Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-08-2021, 08:21   #1
 
Mroku's Avatar
 
[Pathfinder 2ed.] Upadek Plaguestone





Arodus 1, AR 2719,
droga między Elidir a Almas,
przed południem.

Minęły trzy dni odkąd opuściliście Elidir, podróżując wraz z krasnoludem Bortem Bargithem w kierunku Almas, stolicy Andoranu. Każde z was znało kupca od jakiegoś czasu - jedni dłużej, inni krócej, jednak wszyscy wiedzieliście, że nie dało się o nim powiedzieć niczego złego. Bort był wesołym, optymistycznie nastawionym do życia krasnoludem o złotym sercu. Jego przeciwieństwem była kierowniczka karawany, dobrze zbudowana półorczyca Tamli Grent, która szorstkim podejściem i twardą ręką trzymała pochód pod kontrolą. Dbała, by wszystko było dopięte na ostatni guzik, tak w drodze, jak i na popasach.

Oprócz niej w składzie karawany znajdowała się jeszcze milcząca, wycofana Glunda Greenleaf, druidka zajmująca się zwierzętami, Olf i Ulf Redfren, ulfeńscy bliźniacy lubiący sobie żartować z wszystkiego i wszystkich, czasami ubierając się nawet w ten sam sposób, by łatwo było ich ze sobą pomylić oraz Milo Stoutgrass zwany "Kuchcikiem" ze względu na funkcję, jako sprawował w karawanie. A był w swojej profesji na tyle dobry, że każdy zachwalał przygotowywane przez niego potrawy. Choć nie każdy lubił, gdy niziołek z zaangażowaniem rozwodził się nad każdym dodanym składnikiem i kolejnością wykonywanych czynności w powstawaniu "dzieła".

Podróż póki co mijała bez żadnych niespodzianek a kiedy dziś rano zwijaliście obóz i zbieraliście się do drogi, Bort ogłosił, że przed zmrokiem powinniście dotrzeć do miasteczka Etran’s Folly, gdzie obiecał opłacić ze swojej kiesy pokoje dla wszystkich. Bliźniacy przy okazji tego stwierdzenia zaczęli uśmiechać się pod nosem, a zapytani, co ich tak bawi, odrzekli, że nocowanie w Plaguestone - bo tak nazwali Etran's Folly - jest tak samo przyjemne, jak nocowanie na polu albo w lesie. Wyglądało na to, że wkrótce sami się przekonacie.

Wozy podskakiwały i skrzypiały na źle utrzymanej drodze, gdy rozglądaliście się czujnie dookoła. Ta część Isger była słabo zaludniona, składała się w głównej mierze z pól, lasów i małych gospodarstw wiejskich. Była to kraina o umiarkowanym klimacie, z częstymi lekkimi deszczami i przyjemnie orzeźwiającym w lecie wietrze. Szlak wił się przez niziny, wzdłuż strumieni i przez niewielkie lasy. Dzień był bardzo ciepły a na niebie ciężko było dostrzec choćby jedną chmurę, przez co słońce przypiekało niemiłosiernie. Zajmowaliście ostatni wóz kierowany przez Glundę, rozmawiając ze sobą i zerkając na otaczający was z obu stron bór. Druidka jak zwykle była milcząca i jedynie co jakiś czas odzywała się do prowadzonych przez siebie zwierząt.
 
Mroku jest offline  
Stary 03-08-2021, 13:52   #2
 
Bellatrix's Avatar
 
Nie pamiętała już dokładnie, kiedy wyruszyła ze świątyni, ale nie było to w sumie ważne. Każdy kolejny dzień w drodze chłonęła całą sobą, bo każdy - choćby nawet najspokojniejszy - był czymś innym, niż ciągle te same, powtarzające się rzeczy i ćwiczenia w klasztorze. W końcu mogła zobaczyć trochę świata i poznać nowe miejsca oraz ludzi. Jako osoba, w której żyłach płynęła ifrycka krew, Kori szybko się nudziła i co chwilę musiała skupiać się na czymś nowym. Pewnie tylko dlatego, że miała predyspozycje do tego, by zostać kapłanką, nie wyrzucili jej z nauk a siostry zakonne miały do niej anielską cierpliwość.

Krasnoluda Borta poznała zupełnie przypadkowo, w jednej z karczm w jakiejś małej mieścinie. Akurat wyszedł za potrzebą a Kori wracała z wieczornego spaceru i była świadkiem, jak dwóch obszczymurków próbuje go obrabować. Dzięki swoim umiejętnościom szybko ich przegoniła, a z kupcem od słowa do słowa doszli do wniosku, że fajnie będzie, gdy kapłanka zasili jego karawanę. Ifrytce to pasowało, bo dzięki temu codziennie będzie w nowym miejscu, no i nie będzie podróżować sama.

I tak już podróżowała z karawaną Borta dobrych kilka tygodni. Pozostałym dała się poznać jako żywiołowa, wygadana i wesoła kobieta, która nie może długo usiedzieć w jednym miejscu. Ze wszystkich współpracowników krasnoluda najwięcej czasu spędzała z Milo, gdyż gotowanie było jej pasją i miała do tego dziwny dryg - przychodziło jej to zupełnie naturalnie i nawet nie przeszkadzały jej zbytnio wywody Kuchcika na temat przeróżnych potraw, bo lubiła uczyć się nowych rzeczy. Najmniej po drodze miała z półorczycą Tamli, która niepotrzebnie czasami tyle krzyczała (jakby nie można było po prostu powiedzieć czegoś spokojnie, w końcu nikt nie był głuchy) i Glundą, choć te relacje były raczej neutralne, gdyż obie były zupełnymi przeciwnościami: druidka była spokojna i zdystansowana, wolała spędzać czas ze zwierzętami niż z ludźmi, co Kori nie dziwiło. Z Ulfem i Olfem czasami sobie pożartowała a z Aelfrikiem, Eshu i Galdorem utrzymywała dobre relacje.

