Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-08-2018, 14:00   #1
Konto usunięte
 
Nitara's Avatar
 
[DnD 3.5/Dolina Nentir] Władca Zimy


8 dzień miesiąca Goodmonth,
Droga Królów i Fallcrest,
Dolina Nentir,
2992 roku Kalendarza Nerath



Od spotkania z Sheldonem Turnfinem, niziołkiem z kupieckiego klanu handlującego przeróżnymi dobrami na całej szerokości i długości Doliny Nentir minęły dwa dni. Przebywaliście akurat w Winterhaven i odpowiedzieliście na ogłoszenie, które halfling zamieścił na jednym ze słupów w centrum miasta. Zadanie zdawało się być jednym z prostszych, jakich podejmowaliście się ostatnimi czasy - Turnfin szukał ludzi do ochrony łodzi z towarem mającym wypłynąć z Fallcrest aż do Nenlast, co oznaczało ponad miesiąc w miarę spokojnej pracy na rzece Nentir. Zgłosiło się sporo chętnych, jednak Sheldon wybrał właśnie waszą piątkę, twierdząc, że ma nosa do pracowników. W Fallcrest mieliście spotkać się z bratem Sheldona, kupcem Barro Turnfinem, który był głową klanu i szefem całego biznesu, a za przewóz materiałów zaproponowano wam po trzydzieści sztuk złota zapłaty na głowę, co było bardzo dobrym zarobkiem w stosunku do stopnia trudności zlecenia.

Z Winterhaven wyruszyliście dzień po parafowaniu umowy z Turnfinami i póki co nikt na szlaku was nie niepokoił, a letnia pogoda sprawiała, że podróż przebiegała w przyjemnych okolicznościach - wiał lekki wietrzyk, który dawał nieco orzeźwienia od lejącego się z nieba skwaru. Wszędzie słychać było śpiew ptaków, ludzie pracowali na mijanych przez was polach i w sadach a po błękitnym niebie nie płynęła najmniejsza nawet chmura. Lato w pełni oddawało to, co miało najlepszego. Co jakiś czas mijaliście wozy kupieckie, czy podobnych wam awanturników, spieszących do Winterhaven. Pierwszą noc spędziliście w ruinach jakiejś starej wieży nieopodal Drogi Królów, drugą na sporej polanie niedaleko Lasu Płaszcza. Choć te okolice owiane były złą sławą, ani razu nie zostaliście zaatakowani.


Im bliżej Fallcrest byliście, tym pogoda coraz bardziej się psuła. Najpierw słońce zaszło chmurami, potem zerwał się porywisty wiatr. Trzeciego dnia podróży z napęczniałych, sino szarych chmur sypnęło śniegiem, a temperatura mocno spadła, tak, że należało narzucić na siebie cieplejsze odzienie, co też niemal od razu uczyniliście. Nie mieliście pojęcia, co się dzieje, ale w tej ponurej, nienaturalnej jak na tę porę roku aurze było coś niepokojącego. Coś niedobrego musiało się wydarzyć w okolicy i czuliście to doskonale. Im dalej się posuwaliście, tym cięższy wydawał się być lodowo-śnieżny baldachim rozciągnięty nad każdą płaszczyzną. Skały i ozdobione czapami śniegu gałęzie opuszczały się niemal na sam trakt, jakby chciały odzyskać to, co niegdyś zostało im zabrane przez człowieka. Chmury zdawały się wisieć pomiędzy górskimi szczytami, podobne do dymu z jesiennego ogniska, i kłębiły się tak nisko, że mieliście wrażenie, iż wystarczy sięgnąć ręką, by ich dotknąć. Cały świat wokół zamienił się w jedną wielką połać bieli. Po drodze nie minęliście żadnej karawany kupieckiej, ani podobnych sobie, strudzonych wędrowców. To akurat nie dziwiło, bo podróżować w taką pogodę musieli albo desperaci, albo ci, którzy nie mieli wyjścia. Jednakże o tej porze roku gościńce powinny witać podróżnych śpiewem ptaków, zielenią i przyjemnie grzejącym słońcem, a nie mroźną zimą.

Nie lepiej sytuacja miała się w okolicy samego miasteczka. Mijaliście opuszczone farmy i przysypane śniegiem pola kukurydzy oraz zboża. Wszędzie panowała ponura, przytłaczająca cisza, przerywana jedynie skrzypiącym pod waszymi butami białym puchem. Ludzie pozostawili własne gospodarstwa, udręczeni pogodą, by prawdopodobnie znaleźć schronienie i pomoc w Fallcrest. Podążając głównym traktem przysypanym śniegiem, po mozolnym marszu wśród zadymki, dotarliście w końcu pod wysokie mury miasteczka. I tu przyszło kolejne zaskoczenie - przy głównych, wielkich wrotach, które ktoś zostawił otwarte, nie powitał was żaden strażnik. Hałda nawianego śniegu sprawiała, że ciężkie drzwi nie poruszały się nawet od wiejącego mocno wiatru. Przekroczyliście je, wchodząc na szeroki, drewniany most prowadzący na główną ulicę. Rzekę, która zwykle wartko tędy płynęła, pokrywała teraz gruba warstwa lodu i śniegu, tak jak zresztą wszystko dookoła. Weszliście między ciche domy przysypane czapami białego puchu.


