Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-11-2020, 09:19   #1
 
Umbree's Avatar
 
[Maska Mumii I] Półmartwe miasto





Miejsce: Wati, Osirion, Wewnętrzne Morze, Golarion
Data: 4 dzień miesiąca Gozran 4714 AR
Godzina: 11:50 lokalnego czasu
Pogoda: słonecznie, bezchmurnie, bardzo ciepło.
Temperatura: 26 stopni.

W ostatnich tygodniach leżące nad rzeką Sfinksa miasto Wati było na ustach wszystkich. Wiadomość o tym, że faraon Khemet III postanowił otworzyć tamtejsze nekropolie obiegła cały Osirion i inne krainy niczym Plaga Szaleństwa, która w zamierzchłych czasach zdziesiątkowała ludność Wati. Odgradzając znaczną część pierwotnego miasta, kapłani Pharasmy przekształcili opuszczoną osadę w ogromną nekropolię, poświęcając ją na cześć zmarłych. W ciągu następnych stuleci ludzie powrócili, aby wybudować nowe siedziby sąsiadujące z wymarłymi, a Wati nazywano “półmartwym miastem” właśnie ze względu na graniczącą z nim nekropolię.

Z całego Osirionu i sąsiadujących krain ciągnęli do Wati kupcy, awanturnicy i poszukiwacze przygód chętni zmierzyć się z opuszczonym od wieków świętym miejscem, by odnaleźć pogrzebane przez czas skarby lub własne przeznaczenie, gdyż mówiło się, że po cichych, piaszczystych alejkach nekropolii wciąż wałęsają się istoty, których nie zabrała śmierć. Wśród takich podróżników była półelfka Lavena, która przybyła do Wati prosto z Sothis, szukając tu swojej okazji na zdobycie niewyobrażalnych bogactw. Ifryt Bahadur, człowiek Jasar i krasnolud Jabbar dotarli do miasta wraz z karawaną kupiecką ciągnącą z miasta Kalit. Mury Wati wiły się niczym kamienne rzeki, oddzielając stare miasto od nowego. Niskie budynki pobielone wapnem, by odbijały światło słoneczne skupione były przy sobie wzdłuż szerokich, gęsto zaludnionych alejek. Ponad ich dachami można było zobaczyć Wielkie Mauzoleum - świątynię bogini śmierci Pharasmy a nieopodal zrujnowany posąg sfinksa w rzece. Od wschodniej strony miasta wznosiło się wzgórze, na którym rozciągały się piękne posiadłości, spoglądające z góry na tętniące życiem ulice.

Lavena, Jabbar, Jasar i Bahadur zatrzymali się w polecanej przez lokalnych gospodzie "Ząb i Szisza", która dodatkowo zlokalizowana była nieopodal murów odgradzających żywą część miasta od martwej. Karczma słynęła między innymi z tego, że w ulokowanej po środku głównej sali studni mieszkał mały krokodyl zwany pieszczotliwie Ząbkiem. Oprócz tego, miejsce to przypominało bardziej niewielki targ, niż gospodę - różnokolorowe poduszki w kształcie półksiężyców otaczały niskie, okrągłe stoły. Pośrodku każdego stołu stały fajki wodne z emaliowanego mosiądzu. Z sufitu zwisały gliniane miski wypełnione świecami. Stare książki wylewały się na stół obok kontuaru pokrytego tanio wyglądającymi naszyjnikami, bransoletkami i kolczykami. Na wieszaku w rogu wisiały cienkie bandany ozdobione drobnymi lśniącymi monetami. Prawie wszystkie stoliki były zajęte przez lokalnych i przyjezdnych, wiele osób podpierało też ściany. W powietrzu unosił się gryzący dym z fajek wodnych a pod jedną ze ścian dwie apetyczne tancerki wykonywały taniec brzucha podrygując w rytm skocznej, orientalnej muzyki wygrywanej przez dwóch lokalnych bardów.


Tabat i Linnify doskonale znali to miejsce; wiedzieli, że tutaj znajdą odpowiednich ludzi do swoich celów. Bahadur przy każdej możliwej sposobności rozgłaszał, że z chęcią przyjmie pomoc przy eksploracji ruin, więc spotkanie diablęcia i undine z ifrytem było naturalne i oczywiste. Tropiciel zapoznał ich z Laveną, Jasarem i Jabbarem i po krótkiej rozmowie stwierdziliście, że weźmiecie udział w loterii jako drużyna. Jednym z warunków było wymyślenie nazwy dla własnego składu, więc po dłuższej chwili namysłu każde z was zaproponowało takową. Ostatecznie, po burzy mózgów stanęło na "Pustynnych Skorpionach" a Tabat z samego rana zaniósł wasze zgłoszenie do świątyni Pharasmy, gdzie zostało przyjęte i dopuszczone do loterii.

Losowanie miało odbyć się dzisiejszego popołudnia i wydawało się, że wszyscy w gospodzie czekali na to wydarzenie. Wśród gości dostrzegliście kilka trzymających się ze sobą dobrze uzbrojonych i przygotowanych grupek, które prawdopodobnie również miały zamiar zmierzyć się z tajemnicami nekropolii. Na zewnątrz było gorąco, na szczęście główna sala karczmy zapewniała przyjemne, chłodne powietrze. Racząc się chłodnym napitkiem i rozmawiając, niemal nie spostrzegliście, gdy przy waszym stoliku pojawił się żylasty, śniady mężczyzna - był to Faarhan, wesoły i wiecznie uśmiechnięty właściciel gospody, którego Tabat i Linn całkiem nieźle znali.


