Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-03-2008, 10:10   #231
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Sae przez dłuższy czas siedziała ze wzrokiem utkwionym w jednym punkcie... i choć punkt ten znajdował się gdzieś w Azylu, jej myśli błądziły zupełnie gdzie indziej. Obecna-nieobecna... każdemu się zdarza, szczególnie jeśli w sposób niespodziewany pojawiają się 'wspomnienia nie do przypomnienia' związane z tą dziwną gospodą.

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk własnego imienia padającego z ust szczuropodobnego, chudego człowieka... który najwyraźniej nazywał się Rahab


Czegoś takiego musiała wysłuchać z uwagą.
Nie pamiętała żadnego z wydarzeń, które opisywał ten człowiek - nie znała Istahra, nie była nigdy wcześniej w Azylu... O kim - bo z pewnością nie o niej - mówił Rahab?

Odpowiedź na to pytanie była nieosiągalna... więc Sae przestała się nad nią zastanawiać... jaki bowiem przyniosłoby to pożytek? Zamiast tego całą sobą wsłuchała się w opowieść więźnia - zaczynała bowiem rozumieć, jak dramatycznie zawarte w niej wiadomości mogą zmienić ich pozycję w tym oszalałym miejscu.

" Prawa ręka władcy? Kalecząca uczy swoją muzyką?? Tajemnicza, groźna, może i bezwzględna???
Świetnie."


***


Niziołka podczas dyskusji o dalszych losach grupy snuła własne plany... zanim jednak się rozstali przekazała każdemu z towarzyszy - a za takiego wciąż nie zgadzała się uznać Rahaba - krótką prośbę:
- Dowiedz się jak najwięcej o moim wcześniejszym pobycie w tym miejscu.

Być może respekt, jaki nieoczekiwanie budziła w mieszkańcach Azylu był jednym z ich najsilniejszych sojuszników...?

***

Saenna Tink była skrzypaczką, pochodziła jednak z rodziny zarówno majętnej jak i znamienitej... przede wszystkim zaś po ucieczce z domu wiele czasu spędziła u boku ukochanego na wędrówkach umilanych drobnymi oszustwami, kradzieżami i walką. Daeron odszedł, ale idąc uliczkami Azylu Sae po raz pierwszy od tamtych czasów poczuła jak krew krąży w jej żyłach szybciej. Plecy same jej się prostowały, uniosła głowę a opadające na oczy kosmyki włosów odrzuciła energicznym ruchem głowy. Zaczynała się naprawdę ekscytująca gra...
Niziołka uznała, że dobrym jej początkiem będzie milczenie - nie znała postaci, którą teraz miała się stać. Ze słów Rahaba wynikało, że była to osoba tajemnicza, potężna, groźna, okrutna... podła? Póki co dumna postawa, stalowe spojrzenia spod grzywki i oszczędne wypowiedzi wystarczą - później się zobaczy.

Pierwszą okazja do sprawdzenia nowego sposobu bycia trafiła się dość szybko - a stworzył ją gnący się w ukłonach sprzedawca masek. Sae stanowczym ruchem dłoni odsunęła go na bok i podążyła za towarzyszami... z satysfakcją zauważając w oczach Marika przestrach.
Ze spotkanymi później osobami konieczna była znacznie większa ostrożność... być może ktoś z nich znał dobrze 'starą Sae'? Oferowali wielką pomoc, ale w zamian żądali utrącenia władzy Isthara - czy zbieranina wygnańców z własnych światów (a tym bez wątpienia byli) mogła dokonać czegoś takiego? Odpowiedziała ostrożnie:

- Witajcie i Wy - ukłoniła się zgromadzonym, na jej twarzy jednak pojawił się wystudiowany, ironiczny uśmiech - Czemu zawdzięczam Waszą ufność w moje siły? Czym zasłużyłam sobie na takie wyróżnienie? Powiem więcej - czemu sądzicie, że pomoc jaką możecie nam zaoferować jest warta strącenia przeze mnie władcy Azylu? Czy wiecie, czego zażądam w zamian? Wiecie, kim jesteśmy ja i moi towarzysze?
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 09-03-2008, 02:29   #232
 
Tammo's Avatar
 
Azyl
„Przybytek Pieśni”

- Fialar? - szepnął gnom pytająco w pustkę.

Ślepiec oddychał cicho, rwanie i płytko. Bolesny ucisk żeber wiele mówił o sile potwora, w którego zmienił się Magyar. Ale Learion nawet tego nie czuł. Nie teraz.

- Fialar? - rzucił głośniej, czując potworny, potworny skręt wnętrzności. Strach związywał mu żołądek na supeł, wspomnienia podsuwały obraz kruchego ciałka kota, zaś wyobraźnia snując coraz to gorsze wizje powoli doprowadzała swego właściciela do stanu ciężkiej paniki.

- FIALAR!!?

Natłok myśli, wspomnień sparaliżował gnoma. Należało pójść z tamtymi, do tej całej Loży. Należało rzucić się do schodów, odciągając konstrukt. Należało nie zostawać z Magyarem sam na sam, nie pozwalać na jakiekolwiek spełnienie się wyśnionej wizji. Należało pozwolić kotu odejść nie prosząc by był niedaleko, wtedy nic by mu się nie stało. Należało uciec po zobaczeniu golema Sominusa. Należało...

Należało coś zrobić. Wtedy, gdy ograniczało go ochronne pole, nie mógł zrobić nic. Natężał mięśnie, ale nie mógł się nawet poruszyć. Nie mógł... właściwie nic nie mógł. Znowu był balastem. Niczym więcej.

Trzeźwa część umysłu gnoma zdziwiona była, że te epokowe, a przede wszystkim głośne wydarzenia nie zwabiły tu jeszcze tłumów, albo chociaż zaniepokojonego o całość pokoju gospodarza. Tylko część. Zresztą, przypomniawszy sobie wirtuoza Learion sądził, że może sobie dopowiedzieć co się teraz dzieje. Niewielki obrazek przemknął gnomowi przez głowę, obrazek na którym brodaty krasnolud wylewnie żegnał wirtuoza, zapraszał go ponownie a przy okazji płacenia targował się jeszcze o wcześniej umyśloną zniżkę, lub by po prostu uszczknąć coś jeszcze czy dla samej przyjemności z targowania się.

Zajęło mu dojście do tego wniosku może sekundę. Tak naprawdę w końcu interesowało go co innego. Macając panicznie rękoma wokół siebie szukał... bojąc się, że znajdzie. Że poczuje zakrwawione, nieruchome ciałko niewielkiego zwierzątka. Trafiwszy na wilgoć zamarł. Powoli, bardzo powoli zbliżył wilgotną rękę do nosa. Wciągnął powietrze, czując dziwną pustkę w głowie i ssanie w żołądku.

Jakiś trunek. Zapewne z jednego ze zniszczonych stołów. Gnom bez sił opadł na podłogę. Serce biło mu tak, jakby chciało wyrwać się z piersi. Strach o przyjaciela i powiernika, jaki przyspieszył mu serce, a potem ulga, choćby nawet chwilowa, spowodowały że spocił się jak mysz, i nie umiał wykrztusić słowa. Nie umiał się nawet ruszyć. Sama myśl, że może mieć rację, że może szukać nie bezpodstawnie, paraliżowała go.

- Już... sobie poszedł?

Learion aż krzyknął podskakując na ten głos. Żywiec! Żywiec i Trykk, całkowicie zapomniani powoli dochodzili do siebie.

"Na pewno jest cały. Na pewno. Pewnie uciekł i śledzi półczarta, albo... tak! Tak, to on go odciągnął! Tak, to na pewno tak było! Skąd inaczej ten portal? Haha... A ja się głupi martwiłem..."

Kłamstwo z każdą chwilą brzmiało lepiej. Z każdym oddechem. Teraz należało się czymś szybko zająć. Szybko. I pozwolić się kłamstwu wzmocnić.

- Żywiec, Trykk - caliście? Gdzie Airuinath? Czarodziejko? Widzicie ją?

Gnom mówił ze sztucznym ożywieniem, gorączkowo wręcz, powoli też powstawał, ale nie ruszał się jeszcze ze swego miejsca.

- Trykk, ten numer z uderzeniem, to było wspaniałe. Rewelacja, po prostu. Żywiec, dzięki za odwrócenie uwagi. Następnym razem jeden z Was niech spróbuje złapać na moment za nogi, odlecieć, a drugi niech wali w maskę. Wydaje się jedynym słabym punktem tego konstruktu. Airuinath? Nie słyszę jej, coś się jej stało? Możecie mnie do niej doprowadzić? Mój pomysł poszukania minstreli jednak był wcale sensowny. Znajdą nas? Co z tego, że nas tam znajdą? W tłumie łatwo się skryć, łatwo też i uciec, a poza tym... Przecież i tak nas znaleźli...

Przez moment Aylinn nie mógł mówić. Kolczasta gula spowodowała, że mógł tylko przełykać, coś bardzo gorzkiego i słonego w smaku. Kaszlnął, raz, drugi. Wspomniał cios półczarta... Dotąd zakładał, że kobiecie nic nie jest, poza może utratą przytomności, ale teraz nie był już taki pewien.

Któryś z ożywionych przedmiotów odezwał się cicho i gnom natychmiast ruszył w jego stronę, przyklękając przy czarodziejce, potykając się niezdarnie na gruzowisku, obijając sobie kostki i kolana. Począł delikatnie swoimi długimi palcami dotykać głowy kobiety, szukając ewentualnych ran, lub pęknięć. Znalazł jedynie solidnego guza, którego naciśnięcie wyrwało jęk z ust badanej. Gnom odetchnął z ulgą.

"Powinienem coś spróbować zrobić" - myślał ponuro - "na przykład uciekać."

Rozsądek podpowiadał, że nawet jeśli on sam jest zwinny i szybki, to nadal jest śmiertelnikiem. Konstrukt jest cholernie silny, wytrzymały i nie jest żywą istotą. Nie odczuwa bólu, nie męczy się, nie oddycha, nie zasapie się po długim biegu. Śmiertelnik może biec przez jakiś czas, koziołkować, robić salta i wiele rozmaitych rzeczy, ale prędzej, czy później się zmęczy. Konstrukt natomiast jest ożywioną magicznie rzeczą, której uczucie zmęczenia jest całkowicie obce. Z tego samego powodu gnom odrzucił pomysł rzutu nożem w 'oko'. Równie dobrze mógłby rzucać do drzewa czy słupa lub posągu. Wedle wiedzy gnoma większość konstruktów nie posiadała żadnej inteligencji i dosłownie wykonywała otrzymane rozkazy, tak naprawdę nie zważając przy tym prawie na nic. Podążały za swoim celem bez przerwy, bez wytchnienia, aż w końcu znajdowały go, zwykle wycieńczonego długą ucieczką.

- Pytanie tylko, kto był jego celem? - spokojnie zapytał samego siebie gnom. To była zagadka. Learion od dziecka uwielbiał zagadki i ich rozwiązywanie. Roztrząsanie problemów z każdej strony, wyjaśnianie niewyjaśnionego, odkrywanie tajemnic czy sekretów. Nawet teraz, sprowadzenie tego na znany grunt trochę pomogło. Do momentu.

- Celem... przecież nie ja. Mnie zostawił. Czyli...

Gnom szybkim ruchem otarł niepotrzebne łzy. Nie chciały przestać płynąć. Sztucznie ożywionym głosem rzekł:

- No tak, celem był Fialar. Dlatego... - musiał odchrząknąć, nim mógł kontynuować. Nawet odchrząknięcie nie pomogło. Postanowił więc w międzyczasie spróbować lepiej ułożyć czarodziejkę, wpierw sprawdzając jej barki, puls i ostrożnie sprawdzając jak jest ułożona obecnie. Za nic nie chciałby układając ją lepiej pogorszyć jakiegoś złamania czy rany, więc delikatnie, choć szybko obrysowywał dłońmi jej boki, plecy, sprawdzał ułożenie rąk i nóg. Nie znalazłszy żadnych złamań czy ran począł układać ją lepiej, składając jej głowę na swoje kolana, czy przesuwając ją z fragmentów rozwalonego wskutek jej upadku krzesła. To pomogło mu się opanować.

- Dlatego Fialar go odciągnął. Zorientował się. Zorientował się, że nie ma co czekać na kolegia. Musiały albo patrzeć gdzieś indziej... albo nie widzieć.

Zresztą, pojawienie się tu wcześniej golema Sominusa też przeszło niezauważone. To więc oznaczałoby, że konstrukty są traktowane jak każde inne istoty w Azylu. Czyli wizyta złotego potwora wciąż wchodziła w grę...

Na samą myśl Learion poczuł zimny pot na plecach. Był sam, z nieprzytomną kobietą której nie mógł zostawić, a jego wierny towarzysz...

- Ściga się z drugim konstruktem na jakimś innym planie - dokończył forsownie na głos. - W dodatku jak to mówił Croise, wrócą tutaj. A tu już nie jest bezpiecznie. Te całe maski nie są bezpieczne. Cokolwiek się stało, maska czarta za pierwszym razem wyprodukowała bezcielesne coś. Za drugim - koszmar z piekła rodem. Ile razy Airuinath zakładała swoją maskę? Ile razy czynili to pozostali? Raz przy wejściu tutaj. Potem? Harpo swoją zdjął raz. Elf? Tak. Pamiętam. Przekształcał się w drowa. - Gnom był w takim szoku, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że mówi na głos. Że mówiąc co mówi ujawnia wszystkim słuchającym (nie to, że było ich wielu) że potrafi widzieć. Nawet jednak gdyby zdał sobie z tego sprawę, jego zachowanie niewiele by się teraz różniło. Milczenie powodowało, że myśli dryfowały w inne, niechciane strony. Strony, które groziły złamaniem się, zwinięciem się w kłębek i zwierzęcym wyciem straty.

- Sae - mała dziewczynka, dwa razy jak dotąd, Elf dwa razy, Airuinath, raz próbując, raz powstrzymując Magyara... Bez sensu. Tu nie ma klucza. Wszystkie maski poza jedną działają... Nie, zaraz. Ja nie założyłem jak dotąd nawet raz, Croise też nie... chyba, Valquar na pewno nie, Magyar założył dwa razy, drugi był pechowy... Szlag. Też do bani. Czy więc chodzi o inne osobowości? Nie! Na pewnie nie! Po pierwsze, osobowości nie powinny móc czegokolwiek zdominować, po drugie... - głos gnoma zaczął drżeć, a łzy, wcześniej już wysychające poczęły płynąć znowu - tym razem przemiana była inna... bolesna... i ten... smolisty dym... Dlaczego on miał różne formy? Głupi! Głupi! Głupi! Przestań, cholera, ryczeć! Czemu Ty ryczysz!

Zaciskając zęby i kuląc się, gnom płakał bezgłośnie, starając się nie obudzić czarodziejki, i cicho, z bólem szeptał jedno słowo.

- Fialar...
 
