Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-01-2017, 03:05   #1
 
Gettor's Avatar
 
[DnD 3.5 FR] Do broni!

Cytat:
W naturze nie ma nagród, ani kar. Jedynie konsekwencje.
~ motto druidów z Wężowego Lasu



Gęsta mgła spowijała las tego poranka. Wszyscy i wszystko czuło się przytłoczone ciężarem nastającego właśnie dnia - ptaki nie śpiewały, zaś gałęzie wisiały nienaturalnie nisko. Sama natura wydawała się zamykać się w sobie, jakby chciała schować się przed tym, co miało nadejść. Druidzi z kręgu Wężowego Lasu schować się jednak nie mogli - nie było ich stać na taki luksus. Dla nich nastały ciężkie czasy wymierzenia sprawiedliwości tym, którzy mieli czelność zadzierać z naturą i nimi samymi. Balans w Wężowym Lesie został zachwiany. Winowajcy musieli poczuć konsekwencje swych czynów.

Zapomniany Mech, ruiny w środku lasu, gościł niewielką grupkę obrońców lasu, którzy w każdej chwili spodziewali się gości.
Obronców co prawda nie wypełniała żądza krwi za niesprawiedliwości wobec lasu, jednak wierzyli, że ich determinacja i słuszność sprawy o którą walczą da im siłę do osiągnięcia celu i przywrócenia równowagi w lesie.
- Ahsherook, przestań! - Rozległ się groźny głos półorka Abshura. Zganiony młody elf wzdrygnął się nagle i zaklął pod nosem, że dał się tak podejść, nawet jeśli Abshur był jego przełożonym. - Co ty, w ziemi dłubiesz nożem? Cholera jasna, chłopcze, jak masz czas na takie durnoty to obsadź zachodni posterunek. Ruchy!
Półork potrząsnął głową, kiedy Ahsherook pobiegł w krzaki. Był szorstki w obyciu z innymi “rozumnymi” istotami, jednak naturę i jej potrzeby rozumiał jak mało kto. Zwłaszcza po alkoholu.
Pociągnął ostro ze swojego bukłaka i oznajmił pozostałym braciom, że idzie medytować. Skinął jeszcze głową z szacunkiem drzewcowi, który zgodził się wraz z druidami pilnować tego miejsca i poszedł. Usiadłszy pod jednym z dębów zamknął oczy i wyciszył tak ciało jak i umysł. Oparłszy plecy o drzewo po jakimś czasie poczuł łączność z otaczającym go środowiskiem. Słyszał ruchy okolicnych istot tak jak w pustym zamku słyszy się dudnienie obcasów. Łania, sfora wilków, kilka wiewiórek, być może satyr… centaur, wiele centaurów.
Ciężkie odgłosy kopytnych konio-ludzi upewniły półorka, że w ten sposób niczego sensownego więcej nie usłyszy dopóki ci nie odejdą.

Las wstawał powoli do życia i wydawało się, że atmosfera ciężkości powoli opada. Ptaki zaczęły śpiewać, jakaś sarna beztrosko przebiegła obok Abshura. Półork jednak był wtedy głęboko w transie i wyczuwał znacznie więcej ponad to co się “wydawało”. Ciężkie buciory, ochydne bestie i plugactwo. Oto co nadchodziło, oto co wyczuł.
Przebudził się z transu i natychmiast pognał z powrotem do ruin. Pozostali z jego towarzyszy również wyczuli to co on, a przynajmniej część. To nie byli ci, których druidzi się spodziewali. To byli wrogowie nie tylko lasu, ale i wszelkiego życia. Wrogowie, którzy zagnieździli się w ich lesie niczym pasożyt na którego cały krąg druidzki był ślepy. Abshur był wściekły na siebie, że tego wcześniej nie dostrzegł.

Niebawem rozległo się huczenie sowy. To Ahsherook dawał znać o nadchodzących intruzach.
Wejście do Zapomnianego Mchu stało się niejako linią frontu przeciw napastnikom, którzy mieli niebawem nadejść. Zajęte zostały strategiczne pozycje. Zwierzęta, nieliczne driady i drzewiec również stanęły w obronie kręgu.
Przeciwnicy nie próbowali nawet ukryć swojej obecności. Postaci z symbolami czaszek na tle czarnego słońca, szkielety niegdyś szlachetnych wilków i inne odrażające istoty stanęły naprzeciw strażnikom leśnym. Zatrzymali się na chwilę by ocenić siły z którymi przyszło im się zmierzyć. Następnie ruszyli do boju i popełnili rzeź.



27 Eleint 1273 roku, Poranek
Bernetogh


Obelard Heremby jak zwykle do swojego gabinetu przybył skoro świt i przygotowałmiasto do kolejnego dnia. Sprawdził raz jeszcze przypisane patrole i rozkłady wart na kolejny tydzień, odprawił strażników miejskich przybyłych na poranną zmianę i zasiadł za swoim biurkiem w oczekiwaniu na specjalnych gości.



W międzyczasie przyszedł Praza - półorczy zastępca Obelarda od strony administracyjnej. W zasadzie był sekretarzem młodego lorda Heremby, a jego głównym zadaniem było uczyć komendanta zarządzania miastem.
- Praza, co to ma znaczyć? - Zapytał Obelard przeczytawszy dokumenty przyniesione przez półorka. - Nie mam czasu na takie bzdury, przecież dzisiaj wyruszamy do lasu.
- Przykro mi milordzie, ale tym razem nie podlega to dyskusji. - Odparł sekretarz piękną dykcją, której niejeden orator mógłby mu pozazdrościć. - Ojciec jego lordowskiej mości wyraźnie podkreślił jak ważna jest jego obecność. O ile udało mi się, raz jeszcze, usprawiedliwić nieobecność szanownego lorda na posiedzeniu rady miejskiej, to lord Heremby nie zniesie braku obecności na urodzinach swojej żony, lady Grysil. Podejrzewam, że sama lady też nie przyjęłaby tego zbyt dobrze. Poza tym, milordzie, czy sam nie powiedziałeś, że zwołani “szubrawcy” to “najlepsze co ta zatęchła dziura ma do zaoferowania”?
- Prawda… - Przyznał komendant niechętnie. Przeczytał zaproszenie urodzinowe jeszcze raz, po czym westchnął ze zrezygnowaniem. - Niech będzie, punkt dla ciebie Praza. Zarządź wyjazd jeszcze dziś, skoro to niezbędne.
- Wedle życzenia, milordzie. - Półork skłonił się i wyszedł, zostawiając młodego komendanta bardzo niepocieszonym.
Lord Obelard nie omieszkał sięgnąć do najniższej szuflady swojego biurka, z której wyjął szklaną karafkę i nalał złocistego płynu do miedzianego kubka.
- Kurwa. - Skwintował sytuację, rozkoszując się gorzałką ze “Złotej Gęsi”. - No po prostu no kurwa no nie…

Dwie godziny później

Gabinet lorda Heremby był wyposażony w cztery ławki. Było to bardzo wygodne i dość zrozumiałe zważywszy na fakt, że regularnie odbywały się tu odprawy strażników miejskich oraz posiedzenia mające na celu rozwikłać zagadki kryminalne. Na ścianie wisiały też dwie duże mapy: jedna prezentowała Bernetogh w detalach, druga zaś okolice miasta. Druga z tych map była ważniejsza dla osób przybyłych na wezwanie lorda - obejmowała bowiem Wężowy Las, który był bardzo ważny ze względu na ostatnie problemy ze zwierzętami i druidami.
Do owego gabinetu przychodzili po kolei mieszkańcy miasta uznawani powszechnie za niezwykłych i których komendant osobiście tu przywołał. Każdy z nich otrzymał informację, że Bernetogh go potrzebuje w swojej chwili potrzeby do wyprawy o charakterze dyplomatycznym. Więcej informacji mieli uzyskać już u samego komendanta, który swe powody wyjaśnił dopiero kiedy zebrała się cała siódemka wezwanych mieszkańców.

- Drodzy… poddani. - Powiedział młody lord Heremby. - Misja z którą zamierzam was wysłać do Wężowego Lasu wymaga nie tylko dyskrecji, ale także silnych ramion, na wypadek gdyby owa dyskrecja zawiodła. Na początek może przeczytajcie ową notkę ze świadomością, że większość plotek, które ostatnio mogliście słyszeć na temat wydarzeń w lesie jest prawdziwa. Druidzi i ich zwierzęcy słudzy faktycznie zwrócili się przeciw nam i waszym zadaniem będzie, między innymi, ustalić dlaczego.
Z tymi słowy Obelard Heremby przekazał najbliższej osobie krótki liścik otrzymany od kręgu druidzkiego Wężowego Lasu, a sam podszedł do mapy i poczekał aż wszyscy zapoznają się z treścią listu.

- Zapomniany Mech znajduje się gdzieś w tych okolicach. - Wskazał odpowiednie miejsce na mapie, na południowy wschód od miasta i w głębi lasu, kiedy każdy z zebranych zaznajomił się z tajemniczym listem od druidów. - Zresztą wiecie jaka krąży wokół tego miejsca legenda i dlaczego nikt nie kwapi się odwiedzać go regularnie. Druidom wydaje się, że są najwyższą władzą w tym rejonie. Macie im udowodnić, że się mylą zachowując przy tym najwięcej taktu jak tylko się da.
Lord Heremby spojrzał po zebranych i kontynuował:
- Nie zrozumcie mnie źle, waszym nadrzędnym zadaniem jest zażegnanie zagrożenia dla Bernetogh ze strony Wężowego Lasu. Mam na biurku dokument, który mam zamiar wysłać mojemu ojcu, a stanowi on o nagrodzie po pięćset sztuk złota dla każdego z was w razie wypełnienia tego zadania. Mam też drugi dokument, który stanowi o premii w wysokości dwóch tysięcy sztuk złota w razie wykonania powyższego zadania w sposób utrzymujący przyjazne stosunki Bernetogh z kręgiem druidzkim Wężowego Lasu. Mam nadzieję, że teraz wasze zadanie jest jasne?

Nastąpiła chwila ciszy w której nawet komendant musiał zebrać swe myśli.
- Prawdę mówiąc to nie mam pojęcia co tam możecie zastać. Bardzo chciałbym wyruszyć z wami, jednak sprawy służbowe mi to uniemożliwiają. Jeśli uznacie, że utrzymanie przyjaznych stosunków z leśnymi ludzikami jest niemożliwe, nie krępujcie się ich pacyfikować. Dodatkowa nagroda was nie minie, będzie to tylko kwestia odpowiedniego wyjaśnienia całej sprawy mojemu ojcu. - Powiedział lord Heremby gładząc się po brodzie.
- Czy macie jakieś pytania zanim wyruszycie na wyprawę?
 

