Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-08-2016, 14:03   #1
 
Corrick's Avatar
 
[D&D 3.5 DL] Port Balifor

Port Balifor? Oj tak, to było wspaniałe miasto... Cud architektury! Zbudowane na palach, praktycznie z każdej strony otoczone morzem... Ech, te wszechobecny zapach morskiej wody, tej soli, przemokniętych kadłubów statków kupieckich, wojennych, pirackich... Tam panował wolny rynek! Wypływając z Baliforu mogłeś walczyć przeciw kompanom, z którymi wczorajszej nocy obalałeś beczułkę rumu! Ha! Na wodzie mogliście być największymi wrogami, ale na lądzie... Albo raczej na deskach Portu obowiązywało zawieszenie broni! Ech... Piękne to były czasy...



Wpływając do Zatoki Balifor, w pierwsze zabudowania Portu, z daleka witały was zapach pieczone mięsa i najlepsze ladacznice Krynnu! I nie było że ten szczerbaty, a tamten minotaur czy elf! Najlepsze, dla każdego! Dla każdego coś miłego, jak to mawiali... Wszystko trafił szlag parę lat po Smoczej Czystce czy jak to zwą historycy...

Nadciągnęła Malystryx, ogłaszając się panią tego terenu i niszcząc część miasta. Późniejsze kataklizmy, które targały tym rejonem, podobnież były sprawką Czerwonej. Olbrzymie fale, wybuchy podwodnych gejzerów i wulkanów, również pustoszyły miasto. Nie zawijało tu tyle statków, co niegdyś, ustały karawany lądowe, słowem, skończyły się pieniądze. Wszechobecne kurestwo wyszło z ludzi ze zdwojoną siłą, a całość przypieczętował atak smoczycy, która spaliła miasto...



Port Balifor został doszczętnie spalony. Nie ostały się nawet te bale, które znajdowały się pod powierzchnią morza… Na szczęście, znalazł się pewien człek (a raczej należałoby powiedzieć, krasnolud), znany jako Renshar Morgenes, który poprowadził niedobitki ludu i, zmuszając ich do wspólnego wysiłku, odbudował miasto. Stawiano kamienne domy na lądzie, chcąc umknąć przed wzrokiem Czerwonej. Nie minął rok, a kurestwo w mieście odżyło.

Wszechobecne kradzieże, coraz częstsze bijatyki między żeglarzami, którzy ponownie zawijali do Portu... To nie miało prawa umknąć oczom nowego namiestnika miasta. Renshar powołał do działania Straż, której szeryfem został jeden z kilkuset kenderów zamieszkujących nowy Port – Harlowe Barstool. Jego strażnicy szybko zaprowadzili porządek w panującym tam burdelu...



Oj, oni to się nie pierdolili z nami… Nie cackali, znaczy się. Jak się któremuś podpadło, to w mordę, kajdany i do ciupy na noc. Szybko sobie poradzili z bajzlem, oj tak... Życie znów zaczęło biec spokojnie, gdyż Renshar chciał za wszelką cenę utrzymać status quo, neutralność znaczy się, Portu. Wzrosły zyski, ale ta, jakby to rzec, sielanka, nie trwała zbyt długo...

Przybyli w nocy, jak na sługi ciemności przystało. Szturmem wzięli bramę, magią zastraszyli mieszkańców i „przejęli” miasto. Rycerze Takhisis, bo tak się zwali, trzymali miasto za mordę. Jeśli strażnicy się cackali, to ci nie mieli żadnych sentymentów. Krzywe spojrzenie równało się pobiciu. Pyskówka podobnie. Atak w kierunku jednego z nich? Samobójstwo! Skurwysyny wybudowały sobie fortecę przy murach. Wznieśli ją z kradzionych cegieł, a stacjonująca tam armia stawała się coraz częstszym gościem na ulicach...

Wśród ludzi zaczęło się gotować. Wytrzymaliśmy niecałą dekadę tej tyranii, planując i czekając na odpowiednią chwilę do natarcia. Imć Korn Thistleknot, przywódca kenderów, poprowadził ten szturm we współpracy ze Stalowym Legionem. Walki trwały długo, ale Rycerze Takhisis ostatecznie przegrali bitwę o Port, co znów zwróciło uwagę Czerwonej...

Minął może rok od ostatniego ataku Malystryx na Port, a spalone domy wciąż są gorące. Dzielnica, którą zniszczyła nazywana jest teraz pieszczotliwie Gloom Town – jest ciemnym, nieprzyjaznym miejscem. Mieszkają tam tylko żlebowcy, nieprzywiązujący wagi do rzeczy materialnych kenderzy i złodzieje. Niegdyś mieszkali tam różni ludzie, również strażnicy z rodzinami, ale płomienie Czerwonej spopieliły ich żywcem. Ponoć czasem, gdy przyłoży się ucho do takiego szklistego kamienia, można usłyszeć jęki małych dzieci i przerażone krzyki ich rodziców, którzy palili się żywcem...

Anzelm, wilk morski i obieżyświat
Opis portów Krynnu



24 Corij 422 AC, Wiek Śmiertelników

Może i kiedyś Port Balifor był pięknym miastem, cudem architektury czy jakkolwiek chcielibyście to nazwać. Może, ale to było dawno. Teraz drewniana brama miejska odstraszała, podobnie jak opuszczone budynki i na wpoły zniszczony posterunek Rycerzy Takhisis, który wyzierał zza murów. Kilku strażników, którzy je patrolowali, wyglądało na mocno znudzonych i znużonych pełnioną wartą. Miasto nie wywierało dobrego wrażenie również od drugiej strony – kilka drewnianych molo, które wybiegały w stronę morza nie pozwalało na cumowanie zbyt dużej liczbie statków, dlatego pejzaż spalonego Gloom Town na południu był widoczny z dostatecznej odległości, by nikt nie chciał tam dokować. Kręcące się gdzieniegdzie w tej okolicy istoty różnych ras nie sprawiały wrażenie ani przyjaźnie nastawionych, ani zbytnio zadowolonych z życia, gdy na nich spoglądano.

Wyjątkiem byli celnicy i kenderzy. O ile tym drugim trudno się dziwić, gdyż oni zawsze wyglądają pogodnie i przyjaźnie, o tyle tych pierwszych wręcz rozpierała duma, gdy mogli pracować w pobliżu Gloom Town. - Łatwy zarobek - jak mówili niektórzy. Nieliczni dodawali jeszcze - O ile przeżyje się dniówkę...


Główne arterie miasta tętniły życiem, o ile można użyć takiego stwierdzenia w tak małej mieścinie. Ludzie i przedstawiciele innych ras przechadzali się wzdłuż straganów, wybierając towary codziennego użytku, doprowadzając sprzedawców różnej maści niemal do szału, gdyż godzina była już późna. Do doków zawijał właśnie ostatni statek, a słońce chyliło się już ku zachodowi. Tawerny przy porcie pękały w szwach, jednak większość marynarzy wracała nocą na statek. Liczni podróżni wykupili już znaczną część miejsc noclegowych, toteż w wielu karczmach albo bezradnie rozkładano ręce, bądź też proponowano nocleg w stajni. Za opłatą, oczywiście. Gdy przybysze kręcili nosem na tak szczodrą ofertę, odsyłano ich do „Madame Butterfly”, mającej szemraną opinię karczmy w slumsach. Ponoć można było tam stracić nie tylko sakiewkę, lecz również zdrowie, rozsądek, a jeśli miało się pecha, pewnie i organ czy dwa.

Oberża ta, wzniesiona ze spróchniałych i zniszczonych przez pogodę belek, co było łatwo widoczne za dnia, w złotawym świetle zachodzącego słońca jawiła się niczym wielkomiejska rezydencja księcia. Spękane szyby skrzyły się ostatnimi błyskami dziennego światła, a skryty w cieniu dach uniemożliwiał zlokalizowanie dziur i łat, które go zdobiły. Może właśnie to sprawiło, że gospoda była dzisiejszego wieczora nabita niczym pańska sakwa, a może to cotygodniowy konkurs pijacki, organizowany tutaj od dobrego roku.