__________________
Zamiast PW poślij proszę maila. Stare sesje:
Dwanaście Masek - kampania w świecie Legendy Pięciu Kręgów, realia 1 edycji
Shiro Tengu
Kosaten Shiro
Tammo jest offline  
Stary 09-03-2008, 18:47   #233
 
abishai's Avatar
 
Azyl

"Dom Mintrana”


- Domagam się, zęby natychmiast oddał mi pan książkę i opuścił mój dom!- piskliwy głos chłopaczka zwrócił po chwili uwagę slaada. Harpo -slaad chwycił go za kołnierz i podniósł na wysokość pyska. Rzekł rozdziawiając szeroko paszczę, tak, że Mintran mógł dokładnie obejrzeć każdy z jego ostrych zębów. - Dobra rada na przyszłość chłopcze. Zanim zaczniesz wystosowywać do kogokolwiek żądania, zastanów się czy warto. Jaką masz gwarancję, że zirytowany slaad nie potraktuje cię jako hałaśliwy posiłek?
Następnie dodał pospiesznie.- Żartowałem z tym posiłkiem...Choć muszę przyznać, że robię się głodny.
Harpo-slaad posadził bladego ze strachu Mintrana na najbliższym krześle i rzekł.- W jednym ta książka nie ma racji...Nie jesteś wyjątkowy tylko przeklęty. Jesteś marionetką czasu uwięzioną w obskurnej klatce, którą nazywasz domem. Tylko od ciebie zależy, czy nadal jak głupi będziesz się cieszył tą pseudonieśmiertelnością...Czy też zdecydujesz się stać panem swego losu i wyrwać z tego błędnego koła. W pierwszym przypadku nie będę ci przeszkadzał, w drugim mogę pomóc.
Po czym rzucił w dłonie Mintrana jego księgę mówiąc.- Masz swój pamiętniczek...A teraz skocz do kuchni i zobacz czy twoje poprzednie osobowości zostawiły coś jadalnego.
Harpo sięgnął do pyska i po chwili zmalał zdejmując maskę. Do widzącego tą przemianę Mintrana rzekł.- Tylko niech ci głupie pomysły nie przychodzą do głowy. To że jestem mały nie oznacza, że nie potrafię zrobić z ciebie eunucha zanim zdążysz się ruszyć.
Gnom usiadł na sofie i westchnął głośno. Jego myśli kłębiły się niczym chmury burzowe.- "Przeklęty Crois, jego filozofie i jego wizje...Które najwyraźniej są zaraźliwe. Jeszcze mi tego brakowało, bym mdlał jak jakaś panienka z dobrego domu podczas pierwszej wizyty w burdelu. Weź się w garść Harpo...Towarzysze twierdzili, że wizje mają jakieś znaczenie. Jakie? Najwyraźniej kierują nas do twierdzy Matki. Pewnie do jej serca. Na Bogów Czeluści ! Czemu nigdy wizje nie wskazują przyjemnych miejsc? Pomyślmy spokojnie. O wdarciu do siedziby Matki na razie możemy zapomnieć. Co więc dalej? Cóż...To miejsce to idealna kryjówka o ile te hasła o bezpieczeństwie są czymś więcej niż pobożnymi życzeniami. Wejście tutaj nie nastręczyło mi większych problemów."
Gnom rozejrzał się w poszukiwaniu ksiąg po pokoju, a także spojrzał, czy na podłodze, ścianach nie namalowano lub wyryto jakiś symboli lub znaków...A może meble mają niezwykłe ornamenty? Skoro dom jest biblioteką, to meble i ściany mogą być stronami księgi. Na razie czekał na odpowiedź Mintrana, a także na posiłek...Nie był jednak tyle ufny, by go zjeść zanim Mintran go nie spróbuje. Pamiętał swoje szczenięce lata w lochach, i tego jaki był zadufany we własny spryt i przekonany o swej nieśmiertelności.
Wkrótce przyszedł Mintran wraz z posiłkiem, który gnom zaczął pałaszować z apetytem, ale dopiero po tym, jak chłopak sam spróbował posiłku. Najedzony Harpo przemyślał parę spraw. Pierwszą były wnioski dotyczące tego miejsca. Jak dotąd bowiem oględziny pokoju w którym się znajdował, nie dały zbyt wiele...Wyglądał on jak zapuszczony salon. Zaś gnom nie chciał sprawdzać pokoju za pomocą wykrycia magii, gdyż wolał nie prowokować ponownych odwiedzin tutejszych czarowników.
- No to poszukajmy jakiś książek Mintarn i zobaczymy, czy te twoje wspominki są potęgą, czy też nudnymi sprawozdaniami z kolejnych żywotów.- rzekł do chłopaka Harpo i wyszedł z pokoju w poszukiwaniu jakichkolwiek woluminów. Na razie nie był zainteresowany przeczytaniem ich wszystkich. Chciał jednak przejrzeć parę ksiąg, żeby ocenić ich zawartość. O wiele bardziej interesował go dom. Jeśli "osobista książka" Mintarna miała rację. To to miejsce byłoby idealne na tymczasową kryjówkę dla całej drużyny...
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 15-03-2008 o 17:14. Powód: rozszerzenie w oparciu o info od MG
abishai jest offline  
Stary 09-03-2008, 21:25   #234
 
Qumi's Avatar
 
Analtews przysłuchiwała się słowom Sae. Miała wcześniej zamiar chwilę odpocząć, ale była stosunkowo kapryśna. Jej kaprysom zwykle ulegali mężczyźni i wykorzystywała to ile tylko mogła, dla zabawy, dla zabicia czasu, nudy, dla korzyści majątkowych, dla władzy. Ostatnim jej kaprysem okazał się Deionarr, może nie ostatnim ale najbliższym w czasie chwili obecnej. Od tej chwili nie jest już tak kapryśna i lekceważąca jak wcześniej. Tajemnica Deionarra, perspektywa tego co mogłoby się z nią stać trzymała ją w szachu i zmusiła do pozostania z nim dłużej niż na początku miała zamiar. Z czasem zmieniło się to w przyzwyczajenie, a nawet sympatię, przynajmniej tak z dnia na dzień powtarzała sobie Analtews. Dziś miała ochotę wdać się w rozmowę, od niewielki kaprys, słowo niziołki ją nieco zainteresowały, choć wciąż oczekiwała co powie Srebrny Lew.

To była podobno kobieta, która wyniosła Istahra na pozycję lorda, ta mała kobitka… było to intrygujące, ale słowa które wypowiedziała do Loży były jeszcze bardziej zaskakujące. Te pytania były dość sprytne, ale umysł Analtews był przyzwyczajony do takich rzeczy, sekretów, tajemnic, przebiegłości i kłamstw… o tak potrafiła wyczuć kłamstwa, lecz Sae nie kłamała, po prostu unikała pewników, zamiast tego zadawała pytania w taki sposób, aby nie było znane to co wiedzą i to czego nie, zarówno Loża jak i Sae.

Jakby nieco ożywiona Analtews skierowała swoje pożądliwe oczy w stronę niziołki, otworzyła usta i dźwięcznie odpowiedziała.

-Ciekawie to ujęłaś… Saenno.. twierdzisz, więc że nie wiemy do czego jesteś zdolna? Jeśli tak jest to powiedz nam do czego jesteś i jak wysoką „nagrodę” chciałabyś dostać za swoje zadanie? Zadajesz tyle pytań dziewczyno… pytania to obroń obusieczna, z jednej strony chowasz i szukasz, z drugiej odkrywasz to czego wiedzieć nie chcesz aby inni wiedzieli…- ironia wypowiedzi Analtews polegała na tym, że sama nie wiedziała do czego zmierza Sae, po prostu chciała ją sprowokować, jeśli powie coś czego by nie chciała cena jakiej by żądała mogłaby się zmniejszyć.

-Wiemy zapewne i tak mniej od ciebie i o twoich dokonania, ale teraz jesteśmy w obliczu problemu, który jest zmartwieniem dla nas obu. Zgaduję też, że mój mały pokaz i to co mogę zrobić nie zadowoli kogoś takiego jak ty? Więc.. co chciałabyś w zamian, podaj cenę, opisz towar, który masz do zaoferowania!- Ana wodziła wzrokiem po całej Sae aby w końcu spocząć na jej oczach, patrząc się wprost nich, przyglądając się im jak drapieżca, czekając na chwilę, moment wahania, a żeby rzucić się na swoją ofiarę kiedy dopadnie ją słabość. Ana lubiła bardzo gierki słowne, te wszystkie niuanse i aluzje, modulację głosu, stalowe nerwy i poszukiwania sposobu aby przebić się przez żelazne mury słów tworzone przez przeciwnika.
 
Qumi jest offline  
Stary 13-03-2008, 11:21   #235
 
Tahu-tahu's Avatar
 
Wśród nowych znajomych była wysokia kobieta odziana cokolwiek frywolnie... Sae zwróciła na nią szczególną uwagę już od wejścia, jej suknia niewiele pozostawiała miejsca wyobraźni. Niziołka poczuła do tej osoby instynktowną niechęć chyba właśnie z powodu tej sukni - była piękna, co do tego zdania nie mogły być podzielne... skrzypaczka jednak z całego serca nie znosiła wszystkiego, co należy do arsenału 'kobiecych sztuczek'. Podświadomie gardziła tymi, które swoje kobiece walory wykorzystywały dla uzyskania wpływu na rzeczywistość... zdawało jej się to niegodne, ona sama znacznie bardziej wolała polegać na swoich umiejętnościach, wiedzy, sprycie - nigdy niczego nie chciała zawdzięczać swojej niziołczej kobiecości.

Ta właśnie osoba wystąpiła przeciw nim.
Pytania, które zadała nie pozwalały niziołce dowiedzieć się więcej o siedzącej tu grupie, nie pozwalały wysondować co oni wiedzą o przybyszach... były zgrzytem w zaplanowanej przez Sae rozmowie.

- Witaj, o piękna, uprzejma i gościnna przedstawicielko gospodarzy... - słowom 'uprzejma' i 'gościnna' znów towarzyszył ledwie widoczny uśmiech - bo nią chyba jesteś, skoro przemawiasz w imieniu wszystkich. Czy Ty, o Pani, przewodzisz tu zgromadzonym? Jeśli tak, to pojęcie uprzejmości wobec gości musiało się w Azylu bardzo zmienić. Przepytujesz mnie, chociaż to Wy wiecie o nas więcej... dobrze, odpowiem.

... ale coś się stało. Zanim zdążyła udzielić odpowiedzi na pytania zadane przez kobietę, poczuła na plecach zimny dreszcz magii.
Dobrze wiedziała, z czym się wiązał - ktoś z obecnych próbował magicznie wysondować jej tożsamość - "Więc to tak..."

- Ktoś z Was nam nie wierzy... pewnie więc nawet to przepytywanie nie rozwieje kryjących się na tej sali wątpliwości. - przy tych słowach powolnym ruchem wysunęła smyczek z futerału i wiodąc po nim palcem przyjrzała się zebranym... z satysfakcją zauważyła, że na kilku twarzach pojawił się błysk strachu - Lepiej chyba zagram.

I zagrała.
Pierwszy ton był tak niski i cichy, że znać go było tylko po lekkiej wibracji powietrza wokół drobnej postaci skrzypaczki... potem muzyka zaczęła pęcznieć jak mydlana bańka.
Muzyka opowiadała najpierw o pięknie świata, o pięknie rozgwieżdżonego nieba, o pięknie kobiecego ciała... i w tą melodię niziołka postarała się wpleść postać obecną na sali, piękną, wysoką, zmysłową Analtews. Przez chwilę zdawało się, że muzyka będzie hymnem na cześć jej urody, lekko opadających jasnych splotów, opiętego skąpym strojem ciała... ale potem do pieśni wkroczył Czas.
Jasne włosy stały się cienkie niczym pajęcza nić, rubinowe usta zmieniły w bezzębną czarną jamę, jędrny i pokaźny biust będący dotąd jej chlubą zmienił się w smętne, obwisłe narośle, wyprostowane dumnie plecy zgięły się...

Sae wiedziała, że taka zemsta za kilka pytań jest niegodna, ale z drugiej strony musiała jakoś udowodnić obecnym swoje umiejętności - a wiedziała, że melodia szmeru morza albo porannej jutrzenki nie przekona nikogo, że faktycznie jest 'tamtą' - osobą potężną, okrutną i bezwzględną.
Oderwała smyczek od strun, czar muzyki i iluzje prysły.

- Nie wątp we mnie, Pani. Szanuj swoich gości. Zostańmy partnerami w zniszczeniu Somniusa.
 
__________________
"All that we see or seem is but a dream within a dream." E.A.Poe
Odskrzydlenie.

Ostatnio edytowane przez Tahu-tahu : 13-03-2008 o 11:24.
Tahu-tahu jest offline  
Stary 16-03-2008, 15:01   #236
 
Qumi's Avatar
 
Ana nie polubiła Sae, jej wygląd jej nieco irytował, jej zachowanie, postawa jakoby była kimś ważnym. Ana nie znała jej dobrze, słyszała tylko plotki, ale najwyraźniej inni byli aż nadto podekscytowani… Nie mniej Ana jej nie ufała, powiązania jakie miała z Lordem Istahrem mogły oznaczać zdrajcę, szpiega lub nawet zabójcę…

Niziołka odpowiedziała na słowa [b]Any[b] w bardzo prowokujący sposób na co tylko się Ana uśmiechnęła. Nagle zanim zdążyła zareagować twarz Sae się zmieniła, wyraz jej twarzy się zmienił. Chwilę później zaczęła grać słodką melodię. Całkiem przyjemną dla ucha, lecz wiedziała że w muzyce tej sławnej skrzypaczki kryje się magia, czekała więc niecierpliwie co takiego ma się stać. Z westchnięciem oczekiwała cóż to takiego chce ona zaprezentować, aby wzmocnić swoją pozycję w negocjacjach, bardzo ryzykowne posunięcie w jej sytuacji jak na pozycję, w której się znajduje…

Nagle ciało Any zaczęło się zmieniać, deformować, kobieta nadal czuła się młoda i rześka, lecz jej ciało wyglądało zupełnie inaczej…

Świat wokół stawał się bezwolnym tancerzem w rytm muzyki, w rytm dźwięków skrzypiec, które Sae przywoływała ruchami ręki. Dźwięki grupowały się w melodie, a melodie w cały utwór. Rzeczywistość jakby natchniona, użyczyła swej mocy tym dźwiękom, tej melodii, temu utworowi. Sae była genialną skrzypaczką, inni drżeli ze strachu przed nią, Ana dobrze o tym wiedziała. Sama miała pewne obawy, ale nie wierzyła do końca w to co mówili ludzie, a Niziołka wyglądała na nieco zagubioną… poza tym.. gdyby była tak potężna to nie potrzebowałaby ich pomocy.

