Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-04-2009, 18:41   #1
 
Eleanor's Avatar
 
[D&D FR] Siedem Życzeń


Niektórzy strzegą zazdrośnie swych tajemnic. Dbają o prywatność i za wszelką cenę starają się ukryć coś, co jest dla nich najważniejsze. Robią to z przeróżnych przyczyn, jednak dla Imrana ibn Musa al Karima była ona warunkiem być albo nie być. Żyć w pełni korzystając ze swej potęgi i nieśmiertelności czy popaść w kamienny sen na kolejne jałowe sto lat. Nic więc dziwnego, że ukrył się w niedostępnej dla przeciętnych istot krainie oraz otoczył kordonem strażników i pułapek.
Zatarł wskazówki pozostawione przez tych przeklętych magów śmiałkom, którzy gotowi byli się pokusić o cenną nagrodę. Był taki pewny, że tym razem zniszczył je ostatecznie! Jak się okazuje nigdy niczego nie można być tak całkowicie pewnym...

***

Wszystko ponownie rozpoczęło się w zimnej i niedostępnej Vaasie, w starej krasnoludzkiej kopalni, która dopiero niedawno ponownie odsłoniła swe korytarze przed górnikami i śmiałkami gotowymi z narażeniem życie wyrwać cudowne skarby z samego serca ziemi.
Drążąc kolejny tunel krasnoludy natrafiły na wąski korytarz odchodzący prostopadle na boki. Szybko okazało się, że droga z prawej strony była dokładnie zawalona, prawdopodobnie w wyniku obsunięcia się znacznej części terenu powyżej. Natomiast przejście w drugim kierunku, poza kilkoma głazami, które przetoczyły się tutaj z głównego zawaliska, było praktycznie całkowicie dostępne. Najpierw prowadziło lekkim spadkiem po pochylni, by następnie gwałtownie obniżyć się ku dołowi stromymi, kamiennymi schodami. Wykute w skale stopnie były tak stare, że ich krawędzie zaokrągliły się zupełnie, zaś kamienne ściany pokrywały dziwne, schematyczne i prawie zatarte przez czas rysunki oraz napisy. Gorim, który jako jedyny w tej grupie, potrafił czytać stwierdził, że nie jest to ani pismo ludzkie, ani krasnoludzkie i że zupełnie niczego mu nie przypomina. Zaciekawieni ruszyli na dół oświetlając sobie drogę latarniami...

Z całej piątki, która wyruszyła wczoraj na poszukiwanie trzech zaginionych górników, znaleźli tylko dwóch. Jeden bełkotał coś o wielkiej sali z pułapkami ziejącymi ogniem i potworach wychodzących ze ścian, a na hasło by iść tam ponownie, wyrwał się trzymającym go ludziom i z krzykiem pobiegł w kierunku wyjścia. Drugi, z ciężką szarpaną raną w brzuchu, konał już praktycznie wypowiadając swe ostatnie słowa:
- Pułapki, potwory... zabijają wszystkich w tym bocznym tunelu... niebezpieczeństwo nikt nie przeżył... nie schodźcie...
Na wszelki wypadek zamknęli więc przejście zasypując je gruzem i zabijając deskami i namalowali znak ostrzegawczy, by nikt więcej się tam nie zbliżał, do czasu wybrania odpowiedniej grupy ludzi gotowych zapuścić się w te tereny.

***


Kopalnia Talagbar położona była na wschodnim stoku masywu górskiego oddzielającego Vaasę od Damarii. Najprostsza droga do niej prowadziła traktem łączącym Darmshall z Palischauk. Szlak ten, biegnący z południa na północ, wzdłuż wspomnianego wcześniej masywu, przez słabo zalesione, jałowe równiny, choć często używany, nie był zbyt bezpieczny. Cała kraina była dzika i nie posiadała naczelnej władzy, która zajmowałaby się czymś tak przyziemnym, jak zapewnienie bezpieczeństwa na drogach. Z drugiej strony za handel i podróże traktami nie płaciło się podatków, więc pieniądze te kupcy przeznaczyć mogli na zwiększenie swego bezpieczeństwa. Dlatego też wędrujące traktem karawany z chęcią brały w swe szeregi śmiałków, gotowych za niewielka opłatą w razie niebezpieczeństwa wzmocnić ich obronność.
Wszystkie karawany zatrzymywały się w niewielkiej osadzie górniczej, powstałej u podnóża góry, w której nie tak znowu dawno temu, odkryto wejście do starej krasnoludzkiej kopalni, bogatej w złoża krwawników, szmaragdów oraz rubinów i posiadającej żyły rud żelaza i miedzi. Jak daleko ciągnęły się jej korytarze wiedzieli tylko górnicy. Choć i oni nie zapuszczali się we wszystkie rejony. Podziemny świat krył zazdrośnie swoje tajemnice i wydzieranie ich było czasami okupione solidnym potem, a czasami nawet krwią.
Sama osada, zbudowana na łagodniejszym stoku sporego wzniesienia górskiego, o miejscami prawie pionowych ścianach i otoczona drewnianą palisadą, sprawiała wrażenie dobrze przygotowanej, do odparcia ewentualnych ataków ze strony dzikich mieszkańców wyższych rejonów gór.
Jak szybko można się było zorientować po przekroczeniu solidnej bramy, osiedle zabudowano głównie ubogimi chatkami dla ludzkich pracowników i ich rodzin oraz barakami dla krasnoludzkich górników. Z tego krajobrazu wyróżniało się kilka wyraźnie bogatszych budynków. W wyżej położonej części osady, wokół centralnego placu, do którego prowadziła główna droga, usytuowały się gospoda ze sporą salą sypialną dla podróżnych i kilkoma małymi pokojami dla bogatszych klientów, faktoria handlowa i budynek będący siedzibą zarządcy kopalni oraz warsztaty rzemieślników pracujących głównie na potrzeby tutejszych mieszkańców. Kogoś, kto przybył tu po raz pierwszy, mogła również zaskoczyć dość znaczna liczba tawern i szynków.

Do tego surowego kraju, późnym latem 1375 roku dotarło wraz z kolejną karawana siedmiu śmiałków. Wskazówka, która ich tutaj skierowała była bardzo enigmatyczna:
„Zacznij swą drogę w sercu Talagbar, jeśli przejdziesz i przeżyjesz znajdziesz to czego szukasz.”
Czy byli więc desperatami szukającymi ostatniej szansy, czy pełnymi entuzjazmu idealistami, czy szaleńcami wierzącymi w bajki, to dziś nie istotne. Ważne było to, że kierowani wiarą, nadzieją lub szaleństwem zdecydowali się postawić swe życie na szali losu i zmierzyć z niebezpieczeństwem.
Jakie były ich losy i jak zakończyła się ta opowieść dowiecie się jeśli starczy wam czasu i cierpliwości by z nami ją przeżyć.

***

Pogoda była jeszcze znośna, choć zimne noce przypominały już o rychłym nadejściu jesieni.
Teraz jednak wyraźnie budził się do życia kolejny ciepły dzień, ofiarowany ludziom w darze przez naturę. Karawana wyruszyła jeszcze przed świtem, choć tak mogło się tylko wydawać, bo w tym miejscu, odgrodzonym od wschodu ścianą gór, poranek zawsze zaczynał się później.
Zostało was tylko kilka osób, które rano zeszły się do sali jadalnej, zwabione kuszącym zapachem smażonej jajecznicy. Znaliście się już z widzenia, może zamieniliście kilka zdawkowych uprzejmych słów, ale jakoś wcześniej nie było okazji do dłuższej rozmowy. Zresztą żadne z was nie przypuszczało, że ktoś jeszcze pozostanie w osadzie. Siedliście przy jednym stole, na którym gospodarz postawił wcześniej pachnący, gorący jeszcze chleb i naczynia. Jak ustaliliście wczoraj z góry, śniadanie było w cenie noclegu. Do stołu podeszła uśmiechnięta córka karczmarza niosąc dzban piwa. Dziewczyna może nie była skończoną pięknością, ale rude, zaplecione w warkocze włosy, delikatny zadarty nosek upstrzony piegami, a przede wszystkim wesoło śmiejące się oczy, dodawały jej wiele uroku. Zatrzymała dłuższe spojrzenie na złocistowłosym elfie i zarumieniła się lekko. Elfy bardzo rzadko trafiały w te bezleśne raczej okolice, a ten należał chyba do przystojniejszych w swoim gatunku. By pokryć zmieszanie rozpoczęła monolog, który okazał się bardzo interesujący:
- Jesteście tymi poszukiwaczami, których wynajęła kopalnia do likwidacji swych problemów? Wieści szybko się rozchodzą! Słyszałam, że w tym odkrytym korytarzu są jakieś potwory i pułapki! Pewnie wiecie, że zginęło w nich wielu ludzi? Co to jednak dla was, dzielnych bohaterów. Smakuje piwo? Mogę przynieść jeszcze... Tylko Edwin przeżył z tych co tam poszli, ale jemu pomieszało się w głowie i nie można z niego wyciągnąć nic konkretnego. Gdy się go o to co widział pyta, ucieka z głośnym krzykiem. Może coś jeszcze podać? Dzieciaki zrobiły sobie z tego świetną zabawę... - Na chwilę urwała i popatrzyła na mężczyznę samotnie pijącego piwo w drugim końcu pomieszczenia i nie czekając na waszą reakcję zawołała na niego:
Olle chodź tutaj, przybyli twoi poszukiwacze...
Lekko łysiejący mężczyzna w średnim wieku, ubrany w dobrej jakości, choć pozbawione ozdobników ubranie, odwrócił się na te słowa w kierunku dziewczyny:
- Co ty gadasz Tanja, przecież dopiero kilka dni temu odeszła karawana z moją wiadomością – Mimo wszystko jednak podniósł się ze swego miejsca i podszedł do zgromadzonej przy stole grupy. Nie był zbyt wysoki, gdyby nie wyraźnie ludzkie cechy można by pomyśleć, że jest krasnoludem. Zlustrował wszystkich uważnym spojrzeniem i siadając na wolnym miejscu dodał – Nieważne jak się dowiedzieliście o naszych kłopotach. Dla mnie wyglądacie na takich co wiedzą, jak sobie w życiu poradzić - Zastanowił się chwilkę - No dobra, nazywam się Olle Karalsan i jestem zastępcą zarządcy kopalni. Co do ceny, zgodnie z tym co było w ogłoszeniu: Dostaniecie równowartość trzystu sztuk złota w klejnotach, za całkowitą likwidacje problemu. To jak? Kiedy wyruszacie?
 
Eleanor jest offline  
Stary 05-04-2009, 23:36   #2
 
Kelly's Avatar
 
Była smutna. Smutna i nostalgiczna, jak muzyka, która przenikała przestrzeń. Stała ubrana w długą ciemną suknię kontrastującą z bielą pokrywy śnieżnej. Śnieżnej, bowiem ciemnowłosą, elegancką kobietę widział na zamarzniętym polu obsypanym białym puchem. Nie wiedział jak wygląda? Nigdy nie pokazała mu swojej twarzy. Może to dziwne, ale czasem senne marzenia takie są. Może to któraś z poznanych niedawno kobiet? Wcale by się nie zdziwił. A może jego ukochana siostra, która powróciła do ich rodzinnego Cormyru na polecenie bogini?


A może jeszcze ktoś inny zauważony kiedyś dawno. On mógł zapomnieć, ale podświadomość przechowała obraz i coś przypomniało mu osobę, która dawno zaginęła w pomrokach przeszłości? Cóż, nie przejmował się tym. Tym bardziej, że, jak się okazało, miał całkiem miłe towarzystwo. Po odejściu siostry czuł się przez jakiś czas, jakby stracił coś ważnego. A przecież tak nie było. Melody wypełniała swoją misję i obydwoje wiedzieli, że nie będą na zawsze razem. Nie znaczyło to wszakże, iż w ogóle nie zostanie im dozwolone się jeszcze spotkać. Niby wiedział o tym, ale tak jakoś … nie czuł się z tym najlepiej. Tęsknił za nią i miał nadzieję, że bezpiecznie dotarła do Suzail w Cormyrze.

Szczęśliwie, nagły wyjazd siostry zrekompensowało mu w jakiejś mierze całkiem udane towarzystwo, jakie napotkał w karawanie. Eliot nie był gadułą i nie miał specjalnego talentu do zapoznawania się z ludźmi, ale siła rzeczy, jeżeli się jest tyle dni na wspólnej drodze, znajomości zawiązują się chociażby przypadkiem. Czasem jedno słowo, czasem parę, czasem jakaś wspólna czynność, ot chociażby porąbanie drewna, czy pojenie koni, wystarczy, żeby zawiązała się nic porozumienia. Albo chociażby wspólnota zawodowa? Młodziutka, jak sądził, i klasycznie piękna Erytrea Murciélago, podobnie jak on, uprawiała czarodziejską dziedzinę. Miała cudowne oczy i nie mniej uroczy uśmiech. I miała czarującego nietoperza! Albo raczej miałaby, gdyby owe latające coś ktokolwiek mógł uznać za czarujące. Rzecz jasna, poza właścicielką mająca na ten temat zdecydowaną, jednoznacznie pozytywną opinię. Eliot jeszcze nie zdecydował, jaki będzie jego stosunek do nietoperzy. Ale póki co, odbył z jasnolicą czarodziejka kilka miłych dyskusji zawodowych, poruszając tak interesujące wszystkich magów tematy, jak wykorzystanie nietoperzego guano do wzmacniania czarów odrzucenia, czy jak gotować magiczne mikstury, żeby nie przypalić wody, co Eliotowi ileś razy się zdarzyło. Wprawdzie „ileś razy” oznaczało tak naprawdę „zawsze, gdy robił jakikolwiek magiczny przedmiot”, ale tego, przez wrodzoną skromność, nie dodał. Wreszcie stwierdził, że walczyć z naturą nie będzie i jego powołaniem nie są konstrukty, lecz normalne zaklęcia. Po paru spotkaniach pomyślał, że naprawdę lubi Erytreę i cieszył się, że znalazła się w karawanie.

