia-Prime i jej towarzyszka odwruciły się w stronę Baragha. Mężczyzna natychmiast zauważył iż towarzyszka “siostry” nie należy do piękności, a błysk w jej oku dał mu do zrozumienia, że dziewczyna nie tylko była tego faktu świadoma, ale i zauważyła, że Baragh zauważył. Jej usta momentalnie ścisnęły się.
- Czego chcesz samcze? bólu? - dziewczyna zaciskała już pięści. Raudia zaśmiała się.
- To tylko mój durny brat, Baragh- przeniosła pobłażliwe spojrzenie na mężczyznę. - Co chcesz młody?
- Ja… błagam o wybaczenie ale to sprawa… domu. Polecono mi przyprowadzić siostrę jak najszybciej. - Dodał udając strach i zmieszanie, jakby sam nie był pewien dlaczego otrzymał takie polecenie. Ale przecież samcom nie wszystko się mówiło i teraz mógł z tego korzystać. Raudia chlusnęła brata na odlew.
- Młody weź nie kłam! nie rób sobie ze mnie żartów, życie ci nie miłe? - koleżanka szybko podłapała, chwyciła Baragha za ramiona i przyjęła zastraszającą postawę.
- Szukasz problemów przystojniaczku co?
- Ale Pier… - zakrył dłonią usta a w jego oczach pojawiło się przerażenie. - Polecono… mi… - dodał jąkając się ze strachu.
- Vokra odsuń się! - poleciła Raudia, koleżanka odstąpiła na bok i wtedy w brzuch Baragha wjechał rozpędzony obcas siostrzanego buta. Mężczyzna zgiął się w pół i zatoczył do tyłu. Zanim padł na chodnik i zdążył zakryć głowę, przyjął na zebra jeszcze trzy kopniaki.
- Raudia czekaj! - Baragh usłyszał głos Vori po czym nastała chwila ciszy, kobiety najpewniej migały coś do siebie. Nowe uderzenia nie nadeszły więc mężczyzna zaryzykował zerknięcie w górę. Drowki stały nad nim jak dwie wadery. Raudia wyglądała na rozbawioną, Vorkra.. na dziwnie pobudzoną.
Samiec powoli spróbował się zebrać i przyjąć w miarę możliwości pozycję wertykalną, jednocześnie zaczął formułkę której dawno temu nauczył się w akademii na podobne okoliczności.
- Dziękuję za lekcję…
Kobiety spojrzały na siebie porozumiewawczo i chwyciły go pod ramiona unosząc do pozycji stojącej.
- Będziesz teraz grzeczny i bardzo miły dla mnie i mojej koleżanki jeśli wiesz co dla ciebie dobre Baragh - poleciła siostra i ruchem oczu wskazała mu drogę jaką miał się udać. Był to kierunek przeciwny do akademii, mały park wielkich grzybów. Para kobiet szła tuż za mężczyzną.
Miał tylko nadzieję, że Filfriia widziała jak rozwija się sytuacja i podejmie działania na własną rękę. Nie, oczywiście był pewien, że da sobie radę z tymi dwiema, w końcu dopiero się uczyły ale w międzyczasie jego prawdziwa siostra mogłaby zająć się innymi. Cóż, przeklinał się za porywczość i niedostateczne umiejętności. Postanowił jednak postawić na ostatnią kartę, cóż, najwyżej oberwie mocniej i będzie miał znacznie ograniczone możliwości działania ale coś przecież trzeba było zrobić.
Początkowo szedł wpatrując się we własne stopy lecz nagle bez ostrzeżenia wyprostował się ja struna i odwrócił do oryginalnej Raudi. Jego oczy były puste wpatrzone w przestrzeń a twarz bez wyrazu.
- Dość tej zabawy, zabieraj swój tyłek i ruszaj z nim! - Rzekł z mocą nieswoim głosem, głosem którym naśladował jak mógł najlepiej ton jakim kapłanki zwykły wydawać rozkazy. Po chwili jego twarz znów nabrała wyrazu i jakby życie do niego powróciło zaś w oczach pojawiło się przerażenie.