Będąc owiniętą w całun iluzji wywołany muzyką Sae, Ana wstała i powolnym krokiem, jakby również jej ciało poddało się woli muzyki skrzypaczki, podszedł do niej. Wciąż grając patrzyła się na nią odważnie i dumnie, z pogardą być może i.. przestała…

Somnius.. ciekawe… W myślach powtórzyła imię tego kogo miała zamiar Sae i jej gromadka zniszczyć. Spodziewała się trochę bardziej dramatycznej kwestii po kimś takim jak ona, może się zawiodła… a może nie…

-Somnius? A kimże jest ten Somnius, że chcesz go „zniszczyć”? Powinniśmy chyba wiedzieć, jeśli mamy pracować razem? Poza tym spodziewałam się, że będziesz chciała jako pierwszemu udzielić pomocy twojemu „przyjacielowi”, a może uznałaś to za oczywiste?- podeszła do Valquara i spojrzała na symbol na jego czole - Nie chciałbyś się pozbyć tego szkaradztwa jak najszybciej elfie?- znowu obróciła się w stronę niziołki, gdyż ona wydawała się przywódcą i spojrzała jej w oczy -Jeśli Rada pozwoli… to może to dla niego zrobić, chcesz zabić Somniusa? Można i w tym ci pomóc, lecz nasze środki są ostatnio nieco skurczone i musimy być ostrożniejsi niż zwykle… choć przyznam, że jestem osobiści zainteresowana tą sytuacją…- wróciła do swojego miejsca przy Deionarrze, spojrzała na resztę przestraszonej rady, wiedziała, że teraz zgodzą się na wiele.. chwyciła za rękę Deionarra, musiała pamiętać o troskliwych i czułych gestach od czasu do czasu.

-Sądzę, że możemy ci pomóc w tej sprawie, tobie, twojemu przyjacielowi i może nawet wam wszystkim… Jest jednak cena- pomóż nam pozbyć się Istahra z pozycji, którą teraz obejmuje, zwykłe zabójstwo to za mało, ktoś może przejąć jego pozycję z jego otoczenia, chodzi o to, żeby zniszczyć sieć intryg i zależności, które stworzył, trzeba znaleźć na niego haczyk, zresztą o tym możemy porozmawiać później… a będziemy mieli na to sporo okazji.. gdyż mam zamiar się wam przyjrzeć z bliska i spędzić nieco czasu z wami, mimo swojego wyglądu nie jestem kobietą, z którą chciało by się zadzierać… możesz mi uwierzyć na słowo… w zamian pomogę wam w jeszcze jednej niewygodnej kwestii.

Ana zrobiła krótką pauzę, żeby złapać oddechu i wzbudzić niecierpliwość w słuchających. Musiała to dobrze rozegrać, sprawić, aby oni sami poczuli, że jej potrzebują, a jej słowa miały wzmocnić jej pozycję w ich oczach, nawet oczach niziołki.

-Zgaduję, że macie problemy z używaniem magii? Kolegia zapewne podążają za wami za każdym razem, gdy użyjecie nawet małej sztuczki? Jak wiecie już zapewne, na magię też tutaj panuje niestety monopol, ale jest na to sposób- licencja. Ja posiadam takąż licencję, dzięki niej będziecie mogli w miarę swobodnie korzystać z magii, co na pewno ułatwiłoby wam wasze zadanie? Mogę wam pomóc uzyskać licencję, mam odpowiednie wpływy i możliwości, choć nie twierdzę, że będzie łatwo.. Tak więc co sądzicie o mojej ofercie? Podróżnicy? Szanowna Rado?

Tak zakończyła Ana swoją wypowiedź, ręka jej nieco drżała, ale silna dłoń Deionarra powstrzymała drganie. Musiała sprawić, żeby rada nie czuła się wyobcowana w tej kwestii, dlatego dała im szansę na ich własne opinie i wnioski. Ta rozmowa, te negocjacje bardzo ją męczyły, chciała żeby już się skończyły, dlatego przyspieszyła nieco wydarzenia…

Ana nie zdążyła nawet dobrze usiąść, gdy ze swojego krzesła poderwał się Marik gromko klaszcząc w dłonie.

-Wyborny pomysł panienko Ano! Powiadam wyborny! Ruszajcie już, jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! Ja postaram się znaleźć wam odpowiednie miejsce na nocleg.

Bezszelestnie czwórka pozostałych spiskowców wstała niemal równocześnie. Powietrze przesycił pokracznie brzmiący głos, który zdawał się być modulowany magicznie.

-Zatem niech tak będzie! Analtews liczę, że będziesz informować resztę rady na bieżąco. Czas pokaże, czy historia się powtórzy.

Nim spiskowcy znikli w cieniu komnaty lekko skłonili się w stronę zebranych w sali .

Trochę załatwo poszło... i ta więź... będę musiała porozmawiać z Deionarrem o tym...
 

Ostatnio edytowane przez Qumi : 22-03-2008 o 10:33.
Qumi jest offline  
Stary 21-03-2008, 03:36   #237
 
Fitter Happier's Avatar
 
- Dobrze, ja tu zostanę i poczekam na was. Tylko pośpieszcie się.

Crois stał we mgle, z dłonią opartą o bicz. Wytężał z całej siły słuch, ale nie mógł nic usłyszeć. Miał wiec jedynie nadzieje, że jego towarzyszą nic złego się nie stało i że nie była to zasadzka. Gdy mgła w końcu rozproszyła się, okazało się, że Crois pozostał w pomieszczeniu sam. Nie pozostało mu wiec nic innego, jak czekać.

Usiadł wiec, plecami oparty o ścianę, w myślach starając się przeszukać własną pamięć. Miał nadzieje, że może znajdzie w niej jakieś wskazówki, które pomogą w rozwiązaniu tych licznych zagadek. Zanim jednak zdołała wpaść na jakikolwiek trop, dostrzegł albo raczej poczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego. Ręce Croisa zaczęły drżeć, jakby z zimna panującego w komnacie. Mężczyzna jednak wiedział, że powodem narastających drgawek wcale nie jest zimno, tylko coś znacznie gorszego. Muzyka Sae zdołała stłumić efekt choroby, ale nie była wstanie całkiem jej zaleczyć...

- Błagam, tylko nie to...



blaski źrenice pieszczą ślepotą
barw błyski - miedzianą, stalową, złotą
tkany misternie wytwór pajęczy
wiatr w kryształowej jaskini jęczy
w usta się ciśnie, nie masz wyrazów
każda sylaba zginie od razu
Stoisz na moście? Nie wierz, to złuda
Drewno bez końca - przejść się nie uda
Szaty szarpane przez wichru tchnienie
Płomień rzucony w poprzek istnienia
Wrota - zawarte. Sieć - starożytna
Starsza niż Azyl, starsza niż wszystko.
Linie metalu? Czy widzisz kładkę?
Mostu juz nie ma - oto znak Matki.



Niech was wszystkich szlag.
Niech szlag trafi moment istnienia, w którym się znajduję. Jeżeli to co teraz odczuwam jest momentem, jeśli to co teraz mnie zgniata - to fizyczność: przeklinam wszystko. Przeklinam istnienie sam na sam ze swoimi wizjami. Nie chcę więcej śnić cudzych snów. Nie chcę.
Widzę Cię, bracie. Stoisz na moście. Ja jestem za kratami. Pałąm żądzą mordu, choć nie wiem wobec kogo mam ją skierować. Pałam żądzą miłości, choć nie wiem czy kiedykolwiek kochałem. Pałam żądzą, choć wiem, że nigdy nic nie uda mi się zrobić.
Kula nad Twoją głową, bracie. Kula nad Twoją głową. Chciałbym powiedzieć, że świat zginie, jeśli zechcesz wykonać jakikolwiek ruch.
Ale wiem, że twoja chęć nie ma tu nic do rzeczy.
Fritz? Fritz... Nie! Nie skacz....

Oto się most bez końca urywa
Choć wciąż bez końca ciągnie się życie
Zawsze ma kres to, co prawdziwe
Zawsze początek rzeczy jest w świcie
Czemu zanikły blizny dawniejsze?
Czy były rany, nie było strat?
Znajdż, szukaj tego - co najcenniejsze
Czas już, więc szukaj - niech porwie Cię wiatr!


***

Nienawidzę światła.
Nienawidzę światła.
Nienawidzę swoich ataków.
Po swoich atakach nienawidzę światła.
Raz... Dwa... Trzy...
Nie. Nie mam zamiaru otwierać oczu.
Przysięgam, jeśli obudzę się znowu nie tam, gdzie zasnąłem, uduszę pierwszą osobę jaką zobaczę.
Przysięgam.


***

Powieki kleiły się do siebie. W skroni pulsowała krew.
Crois bardzo powoli otworzył oczy, pozwolił sobie na spojrzenie na świat. Jego twarz wyraziła wstręt.
Pomacał potylicę, zgiął palce. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu, wszystko oprócz horyzontu. Spróbował określić swoją pozycję. Leżał na boku, skręcony tyłem w stronę drewnianej ściany. Poczucie kierunku w porządku. Najwidoczniej kiedy atak się zbliżał miał na tyle przytomności umysłu, by osunąć się na ścianie w stronę podłogi i nie wyrżnąć głową w posadzkę. Powoli wstał, otarł pianę z kącika ust. Przeszedł kilka kroków. W porządku, można chodzić.

Rozejrzał się dookoła. Wciąż sam w komnacie, wciąż ani śladu Fasmy, której Crois nie ufał ani trochę. Co gorsza - ani śladu jego towarzyszy.

Czy powienienem się tym przejmować? O czym oni mówią, czy chcą odpocząć? A co z łowcą... Łowcą? Moim pierwszym wrogiem, którym miał okazać się przyjacielem, który nieostrożnie odwracał się od ludzi lezących pod jego ostrzem? Może obrócił się jeden raz za dużo?

Co to za myśl? Przecież... już to kiedyś pomyślał.
Spokojnie. Tylko spokojnie.

Crois oparł się o ścianę. Fakty były przerażające. Jego ataki trwały kilka minut, jednak budził się po zupełnie nieokreślonym czasie. Mógł minąć kwadrans. Równie dobrze jednak mogły minąć godziny albo dwa dni.
Sprężystym krokiem doskoczył do drzwi. Kiedy wypadł na zewnątrz zapadał zmierzch.

Jaka pora dnia była kiedy tu szliśmy?

Na czole Croisa pojawiła się pojedyncza zmarszczka i krople potu. Przez co najmniej godzinę leżał, to pewne. Nie zbliżało sie ku zachodowi gdy ostatni raz widział Azyl. A może jednak? Może coś mu się miesza?
Zdenerwowanie. Crois nie lubił zdenerwowania. Kiedy się denerwował - zazwyczaj robił coś głupiego.

- Croise, Opiekunka nas znalazła. Jak dokładnie przebiegało spotkanie, zapytaj się kogoś z widzących. Cokolwiek postała, zaczęła podchodzić, a potem odeszła.

Kiedy jednak zmęczonym tonem referował rzecz człowiekowi, myśli jego zajmował inny temat:

"Była zainteresowana półczartem. Czemu? Z powodu rasy? Wątpię. W takim tyglu jakim jest Azyl?"


Dość! Dość... Te wspomnienia.. Nie chcę już wspominać. Nie, to był głupi pomysł. Czemu nachodzą mnie teraz?
Opiekunka.
Opiekunka.
Opiekunka była zainteresowana Magyarem.
Czasem przez skórę, nie wiedząc nic, nie czując nic konkretnego, zastanawiamy się nad rzeczami, które w istocie są ważne. Mamy wtedy poczucie łączności z czymś nienazwanym, czymś co zaczyna formować się w osoby nam drogie. Takie poczucie miał teraz Crois.
Sęk w tym, że to poczucie nie pojawiają sie tylko w momencie, gdy przez skórę czujemy, że dzieje się coś niedobrego, gdy możemy niemal określić czego dotyczy. Crois miał to poczucie niezwykle często, nie tylko dlatego, że łatwo przywiązywał się do ludzi, których mógł nazywać towarzyszami. Mógł wymienić tuzin innych sytauacji, z wypiciem za dużej ilości Haluraańskiego Ale i spadającą z dużej wysokości doniczką na górze listy.
Być może dlatego odgonił te myśli od siebie.
Być może to był błąd.

”Witam szanowny gościu. Trzeba Ci przyznać, że masz fantazje. Wiele osób mnie odwiedziło, ale nikt nie wpadł na pomysł wejścia przez dach. Moje szczere gratulacje. Na przyszłość, radzę jednak korzystać z drzwi, są o wiele wygodniejsze. Zapraszam do mojego skarbca, z powyższą mapą powinieneś trafić bez problemu. Tylko nie próbuj nic ukraść, albo demony z koszmarów, uganiające się za Tobą po całym świecie, będą najmniejszym z twoich problemów. Łzy feniksa znajdują się w niewielkiej gablotce, nie sposób je przegapić, wiec ufam, że nie będą ci potrzebne szczegółowe instrukcje, żeby je znaleźć.”

Kiedy to było? Wczoraj? Dwa dni temu? Pamiętam wszystko tak wyraźnie, słowo po słowie... Wsunąłem tę kartkę, magiczną kartkę do kieszeni. O tu - Crois zaśmiał się cicho, wsuwając ręke w kieszeń, choć dobrze wiedział, że nic w niej nie ma. Jakie było jego zdziwienie, gdy wyciągnął z niej zwitek pergaminu.
Ten zwitek pergaminu.
Tym razem jednak był pusty, jakby zapisane na nim słowa wywiał magiczny wiatr, lub jakby ktoś zadecydował, że raz wypowiedziane wybrzmiały już swoją melodię i teraz musza zamilknąć, nie może po nich zostać nawet ślad, nie może być ich znaków na kawałku pergaminu. Słowa został skazane na banicję, na błąkanie się w krzywych zwierciadłach umysłu, na cierpliwe czekanie by zagadka została rozwiązana.


Jak dobrze wydostać się z jaskini ciemnej jak tyłek zakopanego na samym dnie dziewięciu piekieł kytona, prosto w noc – ciemną jak tyłek goblina ukrytego w takiej jaskini. Foncroyss potarł pierścień otrzymany od merkantów.

Powoli i ostrożnie postawił wazę na ziemi, kucnął i sięgnął po bukłak z winem. Prawie pusty. Kiedy przechylał go do ust, jego wzrok padł na pewnien szczególny detal w zdobieniach wazy. Ciąg symboli, zapisany dwukrotnie, jeden pod drugim. Tak mały i tak misternie wpleciony w ornamentykę...

Przyjrzał mu się jeszcze raz, starając się zapamiętać dziewięć znaków, niewątpliwie litery lub słowa w jakimś nieznanym mu alfabecie.

„Asmeno, jak bardzo byś się teraz przydała” pomyślał Foncroyss o elfiej czarodziejce, która była teraz jak przelotny, odległy sen o ukochanej, wciąż bezradnie patrząc na wyryte w korze znaki.


