Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-09-2017, 15:11   #1
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Wieczni Wojownicy: Uczta Doresaina


Część czwarta:
Uczta Doresaina

Przed sobą słyszeliście coraz głośniejszy furkot skórzastych skrzydeł, a w tyle widzieliście coraz mniejsze światło, gdy Amira i pozostali cofali się w stronę, z której przyszliście. Katon i Anlaf jako jedyni z awanturników dostrzegli w ciemnościach wroga. Rozproszonym szykiem, na różnych wysokościach, nadlatywało dziesięć oddziałów koboldów, dobre pięć dziesiątek wyposażonych równie starannie jak najemnicy Suwerennej Kompanii. Każda z jednostek leciała z własnym poddowódcą o charakterystycznej tarczy, przyozdobionej łuskami zrzuconymi przez czerwonego smoka.

Byliście pewni, że tarcze te będa ponurymi dowodami waszego dzisiejszego zwycięstwa. Schwytaliście niczego nie świadome koboldy w pułapkę jak króliki. Kiedy skręcały w boczny korytarz, przelatując nad lewym skrzydłem waszego szyku, bicie serca dzieliło ich od niespodziewanego gradu bełtów z gnomich kusz.

Jednak mimo to zdziwiliście się, nie dostrzegając pomiędzy koboldami Histbika! Co knuło to wredne i przebiegłe stworzenie? Przełknęliście ślinę, przeszyci nagłym deszczem grozy. Za chwilę cały korytarz miał zamienić się w nie jedną, a dwie wielkie, śmiertelne pułapki...

Nagle oślepił was potężny błysk. Rzuciliście się w tył, osłaniając oczy przed wybuchającym piekłem. Gorący powiew obmył wasze twarze. Powietrze zaśmierdziało siarką i zwęglonym mięsem waszych wrogów. Jestem martwy i w piekle, niejeden z was pomyślał. Chwilę potem wasze umysły rozjaśniło zrozumienie. To Katon uwolnił swoją ognistą kulę. Wielkie stalagnaty zawaliły się, a wraz z nimi część kamiennego sklepienia. Wydawało się, że cały świat się trzęsie. Wielkie bloki kamienia zaczęły walić się wszędzie wokół lewego skrzydła gnomów, grzebiąc walczących. Kawał czarnej skały runął, mijając Anlafa o centymetr. Cięciwy brzękły ostatni raz, wybrzmiały ostatnie, gorączkowe rozkazy. Dzisiejsza wygrana smakowała ponurą atmosferą śmierci i grozy.

Tholrak potoczył wzrokiem po rumowisku, w które zmienił się korytarz, i potrząsnął głową, próbując pozbyć się nieznośnego dzwonienia w uszach po eksplozji kuli ognia, która zwielokrotnionym echem niosła się jeszcze po podziemnym labiryncie.

Obok niego stanął Gundar. Białobrody kapłan, milczący jak zwykle, popatrzył na swego dowódcę i pokiwał głową, patrząc na przywalone odłamkami skał ciała. Nie wyrzekł ni słowa, ale Tholrak wiedział, co tamten chce powiedzieć.

Wzrok płomiennorudego krasnoluda spoczął na grupie postaci, która wedle wszelkich znaków na ziemi i pod jej powierzchnią była powodem tego zamieszania. Tholrak poszukał wzrokiem tego, który rzucił zaklęcie. Wydało mu się, że rozpoznał czarodzieja w wysokiej, smukłej postaci z długimi włosami, odzianej w zdobiony elfimi motywami płaszcz. “No nieźle. Elf. Do tego guślarz” - pomyślał. - “Będą z tego kłopoty.”

Szybkim spojrzeniem omiótł resztę postaci - jasnowłosego, niebieskookiego człowieka, wyglądającego na wojownika; starszego, ciemnowłosego człowieka o pociągłej twarzy w znoszonej skórzanej zbroi; dwoje ludzi - kobietę i mężczyznę, strojnych w czerwone, bogato zdobione szaty, wyglądających na spokrewnionych ze sobą; wreszcie dwie ostatnie postacie, które wydawały się jakoś nie pasować do reszty. Jedną z nich był odziany w błyszczącą płytową zbroję humanoidalny stwór, który człowiekiem jednak na pewno nie był - w miejscu twarzy lśniły smocze łuski. Towarzyszyła mu chuda, wytatuowana i odziana w lekką skórzaną zbroję elfiej roboty kobieta, w której wprawne oko Tholraka rozpoznało kolejną elfkę z powierzchni. Znów przeniósł wzrok na smoczego rycerza. “Kobold?” - zdumiał się Tholrak - “Nie, przecież koboldy nie są takiego wzrostu. Aha! Pomiot Smoczych Lordów.” Krasnolud o mało nie splunął na jego widok, jednak siłą woli powstrzymał reakcję. Krasnoludy z Podmroku nie darzyły potomków Smoczych Lordów wielką estymą, traktując ich jako nieco tylko lepszych od koboldów. Musiały im jednak oddać jedno - wojownikami byli znacznie lepszymi, niż ich pokurczowate parodie. A nawykłemu do wojaczki Tholrakowi zawsze bliżej było do jemu podobnych, choćby byli wcielonymi demonami.

Widok ostatniej postaci sprawił, że Tholrak utkwił w niej wzrok na dobrą chwilę i nie był w stanie go od niej oderwać. Wydawałoby się, że ta reakcja jest niczym nieuzasadniona - krasnolud nie pierwszy raz widział drowów, niejeden też raz przelewał ich krew. Jednak widok tej drobnej twarzyczki nieco ukrytej za farbowanymi w dwukolorowe pasy włosami sprawił, że Tholrak stanął niby gromem rażony. Nie, nie trafiła go strzała Amora - podobne bezeceństwa obce były pragmatycznej, bezwzględnej duszy khazadrugarskiego wojownika. Tholrakowi twarz drowki wydawała się po prostu dziwnie znajoma.

“Skądś znam tę smarkulę” - pomyślał. - “Niech no ja tylko sobie przypomnę…”

Obserwację ciemnoskórej elfki, do której nóg zaczął tymczasem łasić się sporych rozmiarów wilczur, przerwał Tholrakowi mag, który o mało nie zwalił był mu na głowę pół sklepienia chodnika. Tholrak z niesmakiem zauważył, jak elfi czarodziej wykrzyczał inkantację, po której jeden ze sporej wielkości kamieni zagradzających ścieżkę uniósł się nagle w górę i odpłynął w bok, pod ścianę korytarza. “Głupiec.” - prychnął w myślach Tholrak. “Trzeba było nie zawalać korytarza.” Dopiero po chwili dotarło do niego, że elf nie próbuje w ten zabawny sposób uprzątnąć gruzu, tylko chce dostać się do przygniecionej kamieniami małej postaci. Jakiś tuzin podobnych postaci kłębił się wokół smoczego rycerza, gorączkowo jazgocząc coś o ratowaniu przygniecionego towarzysza. Nawet z tej odległości Tholrak wyraźnie widział, że te drobne sylwetki to gwardziści ze svirfneblińskiej warowni Glimmerfell. Tholrak znał Glimmerfell, znał również dzierżcę tej warowni i władcę tamtejszego królestwa, Ardina Złotobrodego.

“Ciekawe” - pomyślał - “skoro tym awanturnikom towarzyszą gnomy z Glimmerfell, być może są porządniejsi, niż sądziłem. Król Ardin nie zadawałby się z szumowinami spod ciemnej gwiazdy. Kto wie… może będą wiedzieli, jaka panuje tam sytuacja, oraz czy Ardin żyje i ma się dobrze. No cóż… zobaczymy.”

Na widok wyciąganego spod skał nieprzytomnego gnoma Tholrak ledwo dostrzegalnie skinął głową na wciąż stojącego obok kapłana.

- Gundarze - przemówił w khazadrugarskim dialekcie wspólnej dla wszystkich mieszkańców Podmroku mowy - chyba ktoś tam potrzebuje duchowego wsparcia. Zajmij się tym. Gulmur, Hulnar, Torrim - zwrócił się do towarzyszących im trzech wojowników - za mną. Przeszukamy pobojowisko. Zdaje się, że gdzieś tam jest mój oszczep, a te ścierwa nawet po śmierci mogą nam powiedzieć, skąd tu przylazły. Ruszać się!

Odłamki skał zachrzęściły pod butami krasnoludów, gdy pięć krępych sylwetek wychynęło z odnogi korytarza...

- Mistrzu Sirronie, Mistrzu Sirronie! - nad gruzowiskiem znikąd pojawiła się potworna hybryda starego, brodatego człowieka i plątaniny macek, która w kilku sprawnych ruchach umięśnionych macek wydobyła spod zawaliska Anlafa. Chwyciwszy za szaty, Noriflist postawił rannego awanturnika na nogi jak lalkę. A nawet otarł jego ramiona z kurzu.

Katon przez chwilę stał jak sparaliżowany. Mógł przewidzieć, że eksplozja zapalnych gazów spowoduje falę uderzeniową która mogła mieć fatalne skutki w ciasnych pomieszczeniach. Przeklął swoją niefrasobliwość i szybko ruszył do przodu, mając nadzieję na odkopanie Anlafa. Po chwili jednak odetchnął z ulgą, widząc Noriflista, który pomógł wstać druidowi na nogi. Piski przestrachu gnomów, ocalałych po zawale uświadomiły jednak czarodziejowi, że ktoś jeszcze pozostał żywy pod gruzami. Szczególnie jeden głaz należało jak najszybciej poruszyć, co też elf błyskawicznie zrobił kilkoma prostymi gestami i starożytną sylabą w języku smoków. Krótkie, gardłowe okrzyki z ciasnego, bocznego korytarza uświadomiły mu szybko, że nie są tu sami.”Krasnoludy w podmroku. Czy może być gorzej?” zapytywał się w duchu czekając, aż reszta jego towarzyszy dobiegnie do gruzowiska.

Eolowi solidnie dzwoniło w uszach po pokazie mocy, jaki zafundował im elfi mag. Walka zakończyła się rzezią i koboldów i gnomów, i smokowiec zastanawiał się chwilę, czy bilans na pewno wypadł na korzyść awanturników, ale rozmachu i stylu Katonowi nie mógł odmówić. I wysunięcia się na prowadzenie w ilości zabitych wrogów.

Sięgnął myślą do czekającego gdzieś swojego rothe, by ten zabrał ze sobą porzucony w biegu bagaż, a sam wysunął język by przetrzeć nim oczy z kurzu i mieć nieco lepszy obraz tego, co właśnie się wydarzyło... i wtedy dostrzegł nadchodzące z głębi krasnoludy.

- STAĆ! - ryknął groźnie, unosząc w górę ciężką kuszę, bo to miał właśnie przygotowane na walkę z koboldami i mierząc nią w najbliższego duergara jakiego zauważył.

- Coście za jedni? - spytał władczym tonem, nie przejmując się tym, że mieszkańcy Podmroku mogą go nie rozumieć. - Wkroczyliście na nasze terytorium. Okażcie szacunek i opowiedzcie się!

Całą tą groźną przemową zepsuł nieco przeciągły, pełen bólu jęk, jaki dobył się zza pleców smokowca, gdy towarzysząca mu elfka padła na kolana i spazmatycznie zaczęła przekopywać gołymi rękami rumowisko, najwyraźniej szukając w nim swojej zaginionej przyjaciółki.

- Kapitanie, to chyba "nasi" - szepnął do Eola przestraszony Grimwig, który obawiał się, że drakon zwariował i nie potrafi odróżnić wroga od przyjaciela. - Choć tego czerwonobrodego akurat nie znam, wyglądają jak żołnierze Obsydianowego Legionu kazadrugarów.

Magiczni rycerze z Glimmerfell, którzy cały dzień maszerowali, wspinali się i teraz walczyli, byli zmęczeni i zdyszani. Euforia bitwy - szalony pęd, który nadchodził wraz z momentem położenia własnych żyć na szali, gdy ból, zmęczenie i wszelkie myśli o przyszłości znikały, a walczący całkowicie oddawał się przemocy, w ich przypadku powoli zanikał. Zastępował go gorzki zawód.

- Zabijanie i ginięcie z łap koboldów chwały nam nie przysporzy - burknął gnom Thrurfast. - Powinniśmy coś zrobić z tyloma trupami. Nie chcemy walczyć z nimi drugi raz w niedalekiej przyszłości.


- Było więc siedzieć cicho Thrurfast zamiast robić sobie żarty z koboldów. Minęłyby nas. Myślisz, że zabawne jest grzebanie was w tych korytarzach? - powiedział cicho i z naciskiem Katon, wściekły, że w niepotrzebnej potyczce zginęło tylu gnomów. - Dobra, mniejsza z tym. Co to za Obsydianowy Legion?

- To Grimwig jak zwykle się trząsł ze śmiechu, nie ja! - oburzył się Thrurfast.

- W ich języku Obsydianowy Legion nazywają Tor Zarak - wyjaśnił Grimwig, zmieniając temat. - Najlepsi z najlepszych. Ponoć jednostka ta pamięta czasy Najodleglejszej Wojny...


Kiedy Rashad odzyskał wzrok po nagłym wybuchu (na szczęście był od niego dość daleko) rozejrzał się dookoła, ale nawet w magicznym świetle przywołanym przez Amirę przywódca koboldów nie był widoczny. Perspektywy ścigania latającego przeciwnika były słabe.

- Ten cały Histbik uciekł, co oznacza że potencjalnie możemy oprócz Króla Ghuli mieć na głowie smoczego arcymaga i po co nam to, no cóż, przynajmniej gnomy dostały solidną lekcję za swoją głupotę - warknął cicho do stojących obok Amiry i Oscara, kiedy podchodzili do gruzowiska i reszty grupy. Miał wrażenie, że ktoś zaatakował koboldy od tyłu, dopiero teraz zauważył że była to mała grupa podziemnych krasnoludów, mało znanej mu rasy, lecz opinie które słyszał na temat duergarów od ich naziemnych kuzynów były mało pochlebne. Szybko zarejestrował że Mavis żyje, ale Vylyra chyba została przywalona gruzami. Szkoda było bardki, lubił jak słuchała jego historii i opowiadała własne, ale strata uroczej Mavis byłaby dla niego bardziej bolesna.

- Nie jesteś ranna? Jeżeli Vylyra żyje to jej pomożemy…. - Spytał podchodząc do elfki, jednocześnie drugim okiem obserwując duergarów z surową miną, gotów w każdej chwili do przywołania rapiera.

- Nie, ale dzięki za troskę - odparła z wyzywającym uśmiechem, ocierając się z kurzu. - Nawet pod ziemią los jest po mojej stronie.

- Grimwig znacie ich? Te… podziemne krasnoludy to wasi sojusznicy? - Zapytał widząc zadziwiająco przyjazną reakcję gnoma. A już nabierał przekonania, że wszystkie rasy Podmroku marzą tylko o wymordowaniu się nawzajem.

- W tak niepewnym położeniu trudno o niezmienną przyjaźń, ale lepiej być dobrej myśli - odparł Grimwig.

Tholrak spokojnie odczekał, aż wszyscy podejdą bliżej. Zuchwałość smoczego pomiotu zagotowała w nim krew, ale na jego poznaczonej zmarszczkami twarzy nie drgnął ni jeden mięsień. Utkwiwszy w smokowcu spojrzenie, które mogłoby iść o lepsze z petryfikującym spojrzeniem meduzy, warknął:

- Odłóż tą kuszę, chłopcze. Ani nią, ani swoim piskliwym posykiwaniem nie napędzisz tu nikomu strachu. - Omiótłszy spojrzeniem pozostałych zebranych przeniósł wzrok na Grimwiga, na którego widok podniósł pięść do hełmu w żołnierskim pozdrowieniu.

- Powierzchniowcy, kapitanie - syknął nieufnie Torrim. Za starych dobrych czasów weteran znany był z wyżywania się na ludzkich niewolnikach.

- Grunt, że nie corby - odpowiedział Hulnar, a Gulmur przytaknął.

- Jeśli nie chcecie umrzeć za ojczyznę, tylko sprawić, żeby tamci nieżywi skurwiele wreszcie umarli za swoją, zamknijcie pyski - odpowiedział Gundar, przyjmując najbardziej przyjacielską postawę, na jaką stać było przedstawiciela tak osobliwego ludu.


- Bądźcie pozdrowieni, dzielni żołnierze z Glimmerfell! - powitał Tholrak. - Czy król Ardin dalej cieszy się równie krzepkim zdrowiem, jak niegdyś?

- Dzięki niemu już tak! - powiedział niejasno gnom Warbel i pokazał na Anlafa, który chyba jeszcze nie doszedł do siebie.

- W podziemnej krainie - wszyscy, w tym kazadrugarowie po raz pierwszy, usłyszeliście kolejne "powiedzonko" Noriflista - królewicze wypoczywają na śnieżnobiałym mchu. Noriflist to widział, Noriflist to wie! Mistrzu Sirronie, proszę za mną! - zaczął ciągnąć oszołomionego Anlafa za rękaw.

- W Podmroku bez zmian? - zapytał się kazadrugarów Thraert, odwracając uwagę od dziwacznego widowiska.


- Nie znam się na zwyczajach waszego ludu, lecz pośród cywilizowanych istot nie jest oznaką dobrych manier rozmawianie w języku niezrozumiałym dla wszystkich uczestników. - Wtrącił zirytowany Rashad.

- Brzmi znajomo. Jak prostszy wspólny... zmieszany z jakimś dialektem elfim - Katona ciekawiła konwersacja. Z mimiki twarzy i gestów ogólnych próbował domyślić się co niektórych znajomo brzmiących fraz by wyłapać kontekst rozmowy.

“Vendiu…Pozdrowienia ..a jednak witają się jak elfy…..s`gos….astald chyba powinno być ale nacisk inaczej rozłożony…..thac`zil….to chyba z krasnoludzkiego...twierdza….dom….ziemia, na Cliboritha, ale niedouczeni barbarzyńcy. Nie znają pojęcia ojczyzny!” Katon podniósł brew, śmiejąc się w duchu z prostego, acz wciąż egzotycznego języka, który rad był jednak zgłębić. Może powinienem się przemóc, i poprosić Shillen o nieco konwersacji?” zastanawiał się czarodziej śledząc rozmowę i łowiąc dźwięki długimi, ruchliwymi uszami.

Anlaf zakasłał wykrztuszając resztki pyłu z płuc. Wciąż dzwoniło mu w uszach, a w ciemnościach niemal nic nie widział. Ból z poobijanych mięśni odmalował na jego twarzy grymas bólu. Rozpoznał jednak głos zaklętego czarodzieja. - Dziękuję ci - wysapał. - Głazy coś za bardzo mnie ostatnio polubiły - zażartował włócząc powoli nogami w kierunku, w którym ciągnął go Noriflist. Podniósł jedną brew słysząc głosy nieznajomych - niepodobne do koboldzich skrzeków, znacznie bliższe barytonu lub nawet basu. Wyrwało go to jednak z oszołomienia zmuszając do wzmożenia czujności. "Krasnoludy z Thunderhold?" Pomyślał.

Noriflist magią umożliwił druidowi widzenie w ciemnościach i poprowadził Anlafa kawałek drogi za skrzyżowanie korytarzy, wąskim tunelem, pomagając mu wdrapać się czy zeskoczyć tam, gdzie było to niezbędne do kontynuowania wędrówki. Wkrótce doszli do niewielkiej jaskini z dywanem z białego, piórzastego mchu, który był miękki w dotyku. Musiał wydzielać jakiś zapach, który odstraszał insekty, bo był czystszy niż niejedna tawerna, w której dane było nocować awanturnikowi podczas jego pirackiej kariery. Kiedy “mistrz Sirron” poddał się naleganiom Noriflista i ułożył na mchu, ten zaczął go delikatnie masować. “Na bogów, nigdy nie czułem się lepiej”, pomyślał z uśmiechem na twarzy obolały Anlaf.

Na widok dziwnej, siwobrodej ludzkiej głowy na czymś, co przypominało monstrualnych rozmiarów kurzą nogę, khazadrugarowie spojrzeli podejrzliwie.

- A co to był za frędzel? - rzucił zdumiony Torrim.

- Zaiste... dziwne stworzenie - odparł jak zawsze uprzejmy Hulnar.

- Wiecie co... pierwszy raz widzę siwowłosą miotłę na kiju - rozwinął myśl Gulmur - i do tego gadającą!

- CISZA! - huknął na nich Tholrak - Jeszcze raz się któryś odezwie bez pytania, posmakuje pięści!

Khazadrugarscy wojownicy umilkli, spłoszeni. Tholrak, którego uwadze nie umknęła nadąsana uwaga strojnego człowieka, uniósł dłoń.

- Zaiste, nie godzi się, byśmy rozmawiali w języku, który nie wszyscy rozumieją. Twoi towarzysze - przemówił do gnomskiego rycerza we wspólnej mowie - nie znają jak widać języka, którym mówimy w tej krainie. Mówmy zatem w języku, który, mam nadzieję, zrozumieją. - przerwał na chwilę, by sens jego słów dotarł do wszystkich obecnych. - Witajcie, podróżnicy. Dziwi nas, że spotykamy w naszych stronach grupę mieszkańców powierzchni, do tego w towarzystwie rycerzy z Glimmerfell, z którymi łączy nas braterstwo broni z czasów dawnych wojen. Ponieważ jesteście w ich towarzystwie, uznam, że nie macie wrogich zamiarów. Pozwólcie, że się przedstawię. Jestem Tholrak Czerwonobrody, kapitan kompanii Czarnej Kuźni legionu Tor Zarak. Lub raczej tego, co z niej zostało... - urwał na chwilę, patrząc na swoich towarzyszy. - A zostało niewielu. Ci za mną to moi wojownicy - Torrim, Hulnar i Gulmur. Ten zaś, który tam dalej pomaga waszemu przygniecionemu przez skały towarzyszowi, to Gundar, akolita Asmodeusza i nasz kapelan - krasnolud zawiesił głos na chwilę. - Miło wiedzieć, że kiedy śmierć po nas przyjdzie, przynajmniej bogowie będą z nami. A wy? Kim jesteście i co was sprowadza w tą nawiedzoną przez umarłych krainę?

Shillen trochę jeszcze oszołomiona rozróbą jaką urządził Katon powoli dochodziła do siebie i przyglądała się krasnoludom. Ten Tholrak wydał jej się dość znajomy, jednak nie pamiętała nic na temat kompanii Czarnej Kuźni z której rzekomo krasnolud pochodził. - Ja jestem Shillen - odezwała się do krasnoludów zastanawiając się czy jej imię wywoła w krasnoludzie jakąś reakcję, która mogłaby jej podpowiedzieć skąd mogłaby go kojarzyć. Klęknęła przy Rahnulfie i strzepując z jego sierści kurz, który opadł po zawaleniu się części tunelu mówiła dalej. - Nasz siejący chaos elfi czarodziej to Katon, ten łuskowany z niewyparzonym językiem i elfka to Eol i jego towarzyszka Mavis, masowany przez brodatą szczotkę z mackami druid zwie się Anlaf, ten niebieskooki blondasek to Oskar, a te dwa kolorowe pawie to Rashad i jego kuzynka Amira - drowka wyszczerzyła zęby w złośliwym uśmiechu patrząc na Tholraka - Jeśli chodzi o cel podróży to ja osobiście jestem tu na wycieczce krajoznawczej po ziemi ojczystej. Dawno nie byłam w domu i chciałam zobaczyć co jeszcze z niego zostało - rzuciła szyderczym tonem.

Amira spojrzała z nieomal macierzyńską dumą na Shilien wielce kontenta faktu, że się dziewczyna wyrobiła w jej towarzystwie. Pamiętała ją z wyspy grozy, zamkniętą w sobie agresywną i dziką ot nic specjalnego, standardowa zbiegła niewolnica, ale teraz widziała w niej potencjał. Wsparła się więc o Rashada pozwalając drowce na przejęcie inicjatywy oraz obserwując jak się sprawy dalej potoczą.

- “Wróg mojego wroga” i tak dalej - wystąpił do przodu Oscar z rozłożonymi w geście powitania rękami. W przeszłości jego kontakty z krasnoludami były bardzo rzadkie, lecz tych ciemnoskórych to widział chyba pierwszy raz w życiu. “Niezłe paskudy” - Skoro nasza ciemnoskóra piękność już nas przedstawiła nie będę się powtarzał. Miło was poznać. Cholernie miło, zważywszy na to, że raz, jesteście żywi, a dwa, że nie skaczecie do gardeł na sam nasz widok w celu nabicia na ruszt, na przykład. Aaa trzy, że nie wyglądacie jak... - Skandyk urwał w pół słowa i podążył wzrokiem za Noriflistem, prowadzącym gdzieś druida - ...to. Chętnie uraczyłbym was trunkiem, gdybym sam posiadał, a teraz wybaczcie, bo TO mi porwało kumpla. Anla… Znaczy, Sirrionie! - Oscar pobiegł za przyjacielem w stronę bocznego korytarza.

Drowka odprowadziła biegnącego Skandyka wzrokiem, po czym mówiła dalej: - Jeśli chodzi o cel podróży, który ściągnął tu nas wszystkich, to jest to między innymi poszukiwanie artefaktu zwanego… - urwała zdanie i rzuciła na towarzyszy porozumiewawcze spojrzenie czy na pewno można powierzyć dopiero co spotkanym krasnoludom informację o poszukiwaniu Kuli Cienia.

Katon chrząknął cicho pod nosem, patrząc przeciągle na drowkę po czym przewrócił wymownie oczami, uśmiechając się pod nosem. “Tak, to by było tyle z tajemniczości na dziś” przeklął w duchu naiwność drowki, która właśnie wyspowiadała się, być może wrogom z celu ich misji. I choć krasnoludy ewidentnie pomogły im w walce, być może mieli jakieś swoje cele, niekoniecznie zbieżne z ich misją. Należało więc zachować ostrożność.

- Naszym aktualnym celem jest odzyskanie Glimmerfell i odnalezienie zaginionego księcia gnomów… - Wtrącił Rashad, chrząkając. - Docelowym zaś powstrzymanie ghuli z Białego Królestwa, w tym celu poszukujemy sojuszników. Miło mi poznać walecznych wojowników z Tor Zarak, czy wasze miasto jest niedaleko?

W odpowiedzi na słowa Rashada Tholrak przyjął nieco swobodniejszą postawę, a uważny obserwator dostrzegłby nawet cień uśmiechu pod płomiennorudą brodą krasnoluda.

- Jeśli szukacie sojuszników przeciwko ghulom, których hordy napadły na Podmrok, to dobrze trafiliście. Nam też zalazły za skórę. - Tholrak przerwał na chwilę. - Zwykle nas nie atakowały, choć pojawiały się i dawniej. Nigdy jednak w takiej liczbie... Spustoszyły nasze miasto, zajęły nasze kopalnie i wymordowały wielu naszych pobratymców, a ci, co ocaleli, tułają się teraz po Podmroku... tak jak my. Szliśmy właśnie do Glimmerfell, licząc, że tu sytuacja będzie lepsza... ale z tego co mówicie, tu również dotarły. Dobrze chociaż, że król Ardin ocalał... tak przynajmniej mówiły gnomy. Ponoć mieliście z tym coś wspólnego? Jeśli tak, chwała wam za to. - zamyślone spojrzenie krasnoluda utkwiło gdzieś w oddali, kolejne słowa wypowiedział już jakby nie do zgromadzonych awanturników, tylko do siebie lub kogoś zupełnie innego. - Chciały narothun. Nie możemy go oddać... Tak mówił. - Krasnolud zamilkł i wyglądało na to, że na chwilę odpłynął myślami gdzieś daleko. Po chwili potrząsnął głową i z powrotem utkwił trzeźwy wzrok w Rashadzie. - Pytasz, czy daleko do naszych siedzib. Daleko, i droga niebezpieczna. Przejść trzeba przez tereny, na których mieszkają corby. A gdybyśmy nawet tam doszli... to i tak niewiele tam zastaniemy... tylko śmierć i zniszczenie - zakończył gorzko.

