Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-09-2016, 20:54   #1
 
Lomir's Avatar
 
[DnD 3.5 FR] Na szlaku po chwałę i bogactwo C.D.


Gdy grupa przyjaciół, która nie była wtedy jeszcze prawdziwą drużyną poszukiwaczy przygód, opuszczała Orilion nie wiedziała co czeka ich na szlaku po chwałę i bogactwo jednak życie awanturnika szybko odkryło przed nimi swoje najgorsze i najlepsze strony.

Pierwsze zadania w rodzinnej wiosce przyniosły pasmo sukcesów, co umocniło przyjaciół w decyzji o wyruszeniu w drogę, ku przygodom. Zdemaskowanie Trogga i Drogga, którzy wpadli na pomysł terroryzowania Orilionu pod przebraniem trola, wytropienie złodziei jedzenia, którymi okazały się koboldy mieszkające nieopodal wioski i odzyskanie z grobowca magicznego woluminu na zlecenie archeologa z Candlekeep to tylko większe z osiągnięć grupy przyjaciół. Co prawda, nie każde zadanie było do końca zakończone tak jakby tego chcieli, gdyż wybite przez nich koboldy okazały się prawdopodobnie inteligentniejsze niż inni przedstawiciele ich rasy i pokojowo nastawione, a archeolog nie przeżył prób odnalezienia księgi to jednak nie zniechęciło drużyny. Co więcej - śmierć ich zleceniodawcy nadała im nowy cel. Postanowili odnieść jego rzeczy oraz magiczny wolumin do jego bezpośredniego przełożonego w Candlekeep. Korzystając z okazji najęli się do ochrony karawany, która zatrzymała się w Orilionie, a zmierzała do Beregostu, czyli do miasta, które było po drodze do Twierdzy.

W odrobinę zmienionym składzie drużyna opuściła bezpieczne otoczenie rodzinnej wioski i ruszyła na szlak wraz z karawaną. Na trasie przejazdu poszukiwacze przygód zakosztowali znoju i trudu drogi, gdy przez dłuższy czas nic się nie działo a upał dawał się im we znaki. Jednak nie cała droga do Beregostu minęła tak łatwo - na takcie przyszło im odpierać atak bandytów, którzy chcieli ograbić karawanę a także zmierzyć się z sowoniedźwiedziem. Na szczęście drużyna świadoma była swoich umiejętności i wiedziała, że bestia jest zbyt potężnym przeciwnikiem więc unikali bezpośredniej konfrontacji.

Po dotarciu do Beregostu drużyna po raz kolejny zmieniła swój skład i tam podjęła próbę spenetrowania opuszczonej placówki Złodziei Cienia, jednak jej przemyślane pułapki sprawiły, że ta misja się nie powiodła,a co gorsza drużyna po raz kolejny otarła się o śmierć. Również w tym mieście poszukiwacze przygód musieli stać się posłańcami niosącymi złe wieści, gdyż podczas spotkania z sowoniedźwiedziem znaleźli zwłoki mężczyzny i dziecka oraz list zaadresowany do małżonki i matki ofiar bestii. Dostarczenie wiadomości o śmierci najbliższych było zdecydowanie jedną z ciemnych stron bycia poszukiwaczem przygód.

Dalej szlak powiódł drużynę w kierunku Candlekeep, celem oddania woluminu i rzeczy archeologa. Wtedy też okazało się, że księga, która wieźli od samego początku wyprawy to nie zwykłe tomisko, a potężna magiczna rzecz. Sprawa wyszła na jaw, gdy awanturnicy na swojej drodze do Twierdzy napotkali inna drużynę, która podszywała się pod kupców, chcąc odkupić księgę, a gdy to się nie udało przeszli do rękoczynów. Sprawa obróciła się szybko na niekorzyść drużyny przyjaciół i musieli salwować się ucieczką, jednakże dla dwójki z nich przygoda skończyła się śmiercią na szlaku.

Gdy po przejściach rozbitej drużynie udało dostać się do Candlekeep Czytacz, Chissvor Wored, wyjaśnił czym była księga, a przynajmniej spróbwał na tyle ile sam wiedział. Magiczny przedmiot stanowił zapis starej magii, która mogła spustoszyć całe Wybrzeże Mieczy, więc należało go zniszczyć. Jednak wiedza Czytacza okazała się zbyt mała do tego celu. Poprosił drużynę o pomoc, a mianowicie o zabranie księgi do dwóch potężnych magów zamieszkujących Wybrzeże - Shandalara oraz Thalantyra i pomoc w ich badaniach nad woluminem.

Tak oto, grupka przyjaciół przeszła długą drogę. Od zwykłych młokosów poprzez niedoświadczonych awanturników aż po obrońców Wybrzeża Mieczy. Teraz na ich barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność i choć sami nigdy się o to nie prosili to jednak nie mogli odmówić pomocy Czytaczowi. Nie mogli odwrócić się plecami do proszącego o pomoc uczonego z Candlekeep, nawet jeśli nie czuli się na siłach podołać zadaniu.


-Rad jestem słysząc wasze słowa. Proszę was o pomoc, gdyż małej grupie będzie łatwiej poruszać się po szlaku niepostrzeżenie, a Candlekeep wbrew pozorom nie jest tak bezpieczne jak się wydaje. Wolumin nie mógłby tu zostać. - słowa Czytacza przerwało pukanie do drzwi. Gdy te się otworzyły do pomieszczenia weszły dwie osoby. Pierwszą z nich był ubrany w piękną zbroję, przystojny, długowłosy mężczyzna oraz drugi. wielki niczym góra, wytatuowany jegomość z przerzuconym przez bark czymś co przypominało serce dzwonu.
-A, oto i oni. To o nich mówiłem, Colinie. Gabriel - wskazał na mężczyznę w zbroi, a następnie na jego towarzysza - oraz Mao.-

Po przedstawieniu sobie wszystkich Czytacz powiedział
- Powierzam wam bardzo ważne zadanie. Mam nadzieję, że zdajecie sobie z tego sprawę. Tu nie chodzi o mnie czy o was. Czy nawet o Candlekeep. Na szali jest dobro całego Wybrzeża Mieczy. Przygotujcie się do drogi, uzupełnijcie zapasy i ruszajcie. Każdy dzień zwłoki może przybliżać nas do klęski. Pamiętajcie, wróg nie śpi i nie spocznie dopóki nie położy swoich łap na księdze.-

Po pożegnaniach i ostatnich słowach Chissvor Wored powiedział
- Ruszajcie, niech Oghma was prowadzi. Powodzenia.
 