Faarhan - właściciel "Zęba i Sziszy"

- Cóż za wspaniała, podniosła atmosfera, prawda? Coraz więcej ludzi oczekuje na chwilę, kiedy wrota nekropolii otworzą się dla was, śmiertelnych - powiedział we wspólnym, rechocząc pod nosem i zatarł dłonie. - Czy w związku z tym życzycie sobie czegoś jeszcze przed wyjściem do Mauzoleum? Może jeszcze trochę zimnych napojów dla szanownych niewiast? Fajka wodna, dzban chłodnego winka? Tabat i Linn wiedzą, że o klientelę to ja dbam jak o własną mamusię, której nie ma już niestety pośród nas, świeć Pharasmo nad jej duszą. Jak coś potrzeba, jestem do dyspozycji. - Ukłonił się lekko i machnął teatralnie ręką, niemal zamiatając nią o podłogę.

 

Ostatnio edytowane przez Umbree : 25-11-2020 o 18:09.
Umbree jest offline  
Stary 25-11-2020, 13:25   #2
DeDeczki i PFy
 
Sindarin's Avatar
 
Tabat czuł się, jakby bogowie postanowili zrobić mu ogromną przysługę. Minęło zaledwie parę tygodni, odkąd skończył kompletować ekwipunek potrzebny do rozpoczęcia wypraw i badań na własną rękę, a zaczęła się istna seria fortunnych zdarzeń. Najpierw wpadł na Linn, co samo w sobie było przyjemną niespodzianką – przez ostatnie kilkanaście lat, od czasu ich ostatniego wspólnego wypadu, nie miał okazji się z nią zobaczyć, słyszał jedynie plotki o tym, że służyła samemu radży. A teraz? Wyglądała jeszcze piękniej niż dawniej, a do tego sama poruszyła temat powrotu do młodzieńczych eskapad! Potem było jeszcze lepiej: wspólna wizyta w „Zębie i Sziszy” zaowocowała poznaniem Bahadura i jego towarzyszy, przybyszy także zainteresowanych eksploracją nekropolii. W ciągu jednego wieczora doszli wspólnie do wniosku, że warto połączyć siły i wyruszyć tam razem. Więcej czasu zajęło im nadanie nazwy swojej drużynie, ale ostateczny wynik podobał się Tabatowi. Pustynne Skorpiony… brzmi groźnie, jak któryś z gangów w dokach. Tylko że my prędzej obronimy tą nazwę – pomyślał z rozbawieniem. Zaoferował się też zgłosić ich do loterii – bywał nie raz w świątyni Pharasmy i znał kilku tamtejszych kapłanów.

Następnego dnia rano, gdy wracał do gospody, roznosiła go ekscytacja. Jeśli los im dopisze, a musiał, przecież bogowie nie byliby aż tak złośliwi, lada moment będzie mógł legalnie wejść do nekropolii i odkryć wszystkie zagrzebane w niej sekrety!
W sumie trochę skarbów też się przyda. Zwrócę pieniądze Safiyehu, może ją to udobrucha - zadumał się przez moment.

***

- Ciekawe, czy udałoby nam się zbadać Archiwa Ibisa? Na pewno zostały tam jeszcze jakieś ukryte zwoje… - tiefling nie dokończył, widząc zbliżającego się Faarhana. Uśmiechnął się do gospodarza, rozbawiony jego teatralnymi, chociaż w pełni szczerymi gestami - Trochę wina to chyba dobry pomysł, prawda? – zapytał pozostałych - Ja na pewno poproszę jeszcze porcję harissy - dodał, wskazując pustą miseczkę po ostrej paście, którą dość szybko opróżnił. Poranna ekscytacja powoli przeradzała się w niecierpliwość, Tabat zastanawiał się, czemu ta loteria trwała tak długo. Niby wiedział, że skoro groby czekały tam setki lat, to poczekają i kilka godzin dłużej, ale i tak chciał wyruszyć jak najszybciej. Zerknął na Linn i pozostałych, ciekaw, czy podzielają jego podekscytowanie.
 
Sindarin jest offline  
Stary 25-11-2020, 17:38   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Przed wyruszeniem na poszukiwanie przygód należy zebrać drużynę.
Powiedzenie było stare jak świat, a Jasar słyszał je od chwili, gdy po raz pierwszy powiedział, iż nie ma zamiaru siedzieć w domu i korzystać ze zgromadzonego przez pokolenia bogactwa i pomnażać je w taki czy inny sposób.
Miał nieco inny pomysł na życie, a przynajmniej na jego początek, na okres, gdy był jeszcze młody i pełen zapału.

Tak, bez wątpienia przygody w szerokim świecie miały wiele uroku. Co prawda powiedzenie o konieczności zebrania drużyny nie zawsze się sprawdzało, ale tylko głupiec pchałby się sam w pełne pułapek i nieumarłych katakumby.
O żywych, co mogliby konkurencję pozbawić nie tylko zdobyczy, ale i życia, również nie należało zapominać. Co prawda na złocie Jasarowi aż tak nie zależało, ale życie - to już była całkiem inna sprawa. Tym bardziej warto było znaleźć paru kompanów, na których można by liczyć w potrzebie i których wiedza i umiejętności uzupełniałyby to, co potrafił robić on sam.