Wewnątrz, gospoda nie prezentowała się dużo lepiej. Na podłodze leżały drzazgi i resztki szklanych kufli, pamiątka po ostatniej bijatyce. Teraz środek sali zastawiony był skrzynkami, które służyły jako stołki oraz beczkami, na których ustawiano cynowe kufle. Właściciel tego przybytku widać stwierdził, że lepiej jest wykorzystać materiały odpadowe, niż inwestować kilka razy w tygodniu w nowe meble, które i tak zostaną zniszczone. Na środku ustawiono trzy beczki, na których położono koło z wozu, tworząc w ten sposób improwizowany stół do konkursu.

Kilka wolnych „stolików” w rogach dużego pomieszczenia stało pustych. Stojący naprzeciw wejścia olbrzymi szynkwas oblegany był przez stałych bywalców. Nikt tu nie zwracał uwagi na obcych, do czasu aż wybuchła burda. Wtedy walka toczyła się drużynowo: miejscowi kontra obcy. Na szczęście, dzisiejszego wieczora było względnie spokojnie. Karczemne bijatyki raczej nie wybuchały w dniu konkursu, gdyż przed rozpoczęciem wszyscy zbierali siły, natomiast po rozpoczęciu, ochroniarze wynosili ochlapusów na ulicę czy do pokoi. Jedynie Edelmann Termyen, miejscowy mistrz picia, wychodził stąd o własnych siłach.


Krasnolud ten, będący również członkiem straży miejskiej, właśnie zbierał zapisy na dzisiejszy konkurs.
- Ej, szczury lądowe! Zbierać się! Psie syny, zaczynamy zaraz konkurs! Wchodzimy do puli za jedną stalową monetę, podbijamy o jedną po każdej kolejce i zwycięzca zgarnia wszystko! - przypomniał zebranym zasady stare, niczym ta „oberża”. - Po dziesięć minut na kufelek! Zaczynamy od Czerwonego Karła, potem Gwałtowny Wąskodupiec, Pijany Trzmiel, Toczący się Kender, Postrach Mórz, Madame Butterfly i na koniec, Ostatni Sprawiedliwy! - krasnolud ustalił kolejność trunków na dzisiejszy wieczór. Szybkie spojrzenie na barmana, który potwierdził dostępność tych rodzajów piwa, tylko rozochociło brodacza. - To jak, znajdą się chętni?!

Trzech miejscowych poderwało się z siedzeń i ruszyło do dużego stołu na środku. Gdy zasiedli, poza krasnoludem, pozostało jeszcze kilka wolnych miejsc. Tradycja mówiła, że konkurs nie może się zacząć bez dziesięciu uczestników – wynikało to z faktu, że po drugiej kolejce odpadała prawie zawsze połowa zawodników i Edelmann nie miał z kim pić.

Tak się złożyło, iż przepełnione miasto pchnęło was właśnie w objęcia Madame Butterfly.
 
Załączone Grafiki
File Type: jpg sZArWf0.jpg (29.5 KB, 12 wyświetleń)
lastinn player

Ostatnio edytowane przez Corrick : 29-08-2016 o 14:30.
Corrick jest offline  
Stary 29-08-2016, 21:14   #2
tajniacki blep
 
sunellica's Avatar
 
To nie była długa podróż, a przynajmniej nie dla Tili…
Pierwszy rejs kenderki upłynął w przyjemnej atmosferze waletowania wraz ze szczurami na pokładzie, niewielkiego statku o wdzięcznej nazwie „Skrzydlata Cycolina”, która zdążyła zostać okrzyknięta przez swych marynarzy nawiedzoną łajbą, której potrzeba egzorcyzmów, a najlepiej rozebrania i spalenia. Bowiem przez wszystkie dni podróży, nikt z załogi nie zorientował się, iż płynie z nimi kender… płci żeńskiej w dodatku. TOŻ TO PODWÓJNE PRZEKLEŃSTWO!
Nie zorientowali się ani wtedy, gdy włamała się do spiżarni i podkradała jedzenie, zostawiając po sobie wszędzie okruszki i ogryzki, ani wtedy, gdy buszowała między załadunkiem szukając czegoś błyszczącego i ładnego, ani wtedy, gdy zaplatała warkoczyki na brodach śpiących marynarzy, ani nawet wtedy… gdy rozpaliła raz ognisko bo… było jej zimno i zapragnęła pieczonej ryby.
Łajba była nawiedzona. Każdy chłop był tego pewien. Sam kapitan zdążył doszczętnie osiwieć i zaprzestał spania w swojej kajucie, gdyż raz pozostawione przedmioty… nigdy więcej już nie były na tym samym miejscu, a map nie dało się odczytać przez mroczne i kultystyczne rysunki demonów z samego dna piekieł…
Tak… podróż Sroczce całkiem przypadła do gustu i na pewno w niedalekiej przyszłości, zechce ją powtórzyć. Tymczasem jednak, czekał na nią nowy, niezbadany ląd i kawałek niezapisanej mapy, którą musiała uzupełnić w brakujące punkty. PRZYGODA!

Wszystko w mieście było takie nowe, obce, ciekawe, niesamowite, pasjonujące, warte sprawdzenia, przeszukania, zapukania, wsadzenia weń łapki i co najważniejsze… zatrzymania się i porozmawiania! Białoboczka była taka szczęśliwa, że nie wiedziała od czego ma zacząć… cały swój pierwszy dzień spędziła więc na bieganiu po ulicach miasta z radosnym krzykiem pomieszanym z podziwem i fascynacją, gdy trafiła na co bardziej błyszczące szczątki spalonych domostw.
Nie ominęły jej też bliskie spotkania z tutejszymi mieszkańcami, którzy zwabieni jej nienaturalnym wyglądem z początku myśleli, iż trafili na łatwy kąsek do ograbienia. Nic bardziej mylnego, o czym szybko się przekonali. Przekonała się też także straż, że uciekający kender jest jak rozpędzony smok… nie do złapania i nie do zatrzymania…

Karczma „Madame Butterfly” była… inna niż inne karczmy jakie dotychczas zwiedziła. Głośna. Bardzo „męska”. I tak pomysłowo urządzona. Siedząc na skrzyni, mazała coś piórem na zwitku pergaminu, rozłożonym na beczce. Siedziała sama… w ciszy… nie dlatego, że była kenderką. W tym mieście było to dość powszechne i normalne. Coś jednak niepokoiło obserwatora, który postanawiał trzymać się od Białoboczki z dala. I tym czymś był jej wygląd…

Długaśne białe, włosy, niczym letnie, pajęcze nitki, splecione miała w cieniutkie warkoczyki, które upięła w wielgachny kok na czubku głowy. Ogromne, skośnawe oczy, o przeźroczystych rzęsach z białymi końcówkami, miała barwy jasnego, mlecznego błękitu, a gdy patrzyło się na nią z ukosa i w jasnym świetle… barwa ta przypominała różowawy fiolet jak u dzikiego zwierzęcia. Pergaminowa skóra usiana jasnymi piegami, przez którą widać było pajęczynę żyłek, prawie zawsze była zaróżowiona jakby od niezdrowego rumieńca. Spiczaste uszy nadawały jej króliczy wygląd i tylko czekać, aż kobieta nimi nerwowo zastrzyże.
Nawet ubiór miała dziwny… Taki… Jasny… Pudrowy. Gdy siedziała tak przy beczce, rysując coś zawzięcie z wywieszonym językiem, szurała beztrosko nóżkami we fiołkowych, wysokich i skórkowych butach na płaskim obcasie. Płócienne spodenki i koszulkę musiał chyba zabarwić kwiatowy pyłek, gdyż posiadały przyjemną mleczno-cytrynową barwę. Nawet ćwiekowana skórznia była kolorowa. Beżowa, niczym skórka młodego orzeszka.
Całość wieńczyła peleryna, szeroka, powłóczysta i… groszkowa.

Tili była wyjątkowym okazem kenderzego albinosa, który lubował się w pastelowych kolorach. Bogowie… gdzie jesteście?
 