Nieco inaczej wyglądała sprawa z nieco szczupłą, śliczną półelfką Araią, a której marzyli wszyscy mężczyźni zagadnięci przez Eliota. Wszyscy poza dwoma, ale jeden spośród owej dwójki preferował osobników swojej płci, a drugi miał 92 lata i tuzin dzieci na koncie z trzema kobietami. Pierwszego więc można było zrozumieć, a drugiemu wybaczyć. Oprócz niewątpliwie uroczej, a przede wszystkim mającej w sobie to coś, twarzy, jej wyjątkową zaletą w męskich oczach był rewelacyjny strój, który pewnego dnia po deszczu w sposób dobitny ukazał niezwykle znaczące zalety jej ciała. Cóż, Eliot bynajmniej nie był wyjątkiem. W końcu 21 lat do czegoś zobowiązuje! Ponadto półelfka okazała się miłą osobą, pierwszą, która wykazała zrozumienie dla „piosenkarskiego” talentu Eliota i nawet usiłowała wciągnąć go w tymczasowe kółko muzyczne. Oczywiście, z entuzjazmem przyjął tą propozycję, przynajmniej dopóki nie zaczęły się buntować pobliskie konie, proszące błagalnym wzrokiem o zatkanie im uszu wielkimi wiechciami trawy. Ponadto porozmawiali również o historii, którą, jak się okazało, obydwoje lubili.

Najmniej znał nieco zabiedzoną i wysoką Marthę, której blada twarz przywodziła na myśl córkę młynarza. Za to bujne włosy i sprężysta sylwetka czyniły ją atrakcyjną mimo niezbyt wielkich atrybutów kobiecości. Inna rzecz, ze Elwin nigdy nie przepadał za paniami o specjalnie bujnych kształtach. Martha pełniła funkcję zwiadowcy karawany. Zazwyczaj milczała. Wieczorem jednak, przy ognisku, można z nią było zamienić kilka słów. Ale zarówno ona, jak i pozostałe kobiety, sprawiały wrażenie, jakby chciały mówić o wszystkim, tylko nie o sobie. Ech, wiadomo, każdy ma swoje sprawy i jak ktoś unika każdego niemal tematu związanego ze swoja osobą, to jego sprawa, ale siłą rzeczy, ciężko komuś takiemu się ufa. Można taką osobę polubić, ale zaufać? Tajemnice i tajemnice, czy on był jedynym człowiekiem na Faerunie, który zwyczajnie nie miał tajemnic? Tak chyba wyglądało. Bo inna jeszcze osoba, elf Lurien tak samo grał tajemniczego Gonza, jak dziewczyny.

***

Salę jadalną w talagbarskiej karczmie przepełniał cudowny zapach jajecznicy na boczku. Chyba wszystkim smakowało, tylko Lulek wolał robaczki. „Aina Varma”, czyli „Zawsze Bezpiecznie”, jak brzmiała nazwa tego przybytku jedzenie oferowała dobre. Przy stole wraz z nim siedziały Erytrea, Araia, Martha i kilku poznanych w karawanie mężczyzn. Zamienili kilka słów, aż nadszedł zastępca zarządcy kopalni Olle Karalsan, który zaoferował trochę pieniędzy za rozwiązanie kłopotów kopalni.

- Trzysta? - Zapytał Eliot z najbardziej zafrasowaną miną, na jaka było go stać. - Na głowę?
- Na grupę
– skrzywił się Olle. - Nie jesteśmy tutaj na salonach Sembii, czy Waterdeep, a i sprawa może okazać się banalna. Pójdziecie, zobaczycie, wrócicie. Wędrować także daleko nie trzeba. Raptem godzin dwie czy trzy będzie.
- Ponoć wielu zginęło – przypomniał mu Eliot, który za grzyba, nie miał pojęcia, o co chodzi. Tu miał przebywać ifryt spełniający życzenia. Wprawdzie ifryt się nie ujawnił ale skoro zdarzyła się przygoda, żal by było nie wziąć w niej udziału. Groszy zaś parę także by się zdało, bo sakiewka chłopaka świeciła pustkami.
- Ano tak – przytaknął Olle – ale to górnicy. Ludzie twardzi i dobrzy, których szkoda wielce, bo niejedna baba, czy dzieciak płacze za swoim mężem czy ojcem. Twardzi – powtórzył - ale nie wojacy, czy tak doświadczeni łowcy przygód, jako wy. To co dla nich zabójcze było, dla was mogłoby się okazać drobiazgiem niewartym nie tylko trzystu, ale nawet stu sztuk złota.
- Może, a może nie. Po to nas chcesz wynająć, mości zarządco, żebyśmy się przekonali. Może to być spacerek, ale może i nie być. A górnicy to, jak sami wspomnieliście, twardzi mężczyźni. Nie daliby się byle goblinowi.
- Cóż więc
– skrzywił się Olle miętoląc słowa w ustach. Patrzył na Eliota tak, jak nauczyciel patrzy na wyjątkowo niezdyscyplinowanego ucznia. - Nie możemy przeznaczyć więcej pieniędzy. Kopalnia nie przynosi obecnie takiego dochodu, jak powinna. Skąd więc mamy wziąć więcej. 300 sztuk złota to solidna zapłata. Tym bardziej, że może inni poszukiwacze zjawią się.
- No, nie wiem
– dalej zastanawiał się Eliot mając nadzieję, iż może ktoś inny wyrazi jakąkolwiek opinię, bo negocjować to mógł w swoim imieniu, a nie obcych, w zasadzie, osób. Choć, rzeczywiście, niektórych, a raczej niektóre, nieco poznał i polubił, ale nie miał prawa reprezentować nikogo. - Mamy konie, a jeżeli będzie walka, może ktoś zostać ranny – przedstawiał potencjalne trudności w zamiarze podbicia ceny. Wprawdzie targować się nie umiał specjalnie, ale wielokrotnie widział jak się to robi i próbował negocjujących naśladować kupców.
- No, problemu nie będzie. Póki pracujecie dla nas, konie mają prawo korzystać ze stajni. To oczywiste. Siana, czy owsa dostaną wedle potrzeby. Was zaopatrzymy w jadło i napitek. Ser i chleb, że lepszy być nie może. Ponadto, wypominałeś, panie, o ranach. Mamy wspaniałą zielarkę. Mądra kobieta, która świetne mikstury warzy. Leczą rany niby te najlepsze z wielkich świątyń południa. Dla każdego. Po dwie takie nieco mniejsze i jednej mocniejszej. To jeszcze raz, co wy na to?

~ Co my na to? Co my na to
? ~ Zastanawiał się Eliot. On skorzystałby z propozycji, ale nie miał zamiaru iść sam. Spojrzał pytająco na resztę.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 06-04-2009 o 09:38. Powód: literka o, którą trzeba było zamienić w u
Kelly jest offline  
Stary 06-04-2009, 12:40   #3
 
Tom Atos's Avatar
 
Droga do Talagbar należała do tych spokojniejszych, a co za tym idzie nudnych. Brog większość czasu przedrzemał. Karawana była liczna i dobrze strzeżona. Jednak przy takiej masie ludzi obrona musiała być koordynowana. Mieli i tropicieli i zwiadowców i mnóstwo par oczu lepszych od tych krasnoluda, do wypatrywały zagrożenia.
Brog tedy drzemał przekonany, że w razie ataku z pewnością się o nim dowie i będzie miał okazję się rozruszać, bo żeby ich napaść nie starczyło, by wszak kilkunastu łotrów, ale siły znacznie poważniejsze. Zatem i dla niego by starczyło. Niestety nikt się nie kwapił do ataku i tak upływały w podróży kolejne leniwe dni, aż nawet krasnolud co jakiś czas musiał zeskakiwać z wozu, by się nieco przejść. Nudził się do tego stopnia, że zaczął rozglądać się po współtowarzyszach podróży w poszukiwaniu kogoś do próbnej walki. Z miejsca odrzucił wszystkich prócz wojowników, których fachowym okiem potrafił odróżnić od reszty. Z tej grupy usunął kobiety, gdyż duma nie pozwalała mu z nimi walczyć. Żadna zasługa w wypadku zwycięstwa, a hańba w razie porażki. Odłożył na bok wszystkie elfy, których mało kontaktowy styl walki i ciągłe uniki były mało zabawne, jak na jego gust.
Pozostało mu do wyboru kilku ludzkich osiłków i dwa krasnoludy, z którymi podczas postojów odbywał treningowe potyczki do pierwszej krwi. Dość szybkou zbierała się koło nich spora grupka kibiców i jak to bywa przy takiej okazji zaczęto zawierać zakłady. Brog postanowił wtedy zorganizować zawody pięściarskie. W szranki mógł stanąć każdy kto wpłacił wpisowe 10 sztuk złota. Ten kto by wygrał miał zgarnąć całą pulę. Zgłosiło się ośmiu chętnych. Krasnoludowi nieźle szło, aż nadział się w finale na rosłego łysola, który jak na człowieka miał pary w łapie tyle co niejeden ork.
Walka była ciężka i Brog zarobił kilka sierpowych, po których zaczęło mu się robić ciemno przed oczyma i wtedy los się do niego uśmiechnął. Pojedynek przyszło obejrzeć dziewczyna ponoć nawet całkiem ładna i łysol, jak kompletny idiota zapatrzył się na nią odsłaniając gardę. Przez moment Brog, aż nie mógł uwierzyć w jego głupotę. Nie zastanawiając się jednak długo wyprowadził piękny prawy prosty na żuchwę cymbała i posłał go na deski, a ściślej na klepisko. Tak oto na czysto zarobił 70 sztuk złota i zaciągnął dług wdzięczności u dziewczyny. Jak się później okazała miała na imię Araia. Dowiedział się zaś tego, gdy wręczał jej 20 sztuk złota w zamian za mimowolną pomoc. Dziewczyna nie była zbyt ładna jak na jego gust i Brog zupełnie nie rozumiał dlaczego ludzie i elfy ślinią się na jej widok. W dodatku była chuda, że aż litość brała, ale była całkiem miła i krasnolud też starał się być miły, wiec całkiem sympatycznie im się rozmawiało.
Tak oto w końcu karawana dotarła do celu podróży i Brog mógł praktycznie za nic zgarnąć wynagrodzenie za ochronę. Nad ranem zasiadł z innymi do jajecznicy i nie marnując czasu na gadanie zaczął zapełniać swój brzuch pochłaniając zatrważające ilości jadła. Z całej gromady z jaką tu przybył została ich tylko siódemka. On, Araia, elfi wojownik i ludziska. Jakaś tropicielka, magiczka, magik i szemrany typ. Tyle się o nich dowiedział jak dotąd.
Zapijając śniadanie drugim piwem przysłuchiwał się rozmowie miejscowego z Eliotem, tym magiem. Chłopaki zaczęli się targować, a Olle przy tym łgał jak pies.
- Nie chrzań Karalsan. Wydobycie idzie pełną parą, a kopalnia jest czynna. Ciągle wózki z urobkiem wyjeżdżają na powierzchnię, a krasnoludzcy górnicy są twardzi nie mniej niż ludzcy wojownicy, ale niech Ci będzie. Baldurskim targiem po 60 sztuk złota na łeb i wszystko co znajdziemy dla nas. – stwierdził beknąwszy dostojnie, bo jajecznica na boczku popita piwem wreszcie się przyjęła.
Wyciągnął potężną rękę do Ollego.
- Przybij i idziemy choćby zaraz.
Brog nie pytał reszty o zdanie wychodząc z założenie, że skoro już tu są, to nie po to by żreć i zbijać bąki , ale i by coś zrobić.
Spojrzał w zamyśleniu na kompanów :
- Wrogami się zajmę, ale do pułapek ktoś będzie potrzebny. Złodziej jakiś, albo włamywacz jak wolą by ich nazywać. Falkon ty mi na takiego o lepkich paluchach wyglądasz. Na pułapkach się znasz ? A ty Eliot ? Słyszałem, że magicy też potrafią co nieco wykryć . Erytrea ? Może Ty coś potrafisz przydatnego ? Ja pójdę na szpicy z wykrywaczem. Elfy za mną i nie pałętać mi się pod toporem. Reszta jak tam chcecie, ale z tyłu kto bystry by się przydał. Może Martha ? Co chudzinko ? Kolejność teraz musimy ustalić, bo w korytarzu na zmiany może nie być miejsca.
Krasnolud nikogo nie zamierzał obrażać i w swoim mniemaniu nikt nie powinien czuć się dotknięty. Po prostu był bezpośrednim osobnikiem, który mówił co myśli.
Odłożył kufel nabijając fajkę i uśmiechnął się pod wąsem.
- O ile kopalnia wyłoży te 420 sztuk złota dla nas. W siedmiu równych częściach jeśli łaska.
Wkrótce otoczył go siwy, tytoniowy dym i Brog zaczął nucić całkiem czystym basem.

Nasze serca są jak zmrok
nasze myśli są jak cień
nasze chwile są jak rok
nasze noce są jak dzień …


Sam nie wiedział skąd zna tą piosenkę, ale znał ją od tak dawna, że nie pamiętał od kiedy.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 06-04-2009, 15:24   #4
 
Suarrilk's Avatar
 
Preludium

Kropla wosku spłynęła powoli na drewniany blat pulpitu, przebywając drogę o wiele krótszą niż na samym początku tej późnej godziny. Płochliwy płomień świecy – teraz już ogarka zaledwie – zatańczył, poruszony oddechem. Jego ciepły, żółty poblask oświetlał stare karty manuskryptu, pokryte ciemnym inkaustem pająkowatego pisma, pobrudzony atramentem i pokryty woskiem pulpit, bladą, smutną i skupioną twarz, pochyloną nad lekturą, oraz najbliższe regały, które poza niewielkim kręgiem dodającego otuchy światła nikły w cieniach stropu Wielkiej Biblioteki Gildii Magów i Alchemików. Kobieta – wysoka, smukła, o długich, falowanych, czarnych włosach i oczach barwy nocnego nieba – siedziała na stercie ksiąg, które zdążyła już przejrzeć i mniej lub bardziej dokładnie przeczytać. Bibliotekarz niewątpliwie dostałby ataku serca, gdyby zobaczył, jakim brakiem szacunku wobec starożytnych dzieł wykazuje się młoda czarodziejka. Obok manuskryptu leżał zapisany drobnym, nerwowym pismem pergamin, na którym niewiasta czyniła notatki. Większość z nich, jak podejrzewała, do niczego jej się nie przyda, gdyż stanowiła jedynie plotki, domysły, spekulacje i zniekształcone legendy. Powszechnie jednakże wiadomo, że w legendach znaleźć można ziarno prawdy, jeżeli wie się, czego szukać. Ubrana po męsku w ciemną tunikę, przewiązaną barwną chustą, i skórzane nogawice, adeptka magii znalazła chyba wreszcie to, czego poszukiwała przez siedem długich lat. Zaczerpnęła głęboko tchu, wprawiając niepewny płomień w drganie, i uniosła zmęczone spojrzenie na ukryty w mroku gobelin, który wisiał na wprost pulpitu; jedynie jego skrawek można było dostrzec w świetle dogasającej świecy, lecz Erytrea znała na pamięć scenę, którą przedstawił z kunsztem i fantazją artysta – uwolniony z lampy dżinn spełnia życzenie rozmarzonego śmiałka. Zaśmiała się radośnie, dostrzegając w tym zarówno znak, jak i ironię. Podmuch jej śmiechu ostatecznie położył kres zmaganiom płomienia z przeciągami. Po chwili w ciemności rozległ się szelest zwijanego pergaminu, potem huk przewróconych książek – a były to tomiska opasłe i oprawione w drewno i skórę – i pospieszne kroki, oddalające się od gobelinu i pulpitu w ciemność. Śmiech – który przywodził na myśl głęboki oddech, zaczerpnięty po długim wstrzymywaniu, tchnienie ulgi nad ziemią, ogarniętą suszą, zrzucenie okowów, więżących człowieka przez lata – odbijał się echem od kolejnych półek.

