Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-04-2009, 01:09   #1
 
Thanthien Deadwhite's Avatar
 
[DnD 3.5] "Brzemię" (18+)

Najemników wszelkich profesji potrzeba,
Co by popracować mieczem i głową umieli
I od plugastwa nasze miasteczko poratować pomogli.
Po robocie spora nagroda ich czeka,
Błogosławieństwo Służek Pana Poranka
Oraz wdzięczność mieszkańców miasteczka,
Którego Burmistrzem mam godność się nazywać.

Burmistrz Południowych Dębów, Grigor Shemov



Takim oto ogłoszeniem zainteresowała się pewna, dość nietypowa grupa poszukiwaczy przygód. Podpytawszy w okolicy o tym ogłoszeniu dowiedzieli się, iż w samym sercu Południowej Kniei przy małym jeziorku leży miasteczko o wdzięcznej nazwie Południowe Dęby. Po krótkiej dyskusji awanturnicy postanowili ruszyć za owym ogłoszeniem, wraz z kupiecką karawaną niziołków, która akurat w tym samym kierunku zmierzała, mając nadzieję, na większy zarobek, ponieważ ich poprzednie zlecenie okazało się totalnym niewypałem.

Działo się to przed dwoma tygodniami. Niedaleko Południowej Kniei ogłoszono wszem i wobec, iż w lesie grasuje czarny smok oraz, że nagroda wielka za jego głowę przeznaczona. Okoliczna ludność wieści o "Smoczej Obławie" rozniosła szybko i zaraz zewsząd zaczęli schodzić się gotowi na polowanie ludzie. Wśród nich chłopy z widłami i pochodniami, wojskowi weterani jak i młokosy, które dopiero co do armii przystąpili, okoliczni zabijacy, łamignaty i rębajły, myśliwi z łukami, wioskowi znachorzy, czy też zawodowcy jak grupka najmitów czy awanturników. Zebrało się więc smokobójców tak liczne grono, że śmiało można by ich armią nazwać. Jakby tego było mało, smok znalazł się dość łatwo i wcale nie był wielką i groźną maszkarą. W rzeczywistości był to bardzo młody i jeszcze niedojrzały smok, którego banda najprzeróżniejszych typów zatłukła w parę chwil. Co jednak najgorsze, to fakt, iż skarbiec smoka okazał się bardzo drobny, niemal pusty, a nagroda za smoka podzielona na tak liczną kompanię, ledwo starczała na porządne uczczenie zwycięstwa. Zabójcy potwora zaczęli więc rozjeżdżać się w kierunku swoich domów zarobiwszy ledwie parę „groszy”. Tylko niektórzy zamarudzili kilka dni z różnych powodów w tamtejszej karczmie. Wśród nich byli i też ci, którzy zwrócili nawzajem swoją uwagę i którzy razem podłączyli się do kupieckiej karawany zmierzającej do Południowych Dębów.

Był piękny słoneczny dzień, mimo to promienie słońca nie docierały do wędrującej grupy. Las był bardzo gęsty, drzewa wysokie toteż światło dnia tylko nielicznymi prześwitami przedostawało się na wąziutki trakt. Wszędzie jednak dało się wyczuć woń lasu. Zapach drzew i mokrych liści, spulchnionej przez niedawne deszcze gleby oraz najprzeróżniejszych roślin atakowały zmysły podróżnych. Pięć wozów należących do niziołków leniwie przemierzały leśną drogę, robiąc przy tym sporo hałasu.

- Słuchajcie jak ptaki wesoło śpiewają! – krzyknął pucołowaty niziołek, ubrany w bordowy sweterek i takiego samego koloru spodnie. Złote spinki na mankietach białej koszuli świadczyły o tym, że mały mężczyzna jest kimś bogatym. Nie był to co prawda strój podróżnika, ale taki był właśnie Ferdinand Brandysnap. Wiecznie uśmiechnięty, lubiący wypić zwłaszcza jeśli było to brandy, bez końca opowiadający jakieś niesamowite historie i często śpiewający bardzo wysokim falsetem, czym zaczynał doprowadzać do rozpaczy wędrujących z nim podróżników. Nie można było go nie lubić, zarażał swoją wesołością wszystkich za równo obcych, którzy do niego dołączyli, jak i swoich pobratymców. To do niego należały wszystkie wozy, jak i ich zawartość. Jeśli o niej zaś mowa, to był to asortyment ogromny i różnoraki, począwszy od przypraw, suszonych owoców, serów i wędlin, mąki i zboża, antałek z mlekiem, poprzez tytoń, alkohole i to zarówno te tanie jak i najdroższe, oraz przez beczułki z piwem, po garnki, patelnie, perfumy, płótna i gotowe ciuchy, a na sztućcach czy drobnych narzędziach skończywszy. Niziołki co ciekawe, którzy sami siebie nazywali „detalistami”, nie miały oporów by pić alkohole ze składziku, czy podjadać ser czy inne smakołyki, o tytoniu już nie wspominając. Cała podróż minęła, więc w bardzo dobrym nastroju, a grupka „najmitów” nie mogła nie docenić towarzystwa kupców. Nie dość, że razem jedli, mieli wszelkich dóbr pod dostatkiem, to jeszcze ich przewoźnicy doskonale wiedzieli jak jechać by nie zabłądzić i w jakich miejscach stawać na popas czy nocleg. Bez wątpienia w Południowej Puszczy można było się zgubić, zwłaszcza zapuszczając się tak głęboko.

Teraz wozy wesoło podskakiwały po bardzo nierównej leśnej drodze, jadąc jeden z drugim. Ścieżka była bardzo wąska, toteż nie dało się jechać inaczej. Nawet konni mieli problemy, by jechać równo z wozem.


- No szlachetni panowie i śliczne panie! Już jesteśmy blisko celu! - krzyknął Ferdinand z wozu który przewodził karawanie, do grupy poszukiwaczy przygód.

Cała kompania jakby się ożywiła na te słowa. Siedząca obok Ferdinanda na koźle kobieta przeciągnęła się i ziewnęła głośno. Nazywała się Astearia Darett i zajmowała się sztukami magicznymi z czym kompletnie się nie kryła. Była zmęczona już tą jazdą, toteż bardzo ucieszyła ją wiadomość, że męcząca podróż już się kończy. Spojrzała za siebie i uśmiechnęła się szeroko, do niziołka i półelfa, którzy właśnie skończyli grać w kości. Niziołek - Mago Leatherleaf - miał tylko jednego konkurenta w kości, który był w stanie czasem z nim wygrać w całej tej zgrai. Był to właśnie ów półefl - Rulius Jezzar, który z zamiłowania jak i z profesji był bardem. Obok ich wozu, dumnie wyprostowana jechała Riviella Shi’nayne. Pełna gracji i niezależnie od warunków zawsze piękna Paladynka Sune nie wykazywała śladów zmęczenia, zupełnie tak samo jak wiecznie cichy Liadon Arinya, który tak jak Riviella był elfem. Liadon w napierśniku, z mieczem przy pasie oraz łukiem i tarczą na plecach wyglądał na zaprawionego wojaka, którym był w rzeczywistości, a jechał na koniu pomiędzy drugim, a trzecim wozem. Z grupy poszukiwaczy przygód to właśnie ta piątka znała się najdłużej. Poznali się w drodze, gdy zmierzali na "Smoczą Obławę" i razem przepędzili małą bandę goblinów, która grasował na tamtejszych traktach. Walka mimo, iż banalna dla tak doświadczonych awanturników zacieśniła jednak dość mocno ich więzy i w ten sposób połączyli się już wtedy w drużynę.

Obok Liadona, na lekkim bojowym koniu, który posiadał dźwięczne imię Zygryf jechał człowiek imieniem Tengir. Wojownik lubiący milczeć, tym razem zrobił wyjątek. Cofnął się lekko i obudził dziewczynę, która siedziała na wozie, oparta o skrzynkę z serami. Dziewczynie nazywała się Carmellia i była tropicielką. Z Tengirem poznała się, gdy ten został zaatakowany przez piątkę zbójców na gościńcu. Szła wtedy przez las i zobaczyły zbójów jak atakują samotnego wędrowca, więc postanowiła mu pomóc. Po przegonieniu napastników postanowili dalej ruszyć razem, oczywiście chodziło tylko o większe bezpieczeństwo. Jeśli już mowa o tropicielach, to w grupie była jeszcze jedna poszukiwaczka śladów - Risha Cordia. Gdyby spojrzeć na obie kobiety, ktoś móglby pomyśleć, że albo są siostrami, albo miały wspólnego nauczyciela. Nie dość bowiem, że zajmowały się tym samym, to jeszcze ich styl walki był bardzo podobny, jeśli nie identyczny, a do tego obie w czasie potyczek sięgały po sejmitary. Risha poznała się z resztą dopiero w czasie Obławy. Tak samo zresztą jeśli chodziło o innego człowieka będącego wojownikiem - Serapha. On jako jedyny z wszystkich obecnych w karawanie miał przyjemność choć się spocić w czasie walki ze smokiem. Musiał bowiem dwukrotnie unikać jego ogona, a gdy już miał się na stwora zamachnąć, nagle nie wiadomo skąd wpadł na niego jakiś gruby człowiek zwalając go z nóg. Jak pech to na całego, gdyż dumny wojownik upadł plecami w odchody jakiegoś sporego zwierza.
Wraz z nimi i niziołkami podróżowała jeszcze jedna osoba, którą też mieli okazję poznać w karczmie. Była to bardzo stara ludzka kobieta, lekko przygarbiona, a którą wszyscy nazywali Babcią Danusią. Okazało się, że ta sędziwa kobieta miała spora wiedzę na temat zielarstwa oraz historii. Nie raz prowadziła długie dysputy na jej temat zarówno z niziołkami jak i z mistrzem lutni Ruliusem. Teraz zaś siedziała na wygodnych materiałach i głaskała swojego kota.

