Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-04-2018, 11:43   #1
 
Moshanta's Avatar
 
[Pathfinder] Siedem ostrzy Grzechu

"Wiele napisano już o potędze władców starożytnego imperium Thassilońskiego, jednak niewiele mówi się o ich umiejętnościach zarządzania. Zdając sobie sprawę ze spustoszeń, jakie niosłyby pojedynki między nimi, władcy wdrożyli sposób na cywilizowaną formę rozwiązywania swoich sporów.

Każdy z siedmiu Czarodziejów stworzył własne, unikatowe ostrze nasycone najdelikatniejszym dotykiem jego potęgi. Gdy doszło do sporu między którymś z nich, obaj przekazywali ostrza swoim czempionom, a ci walczyli na śmierć dla swojego pana. Bycie czempionem jednego z Runelordów było największym zaszczytem dla Thassilońskiego wojownika, jednak ich kariery były zwykle krótkotrwałe, gdyż zawsze pojawiał się ktoś lepszy.

I chociaż większość Thasillońskich skarbów i artefaktów przepadło podczas upadku imperium, to wielu mędrców twierdzi, że miecze przetrwały, ukryte gdzieś, oczekując na śmiałków, którzy znów położą na nich swe dłonie. Thassilończycy znali je jako Alara'hai, Siedem Ostrzy Przekonania, jednak biorąc pod uwagę reputację Runelordów, większość dzisiejszych uczonych zna je pod zupełnie inną nazwą."

~ fragment Kronik Pathfindera.





4680 AR Ery Utraconych Proroctw,
22 dzień miesiąca Sarenith ,
Korvosa, Varisia.


Korvosa, przez wielu nazywana Klejnotem lub Wrotami Varisii, była miastem sprzeczności. Na pierwszy rzut oka wydawała się być idealnym, kosmopolitycznym centrum handlu. Kupcy wszelkiej maści prześcigali się w sprzedaży swoich produktów - od metalu, przez owoce morza, kończąc na ostrych przyprawach produkowanych z drzewa Thileu. Magiczne akademie i uczelnie przyciągały do miasta bystre umysły, pragnące chłonąć wiedzę, trzy organizacje militarne mające chronić miasto były silne i dobrze wyszkolone. Przyjezdni, jak i lokalni mieli gdzie spędzać czas - w mieście znajdowała się bowiem masa atrakcji, takich jak muzea czy amfiteatry, wszelkiej maści gospody, kluby, w których trzeba było wykupić członkostwo lub mieć specjalne zaproszenie, kafejki, świątynie. Życie kulturalne kwitło więc w najlepsze. Znajdujący się w centrum i górujący majestatycznie nad resztą miasta zamek rodziny królewskiej przykuwał spojrzenia i zapierał dech w piersiach.

Jednakże, poza zgiełkiem i przepychem, Korvosa oferowała również pełne niebezpieczeństw dzielnice i kwartały, w których nietrudno było stracić życie. Nieumarłe stwory oblegały okoliczne cmentarze, gdyż skupieni na swoich sprawach czarodzieje ze szkół magii nie byli zainteresowani, by coś z tym zrobić. Każdy chętny mógł bez problemu kupić tutaj najróżniejsze narkotyki i choć na kilka chwil oddać się podróży w przyjemne rejony podświadomości. W niektórych biednych dzielnicach przestępczość osiągnęła tak wysoki poziom, że miejsca te były zwykle ostatnimi, jakie zobaczył zbłąkany przyjezdny. Największa rodzina przestępcza Korvosy - Sczarni, trzymała pozostałe gangi twardą ręką i załatwiała swoje interesy nie robiąc sobie nic z obowiązującego prawa. Oprócz ludzi, którzy dominowali w mieście, można było spotkać bogaty przekrój rasowy - od elfów, półelfów, krasnoludów, przez półorki, gnomy, niziołki i tieflingi oraz rasy mniej spotykane, którym musiało żyć się w Korvosie ciężko, gdyż nierzadko miały tu miejsce rasistowskie ataki.

O tym, jak i o wielu innych aspektach życia w największym mieście Varisii przekonaliście się w czasie swojego pobytu tutaj, a niektórzy z was od urodzenia. Przez jakiś czas działaliście oddzielnie (pomijając Coyrę i Ingemara, którzy od początku trzymali się razem), następnie zrządzeniem losu, podczas jednego z zadań polegających na uwolnieniu córki bogatego kupca z rąk gangu Dusterów, połączyliście siły i tak zostało do dzisiaj. Od tamtego momentu minęły trzy miesiące, podczas których zdążyliście wyrobić sobie opinię konkretnych i efektywnych awanturników, którym nie straszne jest żadne zadanie. Pogłoski o waszych sukcesach szybko obległy całą Korvosę, a wy nie mogliście narzekać na brak zajęć. Interesy szły tak dobrze, że postanowiliście wynająć piętrowy dom w dzielnicy North Point, który był wygodny i przytulny, jednocześnie nie obciążając zbytnio waszych sakiewek. Jako bohaterowie do wynajęcie mieliście w końcu swoją bazę wypadową, co ułatwiało potencjalnym zleceniodawcom szybsze dotarcie do was.


Nie inaczej było tego pięknego, słonecznego poranka. Kończyliście akurat śniadanie we wspólnej jadalni, gdy rozległo się miarowe, choć dość delikatne pukanie do drzwi. Przez chwilę nawet zdawało wam się, że się przesłyszeliście, ale gdy uderzenie kołatką powtórzyło się, Darvan jako pierwszy wstał od stołu i podszedł do drzwi, by je otworzyć. Nieco się zdziwił, widząc na progu młodą, szczupłą kobietę w biało-złotych, kapłańskich szatach, jednak zaprosił ją do środka i poprowadził krótkim korytarzem do jadalni.