Na słowa bliźniaków uśmiechnęła się tylko szeroko, prezentując ładne, równe białe zęby.
- Oj, nie może być aż tak źle - powiedziała. - Mimo wszystko zawsze lepiej, jak na głowę nie kapie, można się w spokoju wykąpać, zjeść przy stole i zasnąć w wynajętym pokoju, mając pewność, że w nocy nikt nie poderżnie ci gardła z zaskoczenia. No chyba, że tam jest gospoda, w której nie można wynająć pokoju na noc, to inna sprawa. Ale i tak będzie dobrze, zobaczycie.

Kori była dość wysoką kobietą o figurze klepsydry i dość wydatnym biuście. Twarz miała ładną, nosek prosty i lekko zadarty, usta pełne, a w niebieskich oczach tliły się szkarłatne węgliki zdradzające jej pochodzenie. Tak samo jak długie, niemal krwisto rude włosy, których końcówki czasami zamieniały się w czysty ogień. Ubrana była jak typowy podróżnik a dominującymi motywami jej ubioru była czerń i czerwień. Na szyi można było ujrzeć wiszący symbol jej bogini - Sarenrae. Miała przy sobie jedynie sztylet i torbę podróżną, ale ktokolwiek spróbowałby zrobić jej krzywdę, szybko przekonałby się o swoim błędzie.

- A dlaczego w ogóle mówicie na to miejsce Plaguestone? Bort mówił, że nazywa się Etran’s Folly. - Zapytała Ulfa. Albo Olfa. Nie potrafiła ich rozróżnić.
- Etran’s Folly to oficjalna nazwa, ale ze względu na zarazę, jaka przeszła przez miasteczko, lokalni i nielokalni nazwali je Plaguestone. Od kamiennego cokołu w centrum miasta, przy którym w sposób bezpieczny karmiono chorych i umierających. Mieszkańcy zostawiali jedzenie przy kamieniu, a chorzy w zamian wkładali monety do dziury w nim, która wypełniona była octem, aby oczyścić miedź i srebro z wszelkich śladów zarazy. Tak przynajmniej mówią - odparł jeden z bliźniaków. - Miasto nigdy się z tego nie podźwignęło, część domów na obrzeżach jest opustoszała.
- No proszę, czyli odwiedzimy ciekawe miejsce - rzuciła Kori. - W takim jeszcze nie byliśmy, odkąd z wami podróżuję. Z chęcią sprawdzę na własne oczy, jak to teraz wygląda.

Przeniosła wzrok na Aelfrika, Galdora i Eshu.
- To co, panowie, jak będzie możliwość, to dzisiaj się napijemy, no nie? - Uśmiechnęła się łobuzersko. Bawić się, tańczyć i pić uwielbiała niczym rasowa najemniczka. - Dobrze będzie się trochę odmulić po tych kilku dniach w drodze. - Zakończyła, czekając na odpowiedź kompanów i jednocześnie rozglądała się po okolicy.
Często wyglądała jakby była rozkojarzona, ale to było błędne odczucie: tak naprawdę jej umysł wciąż pozostawał ostry i analityczny.
 
Bellatrix jest offline  
Stary 03-08-2021, 17:58   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Świat był wielki, dużo większy, niż kiedyś wyobrażał to sobie chlopiec, słuchający opowieści ludzi, którzy zatrzymywali się przejazdem w jego wiosce. Świat był nie tylko wielki, ale krył też w sobie wiele tajemnic, a Galdor miał zamiar poznać choćby kilka z nich.
Im więcej, tym lepiej.
I to był jeden z powodów, dla których wyruszył w świat.
A o innych nie opowiadał. Podobnie jak nie wspomniał ni słowem o przyczynach, dla których dość pospiesznie opuścił Elidur.

* * *


Podróż karawaną Borta nie należała do zbyt szybkich i zbytnio ciekawych, ale Galdor nie zamierzał narzekać, jako że ostatnie miesiące jego życia pełne były emocjonujących wrażeń, po których - jego przynajmniej zdaniem - należał mu się jakiś odpoczynek. Siedział więc wygodnie na wozie, od czasu do czasu rozglądał się po okolicy, by po chwili przerwać nudę podróży rozmową z towarzyszami. Rozmową lub piosenką, bowiem Galdor 'uzbrojony' był w lutnię, która (chociaż nie był bardem czy innym truwerem) służyła mu nie tylko do ozdoby.

Słysząc pytanie Kori Galdor również się uśmiechnął.
- Możemy się nieco zabawić, nawet jeśli ktoś zamiast w łóżku wyląduje pod stołem - zażartował.
Osobiście nie przepadał za rozrywkami typu 'spij się na umór", ale innym tego nie zabraniał.
- Tańce, hulanki i swawole będą miłym przerywnikiem w podróży - dodał z lekkim uśmiechem.
 
Kerm jest offline  
Stary 03-08-2021, 21:04   #4
Rey
 
Rey's Avatar
 
Świat w rozumieniu Eshu Musy dzielił się na dwie części, tę która była Bortem Bargithem i całą resztę. Chłopak po prostu ubóstwia krasnoluda i jeśli tylko mógł nie odstępował go na krok zawsze pozostając w jego cieniu. Starał się przy tym naśladować swego idola tak w słowie jak i czynie, a jedynym wyjątkiem od reguły jak się zdawało było piwo. Próbował raz tego bursztynowego trunku i z pełnym przekonaniem mógł stwierdzić, że nie chce mieć z nim nic wspólnego, nigdy więcej w swoim życiu. Na pierwszy rzut oka przypominało słodki aromatyczny miód, chodź rzadszy, jednak w smaku było zupełnie inne, gorzkie. Mało tego, po wypiciu już niewielkiej ilości Eshu odnosił wrażenie jakby świat nagle postanowił się zabawić jego kosztem i tańczył wywijając dzikie piruety wokół jego głowy, co wspomniana głowa do spółki z żołądkiem znosiła z wielkim trudem. Jakby tego było mało, nazajutrz miał wrażenie, że po jego czaszce przespacerował się słoń bojowy, i to nie zwykły ale cierpiący na nadwagę.

Kiedy nie pełnił roli krasnoludzkiego cienia, Eshu zajmował się najróżniejszymi rzeczami, zwykle Tamil znajdowała mu jakieś zajęcie, a jeśli nie to miał zwyczaj wypuszczać się w dzicz, skąd często przynosił małe ptaki bądź dzikie owoce, nic wielkiego ale w sam raz by urozmaicić dietę.

