Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-07-2017, 10:04   #1
 
[DnD 3,5 FR / Podmrok 18+] Przestwór w Starym Stawie

Start


_____Stary Staw wyglądał na senną wioskę. Strzechy domów malowniczo pokrywał śnieg. Sioło otaczał ostrokół. Z czasem jednak wieś się rozrosła. Nowa brama do wioski była zapraszająco, szeroko otwarta. Tworzyło ją naturalne przewężenie z ostańcem na środku, na którym wzniesiono krępą i toporną wieżę obserwacyjną. Przy bramie dwóch chłopów opartych o deski, leniwie lustrowało okolicę. Obok nich oparte były kosa i cep. Znad niedalekiego jeziorka wznosiła się para, z okolicznych gorących źródeł. Na pobliskim wzgórzu, z powodu aktywności geotermalnej z rzadka pokrytym śniegiem, widać było niemrawo skubiące karłowatą trawkę stadko owiec, pilnowane przez owczarki i młodego pastuszka.

_____Stary Staw był niedużą osadą położona niedaleko potoku górskiego, nieco na uboczu głównych traktów handlowych, a właściwie, obok zapomnianej przeprawy przez wschodni Grzbiet Świata. Ulokowana w dolince, otoczona wysokimi szczytami osłonięta była, większą część roku. Jednak zdarzały się okresy, gdzie wiatr się zmieniał i nawałnice śniegu wciskały się nawet w tą górską oazę. Mieszkańcy w okresach ciepłych zajmowali się wydobyciem kryształów, wypasem owiec na górskich łąkach i hodowlą przywiezionych z Dolin karpi. Te ostatnie były trzymane w małych stawach położonych nieopodal potoku. Połączenie świeżej lodowatej wody i naturalnych źródeł geotermalnych pozwoliło ustanowić z ryb, jeden z głównych składników pożywienia. Kilkoro osób nabyło bądź przywiozło ze sobą większe bydło, długowłose krowy przyzwyczajone do ujemnych temperatur. Centrum wioski otaczał zaniedbany, rozpadający się ostrokół, większość domostw leżała jednak już poza pierścieniem obwarowań. Konstrukcja domów skupiała się na bardzo spiczastych dachach krytych drewnianym gontem lub strzechą, pozwalających przetrzymać największe śnieżyce, bez ryzyka zawalenia. Budynki były w większości dobrze utrzymane i czyste – wszystko to sugerowało, że pomimo odcięcia od świata miejscowi nie narzekali na kłopoty finansowe, toteż i nagroda powinna zadowolić sakwy bohaterów. Każdy budynek miał bardzo niskie wejście, a podłoga, znajdowała się dobre pół metra pod ziemią wyłożona lekko obrobionymi kamieniami, co pozwalało utrzymać ciepło i wygodę dwóch poziomów. Kamienie najprawdopodobniej pochodziły z pobliskich szybów górniczych.

_____Ciszę przerwał głos rogu. Strażnicy przy bramie ożywili się. Na wieży pojawiła się zielona szmata oznaczająca, iż ktoś się zbliża, na wrogów wywieszano czerwoną, na znanych zaś białą.
 
Gienkoslav jest offline  
Stary 09-07-2017, 15:54   #2
 
Cedryk's Avatar
 
Długo nic się nie działo. Najpierw strażnicy usłyszeli odgłos dzwonków, po dłuższej chwili na drodze pojawił się psi zaprzęg, za nim na arkanie biegł dziwny dwunogi stwór, wyglądający jak olbrzymia jaszczurka.

Zaprzęg wjechał niezatrzymywany do wioski.

Z pewnością był obserwowany, z okien wyglądały zaciekawione twarze. Zaprzęg otoczyła zaś dzieciarnia. Powożący był olbrzymem, przynajmniej takim zdawał się mieszkańcom i zebranej dzieciarni. Na poręczy sań siedziała śnieżna sowa. Otrzepawszy pelerynę z nawianego śniegu. Zakotwiczył sanie. Odrzucił kaptur zimowego płaszcza, zaczął rozpinać też jego guziki, uśmiechnął się do dzieci. Pod płaszczem miał oksydowaną na czarno olbrzymią zbroję, dzieciarnia nigdy takiej nie widziała. Widząc uśmiech u takiego groźnego olbrzyma dzieciaki cofnęły się. Nieznajomy zdjął okulary śnieżne.



- Bea dojechaliśmy obudź się dziewczyno.
- Już braciszku.

Spod koców leżących na saniach, zaczęła się wygrzebywać niewielka postać. Nim jednak to zrobiła, spod cienkich koców na przedzie sań, wskoczyła suka wyżła. Na pierwszy rzut oka, widać było, że na dniach będzie się szczenić, pewnie dlatego jechał na saniach.
W końcu spod koców wygrzebała się dziewczynka. Dla mieszkańców Doliny Lodowego Wichru była równie egzotyczna, jak powożący olbrzym. Jej skóra była barwy czekolady, tak by ten kolor nazwała dzieciarnia, gdyby tylko kiedykolwiek w życiu widziała ten południowy przysmak.


Zdjęła również śnieżne okulary, przetarła zaspane piwne oczy. Wtedy to zobaczyła zebraną dzieciarnię.
- Śpieszę Wielebny Ojcze.
Tekst był przeznaczony dla zebranej gawiedzi. Faktycznie, zarówno na szyi dziewczyny, jak i mężczyzny wisiał symbol Lathandera. Grawer miedzią widoczny na oksydowanej na czarno ciężkiej zbroi płytowej, też ukazywał ten symbol. Słysząc to Bertrand uśmiechnął ciepło. Dawno wyzbył się potrzeby potwierdzania swego statusu, lecz Bea, jak na tak młodą osobę, była pod tym względem bardzo skrupulatna.
- Dowiem się o co w tym wszystkim chodzi i załatwię nam jakieś miejsce do spania.
- Tak, Wielebny Ojcze, sprawdzę czy psy nie ucierpiały.

