Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 14-04-2018, 08:13   #1
 
Zormar's Avatar
 
Reputacja: 20272 Zormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputację
[D&D 3.5/Zapomniane Krainy] Szlachetny Gniew: Koboldzi Czerep (Możliwe +18)



siężyc w pełni zalewał swym blaskiem całą osadę, począwszy od ginącego w mroku skraju Wysokiego Lasu na wschodzie, przez zakamarki między chałupami, aż po płaski, poprzetykany nielicznymi drzewami horyzont na zachodzie. Wokół kamienia w rytm hymnu tupią bose stopy. Raz i drugi, raz i drugi, a cicha żałobna pieśń unosi się ku niebu. Mężczyźni i kobiety krążą wokół skały wraz z kapłanem. Ten, odziany w brązowy ornat i z symbolem psiej głowy na piersi przewodzi modłom. Wszyscy zachowują się niemal tak, jakby byli w transie. Kolejne zwrotki hymnu wypełniają umysły i zajmują usta. Kroki wydeptują w młodej trawie okrąg.

pewnej chwili jedna z kobiet podnosi wzrok na kamień nagrobny, na wypisane nań znaki, na imię. Już zgubiła rytm pieśni i kroków. Wszystko momentalnie traci płynność. Ona, zauważywszy to, desperacko próbuje wrócić na swoje miejsce, ale jest już za późno. Nie jest już w stanie trzymać na wodzy rozpaczy, która gwałtownie wypełnia jej oczy łzami. Dwa słone potoki spadają po twarzy. O mały włos nie upada na ziemię, lecz zatrzymuje się na czyjejś piersi. Pomiędzy łzami dostrzega brązowe szaty. Płacz zmienia się w szloch. Ktoś obejmuje ją ramieniem i podnosi, by w następnej chwili stać się nową podporą dla rozpaczy w małym ciele. Mężczyzna w szacie stoi tam gdzie stał. Pieśń w jego ustach jest ledwie słyszalna, a zaciśnięte w pięści palce zlewają się z blaskiem Selune. Smutek, żal i bezsilność przywiązują go do tego miejsca i nie pozwalają się ruszyć.

en, Który Musi Istnieć przygląda się temu w milczeniu oczyma drewnianej figurki ustawionej u stóp nagrobka.


ecomber. Miasto pełne poszukiwaczy przygód. Śmiałków, łotrów, podróżnych magików, awanturników, domokrążców i sprzedawców cudownych specyfików wątpliwego pochodzenia i skuteczności. Miejsce nieznające spokoju, a jedynie zgiełk i ciągły ruch. To właśnie w tym miejscu Pamos sprzedawał jeszcze nie tak dawno temu swe klejnoty, a niezadowolenie takim obrotem spraw próbował zrekompensować sobie zyskiem ze skór, odzienia, ale przede wszystkim butów niziołczej roboty. Niestety los znów się doń nie uśmiechnął. Sfrustrowany począł raz jeszcze myśleć o tym wszystkim co wydarzyło się ostatnimi czasy w Ostoi. Ruchu i tak praktycznie nie miał, więc rozsiadł się wygodnie, nabił fajkę i począł, już nie wiadomo który raz, rozważać przeszłość i przyszłość swoich interesów.


ajpierw to całe pojawienie się Arvana i wprowadzanie w Ostoi nowych porządków, gdzie przez nowe porządki rozumiał między innymi przymusową pomoc w budowie tej jego zakichanej strażnicy. Żeby tego było mało potem popsuły się stosunki z głupimi koboldami i stracił swoje główne źródło utrzymania w postaci sprzedaży klejnotów. Jakby tego było mało późniejsze napaści koboldów poskutkowały tym, że mało kto wybierał się już do lasu. Innymi słowy nie było czego zabrać do Secomber na sprzedaż, bo ani z lasu nic nie dało się uszczknąć, ani pogrążonym w żałobie mieszkańcom ręce nie rwały się do roboty.

zamyślenia wyrwało go dopiero pytanie zadane przez niską, blondwłosą kobietę. W pierwszej chwili sądził, że ma przed sobą elfkę, lecz dziewczyna miała barki zbyt szerokie, oczy za małe, ale jak elf zielone, a przede wszystkim brakowało szpiczastych uszu. Z nawyku szybko ocenił ekwipunek, który miała przy sobie. Ciało opinała ćwiekowana skórznia z mocnej skóry, za pasem zatknięty był doskonale wykonany sztylet, a znad barku wystawało ramię łuku, które zakończone było rogiem jelenia niewątpliwie pochodzącym gdzieś z okolic Waterdeep. W skrócie miał przed sobą kogoś, kto mógł sobie pozwolić nawet na całkiem spory zakup.

mgnieniu oka znalazł się za ladą i miał już proponować nowe buty, albo pas, lecz nieśmiałe pytanie dziewczyny zbiło go z tropu. Otóż bowiem nie interesowały jej wyroby ze skóry, nawet przedniej niziołczej roboty, ale to, czy ma przyjemność z Panem Pamosem z Zielonej Ostoi. Ten odrzekł, że oczywiście, a w tym samym czasie jego bystra głowa poczęła łączyć fakty. Być może ten dzień nie okaże się kompletnie stratny.

eszcze tego samego dnia z podobną sprawą zgłosiło się do niego paru śmiałków. Najwyraźniej ogłoszenia Arvana rzuciły się w oczy co bardziej łasym na złoto awanturnikom. Osobiście nie widział w takim życiu nic pociągającego, tylko niepotrzebne niebezpieczeństwo i wątpliwy zysk. Niemniej jak to się powiada w krainach ludzi: żadna praca nie hańbi. A przynajmniej nie wprost. Ważniejszym jednak było to dzięki nim trochę zarobi, a w konsekwencji być może uda się naprawić sytuację z koboldami.


astępnego dnia Pamos był już gotowy do drogi i na swym wozie oczekiwał pojawienia się poszukiwaczy przygód. Musiał przyznać przed samym sobą, że dawno nie spotkał takich dziwaków. Od praktycznie wszystkim czuć było magią, bardzo różną magią, ale jednak magią.