Ulica była pusta i cicha; od czas do czasu słychać było jedynie świst wiatru zawodzącego między budynkami. Okoliczne sklepy i domy pozamykano na cztery spusty, a jedyną oznaką, że miasto nie jest całkiem wymarłe, było kilka słupów dymu unoszących się z kominów w oddali, które ochoczo rozwiewał mroźny wiatr. Nawet ledwo dostrzegalny w zamieci zamek samego Lorda Strażnika stojący na wzgórzu nieopodal, wyglądał posępnie i samotnie. Idąc główną ścieżką, czasami dostrzegaliście jakiś ruch w oknach, bądź uchylone okiennice, ale nikt nie wyszedł wam na powitanie. Ludzie grzali się w domach, próbując przetrwać tę dziwną, nienaturalną pogodę, która zaskoczyła chyba wszystkich w okolicy. Zmrożony puch chrupał pod butami w rytm waszych kroków, niemal nie czuliście zgrabiałych z zimna dłoni. Wszyscy marzyliście o wełnianym kocu, buzującym kominku czy kubku grzanego wina. Nie do pomyślenia jeszcze kilka dni temu, gdy słońce smażyło przyjemnie na bezchmurnym niebie.

Minęliście zamkniętą i opustoszałą karczmę "Srebrny Jednorożec" i ruszając schodami na niższy poziom miasteczka w oczy rzuciło wam się kilka migotliwych punktów nad rzeką. Przyjrzeliście im się, dostrzegając spore ognisko i kilka płonących koksowników, przy których kłębili się zmarznięci ludzie. Wokół rozstawiono masę namiotów, a nabrzeże wyglądało jak swoisty obóz uchodźców. Skoro zebrała się tam duża grupka mieszkańców miasta, więc być może i tam będziecie mogli dowiedzieć się, gdzie znaleźć waszego niedoszłego pracodawcę Barro Turnfina oraz co tu w ogóle się dzieje. A przynajmniej taką mieliście nadzieję.

 

Ostatnio edytowane przez Nitara : 27-08-2018 o 14:25.
Nitara jest offline  
Stary 27-08-2018, 15:37   #2
 
Mroku's Avatar
 
Choć w Winterhaven miał co robić, to jego tułacza dusza rwała się do podróży po pięknych, dziewiczych terenach całej Doliny, dlatego niemal od razu odpowiedział na ogłoszenie niejakiego Sheldona Turnfina, pragnącego wynająć ludzi do ochrony łodzi z towarem. Na spotkaniu halfling nakreślił mu zakres pracy - najpierw miał udać się do Fallcrest, a stamtąd, już drogą rzeczną, aż do Nenlast. To mogła być ciekawa przygoda, a Efferil umiał przekonywać innych do siebie i kompetencji, jakie posiadał. Poza tym osoba potrafiąca zręcznie posługiwać się łukiem zawsze była mile widziana w karawanach kupieckich, nieważne czy na lądzie, czy rzece. Dostał tę robotę i wraz z czwórką pozostałych "wybrańców" wyruszył w stronę Fallcrest.

Był wysokim, dość dobrze zbudowanym, czarnowłosym elfem. Nosił się prosto i funkcjonalnie, bez zbędnych upiększeń. Ćwiekowana skórznia najlepszej jakości chroniła korpus i jednocześnie nie ograniczała mobilności, która była dla Efferila bardzo ważna. Na nią podczas złej pogody zwykle narzucał ciemnobrązowy, nieprzemakalny płaszcz z kapturem, a ubioru dopełniały luźne, szare spodnie i wysokie buty. Uzbrojenie elfa stanowił długi miecz, sztylet i finezyjnie wykonany długi łuk. Z dwóch kołczanów pełnych strzał wystawały farbowane na czerwono lotki. Każdy, kto na niego spojrzał, od razu wiedział, czym Galanodel się zajmuje. Na plecy zarzucony miał wypchany po brzegi plecak.


Towarzyszył mu czarny wilk o imieniu Jasper, z którym łączyła go szczególna więź - nie wiedzieć czemu, został odrzucony przez stado i elf przygarnął szczeniaka, gdy ten był już na granicy życia i śmierci. Zajął się nim dobrze, a wilk odpłacił mu lojalnością i przyjaźnią, a raz czy dwa nawet uratował życie tropiciela. Efferil nie wyobrażał sobie życia bez niego - byli jak jeden organizm, uzupełniali się i dobrze im się wspólnie podróżowało. W czasie drogi do Fallcrest dał się poznać pozostałym jako wesołek, choć był mężczyzną raczej twardo stąpającym po ziemi. Nie izolował się jednak od innych, lubił porozmawiać i wymienić poglądy na przeróżne tematy. W czasie postojów polowali z Jasperem, zapewniając drużynie zawsze świeże mięso.

O ile pierwsze dni podróży były bardzo ciepłe, a słońce grzało, nie dając wytchnienia, tak w końcu pogoda zaczęła się psuć. Efferil sądził, że to tylko przejściowe zachmurzenie i ochłodzenie, w końcu w lecie i takie dni się zdarzały, ale gdy z ciężkich, grafitowych chmur zaczął sypać śnieg, tropiciel wiedział, że coś tu nie gra.
- To musi być jakaś magia, inaczej nie da rady tego wytłumaczyć. Coś złego musiało się chyba wydarzyć w okolicy... co myślicie? - zagadał do towarzyszy, gdy przedzierali się przez padający śnieg. Od razu też narzucił na siebie grubszy, zimowy płaszcz z kapturem podszytym futrem.