Odparła dziewczynka, jednym ruchem uwalniając z uprzęży wszystkie psy.
Jeden z uwolnionych z uprzęży psów wbiegł na słup stojący opodal i na nim został, czym wywołał niemałe zdziwienie. Dzieciarnia nigdy nie widział również psów wspinaczy.
Słysząc okrzyki zdziwienia Bertrand roześmiał się. Chwycił kilka koców z sań, po czym narzucił je na jaszczurowatego stwora. Z sani wyjął swoją halabardę, której ostrze natychmiast zapłonęło ogniem nieustającej pochodni. Dzieciaki zaszemrały, Bea się roześmiała.
Bertrand odszedł w kierunku najokazalszego budynku w wiosce, w którym zapewne, jak mniemał, znajdzie autora zlecenia. Gdy tylko olbrzym oddalił się, dzieciarnia nieśmiało zaczęła przybliżać się do egzotycznej nieznajomej dziewczynki, sprawdzającej łapy szorstkowłosych psów wspinaczy.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 09-07-2017 o 21:58.
Cedryk jest offline  
Stary 09-07-2017, 17:14   #3
 
Zormar's Avatar
 
Zimno. Jedna z domen Auril oraz nieodłączny element północy Faerunu. Jedna z tych rzeczy, których większość chce unikać wszelkimi sposobami. Jedni zakładają kilka warstw grubego odzienia oraz skór. Inni osiedlają się w miejscach, gdzie nie muszą się tym martwić, a jeszcze innych ochrania magia. Przez jednych wykorzystywana za pośrednictwem znajomości Sztuki, Drugim zaś ofiarowana w darze za oddanie siłom wyższym kształtującym wygląd świata. To właśnie do tych cieszących się boską przychylnością należał przemierzający dolinę jeździec. Niezwykły w tych stronach tak samo jak jego wierzchowiec. Niewielu bowiem tego wzrostu zapuszczało się w te rejony, a wśród nich jeszcze mniejsza liczba dosiadała psa wierzchowego. Potężnie zbudowany ogar o długiej czarnej sierści oraz okazałą grzywą pokrytą szronem. Ten zdawał się zupełnie nie wpływać na pewne ruchy wierzchowca oraz jego jeźdźca. Oboje ufali sobie nawzajem. Sam jeździec opatulony był w płaszcz o odcieniu brązu spięty pod brodą srebrną broszą o kształcie małej tarczy z wyrytym nań pojedynczym powykręcanym symbolem. Na głowie spoczywał kaptur skrywający oblicze i chroniący przed wiatrem.

Od czasu do czasu nad zalegającym śniegiem górowały samotne drzewa pokryte igliwiem. Z pozoru słabe, lecz dzielnie opierające się mroźnym podmuchom i pewnie trzymające się niepewnego gruntu. Kolejne życie w tej pustawej krainie. Co bardziej wprawne oko dostrzegłoby, iż teren wokół zmienił się. Stał się odrobinę łagodniejszy, śniegu zalegało troszeczkę mniej, a góry poczęły karleć, tracić ostrość, nabywać obłych form. Wreszcie i niewprawne oko jeźdźca również to dostrzegło, a także coś innego. Oto bowiem dolina poczęła się rozszerzać, zwalniać swój uścisk pokrytych śniegiem ścian. Przepuściła go.
Oczom wędrowca i niosącego go psa ukazała się wioska. Otoczona ostrokołem, niewielka, ale nadal wioska. Zapewne obecny cel podróży. Niewielka dłoń zamknięta w rękawicy z cienkiej skórki posmyrała kompana za uchem, poklepała, a w zamian cztery łapy poczęły znów przedzierać się przez śnieg z równą łatwością jak wcześniej. W zaledwie chwilę znaleźli się u bram przy której to panowała jakieś poruszenie. Na wieży obserwacyjnej powiewała zielona flaga. Zapewne znak o przybyciu nieznajomych o nieagresywnych zamiarach.

Na miejscu dostrzegł grupkę dzieci, która żywo obserwowała psa siedzącego na drzewie... Psa? Ano psa, który jak kot siedział na gałęzi. W tej samej chwili przypomniała mu się pewna pogłoska jakoby gdzieś na południu Faerunu niektórzy hodowali psy potrafiące wspinać się po drzewach. Czyżby więc ktoś z tamtych stron przybył w te niegościnne rejony? Nie było to wykluczone. Dopiero po chwili zorientował się, że to teraz on był w centrum zainteresowania, gdyż jego wierzchowiec burknął na podchodzącego za blisko chłopca. Nie jednego, i to nie tylko chłopców, gdyż cała zgraja podrostków go osaczyła. Kilkoma ruchami ręki uspokoił Pamina* dając mu do zrozumienia, że wszystko jest w porządku. Dopiero teraz mógł dostrzec dziewczynę o ciemnej skórze stojącej przy saniach, a która to była jeszcze chwilę temu osaczona jak on teraz. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mu się w oczy oprócz koloru skóry był symbol wiszący na jej szyi. Wschodzące słońce. Symbol Lathandera, Pana Poranka, patronującego światłu oraz nowym początkom, a także życiu. Zwłaszcza nowo narodzonemu.

Niemniej już po samym wieku stwierdził, że najpewniej nie jest sama, to też powiódł wzrokiem nad głowami dzieci. Dostrzegł opancerzonego męża z wygrawerowanym identycznym jak u dziewczyny symbolem Lathandera. Skłonił się tejże, po czym ostrożnie przebił się przez dzieciarnię i podjechał do dzierżącego świetlistą halabardę męża. Ściągnął z głowy kaptur ukazując brunatną czuprynę i takież same okazałe bokobrody. Nie najmłodszą już twarz zdobił mu uprzejmy uśmiech oraz żywe szare oczy.
Miło mi poznać jednego z oddanych Panu Poranka. Dolon, medyk, uzdrowiciel oraz pokorny sługa Urogalana – ukłonił się, przywitał
i przedstawił. Chyba tylko ślepy nie zauważyłby na jego szyi symbolu Tego, Który Musi Istnieć, Pana Ziemi. – Jak rozumiem dziewczyna przy saniach jest z Tobą i przybywacie z powodu ogłoszenia jak mniemam?


*Pamin – w niziołczym "nagrobek".
 

Ostatnio edytowane przez Zormar : 09-07-2017 o 17:17.
Zormar jest offline  
Stary 09-07-2017, 17:19   #4
 
Cedryk's Avatar
 
Bertrand również odpowiedział uśmiechem na uśmiech. Pogładził się po zadbanej czarnej brodzie, dodającej mu lat, faktycznie miał ich tylko dwadzieścia trzy. Wokół oczu utworzyły się charakterystyczne zmarszczki, cechujące ludzi wesołych. Wbił okuty trzewik halabardy w ziemię.
- Bertrand Ledren sługa i obrońca Lathandera.
Przy tych słowach pochylił się, wyciągając dłoń wielką niczym bochen chleba do uścisku. Zwyczaj ten przyjął od mieszkańców Dolin.
- Przy saniach i sforze to Bea, moja wychowanica i zarazem uczennica, akolitka Pana Poranka. Dobrześ to wykoncypował Dolonie, tak sprowadza nas ogłoszenie.

Niziołek przytaknął i wyciągnął dłoń do uścisku, aczkolwiek na różnicę wielkości ich dłoni mógł złapać co najwyżej dwa palce. Niemniej miło było spotkać kogoś tak życzliwego. Do tego okazało się, iż jego przypuszczenia były słuszne i dziewczyna rzeczywiście była z nim. Nie zakładał, że tak blisko, ale ogólnie miał.
- Skoro już mówimy o ogłoszeniu, to może znajdziemy kogoś, kto rzeknie o tym coś więcej? Nie ma sensu trwać dłużej na tym mrozie - rzekł, aczkolwiek po nim nie było widać ani śladu jakiegokolwiek dyskomfortu. Ba, po chwili zastanowienia można by zadać sobie pytanie jak to możliwe skoro ma na sobie zaledwie cienki płaszcz, nabijaną kamizelkę, koszulę, spodnie oraz buty, aczkolwiek bystrzejsze oko bez problemu dostrzegało tu i ówdzie kawałek srebrnej kolczej siatki.
- Pamin pewnie chciałby sobie już odpocząć, prawda mały? - rzekł smyrając psa za uchem.