- Jak w całym Podmroku… - burknęła pod nosem drowka z wzrokiem wbitym w krasnoluda, dalej zastanawiając się gdzie go już wcześniej widziała. W pewnym momencie zauważyła, że Rahnulf patrzy z niepokojem w kierunku w którym Noriflisf zaprowadził Anlafa. - No dobrze, idź sprawdzić czy twój kolega jest bezpieczny - poklepała wilka po łbie, a ten wydając z siebie coś na kształt radosnego szczeknięcia pobiegł do druida.

- Też zobaczę, co z Anlafem. I przypilnuję jakiegoś odpowiedniego pochówku naszych małych przyjaciół - mruknął czarodziej i nieśpiesznie udał się w ślad za Norflistem, po drodze ogarniając z gnomami kwestie pogrzebowe.

Shillen spojrzała na odchodzącego czarodzieja - To może ja też się przejdę, lepiej nie zostawiać Anlafa razem ze Skadnim, bo zdarza im się razem wpadać na głupie pomysły - w głowie elfki pojawił się obraz jeszcze z pokładu Hebanowej Królowej, gdy pijani Oscar i Anlaf przywiązali kwiat opuncji do rogu minotaura. - Strach pomyśleć co może im wpaść do głowy w Podmroku - ruszyła w ślad za wilkiem i czarodziejem.

Rashad westchnął, słysząc o rozbiciu duergarów, wsparcia armii raczej nie mogli się w tej sytuacji spodziewać, chociaż Tholrak wyglądał na potężnego wojownika.

- Czyli straciliście wasz dom, podobnie jak gnomy z Glimmerfell i drowy z Ylesh Nahei. kiedy nasz druid uleczył króla Ardina w ludzkim mieście Byrny, wyruszyliśmy wraz z jego doborowymi magicznymi rycerzami by odzyskać zalane miasto oraz poszukać zaginionego księcia… później planujemy zadać miażdżący cios władcy ghuli…. Co wiecie o pojawieniu się darakhuli w Podmroku? - zapytał się ostrożnie.

Tholrak obdarzył Rashada zmęczonym spojrzeniem.

- Co wiemy? Z podziemi przyszły, obrzydliwe, oślizgłe, bezmózgie wymiociny skalnych trolli! - warknął - Z podziemi głębszych niż te, w których sami mieszkamy. Nie wiem, co podkusiło górników z Mukgrim, by kopać głębiej, niż zwykle. Ale oni zawsze byli chciwi... bardziej niż inni. No i się dokopali. - zawiesił głos, przypominając sobie okropieństwa, których był świadkiem.

- Do czego się dokopali? - wtrącił Rashad, zaciekawiony opowieścią krasnoluda. Mavis też otrząsnęła się z szoku i nadstawiła uszu, opierając podbródek na ramieniu wojownika.

- Zrazu wszystkich ogarnęła euforia... okazało się, że znaleźli coś nowego - ciągnął Tholrak. - Jakąś rudę, której nikt wcześniej przed nimi nie znalazł. Jakieś nowe żelazo. Czarne, jak to, które zwykle wydobywamy, ale z purpurowymi żyłkami. Metalurdzy, którzy wytapiali tą nową rudę, z początku klęli na nią, na czym świat stoi. Wsad tak się nagrzewał, że piece nie wytrzymywały żaru i pękały. Z czasem jednak nauczyli się ją wytapiać i obrabiać... a wtedy okazało się, że ten metal ma jakieś dziwne właściwości... Wykonane z niego przedmioty jakby żyły własnym życiem. Nie były niby magiczne, ale w jakiś sposób dostrajały się do tego, kto ich używał. Dlatego nazwaliśmy ten nowy metal “narothun” - co w naszym języku znaczy “rozszczepiona dusza”.

Zebrani nastawili uszu, gdy dotarły do nich słowa o dziwnych właściwościach metalu... Pogłoski o krasnoludzkich skarbach niejednego już awanturnika sprowadziły w czeluście Podmroku.

- Kiedy już byliśmy pewni, że te nowe kopalnie faktycznie kryją w sobie duże pokłady tej nowej rudy i chcieliśmy rozpocząć wydobycie na planową skalę, tak, jak to się robi po naszemu... - krasnolud urwał na chwilę. - Przyszły. Wylazły z głębokich chodników, tam, gdzie drążyli przodowi. Nie wiem jak się tam znalazły... przelazły przez skały, jakby to był miękki piach. Najpierw zdziesiątkowały górników... niewielu z nich wróciło na powierzchnię, a ci, którzy wrócili, nie mieli nawet dość czasu, by ostrzec nas wszystkich. Gdy dowiedzieliśmy się o inwazji i o tym, ilu ich jest, Mukgrim już nie było... - krasnolud znów zawiesił głos. - Wszystkich wybili.

Tholrak zamilkł na chwilę. Widać było, że opowiadanie, jak również tłumienie wywołanych nim emocji, sprawia mu dużą trudność. Zaczerpnął głęboko powietrza, odchrząknął i kontynuował.

- Gdy uderzyły ich główne siły, byłem akurat z moją kompanią w okolicach kopalni narothun. Rzucili nas do walki, na pierwszy ogień, wraz z milicjami osad i gwardiami z twierdz. Nikt nigdy nie złamał połączonych sił wszystkich khazadrugarskich osad... - Tholrak przerwał i pokręcił głową. - Tylko im nie daliśmy rady. Były ich hordy. Całe tysiące. Wraz z nimi szli inni... wyżsi, inteligentniejsi. Dowodzili tamtymi bezmózgami. Władali jakąś czarną magią, potrafili nawet wstawać z pyłu, w który się rozpadali, gdy któregoś zabiliśmy. Wojownicy, którzy z nimi walczyli, umierali w ciągu kilku dni, choć wydawali się nawet nie draśnięci. Gaśli w oczach... a tuż przed śmiercią rzucali się w gorączkowym śnie...

Słuchające krasnoluda postacie zauważyły, że jeden z khazadrugarskich wojowników stojących za Tholrakiem zaczął wyraźnie dygotać.

- Walczyliśmy najdzielniej, jak umieliśmy, ale traciliśmy coraz więcej naszych... tymczasem ich było coraz więcej... wydawało się, że za każdego zabitego wstaje dwóch nowych... W końcu musieliśmy uciekać. Kto mógł, opuścił miasta i kopalnie. Wielu zginęło po drodze. Z mojej kompanii pozostała ta oto zaledwie garstka... inne kompanie zapewne również poszły w rozsypkę. - Tholrak zrobił efektowną pauzę. - Jeśli dotarły aż tutaj i spustoszyły Glimmerfell, to nie wiem, czy jest w Podmroku choć jedno bezpieczne miejsce. A jeśli jeszcze nie dotarły, to dotrą wkrótce. Jeśli nie zorganizujemy przeciw nim jakiejś obrony, Podmrok czeka zagłada. Jeśli oczywiście można się przed nimi jakoś bronić... - krasnolud znów zawiesił głos. - Topory i miecze z pewnością na nie działają. Ogień - Tholrak spojrzał wymownie w kierunku elfiego czarodzieja - z pewnością też. Chyba nawet trochę się go boją, bo władających ogniem i miejsca, w których płonęły duże ognie - jak na przykład kuźnie i hale metalurgów - atakowali na końcu.

Opowiadanie Tholraka przerwał Gundar, który podszedł do swego dowódcy i szepnął mu coś na ucho. Tholrak pokiwał głową i potoczył wzrokiem po zebranych.

- Gundar ma rację. To miejsce nie jest bezpieczne, powinniśmy się stąd zabierać. Półtorej godziny drogi stąd widziałem miejsce, w którym możemy rozbić obóz. Jaskinia z szeroką platformą przy jednej ze ścian. Powinno tam wystarczyć miejsca dla każdego. Dość dobrze zasłonięta z korytarza, ale widoczność stamtąd dobra, nie za łatwo będzie nas tam podejść. Co wy na to?

- To, że piękne historie to nie wszystko co trzeba, żeby nas przekonać. A przynajmniej niektórych z nas. - Eol prychnął, opuszczając kuszę. Ale cięciwa cały czas pozostała napięta, a oczy smokowca wpatrzone w krasnoludy.

- Zjawiacie się na gotowe, chwilkę po porażce koboldów, częstujecie łzawą opowieścią i całkiem przypadkiem zaraz obok macie “wygodne” miejsca na obóz. Za dużo tu dla mnie przypadków, a mając na uwadze kogo oddział właśnie spotkaliśmy, nie byłbym zbyt pochopny. Smoki nigdy nie zostawiają niczego przypadkowi - spojrzał ciężko na zasłuchaną w duergara drużynę - Z koboldami poszło zbyt gładko - a co, jeśli pójdziemy za radą tego konusa i odpoczniemy w sprytnie zastawionych sidłach?

- Na gotowe? - prychnął Tholrak, patrząc na smokowca najbardziej miażdżącym spojrzeniem, jakie rezerwował zwykle dla najbardziej tępych i niewyuczalnych rekrutów w swojej kompanii. - To raczej ty przywlokłeś swoje łuskowate dupsko na pole bitwy akurat po to, by pozbierać dobytek po zabitych, a teraz udajesz chojraka i wymachujesz kuszą, której nawet nie umiesz prosto trzymać! - ryknął krasnolud i wydął pogardliwie wargi. - Nie wiem, czym zasłużyłeś na to, by mienić się dowódcą gnomich rycerzy z Glimmerfell, bo na razie wmanewrowałeś połowę oddziału pod zawalone skały, a od reszty byłeś zbyt daleko, by w ogóle wydać im jakikolwiek sensowny rozkaz! Trzymaj się lepiej dowodzenia jucznymi zwierzętami, to ci lepiej wychodzi. - W tym miejscu Gulmur parsknął śmiechem. - A wojaczkę zostaw tym, którzy się na tym znają! - Tholrak zaczerpnął tchu po tej przydługiej perorze i nieco obniżył tembr głosu. - Widzę, że macie cały dzień wędrówki za sobą, a miejsce, które wybrałem, nada się na odpoczynek i nam, i wam. Szliśmy do Glimmerfell. Na koboldy, tak jak pewnie i wy, natknęliśmy się przypadkiem. Chcieliśmy się schować, aby nas minęli, ale widząc wasz atak przyłączyliśmy się do walki po waszej stronie. To chyba dowodzi, że nie mamy wobec was złych zamiarów. Ponawiam propozycję. Nie skorzystacie, pójdziemy na obóz sami. - zakończył i skrzyżował ręce na odzianej w płytowy pancerz piersi.

- Więcej. Szacunku. Robaki. - warknął Eol, nie odrywając oczu od grupki kranslodów. Jego cień nagle urósł, rozlewając się w demoniczne kształty po podłodze i ścianach korytarza; ciemne energie zawirowały wokół postaci wojownika, a jego gadzie oczy rozjarzyły się złym, zielonym blaskiem. Powietrze wypełnił stłumiony, odległy jęk nawołujących gdzieś zagubionych dusz, jakby za plecami smokowca nagle otworzyły się bramy do plany martwej grozy.

- Na szacunek zasłużysz, jak się nauczysz dowodzić. - zagrzmiał Tholrak. - A do tego czasu uważaj na słowa, bo po tym, co pokazałeś, wątpię, czy twoi podkomendni staną za tobą. Fyrstharr trogh!

Ostatnie słowo Tholraka mocnym echem odbiło się w korytarzu, gdy tuż za nim powtórzył je stojący obok, wsparty na solidnym bojowym młocie kapłan. Moment później obie sylwetki krasnoludów zaczęły rosnąć obserwującym ich awanturnikom w oczach. Chwilę później Tholrak i Gundar patrzyli na smokowca z wysokości trzech metrów. Tholrak zacisnął dłonie na trzymanej w rękach paskudnej glewii, a zawieszony na szyi Gundara wisior w kształcie trójkątnego symbolu rozjarzył się nagle krwistoszkarłatnym, złym blaskiem. Pozostałe krasnoludy - z widocznym na twarzach przestrachem - zbiły się w grupę, uniosły kusze i wycelowały w spowitego mroczną aurą smoczego rycerza.

Shillen idąc w stronę gdzie Noriflist zabrał Anlafa usłyszała, że za jej plecami zaczyna się jakaś wrzawa. Elfka obróciła się na pięcie i pobiegła w stronę z której przed chwilą szła. Gdy zobaczyła, że krasnoludy i Eol zaraz skoczą sobie do gardeł krzyknęła - Nie możesz choć na chwilę opanować swoich dowódczych zapędów, tylko musisz obracać przeciw sobie potencjalnych sojuszników, cholerny łuskowany zadzie?! Nie znajdujemy się na powierzchni i chyba lepiej, nie zrażać do siebie jedynych istot które nie próbują nas zabić, zakuty łbie!

- Ech...wojownicy. Z kim ja pracuję… - westchnął elf podnosząc się znad ciała jednego z zabitych gnomów.

- Staną, krasnoludzie. Mam z tym smokowcem pewien kontrakt. Ale Shillen ma rację i wasza… kłótnia nie przyniesie żadnego pożytku. Eolu, odstąp. Krasnoludzie, pohamuj swój język. Jeśli chcecie to rozstrzygnąć, zróbcie to w innym czasie i miejscu - elf był zmęczony i nie miał ochoty na dalszą walkę.

Spokojny ton Katona sprawił, że nerwy elfki zelżały. - Jak z dziećmi - burknęła pod nosem i splunęła na ziemię pomiędzy krasnoluda i smokowca, po czym poszła w stronę Anlafa i Oscara jak zamierzała na początku.

- Uspokójcie się! - Krzyknął Rashad, stając pomiędzy Eolem a krasnoludami, jego rapier rozbłysł jakby walnął w niego piorun wraz z ogłuszającym grzmotem który odbił się echem w korytarzu.

- Nie możemy stracić kolejnych ludzi w następnej bezsensownej walce jak przed chwilą! Równie dobrze możemy oddać się ghulom na pożarcie!

- Słuszna uwaga… - mruknął do siebie elf po czym postąpił krok do przodu. - Czy obaj wojownicy zechcą posłuchać propozycji? Zanim zaczniecie się mordować? - Katon podniósł głos tak,aby być słyszalny dla wszystkich w jaskini. Miał też nadzieję, że towarzysze w jaskini zainteresują się sytuacją, bo nie uśmiechało się elfowi stawać między dwój rozjuszonych wojowników.

- Nie dalej niż kilka dni temu zabiłem kilka większych od ciebie gigantów. I wyprułem flaki rhemorazowi, który był równie wielki. Od wewnątrz. - Smokowiec ziewnął lekceważąco, najwyraźniej nie przejęty nagłym powiększeniem się jego adwersarzy.

- Chcesz z nimi negocjować, to proszę, Katonie. Ja nie będę gadał z tymi zwęglonymi konusami więcej, to poniżej mojej godności. To jakby nieśmiertelny smok miał słuchać bełkotu pijanego goblina. Mogą iść w tylnej straży, na twoją odpowiedzialność - wzruszył ramionami i rozładował kuszę, demonstracyjnie odwracając się plecami do duergarów, jakby nie zamierzał dłużej dostrzegać ich obecności.

- Kto jest ranny? - zawołał do swojego oddziału. - Zbieramy sie, żywo. Czeka nas długi marsz jeszcze, a niebezpieczeństwo nie odeszło - zatarł dłonie, starając się zapanować nad rozbitym oddziałem i zaprowadzić jakiś porządek. Zadbał jednak o to, by Tholrak i kompania usłyszeli wyraźny rozkaz dla gnomów mówiący “jeśli wejdziemy w pułapkę, czarne karły giną pierwsze”.

- Boisz się zasadzki, jaszczuroludziu? - parsknął Tholrak za odchodzącym w stronę gnomówEolem - Niepotrzebnie. Zdrada nie leży w naszej naturze. Co do twoich osiągnięć, komentował nie będę, zobaczę, jak zobaczę. Na razie zgodzę się w jednym: czas zakończyć to czcze gadanie - krasnolud wrócił do normalnych rozmiarów i również oparł glewię o ramię, po czym odwrócił się do swoich żołnierzy. - Uważajcie na niego - rzucił w języku mieszkańców Podmroku. - Głupota i pycha to niebezpieczna kombinacja, a tu mamy przykład, że drugiego takiego w całym Podmroku próżno szukać. I przestańcie trząść tyłkami na widok ludowych guseł! Przynosicie wstyd imieniu Legionisty Tor Zarak! - wojownicy słysząc to położyli uszy po sobie.

Elf kiwnął głową podchodząc do wciąż gotowych do walki duergarów. - Może panowie nie wiedzą, ale prowadzimy tu coś w rodzaju… przedsiębiorstwa - Katon kiwnął głową do Rashada, aby również się zbliżył. Kusze duergarów nie wyglądały zbyt przyjemnie, i choć nie widział w żadnym objawieniu swojej śmierci, ostatnio nie patrzył zbyt często w gwiazdy, a wróżenie z mchów i porostów podmroku nie było najlepszą wróżbą, jakiej mógłby sobie życzyć.

- Oferuję swój udział w łupach, pod warunkiem jednakże, że pójdziecie pod moją komendę. Jeśli to liczba trupów kupuje wasz szacunek, przeliczcie łaskawie tamtą stertę… i pogadajmy o pieniądzach… - elf wskazał głową skalne rumowisko i spojrzał się znacząco na szefa duergarów. - A jeśli nie zadowalają cię trupy… może mały zakład? Co powiesz o siłowaniu się na rękę? Powiedzmy… ze mną? Tylko wtedy oczekuję, że będziecie pracować… za darmo.

-Mi też nie brakuje dumy - westchnął Rashad, unosząc brwi kiedy Katon zaczął bełkotać coś o siłowaniu się na rękę. - Pochodzę ze starożytnego rodu, płynie we mnie krew smoków, ale rozumiem, że albo zjednoczymy się przeciwko wspólnemu wrogowi, albo inwazja ghuli pochłonie nas wszystkich, ludzi, gnomów, kazadurgarów, elfó… masz rację Eolu, że w tym brutalnym świecie nie można ufać nowopoznanym, lecz przecież podziemne krasnoludy potrzebują nas, a nam przyda się ich pomoc, zresztą nasi przyjaciele svirfneblin mają ich za sojuszników, a my nie możemy wykrwawiać wciąż naszych za mało licznych sił w kolejnych niepotrzebnych walkach… - zwrócił się do gnomów.
- Naszym celem jest odzyskanie Glimmerfell i uratowanie waszego księcia. Czy walka z koboldami, którą zaczęliście, nas do tego przybliżyła? Oni nie planowali nas atakować, nie wiemy nawet, czy ich zamierzenia były nam wrogie… jeżeli mamy przeżyć i zwyciężyć, musimy działać jak jedność, a nie chaotyczna zbieranina!

Na dźwięk słów elfa i człowieka Tholrak odwrócił się w ich kierunku. Wysłuchawszy ich, podparł się pod boki i zarechotał.

- Z tobą? Na rękę? Nie rozśmieszaj mnie, elfie. Wyrwałbym ci tą drobną rączkę jak nadpróchniałego grzybka ze skały - przemówił we Wspólnej Mowie. - Ale twoja propozycja podziału łupówwarta jest wysłuchania, a jeśli będzie sensowna, to ją rozważę. Mów zatem, co masz na myśli.

- Nie na rękę? Szkoda…..no dobrze, pieniądze i złoto, tak. To dusza najemnika, prawda? Piśmiennyś? Pozwól więc, że zaznajomię Cię z pewnym dokumentem. Albo twojego…...kanclerza - elf zerknął spode łba na duergarskiego kapłana ze szczególnym uwzględnieniem pewnego amuletu - Zrobimy pewien aneks rzecz jasna - elf zatarł ręce i wyciągnął z tubusa opatrzony już pieczęciami zwój, śmiejąc się pod nosem.

Tholrak gestem ręki powstrzymał Katona.

- Tym możemy zająć się później - powiedział. - Ani tu dość światła, ani miejsca na rozłożenie tego zwoju. Na razie możemy wam towarzyszyć, dokądkolwiek idziecie, a dogadaniem szczegółó naszej współpracy zajmiemy się w spokojniejszym miejscu. Na przykład na biwaku, gdziekolwiek nań staniemy. A skoro już o tym... będziemy tu tak stać, czy ruszymy poszukać bezpiecznego miejsca na obóz?
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 01-11-2017 o 16:13.
Clutterbane jest offline  
Stary 20-09-2017, 23:36   #2
 
Lord Melkor's Avatar
 
- Bene. Ruszajmy więc bez chwili zwłoki - elf wzruszył ramionami i poszedł kończyć robotę przy gnomach i pogrzebie koboldów. Miał nadzieję, że reszta towarzyszy szybko się zregeneruje i będzie można ruszyć dalej.

Korzystając z tego, że Katon zajął się krasnoludami, Eol przeszedł się pomiędzy gnomami, przykładając tu i ówdzie pazurzaste dłonie - i mimo emanującego z nich podejrzanie zielonkawego światła, najwidoczniej niosło to ulgę rannym. Zadbał też o to, żeby swój nadmiarowy ekwipunek zostawić swojemu wierzchowcowi, samemu zostawiając sobie tylko broń, pancerz i kilka drobiazgów, by nie obciążać się zbytnio w walce. Zresztą przy pakowaniu dobytku na cierpliwie stojącego rothe doszło do krótkiego spięcia między smokowcem, a jego podwładną - o co poszło, nie wiadomo, ale nadąsana Mavis demonstracyjnie zabrała swój plecak i poszła w okolice Rashada i jego kuzynki, mrucząc coś pod nosem o “bezdusznych idiotach”. Eol chwilę później zademonstrował, o co chodziło - bez większych ceregieli podniósł jedno z leżących na ziemi ciał, oderżnął mu głowę i rzucił w upatrzone miejsce. Kolejny martwy kobold podążył tą samą drogą.

- Trzeba uprzątnąć zwłoki, bo wstaną. A bez głów będzie im trudniej. Żywo! - huknął na gnomy - Chcecie zabijać ich potem po raz drugi?

-Ten arogancki jaszczur ci dokucza? -Spytał się cicho Rashad, uspokajająco obejmując Mavis ramieniem. - Przykro mi z powodu Vylyry, była wspaniałą towarzyszką, znałaś ją długo?

- Wystarczająco, by przejmować się tym, że ktoś chce ją porąbać na kawałki, jak... jak... jak mięso! - elfka gwałtownie wypuściła powietrze nosem. - Eol jest szczodry i nie sposób się z nim nudzić, ale coraz częściej mam wrażenie że nie ma w nim nic ludzkiego. On myśli zupełnie inaczej niż my... - pokręciła głową i pochyliła się nad uchem wojownika - Nawet jeśli chodzi o chędożenie. Okropnie to dziwne i trochę straszne, wiesz…

- Rozumiem cię - Amira objęłą młodą łotrzyce ramieniem - musimy jednak coś zrobić aby Vylyra nie została wykorzystana po śmierci przez ghule, nie wstała i nie zabiła tych których których kochała i byli dla niej ważni, ona z całą pewnością nie chciałaby cię skrzywdzić… jeśli chcesz możemy zrobić stos i oddać ją ogniowi…

-Tak, stos pogrzebowy jest bardziej godny wojowników niż jakieś rąbanie na kawałki! - Przytaknął Rashad, na tyle głośno by pozostali go słyszeli. - Amiro, rozpal stos swoim ogniem!

Następnie szlachcic pochylił się do ucha Mavis, nieco się czerwieniąc:

- Dziwne i straszne? Mam nadzieję, że do niczego cię nie zmuszał, jeżeli tak to mogę się z nim rozmówić… musimy znaleźć jakieś ustronne miejsce żeby porozmawiać spokojnie… - dodał, choć nie tylko rozmowy chodziły mu po głowie.

- Na stos. Ułóżmy stos ze ścierwa. Amira zrobi resztę. Gnomy i Vylyrę ułożymy osobno. Z honorem- Katon podszedł do smokowca, pomagając mu w jego makabrycznej robocie. Dla elfa nie było to w żaden sposób obrzydliwe. Traktował całą rzecz spokojnie, jakby tępił szkodniki. Patrząc na plecaki z gnomim dobytkiem, wyładowane w sumie tylko kolcami do wspinaczki, łomem i młotkiem przepakował kolce do jednego plecaka, zapakował tam jeden młotek, resztę dobytku z plecaków złożył razem z ciałami zabitych. Potem, używając kajdan które majtały się mu u pasa złączył dwa plecaki, tworząc zgrabny juk. Pozostałe trzy powiązał używając ramiączek plecaków. Następnie usiadł na ziemi, przywołując za pomocą prostego, gnomiego rytuału wierzchowca z mgły i dymu, który spokojnie stał, czekając na rozkazy.

- Słuchasz się jego i mnie - wskazał na Oskara, po czym załadował na konia powiązane razem plecaki gnomów, tak samo powiązał również bukłaki zabitych i obładował tym wierzchowca. - Jak macie jakieś niepotrzebne obciążenie, nie krępujcie się - czarodziej wskazał na przywołańca. - Oskar, wierzchowiec będzie się ciebie słuchał, przynajmniej do czasu, aż nie zniknie - elf miał nadzieję, że wojownik usłyszy go w trakcie flirtowania z Shillen.

- No właśnie do niczego... - elfka pokręciła głową - Jakby zmuszał, to nawet, czasem to też jest fajne! - mrugnęła okiem do Rashada. - Jakby nie pomoc Vyl, to bym chyba zarosła pajęczynami tam na dole. Jego chyba rajcuje tylko ucinanie innym głów, bo kobiety na pewno nie! No, chyba że to ja taka brzydka jestem... - pokazała na siebie w pełnym wątpliwości geście, okręcając się wokół, żeby w pełni zademonstrować się wojownikowi.

- Myślę, że każdy kto nie jest jaszczurem przyzna że jesteś niezwykle urocza - uśmiechnął się, przytulając elfkę.

- Mhm - mruknęła Mavis, wciąż trochę niepocieszona. - Co ja mam z tym gadem... jakby nie twoje wsparcie to chyba by dawno uciekła! - wyszczerzyła do Rashada ostre ząbki i poprawiła plecak, szykując się do wymarszu na szpicy.

Amira podeszła do Tholraka uśmiechając się uroczo:

- Chyba nikt nie podziękował ci za pomoc, a więc ja ci dziękuję w imieniu nas wszystkich. Gdybyś się nie pojawił byłoby trudniej… Słyszałam że twój lud ma ciekawy minerał możesz mi powiedzieć o nim coś więcej? - to mówiąc uroczo zamrugała rzęsami.

Tholrak spojrzał na Amirę beznamiętnym spojrzeniem i skłonił głowę.

- Nie ma za co - odparł. - Tak naprawdę, to równie dobrze można powiedzieć, że wy pomogliście nam. Nie boję się śmierci, nieraz patrzyłem jej w oczy, ale nie ma co się oszukiwać, pół setki koboldów wystrzelałoby nas jak smocze ważki, gdyby nas odkryli. Zaatakowaliście ich w samą porę, nie ma co. Zatem i ja dziękuję wam za pomoc - to rzekłszy krasnolud jeszcze raz skłonił głowę, tym razem nieco głębiej niż zwykle. - A co do tego minerału... - kontynuował - Mów proszę jaśniej, bo nie bardzo wiem, o co pytasz. Jaki znowu minerał? Chodzi ci o narothun?