W kontaktach z każdym kto Bortem nie był Eshu był bardzo powściągliwy, nie to, że był milczkiem jak druidka, ale odnosiło się wrażenie, że cały czas uważa by nie powiedzieć lub nie zrobić czegoś niewłaściwego, czegoś z czego Bort mógłby nie być zadowolony.

To zresztą nie jedyne co było dziwne w Eshu. Chłopak na oko miał dziewiętnaście, może dwadzieścia lat, skórę w tak głębokim odcieniu brązu, że wydawała się czarna niczym obsydian i nie mniej ciemne brązowe źrenice. W dodatku był wysoki, nie żeby jakoś potężnie zbudowany, po prostu wysoki, mierzył bowiem dobrze ponad dwa metry. Był szczupłym dobrze zbudowanym mężczyzną o szlachetnych regularnych rysach. Gdy tylko było cieplej starał się nosić tylko tyle ubrania by zachować przyzwoitość. Brał wówczas kompiele słoneczne i w przeciwieństwie do jasnoskórych słońce nigdy go nie parzyło, a w każdym razie trudno było dostrzec poparzenia słoneczne na jego ciemnej skórze.

Zazwyczaj spokojny i uprzejmy Eshu miał jak się wydawało też inne oblicze. Choć za Bortem biegał niczym szczeniak za swoim panem i z nieukrywaną radością spełniał każde polecenie krasnoluda, to już w przypadku Tamil było inaczej. Wprawny obserwator mógł zauważyć, że gdy półorczyca kazała Eshu coś robić, jego spojrzenie stawało się twarde i zimne, by po czasie krótszym niż uderzenie serce stać się na powrót łagodne. Lecz prócz łagodności było tam jeszcze inne uczucie malujące się na twarzy Eshu, coś co bardzo przypominało wstyd.

Podobnie też podczas rozmowy, często zdarzało mu się wykazywać ciekawością którą można by porównać tylko z ciekawością małego dziecka. Po chwili zaś rozmówca mógł odnieść wrażenie, że zza brązowych oczu spogląda starzec z bagażem doświadczeń większych niż większość ludzi mogła by zgromadzić przez całe życie. I kiedy już wydawało się, że maska zsunie się z twarzy Eshu by obnażyć jego prawdziwe oblicze, ten na powrót wycofywał się do twierdzy swej spokojnej uprzejmości.

***

Informację o tym gdzie spędzą noc przyjął z obojętnością, jeśli Bort mówił, że ma tam spać to tam będzie spał. Jakby bort kazał mu stać się nagle białym to Eshu zrobiłby wszystko by wybielić skórę. Tym bardziej nie rozumiał o co tyle rabanu. Zajął swoją ulubioną pozycję w cieniu krasnoluda i nasłuchiwał jak rozwinie się sytuacja.

Na pytanie Kori nie odpowiedział, a jedynie skierował pytający wzrok na krasnoluda. Jasnym było dla każdego, że to od brodatego kupca zależało co chłopak będzie robił.
 
Rey jest offline  
Stary 06-08-2021, 16:17   #5
 
Asmodian's Avatar
 
Żołnierz fortuny, najemnik, czasem grasant, czasem ochroniarz. Życie Aelfrica nidgy nie było łatwe, ale też nie narzekał na swój los, przyjmując go z fatalizmem właściwym chyba każdemu wojownikowi, który już dawno pogodził się z faktem, że każda potyczka i starcie może być zarazem ostatnim. Większość wojowników cieszyło się więc każdą, daną im chwilą, tym bardziej nadarzającą się okazją do najzwyklejszej zabawy. I nawet koszmarne wręcz mruki lubiły czasem ostro popić, potańcować, choć zakończenie takich zabaw w wydaniu wojowników nie należało czasem na najmilszych. Opróżnione przez nich kufle nie raz i nie dwa pękały na czyjejś czaszce, a czasem atmosfera robiła się dosłownie gorąca, kiedy uwalniano ognistego kura.

- Jeśli panienka stawia, to z miłą chęcią wypiję kilka kufelków - odparł basowym, głębokim głosem wojownik, jadący na swoim kasztanowym koniu. Jako jedyny nie jechał na wozie, ale przyczyną tego nie była jakaś niechęć do przypadkowych nieco towarzyszy podróży, lub jakieś zabobony. Po prostu konno dużo prościej było robić to, do czego się zobowiązał, czyli pilnowania tyłów, boków i przodu kolumny wozów, brnących powoli przez Isger.

Wojownik, który tak śmiało odparł dziewczynie, wesołej i energicznej niczym ognisko, był człowiekiem o imponującej posturze, co powodowało, że przy jego wzroście, jego wierzchowiec wydawał się lichy niczym zabiedzona chabeta. Wysoki na dobrze ponad sześć stóp wzrostu, o barkach i karku szerokim niczym u niedźwiedzia, które ledwo mieściły się w opinającej go zbroi. Stalowe i żelazne paski które składały się na kirys ciasno opinały ogromną klatkę piersiową, a mocarne, nabite muskułami ramiona mocno trzymały wodze wierzchowca. Długie nogi, okryte obszernymi szarawarami, według mody ludów północnych mocno ściskały boki wierzchowca, powodując nim bez widocznego wysiłku.
Żelazny hełm z narzuconą na szłom wilczą czapą okrywał głowę, skrywając kaskadę długich, czarnych włosów a pozszywane prowizorycznie wilcze skóry opadały na plecy wojownika niczym jakiś barbarzyński płaszcz. Długa broda i takież wąsy okalały masywną szczękę mężczyzny, podzwaniając czasem nawleczonymi na niej mosiężnymi skuwkami.
Rynsztunek wojownika nie zdradzał jego pochodzenia, będąc typową dla najemników mieszaniną trofeów i łupów wojennych. Andurańska paskowa zbroja, quadirski sztylet, miecz i tarcza z północnych krain. Wszystko naoliwione i dobrze utrzymane, choć znać było po nich, że używane były często.
Krasnolud mógłby powiedzieć, że Aelfric przybył z północy. Dwaj bliźniacy zaś mogliby na pewno powiedzieć, że mimo Linnormskiej tarczy i ulfeńsko brzmiącego nazwiska nie był ich krewniakiem. Skóra jego miała znacznie ciemniejszy odcień, a czarne włosy Aelfrica nie były charakterystyczne dla Ulfenów. Akcent i nieco barbarzyńskie maniery przypominały nieco mowę ludu Kellidów, zamieszkujących niektóre regiony ziemi w pobliżu Korony Świata.

