Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-04-2022, 17:15   #1
 
Santorine's Avatar
 
[Pathfinder 2e] Wiek Popiołów



Wiek Popiołów


Słońce wstało nad Rozgórzem, a to zapełniło się zwyczajnym o tej porze gwarem. Sylwetki mieszkańców wylewały się miarowo z drewnianych budynków i kamienic, zaś bezchmurne, letnie niebo zwiastowało zwyczajny dzień, który miał być taki sam, jak i wiele innych dla miasta pod górami.

Hen daleko, spowite mgłą i przysypane wiecznym śniegiem, majaczyły szczyty Gór Pięciu Królów, z których Joresk rozpoznał parę: były to Żelazny Wąż, Diadem i krasnoludzka twierdza Davarn, stąd nie większa od ziarnka piasku. Góry te przypominały paladynowi o paru bitwach, które ongiś rozegrały się u podnóża przełęczy i które swojego czasu rozbijały się o wróżdy o terytorium pod pasmem górskim. Stare czasy. Stare… I niekoniecznie dobre.

Bliżej, na wzniesieniu na północ od miasta, stała stara cytadela, widoczna jak na dłoni w czystym powietrzu podgórza. Katerina jako jedna z pierwszych zauważyła daleki płomień tlący się na jednej z baszt bastionu. Któż miał palić ogniska na szczycie i po co - nie wiadomo, ale plotki już krążyły. Niepokój ten zapewne udzielał się Wugowi, barbarzyńcy i wykidajle. Ostatecznie, to tam przebywała wcześniej Jora. Od dłuższego czasu już nie było stamtąd żadnych wieści, zarówno od niej, jak i goblinów plemienia Cierniowego Kamienia.

Wzgórza wokół miasta upstrzone były małymi laskami, zbierające się w większy bór zwanym Karmazynowym Lasem na południu. Karmazynowy Las - noszący taką nazwę z powodu liści, które podczas jesieni w istocie nabierały koloru krwistej czerwieni - swoją gęstwiną, zbitym murem drzewa przypominał Lavenie odległe knieje lasu Verduran.

Poranne słońce oświetlało wzmocnione żelazem mury ratusza. Ratusz, drewniana i sprawiająca wrażenie stateczności budowla, ponoć ongiś był pierwszym z budynków, który został wybudowany podczas założenia miasta. Pozostałości z tego okresu widoczne były tu i ówdzie - zwarty plan budowli, parę kamiennych wieżyczek, które kiedyś zapewne służyły do przepatrywania i wreszcie okuta żelazem brama główna.

Pod bramą zaś zebrał się mały tłum. Był bowiem dzień Zewu Śmiałków.

To dziś rada miasta miała w ratuszu wyznaczyć nowe nagrody dla łowców. Jak mówiły plotki - jeden z goblinów z Czarciego Wzgórza miał także przynieść jakieś wieści na temat starej cytadeli.

Tu, pomiędzy zgromadzonymi najemnikami stali podróżnicy - Joresk, Lavena, Gobelin, Valenae i Katerina, a także Wug, znany bardziej pod swym samozwańczym tytułem Łamacza Kości. Podróżnicy wyszli z niedalekiej karczmy o wdzięcznej nazwie Łaska Maga.

Wug i Valenae złapali parę plotek i strzępów gadaniny gawiedzi na temat dzisiejszego dnia, podsłuchawszy przechodzących mieszczan:

- Nagrody będą - rzekł jakiś jegomość. - Żywe złoto!
- Wszystko w burdelu przepuścim, “Bażant” najlepszy! - dodał jakiś inny, sepleniąc i kalecząc Wspólny. - Albo! Sama Greta Gardania odda się temu, co rzeczy dokona!
- A cóż tam w twierdzy? Ogień płonie? - dołączył się trzeci. - Kto tam wejdzie?
- Ty, żeby ciebie diabli zabrali! - zaśmiał się drugi z rozmówców. - Znowu pewnie gobliny coś narobiły!
- Dzieci na ruszcie smażą!
- Flaki im wypruwają!
- Ha-ha-ha! - śmiał się głupawo pierwszy.

Gadająca trójka mieszczan odeszła na bok. W tym samym czasie do tłumu dołączyło jeszcze paru.

Zebrani pod bramą ratusza byli przeważnie podróżnymi z Cheliax albo Drumy. Żaden z nich nie próbował udawać, że był wzorem cnót albo próbował zgrywać bohatera - pokiereszowane dłonie, ręce, nierzadko i twarze zdradzały dezerterów lub weteranów, którzy nie znaleźli roboty gdzie indziej. Zmęczone twarze przyjezdnych sugerowały raczej na dziadów liczących na prostą robotę lub młodziaków potykających się o własne nogi.

Sporą część stanowili także zwyczajni mieszkańcy Rozgórza. Ci odróżniali się od całej reszty obojętnymi lub lekko zaciekawionymi wyrazami twarzy. Gapie przyglądali się całej sprawie z bezpiecznej odległości, ni to blisko, ni dość daleko. Między nimi było parę starych kobiet, które chyba tylko przyszły posłuchać, co się w mieście dzieje.

Niektórzy przystawali, gapili się przez jakiś czas na to wszystko i wreszcie odchodzili w stronę rzeki. Tam, przy jednostajnym akompaniamencie dźwięku pomp tłoczących wodę (ponoć daru paru inżynierów z gór ze wschodu), parę próżniaków siedziało i gapiło się przed siebie.

Na uboczu stało trzech goblinów, gadających coś do siebie w swoim narzeczu. Między nimi był Ficko, garbaty goblin. Drugi obok niego chichotał nerwowo, Ficko zaś gestykulował i tłumaczył coś zawzięcie. Trzeci goblin zasłaniał twarz szmacianą maską - ten milczał.

Gobelin znał Ficka. Ten dał mu się poznać jako dobroduszny prostak, który ponoć już się z garbem chyba urodził, bo nikt go nie widział bez niego. Ficko - jak wiedział Gobelin - już jakiś czas służył jako posłaniec i drobny handlarz, który wymieniał informacje między Czarcim Wzgórzem a miasteczkiem.

Drugi z goblinów był nieco bliżej znany Valenae i Katerinie - kobiety, całkiem dobrze obeznane z (raczej skromnym) półświatkiem przestępczym w okolicach Rozgórza, rozpoznali go jako drobnego złodziejaszka, który kręcił się przy karawanach i dokach. Zwał się Godo.

Joresk i Gobelin zauważyli, jak karczmarz z Łaski Maga peroruje do jakichś dwóch młokosów. Może zapowiadało się na jakąś bójkę? Scenie przed tawerną przyglądał się ze znudzeniem jakiś jegomość z siwą brodą.

Na Lavenę gapił się jakiś strażnik, z wyglądu zasuszony staruch. Kobieta nie była do końca pewna, czy stary zawiesił na niej wzrok, bo podobała mu się, czy po prostu gapił się w przestrzeń przed sobą, w której akurat się znalazła.

Wreszcie, powietrze przeciął ostry dźwięk dzwonu za okutymi żelazem drzwiami ratusza. Te uchyliły się, a dźwięk dzwonu ponownie rozbrzmiał, tym razem głośniej.

Tłum zgromadzonych zafalował i skupił się bliżej wejścia do ratusza. Paru strażników krzyknęło, wołając o porządek i zapraszając do środka.

Zdawało się, że posiedzenie Zewu Śmiałków miało się wkrótce rozpocząć.
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!

Ostatnio edytowane przez Santorine : 22-04-2022 o 17:51.
Santorine jest offline  
Stary 23-04-2022, 08:02   #2
Highlander
 
Connor's Avatar
 
Valenae Talandren pochodzi z całkiem porządnej elfickiej rodziny choć w swojej karierze najemnika zboczyła odrobinę na kryminalną ścieżkę. Była kiedyś członkiem pewnej szajki z czego może nie do końca jest dumna, ale też nie żeby się tego specjalnie wstydziła. Dało jej to naprawdę porządną lekcję życia i nauczyło pewnych wartości, które są w nim ważne. to ją też swoistego kodeksu, któremu jako łotrzyk stara się być wierna. Szybko też przekonała się, że profesja którą wybrała jest bardzo często wymaganą i oczekiwaną w większości drużyn także nie miała problemów ze znajdowaniem nowych zleceń. Jest wyszkolonym awanturnikiem wyspecjalizowanym w profesji łotrzyka. Jest bardzo dobra w zastawianiu jak i rozbrajaniu pułapek. Wyspecjalizowała się skradaniu się i atakach z ukrycia. Bardzo dobrze posługuje się zarówno rapierem jak i sztyletami. Nie najgorzej też strzela z łuku.

Jest wysoką, szczupłą i niesamowicie zgrabną elfką bardzo dobrze obdarzoną przez naturę w miejscach gdzie potrzeba. Burza długich i ogniście rudych włosów dopełnia jej bardzo atrakcyjnego wizerunku. Jedynie bardzo wyszkolone oko potrafi w jej postawie i naturalnie wdzięcznych ruchach zobaczyć, że zabójcze piękno idzie w parze z równie zabójczą zwinnością, szybkością i precyzją. Jest bardzo honorowa i wszelkie rozliczenia typu “dług honorowy” lub “będę ci winny przysługę” traktuje śmiertelnie poważnie. Jak to często u elfów bywa zachowuje charakterystyczny dla długowiecznych ras dystans do innych czasem mylony z obojętnością czy oziębłością. W praktyce trudno nawiązuje przyjaźnie jednak te już nawiązane traktuje jak więzy rodzinne. W skrócie rzecz ujmując znacznie lepiej mieć ją przyjaciela niż za wroga.


Do miasteczka zwanego Rozgórzem, trafiła z drużyną, z którą podróżowała już jakiś czas po niezbyt udanym zleceniu w południowym Isgier. Po tym jak ponieśli spektakularną porażkę skierowali się do podnóży Gór Pięciu Królestw. Byli w miasteczku już od kilku dni gdy w gospodzie gdzie nocowali przeczytali ogłoszenie o możliwej robocie. Chodziło o wyjaśnienie wydarzeń w jakiejś pobliskiej starej twierdzy, która podobno nagle wypełniła się życiem lub czymś czego tam wcześniej nie było. Plotka mówiła, że podobno będzie można nieźle zarobić. Valenae i drużyna, z którą była nie śmierdzieli ostatnio groszem, także jednomyślnie zgłosili się podjąć tego zadania.