Nazwa, jaką po długiej debacie ustalono, brzmiała dość groźnie, ale Jasarowi przypadła do gustu. Co prawda nijak nie pasowała do wyglądu niektórych członków ich grupy, ale to był drobiazg...

* * *

- Dla mnie trochę wina - odparł na pytanie Faarhana. - Tam z pewnością nie będziemy mogli liczyć na dobry trunek - dodał.
Owszem, wielu zmarłym w drodze do nowego życia towarzyszyły nie tylko skarby, ale i jedzenie czy trunki, lecz nie należało liczyć na to, że wino przetrwa parę wieków. Należało korzystać z uroków dobrego jedzenia tu i teraz. Na dodatek nie warto było się z tym spieszyć - i tak nie mogli ruszyć przed ogłoszeniem wyników loterii. Jeśli, oczywiście, im się powiedzie i nie będą musieli czekać paru tygodni czy miesięcy.
A oczekiwanie warto było sobie umilić, dlatego też Jasar rozsiadł się wygodnie i skupił uwagę na tancerkach.
 
Kerm jest offline  
Stary 25-11-2020, 18:59   #4
 
Ayoze's Avatar
 
No i przybył do Wati walczyć z nieumarłymi. A tak na poważnie, to przynajmniej sprawdzić, czy pogłoski o dziwnych istotach widywanych na opuszczonych uliczkach nekropolii są prawdziwe. No i może się trochę wzbogacić, bo groszem ostatnio nie śmierdział. Nie przyjechał jednak do miasteczka sam, a z dwoma towarzyszami, których poznał w czasie podróży z karawaną kupiecką. Człowiek i krasnolud byli w porządku, a przede wszystkim nie uciekali na jego widok, co było dużym plusem. Bo jak możesz pokazać, że jesteś fajnym facetem, jeśli inni robią w tył zwrot albo odmawiają jakieś modlitwy do bogów, gdy tylko cię zobaczą?

Ludzie, zwłaszcza w tych mniejszych miastach, trzymali się od niego z dala i zwykle mu to pasowało, zwłaszcza przy robocie. W większości umysłów garundich pokutowało przekonanie, że ifryci to złośliwe i niebezbieczne demony. Wedle ich wierzeń, ifritem stawała się dusza człowieka, który zmarł nagle i nie został pochowany. Bahadura bawiły te wszystkie przesądy, chociaż jeśli było trzeba, potrafił być złośliwy. Niebezpieczny był zawsze, zwłaszcza dla tych, co go zaczepiali i w odpowiedniej chwili nie zeszli mu z drogi. Mężczyźni, którzy omijali go szerokim łukiem szli mu nawet na rękę, gorzej było z kobietami. Ciężko mu było przekonywać białogłowe, że nie jest demonem z najgorszych czeluści piekielnych i że nie wyssie ich duszy w czasie przyjemnie spędzonej nocy.

Był wysokim, solidnie zbudowanym mężczyzną. Nie jakoś przesadnie, ale pary w łapach trochę miał. Ciemnobrązowa skóra, długie do barków włosy, które przy falowaniu przypominały ogniste płomienie, oraz spojrzenie równie ognistych oczu oraz bruzdy przecinające całkiem przystojną twarz od razu zdradzały jego rasę. Mimo to nie zwykł ukrywać swojego pochodzenia i rzadko zakładał na głowę chustę czy turban. Nosił się zwiewnie, praktycznie i bez ograniczających ruchów klamotów. Miał na sobie luźne, krwistoczerwone spodnie, wygodne buty do połowy piszczeli, a szeroką pierś chroniła dobrze utrzymana skórznia. Przy pasie widać było luźno zwieszony sejmitar najlepszej jakości i sztylet, a na plecach długi łuk z dwoma kołczanami strzał oraz wypchany plecak. Bahadur był dobrze przygotowany do swojej pracy a życie nieraz mu pokazało, że chwilami walczyć musiał nie tylko z ożywionymi zwłokami.

Zatrzymał się z towarzyszami w całkiem ciekawej gospodzie, która posiadała nawet swojego zwierzaczka; swoją drogą ciekawy patent na klientelę miał tutejszy właściciel. To tam poznali kolejną duszyczkę do ich drużyny, czyli Lavenę, która okazała się mieć o sobie całkiem spore mniemanie, a na końcu Tabata i Linnify. Trzeba było wymyślić jakąś nazwę, żeby wziąć udział w loterii, więc przy kolejnym kieliszku wina rzucił “Pustynnymi Skorpionami”. Zaskoczyło go, że nowi kumple i koleżanki przystali na jego pomysł.
- Pomyślcie o tym, jak o zakładaniu własnego biznesu. Każdy biznes musi mieć nazwę. Dobrą nazwę. My taką mamy. A biorąc pod uwagę, że ja i Tabat moglibyśmy wyglądem dzieci straszyć po nocach, to nazwa “Pustynne Skorpiony” jest adekwatna, bo złowieszcza. Bez urazy, Tabat. - Bahadur uśmiechnął się do niego. - Mam nadzieję, że będzie nam dane odwiedzić nekropolię. Właściwie to nie mogę się już doczekać tego losowania.