Bycie wielkim i silnym jak niedźwiedź miało swoje zalety. Na przykład wtedy, kiedy zaczepiał go jakiś zawalidroga. Wtedy Aelfric najczęściej wstawał z ławy i liczba naprzykrzających się szybko topniała niczym śnieg w słoneczny dzień. Rynsztunek, pieczołowicie zbierany i kolekcjonowany z bitewnych pól również mógł robić wrażenie, przynajmniej na takich, co to wojenne rzemiosło oglądali nierzadko zza płotów swoich farm, kiedy wojska ich panów ciągnęły na wojnę, lub po prostu paradowały przez włości.

W obecnej chwili, w skwarze gorącego, Cheliakijskiego słońca, gotując się niemal w paskowej zbroi krytej wilczą czapą, Aelfric poważnie myślał nad zabiciem kogokolwiek za kufel zimnego piwa.
 
__________________
Iustum enim est bellum quibus necessarium, et pia arma, ubi nulla nisi in armis spes est
Asmodian jest offline  
Stary 07-08-2021, 10:30   #6
 
Mroku's Avatar
 
Koła wozów turkotały po nierównej, leśnej drodze a wy umilaliście sobie czas rozmowami na przeróżne tematy. Było spokojnie, od samego rana nie minął was ani jeden wóz kupiecki, czy inny podróżny. Piękna okolica w tych rejonach sprawiała wrażenie zupełnie dziewiczej i nietkniętej dłonią człowieka. Gdzieniegdzie jedynie, na delikatnych wzniesieniach w oddali dostrzegaliście pojedyncze gospodarstwa.

Zostawiliście za sobą las a droga wiła się przez kolejne pół godziny między złoto-zielonymi polanami by w końcu znów wprowadzić wozy w objęcia gęstego boru. Wiatr poruszał delikatnie koronami drzew, między którymi słychać było wesoły szczebiot ptaków. Powietrze było tu chłodniejsze, co w połączeniu z cieniem, który oferowały drzewa, było przyjemnym wytchnieniem od palącego słońca.

Przed pierwszym dzwonem Bort zarządził postój na sporej polance przytulonej do ściany drzew po lewej stronie od głównej dróżki. Zostawiliście wozy przy drzewach a Glunda niemal od razu ruszyła, by nakarmić zwierzęta. Podczas gdy wy prostowaliście kości, Milo wyskoczył ze swego przerobionego na kuchnię wozu, taszcząc spory gar i miedziany czajnik.
- Zjemy suchy prowiant - powiedziała Tamli tonem nieznoszącym sprzeciwu, gdy zobaczyła, co wyprawia niziołek.
- Co to, to nie - odparł jej Kuchcik. - To suche żarcie to jest dobre dla koni. Nasze żołądki zasługują na coś lepszego. Może i zejdzie nam się tutaj chwilę dłużej, ale przynajmniej zjemy coś ciepłego. Bo jak ciepło na brzuszku, to i od razu nastrój lepszy.
- Czy ty mnie nie… - Zaczęła półorczyca, ale przerwał jej Bort.
- Daj spokój, Tamli. Jeśli Milo chce coś ugotować, to niech ugotuje. Przyda nam się odpoczynek. Od tych wybojów na drodze już mnie tyłek boli. - Krasnolud uśmiechnął się ciepło.

Półorczyca jedynie mruknęła coś pod nosem i ruszyła w stronę wozów.
- Będę potrzebował ogniska, nanieście no drewna z okolicy - powiedział Milo. - Zjemy gulasz, co się jeszcze z wczoraj ostał. Do tego będzie herbatka owocowa przepisu mojej kochanej mamusi. Co prawda zacząłem już grzać jedzonko w wozie, ale oko mi się przymknęło w podróży i jeszcze nie jest dobrze ciepłe.

Olf i Ulf ruszyli do lasu i niedługo później nanieśli przeróżnych gałęzi, z których szybko rozpalono ognisko. Milo z pomocą Kori rozstawili prowizoryczny ruszt, na który poszedł wielki gar, w którym znalazł się rzeczony gulasz.


Nie trzeba było długo czekać, by zapach potrawy rozniósł się po okolicy i wykręcał żołądek na drugą stronę. Kuchcik doglądał strawy, jednocześnie gotując wodę na herbatę. W końcu wszyscy zasiedli wokół ogniska a niziołek wespół z Kori nalali każdemu do miski jego część strawy, rozdając przy okazji pajdy całkiem jeszcze świeżego pieczywa. Kto chciał, mógł skosztować ciepłej, owocowej herbaty.

- Jak zwykle palce lizać! - rzucił wesoło jeden z bliźniaków, zajadając się gulaszem.
- Jesteś prawdziwym mistrzem kucharzenia - dodał drugi.
- Dziękuję, dziękuję. - Milo się zarumienił. - Ponoć najlepiej ten gulasz smakuje na trzeci dzień, ale w tych temperaturach lepiej nie sprawdzać i zjeść wszystko dzisiaj.
- Odnośnie jedzenia, to przypomniała mi się pewna historia… - Odezwał się Bort i zaśmiał pod nosem. Wiedzieliście, że krasnolud właśnie przy takich okazjach uwielbiał opowiadać przygody ze swojego kupieckiego życia. - Z was wszystkich tylko Tamli i Milo mogą ją pamiętać, bo reszta z was jeszcze z nami nie podróżowała. W każdym razie, kilka dobrych lat temu podróżowaliśmy jednym ze szlaków handlowych w Górach Pięciu Królów, gdy na jednym z popasów spotkaliśmy ognistego olbrzyma. Chciał nas oczywiście zjeść, ale udało mi się go przekonać, by najpierw spróbował najlepszej zupy, jaką kiedykolwiek jadł, ze specjalną, pikantną przyprawą z dalekich krajów. Olbrzym dał się nabrać, a ja, zamiast wsypać tam tę przyprawę, dosypałem nasion rośliny zwanej lodowym kwiatem. Gdy tylko olbrzym skosztował bulionu, ten zamroził mu usta, a my uciekaliśmy, jakby się za nami paliło. - Zaśmiał się.
- Tak, teraz, z perspektywy czasu to przyjemna opowieść, ale pamiętam, że wtedy prawie narobiłem w spodnie - rzucił Milo, śmiejąc się głośno a Olf i Ulf uczynili to samo.