__________________
"Sacre bleu, what is this?
How on earth, could I miss
Such a sweet, little succulent crab"

Ostatnio edytowane przez sunellica : 30-08-2016 o 17:49.
sunellica jest offline  
Stary 30-08-2016, 00:10   #3
 
Googolplex's Avatar
 
Las był ich domem, las był ich życiem. Biegli ile sił w nogach, przez chaszcze, przez wydeptane ścieżki. Prowadził najstarszy, najbardziej doświadczony. Znał wszystkie kryjówki, wiedział gdzie polować. Gdzie znaleźć wodę. Prowadził ich zawsze bezbłędnie.
Biegła z pozostałymi, w ustach czuła już smak zdobyczy. Biegła wraz z innymi, ufała przewodnikowi jak inni. W tym życiu nie było miejsca na wątpliwości, liczyła się chwila.
Czarne ślepia mignęły za zaroślami. Serca zabiły zgodnym rytmem. Przyspieszyli tak że las zdawał się jej smugą brązów i zieleni. Słyszeli jak zdobycz ucieka a ich krew zawrzała. Czuła jak serce pompuje żywy ogień jej żyłami. Pęd powietrza wysuszał oczy i usta.
Przewodnik dał znak, rozdzielili się. Ona pobiegła na lewo, będzie zaganiała. Mięśnie ją paliły, przyspieszyła. Ofiara uciekała na oślep, wprost w pułapkę. Usłyszała krzyk umierającej łani, poczuła w powietrzu metaliczny zapach krwi. Dziś pójdzie spać z pełnym brzuchem.


Przewodnik zwolnił kroku. Odwrócił się w stronę z której wiatr niósł zapach morza i dymu. Stał tak w milczeniu dłuższą chwilę a inni poszli za jego przykładem spoglądając niepewnie, z nadzieją i strachem. W końcu podjął decyzję i ruszył drogą okrążając nieznany teren. Pozostali ruszyli za nim, wszyscy z wyjątkiem jednej. Stała rozdarta między podążaniem dalej z przyjaciółmi a ciekawością.
Odłączyła się od grupy, znała dobrze ich ścieżki, znajdzie przyjaciół gdy zapragnie powrócić. Oni też ją znali, wiedzieli, że czasami odchodzi, akceptowali ją taką jaka była. Byli jak rodzina…

Z początku dziwnie na nią patrzyli, później kiedy weszła na twardą drogę jakby się uspokoili. W pełni jej to odpowiadało. Oglądała sobie ludzi i ich poczynania idąc w cieniu budynku. Ktoś rzucił coś w jej stronę. Powąchała podejrzliwie, następnie zjadła. Poczuła na głowie czyjąś rękę mierzwiącą jej futro. Słowa, była pewna, że to słowa ale jakieś takie nieskładne, dziwne, chropowate, jakby słowa też mogły być jeżami. A jednak nie wydawały się być groźbą.
Trąciła nosem dłoń dziękując na poczęstunek po czym ruszyła dalej.

Kilka chwil które zamierzała tu spędzić zmieniło się w prawie cały dzień a w dodatku kiedy już miała wracać coś przyciągnęło jej uwagę. Ludzie zbierali się w jednej z tych jaskiń które budują z drewna i kamieni. Walczyła z pokusą lecz i tym razem jak wielokrotnie wcześniej przegrała bitwę nim się naprawdę zaczęła. Podążyła za jednym człowiekiem i wśliznęła się z nim do środka. O i jakże dobrą okazała się ta decyzja, mogła bowiem podziwiać zabawy jakimi ludzie się oddawali. Od razu też poczuła się raźniej widząc, że nie różnią się tak bardzo od jej przyjaciół. Podeszła bliżej ognia, zawsze lubiła ogień, był jak przyjaciel, taki ciepły i miły. Tam też się ułożyła wygodnie by nie przeszkadzać w zabawach, jeszcze ich za dobrze nie rozumiała.

I tak oto w karczmie pojawił się nowy gość, nieco inny od pozostałych. Sporych rozmiarów biały owczarek wylegujący się przy ogniu. Spokojny i przyjazny, i tylko kiedy spojrzeć pod pewnym kątem nieco za bardzo przypominał wilka.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died

Ostatnio edytowane przez Googolplex : 30-08-2016 o 00:20.
Googolplex jest offline  
Stary 30-08-2016, 17:42   #4
 
Demogorgon's Avatar
 
muzyczka

Gdzieś w kącie, przy jednej z beczek potężny minotaur spokojnie raczył się posiłkiem. Siedział na ziemi, bo żadna ława nie utrzymałaby kolosa w pełnej zbroi. Był zbyt głodny, aby tracić czas na zdjęcie jej. Przez cały dzień odbijał się od jednego miejsca w porcie do drugiego, szukając wolnych miejsc. Bezskutecznie. Po drodze kupił sobię trochę owoców,ale zaraz oddał jakiejś grupce bezdomnych.Oni potrzebowali ich bardziej. Dał też odrobinę suszonego mięsa chłopcu przyłapanemu na kradzieży ze straganu. Wcześniej porozmawiałz dzieckiem i właścicielem. Wyjaśnił temu drugiemu, że chłopczyk jest jedynie głodny, a nawet skłoniłdo dania mu jakiejś pracy w zamianza jedzenie. Drugiego z kolei przestrzegł przed kradzierzami. Rozgonił też grupkę bandytów, którzy napadli na jakiegoś Błotnego Krasnoluda.
Innymi słowy, miał pracowity dzień i bardzo burczało mu w brzuchu.

Pamiętał czasy na arenie. Tam jadł co mu rzucili, mięso, stary chleb, co było. Z czasem zaczął zarabiać na siebie i na lepsze jedzenie. Potem wyszedł na wolnośc i jadł całkiem dobrze w społeczności wyznawców Kir-Jolitha. Nigdy nie wymagałwiele. Ale potrafił docenić dobre jedzenie. Kto raz zaznał głodu, juz go nie zapomni. Zupa i chleb które jadł teraz moze nie były najlepsze, ale był za nie wdzięczny.

Nie interesowała go pijacka gra. Zbyt wiele alkoholu źle na niego działało.Wzbudzało stare wspomnienia i stary gniew.A on nie był już tamtą osobą. Nie był wściekłym lwem rzucajacym się na każdego. Teraz był innym lwem. Lwem broniącym stada przed wilkami. Jakkolwiek nie potrafił wyaśnić tego nikomu. Zapewne Kir-Jolith nie chciał,aby jego droga była za łatwa. Nie może pokazać ludziom nowej ścieżkii pozyskać ich słowami. Nie, tupotrzeba czynów. Co zrobił dzisiaj było kolejną, małą cegiełką w jego micji. Szedł do przodu bardzo powoli. Ale nie cofał się nigdy.
 