Kapłan dokończył rozpinanie zimowego płaszcza, miał trochę zabawy z odpinaniem drewnianych kołeczków z kordonkowych szlufek. Teraz, gdy nie owiewał go wiatr wywołany pędem zaprzęgu, było mu w nim gorąco. Powolnym truchtem od sań podbiegła Samum, jej duży, szczenny brzuch kołysał się przy każdym kroku. Za nią podążyło kilkoro dzieci, zatrzymały się jednak widząc, iż suka schowała się za swym panem. Patrzyła przy tym z takim wyrzutem na Bertranda, że ten przykląkł wyciągnął dłoń i potarmosił sukę za uszami.
- Nie dają ci spokoju. Samum powinnaś się już przyzwyczaić do dzieci.
Suka tylko ziewnęła, po czym kłapnęła zębiskami. “To nie moje szczeniaki. Przeszkadzają mi.” Zdawało się mówić jej zachowanie. W tym czasie psy, którym Bea sprawdziła łapy, szukały sobie bezpiecznego od dzieciarni miejsca, na dachu pobliskiego domostwa. Bertrand dał suczce znak noga.
Pogładził na szczęście jeden z intarsjowanych drewnem jazodrzewu symboli Latchndera na wykonanym z ciemnodzrzewu drzewcu halabardy, nim ją wyjął z podłoża. Symbole te w świetle nieustającej pochodni, rzuconej na grot halabardy, świeciły własnym blaskiem tak, że zdawać się mogło, iż symbole świecą blaskiem poranka. Bertrand sam wykonał swą broń zgodnie z zasadami wiary, mówiącej, że przedmioty muszą być jednocześnie użyteczne i piękne. Po obu stronach toporzyska halabardy złociły się również symbol Lathandera.
- Ta chata wygląda na najokazalszą. - wskazał dłonią, na olbrzymią piętrową chatę stojącą przy głównym placu wioski.
- Tam też zapewne znajdziemy kogoś, kto będzie nam umiał odpowiedzieć o tym ogłoszeniu.
- Masz rację, chodźmy.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 09-07-2017 o 21:59.
Cedryk jest offline  
Stary 09-07-2017, 23:44   #5
 
Googolplex's Avatar
 
Nazywali ją tu świetlicą, lecz mogli by ją nazywać nawet Przybytkiem Waukeen, i tak nie robiło by to Lugolasowi różnicy. Młodemu elfowi zależało w tej chwili tylko na trzech rzeczach, na ciepłej izbie gdzie mógłby zrzucić z siebie trochę ubrań, na mocnym napitku, który rozgrzałby go od wewnątrz i na ciepłej dziewczynie z którą mógłby spędzić najbliższą, a może kilka najbliższych nocy. Jednak wszystko po kolei, najpierw izba.
Karczma, jak zwykł nazywać wszelkie podobne przybytki, nie zagłębiając się w dokładniejszą terminologię, oferowała jedynie schronienie przed największym mrozem, z tego też powodu Lugolas upatrzył i zajął strategiczne miejsce w pobliżu paleniska. Dopiero tam odważył się zdjąć swój ciepły, podbity futrem płaszcz. Nie zważał przy tym na ciekawskie spojrzenia i i kpiące uśmieszki miejscowych. On nie był jak autochtoni, jego wrażliwość na chłód była nieporównywalnie większa niż ich, no i wcale nie najmniej ważne, zgrabiałymi od mrozu palcami nie sposób było zmusić instrumentu by zagrał czysto.

Rozgrzawszy się trochę, Lugolas zmówił się z miejscowym ważniakiem, w zamian za lepszy niż przeciętne trunek umili wszystkim wieczór grą na skrzypcach. Bardów praktycznie wszędzie witano z otwartymi rękami, a w miejscu takim jak to gdzie rozrywki były bardzo ograniczone spodziewał się nawet nieco zarobić swoją grą. Powrócił więc na swoje miejsce przy ogniu, wyjął instrument i zaczął grać jedną ze swych ulubionych melodii.

Bertrand musiał zginąć się niemal w pół wchodząc do domostwa. Drzwi był niewielkie by jak najmniej ciepła wypuszczać. Dzięki temu domostwa łatwo też się broniło. Od progu już dochodziły go dźwięki skrzypiec. Poczekał aż elf skończy utwór.
- Niech Blask Pana Poranka towarzyszy Wam wszędzie gdzie zawędrujecie.
Gromko przywitał się.

Grajek skłonił się nowoprzybyłemu, choć nic nie odpowiedział. Namyślił się chwile po czym zaimprowizował Hymn Poranka, który niegdyś słyszał w jednej ze świątyń Lathandera. Nie była to co prawda improwizacja mistrzowska, lecz dość dobra by zastąpić tradycyjne powitanie. Po chwili Lugolas powrócił do poprzedniego stylu gry, dając zebranym, chciwie wyczekujacym muzyki ludziom kolejny utwór ze swego bogatego repertuaru.

- A domena Tego, Który Musi Istnieć obdaruje Was swymi dobrami. - dobiegł głos zza potężnego męża. Z tegoż wyłonił się nawet nie metrowego wzrostu jegomość o pokaźnych bokobrodach. U jego boku stąpało wielkie psisko o spokojnych oczach. Zarzucone na jego grzbiet było siodło, a także przytroczone małe juki.
- Zwą mnie Dolon. - przedstawił się dodając grzeczny ukłon.

Bertrand rozejrzał się po sali. Na pewno pierwsze co się w nim rzucało w oczy to olbrzymie palenisko, w którym można by spokojnie, na rożnie wbudowanym w nie, upiec półtuszę wołową. Rozejrzał się po zgromadzonych. Poklepał uspokajająco siedzącą przy nodze wyżlicę.
- Bertrand Ledren. Szukamy waszego Starszego, czy też wójta

Skrzypek przerwał grę na chwilę i zwrócił się do dwójki przybyłych.
- Panów też przygnała w te strony wizja łatwego zarobku? Czy może bardziej chęć pomocy niż napchania sakiewki?

- Pomocy, lecz i zarobku skoro już jest wyznaczony.
Odparł Bertrand uśmiechając się do elfa.

- A w takim razie zapraszam bliżej ognia. Mnie również podobny cel przyświeca, możemy wiec wypić i wspólnie poczekać na sołtysa, powinien niedługo się zjawić. - Elf gestem zaprosił pobożnych mężów bliżej swego strategicznego miejsca przy palenisku. - Trochę muzyki dla rozgrzania ducha, napitek dla rozgrzania ciała. - Zapowiedział swój kolejny występ i zaczął grać.