iedy on tak sobie rozmyślał powoli zaczęli się schodzić ci, którzy mieli stać się przyszłymi wybawicielami Zielonej Ostoi. Albo nie. Pierwsza pojawiła się Astine, ta sama dziewczyna, która pierwsza zagadnęła go o Ostoję i tamtejsze problemy. Wyglądała praktycznie tak samo jak poprzednio tylko, że tym razem miała przy sobie jeszcze plecak, a u boku przypięty miecz. Przyglądając jej się tak musiał przyznać, że była całkiem urodziwa, lecz niezbyt w jego typie.

araz za nią wyrósł wysoki, młody mężczyzna. Odziany był w strój podróżny, który, co bardziej obytym z towarzystwem awanturników, od razu przywodził na myśl jakiegoś czarownika. Raczej nie maga, ci to zawsze ubierali się bardziej dostojnie, ale można było z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że właśnie ma się do czynienia z kimś, komu lepiej nie zaleźć za skórę. Jeszcze gotów zmienić ci dupę w trąbę, albo co. Zwał się natomiast Ivor, Igor, Ivol, czy jakoś tak. Spamiętywanie imion nigdy nie było jakąś jego mocną stroną.

iedługo po nich pojawiły się kolejne dwie kobiety. Obie podobnego wzrostu do Astine, lecz zupełnie inaczej odziane. Pierwszą z nich, tą na pierwszy rzut oka porządnie uzbrojoną, była Helena. Opięta w kolczą koszulkę i z mieczem u boku prezentowała się jak doświadczona wojowniczka, a odważnie prezentowany symbol Torma. W chwili, kiedy pierwszy raz ją ujrzał miał wrażenie, że stoi przed nim jakaś paladynka, lecz chwili rozmowy i obserwacji bliżej jej było do zaprawionej w boju kapłanki z rodzaju tych, które wolą nawracać poprzez smaganie niewiernych mieczem po plecach, aniżeli kazania w świątyni. Oczywiście mógł się mylić, ale wolał asekuracyjnie zakładać gorszą opcję. Zawsze się można wówczas pozytywnie zaskoczyć, czyż nie?

jej boku lekko stąpała Shee’ra, półelfka odziana w czarny płaszcz i skórzane odzienie. We włosach odznaczały się wplecione pióra, gałązki i bogowie wiedzą co jeszcze. Urodą odznaczała się… specyficzną. Trochę… surową? Nie było to zbyt trafne określenie, aczkolwiek na inne nie miał w tej chwili pomysłu. W dłoni trzymała kostur, a na plecach w rytm kroków podskakiwał łuk i kołczan ze strzałami. Jednak to nie broń nadawała jej groźnego wyglądu, a, jak się zdawało oswojony, wilk trzymający się łydki. Ślepia bestii wpatrzone były w niziołka, na co ten, aż się wzdrygnął i odwrócił wzrok w samą porę, by zauważyć, iż przy wozie stoi kolejny całkiem groźnie wyglądający jegomość.

ył on wysokim mężczyzną o twarzy skrytej w cieniu kaptura. Wystawała spod niego jedynie zadbana, krótka broda oraz pobłyskiwały spokojne, wręcz zimne oczy. Odziany w wyblakłą czerwonawą szatę, która mimo wszystko zdradzała kunsztowne wykonanie, a przede wszystkim dodawała swojemu właścicielowi aury tajemnicy i mocy. Tak, zdecydowanie w tym przypadku mieliśmy do czynienia z czarodziejem, który woli już samym swoim wyglądem zniechęcać innych do wtrącania się w jego sprawy. Po prawdzie bardzo praktyczne, tylko nie musiał jeszcze trzymać do tego wszystkiego kruka na ramieniu, ale o gustach się nie dyskutuje. Zwłaszcza z czaromitami. Zwłaszcza z takimi. Zwie się on Xhapion.

statni członek tej barwnej zbieraniny przybył z istnym hukiem, gdyż zakupy w pełną płytową zbroję krasnolud nie należał do tych istot, które preferują ciszę, ale miast tego wolą porządny pancerz uzupełniony niezgorszą tarczą, a i orężem przedniego wykonania. Jeżeli koboldy miał mieć z kimś problemy w walce to będzie to zdecydowanie ten zapuszkowany brodacz, Torin.

ebrawszy wreszcie wszystkich chętnych do udania się ku Zielonej Ostoi można było wyruszać. Prawdę powiedziawszy był to już czas najwyższy, gdyż słońce powoli zbliżało się do wyznaczenia południa, a droga przed nimi niezbyt krótka. Oczywiście nie była to wyprawa do Waterdeep, czy jeszcze dalej, ale wiosenne deszcze nie oszczędzały słabo uczęszczanej trasy i można było dość łatwo utknąć. Zdecydowanym plusem był jednak praktycznie zupełny brak bandytów, czy innych rabusiów, którzy nie mieli się za bardzo gdzie ukrywać na pustej równinie. Rozpoczynająca się właśnie parodniowa podróż będzie dobrą okazją do nawiązania nowych znajomości i dowiedzenia się, przynajmniej powierzchownie, o co to całe zamieszanie.