W kolejnych dniach pogoda się nie poprawiała, a było wręcz coraz gorzej. Takie anomalie co prawda mogły się zdarzyć, ale z pewnością nie na taką skalę i nie aż takie. Gdy mijali opuszczone gospodarstwa, Efferil zaczął się nad tym wszystkim mocniej zastanawiać, a po dotarciu do bramy Fallcrest, którą zostawiono samą sobie, aż się skrzywił. Takie przejście z gorącego lata prosto w mroźną zimę nie było naturalne, a wręcz nieco niepokojące. Przechodząc przez most i widząc skutą lodem rzekę, prychnął tylko.
- No to chyba nic nie wyjdzie z tej naszej rzecznej wyprawy do Nenlast - powiedział, wskazując palcem na przysypaną śniegiem krę.

Fallcrest zdawało się być zupełnie opuszczone, choć co jakiś czas Efferil dostrzegał ciekawskie spojrzenia zza okiennic domostw. Zima zaatakowała całe miasteczko i okolicę, a nie było póki co nikogo, kto mógłby dać im jakiś pogląd na tę sytuację i odpowiedzieć na parę pytań. W końcu jednak dostrzegli ludzi przy nabrzeżu, zebranych wokół ognisk i namiotów. Galanodel nie rozumiał tego - czy nie lepiej byłoby, gdyby siedzieli teraz w swoich domach, zamiast koczować przy zamarzniętej rzece?
- W końcu jakieś żywe dusze. Chodźmy tam do nich, może uda nam się dowiedzieć czegoś na temat tej przedziwnej pogody. No i przydałoby się rozmówić z Barro Turnfinem. Jeśli oczywiście wciąż jest w miasteczku...
Po tych słowach puścił przodem po schodach Jaspera i ruszył za nim, próbując utrzymać w ryzach płaszcz, którego poły nachalnie rozwiewał mroźny wiatr.
 
Mroku jest offline  
Stary 28-08-2018, 18:09   #3
 
Plomiennoluski's Avatar
 
Trit odwlekał wizytę w rodzinnych stronach już nazbyt długo. Zwłaszcza, że ostatnim razem, kiedy pojawił się na obrzeżach Lasu Strzaskanych Pni, pogoda była co najmniej dziwna. Zawsze jednak okazywało się, że jest coś do zrobienia na miejscu, więc ciągle odwlekał wyjazd, aż do czasu, kiedy doszły go wieści o niziołczej karawanie, płynącej w górę rzeki. Przegapienie tej okazji byłoby już niemalże głupotą. Wraz z Briarem zgłosili się więc jako pomoc.


Podróż do samego Fallcrest, byłaby spokojna, gdyby nie pogoda. Całkowicie nietypowa o tej porze roku. Tym dziwniejsza, że załamywała się na dość krótkim obszarze. Nie było płynnego przejścia. Ot, jakby ktoś z ciepłego lata kurhanu Fey, wskoczył prosto w objęcia zimy. Dwa samotne wilki towarzyszące piątce, chwilowo nie stanowiły problemu. Briar i Jasper starali nie wchodzić sobie w drogę, nie był tylko pewien, na ile będzie to możliwe na łodzi. Przygotował zapasy na podróż, ale jednak środek rzeki, nie był do końca idealnym środowiskiem dla wilka.


Gdy dotarli do miasta, przestał się przejmować tym, czy między wilkami nie wybuchnie jakaś scysja na rzece. Ta akurat była skuta lodem i jeśli tutaj była zamarznięta, to najprawdopodobniej była też skuta lodem i w górę rzeki. Wiedział, że Dolina nie jest zbyt przyjazna dla jakiegokolwiek życia, ale to nie wyglądało na zwykłe załamanie pogody. Rzeki zwykle nie zamarzały całkiem z dnia na dzień.


Spod kaptura, wystawał tylko jego nos, puszczający od czasu do czasu kłęby dymu, kiedy zastanawiał się nad tutejszą zagadką. Jego stalowo szare oczy z kolei oglądały okolicę, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mroźnego krajobrazu. Niepozorny kostur, trzymał w dłoni, chociaż mógł się w każdej chwili zamienić w śmiertelną broń, a nie jedynie podporę dla podróżnego. Na poprzednim noclegu, można było dostrzec na jego łuskach ćwiekowaną zbroję, której ćwieki, zamiast ze stali, zrobiono z ciemnodrzewu.


Gdy elfi łucznik przerwał ciszę, Trit dodał swoje trzy grosze. - O ile nie mają odpowiedniego zaprzęgu psów, który mógłby pociągnąć towar, ale musieliby go pewnie rozłożyć na kilka sań. - Wzrok druida padł na zgrupowanie ludzi przy koksownikach. - Z Sheldonem Turfinem też dobrze byłoby się rozmówić i dobrze sobie przypomnieć umowę. Czy mamy chronić łódź w trakcie rejsu, czy po prostu łódź z towarem. Jeśli ta pogoda tutaj panuje od dawna, a na łodzi są zapasy jedzenia, to mogą być problemy, a nasz drogi niziołek trochę za dużo zataił. Jeśli wiedział co się tu dzieje. - Poklepał uspokajająco wilka po karku. - Pogoda z kolei, wygląda, jakby Krucza Królowa pofatygowała się w nasze skromne okolice osobiście i chciała sobie zbudować lodowy pałac. - Rzucił ponuro i kiwnął głowę w kierunku gromadki przy koksownikach, nim wolno ruszył w tą stronę. Zastanawiał się, co mogło tych ludzi wygonić z ciepłych domostw na taki mróz.
 