Ostatnio edytowane przez Gettor : 15-01-2017 o 23:49.
Gettor jest offline  
Stary 07-01-2017, 20:35   #2
 
Kawalorn's Avatar
 
Myśliwy Dragomir, zwany Łowczym, miał zamiar właśnie doglądać hodowli psów myśliwskich, którą założył z gnomem nazywającym się Eyarmuck Baggnockle. Dokładniej, to Baggnockle wykładał pieniądze i służył czasami kontaktami handlowymi, a Łowczy prowadził hodowlę, relacjonując ważniejsze rzeczy wspólnikowi. Póki co, inicjatywa rozwijała się dobrze, ale trzeba trzymać rękę na pulsie. W końcu głupio byłoby zmarnować złoto wspólnika, samemu nie wykładając ani grosza. Ale tak to jest, kiedy tylko jedna strona zna się na hodowli. Zresztą, gdyby Eyarmuck znał się na hodowli, to pewnie zająłby się tym już dawno, zanim Dragomir przyszedł do niego z takim pomysłem.
Przed obchodem myśliwy zajrzał jeszcze do gnoma. Ten, gdy tylko go zobaczył, od razu spochmurniał.
- Jest wiadomość do ciebie. Od straży... - powiedział powoli, pokazując mu list.
- O, może udało im się coś ustalić w sprawie Żwawca - ożywił się człowiek.
- Nie, to nie o to chodzi. Swoją drogą, co niektórzy twierdzą, że na tego elfa mówili Żwawy. Wiesz, jak to jest z plotkami.
- Psia trąba... - mruknął Dragomir, zgodnie ze swoim zwyczajem. Zwyczajem stosowanym przynajmniej wtedy, gdy nie był mocno zdenerwowany. - Cóż, może jednak gdy ktoś coś będzie wiedział, to skojarzy "Żwawego" ze "Żwawcem". Dobra, pies mu buty lizał. Co to jest za sprawa? Zaraz, czytałeś?
- Nie, przepytałem strażnika. Miasto wysyła cię na wyprawę...
- Co takiego?!
- Daj skończyć. Strażnik nie powiedział wszystkiego, ale... to wyprawa o charakterze dyplomatycznym.
Dragomir spojrzał na niego ze zdziwieniem. To jakiś nietypowy żart gnoma?
- Nie patrz tak na mnie, wszelkie pytania do straży. W każdym razie, obowiązkowo masz stawić się u komendanta dwudziestego siódmego, przed południem. No i tu pojawia się problem. Co będzie z hodowlą?
Łowczy poważnie się zastanowił.
- Kij wie, o co chodzi i ile ta wyprawa ma potrwać. Póki co na tym etapie pracownik, którego przyjęliśmy, ten Alwin, powinien sobie z tym poradzić... - odpowiedział powoli, dodając w myślach "Mam nadzieję". - Wyłożę mu wszystko, co i jak. A najlepiej to jeszcze mu rozpiszę. Tylko że może potrzebować pomocnika... trzeba by przyjąć tamtego drugiego, co chciał tu pracować.
- Mówiłeś, że to tuman - przypomniał Baggnockle nieco zgryźliwie.
- Pilnowany nie zaszkodzi. Ja go ciągle pilnować nie mogę, ale Alwin jest tu cały czas. Uprzedzę go również o tym.
- Skoro nie mam wyjścia... Ech, to komendant powinien płacić mu wynagrodzenie, skoro cię zabiera... Dobra, ale zostawmy marzenia. Mówisz, że na razie Alwin sobie poradzi... Przynajmniej gdy nic się nie stanie, jak rozumiem... Ale co ja mam zrobić z tą hodowlą, gdy cię tam coś trafi?
Na to Łowczy nie mógł znaleźć dobrej odpowiedzi. Bez odpowiedniego człowieka ta hodowla nie ma racji bytu.
- Tego nie planuję - zażartował. - Przecież nie napiszę ci całego podręcznika, a to i tak byłoby za mało. Pewnie kogoś znajdziesz. Nie wiem, może druidzi Chauntei na początek pomogą, jak im sierociniec wesprzesz. Ty tu znasz się na interesach, nie ja. A teraz muszę napisać instrukcje dla Alwina, następnie wytłumaczę mu, co i jak, no i miałem na dziś parę innych obowiązków przy hodowli. Możesz w międzyczasie posłać do tego gamonia... ekhem, pomocnika? Oby się zgodził, bo nie chcę znosić kolejnego sprawdzania kandydatów...

* * *

W międzyczasie jeszcze przeczytał wiadomość. Miał przygotować się do wyprawy związanej z bezpieczeństwem miasta... Ale jakiej? O co chodzi?
Niezrozumiałe jest, dlaczego na wyprawę komendant nie wyśle swoich ludzi. A jak już wysyła mieszkańców... Cóż, jako myśliwy może i był znany części mieszkańców, w końcu poza tym, że zaopatrywał miasto w mięso i trofea, to jeszcze pomagał farmerom, pasterzom albo drwalom w ich problemach z drapieżnikami i nie żądał zapłaty, gdy ktoś nie miał z czego zapłacić. Inna sprawa, że robił to głównie dla przyjemności polowania.
Te okolice były jego domem, a mieszkańcy... właściwie w pewnym stopniu jego społeczeństwem, choć wolał przebywać w dziczy niż w mieście i nie bez powodu zajął pustą chatkę poza miastem, gdy przybył tu z okolic Skullspear. Mimo to, bezpieczeństwo mieszkańców Bernetogh jest sprawą, dla której mógł gdzieś wyruszyć... tylko co on ma wspólnego z dyplomacją? Raczej nie spełnia tego, czego wymaga się od dyplomaty.
Rozumiał więc jedynie to, dlaczego posłaniec zostawił wiadomość u Baggnockle'a. Gdy Dragomir zgłaszał straży sprawę napaści Żwawca, powiedział im, że czasami można tam go znaleźć... Jego chatki najwyraźniej nikomu nie chciało się szukać.

* * *

Gdy Dragomir skończył swe obowiązki i wracał do chaty, zorientował się, że nie ma przy nim jego własnego ogara myśliwskiego.
- Afer! Kici, kici!
Nie mógł się powstrzymać, by nauczyć go przychodzenia na między innymi taką komendę. Było to niedługo po tym, jak ogar się do niego przypałętał. Łowczy niezbyt go wtedy lubił.
Myśliwy zobaczył po chwili, jak pies zmierza truchtem w jego kierunku.

Gdy dotarli na miejsce, Dragomir usiadł i zaczął drapać psa Afera za uchem, jednocześnie się zastanawiając nad całą sprawą.
- Powinieneś zostać tutaj, gdy wyruszę - odezwał się Dragomir do psa, pomimo że wiedział, że ten go nie zrozumie. - Ale ty nie jesteś w stanie odczepić się ode mnie na więcej niż parę godzin i i tak się przyplączesz... Cóż, może nic ci się nie stanie... - zasępił się.

* * *

Nadszedł dzień zbiórki u komendanta. Dragomir wszedł do siedziby straży, każąc psu zostać przed budynkiem.
Na początku odprawy uniósł ironicznie brwi na słowo "poddani", jednak nie zostało to zauważone przez komendanta... Chyba.
Po przeczytaniu wiadomości od druidów wiele rzeczy stało się dla myśliwego jasnych. Idą do Wężowego Lasu - kto jak kto, ale Dragomir umie poruszać się po lesie, nawet tropić, poza tym zna się co nieco na temacie druidów i tej całej Natury. Chociaż nigdy nie chciał mieć z tym wszystkim zbyt wiele do czynienia, interesował się tematem. A poza tym, trzeba będzie po drodze potraktować strzałami parę zwierząt i pewnie druidów.
Z tymi druidami sprawa jednak nie była taka prosta. Ach, no tak, to wyprawa dyplomatyczna.
Wreszcie można było zadać pytania.
- Moje pytania zależą od jednego - zaczął Dragomir. - Rozumiem, że przed tym wszystkim nie było ze strony druidów żadnych protestów, ostrzeżeń, a te morderstwa były ich pierwszą reakcją? Były jakiekolwiek sygnały, o co mogłoby chodzić? Zgłaszałem co prawda straży, że jakiś szalony elf napadł na mnie za “zakłócanie równowagi nadmiernymi polowaniami”, ale... choćby ci druidzi w ogóle nie znali cywilizacji, to przecież z historii wiadomo, że muszą znać obyczaje na tyle, by takie sprawy załatwiać z oficjalną władzą, a nie z myśliwym... Prawda?
- Nie było żadnych sygnałów ostrzegawczych - Potwierdził komendant. - Pamiętam twoje zgłoszenie, chodziło o elfa o imieniu Żwawiec, prawda? Dopóki las nie przestanie być takim niebezpiecznym miejscem, nie będziemy w stanie nic zrobić w tej kwestii. Szczerze jednak wątpię, by napaść tego elfa miała wiele wspólnego z naszą aktualną sytuacją. Mamy w tym momencie trzy zgłoszenia ataków na podróżnych i patrole w lesie, wszystkie wydarzyły się w ostatnim czasie.
Dragomirowi ulżyło. Czyli agresja druidów nie miała z nim nic wspólnego. Właściwie nie sądził, żeby Żwawiec był ich wysłannikiem, a uważanie siebie za takiego myśliwego, że aż druidzi się na nim skupili, byłoby arogancją... jednak niepewność zawsze była.
Obelard podszedł do biurka i przez chwilę szukał dokumentów w jednej z szuflad.
- Atak niedźwiedzi na patrol w lesie, ankhegów na farmę przy granicy z lasem i rozszarpanie podróżnych przez wilki i pająki. Albo wilki i węże, nie zostało to dokładnie ustalone - mężczyzna schował dokumenty z powrotem do biurka. - Przy tym ostatnim napadzie został znaleziony liścik, który wam przed chwilą pokazałem.
- Rozumiem. W takim razie pierwsza kwestia... Nie ma pewności, że to krąg z Wężowego Lasu. Z doświadczenia wiem, że druidzi są różni i potrafią zabijać się wzajemnie, a co niektórzy są gorsi od tych naszych... nie zdziwię się, jeżeli wmieszali się w to ci od Malara... no, ale to, że tym tutejszym odbiło, to też jest możliwe. Załóżmy więc, że to oni. Cóż, domyślam się, że nie zostałem wezwany jako negocjator, ale i tak się wypowiem. Mamy zachować przyjazne stosunki... Tylko że oni nas zaatakowali. Są ofiary. Przecież nie można tego zignorować. Rozumiem chęć zachowania przyjaznych stosunków, ale nie oznacza to chyba całkowitej uległości? Może i nie znam się na polityce, ale to oczywiste, że to by się na dłuższą metę źle skończyło. Jakaś odpłata z ich strony musi być. A druga kwestia - jeżeli nam tam z nimi nie pójdzie, to dlaczego by ich nie spacyfikować? Nie żebym miał ochotę ich zabijać - ale jeżeli sami chcą wojny, to muszą się z tym liczyć.
 

Ostatnio edytowane przez Kawalorn : 10-01-2017 o 16:11. Powód: Poprawka literówki
Kawalorn jest offline  
Stary 08-01-2017, 16:24   #3
INNA
 
Nami's Avatar
 
Po wyprowadzce z sierocińca, Furia zamieszkała w drewnianej chatce nieopodal miasta. Dzieliła domek wraz z Kendrickiem, ponieważ w ten sposób koszta lepiej się rozkładały, a oni jako sieroty, nie posiadali wielu funduszy i nie było ich stać na nic lepszego. Dodatkowo długi rosły i przysparzały kłopotów, od których bolała głowa; dosłownie. Kobieta była znana i rozpoznawalna, ze względu na specyfikę swej urody. Jedni nie mogli oderwać oczy z zachwytu, inni zaś traktowali ją jak plugastwo tego świata. Wychowana w tutejszym sierocińcu, mogła być obca jedynie dla przyjezdnych, mieszkańcy musieli ją kojarzyć chociażby z widzenia. W końcu nie na co dzień spotyka się osobę z rogami i diablim ogonem.