Potem pojawił się właściciel gospody Faarhan. Bahadurowi podobało się jego wesołe podejście, od razu się lepiej z takim człowiekiem gadało.
- Dla mnie też jeszcze trochę wina, dobry człowieku - powtórzył za Jasarem. Prawie się spłukał wynajmując na kilka dni pokój ze śniadaniem, dlatego nie zamierzał szaleć z innymi zamówieniami.
Spojrzał na Lavenę.
- A ty, moja droga, zamierzasz w tych drogich fatałaszkach iść do grobowca, czy masz coś praktyczniejszego i mniej rzucającego się w oczy na stanie? - Posłał jej szeroki uśmiech i upił wina z kubka. Nosiło go już od tego siedzenia i marzył, żeby czas płynął szybciej. Widząc, że Jasar przygląda się tancerkom, również utkwił w nich na dłużej wzrok. - Mają talent. Ciekawe, czy to ich jedyny. - Mrugnął do Mukhtara porozumiewawczo.
 
Ayoze jest offline  
Stary 25-11-2020, 22:02   #5
 
Stalowy's Avatar
 
Muzyka


Rozłożona pod rozgwieżdżonym niebem karawana szykowała się do snu. Warty udały się na skraj obozowiska, a strażnicy ognisk gromadzili opał by nie zabrakło ognia w zimną pustynną noc. Duchowni odprawiali ostatnie wieczorne modły do strzegących ich bogów, by odgonić duchy pustyni.

Noc mijała spokojnie. Opatuleni w płaszcze strażnicy przemierzali skraj obozowiska od czasu do czasu podchodząc do ogniska żeby się ogrzać. Pogoda była bezwietrzna, a noc rozbrzmiewała odgłosami nocnych zwierząt i owadów.

Nieznajomy nadszedł pod koniec drugiej warty nie kryjąc się przed wzrokiem strażników. Szedł ku obozowisku spokojnym krokiem

- Subakh ul kuhar? - pozdrowił śledzących jego wędrówkę strażników, zatrzymując się kilkadziesiąt krokóœ przed nimi.

- Subakh un nar? - odpowiedział jeden ze strażników zaznajomiony ze zwyczajami nomadów.

Koczownik skinął powoli. Zabarwiony na intensywną czerwień zawój zasłaniał mu twarz, głowę i ramiona, lecz po szerokich barkach i wzroście dało się poznać że był krasnoludem, choć ponad półtorej metra wzrostu jakim mógł się poszczycić było czymś wyjątkowym wśród jego pobratymców. Stał wsparty na toporze o długim stylisku i pięknie grawerowanym ostrzu.

- Wszystko w porządku. Z woli Przodków wędruję przez piachy Osirionu nie niepokojony przez złe duchy. - rzekł, odsłaniając brodatą twarz - Czy znajdzie się miejsce przy waszym ogniu?

***

Z ludami żyjącymi na głębokiej pustyni różnie bywało, lecz nie skrywali zwykle swoich zamiarów. Pustynia czyniła życie ciężkim, ale i hartowała ducha, jak i same społeczności. Rodziły się w ten sposób dziwne zwyczaje, ale większość podróżujących przez bezmiar piasku była wobec siebie życzliwa. Dziwnie było spotkać kogoś idącego samotnie pustynią kto przywita się, życzy dobrego dnia, a po wymianie uprzejmości uda się dalej w swoją stronę jakby nie znajdował się na środku suchego morza, lecz na ulicy wielkiego miasta.

Grimm al-Jabbar z klanu Słonecznych Toporów zapytał tylko dokąd zmierza karawana, a słysząc że do Wati stwierdził że zabierze się z nimi. Żaden rozsądny karawaniarz nie odmówi towarzystwa kogoś dla kogo pustynia jest domem. Al-Jabbar był uprzejmy i życzliwy, choć mówił niewiele. Chętnie pomagał innym, a rozgadywał się tylko gdy proszono go o poradę lub wyjaśnienie jakiejś kwestii. Okazało się bowiem że jest uczonym klerykiem Angradda, krasnoludzkiego boga wojny i obrońcy zaświatów.
W trakcie podróży Grimm szybko się zaprzyjaźnił z Jasarem i Bahadurem - dwójką awanturników która również podróżowała do Wati w podobnym celu co on. Wielka nekropolia, jej tajemnice i skarby. I chociaż motywacje były różne to droga była ta sama, a towarzystwo chętnych i solidnych wędrowców jak najbardziej pożądane.

***

Choć Grimm sądził ze spokojnie z Jasarem i Bahadurem mogliby sobie poradzić w nekropolii przystał na zawiązanie drużyny z kolejnymi śmiałkami. Lavena, Linnify oraz Tabat byli niczym przeciwwaga w grupie, choć Jasar wydawał się tak jak ta trójka przywykły do miejskiego otoczenia. Al-Jabbar nie był zbyt wylewny w przedstawianiu swojej osoby - ot wspomniał że służy Angraddowi i ze skarbów nekropolii interesuje go przede wszystkim wiedza (co mogło być dziwne jak na kapłana boga wojny). Gdy zaczęła się dyskusja o nazwie zapytany rzucił kilkoma zwrotami z pustynnych dialektów. Ostatecznie wybrano "Pustynne Skorpiony", co Grimmowi pasowało - dla postronnych i nie obeznanych z pustynią nazwa ta brzmiała groźnie i złowieszczo jak to stwierdził ich ognisty towarzysz.
Cała ich grupka wyglądała dość malowniczo. Szczególnie półelfka i undine przykuły wzrok al-Jabbara swoim wyglądem i sposobem bycia tak bardzo różniąc się od istot ukształtowanych przez surową naturę pustyni. W porównaniu z kobietami z jego klanu były delikatne i "pełne wody" jak to się mawiało, a ich twarze wydawały się nie znać spiekoty słońca. Nie rzucał jednak żadnymi komentarzami w tej kwestii, zdając sobie po prostu sprawę ile rzeczy jeszcze w życiu nie widział i ile jeszcze rzeczy jest do poznania.
Gdy właściciel przybytku przyszedł i zagadał krasnolud spojrzał na niego przeciągle.

