Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-02-2018, 09:55   #1
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
[Wilderlands of High Fantasy 5E | ACKS] Wieczni wojownicy V: Czarne sojusze

Mocarstwem byliśmy już aż nazbyt długo; przywykliśmy do tego stanu i, wbrew oczekiwaniom, wcale nas nie uszczęśliwiał. Uczucie, że nic przez to nie zyskiwaliśmy, że stan ten raczej pogorszył niż polepszył nasze stosunki ze światem, zakorzeniło się, czy kto się do tego przyznawał, czy nie, głęboko w naszych umysłach. Wydawało się, że czas na nowy przełom: przełom na pozycję mocarstwa dominującego nad światem – czego, oczywiście, nie można już było osiągnąć drogą wysiłków moralnych na ojczystej ziemi. A zatem wojna, i to, jeśli trzeba, wojna przeciwko wszystkim, aby wszystkich przekonać i pozyskać, oto co nam niosło „przeznaczenie” (...)
- "Doktor Faustus", Thomas Mann
Część piąta:
Czarne sojusze


Korytarze Glimmerfell po powodzi

Ocalałe gnomy, które spotkaliście w Glimmerfell, powitały was jak bohaterów, zachwycając gościnnością niespotykaną w Podmroku. Jedynie Shillen bardziej niż gościnność odczuła... Protekcjonalizm i podejrzliwość zarazem, gdyż nie dość, że była jedyną kobietą (wszystkie zostały ewakuowane razem z królem Ardinem), to jeszcze mroczną elfką, a za dawnych czasów wszyscy drowi emisariusze przybywający do Glimmerfell zawsze podlegali przymusowej zbrojnej eskorcie svirfneblinów.

Przekonani o istnieniu skarbu hydrolothów, rozpoczęliście poszukiwania, choć szansa na jego znalezienie była niewielka. W jednej z opuszczonych wież znaleźliście przykryty kurzem i otoczony pajęczynami czarci łup. Był to kufer, w którym pośród tysiąca złotych kwadratowych monet wybitych w Glimmerfell krył się bursztyn z zatopioną wewnątrz niewielką żabą sprzed niezliczonych milionleci oraz magiczne przedmioty: rękawice ogrzej siły, czapka przebierania, wachlarz wiatru i pierścień ciepła. W miejscu ukrycia skarbu nie było niestety żadnych wskazówek odnośnie darakhuli, jednak daleko wam było do wściekłości z tego powodu, gdyż pochwyciliście wiele innych tropów.

Głębinowcy rozpoznali w zmutowanym, grellowatym Norifliście awanturnika, który niegdyś przybył do ich miasta w poszukiwaniu przewodnika do wyjątkowo niebezpiecznej misji. Nie był wtedy sam, towarzyszyło mu... czterech elfów. Katon policzył w głowie, ilu uczniów miał mistrz Sirron. Brakowało jednego czarodzieja, pytanie tylko - którego? A może czarodziejki, Indar lub przewodniczącej spadkobiercom Sirrona Beri? Svirfnebliny zapamiętały Noriflista szczególnie dlatego, że nieznajomy człowiek zdawał się być przywódcą tej niecodziennej wyprawy, a przecież rzadko kiedy zdarzało się, by elfowie powierzali swój los krótkowiecznym śmiertelnikom. Celem wędrówki, równie niesłychanym jak ta kompania, było... legendarne podziemne miasto Karga Kul, ponoć zapomniany dom siedmiu wymarłych cywilizacji.

Dawno temu, kiedy o władzę nad całym kontynentem Rhadamantii walczyły dwa wiekowe imperia - smocza Oricha i oddane demonom Bael Turath - miasto Karga Kul, w którego przepastnych podziemiach rozdarto Plan Materialny, otwierając portal do Otchłani, stała się jednym z pierwszych frontów imperialnej wojny. Orichalańskie wojska powstrzymały wtedy demoniczną inwazję. Według legend sam Bahamut zstąpił do Karga Kul, aby zamknąć i zapieczętować portal, którego od tamtej pory miał strzec klan drakonów zwanych Rycerzami Pieczęci. Rodziło to wiele nowych pytań. Kto zainicjował wyprawę uczniów mistrza Sirrona? Jaką rolę pełnił w niej Noriflist? Jaki był jej cel? Czy zakon Rycerzy Pieczęci i wasza nieśmiertelność miały ze sobą coś wspólnego? Jakie było miejsce Eola i Rashada w odwiecznym konflikcie Bahamuta i Tiamat? Czy kształtowaliście swoimi czynami przyszłość, czy tylko odtwarzaliście ten sam, powtarzający się cykl zdarzeń?

Nie było zbyt wiele czasu na takie rozważania, gdyż Glimmerfell nie było wolne od problemów. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że osuszenie zatopionego miasta było jedynie wierzchołkiem góry lodowej wyzwań. Trzęsienia ziemi, których przyczyna pozostawała zagadką, nękały napływających z czasem, nielicznych mieszkańców jedynej bezpiecznej dzielnicy osady. Klaustrofobicznie ciasne tunele nawiedzały duchy zabitych mieszkańców, z których niektóre były zaledwie echami przeszłości, a inne, groźniejsze, odnosiły się wrogo do wszelakiego życia. Mefity i żywiołaki ziemi, niegdyś zaprzęgane przez elementalistów Enklawy Kamiennego Serca do najcięższych robót, zerwały się z magicznych smyczy i oszalałe zaczęły siać zniszczenie, jakiego nie powstydziłby się sam Biały Król, a xorny ucztowały na bezpańskich klejnotach i rzadkich metalach. Tyle błyskotek pozostawionych samych sobie również w svirfneblinach wyzwalało wiele niezdrowych emocji, z których najsilniejszą była nienaturalna chciwość, wszechogarniająca ich niczym krasnoludzka gorączka złota.

Wielu ocalałych gnomów padło na przymusowym wygnaniu ofiarą likantropii, przeistaczającej ich w szczurołaki, idealnie dostosowane do życia w nowej, ponurej rzeczywistości. Ta klątwa, czy według niektórych uczonych choroba, podzieliła svirfnebliny na dwa obozy, które nie potrafiły się między sobą porozumieć. Z początku skłonni do negocjacji z likantropami przywódcy ocalałych byli z każdym porwaniem czy zamachem likantropów coraz bardziej radykalni i agresywni do stopnia wręcz niepodobnego gnomom, choć wam wydawało się niemożliwe, żeby obie strony tego konfliktu nie pragnęły tej samej jasnej przyszłości dla swego miasta.

Co gorsza, była jeszcze jedna przeszkoda na drodze do bezpiecznego Glimmerfell. Mimo iż rzeka Laetan wróciła do swego pierwotnego koryta, wilgoć Glimmerfell dała początek lub przyciągnęła dogodnymi warunkami niebezpieczne śluzy, galarety i pleśnie. Powiedzielibyście, że polowanie na kilka prymitywnych, egzotycznych drapieżników to dla was jak rutynowy patrol, jednak za całym tym zamieszaniem musiała stać niebezpieczna inteligencja, gdyż potwory - dziesiątki, jeśli nie setki potworów - zachowywały się w nadzwyczaj przemyślany sposób, gromadząc się na północy, w odciętym dystrykcie zwanym obecnie Głazozarazą. Magiczni rycerze w tym domniemanym złoczyńcy upatrywali powrotu króla Kronthuda, poprzednika Ardina Złotobrodego i zarazem tego wyśmiewanego w opowiadanych wam żartach łakomczucha, który podobno zginął na tronie zajadając się czarnym puddingiem.

Mijały tygodnie, a gnomia osada mimo przeciwności losu funkcjonowała coraz sprawniej. W końcu udało się nawet reaktywować “Kilof i Latarnię”, w obecnej sytuacji prawdopodobnie jedyną karczmę w promieniu wielu mil. Dowiedzieliście się w niej kilku innych ciekawych faktów. Do Ylesh Nahei oprócz drogi przez jadeitowe kopalnie svirfneblinów i drowie umocnienia, które przez długie lata powstrzymywały wszelkich nieprzyjaciół, istniała także druga, przez stare tunele Glimmerfell. W korytarzach tych zalęgły się jednak krwiożercze trolle. Gnomy nie mogły zlekceważyć narastającego zagrożenia i odcięły drogę do miasta, zawalając tunel. Kiedy zaś wspomnieliście o fomorianach, głębinowcy z dawnej Gildii Górniczej opowiedzieli o... Klocku. Tak nazywano giganta, który dawno temu spadł do solnych tuneli i po ciężkim lądowaniu utknął tam, niezdolny do powrotu do swoich wysoko położonych jaskiń. Górnicy, po poniesieniu kilka razy ciężkich strat z rąk wiecznie głodnego, krwiożerczego stwora, zaczęli omijać korytarze, w których egzystował uwięziony olbrzym, oczekując aż spotka go śmierć głodowa. Gnomy nigdy nie miały okazji sprawdzić, czy fomora spotkał właśnie ten los.

Eol szukał odpowiedniego miejsca na improwizowaną “salę tronową” i “garnizon”. Kapitan musiał niestety zadowolić się karczmą i okolicznymi domostwami. Jednak doglądając swego rynsztunku albo siedząc nad kuflem khazadrugarskiego piwa, jakiego zapas uchował się w “Kilofie i Latarni”, drakon nie przestawał snuć planów odbicia twierdzy króla Ardina, która wpadła w oślizgłe łapy domniemanego “króla Kronthuda”. W uwolnieniu pałacu zamierzało wam pomóc dziesięciu eks-strażników miejskich, których magiczni rycerze uczynili swoimi giermkami. Eol szkolił i nowych, i starych towarzyszy, najlepszych fechtmistrzów Glimmerfell. Z tego, co słyszał, wyszkolenie każdego z nich kosztowało króla Ardina siedem lat pracy i góry złota, a wiadomym było, że bezczynne wojsko rdzewiało jak miecz.

Ciekawe, czy w takim wypadku bezczynni szubrawcy rdzewieli jak sztylet. W Glimmerfell panowało bezprawie, co nie było dla was zaskoczeniem. Nie spodziewaliście się, że unikniecie okropności anarchii. Równie chciwi i odważni szabrownicy postępowali tak jak jeszcze do niedawna robiły to przegnane przez was czarty. Przemierzali ruiny miasta w poszukiwaniu porzuconej, cudzej własności, którą mogliby wymienić - nieważne z kim i gdzie - na coś wartościowego albo chociaż zapewniającego przeżycie kolejnego dnia. Szaber, z czasem coraz mniej dziki, coraz bardziej zorganizowany przez szczurołaków, kwitł i sami nie byliście pewni, czy odkupione dwa borsuki jaskiniowe nie pochodziły od handlarza spoufalonego z likantropami. Cóż, i tak mieliście związane ręce. Bez twierdzy z garnizonem nie mogliście zapewnić Glimmerfell bezpieczeństwa, a po powieszeniu paru łotrów dla przykładu dalibyście gnomom tylko powód do sympatii względem szczurołaków.

Eol nie mógł dać gnomom cudownego poczucia bezpieczeństwa, ale mógł dać wiarę. A znalazł podatny grunt, podatniejszy niżby przypuszczał, podsycając w gnomach trawiącą ich gorączkę złota i gniew. Neofitów z każdym tygodniem przybywało. Ci raz przyciągnięci cudami czynionymi przez drakona wkrótce pojawiali się ponownie, żądni już nie tylko czarów, a i zgłębiania dogmatów ponurej smoczej bogini, które dawały im nadzieję na ocalenie od zagłady przez pielęgnowanie chciwości i nienawiści. Rozpłomienionego świętą misją paladyna wraz z chęcią do działania ogarniały jednak pewne obawy. Z początku tłumił w sobie lęk. Tłumił obrzydzenie względem tego zrujnowanego miasta, którego zdesperowani mieszkańcy przestawali być normalni. Szaleństwo tliło się w ich oczach, jednak Eol tylko słuchał uważniej i badał wzrokiem swych kongregatów. Zrazu z mało widocznych obserwacji wyłonił się odkrycie, zbyt straszne by mógł je ogarnąć umysł. Rząd tych kilkudziesięciu dusz nie należał do drakona. To cień kogoś lub czegoś, zasnuwający gasnący blask Glimmerfell, zaszczepiał w gnomach cudze, złe emocje, które pod wpływem Tiamat tylko się pobudzały jak muśnięty palcem chór lutni, rozstrojony w stosunku do dziewięciu pozostałych, rozbrzmiewających w naturalnej, gnomiej tonacji.

Szaleństwo napełniające Glimmerfell było zaraźliwie. Doszukiwaliście się w sobie nawzajem ziaren obłędu. Shillen męczył ciężki kaszel. Ilekroć się dławiła, dusiła, wypluwała na swą dłoń niewielkiego pająka, który ponoć uciekał, zanim drowka zdążyła wam go pokazać. Eol nie widział nic dziwnego w oddawaniu się czasochłonnym, kompulsywnym rytuałom, których znaczenie pozostawało dla was zagadką. Oscar nieraz słyszał głosy skandyckich braci albo ulegał halucynacjom. Zaś Rashadowi śnił się Jitka, który ruszał w jego kierunku jak uosobienie grozy, jak demon z majaczeń szaleńca, wyciągając kościste szpony, by go zabrać jak swoją własność. Katon i Anlaf byli tylko zakłopotani i trochę zaniepokojeni stanem swoich kompanów - jeśli można tak powiedzieć o kimś, kto posiada stalowe nerwy.

Mieliście na tyle czasu, aby niepiśmienni członkowie waszej wyprawy zdążyli nauczyć się czytać i pisać. Anlaf, Rashad i Katon skorzystali z uprzejmości uczniów Fuldinbramfasta, wykorzystując pod nieobecność czarodzieja jego laboratorium do stworzenia magicznych eliksirów i przedmiotów, które miały ich wspomóc w dalszych przygodach. Jeden z młodych stażem czarodziejów zdradził, że ich mistrz udał się na długą, daleką wyprawę do legendarnego miasta beholderów, Ilth K’hinax. Zdawało się, że dla swoich wygórowanych ambicji w kwestii studiów nad Odległą Dziedziną poświęcił Glimmerfell, opuszczając je w najczarniejszej godzinie.

Wy zaś od kilku tygodni nie wędrowaliście, mimo że wymieniliście bydło, którego nie zdążyli pokroić Shillen i Oscar, na juczne rothe gotowe do dalekich, niebezpiecznych przepraw. Mimo że zatrzymaliście się pośród gnomów, wciąż szukaliście sposobu na kontakt z Powierzchnią, z Hetalanem, być może z królem Ardinem czy żyjącą na wygnaniu Maharet. Uznaliście, że najmniej ryzykownym sposobem będzie magia Anlafa. Nadleciał nietoperz, któremu druid niczym wiedźma z Dworzyska Czarownic wyszeptał na ucho krótką wiadomość i wskazówkę. Posłaniec zniknął posłusznie w ciemności napierającej na przyćmione światło marretów.

Katon pracował jak w zegarku. Wykorzystywał prześladujące go tykanie do kontrolowania czasu pracy, choć nie byłby sobą, gdyby nie próbował dociec przyczyny tej, całe szczęście, niezbyt uciążliwej klątwy. Według uczniów Fuldinbramfasta zabawki, na które się natknęliście, były ostatnim dziełem lalkarza Sturwina. W zamierzeniach rzemieślnika lalki z bijącymi serduszkami miały po prostu zadziwić pomysłem królewski dwór i pewnie wówczas zadziwiły. Z czasem wypaczone czarnoksięstwo, jakie przenikało Podmrok, sprawiło, że serca zabawek zaczęły odzywać się głośno wtedy, gdy jeden z Glimmerfellczyków ginął. Czarodziej próbował sięgnąć pamięcią wstecz i przypomniał sobie przynajmniej kilkanaście takich przypadków. Czy magicznym rycerzom udało się odprowadzić znalezione dzieci gdzieś, gdzie będą bezpieczne? Elfa uderzyły dręczące wątpliwości.

Pomagający Katonowi Rashad planował dzień i noc kolejne posunięcia awanturników. Najbliżej Glimmerfell leżało Ylesh Nahei. Ruina ta była niegdyś najdalej wysuniętym przyczółkiem drowów, czymś w rodzaju pogranicznej osady i - jako dawniej krasnoludzkie Angrimm - jednocześnie symbolem ponurego losu, jaki spotka wszystkich drowich wrogów. Odizolowana od elfiej stolicy Zyrissalantisaru było też wylęgarnią mrocznego kultu Starszego Oka Żywiołów, którego bezlitosne spojrzenie nie ominęło rodziny Shillen. Jaki los zaś spotkał samo Zyrissalantisar? Tego nie mógł wiedzieć żaden Glimmerfellczyk, gdyż nikt z ocaleńców nie podjąłby się ryzykownej, przynajmniej tygodniowej wyprawy dla samego zaspokojenia ciekawości.

Zadumany Rashad zaczął rozważać również inne możliwości. Ponoć czarodziej Fuldinbramfast wybrał się do Ilth K’hinax, miasta wzniesionego na sztucznej wyspie, wykutej dezintegrującymi promieniami beholderów na samym środku Czarnego Morza. Dziesięć dni żeglugi dla eks-piratów Królowej Hebanowego Wybrzeża byłoby jak bułka z masłem, jednak skąd mieli wziąć łódź, skąd wiatr i jakież to niebezpieczeństwa czekały na nich w bezsłonecznych głębinach? A ponoć gdzieś na drugim brzegu tego lodowato zimnego bezmiaru żyły kuo-toa. Tylko gdzie leżał drugi brzeg? Wzrok stąpających po ukochanych skałach gnomów nie sięgał tak daleko.

Docierał jednak do oddalonych o dobre trzy tygodnie mozolnego schodzenia w dół rozgrzanych do czerwoności kamienisk, pośród których swe miasta wznosili potomkowie illithidzkich niewolników, khazadrugarowie. Jak mieliście okazję się przekonać, byli groźnymi sojusznikami. Niestety zaginęli zarówno Tholrak, porwany przez dzikiego quaggotha służącego fomorianom, jak i jego kompani. Nagłe zniknięcie towarzyszących kapitanowi krasnoludów przypomniało wam, że Glimmerfell było wciąż niebezpiecznym miejscem. Oprócz niespokojnych duchów, oszalałych żywiołaków i trawiących wszystko śluzów, w mieście kryły się też najniebezpieczniejsze z drapieżników - jego dawni mieszkańcy, odmienieni przez klątwę likantropii. Czy Hulnar i Gulmur stali się zakładnikami szczurołaków? A może ich ofiarami? Co w ten sposób szczurołaki chciały przekazać awanturnikom?

Na myśl o zakładnikach Rashad nie mógł nie pomyśleć o Amirze. Dzieląc się swoimi troskami z Glimmerfellczykami spodziewał się, że svirfnebliny okażą się jedynie grabarzami jego nadziei. Jednak ich słowa pozwoliły Viridistańczykowi dostrzec nikłe światełko w tunelu, zupełnie jakby w gnomiej fascynacji światłem kryła się jakaś głębsza życiowa prawda. Skoro Jitka i gigantyczne kraby - sugerowały niektóre rady - poruszali się wzdłuż podziemnych rzek i zbiorników wody, nie mogli ujść uwadze mykonidów. Dawniej bystrzy i doświadczeni grotołazi mogli znaleźć ich gaj wzdłuż Laetan, choć przekierowanie koryta rzeki przez darakhule mogło zmusić grzyboludzi do podjęcia próby znalezienia nowego legowiska.


Czterech gnomich żołnierzy, nieodstępujących na krok eskortowanej drowki, zaczęło się powoli przyzwyczajać do humorów Shillen. Z czasem nie byli specjalnie zdziwieni tym, że chce ona wraz ze swoimi zwierzęcymi towarzyszami zwiedzać niezbadane i być może zamieszkane przez wrogów ruiny, nawet z czterema kulami u nogi. Durnie robili zbyt wiele hałasu chodząc w zbrojach i im dłużej trwały przechadzki, tym bardziej zdenerwowana była elfka. Nie dość tego, pewnego dnia gnomy, chcąc zagrać jej na nosie, zaprowadziły ją w miejsce, gdzie stało wiele drowich posągów, zbyt naturalistycznych, aby mogły być dziełem rąk rzemieślnika. Przez plecy Shillen przeszły ciarki na wspomnienie ślepi skorpioliszka, zdolnych obrócić ciało w kamień.

- Zaatakowaliście nas w przeddzień powodzi - powiedział oskarżycielsko strażnik - ale nasi magowie byli sprytniejsi!

- A teraz my musimy być jeszcze sprytniejsi - zaczął drugi. - Nawet doprowadzeni do takiego stanu potraficie wsadzić nóż w plecy.

Shillen może czułaby się winna za swoich pobratymców, gdyby nie dostrzegła znajomych amuletów na szyjach posągów, obecnie skamieniałych. Symbolizowały one zwężającą się linię, zawiniętą w niepokojący, ślimaczy kształt. Symbol Starszego Oko Żywiołów przypomniał drowce o przeszłości, każąc znów bez końca roztrząsać nikczemną zdradę doradcy Dagthira i jej sromotną ucieczkę z Podmroku. Żyły na skroniach elfki niemal pękły jej ze złości.

Drowka patrząc na skamieniałe postaci elfów zaciskała pięści, a krew w jej żyłach aż wrzała od złości. Nie zwracając uwagi na reakcję gnomów wyciągnęła jeden ze swych mieczy i zaczęła uderzać nim w jeden z pomników, mając nadzieję że zmieniony w kamień drow może to poczuć jej ciosy.

Grodo, jeden ze strażników, przełknął ślinę na widok ogarniętej furią drowki. Widział już Shillen całą umorusaną w krwi, kiedy ta oprawiała zwierzynę. A pewnego razu zarobił od niej kopniaka, przyłapany na kradzieży obuwia, które w samotności lubował polerować... Językiem.

- Pieprzeni zdrajcy… - rzuciła patrząc na pomniki, po chwili jednak nerwy trochę z niej opadły. Zwróciła się do eskortujących ją gnomów. - Mówicie, że zaatakowali was dzień przed powodzią, tak? To wszyscy którzy tu przybyli, czy było ich więcej? I co macie na myśli mówiąc, że nawet doprowadzeni do takiego stanu, możemy wbić nóż w plecy? Jakiego stanu? - spoglądała na nich pytającym wzrokiem, dając do zrozumienia, że nie miała jakiegokolwiek pojęcia o tym co się stało. Zastanawiała się też jakie straty poniosła enklawa z Ylesh Nahei w związku z nieudanym atakiem na Glimmerfell i całą tą sytuacją jaka panowała teraz w Podmroku.

Z ogniem w posępnych źrenicach Thralgam odpowiedział:

- Nie wiem, lecz wątpię, by było ich więcej od nas obecnie. Kilkaset? - i nie powiedział na ten temat już ani słowa więcej, a z jego twarzy nie dało się wyczytać śladu myśli o okrutnych walkach w ciemnych korytarzach, zasadzkach na krętych schodach, o krwawych rzeziach. Przeszłość była dla nich martwa. Czasami z tego trupa udało wydobyć się wam jakiś ochłap, którego jeszcze nie pochłonęła gnomia zapominalskość. A przecież kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie.

Płomień w oczach Thralgama zgasł momentalnie jak iskra. Obudził się za to nowy, skupiony na dniu dzisiejszym i działaniu.

- Posągi czasami ożywają i udają się na rzeź. Rąbią, kaleczą, obdzierają ze skóry. Przyłażą z Głazozarazy. Idziemy tam? - rzucił dziarsko poprawiając broń. Shillen zaczęła rozumieć, że wyprawa w dwudziestu rycerzy przeciw całej armii darakhuli była dla gnomów całkowicie naturalnym, jeśli nie odruchowym zachowaniem. Cała ich kultura była zbudowana wokół czynów dokonywanych bez krzyków, bez łez, bez nadziei i bez żalu. Rashad pewnie powiedziałby, że zostali stworzeni do roli waszych popleczników.

Shillen spoglądała na nieruchome postacie elfów. - Hmmm… może innym razem, może powoli wracajmy do moich towarzyszy. Więc mówisz że one ożywają? Ale jak? Tego typu czary same przemijają? - spytała, czekając na odpowiedź oraz na to aż jej nowi “koledzy” ruszą w drogę.

- Urok nie przemija. Golem, mówi ci to coś?

- A tak… racja. Chyba za bardzo skupiłam się na tych skamieniałych elfach. - Zwróciła wzrok z powrotem na kamienne sylwetki. - Tak właściwie, to dlaczego ich nie zniszczycie?

- Skoro do nas już zawitałaś, możesz przecież sama posprzątać po rodzince. A sprzątania czeka cię moc... - odpowiedział złośliwie Fromald, ten, który przechwalał się sukcesem gnomich czarodziejów nad drowami.