__________________
Wzory światła i ciemności pośród pajęczyny z kości...
Plomiennoluski jest offline  
Stary 28-08-2018, 19:08   #4
 
waydack's Avatar
 
Stygs nie miał w zwyczaju brać długich zleceń. A już na pewno nie tak nudnych jak eksortowanie kupieckiej łodzi. Na rzekach rzadko grasowały groźne bandy, o wiele łatwiej było spotkać rzezimieszków w górach lub na leśnych traktach. Ale skoro i tak lada dzień miał ruszyć na wschód, równie dobrze mógł do Nenlast dotrzeć na łodzi. Gdy wkroczył do biura niziołka, nie musiał nawet za wiele mówić. Sam wygląd wystarczał by podsunąć mu do ręki umowę. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną o oczach szarych jak popiół. Twarz okalały drobne szramy a nos przecinała głęboka blizna. Gęstej jasnej brody, nie powstydziłby się nawet krasnolud. Zgodnie z plemiennym zwyczajem boki głowy nosił wygolone, zostawiajac za na czubku bujną czuprynę. Największe wrażenie jednak musiał robić wielki dwuręczny topór zawieszony za plecami. Potężna, szeroka głownia, co dzień z namaszczeniem szlifowana i czyszczona, nawet w zamkniętym pomieszczeniu zdawała się mienić żywym blaskiem. Na pasie z boku zawiesił mniejszy toporek do rzucania, a po drugiej stronie nosił zwiniętą sieć.

Uczesanie, broń i ubiór od razu zdradzały z kim ma do czynienia przyszły chlebodawca. Synów Burzy kupcom nie trzeba było przedstawiać, każdy kto prowadził interesy w Dolinie, choć raz skorzystał z ich usług. I rzadko, kiedy tego żałował. Nie byli to zwykli najemnicy, bo najemnik z natury jest przekupny i łatwo zmienia strony. Synowie Burzy po prostu kochali walkę a starość lub śmiertelna choroba była najgorszą hańbą jaka mogła spotkać mężczyzn z ich plemienia.

Wyruszyli drogę w piątkę. Barbarzyńca nie wiedział, czego się spodziewać po swoich towarzyszach, nie sądził jednak by niziołek najął do pracy letniaków. Draugdin Draydax, wyglądał na solidnego wojownika, o smokowcach też słyszał wiele dobrego, choć do gadziej gęby Trita trudno się było z początku przyzwyczaić. Największe wrażenie zrobił na nim czarny wilk, towarzyszący elfowi. Piękne, silne zwierze, wręcz stworzone do walki. Kiedy Stygs zapytał Efferila o cenę, ten zbył go uśmiechem.
- A ty byś sprzedał swojego przyjaciela? – usłyszał w odpowiedzi. O wilka towarzyszącego Tritowi już nie pytał, bo pewnie też spotkał by się z odmową.

Podróż mijała im spokojnie. Do czasu gdy Stygs ostrząc przy ognisku twój topór poczuł na twarzy lodowatą wilgoć. Spojrzał w niebo i ujrzał gęsto opadające płaty śniegu. Już od wczoraj dokuczał im przejmujący chłód, ale biały puch w miesiącu Spalonej Trawy? Barbarzyńca całe życie spędził w Dolinie Nentir i nie pamiętał podobnych cudów. W niedługim czasie wzgórza, łąki i lasy pokryły zaspy a im dłużej szli, wydawało się, że zima rośnie w siłę. Nawet przez gruby kożuch i buty z jeleniej skóry mróz szczypał w kości i odbierał chęć do dalszej wędrówki.
- Elf ma rację. To muszą być jakieś czary – skwitował krótko Stygs i splunął w śnieg klnąc paskudnie w plemiennym narzeczu.

Spodziewał się, że może być źle, ale nie aż tak źle. Gdy dotarli w końcu do Felcrest ich oczom ukazały się otwarte wrota, których nikt nie pilnował. A miasto? Miasto opustoszało. Zastali skute lodem i zasypane śniegiem chaty. Większość drzwi znikało pod ciężkimi zaspami, tylko gdzienie z kominów unosił się dym. To trochę uspokoiło barbarzyńcę, ale nie na tyle by co jakiś czas nerwowo zaglądać za plecy. W końcu nad rzeką zauważyli ludzi. Stygs odruchowo sięgnął po swój dwuręczny topór i oparł swobodnie na ramieniu. To zazwyczaj wystarczało, by odebrać śmiałkom ochotę do walki.
Milcząc ruszył za elfem i jego wilkiem w stronę rzeki.
 

Ostatnio edytowane przez waydack : 28-08-2018 o 19:16.
waydack jest offline  
Stary 29-08-2018, 11:10   #5
tajniacki blep
 
sunellica's Avatar
 

Liszka była szalenie zadowolona z poprzedniej wyprawy. Wprawdzie nie zarobiła przy tym ani grosza, a być może nawet straciła, ale jej nowy przyjaciel druid z lasu Harken przestał w końcu się uskarżać, że nie ma czasu bo umiera i dziewczyna ma dać mu spokój. Teraz żegnając się życzł jej wspaniałej przygody.
Niziołka więc bardzo szybko rozejrzała się za nowym miejscem do zwiedzenia i nowym zadaniem do wypełnienia. Nie znalazła oczywiście żadnego listu gończego za smokiem, a księżniczki z pobliskich ziem nie ginęły jedna po drugiej, porywane przez magiczne istoty.