- Póki co dzbanek labanu z kawałkiem ciasta... i butelka araku, jeśli macie mości gospodarzu, by była pod ręką gdy już kapłani orzekną wolę Pani Grobów. - powiedział



 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 25-11-2020 o 22:05.
Stalowy jest offline  
Stary 25-11-2020, 23:11   #6
Czepialska Moderatorka
 
Alex Tyler's Avatar
 



Jedni pokonywali przeciwności dzięki odwadze i sile ramion, inni zaś dzięki wiedzy i roztropności... z kolei Lavena zawsze radziła sobie z problemami dzięki nadzwyczajnej urodzie i przebiegłości pomieszanej z niespotykanym szczęściem. Ledwie zbiegła z Absalomu do Sothis, goniona przez całe zastępy łotrów, czarnoksiężników i łowców nagród, a już wkrótce udało jej się nawiązać wiele ciekawych kontaktów i dobrze zarobić na paru ciekawych skokach. Po pewnym czasie, usłyszawszy o otwarciu przepełnionych bogactwami grobowców w Wati, wykorzystała swoje talenty, by załapać się na luksusowy rejs po rzece Sfinks w kierunku tejże miejscowości. Na łodzi nilowej byli głównie bogaci kupcy oraz przedstawiciele szlachetnych rodów, równie zainteresowani tymi plotkami co ona. Z niemal wszystkimi udało się jej dość szybko nawiązać dobre relacje, między innymi składając, każdemu z osobna, poufną obietnicę dostarczenia ekskluzywnych artefaktów z watiańskich grobowców. Jakimś cudem prawie każdy z nich kupił piękną bajeczkę o „Pustynnej Lisicy”, słynnej łupieżczyni grobowców, z którą w kwestii zdobywania cennych przedmiotów nie mógł równać się żaden inny awanturnik.

Rejs po Sfinksie przebiegał bardzo spokojnie, zaś sybarycka półelfka w trakcie podróży korzystała nieumiarkowanie z wygód wszelakich. Ledwo oganiając się od zachwyconych jej urodą i jasną cerą Osiriańczyków, raczyła się drogimi likworami i wykwintnymi smakołykami, wylegując na wygodnych otomanach i atłasowych poduszkach, wachlowana przez muskularnych niewolników lub zwykłe sługi. W końcu jednak dobili do Wati. A tam musiała każdemu adoratorowi z osobna wyjaśnić, jak bardzo jej na nim zależy i jak wielki interes ma zamiar z nim rozkręcić. Zachowanie tego w poufności przed innymi wymagało niebywałej charyzmy i szczęścia. Ostatecznie jednak wymówiła się tym, że musi oddać się obowiązkom, na co miało składać się rozpoznanie metropolii i zasięgnięcie wiedzy z tutejszej biblioteki. Koniecznie samotnie i bez obstawy sług, czy ochroniarzy. Znowuż wyłącznie cudem udało jej się wyciągnąć szyję z pętli, którą sama na siebie ukręciła. Ale dopóki żaden z jej kontrahentów nie wiedział o pozostałych, czy jej prawdziwych uczuciach, mogła liczyć na korzystne ceny w kwestii sprzedaży cennych przedmiotów złupionych z grobowców.


Po drodze przez miasto zasięgnęła nieco języka od tutejszych prostaczków. Okazało się, że sprawa nie jest taka prosta, jak się jej z początku wydawało. Nie można było sobie po prostu bezceremonialnie wkroczyć na świętą ziemię Pharasmy. Trzeba było zebrać grupkę śmiałków i wygrać jakąś śmieszną loterię. Gdy wiśniowowłosa zapytała gdzie takowych znaleźć, skierowano ją do „Zęba i Sziszy”. Pospieszyła więc w tamtym kierunku.