- Witajcie, niech Abadar będzie z wami - powiedziała młoda kobieta, patrząc po was nieco speszonym wzrokiem. - Zostałam przysłana tutaj przez swoją przełożoną, kapłankę kościoła Abadara, Wen Histani, która jest zainteresowana waszymi usługami w bardzo delikatnej sprawie, która wymaga podjęcia natychmiastowych działań. Wysoka Kapłanka uważa, iż będziecie najodpowiedniejszymi ludźmi do tego zadania, jednakże nie zdradziła mi żadnych szczegółów dotyczących zlecenia. Polecono mi sprowadzić państwa do naszej świątyni, gdzie zostaną przedstawione wszystkie informacje, włącznie z proponowanym wynagrodzeniem.

Akolitka skończyła, splatając palce obu dłoni przed sobą i oczekując waszych odpowiedzi. Była spięta i najwyraźniej nie czuła się zbyt pewnie w waszym towarzystwie.

 
Moshanta jest offline  
Stary 10-04-2018, 12:32   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Wygląd Darvana, pochodzącego z Andoranu, w żaden sposób nie wsjazywał, że w żyłach tegoż człowieka płynie choćby kropla smoczej krwi. A twarz sugerowała, że drogi jego życia nie zawsze były proste i przyjazne. Mimo tego Darvan był człowiekiem przyjaźnie nastawionym do świata (do ładnych kobiet w szczególności), uprzejmym i spokojnym. Jego towarzysze wiedzieli, że nie szuka zaczepek i ewentualne konfikty stara się rozwiązać polubownie. Ale wiedzieli też, że w razie potrzeby mogą liczyć na jego pomoc, nawet gdyby udzielenie tejże pomocy wiązało się ze zrobieniem krzywdy paru osobom.

Gdy rozległo się stukanie, wysoki mężczyzna o twarzy 'ozdobionej' paroma bliznami oderwał się od stołu i ruszył w stronę drzwi.
- Kogo demony niosą - mruknął pod nosem, po czym przegładził dłonią włosy (co i tak nie pomogło niesfornej czuprynie).


Kapłanka?
Darvan, chociaż tego nie okazywał, nie był zbytnio zachwycony. Jak sięgał pamięcią wstecz, unikał jakichkolwiek interesów ze świątyniami. Pomaganie jednej oznaczało konflikty z innymi, bowiem bogowie, a ich ziemscy przedstawiciele to już w ogóle, często byli ze sobą skonfliktowani. Poza tym światynie (zwykle bogate nad podziw) były zazwyczaj dość skąpe w nagradzaniu swych pracowników, a słowa "bogini ci wynagrodzi" i "będę się za ciebie modlić" mógł usłyszeć od pierwszego z brzegu żebraka, któremu rzuciłby srebrną monetę.
Mniejszy wysiłek, mniejsze ryzyko, a zysk mniej więcej taki sam.
Na dodatek kapłanki (w przeważającej większości) były sztywne jak manekiny, dumne i wyniosłe, i zgrywały się na wielkie panie, z góry patrząc na byle najemnika i łaskę wielką mu wyrządzając, zniżając się do rozmowy.
Cnotki niewydymki...
Fakt - ta, która raczyła zajść w ich progi nie wyglądała na aż taką "ą.. ę...". Być może wielkopańskie maniery miały przyjść z czasem, gdy awansuje w hierarchii. Cóż to jednak zmieniało? Nic, bo nie z nią mieli załatwiać interesy.

Najchętniej zamknąłby drzwi, po rzuceniu uprzejmego "Jesteśmy zapracowani", problem jednak polegał na tym, że świątynie (a dokładniej - ich przedstawiciele) bywali mściwi nad podziw i taka odmowa, nawet uprzejma, mogłaby zakończyć się wielkimi kłopotami.
Trzeba więc było robić dobrą minę do złej gry... i najwyżej później spróbować się wykręcić od (z pewnością) paskudnej i kiepsko płatnej roboty.

- Darvan - przedstawił się. - Właśnie kończymy śniadanie. Zechcesz usiąść i napić się wina? My się w tym czasie przygotujemy.
 
Kerm jest offline  
Stary 10-04-2018, 12:44   #3
 
Trojak's Avatar
 
Korvosa była miastem, które albo kochałeś, albo nienawidziłeś i Falavandrel, który tutaj dorastał, wiedział o tym aż nazbyt dobrze. Jako elf wychowywany przez ludzkich rodziców, w dzielnicy, którą w większości zamieszkiwali ludzie, musiał szybko nauczyć się, jak używać pięści i dbać o siebie. Mimo, iż przekonał się, jak zaślepieni swoją nienawiścią i niechęcią do obcych potrafią być ludzie, poznał też takich, których uważał za swoich przyjaciół do dzisiaj i nie był uprzedzony. Dostosował się do życia w tym mieście szybko, bo nie miał innego wyjścia. Zasada tutaj była zawsze jedna: albo umiesz się o siebie zatroszczyć i dostosować, albo znajdą cię z poderżniętym gardłem w jakimś podłym zaułku. Proste, jak znalezienie chętnej dziwki w Old Korvosie. Falavandrel nigdy nie chciał tak skończyć, więc szybko wziął sprawy w swoje ręce.

Dzisiejszą pozycję zawdzięczał zawziętości, odwadze, trochę szczęściu i sprytowi. Odkąd został skopany w dzieciństwie przez sześciu rówieśników, z którymi nie miał szans w nierównej walce, zapowiedział sobie, że jeszcze im wszystkim pokaże. I pokazał. Teraz był jednym z lepszych w swoim fachu w mieście, miał pozycję, pieniądze i towarzyszy, z którymi działał we wspólnej sprawie, wynajmując swoje ostrze każdemu, kto dobrze zapłacił. Z odwagą i pewnością siebie patrzył w przyszłość, bo mogło być tylko lepiej. Korvosa, która kiedyś była najsurowszą wychowawczynią, teraz go karmiła i stawiała na jego drodze nowe perspektywy.