__________________
Może jeszcze kiedyś tu wrócę :)

Ostatnio edytowane przez Lomir : 26-09-2016 o 09:10.
Lomir jest offline  
Stary 26-09-2016, 20:52   #2
 
Nightcrawler's Avatar
 
- Czasem wstaje nim wzejdzie słońce ponad Torilem i wspinam się na najwyższy punkt w okolicy. Sam. W zgrzebnej koszuli, znoszonych spodniach, boso.
Staje tam, gdy jutrzenka przelewa się przez widnokrąg, przez góry, lasy, miasta i stolice. Staje i cieszę oczy blaskiem. Czystym, niezmąconym światłem.
Gdy już się nim nacieszę, wchłonę, rozgrzeje kości - rozkładam ręce i łapie wiatr. Wspinam się na palce. Zamykam oczy. Pozwalam by bryza smagała mi twarz. I wtedy - właśnie wtedy wydaję mi się, że znów lecę. Ponad tymi górami, lasami, miastami. Ponad ludzkimi stolicami.
Łapie tchnienie wiatru w nozdrza. Rozwieram usta w niemym krzyku i czuję pęd. Włosy falują jak skrzydła. I znów wydaje mi się.. wydaje mi się że jestem sobą. Ale nie tym dawnym. Nie pustym i próżny. Tylko prawdziwym mną. Kompletnym - tym który się zagubił ale wreszcie się odnalazł. Na chwałę i pożytek Panu. Azaliż wtedy wtedy - właśnie wtedy, w piersi narasta żal. Nie tylko za grzechy. Ale i żal za utraconym dziedzictwem.
Eh.
-
Stojący przy balustradzie paladyn otworzył oczy i odwrócił się do mnicha, jakby dopiero teraz go zauważył. Jednak to co mówił nie było monologiem, a raczej spowiedzią przeznaczoną tylko dla uszu przyjaciela. Obaj o tym wiedzą.
Staruszek w szatach Czytacza uśmiecha się słabo spoglądając na bose stopy, zniszczone spodnie i lnianą koszule rycerza. I wschodzące słońce za jego plecami. Nie odzywa się, wciąż nie mogąc się nadziwić, że Gabriel Sanguinor rycerz zakonu Szponów Sprawiedliwości wygląda praktycznie tak samo jak piętnaście lat temu, gdy dane mu było go poznać w ruinach nie powstałej jeszcze świątyni Bahamuta. Tylko drobne zmarszczki wokół oczy świadczą o piętnie lat które powoli odciskają się na wojowniku. Jednak jego spokojna i jaśniejąca twarz okolona złotymi włosami wciąż tryska młodzieńczym wigorem. Chociaż już na szczęście nie ma w niej ani krzty arogancji, buty i piekielnego gniewu, który szpecił to oblicze jeszcze nie tak dawno temu.
Nie odzywa się też dlatego, iż zbyt dobrze zna wojownika by wiedzieć, że to nie koniec spowiedzi.
- Zaprzepaściłem to Cedryku. Wszystko co miałem - spalone płomieniem dumy i arogancji.
Niczym źdźbło trawy w oddechu smoka.
- W jasnych niczym lazur Wybrzeża mieczy oczach Gabriela pojawia się smutek i tęsknota.
Teraz to już koniec.

Jednak Cedryk nie chce odpuścić. Martwi się. Martwi się o niego mimo wszystko.
-Przykro mi przyjacielu. Miałem nadzieję że tu w Candlekeep odnajdziesz to czego szukałeś.
- Wżdy w żadnej księdze zbawienia nie odnajdę. I nie liczę już na to. Bo tylko Pan zna odpowiedź.
-A ukojenie?
-Tak.-
Sanguinor delikatnie się uśmiechnął podchodząc do bibliotekarza. Położył mu dłoń na ramieniu: - To niejako znalazłem. - Obaj mężczyźni ruszyli w stronę zejścia z tarasu.
-Czytałem o dzieciach Oghmy zaklętych w obrazach na wieki. O ludziach strąconych w Otchłań za życia. O niewolnikach podziemnych ras. I wiem jak błądziłem. Rozumiem że los który przypadł mi w udziale tak naprawdę był łaską. Łaską zrozumienia. Mój Nauczyciel pokazał mi drogę której nie znałem. Mój Pan pokazał mi życie którym gardziłem. I jestem mu za to wdzięczen. Acz długa droga przede mną Cedryku. Wiesz to sam. Byłeś tam 15 lat temu. Czytałem Twój rękopis - “Manipulacje Ras wyższych. Buta i aragancja kasty Panów”. Znajduje alegorię mój drogi. I wcale się jej nie wypieram. Świątynie Pana na poświęceniu niewinnych chciałem zbudować. Krzywdy niczyjej nie pragnąłem lecz w zaślepieniu swojem poszanowania i czci w maluczkich takoż nie miałem.
Zaiste lekcję zrozumiałem i choćby nie dane mi już nigdy w niebiosa się wznieść - żywota dokonam w służbie Jego. Ludzkiego żywota. A może gdy żal za utraconymi skrzydłami, żal za lotem w przestworzach zniknie zastąpione jednym jeno pragnieniem - chwały Pana - wtedy może to co utraciłem zostanie mi zwrócone. Ale
- Blondyn przerywa i przystaje:- Szukałeś mnie, czyż nie?
- Tak Gabrielu. Brat Wored potrzebuje Twej pomocy...