Następnego dnia udali się pod ratusz gdzie miało się odbyć zwyczajowe posiedzenie Zewu Śmiałków. Tłum aż wrzał od plotek, niesprawdzonych informacji, totalnych bzdur i wyssanych z palca absurdów. Jak to w tłumie. Valenae była spokojna jak zawsze choć czujna też jak zawsze. Takie podobne zgromadzenia przysparzały również okazje dla najróżniejszych drobnych złodziejaszków i kieszonkowców. Elfka wiedziała, że pierwszy, który spróbuje ją okraść straci przynajmniej jeden palec. Tak dla czystej nauki, żeby do końca życia potrafił rozpoznać kogo można próbować okraść, a kogo należy omijać szerokim kręgiem. Szczególnie była cięta na drobnego złodziejaszka zwanego Godo. Zapowiadał się dobry dzień. Dobry dzień na nowe zlecenie.
 
__________________
Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym jesteś ty. A co jest drugim. Biały Wilku?
- Nie ma przeznaczenia - jego własny głos. - Nie ma.
Nie ma. Nie istnieje. Jedynym, co jest przeznaczone wszystkim, jest śmierć.
Connor jest offline  
Stary 24-04-2022, 18:18   #3
Młot na erpegowców
 
Alex Tyler's Avatar
 



Wczesnym rankiem zamknięta we własnej komnacie, licząca niespełna dwadzieścia wiosen dziewczyna odziana w tiulową koszulę nocną uchyliła powoli okiennice i powstrzymując wytwornym gestem delikatne ziewnięcie, ogarnęła nabierającym ostrości wzrokiem rozpościerający się przed nią okazały pejzaż. Powędrowała wzrokiem od majestatycznych gór, przez faliste morze wzgórz ku licznym leśnym zastępom. Dłuższą chwilę poświęciła karminowym koronom drzew stanowiących trzon Karmazynowego Lasu, miejsca mimowolnie budzącego w niej niemal zatarte wspomnienia. Następnie zwróciła oblicze ku skąpanemu w świeżym świetle poranka wnętrzu, kierując wzrok na masywny kufer, w którym poprzedniego wieczora złożyła swój przyodziewek. Twarz młódki była dość charakterystyczna i niezwykle atrakcyjna. Posiadała parę bystrych oczu o szmaragdowych tęczówkach i smukłych rzęsach, lekko wystające, połyskliwe i pełne, acz małe usta, podkreślające skromnie zadarty nosek. Te cechy i nieznacznie ostre rysy o wyczuwalnie infantylnym charakterze powodowały, że pozornie sprawiała wrażenie rozpuszczonego dziecka. Przekonanie to daleko nie odbiegało od maniery młódki i zdecydowanie kontrastowało z jej kobiecą budową oraz wysokim wzrostem. W jej wyglądzie uwagę zwracały także długie pasma wiśniowych włosów, razem z elegancko spływającą długą grzywką. Spośród nich wyłaniał się zarys spiczasto zakończonych uszu, które wyraźnie zdradzały rodowód białogłowy.

Dziewczyna udała się sprężystym, salonowym krokiem ku skrzyni. Zamierzała odziać się, skorzystać z toaletki i udać na dół, do głównej izby „Łaski Maga”. Liczyła, że szynkarz weźmie sobie do serca jej wcześniejsze uwagi i tym razem uraczy ją o wiele lepszym napitkiem i jadłem. Bardziej odpowiadającym jej wybitnemu statusowi. Do Rozgórza przybyła dopiero wczoraj, ale już mniej więcej posiadała rozeznanie, co w trawie piszczy. Wiedziała na przykład, że nie była jedyną nietutejszą, nie umknęły jej bowiem zdradzające zmęczenie parszywe wizerunki podróżników z Drumy i Cheliax, choć ją w te rejony przygnały o wiele bardziej złożone i posępne przyczyny. Słyszała też o nagrodach dla łowców, i podobnież interesujących wieściach, jakie miał przynieść jakiś gobliński goniec na temat owianej legendami starej cytadeli. Liczyła przeto na jakieś ciekawe zajęcie i godziwy zarobek.


Po długich przygotowaniach i posileniu się półelfka opuściła „Łaskę Maga”, a następnie udała przed pobliską bramę ratusza. Umalowana, wypachniona, a przede wszystkim odziana w krótką, wytworną i zwiewną satynowo-muślinową sukienkę koloru alabastrowo-lawendowo-szarego, z falbanami, wydekoltowaną, o wysokim kołnierzu i odsłoniętych ramionach. Ubiór uzupełniały eleganckie rękawiczki za łokcie, opinający talię gorset, wysokie buty oraz pończochy sięgające połowy uda i gustowna torebka podróżna. Specyficzny sposób wykonania sprawiał, że cały strój delikatnie opalizował w świetle słońca. Jedyne uzbrojenie dziewki stanowił kunsztownie wykonany sztylet, z wyglądu bardziej przypominający ozdobę, niż oręż. Osadzony był w ciemnej pochwie przytroczonej do jej lewego uda.



— Czy mogę prosić o przejście? — rzekła nieznoszącym sprzeciwu tonem, próbując dostać się bliżej wejścia. Jej głos był niezwykle melodyjny i nad wyraz przyjemny dla ucha. Aczkolwiek wybrzmiewała w nim perfidna słodycz i przesadna wyniosłość, wręcz zwykła zarozumiałość.
Przez długie minuty stała pośród oczekujących, pociągając co jakiś czas ostentacyjnie nosem, tak jakby w jej delikatne nozdrza godziła jakaś nieprzyjemna woń. I chyba właśnie to niebezpośrednio chciała zakomunikować tłoczącym się wokół niej awanturnikom i najemnym robotnikom. Niestety, nie wydawali się pojmować jej subtelnej aluzji.
— Ech, czy musicie się tak tłoczyć? Nie dość wam, że pokazuję się w tak nędznym, jak wasze, towarzystwie? — jęknęła w końcu, krzywiąc brzydko brwi i splatając ręce na piersiach.
Nie okazywała najmniejszego zainteresowana gawiedzią, tylko czekała na otwarcie wrót. Mimowolnie jednak dostrzegła, że bacznie przygląda jej się jakiś stary wychudzony strażnik. Z pewnością nieprzypadkowo. Z początku miała go zupełnie zignorować, przywykła bowiem do lubieżnych spojrzeń mężów. Zarówno młodzianów, jak i starszych. Coś ją jednak tknęło w postawie starucha i na wszelki wypadek zbliżyła się kawałek, po czym zapytała.
— Masz jakąś sprawę ku mnie, dobry człowieku?
Starszy mężczyzna ocknął się z rozmyślań, kiedy się do niego zwróciła.
— Co? Wrzawę? — stary strażnik podrapał się po głowie, a zaraz potem podłubał małym palcem w prawym uchu. — Aaa… Sprawę.
Po czym spuścił oczy i przez pewien czas lustrował zawartość, którą przed chwilą wydłubał z ucha. Mężczyzna rozproszonym wzrokiem wodził to na Lavenę, to na grupkę najemników opodal głównej bramy ratusza.
— Idziesz do twierdzy? — zapytał i, nie czekając na odpowiedź półelfki, ciągnął. — Dwa miesiące temu była taka zgraja, pięciu ich było. Gadali, że twierdzę zdobędą i ze złego oczyszczą. Między nimi… Mój brat.
Stary strażnik wyciągnął z kieszeni naszyjnik. W jego dłoni znajdowała się drewniana figurka jelenia.
— Po tym go poznasz, on ma taką samą. Nie łudzę się, nie wróci już. Jeśli jednak odnajdziesz jego trupa, przynieś go do mnie. Nie mam wiele, a i mój czas kończy się już. Ale jeśli ci się uda… Zapłacę. Nie licz jednak na tych tam — machnął ręką na najemników przy bramie głównej.
— Spokojnie staruszku, jedyna osoba, której ufam, właśnie z tobą rozmawia — oznajmiła chełpliwie wiśniowowłosa. — A jeśli zapłata nie będzie wystarczająca... to sama odbiorę sobie resztę. Bywaj.
Mimo ostrzeżeń starucha zaczęła przebierać oczami po zgromadzonych. Wiedziała bowiem, że nie ma siły, a przede wszystkim ochoty, targać czyjeś truchło aż z odległej twierdzy. W końcu wypatrzyła kilkoro potencjalnie użytecznych do tego zadania osobników i uśmiechnęła się pod nosem „Tak, ci się nadadzą...”.

Chwilę później rozległ się donośny dźwięk dzwonu i zaczęły uchylać wrota ratusza.
 

Ostatnio edytowane przez Alex Tyler : 25-04-2022 o 19:46. Powód: doklejenie fragmentu od MG
Alex Tyler jest offline  
Stary 25-04-2022, 04:07   #4
Aro
 
Aro's Avatar
 
“Bażant” był porządnym zamtuzem. Jak na lokalne standardy, rzecz jasna. Kamieniczka nad północnym brzegiem rzeki, wciśnięta jakby na siłę pod mury miejskie, nie odstawała za bardzo od reszty budynków jeśli szło o wątpliwy kunszt architektoniczny, ale przyozdobiona czerwonymi latarniami i zasłonami nie pozostawiała złudzeń, jaki był charakter tegoż przybytku. Chociaż i tenże charakter odbiegał nieco od zwyczajowych burdeli, bo lokal poświęcony Calistrii i należący do akolity Powabnego Żądła, w osobie Frederica d’Aubry’ego, miał swoje standardy. Nawet w takiej dziurze, jakim było Rozgórze. I poświadczały to żółto-czarne elementy dekoracji, szczegółowy cennik i regulamin dla klienteli, liberalne i różnorodne usługi oraz, dla najwierniejszych klientów, piwniczne pomieszczenia. Tak, “Bażant” był porządnym zamtuzem.

