Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-01-2017, 22:08   #1
 
Hazard's Avatar
 
[AD&D 2ed, +18] Kraina umarłych liści


Wszystko ma swój koniec. Wielkie i wspaniałe Imperium Shemate upadło. Pogrążone w chaosie po najeździe barbarzyńskich plemion zza Wschodnich Szczytów Gór Ur, stało się idealnym miejscem dla żądnych pieniędzy i władzy ludzi. Śmierć ostatniego potomka Imperialnego rodu stała się powodem sporów o dominację między arystokracją. Sporów tych w żaden sposób nie można było rozwiązać pokojowo. Wielka Wojna domowa była ostatnim wielkim wydarzeniem starej Ery Świetności, a zarazem początkiem Ery Mroku.

Na ziemiach starego Imperium narodziły się dziesiątki, jak nie setki niewielkich księstw, władanych przez uzurpatorów, chcących za wszelką cenę poszerzyć swoje granice. Kartografowie nie zdążają z rysowaniem kolejnych map politycznych, ciągłe wojny i kruche sojusze stały się codziennością. Niewolnictwo stało się podporą wielu księstw, bandyci stali się zarazą szlaków, a sieć intryg snuta przez arystokratów sięga każdego zakamarka starego imperium.

Pośród tego chaosu szybko zaczęło szerzyć się zło. Dzikie niezamieszkane tereny, wcześniej sumiennie strzeżone stały się teraz domem dla obrzydliwych potworów. Zwierzoludzie, twory plugawej szamańskiej magii barbarzyńców, zalęgły się w lasach całkowicie pozbawione kontroli. Olbrzymy i Ogry, które przez stulecia siały spustoszenie na barbarzyńskich ziemiach, zaczęły przedostawać się na terytoria księstw. Na bagnach zaczęły wylęgać się istoty, niezrodzone nigdy wcześniej. Zaś podziemny świat odżył tak jak nigdy wcześniej.

Mamy rok 148 Ery Mroku. Pośród tego chaosu leży państwo-miasto Lunetree, którego władca w ciągu ostatniego roku zmieniał się trzy razy. Prawowity Król miasta został zdradzony przez własnego brata, który wynajął armię najemników by strącić swojego rodaka z tronu. Jednak równie szybko samo został zdradzony. Najemnicy którzy wygnali jego brata, postanowili wcale nie oddawać swojej zdobyczy, jaką był tron. Pozbawili swojego pracodawcę głowy, a nowym władcą miasta stał się przywódca najemników Sezer.

Mimo nagłych zmian, miasto-państwo nie upadło, a jego mieszkańcy wciąż walczą o zapewnienie sobie stabilnego życia.


“- Metody działania pozostawiamy w pańskiej gestii, generale. Prosimy jedynie, żeby pośród zgliszczy pozostało coś, co będziemy mogli zaanektować.
- Muszą panowie zrozumieć, że kompania najemników bardziej przypomina pałkę niż skalpel.”

Joe Abercrombie – Czerwona kraina


Sytuacja w Lunetree, choć wciąż napięta, zdawała się w końcu uspokajać. Ostatnie płomienie sprzeciwu przeciwko nowemu władcy Sezerowi w końcu zostały stłumione, a mieszkańcy chcąc nie chcąc musieli zaakceptować go jako ich nowego króla. Oczywiście, w przypadku bardziej opornych nie obyło się bez wykorzystania “perswazji”, w którą byli po zęby uzbrojeni najemnicy. Zresztą w ten sposób udawało się im przekonywać ludzi również do oddawania im kosztowności, różnych przedmiotów, miejsc do spania, a w przypadku kobiet również swoich ciał. I nie można powiedzieć, że owy proceder już się w pełni zakończył, choć na pewno jego skala zmalała. Życie w mieście zaczęło powoli wracać do normalności, jednak dla wielu z pewnością nie będzie to takie łatwe.

Z wieloma trudnościami spotkała się stara armia miasta. Gwardia licząca wcześniej prawie pół tysiąca, została zredukowana do około stu pięćdziesięciu żołnierzy, którzy w znacznej większości zostali posłani na pogranicze księstwa, gdzie pod okiem nowych dowódców strzec mieli go przed najeźdźcami. Był to raczej kaprys Sezera, który tak naprawdę nie obawiał się wybuchu buntu, po tym jak zadeklarował, że za zdradę w pierwszej kolejności będą odpowiadać rodziny konspiratorów. Nikt nie miał wątpliwości, że miałby przed tym jakiekolwiek skrupuły.

Gwendolen miała sporo szczęścia. Nie dość, że nie została wysłana na pogranicze wraz z resztą swojego regimentu, to w dodatku jej nowy dowódca nie oczekiwał od niej jako kobiety pokazania swoich... umiejętności. W końcu kobieca solidarność nawet w obecnych czasach coś znaczyła. Jej dowódczyni, Marey była jedyną tak wysoko postawioną kobietą wśród świty Sezera. A Gwendolen szybko przekonała się, że to nie za sprawą obfitego biustu osiągnęła ona tak wysokie stanowisko… Wystarczy powiedzieć, że Marey przez większość życia pływała pod piracką banderą po morzach południowych, gdzie, jako córka kapitana, nauczyła się nie tylko walczyć ale też wzbudzać w innych strach i respekt.

Po kilku pierwszych dniach służby, Gwendolen przekonała się, że nie będzie łatwo przyzwyczaić się do nowej władzy. Z początku ciężka praca nad sprzątaniem bałaganu pozostawionego po upadku starej władzy zdawała się nie mieć końca. Wtedy rozkazy i zadania piętrzyły się przed nią. Jednak teraz, kiedy wszystkie nagląca sprawy zostały uporządkowane, Gwendolen pytając o kolejne rozkazy otrzymała krótką odpowiedź “Zajmij się czymś pożytecznym! Problemów w mieście i na terenie księstwa jest niemało! Za pięć dni chcę otrzymać dokładny raport z twoich działań. Jeżeli nie będzie zadowalający, to przez następny miesiąc zajmiesz się czyszczeniem rynsztoków. Zrozumiano? No to odmaszerować!”.

Sytuacja Gareda wyglądała nieco inaczej. W przeciwieństwie do swojej siostry, przez ostatnie dni miał sporo wolnego. I wciąż ma! W końcu z rozkazu Sezera wszystkie “podstępne żmije” (jak słodko określał, podziemną służbę poprzedniego władcy) mają zostać zawieszone w swojej pracy na czas nieokreślony. Gared jednak się tym nie przejmował. Wręcz cieszył się. Miał szczęście, że Sezer nie rozkazał, zapobiegawczo, pozbawić go i jego wszystkich towarzyszy głów.

A teraz mógł robić co mu się tylko podobało. Znaczy się… Na co pozwalały mu jego kurczące się powoli fundusze. Gdyby Gared szkolił się na ścieracza krwi z ulic, teraz z pewnością nie miałby kłopotu ze znalezieniem roboty. Jednak nie taką ścieżkę w życiu sobie obrał, a niestety zabójcy nie cieszyli się tak wielkim zainteresowaniem na rynku pracodawców. Sam musiał szybko zacząć szukać jakiegoś źródła dochodu, jeżeli nie chciał umrzeć z głodu.

I te właśnie sytuacje sprowadziły bohaterów tej opowieści do obskurnej karczmy w centrum miasta. Zamówili piwo i usiedli przy oknie, przez które mieli widok na wielki dąb rosnący w centrum miasta, będący równocześnie symbolem księstwa i gwardii. Jego pożółkłe liście pojedynczo zaczęły odrywać się od gałęzi pod wpływem delikatnego podmuchu jesiennego wiatru.

 

Ostatnio edytowane przez Hazard : 09-01-2017 o 23:34.
Hazard jest offline  
Stary 10-01-2017, 13:28   #2
 
kinkubus's Avatar
 
Rodzeństwo.

Wiatr, opadające liście i pustoszejąca kieszeń. Ponury jesienny klimat psuł humor nawet mającemu wszelkie powody do radości Garedowi. Odrywając wzrok od ponurego widoku za oknem, zwrócił się do siostry:

Nowi szefowie dają popalić? — zapytał krótko.

Gwendolen skinęła jedynie, biorąc kolejny haust piwa. Piła je tak rzadko, chyba tylko dlatego, że nie chciała robić Garedowi obciachu. Gwardzistka była wyraźnie nie w humorze po usłyszeniu ostatnich rozkazów, które nijak miały się do jej profesji, do której wdrapała się poświęcając prawie całe życie prywatne i rodzinne.
Chłopak uniósł pytająco brew. Nie spodziewał się, że łatwo wyciągnie te informacje od siostry, ale musiał próbować:

Co tym razem? — dopytywał.