Dziewiątka podróżników, trzynastka detalistów i jedna stara kobieta. Teraz wszyscy oni zaczęli się lekko krzątać i rozmawiać. Po chwili wozy wyjechały z gęstego lasu i na wszystkich padły promienie słońca, niektórych oślepiając tak samo, jak wtedy, gdy wychodzi się z ciemnej piwnicy. Oczom wędrowców ukazała się drewniana palisada, wysoka na jakieś dziesięć stóp i ciągnąca się w obie strony, dość daleko. Kiedyś pewnie była dość wytrzymała, ale upływ czasu, a także działalność korników mocno dały się jej we znaki. Drewniane wrota były zamknięte i Ferdi jak nazywali "Głównego Detalistę" wszyscy członkowie karawany, musiał się dość długo wydzierać, by ktoś w końcu się ruszył i je otworzył.



Karawana wjechały do leśnej osady, która była naprawdę rozległa. Parterowe domki poustawiane były nierównomiernie, w różnych odległościach. Niektóre miały ogródki, inne obrośnięte były bluszczem. Między zabudowaniami znajdowały się drzewa, czy różnorakie krzaki oraz wydeptane ścieżki. Gdzieś na północnym zachodzie mignęła też tafla jeziora. Główna droga, była bardzo szeroka i prowadziła od bramy południowej do północnej, przez sam środek Południowych Dębów. Grupka obcych w tym kilku zbrojnych wzbudziła sporą sensację. Dzieci wybiegały ze swoich domów by się przypatrzyć, młode dziewki uśmiechały się szeroko do Liadona i Ruliusa, a młodzieńcy wzdychali ciężko, widząc urodę Astearii, Rivielli czy łowczyń. Dojrzalsi mieszkańcy mieli za to niejednolite miny, wyrażające tak różne emocje na twarzach jak zachwyt, lęk, pogarda czy nadzieja?




- Tak jak wam mówiłem. - powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha nizołek. - spokoju naszej mieściny nic nie zakłóca. List burmistrza pewnie dotyczył czegoś błahego, a wy taką zbrojną bandą tu przyjechaliście. Ale towarzysze z was przedni, a mieszkańcy Dębów są przyjaźni, więc na pewno się wam u nas spodoba. A tu się zatrzymacie. - wskazał na bardzo duży drewniany budynek, jedyny posiadający piętro. Wyglądał o wiele zbyt okazale jak na takie miasteczko. Nad wielkimi drzwiami wisiał szyld przedstawiający przekreślony topór. Napis głosił "Pod Złamanym Toporem".

- Karczmę tą wraz z córką prowadzi stary i bardzo przyjazny krasnolud o imieniu Eberk. - mówił gdy grupa schodziła z koni i wozów. - Jest to co prawda jedyna karczma w naszej mieścinie jak i w okolicy, ale też najlepsza w jakiej kiedykolwiek byłem, a bywałem w wielu. Jedynym problemem może być brak miejsc, ale jestem pewien, że gospodarz temu zaradzi. Końmi się zaopiekujemy, jakbyście nas szukali, to nasza dzielnica znajduje się na północy wioski. Natenczas bywajcie! - rzekł kupiec po czym pomachał reszcie i pojechał dalej wraz z resztą pobratymców.

Tymczasem grupa weszła do środka. To co zobaczyli na pewno ich zaskoczyło. Znajdowali się w przestronnej sali, gdzie stało dobrze ponad dwa tuziny okrągłych stolików, przy których mogło zmieścić się do czterech osób. Oprócz tego po lewej i prawej ścianie stały długie stoły z ławami przy których mogło usiąść tuzin albo i więcej biesiadników. Na przeciw wejścia, zza stolikami znajdował się długi szynkwas. Karczma pełna była ludzi. Jedni jedli, a patrząc na to jakie zapachy krążyły można było się spodziewać, że dania tu serwowane są smaczne. Inny pili i opowiadali sobie sprośne historyjki. Dziwne jednak było to, że tylko mniej więcej połowa bywalców miała radosny humor. Druga zaś połowa była dziwnie niemrawa. Co ciekawe, na początku nikt nawet nie zauważył dość nietypowej zgrai, która zawitała w tym przybytku. Dopiero po chwili zapanowała cisza, po której nastąpiły głośne szmery i szepty. Tym razem u wszystkich bez wyjątku.

- Witooojcie przibysze! - ryknął nagle krępy brodacz, który wyrósł jakby z podziemi. Krasnolud miał na sobie brudny fartuch, który kiedyś pewnie był biały. Na jego zaawansowany wiek wskazywały zarówno zmarszczki, jak i siwa broda i włosy. Był dobrze zbudowany, choć wiek mocno go już osłabił.
- JJjjjjeeestemmm EBERk! Fłaściciel tej gozpody! Witojcieee ! - krzyczał głośno gospodarz przybytky. Po jego sposobie mówienia oraz po tym, jak mocno nim chwiało, wszyscy od razu uświadomili sobie, iż Eberk jest bardzo wstawiony. Starzec nagle wybałuszył oczy, po czym zgiął się wpół i zwymiotował czymś brązowym pod jeden ze stolików. Piękne przywitanie gości.


Nikt nie wiedział co zrobić, gdy do wymiotującego, podeszła młoda kobieta tej samej rasy co on. Miała na głowie chustę i ubrana była w skórzany i pewnie bardzo drogi fartuch. Jej twarz wyrażał ogromną złość.



- Katie! KATIE! Gdzie jesteś cholera! Weź mojego starego i zaprowadź go do pokoju! No już, za co Ci płacę co?! - krzyknęła głośno i zaraz przybiegła dziewczyna, która błyskawicznie wzięła Eberka pod ramię i poprowadziła go gdzieś za ladę.

- Przepraszam za to... - burknęła krasnoludzica, mierząc wszystkich nowo przybyłych od stóp do głów. - Rozumiem, że coś zjecie i wypijecie, tak? To siadajcie. - powiedział wprost i nieco gburowato kobieta, po czym odwróciła się i odchodząc krzyknęła. - Marie! Zajmij się gośćmi, ale tempo!

W karczmie znowu zrobiło się głośno.

Zza lady wyszła młoda dziewczyna i powolnym krokiem podeszła do dziesięciu przybyszy. Miała na sobie ciemno różową sukienkę, bardzo podkreślającą jej talię oraz krągłości, a było co podkreślać. Brązowe, lekko kręcone włosy miała rozpuszczone, a sięgały jej do łopatek. Duże kolczyki podkreślały jej szyję. Uśmiechnęła się szeroko do każdego, dłużej zatrzymując wzrok na Ruliusie oraz na Tengirze po czym zebrała zamówienia.


Dziesięć osób zaczęło dostawać swoje zamówienia, a realizowały je i Marie i Katie, które także ustawiły stoły w ten sposób, by ała dziesiątka mogła razem usiąść. Obie dziewczyny były prześliczne i młodziutkie, ale różniły się od siebie znacząco. Ta pierwsza przede wszystkim miała widoczne cechy elfich przodków. Bardzo pewna siebie lubiła eksponować swe piękno. Patrzyła z wyższością na "niemodnie" ubrane tropicielki, za to panów obdarzała częstymi uśmiechami, a Tengirowi puściła nawet oczko.

Katie za to była skromną dziewczyną, która mimo iż uśmiechała się mniej, to obdarzała uśmiechem szczerym i serdecznym.


Duże brązowe oczy z ciekawością patrzyły na niecodzienną drużynę. Długie, proste włosy były dłuższe niż u drugiej kelnereczki. Ubrana w zieloną sukienkę, z wysoko zapiętym kołnierzem. Nie miała na sobie żadnej biżuterii.

Gdy dziewczyny w końcu przyniosły wszystko co przynieść miały, zajęły się innymi klientami, którzy już wołali o piwo i strawę. Zmęczeni wędrowcy w końcu mieli więc szansę odpocząć, zjeść coś porządnego oraz porozmawiać.
 
__________________
"Stajesz się odpowiedzialny za to co oswoiłeś" xD

"Boleść jest kamieniem szlifierskim dla silnego ducha."

Ostatnio edytowane przez Thanthien Deadwhite : 30-04-2009 o 12:35.
Thanthien Deadwhite jest offline  
Stary 29-04-2009, 09:02   #2
 
Buka's Avatar
 
Jako Katie i Marie

Nastał kolejny, zwykły dzień, niewiele różniący się od poprzednich. Eberk znów zalał się pędzonym w piwnicy Krasnoludzkim "ale", do karczmy witali stali bywalcy, a jego córka jak zwykle była wredna i pyskata. Słowem nic nowego, do momentu pojawienia się popołudniem "Pod złamanym toporem" naprawdę licznej grupy podróżnych. Kogo wśród nich nie było, Elfy, Elfki, ludzie, a nawet Niziołek, i mocno opancerzeni i lekkozbrojni, wyglądający na wojaków i magików, i choliba wie kogo jeszcze, zarówno kobiety jak i mężczyźni, a ukoronowaniem wszystkich była wyjątkowo sędziwa babunia.