Hedonizm, którym nasączone były mury kamienicy, figurował jednak nader nisko na liście powodów, dla których Katerina Bonheur obrała taką, a nie inną kryjówkę. Owszem, calistriańskie wartości buzowały w dziewczynie - zasługa bycia przygarniętą lata temu przez kapłanki Bogini - i “Bażant” prędko stał się dla niej domem, nawet pomimo uszczypliwych uwag nielicznych, którym mówiła gdzie mieszka. Panna Bonheur nie miała jednak w zwyczaju frasować się opiniami większości ludzi i nieludzi, trzymając wysoko głowę i zadzierając nosa, epatując pewnością siebie. Główny powód, na szczycie listy, był o wiele bardziej przyziemny - Frederic był dobrym przyjacielem. Dobrym, starym i zaufanym przyjacielem, a tych miała niewielu. D’Aubry, Mistrz Beaufort i Madame Maxime. Tyle. A że Frederic jako jedyny osiadł się na zadupiu, to i u niego znalazła schronienie. Bo lista wrogów i ciętych na nią osobników była już o wiele dłuższa.

Niczym sroka zbierająca błyskotki, Katerina zbierała listy gończe za nią wystawione. Cóż, nie za nią, nie za Kateriną Bonheur, a raczej za którymś z jej aliasów. I jednych, i drugich nazbierało się przez lata odkąd ruszyła w świat, co biorąc pod uwagę młody wiek mogło imponować. Katerina kolekcjonowała te listy gończe niczym pamiątki, jakby chcąc mieć je pod ręką gdy uderzy sentymentalność, lub po prostu gdy jej ego potrzebowało pieszczoty. Któż by to ją tam wiedział. Teraz, właściwie tylko z nudów, czekając aż wyschną jej włosy po porannej kąpieli, panna Bonheur przysunęła do siebie tą garstkę papierów. Zaczęła je wertować smukłymi palcami, wspominając stare, o wiele ciekawsze czasy.

“POSZUKIWANA
Za podszywanie się pod kapłankę Calistrii, wyłudzenia i oszustwa, osobniczka Siostrą Felin zwana (...)”

Katerina uśmiechnęła się. Początki kariery, jeszcze w rodzimym Galt. Z dala od stolicy, na taldańskiej granicy, proste machlojki wśród prostego ludu. Skromne początki.

“(...) za kradzież i rabunek w posiadłości Velanderów; za podszywanie się pod szlachciankę i fałszerstwo; osobniczka na Markizę Beaujeu-Fezansaguet pozująca (...)”

Cassomir, taldański port na Morzu Wewnętrznym. Jedno z ulubionych miejsc Kateriny. Duże, bogate, pełne okazji. Żyć, nie umierać. Długotrwała intryga i wieloetapowy plan, który zakończył się uwiedzeniem panicza Velandera, którego zostawiła wtedy przywiązanego do łoża, zakneblowanego i z zawiązanymi oczami, by w świętym spokoju mogła pobuszować po prywatnym skrzydle i zrabować co wartościowsze rzeczy. Bonheur do tej pory bawiło rozmyślanie, jak zareagowała prywatna straż panicza, gdy znalazła swojego pryncypała w tak... kompromitującej pozycji.

“(...) za naruszanie porządku publicznego i bójkę w “Pióropuszu”, szermierka zwana Mistrzynią Misericorde (...)”

Awanturnicze życie. Tak, Katerina liznęła i tegoż życia w swoich dotychczasowych eskapadach. Może nie było równie wykwintne co obracanie się w wyższych sferach, ale i ono oferowało wystarczająco wiele wrażeń. Zgoła innych, ale jak mówiono w jej rodzimym Galt - “la variété plaît”. Do tego bycie awanturnikiem była dosyć opłacalnym zajęciem, a pieniądz...

Myśl o pieniądzu zmyła lekki uśmiech z twarzy Kateriny, przywołując ją na powrót do rzeczywistości. Smętnym spojrzeniem zerknęła na dosyć lekką już sakiewkę z paroma tylko srebrnikami i prześlizgnęła wzrokiem po końcówkach alchemicznych kosmetyków, pustych butelkach dobrego wina i liście zakupów nieopodal, której pozycje miały wzbogacić poddasze jej oddane, ale nie było ją na nie chwilowo stać. Hedonistyczny styl życia kosztował niemały pieniądz i Bonheur zapewne zarobiłaby krocie na szarlatańskich sztuczkach biorąc pod uwagę marność przestępczego półświatka Rozgórza, ale nie chciała ryzykować. Jeszcze nie. Rozgórze było bezpieczną przystanią i Kat wolałaby, żeby takową pozostała.

Wybór był tylko jeden - ponownie oddać się najemniczemu fachowi. Katerina podniosła się ze swojego miejsca, ubrała się i splotła włosy, chwyciła co miała chwycić i bezszelestnie spłynęła schodami. Dzień Zewu Śmiałków. Brzmiało to jak jakieś lokalne, prowincjonalne święto i na swój sposób takowym było. Dla łasych na pieniądze zuchów, najemników i oportunistów.

Okazja idealna dla kogoś takiego, jak Katerina Bonheur.




Lato, lato, lato. Najprzyjemniejsza chyba ze wszystkich czterech pora roku, gdzie świat żył pełnią życia i słońce mile ogrzewało wszystko dookoła. Nic więc dziwnego, że Katerina wyrwała się zbyt wcześnie do ratusza, coby skorzystać nieco z letniej aury. Trochę sobie pospacerowała, trochę posiedziała w słońcu, a na samym końcu zahaczyła nawet o “Łaskę Maga”. Nie wypadało wszak stawać przed radą miasta o pustym żołądku i suchym gardle. Chociaż, biorąc pod uwagę tłum jaki zebrał się pod ratuszem, konwenans towarzyski raczej prędko miał wylecieć za okno.

“Pierwsza liga matko i kozojebców,” przemknęło Katerinie przez myśl.

Śmiałkowie, poza paroma wyjątkami, prezentowali się marnie. Zarówno z wyglądu, jak i - jak miarkowała Kat - umiejętności jakie mieli do zaoferowania. O ile jakieś mieli. Panna Bonheur przysiadła na murku gdzieś nieopodal bramy budynku, zarzucając nogę na nogę i uważnie lustrując tłoczących się przed ratuszem ludzi i nieludzi. Zdecydowanie była przesadnie ubrana, jak na taką okazję, ale duma nie pozwalała jej na bycie przeciętną. Siedziała więc wbita w swoją najlepszą koszulę z koronkowymi wykończeniami, obcisłe skórzane bryczesy i buty pod kolana. Kasztanowe włosy były splecione i zebrane do tyłu, z paroma (pozornie) niesfornymi kosmykami obramowywującymi pospolitą buzię, a starannie przycięte i opiłowane paznokcie skrzyły się ciemnym lakierem. Wizerunku dopełniały rapier i lewak na biodrach, prezenty od dawnego mentora, eleganckiej roboty galtańskich mistrzów. Katerina bardziej wystrzałowy strój, który potocznie można by nazwać “roboczym”, zostawiła w “Bażancie”.

Dostrzeżony płomień na jednej z baszt odległej cytadeli nie zwiastował niczego dobrego, tego była pewna. W przeciwieństwie do lwiej części mieszkańców Rozgórza jednak nie oddała się plotkowaniu czy snuciu teorii na temat tegoż dziwnego zjawiska, bo znając życie temat zostanie poruszony na zebraniu z radą i zapewne jednym ze zleceń będzie zbadanie sprawy. Albo, biorąc pod uwagę rzekomą obecność goblińskiego wysłannika, sprawa miała się prędko wyklarować. W to ostatnie Katerina wierzyła słabo, bo jej podejście cechowało się realizmem (lub cynizmem, jak co złośliwsi by to określili).

Ciemne spojrzenie przeszło na tercet zielonoskórych pokurczy, z których kojarzyła jednego. Godo, drobny złodziejaszek i płotka nad płotkami w przestępczym półświatku Rozgórza. Sama obecność i koegzystencja Rozgórza z goblinami, które zazwyczaj redukowane były do puenty zabawnych anegdotek i których nikt nigdy nie brał na poważnie, przestawała powoli dziwić Katerinę. Co kraj, to obyczaj i zaczynała się chyba przyzwyczajać do tego ewenementu lokalnej polityki.

Dzwon wyrwał ją z rozmyślań. Drzwi jęknęły, tłum zafalował, dzwon zadzwonił po raz drugi, nieco donośniej. Strażnicy zaczęli nawoływać do porządku i powoli zapraszać tłuszczę w obręby ratusza. Katerina ześlizgnęła się ze swojego miejsca na murku, przeciągnęła się i otrzepała tyłek. Pewnym krokiem ruszyła przed siebie.

W myślach zacierając dłonie na rychłe zyski.
 

Ostatnio edytowane przez Aro : 30-04-2022 o 19:50.
Aro jest offline  
Stary 25-04-2022, 12:27   #5
DeDeczki i PFy
 
Sindarin's Avatar
 
Ech, Rozgórze… Wydawało się, że jego rodzinne miasteczko nie zmieniło się przez te kilka lat, kiedy go nie było. A może zmieniło się tak samo, jak on, tylko jeszcze tego nie zauważył? Bo ludzie na pewno - dzieciaki Refura wyrosły, a Kerim w końcu znalazł żonę i doczekał się syna. Jedynie po ojcu nie było widać upływu lat, wciąż pozostawał w pełni zdrowia, sił, i żalu o to, że Joresk odszedł „bawić się w wojnę” zamiast zająć się porządną pracą. Cóż, teraz paladyn wiedział, że wtedy rzeczywiście to była zabawa, ale nie dla niego. On był tylko zabawką w rękach szalonych, okrutnych dzieci, za nic mających sobie prawa ludzkie i boskie, a nawet zwykłą przyzwoitość. A to wszystko tylko dlatego, że mogli, w końcu byli szlachetnie urodzeni lub bogaci…
Joresk potrząsnął głową, odwracając wzrok od majaczącego na horyzoncie, maleńkiego punktu będącego twierdzą Davarn. Potyczki śmiertelnych możnowładców pozostawił już dawno za sobą, zaciągając się do jedynej właściwej wojny, jaką można prowadzić - odwiecznej, niekończącej się wojny dobra ze złem. Żałował tylko, że tak późno odkrył kult Ragathiela i stał się jednym z ostrzy Generała Zemsty. Ale tego też nie warto było rozpamiętywać, był tu i teraz, liczyło się tylko to, co zrobi dalej. Miał ze sobą wsparcie swego pana i z miał zamiar dokonać wielkich czynów.

Najpierw musiał jednak zacząć od czegoś mniejszego. Wrócił do Rozgórza nie tylko po to, by odwiedzić dawno niewidzianą rodzinę, ale także by odpowiedzieć na Zew Śmiałków - w końcu jaki mógł być lepszy początek jego własnej krucjaty jak nie zwalczenie zagrożenia dla własnego domu?