Nic. Pij swoje piwo — była bardziej markotna, niż zazwyczaj.

Zawsze jest „nic”.

Na przykład „nic co cię powinno obchodzić”. Masz swoje problemy, zajmij się nimi. Będziesz miał co jutro do gara włożyć?

Coś tam jeszcze mam, ale i tak muszę znaleźć robotę. Słyszałem, że ostatnio jakąś Lady otruli, więc myślałem, czy nie poszukać sprawcy. Ale nie znam się na dochodzeniach, w tej kwestii to raczej w drugą stronę. Gdyby tylko znalazł się ktoś, kto zajmuje się zaprowadzaniem porządku, przestrzeganiem prawa i ściganiem przestępców. Ktoś, kto ma trochę czasu, aby zająć się dochodzeniem. Tylko gdzie kogoś takiego znaleźć? — zapytał, nie kryjąc sarkazmu. — Albo chociaż ktoś z dużą ilością czasu.

A co mnie to obchodzi? — najwyraźniej zrozumiała aluzję. — Zresztą skąd pomysł, że mam czas?

Gdybyś nie miała to nie siedziałabyś tu ze mną i nie piła piwa. Jak jesteś zajęta to unikasz mnie jak ognia. W sumie jak nie masz czasu to często też mnie unikasz. Właśnie stąd ten pomysł. — uśmiechnął się serdecznie, ale tylko dla kogoś kto go nie znał. Ten uśmiech krył w sobie sporo złośliwości. — A co cię to obchodzi? Sama zapytałaś, więc odpowiedziałem. Nie możesz mi nic zarzucić. — jego uśmiech wyrażał zadowolonie z siebie.

Oczywiście, rodzeństwo było od tego, żeby się wzajemnie denerwować. Dało się to zauważyć po twarzy Gwendolen, która robiła się coraz bardziej napięta. Gdyby to nie był jej brat, już dawno by sobie odpuściła rozmowę.

To był błąd.
Wstała i położyła na ladzie kilka monet, które były cenniejsze z każdym kolejnym, szczuplejącym żołdem pod panowaniem mości Szezama.
Zapłać za piwo i kup sobie coś do jedzenia. Ja nie mam na to czasu.

Nie potrzebuję jałmużny. Jeszcze tak krucho z pieniędzmi nie stoję. — Stwierdził jawnie urażonym głosem. Skrzywił się na słowa siostry i widok pieniędzy.
Widzisz, to właśnie twój problem. Kij w tyłku. — stwierdził już absolutnie obojętnym głosem Gared. — Jest tak długi i wszedł tak głęboko, że niedługo nie będziesz mogła się zginać. No i boję się, że to będzie jedyna rzecz jaka się w tobie znajdzie. Bo widzisz, żaden facet nie chce mieć tak sztywnej baby, bo ani z nią się rozerwać, ani dzieciaka spłodzić. Jak może wiesz, do tego trzeba się położyć, a żeby się położyć, trzeba się najpierw zgiąć, a, wystaw to sobie, ciężko się zgiąć z kijem w tyłku. — czując, że zasycha mu w gardle, zabrał duży łyk piwa. — Mówię ci to, bo się o ciebie martwię. No i matka coraz częściej suszy mi głowę kiedy będzie mieć wnuki, bo ona w moim wieku miała już jedno, a w twoim nas oboje…
Chłopak dopił piwo dwoma dużymi łykami i wstał od stołu.
Jak kiedyś będziesz mnie szukać to zostaw wiadomość mu matki. Ma magiczny dar wpadania na mnie na ulicy. A teraz wybacz, idę szukać roboty. — stwierdził, po czym bez słowa ruszył uregulować rachunek za piwo.

Gwendolen patrzyła jedynie na plecy brata, jak odchodził do karczmarza. Zatkało ją i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Stała, wpatrując się przed siebie jeszcze chwilę po tym, jak Gared wyszedł. Kipiało w niej tak, że gdyby była imbrykiem, przegotowałaby wodę. Bezczelność braciszka jak zwykle dokazywała, ale tym razem przegiął strunę; dlatego właśnie nie utrzymywała kontaktów z tą zawszoną rodziną, nikt w niej nie rozumiał, jak się poświęciła dla służby i jak wysoko zaszła. Dopóki nie zjawił się uzurpator, wiodła życie pośród laurów i fanfarów, a nie jak jakiś zbity pies, węszący po rynsztokach w poszukiwaniu jakiegokolwiek zajęcia.
Niech pieprzy się ten cały Gared! Kogo obchodzi jego zdanie? Co on w życiu osiągnął, żeby ją oceniać?

Gwardzistka wróciła do swojej kwatery, gdzie czekał na nią tylko pies, ale nie jakiś pupilek, lecz bydlę szkolone do zagryzania ludzi. Rozsiadła się, rozkładając ręce na oparciu ławki i... westchnęła. Siedziała tak przez dobre kilka minut, zanim zdała sobie sprawę, że nie wie co ma ze sobą zrobić...
 

Ostatnio edytowane przez kinkubus : 11-01-2017 o 21:08.
kinkubus jest offline  
Stary 11-01-2017, 19:02   #3
 
Hazard's Avatar
 

Gwendolen nie wytrzymała. W końcu ile można siedzieć bezczynnie w miejscu? Nie miała pojęcia, czym powinna się zająć, jednak liczyła na to, że w czasie spaceru po mieście coś wpadnie jej do głowy. Zabrała cały swój rynsztunek, będący równocześnie jej uniformem gwardzisty i wyszła z kwatery. Tym razem nie zapomniała również zabrać swojego tresowanego psa bojowego, który dumnie kroczył u jej boku, odstraszające potencjalnych złodziejaszków, których w obecnych czasach na ulicach nie brakowało.

Jednak z każdą kolejną chwilą, w Gwendolen narastała złość. Poprzednia władza może i nie była idealna, jednak po stokroć lepsza od obecnej. Wtedy nigdy nie musiała martwić się o to, że nie będzie czego do roboty. No i wtedy traktowano ją o wiele lepiej. Wielokrotnie nawet mogła strzec sali audiencyjnej króla, czując dumę ze swojej posady. A teraz wszystko zmierzało ku gorszemu...

Mijając kolejne ulice, gwardzistka w pewnym momencie dostrzegła niemałe zbiorowisko na ulicy. Zaciekawiona podeszła bliżej. Musiała niejednokrotnie krzyknąć, by tłum pozwolił się jej dostać do centrum zdarzenia. Kiedy jednak tam dotarła, w pierwszym odruchu poczułą obrzydzenie i dezorientacje. W ciągu ostatnich dni w mieście panował chaos, ale to już była przesada.

Na ulicy leżało pięć trupów. Dwa ludzkie, trzy psie. Po strojach mężczyzn Gwendolen rozpoznała jednego kapłana Enousa - boga snu i czasu, oraz jednego najemnika. Oboje mieli na sobie liczne rany szarpane od ugryzień i zadrapań. Niebieska szata martwego kapłana zabarwiła się od krwi. Przy jego ciele klęczał drugi, młodszy kapłan. Trzymał głowę swojego towarzysza na kolanach, mrucząc jakieś niezrozumiałe słowa pod nosem. Był roztrzęsiony i przerażony. Kiedy Gwen podeszła bliżej, mężczyzna spojrzał na nią i zaczął gadać trzy po trzy.

- O-o-one pojawiły się z-z-zznikąd - wskazał trzęsącą się dłonią na psy. - Rz-rzuciły się na-na Erica be-ee-bez powodu. Ten najemnik pró-próbował pomóc, a-ale na niego też się rzuciły i-i… - Młody mężczyzna spojrzał bezradnie na ciało wojownika, a później ponownie na swojego towarzysza.

Ta dziwna sytuacja chociaż na chwilę uwolniła Gwendolen od gniewu na nową władzę.


W przeciwieństwie do swojej siostry, Gared prędko znalazł sobie robotę. A przynajmniej potencjalnego pracodawcę. Plotki o próbie zabójstwa Lady Joany z szlacheckiego Domu Winorośli krążyły po całym mieście, a z nimi oferta Sir Wolfganga (brata otrutej damy), że za znalezienie sprawcy gwarantowana jest wysoka nagroda. I to właśnie ta ostatnia część plotki zachęciła zabójcę do zainteresowania się sprawą.