* * *

Erytrea Murciélago obecnie

Kiedyś dziadek opowiadał jej historię rodu, którego córą się urodziła zrządzeniem losu i bogów. Murciélago w staroturmskim znaczyło „nietoperz”. Być może właśnie ten detal, to drobne wspomnienie z opowieści białowłosego, srebrnobrodego starca o ochrypłym głosie, wiecznie gryzącego wysłużoną fajkę koloru kości słoniowej i pachnącego tytoniem i herbatą, sprawiło, iż będąc początkującą czarodziejką w Wielkiej Szkole Magów w Waterdeep i wybierając sobie chowańca, zdecydowała się związać z tym niepozornym, nocnym żyjątkiem, w wielu budzącym odrazę czy pogardę. Blasfemar, jej małe Zaklęcie, towarzyszył magini i w tej podróży, choć nie zyskał sobie zbyt wielkiej sympatii jej kompanów. Karawana podążała przed siebie w swoim tempie, które chwilami bardzo irytowało Erytreę. Zdarzały się momenty, gdy pragnęłaby jak najprędzej odnaleźć ifryta i wypowiedzieć swoje życzenie. Oczywiście, rozsądek podpowiadał, iż po siedmiu latach dzień, a nawet tydzień w tę czy w tamtą stronę nie ma żadnego znaczenia i niewiele zmieni. Ezymander także starał się utemperować jej entuzjazm.

Jadąc konno na Gwieździe - który cieszył się towarzystwem innych koni i podgalopowywał sobie od czasu do czasu, wywołując okrzyki niezadowolenia ze strony członków karawany, gdy zaprzęgnięte do wozów zwierzęta płoszyły się lub rwały za karoszem – spożywając posiłki u ogniska pod gołym niebem albo w karczmach, przysłuchując się rozmową i niekiedy samej biorąc w nich udział – innymi słowy, niezależnie od tego, co robiła ani co ją spotykało, cały czas myślała o bracie, który został sam w ich posiadłości w Turmishu. Zastanawiała się, jak sobie radzi, wiedząc doskonale, iż tak samo dobrze, jak wtedy, gdy jeździła do miasta, pozostawiając go samego ze służbą. Odkąd opuściła skromne, prywatne winnice Murciélago, rytuałem stały się dla niej cowieczorne rozmowy z Ezymandrem. Opowiadała mu w paru słowach, jak minął kolejny dzień, opisywała mijaną drogę, napotykanych ludzi. To on namówił ją, by dołączyła do karawany – zabawne, przecież to ona w tej rodzinie była zawsze głosem rozsądku – dzięki czemu będzie bezpieczniejsza. Usłuchała go, ale raczej dlatego, iż karawana dawała nadzieję na potwierdzenie legend i domysłów, a także tych skrawków informacji, które udało jej się zdobyć.

Tak oto dotarła w pobliże kopalni Tabalgar. Ona i sześć innych podróżnych zatrzymali się w tej samej karczmie, być może siłą rozpędu, bo przecież pokonali razem spory kawałek drogi, może przez przypadek, a może dlatego, że żywe istoty zawsze garną się do tego, co znają, a ludzie, elfy czy krasnoludy zawsze wolą przebywać wśród znajomych, a nie obcych twarzy. Nim wstąpiła do izby, nim zasiadła do posiłku, nim pomyślała o udaniu się na nocny spoczynek, skierowała swe kroki do stajni i sama rozsiodłała i wyczesała swego wierzchowca. Lubiła to, pozwalało jej nie tylko odnowić więź ze zwierzęciem, ale i uspokoić, poukładać myśli. Koń parskał od czasu do czasu, uwolniony od wędzidła i popręgu skubał siano, a kiedy głaskała go po ganaszach, ocierał się przymilnie pyskiem o nią. Z uśmiechem, łagodnym głosem przemawiała do niego. To też był jeden z jej rytuałów, z którego nie zrezygnowała w ani jednym momencie podróży. Przed opuszczeniem stajni wcisnęła
stajennemu monetę, by przypilnował rzędu Gwiazdy. Siodło może nie było nowe, ale zadbane i porządne, bardzo nie chciałaby go stracić.

Teraz zaś był ranek, dzień powitał ich słońcem. Siedzieli za stołem, posilając się. Najlepiej z całej szóstki poznała chyba nieco męczącego, gdy przebywało się z nim dłużej, choć pełnego zapału młodego maga, może dlatego, że od samego początku wybrał ją sobie za jedną z głównych rozmówczyń. Czasami ją bardzo drażnił, jednak była uprzejma i panowała nad sobą. Zresztą, tę samą powściągliwą uprzejmość okazywała wobec innych, wychodząc z założenia, że jeśli będą chcieli jej o czymś powiedzieć, powiedzą to sami i licząc na to, że potraktują ją tak samo.

Wydawało jej się również, że dość dobrze jak na tak krótką podróż poznała charakter krasnoluda. Musiała przyznać, że odpowiadała jej ta bezpośredniość. Jeżeli czegoś nie lubiła, to zawoalowanych, wielkoświatowych pogaduszek, naszpikowanych aluzjami i sugestiami. Gdyby ludzie zawsze wyrażali wprost, co myślą, życie byłoby o wiele prostsze i uboższe w nieporozumienia.

Wysłuchała wszystkich trzech stron dyskusji, po czym zdecydowała sama się odezwać, bo najwyraźniej tego właśnie oczekiwano, by wypowiedzieli się wszyscy.
- Warunki krasnoluda są dobre. I argumenty takoż. Co na to powiesz, panie Karalsan? Nie zaprzeczysz wszak, że ryzyko, którego się podejmiemy, jest mimo wszystko duże. Jeżeli nam się powiedzie, myślę, że w pełni zasłużymy na to wynagrodzenie. A jeśli nie, cóż, pieniądze i tak zostaną w twojej kiesie, czyż nie?

Ta cała misja, z którą chciano ich omyłkowo wysłać, z początku wydała jej się kolejną przeszkodą na drodze do celu, szybko jednak pragmatyczna strona jej natury doszła do głosu. Wzięła ze sobą pieniądze, by opłacić dotarcie do ifryta, lecz przecież będzie też musiała za coś wrócić.

- Nie znam się na pułapkach, potrafiłabym jednak znaleźć ukryte przejścia – odpowiedziała zdawkowo krasnoludowi. - Mój nietoperz widzi w ciemnościach i mógłby ostrzegać nas przed niektórymi przeszkodami – dodała.
 

Ostatnio edytowane przez Suarrilk : 06-04-2009 o 22:08.
Suarrilk jest offline  
Stary 07-04-2009, 07:03   #5
 
obce's Avatar
 
Nasze serca są jak zmrok
nasze myśli są jak cień...


Araia podniosła spojrzenie z trzymanego w poprzek kolan miecza, na jasnowłosego krasnoluda – na jego gęstą brodę i krzaczaste brwi, skrywające twarz o rysach jakby wykutych z kamienia. Przesunęła wzrokiem po pozostałej piątce, przywołując w myślach ich imiona: młody Elliot obdarzony przez bogów zdolnościami wokalnymi, które zdolne były odstraszać całe armie, Erytrea - poważna i odległa niczym ośnieżone szczyty gór; uśmiechnięta Martha, przywodząca na myśl jedną z cór północnych wichrów, mityczną dziewicę, której przeznaczone jest w nieskończoność gnać przez chłodne stepy, ścigając niedościgniony wiatr; małomówny Falcon, szukający odkupienia. I na samym końcu Lurien... Śniadoskóry i złotowłosy elf, na widok którego uśmiech nieodmiennie znikał z ust Arai.

Nie spodziewała się, że na tym krańcu świata, spotka tu kogoś takiego jak on. Kogoś, kto samym swoim wyglądem nie będzie pozwalał zapomnieć. Nie sądziła, że tu – pośród chłodu i morza niskich traw - spotka złocistego syna elfiej krwi. I czasem, czasem smutek, ból, gorycz czy tęsknotę ogarniającą jej serce na jego widok, wypierało pragnienie, by zetrzeć go z powierzchni ziemi, ukarać za to, że jeszcze oddycha, żyje, czuje promienie słońca, które igrając w jego włosach, wciąż rozświetlają je, tworząc dookoła głowy złocistą aureolę.

Jej towarzysze z przypadku.

* * *

Na karawanę bowiem natknęła się zupełnym przypadkiem. Zmęczona i głodna, ze znów krwawiącą raną na ramieniu, której sama nie mogła sobie dobrze opatrzyć. Szybko dogadała się z jednym z uboższych kupców, który jakiś czas temu stracił wszystkich zbrojnych i za miejsce na wozie, zgodziła się w razie potrzeby służyć mieczem. Szybko znalazła sobie miejsce w grupie, wciągając w rozmowę nie tylko kupca i jego służbę, lecz także krasnoludzkiego rzemieślnika, Garana, podróżującego na sąsiednim wozie, którego udało jej się namówić, by nauczył ją dalszych zwrotek „Pieśni o Gormie Gulthynie” - jednej z najważniejszych i najdłuższych pieśni jego kultury.

Już tego pierwszego, deszczowego dnia, jadąc na przykrytych plandeką belach tkanin, z głową odchyloną do tyłu i zamkniętymi oczami, po raz pierwszy dziękowała w myślach Marthammorowi Duin, którego amulet obracała w palcach. To od tego amuletu – ofiarowanego przez przyjaciela w pożegnalnym prezencie - rozpoczęła się rozmowa o krasnoludzkim panteonie, przyjaźni, podróżach i roli klanu w życiu każdego przedstawiciela tej rasy. Wiedza Arai na tematy związane z krasnoludzką kulturą – niepełna i miejscami nie do końca zgodna z prawdą – raz czy dwa prowadziła do nieporozumień. W końcu półelfka musiała z uśmiechem wytłumaczyć, że to wszystko wina jej przyjaciela, który choć kochał swoich brodatych braci i wszystko, co z nimi związane, był upartym mrukiem, który uważał, że jeśli coś nie zostało zrobione przez niego, to zostało zrobione źle. Natomiast zależało mu na tyle, że nauczył ją swojego języka, języka „prawdziwych mistrzów rzemiosła i najdzielniejszych wojowników”. I rzeczywiście, Araia w krasnoludzkim mówiła płynnie, choć odmienne rozkładanie akcentów czasem utrudniało jej zrozumienie.

Podróż mijała jej przyjemnie – na tyle przyjemnie, na ile było to możliwe. Obecność ponad setki obcych osób wkoło niej, oferowała rozrywkę, możliwość rozmowy, czasem rzucenia się w wir obowiązków, które pomagały zabić niechciane myśli. Pozwalały zapomnieć choć na chwilę o obecności słonecznego elfa, skrywając go za posuwającym się wolno łańcuchem wozów, koni i służby. Szczególnie Garan, szczególnie Klaus, szczególnie Eliot czy Brog, którego walki z przyjemnością oglądała, podpatrując ciosy, oceniając umiejętności, czerpiąc radość z widoku dobrej, uczciwej walki.

To dlatego, gdy po wygranej, finałowej walce przyszedł do niej podzielić się zyskiem – odmówiła. „Źle czułabym się, przyjmując pieniądze w zamian za nic – powiedziała szczerze. - Pieniądze powinno się zarabiać potem albo krwią. Zresztą, najprawdopodobniej wygrałbyś i tak. Twój przeciwnik zupełnie nie patrzył pod nogi, jeden krok więcej i miałbyś go na ziemi. Natomiast chętnie wypiłabym za twoje zwycięstwo – uśmiechnęła się szeroko. - Szczególnie, że Garan ma niewielką beczułkę, którą chciałby się podzielić”. Garan rzeczywiście podzielił się zawartością beczułki z wszystkimi zainteresowanymi. Araia alkohol łykała z wprawą, bez zapitki i mrugnięcia okiem, jednak o wiele wolniej od krasnoludów, którzy zdawali się mieć żołądki z kamienia. Lecz nawet pomimo wolniejszego tempa, jako pierwsza skończyła zwinięta po kociemu w kłębek pod cienkim i postrzępionym kocem. To Sagnus, trzeci z krasnoludów, zbudził ją następnego dnia, klepiąc po plecach i mówiąc: „Słodka z ciebie dziewucha, ale przydałby się nieco więcej mięska tu i tam, byś nam w piciu mogła kroku dotrzymać”. A Araia patrzyła tylko na niego w zdumieniu, nie wiedząc jak zareagować na przymiotnik „słodki” po raz pierwszy użyty w stosunku do jej osoby.

To był dobry czas. Najlepszy od kiedy opuściła dom.