Elfia czarodziejka? Czarodziejka?
Crois wytężył pamięć.
Powoli, jakby z namysłem, jakby wszystkie jego dotychczasowe ruchy do tego tylko zmierzały, pozwolił ostrzu jednego ze swoich biczów błądzić po drewnie ściany. Wyrył ciąg dziewięciu symboli, tych samych, jakie pokrywały wazę skrywającą w sobie magiczną szkatułę. Własność Sonimusa.
Ręka opadła. Nawet nie pomyślał o tym, że Marik wpadnie w szał, widząc wielkie symbole na zewnątrz budynku, w którym mieści się sklep tysiąca masek.
Na ulicy nie było nikogo. "Magiczna izolacja" mruknął nieprzekonany Crois. Słońce już zaszło, a towarzysze wciąż nie wracali. Człowiek spróbował przyjrzeć się symbolom, ale mimo dobrego poruszania sie w ciemności nie mógł nic odczytać - światło księżyca ledwie przebijało się przez całun chmur.

Foncroyss popatrzył na siebie. Spodnie w barwie ciemnej zieleni, trochę zbyt luźne. Ujdzie. Biała koszula i kamizelka. Koszmar. Na palcu widniał pierścień ze skrzyżowanymi mieczami, całkiem ładny emblemat. Na drugiej dłoni wciąż znajdował się podarunek od merkantów.

"Te wspomnienia - moje czy nie moje, myślane przeze mnie czy podsuwane przez kogoś innego - co za różnica? - stają się przydatnie" myślał Crois pocierając pierścień od merkantów. Rozjarzył sie blaskiem i Crois przejechał snopem światła po swoim dziele. Zatrzymał się przy środkowym symbolu.
Zmrużył oczy, nie wierząc im zupełnie.
Symbol matki. Nieśmiertelny, symbol starszy niż czas.
Czy to możliwe? Czy może pamięć płata mu figla? Czy naprawdę mógł zapamiętać te symbole? Czy mój umysł...
"Nie umysł. Ręka. Ryłem te symbole, póki się nie nauczyłem. Ręka ma dużo lepszą pamięć niż umysł. Zwłaszcza mój. Ale na co mi to? Symbol matki? Cóz z tego? Osiem innych symboli? I tak nie potrafię ich odczytać! Czemu nie pokazałem tego nikomu...?"

- Przedstawiłem się jako Crois i będę używał tego imienia tak długo, aż nie stanie się prawdziwe. Nie zrozumcie mnie źle - myślę, że problemy z tożsamością są nie tylko moim udziałem - zerknął na Airuinath - a brak przynależności to z pewnością nasza wspólna sprawa.

- Airuinath! Airuinath! Smukła czarodziejko, wytłumacz mi tajemnice znaków, które widzę, wytłumacz mi jak to jest nie pamiętać samego siebie i jak się z tym pogodzić... Gdzie jesteś? Gdzie podziałaś się i ty?


Ślepy gnom stał tuż obok Foncroyssa. Jego oczy wciąż były przesłonięte opaską, u jego nóg przechadzał się nonszalancko wierny kot. Gnom wyglądał na maga lub kuglarza, choć nowy strój nie pozwalał stwierdzić tego na pewno. Jego ruchy były opanowane i pewne. Foncroyss patrząc na nie czuł się jak paralityk.

- Gdzie jesteś, Learionie? Gdzie twoje opanowane ruchy i gdzie twój niski, nałądowany emocjami głos? Gdzie podziało sie twoje gnomie poczucie humoru?

Pamiętam tak wiele rzeczy i zarazem nie pamięam prawie nic. Wewnątrz siebie jestem jak Learion, jestem ślepcem w krainie wypełnionej myślami o przeszłości. Przelewają się wszystkie obok mnie, mogę je poczuć, posmakować musnąć, nie mogę jednak dojrzeć nic, nie mogę wiedzieć co znaczą i czy nie są tylko ułudą, jak muśnięcie jedwabnej chusty na twarzy może się wydawać ciepłym muśnięciem żywej istoty... Muśnięcie chusty? Czy ktoś opiera się o moje ramię? Zaraz... Czy to prawda? Gdzie jestem? Czy azyl istniał naprawdę, czy naprawdę szedłem prowadzony przez ślepca ciemnymi uliczkami, czy widziałem jak zbroja przymierza człowieka, czy spotkałem elfiego rycerza, rogatą bestię, ponurego wojownika, czy znam małą skrzypaczkę, czy znam dwóch gnomów i tą dziwną, piękną kobietę? Czy faktycznie pomagałem im dostać się na drugą stronę? Stronę... muru, tak muru, oczywiście. Co mogłem mieć na myśli? Co miałem na myśli? Co... mam na myśli?

Dosyć! Dosyć!
- Dosyć - powiedział głośno.
Uciekajcie, wizje. Uciekajcie wspomnienia. Nie potrzebuje was teraz.

Nie zdawał sobie sprawy, że od pewnego czasu wlókł się ciemnymi ulicami, noga za nogą. Nie wiedział w jakim kierunku, nie zdawał sobie sprawy z celu. Bezrozumnie minął magiczną bramę, nie zdołał nawet zastanowić się czemu się nie otwiera, bicz sam wskoczył mu w rękę i pomógł przedostać się na drugą stronę. Skoczył na ugięte nogi, poszedł bezrozumnie dalej, mamrocząć, wołając coś do siebie. Pierścień na jego palcu zgasł, ale on nawet tego nie zauważył.

–Myślę, że to nie będzie konieczne , nie mam zamiaru udawać, jakiegoś za przeproszeniem damy – elf lekko ukłonił się Sae – zasrańca, bo temu opętanemu gnomowi tak się podoba.

Crois wybuchnął szalonym śmiechem. Zatoczył się pod ścianę jakiegoś budynku.

- Gdzie jesteś Almrithcie? Gdzie twoje zbrojne ramię, gdzie twoja duma? Czemu nie ma cię w ciemności, czemu sam muszę iść przez mrok?

Foncroyss dopiero teraz zwrócił na nią uwagę. Tak jak wszyscy był oszołomiony tym co się wydarzyło. Spojrzał uważniej na umorusaną krwią niziołkę i nagle poczuł, jakby coś uderzyło go od tyłu. Wziął głęboki wdech. Skrzypce i smyczek w jej ręce utwierdzały go w przekonaniu, że nie ma omamów, ani że pamięć na płata mu figli. Zupełnie niedawno, w migoczącym świetle trzaskającego spalanym drewnem ogniska, słyszał dźwięki muzyki. Muzyki granej przez nią. Kiedy to było? W jakich okolicznościach? Jak ona ma na imię? Skąd ją pamięta?
Dziury w pamięci. Czy mogła go poznać? Nie wiedział. Niech szlag trafi tę cholerną chorobę.


- Sae? Te skrzypce? - ty wiesz, że możesz z nimi zrobić wszystko. Sae, chcę słyszeć jak brzmi muzyka traw, jak szumi wiatr na wielkich wrzosowiskach. Sae zagraj to, znasz tę jedną melodię. Sae, przypomij mi dom... Saeanno? Czemu nie grasz?.. Czemu....

Tuż przy elfie stał gnom, którego nagłe przybycie do „sali tronowej” pozwoliło Foncroyssowi na pozbycie się elfa z mieczem. Był całkowicie rudy, co było dość nietypową cechą, okolony elegancko zapuszczoną brodą i przyciętymi wąsami, o równie ognistej barwie. Jego wyraz twarzy nie zmienił się od czasu przybycia do sali i przedstawiał bezgraniczne zagubienie i zaskoczenie obecną sytuacją. W dodatku jasna kamizelka nie leżała na nim najlepiej.

- Harpo! Harpo, nie odchodź! Pomóż... pomóż mi wstać... Ty zawsze stoisz twardo na nogach, podaj dłoń... Nie odchodź!


- Jak bardzo? – spytał Albert, odgarniając żółte słomki ze swojej twarzy.
Eliza poruszyła się niespokojnie i spróbowała oprzeć na ramieniu, które jednak natychmiast zapadło się w siano.
- Tak bardzo – kontynuowała po chwili – że kiedy o tym myślisz zapiera ci dech, że nie potrafisz sobie wyobrazić co byś zrobił gdyby ta rzecz cię spotkała, gdybyś musiał stawić jej czoła, że jest ci ciężko na piersi kiedy o tym śnisz,
że de mauvais sentiments se matérialisent, quand quelqu'un en dira m?me n'importe quoi, cokolwiek. Co cię przeraża, Albercie?


- Samotność! SAMOTNOŚĆ!
Krzyczał w ciemność, strąki włosów mokrych od przysychających już do policzków łez, niedbale powiewały na wietrze.
- Znam odpowiedź, nie chcę tego wspomnienia! Raz to powiedziałem, przeraża mnie samotność! Straciłem ich wszystkich, traciłem ich osoba po osobie, przyjaciel po przyjacielu... I znów jestem sam. Tak, Elizo, moje słońce, które być może nigdy nie świeciło: bałem się tego, że kiedyś się obudzę się i nie będzie nikogo w pobliżu, że będę kogoś potrzebował i wołał, a nikt nie przyjdzie! Obudziłem się a nikogo nie ma w pobliżu! Wołam, a nikt nie przychodzi!
Wpadł na ścianę. Suchy szloch wstrząsnął jego piersią. Znów był tylko małym chłopcem o słomianych włosach, w jednej poszarpanej lnianej koszuli. Bez towarzyszy był bezbronny, bezużyteczny. Dano mu nadzieję na więzi po czym zerwano brutalnie wszystkie pajęcze nitki, robito wszystkie lustra i nikt ani nic nie zobaczy w jego źrenicach niczego głębszego poza dotknięciem zimnego palca śmierci.
Bo Crois czuł, że zaraz umrze.
Był rozżalony, przerażony i zaiwedziony. Wszystkie te uczucia mieszały się w jego ciele, chcąc rozerwać mu pierś, a on resztką sił starał się utrzymać wszystkie swoje części w jednym miejscu.
Zaczął kaszleć, jedzenie podeszło mu do gardła, czuł że zaraz zwymiotuje. Zawył.
Zawył przeciągle, jak wilk w sidłach, który jeszcze nie zrozumiał, że musi odgryźć sobie nogę, ale już przeczuwa swój los.
I nagle wszystko się urwało. Siła woli zepchnęła rozpacz w dół, w okolice żołądka.
Czuł się wciąż okropnie, ale mógł otrzeć oczy, ruszać się, przemyśleć to co się działo. Rozejrzeć się dookoła.
To co zobaczył jednak nie napawało go optymizmem.

Zdziwienie było obce Croisowi od pewnego czasu. Odnotował już w sali, że obok wysokiego elfa z drewnianej skrzynki, którą on sam przyniósł do piekielnej fortecy ich wroga, wyłoniła się jakaś wielka figura. Oto stała, tuż za gnomem, który wydawał się przy niej jakąś zabawką lub miniaturką. Postać była rodzaju męskiego, zdradzała cechy diabelstwa – podróże z Astatisem pozwoliły mu to stwierdzić na pewno – ale z pewnością płynęło w niej więcej czarciej krwi niż w jego przyjacielu. Zdecydowanie więcej. Co ciekawe – wciśnięcie w ogromne spodnie i białą koszulę nie wywołało komicznego efektu. Stwór wciąż budził grozę, w dodatku jego obecne położenie powoli chyba wyzwalało pokłady furii.

- Magyar? Czy... Czy to ty? Co ci się....
 

Ostatnio edytowane przez Fitter Happier : 23-03-2008 o 15:14.
Fitter Happier jest offline  
Stary 29-03-2008, 21:37   #238
 
g_o_l_d's Avatar
 


Azyl
Okolice „Sklepu Tysiąca Masek”


Wysoka, smukła postać sprężystym krokiem pokonywała kolejne okalane mrokiem alejki. W otulonych ciemnością wąskich uliczkach próżno było szukać żywej duszy. Jedynie nieliczne, wątłe płomienie otaczały swym miernym blaskiem główną ulicę dzielnicy. Ociężałe wrota Sklepu Tysiąca Masek niechętnie ustąpiły miejsca pod naciskiem ramion przybysza. Zaraz po zgrzycie otwieranych wrót, pomiędzy drewniane ściany holu ozdobione kolażem cieni, wdarł się stukot miarowych kroków. Przemierzywszy parę stóp postać zatrzymał się. Niebieskie oczy spokojnie lustrowały otaczający je półmrok.

- Nie wyczuwam tej przeklętej fasmy. Do diaska, jak zwykle nie ma jej wtedy, gdy jest potrzebna.

Dobywszy z odmętów płaszcza zalakowany zwój pergaminu, postać położyła go w widocznym miejscu. Zarzuciwszy za sobą pelerynę skierowała swe kroki do wyjścia.

Zamykając za plecami wrota postać stanęła na progu. Uniosła wzrok ku przesłoniętemu całunem chmur niebu. W głuchej nocnej ciszy, spomiędzy bocznych alejek dobiegł zachrypnięty głos. Postać nie bacząc na nic ruszyła w swoja stronę. Gdzieś w oddali odbijał się echem huk wywracanej beczki i wtórujący mu wybuch szaleńczego śmiechu.

- Gdzie jesteś Almrithcie? Gdzie twoje zbrojne ramię, gdzie twoja duma? Czemu nie ma cię w ciemności, czemu sam muszę iść przez mrok?

Postać zamarła wpół kroku, niczym woskowa figura. Po plecach spłynął zimny pot.

- Sae? Te skrzypce? - ty wiesz, że możesz z nimi zrobić wszystko. Sae, chcę słyszeć jak brzmi muzyka traw, jak szumi wiatr na wielkich wrzosowiskach. Sae zagraj to, znasz tę jedną melodię. Sae, przypomnij mi dom... Saeanno? Czemu nie grasz?.. Czemu....

Zmarszczone brwi częściowo skryły błękitne tęczówki zwrócone w stronę źródła hałasów. Persona ruszyła zwolna, by po chwili przyspieszyć. W głowie kołatały się natarczywe myśli. Z obranego kierunku do jego uszu dotarł kaszel. Skręciwszy za róg kamiennego muru, postać zamarła. Kilka metrów od niej, oparty o ścianę, siedział mężczyzna. Mdlejący blask, który lał się z pierścienia Croisa rozświetlił muskularny tors piętrzącej się nad nim istoty. Czarny płaszcz niczym kurtyna tajemnicy okrywała ramiona i głowę wędrowca.

- Magyar? Czy... Czy to ty? Co ci się....

Jedyne co zdołał dojrzeć Crois to szeroki, szyderczy uśmiech wyłaniający się odmętów kaptura.




Azyl

"Dom Mintrana”


Harpo zaczął ostrożnie zwiedzać ciasnawy domek. Mając w pamięci pęk kluczy, który nosił przy sobie Minstran zachodził w głowę, co takiego mają otwierać skoro w całej izbie naliczył tylko dwoje drzwi. Wtenczas młodzian pochłonięty był przekartkowywaniem swojej jedynej książki. Uwagę gnoma przykuł obrazek, zawarty miedzy dwiem stronicami woluminu. Gwałtownym ruchem ponownie odebrał dziennik chłopcu. Jego lico przyozdobił szeroki uśmiech, skryty przez gęstą rudy zarost. Stanowczym ruchem odstawił na bok stół, przy którym jeszcze przed chwilą się posilał. Zwijany w rulon dywan poderwał z podłogi tumany, dławiącego kurzu.