Najpierw jednak musiał odnaleźć dwór Sir Wolfganga. Okazało się to wcale nie takie proste w tak wielkim mieście. Gared przez długi czas błądził i rozpytywał się przechodniów, nim w końcu dostrzegł niskie mury otaczające Dom Winorośli. Ocenił, że bez większego problemu mógłby się po nich wspiąć, jednak nie był tutaj po to by się włamywać, dlatego ruszył ku bramie.

Zdziwił się nieco, kiedy dostrzegł przy niej, siedzącą na chodniku kobietę. Wsparta plecami o mur dworu, ziewała właśnie kiedy dostrzegła zbliżającego się ku niej Gareda. Odwróciła ku niemu głowę, a zabójca jeszcze bardziej się zdziwił.

Blondwłosa kobieta miała przepaskę zakrywającą jej lewe oko. Jednak mimo to wydawała się całkiem urokliwa. Długie uszy zdradzały elfia krew, lecz z pewnością nie czystą. Krótka, zapewne kiedyś biała tunika, przykrywała wystającą spod niej skórzaną zbroję. Gared mógł też dostrzec pochwę na krótki miecz przy jej pasie. Zrozumiał, że z pewnością nie ma do czynienia ze zwykłą żebraczką, czy chociażby mieszczanką. Jej słowa potwierdziły zaraz jego przypuszczenia.

- Ty pewnie też w sprawie roboty, zgadłam? - odezwała się, a uszom zabójcy nie uszedł cynizm w jej głosie. - Niestety musisz chwilę poczekać. Sir Wolfgang ma najwyraźniej dosyć ważnych gości. Jak chcesz to możesz tam iść, ale ja osobiście polecam poczekać.

Dziewczyna wskazała od niechcenia kciukiem na coś, co znajdowało się za bramą. Gared podszedł bliżej, a jego skórę przeszły ciarki. “A więc plotki były prawdziwe”, przeszło mu przez myśl. Na placu przed dworem zabójca dostrzegł ubranych w czarne zbroję rycerzy. Większość z nich miała na sobie również hełmy w tej samej barwie. Wszyscy stali w szeregu bokiem do drzwi wejściowych dworu, trzymając przed sobą miecze, których czubki były oparte o kamienny plac. Naliczył ich siedemnastu.

- Zakon Nowego Imperium - mruknęła półelfka. - Ciekawe czego oni mogą tutaj szukać…
 
Hazard jest offline  
Stary 19-01-2017, 20:29   #4
 
Nortrom's Avatar
 
Za wredna, za wściekły

Gared szybko zmierzył wzrokiem półelfkę i uznał, że wolałby spotkać ją w innym, dokładniej rzecz ujmując, we własnym łóżku. Cóż, cudze również by się nadawało, ale zawsze istniała szansa, że niechciany gość w postaci właściciela akurat postanowi udać się na spoczynek.
Dobre wrażenie szybko jednak ustąpiło, bo śliczna panna postanowiła otworzyć swoje równie śliczne usta i zrujnować swój wizerunek przy pomocy cynizmu, który, jak na standardy zabójcy, był dość marnej jakości. Musiał jednak przyznać w duchu, że trafił swój na swego, a sądząc po jej słowach, możliwe, że będzie zmuszony spędzić z nią więcej czasu, niż by chciał. I nie na tym zajęciu co by chciał.

- A czy to ważne czego chcą? Dopóki nie ma to związku z pracą, dopóty to nie mój interes. - stwierdził trochę ozięble. - I gdyby spieszyło mi się do podjęcia tej roboty to nie fatygowałbym się przechodzeniem przez bramę. Są szybsze sposoby.

- Och, doprawdy? - półelfka uśmiechnęła się rozbawiona. Podniosła głowę do góry, tak by móc zobaczyć mur o który się opierała. - No, wtedy z pewnością zrobiłbyś dobre wrażenie na pracodawcy.

- Wiesz, nic tak nie buduje opinii przyszłego pracodawcy jak siedzenie w jego pokoju w jego fotelu z jego kielichem jego wina, gdy ten się tego nie spodziewa. Niestety nie każdy docenia takie starania i nasyła straże, a niektórzy znów doceniają je za bardzo i z wrażenia schodzą na serce. Dlatego wolę stałych klientów, przynajmniej można ich do tego przyzwyczaić. I wypłaty są pewniejsze. - odpowiedział, zastanawiając się jednocześnie, czy jej komentarz o robieniu wrażenia z przedostania się przez ten niski mur powinien rozumieć normalnie, czy jako kpinę z jego osoby. - Nie wyglądasz na kogoś kto zarabia ganiając za mordercami.

- A ty nie wyglądasz na kogoś nazbyt bystrego - opowiedziała półelfka, jednocześnie rozwiewając wątpliwości Gareda, czy poprzednio robiła z niego żarty - tak, z pewnością robiła. Blondwłosa westchnęła. - Ale w życiu jest tak, że pozory często mylą.

Ja nie wyglądam na bystrego? I bardzo dobrze, ostatnie czego mi trzeba to wzbudzanie podejrzeń u kogokolwiek i przyciąganie uwagi. No i z naszej dwójki to chyba ty nie jesteś zbyt bystra, skoro nie zrozumiałaś, że tą ostatnią uwagą zasugerowałem, że z takim wyglądem powinnaś zarabiać dupą na ulicy…” przemknęło przez myśl zabójcy. Chłopak miał coraz większe nadzieje, że nie będzie musiał z nią pracować, bo nie lubił mieć za towarzysza kogoś kto już na dzień dobry jest złośliwy. To zbytnio przyciągało uwagę, a ta rzadko była potrzebna w jego fachu.
- Długo już tam siedzą? - zapytał, licząc, że niedługo wyjdą i nie będzie musiał ciągnąć tej rozmowy. “Czemu nigdy nie wpadam na normalne kobiety, z którymi można normalnie porozmawiać, nie musieć z nich niczego wyciągać, ani znosić humorów? Hym… A może teraz mają TEN okres w miesiąc?” zastanawiał się, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że stary żart o miesiączce trwającej miesiąc jest bardziej dosłowny i prawdziwy, niż podejrzewał do tej pory.

- Nie wiem, byli tu już jak ja… - dziewczyna nie dokończyła, gdyż jej uwagę nagle przykuło coś za plecami Gareda. Ten odwrócił się zaraz, zaciekawiony co takiego mogło zainteresować dziewczynę.

Biorąc pod uwagę wcześniejszą rozmowę, ten widok mocno go zdziwił. Stwierdził już, że dosyć łatwo można by wejść na teren posiadłości przez murek, jednak ktoś starał się właśnie udowodnić, że wyjść stamtąd jest równie prosto. Na jego końcu bowiem Gared dostrzegł mężczyznę, który ewidentnie próbował wydostać się z terenów posiadłości. Wspiąwszy się na mur, osobnik ten zaczął pośpiesznie opuszczać się na ulicę. Zabójca musiał stwierdzić, że był to niecodzienny widok.

Gared przyjrzał się mu nieco dokładniej, a wzrok jego nie ominął szarych obręczy zawieszonych na nagich kostkach mężczyzny - okowach.

- Niewolnik - stwierdziła półelfka, która wydawała się nieco skołowana.

- No co ty nie powiesz. Nie domyśliłbym się. - zakpił Gared, który otrząsnął się z pierwszego zaskoczenia. W tej samej chwili do jego głowy wpadł pomysł, że jeśli dorwie tego nieszczęśnika zanim ten nawieje to uda mu się wynegocjować kilka monet więcej. Nie czekając na swoją uroczą przyjaciółkę, ruszył pędem w kierunku niewolnika. Miał nadzieję, że uda mu się go dorwać, zanim ten zejdzie. Nie miał ochoty uganiać się za nim po mieście.

Gared puścił się pędem w stronę niewolnika. Miał małe szanse na złapanie go nim ten zdąży zejść, jednak zdarzyło się coś, co całkowicie odwróciło sytuację na korzyść zabójcy. Kawałek cegły, którego trzymał się niewolnik, niespodziewanie odpadł, a ten spadł na ziemię. Nie była to wysokość przy której komuś mogłoby się coś stać, jednak niewolnik wylądował na tyłku, dając równocześnie czas Garedowi by do niego dotrzeć.

Niewolnik spojrzał na zabójcę wielkimi oczami, po czym prędko zaczął zbierać się z ziemi, by jak najprędzej zbiec.