Tego ranka obydwoje spali do późna. Przewracali się w łóżku na drugi bok, kradnąc sobie nawzajem kołdrę, która nie była wystarczająco duża, podobnie zresztą jak materac, na którym leżeli. Odkryte stopy Furii w końcu ją zbudziły, a całe ciało kobiety zadrżało i zwinęło się w kulkę. Odwróciła się do leżącego tyłem do niej Kendricka i zmrużyła groźnie oczy. Początkowo chciała zedrzeć z niego kołdrę i wziąć co jej, ale w ostateczności stwierdziła, że przyłoży swoją lodowatą stopę do jego pleców. Nacisnęła mocno nogą w okolicę jego kręgosłupa lędźwiowego. Żałowała tylko teraz, że nie urodziła się z diablimi kopytami.
- Kradniesz kołdrę całą noc! - rzuciła pretensjonalnie, kiedy ten odskoczył, aby odsunąć się od kończyny, której chłód podobny był do Doliny Lodowego Wichru; generalnie mógł zabić.
- Cooo…? Eee…? - Zapytał mocno zaspanym głosem Kendrick, kiedy niespodziewanie niemalże wystrzelił w powietrze po tym jak Furia przyłożyła swe lodowate stopy do jego pleców. - Zabieraj te lodowate kopyta, kobieto! - Krzyknął wyraźnie oburzony, a następnie odwrócił się twarzą do niej. Niebieskowłosy mężczyzna zmrużył gniewnie oczy widząc malującą się na jej twarzy złośliwość. - Wystarczyłoby grzecznie poprosić… - mruknął niezadowolony, po czym wyprostował się, siadając na łóżku i oddając jej resztę swojej kołdry, którą ta przytuliła z triumfem. Niemalże natychmiast odczuł chłód tego parszywego poranka i zadrżał.
- Powinniśmy napalić w piecu - powiedział zamyślonym głosem, spoglądając przez lekko zaparowane okno na wschodzące słońce. Nie uzyskał odpowiedzi, dlatego zerknął okiem na leżącą obok Furię. Ta wciąż spoglądała na niego swoim złośliwym, chłoszczącym spojrzeniem. Widząc to Kendrick głośno westchnął i dodał:
- No dobra, ja to zrobię… - rozciągnął się, powoli przesuwając się w stronę krawędzi łóżka, kiedy zupełnie niespodziewanie odwrócił się i rzucił się na Furię, obejmując ją czule i nachalnie całując po szyi i zarumienionych od zimna policzkach. - Ale najpierw odbiorę swojego porannego całusa - powiedział, kiedy w końcu przestał ją pieścić i przybliżył usta do jej ust.
- Fuj, no weź! - zaprotestowała wiercąc się i zwinęła usta w wąską kreseczkę, odwracając głowę na boki. To nie było tak, że się go brzydziła, ale eksplozja uczuć zawsze sprawiała, że nie potrafiła się dostosować do nagłych emocji i czuła wręcz potrzebę, aby uwolnić się z ich okowów. Dla mężczyzny zapewne było to często niemiłe zachowanie z jej strony, jednak mógł zdążyć się do niego przyzwyczaić i zaakceptować. Broniąca się przed wylewnością niebianina, zrobiła się cała czerwona na twarzy, ale nie ze złości, a ze wstydu.
- Kendrick, przestań, zimno jest! Odkrywasz mnie - zganiła go próbując ukryć rozbawienie, jakie spowodowała jego natarczywość i traktowanie tego jak poranne wyzwanie. Zawsze odczuwała obawę przed osobami zbyt pewnymi siebie i towarzyskimi, a taki właśnie był aasimar. W końcu ustąpiła mu i musnęła wargami jego ust na krótki moment. W tej chwili to i tak było dla niej zbyt wiele.
- Idź rozpal lepiej, pomogę ci - westchnęła cicho, czując początkowe zmęczenie, które miała w planach rozchodzić. Kendrick zaśmiał się
- Już to widzę! Zapomniałaś, że odkładałem rąbanie drewna w nieskończoność i teraz niestety muszę wyjść na dwór i się z tym zająć - powiedział wstając z łóżka i zaczął ubierać się w swoje zwyczajowe, znoszone spodnie i pomiętą koszulę.
- A wątpię, abyś chciała się tym zajmować... - dodał po chwili, po czym zakasał rękawy, chwycił za siekierkę opartą o ścianę obok wyjścia i wyszedł na zewnątrz, kierując się w stronę starego pieńka, na którym zwykł rąbać drewno. Na te słowa ruda po prostu wzruszyła ramionami. W sumie było i lepiej dla niej, bo mogła nic nie robić i patrzeć, jak inni robią wszystko za nią. Było to dość wygodne i stanowiło choć namiastkę jej marzeń. Mimo to bycie królową drewnianej szopy nie było ich szczytem. Furia ubrała się jak zwykle ładnie i schludnie, bo przecież nawet jeśli jej plan dnia to było nie robienie niczego, musiała przynajmniej zrobić tyle, dla samej siebie. Poprawiła łóżko i ogarnęła proste rzeczy, choćby zamiecenie podłogi z piachu. Kiedy otworzyła drzwi, aby pozbyć się brudu, który zgarnęła miotłą, usłyszała rozmowę między Kendrickiem a Strażnikiem, który przybył tutaj z informacją. Ta niby tyczyła się ich dwójki, ale mimo to ten zakuty palant nawet do niej nie przyszedł i nie spojrzał jej w oczy! Furia poczuła złość. Jak zwykle jej unikano, jakby była mniej ważna, no bo przecież po co zagadywać do tej rogatej zołzy, skoro można do niebiańskiego mężczyzny, który jest jak szum morza i powiew bryzy. Nim Kendrick wrócił do domu, Diablica napiekła mnóstwo ciastek, po kilka sztuk o różnym smaku, kształcie i innych ozdobach z lukrowanych kulek, gwiazdek i niteczek. Aasimar już wiedział, że coś ją rozzłościło.


Wraz z Aasimarem, w sali znalazła się średniego wzrostu, atrakcyjna kobieta, wyglądającą na zdecydowanie bardziej dojrzałą niż była w rzeczywistości. Była posiadaczką dojrzałych kształtów oraz filigranowej sylwetki. Długie, rude włosy, mieniły się ogniem w świetle południowego blasku słońca, zaś czekoladowe oczy połyskiwały miedzianym i miodowym blaskiem. Jej twarz była smukła, acz nie trójkątna, nos lekko zadarty a usta wąskie, wykrzywione w cwanym uśmieszku. Przy pierwszym spotkaniu jej mimika oraz rysy były naprawdę pociągające, zaś ciało gotowało krew samym swym seksapilem. U młodej tieflinki piersi i pośladki były jędrne i miękkie, brzuch płaski, lekko umięśniony, nogi zaś zgrabne, szczupłe i długie. Cieleśnie mogłaby uchodzić za seksualny ideał każdego mężczyzny, a wystające spod rudych pukli potężne, skręcające ku tyłowi rogi oraz wrastający z końca pleców długi czerwony ogon zakończony ostrą strzałką, jedynie dodawały pikanterii. Kobieta ubierała się w wąskie, czarne spodnie, które przylegały do nóg i pośladków, podkreślając tym samym ich zgrabność oraz jędrność. Tym razem jednak owe smaczki nie były na widoku, gdyż tyły rudej diablicy zasłonięte zostały długim, karmazynowym płaszczem. Stopy schowane były w czarne buty z wysokim podbiciem, sięgające ponad kostki. Tors zakryty lekkim, acz trwałym, połyskującym pancerzem stworzonym z gęstej plecionki z drobnych kółek, a to wszystko w kolorze czerni. Nie można było twierdzić, że nie zwracała na siebie uwagi, gdyż jej obecność nie obeszła się samym staniem i wyglądaniem. Z początku chciała rzucić z pogardą, że milordowe przydupasy to tchórze, bojące się kobiety, ale stwierdziła, że nie będzie się kłócić przy innych. Mimo wszystko nie liczyła wcale na dobre pierwsze wrażenie, bo rzadko kiedy je uzyskiwała. Nim więc zabrała głos, musiała wziąć kilka głębszych wdechów. W tym czasie zdążył przemówić ktoś inny.

- Skoro ma to być coś najlepiej dyplomatycznego, to jakie mamy upoważnienia? Jeśli się pojawimy i powiemy że jedyne co możemy, to przekazać wieści, roszczenia czy co im się uwidziało, a do tego pokiwać głowami, udając że nie mamy ich głęboko gdzieś, to od razu stwierdzą że wszyscy mają ich głęboko gdzieś i dyplomacja pójdzie się paść, coby nie urazić lordowskiej mości stwierdzeniem pierdolić. - Wyrzucił z siebie jednym ciągiem Kobuz, na co Furia uniosła brew. Niezły koleś.
- Jaka jest pewność, że list pochodzi od druidów, a nie kogoś, kto próbuje skłócić dwie strony? - spytała wreszcie, stojąca gdzieś na końcu, rogata kobieta o ognistych włosach i poważnym wyrazie twarzy.
- Rozumiem, że wszystko wyjaśni się prędzej czy później, skoro i tak mamy doprowadzić do rozejmu i pozostać w stosunkach jak najbardziej pozytywnych, ale przedwczesne upewnienie się, co do autentyczności przekazu, mogłoby przynajmniej naświetlić nam sytuację, dając więcej możliwości, niż jedną, która z góry zakłada winę druidów - wyjaśniła pewnym siebie tonem głosu, mając głowę dumnie zadartą ku górze i nie kryjąc tego, kim jest.
- No i czy są przypuszczenia, co mogli mieć na myśli pisząc “zdrada”? Naprawdę wygląda to jak wmieszanie się osób trzecich, niektóre istoty lubują się w chaosie.
- Upoważnienia? - Obelard pogładził się po brodzie. - Druidzi nie respektują żadnych oficjalnych upoważnień. Nie miejcie jednak żadnych złudzeń: jest spora szansa, że idziecie w pułapkę. To - komendant wskazał na liścik druidzki - mogło równie dobrze zostać spreparowane przez kogoś nieprzychylnego naszemu miastu. Nie mniej ten ktoś jest jakimś rodzajem druida, a co najmniej bardzo dobrze się pod niego podszywa.
- Mój sekretarz, Praza, stwierdził że nie zna tych dziwnych, pojedynczych słówek zawartych w liście. - Kontynuował komendant. - A, uwierzcie mi, on zna naprawdę wiele języków i dialektów. Uznaliśmy wspólnie, że najbardziej prawdopodobnym jest, iż są to pojedyncze słowa z języka druidzkiego. A to oznacza, że jego autor musi być druidem.
- Nie wiem o jakiej zdradzie mogli pisać.
- Przyznał Obelard, zwracając się do Furii. - Masz rację, że tak to wygląda i podkreślam raz jeszcze: prawdopodobnie jest to pułapka. Kto ją zastawił i w jakim celu, tego musicie się dowiedzieć. Jaki udział mają w tym wszystkim druidzi z Wężowego Lasu i co ich tak rozsierdziło, tego też musicie się dowiedzieć.
- Nie o papierki mi chodziło, a raczej ewentualne ustępstwa dla załagodzenia czegokolwiek, ale faktycznie wygląda na to, że prędzej się przyda kawałek solidnej stali na podorędziu.
- Kobuz poklepał rękojeść swojego wiernego dwuraka.
- Dostajemy zaopatrzenie, czy na własny koszt? - spytała na koniec, gdyż wydawało jej się, że więcej pytań mieć nie będzie. W sumie mówiący wcześniej drwal, czy kimkolwiek był ten typ o twarzy prostego chłopa, również powiedział tyle ile potrzeba i o czym ona sama myślała. Poza tym zapewne i inni będą mieli swoje obiekcje, które uzupełnią wiedzę każdego zebranego. Zastanawiała się tylko czy została wybrana ze względu na swój talent i silny charakter, czy tylko jako zachęta dla Aasimara. Zacisnęła dłonie w pięści, kiedy ta nieprzyjemna myśl, przemknęła przez jej głowę.