- Ci tutaj nie są już moimi braćmi, mają na rękach krew mojego ojca. W całej tej zgrai została tylko jedna drowka, którą mogę nazwać rodziną, a reszta może nawet zostać zeżarta przez ghule, nie dbam o to. Z wielką satysfakcją roztrzaskała bym te kamienne figury, ale to kiedy indziej… a teraz jeśli panowie są łaskaw, chcę wracać do swoich towarzyszy - syknęła do gnomów, po czym splunęła w kierunku posągów.

- Poczekaj, pokażę ci coś jeszcze - powiedział Grodo, łaknący uwagi Shillen. - Stań blisko - wskazał palcem na dziwnie zakrzywioną ścianę jaskini - i przyłóż do niej uszko.

Kiedy drowka postąpiła zgodnie z instrukcjami gnoma, ten, stojąc pod ścianą na drugim końcu groty ruszył nieznacznie ustami. Mimo że tylko szeptał, wypowiadając słowa najciszej jak tylko mógł, elfka słyszała go prawym uchem głośno i wyraźnie. Nie znała języka Glimmerfelczyków, ale sam ton głosu sugerował coś wybitnie nie na miejscu. Spojrzała na Grodo z zimną wzgardą.

- Chodźmy, nie czas na wygłupy - skwitował zażenowany Thralgam.

- Takie “wygłupy” niejednemu spryciarzowi uratowały życie - odszczeknął Grodo.

- Albo odebrały - podchwycił Fromald. - Nasi szczurzy sąsiedzi i gorsze drapieżniki też znają te sztuczki. A powiadają, iż pewnego dnia kapłan Grimo przyłożył ucho do ściany i nasłuchiwał, aż usłyszał głos swego ojca, zmarłego dawno temu. Chcesz żeby i tobie śmierć deptała po piętach?

- Chyba wolę ruszać nogami niż słuchać bajek - siłujący się na znudzony głos Thralgam próbował zakończyć dyskusję.

- To dobrze się składa, bo ja wolę ruszać nogami niż bajki opowiadać. Idźmy więc - podsumował Fromald.

Zaciekawiona właściwościami jaskiń i znudzona towarzystwem gnomów zarazem Shillen przed podjęciem powrotnej drogi przyłożyła jeszcze raz ucho. Było cicho i tajemniczo. Słyszała tylko oddalające się stąpanie gnomów, których obserwowała kątem oka, starając się nie oderwać ucha od ściany.

Niespodziewanie usłyszała głos, który tamtego dnia wydawał się już zaledwie zjawą z odległej przeszłości. Słowa Maharet zabrzmiały wibrująco jak puszczona cięciwa.

- W naszym domu zostali sami nędzni zdrajcy spiskujący, by obrabować bogów. Połowa z nich nie wie nawet, komu służy. Strzeż się siostro!

Na dźwięk słów kuzynki tętno drowki przyspieszyło, ze strachem oderwała się gwałtownie od ściany. - Maharet… - wyszeptała pod nosem. Podparła się ręką o ścianę żeby nie stracić równowagi. - Muszę o tym powiedzieć reszcie… - spojrzała na gnomy i ruszyła szybko za nimi - Szybko! Muszę jak najszybciej spotkać się z resztą. - rzuciła do gnomów wyrywając się na przód przed nimi.


Podczas pobytu w Glimmerfell polegaliście na świetle klejnotów zwanych przez svirfneblinów marretami. Dość było taki kamień potrzeć palcem, by zaczął świecić. Dość było potrzeć w przeciwnym kierunku, by zgasł. A byliście przekonani, że to jedynie szczątek mądrości gnomów, a raczej ich pradawnych przodków, którzy byli prawdziwymi mędrcami. Co bardziej imponujące, byli także niestrudzonymi pielgrzymami, skoro na polecenie swego boga, Callardurana Gładkorękiego, rozmyślnie zstąpili do tej nieprzyjaznej, podziemnej krainy, przepełnionej cierpieniem równie mocno jak jej domniemany stwórca Torog, Pełzający Król.

Kiedy wyruszyliście przekonać się, cóż to za cienie porwały Gulmura i Hulnara, ostatnich z towarzyszących wam khazadrugarów, nie mogliście jednak dłużej liczyć na blask marretów w opuszczonych, nierzadko zawalonych czy celowo odciętych korytarzach. Czuliście, że może czaić się tam coś, co nie tylko ciału, ale i duszy zagraża. Wytężaliście w mrok szeroko otwarte oczy, prowadzeni przez Dalalda, Nordarda i Borderta, trzech braci o pewnej sławie wśród miejscowych złodziei i szabrowników. Nawet jeśli nie uśmiechało wam się z nimi współpracować, musieliście zdać się na pomoc tych czy innych agentów, jeśli mieliście zgasić w Glimmerfell niepokój i niezadowolenie.



Dalald (po prawej) i jego najmłodszy brat Bordert

Ogromne szczury umykały z piskiem, gdy podążaliście kamiennymi korytarzami pod miastem. W ciemności widzieliście ich błyszczące ślepia. Jeden z większych gryzoni chwycił Eola za łydkę, lecz drakon złapał go i zgniótłszy w pancernej rękawicy zdobionej motywem ogra cisnął nim w ostrożniejsze zwierzęta. Te natychmiast rozpoczęły pełną pisków i szamotaniny bitwę o zdobycz, a wy pospieszyliście dalej klaustrofobicznymi tunelami.



Rękawice ogrzej mocy

Wodząc ręką po wilgotnej ścianie Dalald znalazł sekretne przejście. Zwolnił zasuwę i sapnął, gdy fragment kamiennego muru ustąpił pod badawczym dotknięciem jego palców. Chociaż nie wiedzieliście, dokąd może prowadzić to przejście, poszliście za nim. W końcu po długim marszu dotarliście do następnych drzwi. Dalald odsunął zasuwę. Drzwi otworzyły się z przeraźliwym skrzypnięciem nienaoliwionych zawiasów.

Wasz marsz dobiegł końca tam, gdzie niegdyś nastąpił koniec krwawej wojny. Ostatnia jej bitwa musiała rozegrać się właśnie w tej jaskini. Zapomniane kości były poznaczone uderzeniami stępionych, zardzewiałych mieczy. Czające się szczury nie odważyły się ogryzać tych gnatów. Mogliście iść o zakład, że nie znaleźlibyście tu ani jednej nadgryzionej kosteczki. Tylko stal broni zostawiła swoje ślady na kościach. Ślady, które układały się w imiona. Imiona tej biblioteki poległych były nie do końca zapomniane, sądząc po twarzach magicznych rycerzy. Thraert jęknął ze zgrozy pod ciężarem tego ponurego brzemienia, którego miał nadzieję się pozbyć, gwałtownie wstrząsając ramionami.

- Ponoć neutralny grunt - rzekł Dalald, nie zwracając uwagi na zachowanie fechtmistrza. Pełne niepewności “ponoć” nie uspokajało waszych nerwów napiętych jak postronki. - Musimy tu poczekać.

- Jak te kości... - rzucił Thraert. - Wciąż czekają. Co za klątwa nie pozwala popaść im w zapomnienie, kiedy my sami już nie pamiętamy, o co tu walczono?

Pytanie Thraerta nie odciągnęło nikogo z was od czujnej obserwacji. Grota zaczęła wypełniać się cieniami. Śledziliście pojawiające się sylwetki, czując nerwowe mrowienie. W odróżnieniu od Dalalda, Nordarda i Borderta gnomy, z którymi mieliście się spotkać, nie kryły swego zezwierzęcenia. Czarne figury skradały się, węsząc i piszcząc niczym szczury, co pozwoliło wam lokalizować je w ciemnościach. Likantropy nie wzbudzały waszego zaufania swymi posturami, zgarbionymi i wychudzonymi, a jednocześnie potwornymi i niesamowitymi.

W zasięg waszych pochodni i magicznych świateł wszedł eskortowany gnom, wysoki jak na przedstawiciela swego ludu i urodziwy - na drapieżny, okrutny sposób. Oczy jego były ruchliwe i czujne. Miał na sobie ciemny kubrak z materiału podobnego jedwabiowi, nogawice i buty jakby z kurdybanu. Dostojne odzienie, ale noszące ślady obozowego - zgadywaliście, partyzanckiego życia. W wielu miejscach pancerz pozostawił na nim rdzawe plamy.



Książę Gordfast Najprzebieglejszy

- Czy przyszliście oddać pokłon Gordfastowi Najprzebieglejszemu, pierworodnemu synowi króla Ardina Złotobrodego, Łamignatowi, Szczurołapowi z Glimmerfell, Przewodnikowi Zuchwałego Stada, któremu nawet Biały Król niestraszny?

Rahnulf warczał i jeżył sierść. W Podmroku polował na różne żywe stworzenia, między innymi na szczury. Był przyzwyczajony widzieć, jak czerwone ślepia szczurów gasły pod naporem jego pazurów i kłów.
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 14-02-2018 o 01:05.
Clutterbane jest offline  
Stary 11-02-2018, 20:39   #2
 
Asmodian's Avatar
 
Drowka wolała aby uwaga napotkanych gnomów skupiła się bardziej na reszcie towarzyszy, niż na niej, bycie stale pilnowaną przez straż w Glimmerfell było dla niej wystarczającym utrapieniem, dlatego przykucnęła przy najeżonym, warczącym wilku i próbowała go uspokajać.

- Spokojnie mały… - gładziła łeb wilka, licząc na to, że ktoś z reszty wypowie się w imieniu całej grupy.

Rahnulf posłusznie przestał warczeć. Przytulił się do nogi Shillen. Szturchnął swą wielką wilczą głową żebra drowki. Rozejrzała się wokół. Stojący za nią magiczni rycerze bez zastanowienia skłonili się nisko przed Gordfastem.

Rashad był zdumiony pojawieniem się zaginionego dziedzica Ardina pośród szczurołaków, czyż nie mówiono że udał się on do miasta płaszczowców? Czy gnomi książę stał się jednym z owych budzących obrzydzenie likantropów?

Bardzo łatwo było wskazać svirfneblina, który padł ofiarą likantropii. Łyse głowy męskich przedstawicieli gnomów głębinowych w wyniku klątwy (czy choroby) zaczęło porastać szczeciniaste, ciemne futro. Te ze szczurołaków, którym zależało na dyskrecji, dokładnie goliły wszelkie nadmierne owłosienie albo starały się je ukryć jak Dalald i jego bracia. Gordfast również zadbał o to, aby uchodzić za "zdrowego" svirfneblina, choć sądząc po dumie, z jaką się wyrażał, inaczej musiał pojmować zdrowie niż nie-likantropy. Musiał też wspomagać się magią iluzyjną, która, z tego co wywnioskowaliście, była powszechnie używana jako upiększacz przez gnomów piastujących oficjalne stanowiska, gdyż gołym okiem nie widać było nawet ani jednej cebulki włosa.

Na razie jednak należało wywrzeć na Gordfaście, przyjmując że faktycznie to był on, odpowiednie wrażenie, szlachcic skłonił się więc, przywołując całą wpajaną mu od urodzenia galanterię.

- Cieszymy się niezmiernie widząc cię tu bezpiecznym czcigodny książę, radosna to wiadomość zarówno dla twego ojca jak i wszystkich jego wiernych poddanych, mieszkańców Glimmerfell. Jam jest Rashad z rodu Al-Maalthirów, mistyczny rycerz, w moich żyłach płynie krew starożytnych orichalianskich władców, smoków i Viridistańczyków. Moi towarzysze, których spotkałem podczas planarnych podróży, to niezrównana łowczyni i tropicielka Shillen, elfi mędrzec i czarodziej Katon, wielki skandycki wojownik Oscar oraz druid Anlaf, który wyrwał twego ojca, króla Ardina, z ponurego uścisku śmierci, gdy toczył go jad darakhuli - Rashad przedstawił kompanów.

- Jest też z nami Eol, smokorodny i były kapitan Thunderhold, obecnie w służbie króla Ardina, który powierzył mu i nam wszystkim misję ocalenia Glimmerfell, zadanie które w obliczu przeciwności i ciężkich strat wykonaliśmy, niszcząc powołaną przez plugawą magię ghuli tamę, wydobywając Błyszczące Miasto z wód Laetan i przeganiając stąd czarty.

Katon kiwnął jedynie głową z szacunkiem w stronę księcia, będąc przedstawiony przez Rashada. Wściekły był, ze odciągnięto go od badań nad księgami znalezionymi w pracowni Fuldinbramfasta a w zamian wciągnięto w “negocjacje” ze szczurołakami. Osobiście nie uważał obecności i działalności szczurołaków za problem, przynajmniej nie jakiś szczególnie groźny dla Glimmerfell. Elfowi było właściwie bez różnicy, czy Glimmerfell skończy jako kolonia szczurołaków, czy utrzyma swoją gnomią populację w całości, czy w części po jakichś bratobójczych walkach. Możliwości było kilka, i właściwie żadne z nich nie stanowiło zagrożenia dla miasta i choć niewątpliwie wszyscy powinni współpracować w imię wyższego dobra, niekiedy ofiary musiały być konieczne aby dokonał się postęp. Dobór naturalny. Z etycznego punktu widzenia zaś... w tak delikatnej kwestii dotyczącej równowagi natury, wolał polegać - na zdaniu Anlafa, który jako druid lepiej rozumiał owe zawiłości etyczne i moralne. Nie było też jego zadaniem zarządzać Glimmerfell, na co ostrzył sobie pazury smokowiec a redukowanie się do roli pionka w rozgrywce o królewski stolec sfirvnebli uważał za uwłaczające swojej godności jako badacza. Intrygujące Ylesh Nahei czekało...i czekać musiało.Czarodziej postanowił więc póki co trzymać język za zębami, uzbroił się w kamienną twarz i spokojnie obserwował rozwój wypadków, zamierzając wtrącić się, w przypadku kiedy krasomówstwo jego towarzyszy okazałoby się niewystarczające.

Drowka cofnęła się o krok, żeby nie potknąć się o wtulonego w jej nogi wilka, po czym tak jak Rashad lekko skłoniła się księciu. W myślach wyzywała sama siebie i zastanawiała się co ostatnie dziesięć lat z nią zrobiło, bo za czasów gdy Daghtir jeszcze żył nigdy nie skłoniłaby się gnomowi.

Ciężki pancerz, w który przyodziany był Eol, nie bardzo pozwalał na gięcie się w niskich pokłonach, więc rycerz ograniczył się tylko do salutu pięścią przyłożoną do serca. Ornamenty czarnej zbroi - wypolerowanej przez natręctwo smokowca tak, że można było się w niej nieomal przejrzeć - mówiły o jego przyjaźni z gnomami więcej, niż nawet najbardziej kwieciste tytuły, stąd Eol nie czuł potrzeby dodawać wiele do słów Rashada. Jednak rewelacje o tym, kto w rzeczywistości jest wodzem szczurzej hordy, wymagały odpowiedniego zaadresowania.

Eol, który nawet wśród swoich towarzyszy robił za olbrzyma, a w otoczeniu gnomów śmiało mógł służyć za wieżę oblężniczą, postąpił krok naprzód, zrównując się z perorującym Rashadem... i niespodziewanie przyklęknął na jedno kolano przed dziedzicem.

- Król Ardin (oby żył wiecznie) wysłał nas tu, byśmy pomogli odzyskać dziedzictwo jego udręczonego plemienia. - powiedział dobitnie - Czasy są ciężkie, a w takich sytuacjach lud potrzebuje tym bardziej kogoś, kto poprowadzi go ku jedności i lepszemu jutru. Odzyskaliśmy Glimmerfell. Twoi poddani czekają na ciebie, książę, a twoja krew wymaga objęcia tej odpowiedzialności. - pochylił lekko głowę - To, co należy do ojca, należy także do pierworodnego syna. Porzuć, panie, tą marność i brud, i obejmij to, co ci się słusznie należy.

- Powstańcie - książę zwrócił się do was. - Wszyscy, wstańcie. Wasze czyny nie przeszły bez echa. Wiedzcie, żeście zyskali dozgonną wdzięczność mojego rodu. Mówię to w imieniu swoim i mojego ojca. Wynagrodziłbym was sowiciej, ale w obecnej sytuacji stać mnie tylko na ten skromny podarek - jeden ze szczurołaków podał Gordfastowi torbę. Przy przekazywaniu nagrody z rąk do rąk usłyszeliście uderzenie szkła o szkło. Musiała być to torba pełna butelek, magicznych mikstur, zgadywaliście.

- Moje miasto ma już króla - syknął. - Podła kreatura wciąż zasiada na tronie mojego ojca, w pałacu wzniesionym przez moich przodków - cedził przez zęby, mając na myśli “Puddingowego Króla”. - A moi poddani... - wziął głęboką pauzę. - Nie... To jeszcze nie jest odpowiedni czas. Nie zrozumieją daru, który im niesiemy i którego tak bardzo potrzebują. Nie wszyscy. Gdybym miał wsparcie kapłanów, gdyby w moim imieniu przemawiał sam Rubin kleru Callardurana, na powrót objąłbym władzę. Ale w Glimmerfell zostali sami Nieokrzesani i Wygładzeni, którzy nie rozumieją głosu skrzywdzonego ludu, a nasz prawdziwy pasterz zaginął w ciemnościach Podmroku...

Anlaf przysłuchiwał się z tyłu rozmowie starając się analizować każde zdanie i gest przywódcy Zuchwałego stada. Cała jego wiedza o szczurołakach ograniczała się do kilku krótkich i niezbyt pochlebnych opisów bardziej sędziwych druidów, w których najczęściej przewijały się takie sformułowania jak "chciwe", "tchórzliwe" i "samolubne". Zastanawiał się czy pod fasadą dostojnego i łaskawego księcia kryje się więcej svirfneblina czy szczurołaka.

Może odpowiedzi na to pytanie należało szukać w symbolach, jakimi obnosiło się Zuchwałe Stado. Na szyjach Gordfasta i jego przybocznych Anlaf zauważył po jednym brudnożółtym zębie, kle zawieszonym na sznurku. Braki w uzębieniu nie były wszak niczym niezwykłym w Dzikich Krajach, więc pamiętający pirackich kompanów awanturnik początkowo nawet nie zwrócił na to uwagi. Niestety znajomość najrozmaitszych religii nie pozwalała druidowi rozpoznać, którego kultu był to symbol i jaki to sens miał odzwierciedlać.

- Dziękujemy, Wasza Najprzebiegłość, za słowa uznania i dar, którym nas zaszczyciłeś. - Rashad skłonił się ponownie, zastanawiając się na ile uznanie księcia było szczere i na ile mogli sobie wzajemnie zaufać.

- Muszę przyznać, że niewiele wiem o darze, który niosą członkowie twego Stada, ale rozumiem, że może to wzmocnić Glimmerfell w walce o przetrwanie z ghulim pomiotem. - Odparł Rashad dyplomatycznie.

- Nie udało się nam jeszcze od czasu wkroczenia do Podmroku skontaktować z twym czcigodnym ojcem, który według naszej wiedzy powinien gościć u krasnoludzkiego króla w Thunderhold, rozumiem więc że ty, o książę, władasz pod jego nieobecność. Obawiam się, że masz rację, pozostali twoi poddani mogą nie być gotowi aby natychmiast i bez oporów przyjąć przemianę, jeżeli mogę coś zasugerować, najlepiej byłoby abyśmy wszyscy połączyli siły pod twym przewodem i odzyskali pałac królewski, który okupuje ta kreatura zwana Puddingowym Królem.

- A wtedy my z kolei zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby wam pomóc przeciw nieprzyjacielowi - obiecał książę. - Pociesza mnie, że mój ojciec i niewiasty Glimmerfell nie muszą obawiać się o życie.

- Wydajecie się rozumieć niebezpieczeństwo. To nie jest jakieś poszukiwanie skarbów. Jedną śmiertelną grozę goni następna. Jednak zanim szturm na pałac będzie możliwy, liczyłem na waszą pomoc przy odnalezieniu Rubinu Callardurana, czcigodnego Burwise'a zwanego Złocistym. Jakiś czas temu, gdy tu powróciliśmy, doszły nas te złe wieści. Rozeszła się szeroko pogłoska, że Rubin zaginął. Strzygliśmy uszami, pełni niepokoju, jednak nadaremno. Nie wyobrażam sobie, żeby coś mogło go zatrzymać, chyba że sam nieprzyjaciel...

- A bez niego, książę, reszta społeczności gnomów nie zechce poddać się twojej władzy? Może wśród nich są inne, równie szacowne gnomy które moglibyśmy przekonać do twoich racji? Jeśli wszystkim nam na sercu leży dobro Glimmerfell... - Katon zamyślił się, rozważają mniej czasochłonne opcje. Szukanie zagubionego kapłana, w Podmroku nie wyglądało na optymalne rozwiązanie problemu całej społeczności. Jeden gnom nie był warty kilkuset innych, nie w oczach kalkulującego szanse czarodzieja. “Może nie powinienem patrzeć z perspektywy elfa?”, żachnął się w myślach Katon.

Rozległy się podejrzliwe popiskiwania. Szczurołaki nie były pewne tożsamości Katona. Wysoki elf podejrzewał, że nie widzą zbyt wielkiej różnicy między nim a Shillen.

- Najwyższy kapłan Callardurana Gładkorękiego zwany jest Rubinem, ponieważ żadna królewska korona nie obejdzie się bez rubinu, błyszczącego równym blaskiem wespół z brylantami. Rubin to król klejnotów, rubinem wysadzone są ściany komnat mego pałacu, moc rubinów prowadzi do zwycięstwa i bohaterskich czynów. Dla wielu bogowie to co najwyżej niepewni sprzymierzeńcy, jednak nie dla ludu svirfneblinów, który podążył za swym bogiem do Podmroku. Jeżeli Głębinowy Brat chce okazać łaskę wyznawcy, pozwala mu znaleźć rubin. Dlatego jeśli znajdziemy Burwise'a Złocistego... będziemy na dobrej drodze.

Rashad przeszedł spojrzeniem pomiędzy księciem a magicznymi rycerzami, kalkując. W zamyśleniu pogładził się po brodzie.

- Na pewno odnalezienie potężnego kapłana który jak rozumiem jest filarem tutejszej społeczności i dysponuje brakującą nam magią kapłańską, byłoby niezwykle korzystne dla całego Glimmerfell, podobnie jak pozbycie się Głazozarazy, zarówno dla Stada jak i pozostałych gnomów, czyż nie? - Tutaj spojrzał na Thraerta i pozostałych magicznych rycerzy, czekając na ich aprobatę.

- Jesteśmy na twoje rozkazy, Wasza Miłość - powiedział Thraert do księcia, a pozostali fechtmistrzowie go poparli.

Po chwili kontynuował.

- Pytanie czy mamy jakiś punkt zaczepienia, gdzie odnaleźć Złocistego. Nie jesteśmy w stanie przetrząsać całego Podmroku, gdy Glimmerfell jest w potrzebie…

- Podobno widziano go ostatni raz w naszych kopalniach jadeitu, kiedy żegnał się, ruszając na pielgrzymkę do Głodnej Wyroczni. Od dawna oczekujemy jego powrotu. Trzy dni temu minął ostatni wyznaczony przez niego termin... Przed wyruszeniem w drogę oświadczycie wszystkim ocalałym, że ruszacie na jego ratunek. To podniesie ducha mego ludu.

- Rozumiem też książę, że po pomyślnym ustabilizowaniu sytuacji w Glimmerfell udzielisz nam wszelkiego możliwego wsparcia w dalszej walce z ghulami i powstrzymaniu ich zagrożenia, mamy pewną wiedzę jak tego dokonać.

- Jeśli tak, macie moje słowo.

- Zastanawiam się też nad wyprawą do Ylesh Nahei i wykorzystaniem jego zasobów dla naszej sprawy. Nasza towarzyszka Shillen pochodzi stamtąd, chociaż ostatnie lata spędziła na powierzchni. Walczyła ramię w ramię z rycerzami Glimmerfell by odzyskać miasto i nie jest wrogiem svirnebli. Taka osoba u władzy w Yleshi Nahei mogłaby zakończyć wrogość między miastami, czy jest coś lepszego niż z dawnego wroga uczynić mającego u ciebie dług sojusznika?