Widok wstającego zbiega lekko zirytował zabójcę. Ostatnią rzeczą o jakiej teraz marzył było ganianie za nim dalej, niż na kilka metrów od miejsca, w którym niewolnik teraz się znajdował. Chłopak szybko wyciągnął swój pałasz i nie zwalniając biegu, wściekle krzyknął:
- Rusz się z miejsca to skończysz w kawałkach! - Gared miał nadzieję, że wystraszony niewolnik zawaha się na moment i nie będzie przez to stawiał oporu.

- P-p-proszę! O-oszczędź mnie. Nie mogę tam teraz wrócić. Zabije mnie, jak się dowie co próbowałem zrobić - mężczyzna padł na kolana i przemówił przez szloch, który nagle zawładnął nim kompletnie. Niewolnik wyglądał na wymizerowanego, a śiwe ślady na jego ciele mówiły doskonale o tym, jak Dom Winorośli traktował swoich niewolników. - Błagam! Pozwól mi odejść.

Garedowi nawet zrobiło się żal niewolnika. Chętnie oddałby go za opłatą z powrotem w ręce właściciela, ale równie chętnie wypuściłby go. Po chwili namysłu postanowił dać mu szansę. Na swój własny sposób.
- Widzisz, nawet bym cię wypuścił, ale ona… - ruchem głowy wskazał na półelfkę, która wstała i powoli zaczęła się zbliżać. - … też widziała, że próbujesz uciec. Więc dam ci szansę. Wróć do środka tak jak wyszedłeś i spróbuj szczęścia innym razem, a ja będę udawał, że nic nie widziałem. Nie mam zamiaru nadstawiać za ciebie karku. - zaproponował krótko. - Ewentualnie mogę cię już teraz zabić. - dodał po chwili.

Twarz mężczyzny oblała rozpacz. Spoglądał to na mur, to na Gareda, nie wiedząc co powinien uczynić. Jednak z pomocą przyszła mu półelfka.

- Ewentualnie, to ja ciebie mogę zabić - powiedziała dziewczyna. Z tonu jej głosu zniknął sarkazm i cynizm, jednak to co najbardziej zdziwiło Gareda, to fakt, że te słowa były skierowane nie do niewolnika, ale do niego samego. - Zostaw go w spokoju.

- Oh, a to czemu? - zapytał zdziwiony chłopak. - I tak go znajdą i zabiją jak ucieknie. Jakby spróbował w nocy to kupiłby sobie trochę czasu, a tak to sam mogę zapłacić głową za to, że pozwoliłem mu uciec. Lepiej zrobi jak wróci do środka. Może uda mu się następnym razem.

- Przecież niczego nie widzieliśmy - odparła półelfka, a następnie zwróciła się już do niewolnika. - Wiesz gdzie znajduje się dzielnica Szczurzych Nor? Tuż przy murach miasta znajdziesz tam kowala imieniem William. Jeżeli uda ci się tam dotrzeć i powiesz mu, że przysyła cię Arushi, to powinien ci pomóc.

Zdenerwowany Gared prychnął i schował broń.
- Dobra, nic nie widziałem. A teraz spierdalaj. - zrzucił do niewolnika, po czym zwrócił się do półelfki, która przedstawiła się jako “Arushi”. - Jak będę miał przez to jakieś problemy to nie tylko on zginie. - stwierdził chłodno i ruszył z powrotem na swoje miejsce. Coraz bardziej nie lubił kobiety.

- Tym się nie martw - odparła kobieta, spoglądając jakby z zadowoleniem na uciekającego niewolnika.

Oboje w milczeniu wrócili na poprzednie miejsce w porę, by dostrzec zdarzenie mające miejsce przed wejściem do dworku. Rycerze dalej stali w tej samej pozie, jednak teraz na niewielkim ganku przed wejściem stały cztery dodatkowe postacie. Troje z nich było ubranych w takie same czarne zbroje jak reszta, zaś ostatni z nich miał na sobie dworskie szaty.

Mężczyźni zdawali się wymieniać ostatnie zdania między sobą, po czym rycerze lekko skłonili się i odwrócili. Kiedy minęli resztę swojej kompanii, ta bez słowa schowała miecze i ruszyła za nimi. Mijając ich w bramie, Gared mógł z bliska przyjrzeć się twarzy kroczącego na przedzie dowódcy grupy, który szedł wyprostowany z hełmem w dłoni. Na krótką chwilę ich spojrzenie spotkały się, a zabójcę przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Instynktownie wyczuł, że rycerz nie jest do końca o zdrowych zmysłach.

Rycerze jednak w końcu minęli ich bez słowa i prędko zniknęli im z oczu.

Gared nie miał ochoty na jakąkolwiek rozmowę z półelfką, więc szybko skorzystał z okazji i ruszył w kierunku wejścia.
 
__________________
"Alea iacta est." ~ Juliusz Cezar
Nortrom jest offline  
Stary 19-01-2017, 20:59   #5
 
Hazard's Avatar
 

Gared i jednooka przekroczyli bramę posiadłości, zaraz po odejściu watahy obłąkanych rycerzy i niemal natychmiast zostali dostrzeżeni przez mężczyznę w dworskim stroju, który w dalszym ciągu stał na ganku. Spoglądał na nich ze srogą miną, która jedynie odrobinę złagodniała po tym, jak Arushi wyjaśniła mu cel ich wizyty. Mężczyzna bez słowa machnął ręką, by podążali za nim.

Przekroczywszy próg domostwa, natychmiast zostali przytłoczeni jego przepychem. Mnogość gobelinów i pięknych obrazów na ścianach, rzeźb, waz, kandelabrów ustawionych na dziesiątkach małych stolików wypełniających każdą pustą przestrzenień przedpokoju i korytarzy, którym podążali, skutecznie zdawały się omamiać swym bogactwem. Wartość wnętrza pojedynczego korytarza z pewnością mogła zapewnić im spokojne życie na długie lata, jednak po chwili uważnej obserwacji Gared musiał stwierdzić, że nie wyglądało to aż tak estetycznie, jak z początku mogło się wydawać. Dwór eksponował bogactwo, nie zaś piękno.

Po krótkim czasie jednak ich uwaga skupiła się ponownie na mężczyźnie, który w pewnym momencie wszedł do jednego z licznych pokoi na korytarzu. Podążywszy zanim, Gared i półelfka znaleźli się wewnątrz sporego pomieszczenia, które było wystrojone w całkiem podobnym stylu co reszta domostwa. Dworzanin usiadł na krześle za biurkiem, ruchem ręki wskazując na krzesła znajdujące się po drugiej stronie. Kiedy zajęli miejsca, mężczyzna przyglądał się im uważnie, tak jakby oceniał świeżość mięsa na straganie. Dopiero po krótkiej chwili przemówił.

- Dobrze. Powiem wam to co mówię wszystkim, którzy zgłosili się do tego zadania. Nie znoszę fuszerki. Dla mnie nie ma czegoś takiego jak “chyba” czy “najprawdopodobniej”. Płacę tylko za pewne informacje. Gwarantuję, że za każdą pomyłkę srogo zapłacicie. Jasne? Wszystko co macie zrobić, to dowiedzieć się kto stał za próbą morderstwa mojej siostry. Odkrywacie tożsamość sprawcy, jego motyw, miejsce gdzie się znajduje, potencjalnych pomocników lub pracodawców i wszelkie dodatkowe, ważne informacje o sprawie. Za każdą z tych informacji płacę osobno po sto sztuk złota. Na grupę oczywiście. To jak się tym podzielicie mnie już nie interesuje. Jak uda wam się rozwiązać całą sprawę, to dostaniecie oczywiście spory bonus.

Skończywszy przemawiać, mężczyzna oparł się łokciami o blat biórka i spojrzał na dwójkę, dając im w końcu dojść do słowa.
 
Hazard jest offline  
Stary 19-01-2017, 22:04   #6
 
kinkubus's Avatar
 
Nudne obowiązki.

To nie leżało kompletnie w jej jurysdykcji. Powinna pójść po straż, ale nie miała nic lepszego do roboty, więc postanowiła poświęcić na ten problem chociaż trochę czasu.

Ty, idź po straż! — zarządziła na wstępie, wskazując na jedną z młodszych osób w tłumie. Wybrany młodzieniec szybko odwrócił się na pięcie i zaczął przeciskać się przez tłum. Gwardzistka nie była całkiem pewna, czy pobiegł po straż, czy też przestraszył się i postanowił uciec z niewygodnej sytuacji. — Ktoś jeszcze jest ranny? Kto zabił psy? Sam najemnik, czy ktoś mu pomagał?