***

Joresk wyróżniał się z tłumu przybyłych do Rozgórza najemników przede wszystkich zachowaniem. Witał się z wieloma przechodniami, pozdrawiał miejscowych i z rozmawiał krótko z kilkoma, ewidentnie nie ukrywając zarówno znajomości z mieszkańcami, jak i swojego serdecznego charakteru. Ktoś stojący bliżej mógł bez trudu usłyszeć, jak flirtuje z co atrakcyjniejszymi kobietami. Przez większość czasu uśmiech nie schodził z jego młodej, przystojnej twarzy. Kilkudniowy zaros i jasne włosy dobrze zgrywały się mocnymi rysami i kilkoma bliznami, znamionującymi doświadczenie w walce. Jego sylwetka także robiła wrażenie - wysoki i potężnie zbudowany, wyraźnie nawykły był do ciężkiej pracy, a jego ruchy i postawa emanowały siłą i pewnością siebie. Łatwo było odczytać w niej wojskową przeszłość, co zgadzało się także z jego wyposażeniem. Kolczuga, przytroczony do pasa miecz półtoraręczny oraz przypięty do ramienia puklerz - o ile były dość przeciętne jeśli chodzi o jakość wykonania, wyraźnie widać było, że właściciel bardzo o nie dba. O ile tym wpasowywał się dobrze w pozostałych najemników, to wyróżnik stanowił pyszniący się na pancerzu medalik, przedstawiający karmazynowoczerwone skrzydło skrzyżowane z mieczem - symbol niebiańskiego lorda Ragathiela.




Rozluźniony, oczekiwał otwarcia drzwi ratusza, rozglądając się po przybyłych. Miał wrażenie, że kojarzy kilka twarzy jeszcze z wojska, nie miał jednak ochoty na wspominanie tamtych czasów, więc póki co ich ignorował. Zerknął na kręcące się po placu gobliny, ocenił, jak silny może być stojący nieopodal ork, na sekundę dłużej zawiesił wzrok na wyjątkowo urodziwych najemniczkach, gdy do jego uszu dobiegł odgłos jakiejś żywiołowej dyskusji. Odwrócił się i zobaczył karczmarza spierającego się z jakimiś dzieciakami. Widząc coś, co mogło przerodzić się w awanturę, Joresk zmarszczył brwi i ruszył w ich stronę. Położył mężczyźnie dłoń na ramieniu.
- Panie Uskwold, wszystko w porządku? - zapytał, po czym zwrócił się do młokosów - Nie sprawiacie żadnych kłopotów, prawda? - jego pytanie było uprzejme, ale miało w sobie odległą, cichą nutę przemocy. Ledwie skończył mówić, a za jego plecami rozległ się dźwięk dzwonu.
Kiedy paladyn tylko podszedł do awanturującego się towarzystwa, głosy natychmiast ucichły. Dwóch młokosów, którzy na pierwszy rzut oka nie mieli więcej niż dwadzieścia wiosen, przestali rzucać docinki w stronę karczmarza.
Na pytania Joreska, czy wszystko w porządku i nie ma kłopotów, dwóch młodzianów wzruszyło ramionami. Jeden dał znak drugiemu i po prostu odeszli. Karczmarz odparł, zagadnięty przez paladyna:
- Uff... Podziękować, panie, podziękować. Toć to już od samego szynkwasu z tą dzieciarną użerałem, piwo wypili i płacić nie chcieli. Gadali, że tym, co goblinom i niziołkom usługują, płacić nie będą. Wyobraź pan sobie, co za gówniażeria.
- Jak ich znowu spotkam, przypilnuję żeby oddali pieniądze - odpowiedział paladyn ze szczerym uśmiechem.

Karczmarz starł pot z czoła i już miał się odwrócić, aby wejść do środka, ale, zdało się, przypomniał sobie o czymś i rzekł jeszcze do Joreska:
- Wy tam na Zew Śmiałków idziecie? Hmm… Ja tam po takich ruinach się nie prowadzam. Ale mój syn tam był, dwa tygodnie temu. Gadał, że cytadela niebezpieczna. Gobliny może i handlują z Rozgórzem, ale na pewno mieszka tam jeszcze ktoś poza nimi. Bestie z lasu i może zbiegowie jacyś, któż tam wie. Gadał, że psy tam grasują. Od goblinów, rozumiesz. Jak tam te gobliny żyć mogą? Ciemnica, ruiny tylko.
- Ale oprócz bramy wschodniej jest też ponoć wyrwa w murze na południu i północy. Jakbyście nie umieli wejść bramą główną, to może uda wam się w ten sposób.
- Dziękuję, to może być bardzo pomocne - Joresk ukłonił się lekko.
Karczmarz pokręcił głową tylko i jeszcze raz spojrzał na Czarcie Wzgórze.
- Złe miejsce, złe miejsce - rzekł jeszcze na odchodnym.
I zniknął za drzwiami karczmy.
 

Ostatnio edytowane przez Sindarin : 25-04-2022 o 18:36.
Sindarin jest teraz online  
Stary 27-04-2022, 00:26   #6
 
Icarius's Avatar
 
Wug znajdował się w okolicach Rozgórza od około miesiąca. Najpierw wraz z siostrą i dwoma Orczymi wojownikami znaleźli sobie miejsce w goblińskim plemieniu Cierniowego Kamienia. Tam jego siostra zajęła się swoim ulubionym zajęciem nawracaniem na ideały Drethy i wpływaniem na życie zielonej społeczności po swojej myśli. Potrzebowała wytchnienia co Wug w pełni rozumiał... odbyli długą drogę.

Sam Wug dzięki goblinom a w szczególności Gobelinowi, zapoznał się z ludzką społecznością Rozgórza. Do tej pory poznawał ludzi raczej w interakcji z ostrą stroną jego topora. Szybko jednak zrozumiał, że osiedla ludzkie są niezwykle atrakcyjne i przydatne. Wytwarzają niesamowitą liczbę dóbr i usług o jakich Orcze społeczności mogły jedynie pomarzyć. W dodatku żeby coś zdobyć wystarczy za to zapłacić. Co w świecie do którego przywykł pełnym przemocy i łupienia było zaskakująco proste. Zamiast łupić by zgromadzić dokładnie to czego potrzeba społeczności... Co było niemal niemożliwe w przypadku rzadszych dóbr lub niewytwarzanych przedmiotów wśród plemienia. Wystarczyło zdobywać złoto a je wymieniać na potrzebne przedmioty.

Wug należał do osobników praktycznych. Walczył dla chwały i przyjemności oraz zysku. Układ, że jest w mieście tolerowany mimo koloru skóry i możesz za zarobione złoto kupić czego tylko potrzebuje był dla niego idealny. Należało jedynie znaleźć najszybszy sposób by barbarzyńca mógł się wzbogacić. Orczy wojownik swoją pracę zaczął w karczmie jako wykidajło. Praca była prosta i zgodna z jego zainteresowaniami. Do których należało dawanie sobie po pysku gdy jest okazja. Jego obecność i wygląd znacząco uspokajały krewkich klientów. Tych natomiast którym mimo wszystko w głowach były kłopoty, Wug sprowadzał na ziemię. Najczęściej dosłownie.

Praca dla Wuga jednak na dłuższą metę okazała się nudna, za rzadko dochodziło do poważnych bójek a ludziny zwłaszcza pod alkoholu były zwyczajnie słabe. Ork miał jednak dzięki temu co jeść, szybko uzupełnił również braki w ekwipunku. Postanowił, że pierwsze poważne pieniądze spróbuje zarobić podczas "Zewu Śmiałków". O wydarzeniu powiedział mu Gobelin a na miejscu okazało się, że konkurencja nie była duża. Muskularny Ork zdecydowanie wyróżniał się wśród zebranych. Uwagę Wuga natomiast przykuła trójka goblinów. Na widok ich gestykulacji i żywej rozmowy zaczął się jej przysłuchiwać. Znał bowiem mowę goblinów równie dobrze jak Orczą. Chciał najpierw dać się wygadać mniejszym pobratymcom a następnie zapytać się o wieści z klanu. W tym o niepokojące ognie o jakich mówili miejscowi.
 
Icarius jest offline  
Stary 27-04-2022, 10:52   #7
 
Santorine's Avatar
 
Wug

Muskularny ork podszedł bliżej gadających goblinów. Jako że ci kojarzyli go mniej więcej, na jego przybycie skinęli głowami, nie przerywając swojej rozmowy.

Ficko był garbaty i na swojej zielonej twarzy i czerwonych oczach miał wymalowany wyraz wiecznego rozkojarzenia, co nadawało mu rysy prostaka. Godo, przeciwnie, cały czas rozglądał się za siebie i wokół, jego wzrok często krążył zaś w okolicach sakiewek, zaś dwa czerwone oczka goblina chytrze obserwowały otoczenie.. Trzeci z goblinów był - jak na goblina - wychudły i ubrany w łachmany, zaś na twarzy miał założoną szmacianą kominiarkę, w którą wplecione były kolorowe paciorki.

Barbarzyńca miał szansę przysłuchać się rozmowie dwóch goblinów - ten trzeci w kawałku szmaty zakrywającym jego twarz milczał, z rzadka tylko kiwając głową.

- Kiedy to zapalili ten ogień? - zapytał Godo.
- A-a-ani chybi, godzina a-albo dwie przed północą! - odparł Ficko. - Czy widzicie ten dym?

Na tą wzmiankę trójka goblinów zadarła głowy, spoglądając w stronę cytadeli znajdującej się na odległym wzgórzu.

- P-patrzcie! - wskazał Ficko. - Czerwony dym! Dawno już takiego nie b-było!
- Znaczy się, że…

Milczący goblin zrobił parę znaków dłońmi, a Godo skinął głową.

- Tak, masz rację - rzekł do milczącego goblina. - Zostali zaatakowani. Przez kogo jednak?
- B-bestie! - wybełkotał garbaty goblin. - Wielkie bestie!
- Ilu z naszych zabiły? Czy zabiły też psy? - dopytywał Godo.

W tym momencie uderzył dzwon. Ficko skinął na swoich towarzyszy.