Nie była to karczma do jakich przyzwyczajony był Bertrand, brakowało dziewek roznoszących jadło i napitki. Podszedł do ławy złożonej z dwóch kozłów i deski. Za nią stała niemłoda kobieta.
- Dzban piwa lub cydru. A grzanego bo na saniach przewiało mnie. I dwa kubki. Sołtys będzie?
- Pewnikiem zaraz zajdzie, rzadko gościmy podróżnych.
Powiedziała kobiecina wychodząc by przygotować trunek. W tym czasie kapłan Lathandera zdjął płaszcz strzepnął nim i powiesił w pobliżu ognia. Gdy wróciła wysupłał z sakiewki dwie srebrne monety, położył na prowizorycznym kontuarze.

Poza nią do sieni weszły również dwie inne kobieciny. Poza kuflami z napitkiem niosły tace z różnymi rodzajami potrawy rybnej i smażoną baraniną. Do tego podały pajdy chleba w wiklinowym koszyczku (zapewne zdobycz przy jakiejś wymianie) oraz smalec ze skwarkami.
-Sołtys niedługo przyjdzie. Wikt i opierunek pono zapewniony więc najedzcie się do syta. Spadacie nam z nieba. Nie sądzilimy, że tylu bohaturów zajedzie w te zapomniane strony - rozgadała się jedna z nich. Jej wspólny zdradzał naleciałości izolacji, przez co z początku ciężko było ją zrozumieć.
Świetlica była podzielona niskimi nie zasłaniającymi ściankami ulokowanymi między niektórymi kolumnami podtrzymującymi piętro. Główna sień w której znajdowali się goście była największa. Zapewne służyła zakrapianym wioskowym naradom lub innym formom świętowania czegokolwiek. Inne pomieszczenia zdradzały swe przeznaczenie umeblowaniem. Kilka ław w rzędach służyło zapewne jako szkoła dla dziatwy, większy stół i kołowrotki mogły być szkółką tkacką dla dziewcząt, a jedyne zamykane pomieszczenie prawdopodobnie było magazynkiem z zapasami sołtysa. Kolejny otwór drzwiowy, skąd dochodził zapach przeróżnych przypraw, oddzielał sień z kominkiem od kuchni. Dla strudzonego wędrowca, tracącego energię na przeprawie przez śniegi, proste i dość mocno rybne posiłki odnalazły aprobatę w burczących żołądkach. Nawet psiaki poczuły, że takiego posiłku warto spróbować.

Słysząc informację o zapewnionym wikcie i opierunku Bertrand nakrył srebro dłonią , schował z powrotem a sakiewki wyjął trzy miedziaki, zostawił miast srebra. Uśmiechem podziękował kobietom i wrócił na wybrane miejsce.

Dolon, na nazwanie go jednym z “bohaturów” zareagował uśmiechem, gdyż w żadnym razie za takiego się nie uważał. Ot znał się trochę na medycynie, a Urogalan od czasu do czasu obdarowywał go swoimi łaskami, nic wielkiego.
- Przepraszam, gdzie znajdzie się jakiś kącik dla mojego przyjaciela? - zapytał tarmosząc tegoż za uchem. -Podróż była długa i należy mu się porządny wypoczynek.

- Lepiej niech z tobą zostanie -zasugerował elf ukradkiem podsuwając zwierzakowi kawałek mięsiwa z tacy - miejsca nam nie zabraknie.

Wtedy drzwi sali zebrań otwarły gwałtownie, przez nie wbiegła Bea. Podbiegła do Bertranda.
- Zrobione.
Bertrand z uśmiechem przywołał dziewczynkę gestem, przez chwilę szeptał do jej ucha. W tym czasie nalał jej kubek grzanego piwa. Wypiła wykrzywiając się na jego smak, słuchała jednak co Bertrand szeptał. Potem tylko kiwnęła głową i wyszła ponownie.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died
Googolplex jest offline  
Stary 10-07-2017, 14:45   #6
Mag
 
Mag's Avatar
 
Drzwi za dziewczynką nie zdążyły się zamknąć gdy zostały zatrzymane przez bladą dłoń. Nowy gość przybytku, kolejny podróżnik, który z jakiegoś powodu zawitał w te strony, wkroczył do izby. Osoba zamknęła za sobą dokładnie drzwi, by zimno nie wleciało do środka budynku.
Nieznajoma istota o średnim wzroście i drobnej posturze, ubrana była w lekki szarozielony płaszcz. Jej ręce zaraz sięgnęły ku głowie by zsunąć z niej szeroki kaptur. Dopiero teraz można było dostrzec że podróżnikiem była młoda ludzka kobieta, o oczach w kolorze niebieskim mieniącego się niczym topaz i długich, pofalowanych włosach, których barwa przywodziła na myśl wrzos. Pewnym krokiem wkroczyła w głąb pomieszczenia, kierując się ku kominkowi. Kobieta zdecydowanie nie wyglądała jak rasowy podróżnik, co zdradzała jej niewielka torba oraz strój. Płaszcz jej, zdecydowanie nie wyglądał jakby miał stanowić barierę choćby dla deszczu a co dopiero mówiąc o zimnie jakie panowało na zewnątrz. Lecz kobieta nie wyglądała na wymarzniętą.
Przystanęła przy ogniu i przyjrzała się wszystkim w izbie.
- Czy znajdę tu starszego osady? - zapytała z zaciekawieniem.

Na widok nieznajomej elf płynnie zmienił graną melodię, nie tracąc przy tym nawet jednej nuty. Powoli ruszył w jej stronę cały czas grając, a kiedy w końcu znalazł się przy niej, skłonił się nisko przerywając grę.
- Lugolas zwany grajkiem - przedstawił się z uśmiechem i błyskiem w błękitnych oczach - również czekam na starszego, może więc dołączysz do nas, pani…?
-Sołtys przyjdzie za chwile. Posilajcie sie - ponownie powiedziała jedna z kobiet, odpowiadając na pytanie nowoprzybyłej. Zapachy jadła dotarły do nozdrzy wchodzącej kobiety, zapraszając podniebienie do posiłku.
- Ilaria Canvas, z Neverwinter - przedstawiła się kobieta, uśmiechając się lekko. - Czyli widzę nie tylko mi się nudzi w tej okolicy? - stwierdziła. - Bardzo chętnie się podzielę chwałą za to jakże trudne zadanie - mrugnęła okiem do elfa i zajęła miejsce przy stole.

- Chwały wystarczy by obdzielić nią wszystkich. - Lugolas odparł nieco dwuznacznie. - Ciekawe czy ktoś się jeszcze pojawi - myślał głośno.