Demogorgon jest offline  
Stary 30-08-2016, 17:48   #5
tajniacki blep
 
sunellica's Avatar
 
Kiedy ludzie się bawili, wilczyca obserwowała. Próbowała zrozumieć dlaczego to śmierdzące, jak zgniłe owoce, coś było tak przez nich lubianym napojem. Pamiętała dobrze jak się czuła kiedy będąc małą sama najadła się przejrzałych i trochę nadpsutych owoców, czuła się potem tak bardzo dziwnie. Jeśli więc to, co pili działało podobnie to już w ogóle nie potrafiła zrozumieć ludzi. Jak można było tak sobie szkodzić, no chyba, że się myliła i…
Uwagę wilczych oczu ściągnęła na siebie postać, która nie brała udziału w zabawie, niewielka w stosunku do innych ludzi, pewnie ich młode. Ale dlaczego się nie bawiła? Czuła się źle? Może ją coś bolało? Poczciwa dusza wilczycy nie mogła tego tak zostawić, ruszyła w stronę niewielkiej osóbki, a będąc tuż za nią, trąciła ją zaczepnie nosem w kark.
Kenderka machnęła głową, wprowadzając kok w wesołe bujanie. Była w trakcie rysowania śmiesznie spalonego domku, który wyglądał jak płaskorzeźba, przypominająca latającego psa z wężem zamiast ogona. KONIECZNY PUNKT DO ZWIEDZENIA!
Nabazgrawszy na chybcika kilka kresek, które w teorii były owym psem, odwróciła się z impetem w stronę “intruza” przy okazji przerzucając nogi na drugą stronę i mało nie kopiąc czworonoga przed sobą.
- Ojej… - zaciekawiona kobieta, przekręciła lekko głowę na bok, wpatrując się w białego kundla. - Zgubiłeś się? Mieszkasz tu? Jesteś głodny? - łaskocząc piórem nos zwierzęcia, zasypała go gradobiciem pierwszych pytań.
Wilczyca kichnęła, raz i drugi w twarz dziewczyny, po czym liznęła ją również dwa razy. Trajkotania nie zrozumiała w ogóle, ale z tonu wywnioskowała, że mała jest chyba czymś zmartwiona albo… zaciekawiona.
Trąciła małą osóbkę raz jeszcze nosem i niemal władowała swój pysk na jej kolana. Wśród jej przyjaciół to zawsze było dobre pocieszanie i zapewnienie o przyjaźni. Zapewne i ta nowa przyjaciółka to zrozumie.
Tili była zdumiona, zazwyczaj zwierzęta od niej uciekały, jakby przeczuwały nadciągający armagedon z jej strony. Klepiąc przyjaźnie zwierza po pysku, rozejrzała się po pomieszczeniu i znajdujących się w niej osobnikach. Ktoś z nich, na pewno był właścicielem psa. Albinoska postanowiła go “odszukać”...
- Chodź! Znajdziemy twojego Pana, bo na pewno się zgubiłeś i jesteś głody, a ja mam tylko elfie sucharki, które nie przypadną ci do gustu… nawet gołębie nimi gardzą. Nie polecam. To powiedz, czy twój Pan jest człowiekiem? Elfem? Kenderem? Krasnoludem? To Pan czy Pani? Duży, mały? Poczekaj, schowam tylko swoją mapę. Wiesz, że robię mapę? Dla kenderów, czyli dla mnie i takich jak ja. Czy psy robią mapy dla siebie? Oczywiście, że nie robią. Jesteście tylko psami. Bez obrazy oczywiście. Chodź do tego krasnoluda. Krasnoludy są mądre… ten jest rudy, ale podobno nie można oceniać po pozorach. No to chodź! - wyginając się do tyłu, zgarnęła łapką zwitek pergaminu, rolując go błyskawicznie i chowając do ozdobnego tubusika u pasa. Gęsie pióro, wetknęła sobie we włosy, tworząc kleksa na kilku warkoczykach.
- Hoop hoop Paaanie krasnoluuudzie! - zapiszczała wesoło, ruszając dziarskim krokiem i z wyciągniętą dłonią na przywitanie.
Rudobrody krasnolud odwrócił się w stronę kenderzycy z uśmiechem na ustach.
- Mamy kolejnego śmiałka! - wykrzyknął. - Oto i kenderka z jakimś kundlem! Jak się zwiesz, malutka? - zapytał, mierzwiąc jej włosy. - Tylko nie wylewaj, żebyś i psa nie upiła! - ten niezbyt skomplikowany żart wywołał salwę śmiechu na sali.
Sroczka nie za bardzo wiedziała o co chodzi, ale właśnie została okrzyknięta mianem śmiałka! To jej się bardzo spodobało. Uradowana, przez chwilę polowała na toporną dłoń krasnoluda, by w końcu ją pochwycić i zamaszyście potrząsnąć. - A jakże, jestem śmiałkiem. Nazywam się Tili, Sroczka Białoboczka! A ty jak się nazywasz? Znalazłam tego oto psa, ale… może to jest suka? Nie wiesz przypadkiem, gdzie jest jego właściciel? - wesoło bujając się na stopach, kiwała głową na boki wyczekując odpowiedzi.
Krasnolud buchnął radosnym śmiechem. - A więc, droga Tili, droga nasza Sroczko, witaj w naszej grze! Ja nazywam się Edelmann Termyen, jestem tutejszym mistrzem! Wielka sława cię czeka, jeśli mnie pokonasz! Ale, ale… Pytałaś tu o coś. - przyjrzał się białemu psu - Nie, pierwszy raz ją widzę. Nie jest psem strażników, co to, to nie. Chyba dziki. - krasnolud ujął delikatnie sznupę psa w swoją dłoń. Pachniała drewnem, potem i płótnem, a także odrobiną alkoholu. - Skąd się tu wzięłaś? - zapytał cicho, patrząc zwierzęciu w oczy.
Gdyby nie ostry zapach alkoholu mogła by nawet go polubić, lecz teraz jej nos odmówił posłuszeństwa i szybko wyrwała pysk z dłoni krasnoluda chowając się za Sroczką. Było jej niesamowicie głupio z powodu tej reakcji ale cóż począć, czasami instynkt brał górę.
Tili główkowała chwilę nad słowami krasnoluda, by w końcu klasnąć w ręce. - Skoro jesteś mistrzem i ja cię pokonam to stanę się mistrzem i zyskam wielką sławę i w ten oto sposób wszyscy będą wiedzieć, że mam psa, który szuka swojego PANA! Wchodzę w to! - dumna ze swojego genialnego pomysłu, obejrzała się na sprawcę całego zamieszania, który aktualnie chował się za jej plecami. - To jak mam cię pokonać? W czym? Jestem całkiem dobra w bieganiu więc nie licz, że utrzymasz zbyt długo swój tytuł!
Krasnolud klasnął w dłonie. - Ha! Droga Tili, to konkurs pijacki! Pijemy, a mistrzem zostaje ten, który utrzyma się po sześciu kolejkach! Jeśli będzie nas więcej, pijemy, aż zostanie tylko jeden!
- W piiiciu? - kobieta na chwilę straciła rezon, jakby nie do końca przekonana, czy ten pomysł jest aby na pewno odpowiednio zabawny. W końcu jednak wzruszyła ramionami. - Dobra! Ale pies też pije! Ja za niego zapłacę!
- Pies będzie pić?! - krasnolud krzyknął ze śmiechu. - To mamy historyczny konkurs dzisiejszego wieczora! Mamy więc dwóch nowych zawodników w naszej zabawie! Tili, zwana Sroczką oraz… jak nazwiemy tego pieska? - zapytał kenderkę Edelmann.
Kenderka nadęła policzki oglądając zwierzaka ze wszystkich stron i w ten sposób odkrywając, że pies nie był psem… a suką. - Silvana Wściekły MLASK! - zawyrokowała, wykrzykując imię czworonożnej zawodniczki.
- Powitajcie więc Silvanę Wściekły MLASK, kompana naszej drogiej Tili! - psina została przywitana przy akompaniamencie wiwatów i śmiechu.
 
__________________
"Sacre bleu, what is this?
How on earth, could I miss
Such a sweet, little succulent crab"

Ostatnio edytowane przez sunellica : 02-09-2016 o 15:18.
sunellica jest offline  
Stary 30-08-2016, 18:59   #6
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Łajbą kiwało, jakby targały nią nie wiadomo jakie fale, co było rzeczą dość dziwną, jako że Khurman było dość spokojne, a wiatr miał dość siły, by pchać 'Mewę' do przodu, z każdym podmuchem przybliżając statek do celu.
Haran po raz kolejny zwątpił, czy pomysł, by właśnie 'Mewą' wyruszyć do Balifor, był najlepszym z najlepszych. Może powinien był poczekać parę dni, i wyruszyć czymś solidniejszym. Ale wydawało mu się, że Stephenowi zależało na tym, by przesyłka dla Złocisza dotarła do adresata jak najszybciej. Najwyraźniej nie powinien był się aż tak spieszyć.

* * *

Wysoki, ubrany w ciemny płaszcz z kapturem mężczyzna rozejrzał się dokoła, ledwo zszedł z położonego na brzeg trapu.