Shillen spojrzała zaskoczonym wzrokiem na Rashada, marzyła co prawda o pomszczeniu ojca, jednak nic ponadto. Po opuszczeniu Podmroku nigdy nie brała pod uwagę ponownego przejęcia Ylesh Nahei, aż do tej chwili. Pomysł wojownika wyjątkowo przypadł jej do gustu. Posłała lekki uśmiech w jego stronę, po czym zwróciła się do księcia. - A ja Wasza Najprzebiegłość, mogę potwierdzić, że jeżeli po odzyskaniu Glimmerfell pomożesz odzyskać mi Ylesh Nahei, to obiecuję, że na twych nie stanie noga żadnego z drowów z Ylesh Nahei, a na pewno nie z powodów zbrojnych. Tak jak ty jesteś dziedzicem Glimmerfell, tak ja jestem prawowitą dziedziczką Ylesh, córką Daghtira, wodza enklawy z Ylesh, który został zdradzony i zamordowany ponad dziesięć lat temu. Pomóżmy sobie nawzajem odzyskać to co się nam należy, zamknijmy przeszłość na kartach historii i rozpocznijmy nowy etap w Podmroku.

Rashad nie zdobył zaufania szczurołaków swą przemową. Mimo najlepszych chęci księcia do współpracy, jego zezwierzęceni poddani nie stawali się ani na chwilę mniej podejrzliwi względem obcych i byli przekonani, że ich podejrzenia są słuszne. Po propozycji niecodziennego sojuszu całe grupy likantropów zaczęły wskazywać na drowkę i piszczeć. Shillen czuła się otoczona przez obdarte, szczurookie postacie. Wydawało jej się, że kryją się we wszystkich brudnych i ciemnych zaułkach, a każdy cień, który tu spotkają, kryje zaczajonego mordercę, tylko czekającego na fiasko negocjacji lub... ponury rozkaz.

- Ani ja, ani mój ojciec nie możemy liczyć na to, że odniesiemy triumf bez pomocy sojuszników. Niech ci, którzy są innego zdania, wystąpią naprzód - rozkazał książę.

Piski umilkły jak przecięte nożem. Członkowie Zuchwałego Stada stali nieruchomo jak wykuci z kamienia. Kilku ze szczurołaków wymieniło czerwonymi ślepiami spojrzenia, któryś zaszurał łapami i ogonem, inny odkaszlnął. Zapanowała cisza.

Słowa księcia skierowane do jego poddanych odrobinę uspokoiły elfkę, jednak serce w jej piersi dalej biło niczym w werbel. Bała się, że jej propozycja z którą tak śmiale się wyrwała może przekreślić wszelkie negocjacje. Pełna niepewności czekała na dalszy przebieg rozmowy. Nie tylko drowka odetchnęła; w głębokiej ciszy zabrzmiało również westchnięcie Eola, który aż prychnął przez gadzie nozdrza lekko zielonkawą chmurką, najwidoczniej upuszczając ze środka sporo ciśnienia. W powietrzu zapachniało na chwilę metaliczną, kwaśną nutą.

- To eee... nasza... eee... szczera oferta, aczkolwiek teraz zajmują nas wszystkich chyba bardziej bieżące sprawy... - sapnął smokowiec, nie wiadomo czy bardziej zdziwiony śmiałą propozycją Shillen, czy tym, że jeszcze nie zobaczył błyskających w ciemności noży. - Jednego możesz być pewien, książę: tron w Glimmerfell zostanie oczyszczony ze wszelkiego plugastwa, tak jak oczyściliśmy wcześniej miasto z parszywych czartów - wypiął się z niejaką dumą - i zostanie mu przywrócona prawowierna władza. Wszelką pomoc, jaką możemy uzyskać w tym szczytnym dziele, bardziej niż chętnie przyjmiemy ku wspólnemu pożytkowi... - zrobił lekką pauzę i nieco mnie podniośle dodał - ...i gorliwie będziemy świadczyć o tym, komu na sercu leży prawdziwie dobro miasta i klanu. Nie wątpię ani przez chwilę, że twoje oddanie sprawie, książę, jak i nadchodzące, chwalebne i szczodre - podkreślił to słowo z emfazą - czyny sprawią, że kapłan Rubin, starszyzna i lud zapomną o swoich uprzedzeniach i otworzą umysły na dobrą zmianę.

Oscar obserwował okoliczne cienie na tyle, na ile pozwalały mu na to jego nieprzystosowane do mroku, ludzkie oczy. Same negocjacje niespecjalnie go interesowały, dopóki zapłata była sowita, a Thraert, Warbel, Thrurfast i inni nowi, gnomi znajomi, byli zadowoleni. Młodemu wojownikowi towarzystwo tych dowcipnych mieszkańców Podmroku odpowiadało do tego stopnia, że zaczęła się formować między nimi pewna więź.

Skandyk trzymał się blisko eskorty Shillen, starając się być cały czas w pogotowiu. Miał ochotę zapytać gnomich rycerzy, co naprawdę sądzą o Gordfaście i radykalnym, w mniemaniu Oscara, pomyśle. Nie chciał jednak, by szmer szeptów rozdrażnił rozmówców jeszcze bardziej, dlatego chwilowo pozostawało mu obserwowanie cieni i wypatrywania błysku czerwonych ślepi. Obserwował także lepiej widocznych - Gordfasta i jego przyboczną straż - szukając w ich zachowaniu szczególnych zachowań, starając się analizować każdy szczegół.

- Oczywiście. Burwise Złocisty może liczyć na wsparcie swoich krewniaków - stwierdził książę. - Zbrojownię mamy skromną, ale starczy na tę wyprawę. - Czy mogę wiedzieć, w ilu wyruszyliście z Powierzchni? - zapytał się, marszcząc czoło barwy ciemnego kamienia.

- Grzmiąca Pięść okupiła wyprawę do Podmroku krwawą ofiarą. Padła jedna nasza towarzyszka, pochwycona przez inteligentnego ghula, biegłego w magii. Nie licząc sług obecnego tu Eola, mieliśmy do dyspozycji dwudziestu szermierzy twojego ojca, książę. Część z nich dotarła z nami do Glimmerfell, część ruszyła z powrotem do króla, z wiadomością i eskortując gnomie dzieci, które znaleźliśmy w Podmroku. Jeśli masz książę wojowników, którzy mogliby pomóc we wspólnej sprawie, wystaw ich, bo czas jest najwyższy. Ponosimy ofiary w imię danego słowa, co powinno być dla ciebie książę, wystarczającą rękojmią - elf nie sądził, że ukrywanie tej informacji przed szczurołakami, którzy najpewniej mogli ją już wyszpiegować w samym mieście od paplających beztrosko szermierzy, miało sens.

Kiedy Zuchwałe Stado zareagowało agresją na propozycję Shillen, Rashad wysunął się o krok i obrzucił szczurołaki hardym spojrzeniem, z ręką gotową do dobycia rapiera. Jednak kiedy książę uspokoił swoich ludzi, odetchnął w duchu z ulgą, nie paliło mu się do walki z kimś, kto mógł go jednym ugryzieniem zarazić likantropią.

Kiedy Eol i Katon przemówili, przytaknął ich słowom.

- Dwudziestu rycerzy wyruszyło z nami, sześciu straciliśmy w walce z nieumarłym remorhazem i oddziałem bojowym koboldów w służbie Analegorna. Sześciu wyruszyło odprowadzić na powierzchnię grupę dzieci z Glimmerfell, a ośmiu dotarło z nami do Glimmerfell i pomogło w przegnaniu stąd czartów. Poza tym, straciliśmy moją kuzynkę, zaklinaczkę Amirę, którą porwał plugawy ghuli druid, Jitka oraz bardkę i zwiadowczynię które nam towarzyszyły. - Rashad zrobił ponurą pauzę, podkreślając że nie tylko gnomy poniosły straty. - Wszystkie te życia zostały oddane by Glimmerfell mogło zostać uwolnione z odmętów i oddane jego mieszkańcom.

- Przez pewien czas towarzyszył nam też kapitan khazadrugarów z kilkoma ludźmi... dobry to znak że wiele ras jest gotowych do wspólnej walki przeciwko zarazie Białego Królestwa.

- Jeżeli zaś chodzi o poszukiwanie Złocistego, to misja zwiadowcza i ratunkowa, a nie wyprawa wojenna. Myślę, że możemy wyruszyć my, kilku magicznych rycerzy i paru twoich zwiadowców, którzy znają te tereny najlepiej.

Svirfneblinów myśl, że niewiasty innych ludów ruszały na wyprawy wojenne i ginęły walcząc u boku wojowników zawsze wpierw wprawiała w pewne zakłopotanie, jako że gnomy głębinowe nie mogły pozwolić i nie pozwalały swoim nielicznym rodzicielkom na podobne ryzyko. Zachmurzony książę jednak w żaden sposób nie zamierzał tej różnicy kulturowej skomentować, gdyż Katon zdążył poruszyć temat Glimmerfellczykom bliższy. Śmiercią fechmistrzów, których imiona były już sławne, przejmowało się wszystko, co ocalało z Błyszczącego Miasta.

- Pozostaje mi wierzyć, że przed tym... poniesieniem ofiar... próbowaliście wszelkich sprytniejszych sposobów, aby się z napotkanych kłopotów wyplątać.

Magiczni rycerze spojrzeli po sobie uważnie i trochę niepewnie, sami sobie zadając to pytanie. Eol i Katon czuli na sobie wiele spojrzeń, być może surowych, być może oceniających. Mieli jednak nadzieję, że nie potrwa to długo. Gnomy głębinowe rzadko kiedy roztrząsały dokładnie przeszłość. Chyba że na przysłowiowym świeczniku znajdowało się życie. Mimo że svirfnebliny otaczały się zimnymi, martwymi kamieniami, nigdy nie przełożyłyby blasku klejnotu ponad życie żadnego stworzenia. Może tylko życie uznawali za prawdziwe, a resztę traktowali jako fikcję? Królowie i bogactwa odchodziły, a życie, kręgosłup rzeczywistości, trwało, rosło. Było tym, co prawdziwe. Nie znało ani dobra, ani zła, ani sprawiedliwości. Po prostu istniało i musiało być chronione za wszelką cenę.

- Każdy dobry dowódca Glimmerfell potrafi wymienić z imienia wszystkich swoich żołnierzy, zarówno w służbie, jak i poległych. Nikt nie jest przeznaczony na stracenie w naszej społeczności. Czy potraficie mi powiedzieć z imienia, którzy z fechtmistrzów zginęli? - Eol nie wiedział, jak odebrać tę wypowiedź. Czy miał być to atak na jego osobę? Chęć zagrania na nosie aroganckiem elfowi? Czy próba uczczenia pamięci zmarłych bohaterów? Czy... zeszczurzona, paranoiczna natura księcia, który był zuchwały tylko tak długo, jak musiał bronić swego miasta, swej... Szczurzej nory? A może obawa o życia kolejnych gnomów, którzy mieliby dołączyć do waszej wyprawy?

- I czy jesteście pewni losu tych, którzy wyruszyli na Powierzchnię? - Katon potarł twarz, by ukryć pewne przypuszczenie, związane z magią zaklętą w gnomich lalkach. Czy powinien się podzielić swoimi wątpliwościami z księciem?

- Ja potrafię… - czarodziej powiedział cicho. - Krieger, zjedzony przez ożywionego remorhaza. Hrao, Guro, Thruwise, Burlo, Gimald, zastrzeleni przez koboldy i przysypani sufitem jaskini wraz z jedną ze sług Eola - wyliczał czarodziej. - każda strata boli książę, ale my Powierzchniowcy uważamy, że ofiary są czasem konieczne, aby osiągnąć wielki cel. Dla nas nie zginęli na próżno, bo wiedzieli po co tu z nami weszli. Belwar, Grimwig, Throo, Oddo, Gurwin i Sabdin zostali wysłani, aby uchronić tuzin dzieci, wyprowadzić je z Podmroku do jedynego miejsca, które w obecnej chwili wydawało się bezpieczne. Do króla Ardina. Wiedz jednak, że wysłuchaliśmy wszystkich opinii, a ostateczną decyzję podjął Belwar, jeden z szermierzy którzy wtedy szli z dziećmi. Nie jestem pewien ich losu i być może... zginęli ale nikt za nich nie wybierał. Możesz nas osądzać własną miarą, a my ciebie osądzimy swoją, tylko wtedy się nie dogadamy. Wspólny wróg nie dba ani o honor, ani o zasady. Przyjdzie tu po nas prędzej, czy później, bo ma czas, a my go nie mamy. Jeśli mam wymieniać jeszcze pozostałych przy życiu szermierzy, to Thraert jest tu z nami, Ormo ma się dobrze po wygrzebaniu się spod gruzów sufitu, Dralald nadal chce sadzić kwiatki w zadku swojego przodka, a Warbel, wraz z Hornwinem, Stormfastem i Haminem dzielnie stawali przeciwko demonom Podmroku. Czy to ci wystarcza książę? Nie mamy czasu na dyplomatyczne gierki. Miasto potrzebuje przywódcy, nie śledczego - Katon powoli tracił cierpliwość.

Rashad spojrzał na Katona z dezaprobatą. Jeżeli czarodziej nie umiał zachować manier, to czemu nie zostawił rozmowy na przykład jemu? Słowa przecież nic nie kosztują.

- Przyjmij moje przeprosiny książę jeżeli zachowanie mojego towarzysza ciebie uraziło. To uczony, który woli towarzystwo ksiąg od ludzi, stąd pewnie brak manier. - Zwrócił się do Gordfasta.

- Ja odpowiem na twe dalsze pytania, jeśli je masz. Przykro nam z powodu strat poniesionych wśród członków wyprawy, może pewne rzeczy mogły być zrobione lepiej, niestety dla większości z nas świat Podmroku jest obcy. Jednak dzięki zniszczeniu tamy i przegnaniu czartów udało nam się przywrócić nadzieję Glimmerfell. Musimy działać, aby tego nie zaprzepaścić.

Książę wyglądał tak, jakby z każdym aroganckim zdaniem Katona w jego głowie rodziło się kolejne pytanie, których zadawanie w końcu nieodzownie doprowadziłoby do atmosfery pełnej podejrzliwości i braku zaufania. Jednak zamiast zagłębiania się w drażliwe tematy szybko przybrał przychylniejszą minę, a ruchem ręki uciszył niepokojące szepty szczurołaków. Poczuwając się do odpowiedzialności za losy swych poddanych nie mógł tak łatwo zaprzepaścić okazji do pozyskania wartościowych sojuszników, choć elf domyślał się, że po tej wymianie zdań jemu akurat nie ufał bardziej niż pierwszemu lepszemu drowowi.

- Macie rację Rashadzie. Mieląc jęzorami zawsze znajdziemy jakiś pretekst do bezowocnej awantury. Jeśli chcemy sobie wzajemnie pomóc, musimy działać.

Anlaf skinął porozumiewawczo w stronę Katona wyrażając poparcie. Wydarzenia na Wyspie Grozy, a zwłaszcza walka ze skorpioliszkiem bardzo wzmocniły w druidzie poczucie solidarności z byłymi członkami załogi Królowej Hebanowego Wybrzeża. Poza tym nie do końca ufał intencjom księcia. Przydomek jakim się tytułował jak i jego szczurołacza natura budziły w nim wątpliwości nawet mimo sympatii względem króla Ardina i reszty gnomów. W duchu miał jednak nadzieję że ta podejrzliwość jest spowodowana jedynie przedłużającym się pobytem w tym pozbawionym światła miejscu.

Drowka posłała w kierunku elfa pełne uznania spojrzenie i tak jak druid skinęła głową wyrażając poparcie dla jego słów. Przez chwilę uśmiechnęła się pod nosem, bo uświadomiła sobie, że kilka miesięcy wcześniej, prędzej zjadłaby własną zbroję, niż przyznałaby rację czy stanęłaby po stronie powierzchniowego elfa. Chwilę potem spojrzała na księcia i przenikając go wzrokiem zastanawiała się jak długo sojusz z nim, o ile do niego dojdzie wytrzyma. “Facet wygląda na takiego, który nie lubi kiedy ktoś ma odmienne zdanie niż on. W tej współpracy będzie masa niedopowiedzeń i awantur” - pomyślała.

- Tak, zaplanujmy niezwłocznie misję ratowania Złocistego, czy mamy jakieś informacje co dzieje się w kopalniach jadeitu? Jeżeli w okolicy są jakieś kolonie mykonidów, mogą mieć oni użyteczne informacje na temat sytuacji w okolicy. Chętnie bym się dowiedział, czy plugawy lacedon druid, Jitka, który zaatakował nas po zniszczeniu tamy, nadal jest gdzieś w okolicy ze swoją armią zwierząt, jeżeli tak jest zagrożeniem, mam nadzieję, że wasz kapłan go nie spotkał. - Rashad miał nadzieję na odnalezienie i unicestwienie Jitki i dowiedzenie się czy Amira została zmieniona w ghula.

- Wszystkie kopalnie były nieczynne, co mogło się w nich dziać? - odpowiedział książę. - Mykonidzi... Ich siedliska są położone zwykle w oddali i ukryciu, więc nie wiem, jakimi to użytecznymi informacjami mogliby dysponować, o których już nie słyszeliśmy. Jeśli w ogóle by ich interesowały... - przyjrzał się Rashadowi. - Poza tym byłbym dwa razy bardziej podejrzliwy wobec kogoś, kto nie stanowi smakowitego kąska dla darakhula.

- Jednak Rubin musiał podróżować wzdłuż Bezsłonecznego Morza, a grzyboludzie lubią wilgoć. Więc jeśli upieczecie dwie pieczenie na jednym ogniu, wasz zysk. Jednak jeśli poszukiwanie Burwise'a Złocistego miałoby być jedynie pretekstem dla waszych osobistych inicjatyw, Rashadzie, nie pocieszycie się moim wsparciem dostatecznie długo, by je zrealizować.

- Przy okazji, wasza wysokość, słyszeliśmy wcześniej dziwne plotki, że udawałeś się do miasta płaszczowców, rozumiem, że nie jest to prawdą. Oni są przecież podobno w sojuszu z ghulami, czyż nie?

- To niestety tylko plotka. W najczarniejszych godzinach umacniały nas opowieści o gnomach, w których sercach żyło utajone ziarnko odwagi, czekające na moment jakiegoś ostatecznego i rozpaczliwego niebezpieczeństwa, żeby zakiełkować. Wyprawa do Echowego Miasta byłaby dla mnie ciężką i niebezpieczną przeprawą, i raczej daremną, choć musi kryć się w niej jakaś głębsza prawda o obecnym stanie darakhulskiego imperium i jego nielicznych sojusznikach.

- Ja w dniu, w którym woda zalała moje miasto, zostałem porwany przez Laetan i wyrzucony w nieznane mi miejsce, pełne szczurów. Obdarzyły osamotnionego mnie błogosławieństwem, które niosłem dalej. Szczura forma pozwalała nam omijać trupojadów, chyba że napotykaliśmy tych najstraszniejszych, których zwą imperialnymi tropicielami. Oni tak pożądają i nienawidzą krwi myślących istot jednocześnie, że potrafiliby nas wywęszyć z odległości wielu mil nawet wtedy, kiedy ulegaliśmy przemianie. Mieliśmy jednak na tyle szczęścia, że zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Dzień i noc kopaliśmy tunele, w których potrafiłby się zmieścić jeno szczur, aż nie oplotliśmy całego Błyszczącego Miasta siecią tylko nam dostępnych korytarzy. Nasze opustoszałe, zalane miasto tętniło życiem i nie potrafiła zauważyć tegoż nawet ta żabia paskuda, którą pokonaliście.

Rashad skinął głową.

- Te żabie stwory to hydrolothy, czarty z Gehenny. Zakładam, że były sojusznikami albo najemnikami ghuli… Jeżeli chodzi o same ghule, to widzę że sporo o nich wiecie, my się też dowiedzieliśmy paru rzeczy. Ghule zostały tu sprowadzone dzięki artefaktowi zwanemu Kulą Cieni albo Koroną Powietrza i Ciemności, którą prawdopodobnie ghule trzymają w stolicy Białego Królestwa, jej zniszczenie może je wygnać, tak samo jak pokonanie Doresaina, unicestwienie Kuli jest możliwe na przykład na Planie Cienia albo przez śpiew wielkiej liczby płaszczowców. Ghule potrzebują regularnie jeść mięso żeby przetrwać i nie zmienić się w ghasty jedzące mięso innych ghuli, co trochę ogranicza ich ekspansję. Dowiedzieliśmy się, że niektóre mykonidy wytwarzają proszek, który osłabia truciznę darakhuli.

Książę zachmurzył się jeszcze bardziej, próbując przetrawić wszystkie te nowinki, przekazane przez Rashada w bardzo chaotyczny sposób. Zarówno szczurołaki, jak i magiczni rycerze już gubili tok rozmowy. Nie było wśród nich takich, co potrafią myśleć, planować czy analizować. Gdzie indziej tkwiły ich zalety.

- Jeśli rzeczywiście dysponują tym artefaktem, o którym mówicie, wnioskuję, że byliby niepokonani. A jeśli są niepokonani, co miałoby ograniczać ich ekspansję? Podbili Podmrok, a Powierzchnia, z waszymi wielkimi miastami jest tuż, tuż - pokazał palcem w górę. - I dlaczego nie położyli kresu mykonidom, skoro te potrafią w jakiś sposób osłabić darakhulską gorączkę? Dobrze, że jesteście dociekliwi, ale pisanie traktatu o tej wojnie, jej przyczynach i skutkach, pozostawmy może zdolniejszym kronikarzom - i nie wyglądał, jakby miał na myśli Katona.

- Niewiele natomiast wiemy o armii Białego Królestwa, jej składzie czy liczebności. Zastanawiam się, gdzie teraz uderzy ta armia i czy może ponownie przechodzić przez okolice Glimmerfell. - Rashad w zamyśleniu pogładził się po brodzie, zastanawiając się czy książe ma jeszcze jakieś użyteczne informacje.

- Wydaje mi się, że imperium jest jakby w letargu - odparł Gordfast. - Tylko Biały Król może wam odpowiedzieć na te pytania. Jednak musicie wiedzieć, że ich liczebność to najmniejszy problem. Wyobraźcie sobie walkę z wrogiem, którego legiony mogą marszować bez ustanku. Któremu nie straszna śmierć przez utonięcie ani przez uduszenie czadem. Który ma tropicieli zdolnych do wywęszenia waszej krwi w każdej kryjówce.

“Skoro Biały Król ci niestraszny, mój ty Najprzebieglejszy, szczurkowaty przyjacielu, dlaczego chowasz się przed nim w najciemniejszych dziurach jakie uda ci się wykopać?” pomyślał Katon zjadliwie, rozsądnie jednak zachowując myśl dla siebie. Miał poczucie zmarnowanego tutaj czasu i jedynie mglista perspektywa, że uda się jednak pozyskać tak dziwnego sojusznika sprawiała, że jeszcze nie odwrócił się na pięcie i nie opuścił miejsca tych przedziwnych negocjacji.
 
Asmodian jest offline  
Stary 13-02-2018, 23:46   #3
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
- Zaiste, straszliwy to przeciwnik książę, na szczęście pokazaliśmy, że walka z nim jest możliwa. A jeżeli bogowie okazali nam łaskę i z niewiadomych przyczyn ghule wstrzymały swoją ekspansję, to musimy to wykorzystać i zaprowadzić ład i porządek w Glimmerfell, potem będziemy mogli sięgnąć dalej. - Kontynuował Rashad, w przeciwieństwie do swoich kompanów okazując księciu szacunek, jaki w Viridistanie mógłby okazywać wyższemu rangą arystokracie, co oczywiście nie oznaczało, że całkowicie mu zaufał i nie należało mieć oczu dookoła głowy.

- Wyruszymy niezwłocznie na poszukiwanie waszego kapłana, jednak jeszcze jedna sprawa - poszukujemy dwóch khazadrugarów którzy do nas dołączyli po drodze do Glimmerfell, po tym jak ich miasto zniszczyły ghule i którzy zaginęli gdzieś w tej okolicy. Czy Zuchwałemu Stadu jest znany ich los, podobnie jak los zaginionych ostatnio gnomów, o których słyszeliśmy?

- Te zaginięcia... To tylko pozory - odparł książę. - Gdybyście wzięli z “Kilofa i Latarni” listę nazwisk zaginionych, każdego z nich... Mógłbym wam przedstawić. Jeden po drugim gnomy dołączają do nas, gdy tylko zrozumieją, że nie jesteśmy potworami, a nową nadzieją dla Glimmerfell, choć to nieraz bolesny i szokujący proces.

- Nie wiem natomiast, co stało się z waszymi towarzyszami, ale mam najgorsze przeczucia. Nieprzyjaciel musi o was wiedzieć i musi mieć wobec was groźne zamiary.

“To już wiemy” pomyślał Oscar. Wolałby nie wtrącać się w dyskusję, jednak jego kompani pomijali, jak na razie, bardzo ważną dla Skandyka kwestię. Wystąpił luźno parę kroków do przodu, wyłaniając się zza Rashada.