Wpakowało się więc liczne towarzystwo najpewniej zmęczone odbytą podróżą, po czym zaczęto składać zamówienia. A więc jak zwykle piwo i wino, coś do przegryzienia, ciepłe oczywiście najlepiej... .

***


Krzątającą się właśnie po kuchni Katie wyrwał z wykonywanych czynności krzyk Dagnal, Krasnoludzka córa oznajmiła właśnie fakt zwymiotowania jej ojca na podłogę przed gośćmi przebywającymi w karczmie, a zrobiła to oczywiście w wyjątkowo "subtelny" i typowy dla siebie sposób. Nie pozostawało więc nic innego jak chwycić za wiadro i szmatę, by posprzątać te obrzydlistwa.

Po wyjściu z kuchni ujrzała naprawdę sporą grupę, co ją nieco przestraszyło. Wielu z nich wyglądało dosyć groźnie, do tego te miecze przy pasach, a Eberk mocno wstawiony. Nie dała jednak po sobie niczego poznać, szybko uporała się ze sprzątaniem, a na szczęście Marie przyjęła zamówienia od licznej grupy, po czym powróciła do kuchni, by przygotować zamówione jadło i napitki.

W noszeniu wszystkiego do stołów już pomóc musiała, unikała jednak kontaktu wzrokowego i gapienia się na nowych gości przybytku, sama jednak przed sobą musiała przyznać, że niektórym dobrze patrzyło z oczu, jeden czy dwóch byli nawet przystojni, a kobiety w tej grupce wprost przepiękne. Nieco zazdrościła im takiego życia, przeżywania przygód, a przede wszystkim możliwości paradowania w tak wyszukanych strojach, na które by chyba jednak nie miała odwagi... .

Zauważyła również u jednego z mężczyzn lutnię, na którą bardzo często spoglądała z daleka, zajmując się po chwili już innymi gośćmi karczmy... .

***


Obsługująca bywalców "Pod złamanym toporem" Marie, niemal aż się zapowietrzyła na widok wkraczających do środka osób. Przede wszystkim kilku z mężczyzn wyglądało całkiem obiecująco, co wywołało na jej ustach spory uśmiech, który nie zgasł nawet mimo kolejnego zrzędzenia Dagnal, i tym razem nawet jej ochoczo posłuchała, ruszając do dużej grupy podróżnych, by przyjąć od nich zamówienia.

....

Jakiś czas później, gdy "nowi" już nieco pojedli i popili, a pozostali goście zaś również już nie wymagali od niej intensywnej krzątaniny przy stołach, postanowiła wykorzystać okazję, i podeszła do nowo przybyłych, przygładzając nieco mały fartuszek i sukienkę w talii. Stanęła tuż za Liadonem uważnie spoglądając na zebranych przy stole, po czym poprawiła burzę swoich włosów, sporo z nich chowając za prawe ucho, dzięki czemu wiele osób miało okazję podziwiać jej dosyć krótkie, niby-Elfie uszko.

Młoda kobietka prezentowała się w całości dosyć interesująco, czego dopełniały wyszukane ozdoby, z górującym ponad wszystko kwiatem we włosach.

- Smakowało? - Spytała miłym głosikiem, i równie słodkim uśmiechem - Może jeszcze coś podać, dolać piwa lub wina?. A dzielni podróżnicy pewnie zmęczeni trudami szlaku, kąpiel by się przydała? - Niespodziewanie zrobiła krok bliżej Liadona, po czym... zaczęła masować jego kark, równocześnie nie przestając mówić, i wodzić oczkami po zebranych - Ciepła kąpiel z olejkami, przytulne izby i miękkie łoża, a na obolałe ciałko za drobną opłatką i masażyk się znajdzie.

Ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, puszczając równocześnie oczko do Tengira, a parę osób niemal się zakrztusiło słysząc co ta "kelnereczka" mówi.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 20-05-2009 o 23:34.
Buka jest offline  
Stary 29-04-2009, 10:52   #3
 
Raincaller's Avatar
 
Podróż przebiegła bardzo spokojnie i nie skradła zbyt wiele sił drużynie. Rulius był tym bardziej szczęśliwy, że chociaż zahartowany był w siodle to jego cztery litery z radością zaakceptowały fakt, że gościnność niziołków szła w parze z dostatkiem miejsca na ich wozach. Dzięki temu bez zrzędzenia mógł podziwiać uroki Kniei, na które jego elfie zmysły były bardzo wyczulone, w tym samym czasie zaznając rozrywki grając w kości z Mago. Obserwował od czasu do czasu kompanów starając się poznać ich lepiej. Dowiedzieć się czegoś ,co może okazać się przydatne w późniejszym czasie. Dotyczyło to w szczególności piątki, która dołączyła po ubiciu smoka. W głowie komponował też balladę, utwór sławiący piękną Sune i jej sługę, paladynkę podróżującą z nimi. To wszystko sprawiało, że czas płynął szybko, a miasteczko wyłaniające się zza drzew okazało się miłym zaskoczeniem.

Południowe Dęby wyglądały uroczo.Uderzały swą sielankowością i harmonią. Rulius czuł wewnętrzny spokój podziwiając liczne, proste zabudowania i gapiących się na nich mieszkańców. No no, mieszkanki też niczego sobie. - uśmiechnął się w myślach. Jak na przystojnego półefla przystało, niejedno kobiece spojrzenie skierowane było wyjątkowo ku niemu. Chociaż jego ubiór nie był nacechowany jakimiś rzucającymi się w oczy elementami. Typowe, dość lekkie skórzane odzienie i nie krępująca ruchów skórzana zbroja wzmacniana ćwiekami. Przy pasie spoczywał rapier i bicz, na ramieniu zawieszoną miał swoją ukochaną kuszę nacechowaną magicznymi właściwościami. Nie mniej ukochaną od kuszy mistrzowskiej roboty lutnię miał zawsze opartą o nogę, nie tracąc jej nigdy z pola widzenia. Jednakże wzrok kobiet przykuwały jego piękne elfie oczy naznaczone zielenią i długie kruczo czarne włosy. W połączeniu z jego sylwetką i interesującymi rysami twarzy sprawiały, że mógł być w odczuciu płci żeńskiej mężczyzną nieprzeciętnie atrakcyjnym. Obserwował otoczenie do czasu, jak wiecznie uśmiechnięty Ferdinand oznajmił wskazując gospodę, iż tutaj muszą się rozstać. Budynek sprawiał miłe wrażenie, to tez całą drużyna, w tym bard ochoczo ruszyli wabieni zapachami ulatniającymi się z okien. Wewnątrz gospoda jak każda inna. Przynajmniej Rulius nie czuł zaskoczenia w żadnym aspekcie. Zresztą ciężko było go zaskoczyć czymś takim, w karczmach spędził bowiem lwią część swego żywota. Po przywitaniu przez krasnoludzką spółkę, zajął miejsce przy sporym stole utworzonym z pomniejszych stolików przez obsługujących. Do przyjęcia zamówień wydelegowano kobietę, która swoja uroda zrobiła niemałe wrażenie na męskiej części drużyny. Barda jednakże przesadnie nie urzekła. Dziewczyna, która dołączyła do pierwszej kelnerki w roli pomocnika poruszyła jednak Ruliusa dogłębnie.

Chociaż z powodu swego selekcjonowania kobiet bard niejednokrotnie narażał się na problemy, to nie potrafił zagłuszyć wewnętrznego głosu, który zawsze bezczelnie oceniał urodę. Zawsze ten sam zmysł, nakierowany na porównanie z jego matka, przejmująco piękną elfką. Eh, ależ ty jesteś.... urocza. - wzdychał w myślach przyglądając się kelnerce obsługującej biesiadników. - Taka naturalna, taka prosta... Jakież piękno tkwi w prostocie. Skromna. - spoglądał na jej sukienkę, wyjątkowo wysoko zapiętą. - Nieoszlifowany diament, który w surowej postaci olśniewa blaskiem inne klejnoty. - uśmiechał się lekko zachodząc w głowę, jak by tu przypodobać się młodej niewieście. Po chwili dostrzegł jej ukradkowe spojrzenia, które skierowane były w stronę jego lutni. Ależ tak! - zakrzyknął w duchu.

Rulius wykorzystując rozluźnienie jakie zapanowało wśród towarzyszy po napełnieniu swych brzuchów i ukradkiem wyślizgnął się do kąta. Przysiadł na jedynym pustym stoliku, który kelnerki już zdążyły uprzątnąć i wziął lutnie do ręki. Rzucił jeszcze tylko jedno spojrzenie, żeby nabrać pewności, iż piękność, która pchnęła go ku muzyce nadal jest na sali. Zaczął grać.
Muzyka wydobywająca się z lutni

Umarły jeszcze będę wielbić ciebie
I nie zapomnę pod ziemią, czy w niebie,
O twej jasności

Boś ty mi była nie próżnym marzeniem,
Nie bańką zmysłów tęczowej nicości,
Lecz byłaś ducha ożywczym pragnieniem
Wiecznej miłości!