Balifor rozczarował.
Albo i nie - wszystko zależało od tego, czego się człowiek spodziewał. Haran o mieście nie miał najlepszego zdania, przynajmniej od chwili gdy się dowiedział, co smoczyca zrobiła z miastem. A tu proszę - nawet się okazało, że budynki sobie stoją (co prawda w mniejszej ilości, niż się spodziewał, ale stały), a na ulicach ruch był całkiem niezły.
W gospodach, niestety, również.
Odsyłany z miejsca na miejsce Haran trafił w końcu do gospody, której sława do najlepszych nie należała. Może z tego powodu plotki głosiły, iż nawet pokoje można tu dostać?
Haran ściagnął kaptur i podszedł do lady, za którą królował właściciel przybytku - bardziej zajęty obserwowaniem konkursu piwnego, niż dbaniem o gości.
- Pokój na noc - poprosił Haran.
- Sztuka stali - odparł karczmarz.
- I kolacja - dodał Haran.
Karczmarz skinął głową.

Haran rozsiadł się przy jednym z pustych stołów, w samym rogu izby, by ze spokojem móc obserwować wszystkich.
Gdy przez nim pojawił się talerz, zabrał się za jedzenie. Wolał to zrobić szybko. Nigdy nie było wiadomo, kto w takiej nie najwyższej klasy spelunce zacznie awanturę, a wtedy o spokojnym dokończeniu kolacji nie byłoby mowy.
 
Kerm jest offline  
Stary 30-08-2016, 20:10   #7
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Konsekwentnie używał swojego imienia i przydomku. Co prawda wśród plemienia Mikku znajomość narzecza Mayakhur nie była powszechna, ale języki były na tyle podobne, że wielu patrzyło na dziwnego młodzieńca podejrzliwie i pogardliwie. "Zhańbiony" wśród ludu mającego obsesję na punkcie honoru i dobrego imienia nie było najbardziej pożądanym określeniem a właśnie to znaczyło Talving. Przyjmował te reakcje szerokim uśmiechem. Jeśli na twarzy Khurczyka pojawiał się gniew kładł dłoń wymownie na rękojeści sztyletu, który wzorem ludu z którego wywodziła się jego matka miał zatknięty za pasem. Dalej posunął się tylko raz, za pierwszym razem, gdy postawił nogę w Ak-Khurman.

Białowłosy, błękitnooki, smukły młodzieniec odziany w łachmany ledwo zakrywające wstydliwe miejsca za to z jaśniejącą kuszą w dłoni i masywnym złotym pierścieniem na palcu. To musiało zwrócić uwagę. Gdy podchodził do głównej bramy otoczyli go poganiacze jednej z karawan oczekujących na wpuszczenie do miasta. Po kolorystyce strojów bezbłędnie rozpoznał Hakurów- pomniejszy Mayakuhrski klan. Nienawidził wszystkich Khurczyków, ale plemię Mayakhur zajmowało "specjalne" miejsce w jego sercu.

Na rzucone "Komu to ukradłeś przybłędo?!" Talving wykonał swój gest. Pytającym był przewodnik karawany. Krępy i śniady Mayakhurczyk z końskim ogonem na szczycie szyszaka oznaczającym przywództwo był szpetny jak ork za sprawą dziesiątek blizn. Jego pas błyszczał mnóstwem cekinów. Wychowany wśród tego plemienia Talving wiedział, że każdy oznacza zabitego przeciwnika. Wszyscy obserwujący zajście byli pewni, że zaraz dokona się rzeź. Dlatego gdy głowa nomada wyparowała w błysku ognia wywołało to szok i panikę. Bezgłowy trup upuszczając dopiero co dobyte jatagany padł na wznak a ludzie pierzchli jak stado przepiórek kryjąc się za wielbłądami i w namiotach.

Ak-Khurman mogłoby być rajem dla kogoś takiego jak on. Kupieckie miasto nie za duże, nie za małe. Za "pożyczone"-jakby powiedział Kender, podczas wyprawy kamienie szlachetne kupił w miejscowym cechu rymarskim tytuł mistrza, znalazł się także opuszczony budynek w przystępnej cenie.

Jego warsztat od momentu otwarcia cieszył się popularnością. Ludzie przychodzili z ciekawości składać drobne zamówienia. Kiedy okazało się, że produkty są najwyższej jakości manufaktura stała się największym i najbardziej uznanym producentem siodeł i uprzęży na półwyspie.


***

- No więc mędrcze?

Białowłosy młodzian spoglądał wyczekująco na Al-Malikiego z dłońmi schowanymi w szerokich rękawach drogiej, ciemnoniebieskiej szaty.

-A tak, tak, pierścień. Zbadałem go jak prosiłeś- długobrody starzec wziął leżący wśród szpargałów na stole przedmiot.


Pierścień błyszczał w jego palcach zaś w czerwonym kamieniu zdawał się uwięziony ogień. Błyszczał trochę za bardzo jak na zwykłą sztukę biżuterii.

- Ładna rzecz muszę przyznać.

Talving westchnął. Zdawał się zniecierpliwiony.

-Napis starcze.

Al- Malik chrząknął nieco zbity z pantałyku. Normalnie zrugałby wyrostka i kazał mu iść do diabła, ale jak większość mieszkańców miasta obawiał się nieobliczalnego dziwaka. Poza tym pożądał jego stali a wiedział, że jest majętny.

-Tak napis. Oczywiście rozszyfrowałem go, ale kosztowało mnie to więcej pracy niż sądziłem. Ta wersja smoczego została zapisana nietypowymi runami. Musiałem się konsultować a wszystko kosztuje, więc...

Nim skończył o blat stołu uderzyła pękata sakiewka powodując, że wystraszony mędrzec wypuścił pierścień, który odtoczył się w kierunku brzegu stołu.

- To imię Serfigenkryon. Należało do mosiężnego smoka. Niestety nie mogę wiele więcej powiedzieć. Nie zapisał się niczym znaczącym w historii Krynnu.


Młodzieniec rzucił przed starca kawałek pergaminu.

-Zapisz mi to w tradycyjnym smoczym i wspólnym.


***

Miesiąc później białowłosy przemierzał uliczki Portu Balifor. Po odkryciu imienia jego poszukiwania gwałtownie przyśpieszyły. Walnie przyczyniły się do tego opłacone przez niego czary wieszczące rzucane przez napływających do Ak-Khurman z uchodźcami kapłanów.

"Swój cel znajdziesz za morzem!"


Powtarzało się jak mantra. To oraz opłacenie rejsu pochłonęły resztki jego majątku. Nie dbał o to. Ważne, że jest bliżej wyrównania rachunków z tym, który jest sprawcą nieszczęścia jego oraz matki.

Pytanie o smoki w mieście zniszczonym przez smoka nie było najlepszym sposobem zjednania sobie przyjaciół. Po tym jak wyrzucono go z jednej z karczm stał się ostrożniejszy. Ostrożnie dobierał rozmówców. Podawał się za wędrownego rzemieślnika, ale jego strój nie pasował do rymarza. Poza tym co do licha rymarz robi w mieście bez koni?

Próby badania granic Gloom Town nie przyniosły niczego ciekawego. No prawie.

W jednym z zaułków trafił na szczura zagonionego przez kota w kozi róg. Chwilę obserwował zmagania a widząc zajadłość z jaką mały szkodnik walczy o przeżycie uśmiechnął się. Kopnięciem odgonił kota i pochylił nad zdziwionym szczurem, który obserwował go ciekawie.


-Witaj. Mam coś co może ci smakować. No dalej na pewno nie jadłeś niczego tak dobrego.



Szczur z początku niepewnie chwycił odrobinę rzuconego mu suszonego mięsa. Spróbowawszy zaczął łapczywie pożerać smakołyk mrużąc przy tym z rozkoszą oczy.

-Mam tego więcej, patrz.