- Więc wygląda na to, że czas nas nagli. Nie zrozum mnie źle książę, wolę po prostu czyny od słów, dlatego chciałbym zabrać się już do roboty. Jesteśmy jednak kompanią najemniczą i mimo, że działamy w słusznej sprawie, potrzeba nam środków, by tę pracę kontynuować. Zadanie, które nam powierzasz nie należy do łatwych, dlatego oczekujemy, że zapłata będzie równie sowita. Na co możemy liczyć, jeśli misja się powiedzie, to znaczy przyprowadzimy Rubina całego i zdrowego? - Oscar starał się ostrożnie dobierać słowa, szczególnie odnośnie warunków wykonania zadania.

Książę porozumiewawczo kiwnął głową Skandykowi.

- Każdy członek "Grzmiącej Pięści" nie wyjdzie na tym gorzej niż gdyby otrzymywał tysiąc światełek dziennie - oświadczył głośno Gordfast. Kwota zaparła dech w piersi i gnomów, i szczurołaków. Dla wielu z nich były to niewyobrażalne środki. Światełkiem nazywano bliżej nieokreślony pieniądz towarowy. Zasób, który pozwalał utrzymać podróżnikowi światło przez jedną godzinę czasu, co w Podmroku miało bardzo namacalne znaczenie, gdyż żaden jego mieszkaniec czy obieżyświat przez tę krainę podróżujący nie mógł polegać na cyklu dnia i nocy. Powierzchniowcy dystanse w Podmroku odmierzali nieraz ilością utraconego światła. Tysiącowi światełek równoznaczna była ilość pochodni i oleju, której nie potrafiliście sobie wyobrazić. Łatwiej do wyobraźni przemawiały wam złote monety. Wychodziło sto złotych monet dziennie, czy to rilików Warowni Grzmotów, czy wezyrów Miasta-Państwa.

Rashad skinął głową, nieco zaskoczony hojnością księcia. Czyżby ktoś w końcu docenił umiejętności Srogiej Pięści? Spojrzał na towarzyszy, miał wrażenie że podana suma zmniejszyła ich opory wobec współpracy ze szczurołakami.

- Mądra oferta, książę. W takim razie myślę, że mamy porozumienie. Wracamy przygotowywać się do wyprawy, rozumiemy że kilku dobrych zwiadowców ze Stada wyruszy z nami.

- A zatem wyruszacie niebawem? To dobrze. Nie powinniście odwlekać tej wyprawy. Nawet najlepszy żongler nie potrafi żonglować zbyt długo wieloma piłkami - podsumował Gordfast. - Ostateczne szczegóły dotyczące wymarszu uzgodnicie po drodze z Dalaldem, Nordardem i Bordertem. Bracia - zwrócił się książę do wspomnianej trójki - odprowadźcie naszych gości. I naszych bohaterów - dodał - o których z pewnością powstaną niezliczone ballady.



“Bohaterowie, o których z pewnością powstaną niezliczone ballady.” Pomimo tego, co powiedział książę, trudno było czuć się bohaterami, będąc mokrymi od ścieków. Wracając do “Kilofa i Latarni”, jedynego przytulnego miejsca w Glimmerfell, czuliście dyskomfort z powodu wilgotnych nogawek. Jedynie Dalald, Nordard i Bordert zdawali się tym nie przejmować, co was wcale nie dziwiło. Mieliście zresztą na głowach zbyt wiele innych trosk, żeby jeszcze przejmować się wpływem likantropii na higienę svirfneblinów.

Eol nagle, bez żadnego powodu potrząsnął tą przepełnioną zgryzotami głową i stanął, podnosząc broń i gapiąc się na pozostałych. Wyglądał jakby kręciło mu się w głowie, ale przecież nie podparł się dłonią o ścianę, nie był zmęczony ani nie brakło mu wody. Gapił się oszołomiony tak jeszcze przez chwilę, po czym przymrużył spokojnie powieki. Awanturnicy nie mieli pojęcia, że drakon jako jedyny usłyszał... Głos. Trudno było mu stwierdzić, skąd dobiegał. Dyskretnym gestem smokorodny dotknął - niewidzialnego zresztą - pierścienia o przedziwnym oczku. Pogładził tanzanit ukształtowany na podobieństwo miniaturowego mózgu, otwierając w ten sposób swój umysł na telepatię.



Magiczny pierścień Eola

- Eks-kapitanie Czarna Łuska, w imieniu króla Ardina Złotobrodego, ja, Nain, Kształtujący Dusze Krzepkiego Ludu z Warowni Grzmotów, nakazuję ci meldować postępy w misji - “z tej cuchnącej dziury, do której wpadłeś”, dodałby pewnie Nain, gdyby magia czy bliskość gnomiego króla go nie ograniczała. Eoldriereit przypomniał sobie starego krasnoluda o ostrym języku, którego lubił. Drażnił go i obrażał jak inni brodacze, ale w jego ustach brzmiało to jednak inaczej - niczym psotne dokuczanie starego przyjaciela. Nie odnosił się do drakona, obcego, z zaciętą nieufnością, tak, jak reszta.

Eol jednak szybko oprzytomniał z pociesznych wspomnień. Wyobraźnia odtwarzała raz po raz cichy wyrok śmierci, jaki wydali na niego Nain i podobni jemu, dobrze usytuowani krasnoludowie. Wszystkie epickie opowieści, których Eol słuchał w salach uczt Thunderhold, już dawno stały się dla nich jedynie kolejną gałęzią handlu, nowym rzemiosłem, materiałem do tworzenia historycznych narracji stawiających ich w jak najlepszym świetle. Czyżby krasnoludzka szarańcza zwęszyła właśnie kolejny pokarm?
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 14-02-2018 o 00:59.
Clutterbane jest offline  
Stary 19-02-2018, 11:45   #4
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Smokowiec nawet nie mógł *pomyśleć* sobie czegoś dosadnego o krasnoludach i *powiedzieć* czegoś innego - nie korzystał często z telepatycznego porozumiewania się i sam akt tak dziwacznego połączenia umysłów na odległość napawał go odrazą i nieufnością. Pierścień nosił z innych powodów - funkcja blokowania telepatii była tylko miłym dodatkiem - ale cenił sobie to udogodnienie. Owszem, kontakt w ten sposób był nie do przecenienia w ich obecnej sytuacji, ale Eol nigdy sam nie był pewien ile ta “druga strona” jest w stanie wyciągnąć z jego umysłu pod płaszczykiem, zdawałoby się niewinnej, pogawędki. Dlatego swoją odpowiedź skoncentrował do maksymalnie lakonicznego komunikatu:

- Miasto zdobyte. Oczyszczamy niedobitki. Dużo niebezpieczeństw po drodze, ale można przywrócić handel - odprężył się na chwilę, mając nadzieję, że trafi w interesowną żyłkę krasnoludów, ale zaraz zreflektował się i skupił na powrót, dodając w myślach: - Nie potrzeba pomocy. Dam znać kiedy wszystko będzie całkiem w porządku - westchnął ledwo słyszalnie; myślowa komunikacja i kontrolowanie własnych słów sprawiało mu niemały wysiłek. Palce Eola zabłądziły znów nad pierścień, gotowe przekręcić go i uciąć nieprzyjemny kontakt, ale powstrzymał się jeszcze na chwilę, czekając jeszcze na ewentualną odpowiedź Naina.

- Czy królewicz żyje? - dopytywał się Nain. - Czy ponieśliscie straty? Czy fechtmistrzowie są cali i zdrowi?

- Kilku zginęło w chwale. Część odesłaliśmy z powrotem - czy dotarli? - smokowiec zmarszczył brew, zastanawiając się, co krasnoludowie kombinują, skoro tak nagle zaczęli interesować się losami wyprawy - Książę odnaleziony, żyje. Miasto wymaga odbudowy, ale radzimy sobie. Kiedy przywróćmy porządek, wyślemy gońców. - powtórzył jeszcze raz. Ostatnie, czego teraz potrzebowali to maszerującej w ich kierunku armii krasnoludów, która zapewne chciałaby zgarnąć Glimmerfell dla siebie, skoro pierwsze “szlaki” zostały już przetarte.

Zapanowała pełna napięcia chwila. Staliście naprzeciw siebie w milczeniu, czekając na kolejną wiadomość od Naina. Dalald i jego bracia strzygli uszami, aby nie uronić ani jednego słowa Eola. Cisza zaległa jednak na dobre, przerywana łopotem nietoperzych skrzydeł.


Torując sobie powrotną drogę przez wilgotne gruzowisko jednego z nieczynnych kanałów Glimmerfell, Shillen i wszyscy podążający za nią z każdym krokiem musieli pokonywać śliski muł i nierówne, nieraz ostre kamienie. Elfka nie spodziewała się jednak, że napotka taki opór, który sprawiłby, że posunięcie się bodaj o cal dalej wymagało przezwyciężenia odmawiających posłuszeństwa mięśni i wytężenia woli. Rahnulf zatrzymał się warcząc złowrogo i szczerząc kły, a Dalald spojrzał zdziwiony, kiedy stałaś chwiejnie na jednej nodze, z prawą zawieszoną w powietrzu, z którym rozpoczęłaś nienaturalne zmaganie. Dopiero kiedy świat przed tobą zafalował jak pobudzona lekkim wiatrem woda, uświadomiłaś sobie, że z otwartymi oczyma wlazłaś do pułapki. Poczułaś delikatne mrowienie przenikające przez cholewę buta “uwięzionej” nogi. Niezawodny instynkt podpowiedział ci, że mrowienie to dopiero początek. Początek powolnego i bolesnego procesu trawienia kończyny przez przezroczystą, drgającą, galaretowatą masę. W panice sprężyłaś się do skoku, gotując miecz na wypadek, gdyby ucieczka była niemożliwa i miała kosztować cię utratę nogi.



Shillen kontra galaretowaty sześcian

Drowka próbując wyciągnąć nogę z galaretowatego cielska, poczuła, że owo cielsko puszcza. Zdziwiona ucieczką potwora, elfka najpierw sprawdziła stan swojej nogi, a gdy uznała że ta nie zdążyła zbytnio ucierpieć, cofnęła się do swych towarzyszy, którzy chyba nawet nie zauważyli, że elfka dopiero co “otarła się o śmierć”, a na pewno o możliwość zostania kaleką.

- Przed chwilą wdepnęłam w galaretowaty sześcian - powiedziała zszokowana - który chwilę potem zaczął uciekać, choć mógł mnie pochłonąć bez problemu… ale dlaczego uciekł? Raczej nie przed nami, no bo… - zdezorientowana zaczęła szybko i niezrozumiale bełkotać pod nosem, próbując wyjaśnić innym i samej sobie co się przed chwilą wydarzyło.

- Ostrożnie. Uważajcie, aby nie biec za szybko - Katon przysiadł na moment na kamieniu, następnie inwokował swoje trzecie oko. Zaśmierdziało siarką, a powietrze trzeszczało, kiedy czarodziej przerwał cienką osnowę rzeczywistości, sięgając po międzywymiarowe energie, z których kształtował swoje magiczne zmysły. Zamierzał wypuścić je śladem galarety, mając nadzieję na zwiad tej części jaskiń, którą podążyła galareta. - Rashadzie, jeśli będzie tam za ciemno dla mojego oka, przygotuj jakiś kamień ze światłem i rzuć do przodu na mój znak.

Katon jednak wstrzymał się z dawaniem znaku kompanowi. Obserwowawszy zauważył, iż uciekająca galareta zatrzymała się niedaleko od Shillen. Wtedy siły śluzem sterujące przesunęły wewnątrz sześcianu dwie jeszcze nie strawione gałki oczne, które zręcznie wyminęły utkwiony w mazi obuch, kilka klejnotów i rozkładające się, na swój sposób dziwnie bezkostne ciało człowieka tudzież drowa, aby zwrócić się w stronę mrocznej elfki, przygotowanej na wszystko. I choć brzmiało to absurdalnie, pływające w galarecie oczy, zwieńczone długą wiązanką mięśni i nerwów... Uśmiechnęły się do niej przepraszająco.



Glabbagool, jedyny świadomy swego istnienia galaretowaty sześcian

- Najmocniej przepraszam, ale najzwyczajniej w świecie się zamyśliłem i stanąłem niechcący na pani drodze, czekając na przyjaciela - odezwał się głos w głowie Shillen, kulturalny i nieświadomy niebezpieczeństwa, jakie dla podobnych jemu stworzeń niosła banda doświadczonych awanturników - grotołazów.

- Nazywam się Glabbagool, liczę sobie niespełna trzy tygodnie, jestem ciekawy świata i pragnę zostać czarodziejem. A pani? - zapytał się. - Zanim zagłębimy się w ożywioną i interesującą rozmowę, prosiłbym o przekonanie pani towarzyszy do dobrych intencji mojej skromnej osoby.

Tymczasem Noriflist mruknął niezrozumiale do siebie, lecz echo odbite od kamiennych ścian spotęgowało jego głos tak, że zabrzmiał jak ochrypły szept dosłyszalny dla całej kompanii.

- Jubiler... - tak brzmiało chyba dosłyszane słowo. Co miał na myśli Noriflist, jeszcze nie wiedzieliście, ale woleliście się domyślić. I to prędko. Może klejnoty wewnątrz galarety przykuły jego uwagę?

“Juibleks!”, przyszło w końcu do głowy Anlafowi i Katonowi. Wstrętne ślęczenie nad omszałymi woluminami spisanymi w zapomnianych językach czy mamrotanie w kółko opowieści podawanych z ust do ust przez stulecia miało jednak swoje zalety, czego nie potrafili dostrzec ci, których mało interesowały nie przynoszące korzyści rozważania nad dziwnymi problemami starożytnych. Czy Beztwarzowy Pan wypełzał z czarnego szlamu Glimmerfell? Czy to on był tym piekielnym demonem, który dręczył Błyszczące Miasto śluzowatą plagą?

Drowka ze zdziwieniem wpatrywała się w łypiące z wnętrza galarety oczy. Z jednej strony nie chciała ufać temu stworzeniu, a z drugiej przypomniała sobie rozmowę, którą niedawno odbyła z Katonem. “Może czarodziej faktycznie miał rację? Może to jacy jesteśmy zależy tylko od nas, a nie tego za kogo nas mają? A ten tu kulturalny glucik postanowił być dobry.” - pomyślała, po czym spojrzała na szkielet znajdujący się w galarecie, którego widok sprawił, że zwątpiła w to co przed chwilą myślała.

- Nazywam się Shillen i liczę sobie trochę więcej niż trzy tygodnie… - odpowiedziała na pytanie stworzenia - mogę przyjąć twoje przeprosiny, aleee… - zmierzyła całe galaretowate ciało wzrokiem - raczej nie podam ci ręki na zgodę, chyba rozumiesz…

Po chwili odwróciła się tyłem do Glabbagoola i zwróciła się do towarzyszy - On, powiedział, że nie ma złych zamiarów… że czekał na przyjaciela. - powiedziała do reszty z ciągłym zdziwieniem w głosie.

Zadowolony rozwiązaniem kłopotliwej sytuacji Glabbagool powtórnie przedstawił się równie grzecznie każdemu z was z osobna.

- Śluzy, gluty i galarety to też woda, tyle że gęstsza. A ja nienawidzę wody - fuknął Warbel.

- To... coś... - zaczął drżącym głosem Dalald - pewnie czyta w naszych myślach! Będzie pociągać za sznurki, na których będziemy tańczyć jak marionetki! - syknął.

- Przyjaciela? - mruknął Rashad z niedowierzaniem, ostrożnie robiąc krok do przodu. - Uważaj Shillen, to może być jakaś pułapka tych śluzów… Jestem Rashad, służysz temu którego zwą Puddingowym Królem, prawda?! - Zawołał w stronę galarety.

Katon niemalże dokończył zaklęcie, ale zaniemówił, słysząc konwersację Shillen z czymś, co wedle jego wiedzy było, a raczej powinno być bezmózgie, i bezosobowe. Tymczasem to coś, co nazwało się Glabbagoolem było... inteligentne i choć nie sposób było póki co odczytać emocji, co kazało czarodziejowi jeszcze uważniej przyjrzeć się galarecie, to nie można było odmówić stworzeniu pewnej wyjątkowości. Elf szukał więc śladów zaklęć iluzyjnych, wiedząc, że gnomy uwielbiały wszelkiego rodzaju dowcipy, choć miał wielką nadzieję, że nie jest to ich kolejny, głupkowaty kawał. Sfirvnebli nie były inne niż ich powierzchniowi krewni i stroili sobie żarty nawet w obliczu wroga - dlaczego miałaby być? Gdyby miał złe zamiary, już pochłonąłby Shillen, która w niego wdepnęła - czarodziej uśmiechnął się - byłoby to spotkanie krewnych przy puddingu - zachichotał czarodziej.

Shillen nie umknął głupkowaty żart Katona, rzuciła wzrokiem raz jeszcze na znajdującą się w ciele stwora postać która kiedyś rzeczywiście mogła być przedstawicielem jej rasy, po czym obdarzyła elfa cierpkim spojrzeniem. - Jak na takiego mędrca, to bardzo płytki masz humor Katonie. - syknęła, po czym znów spojrzała na ich galaretowatego rozmówcę, czekając na to co odpowie Rashadowi.

- Mój przyjaciel Bombdin, na którego czekam, mówił mi o kimś takim - przyznał Glabbagool. Pół-telepatyczna rozmowa zajmowała chwilę, ponieważ galaretowaty sześcian musiał powtórzyć swoje słowa każdemu z was. - Podobno Glimmerfell stało się pełne niebezpieczeństw, ale wy jesteście ponoć bohaterami z odległych krain, którzy walczą z ciemnymi mocami. Choć przyznam - zaczął po krótkiej pauzie - że zdarza mi się słyszeć głos, który mnie namawia, abym do niego dołączył. Ale jestem przecież wolny i sam mogę o sobie decydować, prawda? Więc chcę zostać czarodziejem i zwiedzić świat.

- A w waszych myślach nie potrafię czytać. Mogę to udowodnić prostym eksperymentem.

- To w jaki sposób ja słyszę twoje słowa w moich myślach? - wtrąciła się z zainteresowaniem drowka, której emocje zaczęły powoli opadać.

- Proszę pani, kontaktować się z panią owszem mogę, ale pani myśli pozostaną dla mnie nieodgadnione.

- Katonie - chichotał Oscar, szturchając ramieniem elfa - czy ty przypadkiem nie szukałeś czeladnika?

- CZY WYŚCIE WSZYSCY POTRACILI ROZUMY?! - Eol wreszcie przepchnął się naprzód, stukając zbroją i prychają z szeroko rozdętych nozdrzy. W łapach trzymał kuszę, której grot mierzył dokładnie między “oczy” galarety - ODSUŃCIE SIĘ OD TEGO, NATYCHMIAST! - warknął, dając znać dłonią, by gnomi żołnierze też podążyli jego śladem. - Nie pamiętacie kraba, któremu też bezmyślnie okazaliście łaskę, a który zawiódł nas w pułapkę Jitki?! - fuknął - Zapomnieliście? Mamy oczyścić miasto ze śluzów. Rozgniatając to wynaturzenie na papkę, tak jak tu stoimy, zrobimy dobry pierwszy krok w tym kierunku!

Oscar przewrócił oczami i zrównał się z Eolem. Położył rękę na jego kuszy, delikatnie próbując skierować ją w dół.

- Daj się chwilę nacieszyć, to coś jest przekomiczne - Oscar nie potrafił przestać się śmiać, patrząc na gadający śluz z wpatrującymi się w nich gałkami. Wyglądało na to, że towarzystwo gnomów nie służy Skandykowi - Zobaczmy co jeszcze nam powie. Przy okazji, dlaczego tkwi w tobie ten nieszczęśnik? - zwrócił się do Glabbagoola.

- Zapomniałeś dodać, że owy glutek cechuje się zdecydowanie większą kulturą osobistą niż nasza głośna, gadzia paszcza, Skandi - dorzuciła Shillen, po czym zwróciła wzrok w kierunku Glabbagoola, czekając na to co ten odpowie na zadane przez wojownika pytanie.

- Nie wiem. Tkwił we mnie, zanim się... "obudziłem". Bez obrazy, moja droga pani, ale smakuje naprawdę specyficznie - zwrócił się do Shillen.

Eol przez chwilę nie reagował; podniósł głowę w górę, węsząc zajadle w powietrzu; spodziewał się pułapki i zamierzał sprawdzić, czy jego podejrzenia były słuszne.

- Nadnaturalne zmysły drakona nie wyczuły nic podejrzanego, jednak zwykła pamięć Eolowi przypomniała o jednym ze swoich neofitów jego kultu, Bombdinie, który za czasów króla Ardina należał do straży kanałowej. Taki miejski gawędziarz i chciwusek. Nic dziwnego, że Glabbagool na niego trafił. Svirfneblin musiał znać te okolice lepiej niż niejeden gnom.

Rashad pokręcił głową, nie spuszczając oczu z dziwacznego stworzenia, rozdarty pomiędzy podejrzliwością a ciekawością. Słowa o krabie wypowiedziane przez Eola przywołały mroczne wspomnienia. Zajął pozycję dogodną do zaatakowania stwora z flanki, nie potrzebował dobywać rapiera, mógł przecież w każdej chwili przywołać go swoją mocą.

- Proszę nie naruszać mojej przestrzeni osobistej - zwrócił się do was po kolei Glabbagool, który zaczął się wycofywać. - Musiałem was pomylić z prawdziwymi bohaterami. Do widzenia - oczy Glabbagoola zniknęły w głębii galarety, za rozkładającego się trupa.

- Eol ma rację, musimy się strzec! On chyba zjadł jakiegoś drowiego czarodzieja…ale może mieć użyteczne informacje. - Glabbagoolu, jeżeli chcesz się z nami zaprzyjaznić, powiedz nam kim jest ów przyjaciel Bombdin na którego czekasz? Czy on tu przyjdzie sam?

Pytanie Rashada i każde kolejne miało pozostać bez odpowiedzi. Galaretowaty sześcian sunął powoli w swoją stronę, czyszcząc korytarz z wszelkich śmieci.

- Grzmiąca Pięść nie jest pod twoimi rozkazami kapitanie Eol. Jeszcze raz podniesiesz głos na moich towarzyszy i nasze drogi się rozejdą - czarodziej stanowczym głosem upomniał smokowca, wściekły, że potencjalny informator właśnie się oddala. Za niewielką cenę można było mieć, być może unikalnego w swoim rodzaju sprzymierzeńca, gdyby nie bojowe zapędy co poniektórych.

- Otoczcie go! - Zawołał Rashad do gnomów i Eola, zastępując drogę śluzowi. - Nie tak szybko, mości czarodzieju. Jak chcesz nacieszyć się życiem dłużej niż trzy tygodnie, odpowiesz na nasze pytania. - Wyciągnął groźnie swój rapier w stronę galarety.

- Sam sobie go otaczaj - Oscar, któremu cała ta sytuacja wydawała się śmiechu warta, skrzyżował ręce na piersi, uśmiechając pod nosem. - Boisz się go? Niech idzie, jeśli chce.

- Ciekawe co by Amira powiedziała na to, że chcesz atakować jedną z niewielu istot, które zachowują się tu wobec nas przyjaźnie. Nie byłaby pewnie dumna z zachowania kuzyna, który mierzy mieczem w stronę wszystkiego co się rusza, nawet jeśli nie wykazuje agresji i w momencie kiedy każdy sojusznik jest na wagę złota… - rzuciła w stronę Rashada, a potem spojrzała na Eola. - A ty spuść trochę z tonu przerośnięty gekonie, bo do każdej nowo napotkanej istoty rzucasz się jak wściekły pies. To samo było przy spotkaniu z Thorlakiem i jego kompanami - syknęła na smokowca, po czym spojrzała w kierunku oddalającego się Glabbagola. Podbiegła za nim parę kroków, jednak zachowała bezpieczny odstęp w razie jakby ten wystraszony miał ją zaatakować.

- Stój! Przepraszam cię za naszych towarzyszy. Najwyraźniej zbyt długie przebywanie w Podmroku nie działa zbyt dobrze na ich powierzchniowe mózgi - powiedziała Shillen. - Ja, Oscar, Anlaf i Katon nie mamy co do ciebie złych zamiarów, a na tę dwójkę po prostu nie zwracaj uwagi. Trochę ochłoną i się uspokoją. Swoją drogą Katon jest czarodziejem, może zechce przyjąć cię jako ucznia? - spojrzała w stronę elfa. - Co o tym myślisz Katonie?

- Akurat poszukuję... adepta do pomocy. Glabbagoolu? - czarodziej miał jeszcze cień nadziei, że przedziwny stwór zawróci i zechce porozmawiać.