-Raczej już nikogo nie będzie. Niedługo zamkniemy bramy. Szaro już - odpowiedział starszy jegomość wchodząc do sieni. Jak w każdym domostwie tutaj również drzwi były wyjątkowo niskie wymuszając pochyloną pozycję przy wchodzeniu.
- Jak rozumiem przybyliście w sprawie ogłoszenia - pomarszczone oczodoły rozejrzały się po posilających twarzach - Zjedzcie ze spokojem, za niedługo przyjdzie Otchen, nasz kapłan, przedstawi problem. Zakwaterowanie i wyżywienie na czas pobytu będzie zapewnione. Psy mogą mieszkać z wami, albo w zagrodzie z resztą inwentarzem. Źle im nie będzie, nakarmimy - dodał patrząc na wcinające pod stołem czworonogi. - Przewidzieliśmy 450szt złota na głowę dla każdego, kto pomoże odegnać od nas te potwory. - pomarszczony człowiek siadł między biesiadników i również zajął się posiłkiem. Wyświechtany, ciepły ubiór, oznaczony plamami darni świadczył, że niedawno wrócił z pracy w ‘polu’.

Ila uniosła brew w zaskoczeniu na nagrodę.
- To chyba nie jest po prostu ghul skoro tyle złota chcą dać za pozbycie się zmory - mruknęła kobieta, po tym jak nałożyła sobie małą porcję pieczonej baraniny i zaczęła ją jeść. Jakoś tak potrawka z ryby jej nie zachęciła. - Tym bardziej nie ma co iść samemu na to coś. W czym się specjalizujesz? - zapytała Lugolasa.

- O tym - elf mrugnął frywolnie swym szmaragdowo-zielonym okiem - porozmawiamy później.

Kobieta zrobiła zaskoczoną minę. Była pewna, że elf jeszcze przed chwilą miał błękitne oczy. A to sprawiło, że Ilaria przyjrzała się dokładniej swojemu rozmówcy. Miał on na sobie karwasze, które w specyficzny sposób były wytarte. Kobieta spojrzała na bagaż Lugolasa lecz nie dostrzegła tam spodziewanego przez nią łuku. Z drugiej jednak strony sama dobrze wiedziała, że dzięki magii można było nosić przy sobie nieporęczne przedmioty, tak by te nie były widoczne na pierwszy rzut oka. Panna Canvas uśmiechnęła się lekko pod nosem i wyciągnęła ze swojej torby butelkę bardzo dobrego wina importowanego z dalekiego południa. Nalała sobie trunku do kubka zamiast piwa i schowała na powrót do bagażu, a następnie przyglądając się zebranym na sali, zaczęła sączyć swój napój w milczeniu.

Po łyku z kufla podanego przez obsługujące kobiety sołtys splunął zawartością na podłogę.
- Maghdo! Otruć nas chcesz!? Odszpuntuj antałek na specjalne okazje! - starszy jegomość krzyknął prawdopodobnie do swej żony. Ta znikła w ‘magazynie’ przynosząc po chwili kufle wypełnione przyjemnie aromatycznym, korzennym piwem.

Słodki korzenny trunek nie należał może do ulubionych smaków elfa, lecz idealnie pasował do zimowego wieczoru przy palenisku. Wiedząc, że po mocniejszych trunkach już nie pogra, a przynajmniej nie tak dobrze, z namaszczeniem schował skrzypce do futerału. Sztukę szanował bardziej niż niektórych ludzi, więc i nie grywał gdy nie mógł tego robić najlepiej jak potrafił.
- No to teraz możemy rozmawiać. Znaczy, skąd poczwary przyłażą? - zapytał Lugolas.

- To Torkun chodzi w nocy. Wyszedł z grobu i się na nas mści - wypaliła druga z obsługujących kobiet, ale natychmiast ucichła pod spojrzeniem sołtysowej. Po chwili, gdy druga tura napitków została rozniesiona, kobiety wyszły.

- A cóż go takiego spotkało, że aż z grobu wylazł byle tylko się zemścić odpowiednio? - Lugolas dosłownie nadstawił uszu, śmieszny tik przez który upodabniał się nieco do domowego kota.

Ilarii z zadowoloną miną przysłuchiwała się jak elf wyciąga informacje. Miło było gdy ktoś robił to za nią, więc póki jej nowy znajomy nie wyczerpie swojej listy pytań to ona nie zamierzała mu się wtrącać w słowo. Można było za to zauważyć jak odrywa małe kawałki baraniny i ... podaje je kotu, który kręcił się pod jej nogami.


Zdecydowanie nie wyglądał na tutejszego burasa. Był większy od pospolitego kota, z długimi łapami i bardzo szczupłą sylwetką, jakby pod skórą miał wyłącznie kości i trochę mięśni. Jego postura wskazywała, że mógł spokojnie zostać tu niezauważenie przyniesiony pod czyimś płaszczem. Powąchał to co podała mu kobieta o purpurowych włosach, skrzywił się, pomyślał jeszcze chwilkę i dopiero wtedy wziął mięso w zęby, ale tak jakby jedzenie kuło go w język.
 
__________________
"Just remember, there is a thin line between being a hero and being a memory"

Gram jako: Irya, Marion, Venora, Riva, Lyn, Ursula i Chris
Mag jest offline  
Stary 10-07-2017, 18:10   #7
 
_____ Pierwszy głód podróżników został już zaspokojony. Spłukane piwem jedzenie rozpoczęło spokojny proces uzupełniania energii, napędzane przez żołądki. Gdy w ciałach rozlało się przyjemne ciepło, a tchnienie paleniska wygoniło ostatki chłodu z ubrań, do sieni wszedł osobnik jeszcze starszy niż sam "sołtys". Podparty drewnianą laską z jednej i młodzieńczym barkiem z drugiej, zbliżył się do paleniska i rozsiadł w przygotowanym przez młokosa fotelu.


W spokoju odstawił laskę opierając ją o jeden z podłokietników. Gestem wypędził młodzika, na oko 12letniego, po czym spojrzał wzrokiem po zebranych. Skinął głową drugiemu 'staruszkowi'.

-Otchenie, witamy. Opowiedz proszę o naszych kłopotach - odezwał się sołtys. Siedzący najbliżej starszego osady odruchowo zasłonili jedno czy drugie ucho. Tonacja prośby oscylowała gdzieś w granicach podniesionego głosu, a krzyku.
- Cooo? - rzężący głos kapłana zdradził to czego wielu już się domyśliło. Starzec był przygłuchawy.
- POCZWARA! CO W NOCY ŁAZI! OPOWIADAJ - tym razem sołtys zdecydowanie się wydarł
-Czego rozdziawia jadake! Toż słysze! - odburknął równie głośno Otchen -Za potwora wy sie weźmicie? - bardziej stwierdził niż zapytał patrząc na zbieraninę przy stołach - To słuchać.

Nim jednak rozpoczął wyciągnął rękę, chwytającym gestem o coś prosząc. Dostawszy kufel z napitkiem, łyknął głośno. Nieobyci z ową personą, mogliby stwierdzić, że się dławi. Odetchnął spokojnie i rozpoczął monolog przeskakując wzrokiem z jednego, na drugiego poszukiwacza przygód.