Księga nie kłamał, klapa do piwniczki znajdowała się dokładnie tam gdzie wskazywała mapa. Widząc okuty stalą zamek Harpo chrząknął stanowczo. Zdezorientowany młodziany nie pojął od razu, co gnom ma na myśli. Dopiero po chwili zaczął gmerać w kieszeni, by wydobyć zeń pęk kluczy. Harpo wziął głęboki oddech, gdy zobaczył jak wiele żelastwa nawleczone jest na stalowy pierścień. O dziwo pierwszy klucz, którym Minstran podjął próbę otwarcia klapy pasował idealnie do zamka. Całkowity mrok w jakim tonęła piwniczka w ogóle nie przeszkadzał gnomowi. Mimo to przed wejściem do środka Harpo zawahał się. ”A co jeżeli ten dzieciak zamknie mnie w środku”. Na licu Harpo zagościł chytry uśmiech. Teatralnym ruchem wskazał młodzianowi właz do piwnicy.

- Proszę, ty pierwszy.

Młodziutki Mintran z niedowierzaniem spojrzał na gnoma. Z jego krtani dobył się gardłowy odgłos przełykanej śliny. Widząc jednak nalegający wzrok Harpo, który zdawał się niecierpliwić, chłopiec nie zwlekał chwili dłużej i zszedł po wąskich stopniach do wnętrza. Niezdarnie stawiając kroki, w nieprzeniknionej ciemności Minstran musiał przypłacić upadkiem. Chłopiec w mgnieniu oka stoczył się na samo dno piwniczki. Przez kłęby wirującego kurzy, nie mógł się przebić nawet bystry wzrok Harpo. Sam gnom nie wiedział czego może się spodziewać po takim miejscu. Czekał w napięciu aż opadnie pył. Martwą ciszę nagle przerwało kichnięcie podnoszącego się gospodarza. W spowitej ciemnością piwnicy pozostawione w całkowitym nieładzie piętrzyły się stosy opasłych ksiąg. Gnom nabrał w płuca porządny haust zatęchłego powietrza i wziął się do roboty. Przez jakiś czas był pochłonięty przerzucaniem woluminów z kąta w kąt. Przed oczyma miał kolejne nic nie mówiące tytuły. Jednak gnom nie tracił nadziei. Nie bez powodu zaszedł tak daleko. Im dłużej zagłębiał się w chaosie tej pseudo- biblioteki, tym łatwiej było mu dostrzegać pozornie nie dostrzegalny ład. Pod stosami obitych skóra drewnianych opraw, znalazł szczątki zbutwiałego drewna. Być może były to resztki wiekowych półek. Próżno było na nich jednak szukać jakikolwiek oznaczeń czy symboli, mimo to Harpo wiedział już, że niegdyś książki był poukładane tematycznie. Patrząc na stalowe klamry wiążące okładki tomów zrozumiał do czego Mintranowi te wszystkie klucze. Nie miał najmniejszych szans znalezienia czegoś pożytecznego wśród ściśle datowanych części dziennika, więc postanowił skupić się na księgach zatytułowanych najrozmaitszymi imionami i nazwiskami.
W jego sercu tliła się nadzieja, że znajdzie książkę opisaną mianem, które nie jest mu zupełnie obce. Źrenice Harpo gwałtownie rozszerzyły się, gdy czarnym od brudu rękawem starł kurz z kolejnej oprawy. Napisane nieco wyblakłym atramentem litery głosił ”Iomi John Vete”. Gnom natychmiast otworzył księgę. Rozbiegane czerwone oczy badały kolejne skrawki tekstu. Wtem wszystko wokoło zawirowało. Niepostrzeżenie Harpo znalazł się znów w salonie. Z pewnością jednak coś było nie tak. W pomieszczeniu panowała szara mgła, która rozpraszał blade świtało wpadające przez okna.
Wszędobylski nieład salonu, w którym nie dawno podejmował go Minstran, nagle zniknął. Stół i dywan wróciły na swoje miejsce. Na zadbanej sofie, okryta wełnianym kocem smacznie spała jakaś postać. Szeroko rozpostarta księga w dalszym ciągu tkwiła w uścisku Harpo. Nim zagubiony gnom zdołał zrobić cokolwiek w pomieszczeniu rozbrzmiał doskonale znany mu głos, jego własny.

- Wczesnym rankiem zbudziło mnie natarczywe kołatanie do drzwi.


Niewielka postać gnoma podskoczyła w miejscu, gdy do jego uszu dotarło stukanie do frontowych drzwi. Po plecach spłynął mu zimny pot. Spróbował ruszyć się z miejsca. Jego noga wolnym, monotonnym ruchem przemierzyła jeden krok. Harpo czuł się bezwładnie, jakby powietrze miała gęstość kisielu. Mętlik myśli kipiący w głowie gnoma przerwał doskonale znany mu głos.

- Nie ruszając się z posłania wyjrzałem za okno. Słońce ledwo wychyliło się zza horyzontu, przesłonięte przez ciężkie ołowiane chmury.

Ledwo głos ucichł, a śpiąca dotychczas postać poruszyła się. Wyłaniająca się spod koca ręka sięgnęła w stronę firanki przesłaniającej okno. Rozbiegane oczy gnoma zwrócił się w stronę księgi, obarczając ją winą za to dziwne zjawisko. Skraplające się na czole kropelki potu spadły na pożółkłą pierwszą stronice księgi. Harpo nie mógł uwierzyć własnym oczom, widząc zapisane kropka w kropkę słowa wypowiadane przez głos złudnie podobny do jego własnego. Śledząc uważnie każdą literkę, przeczytał kolejne wersy nim zrobił to wszędobylski głos. Wnet jednak ponownie zabrzmiało kołatanie do drzwi. Czerwone oczy Harpo śledziły słowo za słowem, chcą się dowiedzieć, kto dobija się do drzwi. Gdy spostrzegł imię i nazwisko, które czaiło się w jego podświadomości, napisane czarno na białym, Harpo zachwiał się na nogach. Iomi Vete. Nie bacząc na gnoma głos kontynuował czytanie księgi.

- Nikogo dzisiaj nie zapraszałem- rzekł sam do siebie Minstran. Zresztą mając opinię miejscowego arcyświra, odwiedzał mnie jedynie poborca podatkowy i to z rzadka- pointował z ironią.

Postać śpiąca na łóżku leniwym ruchem zgarnęła koc na podłogę. Usiadłszy na brzegu łóżka zaczęła się rozciągać i ziewać. Harpo nie miał wątpliwości, że twarz należąca do mężczyzny w sile wieku, jest jednym z wcieleń Minstran. Natrętne kołatanie do drzwi sprawiło, że mężczyzna wsunąwszy na siebie spodnie ruszył w ich kierunku, kompletnie nie bacząc na gnoma, stojącego pośrodku jego salonu. Harpo przewidziawszy zamiary mężczyzny dobył z siebie ostrzegawczego krzyku. Nie widząc reakcji Minstrana, odruchowo stanął na jego drodze. Ku jego zdziwieniu postać mężczyzny przeszła przezeń gładko niczym przez wieczorną mgłę. Jedyne co poczuł gnom to zimny dreszcz, jednak jego rozmazane i falujące ciało dopiero po chwili wróciło do pierwotnego kształtu.

Wtem rozbrzmiał ponownie znajomy głos. Harpo mógł tylko bezradnie przyglądać się „przedstawieniu”.

- Uchyliwszy drzwi, dostrzegłem oblicze o ostrych rysach twarzy. Łysy czerep jegomościa „ozdobiony” był jakimiś szkaradnymi malunkami na skórze. Odziany był niczym typowy oprych. Wyeksponowany umięśniony tors, muskularne ramiona sprawiły, że przeszły mnie ciarki po plecach. W pierwszy odruchu, spuściwszy wzrok, chciałem zatrzasnąć drzwi. Jednak coś we mnie drgnęło. Ręce zrobiły się sztywne, odmawiając posłuszeństwa. Pełen oburzenia przerwałem niezręczną cisze. Wtedy spostrzegłem jego oczy. Srebrne połyskujące tęczówki otaczające szpilkowate, falujące źrenice. W mgnieniu oka serce podeszło mi do gardła. Miałem nieodzowne wrażenie, że patrzył na mnie niczym kot na przyszpiloną mysz. Po chwili na jego bladym licu zagościł szyderczy szeroki uśmiech.


- Witam przyjacielu. Wybacz, że nachodzę pana o tak wczesnych porannych godzinach, jednak mam ku temu powody. Mam dla szanownego pana ważną przesyłkę, to jest list. Zechce mnie pan zaprosić do środka – wymuszony, ironiczny ton głosu i plastikowy uśmiech sprawiał, że postać zadał się być niesympatyczna, a na pewno groteskowa. Przedstawiwszy mi się nalegał, żebym zaprosił go do środka. Jakże mogłem odmówić.


Vete minął próg. Z każdą chwilą w umyśle gnoma, coraz głośniej huczała myśl „Czy mnie dojrzy?”. Z chwilą, gdy postawił stopę w salonie Harpo zamarł w bezdechu. Iomi spokojnie rozglądał się dookoła siebie. W jednym momencie spojrzenie mężczyzny i gnoma spotkały się. Krótka chwila trwała wieki. Harpo był pewien, że został wykryty. Nie zamierzał się podać. Powolnym ruchem sięgnął do maski. Vete był bez porównania szybszy. Maska tkwiła parę cali od twarzy gnoma, gdy Iomi stał sięgając dłonią w stronę twarzy gnoma, chcą odebrać mu maskę. Z jego gęby przez cały czas nie schodził szeroki szyderczy uśmiech. Nagle maska przyssała się do twarzy gnoma. Wokoło niego zerwał się magiczny zefir. Potężna łapa slaad wzięła łukowaty zamach, celując szponami wprost w gębę maga. „Zaraz przefasonuje ci tą buźkę”. Wtem slaad dostrzegł wyciągnięty wskazujący palec mężczyzny, tkwiący w swoim torsie. Potężna łapa spadał na głowę maga, nie wyrządziwszy mu krzywdy. Harpo wydał z siebie pomruk nie zadowolenia.

- Co jest?

Wtem zabrzmiał znajomy głos

- Ugościwszy przybysza najlepiej jak umiałem spytałem otwarcie:

- Co wielmożnego pana sprowadza w moje jakże skromne progi? – ten jednak zupełnie zignorował moje pytanie:

- Czyżby trzymał pan w tej butli Timbu?

Zdezorientowany Harpo spojrzał za siebie. Na małej szafce nocnej leżała butla być może po jakimś trunku, w której tkwiło kilkanaście owadów przypominające ważki.

Wtem rozbrzmiał ponownie pomału irytując go głos

- To zadziwiające – kontynuował nie speszony przybysz – ile właściwości ma światło wytwarzane przez odwłoki tych kruchych istot.
- To prawda.- szybko wtrąciłem- Ich nieocenione umiejętności służą mi jako nocna lampka, ale wracając do przyczyny pana nie zapowiedzianej wizyty...- i tu znacząco urwałem. Mój sztuczny uśmiech, był jak fraszka przy jego szyderczym grymasie, który niczym maska tkwił na jego licu.
- Tak się składa, że przybyłem, aby osobiście wręczyć panu zaproszenie do Wieży Kłów.
- Zaiste jest pan w błędzie. Musiał mnie pan z kimś pomylić. Jestem zwykłym, szarym handlarzem. Po cóż miałbym gościć w siedzibie szanownych czarodziei?
- Na pisemnym zaproszeniu od samego Niedoścignionego widnieje ewidentnie pana godność.
- Doprawdy, a to ciekawe. Pan pozwoli, że spojrzę na nie. Hmm... Ma pan w zupełności racje. Ku mojemu zdziwieniu, jestem adresatem tego zaproszenia. Doprawdy całkowite zaskoczenie.- Poczytawszy zaproszenie kilkukrotnie spojrzałem na nadawcę. Widząc w podpisie imię i nazwisko mojego szanownego gościa nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. – Pan wybacz, lecz nawet ja wiem, że Niedoścignionym kolegium Czarowszytych, nie jest kto inny, jak Claudius De’elder
- Tak się akurat składa,- powiedział pewnym siebie głosem mag- że wczoraj zaszła drobna zmiana. Nawet pan sobie nie wyobraża mojego zdziwienia... – przytaknąłem odruchowo, jednak moje myśli kłębił się niczym burzowe chmury, wokoło powodu dla którego zostałem „zaproszony”. Z tego co wyczytałem z pamiętnika Kolegia nie były zainteresowane moją przypadłością. No poza jednym wyjątkiem- Srebrne Płomienie, ale to było tak dawno.

- Przykro mi panie Vete, ze względu na moją chorobę muszę odmówić.
- W pełni rozumiem pana obawy, jednak musze nalegać i osobiście dopilnuję, żeby bezpiecznie wrócił pan po wszystkim do domu.

Wtem złowrogi wzrok Iomiego zwrócił się w stronę Harpo. Tkwiąc ze wzrokiem wbitym w maga gnom nawet nie zwrócił uwagi, gdy księga zamknęła się z hukiem. Nim powietrze znów zawirowało, Harpo zdołał usłyszeć stanowczy nakaz: „Nie waż się iść za nami”. Księga upadła na ziemię. Oczy gnoma momentalnie przywykły do mroku. Harpo bez zastanowienia schylił się po księgę. Ze zdziwieniem dostrzegł, że większość zapisanego tekstu kompletnie wyblakła. Wytężając oczy gnom z trudem dostrzegał pojedyncze zdania, znajdujące się na papierze.

„Szaleniec, nie trudno się domyśleć, że zabił swojego mistrza. On nawet tego nie próbuje ukryć. Wyraźnie chełpi się tym wśród swoich podwładnych”

„Jakim cudem mógł zgasić tyle iskier życia, a Matka nawet nie drgnęła palcem? Dlaczego? Gdzie jest sprawiedliwość?„

„Jest pewny siebie, ambitny, wyraźnie irytuje go, że nie zna przyczyny mojej choroby. Jeżeli jest tak potężny, że nawet Matka nie chce stawić mu czoła, to czemu sam nie zabił De’eldera? Do czego potrzeby był mu ten elf?

„Wszędzie tylko plotki i domysły... Co robi całymi nocami w swoich komnatach? Nieraz widziałem tlące się do rana lampy. Może warto to sprawdzić? Ale po co, skoro nazajutrz i tak zapomnę”

„Śledziłem go jak krążył po Przestrodze. Wyraźnie czegoś szuka. Szuka pod każdą cegłówką, pod każdym liściem, pod każdą psią miską.

„On Pierworodnym? To by tłumaczyło dlaczego Matka, przymyka oczy na jego czyny. Ale to przecież głupia bajka, którą opowiada się dzieciną by szybciej zasnęły. Nonsens.”

„Księgi, mnóstwo ksiąg. O mało mnie nie złapał. Jedno słowo przewijające się we wszystkich tytułach: „Matka””

„Nie jest zemną dobrze, ataki nasiliły się.”