Uśmiechając się przebiegle położył następny kasek na swojej dłoni, którą podstawił tak by zwierzątko mogło na nią wejść. Nie mógł się powstrzymać by drugą delikatnie nie wysondować aury zwierzaka. Mimo, że nie było to żadne konkretne zaklęcie pozwoliło mu poczuć nastawienie obiektu. O dziwo jedyne co wyczuł to ciekawość. Gdy piętnaście minut później szczur siedział na jego dłoni kończąc konsumować kolejny kawałek suszonego mięsa Talving czuł jego radość i uśmiechał się. To wszak pierwszy przyjaciel w jego życiu.

-Dobra sierściuchu. Wygląda na to, że przez jakiś czas będziesz się trzymał moich zapasów. Nie mogę pokazywać się z jakimś tam bezimiennym szczurem. Wszystko co ważne i cenne musi się nazywać. Ty będziesz Rekus czyli żarłok.

Szczur przestał na chwilę jeść i przekręcił łebek wpatrując się w swego dobroczyńcę.

-Nie marudź. Mogło być gorzej zważywszy jak pachniesz. Trzeba coś z tym zrobić. Chodź!

Szczur chwycił w zęby kawałek mięsa i zwinnie po ręce przebiegł na ramię a stamtąd do kaptura w którym się usadowił.

Gdy trzy dni później siedzieli w „Madame Butterfly” Rekus już był dobrym przyjacielem. Siedział na ramieniu Talvinga chrupiąc suchara i popiskując w międzyczasie uwagi o towarzystwie w karczmie. Talving udawał, że pije i również obserwował. Przed nim na stole leżał nóż.


Młodzian od czasu do czasu popatrywał na sztylet jak na towarzysza nie na broń. Widząc napełniającą się karczmę pogładził rękojeść i powiedział.

-Zaraz znowu popytamy matko. Ten tłumek wygląda obiecująco.

Młodzian zręcznym ruchem zwinął sztylet i wstał kierując się w stronę baru.
 
__________________
Zawsze zgadzać się z Clutterbane!
Ulli jest offline  
Stary 01-09-2016, 23:38   #8
 
Googolplex's Avatar
 
Wilczyca była w centrum uwagi. I bardzo jej się to podobało, psie serce wręcz szalało ze szczęścia, że zyskała tylu nowych przyjaciół. Tylu wspaniałych nowych przyjaciół. Szybko jednak zauważyła, że nie wszyscy bawią się tak dobrze i zrobiło jej się troszeczkę smutno. No jak to tak pozwolić by część sfory nie brała udziału w zabawie, to nie było zdrowe, potem będą smutni co raz bardziej i bardziej i... ale jej nowa najlepsza przyjaciółka nie traciła czasu i już zmierzała do wielkiego rogacza. Wiec i ona sama postanowiła nie zwlekać dłużej z działaniem, zwłaszcza, że już wcześniej go zobaczyła. Był taki smutny i samotny, trzymał się tak bardzo na uboczu. Nie mogło tak być dłużej.
Pobiegła do mężczyzny w kącie sali przeciskając się miedzy biesiadnikami. Podeszła wolniej by go nie przestraszyć i znienacka skoczyła opierając przednie łapy na jego ramionach i liżąc mu twarz.
Jakie czułe powitanie... Haran skrzywił się odrobinę, gdy wilgotny ozór przejechał po jego twarzy. Osobiście wolałby, żeby to niewiasty rzucały mu się w objęcia, chociaż ostatnia, jaka chciała to zrobić, miała za sobą paru nieprzyjaźnie nastawionych zbrojnych. Może już lepszy był przerośnięty futrzak?
- Witaj! - powiedział, po czym pogłaskał psa (sukę? Nie miał zamiaru sprawdzać) po łbie. - Co robisz w tej spelunie? - spytał, nie oczekując zresztą na odpowiedź. - Kawałek kiełbasy? - zaproponował.
Reagował! Reagował na jej pozytywnie, więc była nadzieja, że jednak przestanie się smucić i izolować. Całą sobą pokazywała jak bardzo cieszy ją poznanie nowego przyjaciela.
No ale teraz trzeba było go zaprosić do zabawy, pomysł jak to zrobić nasunął jej się w postaci płaszcza mężczyzny. Ciesząc się, że wymyśliła tak genialny plan, chwyciła połeć płaszcza w zęby i zaczęła go ciągnąć. Starała się być przy tym bardzo delikatna. Jednak radość z poznania nowych przyjaciół i i rozweselenia już jednej przyjaciółki była tak wielka, że mogła pociągnąć odrobinę za mocno.
Haran nie miał najmniejszej ochoty na użeranie się z jakimś nachalnym kundlem, ale jeszcze mniej chęci miał by się ruszyć z miejsca. Zdecydowanie bardziej wolał siedzieć sobie spokojnie, niż odstawiać jakieś tańce z psami.
- Zostaw! - powiedział. - Idź do kogoś innego i nim się zajmij.
W jego głosie nawet głucha istota nie doszukałaby się chęci do zabawy.
- Idź stąd!
No jak to? Wilczyca była zbita z tropu, skamlała tarmosząc i ciągnąc ubranie mężczyzny. Przecież jeszcze chwilę temu był zadowolony, widziała to wyraźnie. Więc czemu teraz nie chce się bawić? Może był chory? Może coś go bolało?
Puściła jego ubranie i zaczęła obwąchiwać i oglądać szukając ran czy innych dolegliwości. Bezczelnie wpychała swój nos pod jego ubranie, opierała się łapami i szukała też wyżej, na szyi i głowie. Polizała go kilka razy by go pocieszyć. Przecież się cieszył kiedy to zrobiła poprzednio.
Podczas całej operacji sprawdzania, wydawała z siebie sporo dźwięków, na przemian skomlała i powarkiwała gdy się opierał. W końcu kiedy stwierdziła, że nic nie znajdzie zawyła krótko lecz głośno i żałośnie.
Głośne wycie psa zwróciło uwagę karczmarza, który z kolei skinął na jednego z tutejszych ochroniarzy.
[MEDIA]http://orig13.deviantart.net/14a3/f/2015/019/8/2/chief_by_sheppard56-d8egjj9.jpg[/MEDIA]
Rosły drab po chwili stanął przed Haranem i rzekł:
- Czy mógłby łaskawie pan uspokoić swego psa, bo będę zmuszony wywalić waszą dwójkę. - było to niezwykle składne zdanie, jak na kogoś o aparycji ogrzego wnuka. - Nie wygląda pan na osobę, która szukałaby kłopotów. To rozsądne podejście, proszę się go trzymać. Mamy ich tu aż nadto. - ostatnie zdanie wypowiedział z nieznaczną niechęcią.
- Gdyby to był mój pies - odparł Haran, nie wnikając już w to, czy 'ich aż nadto' oznacza bezpańskie psy czy kłopoty - to bym go uspokoił. Nawet bym go nie wprowadził, tak na marginesie. Ostatnio kręcił się koło tej kenderki - dodał. - Proszę ją spytać.
Jakby zaprzeczając słowom mężczyzny, wilczyca położyła łeb na jego kolanach i żałośnie zaskomlała.
Haran zerwał się na równe nogi.
- Możesz go wywalić na zbity pysk - powiedział. - Z przyjemnością zobaczę, jak ten złośliwy kundel wyląduje na dworze.
“Wstał, jednak chciał się bawić” nadzieja zrodziła się w wilczym sercu. Szybko więc złapała go znów zębami za płaszcz i całej siły pociągnęła na środek. Będzie zadowolony, jak tylko wyjdzie i otoczą go przyjaciele, będzie bardzo zadowolony.
Wilczycy, mimo najszczerszych chęci, udało się jedynie lekko szarpnąć mężczyzną, jednak ten nawet tego nie odczuł. Ochroniarz z kolei spojrzał podejrzliwie na Harana i rzekł: - Podobno pies jest najlepszym przyjacielem człowieka… A tak poza tym, to bierze on udział w konkursie. Wywalić go nie mogę.- wzruszył tylko bezradnie ramionami i odszedł.
Zniecierpliwiona brakiem reakcji, wilczyca zaparła się łapami i zaczęła ciągnąć ile sił w kudłatym ciele. Musiał zrozumieć, po prostu musiał zrozumieć, że od samotności się choruje. A ona nie pozwoli mu być chorym ani samotnym, o nie, co to to nie, podjęła już decyzję, że rozweseli tego człowieka i zrobi to.
Jakiś natrętny pyłek dostał się do jej wrażliwych nozdrzy i złośliwie zmusił ją by kichnęła wypuszczając tym samym płaszcz człowieka z zębów. Była jednak niezrażona i teraz już pewna, że los chciał by to właśnie w przypadku tego konkretnego mężczyzny podjęła wysiłek i rozweseliła go nie szczędząc trudów.
Tak przynajmniej sadziła, do czasu aż jej uszu dobiegł dźwięk którego nikt inny najwyraźniej nie usłyszał. Ponaglające, zmartwione wołanie. Nasłuchiwała chwilę, lecz w karczmie było zbyt głośno. Popatrzyła smutnym wzrokiem na człowieka któremu pragnęła pomóc. Jaka szkoda, że nie rozumiał mowy. Mogła by go przeprosić, wytłumaczyć, że nie może zostać i go pocieszyć. Było to dla niej smutne rozstanie lecz jakże miała zignorować te nawoływania? Jak zignorować przyjaciół, rodzinę z która żyła ostatnie lata? Wierne wilcze serce nie było w stanie zdobyć się na takie poświęcenie.
Ostatnim liźnięciem po dłoni człowieka przeprosiła go, że odchodzi. Może zrozumie kiedyś, że nie miała wyboru. Chciała też podejść do swej przyjaciółki lecz ta zajęta była wielkim rogaczem. Wilczyca pomyślała, że może to i lepiej a następnie z wielką szybkością wyskoczyła za próg i pognała w stronę lasu.