- Dokładnie o to mi chodziło - Amira skinęła głową. - Wybacz mi nie jestem zbyt biegła w sprawach związanych z kowalstwem.

Tholrak pokręcił głową.

- Nie wiem wiele więcej niż to, co już wam powiedziałem. Jestem żołnierzem, kowalem byłem drzewiej, nim jeszcze wstąpiłem do Legionu. Wiem tyle, ile powiedzieli mi kowale z Bondarth, miasta, w którym stacjonowaliśmy, oraz ci, co uciekli ghulom spod szponów - Krasnolud zamyślił się na chwilę. - Jeśli chcesz się więcej dowiedzieć o narothun, to chyba pozostaje ci poszukać go na własną rękę. Chyba pamiętam jeszcze drogę do jednej z kopalń. Górnicy wybrali z niej już niemal cały urobek, ale co nieco jeszcze zostało. Mógłbym was tam zaprowadzić... ale to długa i niebezpieczna droga. Zbierajmy się wreszcie, jeszcze nas ktoś tu zaskoczy - zakończył krasnolud. Odwróciwszy się do swoich ludzi, warknął krótką komendę w języku Podmroku. Gundar i trzej pozostali wojownicy sięgnęli po sprzęt i z wolna zaczęli zbierać się do wymarszu.

- Cenię twą skromność aczkolwiek jestem pewna, że wiesz więcej o tej substancji niż ja, wszak sam wspomniałeś, iż byłeś kiedyś kowalem - powiedziała z uśmiechem w głosie - na czym polega jej wyjątkowość?

Tholrak, już ze swojego miejsca w szyku, popatrzył na Amirę lekko zniecierpliwionym wzrokiem.

- Mówiłem już... przedmioty wykute z tego metalu wydają się mieć własną duszę. Tak, jakby wyczuwały siły życiowe właściciela. Być może dlatego ghule nas zaatakowały... przecież to pożeracze dusz - na te słowa wzdrygnął się, podobnie jak idący nieopodal Gulmur. - A może one same nasączyły czymś tą rudę... jakąś czarną magią... kto wie - zastanawiał się głośno idąc wciąż za Amirą. - Powiedziałem ci już wszystko, co wiem. Teraz lepiej idźmy po cichu. Im mniej gadamy, tym większa szansa, że usłyszymy wrogie istoty, zanim one usłyszą nas. Znałem pewnego zwiadowcę, który nie umiał trzymać języka za zębami... właśnie, miałem nie gadać. Później opowiem tą historię - zakończył krasnolud i zamilkł, podejmując marsz.
 
Lord Melkor jest teraz online  
Stary 21-09-2017, 14:42   #3
 
Hungmung's Avatar
 
(Jaskinia z białym mchem) [Oscar, Anlaf, Noriflist, Shillen]

Oscar zapalił pochodnię, by móc cokolwiek ujrzeć. Jego źrenice gwałtownie się zwęziły, przymrużył oczy w niekontrolowanym odruchu, gdy z krzesiwa buchnęły iskry, rozpalając materiał. Uniósł źródło światła nad głowę i wspiął się na niewysoki głaz. Później na kolejny i jeszcze kilka. Podążając za hałasem, robionym przez głośne monstrum, wszedł do jaskini, gdzie ujrzał Anlafa, leżącego na posłaniu z białego mchu. W pierwszej chwili Skandyk chciał sięgnąć po broń, zauważył jednak, że jego przyjaciel jest żywy i przytomny, a to co odebrał za podstęp Noriflista, było tylko... przyjacielskim spacerem.

- No, no, no - zaśmiał się wesoło. - Nieźleś się urządził. Tobie to się nawet w Podmroku powodzi.

Rahnulf podbiegł do masowanego przez biały mech Anlafa. Zwierzę usiadło naprzeciwko druida i obserwując go przechyliło głowę w taki sposób, jakby zastanawiało się co ta dziwna przyroda mu robi.

Druid poderwał się słysząc głosy przyjaciół, dopiero kiedy Oscar podszedł bliżej z pochodnią zdał sobie sprawę jak dziwnie musi w tej sytuacji wyglądać. - Haha! Dionizos mnie nie opuszcza nawet tak głęboko pod ziemią. Musiało mu zasmakować to wino od Hetalana - zaśmiał się w odpowiedzi. - Deszcz głazów... myślałem, że całkiem mnie zasypały, ale Noriflist wykopał wyjście i postawił mnie na nogi. Dziękuję przyjacielu. - A jak z resztą? Mamy innych rannych? I skąd jest tamta grupa? - Zapytał mierzwiąc sierść Rahnulfa.

Shillen szła w kierunku towarzyszy, Noriflista i Rahnulfa, rzucając pod nosem przekleństwami w swoim rodzimym języku. Kiedy do nich doszła zwróciła się do druida. - U ciebie chyba nawet lepiej niż w porządku - uśmiechnęła się lekko pod nosem. - Widzisz Rahnulf, niepotrzebnie się martwiłeś - elfka poczochrała kudłaty łeb wilka.

- Jak widać żywioły nie imają się druidów - odparł z uśmiechem Anlaf, po czym ostrożnie wstał i zaczął rozcierać dłonie przygotowując się do rzucenia zaklęcia. Już po chwili trzymał garść magicznych jagód. - No, może nie do końca - dodał widząc liczne rozcięcia i otarcia na przedramionach.

- Oj tam. Co to za wyprawa bez blizn? - zaśmiała się drowka, jednak na dźwięk grzmotu uśmiech z jej twarzy zniknął. - Burze pod ziemią raczej nie mają prawa bytu, coś mi się wydaje, że Tholrak z Eolem nie podali sobie jeszcze ręki na zgodę. Może lepiej tam chodźmy? Wiem, że z ust drowki brzmi to dziwnie, ale lepiej nie dopuścić do tego, żeby nam się towarzysze pozabijali na wzajemnie. Przynajmniej tu, w Podmroku…

Czując w mięśniach ból kilku ostatnich dni marszu, Oscar także wywrócił się na miękkim poszyciu, oznajmiając drowce:

- Kiedy tu jest tak wygodnie… - po czym uśmiechnął się wesoło - Jest tu dużo miejsca obok. Zadbam, byś nie zmarzła.

Drowka uśmiechnęła się lekko pod nosem - Ty się nigdy nie poddajesz Skandi, co? - zaśmiała się, po czym runęła na biały mech obok swoich towarzyszy - w sumie są z Katonem, przy tym sztywniaku raczej nie narozrabiają. Możemy tu chwilę poleżeć,
ale tknij mnie chociaż palcem Skandi, to obiecuję że urżnę ci rękę - puściła Skandykowi oczko.

- Nie wiesz co tracisz. Dobrze byśmy się tobą z Anlafem zaopiekowali, prawda bracie? - zaczepił druida Oscar. Po raz pierwszy od dłuższego czasu się rozchmurzył i pozwolił opaść ciągłemu napięciu, które towarzyszyło mu od czasu, gdy zeszli do podziemi - brak słońca i świeżego powietrza był dla niego dotkliwy. Jednak mimo pozornego dobrego humoru, pod maską dowcipnego chłopaka krył się gorzki smak bólu. Podczas ich kilkudniowej, wspólnej wędrówki, zdążył się zżyć z kilkoma, skorymi do psot, gnomami. A teraz jego nowi towarzysze padali jak muchy. Skandyk odgonił jednak od siebie, przynajmniej na chwilę, smutne myśli i pozwolił sobie jeszcze przez moment cieszyć się przyjemnym uczuciem, jakie towarzyszyło odpoczynku na białym mchu. Westchnął:
- Eh, kobiety…

Shillen leżała odprężona na mchu, gdy nagle wpadła na pomysł żeby zażartować sobie ze Skandyckiego wojownika - A wiesz co Skandi? W sumie masz rację… Czasem trzeba się zabawić - elfka wturlała się z mchu na leżącego obok Oscara i siadła na nim okrakiem, zanim zaskoczony mężczyzna zdążył jakkolwiek zareagować, ta przyłożyła mu palec do ust i powiedziała - Ciiiii… Zamknij oczy i odpręż się… - po czym jedną ręką musnęła jego twarz, by chwilę potem zjechać nią na pierś Skandyka. Nachyliła się nad jego szyją i chcąc uśpić jego czujność parę razy musnęła ją ustami. Kiedy jedna ręka pieściła pierś chłopaka, druga powoli powędrowała w dół w stronę jego pasa i delikatnie… odpięła mu sakiewkę z pieniędzmi. Dotknęła ostatni raz ustami skórę za jego uchem po czym szepnęła - Miałeś rację, bawię się świetnie. Właśnie rąbnęłam ci sakiewkę, a teraz żeby ją odzyskać musisz mnie złapać... - wyszczerzyła zęby w chytrym uśmiechu, po czym zerwała się z zdezorientowanego Oscara i pobiegła w stronę gdzie znajdowała się reszta grupy, machając w górze ręką trzymającą sakiewkę.

Oscar otworzył oczy i gwałtownie się uniósł, wspierając na przedramionach.

- Ej! Oddawaj! - krzyknął za elfką, która już zniknęła za skalnym węgłem - Widziałeś pindę?! Eh, wracajmy do reszty i odzyskajmy moje riliki…
 
__________________
you know and I know and thee know
Hungmung jest offline  
Stary 27-09-2017, 08:29   #4
 
BloodyMarry's Avatar
 
Strząsnęliście z siebie znużenie i zmusiliście się do dalszego marszu. Szliście w milczeniu wśród mrocznych zakrętów, coraz bardziej rozumiejąc, że nikt, nawet drow fechtmistrz nie przetrwa długo w pojedynkę w tych jaskiniach, jeśli nie będzie wiódł egzystencji bliskiej całkowitej paranoi. Zbyt wiele potworów i innych stworzeń, żądnych krwi, szczególnie tak egzotycznej i rzadko spotykanej jak krew Powierzchniowców. Nawet bez nich Podmrok sprawiał wrażenie niemożliwego do ujarzmienia. Ostro zakończone stalaktyty patrzyły na was z góry, a stalagmity czyniły z podłoża mozaikę pełną pułapek.

Mimo strat gnomy znosiły wyprawę nieźle. W porównaniu z duergarami czy Shillen sprawiali wrażenie ani złych, ani dobrych, pozbawionych własnego miejsca w tym przeżartym złem świecie. Ich przyzwyczajenia wyniesione z ustronnego i niedostępnego stylu życia musiały kłócić się z przebywaniem w tak zróżnicowanym towarzystwie, nie dawały jednak tego po sobie poznać. Zamiast tego chwytały strzępki waszych rozmów i obserwowały żywo, co i jak robicie.

Nagle przerwaliście marsz. Najwidoczniej gnomy wyczuły, że ktoś lub coś się zbliża. Jakie było wasze zaskoczenie, kiedy Grimwig i Belwar upuścili swą broń i wyłamali się z szyku, zrywając do biegu. Przypadli do intruzów, którymi okazały się... Dzieci. Blisko tuzin małych, umorusanych gnomów o przerażonych twarzyczkach i wygłodniałych oczach. Radości żołnierzy nie było granic.


Shillen przez chwilę wpatrywała się w małe biegające istotki ze zdziwieniem, chwilę później zaśmiała się cicho pod nosem. - To gnomy mogą być jeszcze mniejsze? - trąciła łokciem stojącą obok niej Mavis. Kiedy już się uspokoiła, do głowy przyszło jej pytanie “skąd te dzieciaki się tu wzięły, w dodatku same…”

Pierwsze co przyszło do głowy Anlafowi to: - Pułapka? - Wypowiedział głośno myśl. Łatwiej było mu sobie wyobrazić że ta ferajna jest jakimś podłym podstępem ghuli niż by dzieci- nawet gnomów głębinowych były w stanie przetrwać w takich warunkach. - Ostrożnie! Zewrzeć szyk! - Krzyknął co sił mając nadzieję, że to właśnie ostrożność, która leżała w naturze svirfneblin weźmie górę nad nagłym uniesieniem.

Niewątpliwie gnomy powinny posłuchać rad mędrca, który w końcu uleczył ich króla. Jednak głęboko zakorzeniona opiekuńczość wzięła górę. Svirfnebliny zaczęły dzielić się swoim jedzeniem z dziećmi, starając się określić ich tożsamość. Te z radością w oczach pucowały chleb z Powierzchni. Grimwig gwizdał do siebie wesoło, Burlo uśmiechał się głupkowato. Cieszyli się. Waszym zdaniem za bardzo.

- Tak, uważajmy, to może jakaś podstępna sztuczka być! Niech ktoś sprawdzi, czy one są prawdziwe! - Zgodził się Rashad, rozglądając się dookoła nieufnie.

Throo spojrzał kwaśno na Rashada i rzucił kąśliwie:

- Jesteś bardziej nieświadomy niż to dziecko, szlachetny rycerzu.


Shillen złapała za jeden ze swoich krótkich mieczy. - Mogę ja, ale jak są prawdziwe, to gnomy mogą mieć mi to za złe... - wyszczerzyła zęby z dzikim uśmiechu.

Jedno z gnomiątek wymierzyło drewniany miecz w Shillen. Nie zamierzało brać jeńców. "En Garde!" mówiły rozpłomienione oczy.

Na widok drewnianego mieczyka i pełnej determinacji miny małego gnomika drowka wybuchnęła głośnym śmiechem i schowała swój miecz za pas - Ok, dobra... jak dla mnie są prawdziwe - wydukała aż ksztusząc się ze śmiechu.

- Na pewno są prawdziwe. - Eol wysunął naprzód tarczę, jakby zamierzał zasłonić się przed atakiem od strony dzieci. - Pytanie tylko, co za nimi się kryje. Tu trzeba wyczucia intencji, nie wyczucia magii... WSZYSCY STAĆ I NIE PODCHODZIĆ! - warknął na gnomy, które zaczęły wychylać się z szyku. Magiczni rycerze nie chcieli urazić swego dowódcy - co ten zrozumiał, gdy wszystkie oczy zwróciły się w jego stronę, ale nie zamierzali też posłuchać rozkazów, nieważne jak rozsądnych.

- Poczekajcie, nie ruszać ich jeszcze - czarodziej zainwokował krótką sylabę i wyczarował na ziemi między dzieciakami błyszczący diament, uważnie obserwując reakcję maluchów. Trudno było ocenić, co błyszczało bardziej: czy złudny diament, czy oczy gnomiątek. Ważne było, że zdały test czarodzieja. Ten mógł odetchnąć z ulgą.

Amira spojrzała na czarownika jak debila, na co zagłodzonym dzieciakom diament, po czym wzruszyła ramionami, wyciągnęła z torby podróżną rację i rzuciła ją w ich stronę.

Siedzący na kamieniu Sabdin, który trzymał jedno z dzieci na kolanie, złapał pakunek ręką i począł go rozpakowywać. Nagle zesztywniał. Powąchał jedzenie z takim wyrazem twarzy jakby jego nozdrza zaatakował zapach nocnych nieczystości, które ktoś wylał z wysoka przez okno.

- Szefie - zwrócił się do Eola. - Mamy chyba problem z zapasami...


“Koło się zamyka”, pomyślał czarodziej przypominając sobie pierwszą reakcję po zobaczeniu dziecka w tak nietypowym otoczeniu. Tylko było to w Tanaroa, kiedy iluzyjnym owocem próbował nakarmić niedolotka, który niewiele różnił się od zwierzęcia. “Czy te były takie same?” myślał patrząc na dar Amiry i małoletnie gnomy.

Amira podeszła do jednego z bardziej rezolutnych malców i zapytała z szerokim matczynym uśmiechem nie okazując na zewnątrz ani odrobiny nieufności którą czuła.

- Jak się nazywasz, gdzie ostatnio spałeś, kto się tobą opiekował? - dzieci wydawały jej się być w podejrzanie dobrej kondycji.

Dziecko schowało się za plecami Sabdina.

- Chyba nie wyglądasz jak ciocia - skomentował rycerz.


Shillen zaśmiała się słysząc komentarz gnoma. - Cóż koleżanko, chyba twój promienny uśmiech na dzieci nie działa.

- W takim razie przetłumaczcie te pytania, proszę… - Dodał Rashad, nieco mniej spięty.
- Jeżeli te dzieci mają jakieś informacje o księciu, innych gnomach które przeżyły albo ghulach, jest niezwykle ważne żebyśmy je poznali. Czy to możliwe, żeby one tu przeżyły bez dorosłych?

- Mogę przetłumaczyć… - elfka wzruszyła ramionami, po czym zwróciła się do dzieci i przetłumaczyła pytania Amiry i Rashada.

Przed dzieci wybiegł znów ten mały rozrabiaka z drewnianym mieczem. Patrząc na jego śmiertelnie poważną minę Shillen zaczęła powątpiewać, czy kiedykolwiek dojdzie do rzeki Laetan, napotykając na swej drodze takie przeszkody. Może warto zawrócić z obranej ścieżki? Czy nie łatwiej byłoby każdego dnia stawiać czoła bolesnemu piekłu, żyjąc na Powierzchni?

Rozbawiona zauważyła, że drewniany miecz celował tym razem nie w nią, a nieco wyżej, w ukryty w cieniach strop usiany stalaktytami. Wtedy jednak było już za późno.

Z przeczuciem nieludzkiego niebezpieczeństwa Shillen skoczyła niczym dziki kot na Sabdina, przewracając się z nim za kamień. Spodziewając się najgorszego, duergarowie na rozkazanie swego ponurego kapitana rozpaczliwie rzuciły się brzuchami na skaliste podłoże. Katon zniknął za stalagnatem, z palcami złożonymi i usztywnionymi do zaklęcia. Zaskoczona Amira doskoczywszy do głazu kucnęła, gotowa w każdej chwili do ucieczki lub uniku. Rashad i Eol unieśli tarcze nad głowy, uznawszy je za wystarczające zabezpieczenie. Anlaf uskoczył w bok i spostrzegł Oscara kryjącego się za objuczonym rothe.

Posępna posadzka pod waszymi stopami zadrżała... Od huraganu dziecięcego śmiechu. Z pewnością wszystko to wyglądało komicznie. Po chwili wszędzie wokół magiczni rycerze wybuchnęli śmiechem. Poza Sabdinem, którego twarz prawdziwie zdrętwiała z przerażenia, kiedy Shillen porwała go w swoje ramiona.

- Zakochana para! Zakochana para! - gnomiątko wskazywało ich mieczem, wciąż rozłożonych za kamieniem.


Zdezorientowana Shillen zauważyła, że salwa śmiechu która opanowała żołnierzy skierowana była w jej stronę. Rozwścieczona podniosła się z ziemi i wrzasnęła w stronę urwisa z mieczem: - Ty mały kurwiu! Ja ci dam robić sobie ze mnie żarty! - chciała uderzyć dzieciaka, jednak powstrzymała się z myślą, że gnomy mogą się za to mocno wściec. Dziecko musiało być straszone opowieściami o mrocznych elfach, bo wszyscy obecni poczuli nagle smród strachu. Dosłownie.

Zdezorientowany Oscar wychylił się ostrożnie zza rothe, drapiąc się po głowie. Dopiero po chwili zrozumiał, co się właśnie stało i wybuchnął serdecznym śmiechem. Myśl o tym, że dał się nabrać (znowu) gnomowi i to dzieciakowi, rozbawiła go do łez.

- Grimwig, te małe smarki właśnie pobiły wszystkie Twoje dowcipy razem wzięte! Czyżbyście wy, gnomy, na starość poważnieli? Jeśli tak, to boję się, że te gnojki dopiero się rozkręcają.

- Trzeba przyznać, że żołnierka nam nie służy - przytaknął Oscarowi fałszywie zasmucony Grimwig. - Nasze usta nie są stworzone do gniewnych grymasów i ostro wypowiadanych rozkazów. Co innego te drowie czy duergarskie. Drowie są wąskie i sine, jakby zapomniały, jak się uśmiechać, a nigdy nie umiały się śmiać. A duergarskie? - wskazał na Tholraka i jego kompanów. - Same mięśnie, zaciśnięte mięśnie - poklepał Oscara po ramieniu i dodał ciszej: - Czasami jak w okolicy jest wyjątkowo cicho i spokojnie, słyszymy jak na drugim końcu Podmroku zgrzytają zębami.

- Drowy umieją się uśmiechać, a Oscar coś o tym wie, prawda? - mówiąc to elfka wyszczerzyła zęby.

- Uśmiech sadysty to żaden uśmiech - burknął pod nosem Grimwig.

“Śmiech. Dawno nie słyszałem tak serdecznego śmiechu…” pomyślał Katon, zastanawiając się, co on pamiętał z dzieciństwa. Zawstydził się tą myślą i jakby coś sobie przypominając wypalił: - Genialny jest umysł dziecka. Reagujemy dobrze, ale strach pomyśleć co by było, gdyby zagrożenie było prawdziwe. Amiro, mogę cię prosić o skierowanie swoich tańczących świateł wysoko, aby oświetlały również sufit? Sabdin, Grimwig! ogarnijcie dzieciaki i ruszajmy dalej. Zdaje się, że trzeba szybko zorganizować dłuższy postój i zająć się naszym prowiantem zanim nie będzie za późno! - czarodziej uśmiechnął się mimo woli rozbawiony sytuacją.

- Już jest za późno - rzucił Burlo. - Mam nadzieję, że nie jesteście uczuleni na grzyby...

Tholrak wychynął zza stalagmitu, za którym schował się na widok zamieszania na przedzie. Podszedł do małego gnoma z najbardziej groźnym i wściekłym wyrazem twarzy, na jaki mógł się zdobyć. Dobrą chwilę mierzył dzieciaka wściekłym spojrzeniem. - Jeszcze raz zrób coś takiego... to przełożę cię przez kolano i spiorę na kwaśne jabłko! - wycedził w języku Podmroku. - Wracać do szyku. Fałszywy alarm - rzucił w stronę swoich kompanów, podobnie jak on wyłaniających się zza osłon, za którymi się pochowali. - A ty, Grimwig, weź tych smarkaczy pod rękę, ale porządnie! To nie czas i miejsce na głupie szczeniackie wybryki! - huknął tak, by gnomy wyraźnie go usłyszały.

- Jesteście świadomi, że miejsca, do których zmierzamy, są dla dzieci zbyt... Ponure? - zapytał eufemistycznie Belwar. Jakoś wtedy zobaczyliście też pierwszy grób - mały kopczyk z kamieni przy niewielkich grzybach, usypany dla dziecka. Przez dzieci.

- A to żartownisie! - Rashad był zdziwiony skłonnością malców do żartów, w sytuacji gdy właściwie cały świat się im zawalił. - To właściwie cud że udało się im przeżyć tyle czasu bez pomocy dorosłych, tak czy inaczej Grimwigu, trzeba się ich wypytać czy wiedzą coś o księciu lub innych dorosłych którzy przeżyli…

- Nasi pasterze ich tutaj ukryli. Mieli odprowadzić rothe w inne miejsce, żeby nie przyciągały drapieżników zapachem. Nie dali rady wrócić.

- Phi… Cud, że po tym głupim żarcie udało mi się powstrzymać i nie rozerwać zasrańca na strzępy... - burknęła drowka. - Niech tym razem żołnierze Eola bądź krasnoludy strzępią języka żeby dogadać się z tymi gówniarzami.

- Dajcie mi z nimi spokój - odburknął Tholrak. - Nie mam czasu niańczyć żadnego usmarkanego bachora. To zdaje się dzieciaki tych żołnierzy z Glimmerfell. Mówiłem już, niech oni się nimi zajmą... i żeby nie było głupich kawałów!

Throo powiedział coś, co wzbudziło powszechną ciekawość:

- Podobno książę wybrał się do Sloon'daha na audiencję i przyjdzie z jego pomocą na ratunek! - mając na myśli najbardziej szlachetnego spośród płaszczowców, prawdziwego władcę tej wynaturzonej rasy.

- Ale to wcale nie musiał być książę... - dodał sceptycznie Belwar. - To mógł być nawet jeden z pasterzy. Albo nie dajcie bogowie, wszyscy, jeśli zjedli odpowiednio dużo grzybów.

- Brzmi jak bajka i to bardzo, bardzo niedorzeczna - skomentował Grimwig. - Pasterze musieli je jakoś ululać do snu. Przecież płaszczowce to jedyni sojusznicy darakhuli!

- ... I najwięksi wrogowie illithidów - uzupełnił pogrążony w rozmyślaniach Belwar. Na wspomnienie o łupieżcach umysłów duergarowie Tholraka zrobili się niespokojni, syknęli przekleństwo czy dwa. Tholrak zmierzył Belwara groźnym spojrzeniem i splunął na kamienie pod swoimi stopami.

- Książę czy nie, kimkolwiek był ten śmiałek, niech Callarduran ma go w opiece, jeśli znalazł w sobie na tyle odwagi, by wybrać się do Echowego Miasta - dodał ponuro Throo. - Pewnie jedyne, co tam znajdzie, to śmierć. Tylko o wiele wolniejsza.

Magiczni rycerze pokiwali głowami zrezygnowani.


- To skoro miejsca do których idziemy jest, jak to ująłeś… zbyt ponure dla tych smarków, to w takim razie chcecie z nimi zrobić? - zapytała drowka z irytacją.

- Sprzedać - odpowiedziała Amira, prychając śmiechem. - Żartuję, ale tak w zasadzie, dobrze by było aby jeden lub kilku gnomów doprowadziło ich na powierzchnię, rozumiem, że król nam nie zapomni tej przysługi.

- Dobry pomysł, tym bardziej, że giganci nie powinni sprawić nam kłopotów - powiedział Belwar.

- Czy ja dobrze rozumiem z tego, że wasz książe jest prawdopodobnie w mieście płaszczowców? Nie pojmuję, czemu miałby się tam udać, skoro to podobno sojusznicy darakhuli, pytanie co my mamy zrobić z tą wiedzą... Daleko to Echowe Miasto stąd, i jak jest położone w stosunku do Kilenor, miasta darakhuli? -Spytał z westchnieniem Rashad. Ich misja robiła się coraz bardziej skomplikowana.

- Jesteśmy żołnierzami, nie przewodnikami - odburknął Grimwig.

- To głęboko położone jaskinie. Nikt z tu zebranych ich nie widział na własne oczy - wyjaśnił Belwar.

- Tym bardziej to bujda - skomentował Grimwig.

- Ten mały - Sabdin wskazał Rashadowi na gnoma o wyjątkowo fioletowych oczach - nie uwierzysz, ale mówi, że wyglądasz mu na wielką małpę i że się ciebie boi - rycerz parsknął śmiechem. Rashadowi nie było do śmiechu. - A Anlafa ma za wielką jaszczurkę.

Dobrze, że Noriflist nie był nigdzie w pobliżu. Znów gdzieś znikł, bardziej wystraszony dziećmi niż koboldami.


- Co zamierzacie zrobić z dziećmi? Jakimś pomysłem byłoby dostarczenie ich do Glimmerfell. Może ktoś tam ocalał. O ile uda się przerwać tamę i miasto nieco osuszyć. Chyba, że ktoś zaofiaruje się wrócić z nimi na powierzchnię, jak zaproponowała Amira. Musi to być ktoś z was, tylko wy znacie drogę. Nie możemy wlec ich przecież z nami do Podmroku - Katon starał się być konstruktywny.