- I to jakim! - zakrzyknął z uśmiechem Anlaf dopowiadając po Shillen - nastrój Skandyka udzielił się druidowi, a wizja elfa uczącego galaretowaty sześcian rzucania kuli ognia tym bardziej go rozbawiła. - Shillen ma rację panowie! - zwrócił się do Rashada i Eola - Więcej wiary w ocenę kogoś kto spędził w tym miejscu całe dekady.

Rashad rzucił Shillen pełne irytacji spojrzenie gdy ta powołała się na Amirę, po czym westchnął, opuszczając broń i odsuwając się od galarety.

- Wybacz, wzięliśmy cię za szpiega Puddingowego Króla, najwyraźniej niesłusznie. Nie będę polemizował z wiedzą elfich mędrców, którzy najwyraźniej lepiej znają twoją naturę... - dodał, spoglądając w stronę Katona ze szczyptą ironii.

Drowka widząc spojrzenie Rashada i to, że powołanie się na imię jego tragicznie poległej kuzynki przyniosło oczekiwane przez nią skutki, odpowiedziała szlachcicowi triumfalnym uśmiechem, po czym skłoniła głowę w kierunku Anlafa w podziękowaniu za przyznanie jej racji. Zwróciła wzrok z powrotem w stronę galaretowatego stworzenia, czekając jak zareaguje na wymuszone przez resztę, ale jednak przeprosiny Rashada.

Roztrzęsiona galareta przesunęła oczami z krawędzi jednego boku sześcianu na drugi, lustrując was uważnie. Gałki oczne pływały chaotycznie, rzadko zachowując poziomą linię. Pomimo strachu Glabbagool zmusił się do zachowania manier.

- Przeprosiny... przyjęte. I naprawdę dziękuję za propozycję, ale chciałbym wiedzieć, co o tym wszystkim sądzi Bombdin, zanim podejmę decyzję. Zresztą i tak muszę na niego zaczekać, skoro już się umówiliśmy. Mój przyjaciel opowiada mi dużo ciekawych historii, za które od czasu do czasu daję mu jakiś bibelot. Lubię dawać prezenty - w środku Glabbagoola pobłyskiwało kilka klejnotów, które nie mogły nie zwrócić waszej uwagi. Stwór zauważył, że się im przyglądacie. - Nie, te akurat nie są dla niego. Trafiłem na nie przypadkiem. Powiadają, że znalezione nie kradzione, ale wolałbym je oddać prawowitemu właścicielowi.

- Zaczekacie ze mną? Chyba że się spieszycie. Ciemno tutaj i zimno, ale to raczej nie potrwa długo. Bombdin jest punktualny.

- Skoro i tak już tyle czasu rozmawiamy, to kwestia paru minut chyba nie zrobi nam sporej różnicy… - elfka spojrzała po twarzach reszty drużyny.

Rashad mrugnął, przyglądając się dziwacznemu stworzeniu z fascynacją, wydawało się ono niewinne, wręcz...dziecinne. Nie pasowało mu do tego mrocznego miejsca.

- Myślę, że chwilę moźemy na Bombdina poczekać, musi być niezwykle odważnym gnomem skoro wędruje tu samotnie, w Glimmerfell jest wciąż wiele niebezpiecznych stworzeń, na przykład śluzy dużo mniej miłe niż ty... widziałeś tu może ostatnio coś co mogłoby zrobić krzywdę twojemu przyjacielowi?

Zanim Glabbagool zdążył odpowiedzieć na pytanie Rashada, głos zabrał... Rahnulf. Stanął przed Shillen jeżąc sierść i warcząc. Wyczuł coś, ale tylko wilk wiedział, co. W końcu zwierzę buchnęło dziko i zajadle, kiedy za skałą przed wami odezwały się głosy w nieznanym języku. Na nauce tej mowy moglibyście szczęki połamać. Wątpiliście, czy nawet krasnoludowie byliby zdolni posługiwać się tak gardłowymi i trzeszczącymi wyrazami. Katon i Rashad, których zdolności językowe byłyby w stanie zdumieć wielu uczonych mędrców, gdyż doświadczyli wielu przygód, w których znajomość obcego języka stanowiła różnicę między życiem a śmiercią, zrozumieli, że mają do czynienia z pozaziemską mową ukształtowaną przez dao. Posługiwali się nią mieszkańcy Planu Żywiołu Ziemi, a krasnoludowie oparli o jej znaki alfabet, w wielu szczegółach różniący się od pierwowzoru. Elf zmarszczył brwi i nieświadomie poruszał wargami zmagając się z trudnym zadaniem, lecz wyłowił powtarzające się zwroty, zrozumiał też, z kim mieliście do czynienia. Banda kilku xornów chciała odzyskać klejnoty, jakie utkwiły w galaretowatej bryle Glabbagoola.



Żądny klejnotów xorn!


 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 10-03-2018 o 16:12.
Clutterbane jest offline  
Stary 15-03-2018, 09:21   #5
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Rashad dał znak towarzyszom by zachowali ciszę i szeptem przekazał im informację.

- Te xorny za ścianą chcą chyba klejnotów naszego nowego przyjaciela, może je w zasadzkę wciągniemy?

- Jesteś w stanie sprowokować je do ataku? - czarodziej miał pewien pomysł, ale póki stwory siedziały za osłoną, niewiele można było zdziałać.

- Co prawda nie są jeszcze agresywne... Glabbagoolu, cofnij się bliżej nas, mam wrażenie, że chodzi im o ciebie.

- Nie mam chyba innego wyboru, jak tobie zaufać - przekazał Glabbagool Katonowi. Galareta zaczęła sunąć w waszą stronę i w tej samej chwili zza ściany wypadło bezgłowe, beczkowate ciało na absurdalnie krótkich nogach. Przez przezroczystą materię sześcianu dostrzegliście rozwartą paszczę xorna, straszącą rzędami kłów zdolnymi skruszyć nawet metal. Kamienne macki wyciągnęły się ku drżącemu Glabbagoolowi!


- Mam tylko nadzieję, że wyjdę z tego w jednym kawałku, a nie w szesnastu! Chyba że towarzystwo jednego mnie wam nie wystarcza! - przekazał Shillen i Oscarowi Glabbagool, obserwując, jak awanturnicy przymierzają się do wyłowienia za pomocą sieci wszystkiego, co tkwiło w galaretowatym sześcianie. Elfka i Skandyk ruszyli, a grube sznury wyrwały z mazi zarówno klejnoty, jak i stary obuch, a także na wpół przetrawione, bezkostne ciało i... Gałki oczne, którymi Glabbagool imitował zmysł wzroku, aby wydać się wam bardziej ludzki.

W tym czasie rozdrażnione xorny cierpliwie czekały. Wydawały się rozumieć wasz plan. Kto wie, może wasze zachowanie nawet ich bawiło? Zagłodzone, na błyszczące kamienie rzuciły się kiedy tylko mogły, ledwo ich ulubiony pokarm znalazł się na wybrukowanej posadzce tunelu. Przestały nawet zwracać uwagę na szczekającego zębami Noriflista, z którym wymieniły kilka zdań. Zmutowany czarodziej obijał się bez powodu o ścianę. Rozmowa z takimi stworzeniami musiała być dla niego nierzeczywistym, niewyobrażalnym przeżyciem. A nie wątpiliście, że widział już wiele.

- Manierami nie ustępują dworzanom, mistrzu Sirronie, choć na takich nie wyglądają - wyszeptał do Anlafa Noriflist, kiedy zebrał już myśli. Komentując wygląd xornów zdawał się nie do końca rozumieć, jak sam wygląda. Anlaf zaczął się zastanawiać, czy jego przybrany uczeń widział niedawno swe odbicie w lustrze.

- Źle znoszą długie wygnanie, w podziemnej krainie czeka je tylko beznadziejny głód i trudy! Kierując się obowiązkiem uczonego i obywatela Wieloświata, przedstawiłem im nasze skromne postacie, mistrzu! Wyjaśniłem, że nie jesteśmy wrogami. Wskazałem im też, gdzie mogą nas znaleźć, kiedy znowu będą głodne i zaoferowałem naszą pomoc w odprawieniu ich do domu - pochwalił się podeskcytowany. - Xorny nazywały się, od największego do najmniejszego, Thak, Gaur, Duum, Ruaak, Slarv i Dak.

Nie uświadczyliście żadnej przysługi w zamian, podziękowań czy innego wyrazu wdzięczności, która potwierdziłaby maniery xornów. Żywiołaki oblizały się i bez słowa zniknęły w ścianach, niczym duchy, nie zostawiając żadnych śladów. Przez Noriflista mieliście przeczucie, że jeszcze nieraz spotkacie Thaka, Gaura czy Duuma, a może nawet poznacie z imienia ich dalszą rodzinę...

- Glabbagool! - niedługo później rozległo się nosowe wołanie. - Glabbagool, gdzie jesteś?!

- To Bombdin! - poinformował was Glabbagool. Bombdin, gnom, na którego czekaliście. - Idzie tutaj! - zauważył Glabbagool. - Będzie co opowiadać!

Shillen podniosła leżące na ziemi oczy Glabbagoola. Podeszła do Skandyka i klepnęła go po plecach. - No, trzeba przyznać, że twój pomysł z siecią przyniósł oczekiwane efekty. Czyli jednak coś tam jest pod tymi blond włoskami. - Uśmiechnęła się i chwyciła jedną ręką jego dłoń do której wsadziła oczy należące do sześcianu. - A teraz masz, oddaj naszemu nowemu koledze. Ja już tam rąk więcej nie pakuję. - Skrzywiła się patrząc na swoje poparzone dłonie.

Oscar ocierając poparzone ręce powiedział:

- Miałem nadzieję, że gdy dostaną klejnoty, to z nami zostaną na chwilę i będą w jakiś sposób pomocne, a one je wszystkie zeżarły! Jak popieprzone muszą być te stworzenia? Daliśmy się chyba oskubać... - westchnął i z krzywą miną wziął od Shillen gałki oczne, a następnie rzucił nimi w Glabbagoola. - Wybacz, dotykanie cię jest dość bolesne.

- Dobra robota. Świetnie się spisałeś przyjacielu - zwrócił się Anlaf do Noriflista. - Druid nie był pewien czy nadgorliwość ucznia Sirrona nie przysporzy im w przyszłości kolejnych kłopotliwych sytuacji, ale wiedział teraz, że przynajmniej mają ze sobą kogoś, kto będzie w stanie przetłumaczyć ten dziwny język. - Myślisz, że byliby skłonni wesprzeć nas w walce przeciwko Białemu Królowi?

- Może potrafiłyby znaleźć to, co zostało zgubione... - wymamrotał Noriflist. Może przybranemu mistrzowi się tylko zdawało, ale nieznany wcześniej zielony płomień błysnął w ślepiach jego “ucznia”. Czy ten nieszczęsny szaleniec był zdolny do planowania? Czy coś knuł? Noriflist pierwszy raz spojrzał na druida nie jak na mistrza Sirrona, a jak na nieznajomego, skupionym, podejrzliwym spojrzeniem. W obawie przed przebłyskiem pamięci i zdemaskowaniem Anlaf odwrócił twarz. Podziałało - zmutowany czarodziej z powrotem utonął w swoich niezbadanych, odległych myślach.

- Hej tam! Połów udany? - krzyknął żartobliwie do drowki i Skandyka. - Muszę przyznać, że pomysł z siecią był równie szalony co genialny. - Druid przyjrzał się z troską dłoniom Shillen, po czym wręczył jej garść magicznych jagód - balsam to to nie jest, ale myślę, że też pomogą. W takich miejscach rany potrafią być uciążliwe, zwłaszcza gdy trzeba trzymać w ręku oręż.

Shillen uśmiechnęła się do druida i wzięła od niego jagody. - Dziękuję, mam nauczkę, żeby nie pchać rąk gdzie nie trzeba - zaśmiała się, po czym obejrzała się po Oscarze i Katonie. - Zresztą chyba nie tylko ja… Jak tam wasze ręce panowie?

Rashad ostrząsnął się ze zdumienia - nawet jak na jego doświadczenia ta cała scena była dziwaczna.

- Gratuluję oddania waszemu nowemu przyjacielowi, dla niego byliście gotowi dosłownie włożyć ręce w ogień. - Rzekł z ironią do poparzonych kwasem towarzyszy, po czym spojrzał badawczo na Noriflista. Zastanawiał się co ten tak naprawdę potrafił i na ile Anlaf był w stanie go kontrolować? - Pomóc w odprawieniu do domu? Ciekawe, czym byłyby w stanie się odwdzięczyć… odparł Norifistowi.

- Jakbyś trochę pomyślał to zrozumiałbyś, że wkładanie rąk w ogień, jak to ująłeś nie było związane tylko z chęcią uchronienia Glabbagoola. - Drowka posłała gniewne spojrzenie w stronę Rashada, po czym dyskretnie wskazała głową w kierunku gnomów i szczurołaków.

- Ta... - Oscar przytaknął Shillen - Trzeba się będzie później rozmówić z gnomami. Może czegoś się dowiemy o tych stukniętych stworzeniach. Teraz przekonajmy się, kim do cholery jest Bombdin.

Katon zostawił przepytywanie Bombdina innym, pochylił się jednak nad szczątkami istoty wydobytej z Glabbagoola. Ostrożnie zbadał również obuch, którym prawdopodobnie posługiwał się nieszczęśnik, który utknął w ich nowym, przedziwnym znajomym.

Katon razem z Rashadem z bliska przyjrzeli się strawionym zwłokom. Nie przedstawiały przyjemnego widoku i od samego patrzenia odraza paraliżowała awanturników. Ledwie przypominały człekokształtne ciało. Mięśnie brzucha skupionego na zadaniu elfa drżały, targane nudnościami, ale bezkostny trup zachował swoją tajemnicę. Pocieszeniem był buzdygan, który stał się waszym łupem - wykonany z twardej kości, z metalową głowicą w kształcie pająka.

- Ponownie się widzimy, Glabbagool, chłopcze kochany! - wykrzyknęła ciemna figurka biegnąca w waszą stronę. Był to Bombdin. Otoczenie sprawiało, że wydawał się złowieszczą postacią kryjącą się w cieniu. Nie nosił niczego wyróżniającego się, poza zwykłym szalikiem, który mógł owinąć całą jego łysą głowę niczym turban. Był niezbędny kanalarzowi, kiedy potrzebował zasłonić usta długim zawojem materiału. - Ufałem, że się spotkamy! Mam nadzieję, że dotarłeś tu bez poważniejszych przygód? - zapytał się, umilkł i trochę niepewnie spojrzał na was. Chyba nie spodziewał się towarzystwa. Może już zaczął snuć czarne myśli, jak tacy bohaterowie ocenią gnoma, który spędza wolny czas na rozmowach z inteligentnym śluzem? Może zastanawiał się, czy to czasem nie jego ostatnie spotkanie z Glabbagoolem?



Bombdin, dawniej kanalarz Glimmerfell

- Ty! - Eol wymierzył kuszę w gnoma, postępując naprzód. Ominęła go walka i stracił jeszcze złoto, a paktowanie ze śluzem też mu się nie podobało. Cały wręcz kipiał ze złości, która właśnie znalazła idealne ujście w niczego nieświadomym gnomie - Co cię tu sprowadza? Czemu paktujesz z istotą, która powinna być wrogiem wszystkich prawych gnomów z Glimmerfell? Czyżbyś był sługą Budyniowego Króla?! Tłumacz się, zdrajco! - fuknął smokowiec, strosząc skórzaste “uszy” i ciskając piorunami z oczu. Nastraszenie małego stworka może nie było największym zwycięstwem Eola, ale po tym, jak poniósł porażkę w sprawie gluta, musiał sobie udowodnić, że wciąż rządzi.

- Ten znowu swoje - prychnęła drowka. - A podobno to drowy są mordercze i żądne krwi. Sprezentujmy temu wyrośniętemu gekonowi jakiś kaganiec, bo kłapie za dużo zębami. Naprawdę, straszenie pojedynczego kurdupla, który ledwo dosięga do twych kolan wzmocni twój autorytet wśród twojego oddziału… - przewróciła oczami.

- Może pozwólmy się… Bombdinowi wytłumaczyć? Zdaje się, że należy on do jego... trzódki - elf wzruszył ramionami. Całą tą hecę z wiarą uważał za idiotyzmy. Sam wolałby określenie dla bóstw wszelakich jako... patroni, lub inspiracje raczej niż coś, co realnie mogło wpływać na zachowanie śmiertelnych i wymagających jakiegoś szczególnego oddania czy rytuałów a wręcz zabobonów w jakim lubowali się zarówno ich gnomi towarzysze, jak i smokowiec. Magowie nigdy nie byli specjalnie pobożni, w większości kwalifikując się gdzieś pomiędzy utajoną apostazą a bezczelnym ateizmem. Katon nie odbiegał od normy i jak zwykle nie krył ironii podkreślając niemal pieszczotliwie słowo trzódka. Całą sytuację z tajemniczą schadzką elf starał się sobie wytłumaczyć z logicznego punktu widzenia. Skoro pobożny gnom, jakim mógł być kiedyś Bombdin przechrzcił się na wyznawcę obrzydliwej Tiamat, to właściwie będąc bardzo niepobożny i wybitnie nie-tradycyjny mógł robić cokolwiek mu strzeliło do jego ciemno-niebieskiej łepetyny. Katon oddał Oskarowi znaleziony buzdygan, prawdopodobnie drowiej roboty i stanął blisko wojownika, słuchając co też ciekawego powie zarówno Glabbagool, jak i jego kolega.

Oscar podziękował elfowi i przymocował swoje nowe “trofeum” do pasa. Na wspomnienie Katona o tym, że Bombdin należy do nowo założonego przez Eola kultu, zapytał czarodzieja:

- Czy bóstwo Eola, ta cała, jak jej tam Tiamat, to nie przypadkiem królowa krwiożerczych, ziejących ogniem smoków? I to nie ona chce zrównać cały świat z ziemią? Bo skoro tak, to może jestem na to za głupi, ale jaki oni mają w tym interes? - Skandyk wskazał na Eola i Bombdina. W szczególności nie potrafił zrozumieć motywów gnoma, który w ogóle Oscarowi do tego wyznania nie pasował.

Katon skinął twierdząco głową i zmarszczył brwii. - czas pokaże - mruknął cicho do wojownika.

- Pojedynczy kurdupel? Z trzódki? Chyba już nie... Mam na tyle oleju w głowie, żeby omijać pasterzy zaganiających bydło kuszą - odfuknął. - I drowy - dodał. - A byłem i pozostanę sługą króla Ardina Złotobrodego, co nie znaczy, że również sługą awanturników nadużywających jego autorytetu - prawie krzyknął. - Tłumaczyć się przed wami? Skoro rozkazuje wam król Ardin, niech wam też powie, czym się od lat zajmuje jego sługa Bombdin.

- Czy to biedne stworzenie tak samo dręczyliście, osądzając książkę po okładce?

- To “biedne stworzenie” - odpowiedział Oscar, trzymając skrzyżowane ręce na piersi - zostało właśnie uratowane przez tego drowa, na widok którego się tak skrzywiłeś Bombdin. Zarówno przed naszym smoczym znajomym, jak i tymi… no… takimi popieprzonymi stworzeniami co klejnoty i złoto wpieprzają. Więc osądzanie książki po okładce, mówisz? - dodał śmiejąc się.

Glabbagool potwierdził telepatycznie słowa Oscara.

Shillen spojrzała z uznaniem w stronę skandyckiego wojownika - Dziękuję Skandi, chociaż w przypadku tych “wpieprzających złoto stworów” mogłoby się nie udać gdyby nie twój plan. - uśmiechnęła się do Oscara, po czym zwróciła się do Bombdina
- A jeśli chodzi o naszego miłego, galaretowatego kolegę, to często się tu tak spotykacie? Globb opowiedział nam, że jesteś jego przyjacielem.

- Spotkaliście xorny? To... pozostaje mi podziękować za pomoc. Niewiele mogę zrobić, by się odwdzięczyć. Może was odprowadzić do Glimmerfell bezpieczniejszą drogą?

- Często się spotykamy - przyznał Bombdin. - Tutaj, bo pośród gnomów Glabbagool nie byłby bezpieczny. Mieliby go za potwora. Wystarczyłaby jedna gorsza chwila, żeby stał się ofiarnym rothe.

- Właściwie... widziałbym rozwiązanie problemu. Szukam ucznia, on chce zostać czarodziejem. Będziemy pewnie podróżować poza Glimmerfell przez jakiś czas, więc reszta niewtajemniczonych gnomów nie będzie musiała się go obawiać. O ile skorzysta z naszej propozycji i pójdzie z nami. Oczywiście, droga będzie pełna niebezpieczeństw i nikt nie jest w stanie powiedzieć, co jeszcze napotkamy i z czym się zmierzymy. Otrzyma jednak od nas wsparcie jako nasz towarzysz, no i zaświadczymy, że pracował dla dobra Glimmerfell. Może tu też pozostać, i liczyć że Xorny czy inne stworzenia Podmroku nie zechcą zakończyć jego egzystencji tu, lub gdzie indziej. Wybór należy do niego - Katon przeszedł do konkretów.

- A kiedy ruszacie, dokąd i na jak długo? - zapytał się zatroskany Bombdin. Nie był skory do dłuższej rozłąki z Glabbagoolem, ale rozumiał wasze zamiary i wyglądał na rozsądnego gnoma. Wystarczyło go jeszcze raz czy dwa zapewnić o dobrych intencjach.

Po mało owocnych badaniach zwłok znajdującego się w Glabbagoolu nieszczęśnika, po których dostał gęsiej skórki i dziwnego niepokoju, Rashad wycofał się do tyłu, obserwając gadaninę z gnomim kanalarzem. Nie do końca rozumiał czemu nagle przeszył go strach, był przecież potężnym wojownikiem, który doświadczył więcej niż niż zwykły śmiertelnik mógł sobie wyobrazić. Czyżby wieczna ciemność Podmroku kładła mu się na duchu? Obserwował jak jego towarzysze niszczą autorytet Eola w oczach gnomów, nie podobało mu się to, należało pokazywać siłę i zgadzał się w tym z Eolem, nawet jak temu niekiedy brakowało subtelności. Nie wiedział po co im ten dziwaczny śluz, wzruszył więc tylko ramionami na pytanie Bombdina.

Po obojętnym geście Rashada nagle spochmurniały Bombdin spojrzał po towarzyszących wam gnomach.

- To jakiś wasz język migowy, którego trupojady nie będą w stanie rozszyfrować - zaczął wykonywać żywiołowo okrężne ruchy ramion, naśladując w ten sposób zmieszanego Viridistańczyka - czy przejaw zwykłego chamstwa? Halo, tutaj jestem - podskoczył i pomachał ręką przed Rashadem - nazywam się Bombdin i troszczę się o mojego jedynego przyjaciela!

Zarówno magiczni rycerze, jak i Dalald oraz jego bracia milczeli. A raczej próbowali... w pierwszej kolejności zdusić śmiech. Woleli nie zabierać głosu w sytuacjach, kiedy dochodziło między wami do spięć.


- Mamy tutaj sporo do roboty, ale aktualnie tropimy pewnego fomoriana - odezwał się Anlaf. Mimo iż sytuacja wydawała się druidowi zabawna to widząc miny Eola i Rashada zdecydował się zabrać głos by choć odrobinę rozładować napięcie. Wiedział, że nic nie budzi większej pasji w rycerzach niż atak na ich godność i dumę. Poza tym podobnie jak czarodzieja zaciekawiła go niespotykana inteligencja Glabbagoola. - Wybacz podejrzliwość naszego paladyna, ale okoliczności są niezwykłe nawet jak na Podmrok. Nie mówiąc już o tym, że od kiedy tu zeszliśmy wiele stworzeń próbowało wciągnąć nas w zasadzki. Gwarantuję jednak, że panowie Eoldriereit i Rashad zyskują przy bliższym poznaniu. - Druid wyciągnął rękę w stronę gnoma w geście powitania - ja zaś jestem Anlaf. - Przedstawiając się zerknął na chwilę w stronę Glabbagoola - muszę przyznać, że masz wyjątkowego przyjaciela. - Dodał kiedy gnom powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem. - Myślę, że o ile nie masz tutaj ważniejszych zajęć to nic nie stoi na przeszkodzie abyście wyruszyli razem z nami. Może opowiesz nam po drodze o tym jak się poznaliście?