Kompanom z drużyny dał się poznać przez te trzy miesiące jako pewny siebie, znający swoją wartość elf, z którym można było i pożartować i pogadać na poważniejsze tematy. Był pozytywnie nastawiony, czasami nieco melancholijny, lub wybuchowy, gdy miał gorszy dzień, generalnie jednak dawał się lubić pozostałym i nie stronili od jego towarzystwa, tak jak i on nie stronił od nich. Wojownik był wysokim mężczyzną o długich, czarnych włosach, w które wplecionych miał trochę czerwonych paciorków tworzących wąskie warkocze. Szczupły, ale o wyraźnie zarysowanych mięśniach klatki piersiowej, brzucha i ramion, zwykle chodził w idealnie dopasowanym, szkarłatnym napierśniku, pod który zarzucał kolczugę. Ubioru dopełniały luźne spodnie i wysokie, dopasowane buty.

W walce posługiwał się pięknie wykonanym, długim mieczem, którego ostrze mogło pokryć się mrozem na żądanie elfa i zadawało dodatkowe obrażenia od zimna. To zwykle on i Ingemar biegli pierwsi w kierunku przeciwników, a Falavandrel wykazywał się ogromną ruchliwością podczas potyczek, czasami korzystając z tarczy, jako dodatkowej osłony. Jak każdy przedstawiciel swojej rasy potrafił też używać łuku, jednak to walka w zwarciu dawała mu najwięcej satysfakcji. Nie był jednak idiotą i zawsze mierzył siły na zamiary, nie pchając się tam, gdzie walka była z góry przegrana.

Zajadając się pyszną jajecznicą na grzybach rozmawiał z pozostałymi na jakieś nieistotne tematy. Lubił towarzystwo tych ludzi i miał nadzieję, że jeszcze sporo wspólnych przygód przed nimi, gdyż z każdym kolejnym dniem zgrywali się coraz lepiej, tak jako kolektyw zarabiający na życie zleceniami, jak i znajomi, lub nawet trochę już przyjaciele. Zaaferowany rozmową z towarzyszami przy stole nie usłyszał pukania do drzwi, ale Darvan na szczęście poszedł sprawdzić, czy coś się działo i przyprowadził ze sobą młodziutką akolitkę kościoła Adabara. Fal wysłuchał jej, wciskając do ust ostatnie kęsy ciepłego jeszcze chleba. Przełknął, bo nieładnie było mówić z pełnymi ustami i odezwał się.
- No, w końcu znowu coś się rusza z robotą. Świetnie. Byliśmy bezrobotni całe cztery dni - zaśmiał się i spojrzał na wystraszoną dziewczynę. - Darvan ma rację, klapnij sobie, złociutka, napij się mleka albo wina, my zaraz będziemy gotowi.

Dopił swoje mleko, po czym ruszył na piętro, do swojego pokoju, by zarzucić kolczugę i napierśnik, a także zabrać miecz oraz sztylet. Poruszanie się w tym mieście bez broni było bardzo nierozsądne i każdy, kto tutaj przyjeżdżał, szybko się o tym przekonywał. Sęk w tym, że zwykle nie był już w stanie naprawić tego błędu. Taka właśnie była Korvosa. W dobrym nastroju i w pełnym rynsztunku, Fal zszedł na dół, pogwizdując jakąś melodię i poczekał na pozostałych. Aż się palił do nowego zlecenia, bo to oprócz pieniędzy zapewniało kolejny zastrzyk adrenaliny a bez tego elf nie potrafił już normalnie funkcjonować.
 

Ostatnio edytowane przez Trojak : 10-04-2018 o 12:48.
Trojak jest offline  
Stary 10-04-2018, 15:00   #4
 
Layla's Avatar
 
W ten słoneczny, ciepły poranek, Gwenda zeszła do kuchni jako pierwsza, oczywiście zabierając ze sobą gitarę, bez której właściwie nigdzie się nie ruszała. Przygotowała produkty na śniadanie i zaczęła coś już działać w tym kierunku, gdy pojawiła się reszta drużyny, a jak wiadomo, w grupce zawsze fajniej! Zrobili więc sobie michę jajecznicy i usiedli do stołu, rozmawiając o przeróżnych przeróżnościach. Jak to bywało w przypadku bardki, buzia jej się nie zamykała - opowiadała o wczorajszym występie w "Złotym Młocie", o tym, że po raz kolejny publiczność doceniła jej ambitną muzykę, na której tworzenie przeznaczała każdy wolny moment i w ogóle było och! ach!

Półelfka była średniej wysokości, pozytywnie nastawioną do życia istotką o kasztanowych, bujnych włosach. Nie należała do przesadnych piękności, ale i nie była brzydka, a uśmiech podobno miała naprawdę ładny i uroczy (tak jej kiedyś powiedział jeden z jej wielbicieli, więc to musiała być prawda). Zarażała pozytywną energią, dlatego już od małego wołano na nią "Iskra" i tak już zostało. Takie przyjęła też miano sceniczne, które zresztą bardzo jej się podobało.

Zajadając jajecznicę, co chwilę przychodziły jej do głowy nowe pomysły i melodie, dlatego co chwilę chwytała za swoją gitarę lutniową i brzdękała sobie pry stole, odcinając się zupełnie od pozostałych, bo świat muzyki był w tym momencie najważniejszy. Tak jak i piękny instrument, o który dbała bardziej, niż o siebie samą.


Po zagraniu kilku akordów, wyciągnęła z kieszeni kubraka niewielki kajecik i zapisała coś szybko i skrzętnie.
- To będzie jeden z moich najlepszych utworów, mówię wam. Artysta wie, kiedy przychodzi do niego wena na stworzenie czegoś wielkiego - powiedziała z ekscytacją i radością w głosie, po czym znów zagrała kilka akordów. Czysto, płynnie, melodyjnie. - No powiedzcie sami, piękne, prawda? - Wyszczerzyła się do nich, gdy koniuszki palców płynęły po strunach.