- Jeden rycerz podróżujący z dwunastką dzieci? - zastanawiał się Grimwig. - Byłoby to wyzwaniem nawet dla zaradnej matki.

- To idźcie w kilku - sucho zareplikował Tholrak. - Starczy was chyba trzech czy czterech, żeby upilnować tuzin smarkaczy?

-To ekspedycja która ma inne cele niż ratowanie dzieciaków. Na odłączenie się gnomów musi wyrazić zgodę ich dowódca. Eol? - Katon zerknął na smokowca.

- Król Ardin jest władcą gnomów, i tych dorosłych, i tych małych. Ja tylko użyczam mu swoich niemałych talentów w słusznej sprawie. - Eol opuścił tarczę, siląc się na spokój, ale bijący po nogach ogon zdradzał, ile nerwów kosztował go dziecięcy żart - Niech w imieniu króla i swojej rasy najwyższy rangą rycerz Glimmerfell podejmie decyzję, co z dziećmi. Zgodzę się na każdą, bo naszym ostatecznym zadaniem jest uratować gnomie plemię. A przyszłością każdego klanu są jego potomkowie.

Na wzmiankę o królu Ardinie Tholrak uniósł wzrok i spojrzał na smoczego rycerza. W miarę, jak słuchał wypowiedzi Eola, jego oczy robiły się coraz szersze ze zdumienia, a gdy padły słowa o klanie i jego przyszłości, przeczesał palcami brodę i pokiwał głową.

- To pierwsze mądre słowa, jakie dziś od Ciebie usłyszałem. - rzekł spokojnym, niskim tonem. - Ufam, że nie ostatnie. Albo wychowałeś się wśród krasnoludów, albo myślisz podobnie do nas, jeśli chodzi o pobratymców. A to dobrze o Tobie świadczy.

- Jeden rycerz na parę dzieci - zaproponował Belwar - i nasza misja ratunkowa nie powinna być zagrożona. - Dajcie mniej, a powiem, że to samobójcza wyprawa.

Katon skinął głową. Pasowało mu to rozwiązanie, bo ostatnie wydarzenia naderwały wystarczająco dużo jego sumienia, by brał na swoje barki jeszcze niewinne dzieciaki.

- Rób co musisz. Sam wybierz tych co, wyprowadzą te małolaty na powierzchnię.

- Musimy się pozbyć tych gówniarzy, nie będziemy jednocześnie realizować misji i zajmować się ich niańczeniem, a w szczególności ich “żarcikami”. - Rzekł zjadliwie Rashad.

Amira kiwnęła głową. - Podmrok to nie przedszkole.

- Sześciu gnomów do eskorty to spore osłabienie naszego oddziału, ale jeżeli uważacie to za konieczne, nie będę oponował. - Dodał Rashad.

- Ja, Grimwig, Throo, Gurwin, Sabdin i Oddo - wymienił Belwar. Magiczni rycerze mu przytaknęli.

- Skoro dzieci przetrwały tu tak długo - wtrącił się Oscar - to miejsce powinno być w miarę bezpieczne. Odpocznijmy jeszcze tutaj, wszyscy, a gdy odzyskamy siły, obie grupy ruszą w swoją stronę - zasugerował.

- Też jestem za odpoczynkiem - stwierdziła Shillen patrząc na zmęczonego Rahnulfa. Wilk jakby rozumiejąc swoją panią, położył się na zimnej ziemi.

- Plan Oskara jest dobry. Rozejrzyjcie się wokół, czy nie ma tu lepszego miejsca i czy nic nam nie zagraża. Tylko nie za daleko. - Eol wyznaczył kilku zwiadowców - Belwarze, po odpoczynku odejdziesz z dziećmi; weź wszystko z naszych zapasów, co może ci się przydać. I jeśli możesz, przekaż królowi Ardinowi wieści o nas i jego synu - niech wie, że nie zginęliśmy i wciąż walczymy w jego sprawie. I jeszcze jedno. - przypomniał sobie o czymś. - Olbrzymy są wciąż nam winne hołd. Jeśli dotrzesz szczęśliwie na powierzchnię i doprowadzisz dzieci do domu, dopilnuj, by dostarczyć im materiały i odbudować kładkę. Napiszę ci list żelazny w tej intencji.

- Wszystko jak rozkażesz, kapitanie - odpowiedział Belwar.

Katon pokręcił głową zrezygnowany, mrucząc coś o “miękkich, młodych rasach”, jednak po chwili poszedł pomagać w rozbijaniu obozu. Wpierw zainteresował się rozpaleniem ognia, i próbą uratowania tylu racji żywnościowych, ile się dało. Świeże jedzenie, które gwałtownie traciło świeżość można było zakonserwować ogniem, a przynajmniej tak mu się wydawało. Zamierzał w każdym razie spróbować.


 
BloodyMarry jest offline  
Stary 01-11-2017, 16:07   #5
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Podmrok, rzeka Laetan
13 Ponurych Mrozów, dzień ziemi
4433 roku BCCC

Po odpoczynku i godzinie dalszej wędrówki osiągnęliście swój cel. Rzeka Laetan, wąska w tym miejscu, płynęła prostopadle do tunelu, z którego przyszliście, w kierunku Glimmerfell. Widzieliście ją już z daleka, oświetloną blaskiem motyli, błyszczących w ciemnościach wszystkimi barwami ametystu. Na ich widok oczy gnomów zaiskrzyły się jak u zwierząt przeczuwających pułapkę. “To nie są prawdziwe motyle, tylko przynęta wędkujących Fomorian. Nie dotykajcie ich.”, szepnął któryś z magicznych rycerzy. Wysuszone, pierwotne koryto rzeki blokowała tama wzniesiona z ciosanych kamieni i czarnej zaprawy, której ani wy, ani wasi towarzysze nie mogli powiązać z żadną znaną substancją ani ziemskim pierwiastkiem. Anlaf podniósł do ust palce na znak ciszy. Półtorej tuzina rothe, o wiele mniejszych od tego należącego do Eola, spało, wylegując się blisko wody. Woleliście nie skończyć pod ich kopytami.

Shillen spoglądała na leżące przy wodzie zwierzęta i westchnęła, szepcząc cicho pod nosem: - Cholerne krówska, leżą przy samej wodzie, a liczyłam, że jak dojdziemy do rzeki to będzie można się wykąpać…

- Śmiało, chętnie zobaczę jak biegasz po Podmroku z gilami do kolan - syknął Oscar, a następnie zwrócił się do reszty. - Nie wiem jak wy, ale ja tu widzę okazję na solidny obiad. Jak się postaramy to może i na parę dni starczy. Uwędzimy je sobie… - rozmarzył się Skandyk.

- Robimy zakłady? - Eol podchwycił myśl wojownika - Każdy po trzy strzały, kto ubije największego? - wyszczerzył kły i przejechał po nosie językiem. Wizja pieczonej rothe wyraźnie do niego przemawiała.

- Mało życzliwy jesteś Skandi, dalej się obrażasz o ten głupi żart z sakiewką? - uśmiechnęła się niewinnie, po czym zwróciła się do Eola. - Idę na ten zakład.

Amira przyglądała się rzece z zaciekawieniem i pewnym rozmarzeniem. To miejsce było urokliwe nie tylko na standardy Podmroku cieszyła się więc chwilą spokoju kontemplując błysk wody skrzącej w świetle skrzydeł motyli zastanawiając się jaką plugawą sztuczkę maskują swą urodą.

- Eolu, uważaj, bo przyjmę twój zakład. Mogę je od razu... upiec - zachichotał czarodziej - zakład nie jest do końca fair - czarodzieja obok motyli, bardziej interesowała tama i możliwość jej przerwania. Uważnie taksował wzrokiem solidne kamienie i tajemniczą zaprawę.,

Amira zbliżyła się więc do czarodzieja przyglądając się temu dziwnemu kamieniowi następnie rozejrzała się po okolicy szukając wzrokiem jakiegoś innego kamienia tego rodzaju. Uważnie spoglądała pod nogi szukając jakiegokolwiek okrucha skały który ułatwiłby jej identyfikacje głazu a tym samym wskazał jego słabe punkty. Zaklinaczka wiedziała bowiem, że wygląd kamienia może sugerować jego słabe punkty.

Shillen nie zwracając uwagi na Amirę i czarodzieja, zamyślona dalej wpatrywała się w leżące zwierzęta. - A może by tak części z nich użyć jako zwierzęta juczne? - zapytała pod nosem, tak jakby bardziej siebie niż swoich towarzyszy.

Tholrak, który zdążył dołączyć do grupy, usłyszał słowa Shillen i kiwnął głową.

- Dobry pomysł. - skwitował. - Rothe to wytrzymałe bestie, sporo udźwigną. Jak już je połapiemy, Gulmur ich może pilnować. W naszej kompanii robił za dowódcę taborów, zna się na troczeniu juków i umie obchodzić się ze zwierzakami. Gulmur, pomóż Shillen - zakomenderował.

Elfka skinęła głową w podziękowaniu za to, że krasnolud się z nią zgadza. Wpatrywała się w niego trochę nieufnym wzrokiem, zastanawiając się znów skąd go zna. Po chwili jednak odwróciła wzrok i powiedziała. - Myślę, że przydałaby się też pomoc Anlafa, o ile oczywiście wszyscy zgadzają się na przerobienie tych rothe na naszych tragarzy. Nie wszystkich oczywiście, jeść też coś trzeba... - rozejrzała się po towarzyszach.

- Zgadzam się - rzekł cicho druid. - Jeżeli to zwierzęta hodowlane to nie powinny sprawić trudności o ile nie będziemy działać zbyt gwałtownie. Te tutaj są z pewnością oswojone z zapachem svirfneblin, a nie minęło aż tyle czasu by zdziczały. Stromfaście, czy ktoś z was zna się trochę na pasterstwie? Najprościej będzie się z nimi obejść tak jak macie to w zwyczaju. Możemy je spokojnie wyprowadzić w bardziej dogodne miejsce.

- Jesteśmy żołnierzami, nie pasterzami - odparł Stromfast, rozkładając bezradnie ręce. - Ale jeśli to nasze, pomożemy... Naszym zapachem - uśmiechnął się.

- Chodźmy zatem, poudawać pastuszków - odrzekł z uśmiechem Anlaf. - Myślę, że powinniście iść na przedzie dopóki się do nich nie zbliżymy. Jeżeli rothe wyczują najpierw Shillen lub mnie mogą się instynktownie poderwać do ucieczki. Podejdziemy zwyczajnym tempem. Bez zakradania się czy gwałtownych ruchów, żeby ich nie spłoszyć. Wejdziemy między rothe, okrążymy je i utworzymy trójkąt zamykając w nim zwierzęta. Shillen i ja będziemy na przedzie i wytyczymy kierunek wy zaś dopilnujecie by nasze stadko nie rozeszło się na wszystkie strony. Jak wszystko pójdzie dobrze to za parę chwil włączymy je do naszej kompanii. - Po tych słowach druid ruszył powoli w stronę bawoło-podobnych stworzeń.

Eol tylko wyszczerzył się, widząc podchody druida i kompanii. Wygodniej podparł kuszę i razem z Mavis ustawił się tak, by w razie niepowodzenia “pasterzy” mieć jeszcze szansę na ustrzelenie kilku co tłustych sztuk.

Shillen przytaknęła druidowi i zwróciła się do Rahnulfa, który chciał podążyć za nią - Stój! Zostań tu Rahnulf, raczej nam tego nie ułatwisz, a wręcz przyciwnie - poczochrała wilka po łbie i podążyła za Anlafem.

Rashad, któremu zbrzydła psująca się żywność spojrzał chciwie na stado rothe, oceniając czy ma do nich dobrą linię strzału z łuku:

- To zapas jedzenia, jak zabijemy choć jednego czy dwa nie umrzemy prędko z głodu, nawet ucztę możemy wyprawić… - po chwili spojrzał na tamę, zrobioną ze złowrogiego materiału. Musieli jakoś to zniszczyć.

Tholrak również przyglądał się tamie, starając się ocenić sposób jej budowy i wypatrzeć ewentualne słabe punkty. Doszedł do wniosku, że kamień musi pochodzić z tutejszych jaskiń, nie sądził bowiem, aby darakhulom chciało się targać budulec z drugiego końca świata. Jednak tajemnicza zaprawa spajająca kamienie nie kojarzyła mu się z niczym, co do tej pory widział.

Katon zerknął na wiszącą na plecaku jednego z krasnali linę, a jego bystry wzrok szybko natrafił również niewielki hak, dźwigany przez Tholraka. Elf spojrzał na tamę po drugiej stronie rzeki i podszedł do krasnoluda - widzę, że macie linę i kotwiczkę. Gdyby trzeba było sforsować rzeczkę, dałbyś radę przerzucić linę na drugą stronę i zaczepić o krawędź tamy? Można byłoby się dowiedzieć, jaka substancja spaja te kamienie i jak tą tamę zniszczyć - czarodziej nigdy nie widział takiego materiału, i już sama możliwość jego zbadania była dla elfa ekscytująca. Jednocześnie patrzył też na motyle, i wiedziony wskazówką gnomów, dokładnie rozglądał się po ścianach i suficie jaskini, aby sprawdzić, czy gdzieś nie ma śladów bytności wspomnianych przez gnomy Fomorian.

Tholrak popatrzył na czarodzieja, po czym skinął głową.

- Dobry pomysł - odparł, po czym rzucił komendę w języku Podmroku. Jego wojownicy odtroczyli zwoje lin od plecaków i podali je dowódcy. Gulmur oddalił się następnie w stronę rothe, przy których kręcili się już Anlaf i Shillen, Torrim zaś, który miał najlepsze pojęcie o technikach przetrwania, pomógł Tholrakowi związać linę. Długi zwój liny zakończyli mocnym węzłem, na którym umocowali hak wspinaczkowy. Tholrak wybrał punkt nieco oddalony od miejsca obozowania rothe i, ubezpieczany przez Torrima i Hulnara, podszedł w tym miejscu do brzegu rzeki, próbując ocenić odległość i siłę niezbędną do zarzucenia kotwiczki na tamę. Z tyłu za nimi trzymał się również Gundar.

Na sam widok intruzów, nawet znanych im gnomów, połowa stada rothe - ta wylegująca się najbliżej wody - wskoczyła na oślep do Laetan, aby popłynąć z jej nurtem, becząc ze strachu i zdziwienia. Wątpliście by rothy, uciekające na ślepo, mogły przetrwać długo w tunelach. Pozostało zaakceptować stratę i zająć się tymi, które nie były na tyle odważne albo na tyle wystraszone. Małe, krowopodobne stworzenia zamarły w bezruchu. Niewiele jednak brakowało, aby również zareagowały gwałtownie i rzuciły się do szalonego galopu w stronę rzeki. Tholrak musiał wstrzymać się ze swoim planem, aż sytuacja się nie uspokoi.

- Obyte z gnomami a płochliwe jak sarny - skomentował druid. - W sumie można się było tego spodziewać po stworzeniach mieszkających w Podmroku. Chyba przyjdzie nam uciec się do podstępu. Zaczekajcie chwilę - powiedział, po czym cicho zainwokował zaklęcie. Już po chwili między pozostałymi rothe zaczął unosić się przyjemny zapach świeżej trawy i porostów dobiegający jakby od strony Shillen i Anlafa.

Shillen uśmiechnęła się pod nosem - Hmm… ciekawy pomysł Anlafie. Miejmy nadzieję, że zadziała - powiedziała obserwując reakcję zwierząt na zaklęcie druida.

Głupie krowy - mruknął pod nosem Rashad odsuwając się odrobinę by dać Anlafowi pole do działania. Jednocześnie zaczął szukać wzrokiem rothe najłatwiejszego do ubicia dobrze wymierzoną strzałą z łuku, gotów do użycia swej mistycznej sztuki by w mgnieniu oka przywołać broń do rąk.

Bydłopodobne stworzenia stały jeszcze przez chwilę nieruchomo, sparaliżowane ze strachu, po czym rozluźniły mięśnie. Płochliwe z natury, uspokoiły się, jeden nawet polizał dłoń Anlafa. Dwa czy trzy stanęły przy brzegu rzeki i beczały za tymi, które uciekły na oślep. Rothe potrafiły przebyć niewiarygodnie wielkie odległości, więc rozdzielone stado mogło się jeszcze odnaleźć, choć zajmie to pewnie sporo czasu. Pozostałe pasły się wygodnie przy strumieniu.

Tholrak, wraz z Torrimem, Hulnarem i Gundarem, kontynuowali swój plan. Podeszli do brzegu rzeki. Krasnoludowie ocenili dystans, po czym kapitan zabrał się do roboty. Rozhuśtał hak i rzucił. Zanim doleciał do tamy, niespodziewanie jeden z motyli owinął się wokół niego i wystrzelił w linii prostej ku ginącemu w mrokach sklepieniu, jak przynęta wyciągnięta przez rybaka z wody. Khazadrugar krzyknął zaskoczony. Długi zwój liny z dużą prędkością prześlizgiwał się przez ręce krasnoludów, mknąc za hakiem, który już dawno znikł w ciemnościach.


- Trzymać linę! - ryknął Tholrak, odruchowo zaciskając odziane w skórzane rękawice palce na linie. Od tarcia konopnych zwojów o skórę aż dym poszedł z rękawic, ale Tholrak trzymał z całych sił, gotów raczej polecieć za liną pod sufit, niż puścić linę i pozwolić, by zniknęła w czeluściach Podmroku. Dobrze chociaż, że drugi koniec liny nadal był mocno zawiązany wokół sporego głazu leżącego u brzegu rzeki. Krasnolud nie wiedział jednak, jaką siłą dysponowało stworzenie, które chwyciło hak - sądząc po prędkości, z jaką lina wyślizgiwała im się z rąk, musiała być znaczna - wolał więc nie ryzykować zerwania, jakim mogło zakończyć się nagłe szarpnięcie liny po wybraniu całego luzu, i robił wszystko, co w jego mocy, by wyhamować wybieranie liny. Tuż za nim za linę chwycili jego podwładni, Torrim i Hulnar, a za chwilę dołączył do nich również trzymający się dotychczas z tyłu Gundar.

Katon chrząknął zdziwiony po czym zdjął z pleców łuk i wyjął z kołczanu jedną strzałę, na którą nałożył proste zaklęcie światła. Następnie naciągnął łuk i posłał strzałę wysoko, pod sam sufit jaskini, starając się dostrzec co próbowało ukraść im krasnoludzką linę.

Widząc, że druid poradził sobie ze stadem i z polowania nici, Eol przeniósł swoją uwagę na siłujących się z liną krasnoludów. Na jego paszczy wykwitł złośliwy uśmieszek, kiedy grupce karłów linia zaczęła stawiać niespodziewany opór. Owszem, mógłby pomóc im w siłowaniu się z niewidzialną przeszkodą, ale o wiele milej było patrzeć, jak jego rywal się męczy. Nie stracił jednak czujności i nie lekceważył zagrożenia - byli przecież w Podmroku, gdzie wszystko mogło być (i zwykle było) śmiertelną pułapką.

- Uwaga! Gotować kusze, cel sklepienie! - rzucił rozkaz, posyłając Mavis, żeby obiegła obóz z tym alarmem. Sam też wycelował w sufit swoją “machinę oblężniczą”, uważnie śledząc lot świetlistej strzały.

- Ha! Ani chwili nudy. - Skomentował Anlaf odwracając się do drowki - oby tylko nie narobili za dużo hałasu. Szkoda byłoby stracić resztę rothe. Mleko mogłoby być dobrą odmianą w naszym jadłospisie.

Drowka zaśmiała się lekko słysząc słowa druida - Cokolwiek by się nie stało, znamy się wszyscy na tyle długo, że wiadomo, że bez bałaganu się nie obejdzie - szturchnęła Anlafa łokciem.

Rozpoczęło się dzikie zmaganie. Więzy potwornych mięśni naprężyły się na sękatych ramionach khazadrugarów, gdy ci z głuchym pomrukiem zacisnęli dłonie na linie. Z twarzami wykrzywionymi z wysiłku i żyłami nabrzmiewającymi na skroniach zbliżali się powoli, acz nieubłaganie w stronę rzeki, szorując ciężkimi butami po twardym podłożu.

Cokolwiek ciągnęło linę ku górze, zdawało się posiadać niewyczerpany zapas sił. Wargi Tholraka wykrzywił szyderczy grymas, gdy sznur zatrzymał się w miejscu. Kapitan stał nieruchomo nad brzegiem wartkiej Laetan, tylko mięśnie jego ramion i szeroko rozstawionych nóg dygotały lekko.

Rothe odbiegły od strumienia, spłoszone, nie bacząc na Anlafa i Shillen, gotowe stratować każdego stającego na ich drodze. Umagiczniona strzała Katona pomknęła wysoko, oświetlając na kilka bić serca monstrualne, pokryte kaszakami głowy fomorian, ich płonące obco i wrogo żółte ślepia i ostre zęby, zgrzytające ze wściekłości. Na widok światła w oczach potworów pojawiło się niebotyczne zdziwienie. Giganci zniknęli za klifem, wciąż nie dając za wygraną khazadrugarom.


Tholrak, wciąż trzymając mocno linę, rzucił do swoich towarzyszy kilka komend w języku Podmroku, po czym uwolnił na chwilę jedna rękę i wykrzyknął to samo zaklęcie, którego użył przy konfrontacji z Eolem. Stojący parę kroków za nim Gundar uczynił to samo. Moment później oba krasnoludy rozrosły się do rozmiaru mniej więcej trzech metrów. Na znak dany przez Tholraka wszystkie krasnoludy po raz wtóry chwyciły linę najmocniej, jak mogły i szarpnęły ją ze wszystkich sił, jakby chciały ściągnąć podróżnikom na głowę cały strop jaskini.

- A niech to szlag! - zaklął Anlaf - chyba jednak będzie gorąco. Najlepiej im pomożemy zajmując się rothe. Shillen, spróbuję je nawrócić i wyprowadzić w bezpieczniejsze miejsce. Zawołaj Rahnulfa pilnujcie na tyłach, aby stado się nie rozpraszało. Wrócimy kiedy sytuacja się uspokoi. Stromfaście, dołączcie proszę do naszych. Mogą wkrótce potrzebować wsparcia waszych kusz. - Nie zwlekając dłużej druid pochylił się, a jego ręce zaczęły się wydłużać i porastać szczeciną. W końcu na ziemię opadły z impetem dwa masywne kopyta. Byk rothe natychmiast przeszedł w galop, a po chwili w szaleńczy cwał próbując wyprzedzić resztę zwierząt. Po czym wydał z siebie ryk jakby nawołujący resztę zwierząt i skręcił biegnąc wzdłuż rzeki.

Shillen odprowadziła wzrokiem zmienionego w byka Anlafa, po czym zagwizdała i zawołała - Rahnulf do mnie! - wilk leżący na ziemi zerwał się na dźwięk głosu swej pani i pobiegł za nią na tyły za spłoszonym stadem.

- Czy to kolejne giganty którym mamy udzielić lekcji?- Stwierdził Rashad, wymierzając łuk w miejsce gdzie pojawiły się obmierzłe łby, ale nic nie widział w ciemności na górze. - Potrzebujecie pomocy z tym bydłem? - Zawołał do Anlafa i Shillen.

- Anlaf raczej ci teraz nie odpowie! - drowka zawołała do Rashada wskazując na wielkiego byka rothe wyprzedzającego pozostałe - ale możesz pomóc mi pilnować tyłów!
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 10-11-2017 o 18:15.
Clutterbane jest offline  
Stary 10-11-2017, 07:35   #6
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Khazadrugarowie wciąż wygrywali! Fomorianie, którzy czaili się gdzieś tam na górze, zaczęli wciągać swe wędki. Zdradzieckie przynęty w kształcie lśniących nienaturalną purpurą motyli miała pozostąć w waszym zasięgu jeszcze przez zaledwie kilka bić serca. Tymczasem, mimo nieznajomości zachowań tych zwierząt, zmykające jak stado tchórzliwych zajęcy rothe zostały uspokojone przez występującego w roli psa pasterskiego Rahnulfa i zmiennokształtnego Anlafa. Ledwo to się stało, a na krawędź pogrążonego w ciemnościach klifu powoli wysuwała się karykaturalnie zniekształcona sylwetka siłującego się z Tholrakiem olbrzyma, który w ostatniej chwili poddał się i puścił linę, czując miażdżącą przewagę krasnoludów, powiększonych tylko im znaną magią do rozmiarów ogrów. Sekunda czy dwie dłużej, a gigant spadłby niechybnie w przepaść. Lina wraz z kotwiczką wpadła z głośnym pluśnięciem do rzeki i została wyciągnięta przez khazadrugarów.

Co robicie? Chcecie wykorzystać wciągane wędki jako swego rodzaju windę do góry i spuścić olbrzymom łomot? Zamierzacie poczęstować fomoriana stojącego na krawędzi klifu zaklęciami lub strzałami? Próbujecie przez metodę prób i błędów zrozumieć, z czego stworzono tamę? Zamierzacie przeprawić się lodowato zimnymi wodami Laetan ku Glimmerfell? Wycofujecie się z powrotem i ruszacie w stronę kopalni jadeitu? Robicie coś zupełnie innego?

Widząc, że Anlaf i Rahnulf uspokoili stado, Shillen wyciągnęła łuk i strzeliła w kierunku olbrzyma, z którym przed chwilą siłowały się krasnoludy.

Rashad, widząc że sytuacja z Rothe jest już opanowana, zdecydował się wspomóc Shillen, wysyłając swoje strzały w stronę widocznego olbrzyma. Kątem oka zauważył czego dokonały krasnoludy, wygrywając starcie w przeciąganiu liny i uśmiechnął się w wyrazie uznania.

- Ha! - huknął Tholrak, dysząc ciężko przez zaciśnięte zęby. - Daliśmy radę, chłopaki. Dobra zespołowa robota - skinął głową. Odpowiedziały mu przychylne pomruki podwładnych.

Odsapnąwszy nieco, krasnoludzki kapitan znów skupił swój wzrok na tamie majaczącej w oddali, po drugiej stronie ciemnych i nieco skołtunionych wód podziemnej rzeki.

- Dobra, rzucam jeszcze raz. Asekurować! - zakomenderował, po czym, sprawdziwszy, czy lina wciąż mocno trzyma się kamienia, do którego została uprzednio przywiązana, a krasnoludy dobrze pilnują luzu, rozkręcił kotwiczkę nad głową i silnym zamachem posłał ją nad widoczną w oddali budowlę.

- Uwaga, fomory - Katon krzyknął ostrzegawczo jednocześnie gestykulując już zaklęcie, pozwalające mu przenosić się na chwilę do płaszczyzny eterycznej, w której byłby całkowicie bezpieczny przed atakami monstrualnych potworów.

Elfy pamiętały czas kiedy fomorianie byli jedną z najpiękniejszych ras, posiadającą błyskotliwe umysły i niezrównane zdolności magiczne. Ta fizyczna doskonałość nie dotyczyła ich serc, które były pożerane przez żądzę władzy i mocy. Fomorianie próbowali podbić Baśniową Dzicz i zniewolić jej mieszkańców, twierdząc że magia innych istot jest ich własnością. Po zjednoczeniu się istot fey w obronie swego królestwa, fomorianie nadal walczyli, przez co zostali obłożeni straszliwą klątwą. Jeden po drugim ci giganci upadali, a ich ciała były wypaczane na obraz zła gnieżdżącego się w ich sercach. Pozbawione wdzięku i magicznej mocy, te nikczemne okropieństwa uciekły od światła, zagłębiając się głęboko w czeluście świata, aby pielęgnować urazę i nienawiść. Przeklinają swój los do dzisiaj, kreśląc plany zemsty na mieszkańcach Baśniowej Dziczy za krzywdy jakie doświadczyli.