- Chodźmy - rzekł Ficko. - O-o w-wszystkim opowiem na Zewie!
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!
Santorine jest offline  
Stary 27-04-2022, 18:08   #8
 
Brilchan's Avatar
 

Gobelin siedział cichutko i podziwiał otoczenie. Zawsze zazdrościł bladym rasom dostatku, którego doświadczali i tego ile jednostka miała wolności i niezależności w ich społecznościach. Starszy goblin z siwymi włosami wyrastającymi obficie z szerokich uszu siedział na przerośniętym szczurze starając się trzymać w pobliżu Wuga⁣, z którym zdarzyło mu się już nieco pracować. Towarzystwo olbrzymiego barbarzyńcy raczej zniechęcało świat do sprawiania kłopotów.

Mały artysta wolał zachować chwilowe milczenie, chłonąc piękno otoczenia i układając wierszowane historie, które mógłby nakłonić stado do czerpania przykładu z bladych ras.
 

Ostatnio edytowane przez Brilchan : 27-04-2022 o 18:11.
Brilchan jest offline  
Stary 27-04-2022, 18:59   #9
 
Santorine's Avatar
 
Wespół, niby pszczoły gramolące się na plastrze miodu, tłum mieszkańców wlewał się z wolna do ratusza. Brama, ciągnięta przez strażników, rozwarła się na oścież ze zgrzytem, a tupanie paru tuzinów nóg o bruk zamieniło się w dudnienie obszernej sali przyjęć.

Wug, Gobelin, Valenae i Katerina podążyli za tłumem, zaś Lavena i Joresk znaleźli się zaraz za nimi, kiedy tylko załatwili swoje sprawy ze strażnikiem i karczmarzem.

Nie wszyscy weszli. Podróżnicy zauważyli, jak z tłumu paru niedoszłych śmiałków wzruszyło ramionami i udało się w swoją stronę, między nimi i tacy, co wyglądali na wojów. Gdzie indziej, jakiś niziołek wdał się w chwilową utarczkę ze strażnikiem i gremialnie wyszedł, zabierając ze sobą dwóch znajomków. Paru mieszczan zostało po prostu na placu przed ratuszem, nie kłopocząc się z pójściem dalej.

W sumie, do środka weszły niemal dwa tuziny zbieraniny.

Szli przez parę chwil przez salę główną. Przez boczne drzwi wchodzili i wychodzili urzędnicy, krzątając się z zwykłym dniu pracy. Zapewne, gdyby nie tupot paru tuzinów stóp, jedynymi dźwiękami byłaby cisza przecinana niekiedy skrobaniem pióra.

Po przejściu korytarza, pokonali jeszcze jedne drzwi, które prowadziły do sali głównej rady miasta.

Wnętrze sali rady było urządzone prosto. Na samym środku pomieszczenia znajdowała się mównica, wyrzezana, zdawało się, z hebanu i dodatkowo upiększona wypolerowanymi, metalowymi ćwiekami. Z centrum rozwijał się wielki, pomarańczowy dywan, zaś po obu stronach ustawione były rzędy drewnianych ław.

W tych ławach zasiadało parunastu urzędników. Co prawda wejście najemnej hałastry spowodowało pewne poruszenie, jednak większość urzędników - już w sędziwym wieku - uspokoiła się i powróciła do stawiania liter na pergaminie i skrobania się po nosie w zamyśleniu.

Zew Śmiałków miał się rozpocząć lada chwila.

~

Lavena i Valenae zauważyły, jak paru z zebranych niziołków gapi się nerwowo właśnie na ich grupkę, łypiąc na nich spode łba. Jeden z nich pokręcił się wokół, obrzucając wzrokiem całą resztę kolorowej czeredy, po czym wyszedł na zewnątrz.

Garbaty goblin i jego towarzysze przesuwali się z wolna w stronę mównicy. Godo - jak zauważyła Katerina - szepnął coś na ucho Fickowi, a ten nerwowo roześmiał się.

Zanim Ficko i jego goblińscy kompani zajęli mównicę, przemówiła najpierw kobieta którą podróżnicy znali jako Greta Gardania, przewodniczącą Rozgórza i de facto osobę, która rządziła miastem. Kobieta z manieryzmami i ubiorem sugerującym pochodzenie znacznie szlachetniejsze niż miejsce, którym było Rozgórze, przemówiła władczym tonem:

- Witajcie, sąsiedzi i przyjaciele - rozpoczęła, a jej dźwięczny głos wypełnił salę główną. - Witajcie, jak co miesiąc, na Zewie Śmiałków Rozgórza. Jestem przewodnicząca rady, Greta Gardania.


- Na życzenie moich kolegów z Rady Miasta, przyrzekam wam, że wysłuchamy i rozważymy dzisiejsze petycje z uwagą i dyskrecją.

- Dzisiaj, nasza lista petycji obejmuje sześć misji zleconych przez zacnych obywateli naszego miasta, pierwszym z nich będzie.. Ficko! - kobieta wskazała swoją dłonią garbatego goblina, który nagle zmieszał się i skurczył w sobie. - Ficko z plemienia Cierniowego Kamienia na Czarcim Wzgórzu. Chodź do nas, przyjacielu. Opowiedz o swej sprawie.

Na te słowa, goblin podreptał do mównicy, odchrząknął parę razy i wreszcie zaczął swoją perorę:

- Sz-szacowni i… I-i wielmożni - rzekł Ficko z napięciem w głosie. - Księżyc jeszcze n-nie przeszedł, acz… Jak żem wtedy ze wzgórza uciekał, tom na własne oczy widział. B-bestie z wnętrza fortu wypadły, gryzły i zabijały, kogo wlezie.

Goblin odchrząknął, splunął (w tym momencie brwi Grety powędrowały w stronę czoła) i kontynuował, ledwo hamując panikę wymalowaną na jego twarzy:

- A-a potem - kontynuował garbaty - ognie na sz-szczycie twierdzy. I potem…

Zanim goblin zdołał powiedzieć, co było potem, zachodnie drzwi nagle rozwarły się z impetem.

- OGIEŃ! - wrzeszczał na całe płuca jakiś młodziak, który wrejterował do sali głównej. - PALI SIĘ!!! RATUJ SIĘ KTO MOŻE!!!

Jak na zawołanie, gęsty, czarny dym buchnął zaraz za młodzieniaszkiem, za dymem zaś podążyły żar i płomienie. Drewniany podest i parę krzeseł natychmiast zajęło się płomieniami, a te zabulgotały i rzygnęły kolejną smugą czarnego dymu.

Kiedy tylko pierwsze ognie liznęły drzwi i drewnianą podłogę, powstał chaos. Paru mieszczan znajdujących się na samym końcu sali natychmiast czmychnęło na zewnątrz, nie oglądając się za siebie.

Jakiś wojak w kolczudze i jego znajomkowie na widok ognia wzięli nogi za pas, po drodze wpadając na paru starszych jegomościów, których brutalnie pchnęli na ziemię.
Inni - ci bliżej płomieni - po prostu zastygli bez ruchu, głupawo gapiąc się na nadciągający ogień.

Paru innych wrzeszczało i biegało, potykając się o ławy i innych.
Jeszcze inni wrzeszczeli w ślepej panice. Tu i ówdzie ławy zostały wywrócone, a spokojny acz stanowczy głos przewodniczącej rady utonął w zgiełku.

Panika zapanowała.

Joresk, Gobelin i Wug zauważyli, że pomiędzy buchającymi płomieniami było coś… Dziwnego. Na początku wzięli to za zwykłą grę płomieni i dymu, ale… Nie!



Pomiędzy płomieniami i czarnym dymem latała mała istota, nie większa od ptaka. Całkowicie spowity płomieniami, mały ludzik chichotał złośliwie i trzepotał swoimi skrzydełkami, z których biły iskry i żar, podpalając meble, podłogę i w zasadzie wszystko, czego mógł dotknąć. Jego małe szpony i roześmiana mordka zdawały się być utkane z samych płomieni, a jasnoczerwone oczy przypominały rozżarzone węgielki.

Dalej chichocząc i śmiejąc się, podleciał bliżej i plunął strugą ognia na podłogę, a ta natychmiast zajęła się, niczym papier. Wreszcie, zrobił parę wulgarnych gestów w stronę Valenae i Gobelina i zanurkował w płomienie, niby ryba w wodę.

Te zaś buchnęły wesoło, unosząc w górę śmierdzący dym.

Na odpisy w tej rundzie zapraszam na doca - więcej info w komentarzach.
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!

Ostatnio edytowane przez Santorine : 27-04-2022 o 19:04.
Santorine jest offline  
Stary 02-05-2022, 08:14   #10
 
Santorine's Avatar
 

Walka

Płomienie zasyczały i zabulgotały. Podsycony przez latającego, spowitego płomieniami gagatka, ogień rozprzestrzenił się poza drzwi, z wolna ciągnąc w stronę mównicy i część płomieni rozlała się już po podeście.Kolejność zdarzeń nieco zaskakiwała, bo - przynajmniej w doświadczeniach panny Bonheur - gdy już dochodziło do pożaru, to zazwyczaj kończył on spotkania towarzyskie, a nie rozpoczynał, no ale cóż... Płomienna atmosfera nie utrzymała Kateriny za długo w szponach zaskoczenia, a już na pewno o wiele krócej niż większość obecnych.

- Hej, panie władzo - krzyknęła w stronę strażnika na lewo z tym swoim charakterystycznym galtańskim akcentem, zmiękczającym “r”. - Organizujcie gaszenie pożaru, a nie stoicie tylko.

Katerina odwróciła się w stronę mieszczan tuż za nią, dalej zamrożonych w miejscu nagłym zwrotem akcji.

- A wy... Hej, wy! - Bonheur strzeliła palcami, próbując zwrócić na siebie ich uwagę. - Zmykajcie.

Pomocnym gestem drugiej dłoni wskazała drzwi do głównej hali.