„Może to dlatego, że w tej dolinie ciężko było o księżniczki? A smoki to takie duże jaszczurki i nie lubią jak jest im zimno?” myślała sobie dziewczyna, podróżując dziarsko z nowymi towarzyszami, gdy zapisała się do ochrony kupieckiego spływu. Los trochę się do niej uśmiechnął, bo jednym z jej kompanów był smoczy potomek. Wprawdzie daleko miał do prawdziwego smoka, ale jego gadzi pysk, zamiast twarzy, rekompensował całą resztę. Leane musiała się jedynie pilnować, by za dnia nie wgapiać się w niego jak sroka w gnat, bo nie wiadomo czy nie oberwałaby za ciekawskość po głowie. Trit więc dokładnie badany był podczas swojego snu, i nawet jego wilk nie był w stanie odwieść łotrzyczki od tego pomysłu. Kobietka pochylała się nad śpiącym, a może nie?, mężczyzną i z iskierkami fascynacji w ogromnych oczach, podziwiała jego łuski i nietypowy wygląd, za każdym razem wydając ciche i zaskoczone „ooo” gdy kłąbek dymu ulatywał z jego nozdrzy.

Reszta mężczyzn nie była tak ciekawa, ot zwykli ludzie i elfy, jakich widziała w każdym zakątku świata. Widać jednak było, że uważanie słuchała ich opowieści i bardzo chętnie dzieliła się swoimi przeżyciami, ale tylko wtedy gdy była najedzona do syta i wyspana.
Jedynie wielgaśne wilki, które swą posturą przewyższały niziutką Tealeaf, przyprawiały ją o szybsze bicie serca i nasuwały myśli, czy by nie kupić sobie jednego dla siebie, by na nim jeździć. Mogłaby pozwolić odpocząć swoim stopom, które trochę bolały, zwłaszcza, gdy musiała biec, objuczona gorzej niż karawani wielbłąd, za długonogimi podróżnikami.

Lato trwało pełną parą, a słońce radośnie grzało w twarz i wielgaśne uszy Liszki, opalając ją jeszcze mocniej i uwydatniając w ten sposób, dwa białe tatuaże na policzkach - pamiątki z szalonej wyprawy z której niewiele pamiętała prócz potwornego bólu głowy. Niziołka z początku starała się kryć pod czarnym płaszczem z kapturem, obszytym niebieską lamówką, ale szybko spłynęła potem, więc zapakowała go do wielkiego, prawie jak ona sama, plecaka.
Przez kolejne dni wędrowała w dopasowanym stroju podróżnika w niespotykanych odcieniach orzechowego beżu, na który nałożony miała pięknie zrobioną zbroję skórzaną, barwny nocnego nieba, o błyszczących srebrem ćwiekach, wyglądających na tle granatowej skóry, jak gorejące gwiazdy.
W połowie drogi, pogoda jednak się „skichała” i dziewczyna była zmuszona, wyciągnąć sweter, kamizelkę, płaszcz z kożuchem, czapkę, szalik, rękawiczki, dwie pary wełnianych skarpet, nie wspominając o rakietach na buty.
Teraz nie było mowy o bieganiu za resztą. Okrągła jak mały bałwanek Leane, dreptała powoli w zaspach białego śniegu. Mężczyźni gdy stracili ją z oczu w jakiejś zaspie, potrafili ją zlokalizować tylko i wyłącznie za pomocą czubka czarnego, kaptura, który szpiczastym końcem piął się w górę, niczym grot włóczni, a wypchany był futrem czapki uszatki, którą nosiła na głowie.

Gdy cała siódemka, licząc oczywiście czworonogi, dotarła do miasta, Tealeaf rozglądała się spod futer wokoło, wyglądając na nieco zagubioną. Może słabo widziała?
Na pewno była przygłucha i połowy z tego co mówiła reszta nie słyszała, lub nie chciała słyszeć.
Śnieg w środku lata… to dopiero anomalia! I jaka przygoda! Nikt i nic nie uwierzy jej, gdy będzie o tym opowiadać!
Tymczasem grupa ruszyła w kierunku ognisk i koksowników. Niziołka dreptała za resztą, milcząc jak zaklęta, co oznaczało, że jest głodna i zmęczona.
Z licznych opowieści i podań, orientowała się, że gdzieś tutaj… stała kiedyś karczma z pysznymi pampuchami, kobietka, była ciekawa, czy nadal prosperowała.
 
__________________
"Sacre bleu, what is this?
How on earth, could I miss
Such a sweet, little succulent crab"
sunellica jest offline  
Stary 30-08-2018, 02:04   #6
 
Draugdin's Avatar
 
Draugdin Drayax był wojownikiem z dziada pradziada. To już nawet nie była jedynie tradycja rodzinna, a niemalże religia. Fach wojowników nie należał do najlżejszych jednak jaki inny należał. Draugdin lubił tą profesję. Był człowiekiem czynu i działania wprost, walki na pierwszej linii twarzą twarz z wrogiem, choć zdawał też sobie sprawę z konieczności i możliwości strzałów z dystansu, gdyż często było to jedną z najlepszych możliwych opcji. Tak więc nigdy nie zaniedbywał szkolenia w również tym kierunku. Był człowiekiem stanowczym i honorowym nigdy nie łamiącym danego słowa.

Wbrew utartym i dość możno niesprawiedliwym opiniom, że wojownik okuty w pełną zbroje płytywą robi więcej hałasu niż daje to pożytku Draugdin używał właśnie takie zbroi. Jednak jego zbroja było mistrzowsko wykonana i warta była swojej ceny. Wykonana z lżejszych stopów bez utraty wytrzymałości i stopnia ochrony użytkownika jednocześnie była mniejszym obciążeniem dla użytkownika, dawała odrobinę większą swobodę ruchów i paradoksalnie nie robiła aż tyle hałasu co pierwsza lepsza zbroja. W każdym razie warta była swojej ceny jak i wart był swojej wartości miecz, którym Draugdin się posługiwał.