Widoki z Wati nie robiły na niej szczególnego wrażenia po tym co widziała w Sothis, czy Absalomie. Ledwie rzuciła niedbałe spojrzenie na Wielkie Mauzoleum, wyraźnie odcinające się od reszty miasta monumentalnym wykonaniem, po czym ponowiła swój marsz. Niedawno uwolniona spod wachlarzy sług szybko zauważyła, że zaczyna doskwierać jej tutejszy gorąc i suche powietrze. Jak wielokrotnie wcześniej, ze zgrozą stwierdzając, jak bardzo fatalnie musi to oddziaływać na jej delikatną, różaną cerę. Pierwsze pieniądze, które wkrótce zarobi, postanowiła, że czym prędzej przeznaczy na środki, które pozwolą jej zachować nienaganną, młodzieńczą urodę. Inaczej wróci z tej parszywej, pustynnej dziury paskudna i wysuszona niczym jedna z tutejszych mumii... Na szczęście w kwestii zaduchu, to na statku otrzymała mały wachlarz, którym mogła zapewnić sobie odrobinę wytchnienia. Lavena wręcz niecierpiała tutejszego klimatu, tak brutalnie obchodzącego się z jej atutami. A także wstrętnego piasku, który wciskał się do każdego zakamarka jej ciała i ekwipunku. Tak w zasadzie, to posiadała zapasowe, zwiewne ubranie, bardziej przystające do osiriańskiego klimatu, nabyte swego czasu na sothisiańskim targowisku, lecz nie zbliżało się ono nawet w znikomym stopniu szykiem i klasą do jej obecnego przyodziewku. A jej zdaniem dla dobrego wyglądu wypadało pocierpieć, w końcu inni winni wiedzieć od pierwszego wejrzenia, że mają do czynienia z kimś lepszym.


Koniec końców wkroczyła do izby wspomnianej gospody. Nie spodobało jej się wnętrze, panujący tam duszny klimat ani zasiedlająca je barwna hałastra. Bardziej przypominało to spęd przekupniów i włóczęgów. Do tego ten krokodyl na środku izby! Ktoś obłąkany i pozbawiony gustu musiał założyć to miejsce. Ale uznała, że mus to mus. Inaczej nie dostałaby możliwości położenia rąk na kosztownościach tutejszych zmarłych. Zamówiła więc od niechcenia pokój i postanowiła nawiązać przyjazne stosunki z tutejszymi awanturnikami. Potrzebowała nająć się do drużyny paru biednych głupców, żeby zrobili najgorsze rzeczy za nią. I by mogła wziąć udział w jakimś absurdalnym losowaniu.

W końcu trafił się ktoś. Ognistolicy tropiciel mianujący się Bahadurem rozgłaszał wszem wobec, że potrzebuje kompanów do przedsięwzięcia, którego ona zamierzała się podjąć. Szybko poszła mu w sukurs i zagadnęła, używając pięknych słów i gestów, by zdobyć jego zaufanie. Przedstawiła się także jako „Najwybitniejsza iluzjonistka, eksploratorka podziemi i specjalistka od zabezpieczeń”. Musiało go to przekonać, bo dziwny mężczyzna zaraz zapoznał ją z Tabatem i Linnify. Parką niewiele mniej osobliwą niż on sam. Szmaragdowooka nie podzielała uprzedzeń na tle rasowym, jak już to klasowym, jednak skądinąd zaskoczyło ją tak cudaczne towarzystwo. Tak jakby bogactwa Wati przyciągnęły same najbarwniejsze osobliwości z całego Avistanu. Potem poznała się z bardziej typowymi przedstawicielami ras Golarionu, człowiekiem Jasarem i krasnoludem Jabbarem. Co stanowiło niezły komplet. Nie trzeba było dużo czasu, by wesoła zgraja postanowiła utworzyć drużynę, co ją niezmiernie ucieszyło („Tak, ci się nadadzą” skonstatowała ostatecznie). Po pierwsze, dlatego, że nie musiała się zbytnio wysilać, by ich namówić do współpracy, po drugie zaś, bo ich gorączkowy zapał sugerował, że mogli być skłonni do brawury i lekkomyślności. A to by oznaczało, że być może przydziały łupów okażą się większe, niż by pierwotnie zakładano. Z racji mniejszej liczby zdatnych do podziału...

Jednym z warunków udziału w losowaniu było wymyślenie jakiejś idiotycznej nazwy dla własnej drużyny. Lavena od razu pomyślała, że najbardziej pasowałoby „Absalomski Cyrk”, ale ostatecznie od niechcenia zaproponowała „Piękni i Zuchwali” i „Osiriańskie Lisy”. Jednak po burzy mózgów, choć sama by tego tak szumnie nie określiła, stanęło na „Pustynnych Skorpionach”. Co półelfka uznała to ewidentny dowód braku gustu jej nowych kompanów. Mimo to nie zaskoczyło jej to zbytnio, więcej się po losowej zgrai awanturników nie spodziewała. Zresztą, może ich tak, ale czy ją ktoś o zdrowych zmysłach porównałby do jakiegoś opancerzonego pająka z jadowitym ogonem? „Phi. Czerpią dumę ze swojej pomysłowości. Tak jak małpa ze znalezienia kija. Ale cóż, będę robić to, co oni. Do czasu...”


Następnego dnia razem ze wszystkimi w napięciu czekała na ogłoszenie wyników. Nie było to jednak zgodne z jedną z jej dewiz życiowych, która głosiła „Niektórzy czekają na swoją kolej. Inni zaś biorą to, co do nich należy!”. Stąd była niezwykle podminowana i poddenerwowana. Z rana Tabat zaniósł ich zgłoszenie, a gdy wrócił, rzekł, iż po południu powinni usłyszeć wyniki. Po dodaniu do tego nocy spędzonej w przybytku niższej klasy niż ta, do której przywykła, nie wspominając już nawet o jakości wyszynku, stała się wręcz nieznośna. Na szczęście siedziała na uboczu, więc jak dotychczas jej irytacja nie miała się na kim skanalizować. Drobne, niemal niezauważalne płomyczki jednak zaczynały tańczyć na końcu jej palców i kosmyków włosów. Co było ewidentnym znakiem nadchodzącego stanu wrzenia.