Ja! — Gwendolen usłyszała głośną odpowiedź gdzieś zza tłumu, który ponownie rozstąpił się, przepuszczając młodego mężczyznę o brązowych, potarganych włosach. Miał na sobie skórzaną zbroję oraz sporej wielkości topór przyczepiony do pasa. By udowodnić to, mężczyzna sięgnął po broń, z której wciąż kapała świeża krew, następnie zaś wskazał na owinięte kawałkiem zakrwawionej szmaty ramię. — O mało co nie skończyłem tak jak ten tu — spojrzeniem wskazał na truchło najemnika. — Na całe szczęście, w przeciwieństwie do tych zasranych najemników, ja potrafię walczyć!

A kim ty jesteś, że po mieście ganiasz z toporem? — ozięble zwróciła się do wojownika.

Bo jestem, Gauthier, topór do wynajęcia — odparł mężczyzna posyłając kobiecie szelmowski uśmiech. — Obecnie pracuję jako ochroniarz karawan u kupców Bławatnich.

Mów w takim razie, co widziałeś i robiłeś przed zajściem — skrzyżowała ramiona i przyjęła najbardziej obojętny wyraz twarzy, jaki można było sobie wyobrazić.

Przechodziłem akurat obok, usłyszałem krzyki i zobaczyłem tu jakieś zamieszanie, a kiedy ogarnąłem co się dzieje, to wyciągnąłem topór i rzuciłem się na pomoc — odpowiedział Gauthier zwięźle. Zaraz jednak dodał: — Nie musisz dziękować za pomoc. To był mój obowiązek jako obywatela Lunetree... by pokazać tym najemnikom, że są tak naprawdę bandą patałachów, którzy nie potrafią ogarnąć chaosu w tym mieście. Ciekawe ile osób jeszcze zostało by zagryzionych gdyby nie ja!

Gwardzistka tylko przewróciła oczami.
Ktoś zaprzeczy tej wersji? — zwróciła się do tłumu. Nikt jednak nie zaprzeczył.
Na co się jeszcze gapicie? Rozejść się! A ty — skinęła w stronę najemnika — idź się opatrzyć.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że musiała teraz tutaj stać, żeby nikt niepowołany nie zainteresował się zwłokami. Równie dobrze mogła przyjrzeć się im sama, ale wolała poczekać, aż wszyscy sobie pójdą i zostawią ją sam na sam z denatami.

Już to zrobiłem — odparł Gauthier wskazując na kiepsko zawiązany kawałek szmaty na ramieniu. Kiedy reszta tłumu zaczęła powoli się rozchodzić, najemnik odszedł tylko kawałek dalej i usiadł na beczce stojącej przed drzwiami jakiegoś domostwa. Skrzyżował ramiona i wyprostowany zaczął spoglądać to na miejsce zdarzenia, to na drugi wylot uliczki, jakby strzegł okolicy.

Natomiast na miejscu pozostała jeszcze jedna osoba poza Gwen i najemnikiem. Owy roztrzęsiony, zapomniany przez wszystkich młody kapłan, który ciągle siedział przy ciele swojego towarzysza.
Nie wyglądało na to, że sobie pójdzie. Jeden ranny zachciał stróżować, drugi siedzi nad zwłokami i rozpacza... Gwendolen westchnęła i podeszła do kapłana. Może po drodze przy okazji spotka jakiś oddział straży.

Chodź, odprowadzę cię do świątyni. A ty — skierowała słowa do najemnika i wydała mu komendę jak psu — pilnuj.

Ale… Ale nie mogę go tu tak zostawić — odezwał się kapłan, spoglądając na martwą twarz swojego towarzysza.

Przecież nigdzie nie pójdzie — odpowiedziała nieczule. — Ty musisz odpocząć i poinformować swoich... braci. Jestem pewna, że będą chcieli zająć się ciałem osobiście i wrócą po nie. Jeżeli ma to dla ciebie tak wielkie znaczenie, mogę tutaj zostać, a ty pójdziesz z najemnikiem.

Jestem toporem do wynajęcia, nie jakimś tam nieudolnym najemnikiem — odparł oschle Gauthier. — A tu jest mi całkiem wygodnie. Nie mam zamiaru ruszać stąd dupy… za darmo.

Tymczasem kapłan zaczął intensywnie zastanawiać się nad uwaga Gwendolen.

Chyba… masz rację — odparł po chwili namysłu. Następnie spojrzał na “topornika”. — Jeżeli przypilnujesz ciała do czasu aż ktoś po nie przyjdzie, to świątynia na pewno wynagrodzi cię za to.

No ja myślę — mężczyzna odparł, jeszcze wygodniej rozsiadając się na beczce. — Bylebym nie musiał długo tu siedzieć.

Pieprzony materialista. Myślał, że się różni od najemników, a było dokładnie odwrotnie. Gwen gardziła nim niemniej, niż ludźmi Sezera. Do tego był głupi, jeśli myślał, że jakaś szmata uchroni go przed gangreną.

W takim razie ruszaj się. Goliat, do nogi! — zawołała do psa i zaczęła iść w stronę świątyni, od której dzielił ich krótki spacer brudnymi ulicami miasta. *
 
kinkubus jest offline  
Stary 20-01-2017, 00:28   #7
 
Nortrom's Avatar
 
Trudne sprawy
No to ładnie się zaczęło. Przynajmniej dobrze płaci.” przemknęło przez myśl zabójcy, który właśnie przypomniał sobie listę wszystkich możliwych błędów jakie można popełnić podczas zabijania kogoś. Zwłaszcza tych związanych z otruwaniem.
Widząc, że szlachcic czeka na jakieś słowa, postanowił zacząć od kilku podstawowych pytań. Jego twarz stała się śmiertelnie poważna, z oczu zniknął blask, a spojrzenie stało się zimne, analityczne i wyrachowane, gdy przemówił:

- Zacznijmy więc od razu. Na początek mam kilka pytań. W zależności od odpowiedzi na nie, zadam kilka kolejnych, żeby wiedzieć od czego najlepiej zacząć śledztwo. Po pierwsze, czy rodzina, a zwłaszcza ofiara, ma jakiś wrogów? Chodzi o konkretne nazwiska. Po drugie, czy wszystkie posiłki w ostatnim czasie spożywała w domu? Kto przygotowywał posiłki? Kto je podawał? Czy w ostatnim czasie zatrudniono jakąś nową służbę? Ile jest wejść do kuchni? Czy w ostatnim czasie odwiedzało państwa wielu gości? Potrzebna jest też listę miejsc, które Lady Joane ostatnio odwiedzała oraz, jeśli to możliwe, chciałbym zobaczyć ciało. Niektóre trucizny zostawiają specyficzne zniszczenia w ciele. Są też takie działające z sporym opóźnieniem. Ustalenie trucizny może samo w sobie sporo nam powiedzieć. - powiedział Gared, po czym zamilkł, czekając na odpowiedź.

Zatracony w swym wywodzie zabójca nie był w stanie zauważyć, jak z każdym kolejnym słowem, oczy mężczyzny otwierały się coraz szerzej, zdawać by się mogło, że ze zdziwienia. Jednak kiedy Gared zamilkł, twarz jego pracodawcy przybrała ponownie ponury wyraz. Spojrzał na półelfkę.

- A ja się spodziewałem, że z waszej dwójki to ty będziesz dużo gadać - zwrócił się do Arushi, co ona skwitowała wzruszeniem ramion.

Następnie mężczyzna westchnął i skierował swe zirytowane spojrzenie na Gareda.

- Jak ja nie lubię się z wami użerać - mruknął. - Od początku. Jesteśmy jednym z najbardziej znamienitych rodów szlacheckich, więc siłą rzeczy mamy wielu zawistnych wrogów. Ilu? Jakich konkretnych? Sam nawet nie wiem. Nie interesuję się śmieciami. Co do mojej siostry, to nie wiem czy miała jakichś, przyznam, że przez ostatnie miesiące spędzałem z nią mało czasu. W dzień kiedy umarła jadła śniadanie w domu, ale w ładne dni takie jak tamten, obiady zazwyczaj jadła na swojej łodzi. Bardzo lubiła spędzać czas na wodzie. Nasz kucharz przygotowywał posiłki, to chyba oczywiste. Są dwa wejścia do kuchni, jedno prowadzące do naszych ogrodów, drugie do sali jadalnej. Przez ostatnią sytuację w mieście, ostatnio mieliśmy niewielu gości. Miejsca, które odwiedzała powinien znać jej ochroniarz, jego zapytajcie. A co do ciała… Nie ma mowy i to nie podlega dyskusji - ostatnie słowa odpowiedział z zaciętością. - To wszystko? Jestem dosyć zajęty.