Zaangażowana w tworzenie, zauważyła młodą kapłankę dopiero, gdy ta stała już w jadalni i mówiła coś o zleceniu od jej przełożonej. Darvan i Falavandrel zdążyli jej już odpowiedzieć, więc i półelfka się przyłączyła. Odłożyła gitarę i podeszła do kobiety, chwytając za jej dłoń na powitanie.
- Jestem Gwenda, bardzo nam miło cię gościć. Zrelaksuj się, nie trzeba być takim spiętym, bo to podobno bardzo szkodzi na żołądek i głowę. Mama kiedyś mi tak mówiła, a ona jest mądra, więc tak na pewno jest. Chodź, usiądź i napij się winka, to cię rozluźni. - Iskra pociągnęła akolitkę za rękę w kierunku stołu. - I nie martw się, pomożemy ze wszystkim, znamy się na tym. Satysfakcja gwarantowana, jak to mówią kupcy. - Wyszczerzyła się do niej i po chwili znów chwyciła za gitarę. - Skoro już tu przyszłaś i jesteś, to powiesz mi, droga pani kapłanko, co sądzisz o tym fragmencie, dobra?
Nim tamta zdołała cokolwiek odpowiedzieć, Gwenda już grała, kiwając przy tym głową i uśmiechając się pod nosem
 

Ostatnio edytowane przez Layla : 10-04-2018 o 15:02.
Layla jest offline  
Stary 11-04-2018, 01:30   #5
 
Vess's Avatar
 
Zapach świeżego posiłku unosił się w powietrzu, a w jadalni panowała typowa poranna atmosfera. Dużo śmiechu i beztroski, czy tak wygląda życie awanturnika? Coyra westchnęła, zakładając za ucho zabłąkany lok złotych włosów, który zaczął przeszkadzać przy jedzeniu. Przez urokliwą twarz o dojrzałych półelfich rysach przemknął grymas zamyślenia. Poza śledztwem w sprawie tego czarownika od trupojadów nie pojawiły się żadne obiecujące poszlaki. Do tawern od czasu kupna tej posiadłości jedynie z rzadka zachodziła, a to też tylko z Ingemarem, żeby nie prowokować niechcianych zachowań od tak zwanych “stałych bywalców”. Tam też nic szczególnego. Może rzeczywiście, jak rzekł jeden z lokalnych kupców, w Korvosie “kto ma wiedzieć, ten wie”. Może najlepszą drogą do informacji w tym mieście była właśnie sława… Czy też niesława - w zależności od tego, kto sprawę rozważa.

- Przecież jem, śpieszy nam się gdzieś? - delikatny uśmiech przemknął jej przez twarz.
To było miłe, że komuś zależy na tym, by się najadła. W Zakonie bywało z tym różnie, niektóre siostry były “do rany przyłóż”, inne okazywały tyle ciepła, co górski strumień po roztopach. Podczas kilku bardziej uroczystych okazji, gdy Coyra decydowała się na nieco bardziej kobiece kreacje, niż swoja ulubiona luźna fiołkowa szata, można było zauważyć u niej kształty godne pozazdroszczenia. Czy dlatego inni mogli twierdzić, że za mało je? Nigdy na nie jednak nie pracowała, nigdy ich nie wykorzystała, czasem można by wręcz odnieść wrażenie, że są jej ciężarem. Pomysł, że mogłaby się głodzić, był absurdalny. Jeden Ingemar to rozumiał, a to po długiej indoktrynacji.

Ktoś poruszył stołem i pełna łyżka jajecznicy wylądowała jej na piersi. Strzepnęła ją lekkim ruchem i poruszyła mankietami. Cała szata lekko zafalowała, jakby się rozmywając, a potem plama zniknęła. Kiedyś wdała się w dyskusję z Akiko - jedną z wielu - dlaczego nie wykorzystuje tych swoich magicznych mankietów, by zawsze wyglądać zjawiskowo, ale ona nie rozumiała, że Coyra po prostu nie ma takiej potrzeby. Podobne kontrowersje wzbudzał toporny łańcuch z ametystem u jej szyi określany jako “szpetny”, który nosi nieprzerwanie od wielu lat. Był to pendent ochrony przed klątwami, ale nigdy nie mówiła towarzyszom nic więcej.

Lubiła tu wszystkich, może za wyjątkiem Darvana, który nie widział sensu w jej ślubach, ale lubiła w życiu już wiele osób. Przywykła do łagodzenia konfliktów w drużynie. Była tą osobą, której każdy z nich mógł się zwierzyć, ale sama w pełni swobodnie czuła się tylko przy swoim najbliższym towarzyszu.

Po kilku minutach usłyszała wolne kroki osoby zbliżającej się do ich posiadłości. Pukanie nastąpiło chwilę później. Wizyta akolitki była… nieoczekiwana. Sprawy świątynne bardzo rzadko były przekazywane osobom trzecim, szczególnie tym o niejednoznacznej reputacji. Nie była nawet pewna, czy ich reputację można z czystym sumieniem nazwać “dobrą”. W milczeniu wysłuchała wiadomości i entuzjastyczne reakcje towarzyszy, do których jako-tako się przychylała. Ta sprawa mogła być istotnie interesująco, skoro sama Wysoka Kapłanka po nich posłała. Zwróciła głowę ku Ingemarowi, co było jej odpowiednikiem pytającego spojrzenia.
 
Vess jest offline  
Stary 11-04-2018, 22:13   #6
 
Asderuki's Avatar
 
Ile to już było? Trzy miesiące. To dawało nadzieje, że ta grupa pozostanie ze sobą. Tak chciała wierzyć Akiko. Oczywiście podążając naukami boga, do którego zaczęła wznosić modlitwy gdy tylko go poznała, sama wprowadzała wiele radości i entuzjazmu swoją osobą. Tylko czasem potrafiła się wycofać, widząc brak odzewu ze strony towarzyszących jej osób. Najłatwiej jej szło zaprzyjaźnienie się z Iskrą. Uwielbiała słuchać jej utworów. Do tego zawsze była taka miła. Tak samo Falavandrel. On szczególnie. Pozostała trójka bywała... różna w odbiorze. Przynajmniej dla Akiko. To co założyła w swoim życiu Coyra było nie do pomyślenia dla ninji. To było z własnej woli! Jak? Po co? Dlaczego zamierzała sobie robić taką krzywdę? Dla wolnego ducha kitsune było to niewyobrażalne. To oczywiście prowadziło do rozmów, bo dziewczyna zamierzała spróbowac zrozumieć ideologię mniszki, nawet jeśli była daleka od jej własnej.