Nowi, interesujący ludzie. Martha, Ertythrea, Falcon, którego cel był zarazem tak bliski i tak daleki od jej własnego. Wspólne rozmowy, czasem wspólny śmiech, czasem milczenie rozrywające rozmowę, wskazujące wyraźną granicę, której obcemu nie wolno przekroczyć. Jedynie sześć dni – zbyt mało, by nawiązać głębsze więzi, zbyt długo, by podróżni nie zapisali się sobie w pamięci.

Araia, do czasu wspólnego śniadania, przekonana była, że jedynie ona zdecydowana jest pozostać w górniczym miasteczku. Dlatego jadąc na wozie, z uporem przeciągała niewielkim nożem po kawałkach drewna, starając się wydobyć zaklęte w nich kształty. Kruk Eliota, figurka kobiety dla Klausa, figurka przedstawiająca Moradima, dla Broga.
Niewiele, ale na więcej nie starczyło jej czasu i talentu.
I wieczorem, po ostatniej wspólnej kolacji podarowała im je, zupełnie zwyczajnie, na pamiątkę – jako znak dobrej woli, jako gest prozaicznej sympatii.

Klaus przyjął płaską i chudą rzeźbę z uniesieniem brwi i pytaniem, czy koniecznie musiała wzorować się na Marthcie. Gdy wręczała figurkę, przedstawiającą krasnoluda z młotem i kowadłem, Brogowi zawahała się wyraźnie i z lekkim zakłopotaniem potarła płatek ucha. „No cóż, to >miał być< Moradim. Naprawdę.” - Popatrzyła na rzeźbę, która miała w bardzo nieodpowiednim miejscu twardy sęk, którego nie udało jej się odpowiednio ściąć, a który sprawiał, że drewniany krasnolud zdawał się być ponadprzeciętnie obdarzony przez los.

Najmniej oporów miała z wręczeniem figurki Eliotowi. Ta jedna udała jej się naprawdę. Może dlatego, że żywy pierwowzór często siadał na burcie wozu, tylko po to, żeby wysunąć głowę do przodu, wytrzeszczyć czarne koraliki oczu i skrzeknąć wyzywająco „Głuuupia!”, „Daj!”, albo inną złotą sentencję wpojoną mu przez młodego maga. I w takiej też pozycji odwzorowała go Araia. Tylko ten jeden prezent wręczyła bez zakłopotania, wynikającego z niedoskonałości, brzydoty dzieła jej rąk.
- Dla ciebie – podała mu niewielki, owinięty w szmatkę przedmiot. - Kiedy jakaś kobieta ukręci głowę tej czarnej pokrace, będziesz miał pamiątkę.
- To – wyciągnął jedną rękę mag, biorąc statuetkę – to… to jest piękne – wydusił wreszcie po chwili. - No dobra, nie tak piękne jak ty i Araia ci nie ukręci głowy – dodał niespodziewanie, mówiąc go kruka, który nagle wzbił się w powietrze patrząc z niemym wyrzutem na dziewczynę. - Jesteś bardzo utalentowana i… dziękuje. To… nikt mi nigdy nie dał czegoś takiego. I ja także mam coś dla ciebie – powiedział niepewnie lekko drżącym głosem. - To nie moja zasługa, czy wysiłek, jeżeli nie liczyć pokąsania przez mrówki, ale… ale był piękny i pomyślałem, że ładny jest na łące, ale jeszcze ładniejszy będzie wpięty w twoich włosach. - Wyciągnął dotychczas schowaną za plecami rękę podając kwiat.
- W moich włosach szybko umrze – delikatnie wyjęła go z jego palców. - Dziękuję ci za niego.- Zmoczyła niewielki kawałek materiału i owinęła łodygę rośliny, umieszczając ją przy skórzanym pasie. - Wiesz, że tak nas nazywają elfy? Jesiennymi kwiatami, które zwiędną nim nadejdzie kolejna wiosna.
- Cóż, nie znałem zbyt wielu elfów. Jesienne kwiaty? Ale piękne i wcale nie jest pewne, kto, kiedy i gdzie odejdzie? Wiesz, służyłem w cormyrskim wojsku, krotko bardzo podczas ostatniej inwazji orków. Tam było kilku elfów, którzy odeszli do Arvandoru. Jak widać okazali się bardziej jesienni niż wielu ludzi. Dlatego, proszę, nie myśl o smutnych rzeczach. Kwiat pasuje do ciebie. Bardzo. Tak myślę... - nagle zgubił rezon.
- Nie myślę – i rzeczywiście, w jej głosie nie było smutku, jedynie cień goryczy. - Cieszę się i raz jeszcze dziękuję. Za twój czas i pamięć. Twoje towarzystwo było mi bardzo miłe i jeśli kiedyś się jeszcze spotkamy, opowiesz mi więcej, dobrze? O wszystkim.
Skinął głową nie unosząc oczu.
- Któż wie, co może drzemać w otchłani czasu - doszedł jej jego cichy głos, w którym czuć było nagły smutek. Odszedł do wozu nie odwracając się.

Gdy rozstali się, długo jeszcze stała z pochyloną głową, gładząc delikatne płatki kwiatu, którego nazwy nawet nie znała. Więc to tak? Zakłopotanie, drżący głos, brak słów, smutek. To wszystko dla niej, po raz pierwszy. Tylko jaką nadać temu nazwę?
Jaką nazwę ma nadać córka nie swojego ojca, jesienny kwiat z elfiej ziemi, którego przyszłość była zbyt krótka, by zwrócili na nią swoją uwagę.
Po raz pierwszy.
Zwykły, kruchy kwiat. Zwykły-niezwykły gest sympatii – do niej. Nie do córki patrona miast, nie do jego miecza, jego strażniczki. Do niej, która nie ma już niczego z tego, co miała jeszcze kilka miesięcy temu.
Dla niej.
I dopiero, gdy nigdzie już nie było widać sylwetki maga, uśmiecha się lekko, uśmiechem równie delikatnym jak płatki jesiennego kwiatu.

A potem, po nocy spędzonej na sianie w stajni i przeliczeniu kilku niewielkich sztuk srebra, które jej zostały, weszła do karczmy i zobaczyła sześć znajomych postaci. Zaskoczenie malujące się na twarzy, szybko zostało zmazane przez lekki uśmiech i proste, szczere: „Cieszę się, że zostaliście”. Podeszła do stołu i usiadła na jednym z wolnych krzeseł dokładnie tak, jak jeszcze przedwczoraj przysiąść się można było do niewielkich grup, siedzących wokół rozpalonych ognisk. Poranne, wpadające ukośnie przez okno słońce rozjaśniało jej oczy i wydobywało złociste refleksy z płatków przypiętego do skórzanego pasa kwiatu.



* * *

Nasze chwile są jak rok
Nasze noce są jak dzień…


Rozmowie przysłuchiwała się w milczeniu, jedząc śniadanie składające się z ciemnego chleba i odrobiny sera. Poważniejsza niż zwykle, z wyrazem twarzy, który doskonale komponował się z kataną położoną w poprzek jej kolan, z ciemnymi plamami pokrywającymi jej zbroję.
Złoto zarabia się potem albo krwią.
Obie te rzeczy, Araia traktowała śmiertelnie poważnie.
Dlatego na pytające spojrzenie Eliota odpowiedziała bez wahania zdecydowanym skinieniem głowy. Potrzebowała pieniędzy, a nawet gdyby nie potrzebowała... nie miała pewności, czy zostawiłaby młodego maga samemu sobie.
Dlatego rozumiała doskonale targi Broga – i krew, i pot powinny mieć odpowiednią cenę.
Dlatego też uważnie przyglądała się Olle, który dopiero po dobrej chwili wzdychania, drapania się po głowie, z wyraźnym bólem przystał na żądanie krasnoluda. A Araia wodząc wzrokiem pomiędzy nim a Brogiem zdała sobie sprawę, że istnieje pomiędzy nimi prawie niezauważalne podobieństwo – coś w sposobie, w jaki obaj marszczyli nos, rozszerzając jednocześnie nozdrza; coś w budowie czaszki, coś w kośćcu dłoni; coś w krępej budowie niewysokiej sylwetki. Była pewna, że w żyłach Ollego płynęła niewielka domieszka krasnoludzkiej krwi.

Skupiła uwagę na mieszańcu.
- Gdzie jest wejście? - spytała krótko.
- No cóż, nie trudno trafić. Jeśli wyjdziecie górną bramą, to jakaś godzina drogi. Nie więcej – Olle podrapał się po głowie. - No, ja wam nawet pismo do sztygara dam, coby was zaprowadził do samego wejścia, nie? I ludzi do odkopania dał.
- A Edwin?
- No, tam zawsze siedzi – włączyła się do rozmowy Tanja, chcąc wyraźnie pochwalić się wiedzą przed milczącym elfem. Machnęła ręką w stronę okna, za którym na środku placu wyraźnie widać było zwalistą sylwetkę siedzącego mężczyzny. - Tylko odkąd wyszedł z korytarza, to mu się pogorszyła znacznie. Nie pracuje już nawet. Dają mu jakieś jedzenie i alkohol z litości, albo po to, żeby przestał śpiewać – dokończyła z cieniem lekkiej lekceważenia w głosie.
- Mimo wszystko, chcę z nim porozmawiać. - Półelfka spojrzała na Eliota: młodego, budzącego zaufanie, wrażliwego. - Pójdziesz ze mną? Jeśli go delikatnie podpytamy, tak by nie zbudzić jego strachów, może nam coś powie. I Brog...

Nasze słowa są jak krew
Nasze życie jest jak miecz...


...dopowiedziała normalnych głosem, patrząc się na krasnoluda. - Tak to szło dalej, prawda? Zająłbyś się sprzętem, kiedy będziemy z nim rozmawiać?
 
__________________
"[...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat."
obce jest offline  
Stary 07-04-2009, 21:03   #6
 
Joann's Avatar
 
Szczupła, wyglądająca na nieco zagłodzoną, nie wzbudziła zainteresowania kupców, którzy zbierali ochroniarzy do ogromnej karawany, wyruszającej wgłąb Vaasy. Jeden z wynajętych już wcześniej mężczyzn pozwolił sobie nawet na żarcik na temat jej wyglądu. Zanim się zorientował, dostał w szczękę dość drobną piąstką Marthy. Nim ruszył się jakiś inny, dłonie tropicielki napięły cięciwę i strzała ze stukotem wbiła się w ścianę tuż obok głowy jednego z kupców. Po takim przedstawieniu musieli ją przyjąć, i choć opłata była raczej niewielka, to dziewczyna była zadowolona. Nawet uśmiechnęła się i posłała całusa temu, którego uderzyła.

Dni w podróży były wszystkie takie same. O świcie pobudka, oporządzanie konia, śniadanie i w drogę, zanim reszta karawany się zbierze. Potem metodyczne krążenie wokół wozów, w którym zmieniał się tylko krajobraz i warunki. Im bardziej grząskie podłoże było, tym bardziej musiała ufać oczom sokoła, nie chcąc narażać siebie i konia. Nikt ich nie atakował, co przyjmowała z radością. Ale wozy wlokły się niemiłosiernie, a ona tak chciałaby już być w tej kopalni! Cieszyły ją tylko wieczory, spędzane ze zbrojnymi, przy żołnierskim śpiewie, wódce i ognisku. Mimo drobnego ciałka kondycję miała świetną, ani razu nie dając się spić na tyle, by ktoś mógł zaciągnąć ją w krzaki. Nie było tu zbyt wielu kobiet, a mężczyźni jak zwykle chcieli jednego. Zwłaszcza ci, którzy służyli jako prości najemnicy. Martha starała się w tym wszystkim trzymać tej drugiej kobiety, wojowniczki z dziwnym mieczem, tylko, że tamta upijała się znacznie szybciej.

Tylko jeden wieczór różnił się nieco od pozostałych. Gdy już oporządziła i rozsiodłała konia i podeszła do wozów, zauważyła, że na jej nadejście wstał osobnik, którego spotkała w karawanie i wyciągnął do niej rękę z opieczonym kawałkiem mięsa na patyku. - I jak tam zwiad? - zapytał obgryzając drugi kawałek żeberka.
- Zwiad jak zwiad. Kilka stworów, które uciekały w popłochu, więc nawet świeżego mięsa nie ma. Straszliwe pustkowie tutaj.
Martha uśmiechnęła się całkiem przyjaźnie i przyjęła mięso.
- Nic dziwnego, ze uciekły. Jakby nie było, karawana jest całkiem spora i zwierzęta trzymają się od niej z daleka. Ale, żeby być szczerym, nie pytałem o nie, tylko o coś typu paskudne zielone, albo jeszcze bardziej paskudne z wielkimi zębiskami. Gobliny, orki, ogry, ponoć zresztą także giganci zamieszkują te okolice całkiem licznie.
- W takim razie dobrze się stało, że jeszcze takowych nie spotkaliśmy. Oni chyba nie atakują, gdy nie mają przewagi liczebnej, a małe plemiona nie zdążyły się zebrać. Tak sobie myślę, oczywiście, bo moja wiedza o tych terenach opiera się na opowieściach innych. A giganci... zdecydowanie wolałabym nie mieć z nimi nic wspólnego.

Roześmiała się, szybkimi kęsami pochłaniając kawałek mięsa. Może i była chuda, ale najwyraźniej jadła jak nie przymierzając - smok. Potem rozpuściła włosy, związane wcześniej w warkocz i jęła je przeczesywać.
- A jak jedzie się na wozach? Chyba bym się zanudziła - mrugnęła okiem do młodzieńca - Wybacz jednak moją słabą pamięć. Ja jestem Martha.
Podała chłopakowi rękę, lekko jakby się rumieniąc, zawstydzona faktem, że nie pamięta jego imienia.
- Milo mi, Eliot jestem, a co do wozów to rzeczywiście masz rację. Dlatego także wolę czasem swojego konika trochę popędzić. To także jemu dobrze robi na zdrowie, choć faktycznie, jeździec ze mnie może nie bardzo tęgi. Przynajmniej w porównaniu z tobą, bo widziałem, jak prowadzisz swojego ogierka. Potężny koń, pewnie wymaga sporo siły przy prowadzeniu i niemałych umiejętności.
- Potężny, może trochę za bardzo, ale chociaż wyrobiłam sobie uda
- klepnęła się w swoje pokazując, że jest pełne i umięśnione, nie tak chude jak reszta jej ciała i śmiejąc się przy tym - Przyzwyczaiłam się do niego. Nazywa się Wicher. Mam go już i ani razu mnie nie zawiódł. A chcesz poznać Metysta? - uśmiechała się, a w jej oczach igrały radosne ogniki, widać było, że rozmowa o zwierzętach sprawia jej przyjemność
- No no, pewnie, że chcę, także mam swojego latającego przyjaciela, chociaż chyba teraz odleciał, bo nieco przestraszył się Metysa.
Nagle przerwał i jakby zwrócił się gdzieś w górę:
- Dobra, dobra, nie przestraszył, tylko ma inne sprawy na głowie. Dobrze, mówię ci, ze dobrze, nie musisz się tak wkurzać.
- Ech, przepraszam. Powiedzmy, że mój kruk Lulek załatwia teraz swoje krucze interesy, może z jakaś śliczną panią krukową. Także bym chętnie go przedstawił, ale może jutro będzie w lepszym humorze. A tymczasem, chętnie poznam twojego jastrzębia. Piękny ptak. widziałem kilka razy, jak siedział ci na ramieniu.
- Nie bój się, mój jastrząb woli polne myszki.