Gobelin ściągnął z pleców mandolinę i zaczął w kółko grać prostą melodyjkę, chcąc schłodzić płomienie, szybko zorientował się, że ogień jest jeszcze poza zasięgiem jego sztuczek.
To jakieś latający chochlik płomieenia to zrobił! Wy pomuszcie ludzioom ja spróbuje zdusić płomień -Krzyknął następnie spiął Reksia gigantyczny szczur ruszył w kierunku płomieni Gobelin szykował zaklęcie gdy tylko płomienie znajdą się w zasięgu jego magii. Może i rozsądniej byłoby pomóc w ewakuacji, ale zielony bard nie sądził, że spanikowani bladzi będą chcieli go słuchać, wolał się zająć pożarem i istotką, która go wywołała. Płomienie miały w sobie coś pociągającego, Gobelin mimo starań wciąż podzielał fascynacje swej rasy wobec destrukcji.- DO WYJŚCIA!! - Joresk ryknął potężnym głosem, przesadzając ławki i kierując się do zastygłych w przerażeniu osób bliżej mównicy. Tych, których nie otrzeźwił krzyk, łapał za ramiona i odpychał w stronę drzwi.

Valenae znajdowała się na samym brzegu ławki dosłownie tuż przy głównej nawie pomiędzy wszystkimi ławkami. Pożar, a tym bardziej nie powstały naturalnie był zaskoczeniem dla wszystkich. Nie miała żadnych pomocnych w tej sytuacji umiejętności, więc postanowiła pomóc jak tylko potrafiła.
Wiedziała, że część ludzi w podobnych nagłych sytuacjach zamiera w bezradności. Wystarczy wtedy dowolny impuls, żeby wyrwać ich ze stuporu. Wybiegła na środek ławy, by zabezpieczać ewakuację.
Dalej ruszać się o prościutko do wyjścia. Tylko szybko. Przedstawienie się skończyło. - krzyknęła na całe gardło.
Wug rozejrzał się zdziwiony gdy nikt nie ruszył w stronę małego diabła. Następnie Ork wręcz się uśmiechnął gdy dostrzegł, że “Śmiałkowie” zajmują się nawoływaniem ludzin do “wyjścia”. Krzyknął:
- Więcej chwały dla Wuga szykuj się diable!

Z odmalowanym na twarzy wyrazem znużenia i zaledwie jednym uchem Lavena wysłuchała przemowy Ficka. „Dopuścili do głosu jakieś nieokrzesane i bełkoczące stworzenie… to w końcu ratusz, czy cyrk? Ech, prowincja jak się patrzy...” pomyślała. Kiedy zapłonął ogień, gotowa była uwierzyć, że to dalsza część żałosnego przedstawienia.
— Gorącu tu, czy to tylko ja? — zapytała półżartem, jakby nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji.
Kiedy tylko wybuchła panika, postanowiła wydostać się spomiędzy ław. Z niesmakiem i drażliwymi syknięciami znosiła przepychających się w jej pobliżu ludzi.
— Nie dotykaj mnie brudasie! — uniosła się teatralnie, gdy brutalnie otarł się o nią jakiś zdjęty strachem cudzoziemiec.

Gobelin i jego pies dziarsko wyskoczyli z ławki i przeskoczyli między nogami Valenae, wypadając na korytarz pośrodku. Dalej pobiegł w stronę płomieni, zatrzymując się przed samym pożarem.Tymczasem Godo i zamaskowany goblin ruszyli w stronę południowej bramy, zostawiając Ficka jego losowi. Ten zaś całkiem zbaraniał: wrzeszczał i miotał się, jakby płomienie już go dosięgnęły.

Paru mieszkańców, których nie ogarnęła panika, pobiegło w stronę południowego wyjścia.Po słowach Kateriny, dwóch mieszczan zreflektowało się i przestało wrzeszczeć. Po ponagleniach muszkieterki, wypadli z ławy i ruszyli w stronę wyjścia.Do ratowania dołączyła się także Valenae. Tymczasem, płonący chochlik zatrzepotał małymi skrzydełkami i wypadł z ognia. Rechocząc jak opętany, zwymiotował na biurko gorącym popiołem i rozgrzanymi do czerwoności węgielkami. Biurko natychmiast stanęło w płomieniach, co skwitowały okrzyki radości płonącego chochlika.Paladyn wypadł z ławy i zaczął krzyczeć do kolejnych dwóch. Tamci skwapliwie wykorzystali rady Joreska i wzięli nogi za pas. On sam przemieścił się nieco bliżej pożaru.Wug także wypadł z ławy, przepychając się w stronę środkowego korytarza. Kiedy tylko wybiegł, dobył miecza, a żelazo sporej wielkości półtoraka zgrzytnęło w pochwie.Lavena także pospieszyła i czym prędzej wybiegła z ławy na wschód.Członkowie rady - w tym Gardania - widząc, co się dzieje, przeskoczyli płonący już od zachodniej strony stół. Wyglądało na to, że przewodnicząca rady zamierzała zorganizować pomoc dla tych ze wschodniego skrzydła, bo krzyczała do strażnika i pozostałych członków rady, co mają robić.

Nagle, północne drzwi eksplodowały, a ogień rozlał się także i na północy. Z płomieni wychynęła kolejna istota, nieco mniejsza od tej na północnym zachodzie pomieszczenia. Ten, w przeciwieństwie do żywego płomienia, jakim był tamten, zdawał się być w części ulepiony z magmy. Przeleciał paręnaście stóp, szukając czegoś, co można podpalić.Tymczasem drewniana podłoga sali Zewu Śmiałków paliła się, niby wiecheć słomy. Płomienie, podsycane przez dwa chochliki, szybko pochłaniały kolejne milimetry. Rozpalony przez płomiennego diablika ogień na biurku z wolna bulgotał i trawił stół.

Płomienie podeszły blisko Gobelina, a on i Reksio poczuli smród palonego drewna i tchnienie żaru. Byli niebezpiecznie blisko ognia.- Ratujcie ludzi! - Katerina wydarła się w sumie do nikogo konkretnego, wzrok wbijając w kolejnego ognistego przybysza. Sama wystrzeliła przed siebie jak z procy, sięgając po rapier przy pasie i, dopadając ostatniego stopnia na podest, susem władowała się na stół, stając twarzą w twarz z chochlikiem, czortem, czy czym tam magmowa bestia była.

Gobelin lubił ludziakowate meble i budowle ratusz był bardzo ładny i bard nie chciał, żeby budynek spłonął zaczął więc grać na mandolinie prostą melodię, aby zdusić nieco ogień dodając do melodii równie prostą rymowanką:

Ogień Buch
Lecz ja Zuch
Zrobię Dmuch
I już znikł

Niestety były to pobożne życzenia bo ledwo co lekko przygasił płomienie

Nie czuł się gotowy do walki, z ognistymi stworkami to było dobre dla Łamignata cze długołuchej łuczniczki! Widział jednak panikę mieszczan oraz Goda bardziej zależało mu na ocaleniu budynku ale nie mógł zostawić pobratymca w potrzebie, odezwał się w nim goblini instynkt stadny zaczął grać więc skocznego begina:


Nie bujta sięGodo!
Nie Bujta się Mieszczany
Spokojnie idźta do wyjścia
Mocium Panny, Mocium Panny
Nie dajcie wrogom satysfakcjiiii
Widzieć waszego strachu
Wy lećzta na zewnątrz
My tu się rozprawim z chochlim płomieniem i ogień ugasim
Co poznacie po zapachu!

Joresk dobył trzymanego dotąd na plecach faucharda i z bojowym okrzykiem zamachnął się na chochlika.Półelfka postanowiła przyjrzeć się dokładniej osobliwym istotom, które odpowiadały za całe zamieszanie. Kierowana niepohamowaną ciekawością zbliżyła się bardziej do źródła zamieszania, by lepiej ocenić sytuację i przygotować na ewentualny rozwój wypadków. W zasadzie mogła się wycofać, ale nie zamierzała przepychać się do drzwi wyjściowych ze spanikowanym motłochem. Korzystała więc z chwili.

- Wiadra z wodą i ustawcie się tak by je sobie podawać. - powiedział Wug do mijających go członków rady. Widział kiedyś pożar w wiosce z oddali, który sam zresztą wywołał i bladzi właśnie tak go gasili. Sam chwilę później wpadł w szał i zaszarżował na przeciwnika.
- Wug połamie ci kości jeśli jakieś masz! - wrzeszczał trzymając miecz oburącz w dłoni.


Valenae czuła się bezradna w zaistniałej sytuacji. Nie znała się dobrze czy właściwie jest ten stwór jedna zakładała że jako istota ogniowa będzie odporna praktycznie na wszystko. Strzał z łuku nie wchodził w grę gdyż jak przypuszczała strzała spłonie zanim dojdzie do celu. Kątem oka zauważyła, że ktoś rzucił się do ataku w kierunku płonącej istoty.
Postanowiła wykorzystać sytuację póki będzie chwilowe zamieszanie. Lewe skrzydło już prawie opustoszało, natomiast na prawym skrzydle w ławkach było jeszcze pełno ludzi. Wiedziała, że często potrzebny jest tylko impuls lub ktoś, kto poprowadzi do wyjścia.
Ludzie nie stać mi tu i nie gapić się. To nie jest przedstawienie. Kto chce żyć niech ucieka do wyjścia. - krzyknęła najgłośniej jak potrafiła.

Jestem jak najbardziej za.Gobelin brzdęknął na swojej lirze, a jej dźwięk zainspirował wszystkich wokół. Katerina, Joresk, Wug i Valenae poczuli, jak magia barda przenika powietrze, a oni sami poczuli, jak ich ruchy stają się bardziej skoordynowane. Głos liry utonął jednak w zgiełku dla Laveny, która była zbyt daleko od goblińskiego barda.Paru mieszczan przecisnęło się przez wyjście, ławy na zachodzie miarowo pustoszały. Strażnicy, zmotywowani przez ponaglenia radnych, wzięli się do roboty i także zaczęli ratować tych, których mogli.Katerina podbiegła, wskoczyła na stół i wyszarpnęła rapier zza pasa.Valenae tymczasem pomagała w odprowadzeniu ogłupiałych z paniki obecnych w sali ludzi z miasta. Dzięki niej, jakiś brodaty mężczyzna i starsza kobieta ruszyli w stronę wyjśćia. Mefit ognia, na którego już zamierzał się Joresk, nagle zrobił parę gestów i wysyczał dziwne słowa. Błysnęło, a paladyn poczuł ból. Poczuł się nieco ogłuszony, ale natychmiast otrząsnął się z wrażenia.Paladyn odwdzięczył się mefitowi, spoglądając na niego wyjątkowo przerażającym wzrokiem. Uśmieszek zrzedł na twarzy mefita, a on sam strachliwie zatrzepotał skrzydełkami. Następnie, Joresk wyszarpnął fauchard i dźgnął nim, ale mały drań wymykał się spod ostrza.Wug wrzasnął, wpadając w szał barbarzyńcy. Trzymając w wielgachnych łapach półtorak, zaszarżował i zamachnął się swoim mieczem. Płonący chochlik jednak uchylił się przed ostrzem orka.Lavena spojrzała na dziwne stwory, próbując przypomnieć sobie, czy widziała już podobne. Rozpoznała je stwory jako mefity ognia, stwory elementalne, które magowie mogli przywołać z odpowiedniego planu. Bezmyślne i złośliwe, stwory te potrafiły leczyć się płomieniami, były odporne na krwawienie, ogień, paraliż, truciznę i zaklęcia snu, a także posiadały wrażliwość na zimno. Potrafiły też rzygać ogniem, co już zademonstrowały podczas walki.