***
Przez chwilę zastanawia się czy wszystko jest w porządku - czy paski są dopięte, a zbroja błyszczy. Wyobraża sobie ich miny i głowił jakie zrobi wrażenie.
Stop! Szybko gani się za te myśli. Pycha i uwielbienie - nie tak łatwo wyplenić z serca, z drugiej strony Gabriel chce być pewien że potraktują go poważnie, że jaki jest dokładny i zdyscyplinowany.
Tak sobie to tłumaczy.
Mija zakręt poprawiając pasek zbroi i zauważa mnicha przed drzwiami.
-Witaj. - Gabriel uśmiecha się delikatnie, promieniując spokojem. Potem puka i obaj wchodzą do gabinetu Czytacza.
Staje przed nimi w pełnej krytej zbroi, choć bez hełmu. Z mieczem u pasa, choć bez tarczy. Z złotymi włosami spływającymi na pancerne ramiona i blado niebieski płaszcz.
Taksuje ich spokojnym błękitem oczu by po sekundzie uśmiechnąć się delikatnie i skłonić
-Bracie Czytaczu, Szanowne Panie, Cni Panowie - pozwólcie że się przedstawię - Gabriel Sanguinor - Paladyn zakonu Szponów Sprawiedliwości - skromny sługa Anioła Siedmiu Niebios, Niosącego Sprawiedliwość - Bahamuta - do Waszych usług.

 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
Stary 27-09-2016, 10:28   #3
 
TomaszJ's Avatar
 
Candlekeep, od przybycia minęły dwa miesiące i sześć dni

Candlekeep było skarbnicą wiedzy. Regały uginały się pod ciężarem wiedzy zgromadzonej w księgach, zwojach a nawet glinianych tabliczkach liczących sobie tysiące lat. Droga do tego miejsca nie była łatwa, ale w końcu Mao trafił tutaj. Zapłacił za prawo wejścia księgą, którą zdobył, dzięki czemu zyskał prawo do sięgnięcia po skarbnicę mądrości.
Zaiste, pierwsze tygodnie w twierdzy były istną męką, gdyż pomimo pomocy mędrców i bibliotekarzy ślady były albo zbyt liczne i niejednoznaczne, albo zwyczajnie enigmatyczne, nawet dla szkolonego w rozumieniu alegorii mnicha. Tym niemniej skrupulatnie zapisał wszystkie i umieścił w wielkim tubusie ze skóry morsa, który nosił przewieszony przez plecy. Jego własna biblioteka klasztornej zguby. W końcu odkryje prawdę i prawda go wyzwoli. Okazało się jednak, że Candlekeep nie było miejscem, gdzie owa prawda mu się objawi, pomimo że wiązał z nią takie nadzieje.
"Strzała nim wystrzeli, musi najpierw się cofnąć" - mawiał mędrzec Keito, dlatego Mao zdecydował się zostać w Kagankowej Twierdzy dłużej. Studiował tomy o leczeniu, mądrości starożytnych, próbując pogodzić je z prawdą o Nieustającej Przemianie. Wtedy właśnie dodał czwarty koral do swojego naszyjnika, gdyż jego zrozumienie stało się pełniejsze.
Postanowił pozwolić, by dobra karma do niego wróciła, niczym fala wraca z plaży do oceanu.
Na okazję nie trzeba było czekać długo.




Mnich stał w komnacie niczym dodatkowa kolumna, przypominając nieco wielką rzeźbę lub golema. Był duży, nie tyle wysoki - choć i tu wyrastał nieco ponad przeciętność - ale szeroki. Miał ciało obżartusa, ale nie widać było po nim niezgrabności czy ociężałości. Raczej posągową moc. Okryte miał jedynie biodra w przepaskę koloru morskiej zieleni wystawiając resztę ciała na żywioły. Tatuaże, pokrywające łydki, przedramiona i część pleców nie były jakimiś tam bazgrołami, a prawdziwymi obrazami przedstawiającymi morskie stworzenia - rekiny, kraby i ośmiornice. Wielki, półnagi, wytatuowany mim.

Chyba dlatego trudno było nie drgnąć, gdy się poruszył. Zdjął z ramienia serce dzwonu i postawił je delikatnie na posadzce, a głuchy stuk oznajmił że waży ono więcej niż Gnorst, który ułomkiem przecież nie był, po czym oparł je o ścianę.
- Byłem mnichem - uzdrowicielem w Zakonie Grzmiących Klifów - Głos miał łagodny i ciepły - Ale ta relikwia... - Tu mnich spojrzał na ciężki przedmiot który przyniósł - ... i Ja to jedyne co po nim zostało. Od dwóch lat tropię zło, które zniszczyło mój klasztor bez skutku. Postanowiłem tędy pójść ścieżką dłuższą. Jak mówią Święte Zwoje "Podejmując się zadania trudnego, od łatwiejszego rozpocznij". Boski Istishia bywa obojętny dla losów ludzi, jednak ja kroczę ścieżką Wspaniałej Burzy, która oczyszcza co na lądzie i na wodzie. Waszą drogę przecięły złe serca, które zabiły waszych bliskich. Gniew Morza zmyje to plugastwo i oczyści z niego ziemię.
Mnich złożył dłoń w pięść i podniósł na wysokość barków, po czym położył na niej drugą dłoń, otwartą. Skłonił głowę.
- Jestem Mao. Pozwólcie sobie pomóc.
Po czym ponownie znieruchomiał, niczym posąg wyrzeźbiony z doskonałą dbałością o szczegóły.
 
__________________
Bez podpisu.

Ostatnio edytowane przez TomaszJ : 27-09-2016 o 10:44.
TomaszJ jest offline  
Stary 29-09-2016, 12:07   #4
 
Morfik's Avatar
 
Colin, aż delikatnie podskoczył, gdy mnich postawił serce dzwonu na podłodze. Młodemu łotrzykowi opadła szczęka, gdy zobaczył jakich rozmiarów jest ich nowy towarzysz. Spodziewał się wychudzonego, starego mężczyzny w wyliniałym habicie, który za dużo nie będzie im w stanie pomóc, a tutaj takie zaskoczenie. Colin po pierwszej chwili szoku, poczuł się pewniej. Ktoś taki jak Mao z pewnością będzie w stanie dużo zdziałać podczas walki. Przy osobie o takich gabarytach, każdy mógł czuć się bezpiecznie. Drugi towarzysz natomiast, wzbudzał respekt swoją lśniącą zbroją oraz mieczem u pasa. Colin był już całkowicie pewien, że tym razem, gdy wyruszą na szlak, nie może im się stać żadna krzywda. W końcu mają takich pomocników, że każdy zbój będzie się bał podejść.