Wciąż radosna chwyciła chłopaka za rękę i pociągnęła za sobą.
- Nie lubi przebywać tak blisko obcych i ognia.
Zatrzymała się kilkanaście metrów od ogniska i gwizdnęła głośno. Założyła na ramię grubą rękawicę i wysunęła ją w chwili, gdy piękny ptak lądował. Przez chwilę wiercił się, po czym czule dziabnął dziewczynę, która się tylko roześmiała.
- Metys, to jest Eliot. Nie zrobi ci krzywdy, jeśli nie zjesz jego kruka. Nie zjesz, prawda?
Roześmiała się i zwróciła do chłopaka.
- Chcesz go pogłaskać?
- Hm, pod warunkiem, że nie zje nie tylko mojego kruka, ale i mnie nie spróbuje. Jest rzeczywiście piękny -
młody czarodziej wyciągnął rękę i delikatnie zanurzył palce w ptasie pióra. - Taki towarzysz chyba bardzo ułatwia ci funkcje zwiadowcy?
- Nie przeczę, jest niezwykle pomocny. O ile oczywiście nie wypatrzy tłustej myszki i nie postanowi sobie zrobić przerwy obiadowej, prawda Metys?
Ptak cierpliwie znosił głaskanie.
- Znalazłam go jeszcze jako małego i wychowałam. Może dlatego się tak do mnie przywiązał.
- Hoho, indywidualista. To tak jak Lulek. Ma swoje zdanie i koniec. Czasem tylko łaskawie pozwala się nakłonić do czegoś, na co nie ma specjalnie ochoty, ale ogólnie robi co chce. Lecz ... lubię go, złośnik bo złośnik, ale lubię go jak się lubi starego druha, który swoje za piórami ma, ale jak naprawdę trzeba, można na niego liczyć. A cóż robisz tu z tą karawaną?
- Nagle zapytał zmieniając temat.
Dziewczyna puściła ptaka, który odleciał w noc.
- Zarabiam na życie. Chodź, wracajmy lepiej do ognia. Noce tu na północy już robią się zimne.
Gdy wrócili wzięła się z powrotem za jedzenie, tak jakby poprzednio nic nie zjadła.
- Wiesz, nic innego chyba robić nie umiem. A słyszałam, że w kopalni, do której zmierza ta karawana, szukają kogoś.
- Zobaczymy, jak dojedziemy na miejsce. Dla czarodzieja to kraina pełna pozostałości po dawnym panowaniu licza-króla. Pełna wiedzy, która można zdobyć, przede wszystkim jednak przygód, które można przeżyć
- dodał siadając znowu przy ognisku. - To co, za powodzenie? - Wzniósł toast kubkiem wody, a drugi podał dziewczynie.
Łyknęła i skrzywiła się, raczej na pokaz, niż z faktycznego niezadowolenia.
- Wolałabym wnieść ten toast czymś mocniejszym. Zwłaszcza, że w nocy nie mam obowiązków.
Mrugnęła do chłopaka po łobuzersku, chyba nawet mało kobieco.
- A gdzie tutaj jakaś wiedza może się chować? Jak jedziemy to tylko góry, bagna, jałowe stepy... Oczywiście mi to odpowiada, lubię czuć wiatr we włosach i pęd wierzchowca. Ale za powodzenie możemy wypić. Chciałbyś zostać takim... liczem? To chyba nieumarły, prawda?
- Chyba oszalałaś
- żachnął się. - Nie wiesz, co mówisz - powiedział łagodniej. - Licze to nieumarli żyjący. Kiedy jakiś bardzo zły oraz potężny kapłan lub czarodziej umierają gwałtownie, to niekiedy mogą stać się liczami. Słyszałem także, ze przy pomocy czarów także można stać się kimś takim. Dla przyzwoitego człowieka to straszna rzecz, straszna - zatrząsł się.
- Brrr... w takim razie czemu szukasz wiedzy z nim związanej? Chyba, że to takie... zboczenie. Wybacz słówko. Tak jak u mnie zwierzęta.
- Wiesz co ... - pokręcił głową, jakby hamując się, żeby nie wybuchnąć, kiedy najpierw wspomniała mu o chęci bycia liczem, a potem zboczeniu. - On był wielkim magiem, miał na usługi wielu innych czarodziei. Dysponował mnogimi wielce potężnymi przedmiotami przepełnionymi zaklęciami. Nie liczę na to, ze go znajdę, zresztą ponoć obecny król Damary prowadząc drużynę awanturników zniszczył go. Ale może coś z tej dawnej wiedzy pozostało. Ponadto to przygoda poszukiwać prastarej mądrości. Przygoda zaś jest wartościowa sama w sobie nawet. Przynajmniej ja tak to czuję. Cóż, tropicielko, dzięki za rozmowę i poznanie mnie z Metysem. Pozdrów go ode mnie - machnął ręka wstając i kierując się w stronę jednego z wozów.

Zasmucił ją fakt, że jej słowa, wynikające przecież tylko z niewiedzy, chłopak potraktował tak poważnie i najwyraźniej się obraził. Nie chciała nikogo urazić, dlatego jeszcze przez dłuższy czas wpatrywała się w ognisko. Może jej przeznaczeniem było być samotną? Ruszyła się dopiero, gdy dotarły do niej na pół już pijackie pieśni wojskowej części karawany, do której dość szybko dołączyła. Uznała, że martwić będzie się potem, a okazało się to niepotrzebne. Eliot następnego dnia już się do niej uśmiechnął. Odwzajemniła uśmiech, wskakując na konia i udając się na swój zwyczajowy zwiad. I tak było aż do czasu dotarcia do kopalni, gdzie myślała, że znów zostanie sama. Tak się nie stało, co przyjęła z radością. Prócz niej zostało jeszcze sześć osób i chociaż nie wszystkie kojarzyła, to cieszyło ją, że nie będzie podróżować samotnie.

Wstała jeszcze przed wszystkimi, by udać się do stajni i zająć się wierzchowcem. Musiała mu poświęcić więcej czasu, gdyż nie mogła go wziąć do kopalni. Podobnie jak Metysta, ale z nim postanowiła pożegnać się tuż przed wyruszeniem. Gdy już wyszczotkowała swojego rumaka, wróciła do wspólnej izby, czując zapach śniadania i czując jak jej brzuch mocno burczy. Nawet nie wtrącała się do rozmowy z pracodawcą, wpychając sobie do brzucha coraz więcej pożywienia. Poprosiła o dwie dokładki, zanim porządnie się najadła. Była chuda, zwłaszcza teraz, gdy nie miała na sobie skórzanych ochraniaczy i koszulki kolczej a tylko proste, podróżne ubranie, dość mocno opinające chudą sylwetkę dziewczyny. Uśmiechała się tylko na spojrzenia zebranych przy stole, rozkładając bezradnie ręce.
-Zawsze dużo jadłam. Tylko przytyć nie mogę. Jakbym miała większe biodra, to mogłabym męża znaleźć, a tak? Chodzenie po kopalniach zostaje.
Roześmiała się sama z siebie, oglądając się sama z niesmakiem.
-Jeśli chodzi o tunele, to czemu nie, grubasku? - zripostowała krasnoludowi, wciąż uśmiechając się promiennie – Chociaż jak sam możesz wrogów naszej dzielnej drużyny zatrzymać, to może lepiej bym stała z tyłu i nad twoją głową strzały posyłała?
Mrugnęła do niego całkiem przyjaźnie. Nie znała zbyt wielu krasnoludów. Ten był bezpośredni, ale czy miał poczucie humoru? Lepiej, by tak, łapy miał raczej ciężkie. Uśmiech na twarzy Marthy przybladł dopiero, gdy wojowniczka postanowiła wybrać się na przepytywanie ocalałego krasnoluda i poprosiła o pomoc młodego maga. Eh, na cóż mogła liczyć taka dziewczyna jak ona? Wychudzona, blada tropicielka. Fuj. Musiała jak najszybciej znaleźć ifryta! Podniosła się również, zwracając do pracodawcy.
-Czy podstawowy ekwipunek możemy wypożyczyć z kopalnianych zapasów? Lin, haków czy lamp powinniście mieć w nadmiarze. A także zapasy żywności, jeśli utkniemy tam na trochę dłużej.
Martha wolała się zabezpieczyć, nie wiadomo co tam będzie się działo. Miała też zamiar iść po sprzęt razem z krasnoludem, nie cierpiała czuć się bezużyteczna.
 
Joann jest offline  
Stary 08-04-2009, 16:09   #7
 
Judeau's Avatar
 
Noc była piękna. Tarcza księżyca i błyskające klejnoty gwiazd świeciły czystym, białym światłem nadziei. Wiatr co chwila ruszał do szalonego tańca porywając ze sobą niechętny pył kopalniany, by już za moment przystać ze zmęczenia. Ziemia ledwo zauważalnie drżała od drążących jej poryte ciało pasożytów a dalekie odgłosy ich pożywiania się kalały powietrze metalicznym stukotem i szorstkim pokrzykiwaniem.
Górska bryza zawyła, a strzała z cichym stuknięciem wbiła się w bok słomianej tarczy, daleko od zamalowanego na czerwono środka. Kamienna twarz elfa nie drgnęła a oczy nawet na chwilę nie oderwały się od celu, gdy wolnym ruchem sięgał po kolejną strzałę.
Talagbar. Jak łatwo i jak szybko udało mu się tu dotrzeć. Czuł, ze powinien teraz powiedzieć, że nie spodziewał się tego... ale to nie była prawda. Od kiedy przybył tu raptem 5 lat temu, nauczył się, że łatwość i szybkość idealnie opisują to miejsce na którym przyszło mu teraz żyć. Łatwe i szybkie... poczynając od życia, przez kobiety, na uczuciach kończąc. Jedynie podróże zdawały się wyrywać temu uniwersalnemu, kontynentalnemu prawu.. „Nauczyć się” jakiegoś faktu nie oznacza niestety „przywyknąć” do niego. Dlatego właśnie nie czuł się spokojny i usatysfakcjonowany. Serce Talagbaru było tak blisko, a mimo to czuł że dopiero teraz zacznie się prawdziwa droga. Czuł... ekscytację i energię. Być może i nie minęło wiele czasu od jego emocje burzyły się tak bardzo, ale te wszystkie zdarzenia sprawiły, że 6 ostatnich lat wydawało się szmatem czasu... Prawdopodobnie tak właśnie postrzegają jego upływ ludzie... wzdrygnął się na samą myśl. Marne 6 lat to dla nich często czwarta część życia... Ich dziecko otwiera oczy, mrugnie i wtem pracuje na roli, mrugnie znów, a jego potomstwo dorasta, jeśli ma szczęście, mrugnie raz jeszcze, jego dłonie marszczą się, wzrok słabnie... a kiedy następny raz zamknie oczy, by mrugnąć, często już ich nie otwiera... Współczuł tym biednym istotom i radował się, że zupełnie nie rozumieją jak krótkie i nic nie znaczące jest to ich życie... Dlatego też wkrótce po ich poznaniu zdecydował się zamknąć dla nich serce... gdyby przywiązał się do któregoś z nich, cierpiałby katusze, zmuszony patrzeć jak ukochane istnienie więdnie na jego oczach jak zerwana róża... Choć bogowie obdarzyli inne rasy kontynentalnie szczodrzej długością żywota, nie widywało się ich tak często i trudno było Lurienowi w ciągu kilku lat nauczyć się patrzyć na nich inaczej... oni wszyscy byli w oczach elfa tak podobni, nawet jeśli ich ciała różniły się nieco...
To śmieszne, że tak rozpacza nad marnością żywota ludzkiego, kiedy jego własny może skończyć się... jutro? Za tydzień? Za miesiąc? Perspektywa pozornie przerażająca ale choć ten aspekt nauk Drogiej Matki nie przepadł, nie pękł, jak kryształowy puchar uderzający o marmur. Ktoś o jego przeznaczeniu musiał śmierć zrozumieć, pogodzić się nią i objąć jak przyjaciółkę. Im głębiej zaglądał jej w oczy tym boleśniej cierń strachu wbijał się w jego serce, jednak wiedział, że ten ból to tylko iluzja, alarm, który choć głośny i ważny, zawsze można wyciszyć... bo nigdy zgasić. ... „Cóż mi przeznaczyłeś, o losie? Czy osiągnę mój cel, czy zginę, zapomniany? Bogowie, którzy mnie słyszycie, jeśli mnie słyszycie, prowadźcie ku mojemu prawdziwemu przeznaczeniu. Niech się dopełni
Strzała ze stuknięciem wbiła się w zabarwioną ochrą słomę. Elf opuścił łuk i przetarł powoli oczy. Czuł się już dość zmęczony by ponownie podjąć przerwaną medytację...
Sowa zahuczała na gałęzi. Lurien drgnął i szybko, płynnym ruchem naciągnął cięciwę i wymierzył w ptaka. Obrazy przeszłości odbijały się w jego złotych oczach. Wystarczy zluzować palce, by je zamazać... na zawsze... wystarczy zluzować palce... zluzować... Elf syknął gniewnie a strzała utkwiła w konarze obok zwierzęcia. Elf zaciskając zęby odwrócił się na pięcie a sowa zniknęła, niczym duch, w listowiu.