- Widzą panowie, w naszej osadzie zawsze spokój był, czasem tylko z gościńca ktoś znikł, zwykła rzecz. No i temu różni tu żyjo ludzie, krasnoludzioły, gnomiaki i te mniejsze gnomiaki. Każdego po troszu. No i elfioły. - kolejny dławiący łyk piwa

- Bo widzą panowie, pojedynki gadajo, że to wszystko się zaczęło od elfiołów, albo i przez śpiczatych. Mamy ich tu, elfiołów znaczy, jedną rodzinę, ale jeszcze czas temu były dwie. Ta druga famuła to były czytry dusze – on, ona, podrosła córka i syn pędrak.
Ta córka ichniejsza, taka dziwna była. Niby elfioł, ale skóra jakby taka ciemna, jak węgle niemal. Ale włos to po matuli widać bo ognisty taki. I oczy miała takie ładne. Jak zimowe niebo o poranku. Każdy elfioł ładny, ale Ta, kaj mocno.
- naleciałości językowe i starczy wiek utrudniały zrozumienie. Ogólny sens jednak był wychwytywany.

- Osiedlili się u nas niedawno, kiedy ich wygnali skądinąd, pobudowali sobie chatę na uboczu, z dala od innych, chociaż spraszałem ichnich do nas. Bo zamżyło sie starej Simanowej to chata pusta stoi… No ale woleli samiuśko. No i widzą panowie, pewnej nocy ichnia chałupa sie spaliła do golusiej ziemi, jeden diabły wie poczemu.
Gorstka gadają, że diabły faktycznie wi, bo ciemno sztuki tam odprawiały elfioły i ich piekielno ogiń pożorł. Inni prawio, że ktoś im strzechę nad głowami popalił. Ja tam myślę, że węglów nie zlali porządnie na nocowanie i ot, przykrości stało sie. Tak czy na zad, cała czwórka się spolyła.
- uniesiony w górę palec sugerował, że stary jegomośc nie chce by mu przerywano.

- Ale, widzą panowie, był u nas we wiostce młodzik jeden imieniem Torkun, trochę toporny na umyśle, półsierdek, co mu łojca zaraza zemogła. Kola czterech pięści wiosen mioł. On się w tej młodszej elfiołsze kochoł, kwiaty jej nosił, a u nos kwiecia ostatki, łaził za nią jak kundle skomlące. No i jak tragedyja stoła, to zaczął drzeć gardło wniebogłosy, herezje wołoł bogom i ludziom, spiskowańców szukać chcioł. Tom go do spokoju wołali. Ale w nocy co to po tragedyji, powiesił się na słupie. Jego matula srodze to, widzą panowie, zbolało, jak żeśmy go na cmentarzu zakopywali, to wołała się, że on tylko śpi, że nie da go zakopać. - kufel piwa był aż nadto wystarczający, by słaba składnia wspólnego, rozjechała się jeszcze bardziej

- Dwóch chłopa jom zbierali, a niemal rady nie dać mogli. No to, widzą panowie, polazła tam znowu i do nocy chopaka budzić kciała. A w nocy jak się co nie wydarło baby wrzaskiem… Kożdymu ciary toakie jak ranny mróz po ciele lazły to i żywa dusza nie wylezła z chałup. Rano idziem kupą, patrzym, a tam mogiła rozryty, chłopaka nie ma, a z wdowy tylko gołe kości zostały. - znów przerwa na dokończenie resztek w kuflu, który odstawiony na podłokietnik fotela, szybko zakumplował się z podłogą.
- I tak od tej pory giną nam nocami zwierzaki, widzą panowie, nawet wyczoraj komuś krowę poszarpało, a i kilku ludzi i nie ludziołów, co po zmierzchu poza dom wyleźli, to zginęło. Więc zebralimy, co kto miał szpargałów, żeby się monstrum wszelakiego pozbyć. Bo to nie godzi sie tak wbrew naturze, żeby gineło to co nie ma. - na zakończenie wywodu Otchen beknął niczym stary krasnolud i rozejrzał się nieco zamglonym wzrokiem.


_____Widać było, że upojenie jest chwilowe. Miało natomiast na człowieka lekko zbawienny wpływ. Trzęsące się wcześniej ręce spoczywały spokojne, a zgarbiona sylwetka, jakby stawała się bardziej wyprostowana. Po monologu wzrok skupił się na palenisku, jakby kapłański umysł medytował wpatrując się w polana.

_____Przez ściany rozległ się odgłos dzwonu. Zapewne sygnał, że zamykano właśnie bramę, a wszelacy goście musieli pozostać poza wejściem do Starego Stawu, czekając na poranek. Przez okna w świetlicy, o niezbyt czystych szybach, widać było rozchodzący się co raz mocniej półmrok. Pomimo różowo-niebieskiego nieba, świadczącego o dopiero nadchodzącym zachodzie w dolinie robił się już wieczór. Gdy zabrakło promieni rozgrzewających powietrze, para ze stawów skraplała się dużo szybciej, tworząc co raz bardziej gęstniejącą mgłę. Co bystrzejszy wzrok poszukiwaczy przygód, dostrzegał pojedynczych chłopów zapalających nieliczne pochodnie. Stanowiły punkty orientacyjne, ale jednocześnie, spowijały domostwa swoistą grą cieni. W obliczu zasłyszanych nowin, wszelkie kanciaste fragmenty budynków nabierały nieco złowieszczej aury.

 
Gienkoslav jest offline  
Stary 11-07-2017, 09:35   #8
 
Cedryk's Avatar
 
W czasie opowieści wróciła Bea. Niosła część rzeczy pozostawionych uprzednio na saniach. Przez plecy miał przerzucone dwa plecaki, od razu widać było, że jeden to zwykła robota, drugi lżejszy był doskonale wykonany, zdobiony wytłoczonymi scenami polowań. Na nich to jechały dwa młode koty, trzy kolorowy i antracytowy.


Dziewczyna opierała się rohatynie, na poprzeczce której balansowała śnieżna sowa.
Za nią wbiegła reszta sfory psów, chyłkiem przemknęło też dwóch niedorostków niosących resztę rzeczy. Jak młodzieńców przekonała do noszenia, to już jej tajemnica. Zapewne starczyło, że się do nich uśmiechnęła.
Złożyła swoje brzemię w jednym z oddzielonych płotkami jakby „pokoików”.

Dłuższą chwilę rozmawiała z kobietami z kuchni. Bertrand słuchając mamlania starca obserwował swoja podopieczną. Usłyszał dochodzący od rozmawiających z Beą kobiet cichy śmiech. Po chwili Bea szła już z miskami wypełnionymi zapewne kaszą i okrawkami mięsa do psów. Gdy już psy miały michę przed sobą. Przysiadła w miejscu, gdzie czekał na nią posiłek. Po chwili do dziewczyny podeszły na dwóch łapach kot. Oczywiście ściągnęły na siebie i Beę wzrok pozostałych osób siedzących w sali obrad czy też karczmie.

Starzec zakończył swoją opowieść.