 
__________________
Discord podany w profilu
Nami jest teraz online  
Stary 09-01-2017, 21:30   #4
 
psionik's Avatar
 
Wieczór
[media]http://www.hotel-r.net/im/hotel/gr/medieval-inn-20.jpg[/media]

O tej porze w Złotej Gęsi było jeszcze sporo gości. Z dwóch dostępnych karczm Stalowy Dąb słyną z dobrej kuchni, kuszących aromatów pieczeni polewanej sosem ze świeżo zebranych grzybów, majeranku, tymianku i szałwii. Do tego mocne piwo imbirowe sprawiały, że każdemu ślinka ciekła gdy tylko przechodził 100 kroków od karczmy.
Złota Gęś dla odmiany słynęła z drogiego, ale pysznego bimbru, wyższych cen, a przez to lepszej klienteli. Dziewki służebne też oczekiwały większego napiwku, za to dbały o siebie i wymagały, by obmacujący je klient najpierw umył ręce.
Dijan zdecydowanie wybierał drugie miejsce gdy tylko pozwalała mu na to gotówka. Poniekąd dlatego, że uważał, że kobiece piękno należy doceniać starając się nie ślinić, po drugie mimo mieszkania na Dworze Heremby, jak to zawsze mówił: “wychowałem w miejscu co nazywa się Dług, gdzie żadna kobieta nie goli swych nóg”.

~ Nazwij mnie paranoikiem, ale wolę nie wracać wspomnieniami do tego ponurego miejsca ~ zwykł mówić, gdy już zebrało mu się na opowiastki. Czynił to jednak sporadycznie i niechętnie, choć gdy chciał potrafił być czarujący, szarmancki sypiąc dowcipem na prawo i lewo. Problem był tylko taki, że zbyt często nie chciał. Bycie duszą towarzystwa jest dobre, ale mężczyzna po prostu nie lubił ludzi. W głębi serca nie miał szacunku do istot rozumnych traktujących siebie jak kogoś lepszego od zwykłych zwierząt. Kogoś predestynowanego do czegoś większego.
- Pierdolenie - mruknął popijając zimnym piwem. Zwierzęta niczym nie ustępują ludziom. To, że nie warzą piwa nie oznacza, że coś jest z nimi nie tak.

Spojrzał na kręcącą się zwiewnie po sali rudowłosą dziewczynę. Nie kojarzył jej, gdy był tu ostatnio. Miał słabość do rudych dziewczyn i czuł, że jej perlisty uśmiech będzie mu się śnił przez najbliższe noce, jeśli nie weźmie jej do siebie na noc.



Dekadzień temu
[media]https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/564x/68/00/ed/6800ed8372cf39ce3d82f84fdd092279.jpg[/media]

Smrud zaułków nie był tak nieznośny. W tym zawodzie idzie się przyzwyczaić do walających się szczurych odchodów wymieszanych z resztkami jedzenia z przewróconych śmietników, polanych świżym sosem ze szczyn nieumytych żebraków i bezdomnych.
Człowiek w tym zawodzie jest w stanie nawet przyzwyczaić się do zapachu strachu i śmierci towarzyszącego zesranemu ze strachu człowiekowi z odciętym językiem i przetrąconą nogą.
Dijan widział swojego niedoszłego “kamrata” gdy ten czołgał się u wylotu alejki. Trop był świeży, podążał za zygzakowatym, niczym wężowym, śladem będących mieszaniną kału, krwi i moczu, z ostrą domieszką śmierci i strachu.
Szedł spokojnie cicho stawiając kroki. Jego skórzane, czarne buty za łydkę ostrożnie omijały fekalia nie czyniąc większego hałasu. Były zagłuszone pojękiwaniami mężczyzny bez języka.
Dijan pewnym i spokojnym krokiem podszedł do leżącego mężczyzny stawiając nogę nad nim. Przeszedł jakby nigdy nic wychodząc na główniejszą ulicę. Prawie jakby nigdy nic. Cichutki jęk zwalnianej cięciwy ręcznej kuszy, ostatnie westchnienie uderzenie zwiotczałych kończyn i głowy o bruk towarzyszył zabójcy w tej krótkiej chwili, gdy kontrakt został wypełniony.
Nim wszedł w obręb świateł miejskich latarni, kusza zniknęła z rąk mężczyzny, a on sam w fantazyjnie karmazynowym płaszczu z kapeluszem z rondem koloru granatu wmieszał się w tłum idący na festyn. Zanim będzie musiał wracać do Skullspear wraz z karawaną miał jeszcze czas się zabawić. Załadunek towarów potrwa jeszcze dwie godziny, a z rana ruszą w powrotną drogę. Dijan liczył na pełną wrażeń noc. Był podniecony. Nie chodziło o zabójstwo, ani o polowanie. Po prostu ta noc była magiczna, jak mawiają miejscowi farmerzy. Dziewczyny tańczą na stołach, pod stołami śpią rolnicy, a w sianie buszują cwaniacy ściągający dziewki ze stołów, gdy ich narzeczeni, mężowie i ojcowie śpią słodko na ziemi.

Ponownie Złota Gęś
[media]http://img03.deviantart.net/f138/i/2010/188/8/3/redhead_by_alicexz.jpg[/media]

Dijan rozmyślał nad ostatnim zadaniem obracając w ręku złotą monetę. Krążek nieoberżniętego złota z herbem Heremby obracał się to rewersem, to reszką pomiędzy smukłymi palcami łotrzyka. Lewa ręka swobodnie trzymała pusty kufel. Uśmiechnął się zadziornie do rudej, gdy odbierała kufel, a złota moneta zniknęła. Po chwili mężczyzna wyjął dokładnie tę monetę lewą ręką zza ucha dziewczyny i z szelmowskim uśmiechem owinął smukłe dłonie panny wokół napiwku. Położył nogi na stole obserwując zgrabny tyłek dziewczyny wsłuchany w meloopowieść centaura.
~ Kto wpuszcza konia do karczmy? ~ zastanawiał się jakiś czas wcześniej. Choć nie dało się zaprzeczyć, że opowieść była interesująca, to gdyby on paradował z fujarą na wierzchu po karczmie zostałby z niej wyrzucony natychmiast!


Wezwanie


Han Razem. Miejski cwaniak, wysłannik samego Oberalda Heremby próbował niepostrzeżenie wejść do karczmy. Dijan lubił takich co to próbują wejść niepostrzeżenie, zająć jakieś miejsce w cieniu i być jakby ich nie było. Byli tak bardzo rzucający się w oczy, jak już zwróci się na nich uwagę, że mężczyzna mógł się tylko śmiać.
- Zajęte -
- Zabieraj te gice Di, mam sprawę do ciebie.
- Przecież widzę. Sam byś tu nigdy nie przyszedł pić za swoje -
odpowiedział łotrzyk, jednak zdjął nogi ze stołu.
- Co tam Han? Po co tu przyszedłeś?
- Jest sprawa. Wezwanie od samego lorda dowódcy -
- Lorda-srolda, czego Jego Miłość sobie życzy?
- Nie tytułuj go tak! -
oburzył się Han, jednak zaraz wrócił do swojego typowego cichego tonu - tym razem to coś specjalnego. Zbierana jest grupa wyjątkowych ludzi o wyjątkowych zdolnościach do…. - Han przerwał widząc sceptyczne spojrzenie.
- No dobra, może niekoniecznie ludzi i niekoniecznie wyjątkowych zdolnościach, ale zlecenie specjalne. Dobrze płatne. I masz się stawić osobiście.
Dijan przyjął kufel z rąk rudej i uśmiech z jej ust i zielonych oczu. Jak on lubił takie piegowate, małe, zgrabne, rude dziewczyny. Sam nie należał do zbyt wysokich. Smukły, żeby nie powiedzieć chudy, ze sztywnymi jak szczota kasztanowymi włosami i piwnymi oczami nie był niebiańskim okazem piękności, ale bystre spojrzenie ciemnych oczu spod krzaczastych brwi, jednodniowy zarost, szelmowski uśmiech (co się rzadko zdarza) kompletu białych zębów i nienaganne ubranie sprawiało, że potrafił przyciągać uwagę płci przeciwnej. Dziś ubrany był w zwykłe spodnie, skórzany pas z małą, niepozorną klamrą w kształcie węża, białej, lnianej koszuli z dużym kołnierzem i wełniany Cottehardie w kolorze ciemnej zieleni z trzydziestoma srebrnymi guzikami. W prawym uchu miał skromny złoty kolczyk.
- Dobra Han, cokolwiek. Jak Jego Miłość życzy sobie mojej obecności, to będę, a teraz wybacz, mam spotkanie z pewną uroczą istotą.
- Jutro po śniadaniu! Nie zapomnij! -
powiedział Razem zabierając swoje chude dupsko z karczmy. ~ Dijan nie zapomina, ale ma teraz ciekawsze zajęcia ~ pomyślał łotrzyk kierując się za dziewczyną...



Następnego dnia u Heremby


~ Poddani ~ Dijan parsknął w myślach słysząc ton w jaki uderza Oberald. Nie skomentował jednak nic przyglądając się tej dziwnej zbieraninie, z którą przyjdzie mu pracować. Z oczywistych względów dłużej zatrzymywał wzrok na kobietach, jednak nie czynił tego zbyt obscenicznie.
Na codzień, a więc również dziś, Dijan ubierał się w skromny czarny strój, lnianą koszulę z troczkami na którą zakładał czarną skórznie. Na to zarzucił czarny płaszcz, pod którym gdzie niegdzie widać było kilka różdżek wetkniętych za pas, a także kasety z małymi bełtami przyczepione do ud.
Stał oparty o ścianę kończąc manicure myśliwskim nożem.

Wysłuchał co inni mają do powiedzenia dorzucając swoje, pragmatyczne spostrzeżenia na końcu
- Jeśli mamy iść, jak sam to ująłeś, “w pułapkę”, to coś marnie wyceniasz nasze życia - powiedział chowając nóż. Spojrzenia mężczyzn spotkały się i zmiejsca w pomieszczeniu zapanował dziwny chłód.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - odpowiedział komendant straży, a napięcie między mężczyznami tak jak się pojawiło, tak momentalnie ustąpiło.
- Mówię tylko, że jeśli spodziewasz się pułapki, to powinniśmy przynajmniej mieć podstawowe środki ostrożności od waszego kwatermistrza. Różdżka leczenia ran to mus, ale coś odstraszającego dzikie zwierzęta, czy dzikich druidów też byłoby wskazane - uśmiechnął się łotrzyk.
 

Ostatnio edytowane przez psionik : 09-01-2017 o 21:38.
psionik jest offline  
Stary 10-01-2017, 17:15   #5
 
Sayane's Avatar
 
Ziewając, Aldona zwlokła się z łóżka, opryskała twarz zimną wodą i podreptała do kuchni na śniadanie, po drodze zahaczając głową o wiszące przy piecu pranie. Bogowie pobłogosławili ją wysokim wzrostem i same z tym były problemy - od ciągłego zrzucania ze sznura mokrych gaci (matka robiła codzienne przepierki z uporem godnym lepszej sprawy), po waleniem głową w powały i framugi, gdy wraz z innymi strażnikami wizytowała ubogie klecie i nory w przyziemiu, w których gnieździł się gros miasteczkowych przestępców. Wczoraj też przywaliła; jeszcze czuła na czole ślad guza, gdy zbyt szybko podniosła głowę wychodząc. Potem balowali ze strażnikami do nocy; gdyby nie wezwanie od komendanta to pewnie spałaby dziś do południa. A tak musiała wstać...