Można przyjąć, że była to broń unikalna i cenie trudnej do ustalenia. Był to najcenniejszy przedmiot jaki posiadał, głównie z powodu, że otrzymał go od swojego ojca - mistrza kowalskiego - gdy zdecydował się wyruszyć w świat w poszukiwaniu przygód by zacząć zapisywać swoją własną historię.
Na pełny obraz wojownika składa się ciężki koń bojowy oraz ciężka samopowtarzalna kusza, która niejednokrotnie przechylała szalę zwycięstwa gdy wszelkie inne metody zawiodły.

Ostatnie zlecenie, które niedawno właśnie zakończył przywiodło do ponownie do doliny Nentir i miasta Winterhaven. Jako, że nie lubił nudy i nie tolerował lenistwa szybko też udało mu się znaleźć nowe zlecenie od niejakiego Sheldona Turnfina. Kontrakt obejmował ochronę statku na trasie z Fallcrest do Nenlast, a to oznaczało pracę na dobry miesiąc jak nie dłużej. Nie wahał się ani chwili i nim się spostrzegł był już w drodze do Fallcrest z resztą najemników, którzy również zostali wybrani do tego zadania. Drużyna zaś zapowiadała się wyjątkowo urozmaicona. I do tego jeszcze zwierzęcy towarzysze.

Draugdin dość trudno nawiązywał nowe przyjaźnie jednak gdy już kogoś polubił lub obdarzył swoją przyjaźnią Było to już tak n apoważnie. Do tego stopnia nawet, że za towarzysza czy przyjaciela nie zawahałby się oddać własnego życia. Jednak nowe przyjaźnie nawiązywał z niemałym trudem. Także większość drogi do Fallcrest raczej spędził milcząco.
Nieprzychylnym warunkiem był również fakt, że mniej więcej w połowie drogi pogoda zmieniła się aż tak drastycznie, że musiał z juków wydobyć ciepłe futro by nie zamarznąć. Dobrze, że pomyślał i o tym.

Gdy dotarli na miejsce miasto wyglądało na wymarłe. Jednak cóż się dziwić przy takiej pogodzie. Sam chętnie nie wychodziłby z karczmy z gorącym kominkiem i trzaskającym w nim drewnie. Wiedział tylko, że na tą chwile dwie rzeczy są najważniejsze. Odszukać pracodawcę niejakiego Barro Turnifa oraz znaleźć miejsce na przechowanie swojego konia, gdyż na statek raczej nie będzie go jak zabrać. Oczywiście za odpowiednią opłatą.
 
__________________
There can be only One Draugdin!

We're fools to make war on our brothers in arms.
Draugdin jest offline  
Stary 30-08-2018, 08:57   #7
Konto usunięte
 
Nitara's Avatar
 
Przekonani o tym, że w obozie przy nabrzeżu będziecie mogli otrzymać jakieś odpowiedzi na nurtujące was pytania, a przy okazji być może odpocząć i coś zjeść, ruszyliście zasypanymi śniegiem schodami w dół, a potem wydeptaną między budynkami ścieżką. Jak i wcześniej, mijaliście opuszczone domostwa z zamkniętymi okiennicami i dopiero po dłuższej chwili dotarliście do magazynu, pod którym sześciu ludzi i krasnolud opróżniało stojący pod nim wóz. Walcząc ze śniegiem i wiatrem, wnosili do środka zabezpieczone jedzenie oraz inne zapasy.

Przy wejściu do magazynu stało również ośmiu strażników, którzy - niczym przysypane białym puchem posągi - nadzorowali pracujących mężczyzn. Jeden z nich, wyraźnie zaskoczony waszym widokiem, wskazał halabardą kierunek, w którym i tak podążaliście.
- Wszyscy przyjezdni mają udać się do obozu przy rzece. Zarządzenie Lorda Strażnika Farena Markelhaya na czas zimy - powiedział ponury, zakapturzony mężczyzna.
- My do Barro Turnfina, gdzie go znajdziemy? - Zapytał Efferil.
- Jest w obozie... to w zasadzie był pomysł Turnfinów, więc na pewno ich tam znajdziecie. A teraz ruszcie się, bo ludzi od roboty mi odrywacie - rzucił i krzyknął na dwóch mężczyzn, którzy z zaciekawieniem przyglądali się Briarowi i Jasperowi.

Nie mając większego wyboru, ruszyliście w dół miasteczka, by po dłuższej chwili marszu znaleźć się w obozie pełnym rozstawionych na całym nabrzeżu namiotów. Niemal na każdym kroku płonęło ognisko i koksowniki, pod którymi zebrali się zziębnięci i wyraźnie zmartwieni własną sytuacją ludzie. Większość patrzyła na was bez wyrazu, rozcierając zmarznięte dłonie i przeskakując z nogi na nogę, inni posyłali wam podejrzliwe, albo zaciekawione spojrzenia. Zwłaszcza oba wilki przykuwały uwagę i u niektórych budziły rysujący się na bladych obliczach lęk. Rzeka natomiast skuta była lodem i było pewne, że łodzie nigdzie nie wypłyną, póki nie przyjdzie poprawa pogody.