 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 13-07-2017 o 08:11.
Cedryk jest offline  
Stary 12-07-2017, 20:57   #9
 
Zormar's Avatar
 
Dolon bacznie przyglądał się i przysłuchiwał duchowemu przywódcy Starego Stawu. Ten był w wieku już sędziwym to też trapiły go dolegliwości dla tego wieku zwyczajowe jak słabnący słuch, czy kręgosłup. Przysłuchiwanie się było początkowo nieprzyjemne, gdyż głos tego zanosił się wręcz do krzyku, lecz z czasem powrócił go normalnej tonacji. To co natomiast mówił rzucało dość dużo światła na tutejsze problemy.

Pierwszym z nich były elfy, a dokładniej dwie zamieszkujące te okolice rodziny. Niemniej nie sądził, by wina, o ile taka rzeczywiście była, leżała tylko po jednej stronie. Nie rzadkim widokiem jest bowiem to jak w takich odizolowanych społecznościach rodzi się niechęć, albo i wręcz nienawiść, dla inności. Jeżeli dodać do tego jeszcze niechęć z którejś strony do równego współżycia może wtedy dochodzić i do czynów, czynów złych. Do takich mogło należeć podpalenie ich chaty, lecz nie można tego jednoznacznie stwierdzić nie będąc uprzednio na miejscu i nie sprawdziwszy samodzielnie. Nie wykluczał więc żadnej opcji, lecz najmniej prawdopodobna wydawała się opcja o nieczystej magii. A może wręcz przeciwnie? Wszakże, czyż nie łatwiej uprawiać mroczne arkana Sztuki gdzieś z dala od ciekawskich oczu innych sztukmistrzów? Zapewne.

Do tego dochodziła kwestia córki o rzekomej skórze koloru węgla. Może więc to nie był elf? Nie było wszakże takich el... Nie... Były, ale to były... drowy? Tylko ten kolor włosów i oczu... Czyżby więc mieszaniec mrocznego elfa z elfem z powierzchni? Wydawało się to mała prawdopodobne biorąc pod uwagę nienawiść jaką obie rasy siebie darzyły. Może więc gwałt? To również wydawało się wielce nieprawdopodobne, gdyż drowy zabijały, to przede wszystkim z tego czerpały przyjemność, a przynajmniej tak się mawia... Jest to więc zagadka wielka, tym większa, iż nie ocalał, a przynajmniej według kapłana i sołtysa. Trzeba będzie dyskretnie popytać tu i tam.

Przypadek zakochanego młodzieńca również był dziwny. Najpierw miał bluźnić i rzucać oskarżenia spisku, by potem się powiesić? Nie miało to większego sensu. Na jego miejscu szukałby pomocy u kogoś spoza osady, albo i poszukał dowodów. A może ten znalazł i... ktoś zdjął to brzemię z jego barków?

Z kolei przypadek jego matki świadczy bezpośrednio o tym, że coś, jakieś zwierzę, albo i potwór rozkopuje groby, zabija ludzi i pożera zwłoki... lecz czy ma to jakiś bezpośredni związek z elfami? Z tym, że ciało chłopaka zniknęło... Przyczyny wydawały się trzy. Albo to coś pożarło go wraz z kośćmi, co wydawało się mało prawdopodobne biorąc pod uwagę rzekomy stan zwłok matki, albo ten sam zmienił się w jakieś, zapewne nieumarłe, monstrum, albo też... żył i sam odszedł...

Definitywnie pytań i różnych teorii było więcej aniżeli odpowiedzi. To też trzeba było zacząć zadawać pytania.
- Co państwo zrobiliście z tą ostatnią zabitą krową? Może rany, czy ślady na kościach coś nam powiedzą o tym stworze. - Dolon postanowił zacząć od tego, co może dać jakieś poszlaki, lecz trop mógł szybko ulec zatarciu np. Przez gnicie.
 

Ostatnio edytowane przez Zormar : 13-07-2017 o 21:13.
Zormar jest offline  
Stary 12-07-2017, 21:03   #10
 
Cedryk's Avatar
 
Pytanie Dolona przypomniało pewne aspekty tej sprawy, o które chciał się dokładniej rozpytać.
Bertrand podrapał się po brodzie, popatrzył na siedząca obok Beę głaskającą trikolorową kotkę.
- Macie tu łowcę, wpierw trzeba by było wykluczyć atak dzikich zwierząt. Wiele z nich rozkopuje też groby, o ile były płytkie, a tu pewnie trudno kopać, ziemia zamarznięta na kość. Ścierwo krowy też byśmy obejrzeli, pewnie jednak je spaliliście, skoro nieumarłych podejrzewacie.

Na pytania obu kapłanów odezwał się sołtys. - Tak w zasadzie, Godwin jestem. Nie pamiętam, żebym się przedstawiał. Wybaczcie. A co do krowy. Leży zapewne tam gdzieś na polach. Należała do Toma, chłopa na obrzeżach co ma chate w czerwony gont. Pono po to by lepiej trafiał po kuflu czy dwóch do swej starej. Możecie doń zajrzeć. Ale teraz już nie radze. Nie wpuści. Boi sie zmroku - Godwin przejął rolę gospodarza nalewając kolejną porcję korzennego wszystkim.
- A ta druga elficka rodzina, też za bramą mieszkają? - Zastanawiał się na głos grajek, widocznie jakiś pomysł rodził się między szpiczastymi uszami.
- Oni to pod skrajem. Za stawami. Nie chcieli w osadzie, bo do takich jak ty - tutaj Godwin spojrzał na Lugolasa - To wielu ma jak by to… No nie lubi. Kilka razy ich nawet widłami pogonili gdy przyszli by im narzędzia naprawić.
- A tych drugich zaprosili? Ciekawe. - Elf drążył temat jeszcze trochę, miał przy tym dziwne wrażenie, że coś tu nie pasowało.
- Nie nie nie. - sołtys pokręcił głową - Jednych i drugich zapraszano. Tyle że ci ze skraju, to przybyli tutaj trochę wcześniej. Dopiero potem, jak już sie zadomowili to zaczeło sie ludziom nie podobać. Licho wie czemu. Znaczy, mnie tam nie przeszkadzają - w wypowiedzi Godwina zdecydowanie coś nie pasowało. Tak jakby temat elfów był dla niego mocno krępujący. Widać było jak przebiera palcami przy wypowiedzi.
- No nieważne, napijmy się jeszcze bo mam pytań więcej a w gardle zaschło. - Grajek podsunął sołtysowi kufel, zaś sam zabrał się do opróżniania swego. - No to jak z tą zmorą co po nocach łazi, nikt jej nie widział, nikt zasadzki nie próbował zrobić?

- To kara boska jest! - krzyknął nagle wyrwany z zadumy kapłan. - Za przyjmowanie tych tych, innowierców! Co to na modły nie chodzo i swoje bożki czczo! I za czarów rzucanie i herezje! - po dość głośnym wywodzie Otchen znów skupił wzrok na palenisku siedząc w zadumie.