Nie otoczyłaś mnie pieszczotą senną,
Ani też falą spłynęłaś płomienną
Na pierś stęsknioną,

Nie wprowadziłaś mnie na róż posłanie,
Gdzie tylko ciała w upojeniu toną,
Lecz mi piękności dałaś pożądanie,
Moc nieskończoną.

Po tej, zagrał kolejną i następną. I tak grał, zerkając tylko na piękną niewiastę, w myślach rozkoszując się jej uśmiechami.
 
__________________
"Tylko silni potrafią bez obawy śmiać się ze swoich słabostek." - W.Grzeszczyk

Ostatnio edytowane przez Raincaller : 29-04-2009 o 12:23.
Raincaller jest offline  
Stary 29-04-2009, 11:36   #4
 
abishai's Avatar
 
Tengir...wojownik, który nie walczy. Tak, mogłaby go określić Carmellia, która wszak znała go najdłużej. Nie można mu było odmówić wprawy we władaniu rapierem, który nosił przy pasie, ale można mu było odmówić talentu. Niewątpliwie jest wielu lepszych wojowników na świecie od Tengira. Z czego ten wydawał zdawać sobie sprawę, po rapier sięgając rzadziej, a częściej do torby sztuczek, którą nosił, bądź do kieszeni mistrzowskiego bandoletu, z którego wyciągał różne „niespodzianki”. W sumie był jak rapier, który nosił...nie służył do nawały uderzeń we wroga, raczej do precyzyjnych, acz pojedynczych ciosów. I był milczący, zwłaszcza, jeśli chodziło o niego samego. Nigdy nie wyjawił, czemu przybrał przydomek Kruk, ani skąd pochodzi. Nigdy nie powiedział swego prawdziwego nazwiska. Jedynie wspomniał, iż trudnił się ochroną kupców, podczas negocjacji handlowych...Gdzie dobre maniery i charyzma były równie ważne, jak umiejętności walki. Przydomek Kruk zresztą dobrze do niego pasował. Ciemne szaty, osłonięte elfią kolczugą, ciemny płaszcz. Na szyi jedna ozdoba, złoty łańcuch ozdobiony kilkoma kulami z tegoż kruszcu. Nie pasująca jednak do Tengira, więc noszona zapewne ze względów czysto praktycznych. Jak mistrzowski bandolet w pasie, czerwona torba sztuczek oraz rapier. Ciemny płaszcz natomiast, idealnie pasował do niego rozkładając się niczym skrzydła kruka, zwłaszcza gdy galopował na Zygryfie.
Dość długie popielato-blond włosy jakoś nie mogły nadać cherubinowej otoczki ostrym rysom Tengira, tym bardziej że prawą cześć jego twarzy przecinała pionowa blizna. A szare oczy, patrzyły przenikliwie.

Podróż upłynęła spokojnie i Tengir spoglądał za swoje plecy, rzadziej niż dotychczas. Co go w duchu niepokoiło. Źle by się stało, gdyby spokojny okres za bardzo uśpił jego czujność...Źle dla niego, oczywiście. Niziołki były oczywiście gadatliwe ale i zapobiegliwie. Przy nich ciężko było odczuć istnienie czegoś takiego jak głód. Gdyby nie podróż większość członkow drużyny, mogłaby się dorobić całkiem sporych brzuszków. Niemniej dotarli do celu w dość komfortowych warunkach. Południowe Dęby okazały się spokojną osadą...niezbyt nadającą się na scenę dla dramatycznych wydarzeń. Gdzie te rozbiegane spojrzenia? Gdzie zniszczone budynki, płaczące matki? Gdzie atmosfera zagrożenia? Ciężko będzie ułożyć bardowi, pieśń na temat bohaterskich działań dzielnej drużyny. Co akurat cieszyło Kruka. Rozgłos nie był tym, co lubił.

Kierując się poradami niziołka dzielna drużyna dotarła do karczmy „Pod Złamanym Toporem” i powitana w dość niecodzienny sposób. Jedynym komentarzem Tengira do wymiocin krasnoluda, było drgnięcie brwi i nic więcej. O wiele bardziej od rzucającego się w oczy krasnoluda, interesowali go inni bywalcy karczmy. Czy nie przyglądają im się zbyt nachalnie, lub zbyt skrycie? Czy poza zwykłą ciekawością, w ich spojrzeniach nie kryje się coś więcej. Czy nie szepczą podejrzliwie?

Zasiedli przy stole i gdy przyszła kelnerka, złożyli zamówienia. Tengir odwzajemnił uśmiech kelnerki, spoglądając na nią swym przenikliwym wzrokiem. Jego umysł już próbował rozgryźć znaczenie tego sygnału. Choć twarz wyrażała raczej pogodny nastrój. Ale twarz i myśli najemnika, chodziły często innymi drogami.
- Coś lekkostrawnego ze specjałów tutejszej kuchni poproszę.- rzekł Tengir.- i może...odrobinę wina.

Zamówiony posiłek jadł w milczeniu, jak zwykle zresztą. Pod maską spokoju myśli jednak krążyły jak gnane wiatrem burzowe chmury. Nie widział oznak kłopotów. Znaczy to że albo nie dosięgły mieściny. Albo były wyolbrzymione, jak niedawno owy smok.
Po posiłku przybyła Marie i zaczęła kusić...Ładniutka dziewczyna zaczęła masować Liadona, widać że wpadł w jej oko. Puściła jednak oko w kierunku Tengira.
Najemnik uśmiechnął spoglądając na tą sytuację. A więc o to chodziło. Marie lubi przystojnych mężczyzn, ale bardziej preferuje hojność swych kochanków nad ich urodę.
Cóż...nawet jeśli w jej wypowiedzi nie kryją się żadne dwuznaczności, to i tak wizja kąpieli z olejkami i masaż zrobiony przez wprawne kobiece dłonie, była przyjemna. Zwłaszcza pod tak długiej podróży w siodle.
- Ciepłe łoże i ciepła kąpiel, oraz masaż...to luksusy warte swej ceny.- stwierdził Tengir patrząc wprost w oczy Marie, następnie dodał do grupy.- Poza tym, nie widzę powodu byśmy nie wypoczęli po podróży. A z rana poszukali tutejszego burmistrza.

Tymczasem bard rozpoczął gody, w typowy dla tej profesji sposób. Wybrał odpowiednie miejsce i rozpoczął śpiewać i grać na lutni, przyciągając spojrzenia kobiet i uszy obu płci.
Tengir czuł się bezpieczny przy Ruliusie. Przyciągał on uwagę wszystkich, więc odciągał uwagę od Tengira. I łatwiej było mu wyłowić z tłumu podejrzane elementy.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 29-04-2009 o 12:14.
abishai jest offline  
Stary 29-04-2009, 13:57   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Liadon rozejrzał się dokoła.
Las był dość cichy, lecz nie wyczuwało się w tej ciszy żadnego niebezpieczeństwa. Wyglądało na to, że ptaki ucichły na chwilę tylko i wyłącznie z powodu przejeżdżającej karawany.
I trudno było się dziwić - skrzypienie wozów i gwar rozmów musiał działać zniechęcająco na wszystko, co żywe.
Na niego również, ale on, w przeciwieństwie do ptaków, nauczył się takie hałasy ignorować. Przez te parę lat wędrówek po szerokim świecie zdążył się nieco przyzwyczaić.
Poza tym towarzystwo kupców miało pewne zalety.


Na moment wrócił myślą do listu burmistrza.
Co takiego groziło Południowym Dębom, że trzeba było wzywać najemników.
Potwory z Wrzosowiska? Orki, hobgobliny? Trole?
Zenthowie z Llorkh? To by było dziwne.
Kolejny smok?
'Plugastwo' było słowem, którym można było objąć bardzo wiele stworów i ludzi.
Z drugiej strony warto nie było nad tym się zastanawiać, przynajmniej w tej chwili. Ze słów Ferdinanda wynikało, że osada jest tuż tuż.
I była.

Wiekowa palisada wyglądał na nieco nadgryzioną przez robactwo i gdyby miała stawić czoło jakimś napastnikom, to jej żywot z pewnością nie byłby długi.
Poza tym jakimś dziwnym trafem nikogo nie było przy bramie. Co było objawem dość dziwnym, jak na zagrożoną przez kogoś lub coś osadą. Może ataki mają miejsce nocą?

W końcu brama otworzyła się z przeraźliwym skrzypieniem.
Dwaj ludzie, którzy otworzyli bramę, nie wyglądali na strażników. Raczej na zwykłych mieszkańców, na których akurat przypadł niemiły obowiązek.

Sama osada nie wyglądała zbyt wspaniale, ale dla oka leśnego elfa ilość znajdującej się wewnątrz palisady zieleni była całkiem przyjemna.
Gospoda również wyglądała całkiem nieźle. Chociaż... na zbyt okazałą nie wyglądała, przynajmniej jeśli chodziło o piętro... Mogło być kiepsko z noclegiem.

- Powiadomię burmistrza, że przyjechaliście - zawołał Ferdi na pożegnanie.


Stajenny, pryszczaty młodzieniec, ukłonił się, gdy Liadon wszedł do środka prowadząc Wilwarina.