Cała trójka szybko zamilkła, gdy wszyscy dostrzegli wyłaniające się z leśnej kniei drapieżniki. Konie przy wozach zaczęły rżeć i stawać dęba, próbując wyrwać się z zaprzęgu. Tuzin wilków wyszło bezgłośnie na polanę, powarkując i obnażając ostre kły. Zwierzęta otaczały obóz, jednak gdy bliżej im się przyjrzeliście, zauważyliście, że wszystkie wyglądają na chore - były wychudzone, ich sierść pozlepiana ze sobą w wielu miejscach, gdzieniegdzie można też było ujrzeć na ich grzbietach i łapach dziwne rany z których sączył się zielony płyn. Śmierdziały mokrym psem i czymś ciężkim do opisania.
- Glunda, zajmij się zwierzętami. Reszta… - rzucił Bort, sięgając po topór leżący obok miejsca, w którym siedział. Nie dokończył, gdyż wilki rzuciły się w waszą stronę niemal w jednym tempie.
 
Mroku jest offline  
Stary 09-08-2021, 09:01   #7
 
Bellatrix's Avatar
 
Kori uśmiechnęła się do Aelfrica.
- No i takie podejście lubię i szanuję - powiedziała. - Chociaż nie mam za dużo pieniędzy, to jeszcze na parę kufelków dobrego piwa zostało. Chociaż sama preferuję wino. No i na pewno Bort też coś postawi, więc o suchych ustach siedzieć nie będziemy.

Porozmawiała jeszcze chwilę z towarzyszami na jakieś przyziemne tematy, a potem zatopiła się w rozmyślaniach. Nieczęsto jej się to zdarzało, ale jak już się zdążyła przekonać wiele razy, czasami jej gadulstwo tylko denerwowało innych, więc “dozowała” im te przyjemności, jakimi była rozmowa z nią. Poza tym każdy zasługiwał na chwilę spokoju, nawet ona czasami się na tym łapała.

W końcu postanowiono rozbić mały obóz, więc Kori od razu zabrała się za pomaganie Milo w przygotowaniu strawy. Rozmowę między Tamli a Kuchcikiem skwitowała jedynie szerokim uśmiechem. Nie wtrącała się, bo nie było sensu kłócić się z wielką półorczycą, poza tym Bort i tak postawił na swoim. Pomogła więc wytargać z niziołkiem gar z jego wozu, ustawili mały ruszcik nad paleniskiem a w międzyczasie kapłanka mieszała gulasz wielką, drewnianą łychą.

Tak, jak twierdził Kuchcik, potrawa rzeczywiście była lepsza na drugi dzień i Kori wsuwała, aż jej się uszy trzęsły. Na pochlebstwa bliźniaków kiwała tylko głową, zapełniając usta kolejnymi łyżkami pysznego gulaszu. Opowieści Borta słuchała z zainteresowaniem i sama miała nadzieję, że kiedyś uda jej się przeżyć podobne przygody. A jak już wróci do świątyni, będzie opowiadać wszystkim nowicjuszkom, co przeżyła przez wszystkie lata na szlaku.

Ledwo opłukała wodą z bukłaka swoją pustą miskę a na polanie pojawiła się masa warczących, dziwnie wyglądających wilków. Jakby ktoś je czymś przypalał? Nie było to jednak teraz ważne, bo trzeba było stawić im czoła i nie pozwolić dać się zjeść. Kapłanka odeszła kawałek od ogniska, jednocześnie wypowiadając słowa mocy. Już za chwilę miała nadzieję uderzyć w atakujące wilki słupem ognia.
 
Bellatrix jest offline  
Stary 09-08-2021, 13:10   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Słowo tu, dwa słowa tam... i czas płynął.

Galdor z pewnym zadowoleniem przyjął informację o postoju, głównie ze względu na możliwość skorzystania z posiłku, jaki zapowiedział Milo.
Fakt faktem - zaklinacz miał co jeść, z głodu z pewnością przed dotarciem do Plaguestone by nie umarł, a jeśli była tam karczma, to starczyłoby mu srebra na posiłek, a nawet na postawienie kolejki wszystkim. Nie chwalił się tym jednak, bo lepiej było milczeć i mieć pełną sakiewkę, niż gadać na prawo i lewo i zostać z pustym mieszkiem.
Z pewnością do opróżnienia sakiewki nie przyczyniłby się żaden z członków karawany, ale, jak powiadano, przezorny zawsze zabezpieczony, a zbyt długi ozór zgubił zbyt wielu.

Ciepły posiłek wymaga ognia, a ten ostatni - drewna. Więc i Galdor miał swój niewielki udział w organizowaniu obiadu, jako że poszedł w ślady bliźniaków i przytargał parę solidnych suchych gałęzi na ognisko.
A potem z czystym sumieniem i dużym apetytem spałaszował wszystko, co Milo przygotował do spółki z Kori.
Czy opowieść Berta dodała smaku potrawie? To trudno było ocenić, ale przyznać należało, że idealnie była związana z tematem.

Niestety, chwilę później życie dogoniło opowieść i chociaż nie pojawił się ognisty olbrzym, to stado sparszywiałych wilków było niewiele lepszym towarzystwem.

Galdor odrzucił pustą już miskę i zerwał się na równe nogi, gotów stawić czoła napastnikom.
 
Kerm jest offline  
Stary 11-08-2021, 08:42   #9
 
Asmodian's Avatar
 
Podróż przebiegała bez większych ekscesów, co Aelfric przyjął z zadowoleniem. Koń wolno stawiał krok za krokiem niosąc rosłego woja na plecach, a z faktu, iż chwilowo wjechali w las który nieco ocieniał trakt wojownik odziany w ciężki pancerz mógł być zadowolony nawet bardzo.