„Też mi diagnoza: „Jestem pewien Mintranie, że źródłem twojej choroby był bezpośredni kontakt z aberracją. Powinowactwem zdarzenia, którego byłeś świadkiem jest twoja choroba.”

„Możesz tego nie pamiętać, ale obserwowałem cię trzy lata i dobrze wiem, że mało które słowo ulega twojej uwadze, a jeszcze mniej pióru. Jestem pewien, że gdzieś to zapisałeś. Spisane przez ciebie słowa są za cenne by przepaść bez echa. Wiedz, że posunę się do najgorszych rzeczy, żebyś sobie przypomniał, więc dla własnego dobra radzę ci, przypomnij sobie!”


Ostatnie strony tomu poświęconego Iomiemu Vete zostały poryte rycinami przestawiającymi rozkład pomieszczeń Wieży Kłów. Pomiędzy szczegółowymi rysunkami komnat, znajdują się jedynie konturowe zarysy górnych poziomów. Bez namysłu Harpo wyrwał te stronice. Nawet przez myśl mu nie przeszło, jak zareaguje na jego wandalizm właściciel lokum. Zupełnie pochłonięty lekturą gnom, całkowicie zapomniał o Mintran. Rozejrzawszy się dokoła bez problemu dostrzegł siedzącego w kącie mężczyznę, które najlepsze lata swojego życia miał już za sobą. Harpo kompletnie nie wiedział, skąd bierze się mętne zielonkawe światło oświetlające kąt, w którym usadowił się mężczyzna. Mintran nie zwrócił uwagi na podchodzącego gnoma. Trzymając w lewej dłoni butelkę z brzęczącymi ważkami, które były źródłem światła, prawą dłonią przewrócił kolejną stronicę. Wtem blady blask padł na przeciwległą ścianę. Naświetlona część ściany zaczęła jaśnieć takim samym blaskiem, co przycięło uwagę gnoma. Świecące litery na murze głosiły:


„Ten, który wznosił do niej swe modły, wbrew jej zakazom;
Ten, który karcił i mordował jej sługi, wbrew jej prawom;
Ten, który zdejmował jej znamiona, wbrew jej woli;
Wyrzekł się tego świata, wyrzekł się następnego, wyrzekł się siebie
A dane było mu ją ujrzeć. Teraz wrócił.
A krwawe niebo płakało, szepcząc...
...Sominusie

O umysł Harpo musnęła się jedna myśl. ”A więc tego szukałeś Vete. Mężczyzny, który spotkał Matkę, we własnej osobie”





Azyl
"Gdzieś"


Bezwładne ciało Croisa leżało na miękkiej kozetce. Ciężkie niczym ołowiane powieki, pomału rozchylały się ukazując oczom nieznane pomieszczenie. Czarne niczym węgiel ściany chybotały się, zdeformowane przez umysł wracającego do przytomności Croisa.

Smukłe rzeźbione w czekoladowym drewnie meble i pokryte błyszczącą skórą fotele zdradzały, że biczownik nieznanym sobie sposobem trawił do domostwa należącego bynajmniej nie do jakiegoś nędzarza. Nim błądzące spojrzenie Croisa się uspokoiło, mężczyzna dostrzegł, że w odwróconym do niego tyłem fotelu siedzi jakaś postać. Za szerokiego ciemnobordowego oparcia było widać jedynie przedramię wiążące w uścisku dłoni szklanicę z jakimś mętnym płynem. Fotel odwrócił się gwałtownie, gdy tylko Crois oparł stopy na marmurowej posadzce. Ozdobioną tatuażem twarzy skrywał półmrok. Niewątpliwie oczy biczownika ujrzały ją nie pierwszy raz. W nadwątlonej pamięci jakby przez mgłę, Crois przypomniał sobie piekło jakie rozpętało się w pewnej starej chacie, gdzieś w Azylu. Niezawodna intuicja podpowiadał mu, że ma teraz przed sobą istotę, której zawdzięcza cały ten pokaz „fajerwerków”.

- Nie mogłem się doczekać, aż się obudzisz. Twoja jaźń jest nadwyrężona, tylko dlatego zwlekałem z przebudzeniem. Ale gdzież moje maniery. Wszystkie nauki przepadły niczym krew w piach, tylko dlatego, że rzadko miewam gości. Moje miano brzmi Iomi John Vete
- postać nachyliła się ku Croisowi. Smuga światła, wpadająca przez wąskie okno, podkreśliła rząd perłowo białych zębów odsłoniętych przez szeroki, choć fałszywy uśmiech.- Witam cię w skromnych progach mojego przybytku, Wierzy Kłów.- Postać pomału oparła się o oparcie krzesła. - Pewnie się domyślasz, że nie jesteś tu bez powodu. Dzisiejszego dnia los była dla mnie łaskawy. Cóż za ironia losu. To czego potrzebujemy, nigdy nie udaje nam się znaleźć, gdy tego szukam, chodź byśmy się nie wiem jak starali. Wpadamy na to zazwyczaj przez przypadek i to dokładnie w tedy, gdy przestajemy szukać.- Wtem czas, gdy słowa ucichły, w półmroku zalśniła para srebrzystych źrenic. – Do rzeczy.- mówiąc te słowa postać wstała i wolnym krokiem zaczęła się zbliżać w stronę Croisa – Odkąd przybyliście do Azylu, pragnąłem się z wami spotkać. Gdyby nie Srebrne Płomienie zaoszczędzilibyśmy sobie zabawy w kotka i myszkę. Doprawdy cały ten pościg był żenujący, gdyż nie mam zamiaru nastawać na wasze zdrowie, czy życie. Innaczej mówiąc, nie ja jestem osobą, której powinniście się obawiać.- stojący o krok od Croisa, Vete wciągnął ku niemu tacę, na której stało kilkanaście kryształowych szklanic wypełnionych do połowy sączonym przez niego płynem[i]- Proszę skosztuj, N’ashtas to silny alkohol produkowany od założenia tego kolegium przez tutejszych mnichów. Doskonale uśmierza ból i przywraca bystrość umysłu. Tylko nieliczni spoza członków frakcji mieli okazję go skosztować. Jednak jeżeli nie chcesz, nie będę nalegać. Część z was była już w Azylu, lecz tylko Almirith miał okazję mnie poznać. – Iomi oparłszy się o szklany blat ławy, po raz kolejny uśmiechnął się do siebie- Wracając do sedna. Pragnę przyjacielu, abyś zaniósł swoim towarzyszą pewną kuszącą propozycję. W najbliższym czasie planuje pochwycenie pewnego bezczelnego maga imieniem Sominus. Tak się składa, iż wiem, że ów kuglarz wypuścił w Azyl kilka swoich golemów, które miały was ująć. Nie interesuje mnie czym zasłużyliście sobie na wrogość tego starucha. Wnioskuje też, że skoro on nadal żyje, to nie umiecie sobie z nim poradzić sami. Jak to mówią wróg naszego wroga, jest naszym przyjacielem, więc proponuje wam sojusz. Znam umiejętności panienki Saenny i Almiritha. Jestem pewien, że umiejętności reszty od nich nie odbiegają. Mając w was sprzymierzeńców, będę miał pewność, że ów mag mi się nie wymknie. Mam tylko jedną szansę, aby go pojmać. Interesuje mnie tylko jego wiedza, gdy wydobędę z niego to czego pragnę, Sominus będzie wasz. Sporo się natrudziłem by złożyć wam tą propozycję. Pragnę byś to docenił i przekazał swoim towarzyszom, zaproszenie na jutrzejszą kolację, na której omówimy szczegóły. Daje ci słowo honoru, że nie stanie wam się krzywda. Jeżeli taka twoja wola możesz odejść. Na dowód mojej dobrej woli przyjmij ten Żelazny List Emisariuszy. Jeżeli właściciel tego listu zostanie w jakikolwiek sposób zaatakowany na terenie Azylu, w mgnieniu oka pojawi się moja przyboczna gwardia. Tymczasem bywaj przyjacielu. Wzywają mnie obowiązki. Któryś ze strażników odprowadzi Cię to wyjścia.- mówiąc to Iomi ukłonił się kładąc na pobliskim blacie srebrny zwój. W chwilę potem opuścił pomieszczenie.




Azyl
„Przybytek Pieśni”



- Fialar...

Szept ulatywał w powietrze ginąc w pustce i ciszy. Był niczym mały ptak, który nie miał jeszcze dość sił, by wylecieć z gniazda. Jedno słowo, niby takie samo jak dawniej, a jednak teraz zadawało ból duszy Leariona. Parę dźwięków wydawanych przez zaciśnięte z goryczy gardło zlewało się w imię przyjaciela i wiernego towarzysza. Imię tak często powtarzane, tak ważne, tak bliskie, teraz przypominało ostrze sztyletu raz po raz wbijanego w serce ślepca.

Kłamstwo dodawało sił, jednak wciąż pozostawało kłamstwem. Ale Learion chciał w nie wierzyć, chciał by stało się prawdą, choć w głębi okaleczonej duszy wiedział, że tak się nie stanie. Gorzki smak wypełniał gardło gnoma, nie pozwalając mu na wypowiedzenie innych słów, poza imieniem utraconego przyjaciela.

Klęcząc na twardej podłodze, z opaską leżącą parę kroków dalej, Learion skulił się, by potrzymać kolejne spazmy powodowane płaczem. Jednak na niewiele się to zdało. Łzy same napływały do oczu i spływały w dół, po policzku, by na moment zatrzymać się na brodzie i po chwili spaść na ziemie. A Learion słyszał, jak każda z łez rozbija się o podłogę. Słyszał te puste dźwięki, który razem zlewały się w melodie smutku i tęsknoty. Muzykę, która brzmiała tak ostatecznie, jak odgłos kamiennej płyty nasuwanej na grób.

Learion nawet nie poczuł, jak Żywiec otula mu ramiona. Przedmiot nie wiedział, czym jest smutek i strata przyjaciela, ale w jakiś sposób rozumiał, że nie może pozostawić gnoma samego sobie. Choć nie potrafił pocieszyć ślepca, chciał mu dodać otuchy najlepiej, jak tylko potrafił.

Trykk unosił się w pobliżu Airuinath nie do końca wiedząc, co powinien zrobić. Podobnie, jak żywa zbroja, nie wiedział, dlaczego Learion płacze i nie potrafił mu pomóc, ani pocieszyć. Zrobił więc to, co uważał za najlepsze w tej sytuacji. Metalowy łeb barana szturchnął leżącą kobietę w policzek. Airuinath cicho jęknęła, ale Learion nie zauważył tego, zbyt pogrążony w swoim smutku, by zwracać teraz uwagę na otaczający go świat.

Świat, który nagle zmalał do niewielkiego punku jakim był ślepiec. Gnom czuł się, jak zawieszony w pustce, jakby ktoś odebrał mu coś najcenniejszego na świecie. Jak gdyby... ktoś odebrał mu fragment duszy. A strata ta wydawała się ostateczna i nieodwracalna. Learion coraz lepiej rozumiał, że pustka wcale go nie otaczała, lecz od początku była wewnątrz niego. Wypełniała go, niczym woda wypełnia naczynie. A kłamstwo nie było wstanie nic zmienić.

Pogrążony w rozpaczy, otulony mrokiem, którego już nic, ani nikt nie potrafił rozproszyć, Learion wiedział, że przegrał. Przegrał jedynego przyjaciela, przegrał swój wzrok i przegrał samego siebie.



Azyl
„Gdzieś”


Gdy członkowie Loży rozproszyli się i znikli w ciemnościach, Ana z cichym westchnieniem odwróciła się w kierunku swoich nowych towarzyszy. Kobieta mogła jedynie mieć nadzieje, że okażą się tak przydatni, jak uważała reszta spiskowców. Tak, czy inaczej, wpierw trzeba załatwić dla nich licencje, inaczej mogli narobić więcej szkód, niż pożytku podczas „likwidacji” tego przeklętego Istahra.

- Dobrze, skoro nasze małe negocjacje dobiegły końca, proponuje udać się po licencje...
- A co z symbolem na moim czole? Kiedy go ściągniecie?
- wtrącił się Valquar
- Gdy nadejdzie właściwy czas, czyli gdy Istahr nie będzie już miał żadnej władzy.

Z początku elf najwyraźniej miał zamiar się sprzeciwić, ale chyba w porę zrozumiał, że decyzja Any jest ostateczna i jego gadanie nie zdoła jej zmienić. Tym bardziej, że Valquar nie znajdował się w pozycji dzięki, której mógłby czegokolwiek żądać. Ana spojrzała po pozostałych członkach grupy, ale widząc, że nikt nie ma zamiaru dyskutować, uśmiechnęła się tylko lekko i powiedziała:

- Skoro sprawę symbolu też mamy omówioną, to lepiej ruszajmy. Za mną proszę.

Całość grupy ruszyła za „gospodynią”, bardzo szybko wychodząc z obrębu słabego światła i wkraczając w ciemność. Trudno powiedzieć ile kroków mieli już za sobą, gdy gdzieś w oddali, w mroku, zamajaczyło słabe światełko. Towarzysze, pod przywództwem Any ruszyli w tamtym kierunku, coraz bardziej zbliżając się do światła i już wkrótce znaleźli się ponownie w kamiennej, zimnej komnacie w Sklepie Tysiąca Masek.

- Gdzie jest Crois? Przecież miał tutaj czekać!

Rzeczywiście, nieobecność mężczyzny była trudna do przeoczenia. W komnacie było cicho i spokojnie, bez śladu jakiejkolwiek niedawnej walki. Wyglądało więc na to, że Crois opuścił sklep z własnej woli albo został zaatakowany z zaskoczenia i nie miał szans na obronę. Almirith jako pierwszy rzucił się do wyjścia, ale ledwo zdołał dotrzeć na próg, gdy zatrzymał go zimny i kpiący głos Any.

- Dokąd się spieszysz elfie? Myślisz, że w pojedynkę zdołasz odnaleźć swojego towarzysza w mieście tak olbrzymim, jak Azyl? Jeżeli tak, to wybacz, ale muszę sprowadzić cię na ziemie. Nie mas żadnych szans na jego znalezienie, chyba że... skorzystamy z pomocy magii. Ale do tego potrzebne są wam licencje, więc może zamiast na ślepo uganiać się po Azylu, pójdziemy do jednego z Kolegiów i zajmiemy się zalegalizowaniem waszych magicznych zdolności?

Ani Sae, ani Almirith nie mogli odmówić logiki słowom Any. Rzeczywiście bez magicznego wsparcia ich szanse na znalezienie Croisa były praktycznie równe zeru. W końcu, nie wiedzieli ani kiedy opuścił sklep, ani dokąd się udał, ani czy nie został uprowadzony przy pomocy magii. Tak, naprawdę Crois mógł być wszędzie... albo nigdzie. Po plecach Sae przeszły ciarki na myśl o tym, co mogło się stać jej towarzyszowi, gdyby wpadł w ręce któregoś z ich wrogów. Ana tylko delikatnie się uśmiechnęła wiedząc, że zdołała ich przekonać, poczym ruszyła do wyjścia. Nadszedł najwyższy czas, by odświeżyć znajomość z Ediliusem.