- Zajmę się nim, jak swoim własnym - powiedział chłopak, spoglądając na karego ogiera.

Brzmiało to ciekawie, ale Liadon nie obawiał się, że wierzchowiec zmieni właściciela. Wilwarin był na tyle wyszkolonym koniem, że nie słuchał zbyt wielu osób poza nim.
Liadon rozsiodłał wierzchowca.

- Trzymaj! - rzucił chłopakowi srebrną monetę. - Jeśli się dobrze sprawisz, dostaniesz następną.

Zaskoczenie odmalowało się w oczach chłopaka. Pewnie nieczęsto miał okazję na dodatkowy zarobek.

- Dziękuję, panie. - Ponownie się ukłonił. - Zadbam o niego... Znam się na koniach.


Odrobina czystości nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
Trudno było przypuszczać, że w karczmie dadzą gościom wodę do umycia rąk. Dlatego też przed wkroczeniem w gościnne niewątpliwie progi gospody Liadon umył twarz i ręce w wodzie nabranej ze stojącej przed gospodą studni.
A potem jeszcze raz się rozejrzał.
Nic nie mąciło obrazu sielskiej, ukrytej w środku lasu osady.


Gdy Liadon wszedł do sali można było mu się dokładnie przyjrzeć.
Był, jak na elfa, dość wysoki. Z otoczonej długimi, brązowymi włosami twarzy o odcieniu jasnej miedzi spoglądały na zgromadzonych ciemnobrązowe oczy.
Chociaż podobnie jak reszta dopiero co zakończył podróż, na jego skórzanych butach i spodniach, podobnie jak na elfickiej roboty napierśniku, nie było nawet odrobiny kurzu.
Okalający biodra pas spięty był klamrą w kształcie srebrnego liścia, co tych wszystkich, co znali jego imię, nie powinno dziwić.


Wizyta w stajni sprawiła, że wszedł do sali jako ostatni. Najlepsze miejsca, przy ścianie, były już zajęte. Ale i tak z tego miejsca, przy którym usiadł Liadon, można było obserwować nie tylko wejście, ale i znaczną część sali.
I chwiejącego się za ladą Eberka.
Na szczęście to nie on był kucharzem.
Dzięki temu to, co dostali do zjedzenia smakowało tak, jak zapowiadał wcześniej Ferdi.


Dotyk dłoni dziewczyny był pewnym zaskoczeniem, dość nawet przyjemnym, jednak Liadon nawet nie mrugnął okiem. Całkiem jakby co dzień, w każdej gospodzie, otrzymywał takie propozycje.
Olejki? Masaż? To raczej nie było mu potrzebna. Ewentualne nie wyrażone słownie oferty również go nie interesowały.

- Za masaż dziękuję. - Uśmiechem złagodził odmowę. - Za olejki również.

Z czystej uprzejmości nie powiedział, co myśli o takim pomyśle, jak perfumowana kąpiel.

- Za to z kąpieli chętnie skorzystam. Ciepła woda mi wystarczy. Oddychanie kurzem to średnia przyjemność.

Prawdę mówiąc nie było po nim widać, że podróżował po zakurzonym trakcie.

- No cóż... - Odezwała się, wciąż masując kark elfa, choć już nieco słabiej, wodząc wzrokiem po innych zebranych przy stole - Kąpiel będzie, będzie...

- Czy mogłabyś poprosić za chwilkę swoją szefową? Chcielibyśmy porozmawiać o noclegu.

Młoda kobieta dziwnie westchnęła i, rzuciwszy okiem na składającego inną niż Liadon ofertę Tengira, poszła po chwili zawołać kogo trzeba.
Za moment przyszła krasnoludzka kobieta, ta sama, która wydawała wcześniej polecenia obu ludzkim kobietkom. Marie nie podeszła wraz z nią. Zgromiona wzrokiem swej szefowej wzięła się do pracy i z zapałem, może udawanym, zaczęła pucować sąsiedni stół. Praca ta nie przeszkadzała jej w spoglądaniu ukradkiem na Tengira. I przysłuchiwaniu się rozmowom.

- O co chodzi? - spytała dosyć zimnym tonem krasnoludka.

- Chcielibyśmy wynająć pokoje na noc - powiedział uprzejmie Liadon, nie speszony tonem wypowiedzi. Dlaczego gospodyni była niemiła i niesympatyczna, jakby nie zależało jej na gościach? Ten problem na razie pozostawał zagadką. I mógł pozostać. Akurat na rozwiązaniu tego problemu Liadonowi nie zależało. Nawet niemiła obsługa nie wykluczała smacznego jedzenia i czystej pościeli.

- Pokoi mamy pięć, w dwóch z nich po dwa łoża, w dwóch po jednym dużym, jest jeszcze malutka izdebka dla jednej osoby. Za pobyt i trzy posiłki na każdy dzień po dwa złocisze od osoby bierzemy, płatne z góry. - Niemal wyrecytowała.

Niezbyt miła i sympatyczna gospodyni, brak zaufania do klienta... Gdyby nie konieczność rozmowy z burmistrzem Liadon nie zabawiłby tu ani chwili.

- W takim razie dla mnie pokój z dużym łóżkiem i kąpiel - złożył zamówienie Liadon. - I już płacę.

Sięgnął do sakiewki i położył na stole dwie złote monety.
W oczach gospodyni błysnęła chciwość. A pieniądze zniknęły ze stołu tak szybko, jakby ich nigdy nie było.
Kobieta spojrzała na pozostałych, jak by oczekując ich deklaracji.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 29-04-2009 o 13:59.
Kerm jest offline  
Stary 29-04-2009, 18:29   #6
 
Aveane's Avatar
 
Stukot kości na drewnie specjalnego pudełka oznajmiał, że ktoś gra w kościanego pokera. Rozległ się krótki śmiech, a zaraz po nim okrzyk:
- No nareszcie, Ruliusie! Myślałem, że do końca dnia będziesz miał problemy!
Głos należał do Mago Leatherleafa, wysokiego, jak na swoją rasę, niziołka. Sięgnął ręką do swoich krótkich włosów barwy dojrzałego kasztana i poczochrał je jeszcze bardziej, niż były do tej pory. Szare oczy uśmiechały się ciepło do Jezzara, a usta im chętnie wtórowały. W zasadzie uśmiech bardzo często gościł na jego ustach. Słońce grzało, więc najmniejszy z drużyny pomachał trochę swoją lnianą koszulą, żeby schłodzić choć trochę ciało. Podwinął lekkie spodnie wykonane z konopi, wstał z podłogi wozu i lekko wskoczył na barierkę wozu. Przykucnął na niej, bezproblemowo zachowując równowagę. Wszystkie wstrząsy i zmiany prędkości kontrował delikatnym balansem ciała, efektem długich treningów i wprawy. Nachylił się pomiędzy Ferdinanda a Astearię, by po chwili tę drugą poczochrać lekko po głowie.
- Nuda uderza ci do głowy, Mago?
- A widziałaś, żeby mi się kiedykolwiek nudziło? - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Chyba tylko, jak śpisz - Aria zaśmiała się, odwracając głowę w jego stronę.
- Oj, byś się zdziwiła - zawtórował śmiechem. - Sny mam bardzo interesujące. Na przykład kiedyś mi się śniło, że wielkie ciastko z czekolady przyszło do mnie i krzyczało "zjedz mnie, zjedz mnie!". A co ciekawe, to ta czekolada nie była czekoladą, tylko pyszną polewą o smaku brandy. No i jak je zjadłem, to mi tak brzuch urósł, że rodzice dali mi przydomek Brzuchacz, jak jakiemuś gnomowi. To im powiedziałem, że nie jestem Brzuchaczem i na dowód tego mogę im przyprowadzić prawdziwego Brzuchacza. To poszedłem do lasu, do matecznika, i powiedziałem niedźwiedziowi, takiemu grubemu, żeby ze mną poszedł. A on odpowiedział, że jestem na to za mały i mnie zdepnie po drodze. Zripostowałem, że pojadę na jego grzbiecie. Zgodził się dopiero, jak wygrałem z nim pojedynek siłowy. Wyobrażasz to sobie? Pojedynek z niedźwiedziem! Szkoda, że to tylko sen był. No ale jeśli to by nie był sen, to chyba bym z nim nie gadał, co? – podrapał się niepewnie po głowie.
Kobieta parsknęła śmiechem.
- Gdyby to nie był sen już dawno skończyłbyś jako jego przekąska – urwała na chwilę, obcinając niziołka uważnym spojrzeniem. – Chociaż nie. Jest cię za mało jak na przekąskę.
- Śmiej się z mniejszych, a co - zmarszczył brwi i nos. - Wszyscy duzi się z nas śmiejecie, co nie, Ferdinandzie?
- Tak samo, jak my z nich, ale to my mamy rację - powiedział przewodnik karawany, po czym wybuchnął śmiechem.
- A skąd ta pewność? – odrzekła zaklinaczka, obrzucając siedzącego obok na koźle uważnym spojrzeniem.
- Lata doświadczeń, złotko - odpowiedział Brandysnap z przymilnym uśmiechem.
- O właśnie, otóż to! Tu muszę się zgodzić! - zakrzyknął Mago i poklepał drugiego niziołka po plecach, gratulując riposty.
- A ja się nie zgodzę - Astearia mruknęła cicho, kręcąc głową ze śmiechem.
- To się nie zgadzaj - wytknął dziewczynie język, po czym zeskoczył z barierki na wóz. Aria odpowiedziała mu tylko jeszcze głośniejszym śmiechem. Leatherleaf wziął się natomiast do polerowania swoich misternie zdobionych sztyletów. Podczas walki poruszały się one błyskawicznie w rękach małego akrobaty, a ten efekt potęgowało jego skakanie z miejsca na miejsce. Był osobą, która wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało. Przez ludzi nazywany złodziejem, choć większość drużyny wiedziała już, że lepiej nie mówić tego głośno, przynajmniej przy nim. Była to jedna z nielicznych rzeczy, które mogły go zdenerwować.