Łotrzyca nie lubiła przegrywać, zwłaszcza czekając bezczynnie i polegając na ślepym losie. Co by miała zrobić w razie porażki? Po prostu obrócić się na pięcie i odejść? Przez jakichś kopniętych kapłanów, którzy nawdychali się za dużo kadzideł i opracowali zupełnie durny sposób wyłonienia zwycięzców? Po drugie nawet nie wiedziała, po co ta cała farsa z wyborami. Czy nie była dość doskonała, by zakwalifikować się bez jakiś głupich testów? Jak mogli wątpić w jej geniusz?! Tak też siedziała przy stole w rogu izby, z nogą założoną na nogę, zaś jej uniesiona stopa poruszała się nerwowo, niby w takt rozlegającej się wokoło muzyki. Oblicze półelfki wyrażało skrajną niecierpliwość. Miała ściśnięte mięśnie twarzy, agresywnie wydęte usta i zadarty nosek, wypuszczający pospieszne strumienie rozgrzanego powietrza. „Po co te zbędne formalności? Wiadomo, że to my wygramy. My mamy Lavenę, a nasi wrogowie nie mają Laveny. Wynik jest zgoła oczywisty. Może wypadałoby pospieszyć nieco te klechy?!” przemknęło jej galopem przez myśl. Niespodziewanie usłyszała głos Bahadura.
A ty, moja droga, zamierzasz w tych drogich fatałaszkach iść do grobowca, czy masz coś praktyczniejszego i mniej rzucającego się w oczy na stanie? — zapytał beztrosko, uśmiechając się szeroko i zarazem popijając wina.
Wszystko działało jej na nerwy, atmosfera zabawy działała jej na nerwy, duszący dym z fajek wodnych działał jej na nerwy, wesołe gderanie i kupczenie wokoło działało jej na nerwy, no i samo oczekiwanie działało jej potwornie na nerwy. Ifryt nawet nie miał pojęcia jak źle trafił. Dziewczyna nabrała rumieńca, nadęła się jak balon i parsknęła.
— Uuhh... spójrz tylko na siebie! Sam masz mniej więcej tyle wdzięku, co niedźwiedź w rui. W czym przeszkadza ci mój ubiór? Przecież jest praktyczny! Do tego bardzo szykowny! Pierwszy raz widzisz prawdziwą profesjonalistkę? Spokojnie, w razie czego będę robić wszystko powoli, pozwolę ci nadążyć.
Nie wiadomo jak tamten to odebrał, lecz szybko zniknął. Zagadując potem wąsatego oberżystę. Szynkarz wkrótce i ją samą zagadnął, a także resztę jej towarzyszy. Wiśniowowłosa tylko prychnęła, widząc jego szeroki uśmiech. W wzburzonym stanie emocjonalnym wydał się jej wielce perfidny i szyderczy.
— Obejdzie się — rzuciła oschle — Jeśli naprawddę chcesz mi pomóc, to idź do Wielkiego Mauzoleum i kopnij centralnie w rzyć najwyższego kapłana Pharasmy. Ot co!
 
Alex Tyler jest offline  
Stary 26-11-2020, 08:03   #7
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Jasar zdecydowanie podzielał opinię Bahadura na temat strojów, nadających się - lub nie - do penetrowania podziemi.
Eleganckie wdzianko wyglądało szykownie, ale wystarczyło pobawić się parę chwil w zakamarkach pałacyku czy w ogrodzie, a już guwerner załamywał ręce... a nie tylko Jasar nadawał się do wanny.
Ale Lavena tak się nabzdyczyła, że Jasar poczuł się w obowiązku podnieść ją nieco na duchu.

- Piękna kobieta powinna mieć odpowiednią oprawę - powiedział do Bahadura. - Tak jak piękny, drogocenny kamień.

Prawdę mówiąc zastanawiał się, czy pod tą piękną oprawą kryje się coś wartościowego, czy może też półelfka nie potrafi nic innego, jak tylko obrażać się i sypać złośliwościami, niepotrzebnie zniechęcając do siebie innych. Księżniczka z gatunku, co są stworzone by leżeć i pachnieć.
Oby się mylił...

- Może spytamy Faarhana, czy panienki nie urządzają prywatnych pokazów? - z lekkim uśmiechem zwrócił się ifryta.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 26-11-2020 o 11:12.
Kerm jest offline  
Stary 26-11-2020, 09:52   #8
Czepialska Moderatorka
 
Alex Tyler's Avatar
 
Przynajmniej Jasar w tym kolorowym towarzystwie zdawał się nie być ordynarnym barbarzyńcą i mieć odpowiednie podejście do dam. Na moment złość kobiety zastąpiła zwyczajowa arystokratyczna wyniosłość i kurtuazja.

— Masz zupełną rację, wszechroztropny Jasarze — powiedziała zmanierowanym stylem, jak zwykle zaczynając pochlebstwem, kiedy kierowała słowa do stronnika — Obrazą dla bogów byłoby ukrywać i oszpecać to, co z takim pietyzmem stworzyli. Piękno winno odpowiednio się prezentować i zawsze stać na piedestale. Bo piękno na to jest, by zachwycało. Wzbudzało podziw w sercach wielkich i maluczkich, inspirowało do tworzenia wspaniałych dzieł artystów. Prawda może być dla mędrca, zaś piękno zawsze będzie dla wrażliwego serca. Powiedziałabym, a Shelyn mi świadkiem, że wręcz tajemnica życia leży w poszukiwaniu piękna! Niektórym to jednak obce, małostkowość każe im wzgardzić nadarzającą się okazją do zapoznania z tym zjawiskiem. Prawie mi ich żal...