Gared nie był zadowolony z braku nazwisk i niemożliwości zobaczenia ciała. To znacznie utrudniało zadanie, ale nie miał wyjścia, musiał działać z tym co ma.

- Zanim udam się wypytać służbę i ochronę, chcę tylko pozwolenia na zbadanie posiadłości na obecność śladów włamania. Później nie będę już zawracał pańskiej głowy, aż do znalezienia czegoś. - odpowiedział zabójca.

- Niech będzie - odparł mężczyzna. Sięgnął po dzwonek znajdujący się na końcu biurka. Machając nim, krzyknął: - Sebastian! Gdzie ten kundel się podziewa…

Nagle półelfa i Gared wymienili zaniepokojone spojrzenia, przypominając sobie równocześnie o zbiegłym niewolniku. Szkoda, że nie zapytali się go wtedy o imię… Tymczasem mijały kolejne chwilę, a nikt się nie pojawiał. Niecierpliwość szlachcica zdawała się być już na wyczerpaniu, zaś niepokój zabójcy zaczął wzrastać. Na całe szczęście, drzwi nagle się otworzyły, a do środka wbiegł łysy mężczyzna o średniego wzrostu. Miał na sobie dosyć dobre ubrania, jednak mimo to okowy na jego nogach zdradzały kim był.

- Proszę o wybaczenie Panie - mężczyzna natychmiast skłonił się swojemu właścicielowi. - Właśnie szukałem Alberta, by posprzątał ten brud przyniesiony przez pańskich gości ale…

- Dosyć gadania. Będziesz oprowadzał tę dwójkę po posiadłości i pozwolisz im gadać z kim tylko chcą. Poza trzecim piętrem i piwnicą. Tam wstępu nie mają.

- Tak jest, Panie - odparł natychmiast niewolnik, po czym zwrócił się do Gareda i półelfki. - Gdzie najpierw państwo chcą się udać?

- Na początek chciałbym porozmawiać z kucharzem oraz poszukać śladów w kuchni. - odpowiedział zabójca.

- Kucharz ze swoimi pomocnikami aktualnie wyszedł, by zrobić zakupy na obiad - odparł Sebastian. - Ale powinien wrócić za jakiś czas.

- W takim razie chciałbym porozmawiać z ochroniarzem Lady Joane. - odparł, nie chcąc tracić czasu.

Niewolnik skinął głową. Gared i półelfka wstali, po czym ruszyli za nim, zostawiając szlachcica samego w gabinecie.
 
__________________
"Alea iacta est." ~ Juliusz Cezar
Nortrom jest offline  
Stary 21-01-2017, 19:39   #8
 
Hazard's Avatar
 

Gwen oraz kapłan, który przedstawił się jako Malcolm, udali się razem ku świątyni. Gwardzistka, jej wielki pies oraz umazany krwią duchowny stanowili niemałe widowisko dla ciekawskich mieszkańców Lunetree, którzy spozierali na nich z zainteresowaniem. Nikt jednak nie raczył ich w jakiś sposób zatrzymać, a stanowcza większość stojąca na ich drodze raptownie schodziła na bok, nie chcąc najwyraźniej w żaden sposób zostać wplątanym w żadne kłopoty, których i tak mieli już pod dostatkiem.

Im bliżej centrum miasta, gdzie znajdowała się świątynia, tym bardziej gwardzistkę ogarniała odraza na widok splądrowanych kamienic, które jako pierwsze padły ofiarą łupieży najemników. Powybijane okna i co krok leżące szczątki mebli na chodnikach, całkowicie nie pasowały do wcześniejszego, zadbanego obrazu tego miejsca. Również liczba żebraków w ciągu ostatnich dni zwiększyła się diametralnie. Wielu z nich, siedząc na zimnym, brudnym chodniku spoglądało na Gwen zmęczonym, pełnym żalu i jakby błagania wzrokiem. Kobieta aż zadrżała na myśl, jak wyglądać musiała teraz dzielnica Szczurzych Nor czy Stary Port, które przez lata funkcjonowania miasta przerodziły się w dwa największe slumsy.

Z ów obrazu nędzy i brzydoty, wyłoniła się w końcu pozłacana iglica zawieszona na szczycie wieży zegarowej świątyni, do której tak usilnie zmierzali. Wkrótce ukazała się im fasada budynku, wyglądająca niczym odszczepieniec na tle wynędzniałego miasta. Wielka kopuła świątyni wznosiła się dumnie nad resztą zabudowań, szczycąc się swym nieskazitelnym majestatem. Widok ten zdawał się Gwen nieco niedorzeczny, a zarazem uświadamiał jej, że nawet bezwzględni najemnicy są w pewnym stopniu bogobojni i mają poszanowanie dla świętych miejsc. Obawa przed śmiertelnymi koszmarami zsyłanymi w gniewie przez Enousa była silniejsza niż chciwość.

Zamiast skierować się do głównych drzwi wejściowych przeznaczonych dla wiernych, Malcolm poprowadził gwardzistkę w stronę wschodniej części budynku, gdzie znajdowało się wejście do części zarezerwowanej wyłącznie dla kapłanów kościoła. Gwardzistka wydała rozkaz psu, by na nią poczekał przed wejściem i podążyła za kapłanem. Zaraz po przekroczeniu progu, znaleźli się w sporej wielkości salonie, gdzie Gwendolen natychmiast rzuciły się w oczy liczne zegary rozwieszone na ścianach. Dech w piersiach zapierała ich najróżniejsza konstrukcja, która niepowtarzalna niczym płatki śniegu, świadczyła o niebywałych zdolnościach zegarmistrzów, którzy je stworzyli. Zaś ich równoczesne, idealnie zsynchronizowane tykanie wywoływało w kobiecie uczucie spokoju i sennej relaksacji. Gwen poczuła jak ów monotonny dźwięk pochłania ją, wprowadzając w jakiś niezrozumiały trans, któremu nie mogła i nie chciała się sprzeciwiać.

- Malcolmie?

Dźwięk słów nagle jednak wyrwał Gwendolen z zasępienia. Wpierw usłyszeli pytanie, a dopiero później dostrzegli wygolonego na łyso mężczyznę siedzącego na drewnianej ławce w rogu pomieszczenia. Człowiek ten po pokonaniu pierwszego zaskoczenia i przyjrzawszy się im dokładnie, wstał i zbliżył się. Kiedy kapłan podszedł bliżej, Gwendolen przyszło na myśl, że musiał być on w podobnym wieku co ona. Wydatny brzuszek odznaczający się pod kapłańską szatą świadczył o tym, że mężczyzna nie prowadził zbyt aktywnego trybu życia.

- Dlaczego sprowadziłeś tu członkinię gwardii? I czemu jesteś cały we krwi?

Malcolm w napięciu udzielił odpowiedzi na pytania kapłana, który, jak szybko zdążyła zorientować się Gwen, posiadał najwyraźniej wyższy stopień wtajemniczenia niż sam młodzieniec. Udzielone mu wyjaśnienia oraz opowieść o tragedii, która zaszła, zatrwożyły go niezmiernie.

- Oh, w niełaskę popaść musieliśmy. Nie wyjaśniła się jeszcze zagadka zniknięcia wyprawy badawczej naszych braci, a teraz spada nam na głowę kolejna tragedia. Cóż powinniśmy począć w obliczu takich okropności...


Prowadzeni w milczeniu przez ciągnące się, zdawać by się mogło, w nieskończoność korytarze nowo zatrudnieni śledczy ostatecznie zostali wyprowadzeni do ogrodów za domem. Dostrzegli tam wielu niewolników, mozolnie toczących boje z jesienną porą. Upadłe z niewielkich drzew owocowych jak i zwykłych liście nim jeszcze dobrze zapoznały się z wilgotną glebą, już były zagarniane przez grabię. Pielęgnowane przez nich grządki oraz żywopłoty, zaczęto już przygotowywać na nadejście zimowych dni. Tu i ówdzie można było dostrzec również uzbrojonych strażników, którzy nie dawali niewolnikom okazji do ucieczki czy na obijanie się.

Idąc tak Gared mógł dostrzec rosnącą irytację i niechęć swojej towarzyszki do ów widoku. Wcześniej już mógł przekonać się, że była ona przeciwniczką niewolnictwa, jednak teraz był już tego pewien.