Do swoich przyjaciół, do rodziny.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died

Ostatnio edytowane przez Googolplex : 04-09-2016 o 00:56.
Googolplex jest offline  
Stary 02-09-2016, 15:12   #9
Konto usunięte
 
Ulli's Avatar
 
Gdy tylko Talving wstał i ruszył w kierunku baru, krasnolud dojrzał go, omiatając wzrokiem salę. Wstał więc również od stołu i skierował swe kroki w stronę mężczyzny, by finalnie przeciąć mu drogę. Gdy udało mu się już zyskać uwagę jasnowłosego, przestąpił z nogi na nogę i, zadzierając mocno głowę, rzekł:
- Witaj, przyjacielu! Widzę, iż chętnyś do zabawy, a? Co powiesz na przyjacielski konkurs? - po czym odwrócił się do zebranych i głośniej dodał: - Panowie, pomóżcie go namówić! - słowa zachęty popłynęły więc z całej sali. Wśród nich znalazły się także niewybredne uwagi o tym, że startuje pies, a taki rosły chłop nie ma odwagi, czy określenie, że powinien się wstydzić, bo startuje kenderka. Jednak dokładne zlokalizowanie autorów tych konkretnych treści pozostawało jedynie pobożnym życzeniem…
Tymczasem, krasnolud wyciągnął łapę do Talvinga i rzekł: - Jestem Edelmann. Nie daj się prosić, przyjacielu. Przegrani nic nie tracą! - dodał z radosnym uśmiechem.
Talving uniósł brwi w geście zdumienia. Na pewno nie życzył sobie tego rodzaju popularności nie mówiąc już o tym, że poza winem nie tykał alkoholu. Rekus siedzący na ramieniu zaklinacza wydał kilka szybkich pisków na co Talving pokręcił przecząco głową i powiedział do gryzonia.

- Nie Rekus to zwykła pomyłka.

Dopiero potem odpowiedział na zaproszenie krasnoluda.
- Ja zwę się Talving panie Edelmann. Niestety ze względów zdrowotnych unikam alkoholu. Proszę mi wybaczyć.

Miał nadzieję, że obejdzie się bez awantury. Miał zamiar popytać a upojenie alkoholowe skutecznie by to utrudniło.

Krasnolud zmierzył mężczyznę wzrokiem.
- Hm… - jego grube paluchy zginęły w bujnej brodzie. - Ze względów zdrowotnych, powiadasz pan? No cóż, jak kazała tak wiedźma czy małżonka, trzeba słuchać. Wyglądasz mi jednak na przyjezdnego. Cóż sprowadza w te strony? Interesy? Przygody? Widzisz, przyjacielu, mam tu pewne koneksje, więc gdyby coś - śmiało pytaj. - mówiąc to, Edelmann klepnął potężnie Talvinga w plecy. - Oczywiście, po konkursie. - dodał z olbrzymim uśmiechem.

Talving również się uśmiechnął chociaż z pewnością nie tak szczerze.

- Ależ oczywiście panie Edelmann. Poczekam. To będzie z pewnością niezwykłe widowisko.
Następnie zabrał swój kubek i przysiadł na małej beczułce w pobliżu “głównej areny”. Zaczynało się robić ciekawie.

Krasnolud zmierzył Talvinga spojrzeniem. - Na pewno się nie przyłączysz, panie obieżyświacie? - zapytał.

- Nie zrozumcie mnie źle panie krasnoludzie, ale tylko głupiec staje do walki, którą wie, że przegra. Oczywiście jeśli ma wybór a ja chyba mam wybór. Takie mam zasady- tu Talving wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzyżując ręce na piersi.

- Ha! - krasnolud wykrzyknął. - Zaiste, prawdziwe mądrości tu prawicie, panie Talving. Cóż, wasza wola - i uszanujemy ją! - Edelmann uderzył pięścią w stół. - Macie w sobie coś z mędrca, mości Talvingu. - dodał, spoglądając z ukosa.

Zaklinacz mimowolnie wybuchnął gromkim śmiechem.
- Nawet sobie pan nie wyobraża Panie Edelmann jaki komplement mi pan powiedział. Może kiedyś rzeczywiście będę mędrcem. Na pewno się nim nie stanę wydając ostatni grosz na alkohol zamiast księgi i zwoje. Kończą mi się pieniądze ot co. W przeciwnym razie może bym wziął udział w zabawie. Tak jak już mówiłem proszę mi wybaczyć a jeśli potrzebowałby pan niepijącego pracownika biegłego w wiedzy tajemnej to się polecam.

Krasnolud spojrzał z ukosa na zaklinacza. - Być może będę miał dla ciebie pewne zadanie… Ale to później, po konkursie. - dodał.

-Będę czekał Panie Edelmann, poza tym szykuje się ciekawe widowisko.

Talving uśmiechnął się tajemniczo i wzniósł kubek z winem jakby w toaście. Potem już zmienił się w obserwatora. "Ciekawe, czy kenderka dotrwa drugiej kolejki?" powiedział po nosem.
 