Nieopodal, obok dwóch największych namiotów w obozie, zebrała się spora grupka ludzi, do których dołączyliście, przysłuchując się żywo prowadzonej dyskusji. Pośrodku skupiska stał wysoki mężyczyzna o siwych włosach opadających do ramion i starannie przystrzyżonym zaroście. Odziany był w piękny, szyty na miarę płaszcz zimowy, zza którego wystawała misternie wykonana rękojeść miecza. Twarz miał surową, a jego rysy zdradzały doświadczenie zarówno życiowe, jak i bitewne. Wyróżniał się najbardziej na tle zebranego tłumu. Obok niego stało dwóch rosłych strażników i halfling, łudząco podobny do Sheldona Turnfina.
- Słyszeliście Barro Turnfina! - zakrzyknął mocnym, męskim głosem wojownik. - Zima na dobre rozgościła się również w dole rzeki, dlatego racjonowanie pożywienia jest najlepszym obecnie wyjściem z tej sytuacji. Przetrwamy to, mówię wam, ludzie! W przeszłości zimy przychodziły i odchodziły, ta również odejdzie!

- Z całym szacunkiem, Lordzie Strażniku, ale niech każdy zadba o siebie! - odkrzyknął mu wysoki, szczupły mężczyzna o bujnej, czarnej czuprynie. - Dopóki to się nie skończy, powinniśmy być w domach z rodzinami, a nie siedzieć tutaj jak szczury i patrzeć sobie na ręce, czy ktoś czasem nie zjadł o jedną porcję za dużo! Najpierw porąbaliśmy sprzęt z naszych domów, by zapewnić sobie ciepło, ale drewno powoli się kończy... co będzie następne? Będziemy rąbać własne domy, żeby się ogrzać?

- I kto to mówi! - Prychnął stojący nieopodal barczysty krasnolud. - Masz więcej, niż potrzebujesz, Armosie, a i tak nie chcesz się dzielić. Może ja i moi synowie powinniśmy ci z tym pomóc?
- Przyjaciele, jesteśmy cywilizowani, nie ma powodów uciekać się do agresji - powiedział miękkim głosem halfling stojący przy Lordzie Strażniku.
- Armos ma rację co do strat. Zapłacisz mi za każdy mebel mojego rodu, który musiałam spalić tej nienaturalnej zimy, Lordzie Strażniku - mruknęła wysoka, odziana w bogato zdobiony płaszcz kobieta-tiefling, nosząca na plecach sporą kosę bojową. - Zrobisz to, albo...

- Albo co, Amaro z domu Azaer?! - Warknął jakiś przysadzisty mężczyzna wyglądający na farmera. Za jego plecami kilku mu podobnych poprawiło uchwyty dłoni na widłach i siekierach. - Co zrobisz człowiekowi, który próbuje wykarmić moją rodzinę? Ty i Armos zapominacie, że ludzie, którzy kładą żarcie na wasze stoły, czyli my, chłopi, zostaliśmy najbardziej dotknięci tym kataklizmem!
- Kiedy to się skończy? - Zakwiliła jakaś starsza kobieta. - Ta paskudna pogoda utrzymuje się od tygodnia i z dnia na dzień się pogarsza. To nie przejdzie! Powinniśmy wynieść się na północ!

- Co za głupi pomysł głupiej kobiety - burknął ten, na którego mówiono Armos. - Od kiedy to podróż na północ oznacza lepszą pogodę? Może od razu powinniśmy przenieść się do Lasu Zimowych Pni i rozbić obóz przy Jeziorze Zimowej Mgły? Jestem pewien, że barbarzyńcy z klanu Tygrysiego Pazura przyjmą nas z otwartymi rękoma. - Zaśmiał się pogardliwie.
- Pelor to bóg słońca i lata! Powinniśmy modlić się wszyscy do Pelora! - Krzyknął krasnolud w kapłańskich szatach z symbolem swego boga na piersi - męską twarzą wpisaną w słońce.
- Nonsens! - Odparła mu jakaś ludzka kobieta. - Erathis jest patronem naszego miasteczka! Musimy złożyć jej ofiary, a wtedy ona na pewno się nad nami ulituje!

Wśród ludzi podniosła się wrzawa. Niektórzy przekrzykiwali się, inni gestykulowali energicznie rękoma. Widać było, że sytuacja w Fallcrest jest napięta i raczej kwestią czasu było, kiedy rozpęta się tutaj wojna domowa. Lord Strażnik próbował uspokoić tłuszczę, aż w końcu jego wzrok natrafił na was, kryjących się za pierwszą linią mieszkańców i przysłuchujących dyskusji.
- Cisza! - Warknął gardłowo i wszyscy w końcu zamilkli. Wskazał opiętą grubą rękawicą dłonią w waszym kierunku. - Mamy gości, moi drodzy. Kim jesteście i co robicie w Fallcrest? - Spytał, a oczy mieszkańców i dyskutantów przeniosły się wprost na was, gdy część zebranych rozstąpiła się, ukazując was pozostałym. Zauważyliście, że dłonie niektórych powędrowały w okolice broni, na co Briar i Jasper odpowiedzieli cichym powarkiwaniem.

 
Nitara jest offline  
Stary 30-08-2018, 12:59   #8
 
Mroku's Avatar
 
Zmierzając w stronę rozstawionych namiotów, natrafili na mężczyzn pracujących przy rozładunku jakichś towarów do lokalnego magazynu. Pilnowani przez strażników uwijali się z tym, choć na chwilę zaprzestali prac, gdy dostrzegli zwierzęta Efferila i Trita. Wyglądało na to, że w związku z zimą gromadzą zapasy, które miały być pod kluczem i czujnym okiem straży. Elf nie omieszkał wypytać o Barro Turnfina i tak, jak się domyślał, zostali skierowani do obozu przy rzece.