Po pierwszych słowach Mao i Gabriela zapadła niezręczna cisza, więc Colin postanowił, że jako pierwszy przywita się w imieniu ich drużyny.
- Witajcie panowie, ja nazywam się Colin i strasznie się cieszę, że postanowiliście nam pomóc – stanął przed nowopoznaną dwójką i ukłonił się szarmancko.
Podszedł do Mao, który z bliska robił jeszcze większe wrażenie. Młody łotrzyk był takiego wzrostu, że spokojnie mógł porozmawiać z brzuchem mnicha, musiał więc porządnie podnieść głowę, żeby ich spojrzenia się spotkały.
- Uzdrowiciel jest szczególnie mile widziany w naszej drużynie – uśmiechnął się szeroko do mnicha. Nie chciał wspominać, że to najpewniej właśnie on będzie najczęściej korzystał z umiejętności leczniczych Mao.

Po krótkim przywitaniu, Czytacz uświadomił ich, jak wielka odpowiedzialność od tej pory będzie na nich spoczywać. Colin dziwnie się z tym wszystkim poczuł. Przecież był zwykłym chłopakiem z małej wioski, który bał się własnej matki, a teraz ma ocalić całe Wybrzeże Mieczy. Z drugiej jednak strony, takie życie wybrał, wielkie przygody, a później sława i pieniądze. Jeżeli każdy będzie wiedział, że to on uratował Wybrzeże, przez co będzie go czekała wieczna chwała, to jego to w pełni satysfakcjonuje.
- Szkoda czasu na gadanie, trzeba czym prędzej ruszać, im szybciej pozbędziemy się tej księgi, tym lepiej. Może wyruszymy najpierw do Thalantyra? Droga do Beregostu jest nam, aż zbyt dobrze znana, a skoro mieszka on niedaleko to myślę, że tam warto skierować pierwsze kroki. Co wy na to? – zapytał resztę swojej drużyny. Musiał jeszcze tylko pamiętać o zakupieniu czegoś do jedzenia, zanim wyjadą z Candlekeep, chociaż znając jego z pewnością o tym zapomni.
 
Morfik jest offline  
Stary 29-09-2016, 14:57   #5
 
Sayane's Avatar
 
Liska w milczeniu wysłuchała powitania nowych towarzyszy podróży, sama jedynie sucho wyjawiając swe pełne imię. Wyglądali solidnie... tak, to było dobre określenie. Czy faktycznie można będzie na nich polegać - czas pokaże. Na razie nie chciała się przywiązywać do idei, że obronią ich - i księgę - przed całym złem, jakie może ich spotkać po drodze. Zastanawiała się czy będą tak entuzjastycznie nastawieni do misji gdy wyjaśni im w jakie bagno wpakował ich Czytacz. I czy w ogóle powinna im wyjaśniać? Nie - zdecydowanie powinni być gotowi na to, co może ich spotkać po drodze. Nieco zdumiało ją, że nikt złego słowa jej nie powiedział na temat ucieczki z pola walki... Może poznawszy wartość księgi uznali, że dobrze zrobiła; zwłaszcza po górnolotnych słowach Woreda? A może po prostu nic straconego...

Póki co powinna wreszcie zrobić zakupy i przygotować się do drogi. Pomysł Colina odnośnie pierwszego celu wydawał się sensowny. Skoro musieli wywieźć księgę z Twierdzy to im bliżej tym lepiej. Zabawne było jak szybko chłopak zapomniał o tym, że sam chciał sprzedać księgę; Liska znała prostolinijność chłopaka i nie podejrzewała podstępu. Po prostu zmienił zdanie i tyle.

- Po... winniśmy obrać inną trasę do Beregostu, może przez la... las - zaproponowała cicho. Na trakcie z pewnością czaili się wysłannicy Zła.
 
Sayane jest offline  
Stary 29-09-2016, 21:07   #6
 
Pan Elf's Avatar
 
Miała zostać bohaterką. Wszyscy mieli zostać bohaterami. Spoczął na nich okropnie ciężki obowiązek - uratowania Wybrzeża Mieczy.
A kimże oni byli? Nieudolny złodziejaszek, jąkająca się bardka, małomówny łowca i festynowa zaklinaczka - marny materiał na bohaterów, na których barkach spoczywały losy Wybrzeża Mieczy. Jednak Wored pokładał w nich swoje nadzieje, ba, prawdopodobnie wielu innych ludzi w nich wierzyło, więc czemu i oni nie mieli w to uwierzyć?
Orianna zdecydowanie uwierzyła, bo nagle poczuła się kimś więcej, niż tylko festynową zaklinaczką, która podróżuje od wioski do wioski i wykonuje tandetne sztuczki ku uciesze gawiedzi.
Przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, co do podjętej przez siebie decyzji. Przede wszystkim nie chciała opuścić przyjaciół, ale również poczuła, że coś zależy również od niej - coś większego. A przy okazji trochę oddali się od Płonących Wron, możliwie jak najlepiej zacierając za sobą ślady.
Było coś jeszcze. Głosik, który starała się uciszyć, którego nie chciała słuchać, ale który ciągle szeptał złośliwie do ucha, by zajrzała do tajemnej księgi, gdy tylko nadarzy się taka okazja. Tylko troszkę, tylko zerknąć.