Tego poranka Akiko nie była pierwsza na nogach. Iskra ją uprzedziła. Schodząc po schodach ninja ziewała i przeciągała się, aż dostrzegła działającą w kuchni półelfkę.
- Oi! - zakrzyknęła wskazując palcem bardkę. - Ty już na nogach? Czekaj, pomogę ci!
Dzięki temu do jajecznicy została dołożona też szynka. Gdy reszta schodziła i siadała do stołu Akiko podawała im talerze z parującą jajecznicą siadając ostatniej do stołu. Wdała się w żywą rozmowę z Falavandrelem do tego stopnia, że zapomniała o własnym posiłku i ostygł. To była drobnostka. Znacznie trudniej było trzymać się na wodzy i nie rozmaślać spojrzenia. Och! Jakież to bywało frustrujące! Przy stole jednak wypadało zachować maniery i nie zachowywać się jak podrostek. Miała już przecież 22 lata! Kofusachi na pewno wysłucha jej modlitw jesli odważy się go prosić o pomoc. Och, nie, nie, to takie dziecinne!

Rozmyślania zostały brutalnie przerwane przez pukanie do drzwi. Darvan był pierwszy. Czyżby aż tak się zapatrzyła? Nie o tym teraz należało myśleć! Misja? Ooo misja! Coś tajnego i na pewno ciekawego. Panowie zaprosili akolitkę do stołu i Akiko w podskokach przyniosła resztki jajecznicy i napój do picia. Postawiła je przez akolitką i zgięła się w pół.
- Akiko Hayashi. Miło powitać cię w naszych skromnych progach nieznajoma - i tak było zawsze jeśli kogoś gościli. Ona nazywała to pokłonem, ale przy tym jak się kłaniali tutaj ludzie było to co najmniej dziwaczne.

Tego dnia ninja była ubrana w swoją najbardziej rozpoznawalną szatę. Była ona nietypowego kroju, jakby krótki płaszcz, który nie miał guzików. Nazywała ją yukatą. Była czerwona z wieloma pomarańczowymi, żółtymi i złotymi roślinnymi ornamentami. Krawędzie szaty były zaakcentowane bielą, a całość była trzymana przez grubą, brązową szarfę w pasie. Na niej to spoczywał jej magiczny pas. Do tego na plecach poziomo doczepione były dwie krótkie pochwy z wakizashi. Dziewczyna miała wyraźny problem aby rozstawać się z bronią. "Zawsze należy być gotowym" - mówiła. Kończące jej wygląd były długie rajtuzy, które kończyły się odrobinę ponad kolanem, co z yukatą kończąca się niego powyżej połowy uda dawało przyjemną dla oka przerwę. Tylko buty odstawały nieco od wszystkiego, bo były z zielonych liści. Cała Akiko była wręcz emanacją żywych kolorów. Jej włosy były płomienno rude, a oczy bursztynowe, które akcentowała charakterystycznym czarno-czerwonym makijażem. Była niczym płomień, albo liście na jesieni, a mimo to kiedy trzeba było mało kto był w stanie ją dostrzec. Być może to były jej naturalne zdolności, a być może była to zasługa magii wplecionej do jej jedwabnej szaty. Prawdopodobnie wynik obu naraz.
 

Ostatnio edytowane przez Asderuki : 11-04-2018 o 22:36.
Asderuki jest offline  
Stary 12-04-2018, 23:52   #7
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
Cholera, ale gorąco.

Z tą wspaniałą myślą przyzwyczajony do siarczystych mrozów Ingemar dość niechętnie wstał z nader wygodnego, przynajmniej jak na jego gust, łóżka w wynajętej pewien czas temu siedzibie. Jak każdego dnia po przebudzeniu przeciągnął się, by rozprostować kości, chwycił rzuconą w nieładzie na drewniane krzesło prostą lnianą koszulę, naprędce ją na siebie wsunął, po czym otworzył okiennice, wpuszczając odrobinę prawości do spowitego półmrokiem pokoju.
Blask słońca na moment poraził jego rozespane oczy. Dopiero po chwili przywitała go Korvosa w całej swej porannej okazałości - widokiem kamiennych murów, olbrzymich budynków i kolorowych ludzi. Do jego uszu dobiegał wszechobecny gwar żyjącej metropolii. Po jakimś tuzinie okresów Płomienia* wciąż nie mógł się nadziwić jak wiele osób potrafi żyć w tak ciasnej przestrzeni, jaką jest “miasto” w języku południowców. Już na pierwszy rzut oka było ono wielkie, ale istniały jeszcze kanały, gdzie żyli nędznicy i przestępcy. Żeby spotkać kogoś dwa razy całkiem przypadkiem albo kogoś odnaleźć zdecydowanie trzeba było się natrudzić. Nauczył się już, że takie miejsca rządzą się zupełnie innymi prawami, niż klany bądź przeciętne wioski, jakich było pełno na jego drodze. Tam, skąd pochodził, domy były drewniane i niskie, każdy znał każdego, a ich ochroną była jedynie palisada, nie licząc siły wspaniałych wojowników.
Mimo wszystko zdołał się już przyzwyczaić. Miasto było jak las, ale wykonane z kamienia ludzką (i nie tylko) ręką.
Ale nie to było ważne. To słońce i czyste niebo się teraz liczyły! Szeroki uśmiech wnet pojawił się na twarzy wojownika. To był znak od Ojca Niebo!

Zapowiadał się dobry dzień.