Amira głośno westchnęła, widząc że ci idioci znowu wdają się w niepotrzebną walkę. Niestety nie pozostało jej nic innego jak im pomóc. Wstała więc z kamienia na którym odpoczywała, otrzepała suknię z kurzu i jednym gwałtownym ruchem wysłała w stronę Fomorian zabójczą kulę ognia.

Drowka widząc, jak Amira rzuca kulę ognia zagwizdała. - No to będą niezłe fajerwerki - rzuciła, po czym wyszczerzyła zęby w uśmiechu w stronę towarzyszki.

Oscar szył z łuku ramię w ramię z Shillen i Rashadem, lecz gdy zobaczył jak sklepienie rozświetla czar Amiry, zamarł na chwilę w bezruchu. Pamiętając jak skończyło się ostatnie użycie takiego zaklęcia przez Katona, odskoczył gwałtownie do tyłu i krzyknął:

- Kompania, chodu!

Eolowi też nie trzeba było dwa razy powtarzać ostrzeżenia. Składał właściwie usta do okrzyku “Ognia!” by wzorem reszty drużyny dorzucić do lecących w powietrzu pocisków jeszcze swoje i gnomie bełty, ale pędząca ku sklepieniu kula ognia skutecznie zmieniła jego pomysł. Tak więc po pierwszej sylabie “O” język mu się trochę zaplątał, ale zdołał wykrzyknąć:

- ODWRÓT! - i cofnąć się samemu, ile się da, zasłaniając się przed ewentualnymi odłamkami wysoko uniesioną tarczą. Powalczyć z fomorianami chciał - ale też chciał mieć czym. A z pogrzebanymi pod gruzami resztkami gnomiej armii mogło to być trudne.

Fomorian uszedł z życiem! Pierwsza strzała Rashada minęła giganta, ale grot drugiej wbił się w jego garb, pokryty nienaturalnie twardą skórą. Jednak gigant ani najcichszym jękiem, ani nawet drgnięciem choćby jednego mięśnia czy powieki nie zdradził bólu.

Oscar, Eol i gnomy wycofali się, robiąc miejsce dla Shillen i Amiry, której ognista kula strzeliła kaskadą iskier. Straszliwe konwulsje wstrząsnęły skałą. Dziesiątki drobnych, skalistych odłamków posypały się do rzeki. Anlaf uspokajał podrażnione wybuchem rothe. Shillen, ze strzałą na cięciwie, jęła w górze wypatrywać olbrzyma, jednak bezskutecznie. Znalazła tylko dudniący echem śmiech, pełny okrutnego cynizmu i drwiny.

- Mają już trzy powody, by nam deptać po piętach - powiedział zbladły Stromfast do Eola. - Pragnienie zemsty, łaknienie magii i wrodzone, sadystyczne okrucieństwo.

Chwilę później niezachwiany fomoriańskim rechotem Tholrak przerzucił na drugą stronę rzeki linę, osadzając kotwiczkę w kleistej, czarnej substancji spajającej kamienie tamy. Tym razem obyło się bez przeszkód. Krasnolud sprawdził stabilność sznura. Był wystarczająco napięty.

Co robicie? Czy któryś z was zamierza przeprawić się po linie na drugi brzeg? Ciężko określić, czy skały nad rzeką nie osuną się po eksplozji, a błąd mógł was kosztować życie. Czy zamierzacie jakoś zapobiec ewentualnemu pościgowi fomorian? Wyprawa na ich legowisko może was kusić, gdyż fomory zamieszkują zwykle najpiękniejsze i najżyźniejsze części Podmroku. Podejmowane przez was działania były bardzo hałaśliwe. Co robicie, aby uchronić się przed niepożądanymi ciekawskimi? Mogą nadejść z każdej strony.

- Musimy przejąć inicjatywę! - Eol wychylił się zza tarczy i znów złapał do ręki kuszę - Osłonimy was z brzegu kusznikami, niech grupa uderzeniowa idzie naprzód. Kiedy osiągnięcie brzeg, zamieniamy się rolami. Jak ich teraz nie wytłuczemy, na pewno po nas wrócą. A stąd nie ma innej drogi, niż naprzód.

Magiczni rycerze zaczęli zajmować pozycje na brzegu rzeki. Do Laetan jeszcze przez chwilę nie przestawały się sypać drobniejsze odłamki skały. Czujny Rahnulf śledził je wilczym wzrokiem i wydawał krótkie, głuche warknięcie, gdy jakiś większy kawałek z pluśnięciem niknął w ciemnych wodach rzeki, odbijał się od tamy lub lądował u gnomich stóp.

Tholrak spojrzał na Eola trzeźwym wzrokiem, po czym skinął głową.

- Zgoda. Osłaniajcie nas. - odparł. Odwrócił się do swoich żołnierzy i w języku Podmroku wydał im dyspozycje. Pierwszy iść miał Torrim, za nim Tholrak, za Tholrakiem kolejno Hulnar, Gundar i Gulmur. Tyle przynajmniej zrozumieli przysłuchujący się komendom Tholraka awanturnicy. Gdy tylko przebrzmiały słowa kapitana, khazadrugarscy legioniści ustawili się w ustalonym porządku i asekurując się liną, jeden po drugim zaczęli przekraczać rzekę.

- Anlaf, który wrócił już do swojej ludzkiej formy patrzył na walkę z coraz większym niepokojem. - Tyle hałasu… - pokiwał głową - zaraz zleci się tu pół Podmroku. - Pogłaskał jedno z rothe spoglądając na krawędź klifu. - Już… zaraz zrobi się spokojniej - po czym ruszył trochę bliżej przygotowując zaklęcie.

Shillen zwróciła wzrok w kierunku rozdrażnionego spadającymi odłamkami wilka, po czym gwizdnęła przywołując zwierzaka do siebie. Widząc khazadrugarów przekraczających rzekę, postanowiła wspomóc oddział Eola w osłanianiu ich.

- Niestety, magia bojowa jest hałaśliwa - Rashad wzruszył ramionami. - Jeżeli chcecie, możemy równie dobrze ścigać te olbrzymy, daliśmy radę jednym gigantom, damy i drugim... - Naciągnął łuk, by również osłaniać przekraczające rzekę krasnoludy. Rozglądał się nerwowo dookoła, ten przeklęty wszechobecny mrok utrudniał działania, jego magiczne światło nie było wystarczające by rozświetlić całą jaskinię. - Ja i Amira przejdziemy po oddziale Tholraka. - Zaproponował.

Amira w milczeniu kiwnęła głową, po czym otrzepała się z kurzu i ustawiła w dogodnej pozycji. Nie była zadowolona, miała bowiem nadzieję, że uda jej się wyeliminować przynajmniej jednego Fomora. Zajęła dogodną pozycję, obserwując co dzieje się za plecami drużyny.

Torrim przeszedł po linie nad bystrym nurtem, wspiął się na tamę i stanął na jej szczycie z przygotowaną kuszą, klnąc na kleistą, czarną zaprawę zapory, która oblepiła jego buty i rękawice. - Czysto! Po drugiej stronie tamy tylko błoto i martwe ryby! - krzyknął przez szum rzeki. Tholrak ruszył jako drugi.

Zaskoczenie i prędkość, z jaką potoczyły się dalsze wydarzenia, oszołomiły was. Ogromny ciemny kształt zleciał jak kamień wprost na krasnoluda, jednak straszliwy grad przygotowanych strzał i zaklęć położył go trupem jeszcze zanim uderzył w taflę wody tuż obok kapitana, opryskując was lodowatą wodą. Czymkolwiek był, zniknął w ciemnej otchłani.

Zanim pojęliście, co się właściwie stało i z czym macie do czynienia, na Tholraka spadło drugie nieszczęście, tym razem porywając go pazurzastymi kończynami pod nieprzeniknioną wodę zanim ten zdążył nabrać powietrza do płuc. Fala okrutnego zimna zmroziła umięśnione członki khazadrugara. W podwodnych ciemnościach zabłysły oczy quaggotha gorejące jak ślepia polującej bestii, o spojrzeniu bystrym, złym, pełnym bezbrzeżnej nienawiści...

Z czarnej rzeki wychylił się potworny, gadzi łeb krokodyla, w którego został magią zmieniony Hulnar, jeden z żołnierzy Tholraka. Spodziewaliście się, że pomiędzy zakrzywionymi, wygiętymi do tyłu kłami ujrzycie khazadrugarskiego przywódcę. Niestety tak się nie stało. Poddany polimorfii krasnolud smagał wściekle ogonem, czekając aż Amira odczyni urok.

Po Gundarze, którego Katon przeobraził w niedźwiedzia polarnego, nie było ani śladu. Staliście sparaliżowani strachem. Ściskaliście broń jakby w obawie, że ciemność może przybrać namacalny kształt i skoczyć wam na plecy. Wasza wyobraźnia zaludniała mroki podziemi groźnymi kształtami. Stojący po drugiej stronie rzeki Torrim spojrzał na linę, a potem w górę.

- Na Asmodeusza! Prędzej zjem własną zbroję niż przejdę po tej linie drugi raz.

Co robicie? Przeprawiacie się na drugi brzeg? Wycofujecie się w stronę jadeitowych kopalni? Próbujecie zniszczyć tamę za pomogą magii?

Widząc, że wszystkie akcje mające na celu ratowanie Tholraka spaliły na panewce Shillen krzyknęła do towarzyszy: - Nie pomożemy im już! Olejmy tą tamę i wycofajmy się zanim wszyscy zgniniemy!

- Co to za defetyzm! - huknął Eol, wodząc wzrokiem po tafli wody w próżnej nadziei, że potwór, który porwał krasnoluda, wystawi łeb na powierzchnię i będzie można go ustrzelić z kuszy. - Ofiara naszego towarzysza nie może pójść na marne! Musimy go pomścić i wymierzyć sprawiedliwość tym bestiom! A skoro krasnoludy są TCHÓRZAMI BEZ HONORU, to smokowcy i gnomy poprowadzą natarcie! - zadeklarował, oceniając szanse na przedostanie się na drugi brzeg po zdradzieckiej linie.

- Wielkoduszny bohater się znalazł - syknęła drowka w stronę smokowca - jeszcze niedawno o mało nie skoczyliście sobie do gardeł, a teraz nagle chcesz go pomścić? To śmiało, ładuj się na linę i zasuwaj.

Amira wzruszyła ramionami. Naprawdę nie rozumiała tych ludzi. Gdzie oni widzą problem? Po czym odezwała się. Zastanawiała się jakie skarby mogą posiadać fomorianie.

- Przeprawianie się po linie przez rwącą rzekę to głupota. Bardziej efektywne będzie wykorzystanie w tym celu nawet krótkowzrocznego krokodyla.

- Wybacz mój drogi, ale zanim cię odczaruję będę musiała prosić cię o podwózkę. Jeżeli chcesz odzyskać swojego dowódcę, powinieneś nie marudzić tylko nas przewieźć na drugą stronę, a jeżeli nie, to możesz nam zawsze towarzyszyć w drugą stronę. Amira nie była bardzo współczującą osobą, a Tholraka nawet nie znała.

Rashad z niepokojem rozejrzał się, próbując bezskutecznie zlokalizować przeciwnika lub Tholraka, który w mgnieniu oka zniknął w odmętach. Ta wszechobecna ciemność… ale przecież nie zostaliby przywróceni w cudowny sposób do życia tylko po to by ponieść taką klęskę jaka spotkała ich na Planie Ognia, prawda? - Próbował znaleźć otuchę w myślach.

- Naszym głównym teraz celem był chyba zniszczenie tamy, może z bliska będzie to prostsze?

- Jeżeli polecą kolejne kule ognia to nie wiem, czy dobrym pomysłem jest przebywanie przy samej tamie - powiedziała sceptycznie elfka.

Katon widząc wysiłki towarzyszy szukających krasnoludzkiego dowódcy w ciemnej toni począł nakładać proste zaklęcia światła na podnoszone z brzegu kamienie, które następnie wrzucał do rzeki, aby nieco rozświetlić ciemną czeluść wody. Następnie wskazał krokodylowi oświetloną w ten sposób rzekę.

- To jak przechodzimy na drugą stronę czy wycofujemy się z Rothe? Podobno tu dowodzisz, kapitanie? - Rashad zwrócił się do Eola z ironicznym półuśmiechem.

- Myślę że zapas żywności dobrze by było zabezpieczyć… może Amira albo Katon mogliby też zobaczyć czy kule ognia mogą uszkodzić tamę?

- Może nie przechodźcie jeszcze… jeśli tych potworów pod wodą jest więcej… może z Amirą spróbujemy najpierw uderzyć w tamę czarami? Proponuję zacząć od najprostszych, potem stopniowo przechodzić w mocniejsze - Katon zamierzał najpierw rozpalić na szczycie tamy ognisko za pomocą prostej sztuczki, aby sprawdzić czy w ogóle ima się tego ogień. Potem w planach miał jeszcze próbę uchwycenia jakiejś części tamy lodowatym dotykiem, a spróbowanie, czy jakiś świecący obiekt nie uszkodzi tamy.

Wszystkie wysiłki Katona przynosiły marny efekt. Tholrak i bestia, która go porwała, musieli popłynąć nurtem i z każdą sekundą byli coraz bliżej zatopionego Glimmerfell. Ani ciepło, ani zimno emanujące z prostych zaklęć nie zdawało się wywierać wpływu na tamę. Jednak rzucony w zaporę kamień oświetlony magicznym światłem sprawił, że czarna substancja drgnęła nieznacznie w jednym, niewielkim punkciku, a może wam się tylko tak wydawało, bo byliście spragnieni jakiegokolwiek sukcesu jak wody na pustyni.

- Strzelę ci w łeb, jak coś we mnie trafi - pogroził elfowi stojący na szczycie tamy Torrim. Próbujecie dalej wskórać coś zaklęciami czy robicie coś innego?

Druid stał w milczeniu przyglądając się sceptycznie eksperymentom elfa. Kiedy jednak proste zaklęcie światła spowodowało niewielki efekt otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. - Wy też to widzieliście? Coś tam się chyba poruszyło. Katonie, masz łeb nie od parady! - Zawołał z uznaniem do czarodzieja, po czym podrapał się w zamyśleniu po brodzie. - Jak chcesz spróbować ze światłem to mam coś większego na taką okazję. To samo zaklęcie, które rzuciłem w tunelu z koboldami. Myślę, że zanim rozjaśnię tamę powinniśmy się jakoś przygotować na ewentualne... rezultaty.

Torrim po litanii przekleństw przeszedł z powrotem po linie na waszą stronę. Wtedy, z najwyższą ostrożnością, pozwoliliście Anlafowi czynić jego cuda. Jasne, czyste promienie oblały swym blaskiem zaporę. Czarna substancja ohydnie bulgotała, jednak ten syczący bulgot był tylko odległą zapowiedzią ustąpienia tamy. Biel zaś powoli przygasała jakby wsysana w czarną otchłań. Wnet zdaliście sobie sprawę, że maź ta była mrocznym wytworem płaszczowców, którzy przybyli do Podmroku z odwiecznych ciemności Planu Cieni. Aby ją rozproszyć i zwalczyć, potrzebowaliście więcej podobnego światła. Anlaf - rzucasz kolejne zaklęcia?

- Anlaf, to działa! Potrzeba więcej światła - Katon ponownie zdjął z pleców łuk i nakładając zaklęcie światła na pociski, posyłał je w stronę tamy, starając się skupiać trafienia w taki sposób, aby zwiększyć szansę na powstanie jakiegoś większego pęknięcia.

Shillen w czasie gdy Anlaf i Katon posyłali w kierunku tamy świetlne pociski, przysiadła i w skupieniu starała się wykryć czy w okolicy oprócz wcześniej napotkanych fomorian i quagotthów nic innego się na nich nie czai.

Druid odsłonił zęby w szczerym uśmiechu - Haha! Załatwmy więc to ustrojstwo i uwolnijmy rzekę. - Nie czekając dłużej powtórzył zaklęcie ze zdwojonym entuzjazmem. Tym razem wycelował jednak dokładnie w miejsce, w które czarodziej raz po raz wypuszczał zaklęte strzały.

Shillen wyrwała się ze skupienia, jednak nie chciała przeszkadzać rzucającym zaklęcia towarzyszom. Chcąc jednak przekazać informacje na temat tego co udało jej się odkryć zawołała Oscara - Ej Skandi, choć tu na chwilę...

Anlaf czuł jak powoli zaczęła go wypełniać moc zaklęcia. Nie doświadczył tak słabego przepływu energii od czasu, gdy był jeszcze uczniem w Dolinie Starożytnych. Jakby cały Podmrok buntował się przeciw światłu. Jednak w tym szaleństwie tkwiła metoda, gdyż na tamie pojawiła się kolejna drobna nieszczelność. Gdyby zostawić teraz zaporę samą sobie, było to kwestią dni, zanim cała pęknie. Wolicie opuścić w międzyczasie to miejsce i zająć się czymś innym, czy kontynuujecie?

Mimo iż zaklęcie wciąż nie spowodowało pęknięcia tamy druid nie miał zamiaru ustępować. “W końcu po to tu przyszliśmy” pomyślał. Zdeterminowany by całkowicie zniszczyć potworną budowlę rzucił czar po raz ostatni. - No ruń że wreszcie! - zakrzyknął ze zniecierpliwieniem.

Tama pękła! Czarna substancja ustąpiła pod napływem czarodziejskiej bieli, a zapora obróciła się w stertę kamieni, którą wnet rozmyła woda z hukiem wpływająca do dawnego koryta rzeki Laetan. Również tama w sercach gnomów pękła, po ich brodach popłynęły łzy. Magiczni rycerze wznieśli głośne wiwaty. Udało się!

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 10-11-2017 o 07:44.
Clutterbane jest offline  
Stary 14-11-2017, 16:56   #7
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
- Ha! I o to chodzi! Grzeczna tama! - zawołał z satysfakcją Anlaf.

- Gdyby druidzi zapisywali swoją sztukę na papierze… ach, gdyby choć na chwilę móc pobawić się mocą ziemi i przyrody… - rozmarzył się głośno Katon i uśmiechnął się do Anlafa. - Twoje zaklęcia musiały przeważyć, wielka jest moc światła powierzchni. Stworzenia mroku muszą mieć się przed tobą na baczności przyjacielu - elf kiwnął do Anlafa z uznaniem i zaczął podsumowywać ich dotychczasowe dokonania. Czarodzieja rozpierała duma i, choć straty, które jak zwykle ponieśli, były wciąż duże, co nieco chłodziło jego entuzjazm, to patrząc na lśniące od łez policzki sfirvnebli elf nie mógł nie cieszyć się z tego niewielkiego zwycięstwa nad potworami Podmroku. Jednak zagrożenie nie zostało jeszcze całkowicie wyeliminowane, a potworów właściwie nie trzeba było daleko szukać.

-Teraz fomory. Kapitanie Eol, jakie widzicie szanse na zlikwidowanie tego gniazda potworów nad tą rzeczką? Oskar? Rashad? Jakieś pomysły? Tama była wyzwaniem magicznym, tu potrzeba głów znających się na wojaczce - czarodziej spojrzał z nadzieją na swoich wprawniejszych w boju towarzyszy.

- U fomorian znajduje się tuzin orków, jeden goblin i trzy quaggothy - wtrąciła Shillen. - Za to dwie mile stąd znajduje się grupa ponad stu troglodytów. Może udałoby się połączyć z nimi siły? - wskazała ręką w kierunku prowadzącym do troglodytów.

- A skąd mamy pewność, że zechcą z nami paktować? Jeśli wywiąże się walka, osłabiamy się bardziej. Marsz też zajmie chwilę. Przyniesienie troglodytom głów quaggothów w darze i jako symbol naszej siły będzie lepszą pozycją do negocjacji! - Eol spojrzał na stojących obok krasnoludów, potem na płynącą wodę - Musimy pomścić Tholraka. Albo wydobyć z tych bestii wieści, gdzie mógł porwać go nurt i quaggoth. Czas gra na naszą niekorzyść, więc mówię, by wykąpać nasze miecze we krwi już teraz!

- Ha, wspaniale Anlafie, twoja magia jest potężna! - Rashad poczuł ulgę, jego ponure myśli wydawały się ustępować kiedy mistyczne światło druida rozproszyło mrok. Miał swoje zatargi z druidem, ale musiał przyznać, że jego moce były niezwykle przydatne.

- Proponuje dobrze przemyśleć nasze następne posunięcia, w Podmroku roi się od wrogów. Możemy udać się do Glimmerfell, tam chyba nurt porwał Thorlaka. Może tam można by zostawić Rothe. Myśleliśmy też o odwiedzinach w Ylesh Nahei, prawda?

- Jeżeli moglibyśmy niewielkim kosztem pozbyć się tych plugawych fomorian, to zróbmy to. Nie wiem czy ci troglodyci są ich wrogami. Czy wiecie coś o nich, jeśli to plemię troglodytów nie przybyło z daleka, to pewnie ich znacie, można się z nimi dogadać? - Rashad zwrócił się w stronę gnomów. - I co sądzicie o naszej sytuacji?

- Troglodyci? - gnom Dralald wzruszył ramionami arogancko. - Walczyłem już z troglodytami. Widzisz ten niebieski płomień? - Dralald wskazał w stronę tunelu prowadzącego do troglodytów, który po zniszczeniu tamy był lepiej widoczny. - Siarka tak płonie. Ogień miga, przesłaniany przez kłęby dymu. Śmierdzą jak legowisko gnilnego pełzacza. Nie będziemy nic widzieć ani mieli czym oddychać, choć Anlaf pewnie znalazłby sposób i na te trudności - powiedział ze szczerym szacunkiem do cudotwórcy, który już drugi raz uratował svirfneblinów. - Osobiście wolałbym zobaczyć dom, jeśli mam okazję. Jestem prostym żołnierzem, nie strategiem - zaproponował beztrosko. Cały Dralald. Arogancki i beztroski.

- Zgadzam się, że powinniśmy zabezpieczyć Glimmerfell, ale na razie nie mamy przejścia, musimy poczekać aż poziom wód się obniży… - wtrącił Rashad.

Gulmur walił zawzięcie krokodylim ogonem w kostkę Amiry, czekając aż ta odczyni urok. Jego kompan uznał to za odpowiedni moment do zabrania głosu:

- Ufam, że zachowacie się bohatersko i znajdziecie sposób na uratowanie naszego kapitana, człeczyno. - powiedział szczerze Torrim do Rashada. - Chyba że chcecie tu zostać i pozwolić mi, żebym sam się zajął fomorianami - rzucił kiepski, krasnoludzki dowcip. Dralald zaczął poprawiać mosiężną obręcz, jaką nosił na ramieniu, by ukryć zdenerwowanie. Wolał ujrzeć Glimmerfell niż rzucać się do misji ratunkowej.

Amira zaklęła pod nosem gdy wytrącona z równowagi puściła czar.

- Do dwustu tysięcy zardzewiałych, połamanych żelaznych gwoździ! - krzyknął wściekle Gulmur. - Będąc tym krokodylem widziałem tyle, co menda we włosach łonowych starej Heringis! Nie trafiłbym nawet na purpurowego robala! Przydatna ta wasza magia jak łysej babie grzebień! - splunął pogardliwie.

- Shillen dasz radę śledzić swą zdolnością naszego nowego towarzysza i powiedzieć czy udaje się on do Glimmerfell czy biorą go do tych wędkarzy na górze? - zapytała mając nadzieję, że uda się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Beczkowata pierś Torrima trzęsła się ze śmiechu na widok oburzonego Gulmura. Również Hulnar nie mógł powstrzymać się od śmiechu, widząc, jak ogromne, okrągłe uszy rozjuszonego khazadrugara stawały się czerwono-fioletowe ze wściekłości.

- Więcej wiary w magiczne zdolności naszych nowych kompanów, bracie. - rzekł Hulnar.

Amira spojrzała mu w oczy po czym zapytała cicho szepcąc mu do ucha
- wiesz że krokodyl do nie jest najgorsza rzecz w którą mogę Cię zmienić? Po czym zwŕóciła się w stronę elfki.K Gulmur musiał zdać sobie sprawę, co może go czekać, jeśli dla odmiany zdenerwuje magiczkę, bo wyraźnie się uspokoił, choć jeszcze dobrą chwilę mielił w ustach wypowiadane w języku Podmroku przekleństwa, wywołując co chwila uśmieszki słuchających go pobratymców.

- Jeśli moja zdolność mnie nie myli... - drowka zwróciła się do Amiry - to nasz nowy towarzysz zmierza w kierunki fomorian. Co oznacza, że jeśli chcemy go odnaleźć to musimy się trochę powspinać… i “porozmawiać” sobie z tuzinem orków.

- Co to jest tuzin! - prychnął Eol, spoglądając na tamę - a raczej jej resztki. Druid miał ślepy fart, ot co, ale widok robił wrażenie. - To będzie jak rozgrzewka przed kolacją. Wydębimy od tych plugawców co trzeba, może wiedzą też co o Glimmerfell... a potem ruszamy do domu. Waszego domu! Nawet woda zdąży trochę opaść. - wyszczerzył kły do gnomów, których radość z odblokowania drogi do miasta była trudna do niezauważenia.

- Właśnie! - przytaknął Hulnar Eolowi. Khazadrugar śledził rozmówców dużymi, ożywionymi oczyma. Wydawał się zarazem ponury i podekscytowany. - Najpierw dopadniemy fomorian, a później wrócimy tutaj śladem zmasakrowanych przez nas ciał i udamy się do Glimmerfell.

Rashad przeszedł spojrzeniem po sojusznikach i członkach drużyny, zastanawiając się czy przychylić się do prośby duergarów i ratować Tholraka. Nie znał kapitana duergarów na tyle długo by jego los go obchodził, a fomorianie byli groźnymi przeciwnikami... z drugiej strony wsparcie mrocznych krasnoludów w walce z ghulami mogło być przydatne (dogadywali się oni ze svirnebli, w przeciwieństwie do drowów), a w siedzibie fomorian mogły się znajdować znaczne skarby...

- Pokonanie fomorian i uratowanie Tholraka było kolejnym sukcesem naszej wyprawy… musimy jednak to dobrze zaplanować. Zastanawiam się czy jest możliwość ich zaskoczenia. - Rashad przypomniał sobie relację Amiry jaką klęską zakończyła się próba odbicia jego i Minervy z Wiecznej Kuźni…

Shillen nagle wyłączyła się z rozmowy. Wpadła na nowy pomysł. Skupiła się jeszcze raz na swoich nadnaturalnych zmysłach, próbując zlokalizować nie tyle Tholraka, co towarzyszącego mu khazadrugarskiego kapelana, który, przemieniony przez Katona w polarnego niedźwiedzia, rzucił się w pościg za kapitanem i przepadł jak kamień w wodach rzeki. Wyczuła jego wątłą, gasnącą obecność wzdłuż Laetan. Jeśli chcieliście go uratować, musieliście się spieszyć!

- Kapłan żyje? Jak nie jest w legowisku fomorian, to wpierw jego uratujmy! - Stwierdził Rashad, gotów niezwłocznie podążyć w kierunku, który wskazała Shillen. Na dźwięk głosu szlachcica głowy khazadrugarskich wojowników jak jeden mąż zwróciły się ku niemu, a Torrim mocniej zacisnął ręce na kolbie kuszy.