Przerwał polerowanie sztyletów dopiero, gdy wszyscy musieli wysiąść. Po co oni tachają ze sobą te konie? Wystarczy zwykły loch i konia już trzeba zostawić na zewnątrz. Przecież to jest niepraktyczne! Nie lepiej się po prostu przejść? Pokręcił lekko głową i raźno ruszył do gospody. Pierwsze, co go uderzyło, to lekki zaduch panujący w środku. Dopiero później zwrócił uwagę na zgromadzonych. Sporo ich, ale to i lepiej. Więcej ludzi do zabawy. W karczmie po krótkiej chwili zapanowała przenikliwa cisza, którą przerwał swoim krzykiem i występem „ubawiony” gospodarz.

Gdy już wszyscy zasiedli do stołów, zaczęły się zamówienia.
- To teraz ja zamówię. Panienko, słuchajże uważnie. Udziec jagnięcy w ciemnym sosie grzybowym z bazylią i kolendrą. Ile to będzie kosztować?
- No dla takiego znawcy kuchni to będzie jedna złota moneta i siedem srebrnych. Oczywiście do tego ziemniaczki. Będzie to jednak posiłek dodatkowy ponad to, co zapłacicie na ewentualny nocleg i wikt. Podać?
- Ha, no jasne – wyjął z kieszeni małą sakiewkę przywiązaną do środka mocnym sznurkiem, po czym wyłożył dwie złote monety. – Przynajmniej więcej zjem. A reszta dla panienki, za fatygę. Marie zebrała resztę zamówień, a Mago w tym czasie spojrzał na drugą kelnerkę. Uśmiechnął się na widok jej szczerości i obdarzył ją ciepłym uśmiechem. Niziołek nie był przystojny ani nie miał w swoim wyglądzie niczego, co mogłoby zwrócić czyjąś uwagę, ale to pomagało mu w jego zajęciach. Mimo to udało mu się złapać na chwilę spojrzenie dziewczyny odzianej w zieleń, po czym z uśmiechem odwrócił wzrok i jak gdyby nigdy nic wdał się w rozmowę z Carmellią o sposobach trzymania dwóch oręży. Po posiłku zobaczył grającego Ruliusa. Dostrzegł, gdzie bard kieruje swoje spojrzenia i uśmiechnął się szeroko do niego, pokazując podniesiony kciuk.

Po chwili przyszła krasnoludzica, oferując pokoje. Mago słysząc to odczekał, aż Liadon skończy, wyjął ponownie mieszek, wygrzebał z niego dwie monety, położył je na stole i rzekł:
- Kąpiel ciepłą i zapachową, ale bez dodatkowych atrakcji – uśmiechnął się przebiegle, po czym zapytał z nutą niecierpliwego oczekiwania małego dziecka w głosie. – Kto idzie ze mną do podwójnego? Ostrzegam – podniósł palec w górę – nieprędko idę spać.
Jego oczy biegały po twarzach towarzyszy, a on sam czekał na odpowiedź.
 
Aveane jest offline  
Stary 29-04-2009, 21:04   #7
 
Penny's Avatar
 
Dwa tygodnie. To dużo by powiedzieć, że kogoś lubisz. Zbyt mało żeby poznać człowieka, wystarczająco dużo by poznać niziołka. By poznać elfa trzeba było spędzić z nim kilka, jeśli nie kilkanaście lat.
Astearia nie potrafiła powiedzieć, co myśli o swoich nowych towarzyszach. Byli malowniczą grupą, z których każdy reprezentował zupełnie inny charakter, jednak do tej pory nie doszło do żadnych spięć. Koegzystowali w zgodzie, choć Arię oszałamiała trochę liczba kręcących się wokół osób. Nigdy nie sądziła, że będzie podróżowała w tak licznej grupie. Ludzie i nieludzie niezbyt dobrze znosili jej obecność. A dokładniej spojrzenie świdrujących złotych oczu. Dlatego starała się nie patrzeć wprost na swoich rozmówców, co zawsze sprawiało jej wielką przykrość. Czuła się tak, jakby próbowała ich okłamać.
Ubrana była skromnie i widać było, że ubrania nie są nowe, choć na pewno zrobione z dobrych materiałów i świetnie skrojone. Obszerna ciemnozielona suknia ściągnięta była w pasie paskiem, kontrastując się z białą koszulą. Na ramiona miała zarzucony modny, brązowy płaszczyk z fantazyjną srebrną lamówką. Reszta jej dobytku znajdowała się na jednym z wozów, do którego zresztą przywiązany był jej koń.
Droga do Południowych Dębów prowadziła przez gęsty las. Wąski trakt sprawiał, że podróż przebiegała powoli, w niemal leniwej atmosferze podsycanej jeszcze przez wielkie apetyty niziołków. Astearia z przyjemnością oddawała się długim rozmowom z kupcami, głównie ze względu na to, że jej rodzina robiła interesy w handlu. Teraz siedziała zamyślona na koźle obok Ferdinanda, rozkoszując się świeżym zapachem zieleni i słonecznym dniem, ale po prawdzie była już zmęczona. Z chęcią rozprostowałaby nogi, zjadła coś i wychyliła puchar dobrego wina.
- Słuchajcie jak ptaki wesoło śpiewają! – zakrzyknął jej towarzysz, wybijając ją z jej monotonnych myśli. Aria skinęła głową z lekkim uśmiechem i spojrzała w górę. Miała nadzieję, że polowanie Maela będzie owocne. Gdy przesunęła wzrokiem po ścianie lasu przez moment widziała go w słonecznej plamie. Nastroszone przez wiatr pióra były metodycznie układane. Astearia uśmiechnęła się lekko i spuściła wzrok, znów pogrążając się w swoich własnych myślach.
Nie trwało to jednak długo. Ferdinand znów zaczął coś wykrzykiwać. Ale zabrzmiało to o wiele bardziej obiecująco niż śpiew ptaków, wypełniający ich uszy od samego rana. Niedługo mieli wjechać do Południowych Dębów. Ziewnęła, przeciągając się mocno i spojrzała za siebie uśmiechając się do Mago i Ruliusa, którzy właśnie skończyli grać w kości. Mago swoim zwyczajem przyciągnął jej uwagę jakimś niespodziewanym gestem przyjaźni.
Po chwili wyjechali z lasu wprost na zalaną słońcem połać. Aria osłoniła oczy ręką, mrużąc je delikatnie i przerywając rozmowę. Osada wydawała się być przyjazna i dobrze zorganizowana. Astearia zeskoczyła z wozu i przeciągnęła się z błogością odrzucając na plecy brązowe włosy sięgające łopatek. Była średniego wzrostu, dość drobnej budowy. Dobrze jest rozprostować kości – pomyślała, zakładając włosy za ucho. Złote tęczówki Aasimarki kontrastowały się z ciemną oprawą oczu i brązowymi włosami. Nie była może zachwycająco piękna, jak jej elfie towarzyszki, ale miała w sobie coś, co przyciągało wzrok.
Ferdinand skierował ich, ku uldze Arii, do karczmy. Kobieta najpierw zadbała o to, by zabrać swoje rzeczy z wozu i odprowadzić konia do stajni, gdzie wcisnęła chłopcu złotą monetę by zajął się należycie jej wierzchowcem. Następnie skierowała się do karczmy, a tam - do stolika, który zajęli jej towarzysze.
Wkrótce podeszła do nich ubrana w ciemnoróżową suknię kelnerka, Marie. Astearia zamówiła dla siebie jakąś ciepłą zupę, którą zjadła z wielkim smakiem popijając słabym winem. Nie zwykła się upijać, więc nie narzekała na jego jakość. Ważne, że jest czym gardło przepłukać.
Kiedy zjedli przy ich stoliku znów pojawiła się Marie. Astearia prawie parsknęła śmiechem, gdy kelnereczka zaczęła wdzięczyć się do obecnych przy stole panów. To było żałosne widowisko i dobrze, że Liadon szybko je zakończył i dowiedział się jakie gospoda proponuje pokoje. To powinno ich teraz interesować, a nie amory. Inni mają na ten temat inne zdanie – pomyślała patrząc na przygrywającego w kącie barda.
- Ja wezmę ten drugi pokój z wielkim łóżkiem – zadecydowała Aria, uśmiechając się lekko. – I kąpiel. Najlepiej z olejkami, skoro Marie tak je zachwalała. I poproszę trochę do pokoju trochę wody do picia.
 