Zarządzony przez Borta popas był całkiem przyjemny. Temat jedzenia, który prawie poróżnił niziołka i półorczycę nie był dla wojownika ważniejszy niż kilka sążnistych łyków z bukłaka przytroczonego do jednego z wozów. Nie było to wino, tylko podróżna woda, zmieszana z odrobiną piwa by napitek nie przesiąknął zapachem i smakiem skórzanego worka. W każdym razie uparty niziołek postawił na swoim, i Aelfricowi nie pozostało nic innego, jak pomóc w przygotowaniu ogniska, przyniesieniu wody i innych, wymagających fizycznie zajęciach. Wojownik odtroczył więc swój dwuręczny topór i ruszył za bliźniakami w las, aby zaopatrzyć obozowisko w kilka solidnych porcji drewna.

Gulasz był bardzo dobry. W ogóle jedzenie w krainach południa Aelfric uważał za znacznie lepsze niż na północy. Co prawda brakowało mu nieco baraniny i jagnięciny, oraz dziczyzny, o którą łatwiej było w krainach za Koroną Świata, to jednak mięso przyrządzone przez niziołka i rudowłosą dziewczynę, która mu pomagała. Kiedy oboje krzątali się przy sprytnie urządzonej kuchni, cały obrazek wydawał się wręcz sielski, przypominając nostalgicznie te lepsze chwile w życiu wojownika. Dobrze było na to patrzeć.

Tymczasem jednak konie, w tym wierzchowiec Aelfrica spłoszyły się, chrapiąc i kwicząc głośno, wyczuwając najpewniej swoimi zwierzęcymi zmysłami jakiegoś leśnego drapieżcę. Aelfric obstawił jakiegoś misia, przywabionego zapachami gulaszu, lub może stadko dzików ryło gdzieś okolicę.
Szarych cieni i trójkątnych pysków się jednak nie spodziewał. Było lato, i wilki nie zwykły atakować dużych grup podróżnych, nie w biały dzień i nie przy zapalonym ogniu. Aelfric nie tracił jednak czasu na roztrząsanie tego dziwu natury. Zdjął tarczę z grzbietu wierzchowca, dobył długiego miecza z pochwy przy pasie i ruszył w stronę biegnącej na nich watahy.
 
__________________
Iustum enim est bellum quibus necessarium, et pia arma, ubi nulla nisi in armis spes est
Asmodian jest offline  
Stary 12-08-2021, 09:18   #10
 
Mroku's Avatar
 
opis walki: drużyna + MG.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Pierwszy z drapieżników rzucił się w stronę Galdora, kłapiąc zepsutymi zębiskami. Na szczęście zaklinacz zdołał się w porę odsunąć i uniknąć ugryzień, które mogły zostawić po sobie naprawdę poważne rany. Aelfric w tym czasie szybko rzucił się do przodu, zamierzając związać walką wielkiego, szarego drapieżcę, zanim dopadłby lżej chronionych towarzyszy. Długi miecz przeciął ze świstem powietrze w szerokim zamachu i trafił wilka prosto w pysk. Impet ciosu poniósł nieco wojownika, bo drugi, powrotny cios chybił fatalnie, omal nie wywracając wojownika na ziemię, wprost pod krwawiący pysk drapieżnika. Widząc zbliżające się wilki, Kori podniosła się od ogniska i odeszła kilka kroków, jednocześnie gestami rąk i słowami zaklęcia przywołując boskie moce. Chwilę później z jej rąk wystrzelił słup ognia, trafiając dotkliwie jedno ze zwierząt, które zawyło z bólu, gdy jego ciało pokryło się płomieniami.

Chory wilk, którego przed chwilą zranił Aelfric natarł na wojownika zębiskami. Mężczyzna zdołał część ugryzienia przyjąć na tarczę, jednak ostre zęby drapieżnika ześlizgnęły się na jego nogę, raniąc go w udo. Chwilę później wilk uczynił to po raz kolejny, dodatkowo “obdarowując” wojownika dziwnymi pchłami, które znalazły się w pobliżu krwawiącej rany. Poczuł, jak te gryzą go w nogę, a dosłownie chwilę później zaczęło kręcić mu się w głowie i oblały go zimne poty. Szczęścia nie miał również Eshu - co prawda tylko raz przypalony przez Kori wilk zdołał ugryźć zaklinacza, jednak ten również musiał poradzić sobie z pchłami, które wskoczyły na jego nogę. Udało mu się to zrobić bez problemu.

Radość Galdora z uniknięcia ataku nie trwała zbyt długo. Zaklinacz spróbował odpłacić się pięknym za nadobne, lecz atak spełzł na niczym, bowiem zwierzak uniknął elektrycznego wyładowania. Eshu sięgnął po płonącą szczapę z ogniska i próbował odstraszyć wilka, jednak na zwierzęciu nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Kolejny z drapieżników ugryzł Galdora w kostkę, na szczęście drugie kłapnięcie zębami przeszyło jedynie powietrze, gdyż zaklinacz zdołał w porę się cofnąć.
Aelfric zaklął szpetnie, czując jak obłażą go pchły. Desperacko pchnął klingą naprzód, prosto w trójkątny łeb zwinnego napastnika. Stal gładko przebiła wilczą czaszkę, przyszpilając zwierzę do ziemi. Aelfric zgrabnym ruchem pozbył się pcheł, strzepując je ze zbroi i widząc pojawienie się nowego napastnika, podniósł tarczę do góry, uderzając mieczem o jej utwardzoną metalem krawędź.
- Dawaj, ścierwo! - zakrzyknął prowokując ogromną bestię do ataku i ruszając powoli w jego stronę.