Mamrocząc powitanie skierowane do matki Aldona wzięła z koszyka pajdę chleba i zaczęła ją przeżuwać bez apetytu. Nie żeby miała kaca; prócz rosłej postury cechowała się mocną głową; mocniejszą niż wielu jej kolegów z pracy. Po prostu żołądek też chciał pospać do południa.
- Zabierz to bydle z domu! - sarknęła matka z drugiego pokoju, skąd słychać było nieprzerwany turkot maszyny do szycia i szelest tkaniny.
No tak. Pieseł ponownie wemknął się do mieszkania i w najlepsze rozwalił się na progu między korytarzem a szwalnią. Jak na swoje gabaryty potrafił niesłychanie sprytnie wykorzystać każdą okazję by dostać się do domostwa Kyressów i ułożyć się w pracowni Ledy. Wielkie bydle kochało matkę Aldony miłością tyleż wielką co nieodwzajemnioną. Cóż, klientki nie lubiły gdy balowa suknia śmierdziała psem...
- Pieseł, chodź! - strażniczka chwyciła drugą pajdę, nałożyła na nią solidny plaster pieczeni, a kolejną wzięła na wabia dla psa. Mastiff przez chwilę się wahał; w końcu zwyciężyła miłość do pieczeni (choć Aldona wolała myśleć, że to wyszkolone posłuszeństwo) i poczłapał za swoją panią na zewnątrz. Po przeżuciu śniadania oboje skierowali się w stronę budynku straży. Cóż, wezwanie od lorda Heremby było w końcu tym co zmusiło Aldonę do pobudki o tak barbarzyńskiej porze...


W gabinecie komendanta z przyzwyczajenia klapnęła na ławce przeznaczonej dla strażników i petentów. Na szczęście nie była ostatnia. Znudzonego Pieseła zostawiła na zewnątrz - Heremba też nie lubił śmierdzieć psem, a mastiff miał tę dziwną właściwość (spośród wielu innych), że woniał nawet gdy nikogo nie dotykał. Dowódca tolerował bydle tylko dlatego, że stanowiło świetny straszak na lokalnych mordojebców. Albo dlatego, że jeszcze nie znalazł sposobu, aby się go pozbyć.

Gdy komendant przedstawiał sprawę Aldona obserwowała zebraną czeredę, starając się nie zasnąć. Wyglądało na to, ze ją wezwano w roli "pacyfikującej" części drużyny, więc puściła mimo uszu rozważania o pułapkach i dyplomatycznych upoważnieniach. Z przyzwyczajenia obserwowała za to przyszłych towarzyszy. Już na samym początku szkolenia w straży brat nauczył ją, że dobra ocena człowieka równa się dobrze dobranej interwencji. Kowala znała, jego każdy w mieście znał. Podobnie zresztą jak niebiańsko-otchłanną parę. Dragomir wydzielał specyficzną aurę leśnego ludka, a ciężkozbrojny Kobuz również na dyplomatę nie wyglądał. Oj, chyba i sam komendant - mimo swoich zapewnień - nie wierzył, że sprawę uda się rozwiązać polubownie. Albo wcale tego nie chciał.
Ostatnim z towarzyszy był typ... a raczej "typek". Brat nauczył ją rozpoznawać zwłaszcza takich. Ale cóż; skoro kazali z nim iśc to pójdzie. Las i tak był poza jej jurysdykcją. No i nie dało się zaprzeczyć, że dzięki jego bezczelności mogli zostać ciut lepiej wyposażeni. A jak będzie podskakiwał to poszczuje go psem.

Aldona uśmiechnęła się w duchu do tej ostatniej myśli i ponownie skupiła na rozmowie.

 
Sayane jest teraz online  
Stary 11-01-2017, 06:00   #6
 
Plomiennoluski's Avatar
 
Rytmiczne kucie wpasowywało się w ogólny rejwach okolicy. Rozgrzany pręt powoli był skuwany, kształtowany, a gdy osiągnął odpowiedni kształt, Kobuz następnie odcinał pożądany kształt, zabijał główkę w gwoździownicy i hartował. Dopiero taki wrzucał do niedużej beczki, chwilowo pełnej do jednej trzeciej, by dołączył do podobnych mu gwoździ. Praca mogła wydawać się monotonna, ale pozwalała mu uporządkować myśli, które zazwyczaj latały chaotycznie dookoła, lub wracały do tych fragmentów przeszłości, o których wolałby nie pamiętać. Teraz mógł przynajmniej robić coś, co wymagało nieco mniej koncentracji. Niemalże idealny moment po większości zbiorów, a przed zimową orką. Nie śpieszyło się aż tak z naprawą narzędzi, czy wykonaniem nowych, nie był też jedynym kowalem w Bernetogh. Żelazny szyld powiewający przy wiacie kuźni prezentował skrzyżowany młot i różdżkę, co sprawiało że większość okolicznych rolników i tak dawała mu spokój, wybierając bardziej pewnego i zazwyczaj siedzącego na miejscu. Nie spodziewał się więc klientów. Tym bardziej nie spodziewał się strażnika z wiadomością od młodego Haremby, z początku zastanawiał się nawet czy się ostatnio nie upił i komuś nie przyłożył, ale to mógł swobodnie wykluczyć. Przez jakiś dobry miesiąc był przykładem cnoty i porządku. Jednak kiedy usłyszał o bezpieczeństwa miasta i i wyprawie, całą sprawę skomentował krótko.
- Komuś się w dupie poprzewracało, zaraz Obfite Plony a tu jakaś wyprawa? Miodu do kołaczy zabrakło i trzeba ule w lesie obrobić? - Sarknął tylko w odpowiedzi. - Jak trzeba to trzeba, czy się podoba czy nie. - Wzruszył ramionami i wrócił do kucia.


Zanim zaczął myśleć o jakichkolwiek przygotowaniach, skończył przekuwanie pręta w gwoździe. Myślami wrócił do czasu, kiedy służył jeszcze w górskim posterunku na ziemiach Haremby. Zastanawiał się co tym razem może być na rzeczy, byli bliżej lasu niż gór, dla gobilnów i całego tamtejszego tałatajstwa było daleko. O większych grupach bandytów czy podobnych szumowin ostatnio nie słyszał. Z drugiej strony, mogła to być jakaż zbłąkana banda goblinów czy troll w rui. Gdyby go wzięli do polowania na takiego, mógłby prawdopodobnie zebrać z wiadro krwi, zawsze znalazłby się ktoś, kto chętnie kupi trollową krew. Chyba że byłoby ich więcej niż jeden czy dwa, wtedy pewnie skończyłoby się w mniej lub bardziej bezimiennym grobie. Przez myśl przebiegło mu wspomnienie serii potyczek, w której na przemian tropili małą grupkę szpetnych i byli tropieni przez nich. Jedna trzecia oddziału wróciła do domu w jednym kawałku, jedna trzecia w kilku, a reszta jako przekąska dla trolli, co nieco przyćmiło radość z pokonania gigantów. Nauczył się wtedy podstawowej zasady w walce z nimi. Mieć przewagę liczebną i dużo oliwy pod ręką.

Po ogarnięciu kuźni i wygaszeniu paleniska, zaczął sprawdzać sprzęt z czasów, kiedy jeszcze robił jako strażnik karawan. Wszystko było w nienaruszonym stanie. Regularnie polerowana zbroja, miecz, który widział całkiem sporo walki do tej pory, posrebrzany cep bojowy, za który zapłacił niemałą sumkę. Z tego co wiedział, był świetny na zmiennokształtne, likantropy i tym podobne, problemem było tylko sięgnięcie po niego na czas, gdyby jakiś się w okolicy pojawił. Zaraz obok leżało kukri, z zimnego żelaza, chociaż z nim nie rozstawał się prawie w ogóle. Wysłużone ostrze służyło mu praktycznie do wszystkiego, od rąbania drewna, po walkę, chociaż do tego wolał mieć coś ciężkiego w rękach. Następnie przyszła pora na pakiet obozowy i w końcu flaszki, zarówno z olejem, jak i miksturami. Wszystko było dobrze utrzymane i gotowe do zabrania w jednej chwili. Cały przegląd nie zajął mu długo. Poza zbroją, stojącą dumnie na stojaku, czekającą na gorsze czasy, leżało spakowane w torbie przez cały czas. Dwie miarki świecy później, był już po rozmowie z Darenem, i w drodze do Stalowego Dębu, by uzupełnić zapasy piwa na drogę, oraz wywiedzieć się co nieco. Mila, łasica nie opuszczająca Kobuza niemalże na krok, siedziała mu w kieszeni płaszcza i tylko raz wyjrzała ciekawie na zewnątrz, po chwili wracając do swojego ulubionego zajęcia, snu.

Do gabinetu lorda wszedł z hełmem pod pachą, był niemalże gotów do wyruszenia tego samego dnia, więc ławka nieco skrzypnęła, pod połączonym ciężarem jego i płytowego pancerza, w który był zakuty. Brązowe oczy przeskakiwały po zgromadzonych, większość znał z widzenia lub o nich słyszał. Jeśli się mieszkało w Bernetogh dłużej niż rok, nie było to takie trudne. Czarne włosy, opadające niemalże za kark, zaczesał za ucho i zaklął cicho pod nosem. Z tak pstrokatą zbieraniną mogły go czekać ciekawe i interesujące przeżycia. Po chwili głos zajął młody Haremba i każdy zaczął dorzucać swoje trzy miedziaki.


***

- Dostajemy zaopatrzenie, czy na własny koszt? - spytała na koniec Furia, gdyż wydawało jej się, że więcej pytań mieć nie będzie. Pytanie zlało się niemalże ze słowami przedmówcy na temat różdżki.
- Pozwól, że jeszcze wejdę ci w słowo, moja droga - przerwał kobiecie mężczyzna o seledynowych oczach i niebieskich włosach, które zdradzały jego niebiańskie pochodzenie.
- Chcesz zatem abyśmy wpadli w pułapkę, w celu wybadania sytuacji. Dobrze zrozumiałem? - Powiedział Kendrick z rozbawioną miną, wodząc spojrzeniem po otaczających go członkach samobójczej wyprawy. - Nie chcę być nieuprzejmy, ale to brzmi niebezpieczne, a ja wolałbym zachować swoją skórę w jednym kawałku - uśmiechnął się, błyszcząc swoimi idealnie równymi i białymi zębami.
- W kwestii zaopatrzenia to zaczepcie Prazę wychodząc z budynku. - Powiedział komendant. - Będzie miał dla was mieszek z funduszami na wyprawę. Jeśli dobrze pamiętam, powinno tam być pięćset sztuk złota za które powinniście wyposażyć się na wyprawę. Uznajcie to za premię i zaliczkę, ponad wspomniane przeze mnie przed chwilą kwoty do zaakceptowania przez mojego ojca. - Stuknął raz jeszcze palcem w dokumenty na swoim biurku.
Usłyszawszy wątpliwości Kendricka, Obelard potarł dłonią czoło zanim odpowiedział.
- Załóżmy przez chwilę, że to faktycznie jest pułapka. Nie macie w nią wpadać jak banda osłów, tylko ją rozbroić i dowiedzieć się kto i w jakim celu ją zastawił, a następnie przyprowadzić do mnie tę osobę, albo ją wyeliminować jeśli pojmanie okaże się niemożliwe. Wierzę w waszą pomysłowość i spryt, żeby odwrócić role i zamienić myśliwych w zwierzynę.
- Jeśli jednak nie jest to pułapka - kontynuował po chwili - musicie postarać się dogadać z druidami, a co najmniej dowiedzieć się czego chcą te skurwiele i dlaczego atakują naszych obywateli. Pamiętajcie jednak, że naszym priorytetem jest ochrona interesów miasta. Jeśli ocenicie sytuację na beznadziejną, rozprawcie się z nimi bezlitośnie. Zaraportujecie mi wtedy o tym i ... - komendant westchnął ciężko, pocierając czoło raz jeszcze - ... ogłosimy stan wojenny. Z lasem. Kurwa, ale to dziwacznie brzmi.
- Myślę, że w kwestii pełnienia roli rozjemcy nie mogłeś trafić lepiej - odpowiedział Kendrick, mając oczywiście na myśli siebie samego. - Spróbuję ich przekonać, aby zaniechali tych ataków, bo walczyć z garstką leśnych dziadków nie mam zamiaru. Poinformowałeś ich chociaż, że przybędziemy w pokojowych zamiarach? - Zapytał w obawie, że druidzie przywitają ich strzałami, kiedy tylko przekroczą umowną granicę lasu.
- Angelvine wykorzystał swoje koneksje z naturą, żeby przekazać wiadomość. - Komendant pokiwał pewnie głową. - Nie mógł niestety wywiedzieć się więcej bez narażania się druidom. Nawet jego traktowano w najlepszym wypadku jako gościa w mieście. Osiedlenie się w mieście nie pomogło jego stosunkom z mieszkańcami lasu.
- Czyli idziemy jak we wrogi teren, starając się najpierw zadawać pytania. - Stwierdził Kobuz po cichu.