- A potem możemy zająć się albo fomorianami, albo iść do Glimmerfell, kwestia tego co będzie najbardziej opłacalne. Ciekawe, kiedy ta woda opadnie. Spróbuję utrzymać zaklęcie jeszcze przez jakiś czas, a ty Shillen pilnuj tego misia. Przynajmniej nie utonie i nie zmarźnie - Katon obserwował przez chwilę obniżający się nurt starając się oszacować, ile mają czasu zanim woda całkowicie spłynie.

Shillen przytaknęła elfiemu czarodziejowi, po czym dalej skupiając swe nadnaturalne zmysły, starała się nie stracić zamienionego w niedźwiedzia z “radaru”. Eol też podjął ten wątek - w końcu o jednym z krasnoludów było coś wiadomo, w przeciwieństwie do zaginionego kapitana. Lepiej było iść tym śladem, który było widać, a smokowcowi zależało na jakimś szybkim sukcesie. Wydał kilka szybkich rozkazów i po chwili gnomia kompania była gotowa do wymarszu za wskazaniem drowiej łowczyni.

Khazadrugarskim wojownikom nie trzeba było dwa razy powtarzać rozkazu. Dołączyli do gnomów, bacząc, by iść raczej w pierwszych szeregach, niźli w ostatnich. Każdy dzierżył odbezpieczoną, gotową do strzału kuszę, a bojowe topory zatknięte za pas lśniły w bladym świetle pochodni, zdradzając niebywałą ostrość wielokrotnie szlifowanych krawędzi. Ich zacięte miny i groźne spojrzenia wieszczyły śmierć każdemu, kto ośmieliłby się raz jeszcze podnieść rękę na ich dowódców.
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 14-11-2017 o 16:59.
Clutterbane jest offline  
Stary 18-11-2017, 18:15   #8
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Wreszcie ruszyliście osuszonym korytarzem i, kierowani nadnaturalnymi zmysłami Shillen, stanęliście przed szerszym niż wyższym wejściem do pobocznej jaskini. A raczej czterdzieści stóp pod nim, gdyż brnęliście samym dnem Laetan. Brązowe błoto pokrywało całe wasze buty. Pionowe ściany koryta rzeki były śliskie od wody. Kamienie wokół wylotu groty lśniły zielono, blaskiem jakiś świecących grzybów. Wielki krab, rozmiaru dwukolistego wozu, którego skorupę porastała kolonia grzybów o czerwonych kapeluszach, popatrzył na was obojętnie i ponowił próbę dostania się w to miejsce, które i was interesowało.

Co robicie? Jak planujecie się dostać do wejścia? Zamierzacie pomóc krabowi, ignorujecie go czy chcecie wykorzystać fakt, że jest osamotniony i się go pozbyć?

- Anlafie! - krzyknął Oscar - Ten twój fruwający przyjaciel nie mógłby zerknąć w tę wnękę? Chyba że znowu zagadkami będzie walił, to go pierdzielę i sam sobie tam wejdę.

- Wino? - Noriflist zapytał obojętnie. W bukłakach została wam już sama woda. Może w Glimmerfell by się coś znalazło?

- Wino, srino! - Skandyk przedrzeźniał Noriflista. - Gdzie to w ogóle ma żołądek?

- A Skandi jak zwykle pcha się do każdej dziury - zażartowała Shillen, po czym zwróciła uwagę na wielkiego kraba. Może wobec ludzi nie odczuwała zbyt wielkiej empatii i współczucia, ale w przypadku zwierząt było inaczej. - Hej Anlaf, pomożemy mu? - wskazała na bezradnie gramolącego się skorupiaka.

- Nie mamy zbytnio czasu by ratować monstrualne zwierzęta, chyba że Anlaf namówìłby go by nas podsadził… - Rashad spojrzał nieco niepewnie na wnękę, nie był zbyt mocny w wspinaczce choć liny przecież mieli.

- Nie mamy też czasu wejść w kolejną zasadzkę. - Eol wyciągnął szyję w kierunku otworu, węsząc w powietrzu. - Jeśli to... coś - wskazał ruchem brody na kraba - ... nie zaatakuje nas przy próbie pomocy, niech idzie sobie przodem. Wygląda tak, jakby mogło dać radę oczyścić nam drogę w razie problemów. A przynajmniej wypłoszyć jakieś mniejsze potworki z korytarza.

- Raz muszę się z tobą zgodzić gadzie, ale tylko z tym, że on może nam pomóc - drowka spojrzała w kierunku skorupiaka - Nie sądzę żeby jego mało udane próby wejścia do tej wnęki były jakąś pułapką. - To co Anlaf, powtórka z rozrywki? - uśmiechnęła się do druida - tylko już bez przemiany w wielkiego byka.

Kiedy tak dywagowaliście krab znowu podjął karkołomną próbę wspinaczki. Nie potrwała długo. Upadł na cienką, młodą skorupę. Całe szczęście, że w błoto, a nie na skaliste podłoże. Leżał tak nieruchomo, ale po chwili odwrócił się i był gotowy do kolejnego podejścia. Był bezmyślny, ale nie bał się ryzykować.

Shillen zaśmiała się widząc przewracającego się kraba - Mało mądry, ale uparty i wytrwały. Może nazwiemy go Oscar? - wyszczerzyła zęby w stronę skandyckiego wojownika.

Kolejne buch! Tym razem krab ugrzązł w błocie naprawdę beznadziejnie. Oscar, Shillen, Eol i Anlaf wytarli twarze opryskane rzecznym mułem. Przerażony stawonóg zaczął machać odnóżami w powietrzu, a szczypce odezwały się rytmicznym klekotem: klang-klang, klang-klang...

Drowka podeszła ostrożnie do miotającego się zwierzaka i próbowała go uspokoić. Zwróciła się do swoich towarzyszy - Sama nie dam rady go odwrócić, a nawet jeśli nie chcemy go wziąć ze sobą, to leżąc tu i machając tymi szczypcami będzie nam zawadzał w wejściu na górę. Pomóżcie mi go odwrócić.

Skandyk pokręcił tylko głową, podszedł do zwierzęcia i zaparł się o skorupę, próbując przewrócić go z powrotem na nogi.

- Tylko patrz, gdzie macha szczypcami, bo za chwilę będzie tu o jednego długoucha mniej - rzucił z przekąsem w stronę pyskatej elfki.

- Twoje uszy wcale nie są aż takie długie Skandi - odgryzła się elfka, próbując jednocześnie odwrócić skorupiaka.

Druid dobiegł by pomóc przyjaciołom. - A niech mnie, waży chyba z tonę - rzekł napinając mięśnie. - Nie jestem pewien, czy podoba mi się pomysł Eola, ale co racja to racja. Takimi szczypcami to mógłby przeciąć ghula na pół. Możemy spróbować go oswoić. Cholera, nie myślałem, że Podmrok jest aż tak bogaty w faunę i florę. Chyba będę musiał ponownie przemyśleć repertuar zaklęć.

- Chyba nie spodziewałeś się tutaj samych kretów czy dżdżownic? - powiedziała żartem drowka - Przecież mieszkańcy Podmroku zanudzili by się na śmierć - zaparła się po raz kolejny o skorupę kraba - cholera, faktycznie jest strasznie ciężki. Jaszczur! - zawołała do Eola - nie stój jak filar w świątyni i chodź nam pomóc.

Katon oparł się spokojnie o ścianę obserwując wysiłki towarzyszy. Korzystając z chwili wytchnienia próbował ogarnąć swoją ubłoconą garderobę, zastanawiając się jakim cudem taplał się w błocie w poszukiwaniu… krasnoludów mroku. Kręcił głową, wciąż próbując oszacować swoje bezdenne pokłady naiwności, ale póki co nie komentował. W sumie krab mógł się istotnie przydać, a w ostateczności, znał wyśmienity przepis na zupę ze skorupiaka. Wystarczyłoby pewnie dla całej ich zgrai.

- Będziemy mieli kolejne zwierzę albo zupę… - podsumował sytuację Rashad również opierając się o ścianę koło Katona. - A ten duergarski kapłan wciąż jest zmieniony w niedźwiedzia, możesz go odmienić z powrotem? - Spytał się Katona.

- Już jest we własnej postaci. Pewnie leży gdzieś nieprzytomny - wzruszył ramionami czarodziej - Shillen i tak mogłaby go odszukać swoimi zmysłami-

Amira prychnęła pod nosem, ten stworek wydawał się jej zbyt wartościowym potencjalnym narzędziem, sojusznikiem, aby tak łatwo przeznaczać go na kotlety.

Shillen słysząc słowa Katona odpowiedziała ciężko dysząc. - Mogę... spróbować... go znaleźć… ale ktoś musiałby pomóc... Anlafowi i Skandiemu w wytarganiu kraba z błota, zamiast mnie… - odetchnęła ciężko - Może ty Rashadzie, co?

Wreszcie wspólnymi siłami pomogliście krabowi stanąć na odnóża. Przysługa kosztowała was co prawda trochę wysiłku, ale nie spodziewaliście się, że ogarnie was niespodziewana senność. Zrobiliście kilka głębokich wdechów oraz kroków w tą i z powrotem by nie przysnąć, a wasze dziwne zachowanie nie pozostało niezauważone przez pozostałych kompanów. Stawonóg na znak wdzięczności zaczął machać większą parą szczypiec w stronę Shillen. Klang-klang, klang-klang... Rozbawionemu Anlafowi przypomniało to zachowania godowe wielkich krabów z ujścia Rzeki Panujących.

- Eeee… Anlaf? Co cię tak śmieszy? - spytała Shillen odskakując to na lewo, to na prawo od wdzięcznego kraba - co on robi?! Dlaczego on tak robi?! Weź coś zrób! - elfka wrzasnęła wręcz piskliwym głosem i schowała się za druidem i Oscarem.

Torrim uniósł do oka kuszę, widząc manewry kraba wokół Shillen, ale obserwując zwierzę i próbując wypatrzyć na jego ciele punkt, w który mógłby posłać belt, zdał sobie sprawę, że zwierzę nie ma wrogich zamiarów. Opuścił broń i skrzyżował ramiona na potężnej piersi.

- Słuchajcie, skoro skończyliśmy się już bawić, to może ruszajmy dalej na ratunek naszemu kapłanowi?

Oscar przestępując z nogi na nogę czuł, jak jego powieki robiły się coraz cięższe.

- Katon - Skandyk ziewnął głośno - Coś mi tu śmierdzi. Znaczy nie tak dosłownie. Nie działa tu jakaś magia albo chociaż wyziewy z grzybów? Oddech mi przyśpieszył, a zrobiłem się śpiący.

- Opanujcie się i weźcie w garść. Ruszajmy - Katon miał niemiłe wrażenie, że może nie magia, ale jak najbardziej jakiś trujący gaz mógł gdzieś się tu zbierać i raczej nie powinno się długo zostawać w jednym miejscu.

Shillen wysunęła się zza towarzyszy dalej bacznie obserwując nazbyt przyjaznego stawonoga - w sumie wcześniej o tym nie pomyślałam, ale jak my wpakujemy te rothe tam na górę. O ile mojego Rahnulfa dalibyśmy radę tam wciągnąć, to z resztą raczej na pewno nie damy rady… - elfka ziewnęła przeciągle i przetarła oczy. - Aaa, na pewno nie w tym stanie. Jestem tak zmęczona, że nawet nie wiem czy sama bym dała radę się tam wdrapać.

- Czy ten krab nie ma czasem na ciebie ochoty? gdzieś czytałem, zdaje się w jakimś bestiariuszu, że pewne gatunki krabów wabią feromonami samice... czy na odwrót. Tak wielki osobnik wydziela pewnie zapach, który nas właśnie odurza… może ruszymy się wreszcie, czy chcecie spółkować z tym skorupiakiem? - Katon uniósł szyderczo brew i popatrzył na wlot jaskini powyżej. - Zostawmy bydło i pomocników tutaj, a sami weźmy linę i poszukajmy tego kapłana - czarodziej miał już dość drażniącego go zapachu kraba.

- Tym bardziej trzeba nazwać go Oscar, zresztą wie zwierzak co dobre. Jednak mnie skorupiaki nie kręcą - rzuciła drowka odczepnie na szyderstwa elfa. - Może niech Anlaf też zostanie z pomocnikami. Zwierzęta się go słuchają.

- Tylko on? - Eol nie podchodził do kraba, z szyderczym uśmiechem obserwując wysiłki reszty, i teraz cieszył się, że dobrze zrobił. - Nie umniejszam talentów naszego kapłana, ale jeśli przyjdzie tu coś groźniejszego, zwabione nagromadzeniem takiej ilości mięsa w jednym miejscu... przyda się ktoś umiejący walczyć stalą. Podzielmy się; na poszukiwania kapłana powinna wyruszyć mała, mobilna grupa, a nie cała armia. Reszta będzie mogła chwilę odpocząć.

- Nie tylko on, ale dobrze by było gdyby został przy rothe - stwierdziła Shillen wzruszając ramionami i spoglądając porozumiewawczo na druida.

- Cokolwiek groźnego, musiałoby umieć chodzić w tym bajorze błota. Weźmy pod uwagę, że przed chwilą była tu rwąca rzeka. Liczyłem, że dno rzeki nie będzie kryło potworów właśnie z tego względu i po rozbiciu tamy i tak mieliśmy tędy podążać do Glimmerfell - elf wyjaśnił część swojego wcześniejszego zamierzenia.

Torrim obserwował całą dyskusję z pochmurnym wyrazem twarzy.

- Wy tu sobie ględzicie, a naszemu kapłanowi za chwilę może się stać większa krzywda. Róbcie co chcecie, ale ja i moi towarzysze idziemy naszemu kapłanowi na ratunek. Dość mam stania w miejscu!

- Zaiste - zawtórował Hulnar. - Powinniśmy wykazać choć tyle honoru, by pomóc towarzyszowi. Jeśli jest ktoś odważny na tyle, aby dołączył do nas, to idziemy. A reszta...

- Reszta niech posuwa tą starą skorupę na wszystkie strony, skoro taka wasza chęć! - wszedł mu w słowo Gulmur, czerwieniejąc z wściekłości. - Sodomici ostrousi! Sami się wychędożcie, jeśli chcecie! My idziemy na ratunek naszym!

- I pewnie fomory mają małe co nieco na osłodę - mruknął Katon szykując się do drogi - jeszcze jedna uwaga o ostrouchach i upiekę cię razem z tym krabem krasnoludzie. Ufam, że umiesz pohamować swój język w czasie, jak będę zajęty wyciąganiem twojego dowódcy z kłopotów - elf uśmiechnął się zimno do khazadrugara - czas ucieka. Bierz linę i prowadź.

Gulmur już otwierał usta, by poczęstować Katona kolejną złośliwością, ale umilkł powstrzymany gestem Hulnara.

- I chcę ci przypomnieć - wtrąciła drowka - że bez tych ostrouchów nie znalazłbyś nawet truchła waszego kapłana.

Hulnar skłonił się lekko na te słowa.

- Zaiste, masz rację - odparł. - Zechciej wybaczyć mojemu druhowi. Popędliwy i słowa go ponoszą, ale przemawia przez niego troska o towarzyszy. Skoro chcecie nam pomóc, nie marnujmy czasu i ruszajmy - poprawił linę i ruszył we wskazywanym przez Shillen kierunku, po drodze burcząc coś pod nosem do Gulmura w języku Podmroku. Mówił dość cicho, ale wprawne ucho Shillen wyłowiło kilka słów o “napytaniu sobie biedy”. Nie ulegało wątpliwości, że czerwone uszy Gulmura zostały właśnie nielicho natarte.

Shillen szykując się do drogi poirytowana zachowaniem krasnoludzkiego oddziału, markotała po elfiemu coś o tym “że zachowują się gorzej od wszelkich oddziałów szpiegowskich, które miała pod sobą podczas pracy dla Czarnego Lotosu” zapominając, że nie tylko ona posługuje się tu tym językiem.

- Skoro my przeszliśmy dnem rzeki, cokolwiek sprytniejszego od tej zagrzybionej skorupy może zrobić to samo - Eol pogardliwie wskazał butem na kraba. - A rozbicie tamy na pewno zainteresowało wszystkich okolicznych mieszkańców. Nie zostawię taborów bez ochrony, ani druida samotnie na pożarcie. Jeden albo dwóch gnomów może iść pomóc przy zwiadzie, ale to tyle. I jeśli nie wrócicie w określonym czasie, ruszamy sami dalej, do Glimmerfell. Po to tu przybyliśmy, a nie żeby ratować jakiś krasnoludzkich fajtłapów, którzy nie potrafią sami o siebie zadbać.

- Dobrze ogoniasty, czyli jakbyś ty po drodze wpadł w tarapaty to też mamy cię nie ratować? - spytała Shillen.

- Nie jestem jakimś tam szeregowym pionkiem, tylko k a p i t a n e m tej armii - Eol wyprężył się lekko. - Znaj proporcje, ostrouchu. Zresztą, drow powinien znać tą prostą prawdę, że niektóre wybitne jednostki są bardziej godne wysiłku niż inne. Dlatego powinniśmy skupić się na odnalezieniu Thorlaka - dodał. - Jego strata coś znaczy. Śmierć zwykłego żołnierza to tylko drobna niedogodność.

- Jeśli działamy według hierarchii i proporcji działających w Podmroku to chcę ci przypomnieć POWIERZCHNIOWCU, że raczej do niej nie należysz! Żołdak, którego chcemy ratować jest kapłanem, bardzo przydatnym rekrutem, a nie zwykłym mięsem armatnim, a jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie ostrouchem to wsadzę ci twój własny ogon do gardła - drowka odwróciła się na pięcie i podeszła do Katona. - To w jaki sposób planujemy się tam wspiąć?

- Uspokójcie się. Potrzebujemy logicznego myślenia, nie kłótni. Amira ma pewien przedmiot który mógłby pomóc we wspinaczce. Działa jak szczebel, na którym można się wspiąć. Myślę, że ta jaskinia na górze łączy się z tą, w której siedzą fomory, bo Shillen wyczuła obecność Tholraka podążającego w ich stronę po tym jak zniknął pod wodą... a nurt rzeczny idzie w stronę Glimmerfell, a przynajmniej szedł. Wydaje mi się, że znajdując kapłana, i idąc dalej, znajdziemy i Tholraka, ale... cóż, jestem powierzchniowcem i jaskinie to czasem nie moja specjalność… - wyjaśnił cicho czarodziej. - Jak będą problemy ze wspinaczką, zawsze można użyć zaklęcia, i przenieść kogoś z liną na górę, ale może wpierw użyjemy przedmiotu Amiry?

- Mogę spróbować się wspiąć. W końcu idziemy w górę, a nie ciąglę pod ziemię, niżej i niżej! - odezwała się milcząca dotąd Mavis. Od czasu śmierci towarzyszki w starciu z koboldami żywa łotrzyca zmarkotniała, ale najwidoczniej zadanie bliskie jej umiejętnościom trochę ją ożywiło - Nic nie ryzykuję, jak spadnę, to to błoto świetnie mnie zamortyzuje - zaśmiała się lekko.

- Niektórzy twierdzą, że kąpiele błotne służą zdrowiu, były swego czasu popularne w Viridistanie - Rashad podał rękę Mavis, pomagając jej w wspinaczce.

Zostawiwszy Eola i gnomów z rothe, wspięliście się na kamienną półkę, korzystając z umiejętności co bardziej wysportowanych kompanów, zmutowanego, grellowatego Noriflista i berła trwania w bezruchu, które otrzymaliście jako dowód wdzięczności za uzdrowienie Ardina Złotobrodego. Swoją drogą ciekawe, czy już dotarł bezpiecznie do Warowni Grzmotów? Magiczny przedmiot posłużył wam też do wciągnięcia kraba. Nie wyobrażaliście sobie próby przenoszenia w ten sposób każdego rothe, gdyż dźwignia z lin i nieporuszalnego berła kosztowała was wiele wysiłku. Jednak opłaciło się - widok kraba machającego szczęśliwie odnóżami w powietrzu z każdym ruchem liny był bezcenny. Stawonóg ledwo znalazł się na waszej wysokości, a już pognał pewnie w głąb tunelu, przebierając szybko nóżkami. Ruszyliście za nim. Zielone lśnienie grzybich kapeluszów rzucało światło na ścieżkę usłaną licznymi krabimi wylinkami, jednak wkrótce wasz nowy towarzysz skręcił w tunel skrupulatnie oczyszczony ze świecących grzybów, nie pozbawiony zaś starych pancerzy i pancerzyków. Musieliście przystanąć i przygotować własne źródła światła, jeśli nie chcieliście zrobić sobie krzywdy. Z czego korzystacie?

Katon szybko podniósł jakiś kamień, i po krótkiej inkantacji miał już w ręku kamienną lampkę którą przekazał Oscarowi, który trzymając rękę wysoko w powietrzu, oświetlał drogę sobie oraz kuzynostwu Al-Maalthir.

Katon zatrzymał Oskara na chwilę, zdjął z ramienia przewieszony tubus na zwoje, z którego wyjął kartki, przekładając je do torby, po czym włożył kamień do środka i podał Oskarowi prowizoryczną… latarnię - Nie wiem dlaczego, ale moją głowę zajmują jakieś… soczewki, skupienia światła… lustra… ostatnio śniły mi się jakieś tryby... - Katon potrząsnął głową i ruszył za krabem, stąpając lekko po kamieniach jaskini.

Shillen obrzuciła wzrokiem trzymaną przez Skandyka lampę - No proszę, nie wiedziałam, że z naszego Katona jest taki majsterkowicz - rzuciła w stronę wojownika. - To co robisz teraz za nasze światełko w tunelu, Skandi? - zaśmiała się i ruszyła w ślad za krabem i elfem.

-Przyda się więcej niż jedno źródło światła - dodał Rashad, rzucając proste zaklęcie, które sprawiło że jego rapier jarzył się szmaragdowym światłem rozświetlającym mrok. - Może niech ktoś widzący w ciemnościach idzie przodem, żebyśmy za szybko nie byli widziani, Shillen?

- W sumie Katon wyrwał do przodu, ale mimo wszystko widzę lepiej po ciemku niż on, także pójdę przodem - elfka przytaknęła Rashadowi i poszła na przód grupy. Elfi czarodziej nie oponował i dał się wyprzedzić sprawniej widzącej w mroku drowce, zajmując bezpieczniejsze miejsce gdzieś pomiędzy idącymi razem towarzyszami.

Doszliście do kolejnego pionowego wzniesienia i chociaż było ono o połowę mniejsze od poprzedniego, popatrzyliście na nie zniechęceni perspektywą kolejnego wysiłku, jednak krab minął niedostępny mu tunel, rozświetlany czerwonym światłem samotnego, ognistego żuka, i skręcił w prawo, schodząc do przestronnej, porośniętej wysokimi grzybami, wilgotnej jaskini, w której środku zbierała się woda. Zaskoczył was nie pasujący do miejsca, zjejczały, cuchnący odór, który przypominał zapach siarki dobiegający z tuneli troglodytów znajdujących się po drugiej stronie tamy. Wyminąwszy charakterystyczne dla Podmroku rośliny, stawonóg dołączył do kilku swoich, zebranych nad niewielkim stawem, zaś wy zatrzymaliście się w obawie, że pozostałe kraby mogą nie zareagować na was tak przychylnie jak ten, któremu pomogliście, tym bardziej, iż wraz z utratą pobliskiej rzeki stworzenia straciły swoje naturalne tereny łowieckie. Strach wzmagały w was rozrzucone wokół wody kości. Na jednym z wysokich, smukłych grzybów, wisiała zielona, wełniana szata na rozmiar człowieka, a o trzon rośliny opierała się drewniana laska. W oddali dojrzeliście blask drugiego ognistego żuka, padający na krasnoludopodobną sylwetkę, leżącą pośród odpadków na niewielkim skalistym wzniesieniu nad wodą, po drugiej stronie jaskini. Znaleźliście Gundara!

Co robicie? Jak zamierzacie udobruchać kraby po wtargnięciu do ich legowiska? Mogą w końcu traktować krasnoluda jak swoją zdobycz.

Katon spróbował ostrożnie, nie wykonując gwałtownych ruchów przekraść się w stronę wiszącej na grzybie szaty i laski. Miał wrażenie, że są to przedmioty poprzedniego “tresera” owych stworzeń i być może dałoby się uniknąć walki przejmując je. Elf, ostrożnie zanurzył się w cieniu najbliższego stalagmitu. Zaraz za nim podążyła Mavis, z niepokojem obserwując - jej zdaniem - nieporadne próby czarodzieja w byciu niezauważonym.

- Pójdę przodem. - zasugerowała cicho - Naśladuj moje ruchy, będzie ci łatwiej.

Shillen obserwowała poczynania elfa, - Eh, temu się nagle na podchody zebrało, ciekawe co mu siedzi w tej czarodziejskiej łepetynie… - po czym przeniosła wzrok na kraby. - Musimy szybko znaleźć sposób żeby zabrać stąd Gundara i na Lolth niech ten krabi koszmar wreszcie się skończy… Amiro może mogłabyś spróbować postraszyć je ogniem? Może się wtedy rozpierzchną i ułatwią nam dostęp do krasnoluda.

- Jest! Jest nasz kapłan! - przyciszonym głosem zawołał Torrim do swoich kompanów. - Porwały go te paskudy! Dalej, chłopaki, z kusz do nich! - trzymana w rękach Torrima kusza podskoczyła do pozycji poziomej, celując w jedno z opancerzonych stworzeń. Stojący obok Torrima Hulnar położył rękę na broni swojego towarzysza.

- Nie, Torrimie. Poczekaj. Zobaczymy, co wymyślą magowie.

- To niech się pospieszą, taka ich mać, nie będę się chędożyć z bandą oślizgłych skorupiaków jak z... - zaczął Gulmur, ale umilkł zgromiony spojrzeniem Hulnara.


- Dobra - warknął Torrim - ale trzymać te paskudy na muszce. Jak zaczną coś kombinować, walić pomiędzy pancerze!

Khazadrugarscy legioniści przymrużyli oczy i z zaciętymi minami obserwowali pełzające stworzenia znad celowników swoich gotowych do strzału kusz.

- Chyba wiem o co mu chodzi. - Shillen obserwowała skradającego się Katona. - Spróbuję odwrócić ich uwagę, jeżeli faktycznie są oswojone to nie powinny się na mnie rzucić. Jednak jakbyś mógł Skandi to choć ze mną, przyda się ktoś kto pomoże je zdzielić je po łbie w razie jakbym się myliła.

- Będziemy Was osłaniać - rzucił do elfki Torrim w języku Podmroku. - Tylko nie rozjuszcie ich bardziej!

- Tamten krab nie wiadomo czemu ciebie polubił Shillen, może z tymi też się uda, będziemy was osłaniać…. te kraby mialy chyba jakiegos pana, pytanie co się z nim stało - odparł ironicznie Rashad, czujnie obserwując sytuację, jego rapier gotowy do działania. Było nieco dziwne, że czarodziej pchał się tak sam do przodu, no cóż kolejny przykład elfiej arogancji.

Elfka skinęła głową w kierunku szlachcica, schowała wyciągnięty wcześniej łuk i ruszyła spokojnym krokiem w stronę krabów. - Spokojnie… - powiedziała wyjątkowo łagodnym jak na nią głosem. - Nie chcemy wam zrobić krzywdy. - Wyciągnęła rękę w stronę zwierząt, tak aby mogły zapoznać się z jej zapachem.