W drużynie Ingemar stanowił tą “ciężką” siłę. No, wiadomo - ciężki pancerz, ciężka tarcza, ciężki topór, ciężki krok, ciężkie ciosy, ogólnie ciężka sprawa, przede wszystkim dla wroga - i to nawet ciężkiego. Był to zwalisty chłop, imponujący swoją posturą, choć jedynie o wysokość czoła większy od Coiry. Jego długie, ciemnobrązowe dredy zwisały mu luźno z wygolonej bokami głowy. Wychłostana wiatrem twarz oraz niebieskookie spojrzenie, choć często pogodne, nosiły na sobie lata doświadczenia bojowego. No i broda - bardzo typowa dla jego ludu, choć ta była nieco przycięta, by już upał nie dawał się aż tak we znaki.
I tak się dawał.
Wyjątkowo stronił od zaklętych przedmiotów, co mogło być dziwne w oczach pozostałych. Dawno temu wpojono mu, że używanie takich rzeczy bez większej potrzeby to świętokradztwo! Tylko najwięksi wojownicy klanowi dostępowali zaszczytu przywdziania pancerza i dzierżenia broni wypełnionej potęgą Ojca Niebo, co podobno uprzedzała wielka ceremonia. Tej, ze względu na dawne wydarzenia, nigdy na oczy nie widział.
A mimo wszystko posiada nasączone magią pancerz płytowy i drewnianą, okrągłą tarczę. Wszystko oczywiście w ulfenskim stylu. Nie pamiętał nawet ile czasu zajęło mu przekonywanie się, by zainwestował w lepszy rynsztunek, a do tej pory przed dotknięciem choćby palcem okucia zmawiał krótką modlitwę do Ojca Niebo, prosząc o pozwolenie. W końcu miał zadanie, a do tego konieczne były… inwestycje.
No i oczywiście pewien topór, “Dar Ojca Niebo”, jak raczył go nazywać, choć zawsze u jego pasa, to nigdy go jeszcze nie wykorzystał. Miał on wiele lat. W sumie trudno tak naprawdę powiedzieć ile. Znalazł go w ruinie swojego starego domu. Ale jak mógł on sobie tam tak leżeć?
Odpowiedź mogła być tylko jedna, co potwierdzało mrowienie magii wyczuwalne nawet przez rękawice i szkarłatny poblask na nietkniętej rdzą stali. Był to dar od samej Rodziny - nie można z niego było korzystać pochopnie!
No i nie wykorzystał ani razu.



Do jadalni Ingemar przybył ostatni, oznajmiając swoje przybycie głośnym skrzypieniem drewnianych schodów. Widząc, a przede wszystkim słysząc rozmowy swoich towarzyszy w akompaniamencie znanych mu dźwięków lutni jego twarz od razu przybrała wesoły wyraz i już na ostatnim stopniu pozdrowił ich gestem ręki.
- Hej! Ojciec Niebo nam dziś pobłogosławił! Dziś czeka nas wspaniały dzień! - zawołał radośnie do pozostałych, nim dotarła do niego woń przyrządzonej jajecznicy i ujrzał już pozostałych siedzących przy stole - O, już jest śniadanie? Cholera, znowu zaspałem.
Nie, nie był rannym ptaszkiem, ku małemu utrapieniu pozostałych, ale każdy miał swoje wady, prawda? Nie można było mu tego jednak zarzucić w terenie. Kiedy niebezpieczeństwo czychało na każdym rogu, to on zawsze pierwszy był na nogach z tarczą i toporem w dłoniach. Czy się wysypiał? Trudno powiedzieć. Czy robił swoją robotę? Zdecydowanie.
Sam przysiadł się do stołu, nabierając sobie jedzenia jakby chciał zaspokoić wilczy apetyt, i zaczął jeść, włączając się do luźnych pogawędek z pozostałymi.
- Wiesz, Iskierko? Samo pobrzękiwanie na lutni godne jest rytuałów. Tutaj potrzeba słów! Słów! Ludzie muszą znać historię! - wygłosił po raz enty swoje zdanie na temat muzyki Gwendy. Robił to zawsze, za każdym razem żartobliwie oczywiście, przyznając niejednokrotnie, iż jego talenty artystyczne ograniczają się do malowania bojowych kresek na twarzy.
Względny spokój i beztroska. Coś, co bardzo lubił, gdy akurat mieli wolne.
I akurat wtedy rozległo się pukanie do drzwi.

W ciągu wielu lat spędzonych na południu nauczył się, że kapłaństwo stanowi to samo, co szamaństwo w jego rodzinnych stronach, choć południowcy wyznawali swoich bogów, kiedy szamanki czciły Rodzinę. Musiał przyznać - nie był pewny co o tym myśleć. Słowa “delikatny” i “najodpowiedniejszy” w tym zestawieniu przyprawiały go o dziwny niepokój. Jak daleko ich Brat Płomień wywieje tym razem? I co na nich czekało?
Gdyby odmówili, to ten cały Abedar czy jak mu tam było by pewnie jeszcze sprowadził na nich na jakąś klątwę czy Ojciec Niebo jeszcze wie co. No i przydałoby się trochę złota...
Spojrzał na Coyrę, jakby szukając podparcia w jej reakcji. I rezultacie nie dostał zbyt wiele, pomijając jej pytające spojrzenie.
Westchnął ciężko.
- No cóż, możemy przynajmniej się dowiedzieć o co chodzi, nie? - wzruszył ramionami, po czym wepchnął sobie w usta ostatni kęs świeżego chleba - Idę po sprzęt.



* - lato, ale bez ściśle określonych ram.
 
__________________
[FONT="Verdana"][I][SIZE="1"]W planach: [Starfinder RPG] ASF Vanguard: Tam gdzie oczy poniosą.[/SIZE][/I][/FONT]
Flamedancer jest offline  
Stary 13-04-2018, 07:59   #8
 
Moshanta's Avatar
 
Młoda akolitka była nieco przytłoczona i speszona waszą otwartością i nawet nie oponowała, gdy Gwenda pociągnęła ją za dłoń do stołu, po czym zaprezentowała jej krótki fragment swego nowego utworu.
- Bardzo ładne, naprawdę - rzuciła cichym głosem. - Za wino, czy mleko podziękuję. Chciałabym jak najszybciej wrócić z państwem do świątyni. Moja przełożona nie lubi przeciągającego się oczekiwania.
Nie powiedziała wam wprost, byście się pospieszyli, ale aluzja była aż nadto wyczuwalna. Zabraliście więc wszystko, co było wam potrzebne i w końcu wyszliście na ciepłe, letnie powietrze przesiąknięte znajomym zapachem ryb i morza.