Walka jeszcze trwała, gdy wtem z lasu wybiegł wielki, dużo większy niż jego pobratymcy wilk. Nie wyglądał jednak jak normalni przedstawiciele swojej rasy. Skóra na jego grzbiecie i pysku upstrzona była paskudnymi ranami, z których sączył się zielonkawy płyn. Pysk i kufa nie posiadały sierści, jedynie paskudne blizny, jakby ktoś wcześniej przypalił je ogniem, bądź czymś żrącym. Oczy wilka zdradzały pierwotną agresję i nienawiść, gdy szczerzył ogromne, ostre kły spomiędzy których wypływała gęsta, zielona maź. Nie czekając, rzucił się w stronę walczących a moment później zawył przeciągle. Był to najbardziej przerażający zew, jaki w życiu słyszeliście. Niektórym z was między łopatkami przeszły lodowate ciarki i musieliście walczyć, by nie stracić ducha do walki.
- Na piekło Hel… - mruknął zbity z tropu Aelfric i zacisnął zęby, aby nie szczękały ze strachu. Zamierzał mimo wszystko drogo sprzedać swoją skórę.
Kapłanka Sarenrae starała nie patrzeć się na wielkiego przywódcę stada, który samym wyglądem wywoływał strach. Po raz kolejny sięgnęła do mocy swej bogini, po czym wystrzeliła z obu dłoni słupem ognia, trafiając kolejnego z napastników i spalając go żywcem.
- Dobrze nam idzie, teraz trzeba zająć się tym wielkim! - Krzyknęła do towarzyszy.
Galdor, chociaż solidnie wystraszony, raz jeszcze potraktował swego przeciwnika zaklęciem i tym razem trafił, raniąc go dotkliwie. Przestraszony Eshu cisnął płonącą szczapą w stronę przywódcy wilków, jednak drapieżnik nie miał żadnego problemu, by uniknąć nadlatującej, ognistej gałęzi.

Wojownik uderzał raz za razem swoim długim mieczem. Jedno cięcie otworzyło głęboką bruzdę na karku wielkiego wilka, który kłapnął swoją paszczą, próbując złapać broń Aelfrica w zęby. Kolejny cios chybił, kiedy wojownik zdecydował się pójść za impetem uderzenia, wystawiając się prosto pod paszczę bestii. Mógł zrobić tylko jedno. Instynktownie podniósł tarczę do góry, kierując ją prosto na pysk wilka. Strach powoli mijał.
Chory przywódca stada rzucił się na Aelfrica, ale pierwsze kłapnięcie zębiskami minęło znacząco nogę wojownika. Drugie doszłoby celu, jednak mężczyzna w porę zasłonił się tarczą, która pod wpływem mocnego zacisku zębów i kwasu, który wystrzelił z pyska zwierzęcia zamieniła się w praktycznie bezużyteczny kawałek drewna zwisający z przedramienia Aelfrica.
Kori ruszyła w stronę wielkiego wilka związanego walką z Aelfrikiem, wypowiedziała kolejne zaklęcie, ciskając w przeciwnika wstęgą ognia, jednak udało jej się go jedynie nieznacznie zranić. Kapłanka była wyraźnie niepocieszona i przewróciła tylko oczami westchnąwszy ciężko.
Zaklinacz zawinął się dwa razy w szybkich zwodach, o włos jedynie unikając wyszczerzonych kłów wściekłej bestii, której szok elektryczny nie zniechęcił do ataku. Galdor zaklął pod nosem, a potem potraktował wilka kolejnym zaklęciem. Magiczny pocisk spisał się nad wyraz dobrze i trafiony nim zwierzak wyzionął ducha. Eshu w tym czasie widząc, że jego starania nie przynoszą większych efektów, ruszył do wozu, by dobyć swej włóczni.

Aelfric niemal przysiadł pod ciężarem wbijającego się w jego tarczę przeciwnika, ale nie ugiął się. Rozstawił szeroko nogi, mocując się z przebijającą się przez jego tarczę bestią, sapnął z wysiłku, niczym kowal pracujący przy kowadle i równie metodycznie, krok po korku przystąpił do mordowania. Wpierw wbił długi miecz wpierw w łopatkę zwierzęcia, zaciskając zęby z wysiłku kiedy klinga zgrzytnęła na jakiejś kości, potem oswobodził ostrze i wbił je ponownie, tym razem przebijając żebra. Sztych miecza wyszedł grzbietem, a zwierzę zaskomlało, długo, przeciągle i od przedśmiertnego bólu.
“Idziesz psubracie do otchłani Hel…” pomyślał Aelfric wiedząc już, że walka jest skończona, i kiedy bestia opadła już z ostrza, uniósł miecz i opuścił go prosto na umięśniony potężnie kark bestii, odcinając jej głowę. Sapiąc i oddychając ciężko z wysiłku patrzył przez chwilę na jatkę, obserwował chwilę horyzont wypatrując nowych przeciwników i kogokolwiek potrzebującego pomocy.

Dwa inne wilki, które walczyły nieopodal z Bortem i Tamli, czmychnęły szybko w las widząc, że ich przywódca padł pod mieczem Aelfrica. Na polanie zapanowała kompletna cisza, którą przerwał dopiero Bort.
- Nie wiem, skąd to ścierwo się wzięło, ale dobrze, że się tego pozbyliśmy - rzucił krasnolud, wycierając zakrwawione ostrze topora o sierść jednego z martwych wilków. - Mocno jesteście ranni? Jak coś, mam na wozie kilka mikstur leczniczych, po jednej mogę wam dać.
Wojownik kiwnął głową na znak, że akceptuje pomoc Borta.
- Ja również skorzystam z mikstury - powiedział Galdor, rozglądając się i upewniając, że wszystkie wilki padły lub uciekły - chyba że ktoś ma jakieś leczące zaklęcia.
- Dobra robota, Aelfricu - Kori podeszła do wojownika, uśmiechając się lekko. - Nie ma potrzeby używać mikstur, pomogę wam obu. - Zerknęła też w stronę Galdora.
Wypowiedziała krótką formułkę zaklęcia leczącego a gdy jej dłonie zaczęły błyszczeć jasnym światłem, przyłożyła je do rany wojownika. Niestety z efektu nie była zadowolona, gdyż początkowo magia niewiele zrobiła. Przytrzymała jednak dłonie dłużej i po krótkiej chwili widać było efekty - rana praktycznie się zabliźniła.
- Proszę, noga prawie jak nowa. - Puściła oczko do Aelfrica.