Następnie pomaszerowała na północ i przystanęła. Półelfka skoncentrowała się, wyczekując odpowiedniego momentu.Greta Gardania i reszta członków rady uwijała się naprędce, wyszarpując kolejnych skonfudowanych mieszczan z ław i odsyłając ich w stronę drzwi wyjściowych. Na sugestię Wuga, żeby skombinować wiadra i wodę, paru ludzi zaczęło się skrzykiwać i wypadło na zewnątrz, obiecując, że niedługo wrócą.Sam barbarzyńca zbliżył się zanadto do płomieni. Wzmagający się żar osmalił brwi barbarzyńcy.

Mefit ognia, ten bardziej magmowy niż płomienny, zdawał się być niezadowolony z obecności muszkieterki. Zasyczał przeciągle, wciągnął powietrze i plunął na nią wiązką ognia. Katerina jednak uchyliła się, o milimetry omijając płomienie buchające z paszczy mefita.Tymczasem pożoga w rogu pokoju rozszerzała się coraz bardziej. Gobelin, który co prawda ugasił parę stóp pożaru, czuł, że próby ugaszenia płomieni sztuczką były zbyt małe, żeby wywrzeć jakiś sensowny efekt. Ogień pożerał kolejne metry podestu i lizał już strop i rozszerzał się znacznie szybciej, żeby próbować go gasić zaklęciami niższego poziomu.

Był jeszcze inny problem: z wolna, na sklepieniu sali obrad zaczął gromadzić się czarny, gryzący dym, a podróżnicy byli w stanie odczuć, że w sali robi się coraz bardziej duszno.

Gorące powitanie, jakim uraczył Katerinę magmowy mefit, zdawało się nie wywrzeć na niej zbyt wielkiego wrażenia. Syknęła jedynie gdy żar przeleciał jej koło ucha, ale wracając z wychylonej pozycji którą przybrała przy uniku, sięgała już po lewak przy pasie. Sztylet zaraz i zakreślił esowaty kształt w powietrzu, gdy muszkieterka pozorowała uderzenie krótszym ostrzem, w rzeczywistości szykując się - niczym żmija - do nagłego ukąszenia rapierem w prawej dłoni.

Wug nie zwarzał na ogień czy zagrożenie. Chiał jak najszybciej zakoczyć walkę i popisać się swoją siłą przed ludzinami. Ogarnięty szałem widział tylko swoją ofiarę. Niczym drapieżnik podczas polowania… Ork napierał na mefita kolejnymi zamaszystymi ciosami. Uderzenia zdecydowanie stawiały siłę, brak było w tych ciosach jakiejkolwiek subtelności. Chciał zmiażdżyć małego diabła niczym robaka na swej drodze.
Dwa ataki w Mefita (przy jakim by Wug nie był) i krok tak żeby być w zwarciu a nie być przy ogniu jak się da. Lavena zaczęła trakować zamieszanie w ratuszu jako swego rodzaju przedstawienie. Spory wpływ miało na to niedawne okropne znużenie spowodowane dłużącym się oczekiwaniem przed wejściem do ratusza, nieskładna opowieść goblina Ficka oraz nagłe pobudzenie wywołane obecnością bliskiego jej pierwotnej naturze żywiołu ognia. Pólelfka za nic miała sobie powagę sytuacji, realny strach i cierpienie innych. Kto by ją znał, wiedziałby jednak, że nie było w tym zupełnie nic niecodziennego i osobliwego. Zawsze liczyła się tylko ona i jej kaprysy .

Zbliżyła się jeszcze kawałek, wybuchając przy okazji nieodpowiednim do chwili chichotem na widok psot mefitów.
— Imponująca magia… była na przecenie? — skomentowała ironicznie starania stworków.
Następnie używając eleganckich gestów i dosadnych słów rzuciła zaklęcie, które objęło strumieniem płomieni orka i człowieka, ścierających się z mieszkańcem niższych sfer. Z początku wydawałoby się, że dołączyła do napastników, jednak pomarańczowe języki ognia miast oparzyć kombatantów, przywróciło im siły witalne i dodało nieco wytrwałości.
— To powinno dodać nieco pikanterii tej żałosnej scenie… Hm, powiedziałabym: patrzcie i uczcie się! Ale niestety, tego nie możecie się nauczyć!

Joresk zamachnął się fauchardem, a potem…Valenae widząc co się dzieje i jak radzą sobie inni postanowiła kontynuować to co robiła. Wychodziła z założenia, że jeżeli coś komuś dobrze wychodzi to nie należy mu na siłę pomagać, bo można tylko uzyskać całkowicie odwrotny wynik. Tym bardziej, że nie wiele w tej walce mogła pomóc.
Jak postanowiła tak zrobiła. Nie było co się wpierdalać między wódkę, a zakąskę. Tym bardziej, gdy było jeszcze wielu postronnych ludzi do wyprowadzenia.
Elfka kontynuowała wyprowadzanie ludzi z rejonu zagrożonego ogniem i kierowała ich do wyjścia.

Gobelin bardzo żałował, że nie zna jakichś pieśni ku przywołaniu, mrozu, czystego powietrza lub wody niestety smar, który umiał stworzyć rymowanką, nic by tu nie pomógł. Bardzo mu było smutno, że ładny budynek jest niszczony płomieniem… Pokręcił głową zniechęcony, wyciągnął, procę nałożył kamień i spróbował strzelić w magmowego Mefita. Następnie odsunął się nieco w tył gdyż płomienie zaczynały być niebezpiecznie bliskie.
Gobelin dobył procę i wystrzelił pocisk prosto w płomiennego chochlika. Trafił! Złośliwy elemental zajęczał z bólu, kiedy dosięgnął go kamień. Goblin poprowadził psa, ten zaś poniósł go dalej, rad, że ucieka od płomieni.

Mieszczanie zaś uciekali szybko przez drzwi wyjściowe. Paru strażników coś krzyknęło, zdawało się, że na zewnątrz ustawiała się linia z wiadrami. Pierwsze wiadro wody zostało ustawione przy wyjściu.Katerina zaś zaatakowała mefita. Szybkie ruchy szermiercze zwiodły małego diabła, który zanurkował za oszukańczym ruchem muszkieterki. Ta wykorzystała chwilę jego słabości i zaatakowała… Jednak absolutnie rewelacyjna finta została skwitowana draśnięciem ogłupiałego mefita. Pech.Valenanae zaś, nie bacząc na walkę, wrzeszczała, gestykulowała i odsyłała ogłupiałych i otępionych dymem mieszczuchów razem z radą i strażnikami.Mefit ognia, który dotychczas unikał ataków Paladyna i Barbarzyńcy, czmychnął szybkim ruchem przed Wuga, następnie zaś wessał w siebie powietrze. Z małej paszczy skrzydlatego diablika eksplodowała feeria płomieni, która objęła Joreska i Wuga. Ci poczuli ból i odebrało im na moment dech z powodu wielkiego ognia, który wydobył z siebie mefit. Po chwili zauważyli, że… Płoną! Joresk i Wug stanęli w płomieniach!Joresk, nie bacząc na pożogę na jego zbroi, dźgnął celnie fauchardem mefita w płomieniach. Ten zawył z bólu, jednak na tym nie było końca. Paladyn odsunął broń, nabrał w płuca powietrze i ryknął potężnie. Mefit zadrżał pod wpływem straszliwego okrzyku Paladyna.

Płomienie dalej trawiły zbroję Paladyna, parząc go i sprawiając mu ból.

Wug wrzasnął opętańczo w szale i zamachnął się swoim półtoraręcznym mieczem. Ten, błyszcząc energią niebieskiego smoka, przeciął powietrze mroźnym tchnieniem. Kolosalne cięcie Barbarzyńcy przecięło małego drania w pół. Mefit, krzycząc z bólu, zgasł, a po gorejącej istocie została tylko kupka żużlu i popiołów, która potoczyła się w głąb ognia.

Członkowie rady, nie bacząc na zamieszanie przy stole, ciągle pracowali nad ewakuacją mieszczan.

Magmowy mefit zapiszczał ze złości i drapał muszkieterkę, próbując odgonić się od jej ataków. Niestety, jeden z nich dosięgnął ją: ta, próbując uchylić się przed wściekłym gradem ciosów, nagle poczuła ból na szyi. Płomienna istota sapnęła ze złości i satysfakcji, kiedy bąble oparzeń rozlały się na skórze Kateriny.

Tymczasem nieugaszony żywioł w rogu pokoju z małego ogniska przemieniał się raptownie w wielką pożogę. Ogień już nie bulgotał, ale wydawał z siebie złowieszczy pomruk, kiedy kolejne warstwy podłogi, stołu i krzesła natychmiast zajmowały się niczym kartki papieru. Czarny, gryzący dym stawał się coraz bardziej nieznośny, a śmiałkowie bliżej płomieni zaczęli kaszleć, dusząc się. Robiło się nieciekawie.

Gobelin bardzo cieszył się z udanego trafienia oraz śmierci jednego z wrednych płonących stworków od miecza jego drogiego przyjaciela łamignata ale jego serce krwawiło smutkiem…NIE! Nie może pozwolić na zniszczenie takiego pięknego dzieła architektury ludziaków! Jego artystyczny duch na to nie pozwoli! Mimo dymu sięgnął w głąb siebie do źródła inspiracji, które pozwalało mu doceniać piękno świata we wszystkich jakże różnorodnych jego aspektach i zaśpiewał:

HHHHEJ! Kolego Stary/Młody
Podaj mi tu wiadro wody!
Ej Koleżko drogi miły!
Nie szczędź mi tu potu / siły
Raz i Dwa my wspólnem siły
Piękny Ratusz ocalimy!