Gdy weszli wcześniej zapowiedziani przez Czytacza jegomoście, Orianna oniemiała. Najpierw solidne wrażenie zrobił na niej przysadzisty mnich Mao, który chyba ledwo co mieścił się w gabinecie Woreda.
Potem jej oczom ukazał się drugi z panów, w lśniącej zbroi jak z bajek, które matki opowiadają swoim małym córkom. Dumny, trochę groźny, budzący szacunek i taaaaki przystojny.
- Ojej... - wyszeptała tylko, wpatrując się w paladyna jak w obrazek.
Dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, jak się zachowuje i szybko otrząsnęła się, wracając do rzeczywistości (choć raz po raz zerkała ukradkiem w stronę Gabriela). Mimowolnie spojrzała też na Colina, do którego tylko się uśmiechnęła i szybko zwróciła spojrzenie na Czytacza, starając się zrobić wrażenie, że słucha jego słów w skupieniu.

Byli gotowi do wyprawy. Stracili dwójkę przyjaciół, których już nigdy nikt nie zastąpi, ale zyskali w ich miejsce nowych towarzyszy, którzy swym doświadczeniem, orężem i czymkolwiek jeszcze z pewnością ich wspomogą. Czekała ich kolejna wyprawa do Beregostu oraz na północ od Wrót Baldura. Tak po prawdzie Orianna wolała najpierw udać się na północ, niż do Beregostu, w którym niedawno byli.
Po pierwsze dlatego, że na szlaku wciąż mógł czekać Gery i jego banda. Po drugie - Płonące Wrony mogły wpaść już na jej trop prowadzący do Beregostu, a nie chciała się na nich natknąć.
Jednak nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Colin i Liska zabrali głos. Padło na Beregost.
Orianna zaczęła się zastanawiać czy faktycznie był sens się sprzeciwiać. Beregost w końcu nie był tak daleko i faktycznie mogli obrać inną drogę, niż wcześniej, starając się omijać tereny potencjalnie patrolowane przez Gerego. Zresztą - mieli ze sobą mnicha i paladyna, którzy z pewnością w pojedynkę daliby radę takiemu bandycie.
- Dobrze, ruszajmy do Beregostu - zgodziła się w końcu. - Ale inną drogą. Może być przez las. Najpierw jednak powinniśmy się zaopatrzyć na podróż, a ja muszę rozejrzeć się za Urwipołciem.

Na koniec spojrzała jeszcze na Liskę. Jak właściwie mogła jej ponownie zaufać, że znowu ich nie zostawi w najgorszym momencie, dając dyla w siną dal?
Do tej pory nie rozmawiała z nią. Właściwie to przez cały pobyt w Candlekeep ignorowała jej istnienie, jakby była powietrzem. Nie było to zresztą trudne, bo sama Leomunda zdawała się unikać swoich towarzyszy. Orianna czuła, że zanim na dobre wyruszą w drogę, będą musiały ze sobą porozmawiać i wytłumaczyć sobie na czym stoją. Było to nieuniknione, ale mogło jeszcze chwilę poczekać. Orianna jeszcze nie była gotowa na rozmowę z Liską. Nie wiedziała czy potrafiłaby z nią rozmawiać nie myśląc jednocześnie o tym, że Lilius i Kord mogliby dalej żyć, gdyby ona nie uciekła. Rozmowa musiała jeszcze trochę poczekać.
 
Pan Elf jest offline  
Stary 29-09-2016, 21:56   #7
 
Nightcrawler's Avatar
 
Gabriel zasępił się i potarł dłonią w rękawicy krytej pancernymi płytkami brodę. Lazur jego oczy na chwile przygasł gdy wpatrywał się gdzieś w nieokreśloną dal.
Po chwili jednak spojrzał poważnie na każdego z podróżnych.
- Podziwiam Waszą odwagę cni wędrowcy. Zapewne czytacz o tym wspominał .. Zrobił niewielką pauzę wpatrując się w starego mnicha z lekkim rozbawianiem - ...ale w twierdzy prócz skromnego garnizonu nie ma teraz nikogo, prócz nas tu obecnych, kto podjął się tego zadania. Nikogo kto miałby, umiejętności, wiedzę i hart ducha odpowiedni do tej misji. Dlatemuż - ja osobiście - tym bardziej dziękuje Wam za Wasze poświęcenie i podziwiam każdego z Was za to co robicie. - Spojrzał na każdego z osobna swym łagodnym, spokojnym wzrokiem, w którym tliły się jednak ogniki męstwa i wiary.
- Wiem ileż utraciliście na drodze do twierdzy. I jak bolesna może być dalsza podróż. Niechaj Bahamut ma w opiece Waszych poległych kompanów i wymierzy sprawiedliwą karę tym którzy podnieśli na Was rękę. A Was obdarzy łaską i broni przed złem. Potemu ja jego skromny sługa również dołożę wszelkich starań.- Walnął się pięścią w pancerną pierś aż zadźwięczały stalowe płyty.
Wierzył święcie w to co mówi, w konieczność misji i ich męstwo , miał nadzieję że doda im samym trochę wiary w własne siły i natchnie do dalszej drogi, jeśli owe natchnienie utracili. Ale nie chciał już więcej ran rozdrapywać i prawić morałów więc zmarszczywszy czoło w namyśle dodał:
-Zastanawiam się przeto również jaką drogę obrać i zgodzić się muszę z Wami, a szczególnie Panienką Leomundą i Panną Orianną - ukłonił się damom uśmiechając się z uznaniem dla konceptu obu panien.
- Wszak droga do Beregostu z którego przybyliście najmniej jest oczywistą - rzadko kto wraca się skąd przyszedł niosąc ten sam bagaż. Jestem przekonany, że ten łotr Geary obserwuję twierdzę i choć droga przez las dla mnie i dla wierzchowca mego nie będzie zbyt łaskawą, takoż przystaję na Waszą propozycję. Szczególnie że jest wśród Was z tego co dane mi wiedzieć tropiciel. Jakieś rady mistrzu?- spojrzał wymownie na Gnorsta.
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
Stary 03-10-2016, 09:24   #8
 
Lomir's Avatar
 
Nowo sformowana drużyna opuściła gabinet Czytacza, a ten na odchodne po raz ostatni życzył im powodzenia.