- Twój przyjaciel jest młodym stworzeniem nieznającym świata, a ta okolica jest niezwykle niebezpieczna. Jeżeli chciałby kształcić się na czarodzieja, a Katon chce go przyjąć na ucznia, to z nami będzie bezpieczniejszy. Jeżeli chcesz mieć na oku możesz równie dobrze ruszyć z nami - dodał Rashad, stwierdzając, że nie ma sensu podtrzymywać podziałów w drużynie.

Anlaf kiwnął głową z podziękowaniem w stronę Rashada, choć opanowanie rycerza wobec gnoma nie stroniącego od sarkazmu było dla niego dość zaskakujące. Od czasu powrotu z Planu Roztopionych Niebios szlachcic bardzo się zmienił i mimo pewnych nawyków, które go ukształtowały jego reakcje były inne niż mógłby się po nim spodziewać. Co tak drastycznie zmieniło jego zachowanie? Co mogło się tam wydarzyć i dlaczego tylko oni dwaj rozumieli język hydrolothów? Druid mógł snuć jedynie przypuszczenia, choć wiedział, że od jakiegoś czasu łączy go z Viridistańczykiem coś więcej niż wspólne przygody. - Jak to mówią, im nas więcej tym bezpieczniej! - Zawołał dziarsko wyrywając się z zamyślenia. - A skoro wszyscy gramy w drużynie króla Ardina to myślę, że warto połączyć siły. Prawda?

- Czyli ruszacie w stronę kopalni soli - podsumował zamyślony gnom. - Pójdę z wami... ale nie wiążę się żadną przysięgą czy obietnicą - Bombdin popatrzył na mężnych fechtmistrzów z Glimmerfell. - Nie będę zobowiązany iść dalej niż chcę. Jestem tylko poczciwym kanalarzem. Nie ślubuje przebrnąć przez fuligin ten, kto nie zszedł nigdy nawet do półciemnej, wilgotnej piwniczki - przez fuligin w Podmroku rozumiano kolor ciemniejszy niż czerń, niż dwanaście odcieni ciemności, jakie rozróżniały svirfnebliny. “Wilgotna piwniczka” była zaś typem mroku najczęściej spotykanym i najlepiej znanym Powierzchniowcom eksplorującym zapomniane podziemia.

- Musiałbym przygotować worek, złapać koc i kilka paczek żywności. Kiedy chcecie ruszać? Wracamy do Glimmerfell?

- Ruszamy. Ten zakątek ma jeszcze wiele problemów które czekają na rozwiązanie. Prowadź co rychlej - czarodziej nie lubił tracić czasu, choć wydawało się, że zazwyczaj miał go mnóstwo.

Gdy przygotowywali się do drogi powrotnej, Oscar przeszedł obok druida i dyskretnie wskazał głową w stronę Glabbagoola. Na twarzy Skandyka pojawił się jego niezmienny, głupkowaty uśmiech, gdy szepnął Anlafowi na ucho:

- Nie wiem jak ty, ale ja mam ochotę wrzucić do niego parę rzeczy i zobaczyć co się stanie.

Shillen przygotowując siebie i swoich zwierzęcych towarzyszy do drogi spojrzała w stronę druida i Skandyka - Ej gołąbeczki! A co wy tam na uszko sobie szeptacie? - rzuciła niby to żartem, a tak naprawdę jej wścibska natura chciała dowiedzieć się o czym rozmawiają.

- W takim razie witaj Bombdinie, myślę że w naszym towarzystwie nudzić się nie będziesz… - Rashad nie był przekonany czy kanalarz przeżyje w ich towarzystwie dłużej niż chociażby Vylyra i Mavis (szkoda że zginęły, przydałoby się trochę kobiecego towarzystwa w tej mrocznej, zimnej krainie…). - Nie traćmy już czasu na głupoty, tylko wracajmy czym prędzej do Glimmerfell. - Spojrzał wymownie na Oscara i Shillen którym znów wygłupy były w głowie. - Odpoczniemy trochę i ruszamy do kopalni, jak mawiają wróg nie śpi.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 15-03-2018 o 09:24.
Clutterbane jest offline  
Stary 21-03-2018, 08:40   #6
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Tymczasem w Byrny...



Grobowiec Byrnego, czempiona Prawa

Obudziłaś się tak gwałtownie, jakby wylano na ciebie kubeł zimnej wody. Wokół panowała absolutna ciemność. Przez dotyk czułaś, że leżysz na suchej, kamiennej posadzce. Leżałaś tu nie wiadomo jak długo ani dlaczego, zupełnie naga, rzucona na chłodne kamienie. Jednak byłaś cała i zdrowa... I nagle uświadomiłaś sobie, że byłaś już kiedyś w podobnym położeniu. Wszystkie wspomnienia wydawały się odległe i rozmyte. Pamiętałaś jak twoje ciało było zgniatane przez coś podobnego do wielkich szczypiec i towarzyszącą coraz większemu ściskowi senność. Pamiętałaś długą i chudą twarz tajemniczego nieznajomego, który okazał się zajadłym wrogiem. Pamiętałaś usta rozwarte w śmiertelnym grymasie, ukazujące odbarwione i o wiele za ostre zęby.

“Ptaszynko, nabierzesz manier, kiedy staniecie się jednymi z nas, kiedy cykl życia i nieśmiertelności zastąpi cykl życia i śmierci.”, słowa Jitki wciąż wibrowały w twojej głowie.

Obolała od leżenia na twardym podłożu, zebrałaś się i rozświetliłaś prostą, magiczną sztuczką mrok, spodziewając się, że ciemność kryje niewielki grobowiec z pomnikiem. Rzeźba idealnego ludzkiego wojownika, tak bliska doskonałości, jak tylko można sobie wyobrazić, stała tam, gdzie ostatnio. Jej widok wypełnił twoje serce niewysłowionym porządkiem, harmonią, poczuciem wspólnoty. Nie musiałaś spoglądać na grawer “Byrny, 2881 BCCC” by wiedzieć, gdzie jesteś. Było jednak coś, czego się nie spodziewałaś. A raczej ktoś.

- Okryj się, Ernui - odezwał się barytonowy, męski głos. Szorstkie dłonie podały ci skromną szatę, choć dobrze skrojoną i z kosztownego materiału. Ze zdumieniem spostrzegłaś, że tajemniczy mąż i grobowy posąg były niemal jak dwie krople wody. Jednak na twarzy pomnika malowała się zwycięska duma, podczas gdy twój rozmówca był co najwyżej ponuro zadumany. Potężny tors wojownika uniósł się, kiedy wziął głęboki oddech przed kolejnym zdaniem.

- Poniosłaś kolejną porażkę i może nie ostatnią - stwierdził bez cienia szyderstwa, stąpając po grobowcu wolnym krokiem - gdyż to niestety nie koniec twojej tułaczki. Twoi... - zamyślił się nad doborem odpowiedniego słowa - odpowiednicy - wreszcie je wypowiedział - mogą potrzebować cię bardziej niż dotychczas. A także tego, co mam do powiedzenia. Zbyt długo byliście pozostawieni o waszych własnych siłach.

Spojrzał na ciebie niebieskimi, tharbriańskimi oczami. Szczupła, poznaczona bliznami twarz wskazywała na skłonności do melancholii i choć nie było na niej śladów występku czy zła, to jego gorejące, niebieskie oczy nadawały jej posępny wyraz. Niskie, szerokie czoło otaczała kruczoczarna, gęsta grzywa prosto ściętych włosów.

- Wskaż proszę, co cię najbardziej zastanawia w całej historii, którą przeżyłaś - poprosił. - Tak będzie nam łatwiej zacząć całą tę przedziwną opowieść.

Spojrzała na mu w oczy bez wstydu czy zażenowania. Cała ta sytuacja wydawała się jej zupełnie naturalna tak jakby wszystko znajdowało się dokładnie na swoim miejscu. W zasadzie nie czuła potrzeby pytać, bo przecież wydarzyło się to co stać się miało. Zmarła a żyje, jej ciało zranione teraz jest nietknięte. Wstyd było przyznać, że czerpała przyjemność już z samego dotyku szlachetnego materiału na swym ciele, w podmroku zdążyła się od tego odzwyczaić. Ubierając się zauważyła, że jej włosy były jakby dłuższe, cięższe i w lepszej kondycji niż pamiętała z podmroku. Były dokładnie takie jak w dniu swej pierwszej śmierci w haremie… Nawet nie wiedziała kiedy jej palce automatycznie zaczęły zaplatać warkocz dookoła jej głowy

- Czemu akurat Byrny? - zapytała, bo tak naprawdę nie wiedziała o co zapytać a to pytanie wydawało jej się jak najbardziej na miejscu i zaraz nasunęło za sobą kolejne - i kim tak naprawdę jesteś? I czemu kolejny raz otwieram oczy?

- Nie pytałabyś się, dlaczego Byrny, gdybyście byli w stanie spamiętać wasze wszystkie... wcielenia - odparł. - Lepiej byłoby zapytać, czemu akurat t e r a z Byrny, ale żeby rozwiązać tę zagadkę, musiałem odbyć ciężką wyprawę i długie poszukiwania. Wcześniej mogłem zgadywać tylko prawdę, teraz jednak już ją znam. A chociaż cień prawdy... Od dawna starałem się odnaleźć leże ginosfinksa, Ontussy. Widziałem ją.

Mąż chodził wokół pomnika, uważnie dobierając słowa. Kiedy po raz kolejny stanął naprzeciw ciebie, pochylił delikatnie głowę. Skóra pokrywająca jego muskularne ciało stała się hebanowa, oczy białe. Burza kruczoczarnych włosów schowała się pod kapelusz o szerokim rondzie. Poczekał cierpliwie, aż się oswoisz z jego przemianą. Nie bałaś się, rozumiejąc, że wynika ona z twego drugiego pytania i jest częścią odpowiedzi.

- Na Pierwszym Dziele - powiedział, mając na myśli Plan Materialny - nazywają mnie Arquestanem, a moje plemię Wietrznymi książętami z Aaqa. Od czasu legendarnej bitwy o Pesh podobni mnie, zwani wendeamami, stoją na straży tych wartości, które nazywamy Bielą, a które mają siedem filarów. Siedem miast-państw: Rhamsandron zwany miastem Niezwyciężonego Suwerena, Warwik, Tula, Rallu, Tarantis, Tarsh i Ossary, którym odpowiada siedem części Berła Prawa.

- Tak jak Berło zostało podzielone na siedem części, tak też stało się z jego Dzierżycielem. Wiecznym Wojownikiem, tym, który wykuł Berło. Otwierasz po raz kolejny oczy, bo Berło wciąż istnieje, choć grozi mu wiele niebezpieczeństw, z czego wciąż nic nie wiemy o najistotniejszym z nich... Nazywasz się Ernui, to znaczy Pierwsza z siedmiu części. Ta, na której opiera się cywilizacja za murami Rhamsandronu.



Dzierżyciel Berła, wizja artystyczna

Przypomniałaś sobie jak przez mgłę element Berła. Ściskany w rękach anielskiej Elcadii jak najcenniejszy skarb. Pokryty tajemniczymi znakami, po których aasimarka przebiegała palcami, wspominając poległych w boju towarzyszy.

Nie rozumiała zbyt wiele z tego o czym mówił gospodarz, intuicyjne jednak wyczuwała, że za jego słowami stoi prawda. Nie za bardzo ją to jednak obchodziło w tej chwili. Jasne, Berło wielka sprawa, ważny artefakt i tak dalej, ale tam w Podmroku został jej krewniak.

- Mówisz że było nas więcej? - zapytała drżącym głosem, pragnąc wyciągnąć jak najwięcej informacji z tego człowieka. - Siedmioro strażników czy raczej niewolników Berła?

W hebanowych ustach błysnęły białe zęby.

- Zawsze zadajecie te same pytania i zawsze zastanawiacie się nad swą wolną wolą. Żałuję... - nagle spoważniał - żałuję, że na ciebie, to znaczy was siedmioro spadło to brzemię - powiedział szczerze. - Kiedy ty, to znaczy ten, którym byliście... i dalej jesteście, przebił Berłem Mishkę, generała demonów, nikt się nie spodziewał podzielenia artefaktu na siedem części. Ani tym bardziej podzielenia twojej tożsamości, Dzierżycielu, na siedem bytów... zupełnie różnych, wolnych, nierzadko ze sobą skłóconych - uśmiechnął się lekko. - Prawdziwa wolność czeka na końcu tej przygody, choć może smakować zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażasz.

Arquestan podniósł z podestu pomnika kolejną szatę, bliźniaczo podobną do tej danej Amirze i popatrzył przed siebie z wyczekiwaniem.

Amira gwałtownie zamrugała powiekami, nie wiele z tego wszystkiego rozumiała.

- Kim są zatem inni jak i gdzie mogę ich poznać - zapytała, zastanawiając się na kogo jeszcze czekają. Jak się odradzamy, przecież pamiętam swoje dzieciństwo?

- Czy wiesz gdzie są pozostałe kawałki Berła? Na jednym z nich położył łapę Herazibrax.

- Pozostali obecnie przyjęli imiona Anlaf, Eoldriereit, Katon, Oscar, Rashad i Shillen - imiona wybrzmiały jak sześć uderzeń w dzwon. - Mroczna elfka, smokorodny... - zastanowił się. - Dawniej wasze wcielenia były mniej... zróżnicowane - uśmiechnął się - i zazwyczaj wywodziły się z siedmiu miast. Niestety siły, których bronimy, słabną, co się odbija również na kondycji Dzierżyciela. Biel pokrywa się plamami...

- Dzieciństwo? To pytanie też zawsze pada - uśmiechnął się. - Cokolwiek pamiętasz jako Amira zostało ukute tylko twoją wolą. Wolą Dzierżyciela. Z jakiegoś powodu chciałaś wcielić się w to, czym jesteś. To tak jakby pisarz, siedzący wygodnie na werandzie i obserwujący leniwą codzienność, postanowił chwycić za pióro i dopisać do rzeczywistości jedną postać. Szczęście albo pech sprawił, że pióro okazało się magiczne, gdyż wszystkie dobre uczynki i krzywdy czynione przez jego kreację okazały się prawdziwe.

- Wracając do sedna sprawy... Wyzwałem Ontussę na turniej zagadek. Oznajmiła mi, że mnie zabije i zje, jeśli nie odpowiem na któreś z jej pytań, jeśli natomiast wygram - spełni moje życzenie i opowie mi o waszym spotkaniu. Zadawaliśmy sobie nawzajem mnóstwo zagadek. W końcu, po wielu dniach, zwyciężyłem, co zresztą zawdzięczam bardziej szczęściu niż rozumowi.

- Jeśli dobrze zrozumiałem wszystko, co od niej słyszałem... w ręce demonów wpadła pierwsza część Berła. Ernui, Berło Rhamsandronu, Miasta-Państwa Niezwyciężonego Suwerena. Dlatego zło skupiło się właśnie tutaj, w jego okolicy. I dlatego walczycie z tym, którego zwą Nienasyconą Trójcą. Mechuitim-Doresainem-Juiblexem - wyszeptał. Przynajmniej jedno z tych imion nie jest ci obce, jak mniemam. Tylko ich nie powtarzaj! Złe siły nie mają wstępu do tego grobowca, mimo to nie należy ich wywoływać po imieniu...

- Czyli mówisz, że ten problem w Podmroku to tak naprawdę skutkiem a nie przyczyną, więc czego byśmy nie zrobili nie uda nam się przeciąć tego wrzodu żelazem ani wypalić go ogniem bo odrodzi się w nowym miejscu tuż obok, jeszcze większy bardziej nabrzmiały i jeszcze bardziej śmierdzący - wzdrygnęła się. - W zasadzie nie pozostaje nam nic innego jak przejąć ten fragment Berła i jakoś je zabezpieczyć, w sumie czemu nie ukryć go w tym grobowcu miejscu jak mówisz zabezpieczonym przed złem?

- Zdaje się, że twoi odpowiednicy są na dobrej drodze ku wypaleniu tego wrzodu. Pierwotne przyczyny musicie zostawić mojemu plemieniu, gdyż ten "skutek" może być z kolei przyczyną waszej klęski. Twoje ciało zostało pożarte przez tych, których darakhule nazywają Virtutim Carnis. Z każdym kęsem pochłaniają wiedzę i wspomnienia swoich ofiar. Mogą dowiedzieć się o was wszystkiego, a wtedy znajdziecie się w śmiertelnym zagrożeniu. I to miejsce również. A w piersi jednego z was, tego najbliższego tobie, bije serce demona.

Przed pomnikiem, bez żadnego ostrzeżenia, zmaterializowało się nagie, hebanowe ciało kobiety. Zwinięta w kłębek elfka zaczęła drżeć. Amira poznała w niej Shillen.

- Okryj się, Odothui. Chyba macie sobie wiele do powiedzenia - błysnął białymi zębami.

Drowka podniosła się z zimnej posadzki, była zdezorientowana. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętała był krzyk Oscara wołający jej imię i potężny ból po którym zapadła ciemność. “Czy ja nie żyję?” pomyślała po czym zwróciła wzrok w kierunku głosu, który się do niej zwrócił. Wzięła podawaną jej przez niego szatę i nakryła się. - Dziękuję - zwróciła się do mężczyzny po czym spojrzała na drugą postać znajdującą się w pomieszczeniu. - Amira! - krzyknęła radośnie na widok zaginionej towarzyszki. - Ty żyjesz! I… ja też… chyba… W każdym razie brakowało mi cię - rozejrzała się dookoła i zrozumiała, że znów znajduje się w grobowcu, w którym odrodziła się już wcześniej z resztą towarzyszy. - Ale jak to możliwe? - Spojrzała na mężczyznę pytająco, poprzednim razem nie było tu nikogo, kto wyjaśniłby im jak i w jakim celu wrócili do życia. - I dlaczego nazywasz mnie Odothui?

- Może dam wam chwilę na wyjaśnienie sobie wszystkiego - zaproponował Arquestan. Zauważyłyście, że nie miał więcej kompletów szat.

- Rozumiesz o co tu chodzi, Amiro? Dlaczego on nazywa mnie Siódmą? I kim on właściwie jest? - na usta drowki cisło się tysiące pytań.

Amira w pierwszym odruchu chciała podbiec i objąć Shillen, jednak godność jej na to nie pozwalała zamiast za to odpowiedziała spokojnym głosem.

- Ponoć jesteśmy jedną duszą rozbitą na siedem części - ze słów ani tonu zaklinaczki nie dało się wyczytać co naprawdę myśli na ten temat, jednak była przerażona słowami gospodarza. Gdy wspomniał o sercu demona, przeszył ją dreszcz obawiała się bowiem, że słowa te mogą dotyczyć jej krewniaka. - Ale to nieważne główny problem polega na tym, że musimy wrócić do Podmroku i dokonać zemsty, a tym samym zrobić to co słuszne i właściwe.

Elfka słuchała słów swojej przyjaciółki z zaskoczeniem i niedowierzaniem. - Siedem dusz w jednej…

- Raczej jedna w siedmiu kawałkach - przerwała jej Amira. - Strażnik rozprysł się tak jak rozprysło się Berło, to właśnie utrata skarbu Elcadii przyniosła kłopoty do Podmroku, kto by przypuszczał…

- Nie miałam okazji, jej poznać, ale po naszym pierwszym przebudzeniu się tutaj, odczuwałam jakby wspomnienia kogoś innego. - Zastanawiała się elfka. - I takie dziwne poczucie obowiązku, że powinnam czegoś strzec. Ale te uczucia wydawały mi się jakieś dziwne, więc starałam się o nich nie myśleć, odrzucać je… A co masz na myśli, mówiąc o zrobieniu tego co słuszne? Jeszcze nie wszystko do mnie dociera - uśmiechnęła się ponuro.

- Musimy wrócić do podziemi i pomóc naszym w opanowaniu - w jej głosie słychać było zawahanie tak jakby szukała właściwego słowa - problemu…

- Podmrok… - Shillen nagle sobie coś uświadomiła - Na wszystkich bogów! Przecież zanim zginęłam, próbowałam leczyć umierającego Rashada! Pytanie czy mój zwierzęcy duch zdążył… - Elfka chwilę spanikowała, jednak przypomniała sobie co przed chwilą opowiedziała jej Amira - … ale nie ma go tu z nami… To znaczy, że żyje. Bo Rashad też jest jedną z tych części tak? Ostatnio też odrodził się tutaj… - spojrzała na towarzyszkę - Tak… musimy im pomóc. Tylko jak my się tam dostaniemy? Przecież podróż tam zajmie ogrom czasu!

- Jeśli raz się tam dostaliśmy to damy raz i drugi raz, większy problem polega na tym jak nam uda się pokonać władcę ghuli...

- Nad tym trzeba będzie pomyśleć już kiedy spotkamy się z resztą. Chcę zobaczyć ich miny, kiedy nas ujrzą. Widzieli jak obie giniemy. - Shillen próbowała się trochę rozchmurzyć - Problem też taki, że nie mamy broni, a te szaty - wskazała na odzienie, które podarował im Arquestan - choć wygodne i piękne, nie nadają się do walki.

- Cieszmy się więc ciszą przed bitwą póki jest nam to dane - uśmiechnęła się Amira, delikatnie gładząc rękaw sukni, tak dawno nie miała na sobe nic tak pięknego - powiedz mi proszę, co się dzieje w Podmroku? Wymyśliliśmy już sposób jak pokonać ghule?

- Póki co odbiliśmy Glimmerfell, a potem odnaleźliśmy syna króla Ardina… Który ku naszemu zdziwieniu okazał się być zarażony szczurołactwem… On i jego poddani - opowiadała drowka. - Z czego wyobraź sobie byli niesamowicie dumni i uważali za wielki dar. Wyobrażasz to sobie? W każdym bądź razie dogadaliśmy się z księciem. Mieliśmy znaleźć jego kapłana. Wysłał więc z nami trzech ludzi… szczurów… No jak tam zwał.

No i niestety po drodze natknęliśmy się na drowy, ale nie takie jak ja czy drowy z Ylesh. Były to drowy z Llurth-Dreier, to takie miejsce, gdzie podrzucane są drowie dzieci “śluzowatej krwi”. Chciały one żebyśmy oddali im naszego nowego towarzysza Glabbagoola. - Shillen ciągnęła dalej. - A właśnie nie powiedziałam ci o Glabbagoolu, no więc Glabbagool to trzytygodniowy, inteligentny galaretowaty sześcian, potrafi rozmawiać z nami telepatycznie. Jego marzeniem jest zostać czarodziejem i Katon wziął go za ucznia. Ale wracając, te drowy z Llurth dały nam nieźle popalić, Anlaf, Katon i Rashad o mało nie przypłacili tej walki życiem, mnie jak widzisz się nie udało. Choć tak naprawdę przez własną głupotę - machnęła ręką. - Wszyscy poplecznicy tych drowów już byli martwi, a same drowy zaczęły uciekać. A ja głupia zamiast cieszyć się, że z wyjątkiem gnomów wszyscy żyjemy, chciałam robić z siebie bohaterkę i pobiegłam za jednym z nim. Co do pokonania ghuli to pamiętasz Kulę Cienia? - spojrzała na Amirę pytającą i gładziła fałdy sukni, zazwyczaj nosiła skórzaną zbroję, jednak jak każdy elf potrafiła docenić piękno dobrze uszytej szaty.

Skinęła głową w milczeniu, ta ilość informacji odrobinę ją przytłaczała.

- Znaleźliście już ją? - zapytała z nadzieją w głosie.

Shillen pokręciła przecząco głową. - Niestety nie, wiemy, że trzeba ją zniszczyć, ale to już wiesz. Wiemy także, że zniszczenie jej jest trudne. Musi być zniszczona w jeden z konkretnych sposobów.

- Najważniejsze jest to że jest to w ogóle możliwe… prawdę mówiąc aktualnie mam spory uraz do ghuli, rozumiesz...

Drowka skinęła głową twierdząco. - Rozumiem… Ja chyba jest pierwszą drowką mającą uraz do Podmroku. - Zachichotała. - Tak tęskniłam za “domem”, a teraz nie chcę do niego wracać. Jednakowo dusza czy nie, po całej tej misji ratowania świata wracam z wami na górę - uśmiechnęła się serdecznie. - Swoją drogą, nie uważasz, że powinnyśmy wrócić do naszych “chłopców”, zostawianie ich samych jest niebezpieczne - zaśmiała się, cieszyła ją obecność Amiry. - Może nasz gospodarz, będzie potrafił nam w tym pomóc?

- Prawdę mówiąc też mam taką nadzieję - szepnęła.

- Gospodarz to akurat trafne słowo - przemówił wreszcie Arquestan. Jego ciemne czoło spochmurniało. Gdyby nie mocarna sylwetka, hebanowy mąż przypominałby jednego z plemienia Shillen. - Nie ja jestem gospodarzem Byrny. Nie jest nim już również ten, którego być może spotkaliście poprzednim razem, świętej pamięci Hetalan.