***

Słońce, patron jego rasy, w końcu wstało by pożegnać odjeżdżającą karawanę. Zostawał sam. Ale czy napewno? Z pewnością nie jedyny Matheo wiedział o ifricie, nie byłoby dziwne, gdyby nie tylko elf podróżował tu w innym celu niż zarobienie kilku sztuk złota... Szukanie owego „serca” góry może być niebezpieczne, a jako że ifrit nie miał spełniać życzenia tylko jednej osoby, nie było dodatkowego niebezpieczeństwa wyprawy grupą... Niebawem będzie musiał podjąć kilka istotnych decyzji... to mu się nie uśmiechało, ale na szczęście, nie było pośpiechu. Narazie, należy poczekać jak się sprawy potoczą. Zbyt wiele głupstw zrobił przez gorącą głowę, a Lurien uczył się na swoich błędach... przynajmniej obecnie.
Dawno po śniadaniu i popijając drobnymi łyczkami cierpkie, ludzkie wino, obserwował coraz to nowych schodzących śmiałków. Każdego z nich widział już wcześniej, a kultura ludzka zobowiązywała go do witania się nawet z tak nieznajomymi osobami, więc pozdrawiał ich drobnym skinięciem głowy.
Po chwili wszyscy jedli śniadanie, niektórzy rozmawiając, inni, jak on, w ciszy, obserwując współbiesiadników. Nie mógł się nadziwić jak łatwo wśród niższych ras nawiązywały się znajomości... Mag Eliot, który zdążył wgryźć mu się w pamięć fascynującym przez swój tragizm zawodzeniem, lawirujący między nie wyglądającą na nadmiernie zainteresowaną czarodziejką, której imienia nie pamiętał a pochłaniającą szokujące ilości jadła zwiadowczynią Marthą o elfim ciele. Głośny, drażniący krasnolud Brog dyskutujący żywiołowo z mieszańcem Araią, która w tej chwili, wyjątkowo nie zabijała go wzrokiem... Mężczyzna, o niepokojącym spojrzeniu, którego ledwo kojarzył... Ciekawe czy oni wszyscy staną się jego towarzyszami i braćmi w podróży... Cóż. Czas pokaże.
Popił kolejny łyczek z kufla... „Kufla! Wino w kuflu!” – Zaskoczył sam siebie taką nie pasującą do sytuacji myślą po czym podniósł głowę, napotykając wzrok dziewki służebnej. Nie raz widział zakłopotanie na twarzach ludzkich kobiet... Dziwiło go, że tak na niego reagują... dobrze, jeśli tylko tak. Ta, przynajmniej ma dość w głowie, by poprzestać na spojrzeniu, wiedząc, ze nie ma elfowi nic do zaoferowania. ... Choć być może w jej przypadku się mylił... historia, którą zaczęła opowiadać szybko rozwinęła się w naprawdę interesującą rozmowę...
Sztyletousty Eliot w słodko – komiczny sposób zaczął negocjacje a Lurien w odpowiedzi pozwolił sobie nawet na delikatny uśmiech, kiedy skinął głową by poinformować maga o swojej aprobacie. Jakie miłe, niewinne dziecko. Oby tylko magiczna potęga młodzieńca była dojrzalsza niż mowa jego ciała... Nim ostatnie słowa Eliota o Smoczej Krtani przebrzmiały, gruby, krasnoludzki głos zahuczał w sali, a elf zmrużył oczy, zirytowany tonem. Jak szybko się okazało, krasnolud czuł się nadzwyczaj dobrze dysponując losem i życiem ludzi, których nie znał. Lurien czuł niechęć do godzenia się na plan tej grubiańsko wyglądającej istoty, ale już jakiś czas temu zdecydował, że żadne upokorzenie nie będzie zbyt wielkie by zrealizować co zamierzył. ... krasnolud... jeszcze kilkanaście lat temu ta... istota, nauczyłaby się, wyrażać w odpowiedni sposób w jego obecności... ale to przeszłość. W teraźniejszości zaś, nie pora na obnoszenie się dumą.
Zignorował śpiew krasnoluda, co ironiczne, o wiele bardziej znośny niż pieśni młodego Eliota Uszobójcy i zerknął na czarodziejkę. I ona zgodziła się na wyprawę, choć nie wyglądała na przejętą... a może ją, podobnie jak jego samego, po prostu irytował ten karzeł? Elfia bękartka urwała w końcu bezsensowne rozmowy o złocie i przeszła do działania. Ród, którego nosiła symbole, dobrze ją wyszkolił. Wydaje się, że doskonale poradzą sobie bez jego pomocy.
- Kiedy będziecie ruszać, znajdziecie mnie w tym przybytku. – powiedział wolno i głośno by upewnić się, że słyszeli, po czym spojrzał na jedzącą druga dokładkę Marthę. Z niedowierzaniem popatrzył na leżące obok niej miski a potem na delikatne ciało kobiety. Z trudem pojmował czemu tak niedoceniała swojej sylwetki. Zdecydowanie przewyższała w tym aspekcie pozostałe obecne tu panie. Ludzie i ich dziwne gusta.
Odwrócił się, spokojnie pociągnął cierpkiego, ludzkiego wina i oddalił się od tego głośnego miejsca, oczekując cierpliwie co przyniesie los.
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS
Judeau jest offline  
Stary 09-04-2009, 13:17   #8
 
Tom Atos's Avatar
 
Araia go zdumiała znajomością piosenki. Już miał zapytać skąd ją zna, gdy wtrąciła się Martha. W kilku słowach irytując niepomiernie krasnoluda.
- Ha ! Widzicie smarkulę. Nie jestem gruby, tylko grubokościsty. Po za tym mam tyle lat co pewnie Twój dziadek i jeśli on Cię nie nauczył moresu, to ja to mogę zrobić pasem. – stwierdził grożąc dziewczynie grubym paluchem.
- A strzelać to sobie możesz i ze śliwkowych pestek. – dodał spokojniej – Mnie to za jedno. Chodzi o to by z tyłu ktoś bystry, albo robiący bronią był, bo inaczej, jak nas z zadka zajdą, to magów potną nim zdążymy ich zasłonić. Jak Tobie tak pilno łeb z przodu nastawiać, to na ostatku może iść elf. Lurien ? Tak ? – spytał chcąc się upewnić, czy dobrze zapamiętał imię.
- Nie widzi mi się jako dusza towarzystwa, to i może na końcu lepiej mu będzie, a Ty smarkulo będziesz mogła strzelać nad moją głową.
Pyknął z fajki w zamyśleniu i spojrzał na Marthę spod krzaczastych brwi.
- Może to i nie taki zły pomysł, o ile korytarze będą odpowiednio wysokie. Mam linę, łom i lampę, ale jeszcze będziemy potrzebować z jedną łopatę i kilof w razie jak trafimy na zawał.
Jego twarz pozostała kamienna, ale w oczach błyskały iskierki rozbawienia, gdy mówił patrząc na Marthę.
- Tam na dole bardziej przyda nam się woda, niż żarcie głodomorze. Bez jedzenia wytrzymasz dłużej, niż bez picia.
Spojrzał krytycznie na figurę dziewczyny.
- Chyba.
Dodał wstając.
- Poszukam coś. Idziesz ze mną ? Nie bój się nie dostaniesz pasem … na razie. – stwierdził patrząc na Marthę.
- Zobaczymy się przy wejściu do kopalni. Jeno nie marudźcie za długo. – stwierdził zerkając na magów. Nieco dłużej zatrzymując wzrok na Erytrei, która zdawało się, że ma najlepiej poukładane w głowie ze wszystkich.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 10-04-2009, 15:37   #9
 
obce's Avatar
 
Araia wbiła w Marthę spojrzenie zielonych, elfich oczu.

Pomimo łatwości w porozumiewaniu się z ludźmi na podstawowym poziomie, dla wychowanej wśród długowiecznych elfów dziewczyny ludzie byli mimo wszystko obcą rasą... Fascynującą, odmienną, trochę przerażającą – jednocześnie prostą i niezrozumiałą. Nikt inny nie potrafi wznieść się tak wysoko ponad oczekiwania innych jak człowiek, nikt inny jednak nie jest w stanie upodlić się tak on. Do granic, do zatracenia. Nikt nie potrafił udzielić władzy serca takiego prymatu ponad innymi władzami duszy jak on. By dać się pochłonąć.

Ludzkie emocje były niebezpieczne, Araia wiedziała o tym doskonale, sama czasem odnajdując w sobie tą zaborczą miłość, równie zaborczą nienawiść, czy wszechogarniającą gorycz lub gniew. Dlatego, oparta dłońmi o stół wpatrywała się przez chwilę w tropicielkę, dopóki ich spojrzenia nie spotkały się. Wojowniczka uniosła pytająco brwi i widząc, że dziwny, skryty smutek sięga oczu dziewczyny, przechodząc, przelotnie położyła jej rękę na ramieniu.

- Rozchmurz się, Ler'kala – mruknęła cicho, nazywając Marthę pieszczotliwym, nieprzetłumaczalnym z elfiego terminem, określającym tak młodego łowczego, jak niewielkiego drapieżnego ptaka.

Wychodząc, chwyciła stojący na stole dzban z winem.

* * *

Razem z Eliotem zatrzymali się tuż przed wejściem karczmy, skąd mogli przyjrzeć się dobrze Edwinowi. Araia z przechyloną lekko głową i dzbanem wina w dłoni.

Siedzący na podmurówce studni mężczyzna był duży – wysoki, twardy, nabity lekko zwiotczałymi mięśniami. Gdyby był w pełni przytomny, mógłby być dobrym pięściarzem i znakomitym robotnikiem – jego dłonie o długich, grubych palcach, były ponad dwukrotnie większe od szczupłych dłoni wojowniczki. Budziły niepokój i respekt. Zamiast jednak zaciskać się w pięści, zamiast obejmować rękojeść młota lub topora, obejmowały pustą, glinianą butelkę, w której nie pozostała już ani kropla alkoholu. Bezmyślny wzrok, drewniana miska z resztkami jaglanej kaszy i wyjadająca je bezczelnie kura dopełniały obrazu upadku. Oto jedyny ocalały, jedyny, który wyszedł żywy z tego korytarza kopalni. Powinien być bohaterem, powinien być dumny i szczęśliwy, że to jemu się udało. Był szalony, brudny i przepełniony strachem.

W oczach Arai wyglądał jak zwierzę. Jak skopany przez życie pies, któremu jest już wszytko jedno gdzie leży i kto go kopie dalej. Był godny pogardy, był godny litości.
W Białych Miastach nie byłby godny życia.
Miasta pozostały jednak daleko na południu, a tu wart był chwili czasu i dzbana cienkiego wina.
Niczego więcej.

Myśli młodego maga biegły trochę odmiennym kierunku. ~ Co takiego widziałeś, tam w kopalni, że zostawiłeś gdzieś rozum? ~ zastanawiał się. Próbował zachować się poważnie, ale nie mógł odsunąć od siebie radosnej myśli, że wojowniczka właśnie jego wybrała. Przygryzał więc wargi, by nie uśmiechać się od ucha do ucha i miał tylko nadzieję, iż nie bardzo to widać. Wciągnął głęboko oddech. Na myśli ogólnie nie pomogło, ale przywróciło nieco rozsądek.

- Miałaś dobry pomysł – pokiwał z uznaniem głową. - Któż wie, może się uda czegoś dowiedzieć? Tutaj położono na nim laskę. Ot, wariat, szaleniec, ale jeśli zapytamy go spokojnie, któż wie. Obce osoby, ładna dziewczyna i nieznajomy mężczyzna, może nam coś powie, czego nie chciał zdradzić swoim ...
- Bo pewnie pytali się go wprost, zamiast... - zawahała się lekko, szukając odpowiedniego wyrażenia – po półokręgu. Nie czekali, aż będzie gotowy, tylko próbowali wyrwać z niego wszystkie informacje. Byłeś w wojsku, więc może widziałeś dzieci, którym udało się ocaleć. Popatrz teraz na niego, widzisz?

Przechodząca obok starsza kobieta zatrzymała się na moment przy mężczyźnie i powiedziała do niego kilka cichych słów, po których usta Edwina rozświetlił uśmiech, odmieniając na chwilę jego twarz. Niepokojący u tak potężnego mężczyzny, nieświadomy, szczery uśmiech dziecka.

- Może się przedstawimy? Zazwyczaj tak postępowaliśmy z takimi dziećmi i dawali coś na przełamanie lodów. Ale co można mu dać, oprócz wódki? - stwierdził niepewnie. - W wojsku byłem bardzo krótko i wiesz, nie widziałem zbyt wielu uciekinierów - rozłożył ręce.
- Oprócz czegoś do picia nie trzeba mu nic dawać. Na szczęście nie jest jest jeszcze bardzo pijany. Jeśli jest jak dziecko – półelfka ze zmarszczonymi lekko brwiami, zastanawiała się na głos – trzeba mu pokazać coś, co go zafascynuje, co wyrwie go z otępienia. Może gadającego kruka, może jakąś drewnianą zabawkę, może wystarczy opowiedzieć mu jakąś interesującą historię. Trzeba sprowokować go do mówienia – najpierw o głupstwach, potem o rzeczach bardziej ważnych. O tym co lubi, czego nie lubi, czego pragnie a czego się boi. Łagodnie i cierpliwie.
- Hmm, spróbuję – powiedział bez przekonania mag i ruszył w kierunku szaleńca. - Witaj Edwin, jestem Eliot, śpiewak, a to moja koleżanka z zespołu. Chcesz pośpiewać coś razem?

Edwin uniósł na nich wzrok, przez chwilę milcząc, jakby nie był do końca pewny w to, co usłyszał. Dopiero po chwili uśmiechnął się tym dziwnym, drażniącym uśmiechem.

- Lubie piosenki!
- Hmm, to spróbujemy. Ja będę śpiewał, moja towarzyszka będzie klaskać w dłonie, a ty wtóruj lalalala, albo hop sasa, czy dana dana. To zaczynam:

Dwie szare kukułki
siedziały na buku
O czym rozmawiały
kuku kuku kuku
Zaimprowizował Eliot.
Edwin uderzył z uciechy wielkimi dłońmi o uda i głosem doniosłym jak bicie wielkiego dzwonu zaczął niemelodyjnie pokrzykiwać:

- Hoop san hop hop san...