Gnorst, który do tej pory jedynie milcząco akceptował prośbę Woreda, zagadnięty przez Gabriela powiedział
-Candlekeep leży na półwyspie, a most ziemi łączący Twierdzę ze stałym lądem nie jest zbyt szeroki i prowadzi tam jeden szlak. Dlatego to było idealne miejsce na zasadzkę. Możemy iść lasem, poprowadzę nas. To dobry pomysł, nawet podróż zajmie nam dwa, trzy razy dłużej to i tak wolałbym nie ryzykować kolejnego spotkania z Gerym.-
Łowca zakończył wypowiedź i zamienił się w milczącego przewodnika. W jego fachu (w tym bardziej przez niego lubianym, z zawodu był bednarzem) milczenie i cisza odgrywały ważną rolę. To on musiał słuchać dzikich ostępów, a nie one jego, więc naturalną rzeczą było to, że tropiciel nie przywykł do przesadnie rozbuchanych wypowiedzi.

Drużyna uzupełniła zapasy na drogę, zakupiła racje podróżne, wymieniła zużyty sprzęt, naostrzyła miecze i jeszcze tego samego dnia byli gotowi do drogi. Mimo, że było już późne popołudnie to Gnorst zasugerował aby nie zwlekać. Podróż nocą będzie trudniejsza, ale ciemność da im dodatkową ochronę.

Po opuszczeniu grubych murów Candlekeep drużyna ruszyła w kierunku powrotnym, ku Beregostowi. Gdzieś nieopodal miasta znajdowało się miejsce zwane Wysokim Żywopłotem, gdzie urzędował jeden z magów - Thalantyr.

Droga przez leśną gęstwinę była ciężka, trzeba było kluczyć pośród pni, krzaków i zarośli. Ani przez moment drużyna nie była w stanie przemieszczać się w linii prostej, co zdecydowanie wydłużało czas przemarszu. Dodatkowo koń Gabriela, sporych rozmiarów rumak, często musiał nadkładać drogi wraz ze swoim właścicielem, tak aby znaleźć odpowiednią dla siebie szczelinę w ścianie roślinności.

Po godzinie, może półtorej Gnorst gestem zatrzymał cały pochód. Przykucnął, a reszta zrobiła to samo instynktowne. Łowca odwrócił się do drużyny i położył palec na ustach, a następnie wskazał w jakimś kierunku. Gdy pozostali podążyli tam wzrokiem zobaczyli jednego z członków bandy Gerego. Łucznika, który przechadzał się z wolna lasem. Wyglądał tak, jakby jego szef od czasu starcia kazał mu przeszukiwać okoliczną gęstwinę, prawdopodobnie w poszukiwaniu osób, które mogły chcieć ominąć szlak i uniknąć zasadzki. Bardzo możliwe, że w pobliżu znajdowali się jego kompani, jednak nikt nie był w stanie ich dostrzec.

Póki co drużyna miała nad nim przewagę zaskoczenia, choć należało działać szybko - w końcu ciężko ukryć konia bojowego i rycerza w lśniącej zbroi, nawet w gęstych krzakach.
 
__________________
Może jeszcze kiedyś tu wrócę :)

Ostatnio edytowane przez Lomir : 03-10-2016 o 09:38.
Lomir jest offline  
Stary 06-10-2016, 20:32   #9
 
Nightcrawler's Avatar
 
Gabriel wysłuchał spokojnie uwag tropiciela i tylko skinął głową. Prawdą bowiem było, że na podróży przez ostępy nie znał się wcale.
- Dobrze więc. Niechaj tak będzie. Pójdę się przygotować. Spotkajmy się u wrót. Ile czasu Wam potrzeba na zebranie ekwipunku?- Spytał nowych towarzyszy a kiedy uzyskał odpowiedź skinął głową i ruszył do swojej celi.
Spakował swój niewielki dobytek, naoliwił pochwę by móc miecza w boju sprawnie dobyć i wyciągnął spod pledy schowaną tarczę. Odkąd przyjechał do twierdzy nie była mu potrzebna, ucieszył się więc widząc nieskalany błękit metalu na którym pyszniła się srebrzyście smocza głowa.

Zważył tarczę w dłoni i uśmiechnął pod nosem. Dobrze znał jej ciężar i mimo że nie dzierżył jej w dłoni od prawie dekadnia nie odwykł od jej skórzanych rzemieni.
Zresztą co dnia ćwiczył zgodnie z dyscypliną ciała wpojoną mu przez ludzkich nauczycieli.
Sprawdził ostatni raz paski zbroi i z satysfakcją założył hełm, a potem ruszył do stajni.
Jaskółka - jego klacz bojowa stała spokojnie wśród konie kupców, mędrców i wędrowców. Wyróżniała się jednak masywniejszą budową, oraz lśniącą sierścią - Gabriel co dnia osobiście szczotkował i czyścił swoją towarzyszkę po obowiązkowej przebieżce po okolicy twierdzy.
Teraz też parsknęła cicho widząc paladyna.
- Ruszamy na szlak przyjaciółko - pogłaskał konia po chrapach i zabrał się za przygotowanie jej do podróży.
Gdy wyszli ze stajni w pełnym rynsztunku część odwiedzających twierdze przystanęła by oglądnąć opancerzonego konia i jego właściciela. Okryta ladrami z kopią i mieczem dwuręcznym u siodła Jaskółka prezentowała się wspaniale.
Rycerz klepnął ją w bok i szepnął:
- Niestety nie dane będzie nam na razie pogalopować. Czeka nas ciężka przeprawa przez leśną gęstwinę - ale obiecuję Ci że wkrótce pocwałujemy - Klacz zadrobiła w miejscu kopytami i ruszyła za paladynem na spotkanie drużyny.