Gdy dotarli tam, ludzie, których napotkali przedstawiali sobą obraz nędzy i rozpaczy. Chudzi, zmarznięci... niektórzy patrzyli, jakby mieli zamiar rzucić się na nich i rozgrabić wszystko, co przy sobie nieśli. Efferil czujnie rozglądał się po okolicy, choć jego twarz nie zdradzała żadnych głębszych emocji. Przy rzece, skinął na zmarzlinę podbródkiem.
- No to chyba nigdzie nie wypłyniemy... a przynajmniej dopóki mrozy nie puszczą - rzucił i z pozostałymi przeszedł dalej.

Wmieszali się w tłum i szybko znaleźli niedaleko toczącej się żywo dysputy. Jak można było szybko wywnioskować, ludzie skakali sobie do oczu, obrzucając oskarżeniami, a Lord Strażnik Markelhay próbował jakoś tonować nastroje. Niestety, nie za wiele to dawało. Tak to już niestety było, że w ekstremalnych warunkach z ludzi wychodziły bestie, które pozabijałyby innych tylko po to, by samemu przeżyć. Zwłaszcza podczas zimy w środku lata, która zaskoczyła absolutnie wszystkich. Atmosfera gęstniała z każdą chwilą i nie wyglądało na to, by wszystko miało się na dłużej uspokoić.

Był i niziołek, do którego mieli się zgłosić po dotarciu do miasta, ale w obecnej sytuacji z rejsu do Nenlast nic z pewnością nie wyjdzie. Tropiciela jednak frapowała mocno ta zima - ta nienaturalna anomalia pogodowa, która nie mogła przecież uderzyć na Fallcrest i okolice od tak sobie. Z rozmyślań wyrwał go głos przywódcy miasteczka, który ich zauważył. Mieszczuchy zrobili się nieco nerwowi, Galanodel widział, że niektórzy mocno ze sobą walczą, by nie dobyć noża czy siekiery.

Jasper również to wyczuł i od razu zaczął warczeć.
- Spokojnie, przyjacielu. - Efferil poklepał wilka po zaśnieżonym karku, a ten w mig się uspokoił i usiadł przy nodze tropiciela. - Przybywamy z Winterhaven, mieliśmy zgłosić się do pracy do niejakiego Barro Turnfina jako eskorta jego łodzi płynącej do Nenlast. Wynajął nas jego brat, Sheldon - wyjaśnił Efferil. - Widzimy jednak, że macie kłopoty z pogodą. Co się tutaj dzieje?
Na tym urwał, bo pewnie pozostali też mieli swoje pytania. Obserwując czujnie otoczenie, oczekiwał na odpowiedź, gładząc dłonią mokre futro Jaspera.
 

Ostatnio edytowane przez Mroku : 30-08-2018 o 13:02.
Mroku jest offline  
Stary 30-08-2018, 21:51   #9
 
waydack's Avatar
 
Stygs przysłuchiwał się rozmowom bez większego zainteresowania. Wiedział już, że do miasteczka przybył na próżno i zima pokrzyżowała mu plany. Rzeka była skuta lodem a niziołek z klanu Turfingów miał na głowie większe problemy niż transportowanie swoich bogactw. Jak chociażby głodni i zmarznięci chłopi. Wiele razy już widział podobne sceny, gdy rozgniewana hołota próbowała brać sprawy w swoje ręce. Jeśli mrozy nie puszczą, dojdzie w końcu do rozlewu krwi.
Barbarzyńca zastanawiał się jaki kierunek teraz obrać. Przedzierać się dalej na wschód, czy próbować wracać do Winterhaven? A może zostać w Fallcrest i zapronopować Turfingowi ochronę? Co prawda wynędzniali wieśniacy nie byli godni poznać smaku jego topora, ale to i tak lepsze niż przedzieranie się przez zaspy i zamiecie.
- Ma ktoś wieści z innych miast? – zapytał głośno w stronę tłumu – Dotarli tu jacyś inni wędrowcy poza nami?
 
waydack jest offline  
Stary 01-09-2018, 18:57   #10
 
Plomiennoluski's Avatar
 
Z tego co słyszał Trit, pogoda oszalała również na południe od Fallcrest, co było nieco dziwne, bo gdy ruszali z Winterhaven, była tam nadal zdecydowanie pełnia lata. Dopiero w połowie drogi zaczęło się ochładzać. O ile ktoś nie zaczął się bawić naprawdę potężną magią, to nie miał pomysłu co to mogło być.


Gdy zobaczył, jak niektóre ręce sięgają po broń, tylko poklepał Briara po karku. Nie widział powodu, by go bardziej uspokajać. Sprawa mogłaby wyglądać inaczej, gdyby wyciągnęli broń, ale chwilowo, nikt tego jeszcze nie zrobił. Przytaknął jedynie temu, co mówili towarzysz, zanim wtrącił parę słów od siebie. - Zostawiliście otwartą bramę, jeśli taka pogoda się utrzyma, to będziecie musieli uważać na dzikie zwierzęta, chyba, że odejdą tam, gdzie obecnie panuje lato. Kiedy opuszczaliśmy Winterhaven, panowało tam lato, dopiero jakoś w połowie drogi zaczęło się to. - Druid wskazał kosturem na zasnute chmurami niebo i słabo przebijające się słońce, które było o wiele za wysoko nad horyzontem, żeby nie stopić śnieżnej pokrywy na ziemi.
 
__________________
Wzory światła i ciemności pośród pajęczyny z kości...
Plomiennoluski jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:11.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168