__________________
Zawsze zgadzać się z Clutterbane!
Ulli jest offline  
Stary 02-09-2016, 15:18   #10
tajniacki blep
 
sunellica's Avatar
 
Tili napawała się chwilą uwagi jaką dało jej przystąpienie do pijackiego konkursu. Niestety, żeby ten się odbył, musieli uzbierać odpowiednią ilość chętnych. Kenderka dość szybko się przekonała, że tylko nieliczni mieli odwagę stanąć w szranki z rudobrodym.
Zadziwiające zachowanie… przecież to czysta zabawa i sława! Dlaczego nikt się nie zgłasza!? Zawiedziona, pokręciła się wokół wielkiego „stołu”, przyglądając się wszystkim zgłoszonym, jak i tym… czającym się pod ścianami i wtedy… dostrzegła TO… znaczy się… JEGO!
Wielkiego jak góry skaliste i zgarbionego nad ciupeńkim talerzykiem. Kobiecie mocniej zabiło serce, oddech przyśpieszył, a oczy rozświetlił dziwny blask…
Zakradając się cichutko, podziwiała masywne bary minotaura okute w zimną stal. Wuuuoooh! Buuuwaaah! Ale on był ogromniasty. Nawet siedząc na ziemi, zmuszał Sroczkę do zadzierania wysoko głowy.
Zarumieniona po same czubki uszu, wychyliła się z prawej strony wojownika, obserwując go jak je. Nic nie mówiła, nawet się nie ruszała, jakby bała się, że może go w ten sposób spłoszyć. Po minucie intensywnego wgapiania się, przedreptała za jego plecami, by ponownie ukazać się z jego lewej strony. Puchaty kok, przekrzywił się spadając i rozlewając się na boki. Wielkie i okrągłe jak spodki oczy, wpatrywały się w twarz mężczyzny z niepokojącym brakiem mrugania. Kenderka znowu schowała się za plecami, by po raz trzeci wychylić się, ponownie z prawej strony. Drobne paluszki zaczynały przebierać, a ramiona podrygiwały jakby chciały poderwać się do lotu.
Zapiszczawszy jak zniecierpliwione zwierzątko, oblizała wąskie usteczka, pociągając nosem. Coś kombinowała… coś kalkulowała… intensywnie czaszkowała i było to niepokojące. Bardzo…
Zachowanie Kenderki nie uszło uwadze minotaura. Ten jednak z początku nie reagował, spokojnie jedząc zupę. Upewnił się tylko, że mieszek na szyi jest na swoim miejscu. Nie, żeby wierzył w opinię o Kenderach jako złodziejach. Wiedział jednak, że bogowie stworzyli ich z naturalną skłonnością do niewinnego pchania swoich rąk do cudzych rzeczy, tak jak jego rasę stworzyli rogatą. Parę razy w swoich podróżach musiał rozstrzygać spory między Kenderem, którego przemogła ciekawość, a wieśniakami bądź handlarzami, którzy opacznie zrozumieli jego zachowanie. Od tych drugich usłyszał zazwyczaj litanię przekleństw, która mogłaby powalić nawet najbardziej zepsute ze sług ciemności. Raz nawet tak się stało - trzymany z Kenderem w jednej w celi Hobgoblin rzeczywiście zemdlał w połowie tyrady rozeźlonej sklepikarki, oskarżającej małe stworzenie o kradzież pary pantalonów. Mirnark nie potrafił zrozumieć, jak taka rzecz mogła być powodem do złości.
A ta Kenderka obok dalej tu była. Spojrzał na nią zdziwiony.
- Jesteś głodna? - Zapytał niepewnie, odłamując kawałek bułki i wyciągając w jej stronę. - Proszę.
Tili westchnęła gdy stwór do niej przemówił. Oczywiście, by być w stu procentach pewną tego stwierdzenia, najpierw obejrzała się, czy nie stoi obok niej Silvana Wściekły Mlask. Ufff, była sama… to na pewno było do niej!
- Masz krowi pysk zamiast głowy! - wypaliła radośnie, podskakując z entuzjazmem i zabierając pajdkę chleba. - Jesteś najprawdziwszym minotaurem jakiego kiedykolwiek widziałam! - kenderka była w siódmym niebie, aż radosny uśmiech rozpełzł się po bladym licu, a zwinne łapki poczęły delikatnie dotykać przedramienia wojownika. Wszak musiała się upewnić, że był prawdziwy…
Mirnark westchnął. Każdy Kender jakiego spotykał również robił dość nieczułe uwagi. To też była część ich natury, byli zbyt niewinni, by zrozumieć, że niektóre słowa mogą zaboleć. Albo sprowokować do tego, by sprawić mówiącemu ból. A już szczególnie słowa, którymi często obrzucał go poganiacz na arenie.
- Dziękuję za komplement. - Powiedział powoli, na tyle grzecznie na ile potrafił. - Ale mała rada. Większość minotaurów, jeśli powiesz im, że mają krowi pysk, się bardzo rozgniewa. Mam na myśli bardzo. Mój ojciec na przykład, bogowie miejcie jego duszę w opiece, złapałby cię za włosy i wrzucił do morza. Ja… jestem bardziej łagodny.
“A przynajmniej próbuję”. Dodał w myślach.
- Ale dlaczego? - spytała tonem, faktycznie nie rozumiejącym o co przedrozmócy dokładnie chodzi. - Przecież to najprawdziwsza prawda! Rozumiem obrazić się za kłamstwo… ale za prawdę? - Sroczka przygryzła dolną wargę, wyciągając dłoń, jakby chciała pogładzić minotaura po nosie. - Jestem Tili! Sroczka Białoboczka. Pochodzę z Kenderówka… ale tego na ziemiach Solamnijskich pokazać ci na mapie? - w mistrzowski sposób, zmieniła nagle temat rozmowy. - Jak się nazywasz? Co tu robisz? Smaczna ta zupa? Napijesz się z nami? Chodź, ja stawiam. Szukam właściciela Wściekłego Mlaska, znasz go może?
- Pewne rzeczy minotaur może mówić minotaurowi i brzmią grzecznie. Ale jeśli powie mu je ktoś inny, już takie nie są. Bardzo wielu, przez bardzo wiele lat, używało porównania minotaurów do krów, aby nas obrażać. Tu chodzi o ton i sposób w jaki to mówili… trudno mi to ubrać w słowa. W każdym razie, robili to tak długo i tak powszechnie, że takie porównania stały się z definicji obraźliwe. Inny minotaur na moim miejscu dałby ci w nos. - Mirnark westchnął ponownie, mając nadzieję, że wyjaśnił to na tyle dobrze, na ile potrafił. Widać bogowie testują go obecnością tej Kenderki. Miał nadzieję, że podołał tej, jakże ciężkiej, próbie.
- Nie znam żadnego Wściekłego Mlaska, przykro mi bardzo. Zupa jest smaczna, dziękuję. Ale przykro mi, nie napiję się. Po piwie raczej… robię się drażliwy. - Wyjaśnił. Wydawąło mu się, że o czymś zapomniał i dopiero po chwili ze zmieszaniem zorientował się - A tak. nazywam się Mirnark Lionscar. Miło cię poznać Tilil… i w ogóle - Wyciągnął swą wielką dłoń, aby uścisnąć jej rękę. Delikatnie oczywiście.
Kenderka słuchała tłumaczenia i przez chwile wydawało się, że niektóre argumenty do niej trafiają… a później, ponownie wyglądała jakby nie wiedziała o co chodzi i tak już zostało, do samego końca.
- Mów mi Sroczka, bo tak mówią do mnie przyjaciele… a my jesteśmy przyjaciółmi prawda? - szczęśliwa, że może przywitać się z mężczyzną uścisnęła najmniejszy palec jego ręki, bo więcej nie pomieściły jej drobne paluszki. - Mlask to ta biała suka co tu chodzi… gdzieś… - kontynuowała gramoląc się na kolana Mirnarka. - Byłam w trakcie rysowania domku na mapie kiedy ona mnie zaczepiła. Chyba jest głodna, ale ja mam tylko elfie sucharki… a tych nikt ich nie lubi oprócz elfów… - wgryzając się w pajdkę chleba, zadarła głowę obserwując zakrzywione rogi, wieńczące wielką głowę mężczyzny. - Dlafefo stajesz się draflify? Ja faz…- tu dziewczyna przełknęła wielgachny kęs twardej skórki. - Ja, jak raz napiłam się wina… to musiałam uciekać z płonącego miasta… ktoś podobno ukradł różdżkę podróżnemu magowi i podpalił karczemną stodołę, która zajęła pół miasta. - Tili zmarszczyła nosek, niezadowolona z uczynku, tego “kogoś”.
- Za dużo alkoholu, panno Sroczko, sprawia, że niektórym trudno nad sobą zapanować. Zwłaszcza, jeśli… powiedzmy, mają za dużo energii. - To powiedziawszy, Mirnark wrócił do zupy. Lepiej ją zje zanim zupełnie wystygnie przez tę konwersację.
Albinoska obserwowała jak towarzysz zjada strawę. O dziwo, nawet nie wierciła mu się na kolanie, ani nie pakowała rączek w nie swoje rzeczy, zbyt mocno zaaferowana twardą skórką chleba oraz ruchami potężnej szczęki mężczyzny.
 
__________________
"Sacre bleu, what is this?
How on earth, could I miss
Such a sweet, little succulent crab"
sunellica jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168