__________________
Nie rozmieniam się na drobne ;)
Penny jest offline  
Stary 29-04-2009, 22:20   #8
 
Sonadora's Avatar
 
- Carmellia! – ze snu wyrwał ją głos Tengira. Przetarła zaspane oczy i rozmasowała bolący kark. Nie była przyzwyczajona do tak długich podróży wozem, dlatego kiedy dopadło ją znużenie ucięła sobie drzemkę. A opieranie się o twardą skrzynkę na sery to niezbyt wygodny sposób na odpoczynek.
Spojrzała na mężczyznę. Nie był zbyt rozmowny, toteż nie zdziwiła się, że nic więcej nie powiedział. Jednak nie było to konieczne – po nagłym poruszeniu i krzątaninie reszty podróżnych domyśliła się, że wreszcie docierają do celu.

Zebrała swoje rzeczy, przyciągnęła bliżej plecak i znów przyjrzała się towarzyszowi. Wciąż był dla niej zagadką. Poznali się nie tak dawno, szła wtedy przez las, kiedy zauważyła atakujących go zbójów. Była ich piątka, pomyślała, że sam nie miałby zbyt dużych szans. Razem rozprawili się z nimi i dalej podróżowali już razem. Okazało się, że nie był zbyt towarzyski, przeważnie milczał i był skryty. Zastanawiała się czy ma coś do ukrycia? W jego zachowaniu było coś dziwnego, był przesadnie ostrożny i podejrzliwy. O sobie mówił mało, udało jej się dowiedzieć tylko, że trudnił się ochroną kupców, podczas negocjacji handlowych. Mimo to nie podróżowało im się razem źle, nie wchodzili sobie w drogę.

Do Południowych Dębów wjechali budząc niemałą sensację. Mieszkańcy wychodzili na ulice by przyjrzeć się przybyłym. Dziewki spoglądały na przyjezdnych mężczyzn, kobiety jadące na wozie robiły wrażenie na miejscowych młodzieńcach.

Ferdinand odstawił ich do karczmy gdzie zostali powitani przez widowiskowo wymiotującego gospodarza. Nie zniechęciło to jednak Carmelli, zmęczenie dawało jej się we znaki i cieszyła ją wizja ciepłego posiłku i miękkiego łóżka.

Cała kompania zasiadła przy stołach przygotowanych przez pracujące w gospodzie kobiety i została przez nie obsłużona. Gdy już wszyscy zjedli i wypili jedna z kelnerek podeszła znów. Na tropicielce nie zrobiła dobrego wrażenia, wyglądała na taką, która każdą noc spędza w innym łożu. Wyraźnie obchodzili ją tylko mężczyźni, na domiar złego na dwie łowczynie patrzyła z co najmniej politowaniem. Co chwila rzucała sceptyczne spojrzenia na strój i włosy Carmelli, które nie były tak piękne i zadbane jak jej. Były zwykłe, ciemnoblond. Opadały na zielony płaszcz dziewczyny, który podkreślał kolor jej oczu – również tej barwy.

Z niezręcznej sytuacji i lekkiego zakłopotania wyrwał ją Mago. Zaczął rozmowę o broni. On też walczył dwoma orężami, próbował przekonać ją o wyższości wyboru tej samej broni, nie różnych. Niziołek podobał jej się zdecydowanie bardziej niż Tengir, był wesoły i ciepły i mimo różnic poglądów dobrze jej się z nim rozmawiało. Dlatego na jego pytanie o towarzysza na noc odpowiedziała:
- Ja z chęcią będę dzielić z Tobą pokój. Musimy jeszcze omówić znaczenie siły i zręczności w walce. Mam wrażenie, że dla Ciebie liczy się coś innego niż dla mnie.
 

Ostatnio edytowane przez Sonadora : 30-04-2009 o 08:06.
Sonadora jest offline  
Stary 30-04-2009, 13:23   #9
 
Aeth's Avatar
 
Spokojna, wręcz sielankowa w swej naturze podróż malowniczym traktem nie była męcząca ani na jotę. Bliskość drzew, bliskość przyrody, bliskość dziczy - nawet takiej, która w każdym momencie mogłaby wyszczerzyć na wędrowców swe żądne krwi kły - na Rishę, wszak ze wszech miar tropicielkę, działała kojąco. Na tyle kojąco, że nawet hałaśliwe trajkotanie "Ferdiego", któremu usta zamykały się chyba tylko wtedy, kiedy wkładał do nich kolejną smakowitą przekąskę, ulatywało w niepamięć. Co prawda idylliczny nastrój panujący wśród członków karawany był dla dziewczyny może nazbyt swobodny; sielska atmosfera powodowała bowiem, że z łatwością można było spuścić gardę, a potem z trudem ją w razie potrzeby podnieść, ale mimo wszystko dobrze było wiedzieć, że znajdowało się pośród towarzystwa kilku zaprawionych w boju wojowników. O ile tylko uda się takim uniknąć czyhających pod nogami cuchnących pułapek. Ilekroć Risha wracała myślami do nieszczęsnego przypadku Serapha, na jej twarz wypływał dobrotliwy uśmieszek - nie pozbawiony odrobiny uszczypliwości, ale życzliwy w swym charakterze. Obracanie życia w żart zdawał się być jedną z najbardziej specyficznych cech tropicielki.

Tak naprawdę gdyby nie fakt, iż swym przyszłym towarzyszom podróży przedstawiła się jako właśnie tropicielka, trudno było Rishę ocenić na taką patrząc po samym jej wyglądzie. Jej wygodne, acz nie pozbawione gustu odzienie - doskonale skrojony czarny płaszcz z długim rękawami, dopasowana do ciała niebieska bluzka spięta w dekolcie klamrą, solidne spodnie i wysokie, skórzane buty - pozwalało sprawiać wrażenie, że dziewczyna prosto z lasu raczej nie wyszła; zwłaszcza, że widocznych śladów po nadmiernym zużyciu można było szukać ze świecą. Drobne dodatki, jak para karwaszy na przedramionach, jakiś bliżej niesprecyzowany naszyjnik, a także skórzana, ćwiekowana zbroja oplatająca jej tułów świadczyły o przystosowaniu do trudów awanturniczego życia. U jej boku kołysał się ostry jak brzytwa sejmitar, lecz dało się już poznać, że w starciu dziewczyna posługiwała się również zakrzywionym ostrzem kukri. Swych czarnych jak smoła oczu używała w większości do uważnego wyłapywania z otoczenia najbardziej interesujących skrawków, a pełnych ust do śmiałego wyrażania swoich opinii. Gęstwina bujnych rozpuszczonych włosów zakrywała jednak najciekawszy element jej całościowego wyglądu - widniejący pod szerokim kołnierzem jej płaszcza niewielki symbol z półksiężycem i harfą.

- No szlachetni panowie i śliczne panie! Już jesteśmy blisko celu!
- Nigdy za wiele radosnych nowin - mruknęła z uśmiechem do nikogo w szczególności, kiedy radosny okrzyk Ferdinanda rozległ się po karawanie. Jak zapewne i po najbliższych pięciu kilometrach w głąb lasu po każdej stronie. Tropicielka szła niedaleko pierwszych wozów, i na próżno było u niej szukać śladów fizycznego zmęczenia. Całą podróż w zasadzie spędziła na nogach, bo o wiele swobodniej czuła się mając pod stopami solidny grunt naturalnego podłoża. Wieść o rychłym dotarciu na miejsce była natomiast jak balsam dla jej uszu - ciekawa była, co to za sprawa przywołała ich w te strony i czym mieli się w Południowych Dębach zająć. Nie powiedziałaby jednak na głos, że równie rada była z zakończenia wędrówki w niziołczym towarzystwie. Za dużo niepotrzebnego hałasu po prostu niezbyt służyło jej nerwom.

Nie okazała przesadniego zainteresowania poruszeniem spowodowanym wkroczeniem przez nich do osady. Na spojrzenia oczarowanych mieszkańców reagowała z niczym nie zmąconym spokojem, a na jedno, może dwa z tych lustrujących rzutów oka skierowanych ku sobie odpowiedziała tylko luźnym uniesieniem brwi. Nie przybyła tu po to, by wzbudzać sensację, ale po to, by wykonać zadanie. Na swoje nieszczęście wiedziała, że wkroczenie do miejscowej gospody wywoła jeszcze większą lawinę natrętnego zaciekawienia. I już stanąwszy w progu ujrzała, że się nie pomyliła.
- To było najbardziej wylewne powitanie, jakie kiedykolwiek mi sprawiono - odwróciła się do pozostałych z żartobliwym wyrazem. Krasnolud Eberk znikał im właśnie z pola widzenia prowadzony przez jedną z karczemnych dziewczyn. - A wam?
Nie czekając na odpowiedź, Risha usadowiła się na ławie i zamówiła parującą potrawkę z królika, piwo korzenne i chleb. Dużo chleba. Tak, żeby miała czym zapchać usta w razie, gdyby chciała komentować godową atmosferę, od jakiej parno się w tej karczmie zrobiło.