W pewnym momencie na szczęście i niewolnicy zniknęli gdzieś za ich plecami. Ogród okazał się naprawdę olbrzymi, a kiedy Sebastian przeprowadził ich przez wycięte w żywopłocie przejście, ukazało im się prywatny cmentarz Domu Winorośli. Liczne krypty straszyły swą wzniosłą posępnością i pamięcią minionych wieków. Dzięki temu widokowi Gared mógł sobie uzmysłowić jak stary musiał być ród Winorośli, którego przodkowie od wieków leżeli w tej ziemi. Niektóre wyryte na ścianach krypt daty wskazywały nawet na czasy jeszcze poprzedzającej Erę Mroku.

Przechadzając się tak po osiedlu zmarłych, Gared dostrzegł w końcu cel ku któremu zmierzali. Bowiem oparty o jedną z krypt, wyraźnie nie tak wiekową jak reszta jej podobnych, niczym posąg stał rosły uzbrojony mężczyzna. Jego podejrzliwe spojrzenie powędrowało po twarzy Gareda i półelfi, by ostatecznie osiąść na niewolniku, który ich tu przeprowadził.

- Proszę o wybaczenie Sir. Nie chciałem zakłócać spokoju Lady Joany, jednak owa dwójka chciała z tobą porozmawiać. Są tu by zbadać okoliczności śmierci szlachetnej pani.

Usłyszawszy wyjaśnienia, mężczyzna jeszcze bardziej nieprzychylnym wzrokiem zaczął przyglądać się im.

- No? O co chodzi?
 

Ostatnio edytowane przez Hazard : 21-01-2017 o 19:55.
Hazard jest offline  
Stary 24-01-2017, 00:24   #9
 
Nortrom's Avatar
 
Ponury ochroniarz

Kolejny dziwak. Czemu nigdy nie trafiam na normalnych ludzi?” myślał Gared, gdy tylko strażnik się odezwał. Jego wizerunku nie poprawiał fakt, że znaleźli go koło krypty.

- Chcemy zadać kilka pytań, żeby wiedzieć gdzie zacząć szukać śladów. - odpowiedział zabójca. - Czy rodzina Lady miała jakiś wrogów? Chodzi o konkretne nazwiska. Czy ostatnio w okolicy kręcił się ktoś podejrzany? Albo inaczej, ktoś obcy i nie wzbudzający podejrzeń? Czy byłeś w pobliżu w momencie śmierci? Jeśli tak, to jakie objawy towarzyszyły śmierci? Potrzebna jest też listę miejsc, które Lady Joane ostatnio odwiedzała oraz lokalizację jej łodzi, bo tam też należy poszukać śladów.

- Zwolnij trochę. Jedno pytanie na raz… Kurwa, jak bardzo Sir Wolfgang musi być zdesperowany, by brać pierwsze lepsze przybłędy z ulicy do tak ważnej roboty… - mruczał pod nosem ochroniarz. - Eh, o co tam pytałeś? Wrogów? Nie, raczej nie miała nikogo takiego. Lady była powszechnie szanowana i uznawana przez wszystkich, nigdy nie wchodziła z nikim w zatargi. Co tam jeszcze chciałeś wiedzieć?

- Jak wyglądała jej śmierć - wtrąciła się półelfka.

- Przechadzaliśmy się po ulicy, gdy nagle lekki kaszel Lady, przybrał na sile. Po kolejnych kilku chwilach zaczęła się dusić i pluć krwią. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, była już martwa - odparł mężczyzna drżąc na myśl o tamtej chwili.

Zwolnij trochę? To tylko kilka prostych pytań! A jak ci nie pasuje, że się tym zajmujemy to sam rusz dupę!” myślał zabójca, ale nie powiedział tego na głos. Nie było warto.

- Ten kaszel zaczął się po posiłku, czy jeszcze przed? - dopytywał Gared.

- Po - odparł mężczyzna. - Na łodzi zjadła przygotowane wcześniej przez kucharza jedzenie, a w ciągu dwóch godzin później już nie żyła. Już dawno wiedzielibyśmy co to była za trucizna, gdyby tym zasrańcom z Jadu Bazyliszka coś nie odpierdoliło i nie odcięliby się od reszty świata.

Czyli będzie trzeba przeszukać też łódź i włamać się do Jadu. Zaraz umrę ze szczęścia…” marudził w myślach zabójca. Przez myśl przemknęło mu, że będzie musiał też poszukać informacji w miejscach mniej oczywistych, a zawsze pełnych wieści: karczmach, zaułkach, burdelach i miejscach, w których kiedyś spotykał innych zabójców na usługach byłego władcy. Może któryś z nich coś wie. Zwłaszcza starzy wyjadacze powinni choć próbować orientować się w tym co się dzieje na ich terenie, nawet jeśli nie mieli teraz dla kogo tego robić. Ot, sprawa pokręconego honoru zabójców.

- Dobrze, ostatnie pytania. Jakie miejsca regularnie odwiedzała? Czy ostatnio udawała się w jakieś nietypowe? I z kim się ostatnio spotykała? - zapytał Gared, licząc na trochę prawdy w powiedzeniu “Najciemniej pod pochodnią.”

- Od czasu kiedy w mieście zapanował chaos, sir Wolfgang pilnował, by członkowie jego rodziny nie plątali się w nieodpowiednich miejscach - rzekł ochroniarz. - Lady niechętnie się na to godziła, jednak nie ustępowała przy porcie, gdzie zacumowaną miała swoją łódkę. Od tego czasu raczej nie miała też kontaktu z nikim spoza rodziny i sług. Chociaż od tych drugich też raczej wolała ostatnio stronić…

- Czy Lady powiedziała dlaczego zaczęła stronić od swoich sług? - zapytał zaciekawiony Gared.

- Nie znam szczegółów. Mówiła tylko, że czymś ją mocno zirytowali ostatnio.

- Rozumiem. Dziękuję za informacje. - powiedział zabójca, po czym zwrócił się do ich “przewodnika”. - Chodźmy do kuchni, może kucharz już wrócił.
 
__________________
"Alea iacta est." ~ Juliusz Cezar
Nortrom jest offline  
Stary 27-01-2017, 22:17   #10
 
kinkubus's Avatar
 
Powinniście zabrać zwłoki waszego kapłana z ulicy, póki nie zajęły się nimi bezpańskie psy.

Pogrążony w czarnych obrazach kłębiących się w jego głowie mężczyzna, zamrugał kilkakrotnie jakby dopiero po chwili przypominając sobie o obecności gwardzistki. Gdy sens jej słów doszedł do niego, zwrócił się do Malcolma.

Poszukaj kilku uczniów i przynieście jego ciało — nakazał, a chłopak natychmiast ruszył korytarzem prowadzącym w głąb świątyni. Starszy kapłan natomiast zwrócił się do kobiety.— Najmocniej dziękuję w imieniu całej świątyni za pomoc — rzekł, jakby zasługi Gwendolen w tej sprawie były niezwykle wielkie.

Niech się pospieszą. Na miejscu ktoś czeka i pilnuje — Gwendolen popędziła mnichów.

Zapewniam, że zajmiemy się tym jak najszybciej — zapewnił kapłan. Przyjrzał się Gwendolen uważnie, po czym zasępił się na moment. — Cieszy mnie, że w mieście pozostał ktoś ze starej gwardii. Nowa władza wcale nie dba o nasze problemy. Swoją drogą, już wkrótce ma wyruszyć mała grupa, która ma zbadać co się stało z kapłanami na wyspie na Srebrnym Jeziorze. Najemnicy oczywiście nie chcieli kiwnąć ku temu palcem, ale może pani zechce dołączyć? Obiecujemy spore wynagrodzenie.

Gwardia jest wyłącznie na usługach króla — odpowiedziała zwięźle, samej w to do końca nie wierząc.

Nie ma już króla… jest uzurpator — odparł posępnie kapłan.

Nie chcąc odpowiadać, Gwendolen stała w milczeniu, utrzymując niezręczną ciszę. Czekała, aż zbiorą się mnisi i będzie mogła odprowadzić ich na miejsce zbrodni. W międzyczasie przyglądała się galerii zegarów, które wystukiwały sekundy, wisząc w artystycznym nieładzie.

Sądziłem, że zadaniem gwardii było pomaganie mieszkańcom miasta — powiedział po dłuższej chwili kapłan. Cała jego serdeczność w jednej sekundzie przerodziła się w jawną niechęć. — Ale najwidoczniej, pod nowym dowództwem całkiem zmieniliście nastawienie do swojej pracy. Dziękuję za przyprowadzenie Malcolma, ale ciałem naszego brata będziemy w stanie zająć się sami. Nie ma potrzeby by marnowała Pani na nas swój cenny czas.