***

Siedziba Kolegium Triady Piękna była równie dziwaczna i niesamowita, jak i nazwa samej organizacji. Grupa stała przed wielkimi, prostymi schodami wykutymi w jednej kamiennej bryle. Wzdłuż schodów, mniej więcej w połowie ich długości, w równych odstępach wzniesiono trzy podesty z posągami. Ten postawiony po środku przedstawiał młodego, nagiego mężczyznę siłującego się z lwem. Wojownik klęczał na jednym kolanie, rękoma trzymając rozwarty pysk bestii, niebezpiecznie zbliżający się w kierunku gardła człowieka. Drugi z pomników, umieszczony po lewej stronie, ukazywał tego samego mężczyznę i lwa, jednak tym razem pokonane zwierze leżało u stóp zwycięzcy. Wojownik natomiast stał w tryumfalnej pozie, jedną nogę opierając na pysku bestii, a zaciśnięte w pieści dłonie wznosił ku niebu. Ostatni z posągów, stojący po prawej, prezentował kolejny raz tą samą parę. Jednak tym razem, to zwierzę było górą. Mężczyzna leżał na plecach, a jego szyja znajdowała się w straszliwym uścisku paszczy lwa. Lewą dłonią wojownik chwycił jeszcze splątaną grzywę zwierzęcia, ale od razu było widać, że nie ma już szans w walce i stał się kolejnym łupem drapieżnika.

- No cóż... Witam w siedzibie Kolegium Triady Piękna. A tymi posągami się nie przejmujcie. Kolegium zmienia je co miesiąc, prezentując w ten sposób dzieła swoich nowicjuszy. Czasem można trafić tu na coś interesującego, ale zazwyczaj możemy jedynie „podziwiać” okazy prawdziwego beztalencia, jak zresztą sami widzicie. A teraz zapraszam do środka, musimy odnaleźć mojego dawnego znajomego i załatwić wasze licencje.

Po swoim krótkim wykładzie Ana ruszyła na górę po schodach, w kierunku budynku, zapewne będącego siedzibą Kolegium. Jak na taką organizacje siedziba Triady Piękna była nadzwyczaj skromna. Proste ściany, wykonane ze sporych, szarych kamienni ustawionych jeden nad drugim, strzeliste, wąskie okna, umieszczone wysoko nad ziemią i bardzo pochyły dach, sprawiały, że budowla zdawała się znacznie większa niż była w rzeczywistości. Zupełnie jakby została przez kogoś, lub coś, straszliwie rozciągnięta.

Gdy grupa wspięła się na szczyt schodów, stanęła przed głównym wejściem do siedziby Kolegium, które prawdopodobnie było jedynym elementem budynku, który wyróżniał się pod względem wyglądu. Podwójne drzwi miały wielkość dwóch rosłych mężczyzn i przyjemną, złotą barwę, jakby ktoś odlał je ze złota. Na ich powierzchni wyrzeźbiono płaskorzeźby przedstawiające najrozmaitsze istoty zamieszkujące Azyl. I tak można tam było znaleźć jakiegoś niebianina, zacięcie kłócącego się z czartem. Gnoma demonstrującego kuglarskie sztuczki grupie ludzkich, elfich i goblińskich dzieci. Gdzieś indziej krasnolud targował się z infrytem o cenne bojowego topora.

Drzwi wykonane były z nadzwyczajną precyzją i wiele czasu możnaby spędzić przyglądając się przedstawionym na nich scenom, jednak Ana nie dała swoim towarzyszą czasu na podziwianie czegokolwiek. Jednym ruchem sprawiła, że drzwi otworzyły się przed grupą i dumnym krokiem wkroczyła do budynku. Pozostali chcąc, nie chcąc, musieli ruszyć za nią, mijając prosty portal, w którym znajdowały się drzwi i nie zaszczycając spojrzeniem witraża umieszczonego ponad nim. Pomimo to zdążyli zarejestrować, że kolorowe kawałki szkła ułożone były w kształt dziwnego kwiatu, który zdawał się być połączeniem wielu innych roślin.

Najciekawsze czekało jednak dopiero wewnątrz budynku. Zamiast po zimnej, kamiennej podłodze, grupa stąpała po miękkiej, mokrej ziemi. Powietrze było wilgotne i wypełnione zapachem kwiatów. Zasadniczo wszystko to nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że podróżnicy znaleźli się w środku okropnie zaniedbanego ogrodu. Ze wszystkich stron otaczały ich różne rośliny. Część z nich doskonale znali, inne były im zupełnie obce. Jednak wszystkie bez wyjątku kwitły, otaczając podróżników całą gamą barw. Nawet Ana była zaskoczona widokiem tego ogrodu. Gdy była tu ostatnim razem, siedziba Kolegium wyglądała zupełnie inaczej.

- Edilius? Jesteś tu?

Pytanie Any przez dłuższy czas pozostało bez odpowiedzi i gdy kobieta już szykowała się do zadania go po raz kolejny, rośliny po jej prawej stronie zafalowały i po chwili wypadł z nich spocony i pobladły mężczyzna. Czarne, krótko przystrzyżone włosy, w które zaplątało się kilka kwiatów i gałązek, oraz przyklejona do czoła krótka grzywka, były pierwszym co dostrzegało się w wyglądzie mężczyzny i jako pierwsze wywoływało niepokój. Było z tymi włosami coś nie tak, coś czego nikt z obecnych nie potrafił zdefiniować. Drugą rzeczą, która rzucała się w oczy w wyglądzie mężczyzny, była jego młoda, wręcz chłopięca buźka i mina aniołka, który dopiero, co wysadził gabinet swojego ojca w powietrze. Wydawało się, że ten przyjazny wyraz człowiek ma przyczepiony do twarzy na stałe. Ostatnim, co zaskakiwało były oczy adepta. Wszystko byłoby z nimi w porządku, gdyby nie fakt, że białka miały zieloną barwę, a za to tęczówki były idealnie białe.

Chłopak zatrzymał się przed Aną zgięty w pół, z rękoma opartymi na kolanach. Najwyraźniej miał za sobą spory bieg, bo sapał, jakby ledwo co zdołał uciec przed stadem tygrysów.

- Wi... Witam... Pa... ni... Ann...- mężczyzna najwyraźniej starał się mówić pomimo zadyszki, ale niezbyt mu to wychodziło.
- Spokojnie Edilius. Po pierwsze złap oddech, a później zrób coś z tymi oczami. Białka powinny być białe, a tęczówki zielone. Ile razy będzie trzeba ci to powtórzyć zanim zapamiętasz?

Mężczyzna nic nie odpowiedział, ale najwyraźniej uwaga Any zawstydziła go, co nietrudno było poznać po zaczerwienionych policzkach. Edilius zamknął oczy, a gdy po chwili ponownie je otworzył, wyglądały już dokładnie tak jak powinny.

- Świetnie chłopcze.- skomentowała Ana, poczym odwróciła się w kierunku swoich towarzyszy- To jest Starszy Adept Edilius. Mój dawny przyjaciel i... pomocnik. Ale o tym będziemy mogli porozmawiać kiedy indziej. A teraz Ediliusie powiedz mi co tu się stało?
- Tu? Ach, znaczy się w przedsionku. Emm... Wpadliśmy na pomysł, że możemy stworzyć galerie obrazów. Ale chcieliśmy, żeby były bardziej interesujące, więc zamiast malować je farbami, to chcieliśmy ułożyć je z kwiatów. No, ale te rośliny tak wolno rosły i za nic nie chciały kwitnąć, więc wraz z paroma Adeptami postanowiliśmy użyć zaklęcia przyśpieszonego wzrostu. No i chyba troszeczkę przesadziliśmy z ilością energii, jaką włożyliśmy w zaklęcie. Ale tylko troszeczkę...
- Tak, to wszystko tłumaczy. A czy Starsi Adepci wciąż mają przywilej wydawania licencji?
- Tak, proszę Pani. A czemu Pani pyta?
- Potrzebuje parę dla moich znajomych. Możesz mi kilka wypisać?
- Emm... przecież wie Pani, że nie mogę! To byłoby wbrew zasadą Kolegium. Wpierw musiałbym zbadać osoby, które chcą uzyskać licencje, potem poddać je kilku testom, a na koniec odebrać od nich przysięgę. No i jeszcze w grę wchodzi kwestia wynagrodzenia dla Kolegium...
- Ediliusie, o zapłatę nie masz się, co martwić. Przecież wiesz, że jeżeli mi na czymś zależy, to nie żałuje pieniędzy. Pamiętam, że jak byłeś w mojej rezydencji, to bardzo spodobał ci się jedna z rzeźb, który to był?
- Oryginał „Złotego kota z Adrosis”...
- Świetnie, a więc moi ludzie przyniosą jutro rano rzeźbę, a ty wypiszesz mi teraz licencje. Dalej, biegnij po pergaminy, pieczecie i atrament.
- Ale pani, ja nie mogę. Przecież, to będzie wbrew procedurze!
- Dla mnie zrobiłeś wyjątek, pamiętasz Ediliusie? Dlaczego nie miałbyś go zrobić kolejny raz? Zapłata cię nie zadowala?
- Nie, Pani, zawsze byłaś dla mnie bardzo hojna. Ja po prostu nie wiem, czy powinienem.
- Z całą pewnością powinieneś. Nie ma nic złego, w tym, że chcesz zdobyć kolejne wspaniałe dzieło do waszej Wielkiej Galerii. A co się stanie, jeżeli parę osób zyska licencje szybciej niż zwyczajnie? Nic! A jeżeli teraz odmówisz, być może stracisz jedno z największych dzieł, być może to, które dopełni waszą Wielką Galerie. Chciałbyś tego?
- Nie...
- No to leć po przybory, a ja i moi towarzysze poczekamy tu na ciebie.


Chłopak wahał się jeszcze przez moment, poczym niepewnym krokiem ruszył w kierunku z którego przyszedł. Po chwili zniknął pośród gęstej roślinności. Nie trzeba było długo czekać na jego powrót, z całym asortymentem dość zwyczajnych przyrządów pokroju pióra, atramentu, paru skrawków pergaminu, niewielkiej deski, pieczęć i jeszcze kilku sakiewek. Starszy Adept wygodnie usadowił się na ziemi, na kolanach kładąc drewniany „blat”, przybory rozstawił wokoło siebie, poczym patrząc ze śmiertelną powagą na Sae, głosem prawdziwego profesjonalisty zapytał:

- Imię szanownej pani?

***

- Nie wierzę! To jakieś głupie oszustwo! Nie możliwe, żeby ten zapieczętowany skrawek papieru, posypany odrobiną proszku, pozwalał legalnie korzystać z magii.

Cała grupa stała na szczycie schodów prowadzących do siedziby Kolegium. Nad ich głowami nocne niebo przecinały smugi różnych istot w pośpiechu zmierzających do swoich legowisk, żeby bezpiecznie spędzić noc. Valquar stał w jednej dłoni zaciskając pergamin jaki otrzymał od Starszego Adepta i wyzywająco patrzył na Ane. Ubrana na czarno kobieta spodziewała się takiej reakcji, dlatego zachowanie elfa ani odrobinę nie wyprowadziło jej z równowagi. Gdy sama przyszła po licencje, też spodziewała się czegoś niesamowitego, jakiś magicznych rytuałów, czy chociaż jakiegoś magicznego przedmiotu. A tu zwyczajny, zapieczętowany skrawek papieru z napisanym imieniem osoby posiadającej licencje. No cóż... może nie było to zbyt magiczne, ale ważne, że działało.

- Spokojnie mój drogi. Nie ma powodu żebyś się tak unosił. Ty i twoi towarzysze macie licencje. Teraz trzeba tylko zebrać wszystkich, wręczyć im pergaminy i omówić sposób w jaki chcecie zająć się Istahrem. Możemy więc ruszać, czy wolicie się tutaj kłócić i przyciągnąć czyjąś uwagę? Może i macie swoje maski, ale nie zapewnią wam one pełnej ochrony, jeżeli będziecie zbytnio przyciągać zainteresowanie.

Sae też była zaskoczona tym, czym okazały się licencje, ale w przeciwieństwie do towarzyszy nie dała tego po sobie poznać. Było wielce prawdopodobne, że „zła i okrutna” niziołka zdobyła licencje, gdy była w Azylu ostatnim razem. Nie powinna więc być zdziwiona jej formą.

- Ona ma rację elfie. Nie mamy czasu do stracenia, a już na pewno nie możemy go marnotrawić na kłótnie. Licencje są prawdziwe, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. A skoro ich sprawę mamy już za sobą, pora ruszać do „Przybytku Pieśni”.

Skrzypaczka nie czekała już nawet na odpowiedź towarzyszy, tylko obróciła się na pięcie i pośpiesznie ruszyła na przód. Odczuwała dziwny niepokój, choć sama nie była pewna, co jest jego źródłem. Z całą pewnością nie licencje, a więc co?





Azyl

„Przybytek Pieśni”


Coś delikatnego otarło łzy z oczu Leariona. Zaskoczony gnom drgnął i spróbował się cofnąć, ale gdy poczuł, jak ktoś ujmuje go za nadgarstek, od razu zrozumiał. Airuinath odzyskała przytomność i teraz klęczała tuż obok niego. Gnom spodziewał się, że kobieta zapyta go o Fialara, ale jednak pytanie nie padło. Czy więc Pocieszycielka już wiedziała?

- Fialar... on... odciąga tego konstrukta.

Kłamstwo ledwo przeszło przez zaciśnięte z goryczy gardło i niewiele brakowało, a z oczu Leariona znów pociekłyby łzy. Jednak ślepiec nie chciał rozpłakać się, jak małe dziecko, na oczach Airuinath. Dopiero teraz gnom zrozumiał, że nie tylko on wiele stracił. Pocieszycielka straciła całą swoją przeszłość, wspomnienia, męża i oddanego przyjaciela. Jednak oni nie zginęli... oni po prostu nigdy nie istnieli. Ale to tak naprawdę nie miało znaczenia. Airuinath utraciła bardzo wiele, ale pomimo to Learion nigdy nie widział, żeby kobieta pozwoliła sobie na chwilę słabości.

- Wiem Learionie... Wiem. Ale nie możemy tu zostać. Chodź, musimy stąd wyjść.

Jej głos zdawał się być spokojny, ale ślepiec słyszał w nim smutek. Ona wiedziała, co teraz dzieje się w duszy gnoma. Wiedziała, bo kiedyś sama to czuła, a pomimo to pozostała silna. Learion skinął głową i z pomocą kobiety podniósł się na nogi. Powoli, ramię w ramię, ruszyli w kierunku wyjścia, a tuż za nimi podążały dwa żywe, milczące przedmioty.