Tak to jest jak się przyzwyczaisz, że jest dobrze. Jest dobrze, to jest dobrze i nie obchodzi cię dlaczego tak jest, aż przestaje być dobrze. Wówczas otwierają ci się oczy, ale już jesteś w dupie. Przepraszam za wyrażeniePamos zwrócił się do urodziwszej części kompanii – No i nie wnikałem w to jak się panu Duninowi udało dogadać z gadami, ale wyszło. Przestaliśmy sobie wchodzić w drogę, ba nawet nawiązaliśmy handel. Wymienialiśmy ich klejnoty na nasze zboże, wyroby ze skóry i tym podobne. I tak to się toczyło nasze spokojne życie w Ostoi, aż dwa lata temu nie wparował do osady ten cały Arvan, kapłan Arvoreena, który to kazał mu zmierzać od wioski do wioski i stawiać mury, wieże strażnicze i szkolić rolników do bitki. Od samego początku wiedziałem, że z nim to będą problemy i nie pomyliłem się. Pan Dunin najpierw próbował się go delikatnie pozbyć, ale dziadowi nie dało się przemówić do rozumu, że u nas wszystko w porządku i nie ma się czym martwić. No i został. Zaczął od wybudowania strażnicy połączonej z kaplicą Arvoreena w części wioski położonej bliżej lasu. Mieliśmy nadzieję, że postawi sobie tą wieżę i odjedzie, ale pech chciał, że zobaczył jakiego kobolda. Ponoć od razu pognał na niego z obnażonym mieczem i o mało co go nie zabił, ale w porę pojawił się pan Dunin. Rzucił na Arvana boski urok i ten nie mógł się ruszyć, kiedy on z magiczną pomocą opatrzył kobolda i przepraszał za incydent. Na całe szczęście nie popsuło to całej ugody. Szkoda żeście nie widzieli późniejszej awantury pomiędzy panem Duninem, a Arvanem. Pierwszy raz widziałem go w złości. W pewnej chwili wszyscy myśleli, że rzucą się sobie do gardeł, ale ostatecznie chyba coś trafiło do tego zakutego łba i się trochę opanował. Nie był entuzjastycznie nastawiony do tego całego pokoju, ale obiecał, że nie będzie się rzucał na każdego kobolda jakiego zobaczy. Niestety postanowił też, że skoro mamy te gady praktycznie za progiem to on się stąd nie ruszy, aż nie będzie pewny, że nie grozi nam niebezpieczeństwo. W skrócie oznaczało to, że albo wszystkie koboldy nie wymrą, albo on sam nie zdechnie.

amos przerwał swoją opowieść, by pociągnąć piwa z bukłaka, który miał za sobą, po czym puścił go dalej pomiędzy pozostałych.

Na czym to ja skończyłem? Na koboldach? Tak. No to od tamtego incydentu minęło sobie trochę czasu, nic się za specjalnie nie działo nie licząc okazyjnych kłótni pomiędzy naszymi kapłanami, czy świętowania z narodzin kolejnego dzieciaka, albo ożenku. I tak to się sielankowo toczyło, aż do niedawna, kiedy to wszystkie ugody szlag trafił. Organizowaliśmy właśnie święto podczas Zielonych Traw ku radości z końca zimy i zbliżającego się lata. Jak co roku rozpalaliśmy ogniska i bawiliśmy się przy nich. Wszyscy radowali się, pili i tańcowali. A przynajmniej do chwili, kiedy ktoś zauważył, że banda koboldów napadła na rodzinę przy jednym bardziej oddalonym ognisku. Nim zorientowaliśmy się co się dzieje kilkoro zostało zabitych, a gady uciekły do lasu. Arvan wpadł we wściekłość, ba w istny szał. W sumie mu się nie dziwię, ale kiedy on chciał organizować zbrojną wyprawę pan Dunin próbował dociec co zaszło i dlaczego gady zaatakowały. To nie miała żadnego sensu po tych wszystkich latach układów z koboldzim wodzem. Po prawdzie nie znam więcej szczegółów ponieważ następnego dnia już byłem w drodze do Secomber, ale jeżeli mnie pytać o przyczynę tego wszystkiego to widzę dwie możliwości. Pierwsza: zmienił się koboldzi wódz i nowy nie pała do nas miłością. Nie wydaje się to takim znowu nietrafionym pomysłem biorąc pod uwagę to co się opowiada o niektórych bóstwach jakie czczą ich szamani. I druga, czyli, że to Arvan jakimś sposobem sprowokował koboldy do ataku. Nie wydaje mi się to możliwe, nawet on nie jest taki głupi, by wywoływać wojnę tylko z powodu własnych ambicji, niemniej ostatnimi czas tarcia między nim a panem Duninem się nasiliły. Może stracił cierpliwość, albo co? Przyznam się wam, że nie mam dobrego przeczucia względem tego wszystkiego, ale starczy mojego biadolenia. Wasza kolej opowiedzcie coś o sobie, o waszych przygodach, czy wyczynach. Wszakże musieliście jakieś mieć nawet jeżeli żywot wasz nieliczny w zimy.


roga do Zielonej Ostoi minęła im spokojnie i bez większych problemów, gdyż ostatnie dni były całkiem ciepłe, a deszczu nie spadło za wiele. Na niebie goniło się kilka obłoków, a okoliczny teren zaczynał obfitować w coraz to liczniejsze drzewa i krzewy. Na morzu traw liczniej i liczniej spotykane były zagajniki i niewielkie wzgórza. Jedne i drugie zieleniły się młodymi listkami i skrywały resztki niedawnej zimy pod płaszczykami wczesnowiosennych kwiatów i ziół.


óz Pamosa powoli wtaczał się na wzgórze, by z jego szczytu podróżnicy mogli pierwszy raz na własne oczy ujrzeć urokliwą Zieloną Ostoję. Z daleka osada przypominała zbudowany z drewna i słomy port majaczący na tle ciemnego lasu i wznoszących się nad nim gór. Z kominów unosiły się delikatne kłęby dymu na wiatr niósł w ich stronę beczenie owiec i radosne okrzyki dzieciarni. Spośród chałup wyróżniała się samotna kamienna wieża nieśmiała górująca ponad pozostałymi strzechami.

raz ze zbliżaniem się do osady awanturnicy poczęli dostrzegać także inne szczegóły, jak to, że kolejne domostwa dzieliły kawałki poletek, czy też to, iż niektóre zdawały się tworzyć zwarte grupki, zapewne dobudowywane przez kolejne pokolenia rodzin. Nie licząc wcześniej już wspomnianej strażnicy spośród budynków wyróżniał się jeszcze jeden, którym była oddalona od wszystkich, samotna, większa od innych chata. Z początku taka sama jak wszystkie, nie licząc rozmiaru, ale z bliska wyglądająca na zaniedbaną i bez właściwego obejścia.

statnim miejscem zasługującym na szczególną uwagę była niewielka polana pełna rozrzuconych na niej większych kamieni, czasami wielkości małych głazów. Dopiero przejeżdżając obok zdali sobie sprawę z tego, iż był to cmentarz, na co naprowadziły ich wiązki kwiatów, wypalone resztki świec i figurki czarnego ogara siedzącego na straży, symbole niziołczego boga zmarłych Urogalana.

ch pojawienie się w wiosce spotkało się z wielkim zainteresowaniem w czym oczywiście przodowały dzieci. Jedne podbiegały do ciągnącego wóz konia, inne przyglądały się z mieszanką strachu i podekscytowania kroczącemu za wozem wilkowi, a jeszcze inne umykały przed wzrokiem maga, jakby bojąc się, że opowieści będą prawdziwe i skończą jako żaby. Ostatecznie jednak mała dziewczynka w połatanej koszuli pokonała strach i odważyła się podejść do Xhapiona. W chwili, kiedy podlotka zbliżyła się dostrzegli na jej ramieniu myszkę tulącą się w poły kaptura.
Pan naprawdę czaruje? – miłym głosikiem zapytała, a oczy jej stały się wielkie jak monety.