W milczeniu więc tropicielka obserwowała - a obserwowała tylko z konieczności, bo odejść od stołu nie mogła bez proszenia towarzyszy o zrobienie przejścia - jak przymilna kelnereczka wdzięczy się przed męską częścią ich kampanii. Liadon, główny obiekt jej zainteresowania, ostudził jej nader oczywiste zapały, co z kolei Rishy pozwoliło dodać:
- Ja bym poprosiła jeszcze o trochę chleba ze smalcem - zwróciła się do odchodzącej z zawodem dziewczyny. - Jeśli można.
Potrawka z królika, którą tropicielka spałaszowała wcześniej, najwyraźniej nie wystarczyła jej za całą kolację. Trudno było się jednak temu dziwić, skoro budowa jej ciała, choć szczupła, z pewnością nie stawiała jej pośród drobnych - za to na pewno pośród silnych, wytrzymałych i dobrze odżywionych. Kiedy pojawiła się krasnoludzica, tropicielka oznajmiła też:
- Czystą wodą też nie pogardzę, choć na noc chętnie otulę się w stajennym sianku. Nie w takich warunkach już by się spało. Można, prawda? - beztrosko zapytała karczmiarkę.
Tropicielka w zasadzie wolała spędzić noc pod dachem stajni, niż ugrząźć w miękkim łóżku i wsłuchiwać się w nachalne odgłosy tupania, skrzypienia podłogi, i wolała nie wiedzieć, czego jeszcze, w karczmianym pokoju. Wszelkie wygody, jakich potrzebowała, Risha trzymała w swym podróżnym plecaku.
- A babcia? Samo kocisko tych zacnych kości nie ogrzeje - uśmiechnęła się pogodnie do babci Danusi.
 

Ostatnio edytowane przez Aeth : 30-04-2009 o 20:33.
Aeth jest offline  
Stary 30-04-2009, 17:10   #10
 
Kata's Avatar
 
Ciepłe promienie słońca przemykające przez konary drzew gładziły jej twarz przyjemnie podczas gdy jechała ostrożnie tym razem opuszczając klasztor na dłużej. Zazwyczaj uśmiechnięta, dziś jechała w milczeniu. Ciepło bijące serce walczyło z czymś czego zwalczyć jeszcze nie było gotowe. Riviella, paladynka bogini miłości, sztuki i piękna - Sune wciąż myśląc o swoim domu, nieśmiertelną mocą wspomnienia widziała Wichrowe Wzgórza. Być może niepotrzebnie ostatnio tam pojechała. Być może był w tym jakiś sekret...
To był dla niej niewątpliwie trudny czas. Elfia wrażliwość nie radziła sobie najlepiej z przyziemnym cierpieniem tak oczywistym dla ludzi.


Wesołe gmery i rozmowy jej towarzyszy i niziołków z karawany zdawały się uspokajać. Dojeżdżali już do Dębów, a okolica cały czas mieniła się pięknymi kolorami natury którą tak kochała. Riviella należała do arystokratycznej rodziny, każdy ruch i gest zdawał się mieć w sobie wyuczoną elegancję. Mierząca zaledwie 170 centymetrów elfka zapewne patrzyłaby na innych z wyższością gdyby nie fakt że inaczej została wychowana. Rodzice nie zaniedbali tej gestii sprawiając iż ich córka nie była nadętą szlachcianką lecz ciepłą i miłą dziewczyną, troszkę matką opiekunką.
Pomoc niesiona innym była dla niej rodzajem samospełnienia, by wbrew brutalnej rzeczywistości dawać przykład iż miłość można zachować w sercu.
Poruszając się po ścieżce trudnych wyborów szukać tych które okażą się najlepsze. Młoda, piękna, lecz skomplikowana poświęciła się innym.

***

...
***


Zakuta w czarny pancerz z bogatym zdobieniem, czerwoną, krwawą suknią i takiego samego koloru peleryną kapłańską z wyszytymi wzorami bogini elfka nie przypominała rycerza światła. Zeskoczyła z grzbietu swojej śnieżno białej klaczy, towarzyszki drogi przyzywanej z niebios jako dar od Sune i zdjęła z głowy hełm o dzikim kształcie odrzucając uwiezione dotychczas pod nim bujne morsko-zielone włosy. Czarne oficerki pewnie stanęły na ziemi, a złote elfie oczy zdawały się odzyskiwać blask. Riviella nie posiadała wielkiego bagażu, jedynie posłanie przymocowane przy sporej stalowej tarczy na plecach i troszkę poupychanych w płaszczu i sakwach drobiazgów. Jak przystało na wierną bogini piękna dbała o siebie. Zadbana skóra, przyjemny zapach perfum i czuły uśmiech były namiastką pięknej kobiety która jednak zakuta w zbroję z pokaźnym pogrubionym przy końcu, złotym sejmitarem ochrzczonym nazwą "Szerszeń" nie wyglądała już tak delikatnie. Pogłaskała swoją klacz po policzku, skupiła się i odesłała ją do niebiańskiego królestwa sprawiając że znikła nagle, bezgłośnie niczym duch.

- Natenczas bywajcie! - rzekł kupiec po czym pomachał reszcie i pojechał dalej wraz z resztą pobratymców

- Dziękujemy za wasze wspaniałe towarzystwo i hojność - pomachała delikatnie zakutą w stalową rękawicę dłonią niezwłocznie się jej pozbywając zaczepiając przy pasie. Zerknęła czy wszyscy są na miejscu i przekroczyła tajemnicze drzwi oberży. Nie była zmęczona, jak zawsze. Wysunęła się nieco na przód z ciepłym już uśmiechem zapominając o dręczących ją przez podróż problemach.

- Witajcie mieszkańcy Dębów jak i zebrani tu podróżni. Niechaj łaska Sune spłynie na was, obdarzając szczęściem, ciepłem i miłością. - uśmiechnęła się szczerze wodząc wielkimi oczyma po zmęczonych problemami spojrzeniach. Nieco zasmucona tym faktem usiadła do stołu z resztą przyglądając się kelnerkom i nastrojom swoich towarzyszy. Nie spodobało się jej podejście półelfiej kelnerki do tropicielek, sama choć ubrana w znacznie droższe materiały, ozdobiona drobną lecz bogatą biżuterią nie traktowała ich ani troszkę gorzej od siebie.
Najważniejsza jest głębia... - pomyślała mimo wszystko ciesząc się iż Marie była tak otwartą osobą.

Wszyscy zaczęli składać zamówienia, a Liadon któremu jakoś szybko zaufała zbył się właśnie zalotów kelnerki i opłacił swój nocleg.

- Nie musicie płacić za masaż, moje dłonie są do waszej dyspozycji a opieka z czystego serca. Zajmę się i obolałymi plecami babci jeśli tylko zechce. Służę wam opieką i wesprę w potrzebie. - uśmiechnęła się miękko, zachęcająco do wszystkich.

Ona także nie musiała płacić aż dwóch złotych monet za pobyt w gospodzie, jednak wolała dotrzymać towarzystwa reszcie i szepnęła na ucho elfowi pytając się czy nie będzie miał nic przeciwko jeśli będzie dzielić z nim pokój, wszak miejsca było za mało by każdy spał na osobnym łożu... przy elfie czuła się spokojna, bezpieczna. Być może to jego twarz, delikatna sprawiała takie wrażenie.

Liadon po ledwo dostrzegalnej chwili zastanawiania skinął głową.
Łóżko ponoć było duże, a to znaczyło, że zdołają się zmieścić. Poza tym wolał towarzystwo elfki, niż jakiegoś chrapiącego kompana.

- Ja także opłacę więc nocleg, posiłki jak i kąpiel.. olejki ocenie jednak sama. - delikatny głos urwał się a z sakwy ubyły dwie złote monety, oddane krasnoludzicy. - Zmieszczę się z Liadonem w jednym pokoju.

***

Przyjrzała się uważniej Astearii która wciąż fascynowała ją czymś, nie chodziło bynajmniej o złote oczy.. wciąż była dla niej zagadką, a Riviella była ciekawa.
Niedługo potem wracając wspomnieniami znów do swojego dzieciństwa, wsłuchiwała się w piękną muzykę wygrywaną przez Ruliusa. Korciło ją do śpiewu, uczyła się jak nadawać i tak słodkiemu elfiemu głosu jeszcze przyjemniejszej barwy jednak nie miała jeszcze okazji, ani odwagi śpiewać dla innych.

Może kiedyś.. - pomyślała gdy przerwał jej rozmyślenia radosny głosik niziołka - Kto idzie ze mną do podwójnego? Ostrzegam – Mago podniósł palec w górę – nieprędko idę spać.

Lekko zmoczyła usta w lampce wina i objęła elfa oraz niziołka siedzących obok.

- Ja z chęcią będę dzielić z Tobą pokój. Musimy jeszcze omówić znaczenie siły i zręczności w walce. - dodała Carmellia na co Riv zaśmiała się i szepnęła w ich stronę kocio mrużąc oczy. - Tylko nie grajcie w kości całą noc - mrugnęła rozbawiona i przyjrzała się reszcie osób w tawernie ciekawa ich nastawienia. Coś ją niepokoiło... nie była jednak w stanie jeszcze zrozumieć co dokładnie. Trzepocząc rzęsami, znów oderwana jakby od rzeczywistości badała czujnie otoczenie. W głębi duszy szukała spokoju, a radosny nastrój towarzyszy bardzo pomagał. Bardzo chciała wierzyć w to że cała ta podróż skończy się dobrze.
 
__________________
In the misty morning, on the edge of time
We've lost the rising sun

Ostatnio edytowane przez Kata : 30-04-2009 o 22:20.
Kata jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:10.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168