Bea poderwał się na przemowę dziadygi, płosząc siedząca na kolanach Tri. Sięgnęła po zatkniętą za pas pałkę. Bertrand tylko klasnął dłonią w stół przed sobą, a klaśnięcie rozeszło się niczym grom po sali.
- Nic dziwnego wójcie, że macie tu takie problemy. Kapłan miast dbać by martwi w grobach leżeli tylko piwsko żłopie i ludzi buntuje. Nic nie wiecie na temat jakoby nieumarłego potwora, bo nikt go nie widział, tu też tkwi haczyk i za ten haczyk zapłacicie po sześćset sztuk złota każdemu z nas. A pewnie zapłacicie tylko za zabicie niedźwiedzia, który na przednówku głodny zbudzony ze snu na żer wyszedł. Elfy być może mogłyby w tym pomóc, jeśli znają się w polowaniu. Bo widać nikt z was łowcą nie jest. Wy zaś sami je do siebie zaraziliście.
Spojrzał na „Płomień Lathandera” na toporze której widniał symbol Lathandera, a mniejsze intarsjowane jazodrzewem symbole świeciły się własnym blaskiem na drzewcu.
- Lepiej znajdźcie sobie też nowego kapłana. Polecił bym wam Beę, lecz muszę ją jeszcze wyuczyć, by nie była jak ten tu wasz. - przy tych słowach żachnął się - kapłan.
- Bertrandzie, po cóż się tak unosić? Czcigodny Otchen wiele pewnie dla wioski zrobił i nie jego wina, że złe się przypałętało, a i piwa starszemu nie żałujcie, toć sami z nie mniejszym zapałem pijecie swoje. - Po tych słowach elf zwrócił się do sołtysa. - Nie martwcie się, nagroda jest więcej niż wystarczająca i nie trzeba nam większej, nie ona nas wszak tu przywiodła lecz chęć pomocy.
- Na pomoc, też trzeba zasłużyć. Na Pana Poranka nie wiem czy warta jest pomocy wieś, która idzie za przywództwem kapłana, który obraża innych kapłanów. - Bertrand splótł dłonie, bo wielką ochotę miał zrobić z nich inny użytek.

Ilaria choć głosu nie zabierała to jej czujne spojrzenie zdradzało, że żywo zainteresowana była wymianą zdań. Na wspomnienie o braku kompetencji i dalsze przekomarzanie się kapłanów uśmiechnęła się z rozbawieniem. Jej talerz był już pusty, ale kufel wciąż miał nieco wina na dnie. Dłonie kobiety leżały na jej kolanach, gdzie zwinięty w idealną kulę kot, mruczał głośno, zadowolony z bycia głaskanym.

- Nie mnie oceniać drogę którą obiera Pan Poranka - zapewnił Lugolas - lecz na moją pomoc możecie liczyć, nie zależy mi by na waszym nieszczęściu zarobić, toteż nie będę brał udziału w tych targach.

- Otchen tu nie rządzi - odezwał się spokojnym głosem Godwin - Ja zaś opiekuję się całą wioską, czy to prosty chłop, czy matka, czy kapłan z lekką słabością do owoców zrodzonych z ziemi. Możecie popytać ludzi o co tylko chcecie. To co się przypałętało tutaj, to na pewno nie jest niedźwiedź. Te nie obgryzają truchła tak dokładnie. A z matuli Torkuna same kości zostały. Niektórym szpik nawet wyjedzono. Możecie przespać się tutaj. Rano grzebiemy świeżego trupa. Zmarła z choroby. Nie jak niektórzy myślą, od poczwary, cokolwiek by to nie było. Jednak, miło by było gdybyśmy i jej grobu nie zastali, kolejnego poranka, rozkopanego. - po tych słowach, sołtys wyraźnie zbierał się do wyjścia. Przy okazji zabierając zadumanego kapłana ze sobą.

- Chcę obejrzeć zwłoki tej co umarła od choroby ponoć. Są nieumarli, których ukąszenie może wywołać podobne objawy. Choroba potem śmierć a po kilku dniach powstaje nowy nieumarły. - Bertrand wstał, założył ramiona.
- Ja również chciałbym obejrzeć zwłoki. Należy za wszelką cenę sprawdzić, czy nie mamy czasem do czynienia z czymś, co może wywołać epidemię. A i nieumarłych nie można wykluczyć. Już przez sam fakt takiego podejrzenia zrobię co w mojej mocy, by temu zaradzić. - rzekł zaraz Dolon, który do tej pory siedział i przysłuchiwał się.
- W takim razie ja się rano przejdę na skraj porozmawiać z krewniakami. - Elf upił trochę piwa, po czym zwrócił się do Ilarii. - Byłbym zaszczycony gdybyś zechciała mi pani towarzyszyć.
Wspomniana kobieta uśmiechnęła się wesoło do Lugolasa.
- Bardzo chętnie - odpowiedziała mu bez zawahania.

Przed wyjściem z pomieszczenia zatrzymała sołtysa prośba wysokiego kapłana - Skoro się tak znacie, to czemu nie. Myślę że Evert nie będzie mieć nic przeciwko. I tak już zwlekał długo z pogrzebem. Będzie ze pięć dni. - Godwin spojrzał na kapłana Lathandera - Musisz się udać za stary ostrokół i przejść drugim krzyżem w lewo. Jakoś w połowie jest jego warsztat. To krasnolud, jemu nie straszne podobno “demony”. Na pewno coś jeszcze piłuje w warsztacie. Ktoś jeszcze chce gdzieś się udać? - spojrzał po zebranych wokół postaciach.

Bertrand spojrzał na niziołka.
- Chodźmy zatem. Beo tobie też przyda się taka nauka, idziesz z nami. - powiedział biorąc spod ściany swą halabardę. Dziewczyna podbiegła do stosu rzeczy, które przyniosła z sań, wyciągnęła rohatynę. Kapłan Lathandera zagwizdał serie dźwięków będących komendami dla zwierząt. Do drzwi podbiegły cztery z psów.
- Masz rację, nie ma co marnować czasu. Z chorobami zakaźnymi nie można ryzykować. Tak samo z nieumarłymi. - zgodził się z Bertrandem, po czym przywołał do siebie Pamina.
- Powodzenia - rzucił jeszcze sołtys i wyszedł z Otchenem. Przez drzwi do sieni wdarło się mroźne, górskie powietrze. Wywołujące lekki dreszcz i gęsią skórkę.

Bertrand po drodze zabrał suszący się przy ogniu płaszcz, złożył go. Był przyjemnie ciepły. Wychodząc musiał jak zwykle w drzwiach zgiąć się niemal w pół.
Natomiast Dolon szybciutko wyciągnął ze swojego plecaka mniejszą torbę mieszczącą w sobie to co medykowi jest zawsze potrzebne. Nakazał również Paminowi by ten pilnował dobytku. Wyciągnął dla niego również trochę mięsa zbunkrowanego w innej kieszonce wspomnianego już plecaka. Psina wyglądała na zadowoloną, to też rozłożyła się przy dobytku niziołka i poczęła skubać sobie kolację.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 13-07-2017 o 08:14.
Cedryk jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:24.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168