Jego pragnienie chronienia dzieła architektury zamanifestowało się jako niewidzialny byt, który chwycił wiadro z zamiarem ugaszenia inferno.

Po śmierci mefita magmy czarownica uznała, że zabawa się skończyła. Zwłaszcza że dobitnie poczuła drażniący dym w gardle. Dlatego pospiesznie zwilżyła chusteczkę wodą z bukłaka i trzymając ją przy twarzy postanowiła natychmiast wycofać się z zajętego ogniem pomieszczenia. Na szczęście tłuszcza zdążyła się przerzedzić do tego stopnia, by nie musiała walczyć o możliwość wyjścia z pospólstwem. I tak straciła dość czasu na czynności niegodne jej wybitnych umiejętności.

-WUG POMOŻE! - rozległ się ryk w stronę Katariny gdy Barbarzyńca zadał kolejne dwa zamaszyste ciosy.

Valenae była mocno zirytowana swoimi staraniami, żeby wyprowadzić z płonącego pomieszczenia jak największą ilość ludzi. Co by nie robić i jak nie krzyczeć góra po dwie osoby reagowały właściwie udając się w kierunku wyjścia. Reszta stoi i się gapi jak krowa w karawan. Chyba bat by się przydał, żeby pogonić skutecznie to zbiegowisko. Miała tego dosyć. Niech ludzie martwią się o siebie sami.

Miała świadomość tego, że dopóki nie pokonają ognistego stworzenia ewentualna akcja gaśnicza będzie mocno utrudniona lub wręcz niemożliwa. Tym bardziej że jeden z dwóch stworów już padł. Rozejrzała się dookoła za możliwymi opcjami. Coraz bardziej problematycznym był nie sam ogień a gęsty duszący i drażniący dym. W momencie gdy spojrzała w kierunku towarzyszy znajdujących się po lewej stronie sali zauważyła jak obok jednego z nich pojawia się chyba magicznie przywołany pomocnik z wiadrem. Pomysł pojawił się w ułamku sekundy.

Szybko przemieściła się sąsiedztwo Gobelina i jego pomocnika, zdjęła z szyi chustę, zamoczyła ją w wodzie zanim wiadro ruszyło w ruch, po czym mokrą założyła na usta i nos. Widoczność pogarszała się z każdą chwilą. Na szczęście ognisty potwór była nada dobrze widoczny. Dobyła łuku i nałożyła strzałę na cięciwę. Pomyślała sobie, że co prawda strzała jest drewniana przeciwko czemuś, co się pali, ale z tej odległości z prędkością, jaką opuści cięciwę być może zdąży trafić cel zanim się spali.

Wycelowała i czekała na dogodny moment gdy będzie miała czystą linię strzału gdyż stwór cały czas był w ruchu.

Bard grał na swojej magicznej lutni, ta zaś rozbłysła światłem, przywołując Niewidzialnego Sługę. Na pierwszy rzut oka zdało się, że zaklęcie goblina nie zmieniło nic, jednak… Po paru chwilach, niewidzialna siła uniosła wiadro na południu pomieszczenia, to zaś pofrunęło w stronę ognia.Ci, którzy jakimś cudem zostali jeszcze w sali obrad ratusza, uciekali, jednak dym stał się zbyt nieznośny. Cztery osoby, ledwo stojąc na nogach, upadły, odurzone czadem.

Tymaczasem u wyjścia w pokoju pojawiło się sześć wiader wody - zdawało się, że straż pożarna zaimprowizowana przez rozkaz Wuga działała.

Katerina chlasnęła rapierem, ostatecznie dopadając mefita, który jęknął, pchnięty ostrzem jej broni. Czuła jednak, że dym wzbiera coraz mocniej i sama czuła się, jakby miała zaraz zemdleć. Czym prędzej pobiegła na południe.Valenae tymczasem zwilżyła chustę i naprędce zawiązała ją na twarzy. Choć nie do końca rozwiązało to problemu dymu, poczuła się nieco lepiej. Następnie dobyła łuku i wystrzeliła: zadanie było co najmniej trudne, bowiem mefit walczył z Wugiem i na pole strzału podbiegła także Katerina, ale… Udało się! Strzała dosięgnęła płomiennego chochlika.

Joresk rzucił się na ziemię, próbując zgasić ogień, ale niewiele to dało. Płomienny oddech i substancja, którą splunął martwy już mefit na nich była zbyt silna i paliła się na zbroi Paladyna, raniąc go.Wug, nadal pod wpływem szału, ciął małego diablika. Potężne cięcie miecza, który zabłysnął zimnym płomieniem, dźgnęło mefita. Płomień magmowego zgasł natychmiast, pozostawając po nim tylko popioły i zwęglone pozostałości.

Lavena tymczasem wzięła nogi zapas. Po zwilżeniu wodą bukłaka podręcznej chusty, pobiegła w stronę wyjścia, nie oglądając się na coraz potężniejsze płomienie.Członkowie rady zaś, w tym Greta Gardania, ciągnęli ogłupionych przez dym, spanikowanych mieszczan, którzy dusili się w dotkniętym pożogą pomieszczeniu.

Pożoga, która trawiła krzesła, stół i wszelki sprzęt, który był w jej zasięgu, huczała, niby wielki piec, pozostawiając na swojej drodze tylko czarną, zwęgloną ścieżkę. Strop już zaczął załamywać się i spadać w co niektórych miejscach, a czarny dym wypełnił wnętrze sali obrad, niby mgła wiosenne pola. Ogień, rozpalony przez mefity, nabierał mocy, a krzyki dochodzące ze wschodniego i północnego skrzydła ratusza sugerowały, że ktoś próbował gasić pożar.

- Ludziny tam leżą trzeba pomóc! - krzyknął Ork do ogółu. - Trzeba ustawić bladych i gasić - ostatnie zdanie krzyknął do radnych. Oni są tu ważni więc sobie poradzą. Dodał im jedynie motywacji nim wrócił w ogień.

- To taki śliczniusi budynek trzeba go ratować - powtarzał co chwila jakby był w amoku Gobelin.

~

Po ugaszeniu pożaru


Linia złożona z ponad dwudziestu mieszczan, którzy zostali odratowani z sali głównej, ustawiła się zaraz przy wyjściu. Tam, każdy w pocie czoła podawał wiadro, samemu bojąc się wejść do zadymionego i buchającego pożogą wnętrza.

Wug i Joresk, kiedy tylko dopadli do wyjścia, zostali od razu oblani wodą, która ugasiła płomienie.

Barbarzyńca, Paladyn i Gobelin, nie bacząc na niebezpieczeństwo, gasili pożar. Na szczęście, znalazło się jeszcze czterech odważnych członków rady, którzy także postanowili włączyć się do akcji gaszenia ognia. Katerina i Valenae pozostawały na zewnątrz, organizując pobieranie wody przy pompach.

Kiedy pierwsze strumienie wody spadły na szalejący żywioł, ten zasyczał i buchnęła para. Miarowo, pomimo dokuczającego dymu, śmiałkowie wylewali kolejne litry wody na ogień. Gobelin na swoim psie biegał w tą i drugą stronę, nosząc kolejne wiadra, zaś Barbarzyńca i Paladyn walczyli z ogniem, pokonując kolejne metry pożogi.

W miarę ich wysiłku, pożar gasnął. Z wielkiej, huczącej pożogi stał się z powrotem pożarem w rogu sali obrad, z niego ogniskiem, a z ogniska dymiącym, letnim jeszcze, pogorzeliskiem pełnym gorącego popiołu i tlącego się jeszcze drwa.

Jak się okazało, pożar został ugaszony w miarę szybko. Co prawda ucierpiała całkiem spora część sali obrad, zaś po północno-zachodniej części została tylko kupka popiołów i zwęglonych pozostałości, to jednak ogień nie przedostał się na zewnątrz. Spalone sprzęty i drewniane ściany zdawały się jednak być tylko do wymiany: ogień rozpalony przez mefity strawił nawet najbardziej odporne drewno.

Wszędzie uniosił się ostry zapach spalenizny i wilgoci.

Podróżnicy, którzy ugasili ogień, nie byli w najlepszym zdrowiu. Wug i Joresk byli całkiem poważnie poparzeni przez mefity, zaś Gobelin i Valenae nawdychali się duszącego dymu. Katerina także została poważnie poparzona przez płomienne pazury mefita i jedyną, która wyszła z opresji niemal bez szwanku, była Lavena.

Ci, którzy mogli odejść na własnych nogach, opuścili salę rady czym prędzej. Dla pozostałej części naprędce zorganizowano niewielki szpital polowy w głównym korytarzu.

Skrzyknięto tam jakiegoś medyka, który uwijał się między kaszlącymi sylwetkami i który czasem doglądał dochodzących do świadomości nieprzytomnych. Żaden z mieszczan, na szczęście, nie został poparzony. Było jednak całkiem sporo ogłupiałych i podduszonych dymem.

Podróżnicy zauważyli, że po całym tym ambarasie na miejscu został tylko garbaty goblin Ficko, który z wymalowanym na twarzy wyrazem przerażenia dochodził do siebie. Godo i zamaskowany goblin gdzieś zniknęli.

Niedaleko niego była Greta Gardania, główna radna, która uwijała się w pracy. Wokół radnej było paru asystentów, którzy natychmiast odchodzili do swoich zajęć, kiedy tylko ta wydała im polecenie. Władczo wyglądająca kobieta wskazywała palcami na spalone części sali głównej, zapewne spisując rejestr strat. Obok niej, jakaś drobna dziewczyna żarliwie kiwała głową i zapisywała każde jej słowo w czarno oprawioną księgę.

Tu i ówdzie parę osób, które pozostało, wypytywało główną radną i wszystkich innych, cóż, na wszystkich bogów, właśnie się stało. Co prawda nie wszyscy mówili i nie wszyscy zadawali pytania, jednak napięcie co do tego, co właśnie się stało, było obecne wszędzie.

Na ten moment jednak wydawało się, że wszyscy byli zajęci naprawą i upewnieniem się, że ognia już nie ma, a pogorzelisko jest bezpieczne.


 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!

Ostatnio edytowane przez Santorine : 02-05-2022 o 10:04.
Santorine jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172