 
__________________
Wzory światła i ciemności pośród pajęczyny z kości...

Ostatnio edytowane przez Plomiennoluski : 11-01-2017 o 23:36. Powód: Haremba...
Plomiennoluski jest offline  
Stary 13-01-2017, 09:09   #7
 
Sayane's Avatar
 
Po wysłuchaniu wszystkiego, co dotychczas mieli do powiedzenia jego towarzysze, do rozmowy wtrącił się również Erdor.
- Drodzy moi - zabrzmiał jego barwny głos - z tego co mi wiadomo to odnalezienie miejsca, o którym rozmawiamy, jest niezwykle trudne. Nie niemożliwe, ale trudne. Przy czym nie to jest głównym problemem. Problemem jest to, co dzieje się po jego odnalezieniu. - Bard zrobił krótką pauzę, nadając całej wypowiedzi nieco więcej dramatyzmu. Przyglądnął się każdemu z osobna, po czym kontynuował.
- Odejście z powrotem nie jest możliwe. Druidzi wraz z driadami plączą drogi, przecinają je starymi i nowymi drzewami oraz krzewami. Człowiek idzie ciągle przed siebie, nie wiedząc jednak, iż kręci się w koło. Istnieje możliwość opuszczenia zaklętego miejsca, ale nie w celu powrotu do domu. Dlatego uważam, że poza rozpoznaniem wroga i przygotowaniem planu działania musimy znaleźć sposób, aby wrócić cało do wioski. - swoją wypowiedź zakończył uśmiechem równie białych i równych zębów co Kendrick.
- W takim razie wiesz już co będzie twoim zadaniem w drużynie - roześmiała się uzbrojona po zęby, dotychczas milcząca blondynka. Większośc mieszkańców kojarzyła ją jako członkinię straży. Aldona była wysoka, dobrze zbudowana, głośna i niezbyt ładna; za to bardzo sympatyczna. Przynajmniej dla tych, którzy w kobiecie widzieli coś więcej niż tylko wątły kwiatuszek, mdlejący na widok byle karalucha. - Wyruszamy jeszcze dziś?
- Chwila, zaraz. - Dragomir spojrzał na Erdora ze zmarszczonymi brwiami, na wpół z powątpiewaniem, na wpół ze zdziwieniem. - O druidach i tej ich Naturze swoje wiem, ale o tym to nie słyszałem. Skąd masz takie informacje?
- To przecież bajki głupców, którzy zwyczajnie zgubili się w lesie… - prychnęła Aldona-dziecię miasta.
Erdor uśmiechnął się delikatnie pod nosem, słysząc słowa Aldony. Nie lubił ignorancji ale nie miał zamiaru z nią walczyć. Uważał to za walkę z wiatrakami. A kiedyś w Wateedeep czytał o jednym jegomosciu, który wraz ze swoim wiernym sługą… Ale nie to winno zajmować umysł młodego barda.
- Dragomirze, podczas mojego pobytu w Calimporcie trafiłem na stary, zapomniany prawdopodobnie przez kapłanów zwój wciśnięty pod regał. Udało mi się go odczytać, a słowa w nim zawarte odnosimy się do miejscowych druidów. Nie wiem skąd takie zapiski w takim miejscu się znalazły, nie mniej jednak mamy tu duży problem do rozwiązania, o ile planujemy powrót do domów.
- No przyznaję, że druidzi bywają nieprzewidywalni i czegoś mogę o nich nie wiedzieć… Ale czy jest jakiekolwiek potwierdzenie, że te zapiski prawda? Opowieści krążą różne, także jako spisane legendy - odrzekł myśliwy ze sceptycyzmem.
- Oczywiście, że zapiski o których mówię mogą być tylko legenda bądź zwykłym falszersfwem. Było tam jednak wyjaśnienie, w jaki sposób można wezwać jednego z druidów do pojawienia się. Jednak z tego co pamietam całość opiera się o Sylvanusa. Zagubiony podróżnik będzie miał wybor: śmierć albo przejście na wiarę we wspomnianego boga. A to z kolei wiąże się z wystąpieniem w szeregi druidów.

- A ten Angelvine mówił jeszcze coś przydatnego, czy ktoś jeszcze powinien do niego zajść? - zapytał Dragomir komendanta.
- Nie pytałem. - Odparł rozbrajająco Obelard. - Jeśli uważacie, że będzie miał przydatne informacje, powinniście się do niego bezzwłocznie udać.
- Że jak?! - wypalił odruchowo Dragomir. - Nieważne, nic nie mówiłem - dodał, po czym jeszcze szepnął do najbliższej osoby: - Z takim komendantem to powinien być jakiś dodatek do nagrody za zlecenie w trudnych warunkach…
- Mnie to mów… - mruknęła Aldona, z tłumiąc rozbawienie. Dopiero teraz Dragomir dostrzegł na jej ramionach płaszcz straży. Strażnik miejski był ostatnią osobą do której łowczy miałby ochotę skierować takie słowa; na szczęście kobieta nie wydawała się oburzona. Wręcz przeciwnie - wyglądało na to, że zaraz udusi się z powodu z trudem tłumionego śmiechu.

Radosną wymianę zdań przerwał nagły huk pięści komendanta o stół.
- SZEREGOWA! - Ryknął Obelard. - I TY, OBYWATELU! Tu się dyskutuje o poważnych sprawach dotyczących bezpieczeństwa naszego miasta. Słusznieście zauważyli, że należy kapłana odpytać o istotne dla misji zadania, jednak to nie powód do kpin. Ufam, że dopełnicie swych nowych obowiązków z należytą sumiennością, tak?
- TAJES! - wrzasnęła Aldona, odruchowo zrywając się na baczność i niechcący nadeptując myśliwemu na stopę. Przeprosiła, odrząknęła i zaczęła udawać, że poprawia sznurówki w bucie by w końcu pozbyć się czającego się w gardle śmiechu. To było bardzo długie wiązanie buta…
Dragomir syknął z nagłego bólu w stopie, a na przeprosiny strażniczki tylko kiwnął głową. “W przeciwieństwie do ciebie”, miał ochotę odszczeknąć się komendantowi, ale się rozmyślił. Zamiast tego próbował powstrzymać się od uśmiechu i z kiwnięciem głowy odpowiedział:
- Ta jest... - Po czym, żeby unormować sytuację, dodał: - To kto jeszcze może nam udzielić jakichś informacji lub porad? Jeżeli to faktycznie tutejszy krąg druidzki za tym stoi, to możliwe, że trafimy też na dzikie elfy. Tutejszy kapłan Torma sporo o nich wie. Ktoś jeszcze?
Kobuz siedział cicho, nie mając za wiele do dodania, zdawało się że zostali wpakowani w całkiem niezły bigos.
Komendant mruknął jeszcze coś pod nosem z niezadowoleniem, po czym odchrząknął.
- Jeśli potrzebujecie informacji, to z pewnością powinniście się udać do Brukgraera. - Potwierdził. - Artahorn Angelvine też może mieć przydatne rady, w końcu sam jest dzikim elfem. Wreszcie przez tutejsze gospody, zwłaszcza Stalowy Dąb, przetacza się sporo podróżników, więc niewykluczone że i tamtejszy karczmarz będzie miał coś ciekawego do powiedzenia.

Gdy już nikt nie miał dodatkowych pytań nowo sformowana drużyna pożegnała się z komendantem i wyszła przed budynek.


- Czyli mamy wziąć od Prazy mieszek na zaopatrzenie, odwiedzić kapłana Torma, Brukgraera Heavybeadsa i kapłana Chauntei, dzikiego elfa Artahorna Angelvine’a - podsumowała Aldona gdy już wyszli. Ją interesował głównie mieszek - skoro wysokość wypłaty musiał dopiero zaakceptować stary Heremby to nie bylo pewne, czy dostaną nawet połowę wymienionej kwoty. - Możemy za zaliczkę nabyć u nich tę różdżkę leczenia, to dobry pomysł. Ech, religijny dziś mamy dzień. Chcecie wyruszyć jeszcze dzisiaj? Już południe… - ziewnęła dyskretnie i rozejrzała się za Piesełem. Spotkania u komendanta zawsze wklekły się jak smród po gaciach. - A, i karczmarz, przepytać karczmarza. Możemy się rozdzielić, a potem spotkać w Stalowym Dębie, co wy na to?
- Tylko gdzie my taką różdżkę możemy kupić? - zastanowił się Dragomir. - Nigdy takimi rzeczami się nie interesowałem… Wiem tylko, że jedyne magiczne szpargały, jakich kiedykolwiek używałem, zamówiłem u Baggnockle’a. Swoją drogą, może ma coś jeszcze ciekawego na drogę… Może wyłudzimy jakąś zniżkę, ma interes w tym, żebym przeżył - wyszczerzył się myśliwy.
- Taką różdżkę, może kapłani będą mieli, można popytać, skoro i tak tam będziemy. Jeśli idzie o zapłatę, to liczyć można na to co na pewno będzie, reszta to marzenia, o ile wszyscy wrócą w jednym kawałku. - Sarknął Kobuz.
- No to w drogę. Ja mogę iść do gospody, wziąć właściciela na spytki - chytrze oświadczyła Aldona.
- Wiecie, tylko wracając do Baggnockle’a, ja nie wiem, co komu może być potrzebne. Nie znam się na tych całych magicznych szpargałach - oświadczył Dragomir. - Możemy pójść wspólnie do Prazy po, potem do Baggnockle’a, a potem się rozdzielić. Chyba żeby zdać się na jego znajomość tematu - w takim razie Praza - rozdzielenie. Mam jeszcze znajomości u centaurów - jeden z nich jest zazwyczaj dobrze poinformowany i wczoraj wrócił do miasta. Podpytałbym ich. Zostają jeszcze dwie kaplice, “Stalowy Dąb”... a co ze “Złotą Gęsią”? Potem myślałem się spotkać przy wyjściu z miasta, ale może być i “Dąb”.
- No ale co, na noc w las pójdziemy? Przecież już południe! - zdumiałą się strażniczka. Nie żeby przepytywanie i zapasy miały im zając więcej niż godzinę… ale kto tam wie tą zbieraninę…
- Jeśli chodzi o magiczne artefakty, to ja i Kendrick możemy się tym zająć - wtrąciła się Furia, która stwierdziła, że jest tutaj akurat najbardziej kompetentną osobą. - A wyruszyć najlepiej o świcie, bez sensu się szwendać późną porą, choć mi ciemności nie przeszkadzają - wzruszyła ramionami, a jej mina stale była poważna. Myśli kotłujące się w głowie nie nastawiały jej pozytywnie.
- No to spotkamy się o świtaniu przed bramą - zdecydowała Aldona i drużyna rozeszła się do swoich spraw.
 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 16-01-2017 o 08:59.
Sayane jest teraz online  
Stary 13-01-2017, 20:41   #8
 
EvilCookie's Avatar
 
Wieczór nie należał do najmilszych. Z nieba siąpił obfity deszcz, przenikając przez każdą warstwę ubrania i chłodząc ciało każdego, kto miał pecha przebywać poza domem czy karczmą. Wiatr nie był silny, ale na tyle przenikliwy, że w połączeniu z deszczem sprawiał że człowiek nie miał serca wyrzucić z domu choćby psa. W przeciwieństwie do atmosfery panującej na zewnątrz, przebywanie w karczmie było nader przyjemne. W kominku trzeszczało płonące drewno, a na ruszcie smażył się sporych rozmiarów prosiak w aromatycznej marynacie. Powietrze w gospodzie wypełniał zapach ów prosiaka wymieszany z głębokim aromatem zacnego piwa, pędzonego przez właściciela. Uszy wypełniał gwar przebywających wewnątrz klientów oraz nienachalne acz przyjemne dla ucha dźwięki lutni. W jednym z rogów na niewielkim krześle siedział wysoki, przystojny (przynajmniej według większości napotkanych na swojej drodze kobiet) mężczyzna. Długie blond włosy opadały mu co jakiś czas na twarz, nie przeszkadzało to jednak bardowi w śpiewaniu kolejnych pieśni.