Zawiesiła teatralnie głos, rzucając niemal niezauważalne, acz wymowne spojrzenie w kierunku Bahadura. W sumie ten wybuch i komplement od Mukhtara nieco załagodziły jej napięty stan. Musiała jednak przyznać, że niszczenie impertynentów dodawało życiu uroku.

— Szlachetny Jasarze, skoro udało nam się nawiązać nić porozumienia, ponad... ekhm... wąskimi horyzontami? Obiecuję, że kiedyś opowiem ci krótką dykteryjkę, o tym co jest trudnego w byciu księżniczką... — rzekła, po czym uśmiechnęła się i mrugnęła do niego okiem. Następnie wróciła do nużącego oczekiwania na wyniki, pozwalając mu skupić wzrok na tancerkach. Jego szczęściem nie słyszała dalszej wymiany zdań między nim a Bahadurem, bo oceniłaby go dość niepochlebnie (co w sumie do wielkich dokonań nie należało). Siedziała więc i nadal zamiatała stopą powietrze. Wiedziała, że nie będzie potrafiła skupić się na niczym innym, dopóki nie dowie się, że wygrała. A wygrać musiała.
 
Alex Tyler jest offline  
Stary 26-11-2020, 14:39   #9
 
Stalowy's Avatar
 
Dyskusja o ubiorze i urodzie oraz o ponętnościach tancerek sprawiła że Grimm całkiem stracił zainteresowanie rozmową. Nie był wyposzczonym dzikusem by pożerać wzrokiem kobiety. Co zaś do ubioru i piękna to mógłby rzucić kilka pustynnych mądrości ale każda z nich szydziła z postawy Laveny, a al-Jabbar czuł gdzieś z tyłu głowy że dziewczyna właśnie uskuteczniała jakąś towarzyską grę w której krasnolud wolał nie mieszać ani uczestniczyć.

- I jeszcze hookah poproszę, gospodarzu. - dodał do swojego zamówienia.

Czekając na używki i przekąskę odwinął kawałek płótna z topora i siedząc na wygodnych poduchach zaczął polerować ostrze przy pomocy delikatnej czerwonej szmatki. Pomrukiwał przy tym cicho, co dało się rozpoznać po bliższym wsłuchaniu jako modlitewny zaśpiew.
 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 26-11-2020 o 20:33.
Stalowy jest offline  
Stary 26-11-2020, 18:15   #10
 
Ayoze's Avatar
 
Tropiciel nie spodziewał się takiej odpowiedzi ze strony Laveny, ale mówiąc szczerze trochę go ona rozbawiła. Pewnie w innych okolicznościach zareagowałby inaczej, ale był w luźnym, zabawowym nastroju.
- Ludzie i nie-ludzie różnie już na mnie mówili, ale nigdy nie porównywali mnie do niedźwiedzia w rui - rzucił wesoło, uśmiechając się do niej, czym pewnie jeszcze bardziej ją zdenerwował. - Swoją drogą ciekawe masz zamiłowania, skoro wiesz, jak wygląda niedźwiedź w rui. Twoje ciuszki nie wskazują, że lubisz podglądać zwierzęta w intymnych sytuacjach. No ale co kto lubi. - Uniósł ręce w geście poddania, a uśmiech wciąż nie znikał z jego twarzy. - A pozostając przy ciuchach, to nosisz chociaż jakąś skórznię pod tym kolorowym “czymś”? Bo w katakumbach bez dobrej osłony będzie ciężko. Tylko mówię... nie musisz mi wierzyć, bo i nie wyglądasz na kogoś, kto w jakichkolwiek katakumbach kiedykolwiek był.

“Właściwie to mi wyglądasz na kompletną amatorkę, która ma o sobie za duże mniemanie”, ale to już zostawił dla siebie. Nie było sensu podgrzewać i tak gorącej atmosfery, jaka panowała w karczmie i na zewnątrz. Jeszcze się dotrą. Albo nie. Kochać się nie musieli, mieli ze sobą współpracować w czasie eksploracji nekropolii a po wszystkim ich drogi mogą się już nigdy więcej nie przeciąć.

Z rozmyślań wyrwały go słowa Jasara, na które Bahadur wyszczerzył się w białym uśmiechu i poklepał mężczyznę po ramieniu.
- I to podejście mi się podoba, przyjacielu - powiedział nieco ściszonym głosem. - Zapytamy, ale po powrocie z Mauzoleum. Tylko w razie czego będziesz mnie musiał poratować finansowo, bo u mnie prawie sucho w sakiewce. A jak te dwie zgrabne damy nie są do wzięcia, to po tym, jak uda nam się odwiedzić grobowiec i wynieść co nieco, na pewno niejedna będzie chciała z nami dzielić łoże. - Mrugnął do niego z szelmowskim uśmiechem. Z życia trzeba było brać, niczego nie żałować. Zwłaszcza zajmując się na co dzień rzeczami, które mogły to życie szybko ukrócić.
 
Ayoze jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168