 
__________________
Szlachetny Gniew: Zbiory. Oczekuję na odpowiedź od: Koime, Asderuki, MrKroffin, MatrixTheGreat, BloodyMarry, Jaracz. [Termin postów: Nieokreślono]

Szlachetny Gniew: Karmazynowy Szlak. Gracze: Kerm i Noraku

Ostatnio edytowane przez Zormar : 11-06-2018 o 22:17.
Zormar jest offline  
Stary 15-04-2018, 20:25   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 53637 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Gdy w kieszeni pustka, każdy grosz zda się człowiekowi (a i nie tylko jemu) prawdziwym błogosławieństwem.
Co prawda w kieszeni Ivora znajdowało się jeszcze trochę monet, to rozsądek nakazywał zadbać o to, by ich ilość wzrosła w miarę szybko. A jeśli w tym celu trzeba było opuścić miasto i czekające w nim przyjemności, to trudno. Taki był już los poszukiwacza przygód.

Osada, na którą napadały koboldy.
Osada niziołcza, na dodatek, co oznaczało, że nowi będą się tam wyróżniać jak...
Ivor przez moment zastanawiał się, jakiego użyć porównania, w końcu jednak zrezygnował z poszukiwań, bowiem żadne ze sformułowań, jakie przyszły mu do głowy, nie przypadło mu do gustu. Bardem nie był, i może dlatego nic nie zdołał wymyślić.

Ciekaw był, czy trzeba będzie wyciąć koboldy w pień, przepędzić, czy też przemówić im w taki czy inny sposób do rozumu. Najlepsza zdała mu się ostatnia opcja, bowiem (jak słyszał) Zielona Ostoja czerpała pewne korzyści ze współpracy z koboldami i chyba dobrze by było, gdyby miedzy tymi społecznościami ponownie zostały nawiązane poprawne stosunki.
No ale jak nie zadziała marchewka, to trzeba będzie użyć kija.

* * *

Podróż do Zielonej Ostoi pozwoliła na bliższe zapoznanie się z tymi, których skusiła wizja złota lub którzy postanowili przyczynić się do zaprowadzenia spokoju. Trudno było orzec, bo nikt nie podzilił się informacją, iż zamierza pracować charytatywnie, czyli za darmo.

Sama wioska wyglądała jak oaza spokoju. Na pozór grupa śmiałków nie miała tutaj nic do zrobienia.
Dziwnie wyglądała tylko zaniedbana chata, ale o to postanowił wypytać kiedy indziej.
- Gdzie możemy znaleźć tego Arvana? - spytał.
 
Kerm jest offline  
Stary 16-04-2018, 16:27   #3
 
Rozyczka's Avatar
 
Reputacja: 9984 Rozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputacjęRozyczka ma wspaniałą reputację
a przygoda miała być dla Astine czymś więcej od poprzednich. Owszem, dalej myślała o tym jako o przyjemnej możliwości zaspokojenia chęci pomocy innym i zarobienia przy tym, jednak tym razem musiała obyć się bez pomocy swego mistrza. To miał być swego rodzaju test. Z początku trochę ją to denerwowało. Przez myśl przechodziły jej różne czarne scenariusze, takie jak to, że na ogłoszenie odpowie jedynie ona jedna. To na szczęście okazało się nieprawdą. Zebrała się tu cała kompania.
I to taka, co raczej lubi parać się magią. Nie wiedziała dokładnie czy to wspomoże drużynę czy będzie jej przeszkadzać, jednak postanowiła pozostać dobrej myśli. Na wozie starała się nie odzywać, jeśli nie będzie to konieczne. Wolała się skupić na wywodzie niziołka i spoglądaniu co jakiś czas na twarze kompanów, usiłując domyślić się, co się czai w ich głowach. Kiedy niziołek spytał się ich o przeżyte przygody, raz jeszcze rozejrzała się po zebranych. Dochodząc do wniosku, że nikt nie chce zabrać głosu, zaczęła pierwsza.
Nie ma o czym mówić, naprawdę. Urodziłam się na farmie, rodzice pragnęli syna i dawali mi o tym znać. Nie chciałam ich dłużej denerwować, więc zaczęłam pomagać jednemu awanturnikowi z wioski. Teraz nastał czas na moją pierwszą robotę bez jego pomocy, więc oto jestem.
 

Ostatnio edytowane przez Rozyczka : 11-06-2018 o 22:23.
Rozyczka jest offline  
Stary 16-04-2018, 23:51   #4
 