***

-Słuchajcie - szepnął Gabriel próbując choć na chwilę upchnąć Jaskółkę za krzakiem. Jednak rumak w Ladrach z kopią u siodła dziwnie nie chciał wpasować się leśne runo - zaraz mnie zauważy. Może wyjdę do niego, powiem żem zagubił sie w ostępach i spróbuje podpytać o jego towarzyszy albo okolice. Wybadam czy ma wsparcie. Jako że mnie nie zna i nie kojarzy z Wami może będzie chętny do współpracy. Jak coś zaatakuje go jeśli jest tu sam i bez wsparcia. wy możecie w tym czasie przyjąć jakąś lepsza pozycje albo sie lepiej schować. Co Wy na to?
Mao kiwnął głową o dodał - Też Pójdę. Będzie mniej chętny do przemocy i może zaprowadzi nas do towarzyszy. Wy podążycie za nami.
- Le… lepiej nie iść z nim do reszty, ty… tylko w tym czasie odnieść księgę jak najdalej! - szepnęła Liska. Pomysł konfrontacji z Gerym i resztą wydawał jej się przerażający i głupi. Jeszcze tego brakuje by sami zanieśli księgę do “kupca” i podali mu ją na tacy! Lepiej byłoby szybko i cicho wybić czujki. Bardka czuła jednak, że pomysł dokonania niejako skrytobójstwa bandytów nie zostanie dobrze przyjęty przez nowych towarzyszy.
-Masz rację. Nie ma co ryzykować księgi. Postaram się go wypytać, a jeśli jego towarzysze są gdzieś dalej a on jest tu sam -w co wątpię, wymierzę sprawiedliwość za napad na trakcie na nim. Jeśli się podda zabierzemy go ze sobą do Beregostu by pod sąd oddać. Jeśli zaś będzie chciał walki…- Gabriel zawiesił głos i mruknął groźnie - dosięgnie go sprawiedliwa furia Bahamuta.

Paladyn dał towarzyszom chwilę by ulokowali się bezpieczniej w krzakach, po czym chwycił lejce Jaskółki w prawice i ruszył przez zarośla w stronę łucznika. Nie musiał nawet udawać nieporadności. Co rusz odpychał tarcza gałęzie krzaczorów ale i tak potykał się o kłącza
- Hej tam, dobry człowieku! - krzyknął wychodząc z zarośli. - Zali Bahamut Cię nam zesłał. Zgubiliśmy się w tej gęstwinie. Możesz nam pomóc? Na trakt skierować?
Mao szedł milcząc obok paladyna i pozwalając mu mówić.
Łucznik nie był zaskoczony widokiem paladyna i mnicha. Słyszał ich już z daleka, gdy przedzierali się przez pierwsze krzaki. Koń i rosły mężczyzna w zbroi nie należeli do mistrzów w fachu cichego kroku. Członek bandy Gerego obserwował Gabriela i Mao kątem oka, udając, że ich nie widzi, a dopiero po słowach tego pierwszego obrócił się ku im, powoli i z kamienną twarzą. Zmierzył wzrokiem paladyna, dając mu do zrozumienia, że jego pytanie jest nie na miejscu, wszak na tym odcinku ziemi jest raptem jeden szlak prowadzący do i z Candlekeep, więc aby się zgubić trzeba świadomie z niego zboczyć.
-Witajcie.- powiedział chłodno - Ciekawa ta wasza historia. Jak wam udało zgubić się na jednym szlaku, bez rozwidleń i rozgałęzień, tego nie wiem. Szlak jest tam - powiedział wskazując w swoje lewo, czyli w prawo drużyny. - Pójdziecie cały czas prosto to dojdziecie do traktu. - mówiąc to powoli oddalał się i wycofywał.

Zaprawdę święte zwoje miały rację: Największą karą dla kłamcy nie jest to, że nikt mu nie wierzy, ale to, że on sam nie wierzy nikomu. Małomówny Mao obserwował podejrzliwego przestępcę, widział jak się wycofuje. Dlatego postanowił zrobić tak, by kłamca wpadł we własne sidła. Dać mu kawałek prawdy, na którą czekał. Choć wypowiedział ją nie do obcego, acz do towarzysza. I niespecjalnie głośno, by tamten musiał wytężyć nieco słuch.
- Ty i te twoje skróty, paladynie. Nic są nie warte. Powinniśmy już dawno być w Candlekeep, ważna misja na nas czeka, a obijamy się po lesie. Założę się że idziemy w złym kierunku. Wiesz ty, choć gdzie tu północ, zakuta pało?
Łucznik albo nie usłyszał słów mnicha albo kompletnie je zignorował, gdyż dalej oddalał się od mnicha i paladyna, a gdy był już oddalony na około dwanaście metrów odwrócił się plecami do dwójki towarzyszy, jakby zupełnie ich ignorując.

Gabriel postanowił grać na zwłokę by dać towarzyszom czas na zaszycie się w krzakach. Poklepał konia po szyi.
- Zaiste głupcem byłem że posłuchałem tej jąkającej dziewoi na trakcie do Wrót. Trza było z Beregostu prosto szlakiem a nie przez las jak mówiła. Całkiem zgubiłem szlak. A Wy tu dobry człowieku tak samopas się włóczycie?- kłamcą paladyn był marnym. Lepiej szła mu dyplomacja na salonach, próbował być miły zatem i mało rozgarnięty.

Członek grupy Gerego przez chwilę nie reagował, jednak zatrzymał się. W związku z tym, że stał plecami do dwójki wysłanników z Twierdzy, ci nie byli w stanie dostrzec co robił. Po jakimś czasie łucznik odwrócił się przez ramię i powiedział
-Panie rycerzu, Candlekeep jest w drugą stronę niż wędrujecie, więc albo wasza historia jest wyssana z palca albo jesteście fatalnym nawigatorem na trakcie. Niezależnie od tego - raczy pan wybaczyć, ale to co ja tu robię to moja sprawa. - po tych słowach przeszedł kilka kroków i zniknął w pola widzenia mnicha i paladyna, jednak nie mógł odejść daleko.