- Ostrzegam, że nie mam przy sobie ani igły, ani nici, żeby ci tę rękę z powrotem przyszyć - szydził Oscar, stojąc kilka kroków za Shillen. Skrzyżował ręce na piersi i bacznie obserwował poczynania krabów.

- Szczerzę wątpię czy byś w ogóle potrafił - zażartowała drowka cicho tak, aby nie spłoszyć stawonogów - dalej się obrażasz o tą sakiewkę? Myślałam, że masz choć trochę poczucia humoru - rzuciła, po czym z powrotem zajęła się zapoznawaniem z krabami, jednocześnie obserwując czy Katon zdążył już wykonać swój zamysł.

Amira stała starając się nie wyglądać wrogo, powalczyć zawsze się zdąży a w Podmroku nie ma sensu ryzykować żadnej niepotrzebnej konfrontacji. Przygody na wyspie grozy nauczyły ją ostrożnie podchodzić do zagrożenia. Nie pchała się więc w jego paszczę nie zdawała się również na jego litość trzymając tuż pod skórą ogień na uwięzi gotowa by uwolnić to na znak zagrożenia. “pierdolony Anlaf, nie dość że to bezczelny kulson to jeszcze nigdy nie ma to gdy jest potrzebny”.

Rozdzieliliście się i zaczęliście wdrażać w życie swój plan, brutalnie przerwany przez niespodziewany, wysoki, nieustający pisk. Wrzaskuny, których się nie spodziewaliście, sprawiły, że serca prawie wyskoczyły wam z piersi, bijąc opętańczo, jednak to był dopiero początek...

Anlaf rozsiadł się wygodnie wśród rothe patrząc przez chwilę w miejsce, w którym reszta towarzyszy zniknęła z pola widzenia. - Prawdę mówiąc to wahałem się czy nie krzyknąć za Shillen i Oscarem, aby się powstrzymali z pomocą. Zwierzęta w takich sytuacjach są raczej nieufne. Ten… hm - zamyślił się przez chwilę - wydaje się nie bać humanoidalnych postaci. Mało wiemy o tym miejscu. Domyślacie się może panowie rycerze kto mógłby tutaj używać takich stworzeń? - Zwrócił się tak do gnomów jak i Eola.

- Nic moim kompanom nie przychodzi do łepetyn - odpowiedział uchodzący za niepomnego Hornwin po krótkiej naradzie z pozostałymi magicznymi rycerzami - a i ja nie pamiętam widoku podobnego stworzenia, ale masz rację Anlafie, powinniśmy być czujni - powiedział pretensjonalnie. - To przecież nie czas na głupie żarty - osądził kwaśnym, mentorskim tonem, choć czuć było, że sam chętnie by coś zbroił. Niedawna żartobliwa wymiana zdań między Shillen i pozostałymi awanturnikami rozbrykała svirfnebliny i trudno im było myśleć o żołnierskiej dyscyplinie, kiedy w gnomich głowach krążyły same krabie dowcipy.

- Ktokolwiek. - Eol wykorzystał przerwę, by usiąść na kamieniu i zająć się polerowaniem przybrudzonej już nieco tarczy i szabli - Tu, pod ziemią, potwory jeżdżą na monstrach, a czasem nawet odwrotnie. Drowy na ten przykład dosiadają pająków, a to stworzenie to w zasadzie opancerzony pająk. Być może dlatego tak ciągnie go do naszej popielnej damy. - wygłosił swoją teorię tonem sugerującym, że zupełnie się nie myli.

Rahnulf chodził nerwowo w kółko, wydając z siebie dziwne skomlące dźwięki i obserwował szczelinę w której niedawno zniknęła jego pani i pozostała część grupy. Po chwili wyłożył się koło druida i położył wielki, kudłaty łeb na jego kolanach, spoglądając na niego pytającym wzrokiem.

- Niedługo wróci- rzekł Anlaf do Rahnulfa mierzwiąc wilczą sierść, kiedy powietrze rozdarł wysoki pisk wrzaskuna. Zwierzę i druid poderwali się na równe nogi. - A niech to diabli! - Zaklął. - Dobiega jakby z góry. Jeżeli będą zmuszeni walczyć to nawet nie zdążymy dotrzeć tam na czas.

Z gardła wilka wydobył się głuchy warkot, jak gdyby zwierzę zrozumiało słowa Anlafa. Poirytowany znów zaczął krążyć dookoła, łypiąc ślepiami ku górze.

- Panie Eoldriereit! - Zawołał zdesperowany Anlaf obserwując miejsce z którego dobiegał pisk - Nie zostawię przyjaciół na pastwę jakichś wrzeszczących potworów! We dwóch mamy szansę się tam dostać.

- Nie. - Eol nawet nie ruszył się z miejsca, choć głowę odwrócił w kierunku krzyku - Mało to w Podmroku dziwnych dźwięków? Nie wiemy, czy to oni. Ani jak daleko zaszli. Jeśli tunel się rozgałęzia gdzieś dalej, nie odnajdziemy ich w labiryncie korytarzy. A dwójka pieszych podróżnych bez mrokowidzenia to łakomy kąsek dla czegokolwiek, co pełza w ciemności. Wrócą. - zapewnił druida - Wrócą i będą mieli ochotę na krwisty stek z rothe i lecznicze dotknięcie. Musimy tu zostać i dopilnować by to właśnie na nich czekało.

Druid westchnął cicho patrząc na klif. Kiwnął jednak głową smokowcowi, któremu musiał przyznać rację. - Zgoda, ale jeżeli dobiegną nas stamtąd odgłosy walki nie będę stać bezczynnie.

Pisk wrzaskunów nie ustawał, przygłuszał wszelkie inne dźwięki. Rahnulf zaczął coraz głośniej warczeć, zniecierpliwiony. A Noriflist patrzył się tępym spojrzeniem na wylot tunelu.

- W podziemnej krainie grzyby opłakują głupich powierzchniowców, mistrzu Sirronie. Noriflist to widział, Noriflist to wie!

Mijające sekundy wydawały się dla Anlafa godzinami. Wreszcie ponure słowa Noriflista pozbawiły go wątpliwości co do ruszenia z pomocą. Zaczął zbliżać się w stronę klifu, a z nim Rahnulf. - Nie zostawię przyjaciół na pastwę jakichś potworności - powtórzył i odwrócił się do Eola licząc, że duma smokowca przeważy nad opanowaniem - Jeżeli sobie poradzą wyjdziemy najwyżej na nadgorliwców, ale jeśli właśnie tam giną wrócimy stąd jak tchórze. - Po czym pomachał ręką do Noriflista - pomożesz naszym kompanom jeżeli będą chcieli dostać się na górę? - Druid zatrzymał się na moment. Jego skórę zaczęły porastać łuski, a twarz i reszta ciała wydłużyła się przybierając kształty wielkiego gada. Masywny ogon owinął się wokół wilka chwytając go bezpiecznie i podając Noriflistowi.

Perspektywa dokonania jakiegoś bohaterskiego czynu chyba w końcu przebiła się do łuskowatego łba, bo Eol po chwili zastanawiania się poderwał się z kamienia, wskazującym palcem wydając rozkazy:

- Ty, ty i ty oraz ty zostajecie, dopilnujcie stada. Zguba, jak będzie się coś działo, daj mi znać. Reszta za mną. Anlafie... - spojrzał na jaszczura, jakby nie do końca był pewien, czy w tej formie druid go zrozumie. - Przewieź najpierw pozostałą czwórkę na górę, a potem wróć po mnie. Pojedziemy w awangardzie, a nasi żołnierze nas dogonią. Żwawo!

Przerośnięty jaszczur syknął otwierając paszczę w coś na kształt uśmiechu. Ruszył w stronę smokowca wymachując niecierpliwie ogonem.

W nozdrza khazadrugarów i svirfneblinów uderzyła fala smrodu, cuchnących zgniłych jaj. To pułapka! - przemknęło wam przez głowę, kiedy zobaczyliście, że dwa gnilne pełzacze, działające jak w zegarku, odcięły waszą jedyną drogę ucieczki. Zaś kraby, osiem krabów, zaczęło stukać szczypcami. Klang-klang, klang-klang...

- Stać! - rozbrzmiała komenda wypowiedziana gardłowym głosem. Potwory zatrzymały się. Rozkaz rzucił... Nagi, ale ubłocony od stóp do głów chudy mężczyzna, który powstał, najwyraźniej obudzony przez hałas. Jeszcze chwilę temu wydawał się częścią nadwodnego mułu. Rysy jego twarzy również skrywało błoto. Skierował się po swoją szatę. Założył ją, chwycił laskę.

- Obudziliście mnie. I przerwaliście moją błotną kąpiel - powiedział z wyrzutem. - Kiedy żyłem... Żyłem na Powierzchni, już je uwielbiałem, ale nigdy nie sądziłem, że tutejszy muł okaże się jeszcze korzystniejszy dla mojej skóry. Też jesteście z Powierzchni - stwierdził. - Ale powiedzcie mi, czemu wasz kompan - wskazał laską na Rashada - pachnie jak człowiek, a jednocześnie śmierdzi jak ghul? - zapytał podejrzliwie.

- Witaj, nie było naszym zamiarem przeszkadzać w twej kąpieli, zawsze miło spotkać kogoś z Powierzchni w tym podziemnym świecie- Rashad nie widział powodu by nie okazywać kurtuazji, w końcu w pewnym sensie wtargnęli do czyjegoś domostwa i przerwali mu kąpiel.

- Ja pachnę jak ghul? Jeszcze nie miałem z nimi wiele do czynienia… - zdziwił się.

- Może to ten twój dziwny oręż, nie przypominam sobie żebyś go miał na Wyspie Grozy, ale mniejsza - drowka machnęła ręką i zwróciła się do “gospodarza” - szukaliśmy naszego towarzysza i przy okazji pomogliśmy tu wrócić jednemu z twoich krabów, bo one są twoje prawda?

- To on, nie kawałek stali - nieznajomy poprawił Shillen, samemu poprawiając swoją szatę. Katon zauważył, że jej górna partia była wyłożona od wewnątrz skorupą dużego, czarnego żuka. Pomysłowe. - A za kraba dziękuję w jego imieniu. Wasz towarzysz jest tutaj, jak widzicie. Jeśli zaspokoicie moją ciekawość, obiecuję go postawić na nogi.

Amira uśmiechnęła się jednym, że swych najbardziej promiennych uśmiechów zbliżając się do czarodzieja. Następnie również wyraziła że bynajmniej nie było jej zamiarem przeszkadzanie gospodarzowi w kompieli i jak jest jej nieskończenie przykro z tego powodu. Następnie zapytała o walory lokalnej glinki która jest czymś rzadkim i z całą pewnością niedostępnym na powierzchni. Następnie uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo jak jeden właściciel wrażliwej skòry do drugiego.

Mężczyzna roześmiał się.

- Przed Białym Królem też się będziesz tak kłaniać? - spytał drwiąco, oczekując odpowiedzi od zakłopotanej Amiry, której nie udało się podejść bliżej, w obawie przed kolejnym piskiem wrzaskuna.

- Cóż wyście szlachetny panie nie dali mi powodu do niegrzeczności, zaś Biały Król zgodnie z moją wiedzą planuje wyciągnąć rękę po powierzchnię a to oznacza że utracił on w moich oczach wszelkie prawo bym traktowała go z kurtuazją - mówiła szybko starając się szerokim uśmiechem zamaskować dyskomfort spowodowany zaistniałą sytuacją, po czym kontynuowała jak gdyby nigdy nic, a przynajmniej chciała kontynuować, gdyż tajemniczy nieznajomy dał jej ruch ręką, by przestała mówić.

- Ptaszynko - tajemniczy nieznajomy zwrócił się do Amiry, ocierając twarz z błota - nabierzesz manier, kiedy staniecie się jednymi z nas, kiedy cykl życia i nieśmiertelności zastąpi cykl życia i śmierci... - twarz mężczyzny była widokiem wstrząsającym, zarówno ze względu na swoje podobieństwo do ludzkiej, jak na jego brak. Długa i chuda, miała zielonkowatą i jakby jaszczurczą, łuskowatą skórę, chociaż nie potrafiliście się domyśleć, co mogło to sprawić. Usta rozwarły się w śmiertelnym grymasie, ukazującym odbarwione i o wiele za ostre zęby. “Uważajcie!”, Rashad i Shillen ostrzegli was przed zagrożeniem zanim przebiegły stwór zdążył przyciągnąć moc i wypowiedzieć słowa zaklęcia.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 20-01-2018 o 08:55.
Clutterbane jest offline  
Stary 25-11-2017, 15:12   #9
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Eol z pogardą kopnął bezwładne ciało martwego pełzacza, żałując, że walka zakończyła się tak szybko. Odsiecz przybyła zbyt późno, i choć zapewne uratowała resztę drużyny przed pogromem, ponieśli ciężkie straty, a oryginalny plan uratowania krasnoludzkiego kapłana spalił na panewce.

- Trzeba było iść po Tholraka, nie mówiłem? - rzucił w przestrzeń, ostrożnie przestępując zwłoki robactwa i schodząc w dół jaskini. Jakiś dziwnie wyglądający grzyb wrzasnął nagle, blisko przechodzącego smokowca, więc ten ciął go na odlew sejmitarem, rozpoławiajac niemal do ziemi.

- Coś jeszcze tu jest? Pokazać się! - krzyknął buńczucznie na całą jaskinię - Nie spoczniemy, póki nie oczyścimy całego tego grajdołka z plugastwa. Kto wie, co może jeszcze tu czekać po kątach. Żywo! - zwrócił się do gnomów i krasnoludów stojących u wejścia - Formuj linię! Przeszukamy tą kupę błota, potem zajmiemy się lizaniem ran i opłakiwaniem poległych! Jednocześnie sięgnął myślą w kierunku swojego wierzchowca, by upewnić się, czy pozostawione bez straży stado rothe sprawuje się wystarczająco dobrze i nie oddaliło się zbytnio.

Elf wylądował na brzegu sadzawki i niespiesznie podszedł do kupy odpadków i kości, oświetlanych przez jednego z ognistych żuków, niedaleko miejsca gdzie elf widział leżącą pod grzybem laskę i szatę. Jitka zdołał zabrać swoje osobiste rzeczy, ale elf miał nadzieję, że stos odpadków kryje nieco więcej skarbów trupożercy. Końcówką łuku zaczął odgarniać szczątki.

Rashad wygrzebał się spod macek martwych już ośmiornic, wściekle tnąc macki truchła rapierem.

- Te krabie poczwary porwały Amirę i Mavis! Trzeba sprawdzić czy ten ghul ciągle jest w stawie, Anlaf, Katon macie jakąś magię na to?! Moja kuzynka jest warta tyle co tuziny jakiś duergarów, nie możemy jej stracić! - Myśl że Amira może stać się ghulem zmroziła mu serce.

Na dźwięk słów Rashada o “jakichś duergarach” głowy krasnoludów odwróciły się w jego kierunku, a oczy legionistów obdarzyły szlachcica wrogimi spojrzeniami spod zmarszczonych brwi.

- Nie tylko ty straciłeś towarzyszkę. - warknął Torrim. - Naszego kapłana również porwał ten obrzydliwy stwór. Gdybyś więcej machał mieczem, a mniej językiem, może byś go pokonał, zanim wciągnął naszych towarzyszy w odmęty.

- Spokojnie, Torrimie - Hulnar jak zwykle próbował tonować nastroje. - Jeśli jeszcze żyją, proponuję ruszyć za nimi w pościg i dopaść tego, który ich porwał. Albo chociaż go poszukać... może ukrył się gdzieś niedaleko.

- Nie ma go tu. - Eol pociągnął nosem, starając się wychwycić w powietrzu charakterystyczny smród umarlaka - Z czymkolwiek ta woda się łączy, jest już daleko stąd.

Katon chowając do torby znalezione mikstury odszedł od kupy odpadków , podosząc kamień z ziemi, nałożył na niego zaklęcie światła i rzucił go prosto w środek zbiornika, próbując dopomóc reszcie towarzyszy w próbach poszukiwania porwanych przez ghula. Elf nie miał wielkich złudzeń, że szukają właściwie ciał, nie żywych i starał się zachować zimną krew. Ich niewielki oddział i tak był na skraju załamania nerwowego i czarodziej nie chciał powiększać paniki i wiecznego uczucia zagrożenia, które wisiało nad grupą.

Shillen wpatrywała się w taflę wody gdzie zniknął krab z Amirą i Mavis. Ostatnimi czasy relacje między kobietami trochę się poprawiły, dlatego elfce żal zrobiło się towarzyszki. Znając jednak realia Podmroku, nie miała zbyt wielkich nadziei, aby ta wyszła z tego żywo. - Mogę spróbować wykryć obecność Amiry i Mavis moimi zmysłami… - zasugerowała, jednak nie miała pewności czy cokolwiek to da.

Jedyne pocieszenie stanowiły dla was porzucone niedbale skarby, na myśl o wartości których popadliście w nielekkie oszołomienie. Katon natknął się na torbę trupojada. Kiedy ją otworzył, przywitały go demonicznie czerwone spojrzenia kilku szczurów, których w jakimś niezrozumiałym celu pozbawiono ogonów. Wypuściwszy gryzonie, elf przyjrzał się zawartości sakwy. Wszystkie trzy butelki miały przynajmniej pojemność równą okazałemu kuflowi piwa i wypełnione były gęstymi jak zupa substancjami o woni zaćmiewającej umysł niczym mocny trunek. Fantazyjne etykiety w gnomim języku mówiły, że eliksirami były kolejno: Nieproszony Gość, Ostry Dyżur i Ostatni Sprawiedliwy, a wszystkie wyprodukowano w Pracowni Fuldinbramfasta na ulicy Postępu 14 w Glimmerfell. Osamotniony w pokrowcu zwój zaś zawierał zaklęcie, o którego możliwościach czarodziej wiele słyszał w akademii Tuli, czar geas. Katon nie miał jednak złudzeń, że że to tylko część potencjalnych zdobyczy. Zaczął myśleć o wydobyciu reszty, która musiała spoczywać tam, gdzie tylko lacedon był w stanie dotrzeć.

Co robicie? Próbujecie swoich sił pod wodą? Wycofujecie się i zmierzacie w stronę Glimmerfell? Chcecie spróbować uratować Tholraka? Może czas na odpoczynek, chociaż krótki?

Shillen spojrzała na Rashada - Wyczuwam Amirę i Mavis… Jednak oddalają się od nas i to niestety nie w stronę Gimmerfell, które obraliśmy sobie za cel. Co chcemy robić? - spytała spoglądając po reszcie towarzyszy. - Jeśli pójdziemy ratować nasze towarzyszki to oddalimy się od Glimmerfell, a jak zrobimy odwrotnie możemy bezpowrotnie stracić szansę uratowania ich.

Rashad odpowiedział Shillen ponurym spojrzeniem, jego mięśnie drżały z wściekłości. Na chwilę wbił spojrzenie w plamę krwi Minervy, która nie chciala zejść z jego magicznego rapiera.

- Znajdę Amirę w ten czy inny sposób, nawet śmierć nie jest ostateczna, nie wiem czy jesteśmy w stanie dogonić tego plugawca w podziemnej wodzie, możemy przynajmniej staw sprawdzić.

Torrim lekko się uśmiechnął, a twarde spojrzenie, jakim patrzył na szlachcica, nieco zelżało.

- Teraz gadasz do rzeczy. - rzekł. - Jeśli chcesz ratować naszych towarzyszy, pójdziemy za tobą. Prawda, chłopaki? - odwrócił się do swoich towarzyszy. Hulnar energicznie pokiwał głową na znak zgody, również milczący do tej pory Gulmur mruknął w odpowiedzi coś, co można było przy odrobinie dobrej woli uznać za potwierdzenie.

- Czy kierunek w którym zdążają to nie jest czasem stare koryto rzeki? - Katonowi coś świtało. Wyjął mapę, którą kreślił na popasie, próbując ustalić, w którym kierunku zdążali pojmani.

Shillen spoglądała na mapę stworzoną przez elfa - wydaje mi się, że dobrze myślisz. Chociaż nie jestem pewna w stu procentach, ciężko dokładnie określić kierunek w Podmroku.

- Bić się lubię, ale wody nienawidzę, teraz jeszcze bardziej - zaczął zrzędzić gnom Warbel. - Laetan płynie obecnie prosto do Echowego Miasta, ale możemy próbować ją odciąć przed wpadnięciem do Czarnego Jeziora - zaproponował. - Musielibyśmy ruszyć przez tunele troglodytów albo Glimmerfell, a chyba nie muszę wspominać, gdzie bym wolał się teraz udać? Zresztą na troglodytów też pójdę, byle byście nie wpadli na pomysł budowania łódek z grzybich kapeluszy i pływania po Laetan. Nie da rady. Wiem, bo Belwar kiedyś próbował - zapewnił, ale byliście przekonani, że był to jeden z nieudanych konceptów Warbela, których się wstydził.

- Tfu! Co mi strzeliło do głowy, żeby próbować ugryźć ścierwojada? Obrzydlistwo - Druid zerkał przez ramię Katona na mapę odwracając co jakiś czas wzrok to na staw to na Rashada. - To chyba dość dziwne, że nie zabił od razu ani Gundara, ani Amiry czy Mavis. Co jeżeli używa ich jako przynęty? Kiedy tu biegliśmy słyszałem, że ktoś krzyczał o pułapce. Jeżeli chcecie dopaść Jitkę raczej spodziewałbym się kolejnej.

- Od ciebie zależy, czy będziemy mogli ich ścigać. Tylko ty znasz zaklęcia które umożliwiają oddychanie pod wodą - czarodziej pochylił się nad stawem. - Ktoś mógłby już tam zerknąć, dno stawu powinno być oświetlone moim światłem. Ktoś chętny? - Katon zerknął na wojowników - jeśli go nie dogonimy, to chociaż zabierzmy mu jego skarby. Może przypadkiem zabierzemy coś, na czym mu bardziej zależy i to on przyjdzie do nas...?

- Może i knuje coś, albo niesie jeńców w darze do Białego Króla… - odparł ponuro Rashad.
-To jak, sprawdzimy ten staw?

- Dobry pomysł. Przynajmniej sprawdzimy, czy coś się tam nie kryje. Dalej, chłopaki, za mną! - zakomenderował Torrim, kierując się w stronę mętnego bajora, w którym zniknął tajemniczy czarodziej i jego jeńcy. - Tylko patrzcie, gdzie stawiacie nogi!

Oscar siedział ze skrzyżowanymi nogami nad brzegiem i marudził pod nosem. Irytował się tym, że przesiedział część walki za zwłokami kraba tylko po to, by trupojad, na którego czatował, nie pojawił się. Ożywił się ponownie na wspomnienie Katona o skarbach. Rzucając pod nosem kilka skandyckich przekleństw, cisnął ze złością świecący kamień w ciemną toń i podszedł do reszty.

- Ja tam zejdę - zadeklarował nielubiący siedzieć bezczynnie Skandyk - Tylko tak, co mnie wyciągniecie, jeśli szarpnę za linę. Mamy tu jeszcze tę wędkę fomorian? A, Katon, przydałby mi się jeszcze jeden taki świecący kamień, ten pierwszy gdzieś zgubiłem.

- Mogę wyczarować tylko jeden taki. Rashad jak widzę, też to potrafi i wyczaruje drugi. Obwiąż się liną i zostaw jej koniec na powierzchni. Będę do ciebie mówił za pomocą innego zaklęcia, a ty będziesz mógł odpowiedzieć w myślach, więc możecie nabrać powietrza i zejść od razu. Jak coś się stanie, wyciągnę linę lewitacją - czarodziej rzucił kilka wskazówek ogólnikowo wyjaśniając plan.

- W sumie też mogę iść. - rzuciła Shillen.

Katon kiwnął głową - jesteście lekkiej budowy, zaklęcie da radę unieść was razem - czarodziej podał Shillen drugi koniec liny.

Drowka wzięła koniec liny z rąk elfa i obwiązała się nią w pasie. - To co Skandi, idziemy popływać?

- Wspólna kąpiel, powiadasz? - odparł Oscar, przewiązując się liną - To lepiej zostawię Katonowi sakwy do pilnowania.

Elfka zaśmiała się - Jeśli pod wodą faktycznie są jakieś skarby, to raczej twoje sakwy interesować mnie nie będą.

Widząc, że skandycki wojownik i elfka szykują się do ubezpieczonego zejścia pod wodę, krasnoludy stanęły, niepewne, co mają robić dalej.

- Ubezpieczać was? - zapytał Torrim - Czy może raczej rozwiniemy drugą linę i zejdziemy obok, na wypadek, gdyby pod wodą coś odcięło waszą linę?

- W razie jakiegoś “wypadku” naszą dwójkę Katon da radę wyciągnąć lewitacją, zgadza się? - drowka spojrzała na elfa. Ten kiwnął głową - Natomiast jak pójdzie nas więcej to ta sztuczka może się nie udać.

- Dobrze więc, zostaniemy na brzegu. - odrzekł Torrim. - Jeśli coś się pojawi, będziemy odpowiednio reagować.

- Jeśli macie drugą, podczepcie do pierwszej. Na wypadek, gdyby coś pod wodą próbowało przerwać moje zaklęcia, wy będziecie wyciągać. W końcu tam jest mimo wszystko magik. Mało wprawny, ale zdołał nam uciec i narobił problemów - elf nie zamierzał nikomu przeszkadzać w pomocy dla przedsięwzięcia.

Torrim pokiwał głową w odpowiedzi na słowa Katona, po czym bez słowa zdjął z ramion linę i wprawnymi ruchami przytroczył ją do pierwszej, końcówką której przewiązana była drowka. Na dany przez niego znak Hulnar i Gulmur ujęli zwoje liny w krzepkie krasnoludzkie dłonie, gotowi ciągnąć ile sił.

Czarna i lodowata woda wzięła Oscara i Shillen w swoje objęcia. Czuliście, jakby krew lodowaciała wam w żyłach. Nurkując coraz głębiej minęliście zardzewiałe kajdany, przytwierdzone żelaznym kolcem do ściany jaskini. Na samym dnie stawu, naprzeciw tunelu, z którego wpływała tu woda, rozświetlony magią kamień rzucał blask na starannie wzniesioną piramidę z małych, człowieczych czaszek, o której lepiej nie wspominać magicznym rycerzom, jeśli choć trochę dbaliście o ich morale. Coś błysnęło wewnątrz oczodołu jednej z nich. Niedaleko tego dowodu nieludzkiego okrucieństwa znajdowało się niewielkie, zarośnięte porostami wgłębienie, w którym schowano kilka, jeśli nie kilkanaście zamkniętych kufrów. Zimno stawało się nie do zniesienia. Co robicie?

- Mów… do mnie… - Katon rzucał co jakiś czas do Oskara, szepcząc pod nosem i koncentrując się na cieniach płynących w świetle kamienia na dnie stawu.

- Jasna cholera! Zimna jak dotyk jebanej Hel! - Skandyk odpowiadał na magiczne wezwanie Katona - Chyba zaraz zwrócę, dobrze, że nikt więcej tu nie zszedł! Mamy tu całą masę trupów i… i kufry! Brrr… nie da się myśleć. Coś… coś tam błyska, zbadamy to - Oscar palcem wskazał Shillen jedną z czaszek.

- Tylko uważajcie. Zbyt wiele dziś straciliśmy - Katon starał się mówić uspokajającym, chłodnym tonem.

Drowka skinęła głową dając skandykowi do zrozumienia, że również widziała ten dziwny błysk.