Noraku's Avatar
 
Reputacja: 10520 Noraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputacjęNoraku ma wspaniałą reputację
Wokół czarodziejów narosło wiele mitów. Ciężko było stwierdzić czy były one prawdziwe. Na pewno nie jeżeli uznać Xhapiona za standardowy przykład. Gdy pojawił się w kompanii otoczony był welonem tajemniczości. Skryty pod kapturem płaszcza, ze swoim wiernym kompanem na ramieniu i osuchem w dłoni. Głos miał chrapliwy, a słowa wypowiadał oszczędnie. Z kobietami przywitał się głębokim ukłonem, a mężczyźni musieli się zadowolić jedynie skinieniem głowy. Gdy odkładał swój dobytek na wóz ten brzęczał niebezpiecznie. Zresztą od razu widać było, że nie lubił się z nim rozstawać.
Już w ciągu podróży można było poznać inną stronę jego charakteru. Przede wszystkim wcale nie był tak stary na ile mogła by wskazywać jego przypruszona siwizną broda. Jego kruczoczarne włosy spływały na kark. Jedynie oczy, stalowe i zimne, zdradzały trudy życia. Wyglądały jakby były wiecznie zmęczone. Zmarszczki na czole uwidaczniały się za każdym razem gdy się zamyślał. A zdarzało się to często. Potrafił w trakcie rozmowy nagle odpłynąć w sobie tylko znanym kierunku, a potem wrócić do przerwanej rozmowy jak gdyby nigdy nic. Zdarzało się to nader często. Tłumaczył się, że jego myśli są niczym wiatr. Zwykle płyną swobodnie we wszystkich kierunkach, ale kiedy zbliża się sztorm potrafią zamienić się w niszczycielską siłę. Pomimo wszystkiego zdawał się być przyjazny. Często zadawał pytania, próbował kontynuować raz zaczęty wątek. Chłonął wszystkie informacje z wyraźnym zachwytem. Wieczory zaś spędzał zwykle blisko ogniska przenosząc swoje myśli na papier, mamrocząc do siebie w dziwnym języku. Zagadnięty o to chwalił się swoimi postępami w opracowywaniu skuteczniejszych mikstur leczniczych oraz różnym epidemiom chorób na jakie natrafił w trakcie swoich podróży. Jednoznacznie dawał też znać, że wyniki różnych jego badań znajdują się wśród jego rzeczy, więc lepiej nie ryzykować stłuczenia złej fiolki. Mogło wydać się dziwnym, że ktoś taki zajmuje się tak niebezpiecznym zawodem jak alchemia. Xhapion wiele razy podczas podróży udowodnił, że był raczej niezdarą. Niezależnie czy trzeba było poprawić polana w ognisku czy przynieść suche gałęzie zawsze potrafił wywinąć coś co wywoływało uśmiech podróżnych, a w najlepszym wypadku wyraz politowania.
Znacznie jednak większym utrapieniem był jego ulubieniec, kruk. Często latał nad głowami podróżników albo przyglądał się swoim olbrzymim okiem ich czynnościom, kracząc od czasu do czasu swoje nieśmiertelne "Neverrrrmore". Jego ulubioną ofiarą był wilk pół-elfki. Nie raz przelatywał tuż nad jego głową kracząc szyderczo, w ostatniej chwili umykając przed szczękami warczącego czworonoga.

- Ah, kobieta z ludu? Rzemieślniczka ziemi - odparł z nieukrywanym zachwytem po słowach Astine. - Zawsze miałem wielki szacunek dla człowieka roli. W swoich topornych dłoniach trzyma on nie tylko los swój i rodziny, ale również życie niezliczonych ludzi czerpiących korzyści z wyników jego pracy.
Xhapion ukłonił się głęboko. Jego oczy błysnęły spod kaptura.
- Sam nie doznałem tego zaszczytu. Zamknięty w wieży mojego mistrza mogłem tylko z wysoka obserwować ludzi pracy i czerpać przyjemność z jej owoców. Odkąd jednak wysłał mnie na świat ujrzałem wiele dziwów. Mówił mi, żebym uczynił go dumnym i wrócił jako lepszy człowiek. Postanowiłem, że zrobię coś więcej. Na tym świecie skrytych jest wiele tajemnic, brak jest zaś jednostki, która potrafiła by je wykorzystać. To jest mój cel oraz odwieczne marzenie. Odnaleźć sposób na poprawę losu zwykłych ludzi i nie-ludzi. Niezależnie czy to przez okiełznanie chorób czy wojen. Wszelkie istoty mają w sobie potencjał do rozwoju, trzeba tylko odnaleźć Katalizator.

***

Zielona Ostoja i jej problemu. Sposób na zdobycie kolejnych środków na kontynuowanie swoich eksperymentów. Do tej pory czarodziej nie miał możliwości na bliski kontakt z koboldami. Również słynna niziołcza odporność fascynowała go. Miał teorie, że wynikała ona ze specyficznej diety tej rasy, planował ją potwierdzić na własnej skórze. Sam konflikt odsuwał się na razie na drugi plan. Był pewien, że jak zwykle jest to zwykłe nieporozumienie. Jeżeli zaś nie to już współczuł każdemu kto wejdzie w drogę Torina.
Pan naprawdę czaruje? – miłym głosikiem zapytała mała dziewczynka. Mężczyzna spojrzał na nią z góry. Kruk obrócił swój łebek raz w jedną raz w drugą stronę mrugając za każdym razem. Ich spojrzenia były początkowo zimne. Szybko nabrały jednak przyjemniejszych barw.
- Tak, drogie dziecko - położył głowę na jej czuprynie mierzwiąc ją delikatnie. Uśmiechnął się spod kaptura. - Chciała byś dołączyć do swojej przyjaciółki w świecie myszek?
 
__________________
you will never walk alone
Noraku jest offline  
Stary 17-04-2018, 13:53   #5
 
Felidae's Avatar
 
Reputacja: 5242 Felidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputację
Świat migotał w odwiecznym cyklu przemian, wokół nurt czasu to wzbierał to rzedł. Kurz dziesiątek staj dawno już opadł za jej plecami, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Rytm tym razem wyznaczały jednostajne uderzenia drewnianych kół wozu o kamienie, kiedy przed Shee’rą z morza traw na niewysokim wzgórzu wyłoniła się osada zwana Zieloną Ostoją.

Szum zielonych źdźbeł i młodych listków niedostępny dla uszu, lecz wyraźnie wyczuwalny w aurze tego miejsca, którą to już dawno, do cna przeniknęła, zapach dymu z kominów i inne odgłosy żywych stworzeń sprawiały, że zmysły druidki wybuchał orgią nieprzewidywalnych, płynnych i wszechobecnych, zmiennych form.
Oczy podróżniczki widziały dookoła każdy ruch, umysł automatycznie rejestrował zmiany wczuwając się w zmienne przyrody.
Nazir, jej wierny towarzysz biegł w pewnym oddaleniu. Wiedziała, że jego bliska obecność może wzbudzać lęk, dlatego poprosiła wilka, żeby trzymał się w pobliżu.