Nie liczę na inne nastawienie. Zmienicie zdanie, kiedy wróg ponownie przyjdzie podrzynać wam gardła. Wtedy wszyscy znowu kochają gwardię. Róbcie co do was należy, a ja będę robiła, co jest moim obowiązkiem. W tej chwili doglądam tej sprawy, czy wam się to podoba, czy nie. Powiedzcie mnichom, że czekam przy bocznym wejściu.

Nie miała ochoty słuchać wywodów kapłana, który zdawał się niewiele orientować w świecie spoza swojej alkowy. Nie wypadało jednak zwracać duchownemu uwagi, więc zwyczajnie odwróciła się i wyszła.

Na zewnątrz nie musiała długo czekać. Już po kilku chwilach drzwi otworzyły się, zza których wyszedł Malcolm w towarzystwie dwójki innych kapłanów. Ich nieprzychylne spojrzenie dosyć jasno powiedziały Gwen, że przed wyjściem ucięli sobie z pewnością krótką rozmowę ze starszym kapłanem. Niemniej to wcale nie zraziło gwardzistki. W milczeniu ruszyła z nimi z powrotem na ulicę, gdzie zostawili ciała.

Powrót minął im dosyć szybko w grobowej ciszy. I dzięki temu zdolni byli zawczasu usłyszeć ponowne zamieszanie, które ponownie wybuchło w tym samym miejscu. Żywszym krokiem Gwendolen przekroczyła zakręt, by jako pierwsza mogła rozeznać się w sytuacji.

Bierzcie te cztery cholerne, martwe psy, a od kapłana wara — najpierw usłyszała głos topornika, który stał naprzeciw trójki uzbrojonych mężczyzn. Po dosyć niechlujnym wyglądzie i pełnym rynsztunku Gwendolen zgadła, że byli oni najemnikami. Najwyraźniej młodzieniec, którego wysłała po pomoc naprawdę wykonał powierzone mu zadanie… Na swój sposób.

Jeszcze jedno słowo, a będzie trzeba sprzątać stąd kolejnego trupa — rzekł nadzwyczaj spokojnie jeden z najemników.

Atmosfera zrobiła się wyjątkowo napięta. Gwen dostrzegła, że ręce wszystkich zebranych znalazły się na rękojeściach broni. Czuła, że wystarczy jedynie iskra by wszyscy rzucili się sobie do gardeł.

Gwendolen natychmiast weszła pomiędzy ludzi raczących się słownymi przepychankami, nie zważając, że stawia się na pierwszej linii ewentualnego ataku.

Spokój — zwróciła się bardziej w stronę najemników, niż topornika — nie potrzeba nam kolejnego trupa. Kapłani przyszli po swojego brata, wy zabierzcie resztę. Ktoś musi to sprzątnąć, truchło nie może walać się po ulicach. Chłopak dobrze zrobił, pilnował, żeby nikt się nie zaopiekował zmarłymi i ich dobytkiem.

Najemników zaskoczyło nagłe wtargnięcie między nich gwardzistki. Wysłuchawszy jej słów spojrzeli po sobie najpierw niepewnie, a po chwili na twarzy jednego z nich pojawił się uśmiech.

Dobrze zrobił, co? No, naprawdę wzorowi obywatele z was — starał się mówić z powagą, jednak uwadze Gwen nie uszła podszyta pod tymi słowami kpina. — A więc skoro tak się rwiecie do tych trupów, to z chęcią pozwolimy wam się nimi zająć. A nawet popilnujemy, by nikt wam nie przeszkadzał w czasie drogi do świątyni Freatusa.

Tymczasem za plecami Gwen kapłani zaczęli już zbierać ciało swojego brata, chcąc najwyraźniej jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca.

Zachowaj głupie komentarze na czas po służbie. Wasz człowiek, wasz problem. Chłopak i ja idziemy z kapłanami.

Oho, prawdziwy gwardzista się odezwał — mruknął stojący z boku najemnik, postępując krok naprzód.

Kapłani sobie poradzą — stwierdził ten stojący najbliżej Gwen, rzucając pytające spojrzenie na kapłanów, którzy nieco poddenerwowani pokiwali głowami. Dwoje z nich podniosło ciało, zaś trzeci wyciągnął kilka monet i wcisnął je topornikowi do ręki. — A ty nie zapominaj do kogo mówisz. Powinnaś być wdzięczna, że Sezer nie wysłał cię razem z resztą tej twojej tchórzliwej bandy na granicę, byś tam gniła z nimi. Naszym się zajmiemy, ale truchła psów też trzeba odnieść kapłanom do spalenia. “Truchło nie może walać się po ulicach”, mówiłaś przecież, co nie?

Jeszcze chwila, a posiekam ich na kawałki — szepnął topornik za plecami Gwen.

Pies Gwen zawarczał i zniżył pozę, szykując się do obrony właścicielki, kiedy tylko zauważył ruchy najemników. Powiada się, że zwierzę wyczuwa antypatie właściciela i jeżeli była w tym prawda, pies serdecznie nie cierpił ludzi Sezera.

Na granicy przynajmniej robiłabym coś użytecznego, w przeciwieństwie do was. Może odrobina dyscypliny na froncie by się wam przydała — chwyciła psa za obrożę, żeby powstrzymać go przed zrobieniem czegoś głupiego, chociaż nie jego wina, że do tego właśnie został wytresowany. — Radzę nie drażnić mojego psa. Jestem cierpliwa, ale za niego nie ręczę. Odsuńcie się i dajcie nam przejść.

Ty zarozumiała suko — warknął przysadzisty najemnik, który wcześniej postąpił krok w jej stronę. Cała trójka niemal jednocześnie dobyła bronie. Gwendolen zbyt późno zorientowała się, że cierpliwość tych łotrów nie jest zrobiona ze stali. A teraz nie pozostało jej nic innego jak stawić im czoła.

Za swoimi plecami kobieta usłyszała podniecony rechot Gauthiera oraz uciekających w popłochu kapłanów. Natychmiast spuściła psa, który powinien rzucić się na najbliższego napastnika. Wskazała dłonią w swoją lewą stronę, kierująć się w prawo; był to sygnał dla Gauthiera, żeby zajął się tamtą połową jeśli chce i nie plątał jej pod nogami. Dobyła miecz, ścisnęła go w obu dłoniach i ruszyłą na swoją połowę, rąbiąc bezlitośnie, póki pies szarpał się z jednym z najemników.

Rozpoczęła się walka. Ignorując wszystko dookoła najemnicy rzucili się na Gwen równocześnie. Gwardzistka prędko została zepchnięta do defensywy, nie będąc w stanie poradzić sobie z naporem wrogich sił. Poczuła jak ostrze miecza przeszywa jej bok, z którego zaczęła cieknąć krew. Nie mogła jednak ubolewać nad tym zbyt długo, gdyż musiała bronić się przed kolejnymi atakami. Byłaby bez szans, gdyby nie wsparcie w postaci psa bojowego i topornika.

Zwierzę znalazło wreszcie dogodną okazję, by skoczyć na przysadzistego najemnika. Kły z pewnością rozdarły by krtań swojej ofiary, gdyby ten nie zasłonił się w porę ręką. Jednak nawet utwardzany, skórzany pancerz nie mógł się mierzyć z morderczą siłą, z jaką pies wgryzł się w jego ramię. Najemnik krzyknął… Tak samo jak jego towarzysz, który nie był w stanie radzić sobie z naporem ataków topornika. Gauthier śmiał się, raz po raz machając swoim toporem.

Każdy skupił się na swoim przeciwniku, dzięki czemu Gwendolen w końcu mogła przejść do ofensywy. Nieprzerwanie napierała na swojego wroga, nie dając mu najmniejszej okazji do kontr ataku. Gwardzistka poczuła, że teraz nadeszła szansa dla niej… I wtedy niespodziewanie usłyszała rozpaczliwe zawodzenia swojego psa. Z przerażeniem dostrzegła swojego pupila leżącego nieruchomo na ziemi, ze sterczącym w boku mieczem przysadzistego najemnika.

Przez troskę o swoje zwierzę, wojowniczka na krótki moment odwróciła swoje spojrzenie od najemnika. Prędko zrozumiała swój błąd, jednak było już za późno. Nagle wszystko dookoła spowite zostało w mroku.
 
kinkubus jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168