- Dwójka nurkuje w poszukiwaniu skarbu, a reszta zabezpiecza teren. Prawie jak na Hebanowej prawda Katon? - Zażartował Anlaf klepiąc czarodzieja po ramieniu.

Oscar wyciągnął z oczodołu gnomiej czaszki oszlifowany kamień księżycowy. Zatrzymałeś się na chwilę urzeczony migotliwym światłem klejnotu, jednak lodowate tchnienie porażające twoje ciało dało o sobie znowu znać. Zabrawszy znalezisko, popłynąłeś do okutych srebrem kufrów wykonanych z materiału przypominającego mahoń. Zamknięte na klucz. Zamierzałeś je pchnąć mieczem tak "na wszelki wypadek", ale przy drugim gwałtownym ruchu niespodziewanie pędy porostów wysunęły się ku tobie. To nie był bezmyślny przedstawiciel roślinnego świata. Wyczuwałeś obcą, złośliwą inteligencję; roślina widziała cię, a ty czułeś, jak emanuje z niej nienawiść tak silna, że niemal namacalna. Musiałeś się bronić!
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 26-11-2017 o 10:13.
Clutterbane jest offline  
Stary 06-12-2017, 23:34   #10
 
Lord Melkor's Avatar
 


Wydobyliście wreszcie ostatnią ze skrzyń ukrytych w stawie. Zadanie sobie tyle trudu opłaciło się. Przyznał to nawet Oscar, który z trudem stał na nogach, sapiąc jak mors, a strugi wody spływały mu po zmęczonej twarzy. Odchylone w tył wieka czternastu kufrów ukazywały waszym zdumionym oczom stosy wspaniałych gnomich wyrobów szklanych i z terakoty. Jednak taszczenie tak kruchego skarbu będzie wymagało od zdwojonej ostrożności. Co robicie? Część z was powinna się wygrzać i wysuszyć. Pozostawionym rothe przydałaby się jakaś opieka. Jak zamierzacie transportować skarb?


Shillen spoglądała na skrzynie trzęsąc się z zimna jak osika. - Nie wiem co mnie pokusiło żeby schodzić do tej wody - wytarła ręką wodę spływającą jej z mokrych włosów na twarz - przynajmniej nie wychodzimy z niej z niczym, ale czy to właściwie było warte zachodu? No i jak my to przetransportujemy? - elfka znowu wzdrygnęła się od zimna. - Ma ktoś może jakiś koc?

Katon kiwnął głową z uznaniem Oscarowi, potem podszedł do ściany, przy której rzucił swoją torbę i zaczął w niej grzebać, wyciągając komplet zimowych ubrań na zmianę, które po chwili podał elfce. Chwilę zajęło mu rzucenie zaklęcia, które rozpaliło wśród rosnących nieopodal grzybów całkiem spore ognisko - ogrzejcie się i wysuszcie ubrania. Elf mrugnął do Anlafa: - to nie było jak u Bellit, tu nie było kilu - żachnął się elf - chyba, że chodzi o tą nic nie wartą uwagi krypę. Nie pamiętam skąd to było, ale zatonęło zanim zdążyliśmy z abordażem - Katon wspominał stare czasy. “Czy stare?” pomyślał zdając sobie sprawę, że ich przygody na Wyspie Grozy nie były jakimś bardzo odległym wspomnieniem. Dlaczego więc przeszłość jawiła mu się w takich szarościach? To był niewątpliwie problem, nad którym musiał pomedytować.

Elfka wzięła ubrania od czarodzieja, po czym szybko zrzuciła swoje przemoczone i wciągnęła na siebie te suche. Było jej tak zimno, że nie przejmowała się tym czy ktoś na nią patrzy czy nie. Na wspomnienie Katona o morskiej walce na pokładzie Hebanowej Królowej uśmiechnęła się pod nosem. - Może i nie zdążyliśmy z abordażem, ale musisz przyznać że widok tonącej Wdowy był bardzo satysfakcjonujący - powiedziała patrząc na część drużyny, która należała do załogi Bellit, po czym poszła w stronę ogniska się ogrzać.

- Trzeba wrócić na dół, bo stado nam się rozpierzchnie. I w końcu dotrzeć do Glimmerfell na odpoczynek. Mieliśmy ratować Tholraka, a straciliśmy kolejnych trzech towarzyszy - zauważył kwaśno Eol, przeglądając wydobyte spod wody skarby. Mniej ludzi do podziału trochę go radowało, ale umniejszało też siłę bojową drużyny - a bez tego nie było co liczyć na kolejne zwycięstwa.

- Nie mam w zwyczaju zostawiać swoich towarzyszy bez ratunku… ale masz rację. Shillen ostatni raz czuła Tholraka koło fomorów. Jeśli ta istota co go chwyciła zawlokła go do nich, fomory nie pożrą go najpewniej od razu. Są prymitywne, ale nie głupie. Zwykły wpierw wykorzystywać niewolników do własnych celów, a Tholrak jest twardy. Powinien wytrzymać kilka dni pracy fizycznej… wrócimy po niego jak już zwiedzimy Glimmerfell - elf obstawiał szansę krasnoluda. “Dziesięć procent, może nieco więcej, zważywszy, że nie mają łowiska i wędki i może zechcą… racjonować niewolników. No i jeśli Tholrak rzeczywiście jest twardzielem na jakiego wyglądał” zmarszczył czoło czarodziej grzebiąc ciekawie w skrzyniach wywleczonych przez zziębniętych awanturników.

Katon wziął do ręki jedną z ceramicznych lalek. Wszystkie wykonane były na wzór svirfneblińskich chłopczyków i dziewczynek. Kiedy nakręcił kluczyk z boku zabawki, poczuł w dłoniach rytmiczne uderzenia. Była to lalka z imitacją bijącego serca.

- Jak mogę coś powiedzieć - wtrącił grzecznie Thraert - to moja córeczka też taką miała. - Dostała na siódme urodziny. To z fabryki Thurvirfulba. Zajazd prowadził i robił je po godzinach, masowa produkcja ruszyła dopiero na krótko przed naszym upadkiem...

Oscar poczuł się poruszony znaleziskiem, niemal przestał dygotać z zimna. Nie rozumiał dlaczego, ale znów czuł się podobnie, jak gdy znaleźli grupę gnomich dzieci. Wstał od ogniska, wziął jedną z lalek, którą elf jeszcze przed chwilą trzymał w dłoni i bez słowa podał Thraertowi.

- Idę z Eolem - Skandyk odezwał się po przejściu paru kroków. - Ze stadem zostały moje zapasowe ubrania i koce - spojrzał w stronę przemokniętych towarzyszy - Anlaf, Rashad. Dziękuję za ratunek.

Shillen, która już trochę ogrzała się przy cieple ogniska zawołała do Skandyka i smokowca - Eol, Skandi! Pójdę z wami, ktoś musi ogarnąć rothe.

Ogrzewający się po kąpieli Rashad był wciąż w ponurym nastroju.

- Gdyby zostawić sprawę tym gnomom czy khazardurgarom to nie wiem czy ktoś by ciebie ratował - skinął Oscarowi. - A łup przecież mogą ponieść nasze mocarne rothe. Shillen, sprawdź czy wyczuwasz może obecność Amiry i Mavis? - Zawołał do mrocznej elfki.

Anlaf skinął głową w stronę Skandyka grzejąc się przy ognisku i próbując wysuszyć odzienie, które przemokło. - Musiałem wskoczyć, wisisz mi kolejkę za ruszenie z odsieczą w walce z Jitką - zażartował. - Swoją drogą Noriflist też się dzisiaj świetnie spisał. Jak dotrzemy do Glimmerfell poszukamy jakiegoś winka i dostanie swój udział. Może znajdziemy tam sposób, aby odczynić ten urok. Przydałby nam się trochę informacji.

- Sprawdzę! - drowka odkrzyknęła do Rashada podążając za Oscarem i Eolem, nie chciała w tej chwili przygnębiać drużyny jeszcze bardziej, ani osłabiać jej morale, dlatego nie mówiła jeszcze szlachcicowi, że już ostatnio nie wyczuła obecności ani jego kuzynki, ani elfki.

Mroczne krasnoludy nie zwróciły uwagi na jawną zaczepkę siedzącego przy ogniu szlachcica. Z minami równie mrocznymi jak ich oblicza wałęsały się po pobojowisku, szukając pogubionych w walce elementów wyposażenia. Jedynie pojedyncze, oderwane od siebie dźwięki - skrzypnięcie buta, brzęknięcie broni o kolczugę czy pojedyncze słowo wysyczane w mrocznym, złowrogo brzmiącym języku przez mijających się wojowników - zdradzały ich ruchy. Widać było, że niepowodzenie misji odbicia kapłana z rąk tajemniczego wodnego czarodzieja podkopało ich morale i wprawiło w ponury nastrój. Zakończywszy poszukiwania, wojownicy zbili się w ciasną grupkę i usiedli w pewnym oddaleniu od ognia, z dala od pozostałych. Rozmawiali wyłącznie ze sobą, dalej posługując się wyłącznie gardłowo-syczącym językiem używanym przez ich pobratymców, od czasu do czasu obrzucając resztę drużyny niechętnymi, podejrzliwymi spojrzeniami.

- Ogrzejcie się i ruszamy, wszyscy razem. - Eol potupał nogą z niecierpliwością - Tak na odchodnym, przydałoby się zawalić tą jaskinię, albo choć zatkać odpływ wody. Nie chciałbym, żeby coś stamtąd wylazło i szło za nami aż do miasta...

Pik-pik, pik-pik, pik-pik. Katon rozejrzał się niespokojnie, co nie uszło waszej uwadze, jednak co spostrzegł, co usłyszał? Czujnie wsłuchaliście się w najlżejsze szmery, jednak nie dostrzegliście zagrożenia. Żadnego zresztą nie było, Katon jednak dalej stał jak wryty. Pik-pik, pik-pik, pik-pik. Spojrzenie elfa zatrzymało się na lalce, którą przed chwilą nakręcił. Mechanizm już chwilę temu przestał bić. Więc czemu wciąż słyszał monotonne, rytmiczne pik-pik, pik-pik? I czemu tylko on?




Kiedy szykowali się do drogi z jaskini darakhula do Glimmerfell Rashad wydawał się pogrążony w ponurych myślach.

- Powinniśmy dopaść tego drania i uratować Mavis i Amirę, gdyby nie uciekł do wody to bym go na plasterki pokroił - syknął. - Shillen wyczuwasz ich jeszcze? - zwrócił się drowki.

Shillen milczała przez chwilę, po czym spojrzała mężczyźnie prosto w oczy i powiedziała krótko: - Nie, co oznacza, że albo są już daleko, albo są martwe. Nie wyczuwałam ich już zanim zapytałeś wcześniej, ale obawiałam się, że jak się dowiesz przestaniesz myśleć racjonalnie i będziesz chciał gonić za Jitką, chcąc pomścić kuzynkę, co byłoby w tej chwili głupotą. A więcej trupów nam nie potrzeba… - spoglądała jeszcze przez chwilę na twarz Rashada, po czym wróciła do szykowania się do drogi. Jej samej było żal Amiry, nie miała jednak zamiaru użalać się nad jej kuzynem, uznała że lepiej przekazać mu tą informację szybko, nawet jeśli bardzo boleśnie, jak nastawienie złamanej kości.

Rashad wściekle kopnął truchło jednego z krabów. Czy był teraz ostatnim żywym członkiem rodu Al-Maalthirów? Nie wiedział jaki był los niektórych z kuzynów, ale mogli nie uciec przed gniewem Cesarza Viridistanu.

- Nieważne, nawet jak nie żyje to nie jest to przecież kres dla takich jak my... wróciliśmy do życia w Byrny, może możemy ponownie… - powiedział tonem, jakby przekonywał i uspokajał sam siebie.
- Mam tylko nadzieję, że ten oślizgły ghul nie zmienił Amiry w jednego z nich, groził jej chyba tym zanim nas zaatakował… Mavis jest elfem, więc tego nie mógł jej zrobić… - Z powodu Mavis było Rashadowi przykro, była uroczą zawadiacką awanturnicą (przypominała w tym nieco Minervę) i coś między nimi zaiskrzyło, ale było to nieporównywalne ze stratą Amiry.

- To Amira przekonała was wtedy do ataku na Wieczną Kuźnię, prawda? Stały się wtedy rzeczy z których nie mogę być dumny… Żeby przeżyć, musiałem udać, że przyłączam się do kultystów Mechuitiego, zmusili mnie nawet do picia jego obrzydliwej krwi, ten ghul wyczuł to chyba. Nie mogłem też uratować Minervy...

-Co tam się wtedy zdarzyło? - czarodziej próbował w jakiś sposób rekonstruować wspomnienia, które urywały się na ogromnych ślepiach skorpioliszka, gdzieś na bagnach na Wyspie Grozy, liczył też, że szlachcic w jakiś sposób uspokoi się prostymi zwierzeniami. Czasem lepiej było zrzucić z serca trapiący sumienie ciężar.

- Tak ciebie przecież nie było z nami na Planie Ognia, rozmawialiśmy chyba już w Byrny, jak ten ginosfinks nas tam przeniósł, spotkaliśmy kapłankę Elcadię nosicielkę części Siedmioczęściowego Berła i ponieśliśmy klęskę w walce z małpimi kultystami Mechuitiego, Władcy Demonicznych Kanibali, którego uwięził w wulkanie na Planie Ognia jeden z pierwszych cesarzy Viridistanu. Kiedy przywódca kultystów, zdradziecki smok stworzony z żywego ognia zwany Herazibraxem, pojmał nas wraz z Minervą, próbowałem ocalić się udając że chcę się do niego przyłączyć. Niestety, nie mogłem uratować już Minervy, a mnie samego zaprowadzili do więzienia Mechuitiego, które jest jakby kawałkiem otchłani na Planie Ognia. Nawet uwięziony, demoniczny władca dysponuje straszliwą mocą, czułem, że jego wola mogła zmiażdżyć mnie jak robaka. Zostałem zmuszony do napicia się jego krwi, która była jak śmiertelna trucizna, a potem obudziłem się z powrotem we Wiecznej Kuźni. Próbowałem coś ugrać, ale Herazibrax mnie przechytrzył, nie wypuścił mnie z Kuźni, a kiedy przyniesiono mu żywą Amirę i martwą Elcadię z kawałkiem Berła, sprzedał mnie i Amirę goszczącemu u niego ifrytowi. Tak trafiłem na arenę Mosiężnego Miasta, gdzie zginąłem w walce z ogniowym gigantem. - Rashad zdawał się z wysiłkiem wyrzucać z siebie słowa.

- A co masz na myśli, że nie mogłeś uratować tej wywło… znaczy Minervy? - zapytała elfka - Nie mogła udawać, że chce się przyłączyć do smoka tak jak ty? Chyba była większą idiotką niż myślałam… - drowka szydziła z martwej kapitan Czarnej Wdowy.

- Ja… - Rashad zawahał się, czerwieniąc na twarzy i ściszając głos na wypadek gdyby gnomy ich podsłuchiwały - próbowałem przekonać smoka, ale on kazał mi wybierać pomiędzy jej życiem a moim. Lubiłem Minervę, była urocza nawet jak sfinks ją postarzał, nie chciałem tego. Herazibrax miał chyba jakąś hipnotyczną moc. Małpoludy pożarły ją na moich oczach… - może ruszajmy dalej w drogę.

- Jestem za… - stwierdziła elfka, wpatrując się z broń Rashada - A ten twój niezwykły oręż? Dostałeś go od tego Mechuitiego?

Rashad zacisnął odruchowo palce na rękojeści rapiera jakby bał się że będą próbowali mu go odebrać.
- Tak, dostałem go we Wiecznej Kuźni, jest mój… zresztą dla was, drowów, kontakty z demonami nie są niczym odrażającym, skoro oddajecie cześć Pajęczej Królowej, prawda?

- Czy w którymś z moich słów potępiłam cię za to, że próbowałeś się ratować wstępując w układ z demonem? - Shillen uśmiechnęła się dziko w stronę szlachcica. - Powiem ci więcej, diametralnie zyskałeś w moich oczach. Ten pomysł, żeby uratować własne życie, oddając w zamian życie tej suki z Czarnej Wdowy? Przy członkach Hebanowej może bym się wahała, ale ją oddałabym od razu. Aż żałuję, że nie mogłam widzieć tego na własne oczy. Fakt, faktem zostałeś potem wykiwany, ale mimo wszystko… - oczy drowki dosłownie błyszczały zainteresowane historią Rashada. - A podobno my drowy jesteśmy najbardziej chytre i zdradliwe - rzuciła, jednak w jej ustach brzmiało to bardziej jak komplement niż obelga.

Katon skrzywił się słysząc odrażające jak na jego gust poglądy towarzyszy - potępiać… nie. Ale pochwalać… też nie. Z mojego punktu widzenia Rashadzie, pozbyłeś się konkurencji dla naszej kapitan, Bellit. Z drugiej strony dostałeś też bolesną nauczkę, że wszystko, co pochodzi z otchłani chce nas jedynie wykorzystać. Można wchodzić z nimi w jakieś układy, o ile ma się pewność, że to nie pułapka. A często nią jest... - elf zamilkł na moment - w każdym razie współczuję. I straty kuzynki… i tego co tam się wtedy stało w Otchłani.

Rashad rozszerzonymi oczami wpatrywał się przez chwilę w Shillen, potem na jego twarzy pojawił się wyraz czegoś przypominającego chyba wdzięczność. Pokręcił głową, po czym nagle zaśmiał się, nieco obłąkańczo.

- Dziękuję Shillen, chyba przy drowich intrygi szlachty Viridistanu są jak dzięcięce knucia… Przestaje to wszystko rozumieć, myślałem że siły Prawa przywołały nas w tym grobowcu Byrnego żeby dać nam szansę na odkupienie, ale czy nam obojgu nie jest bliżej do Chaosu niż Prawa… czy ty pojmujesz Katonie mędrcze?

- Siły sterujące tym wszechświatem nie dbają o śmiertelnych. Jesteśmy tylko pionkami w ich zabawach. Czymże jest Chaos, jeśli nie zmianą? Czymże jest Prawo, jeśli nie stagnacją? Jeśli zadajesz sobie takie pytania, może powinieneś zostać mnichem? - elf uśmiechnął się ironicznie do Rashada. - Mnie nie zajmuje problem, dlaczego bogowie czy jakieś inne mistyczne potęgi zdecydowały, że obudziliśmy się w Byrny. Żyjemy, więc żyjmy tak, jak możemy najlepiej. Na przykład krzyżując im ich plany. Być może jest to częścią jakiegoś większego, kosmicznego planu, a być może to chwilowe zakłócenie rzeczywistości i w pewnym momencie wszyscy po prostu umrzemy - elf wzruszył ramionami. - Jako wojownik, masz chyba prościej, a przynajmniej tak myślałem. Szlachcic ma chyba jakiś kodeks honorowy czy inny zbiór określonych zachowań, którego się trzyma. A większość wojowników kieruje się pewnym zbiorem zachowań, obserwowalnym wśród co bardziej agresywnych ssaków… proste są na tyle, by nie zadawać sobie pytań o Chaos czy Porządek, albo inne kosmiczne siły... - czarodziej zamyślił się przez chwilę.

- Wiesz Katonie, że nie jestem przecież prostym wojownikiem, studiowałem nieco mistyczne sztuki oraz historię, chociaż moja wiedza nie równa się z twoją, wywodzę się ze starożytnego rodu, a edukacja która odebrałem w najlepszych akademiach Viridistanu nie ograniczała się tylko do szermierki, nawet jeżeli w tym jestem najepszy… - Rashad westchnął. - Nie mam już siły na te debaty, ruszajmy do Glimmerfell.

-Twoja kuzynka posiadała duży talent magiczny. Sztuczki wojownika… to tylko sztuczki, nieporównywalne z mocą Amiry lub moją. Ale masz rację, nie sposób nie docenić klasycznego wykształcenia - elf pokiwał głową.

Dziki uśmiech, który jeszcze przed chwilą gościł na twarzy drowki, znikł pod wpływem słów Katona o niezwykłym talencie Amiry. Jej twarz spochmurniała, bo zdała sobie sprawę jak bardzo przydatną osobę stracili, jednocześnie przypominając sobie o czymś - Katonie… Mam może głupie pytanie, ale nie byłbyś w stanie wyczarować kwiatów?

Katon wyszeptał krótką inkantację, wyczarowując widoczny na pobliskiej skale niewielki klomb kolorowych kwiatów - proszę bardzo.

Shillen wbiła wzrok w wyczarowany przez czarodzieja klomb. - Na Wyspie Grozy podczas jednej z moich sprzeczek z Amirą nawiązała się między nami taka jakby umowa. Tu raczej kwiatów bym nie znalazła, a dzięki twojemu zaklęciu, choć w części mogę się z niej wywiązać, dziękuję - skinęła elfowi głową.

- Nie dziękuj. To i tak iluzja - uśmiechnął się cierpko czarodziej - w sumie i tak jestem zdziwiony waszą heroicznością i odwagą… waszym oddaniem sprawie światła i prawości które nijak nie pasuje mi do istot Chaosu i zniszczenia za które się uważacie. Gdybyście posłuchali mojej rady, dziś badałbym machinę starożytnych, Amira by żyła, a Rashad wydobywałby złoto, którym mógłby odzyskać tron… lub chociażby wykonać w tym kierunku niewielki krok. Jedynie Shillen mogłaby być niezadowolona, w końcu zabilibyśmy tylko kilku jej krewniaków, którzy co prawda o ile pamiętam wywalili ją w młodości z miasta, za jakieś tam przewiny… kochająca rodzina doprawdy. Jeśli więc, Rashadzie, coś zależy od tych tajemniczych potęg, zapytałbym ich z chęcią, za jakie grzechy muszę wąchać smród rothe, wysłuchiwać krotochwili svirfnebli i moczyć ubranie w tej cholernej brei! - elf zatrzymał się, oczyszczając podeszwę buta z dużej warstwy błota i mułu.

- Sama nigdy nie uważałam się za istotę Chaosu, żyłam tak jak mnie wychowywano, wierzyłam w to w co kazano mi wierzyć. Części nawyków się nie wyzbędziesz - stwierdziła Shillen - Jednak jak już zauważyłeś od ponad dziesięciu lat nie żyję między swoimi i można powiedzieć, że część zwyczajów które mi wpajano zdążyła ze mnie ulecieć. Choćby to że my, ty wysoki elf i ja drow działamy w jednej drużynie. Inny drow zabiłby cię przy pierwszej okazji. A na powierzchni żyłam jak żyłam, bo raczej nikt nie zaufałby i nie dałby normalnej pracy drowce. To musiałam mordować i kraść, czego się nie wstydzę, bo starałam się tylko przetrwać. Co do mojej kochanej rodziny, to może ich piekło pochłonąć, zależy mi jedynie na Maharet, która wtedy uratowała mi życie. - ciągnęła naburmuszonym głosem - Zresztą jeżeli cały świat uważa cię za zło, które potrafi tylko niszczyć i mordować i nie ma siły, żeby spojrzał na ciebie inaczej to po cholerę starać się to zmieniać?! - stanęła przed elfem - No bo powiedz szczerze, patrząc na mnie, co widzisz?

- Elfa - wypalił od razu czarodziej wiedząc, o co Shillen pyta - tak, świat nie jest idealny, a uprzedzenia są silne. Tak, potwory ściga się z widłami i ogniem, tak, wywala się odszczepieńców, łowi bandytów, tak, zabija się wrogów. Pytanie, kogo ty w sobie widzisz Shillen… albo kogo chcesz w sobie widzieć...- elf minął drowkę i szedł dalej, mrucząc przekleństwa na wszędobylskie błoto.

Na słowa Katona drowka stanęła jak wryta. - Ja… Nie wiem… - szepnęła pod nosem sama do siebie. Stała chwilę w milczeniu, po czym też ruszyła zastanawiając się nad pytaniem zadanym przez elfa.

- Nie łam się kobieto. Wszyscy tutaj jesteśmy mordercami i złodziejami. Wysokie elfy są straszliwe w czasie wojny, wycinają całe plemiona… bo uważają, że tak trzeba. Nie jestem lepszy. Anlaf na pewno powiedziałby ci, jak bezlitosna bywa natura, silny zjada słabego i nic na ten temat nie można zaradzić. Skandyk mógłby cię wiele nauczyć o zwyczajach swojego ludu i prawidłach wojny. Zabijają dla zabawy, honoru, albo wręcz z nudów, a Rashad, jak każdy wojownik przyzna, że wojna… jest brutalna i bezlitosna. Sztylet i trucizna w Viridistanie to niemalże tradycja i jestem przekonany, że w tych jego elitarnych szkołach się z nimi zaznajomił. Nie pytam nawet Eola, bo od razu widać jakie ma podejście do przemocy i mordowania. Svirfnebli, mimo, że sprawiają wrażenie wesołków, obdarli by cię pewnie ze skóry… kazadrugarowie… cóż, nawet sobie tego nie wyobrażam... więc jeśli szukasz w sobie potwora tylko dlatego, że zabijasz… przestań - elf zarechotał widząc minę Shillen.

- Skandyk mógłby jej nauczyć jeszcze paru innych rzeczy - Oscar skomentował wykład Katona - A Rashad zrobił widocznie to co musiał, nie winię go. Co prawda ja bym wolał spłonąć i teraz pić miód w Valhalli, ale potrafię zrozumieć. Jak to mówią, przeżył, by walczyć innego dnia… czy jakoś tak.

Ponura mina Rashada na chwilę złagodniała kiedy zobaczył kwiaty wyczarowane przez Katona.

- Dziekuję Shillen, myślę że Amira doceni twój gest, kiedy ją odnajdę lub wkrzeszę i się o tym dowie... to nie miejsce i nie czas na ceremonię pogrzebową, nie mamy nawet ciała…
- A ty Katonie może i masz rację, zaczynam żałować że ciebie wtedy nie posłuchałem, wydawało mi się, że jesteśmy winni lojalność Hetalanowi bo w grobowcu jego przodka się pojawiliśmy... może trzeba było zająć tę kopalnię, Podmrok nie jest dla ludzi, czemu wszystko tu widzi w ciemnościach a my nie...

- Nie sądziłem też, że przeznaczenie połączy mnie z piratami.. ale tego chyba nie żałuje..- Dodał z melancholiinym cieniem uśmiechu.

Anlaf przysłuchiwał się jedynie wyznaniom Rashada w milczeniu. Podobnie jak Katon powstrzymał się od wydania osądu. Nie wiedział jak sam zachowałby się w takiej sytuacji. Patrzył w zamyśleniu w miejsce w którym jeszcze przed chwilą ośmiornice próbowały wciągnąć do wody resztę śmiałków. Znał zaklęcie, którym posłużył się Jitka i budziło to w nim niepokój. “Czy to możliwe, że to stworzenie było kiedyś druidem?” zastanawiał się z ponurą miną.

Drowka zaskoczona i trochę zmieszana wypowiedzią Katona w ogóle nie słyszała tego co mówią inni. Nie spodziewała się usłyszeć takich słów, a szczególnie od wysokiego elfa - Dziękuję… - szepnęła ledwo słyszalnie, po czym odezwała się głośno do reszty, starając się kontrolować głos, tak aby jej nie drżał - No… to skoro wiemy co się wydarzyło i jednogłośnie stwierdziliśmy, że nie winimy Rashada za to co musiał zrobić, to chyba możemy iść dalej, co? - ruszyła w milczeniu dalej.
 

Ostatnio edytowane przez Lord Melkor : 06-12-2017 o 23:39.
Lord Melkor jest teraz online  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168