Nie planowała dodatkowych przygód, ale życie często okazywało się być bardziej prozaiczne niżby chciała. Złoto potrzebne jej było nie dla uciech, ale do zrealizowania celu, dla którego opuściła rodzinne strony. Informacje kosztowały. I to słono.

Tymczasem jednak podróż wozem niziołka pozwoliła na bliższe zaznajomienie się ze śmiałkami, którzy jak ona odpowiedzieli na ogłoszenie Arvana.
Dziwna to była grupa. Druidka wyraźnie wyczuwała silną obecność magii. Dlaczego los pokierował akurat ICH wszystkich w te strony? Nie znała odpowiedzi. Z ciekawością za to wsłuchiwała się w ich opowieści, które snuli i przyglądała zachowaniu. Sama jednak zachowywała powściągliwość w słowie.

Śmieszyła ją zadziorność kruka Xhapiona i jego taniec z Nazirem. Gdyby nie uspokajające sygnały Shee’ry, ptaszydło dawno stałoby się posiłkiem dla wilka. Sam czarodziej sprawiał dość sympatyczne wrażenie. Roztargniony i zamyślony trochę przypominał jej ojca.

Co do reszty nie miała jeszcze zdania.

***

Kiedy dotarli do osady przywołała wilka do siebie. Miejscowi musieli się do niego przyzwyczaić. Nie miała jeszcze okazji widzieć osady niziołków, dlatego z zainteresowaniem rozglądała się pozdrawiając mieszkańców skinieniem głowy i głaszcząc dzieciaki po kręconych czuprynach. Zachęciła kilkoro maluchów do pogłaskania wilka. Nazir przyzwolił na to na jej prośbę. Dzieciarnia piszczała trochę z radości, trochę ze strachu.

W osadzie wyczuwało się napięcie wśród dorosłych. Może związane to było z ich przybyciem, a może z tym co wydarzyło się pomiędzy nimi i koboldami. Shee’ra zastanawiała się czy będą mogli pomóc tym ludziom odbudować wzajemne relacje z plemieniem tych dziwnych stworzeń. Osobiście obawiała się, że za dużo złego się wydarzyło, żeby móc odbudować zaufanie. Zwłaszcza tym, którzy stracili bliskich.

Nie mogła się już doczekać spotkania z Arvanem.
Wydostała się z otaczającej ją grupki i podeszła do Ivora, kiedy zapytał o ich zleceniodawcę.

- I ja chętnie się z nim zobaczę. - dodała
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 18-04-2018 o 15:40. Powód: literówka
Felidae jest offline  
Stary 19-04-2018, 10:15   #6
 
Sayane's Avatar
 
Reputacja: 9886 Sayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputację
Podróżowanie ma to do siebie, że nie należy do najtańszych i w każdej, nawet najzasobniejszej kiesie w końcu widać dno. Zwłaszcza gdy musi się przy tym płacić za zbierane informacje.

Helena już dawno sprzedała konia i od wielu dekadni podróżowała na własnych nogach lub woza życzliwych ludzi i nieludzi, którym odwdzięczała się ochroną i boskimi łaskami. Co prawda większość z nich bardziej potrzebowała leku na suchoty niż zasklepienia ran, ale coś zawsze dawało się zrobić. Podczas szkolenia Helenę długo dziwiło, że łatwiej wyleczyć ranę od miecza niż katar, aż w końcu przeor wytłumaczył jej, że rana jest miejscowa, choroba zaś obejmuje całe ciało. Niby to miało jakiś sens, może nawet całkiem duży… lecz i tak widziała rozczarowanie w oczach wieśniaków, gdy przywróciwszy drwalowi zmiażdżoną przez upadające drzewo nogę do stanu używalności nie potrafiła wyleczyć kaszlącego niemowlaka. Rozczarowanie i rezygnację, że to nie pierwszy raz… Ech. Dlatego wolała życie na trakcie od lokalnej posługi. Mniej wymagań, mniej zawiedzionych spojrzeń… Przeor twierdził, że powinna dojrzeć, zaakceptować własne ograniczenia… Helena miała jednak nadzieję, że walcząc w imię Torma zasłuży w końcu na jego wyższe łaski. W końcu patronował nie tylko leczeniu, ale i ochronie, prawu, sile… Zapewne był to z jej strony przejaw pychy, ale miała nadzieję, że Lojalna Furia nie ma nic przeciwko takiej drobnej przywarze u swojej wiernej służki.

Zlecenie na koboldy znalazła w całkiem dogodnym momencie. Co prawda złota jeszcze trochę miała, ale lepiej dźwigać niż ścigać; no i informacji o zaginionej relikwii ani widu, ani słychu. Krótko mówiąc - nudziła się. No bo ileż można z karawanami jeździć? Do tego południe męczyło ją swoim gwarem i wczesną wiosną… Wyprawa do wioski niziołków wydawała się całkiem obiecującą alternatywą dla rutyny ostatnich dni.


Z zainteresowaniem wysłuchała opowieści niziołka na temat problemów w osadzie. Z jednej strony rozumiała podejście kapłana Arvana. Koboldy za progiem… brrr! Z drugiej jednak strony prawo było prawem; skoro wioska miała taki a nie inny sojusz, niegodzący w prawa ludzkie czy boskie to kimże on był by się sprzeciwiać? Helena nie znała się na niziołczych bóstwach, ale z tego co pamiętała nie miłowały one agresji. Miała nadzieję, że kapłan Arvoreena nie zszedł na złą drogę, karmiąc własne ambicje kosztem ludzi oddanych mu pod opiekę…

- Jestem kapłanką Torma, pochodzę z Północy. Podróżuję po okolicy już jakiś czas, głównie chroniąc karawany i niosąc posługę - odparła na pytanie Pamosa. Już dawno nauczyła się, że nazwa któregokolwiek z Dziesięciu Miast nic tutaj nie znaczy. Ba, większości osób wydawało się, że na Grzebiecie Świata Faerun się kończy. Większość kompanii nie była zbyt rozmowna, czujnie obserwując pozostałych. Helena miała nadzieję, ze to się zmieni; w końcu będą musieli współpracować, opracować jakąś strategię postępowania, czy nawet walki, jeśli zajdzie potrzeba.