Vokra zaśmiała się głupkowato.
- Ale głupi ten twój brat, ma fajną dupę ale w tą przystojną twarzyczkę to zaraz dostanie. - Jednak, sama siostra zrobiła wielkie oczy a na jej twarz wkradł się cień niepokoju.
- Nie Vorka czekaj, coś jest… - twarz Vorki wyrażała mieszaninę zdziwienia i złości.
- Co ty? Raudia? Czy ty ze mnie… - złość wygrywała z niedowierzaniem, Raudia złapała za ramie swoją koleżankę.
- Vorka, nie, no co ty! po prostu on jest za głupi żeby sobie coś takiego wymyślić, poczekaj moment. - to powiedziawszy przeniosła wzrok na brata, podeszła krok bliżej:
- Co jest? O co chodzi? Gdzie mam iść?
- Ja miałem przyprowadzić tylko siostrę. - Rzucał spojrzenia przez ramię Raudii na jej towarzyszkę. Po czym ściszył głos niemal do szeptu, wolał nie próbować mowy palców nie wiedząc jak dobrze sobie z nią radzi oryginalny Baragh. - Pierwsza Córka mnie zabije jeśli nie wykonam zadania.
Raudia wyciągnęła szyję do góry, jakby zupełnie wspomnienie najważniejszej domowej szlachty w luźnym kontekście jej własnej osoby dodało jej samej więcej klasy. Raudia chwyciła jego dłoń przyciągając do siebie po czym obdarzyła koleżankę przepraszającą miną.
- Vorka ja ciebie najmocniej przepraszam, przyprowadzę ci go z powrotem dam ci go na dłużej, oboiecuję! - Vorka stała przez chwilę niezadowolona.
- No dobra, trzymam cię za słowo Raudia - to powiedziawszy odwróciła się i odeszła. Raudia szarpnęła brata za rękę.
~ Ty pojebie, na chuj ci bogini dała te paluchy? Jak ich nie będziesz używać to ci je upierdolę. Gdzie idziemy?
~ Poprowadzę - odparł drżącymi dłońmi. Nie było trudno udawać drżenie jeśli tylko wiedziało się jak odpowiednio napiąć mięśnie, na szczęście tego nauczył się jeszcze wcześniej niż naśladowania głosów innych. Po chwili prowadził już “siostrę” do miejsca gdzie czekała ją śmierć i jej doppelganger.
Batagh szedł pierwszy, prowadząc za sobą Raudię, trzymającą jego nadgarstek w żelaznym uścisku. Kiedy kluczący mężczyzna skręcił za róg grzybowego żywopłotu, zniecierpliwiona siostra zapytała półszeptem
- Długo jeszcze?
- Jesteśmy na miejscu
- Odpowiedział Raudi jej własny głos za jej plecami. Drowka odwróciła się ze zdziwieniem, dłoń, zupełnie własna zacisnęła się na jej twarzy - kobieta jęknęła ale tylko raz. Baragh mógł obserwować jak jedna Raudia trzymała drugą za twarz i obserwowała z satysfakcją, jak jej ofiara powoli więdnie, opada na kolana z rękoma spuszczonymi po sobie. Po chwili, jedyną siłą trzymającą drowkę w powietrzu była dłoń jej sobowtóra-nemezis. Kiedy Raudia w końcu puściła kobietę, z twarzy prawdziwej córki Aleanviirów pozostała wysuszona trupia maska. martwe oczy odpłynęły w tył. Raudia spojrzała na brata.
- Wróciłam, cieszysz się?
- Moje serce drży z przerażenia i podniecenia zawsze gdy mogę podziwiać twą moc najdroższa siostro. - Odparł Lorash-Baragh ze szczerym podziwem.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died
Googolplex jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168