- Twój lud - vaati zwrócił się do Shillen - uciekł na Powierzchnię i popadł w krwawy konflikt z tutejszym grododzierżcą. Okrutna śmierć spotkała władcę i jego najbliższych. Dopiero krasnoludowie z Warowni Grzmotów, których Hetalan był wasalem, przegnali stąd drowy. Gdzie się obecnie podziewają, tego mi nie wiadomo. Dobrą nowiną jest fakt, że jeden z potomków królewskiego krasnoludzkiego rodu objął Byrny we władanie. Znam go i jest moim jak i Waszym przyjacielem. Zna naszą sprawę i pomoże wam się przygotować.

- Musicie jednak wiedzieć, że w Byrny toczy się wojna i rośnie groza. Z niewiadomego powodu wzgórzowi giganci robią wypady na tutejsze ziemie, a nie są już tępe jak ongi, lecz stały się przebiegłe i uzbroiły się morderczym orężem. Szczęście w nieszczęściu, że przypuszcza się, ich legowiska znajdują się w innej partii gór niż ta, którą wędrowaliście do Glimmerfell.

“Mój lud” pomyślała Shillen. - Czy wiadomo konkretnie co to za drowy? To była enklawa z Ylesh? - zapytała, nie interesowała ją sama enklawa, chodziło bardziej o dowiedzenie się czegoś na temat Maharet. Co się z nią stało, czy żyje i jak tak to gdzie może być. Chciała dowiedzieć się co oznaczało ostrzeżenie, które dostała pod tą dziwną ścianą w Glimmerfell. - Czy była tam moja kuzynka? - wydusiła w końcu mając nadzieję, że skoro vaati ma tak wielką wiedzę może wiedzieć coś na temat Maharet.

Amira z uwagą przyglądała się kamiennej podłodze, tak dobrze rozumiała troskę elfki, tak dobrze rozumiała jej dumę więc robiła co w jej mocy by nie być nachalnym gapiem, zbędnym świadkiem rozmowy, a właściwie emocji które pytanie za sobą niosło. Z autopsji wiedziała że za zamkniętymi drzwiami duszy często kipi od krytych uczuć.

- Wybacz, nie mam żadnej wiedzy na temat twoich bliskich - odpowiedział Arquestan.

- Bliska jest mi tylko Maharet… reszta to zdrajcy - mruknęła pod nosem. - Rozumiem - uśmiechnęła się smutno, powoli godziła się z myślą, że być może nie będzie jej dane jej spotkać - kiedy będziemy mogły spotkać się z owym przyjacielem? Nasi towarzysze potrzebują pomocy, po ostatniej walce z ludźmi u nich krucho. No i został tam mój Rahnulf, martwię się o tego zwierzaka zresztą o całą resztę też. To dziwnie może brzmi z ust drowa, ale zdążyłam zżyć się z nimi. Szczególnie członkami załogi Hebanowej Królowej… - w myślach drowki pojawił się obraz twarzy jej towarzyszy.

- Dokładnie, już dziś musimy rozpocząć przygotowania, żeby dotrzeć tam zanim wydarzy się najgorsze, chyba że będziesz w stanie zapewnić nam mniej tradycyjny transport, do miejsca w którym jesteśmy potrzebne?


Wietrzni Książęta z Aaqa

- Z tym akurat będę w stanie wam pomóc - obiecał Arquestan. - Jesteście gotowe opuścić to miejsce? Jeśli tak, nie zwlekajmy.

- Prawdę mówiąc przydałaby nam się jeszcze jakas broń - odpowiedziała Amira, patrząc na swe dłonie. Doceniała wprawdzie kształt paznokci, zawsze lubiła gdy przypominały migdały, jednakże w tej chwili przeważał smutek, że nie ma w ich zasięgu niczego czym mogłaby pokonać wroga, albo chociaż wytoczyć kroplę jego krwi.

Shillen przytaknęła Amirze. - Racja, bez broni im nie pomożemy, no i na pewno nie w tych szatach - spojrzała na pięknie skrojony materiał. - Możemy je zatrzymać? - uśmiechnęła się, przemierzając Podmrok lepiej mieć, na sobie zbroję, ale gdy zatrzymają się na kilka dni w jakimś mieście, to czemu nie ubrać czegoś lżejszego. - Wracając… - przeniosła wzrok z sukni na Arquestana. - Przydałyby się także zbroje i jeśli obecny władca Byrny byłby łaskawy wesprzeć nas kilkoma ludźmi byłybyśmy dozgo… - drowka zatrzymała się na chwilę zastanawiając się czy słowo “dozgonnie” w ich obecnej sytuacji pasuje - wdzięczne po wsze czasy. Z wyjątkiem tego to myślę, że czujemy się na siłach, żeby ruszyć przyjaciołom na pomoc.

Amira roześmiała się w duchu:

- Prawdę powiedziawszy będziemy wdzięczni, aż do kolejnego wcielenia, ale fakt jakakolwiek pomoc zbrojna będzie dla nas dużą ulgą i może przechylić szalę tej wojny...

- Szaty zatrzymajcie. O rynsztunku, jak i zbrojnych porozmawiacie z krasnoludami, kiedy już was sobie przedstawię - powiedział Arquestan, zmierzając z wami w stronę wyjścia.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 21-03-2018 o 12:46.
Clutterbane jest offline  
Stary 07-04-2018, 08:27   #7
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Ku niezadowoleniu Dalalda i jego braci, którzy uważali się za ekspertów od wędrówek po tutejszych tunelach, popędzany Bombdin przejął rolę przewodnika po ruinach podmiasta Glimmerfell i poprowadził was wzdłuż wąskich chodników, gdzie jedno poślizgnięcie mogło sprawić, że wylądujecie na dnie któregoś z pustych kanałów lub - co gorsza - skończycie zanurzeni po szyję w parujących nieczystościach. Gnom zdawał czuć się jak w domu wśród niekończącego się labiryntu ścian i kanałów, was natomiast bolały plecy od godzin nieustannego pochylania się. Kiedy szliście tak pustym, wyślizganym przez lata dnem jednego z okrągłych, popękanych basenów, Bordert zaczął się rozglądać zaniepokojony - mimo że należał do Zuchwałego Stada, nie znał tej części tuneli. Odór ścieków nasilał się od wszechobecnej wilgoci.

Nagle Bombdin, który nie raczył skomentować wątpliwości szczurołaczych kompanów, stanął w miejscu, również zaniepokojony. Zerknął z niepokojem na swoje dłonie. Shillen spojrzała przez jego ramię, widząc, jak zamieniają się w szaro-zielony szlam. Odwróciwszy się w waszą stronę, gnom wydobył z miniaturowych płuc pełne przerażenia: “Pomocy!”. Półpłynna masa, w którą się cały zmienił, wsiąkła w drobne pęknięcia posadzki. Po Bombdinie została tylko sterta mokrych od śluzu ubrań i plecak. Bicie serca później Oscar i kilku z magicznych rycerzy złapało się za skronie, mrużąc oczy z powodu przeszywającego głowy bólu. Z jednego z korytarzy dobiegł maniakalny głos o wyraźnym, drowim akcencie, od którego po Katonie przebiegły ciarki:

- Żałośni niewolnicy kształtu, porzućcie tutaj swego galaretowatego przyjaciela i wynoście się, jeśli życie wam miłe! - po słowach nastąpiła inkantacja, tak znajoma Katonowi. Jestem martwy i w piekle, pomyślał elfi czarodziej. Ogromna kula ognia wybuchła tuż obok niego!

Kiedy błysk ognistej kuli ustał, a hałasy prowadzonej walki się nasilały, z posadzki pod Shillen wydobył się ten sam szlam, w który przekształcił się Bombdin. Tym razem było go więcej. I był obdarzony morderczym instynktem! Niedaleko niej na pomoście między chodnikami stanął drow. A może śluz w kształcie drowa - trudno było to ocenić. Zesłał na was nienawistne spojrzenie. Szaleńczym krzykiem rozkazał: “Poddajcie się mocy wybrańców z Llurth-Dreier! Na chwałę Budyniowego Króla!” Jego dłonie - galaretowate macki - wiły się, splatając zaklęcie, które sprawiło, że Noriflist po prostu znikł. Sam czarnoksiężnik zaś również wycofał się w cienie jednego z korytarzy, który wypełnił demonicznym śmiechem.



Rozdzieliliście się. Anlaf z Rahnulfem i magicznymi rycerzami zostali w miejscu, które jeszcze kilka bić temu wydawało wam się śmiertelną pułapką bez drogi ucieczki. Tarshyjczyk odetchnął po morderczych zmaganiach, ale serce wciąż głośno łomotało mu w piersi. Zapłaciliście za błąd śmiercią Shillen i kolejnych gnomów.

Warbel, który zamiast ratować własną skórę wykazał się w czasie boju charakterystyczną dla niego śmiałością, przyprowadził przed oblicze Anlafa “prawdziwego” Bombdina, oswobodzonego z krępujących więzów. Kanalarz był o wiele dziwaczniejszy i brzydszy niż jego imitacja. Zmęczony i przestraszony wyglądał tak, jakby zmierzył się z czymś, czego inni woleliby unikać i w miejscu, dokąd nikt inny by nie poszedł. Druid przeklinał pecha, przez którego wygnany Noriflist zmaterializował się akurat w tej chwili, kiedy zaczynał rozmawiać z uratowanym gnomem. Strach wywołany potwornością mutanta i myślą, co może zrobić svirfneblinowi, sparaliżował zaskoczonego Bombdina.

Anlaf skinął z podziękowaniem w stronę Warbela. Mimo śmierci przyjaciółki i doskwierających ran starał się być opanowany by nie spłoszyć oswobodzonego gnoma. Głaskał Rahnulfa częściowo by uspokoić zwierzę a częściowo by ukoić własne nerwy. Zwierzę od czasu do czasu cicho skomlało zerkając w miejsce, w którym ostatni raz widziało swoją panią. - Nie masz się czego bać. Noriflist to przyjaciel. Dotknęła go klątwa, którą próbuję zdjąć - zaczął podążając za wzrokiem svirfneblina. - Jesteś już bezpieczny. Powiedz mi proszę co tu zaszło Bombdinie. Moja kompania straciła druha ratując was. Myślę, że jesteś nam winny przynajmniej wyjaśnienie.

- Mego jedynego w swoim rodzaju przyjaciela Glabbagoola już poznaliście - podjął w końcu Bombdin. Wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać o swym strasznym losie. - Kiedy szedłem się z nim spotkać w tym odludnym, ale bezpiecznym miejscu, które z racji niegdyś pełnionej profesji znałem nad wyraz dobrze, wpadłem w ich pułapkę. Te drowy wzięły mnie na spytki. Powiedziałem im wszystko, co wiem, na zgubę Glabbagoola - drżał. - Choć chyba bardziej niż o wiadomości chodziło im o mnie. Pamiętam, jak ten długowłosy śmiał się, szyderczo, okrutnie. Jakby mnie nożami dźgał. I wtedy coś, co przed chwilą wydawało się jeszcze tylko kałużą gęstego śluzu, stanęło naprzeciw mnie i wpijało się we mnie wzrokiem. Moim wzrokiem, moimi oczami! Miałem wrażenie, że rozsypuję się w proch. Nie, nie! - krzyknął. - Więcej nie pamiętam...

“Czy aby na pewno?”, zastanawiał się Anlaf. Chciałeś pozwolić Bombdinowi już nic więcej nie mówić, gdyż wydawało się, że nie był przygotowany na podobną przygodę i odniósł poważną szkodę. Tak jak inne gnomy wydawał się postrzelony, ale czy był postrzeleńcem uczciwym?

Wy tymczasem, jeden po drugim, zeszliście po linie przymocowanej do berła, które miało moc zawiśnięcia w bezruchu. Magiczna właściwość przedmiotu nie przestawała zadziwiać Katona. Czarodziej zastanawiał się, czy położenie buławy jest niezmienne tylko wobec Pierwszego Dzieła, czy również wobec pozostałych Planów Materialnych, a może nawet wobec całego Wieloświata? Jednak smród pełnego “gulaszu” basenu, nad którym musieliście się rozhuśtać, aby wylądować na niewygodnym, wąskim chodniku odebrał ochotę na intelektualne ćwiczenia nie tylko elfowi.

Oscar i Eol zaczęli polegać na migotliwym świetle błyskającym z rapiera Rashada, jego ulubionej broni. Zaczęliście już sobie wyobrażać, że nieodłączną broń wszczepiono w rękę wojownika, jak to czyniono w przypadku “maszyn mordu” Viridistanu. Poszukiwania wroga zdały się niestety na nic. Przeklęty drow uciekł jakby rozpłynął się w powietrzu. Podążaliście jeszcze jakiś czas “czystym” śladem zostawionym przez szlamowatego stwora na suficie, aż nie doszliście do potłuczonych resztek jakichś butelek, pewnie należących do drowki. Tutaj trop się urywał. Zbierało was na wymioty, kiedy zaczęliście sobie wyobrażać trawione przez czarną maź ciało Shillen, ale musieliście się pogodzić z jej stratą. Zaznała udręki powolnej, bolesnej śmierci.

- Przeklęci kultyści, jeszcze nam za to drogo zapłacą, nie ujdą mojemu ostrzu, na Smoczą Panią! - syknał wściekły i upokorzony Rashad, kiedy wrócili na górę, ociekający brudną wodą. Stwierdzili, że nie są w stanie skutecznie ścigać przeciwnika na nieznanym terenie, a rozdzielanie się na dłużej prosiło się o kolejne kłopoty. Dali się złapać w pułapkę i stracili Shillen, która, w przeciwieństwie do reputacji swojej rasy była lojalną towarzyszką, a jej zdolności tropienia i orientacji były w Podmroku nieocenione, ludzie z powierzchni byli tutaj niczym dzieci we mgle. Miał nadzieję, że nie była przytomna, kiedy pożerał ją ten plugawy budyń.

- Spokojnie, przyjacielu - Rashad poczuł jak drobna dłoń klepie go przyjacielsko po boku. - Chcieli zabić dwóch goblinów jednym kamieniem. Byli jednak na tyle nieostrożni, by rzucony głaz odbił się od ściany i trafił ich bezmózgie łby - przemówił arogancko Dralald, pukając się w rozświetlone magicznym symbolem czoło. - Złość często sama siebie złością niszczy.

- Przez ciebie zginęli nasi towarzysze! - Rashad wskazał mieniącym się szmaragdowym światłem rapierem oskarżycielsko w stronę Glabbagoola. - Jesteś bardzo cenny dla sług Budyniowego Króla, czy wiesz coś o nich co mogłoby nam pomóc?

Glabbagool zadrżał.

- Nie zrobiłem niczego ze złych chęci i w nadziei, że nic złego z tego nie wyniknie... - mówiło stworzenie, lecz nie słyszeliście głosu ani słów. - Przecież nie wiem nic o Budyniowym Królu ani jego sługach! A Bombdin mi powtarzał, żebym tu siedział, nie ściągał na siebie uwagi ani nie mieszał się do cudzych spraw, bo napytam sobie kłopotów za wielkich nawet na moją... kubaturę. Mogłem usłuchać jego rady.

- Co było, minęło... Co będzie z nami teraz? - zapytał się Bombdin, zgarbiony i strapiony. - Najchętniej bym znikł, ale nie mogę tak po prostu zniknąć - wzruszył ramionami i uśmiechnął się żałośnie. - Naprawdę odetchnąłbym, gdybym mógł zagwarantować bezpieczeństwo Glabbagoolowi. Na pewno macie jakiś pomysł godny prawdziwych bohaterów - rzekł zanim zdążyliście ochłonąć i pomyśleć. Spojrzał z nadzieją na Eola, którego ostatni raz widział na którejś z jego ognistych przemów na cześć Smoczej Pani. Z nadzieją jakby jeden ryk drakona miał wypędzić z Glimmerfell wszelkie demony.

- Najlepszym gwarantem bezpieczeństwa Glabbagoola jest namówienie go do współpracy. Wrogom na nim zależy, więc jeśli by to zależało ode mnie, najchętniej zamknąłbym go w Glimmerfell w miejscu, gdzie nikt go nie dostanie, ale to mógłby być też cel naszych wrogów. Najpewniej chcieliby wykorzystać Glabbagoola do swoich niecnych sprawek. Rozsądniej będzie, jak Glabbagool zechce pomóc. Śluz mógłby być przydatny w walkach przeciwko sługusom Puddingowego Króla, a w dodatku mógłby służyć nam jako szpieg jeśli będzie taka możliwość. Siedząc tutaj ryzykujecie, że w końcu tym plugawym drowom uda się was dopaść. Eol i Rashad może mogliby przekonać gnomy w Glimmerfell, by patrzyły na was łaskawym okiem... jeśli chcecie pomóc - czarodziej rzeczowo wyjaśnił temat, mając nadzieję na jak najszybsze rozwiązanie tej przedziwnej sytuacji. - Czasy są parszywe. Trzeba uczciwie zdecydować, czy stawić wrogowi opór, czy zginąć lub popaść w niewolę. Wybieraj Bombdinie.

- Wiem, że wasze sprawy to nie żarty. Rozumiem to, oczywiście! - stanowczo oświadczył Glabbagool. - Ale być zamkniętym w murach jak samotny więzień, na taki los zgodzić się nie mogę. Wolałbym już podsłuchiwać i szpiegować - stwierdził naiwnie. - Jeśli powody ku temu są uczciwe, rzecz jasna.

- Tak, teraz nie macie wyboru, jako wrogowie Puddingowego Króla przepadniecie bez wsparcia, jeżeli będziecie sami w kanałach. - Dodał surowym głosem Rashad, który po uspokajających słowach towarzyszy wydawał się być nieco spokojniejszy. - Jeżeli wciąż chcesz Glabbagoola za ucznia, Katonie, z nami będzie najbezpieczniejszy, pytanie czy jest gotów do wspólnej walki skoro brzydzi się przemocą - stwierdził z nutą ironii. - Zaś Bombdin najbardziej bezpieczny będzie moim zdaniem w Glimmerfell, pośród wyznawców Smoczej Pani. Chyba, że... czy potrafisz również tropić i orientować się w terenie poza Glimmerfell? Straciliśmy właśnie naszego zwiadowcę.

- Za ucznia? - mruknął Bombdin, który nic jeszcze nie wiedział o planach Katona. Przebiegł zmęczonymi oczami po zgromadzonych. Spojrzał na magicznych rycerzy zmagających się z pokłosiem zasadzki. - Jeśli możemy w czymś dopomóc, niech nasi bohaterowie nami rozporządzają.

- Wspomniał o takim pragnieniu przy naszym pierwszym spotkaniu - Katon zmarszczył brew - ale nie zamierzamy tracić czasu w tym parszywym miejscu na takie krotochwile. Wracajmy do Glimmerfell. Są tu o wiele większe problemy niż śluzowatość twojego przyjaciela a stojąc tu jedynie wystawiamy się tym drowom na kolejny atak. Skończyliśmy tu... na razie - elf dodał mrucząc, obiecując w duchu zemstę śluzowatym drowom.

- Słyszeliście. Pozbierać się i idziemy, im szybciej dotrzemy do miasta, tym lepiej. - Eol podsumował sprawę po żołniersku, władczym gestem pokazując gnom, czego od nich oczekuje - I lepiej żeby nikt nie opóźniał marszu... - rzucił jeszcze, przeciągle spoglądając na nowego “członka” kompanii.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 07-04-2018 o 08:31.
Clutterbane jest offline  
Stary 19-04-2018, 21:09   #8
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
wprowadzenie do spin-offu kampanii

Tymczasem na którejś z Nieskończonych Wysp...
To była jedna z niewielkich wysepek. Dobrze znaliście ten kawałek lądu, z jego niewielkim portem, w którym oprócz łajb rybackich stacjonowały dwa lub trzy małe okręciki straży morskiej. Takie trzy stare jak świat szniki nie były żadnym zagrożeniem. Zresztą gdy przypływaliście tu czasem uzupełnić zapasy, strażnicy zwykle siedzieli zupełnie cicho, udając, że ich w ogóle nie ma. Wydawało się, że nigdy dotąd nie zdarzyło się nic, co zmusiłoby ich do działania. Jednak tym razem wasz kapitan miał inne plany…

“Wieśniaków żywcem, ale tylko wieśniaków! Naprzód!”

Jakie było wasze zdziwienie, gdy wioska okazała się prawie opustoszała. Wydawało się, że popełniliście błąd wcześniej. Tubylcy musieli dostrzec wasz okręt zbyt wcześnie i zbiec do pobliskiego lasu. Jednak rzadko kiedy poddawaliście się tak łatwo w walce o żywy towar. Buchnęły płomienie od pochodni ciśniętych na dachy pobliskich domów, a część waszej kompanii – z wami włącznie – zaczęła przedzierać się przez las.

Tam gdzie gąszcz stawał się coraz głębszy i bardziej splątany, wewnątrz usypanego z kamieni kręgu tańczyło sześć sylwetek, zamaskowanych i ubranych w długie płaszcze. Okrycia narzucone na jedno ramię odsłaniały nagie ciała pofałdowane tłuszczem. Słyszało się głosy męskie i kobiece, zmieszane z wolnym rytmem bębna, śpiewające o Wielkiej Uczcie. O Panu Wielkiej Uczty, kimkolwiek był. Bęben przyspieszył puls, rytmiczne zaśpiewy zwiększyły tempo, piszczałki grały jeszcze głośniej i bardziej dziko, aż nagle nastąpiło uderzenie w czynele i zapadła pełna napięcia cisza.

Pomyśleliście, że zostaliście odkryci i gotowaliście się do walki. Jednak któryś z waszych załogantów, może Bhupindar, może Horton – tego nie pamiętaliście – wskazał coś poza kręgiem. Usiłowaliście to wypatrzyć. Nowo przybyłe sylwetki wystąpiły naprzód do kręgu. Ich żółtawe oczy były znacznie większe niż normalne i wydawały się wypływać z oczodołów, tak że powieki nie mogły ich w pełni zakryć. Twarze były bardzo długie i chude, a szczęki wąskie. Usta rozwarte w śmiertelnych grymasach były pełne odbarwionych i o wiele za ostrych zębów. Pazury na dłoniach były długie i przypominały szpony. Ghule. Słyszeliście opowieści o tych nikczemnych kanibalach, którzy żywili się mięsem zwłok, ale nigdy nie spodziewaliście się ich spotkać.

“Zabić intruzów!”

Przeklinaliście pecha, choć inni nie mieli tyle szczęścia, co wy. Miniona wyprawa kosztowała waszego kapitana połowę ludzi. Tak przynajmniej przypuszczaliście, bo tylu poszło do lasu. Nie mieliście okazji zapytać się któregoś z załogantów o rzeczywiste straty, gdyż zdążyli wypłynąć na kolejną wyprawę. Bez was, w czasie waszego odpoczynku.

Nie wiedzieliście, ile dni czy miesięcy trwała wasza rekonwalescencja. Opiekował się wami niejaki Fredrik. Wyglądał na wykończonego i steranego. Pierwszy raz miał do czynienia z tą chorobą. Tygodnie opieki najwyraźniej bardzo go zmęczyły. Na jego twarzy pojawiły się zmarszczki, których nie było, a spod opalenizny wyraźnie przebijała bladość.

Kiedy tak leżeliście ciężko doświadczani chorobą, obiecywaliście sobie rozmaite rzeczy. Może wasze mózgi były równie przegniłe, jak ciała toczone przez chorobę? Snuliście kuszące wizje porzucenia niewygodnego, ciężkiego życia awanturnika. To los dobry tylko dla nieśmiertelnych herosów z legend, którymi nie byliście. Obiecywaliście sobie, że nigdy więcej nie złapiecie dziwnych chorób w przerażających, odległych miejscach. Nigdy więcej nadwerężania sił w podróżach przez dzikie, niegościnne krainy. Nigdy więcej znoszenia ponuractwa kapitana i jego zachcianek. Będziecie panami samych siebie.