Chociaż był dopiero poranek, ulice już były gwarne i zatłoczone. Mieszkańcy Korvosy spieszyli do swoich zajęć, zajęci rozmowami i momentami trzeba było lawirować w tłumie, by nikogo nie potrącić. Niejednemu ciężko było się odnaleźć w tym tyglu kulturowym i rasowym, dlatego wielu przyjezdnych z małych miasteczek czy wsi Korvosa po prostu przytłaczała i tłamsiła.

Świątynia Abadara znajdowała się niemal w centrum dzielnicy North Point, więc na miejsce dotarliście po niemal dwóch kwadransach powolnego przedzierania się przez tłumy przechodniów. Budynek był ogromny i robił kolosalne wrażenie nawet na tubylcach, zwłaszcza, że łączył ze sobą funkcje świątyni oraz... głównego banku miasta. To tutaj można było się pomodlić do Pana Pierwszej Krypty i jednocześnie zaciągnąć kredyt, wykupić skrzynkę depozytową lub otworzyć rachunek oszczędnościowy.

Pod świątynią, w strzeżonej, wyłożonej ołowiem komnacie, mieściła się mennica, produkująca wszystkie monety wydane przez miasto. Jak widać kapłani umieli jednocześnie zadbać o interesy swoje i innych. Do budynku weszliście bocznym wejściem i zostaliście poprowadzeni szerokim, wykonanym w marmurze korytarzem pełnym pięknych dywanów i obrazów. Po łukowatych schodach dostaliście się na piętro, gdzie akolitka zatrzymała was przed solidnymi, zdobionymi drzwiami, zapukała i zniknęła za nimi na kilka chwil. Gdy ponownie je otworzyła, zaprosiła was do środka, jednocześnie zostawiając sam na sam z kobietą, która siedziała w fotelu za biurkiem zastawionym jakimiś księgami.


Nieznajoma uśmiechnęła się nieznacznie na wasz widok, a jej oliwkowa skóra i ciemne włosy zdradzały południowe pochodzenie. Miała na sobie długą, fioletową suknię z głębokim dekoltem, szyję oplatała jej złota obręcz, a na jej czole dostrzec można było złotą tiarę.
- Dziękuję za przybycie, rozgośćcie się. - Wskazała smukłą dłonią na obite skórą fotele. Jej melodyjny, pewny siebie głos odbijał się od kamiennych ścian pokoju. - Nazywam się Wen Histani, jestem prałatką regionalnego oddziału Kościoła Adabara, a wy zostaliście wybrani do wypełnienia zadania najwyższej wagi. Zadania, które musi pozostać w ścisłej tajemnicy.

Powiodła po was spojrzeniem, jakby upewniając się, czy dobrze ją zrozumieliście, po czym kontynuowała.
- Niespełna miesiąc temu, z jednej z naszych krypt został skradziony przedmiot. Włamanie było zuchwałym pokazem magii wpływającej na umysły - wszyscy strażnicy zostali nakłonieni do poddania się i otwarcia krypty, pozwalając złodziejowi po prostu wejść do środka i wziąć to, po co przyszedł. Pewnie sami byśmy sobie poradzili jakimś sposobem z włamywaczem, gdyby nie fakt, że skradzionym przedmiotem okazał się starożytny, potężny artekfakt, znany jako Miecz Żądzy, jeden z zestawu przeklętych mieczy, znanych jako Siedem ostrzy Grzechu. I o ile sam w sobie nie stanowi wielkiego zagrożenia, po kradzieży doszły nas słuchy o kolejnych włamaniach, tym razem do rządowych zbrojowni oraz prywatnych kolekcji szlachciców i mędrców. Naturalnie, ludzie nie chcą rozmawiać o tym, co zaszło, ale wierzymy, że złodziej jest na tyle głupi, że spróbuje połączyć ze sobą wszystkie siedem ostrzy. To nie może się zdarzyć. - Kapłanka zawinęła opadający kosmyk włosów za ucho.

- Prowadziliśmy krótkie dochodzenie i udało nam się dowiedzieć, że wszelkie ścieżki prowadzące od tych włamań wiodą do jednej kobiety - potężnej czarodziejki o imieniu Tirana. Zaszyła się gdzieś w Kaer Maga, mieście morderców i złodziei i tam ślad po niej się urwał. I choć nie wiemy do końca, co planuje, to jeśli chce połączyć ze sobą moc wszystkich mieczy, stanie się właścicielką niepowstrzymywalnej potęgi. Cała Varisia będzie zagrożona... Miasta będą płonąć, rzeki zamienią się we wrzątek, a kościoły upadną... - mruknęła ponuro. - Tu wchodzicie wy. Oferujemy wam dziesięć tysięcy sztuk złota do podziału za zlokalizowanie, zlikwidowanie Tirany i odzyskanie Miecza Żądzy, tak samo innych, które wpadną wam w ręce. Ja i moi przełożeni słyszeliśmy o waszych sukcesach w Korvosie i okolicach, dlatego uważamy, że będziecie najlepszym wyborem do tego zadania. Co wy na to? Jakieś pytania?
Wen obrzuciła was zaciekawionym spojrzeniem.

 
Moshanta jest offline  
Stary 13-04-2018, 09:08   #9
 
Layla's Avatar
 
Gwenda zaśmiała się wesoło na słowa Ingemara, lubiła jego podejście do jej twórczości.
- Słowa będą, będą, mój drogi. To muzyka zawsze pierwsza wypływa z mej duszyczki i serca. Gdy mam ją już gotową, wtedy piszę do niej słowa. Dobry utwór musi powstawać stopniowo, gdy jest wena i odpowiednie nastawienie. Nie można do dobrej muzyki śpiewać byle czego. A tym bardziej napisać! Prawdziwy artysta nie może sobie na to pozwolić! - Mówiła to z taką pasją w głosie, jakby za chwilę miała dać się pokroić za swoje słowa. Dopiero po chwili zorientowała się, że chyba znów zaczyna gadać o rzeczach, które poza nią niespecjalnie interesują resztę.