Podeszła do Galdora i to samo, co przed chwilą, uczyniła z jego raną całkowicie ją lecząc.
- Po ugryzieniu ani śladu, polecam się na przyszłość. - Zaśmiała się do zaklinacza, również puszczając do niego oczko.
Wojownik zerknął na swoją nogę, wetknął palce w dziurę po wilczych zębach, i pogmerał, pokazując rozdarcie
- Pewnie nie ma szans na cerowanie? Hę? - zapytał z widoczną wesołością w głosie - Dzięki ci. - Kiwnął dziewczynie głową i spoważniał, patrząc na trupy wilków - Trzeba usunąć te truchła z dala od drogi i obozu. Sfora pewnie wróci tu by się nimi pożywić. A najlepiej spalić, bo parchate jakieś są. - Aelfric podniósł głowę przywódcy stada do góry, patrząc na kwas spływający z pyska bestii ale nie podziwiał trofeum zbyt długo, tylko wziął się ochoczo do roboty, przeciągając truchła z dala od drogi i obozowiska.
- Jesteś wspaniała...- Galdor skłonił się teatralnie. - Przy najbliższej okazji się zrewanżuję... albo ułożę balladę na twoją cześć. - Uśmiechnął się do Kori. - Aelfricu, piękny cios. I chyba faktycznie powinniśmy spalić te truchła. Lepiej żeby ta zaraza nie rozniosła się jeszcze bardziej po okolicy.
- Na szyciu się nie znam - Kori odparła wesoło Aelfrikowi. - No chyba, że trzeba by było zszyć ranę, to już prędzej. - Spojrzała na Galdora. - Ballada brzmi ciekawie, tylko kto ją dla mnie zaśpiewa? - Zaśmiała się.
Widząc, że wojownik zaczął zaciągać truchła zwierząt w las, podeszła do tych zwierząt, które wciąż leżały na polanie i przyjrzała im się dokładniej, próbując dojść do tego, co mogło je tak urządzić. Bo wilki plujące kwasem normalne nie były. Po krótkich oględzinach kapłanka doszła do wniosku, że zwierzęta musiały zjeść lub wypić coś, co wywołało taką przemianę.

Z walczących po drugiej stronie obozu lekko ranni zostali Ulf (albo Olf) i Tamli, którymi zajęła się Glunda z pomocą Kori. Aelfric wraz z Olfem (albo Ulfem) i Tamli ułożyli wszystkie truchła wilków na kupie po środku polany, polali olejem a potem podpalili, dbając jednocześnie o to, by ogień nie rozprzestrzenił się dalej. Niedługo później spakowaliście się i ruszyliście w dalszą drogę, zostawiając za sobą słup dymu i gryzący w gardło swąd palonego mięsa.
- Nie wiem, co to, na Abadara było, ale mam nadzieję, że nie spotkamy już tego na naszej drodze - rzucił ponuro Bort, poganiając konie.

* * *

Dalsza podróż przebiegła spokojnie i po mniej więcej dwóch godzinach ujrzeliście na horyzoncie kilkadziesiąt domostw znajdujących się nieopodal wartko płynącej rzeki, pól uprawnych i polan, na których wypasano krowy i owce.
- Przed nami Plaguestone! - Krzyknął jeden z braci. - Jedziemy prosto do “Cichego Kota”, to jedyna gospoda w całym mieście.

Pracujący na polach ludzie przyglądali się wam z daleka, gdy zbliżaliście się do miasteczka. Na miejsce dotarliście wczesnym popołudniem, gdy słońce wciąż jeszcze niemiłosiernie przygrzewało. Początkowo mijaliście opuszczone, zrujnowane domy z cegły i drewna, których dachy dawno się zawaliły, a okna ktoś powybijał. Kierując się w głąb miasteczka widok stawał się przyjemniejszy dla oka - chaty po obu stronach brukowanej ścieżki były czyste i zadbane.


Niewielu ludzi mijaliście po drodze, a ci, którzy przechadzali się uliczkami miasta patrzyli na was z dziwną podejrzliwością. W centrum miasteczka zostawiliście za sobą duży, cylindryczny cokół z wydrążoną w środku dziurą oraz misą z lewej strony, którego używano w dawnych czasach do bezpiecznego podawania jedzenia chorym i umierającym. Stanowił przykrą pamiątkę po zarazie jaka nawiedziła Etran’s Folly.

Bort zatrzymał wozy przed największym budynkiem na głównym placu, którym okazała się być karczma “Cichy Kot”, z którą pod względem wielkości mógł konkurować jedynie dołączony do gospody sklep wielobranżowy. Ulf, Olf i Glunda zaczęli rozkulbaczać konie i wprowadzać je do stajni przy “Kocie” a krasnolud podszedł do was z uśmiechem, ale i zmęczeniem wypisanym na twarzy.
- Jesteśmy na miejscu. Mam trochę spraw do załatwienia w mieście, muszę też odwiedzić kilku znajomych, ale wy macie wolne do wieczora. Ty również. - Spojrzał na Eshu. - Wieczorną, wspólną kolację i napitek stawiam ja, tak samo płacę za pokoje, więc jeśli zdecydujecie się pójść od razu do gospody, to pytajcie o Delmę, a przy wynajmie powołajcie się na mnie. Potem ureguluję z nią wszystko. Gospoda jest połączona ze sklepem, więc jeżeli musicie uzupełnić jakieś zapasy, warto się tam rozejrzeć. Możecie też pokręcić się po miasteczku, na pewno się tu nie zgubicie, tylko nie pakujcie się w żadne kłopoty, bo tutejszy szeryf bardzo nie lubi rozrabiaków. - Krasnolud zaśmiał się i ruszył w jedną z bocznych uliczek. - Do zobaczenia wieczorem! - Pomachał wam na odchodne.


Rozejrzeliście się. Ulf i Olf od razu weszli do “Cichego Kota”, rozmawiając o czymś i śmiejąc się głośno, Glunda została w stajni z końmi, mając stamtąd jednocześnie oko na wozy, Tamli ruszyła w przeciwną stronę co Bort i zniknęła po chwili za rogiem pobielonego wapnem budynku a z wozu Kuchcika dochodziło głośne chrapanie, co oznaczało, że niziołek postanowił uciąć sobie drzemkę. Do wieczora było jeszcze kilka godzin, które trzeba było sobie jakoś zagospodarować.
 
Mroku jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:58.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168