Kilka kufli wcześniej do gospody zawitała niewysoka, acz nader urocza kobieta o długich, kruczoczarnych włosach. Erdor przyglądał jej się co jakiś czas, wyczuwając z jej strony zainteresowanie swoją osobą. Widział ją pierwszy raz w życiu, ale zdążył dowiedzieć się, że przyjechała z karawaną zmierzającą na południe. Uwagę młodego mężczyzny przykuł jej uśmiech i obfity biust, który kobieta chętnie eksponowała. Kiedy tylko nadszedł czas przerwy odstawił swój instrument na bok, ukłonił się delikatnie w podzięce za nieduże oklaski i z kuflem piwa ruszył w stronę uśmiechniętej kobiety.
- Witaj. Nie widziałem cię tutaj wcześniej, a uwierz mi, nie zapomniałbym takiego widoku.- przywitał nieznajomą z zawadiackim uśmiechem na twarzy. Nie sądził, żeby w przypadku tej kobiety potrzebne były bardziej wysublimowane sposoby na zawarcie znajomości i bliższe poznanie owej kobiety. Jak szybko się okazało, nie mylił się.

Pół godziny później rozmawiali przytłumionymi głosami, wpatrując się w siebie z nieprzyzwoicie bliskiej odległości. Sprawy nabierały tempa i zmierzały w bardzo dobrym dla Erdora kierunku. Już miał zaproponować zwiedzenie pokoju kobiety o imieniu Anetah, kiedy do zajmowanego przez parę stolika podbiegł młodzik wykorzystywany przez władze miasta jako goniec. Bard, nie wiedzieć czemu, nie mógł zapamiętać imienia chłopca, mimo sympatii jaką darzył wszędobylskiego dzieciaka. Ten bez większych oporów szturchnął mężczyznę kilka razy w ramię, przerywając coraz bardziej sprośną rozmowę. Początkowo Erdor nie przejmował się chłopakiem, jednak jego natarczywe szturchanie i próby wciśnięcia swojej piegowatej, rudej głowy pomiędzy jego a Anethę dały do zrozumienia bardowi, że informacja nie może czekać. Nie mylił się.
- Panie Erdor, mam przekazać ważną informację. - zaczął chłopak widząc, że jego próby przykucia uwagi barda w końcu się powiodły.
- To dawaj młody, mów co masz do powiedzenia.- odpowiedział swoim dźwięcznym głosem mężczyzna, czekając na te ważne informacje.
- Kapitan Heremby kazał stawić ci się jutro przed południem u niego w komnacie. Sprawa jest pilna i dotyczy bezpieczeństwa miasta.- młodzik nie pierwszy raz dostarczał w różnorodnej formie wiadomości dla mniej lub bardziej ważnych osób w mieście. Z racji, że potrafił trzymać język za zębami i nie rozpowiadał nikomu poza wyznaczonymi osobami to, co miał przekazać, można było mu zaufać. Oczywiście nie wiedział nigdy wszystkiego a nawet większości. Jako że druga część zdania wypowiedziana została przez młodego rudzielca dużo ciszej, niemal konspiracyjnym tonem, bard wiedział, że kapitan nie wzywał go w jakiejś banalnej sprawie.
- Dziękuję za informację, jeśli będziesz widział się jeszcze z kapitanem przekaż, że będę na pewno.- mówiąc to wyjął z sakiewki zawieszonej u paska jedną monetę, którą podrzucił w kierunku chłopaka. Ten zręcznie ją złapał, wyszczerzając w uśmiechu swoje krzywe zęby, po czym odwrócił się na pięcie i wybiegł z gospody wprost na zimny deszcz. Erdor odwrócił się do swojej towarzyszki, przepraszając ją za małe zamieszanie, po czym wrócili do krótkiej rozmowy. Kilka chwil później leżał na miękkim i ciepłym posłaniu, a Anetah siedziała na nim, tym razem już bez zbędnych słów.


Poranek następnego dnia zaczął się nadzwyczaj miło dla młodego barda. Erdor rozpoczął ten dzień zgodnie ze słowami powiedzenia "Kto rano popieprzy, ten dzień ma lepszy". Kiedy zakończył kolejną rundę łóżkowych zabaw z Anethą ubrał się, pożegnał i z uśmiechem na ustach ruszył do zajmowanej przez siebie kwatery. Odświeżył się w balii chłodnej wody, przebrał w wygodniejsze ubranie i ruszył na spotkanie, nie chcąc się spóźnić. Sam nie lubił niepunktualności, dlatego starał się zawsze być na czas na umówione spotkanie. Tym bardziej, że gdyby nie jego nowa znajoma i jej obfity biust, myślałby całą noc o zagrożeniu dla Bernetogh, o którym wspominał rudzielec. Zachodząc w głowę cóż to za ważna sprawa, udał się do kapitana Obelarda.



Po zakończonym spotkaniu, każdy z zebranych obrał swój kierunek. Przynajmniej póki co. Informacje, jakie bard uzyskał podczas zebrania nie napawały go zbyt optymistycznie. W prawdzie do grupy zaangażowano odpowiednich ludzi (i nie tylko), to mimo wszystko zadanie, jakie przed nimi postawiono nie należało do najłatwiejszych. Tym bardziej mając wiedzę, jaką posiadał o wskazanym przez kapitana miejscu. Mając świadomość, że przy próbie wypełnienia owej misji siła mięśni i ostrze stali mogą nie być najodpowiedniejszymi argumentami, jakie członkowie nowopowstałej grupy mogli dzierżyć, bard udał się do miejsc, gdzie miał nadzieję pogłębić swoją wiedzę. Pierwsze kroki młodego mężczyzny powiodły go do kaplicy Chauntei. Miał nadzieję na odnalezienie w księgach czy zwojach jakichkolwiek informacji, które mogłyby okazać się w późniejszym czasie przydatne. Po skończeniu poszukiwania informacji w pierwszej świątyni, następnie udał się do przybytku Torma. Poza przeczesywaniem wzrokiem kolejnych zwojów starał się uzyskać jakiekolwiek informacje od lokalnych kapłanów i osób, które mogły cokolwiek wiedzieć. Miał wrażenie że każdy strzęp informacji może uratować im życie, dlatego przyłożył się do swojego zadania najlepiej jak potrafił. Starał się wykorzystać do tego wszystkie swoje umiejętności, wpływy oraz - jeśli miało to jakikolwiek sens - mieszki złota, schowane sakiewce. W związku z tym udał się do najstarszych osób zamieszkujących miasteczko, tych którzy w pośredni lub bezpośredni sposób byli powiązani z okolicznymi terenami bądź naturą w jak najszerszym tego słowa znaczeniu czy dziwnych i oryginalnych osób, lubujących się w najdziwniejszych historiach i legendach.


Po zbadaniu każdego miejsca i przepytaniu każdego osoby, która mogła naprowadzić barda i jego towarzyszy na jakikolwiek trop, młody mężczyzna udał się dziarskim krokiem na zakupy, starając się uzupełnić w miarę dokładnie swój ekwipunek. Nie był wirtuozem broni, miał jednak nadzieję że jego obecność w grupie będzie choć trochę przydatna. Nie licząc umilania drogi i wieczorów przy ognisku opowieściami i pieśniami, których nieskromnie mówiąc znał całkiem sporo. Po wydaniu kilku złotych monet, z pełniejszym plecakiem i dużo lżejszą sakiewką ruszył w umówione miejsce, oczekując na resztę swoich towarzyszy.
 
EvilCookie jest offline  
Stary 14-01-2017, 22:55   #9
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Kendrick nie miał szczęścia w życiu. Porzucony za młodu, trafił do przytułku dla sierot i choć zwykł dobrze sobie radzić dzięki wrodzonej charyzmie oraz niebiańskiej krwi płynącej w żyłach, to miał wyjątkowego pecha do kłopotów. Nie to, żeby był łatwowierną osobą, przeciwnie wręcz; nosa do kanciarzy miał jak pies myśliwski do zwierzyny. Największą wadą Kendricka było to, że był niezwykle zadufany w sobie. Brało się to z przekonania, że dobrą gadką i paroma sprytnymi sztuczkami zdoła zabajerować każdego, a rzeczywistość pokazywała, że nie zawsze działo to w ten sposób. Ludzie, którzy często mieli z nim do czynienia, szybko uodparniali się na jego niepoparte czynami słowa, potrafili przejrzeć zasłonę kłamstw i choć Kendrick był bardzo popularny w swojej okolicy, to wraz z wzrostem przyjaciół, rosła też liczba jego wrogów.
Nie trzeba być jasnowidzem, aby przewidzieć, że takie lekkomyślnie podejście do życia może się kiedyś źle skończyć; że los odpłaci się z nawiązką niebieskowłosemu mężczyźnie. Tak też się stało na dzień przed otrzymaniem wezwania od lokalnego władcy. Kendrick zadłużył się u wędrownego kupca, który był krasnoludem i jak to zwykle bywa w przypadku tej chytrej i prostackiej rasy, nie dał się omamić zapewnieniom niebianina, że ten zwróci całą kwotę jeśli tylko da mu tydzień więcej czasu. Handlarzowi bardzo śpieszno było i kiedy termin minął, nasłał na Kendricka lokalnych zakapiorów, których z wielkim trudem niebianin zdołał przekonać, aby oszczędzili jego piękną twarz. Zastraszony Kendrick, niemalże natychmiast po całym tym nieszczęsnym wydarzeniu, udał się do sędziwego kapłana, który kierował sierocińcem i przebłagał go, aby ten spłacił jego długi, obiecując, że odda co do grosza i będzie mu jeszcze dłużny przysługę. Starzec przystał na tą ofertę, ufając swojemu dawnemu podopiecznemu i zapłacił należną kwotę kupcowi.

Tamtego wieczora Kendrick wracał do domu, obiecując sobie w duchu, że dotrzyma danej przysięgi. Opowieścią o swoich przygodach nie podzielił się jednak z Furią, u boku której wiódł proste życie w chatce na peryferiach miasta. Obawiał się jej gniewu, ale jeszcze bardziej bał się jej smutku na wieść o wiszącymi nad nimi zobowiązaniami. Nie chciał przerzucać na nią swych problemów i miał już dość uciekania przed dręczącymi go błędami swych decyzji. Chciał to załatwić po męsku; samodzielnie i miał już dość niekończącego się pasma porażek w swoim dorosłym życiu. Miał sobie coś ważnego do udowodnienia i wierzył, że tym razem podoła wyzwaniu.