Półelfka stała tuż obok śpiewających mężczyzn i szeroko otwartymi ze zdumienia oczami przyglądała się scenie. Zdecydowanie nie tego się spodziewała. Myślała, że po prostu z nim porozmawiają, że zwyczajnie skłonią go słowami do zdradzenia tajemnicy kopalni. Ale to... Ta dwójka dorosłych mężczyzn: młody, szczupły, błyskotliwy przecież mag i wielkie, stare dziecko, którzy śpiewają na całe gardło jakieś dziecinne przyśpiewki... Usiadła na brzegu podmurówki studni, kilka stóp od Edwina, starając się powstrzymać zdradzieckie drganie kącików ust. Edwinowi to jednak wystarczyło. Jego ręce natychmiast wyciągnęły się w jej stronę i zgniotły ją w radosnym, bolesnym uścisku.

- Kuku moja droga
Popatrz na ścieżynę
Tam idzie stonoga
Pijana drobinę.


Araia zesztywniała na moment i mocno zacisnęła zęby. Nie podobał jej się ten dotyk, nie podobała jej się osoba, która ją dotykała. Wyczekała pierwszego momentu ciszy, gdy śpiewający duet nabierał oddechu i przerwała występ.

- Co jeszcze lubisz oprócz piosenek?
- Jeść i pić, duuuzo pi
ć – powiedział stanowczo Edwin.
- Jeśli mnie puścisz, będę mogła sięgnąć po dzbanek, wiesz?

Edwin jakby dopiero teraz zorientował się, że trzyma dziewczynę. Pokiwał głowa i wypuścił ją natychmiast, z lekko zawstydzonym wyrazem twarzy. Jak dziecko, które przyłapane zostało, gdy próbowało podkraść owoc ze stołu. Pokręciła więc tylko głową i uśmiechnęła się lekko, jakby mówiła „nie szkodzi”. Sięgnęła po zabrany ze stołu dzban, łyknęła odrobinę i wyciągnęła w kierunku Eliota.
Młody mag wiedział, że alkohol szybko uderza mu do przepełnionej zaklęciami głowy. Mając w pamięci, że pił już dzisiaj w karczmie, upił troszkę i oddał dzban Arai, chwycił Edwina za ręce i zaczął nimi potrząsać z radością. To był pierwszy ktoś, komu na poważnie przypadło do gustu jego śpiewanie. ~ O rany ~ pomyślał ~ nigdy nie przypuszczałem, że będę swoim śpiewaniem leczyć ludzi mających coś z głową nie do końca dobrze. Do tej pory raczej odstraszałem. Ale co tam, grunt, ze się przydało. ~ Eliot był bardzo z siebie zadowolony.

Edwin pozwolił potrząsać swoimi wielkimi łapami, ale już bez pierwotnego entuzjazmu – jego spojrzenie utkwione było tęsknie w dzbanie. Półelfka podała mu go, nie chcąc, by nie mogąc dostać, tego czego chce, wpadł nagle w złość. Mężczyzna chwycił go i zaczął pić łapczywie, nie odrywając ust od brzegu naczynia, dopóki nie osuszył go do końca.

- Nie chciałeś zostawić sobie odrobiny na później? - W głosie Arai słychać było wyraźną nutkę dezaprobaty, a w ułożeniu ust – niesmak.
- Na później? - spytał zdziwiony Edwin. Najwyraźniej ta idea była mu całkowicie obca.

Półelfka kucnęła obok Edwina. Nie chciała siadać obok niego i ryzykować kolejnego dotyku jego rąk i przepoconego ubrania. Obok niej stał Eliot, uśmiechając się najinteligentniej jak potrafił.

- Na czas, gdy słońce zacznie zachodzić, albo na jutrzejszy dzień.
- Ale po co? Jutro znowu dostanę pełny...?

Westchnęła cicho.

- Lubisz tak spędzać czas? Tutaj?
- Tutaj nikt mnie nie przegania i dają piwo...
- stwierdził niepewnie, drapiąc się z namysłem w głowę.
- Hmm – wtrącił się Eliot - a lubisz się bawić? Bo ja czasem lubię.
- A w co?
- zapytał nieufnie. - Nie lubię zabawy: "Rzucamy kamieniami w głupka".
- Nie nie, ja lubię inne zabawy typu: napij się wina za dobra odpowiedź
- Nie ma już wina
– Edwin popatrzył na puste naczynie.
- Spokojnie, przyniosę. Wiesz, ja to jestem cienki w tych zabawach, ale moja koleżanka, to mistrzyni. Zabawa polega na tym, że ona ci zadaje pytanie, ty za każda odpowiedź dostajesz kilka łyków wina. Co ty na to? To fajna zabawa i napić się można. Araia chętnie z tobą w to zagra.
- Dzban za odpowiedź?
- Edwin może i był głupi, ale targować się umiał.
- Kilka łyków za odpowiedź. I dzban albo dwa, za opowieść, która będzie tego warta. Co ty na to?- wtrąciła się w negocjacje Araia.
- Nie znam opowieści – posmutniały nagle mężczyzna wyglądał na bardzo zagubionego i strapionego.
- Każdy zna, Edwinie. Zresztą zawsze możemy ułożyć jakąś razem.
- Razem? Ale ja nie mam piwa, by dać wam za opowieść... Lubie opowieści...
- Nie martw się o to
- uśmiechnęła się do niego. - Eliot, przyniesiesz kilka dzbanów?

Twarz Edwina rozjaśniła się.

- Pewnie. Dla dobrej gierki, w którą obydwoje chcecie zagrać, no jasne – Eliot poszedł w kierunku karczmy, by po chwili wrócić z niewielkim dzbanuszkiem.

- Dobrze, Edwinie, spróbujmy teraz popracować nad opowieścią. - Araia starała się mówić spokojnie, łagodnie. - Spędzasz na rynku całe dnie, więc pewnie dużo wiesz o mieście.
- Wiem?
- niepewnie popatrzył na dziewczynę.
- Wiesz - skinęła głową. - Zastanów się spokojnie. Jakie są najważniejsze tutaj miejsca?
- Karczma
- odpowiedział bez chwili wahania i zadowolony, że pytanie było tak łatwe wyciągnął rękę po dzbanek.
- Nie jedno miejsce, Edwinie. Miejsca – podkreśliła. - Potrafisz wymienić jeszcze kilka?
- A jakie jest najciemniejsze miejsce w okolicy, takie, gdzie ludzie chodzą oraz krasnoludy.

Araia rzuciła jedynie szybkie spojrzenie na Eliota i ponownie skupiła uwagę na Edwinie. Za szybko, to mogło być za szybko. Zbyt bezpośrednio.

- Eeeee... - Edwin wyraźnie się zawahał, a potem wyraźnie niechętnie odpowiedział - Kopalnia...

Eliot z nieruchomym uśmiechem, prosił w myślach bezimienne bóstwa: ~ Oby nie odpowiedział „latryna”. Oby nie odpowiedział „latryna” ~ Ufff. Odetchnął z ulgą.

- Nie lubisz kopalni? - spytała cicho Araia.
- Kopalnia jest niebezpieczna, Edwin już nigdy tam nie pójdzie! - krzyknął zaniepokojony Edwin.
- Spokojnie
- powiedziała uspokajająco, dotykając lekko jego ramienia. - Nie musisz już tam nigdy iść. Ale wiesz... w pobliżu mojego domu była jaskinia, w której czaiły się strachy. I wiesz co? Bardzo, bardzo bałam się tego miejsca. Ale kiedy opowiedziałam kiedyś o niej swoim przyjaciołom, strachy zniknęły. Oni zajęli się nimi.
- Naprawdę? Zabijecie potwory?
- Popatrzył na Eliota i Araię krytycznie. - Nie wyglądacie na silnych... One zabiły Magnusa, a był od was duuużo większy...
- Zabijemy je. Naprawdę. Ale musimy wiedzieć z czym mamy walczyć, wiesz? Żeby nie zginąć jak Magnus i móc napić się z tobą jeszcze raz.
- I móc ci dać jeszcze dzbanek
– dodał Eliot.

Panika walczyła w Edwinie z pragnieniem. Wyraźnie się wahał.

- Albo dwa dzbanki – mag kusił dalej.
- Nie pozwolimy im cię skrzywdzić – dodała zdecydowanie Araia, odwołując się dodatkowo do potrzeby bezpieczeństwa. - Ani nikogo innego, nigdy więcej.
I podziałało. Edwin objął się ramionami i zaczął lekko kiwać w przód i w tył.

- Duże, czarne i włochate, i ziejące ogniem – wymamrotał. - Wszędzie ogień palił Tamiego i Grima...
- Wiele ich było? - położyła mu ponownie dłoń na ramieniu.

Tym razem jednak dotknięcie nie uspokoiło go. Przeciwnie, wyrwało z lekko katatonicznego stanu w jakim się pogrążył. Spojrzał jej oczy, a ona mogła zobaczyć w nich bezdenną rozpacz i przerażenie. Krzyk, który wydobył się z jego gardła miał w sobie coś nieludzkiego. Jeszcze długo brzmiał im w uszach, chociaż uciekający Edwin był już najwyraźniej daleko.

Araia westchnęła cicho. Nie była usatysfakcjonowana wynikiem rozmowy, z drugiej jednak strony czuła ulgę, że nie musi rozmawiać już z tym... człowiekiem. Nie była przyzwyczajona do ograniczonych, szalonych istot. Nie była przyzwyczajona do brudnych, śmierdzących istot, trwających w teraźniejszości niczym jakieś zwierzęta, myślących jedynie o alkoholu. O zaspokajaniu najprostszych, fizycznych potrzeb.
Nie był godny żeby...

Słysząc szybkie kroki, podniosła głowę na drobną kobietę, która zbliżała się do nich z wściekłym wyrazem twarzy.

- To wstyd! Rozumiem dzieciaki, bo małe i głupie, ale wy! Dorośli ludzie tak się natrząsać z nieszczęścia człowieka! Wstyd! - splunęła pod im nogi i nie czekając na odpowiedź odeszła pośpiesznie.

Dłoń Arai natychmiast powędrowała do rękojeści miecza, a usta wykrzywił nieprzyjemny, wściekły wyraz. Napięte mięśnie usztywniły plecy w dumnej postawie, aroganckiej postawie osoby przywykłej do posłuchu, szacunku, zmazującej każdą obrazę krwią. Opanowała jednak odruch i tylko wbiła wściekłe spojrzenie zielonych oczu w plecy odchodzącej kobiety. Chciała, bardzo chciała przejechać ostrzem miecza przez plecy tej kobiety. Chciała, naprawdę chciała włożyć sztych miecza, w te plujące usta i okręcić ostrze.
Była taka sama...

- Zostaw, ma rację, przesadziliśmy. Przepraszamy - pociągnął ją w stronę karczmy.
- Nie przesadziliśmy - spojrzała wciąż rozwścieczona na Eliota. - To my tam mamy wejść, nie ta...
- Ona wcale nie musi wiedzieć. Ot, po prostu martwi się o niego.
- Młody pan ma rację
– odezwała się nagle, stojąca w oknie Tanja. - To jego siostra. Edwina mam na myśli.

Półelfka prychnęła tylko jak rozzłoszczona kotka i weszła do wnętrza karczmy.

- Słyszeliście? - zwróciła się do siedzących przy stole osób. - Duże, czarne, włochate i zieją ogniem. To nas czeka w kopalni.
 
__________________
"[...] specjalizował się w zaprzepaszczonych sprawach. Najpierw zaprzepaścić coś, a potem uganiać się za tym jak wariat."

Ostatnio edytowane przez obce : 11-04-2009 o 17:42.
obce jest offline  
Stary 10-04-2009, 18:46   #10
 
Joann's Avatar
 
Jej oblicze szybko rozjaśnił pogodny uśmiech, gdy Araia do niej podeszła. W oczach znów zabłysły ogniki, tętniące życiem, energią i optymizmem. Jeśli jakiś smutek się pojawił to został odepchnięty wgłąb dziewczyny, która odprowadziła wzrokiem wychodzących. I nawet przechwalający się krasnolud nie zmienił już jej nastawienia. Wpatrywała się w niego swoimi brązowymi oczami póki nie skończył gadać. Były dawno temu chwile, w których potrafiła wpaść w furię po mniej niemiłych słowach, skierowanych w jej stronę. Jakże była inną osobą! Teraz bowiem, w tej wysuniętej tak daleko na północ osadzie, myślała zupełnie innymi kategoriami. Może i była smarkulą dla kogoś takiego jak ten zarośnięty karzeł, ale życie nauczyło Marthę wielu rzeczy. A w kręgach, w których się z musu obracała w pewnym okresie życia, takie słowa byłyby niemal komplementem. Nie mogła się przy tym wszystkim powstrzymać przed odpowiedzeniem Brogowi, w tonie podobnym do tego, w którym on zwracał się do niej. Nie czuła się od niego gorsza i czas, kiedy się tak poczuje, na pewno nie miał nadejść.
-Mój dziadek był strasznie głupi - jej uśmiech zmienił się, stał się ironiczny - Matka mi zawsze powtarzała, że gdyby nie moja babka, to by ta jego własna głupota go zabiła. A z wiekiem wcale nie zmądrzał. Czemu to niby starsi mieliby mieć więcej oleju w głowach? Nie wszyscy uczą się na błędach.
Wzięła część swoich rzeczy, ale wcale nie miała ochoty postępować tak jak mówił krasnolud. Sporo jej rzeczy zostało jeszcze w karczmie, a i zamierzała tu wrócić by chociaż pożegnać się i zadbać o zwierzęta. Ale po zapasy poszła.
-Woda to oczywistość, drogi Brogu. A patrząc na ciebie, nigdy bym nie powiedziała, że to tylko te grube kości tworzą to brzuszysko.
Roześmiała się, nie zważając na to, że znów mogła zirytować towarzysza wyprawy. Gdy załatwili swoje sprawy, Martha powróciła do karczmy, niosąc ze sobą linę, jedną latarnię i trochę prowiantu. Resztę zostawiła przy krasnoludzie. Ubrała swoją lekką zbroję i pobiegła do stajni, z czułością zajmując się swoim rumakiem.