No ale przynajmniej młodej kapłance podobał się fragment jej nowego utworu, choć Iskra miała wrażenie, że tamta powiedziała tak tylko po to, by się od niej odczepić. No cóż, nie każdy miał dobry gust, a już tym bardziej nie mogła o niego posądzać młodych kobiet, których umysły nie były jeszcze tak otwarte na duchowe doznania i wycieczki w głąb siebie, które zapewniała dobra muzyka.

Półelfka zostawiła gitarę w pokoju, zgarnęła swój rapier z finezyjnie wykonanym koszem i ruszyła z pozostałymi do świątyni Abadara.


Pogoda była fantastyczna. Iskra kochała lato, śpiew ptaków... nawet średnio ładny zapach ryb, który wiatr niósł znad wybrzeża jej nie przeszkadzał. Tak samo jak i tłum ludzi, przez który musieli się przedzierać. Iskra uśmiechała się do każdego osobnika, z którym jej spojrzenie się spotkało, a przez całą drogę mruczała sobie pod nosem melodię układanej piosnki.

Gdy dotarli do świątyni, półelfka przyglądała się jej wykończeniu z otwartą buzią, chłonąc wzrokiem kunszt wykonania świętego miejsca.
- O jaaaa cięęęę.... ale tutaj pięknie... - rzuciła cicho do idącej obok Akiko. - Zawsze myślałam, że kapłani powinni żyć tak... no, po kapłańsku. O chlebie i wodzie, czy coś. A tu takie ładne okna i witraże, dywany.

Podziwiała sobie to wszystko, aż w końcu zostali przyjęci u kapłanki Adabara, która po nich posłała. Iskra była pod wrażeniem jej urody i przez dłuższą chwilę nie mogła oderwać od niej wzroku. Momentalnie przyszło jej też kilka pomysłów na teksty swoich utworów, nie od dzisiaj bowiem wiedziała, że inspirację można było znaleźć dosłownie wszędzie. Gdy prałatka skończyła mówić, Gwenda uniosła nieśmiało dłoń.

- To może ja się zapytam o coś. - Odchrząknęła. - Co wiadomo o pozostałych mieczach? Czy ta Tirana ma już je wszystkie? Czy tam na miejscu, w Kaer Maga, będzie czekać na nas jakiś informator, czy będziemy zdani tylko na siebie? Ja w każdym razie jestem zainteresowana. Dziesięć tysięcy to dużo pieniędzy. - Uśmiechnęła się, pogrążając w rozmyślaniach, co mogłaby zrobić z takim złotem, bo jej akurat dużo do życia nie było potrzeba.
 
Layla jest offline  
Stary 13-04-2018, 12:49   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Młoda akolitka była miła i uprzejma, lecz trudno było nie zauważyć, iż siedzi jak na gwoździach, a rozmowa czy słuchanie muzyki nie sprawia jej zbytniej przyjemności. I to z pewnością nie z powodu jakości wspomnianej muzyki. Gwenda była na tyle dobra, że nawet jej wprawki dało się słuchać na trzeźwo. Albo więc misja była na tyle ważna, albo też wielebna Wen Histani należała do osób niecierpliwych i wymagających.
Bez względu na powody nie warto było przedłużać cierpień akolitki, więc Darvan szybko przygotował się do wyjścia.

* * *

Mag nie przepadał za tłumami, przez które trzeba było przebijać się na siłę. No ale skoro bogowie nie dali mu skrzydeł, to trzeba było iść na piechotę.
Gdyby nie Ingemar, Darvan musiałby się prześlizgiwać szczelinami, jakie od czasu do czasu tworzyły się w zwartym tłumie. Ingemar sam takie szczeliny tworzył. Nic zresztą dziwnego - mało kto nie odsuwał się na bok, widząc zakutgo w stal wojaka, znacznie szerszego od przciętnego człowieka. Wystarczyło kroczyć tuż za nim...

Mimo takiego ułatwienia i tak szli dobre pół godziny, nim dotarli do siedziby tutejszego przedstawicielstwa Abadara na ziemi.
Bardzo okazałej siedziby.
Darvan uśmiechnął się pod nosem, słysząc komentarz Gwendy.
Kościół Pana Pierwszej Krypty, boga noszącego zresztą jeszcze kilka imion, nigdy nie krył się ze swoim bogactwem. Jak większość zresztą bankierów. Swoją drogą - kto powierzyłby choćby pięć sztuk srebra komuś, kto by wyglądał jak żebrak?
Mag nic jednak nie powiedział. Nie zazdrościł nikomu złota. Poza tym plotki głosiły, że kapłani Mistrza Pierwszej Skarbnicy byli wyjątkowo uczciwi. A to im się chwaliło, nawet bardzo.

Wielebna Wen Histani (czy jak tam się należało zwracać do prałatki) nie wyglądała na bankiera, ale nie szafowała zbytnio ani słowami, ani pieniędzmi. Dziesięć tysięcy sztuk złota to nie była kwota zwalająca z nóg, szczegónie gdy się o niej mówiło w świątyni Abadara i gdy dotyczyła tak ważnej sprawy. No i dziesięć tysięcy kiepsko dzieliło się przez sześć...
O tym jednak zamierzał powiedzieć później.

- Jakie drugie dno kryje się w sprawie połączenia mieczy? - spytał. - Chęć uzyskanie niepowstrzymywalnej potęgi nie musi świadczyć o głupocie, a to, że ktoś zdobędzie taką potęgę nie musi oznaczać zniszczenia połowy świata. Na czym miałoby polegać to połączenie?
- Musielibyśmy się też dowiedzieć, co wiecie i o tej czarodziejce, i o Mieczach Grzechu
- stwierdził. - Nazwy, dokładny wygląd... Czy można każdy z nich normalnie, bez obaw, wziąć do ręki?
- I jeszcze jedno... Podobno siedem to szczęśliwa liczba. Przydałby się nam jeszcze ktoś do towarzystwa. Gdybyś mogła, czcigodna przeoryszo, przydzielić nam jakiegoś kapłana albo kapłankę, znacznie by nam ułatwiło zadanie
- dodał na zakończenie.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 13-04-2018 o 13:05.
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168