Gdy dotarli do wioski nic nie wskazywało na to, że zostanie ona zaraz najechana przez koboldy. Ot, może jakieś nieuchwytne napięcie, ale takowoż często związane było i z przybyciem obcych zbrojnych do małej społeczności.

- Najpierw powinniśmy się chyba przywitać z panem Duninem. Przecież on tu rządzi, prawda? - oprotestowała decyzję kompanów. - Jeśli pójdziemy najpierw do kapłana, który konkuruje z nim o wpływy i do tego być może wywołał cały konflikt, będzie to duży afront. Niby to Avoreen wystawił ogłoszenie, ale... - spojrzała na Pamosa oczekując, by doradził im jak rozwiązać ten dylemat, nie obrażając żadnego ze skonfliktowanych mężczyzn.

 
Sayane jest offline  
Stary 19-04-2018, 20:24   #7
 
Cedryk's Avatar
 
Reputacja: 9777 Cedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputacjęCedryk ma wspaniałą reputację
apłana Moradina Torin Hameraxe zawsze pociągały ciekawe istoty. To zawsze kierowało go ku nowym przygodom i nowym towarzyszom. Średniego wzrostu jak na krasnoluda, zawsze dbał o swój wygląd blond włosy starannie czesał a brodę zaplatał w warkoczyki, które spinał metalowymi wygrawerowanymi walcami. Pierwsze co rzucało w oczy się w jego twarz to jego zielone oczy i uśmiech, chociaż ukryty w brodzie. Z małymi wyjątkami wyglądał jak typowy krasnolud. Chronił się mistrzowsko wykonaną pełną zbroja płytową. Zdobiona ona był posrebrzonym grawerunkiem symbolu Moradina na napleczniku, napierśniku i zarękawiach, zaś na naramiennikach grawerowanym i pokrytym miedzą symbolem skrzyżowanego młota i miecza. Dodatkowo chronił się równie mistrzowsko wykonaną ciężką tarczą z grawerowanym posrebrzonym symbolem Moradina. Torin sam wykonał swój sprzęt zarówno ochronny, jak i broń. Udowodnienie mistrzostwa krasnoludzkich kowali, zbrojmistrzy oraz płatnerzy nad ich odpowiednikami z innych ras, był to kolejny cel kapłana.


adanie pokonania koboldów za złoto przypadło Torinowi do gustu. Połączyło się nimi wszystko co kapłan Moradina uwielbiał. Podróż, walka, złoto i możliwość udowodnienia niziołkom, iż w rzemiosłach płatnerstwa i wytwarzania broni niewiele wiedzą. Przywiązał swego muła Cyrkuła do wozu Pamosa i zasiadł przy nim.
- Jedźmy zatem po złoto i spuścić koboldzim psom tęgie lanie.
Rozsiadł się wygodnie na koźle.
- Tymczasem posłuchajcie co wydarzyło się w Diamentowym Wodospadzie krasnoludzkiej twierdzy. Bylo to za panowania Trainna Wspaniałego ziemie okoliczne pustoszył straszliwy, zły smok Arrgerrabbaedr. Okoliczni ludzcy władykowie nie potrafili sobie poradzić z potworem nękającym ich ziemi smokiem. Wysłali tedy swych amabsadorów z błaganiami do Trainna Wspaniałego. Błagali o zbawienie ich od potwora. Mądry i możny władca...
Opowieść krasnoluda toczyła się w rytmie obracających się kół wozu.



łysząc napuszoną przemowę Xhapiona Torin roześmiał się tubalnie. ~"Straszenie dzieci czyżby tym teraz zajmowali się ludzcy czarodzieje"~
- Daj spokój temu krukowi. Toż on tak ponury jak jego chowaniec kruk, co to siedzi mu na ramieniu. Stara się być taaaajemniczy.
Przy ostatnim słowie krasnolud przeciągnął je i zamachał palcami, tak jakby rzucał czar.
- Chcesz to sam ci pokarzę trochę magii Moradina. Torin Hameraxe jego uniżony sługa i kapłan panienko do usług.
Krasnolud z uśmiechem pochylił głowę i położył prawą dłoń na serce.
- Nie będzie to nic widowiskowego , bom nie czarodziej, ale będzie przydatne.
Po tych słowach krasnolud ujął złoty symbol Moradina wypowiedział formułę w krasnoludzkim przeciągnął rozdarciami w tunice dziewczynki. Materiał magicznie naprawił się.



 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 20-04-2018 o 20:28.
Cedryk jest offline  
Stary 21-04-2018, 11:04   #8
 
Zormar's Avatar
 
Reputacja: 20272 Zormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputację
rzyjazne gesty pomogły przełamać niepewność i obawy. W powietrzu nadal wyczuwalne było napięcie, lecz w większości przypadków na niziołczych twarzach pojawiły się przyjazne uśmiechy. Możliwość pogłaskania, czy też samego wyciągnięcia doń ręki poskutkowało wręcz lawiną entuzjazmu ze strony dzieciarni. Stojący w pobliżu rodzice mieli oczywiście zatroskane miny, lecz spojrzenie i aprobata ze strony Shee’ry uspokoiły ich.

warz dziewczynki, która podeszła do Xhapiona, rozpromieniła się w zachwycie w chwili, kiedy to ten potwierdził, iż potrafi czarować. Radość ustąpił jednak miejsca mieszance zaskoczenia i lęku wywołanych propozycją maga. Nie wiedziała, czy ma to traktować jako coś żartobliwego, czy też górujący nad nad nią jegomość rzeczywiście chciał to uczynić. Szybko umknęła spod jego dłoni i zdawało się, że zaraz ucieknie, ale zatrzymały ją słowa Torina. Dalej emanowała aurą niepewności, lecz ostatecznie podeszła do krasnoluda, a na widok uczynionego przezeń cudu zaniemówiła z zachwytu.
Dziękuję! I temu Morodinowi też dziękuję! – rzekła opanowawszy nagłe zakłopotanie wynikające zapewne z uświadomienia sobie, że spotkało ją coś w rodzaju zaszczytu.
Elia! – zawołała kobieta podobnym do dziewczynki połatanym ubraniu. Ze słabo skrywanym zdenerwowaniem wpatrywała się w Torina, jakby nie wiedząc jak powinna się zachować. Czy powinna zabrać dziewczynkę, czy nie.