Fredrik nie opiekował się wami z dobroduszności ani za wasze złoto. Jego usługi opłaciła Lavinia, najstarsza córka świętej pamięci Larisy i Xaverika Vanderborenów, hodowców niewolników i lojalnych klientów Poławiaczy Pereł. Świętej pamięci, gdyż obojga zginęli w pożarze statku miesiąc temu. Kiedy udawało wam się już stanąć o własnych siłach, Kora – kobieta, którą kiedyś sprzedaliście Vanderborenom, a która aktualnie pełniła rolę Perły Domu Vanderborenów – przekazała pisemne zaproszenie na kolację do posiadłości odziedziczonej przez Lavinię. Jak się z zaproszenia dowiedzieliście, sam posiłek miał być tylko wstępem do oferty “adekwatnej do waszych umiejętności”…
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 19-04-2018 o 21:14.
Clutterbane jest offline  
Stary 04-05-2018, 23:03   #9
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem

Posiadłość rodu Vanderborenów
Port Nadzieja (Sasserine), Archipelag Sztormowanych
jeden z archipelagów Nieskończonych Wysp
wczesną wiosną 4434 BCCC
- Fredrik zna się na swym fachu, prawda? - Lavinia zaczęła, kiedy usiedliście na prostych krzesłach, do prostego stołu, a Kora poczęła was obsługiwać. - Zawsze lękałam się skalpela lekarza, podobnie jak większość... ludzi - mówiąc utrzymywała kontakt wzrokowy raczej z “ludzką” stroną waszej kompanii. - Wy, jak przypuszczam, pewnie nie. Kiedy ryzykuje się nieraz zarobienie sztyletu w plecy podczas nocnych awantur, to i skalpel medyka byłby wam niestraszny.

- Ja, kiedy rodzice zaprowadzili mnie do Fredrika, poczułam ulgę, ale i zaskoczenie, bo jak to tak, nie upuszczać krwi choremu? Ma on jednak swoje własne sposoby na usuwanie złych humorów z krwi i przyspieszenie powrotu do zdrowia. Na czym dokładnie polegają, tego nie wiem. Niestety znam się na chorobach zakaźnych jeszcze mniej niż na czarnej magii - zażartowała. Córka Vanderborenów wydawała się żywiołową i nieco kapryśną młodą kobietą. - Jednak wyglądacie na zdrowych i pełnych sił. A to już powód do uczty, więc - przeciągnęła po was ciepłym spojrzeniem - ucztujmy.

Bri spoglądała na leżące przed nimi na stole jedzenie z dzikim błyskiem w oczach i nerwowo machając puszystym ogonem. W czasie gdy leżała przykuta do łóżka chorobą, nie umiała nawet spojrzeć na jakiekolwiek jedzenie, przez co teraz gdy już czuła się lepiej miała iście wilczy apetyt. Powstrzymała się jednak przed rzuceniem się na stojącą przed nią strawę i postanowiła podziękować gospodyni. Zwróciła wzrok w stronę Lavinii: - Dziękujemy za twoją pomoc panno Lavinio, gdyby nie twoja i Fredrika uprzejmość mogłoby być z nami naprawdę słabo. - Wyszczerzyła swoje kocie kły w uśmiechu i wyciągnęła rękę po jedzenie.

Hrehulaagekowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Owłosiony niczym małpa sięgnął długaśną łapą po mięso, strzepując z niego jakieś przyczepione warzywka. - Mięso. Dobre mięso - po czym łapczywie wepchnął kęs do gardła, mlaskając głośno.

- A do tego w pełni gotowi do walki! - Krzyknął Isgaut zaraz po tym jak przegryzł kawał mięsa i popił solidnym łykiem trunku tak, że część spływała mu teraz po krzaczastym wąsie. - Fredrik to dobry znachor, ale leczenie takiej kompanii nawet jego zmęczyło. Hahaha! - zaśmiał się gromko podnosząc kufel z napojem. - Tak czy inaczej zdrowie naszych dobrodziejów! - Barbarzyńca wypił kolejny haust przełykając głośno po czym odłożył naczynie. - Gdzie teraz panienko Lavinio? Robimy odwet na tych parszywych workach mięsa? - zapytał mając na myśli ghule. - Chętnie odpłaciłbym im za te tygodnie w łóżku, ale te przegniłe bestie są jak stado chorych szczurów!

Varthak, który odzyskał siły po długiej chorobie, od razu rzucił się na mięso. Kiedy juz zaspokoił pierwszy głód, popił piwem i poklepał się zadowolony po brzuchu. Był jednak urażony, że inni Poławiacze Pereł ich tak po prostu zostawili - pewnie kapitan bał się, że on przejmie dowodzenie.

- Jam jest Varthak, potężny wybraniec Jednookiego, żadna choroba mnie nie pokona! Pomogłaś nam, my możemy teraz zabić twoich wrogów, niedobrze jak kobieta jest sama. - Wyszczerzył się do Lavinii, zastanawiając się czy ta szuka silnego mężczyzny żeby ją chronił. Jednooki nie bez powodu postawił ją na jego drodze.

- A jak spotkamy trupojady to nam zapłacą! - Skinął Isgautowi. - Moc Jednookiego jest dobra na umarlaki.

Siedząca nieco z boku stołu drobna czarodziejka nie marnowała czasu na czcze pogaduszki, kiedy w tej samym momencie otwierając gębę, można było wpakować sobie do niej kawał soczystego mięsiwa, zamiast tracić powietrze na słowa. Wyglądała może i najbardziej “cywilizowanie” z siedzącego tu towarzystwa - prosta, jasna koszula, skórzane spodnie i delikatna biżuteria z rzemyków dobrze komponowały się z burzą ciemnych loków i ładną buzią, ale jej maniery przeczyły temu niewinnemu wizerunkowi: nóż i widelec zostawiła samopas, drąc jedzenie palcami i łapczywie przełykając wielkie kęsy. Dopiero kiedy nawpychała się jak mogła, odchyliła się na krześle... i beknęła siarczyście z głębi trzewi. Jak na taką małą osóbkę, głos żołądka miała zaiste imponujący. Albo sporą wprawę.

- Pieruńsko dobre żarcie. Brakowało mi tego jak chędożenia! - obwieściła całemu stołowi z szerokim uśmiechem na śnieżnobiałych zębach. - Medykus zrobił robotę, jego szczęście. Ja tam... panienko... - przypomniała sobie widać w ostatniej chwili o kulturze - ...na przykład konowałom nie dowierzam. Nie lubię mieć ostrego metalu za blisko skóry, jeśli wiesz, o co mi chodzi - wyciągnęła palec w kierunku stojącej na stole karafki; mokra zawartość popłynęła niczym wąż z naczynia wprost do kubka kobiety. - Dlatego najlepiej jak mają kogo kroić, to z kumplami iść. Jak jajogłowy coś popieprzy i pacjenta odeśle pod wodę, to ciach! - zrobiła gwałtowny gest przy szyi - I więcej błędów nie zrobi, he he.

Tania zamarła z nożem i widelcem w łapkach. Zastanawiała się jak oni mogą zachowywać się w tak ordynarny i prostacki sposób, kiedy są zaproszeni do porządnego domu. Nie odezwała się jednak, gdyż było jej poprostu wstyd. Nie dała jednak tego po sobie poznać tylko nałożyła sobie kawał mięsa i zaczęła powoli go jeść. Zamknęła oczy delektując się pokarmem, dotykiem sukienki na futerku oraz uroczystą kolacją. Starała się zapomnieć że otacza ją banda dzikusów. Jedzenie było smaczne, więc zamruczała z rozkoszy.

- "Mogłoby być z nami naprawdę słabo"... - Lavinia powtórzyła słowa Bri. - Podobne słowa mogliby pewnie nieraz wyrzec moi świętej pamięci rodzice o waszym kapitanie, o Griggsie. Bez was nie mielibyśmy przecież nawet Kory - wspomniała niewolnicę, jaką schwytaliście i sprzedaliście Vanderborenom lata temu, a która was teraz obsługiwała. Na pierwszy rzut oka była wiele warta. Zbyt wiele, żeby właściciele hodowli zatrzymywali ją ot tak w swym przedsiębiorstwie. Burza czy Isgaut, którzy najczęściej spośród was bywali u Vanderborenów jako mięśnie Griggsa, nie pamiętali, by kiedykolwiek chodziła brzemienna, nie była więc egzemplarzem rozpłodowym. Musiała mieć jakieś ukryte wady, drastycznie zbijające cenę. Fakt, że wam usługiwała, mimo iż jako Perła Domu miała takie same prawa jak kobieta niebieskiej krwi, był oznaką szacunku gospodyni wobec was.

- Chyba już do końca świata jesteśmy skazani na świadczenie sobie wzajemnych przysług - zażartowała, spokojnie wybierając rodzynki z wielkiego półmiska, pełnego wszelkich owoców. Zarzuciła nogi na stół, jakby zapominając o dobrym wychowaniu, jednak Burza i Isgaut odebrali to jedynie jako pusty gest, sposób na spoufalenie się z "dzikszą" częścią waszej kompanii, do której nie przemówiłaby przecież pogawędkami o pierwszej domowej wizycie Fredrika.

- Nie o trupojadach chciałam z wami porozmawiać. Nie zostali przecież zarażeni żadni nowi ludzie, nie doniesiono o nowych ofiarach. Więc było, minęło, grunt, że jesteście cali i zdrowi. Sprawa jest inna, ale również nieco poważniejsza niż nasze zwykłe transakcje. Poważniejsza, ale i bardziej... kłopotliwa - tłumaczyła naokoło. Mówiła spokojnie. Chciała sprawić wrażenie, że kontroluje sytuację po śmierci rodziców, ale bez trudu ją rozgryzliście zanim zdradziła o co chodzi. Potrzebowała pomocy w uporządkowaniu rodzinnych spraw. Była sama i w potrzebie, jak to zauważył Varthak.

- Tak jak i wy, i ja zostałam sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem...

- Bycie samemu sobie sterem, żeglarzem i okrętem jest przyjemne przy pięknej pogodzie na spokojnej toni - wtrąciła grzecznie Tania, trzymając w dłoni kieliszek z trunkiem - jednakże doświadczenie mnie uczy, że gdy pogoda się psuje, wolność przestaje być zabawna zamieniając się w samotność, a gdy fale się wzburzą samotność robi się podszyta trwogą. Dlatego właśnie gdy dogoniła mnie burza w mym życiu dołączyłam do piratów - spojrzała z uśmiechem na Bri - zakładam, iż możemy ci jakoś pomóc pani - powiedziała zadowolona, że właśnie przeżywa dystyngowaną rozmowę z prawdziwą damą, tak jak w książce.

Bryza odwzajemniła uśmiech przyjaciółki, po czym zwróciła się do Lavinii: - I pomożemy z wielką chęcią odwdzięczając się tym samym za twoją pomoc. Na czym właściwie polega ta poważna i kłopotliwa sprawa? - spytała z zaciekawieniem i ekscytacją, machając przy tym energicznie swoim długim ogonem. Była bardzo nadpobudliwa i ciągnęło ją do nowej przygody.

- Hmmm - mruknął w zamyśleniu barbarzyńca. - Poważniejsza i bardziej kłopotliwa... - powtórzył pod nosem zastanawiając się z czym mogłaby wiązać się sprawa o której zaczęła mówić córka Vanderborenów. - Ale nie będziemy chyba musieli wikłać się w jakąś politykę czy dworskie gierki? Większość z tych co tu zostali to prości... - zawahał się chcąc powiedzieć ludzie, lecz obrócił głowę obejmując wzrokiem resztę, która padła ofiarą gorączki ghuli - prości najemnicy i żeglarze. - Po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu - ale za to jedni z najbitniejszych z naszej załogi! Jak trzeba będzie kogo upolować czy ukatrupić albo coś złupić to lepszych panienka nie znajdzie.

- Dobrze gadasz, Isgaut! Po... lityka i gierki do dobrego nie prowadzą, dają czas by wróg uderzył znienacka! Twoi wrogowie, dziewczyno, myślą żeś teraz słaba! - Varthak z pasją zacisnął pięść, a ściskanym w drugiej ręce kuflem uderzył o stół. - Trzeba walkę im wydać albo wodza na pojedynek wyzwać, jak naucza Ten, Który Wszystko Widzi!

- Polityka czy dworskie gierki? Nie... - zaprzeczyła Lavinia, potrząsając głową. - Że wybrałam akurat was, to jest nie bez kozery.

- To kogo mamy zabić? - Niedźwieżuk nie bawił się w konwenanse. Jego dziki intelekt wyczuwał, że jak ludzie zaczynają mówić zagadkami, najczęściej planują czyjąś śmierć. Niedźwieżukowi to pasowało, tak długo jak dobrze płacili za krew.

- Zabić? Najlepiej nikogo, nie chcę zbędnego rozgłosu - uśmiechnęła się. - Pragnę odzyskać coś, co należy do mojej rodziny, a zostało mnie bezprawnie odebrane. A mianowicie jeden z okrętów moich rodziców.

- Zdobyć okręt w siedem par rąk będzie trudno - odezwał się jaszczurzy druid. - Zatopić, to co innego, ale odzyskać... Perły będą potrzebować wsparcia. Kto ma okręt?

- Okręt to nie problem. - Burza machnęła ręką - Ale co z tą całą hołotą... załogą znaczy. Znaleźć łajbę - żaden problem. Wybebeszyć obecnych właścicieli - sama przyjemność. Ale potem sprowadzić go do portu... - pokręciła głową, rozsiewając wokół siebie burzę włosów; wokół lekko zapachniało ozonem - No, chyba że o coś innego chodzi. Coś, co było na statku i do czego nie trzeba całej łajby ze sobą targać...

- Okręt już jest w porcie, tutaj, tylko zacumowany w pewnej odległości od brzegu. Obejdziecie się bez wsparcia - wyjaśniła z uśmiechem na twarzy. Zapach ozonu nie wprawił jej w zmieszanie. Nie czuła go pierwszy raz. - Zatrzymano go w taki sposób ze względu na jakąś zmyśloną inspekcję. Ponoć władze miasta obawiały się kolejnego pożaru i kolejnych ofiar. Wciąż to mówią, mimo że minęło już kilka miesięcy. Uiściłam nawet wszystkie opłaty portowe, z jakimi zalegali moi rodzice, a ten osiłek kapitana portu, Vark, wciąż nie chce mnie wpuścić na pokład. Cholerna inspekcja... Dobra wymówka do knucia czegoś na cudzym okręcie. Mój język zawiódł, ale wy znacie taki, który powinien do niego przemówić.

- Musicie też zrozumieć, że okręt to jedno, a to, co na nim się znajduje, to drugie. Szukam pierścienia mojego ojca, który powinien być kluczem do zagadki, gdzie podział się mój brat - wskazała na portret wiszący nad stołem, jedyną ozdobę pomieszczenia, którą zostawiła w pokoju (w obawie przed ewentualnymi szkodami poczynionymi podczas tej “eleganckiej” kolacji). - Nie tylko wy kogoś szukacie - uśmiechnęła się.

- Wanna musi zostać w całości czy to jest opcjonalne? - czarodziejka pochyliła się naprzód; wzmianka o pierścieniu ją ewidentnie zainteresowała - Wyrwiemy błyskotkę tym bezmózgim meduzom z trzewi, jak będzie trzeba, ale umm... mogą być szkody. Połąwiacze są znani ze skuteczności... ale nie dyskrecji. Tak tylko mówię, żeby potem nie było jakiś ąsów, czy coś.

- W całości - odparła stanowczo. - Nie mogę sobie pozwolić na stratę kolejnego okrętu.

- A ty już zakładasz, że będą jakieś zniszczenia - powiedziała Bri patrząc z uśmiechem na Burzę, po czym wzięła do ręki kielich z winem i napiła się. - Po prostu gdy znajdziemy się na pokładzie trzymaj te swoje destrukcyjne czary-mary na wodzy i okręt powinien być cały. Panienka Lavinia sama powiedziała, że niepotrzebny jej zbędny rozgłos.

- Burza bierze pod uwagę zniszczenia, bo w tym Burza jest najlepsza - szaman ponownie zabrał głos i zwrócił się do gospodyni. - Martwa Woda też myśli, że mogą się zdarzyć, ale jeśli Lavinia chce okręt, to Lavinia okręt dostanie. Kto jest na statku? Martwa Woda chce wiedzieć czy będzie polował na drapieżniki czy bezbronne owce.

- OCZYWIŚCIE, że najlepsza! - czarnowłosa wydęła policzki - Nic tak nie działa dobrze na morale wroga, jak walący się na głowę masz i zalewająca dupę woda - wyszczerzyła drapieżnie zęby - Ale jak chcecie się bawić w to całe “cywilizowane” podejście... pfff... nooo, to trzeba będzie zapłacić ekstra! Bo chyba za same przysługi nie będziemy robić, nie? - błysnęła żartem, wlepiając czujne spojrzenie w gospodynię.

Bri syknęła na kruczowłosą dziewczynę obnażając kły. Tabaxi czuła sympatię dla Burzy, jednak uważała ją także za rywalkę dosłownie we wszystkim i wykorzystywała każdy moment by udowodnić, że jest w konkretnej rzeczy lepsza bądź, że racja leży po jej stronie. Po chwili jednak zwróciła swe kocie ślepia w stronę Lavinii, czekając na to jak odpowie na żart Burzy. Sama nie pogardziłaby dodatkową zapłatą.

- Nie oczekuję, że będziecie pracować za darmo - zapewniła - choć - wzięła głęboki wdech - moi rodzice, mimo całego szacunku, którym ich darzę, nie najlepiej zarządzali tym, co mieli. To, o czym teraz mówimy, to mój pierwszy krok ku uporządkowaniu całego tego bałaganu.

- Kiedy Kora wróciła dzisiaj z miasta, zdała, że widziała dwóch, trzech dryblasów kręcących się po pokładzie mojej "Niebieskiej Rusałki" - wróciła do wątku i odpowiedziała Martwej Wodzie, wciąż patrząc raz na Burzę, raz na Isgauta. - Okręt zacumowano pomiędzy gildią kupiecką a konfraternią kowali.

- Hrehulaagek mądry. Ma plana. Jak ludków będzie wielu, to zrobimy im z Martwą Wodą “kolację” i otrujemy ich. Będą miętcy jak huje na bani a potem zdechną. Albo schlejemy kolorowym piwem i zadusimy we śnie, wtedy nawet będzie wyżerka... A jak ludków będzie mało, to na cichych stopach… rach ciach, po łbie i robota zrobiona. I łajba cała będzie... i będzie wyżerka - niedźwieżuk uśmiechnął się szelmowsko. - A jak nie można na łajbę wleźć, to trza spuścić łomot temu tam Varkowi. To puści na łajbę. A jak nie puści, to Hrehulaagek zje mu nogę. Nie ma mocnego, co by wytrzymał jak Hrehulaagek je mu nogę - niedźwieżuk demonstracyjnie złamał sporą kość masywną szczęką, aż drobinki szpiku i jadła prysnęły dokoła na współbiesiadników.

Barbarzyńca skrzywił się na wzmiankę o truciu kogokolwiek. W jego mniemaniu było to tchórzliwe i niegodne wojownika. - A po cholerę nam uszkadzać dobry okręt? Zaraz zleci się pół portu i zamkną nas w dyby. Vark! - krzyknął donośnie w rosnącym zgiełku. - On tu jest zwierzyną. Zaczaimy się na niego kiedy będzie sam i osaczymy jak zająca. Mamy przecież tabaxi. Wyśledzą go jak cienie, a my już zrobimy resztę.

Tania kiwnęła głową z aprobatą

- Najlepiej fortelem go, jak weźmiemy go z Bri w obroty to dobrowolnie z nami pójdzie a potem jeszcze dobrowolnie podpisze co trzeba, i będzie po robocie, a i dla Hrehulaageka mięsko zostanie.

Lavinia poprawiła się na krześle.

- Gdyby to było takie łatwe... Obawiam się, że Varkowi i jego bandzie nie spieszy się ostatnio opuszczać Niebieskiej Rusałki - zapukała nerwowo palcami w blat stołu. - W najgorszym razie szukają tego samego co ja, a wtedy każda chwila jest na wagę złota.

- Jeśli Vark to nikt ważny, to z nim Perły załatwią sprawę - powiedział jaszczur. - W przeciwnym razie, Martwa Woda lubi plan Hrehulaageka. Drapieżnik podczas polowania używa siły lub podstępu. A Martwa Woda lubi pichcić! Jak Martwa Woda im zrobi “kolację”, to najbliższy tydzień spędzą przewieszeni przez burtę! A jeśli coś by nie wyszło, to Burza będzie mogła zniszczyć maszt.

- Jak my po twojej ostatniej zupie, Martwa Wodo - skwitowała Bri - Mnie osobiście podoba się pomysł Isgauta. Chociaż możesz przygotować trochę tej twojej “kolacji”, wepchniemy to Varkowi do gardła jak już nam wszystko wyśpiewa.

- Nie mam bladego pojęcia, kto stoi za tą przebrzydłą górą mięśni... Czy któryś z panującej siódemki, czy obaleni tyrani, czy któraś z band wyjętych spod prawa, w końcu tyle się ostatnio mówi o porachunkach gangów. Może nie szuka pierścienia, tylko działa na własną rękę i po prostu wykorzystał okazję, bo potrzebował okrętu do jakiegoś innego celu? Nawet chciałabym, żeby to właśnie okazało się prawdą. Uprościłoby wam robotę.

- No to panienka szanowna może uznać, że już po sprawie. - Burza zrobiła szeroki gest dłonią, pokazując na swoich kompanów tak, jakby już ten pierścień i statek mieli w swoich łapach. - A co oprócz dozgonnej wdzięczności, wymazania długu za uratowanie naszej parchatej skóry od cholery i narobienia sobie wrogów w porcie, będziemy z tego mieli? Bo mogę się założyć o własną kuciapkę, że łajba, błyskotka i braciszek-hulaka są więcej do kupy warte niż zarobek łapiducha, który nas doglądał...

Lavinia zamyśliła się. Musiała to zrobić na pokaz. Byliście pewni, że ofertę dla was miała przygotowaną już od dawna.

- Musicie mieć sobie czym tych wrogów narobić. To na pewno ode mnie dostaniecie. Oraz dniówkę w równowartości... stu srebrników, nie-nie, stu pięćdziesięciu srebrników na głowę, tak po starej znajomości.

- Tak między nami, moich najemników - wspomnieliście mijanych przez was w holu zbrojnych: gromadę ludzi, pół-elfów i krasnoludów, którzy żartobliwie życzyli wam powodzenia - tak sowicie nie opłacam, ale oni wydają się motywowani jedynie przez brzęk sakiewki. Nie znali nawet moich rodziców. Z wami jest, no, inaczej... Nie wiecie, kiedy wasz kapitan wróci do portu? - z tego, co było wam wiadomo, powinien już tu być, ale minęło dopiero kilka dni od umówionego terminu.

- Dobrze wybrałaś, jesteśmy prawdziwymi wojownikami - odparł dumnie Varthak.

- Kapitan Griggs miał przypłynąć wraz z nowym księżycem, ale może Jednooki Pan jakiś sztorm postawił na drodze statku, te trupojady to był zły znak… Varthak zadumał się, nie podobało mu się że kapitan ich tak po prostu zostawił.

- Pewno przybędzie na dniach - odparł po chwili.

- Dobrze to słyszeć - odpowiedziała Lavinia, prostując się na krześle.

- Martwa Woda myśli - wtrącił jaszczur - że najlepiej będzie zapolować po zmroku. Perły podpłyną do statku i zarzucą liny, po których wejdą na pokład.

- Woda….brrrrr…Hrehulaagek będzie śmierdzieć psem...tfu, tfu... - wzdrygnął się z obrzydzeniem niedźwieżuk - Nie lubi, nie lubi…- mruczał i warczał z niezadowolenia, ale na koniec kiwnął głową aprobując plan.

- No! - zaklinaczka tez nie lubiła czczego gadania - To ustalone. Wszyscy już się nażarli? Bri, nie dziubdziaj tego mięcha tak, bo w tym tempie uświerknąć zdążymy, zanim sobie kałdun napchasz! - wyszczerzyła się do kotki, która chyba jako jedyna usiłowała zachować *jakiekolwiek* maniery przy stole - Do zmroku trochę czasu, więc bierzemy zaliczkę, bierzemy zady w troki i lecim robić to, co wilki morskie lubią najbardziej.... zakupy! Bo w takiej koszulinie... - zatrzepotała ubraniem na piersiach - To ja w bój iść nie mogę, co to były za obciach...

- Nie popędzaj Burzo, nie każdy ma taki spust jak ty. Niektórzy jedzą, a nie żrą. - rzuciła Bri - zresztą Tani też się nie spieszy - wskazała na drugą tabaxi krojącą ze spokojem swój posiłek, która z wyjątkiem gospodyni chyba jako jedyna z całej grupy używała sztućców podczas dzisiejszej uczty. - Chociaż, fakt. Trzeba się zabrać do przysposobienia się do wykonania roboty.

Tania słysząc słowa ze spokojem odłożyła sztućce, otarła usta serwetką. Nie pokazywała tego po sobie, ale kontakty z wysokimi sferami nie były tak zabawne jak przypuszczała...
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 04-05-2018 o 23:10.
Clutterbane jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168