Po drodze złapała jeszcze chłopca stajennego, wciskając mu w dłoń kilka drobniejszych monet i prosząc o dobrą opiekę nad zwierzęciem. Zanim skończyła, do stajni wszedł również Eliot, by również zając się swoim koniem. Uśmiechnął się do niej.
- Twój ogierek? Długo go masz? - zapytał przeczyszczając kopyta swojego wierzchowca.
- Rok, chyba nawet ci o tym wspominałam - zastanowiła się chwilę, zmieniając szybko temat - Jak poszła rozmowa?
- Lepiej nie pytaj - zaczerwienił się - chyba słyszałaś, ze musiałem śpiewać, a to, wiesz, zdaje sobie sprawę, ze nie potrafię, ale lubię bardzo. Natomiast Edwin wspomniał o włochatych potworach ziejących ogniem. Ale co to za potwory? Nie wiem.
- Śpiewać może każdy. Nigdy bym nie pomyślała, że do zdobycia takich informacji będziecie musieli wydzierać się na całą wioskę
- roześmiała się swobodnie i puściła oko do chłopaka - Ciesz się, ja miałam za towarzystwo gburowatego i wszechwiedzącego krasnoluda. Ciekawe czy wszyscy z tej rasy są tacy.
- No nie wiem, mi się nasz towarzysz wydał bardziej burkliwy oraz mądraliński niż reszta, ale wiesz, ja nie znałem wielu krasnoludów. Pochodzę z Cormyru z małego miasteczka odizolowanego od wielkich spraw królestwa. Nie przejeżdżało przez nie wielu kupców, elfów niemal nie widywałem wcale, może z jednego, który odwiedzał świątynię, gdzie mnie wychowywano. Potem troszkę wędrowałem w okolicach Morza spadających Gwiazd i tam spotykałem ich nieco częściej, ale też nie były to jakieś dłuższe znajomości. No, ale wiesz, może krasnoludy także mają gorsze dni i nasz towarzysz właśnie taki ma?
- Biorąc pod uwagę fakt, że jego wieczorną rozrywką było bicie się z innymi członkami karawany? Ale tak, może masz rację.
- po chwili jej uśmiech nieco przybladł - Byłam w Cormyrze, ale nie tak jakbym chciała. Pochodzę z Sembii - skrzywiła się - ale to tylko miejsce urodzenia, mam nadzieję, że nie robi ci to wielkiej różnicy, bo zdaję sobie sprawę, że nasze kraje nie żyją w zgodzie - spuściła nagle wzrok, bardziej skupiając się na czyszczeniu kopyta swojego rumaka. Eliot tylko pokręcił głową.
- Nie oceniam osoby po miejscu urodzenia, ale po niej samej. A ty jesteś kimś, kogo bardzo się cieszę, ze spotkałem na szlaku. Jesteś milą i ładną dziewczyną, a przy tym widziałem, jak jeździłaś na patrole. Widziałem w wojsku zwiadowców, którzy mieli podobne odruchy. Spojrzenia, oczy na około głowy i takie tam. Musiałaś sporo czasu spędzić w niebezpiecznych miejscach - uśmiechnął się do niej.
- Byłam zwiadowcą, przez jakiś czas - na jej policzkach chyba pojawił się cień rumieńca, nie była przyzwyczajona, by ktoś tak do niej mówił, a i do swoich zwierzeń również - Ale wszystkiego nauczył mnie głównie pewien człowiek z lasu. Niestety zmarł kilka lat temu, nawet nie wiem ile miał lat. Jakbyś go zobaczył to byś dał mu ze sto! - uśmiechnęła się znowu, bardziej jednak do wspomnień.
- Hm, nie znałem wielu stulatków, ale całkiem możliwe. Mnie wychowywali kapłani. Mnie i siostrę, bliźniaczkę. Ma na imię Melody i podróżowała ze mną, ale musiała wrócić do Cormyru do świątyni. Brakuje mi jej, jak to bywa z bliźniakami, no, ale ciesze się, ze jestem tutaj i wiesz, zawsze chciałem poszukiwać przygód. Wiem, że to może niezbyt czarodziejsko i dojrzale, ale nic na to nie poradzę - uśmiechnął się przepraszająco mrugając do niej wesoło.
- Jesteś pierwszym bliźniakiem, jakiego poznałam, ale słyszałam, że zawsze jest jakaś więź. Tak samo dla mnie niezrozumiała, jak magia. - roześmiała się - Dobry jesteś w tym całym... czarowaniu? Ja bym nigdy nie była w stanie się nauczyć, ledwo czytać umiem - odwróciła się, by zakryć swoje zakłopotanie, kończąc zajmować się koniem - Muszę pójść pożegnać się z Metystem, idziesz? Koniem zajmie się jeden ze stajennych, dałam mu kilka moment by zrobił to porządnie, gdyby nie było nas dłużej niż kilka godzin.
- Hm
- zawstydził się widocznie - czy mogę się dołożyć i zająłby się także moim? Porozmawiałabyś może z tym stajennym? Nie mam wiele, ale parę miedziaków ... a z Metysem bardzo chętnie. Polubiłem twojego ptaka. Wiesz, jesteście do siebie w jakimś sensie podobni: obydwoje silni i macie w sobie wiele urody. Wiesz, słyszałem raz przy ognisku, jak się krytykujesz. To jest, ja - zaczął się trochę gubić - znaczy, po prostu uważam, że niesłusznie. A co do czarów - błyskawicznie zmienił temat zawstydzony - to raczej nie jestem zbyt wybitnym czarodziejem. Ciągle się uczę. Mój rekord to i tak dopiero kula ognista, ale taka, że chyba każdy inny czarodziej, by się zawstydził, ale ciągle się uczę - wyjaśniał kierując się za dziewczyna, która prowadziła go do swojego skrzydlatego przyjaciela.

Wyszła ze stajni, prowadząc go w miejsce, gdzie nie było ludzi, krasnoludów i budynków, jastrząb wyraźnie wolał spokój.
- Dużo mojej krytyki to tylko żarty. Nie jestem osobą, która całkiem poważnie mogłaby się nad sobą użalać, wierz mi - uśmiechnęła się przyjaźnie - Ale pewne rzeczy chciałabym zmienić... - urwała nagle, szybko zmieniając temat - Kula ognia? Widziałam kiedyś, jak rzucał ją jeden z czarodziejów. Nie chciałabym być na jej drodze, brr. - zadrżała mimowolnie - Wiesz, magia mnie czasem przeraża. Gdy się widziało wojnę z bliska, to magia objawia to złe oblicze. Ale ty nie wydajesz się mieć w sobie chociażby krztyny zła. Tylko niewinność... przepraszam, nie powinnam tak mówić - odwróciła wzrok.
Eliot przez chwile zmieszał się, jakby nie wiedział, czy słowo "niewinność" uważać za komplement. Niewinny to dobry, ale także dziecinny. Przez chwile nie wiedział, na co się zdecydować, wreszcie uśmiechnął się:
- Dziękuję, ale co do magii, to rzeczywiście, jest potężna, chociaż w wykonaniu znacznie lepszych czarodziejów, niż ja. Ale według mnie magia jest jak łuk czy miecz. Można wykorzystać ją w dobrym celu, albo w złym. Zależy od czarodzieja. Wiesz, chciałem cie przeprosić za to, ze się trochę zdenerwowałem tam podczas podróży. Żaden normalny czarodziej nie chciałby zmienić się w licza. To byłoby straszne. Wiem, ze nie wiedziałaś, ale no, po prostu bardzo bym nie chciał, żebyś się na mnie gniewała, albo po prostu myślała o mnie, jako o jakimś obrażalskim. Gdzie jest Metys? - Zapytał rozglądając się. Dziewczyna gwizdnęła głośno. Po chwili odpowiedział jej krzyk ptaka, który powoli zbliżał się do nich.
- Nie przejmuj się. Czasem powiem coś głupiego, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Trzeba mnie czasem trzepnąć po tej głupiej główce, bym takich głupot nie wygadywała.
Metyst już usiadł na jej ręce, więc poczęstowała go zwiniętym z gospody kawałkiem surowego mięsa. Mówiła do niego jak do swojego dziecka.
- Wybacz, mój słodki, ale będę musiała cię tu zostawić. Zachowuj się dobrze! - pogroziła mu palcem i pogłaskała.
Przyglądał się jej. Ona i ptak tworzyli tandem, pełną uroku parę, która jakoś niezwykle pasowała do siebie. Zbliżył się ostrożnie do nich i też wyciągnął rękę głaszcząc skrzydlatego drapieżcę.
- Uważaj na Lulka. To dobre ptaszysko. Mądre, ale nie tak silne jak ty - poprosił Metysa, choć ten pewnie nie rozumiał. Potem zaś zwracając się do Marthy.
- Nie, no obiecuję, ze ja cię na pewno nie trzepnę, ale zamiast się obrażać głupio, jeżeli coś mnie dotknie, to szczerze powiem. Oczywiście, liczę na wzajemność i bardzo się cieszę, że ruszymy razem na poszukiwanie przygody. Chciałbym pomóc tym górnikom i cieszę się ze wspólnej wędrówki.
- A ja mam nadzieję, że nic tam nas nie zje, jak tych biednych górników.
- na jej twarzy pojawił się smutnawy grymas, wypuściła ptaka, patrząc jak odlatuje - Też nie bierzesz swojego ptaka? Kruk pewnie jeszcze dałby radę latać po tych kopalniach. Ja bym się z Metystem nie rozstawała nawet na chwilę. Czasem mi się zdaje, że wyczuwam nawet jego pragnienia. Też tak masz? - zainteresowanie i żywotność szybko powróciła do jej oczu - A co do szczerości, to zawsze możesz na nią liczyć z mojej strony.
- Wziąłbym
- przyznał - ale trochę się boję. Kruk to nie nietoperz. Nie poradzi sobie w zupełnych ciemnościach. Boje się, ze wyrobiska nie będą zbyt wielkie, żeby mógł po nich swobodnie latać. Może się mylę, ale boje się o niego. Ale masz rację, łączy nas więź, taka jak ciebie i Metysa. Wiesz, właśnie odkryłaś, że mamy coś wspólnego - uśmiechnął się szeroko. - Natomiast jeżeli chodzi o kopalnię, nie martw się, proszę. Uda się. Jest nas kilkoro. każdy ma jakieś zdolności. Ten Olle miał trochę racji, górnicy to twarde chłopy, ale nie wojownicy. My będziemy także ostrożniejsi. Hm, może by od tej zielarki wziąć jakąś miksturę uodparniającą na ogień? Edwin wspominał coś o stworach dysponujących ogniem. Co o tym myślisz?
- To chyba dobry pomysł, nie wpadłam na to. Zawsze wiedziałam, że wszyscy magowie są ode mnie inteligentniejsi!
- roześmiała się, sympatycznie i dźwięcznie - Na pewno się uda. Zawsze byłam optymistką, często niepoprawną. Powinniśmy już wracać, jak myślisz? Krasnolud poszedł pod tą kopalnię od razu, jak odebraliśmy sprzęt.
- Tak, tak, idźmy. Najpierw do zielarki. Może ma te mikstury, a potem faktycznie, żeby się zebrać wraz z innymi. masz rację, ale tam w kopalni ...
- zawahał się, jakby nie wiedział, czy ma prawo wypowiedzieć te słowa - uważaj na siebie, dobrze? To znaczy, no po prostu ... uważaj, dobrze? Chodźmy - ruszył mocno zmieszany.
- Będę uważała. Na ciebie też. Jesteś przesympatyczny, wiesz? Dawno z nikim nie rozmawiałam tak swobodnie. Jako zwiadowca zbyt często jest się samotnym - spuściła wzrok, próbując ukryć zmieszanie - Masz jakieś plany co będziesz robił później, jak już rozwiążemy tutejszy problem?
- Nie planowałem niczego specjalnego. Po prostu miałem nadzieję, że będę wędrował gdzieś z kimś, kto nie zrazi się moja osobą, tym, że się param magią i z kim będę się lubił i ufał. Zwiadowcy są samotni, jak powiedziałaś. Czarodzieje często też. Może chciałabyś ... chciałabyś ... no, może potem, jeśli wszystko pójdzie tak, jak chcemy, no wiesz. Może pomyślisz nad tym, że moglibyśmy ... razem?
- Widać było, że młody czarodziej zupełnie się pogubił i nie za bardzo wie, jak wyrazić swoje myśli.
- Zobaczymy, Eliocie. Na razie musimy przebrnąć przez tę kopalnię. Sama myśl o tym, że mam zejść pod ziemię, w te ciasne korytarze... - zawahała się - Zdecydowanie mi się to nie podoba, może dlatego, że nigdy nie byłam w kopalni. Chodź, pospieszmy się, bo mogę lekko podrażniać krasnoluda, ale nie chciałabym podróżować z kimś wściekłym.

Chata zielarki nie była wielka, wciśnięta pomiędzy dwa większe budynki. W środku pachniało wszelkimi możliwymi ziołami. Kobieta, która ku nim wyszła, mogła spokojnie być babcią Marthy. Mała i przygarbiona wysłuchała ich prośby, szybko, swoim skrzeczącym głosem, pozbawiając ich złudzeń.
-Jaki eliksir?! Jestem tylko starą zielarką, nie potężną czarownicą, moje dzieci! Takich wywarów nigdy nie miałam. Ale zawsze chętnie uraczę młodą parkę eliksirem miłości!
Tropicielka dziękowała bogom za swoją bladą cerę, która maskowała większość rumieńców. Na Eliota wolała nawet nie patrzeć. Po chwili dyskusji wymyślili inny, mniej skuteczny sposób na ochronę przed ogniem - wygarbowane i zabezpieczone jakąś mazią skóry, lekkie, ale mogące ochronić przed płomieniami przynajmniej przez chwilkę. Zakupili dwie, a to i tak nadwyrężyło niewielkie zapasy pieniężne. Potem Martha pobiegła jeszcze w stronę karczmy, odnajdując stajennego i dając mu kolejnych kilka monet z poleceniem zajęcia się także wierzchowcem Eliota. Nie pozostawało już nic innego, jak udać się do wejścia do kopalni. Nie chciała tego za mocno przed sobą przyznawać, ale nie mogła się doczekać tej wyprawy.
 

Ostatnio edytowane przez Joann : 10-04-2009 o 19:13.
Joann jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:32.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168