amos przyglądał się temu wszystkiemu z mieszanką znudzenia, delikatnej ciekawości oraz zniecierpliwienia. Jego nieznaczne wiercenie się na koźle wskazywało, iż najchętniej dotarłby wreszcie do domu, lecz zagradzający drogę tłumek nie miał na razie zamiaru nigdzie się ruszać. Zrezygnowany wyciągnął się lekko i pociągnął z manierki. Kiedy tylko otarł ust dłonią spostrzegł, że Ivor, Shee’ra oraz Helena stoją nad nim.

Arvana znajdziecie w tej jego strażnicy, dostrzegliście już ją zapewne, kiedy byliśmy na wzgórzu, a jeżeli tam go nie będzie to zapewne obmawia coś z Panem Duninem. I to do niego radziłbym się zgłosić w pierwszej kolejności. Jakby nie było to on jest tutaj głową wioski i wie najwięcej o tym co się dzieje – dokończył ściszonym głosem – Ogląd Arvana na całą tę sytuację jest, że się tak wyrażę… mocno jednostronny.
Dom Pana Dunina znajdziecie kawałek dalej. Wystarczy, że pójdźcie prosto przed siebie, a wówczas na pewno rzuci wam się w oczy, czy też może bardziej w uszy, obejście pełne jest wielkich i małych mastifów. Jakbyście czegoś potrzebowali to być może znajdzie się coś na składzie, co przyda wam się jak już do lasu będziecie iść. Znajdziecie mnie w czwartym domu na północ od strażnicy. Bywajcie.

iziołek skorzystał z okazji i lekko smagnął konia lejcami nakazując ruszyć z miejsca. Dziatwa widząc to poczęła się rozstępować tworząc zarówno miejsce dla wozu, jak i dla awanturników. Dopiero teraz udało im się dostrzec, iż niektórzy z mieszkańców mają na szyjach zawiązywane czarne wstążki. Helena i Torin najszybciej zorientowali się w tym, iż jest to jeden z symboli żałobnych niziołków. Widok ten przypominał im dlaczego się tutaj znaleźli. Rozbudziwszy te myśli oraz wspomniawszy opowieść Pamosa, Ostoja straciła delikatnie na uroku. Na twarzach mieszkańców jakby łatwiej dostrzegalne stawały się oznaki smutku, jak przygryzane wargi, czy lekko zaczerwienione oczy. Z kolei w samej wiosce zdawało się, że jest tak jakby więcej cieni, tak jakby ciszej i aż zbyt spokojnie, a przecież jeszcze przed chwilą słychać było pracujące krosna, beczące owce i kozy, czy szczekające psy.

iektórzy z grupy odczuli to wrażenie silniej, inni słabiej, jak nie w ogóle. Zabrane z wozu Pamosa torby i plecaki zawisły na barkach, a niewypowiedziane jeszcze pytanie wisiało w powietrzu: Do kogo się udadzą?


 
__________________
Szlachetny Gniew: Zbiory. Oczekuję na odpowiedź od: Koime, Asderuki, MrKroffin, MatrixTheGreat, BloodyMarry, Jaracz. [Termin postów: Nieokreślono]

Szlachetny Gniew: Karmazynowy Szlak. Gracze: Kerm i Noraku

Ostatnio edytowane przez Zormar : 18-08-2018 o 16:38.
Zormar jest offline  
Stary 21-04-2018, 12:23   #9
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 53637 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Wioska, jak się niestety okazało, nie była taka sielska-anielska, jak to się wydawało na pierwszy rzut oka. Starty wśród mieszkańców, efekt ataku koboldów, zaowocowały tak nieufnością do obcych, jak i smutkiem, widocznym na niektórych twarzach.
Czy rozprawienie się z koboldami zmieni sytuację? Ivor miał nadzieję, że tak. Probem jednak na tym polegał, że nie miali pojęcia, kto i co w gruncie rzeczy od nich chce. I ile jest w stanie zapłacić za spełnienie tych pragnień.
W pierwszej chwili Ivor od razu chciał się udać do ogłoszeniodawcy, jednak po słowach Pamosa zmienił zdanie.

- Dziękujemy za podwiezienie i dobre rady - powiedział. - W razie konieczności będziemy wiedzieć, gdzie pana szukać. Do zobaczenia. - Wyciągnął rękę na pożegnanie.

Jeśli mieli rozmawiać o dalszych planach, powinni to robić bez świadków.
Z dyskusjami zatem musieli poczekać, aż Pamos pojedzie. Poza tym i tam było widać, że tamtemu się spieszy, więc nie można było dłużej go zatrzymywać.
 
Kerm jest offline  
Stary 23-04-2018, 07:20   #10
 
Felidae's Avatar
 
Reputacja: 5242 Felidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputację
Rada Pamosa brzmiała rozsądnie. Co prawda ogłoszenie wywiesił Arvan, ale szacunek nakazywał, żeby najpierw udać się do głowy wioski Dunina i wysłuchać jego opowieści. Trzeba to było ustalić z pozostałymi.
Shee'ra przypomniała sobie, że ojciec skarciłby ją za nadmierny pośpiech w podejmowaniu decyzji.
Skinęła więc głową i pożegnała się bardziej wylewnie niż zrobiłaby to normalnie, z niziołkiem, który ich przywiózł.

- Bywaj Pamosie, niech cię dobra aura prowadzi. Bezpiecznej podróży i dzięki za cenne informacje.

Kiedy niziołek odjechał zwróciła się do Ivora:

- Może porozmawiamy wszyscy w jakimś bardziej ustronnym miejscu?

 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!
Felidae jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:36.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167