-myślisz że chce nas wprowadzić w pułapkę? - mruknął paladyn. -Sprawiedliwość jest cierpliwa proponuje wrócić się w stronę traktu i kontynuować drogę. Musimy przede wszystkim ją chronić a skoro poszli w drugą stronę - odejdźmy czym prędzej - miał na myśli księgę ale wolał nie mówić wprost.
- Dziwny był ów jegomość- odpowiedział w dość głośno mnich - Ale proponuje wysłuchać jego rady, bo jak widzisz, sami do traktu nie trafimy. A tam odsapniemy chwile, mam dość przedzierania się przez chaszcze
- Zgoda Panie Mao - już dość przeze mnie pobłądzilimy. Prowadź - Powiedział równie głośno chcąc zachować pozory Gabriel.
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
Stary 07-10-2016, 08:45   #10
 
Lomir's Avatar
 

W tym samym czasie, nieopodal...

-Cicho!- syknął Gery -Słyszałem jakieś głosy, ktoś znalazł kogoś w lesie, słuchaj…- szepnął do elfa imieniem Nyvech stojącego kilka kroków od niego.

-... pójdziecie cały czas prosto to dojdziecie do traktu.- dał się słyszeć głos Vestasa. Gery nakazał elfiemu wojownikowi ukryć się, a następnie sam zadął w złożone dłonie symulując dźwięk sowy, na który zareagował oddalony Garom. Gery został na miejscu podczas gdy Vestas zbliżał się do jego kryjówki. Gdy złapał kontakt wzrokowy ze swoim przywódcą nadał mu wiadomość za pomocą umówionych wcześniej gestów.

-Panie rycerzu, Candlekeep jest w drugą stronę niż wędrujecie, więc albo wasza historia jest wyssana z palca albo jesteście fatalnym nawigatorem na trakcie. Niezależnie od tego - raczy pan wybaczyć, ale to co ja tu robię to moja sprawa. - w czasie gdy Vestas wypowiadał te słowa Garom i Nyvech przystąpili do flankowania dwójki “zagubionych” podróżnych. Gdy wszyscy byli na swoich pozycjach opuścili kryjówkę.


Po chwili łucznik powrócił, wyłaniając się zza drzewa. Tym razem jego oblicze nie wyglądało tak obojętnie, a w dłoni dzierżył swój łuk ze strzałą na cięciwie. W tym samym czasie z innym miejsc wyłonili się inni członkowie bandy wraz z ich przywódcą, Gerym.
-Witajcie podróżni. - powiedział z uśmiechem na ustach -To może teraz powiecie prawdę, co? Tak dla odmiany? Dlaczego przedzieracie się przez te zarośla, gdy nieopodal jest wygodny i komfortowy trakt? Może coś ukrywacie? A może macie coś czego szukamy, co?


W tym samym czasie, reszta drużyny...

Drużyna wyczekiwała w napięciu na rozwój sytuacji, a gdy łucznik zniknął z pola widzenia byli wybitnie skonsternowani. Nie wiedzieli co mają myśleć o zachowaniu człowieka Gerego, jednak instynkt podpowiadał im, że póki co warto zostać w miejscu. Po chwili Gnorst usłyszał coś w krzakach obok siebie i poinformował bezgłośnie o tym pozostałych. Gdy na “scenę” wynurzyli się wszyscy członkowie bandy wraz ze swoim przywódcą okazało się, że źródłem hałasów był przedzierający się przez zarośla kapłan, który teraz stał tyłem do poszukiwaczy przygód.


-To zależy czego szukacie - odparł mnich i stanął ciężko na obu nogach. Prosto twarzą do dowódcy bandytów. Ruchy miał powolne i ociężałe, jak przystało na jego posturę. Odłożył na bok serce dzwonu w pokojowym geście kładąc je delikatnie na ziemi. A potem oboma pięściami dotknął leśnej ściółki i uniósł głowę, by spojrzeć wrogowi w oczy.
To co nastąpiło potem zaskoczyło każdego. Eksplozja siły i szybkości, gdy mnich skumulował całą moc w krótkim czasie, i uwolnił ją atakując wroga. Nie było w tym ani trochę powolności, tylko szybkość i siła atakującego rekina. 170 kilo agresywnej masy zderzyło się z zakutym w stal mordercą, łapiąc go w żelazny uścisk.
-Prawdy chcesz? - tyle zdążył powiedzieć paladyn zanim głos zamarł mu w gardle na widok czynów postawnego mnicha. Nie było czasu by dywagować - oto prawda! Karząca ręka sprawiedliwości na Was opadła- wyrwał miecz z pochwy i zaszarżował na wojownika który stał za ich plecami. To był jedyny logiczny wybór - łucznik będzie miał problem by ich trafić w tej gęstwinie a tropiciel skryty w krzakach wraz z Colinem powinien dać rady kapłanowi. Na Panny jakoś nie liczył.

Colin tylko głośno przełknął ślinę, gdy znów spotkali się z grupą Gerego. Poczuł jak lekko drga mu lewa noga, do tego jeszcze ukłucie w żołądku. Bał się, najzwyczajniej w świecie się bał. Nie wiedział, na co stać nowych towarzyszy niedoli, a na dokładkę, znając jego szczęście, na pewno mocno oberwie podczas tej walki.
Wszystko zmieniło się, gdy łotrzyk zobaczył szarżującego Mao. Colin wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Może jednak, mimo wszystko, tym razem mają jakieś szanse w walce z grupą Gerego.
Spojrzał na swoich towarzyszy. Teraz już musieli zaatakować, nie mieli innego wyboru, nie mogli znów stracić członków swojej grupy. Miał tylko nadzieję, że Liska nie ucieknie tym razem z pola walki i wspomoże ich, jak tylko będzie potrafiła.
Dopiero teraz zauważył, że cały czas mocno ściskał rękojeść sztyletu. Z nerwów spociła mu się dłoń, ale musiał teraz chociaż trochę się uspokoić. Dał znak Gnorstowi, że muszą obydwoje jak najszybciej zaatakować kapłana. Miał cichą nadzieję, że tropiciel zaatakuje pierwszy.*

Liska nie chciała śpiewem zbyt szybko wydać ich pozycji, więc uważnie przymierzyła z łuku w kapłana. Odległość była niewielka, więc miała nadzieję, że pęd strzały zniweluje stojącą na jej drodze roślinność.
 
__________________
Może jeszcze kiedyś tu wrócę :)
Lomir jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170