***

Choć podróż nie była długa, to znalezienie odpowiedniego dachu i dostanie się na niego zajęło trochę czasu. Jednak warto było się pomęczyć, ponieważ miejsce było idealne. Niezbyt blisko, ale też nie za daleko od „Przybytku Pieśni”, z doskonałym widokiem na wejście. Airuinath siedziała w pobliżu krawędzi obserwując, a Learionowi nakazała położyć się i odpocząć. Z początku gnom nie chciał się zgodzić, ale ostatecznie poddał się, choć wiedział, że i tak nie zdoła zasnąć.

Leżąc na plecach Learion zastanawiał się nad tym, co się wydarzyło. Nad złym działaniem maski, nad zniknięciem konstrukta... nad wszystkim. Jednak jego rozważania prowadziły do nikąd. Zbyt mało wiedział na pewno, a zbyt wiele się domyślał, by móc dojść do jakichkolwiek sensownych wniosków.
Nagle coś się zmieniło... coś tuż na granicy świadomości. W ciemności, która otaczała Leariona naglę zapłonęła niewielka iskra. Zamigotała... poczym zgasła... i zapłonęła na nowo. A zaraz za nią, kolejne światełka rozpalały się gdzieś w oddali. Mrok, w którym ślepiec przebywał od bardzo dawna, nagle nabrał ciemnogranatowej barwy, a na jego tle zapaliła się cała masa drobnych świetlistych punktów. Learionowi aż zaparło dech, gdy zrozumiał co się dzieje. On... On miał wizję! Wizję nocnego nieba!

Airuinath z troską spojrzała na towarzysza, gdy ten nagle poderwał się do pozycji stojącej, by po chwili uklęknąć i zacząć wodzić rękoma na około siebie, jak ślepiec, który czegoś szuka. Pełna obaw kobieta powstała i ruszyła w kierunku przyjaciela.

- Learionie co robisz?
- Cii... Nie ruszaj się, bo go spłoszysz.
- Kogo?
- Fialara.


”O nie. Z żalu postradał zmysły”

- Learionie tutaj nikogo nie ma poza nami.
- Jest! Czuję go! Przesłał mi wizję nieba. On tu jest, wrócił.
- Przyjacielu połóż się i odpocznij. Jesteś zmęczony. Musiałeś się zdrzemnąć i coś ci się po prostu przyśniło.


Jednak Learion nie słuchał towarzyszki. Jego dłonie sunęły po powierzchni dachu w poszukiwaniu przyjaciela. Gnom był pewien, że Fialar gdzieś tu jest, czuł jego obecność. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że jego dłoń na coś natrafiła. To było jak zanurzenie ręki w ciepłej wodzie, ale trwało tylko krótką chwilę, po której dziwne uczucie obecności Fialara nagle znikło. Niemal równocześnie do uszu ślepca doszedł zaniepokojony głos Airuinath.

- Learionie, Sae i pozostali wrócili. Widziałam, jak przed chwilą wchodzili do „Przybytku Pieśni”, ale był z nimi ktoś jeszcze. Chyba kobieta, ale jest zbyt ciemno, a lampy oświetlające wejście do Przybytku dają za mało światła, żebym mogła mieć pewność.
 
__________________
Nie wierzę w cuda, ja na nie liczę...

Dreamfall by Markus & g_o_l_d

Ostatnio edytowane przez g_o_l_d : 10-05-2008 o 15:29.
g_o_l_d jest offline  
Stary 09-04-2008, 21:34   #239
 
Tammo's Avatar
 
Azyl
Dach niedaleko „Przybytku Pieśni”

- No dobra. Oto co robimy. Ja złażę na dół i pytam i opowiadam. - Uprzedzając pytania gnom kontynuował, rześkim, zupełnie nieprawdopodobnym w tej sytuacji tonem - Zanim powiesz, że to niemożliwe, przypomnij sobie jak tu właziłem. Nie będzie problemu. A dlaczego ja, a nie Ty... bo jeśli coś mi się stanie, niewielka strata, jeśli Tobie...
- Nie, to...
- Nie, nie zaprzeczaj, Airuinath. Wyraźnie widać różnice między nami i zaraz jestem gotów Ci je wypunktować. Jeden: Twoja maska jest sprawdzona i bezpieczna, do tego daje Ci spore możliwości. Moja nie jest sprawdzona i ja jej - po Magyarze - sprawdzać nie zamierzam. Dwa: magia. Masz magię, ja nie. Trzy: nie jesteś ślepa. Cztery: jesteś piękna. Nie, jesteś po prostu zjawiskowo piękna. Jeśli jakiś gość nie straci dla Ciebie głowy przy jednym spojrzeniu to znaczy że jada gwoździe na śniadanie, albo jest ślepy. I mów co chcesz, to jest atut.

Uśmiechnąwszy się, gnom dodał z sympatią, strzelając w ciemno:

- Do twarzy Ci z tym rumieńcem. O ile to możliwe, on Ci jeszcze dodaje uroku.

Kobieta, lekko zarumieniona, spojrzała nań uważnie. Zbyt szybko, na jej gust, odzyskał równowagę. Widział? Czy strzelał? Learion odetchnąwszy, spoważniał i kontynuował wyliczankę:

- Co tego że nie jesteś ślepa? Szybciej zorientujesz się w sytuacji, lepiej zareagujesz, jesteś lepszym, skuteczniejszym asem w rękawie niż nie mający pojęcia o sytuacji ślepiec. Będę stał w drzwiach "Przybytku", więc dostrzeżesz mnie bez trudu. No i jeszcze jedno - gnom nabrał powietrza w płuca i z rozbrajającą szczerością poczynił wyznanie - jak dowiodły ostatnie wydarzenia, jesteś silniejsza ode mnie. Nie mam tu na myśli siły fizycznej. Rozumiałem doskonale co czułaś tam, na rynku. Sam nie wiem co z szatkownicy jaką mam w głowie jest prawdziwe a co nie. Fialar jest moją kotwicą, kluczem do tego, parasolem.

Domyślał się, że czarodziejka zwróciła uwagę na użyty czas, ale ponownie nie dał jej dojść do słowa.

- Kiedy usunięto mi tę 'kotwicę' załamałem się. Ty nie. Masz mój podziw za to. Klasa, dziewczyno. - głos Aylinna brzmiał ciepłem i życzliwością - Jedyny raz, kiedy płakałaś, to jak niepotrzebnie rozpuściłem jęzor. Dlatego właśnie to ja tam teraz zejdę. Bo póki co, nie jesteśmy równym dodatkiem do drużyny. Nie mówię tego, byś mnie miała żałować, mam szczery zamiar Cię przegonić, lub przynajmniej się z Tobą zrównać. I właśnie dlatego - wiedział, że teraz wybije jej kolejny argument przeciw - jest dla mnie ważne, byś została. Chcę spróbować zrobić coś samemu. Zatem, proponuję taki plan. Pakuję się do środka i Żywiec znosi mnie na dół. Rozmawiam z nimi. Jeśli coś jest nie tak, zwiewam w dół uliczki. Nawet jak za mną pogonią, jest to w drugą stronę. Jak wszystko jest w porządku, wołam Cię. Proste, łatwe, niegroźne. Nic, z czym bym miał sobie nie dać rady.

Zapadła chwila ciszy. Dłużąca się w uszach wyczekującego niemiłosiernie.

- Dobrze.
- Tak szybko? - zdziwił się gnom.
- Tak szybko - odpowiedziała niezadowolonym głosem czarodziejka. - Zaskoczony?
- Właściwie nie - rzekł gnom spokojnie - Mówiłem, że się szybko orientujesz, a co do Twojej inteligencji to nigdy nie miałem wątpliwości. Bez tego nie zostaje się władcą magii.
- Nie jestem...
- Jasne jasne! Żywiec! Lecimy!

I polecieli. Lot w zbroi nie był jakoś szczególnie dostojny, ale sam Learion nie mógł sprawiać takiego wrażenia. Nie teraz, nie w swoich obecnych, poszarpanym i zabrudzonym ubraniu.

- Jesteśmy w drzwiach... - szepnęła żywa skórznia.
- Dzięki - niedbale odrzekł gnom, wyskakując - Hej, fantastycznie, że jesteście. Mamy sporo do pogadania. Ale najpierw, kim jest ta nowa?

Gnom uśmiechnął się szeroko do towarzyszy. Przechylając lekko głowę. Zostawało słuchać, węszyć. Wzrok... "Cóż. Powrót do tych czasów, kiedy o wzroku nawet nie myślałem."

- Aha, jeszcze jedno. Saenna!
- No? - niziołka nie bawiła się w uprzejmości, gnom z tonu mógł wyobrazić sobie jej minę. Niechętną, żywe i tak przezeń lubiane oczy patrzące wilkiem.

Ale odezwała się. O to chodziło. Rzucił jej pakunek. Dziewczyna zręcznie chwyciła, poznając z miejsca. Maska. Zupełnie nietknięta, oddana tak, jak trafiła do niego z jej rąk.

- Możesz powiedzieć, co za - że zapożyczę od kumpla - skurl to Wam wcisnął? Koleś ma... eee... urocze poczucie humoru. Żartowniś cacany normalnie. Aż bym rad z nim psikusy wymienić.

"O do diaska. Nawet gadam jak z tamtych czasów."
 
__________________
Zamiast PW poślij proszę maila. Stare sesje:
Dwanaście Masek - kampania w świecie Legendy Pięciu Kręgów, realia 1 edycji
Shiro Tengu
Kosaten Shiro

Ostatnio edytowane przez Tammo : 11-04-2008 o 04:42. Powód: dodany fragment
Tammo jest offline  
Stary 10-04-2008, 19:38   #240
 
abishai's Avatar
 
Azyl

"Dom Mintrana”



„Ten, który wznosił do niej swe modły, wbrew jej zakazom;
Ten, który karcił i mordował jej sługi, wbrew jej prawom;
Ten, który zdejmował jej znamiona, wbrew jej woli;
Wyrzekł się tego świata, wyrzekł się następnego, wyrzekł się siebie
A dane było mu ją ujrzeć. Teraz wrócił.
A krwawe niebo płakało, szepcząc...
...Sominusie

- Poezja...Czy to zawsze musi być jakieś wierszydło?- prychnął poirytowany slaad. Spojrzał na kulącego się starca...Dar...To nie był dar. Lepiej mieć jedno pełne życie, niż żyć fragmentami tysięcy żywotów.
- Kojarzysz mnie jeszcze ?- syknął do Mintrana, cedząc słowa przez zęby. -Powiedzmy, że może znam przyczynę twej choroby...Zobaczymy co się da z tym zrobić.
Gnom słabo kojarzył pojęcie aberracja...Jego Pan go o tym uczył, dawno temu co prawda. Aberracje były przeklętymi bękartami różnych bóstw. Harpo jednak nie pamiętał szczegółów...
Zacisnął dłonie na kartkach które trzymał w dłoni...Ta bezradność go denerwowała.
- Co mnie właściwie powstrzymuje przed wtargnięciem do tej przeklętej wieży i wyprucia flaków temu Iomi Vete?- zapytała demoniczna część umysłu gnoma, wspierana przez slaadzią furię.
- To, że poza własną śmiercią niewiele byś osiągnął. - bardziej logiczna i spokojna gnomia świadomość odparła swym pierwotnym instynktom.
Slaad podrapał się po łbie i skupił na rozważaniu innych opcji. Czym bowiem naprawdę Matka? Jeśli Iomi Vete chciał się spotkać z Matką to oznacza, że zapewne chodzi o łeb tej całej organizacji...Czy to królowa roju, czy też przewodniczącą kabały czarodziejów? A może jest gigantycznym mózgiem w jeszcze większym słoiku, jak u łupieżców umysłu?
Im bardziej Harpo skupiał się na osobie Matki, tym bardziej wspomnienia szybowały do wizji.

„Nie! Zostawcie... Ja dojrzę... dojrzę rozwiązanie! Złoty warkocz... to pod nią skrzypią deski. Wiatr, rozwiewa złote włosy... włosy jasne, jak promienie słońca. Idzie... most... most na wietrze... Stoi na krawędzi. Krzyk, prośba... „Zawróć!”... słowa porwane przez wiatr... słowa rozbite o kamień. Nie słyszy. Kolejny krok. Krok ku przepaści. Dłonie zaciśnięte na niciach wrót.... Brama... a za nią most, a na nim ona... Brama, która rozdziela... Brama, która oddziela od niej. Ostatni krok do przepaści... Pierwszy krok w nieznane...”

„Most... Brama... Wiatr... Matka... Pamięć... Blizna... Nadszedł czas! Szukaj... Znajdź... Niech porwie cię wiatr!”


Za wrotami...Czy odpowiedź leży za wrotami?....Czy nadzieja na odzyskanie jej leży... I gdzie są te piekielne wrota?!...Na gnijący skrzek, zaczynam myśleć jak ta banda pseudofilozofów z którymi się szlajam!
Slaad spojrzał na słowa napisane na ścianie...Musiały być ważne dla tego Iomiego, powinny ważne dla Harpo...Ale czy były? Czy jakaś martwa/zaginiona bogini-kochanka byłaby dla nich ratunkiem?
Slaad obnażył zęby w gniewnym grymasie...Niech się nad tym Learion z Croisem mędrkują. On ma poważne sprawy na głowie...Bo choć biblioteczka Mintrana odpowiedziała na klika pytań, to stworzyła kolejne. A sam Harpo nadal nie znał mechanizmów działania tego miasta...Nadal czuł się tu obco.
-Zapisz ten wierszyk chłop...starcze.-rzekł slaad, po czym machnął łapą mówiąc.- zresztą, nieważne.
Wyrwał kilka czystych stron, odszukał rysik którym mógłby na nich i pisać, i klnąc swe wielkie łapy nabazgrał wiersz, oraz inne słowa. Ruszył w kierunku drzwi po drodze zahaczając o kuchnię, skąd wziął sporych rozmiarów nóż. Dotarł do drzwi wejściowych i przybił na nich zapisaną koślawy literami kartkę o treści.

PO PIERSZE...NIE ZRYWAJ KARTKI
PO DRUGIE ZIELONY SLAAD Z TAUTAŻEM NA RAMIENIU TO KUMPEL, WPUŚĆ GO I TYCH KTÓRYCH PRZYPROWADZI.
PO TRZECIE RUDOWŁOSY GNOM O CZERWONYCH OCZACH TO TEŻ KUMPEL, JEGO WPUŚĆ, RÓWNIEŻ Z TOWASZYSZAMI
PO CZWARTE NIE UFAJ DO KOŃCA KSIĘDZE, KTÓRĄ MASZ PRZY SOBIE. NIE WSZYSTKO W NIEJ JEST PRAWDĄ
TRZYMAJ SIĘ ZDROWO


Następnie wyszedł i ruszył w kierunku Przybytku Pieśni, zastanawiając się czy ten Iomi Vete z przeszłości widział go czy nie...Jeśli tak to jakim cudem. Jak to możliwe, żeby wspomnienia zapisane w księgach mogły być świadome obecności czytającego? Gdzie tu logika?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 11-04-2008 o 08:13.
abishai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:07.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2023, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172