Następnego dnia spał do późna, a właściwie do momentu, gdy leżąca tuż obok Furia, przyłożyła swe lodowate stopy do jego odkrytych pleców. Nie znosił tego, nie potrafił zrozumieć jej wiecznej złośliwości i choć zakochał się w jej temperamencie, to wciąż nie mógł się przyzwyczaić do wszystkiego co było z tą cechą charakteru powiązane. Z drugiej strony nie umiał się na nią gniewać, a przynajmniej nie na długo. Po początkowym krzyku i towarzyszącym mu bluzgom, które spłynęły pod nosem, Kendrick odwrócił się w jej stronę, przytulił i czule pocałował, a potem, czując chłód unoszący się w powietrzu, niechętnie wstał, ubrał się i wyszedł rąbać drewno na opał.

Tego dnia słońce wznosiło się wysoko po bezchmurnym niebie i choć było niedługo przed południem, to poranna rosa wciąż utrzymywała się na źdźbłach trawy, tworząc błyszczące w świetle słońca morze drobnych kropelek. Kendrick przez chwilę napawał się tym widokiem i nawet wciągnął przez nozdrza strumień świeżego powietrza, po czym przełożył siekierę przez bark i udał się w stronę samotnego pnia, który znajdował się nieopodal zagrody, za którą trzymali dwa małe prosiaki.
- Nie teraz, Bekon. Żarcie dostaniesz wieczorem jak wrócę z miasta - powiedział w stronę jednego z prosiaków, który na jego widok zaczął głośno chrumkać, zbliżywszy się do drewnianej zagrody. Stojącą dalej za nim płochliwą samicą, Kendrick zwykł nazywać Szynka, co doskonale świadczyło o jego niezbyt wyrafinowanym poczuciu humoru.

Ledwo Kendrick zaczął rąbać drewno, kiedy na horyzoncie zauważył zbliżającą się w jego stronę postać. Podążała od strony miasta i ubrana była w mundur straży miejskiej, a przynajmniej tyle mógł stwierdzić patrząc pod słońce. Niebianin przełknął głośno ślinę, czując zbliżające się kłopoty. Zastanawiał się czy ten pazerny kupiec postanowił się zemścić i mimo zakończonego sporu, zdecydował się wysłać za nim przedstawicieli prawa. Kendrick odrzucił siekierę za siebie i przyjął zupełnie niewinną minę, oczekując nadejścia strażnika.
- Kendrick Czarnoszpon? - Zapytał odziany w mundur mężczyzna, na co niebianin odpowiedział kiwnięciem głową. - Mam list do ciebie i twojej… partnerki - powiedział robiąc wymowną pauzę. Kendrick zastanawiał się przez chwilę czy to była celowa złośliwość, czy też strażnik faktycznie zastanawiał się nad doborem słów. W rzeczywistości nie byli małżeństwem, na co większość okolicznych rodzin spoglądała z niekrytym niesmakiem, a nawet oburzeniem i choć kochał Furię namiętnie, to wizja małżeństwa wciąż wydawała się odległym marzeniem.
- Od lorda Haremby - przerwał jego rozmyślania strażnik, na co Kendrick odpowiedział niezrozumiałym burknięciem, po czym sięgnął ręką znad drewnianego ogrodzenia po wystawiony w jego stronę list.
- To wszystko? - Zapytał, rozwijając pergamin, lecz nim zaczął go czytać, spojrzał podejrzliwie znad krawędzi listu na strażnika, który po dostarczeniu wiadomości, bez słowa wyjaśnienia odwrócił się plecami do niego i zaczął się oddalać w stronę miasta. Kendrick mimowolnie wzruszył ramionami i odetchnął z ulgą, wracając do lektury.
- Wygląda na to, że moje problemy same się rozwiążą. Łaskawa Tymoro, dziękuję ci! - Powiedział, kiedy przeczytał treść listu.
- Furia! - Krzyknął w stronę chaty, choć wątpił, aby ta go usłyszała. - Pakuj się!
 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019
Warlock jest offline  
Stary 15-01-2017, 22:44   #10
 
Gettor's Avatar
 
27 Eleint 1273 roku, Południe
Bernetogh


- Jeśli to wszystko to idźcie do Prazy. - Powiedział na koniec komendant. - Da wam fundusze na zaopatrzenie. Następnie możecie iść i wypytać wszystkich w mieście o potrzebne wam informacje, skoro uważacie to za niezbędne. Oczekuję waszego raportu w ciągu kilku dni, jednak nie miejcie wątpliwości - tu Obelard zrobił znaczącą pauzę, by jeszcze na chwilę zebrać uwagę przybyłych - idziecie jak na wyprawę dyplomatyczną, ale z zamiarem zażegnania niebezpieczeństwa. Wszelkimi dostępnymi sposobami.

Ostatni “rozkaz” rozbrzmiewał w uszach towarzyszy jeszcze przez jakiś czas i powodował mieszane uczucia. Niejaką osłodą okazał się być półorczy zastępca komendanta, któremu nie trzeba było dwa razy powtarzać w jakim celu do niego przybyli. Praza spojrzał krytycznie na zgraję, jaka wyszła właśnie z gabinetu komentanda, po czym bez słowa wyciągnął pięć identycznych zawiniątek zza biurka.
- Pięć razy po dziesięć sztuk platyny, fundusze na zaopatrzenie wyprawy. Pokwitować. - Półork podsunął pod nos papier do podpisania Aldonie, która jako pierwsza sięgnęła po pieniądze.
Zaopatrzeni w fundusze na wyprawę towarzysze wyszli z komisariatu i zaczęli dyskutować o tym co należy zrobić dalej. Uznano, że zebranie informacji i zakupy na wyprawę były sprawą priorytetową, toteż każdy z członków drużyny chwilowo poszedł w swoją stronę - zgodzili się później zebrać w kaplicy Torma, by wyruszyć do lasu. Coraz bardziej prawdopodobną wydawała się możliwość, że będą zmuszeni tam nocować - w końcu nikt tak do końca nie wiedział jak długo będą szli do ruin w lesie, ani co tam zastaną. Nikt z towarzyszy tak do końca nie wierzył, że będzie to prosta wyprawa “tam i z powrotem”.

Pierwszą rzeczą, jaką chcieli zrobić towarzysze było przepytanie wszystkich znaczących osób w mieście w poszukiwaniu pomocnych informacji na temat lasu i jego mieszkańców. Pieseł Aldony otrzepał się z pyłu i brudu, jakie jego sierść zdawała się przyciągać niczym magnez, natomiast Afer zaczął radośnie szczekać na widok ogromnego psa. Widać było, że psiska znały się już wcześniej, bo tylko podszedł jeden do drugiego i obwąchały się należycie. Wywołało to westchnienie ulgi u właścicielu obu futrzaków, którzy obawiali się najgorszego. Tylko kiedy i gdzie ich psiaki mogły się ze sobą “zapoznać”? No cóż, teraz mieli inne sprawy na głowie...

* * *

- Eee… - Zaczął Samuel Gibbson, właściciel i gospodarz w “Stalowym Dębie” w konfrontacji z pytaniami, jakie mu zadano. - O lesie to ja wim tyle co łinni, panie! A centaurzyska to ja żem widział, ła jak! Tyle że ten cały Orethes to mówił, że, ło panie, na polowanie łidzie, na zachód! To go ni będzie czas jaki.
- A tera mnie się przypomniało. - Dodał po chwili. - Co ciekawego wim. Tego miśka na ścianie, widzo?
Zawieszony na ścianie faktycznie był wielki łeb czarnego niedźwiedzia. Ktoś obeznany z łowiectwem pewnie mógłby na jego podstawie oszacować jak ogromne było samo bydlę zanim nie rozstało się z resztą ciała, jednak ostre kły wypchanego łba nawet na laiku robiły wrażenie.
- No, to żem takie cudo kazał sobie przytaszczyć do karczemki! - Pochwalił się Samuel z uśmiechem dumy na twarzy. - To je jeden z tych misiaków, co nam patrol ostatnio w okolicy chciał zeżreć, o ile jeszcze nie słyszęli o tym. Pięciu zbrojnych chłopa zostało nagle przez dwa takie bydlaki napadnięte. Dwóch naszych mocno bestyje poturbowały. Jeden misiek to tu wisi, a drugi ponoć uciekł. Więc tego… uważajcie, bo nie wiadomo co te zwierzaki we łbach majo.

* * *

- Do lasu iść? Wy iść - Urathes podrapał się po brodzie, wytężając swoje zdolności posługiwania się wspólnym. - Zwierzęta agresywne. Bardziej niż kiedyś. Nie wiadomo. Czemu. Nie przez druidy. Ale ten sam czas co druidy złe. Ale nie przez druidy. Coś inne, złe, nie-leśne. Przyszło. Roz-gniew-ało. Wilki, niedźwiedzie złe. Gryzą bo złe. Nie z głodu. Coś je pod-judza. Wy uważać na siebie.

* * *

- No tak, komendant wspominał, że zbiera “ekipę”. - Artahorn Angelvine zamyślił się na chwilę. - Pewnie mówi wam to każdy, z kim dzisiaj rozmawialiście, ale uważajcie na siebie w tym lesie. Teraz nawet dla mnie czy innego druida spoza kręgu nie byłoby tam bezpiecznie. I wiecie co? Powątpiewam, czy nawet sami druidzi czują się bezpieczni w swoim lesie. To tylko przeczucie, niby zapach przybywający wraz z wiatrem, ale sądzę że tam wydarzyło się albo przybyło coś złego. Uważajcie więc nie tylko na druidów ale też na rzeczy, których tam nie powinno być.
- Co do samych leśnych stworzeń to wzmóżcie czujność dwukrotnie, kiedy będziecie kroczyć między drzewami: nie każde zwierzę jest dzikie, zaś nie każde drzewo jest drzewem. Krąg Wężowego Lasu upodobał sobie “zwiad” za pomocą przybierania postaci drzewa, więc możecie nawet nie wiedzieć, kiedy miniecie druida.
- No tak, powinienem wam też coś użytecznego powiedzieć o szarych elfach. - Angelvine skrzywił się lekko, gdyż nie lubił rozmawiać o swoich krewniakach. - Najprościej rzecz ujmując: nie dogadacie się z nimi. Oni myślą w barwach bieli i czerni. To co z lasu to dobre, to co spoza lasu to złe i należy to wypędzić, najlepiej w formie truchła wyrzucanego za granicę drzew.

* * *

- Hę, wyprawa do lasu? - Brukgraer chrząknął głośno i spojrzał krytycznie po przybyłych. - Ech, gówno a nie wyprawa. Za moich czasów to były wyprawy, że ho-ho! No, ale rozumiem że Smarkacz ma za mało ludzi i musicie mu wystarczyć.
- O szarych mogę wam powiedzieć to samo, co mówię każdemu domorosłemu poszukiwaczowi guza. - Powiedział po chwili, jakby recytował stary wierszyk z pamięci. Nawet wystawił palce jednej ręki i przy pomocy drugiej odliczał “do dwóch”. - Po pierwsze nie dajcie im uciec. Nie wiem, zaklęcia pętające, rzućcie się na nich, cokolwiek. Bo jak nie, to wrócą po godzinie - dwóch z posiłkami i wiedzą o tym jak z wami walczyć. A zaręczam wam, że spotkania z szarymi na ich terenie drugi raz nie przeżyjecie. No a po drugie to jak chcecie ich wkurwić, ale tak konkretnie, żeby się na was rzucili, to nazwijcie ich Leśnymi Ludkami w ich mowie. Nienawidzą być porównywane do leśnych elfów i możecie być pewni, że w następnej chwili rzucą się na was z mordą i toporem, więc miejcie jaką włócznię przygotowaną! - krasnolud roześmiał się na własny, wydawałoby się, żart.
 

Ostatnio edytowane przez Gettor : 15-01-2017 o 23:44.
Gettor jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:50.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168