Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-07-2009, 16:44   #1
 
Mistyk's Avatar
 
[DnD FR] Tak powstają opowieści...

Cynra & Konrad


Ogień wesoło buzował w wielkim palenisku karczmy „Pod Rakami”. Tego dnia klientela dopisała wyjątkowo. Może była to zasługa sprowadzonych niedawno beczek najlepszego Cormyrskiego piwa, może młodej, uzdolnionej śpiewaczki, która zawitała do miasta, może karczmarza, starego Olego, który w młodości spędził sporo czasu podróżując z grupą poszukiwaczy skarbów? Trudno powiedzieć, jednak nie można było odmówić racji stwierdzeniu, iż „Pod rakami” ludzie starali się zapomnieć o wydarzeniach jakie miały miejsce w mieście, a z całą pewnością piękny śpiew, mocne piwo, oraz pokrzepiające opowieści Olego pomagały w tym. Cynra skończyła śpiewać kolejną pieśń, na scenę posypały się drobne monety, którymi publika nagrodziła jej talent. Część publiczności nie wiedziała jak zgubna okaże się ich hojność, sięgając po sakiewki, zdradzili ich położenie młodemu mężczyźnie, którego sytuacja finansowa poprawiła się nieznacznie w ciągu kilku minut, które młoda śpiewaczka poświęciła na zbieranie swojego zarobku. Zadowolony złodziej znalazł się przy barze równocześnie z dziewczyną, która odbierała właśnie gratulacje od karczmarza, razem z dodatkową pobrzękująca zapłatą kryjącą się w małej sakiewce. Nagle gwar w okolicach drzwi wzrósł, w kierunku baru zaczęło przepychać się kilku osobników w kolczugach, ze znakami straży miejskiej na swych uniformach. Posuwali się, przez zbity tłum, prosto w kierunku podwyższenia dla śpiewaków, po chwili jeden wspiął się na nie, pozostali stanęli obok, starając się nadać swoim twarzom wiejskich idiotów pozory powagi. Najwyższy rangą sięgnął po zwój tkwiący za paskiem, rozwinął go po czym przeczytał głośno, tłumiąc ogólny rejwach panujący w szynku:

-Ja Erwin, sierżant straży miejskiej, z rozkazu władz miasta, ogłaszam, iż każdy śmiałek, który ma odwagę by wejść do lochów, które odkryto pod miastem, ma stawić się jutro o świtaniu, przy wykopie który przyniósł naszemu miasteczku tyle nieszczęść. Na odważnych, którzy oczyszczą to przeklęte miejsce z potworów czeka nagroda.

Sierżant zwinął pergamin, rozejrzał się po karczmie, wyraźnie kogoś szukając, zauważywszy swój cel przy barze, zeskoczył z podium, po czym ruszył szybko przed siebie, roztrącając ludzi, czemu towarzyszyło głośne brzęczenie kolczugi. Stanął przed złodziejem, który upłynnił w sposób dosłowny część zrabowanych pieniędzy, kupując spory kufel piwa. Na całe szczęście naczynie leżało na barze, gdy ręka strażnika wystrzeliła łapiąc złodziejaszka za materiał pod szyją, Ewin wydał cichy syk:

-Bardzo jestem ciekaw skąd masz pieniądze na piwo braciszku... Jednak tym razem... Cóż przymkniemy na to oko, wypij ten pożegnalny kufelek, pojutrze czeka cię pierwszy dzień w nowej, uczciwej pracy... Obsługa barek rzecznych, z białego Brodu aż do wybrzeża... Nawet jeśli miałbym przykuć cię kajdanami do barki, zapędzając wcześniej psami na pokład, pozbędę się ciebie... Rozkoszuj się tym ostatnim piwem...

To mówiąc odwrócił się i ruszył w stronę drzwi, nie czekając na odpowiedź, bo prawdę powiedziawszy, niewiele go ona obchodziła.


Jaxam, Mekkor & Mordimer


Obozowisko przy wschodnich rogatkach miasta miasta zawsze zapełniało się w nocy poprzedzającej ostatni dzień dekadnia. Przybywali kupcy i handlarze, liczni okoliczni rolnicy. Dla tych którzy chcieli oszczędzić na kosztach noclegu w mieście, ktoś litościwy postawił kiedyś liczne drewniane wiaty, oraz przygotował miejsca pod ogniska. Czas umilały opowieści starego dziada, który przychodził wieczorami z miasta na miejsce gdzie obozowali podróżni, starając się wyłudzić napitek i strawę w zamian za swoje bajdurzenia i plotki:

-Jakem bym skonał prawdą jest, iż córa kupca Anzelma prawdziutką, najprawdziwszą wiedźmą jest, co na miotle lata, na tle księżyca sam żem ją widział. Ludziska gadają że pono z kotem swym czarnym jak noc najczarniejsza, różne hecyje wyprawia, bo on ni zwykły jest jeno gdy padnie na niego blask księżyca i wiedźmie moce go owładną, w męża się zamienia, jak żem słyszał podobnego niezwykle do młodego kowalskiego czeladnika, Jalena, który wszelako słynie z prawego charakteru i w świątyni usługuje, musi być to jaka zmowa piekielna, przeciw szanowanemu młodziakowi...

Dziad zamemlał, przyjął z rąk paru ubawionych słuchaczy kubek cienkiego piwa, oraz ochłap pieczeni i kontynuował przerywając wypowiedź głośnym mlaskaniem i siorbaniem

-Prawdą jest panowie i panie, że w miasteczku jakimś jakoweś potworzysko wykopali. Szkaradne a groźne, jako bogowie mi mili. Pono przy wykopach pożarło robotników tyle ile dwie dłonie palców mają, majstra, psa co się zaplątał i wdowę po Rajcy Wiltonie, co dawała każdemu i wszędzie.

Wypowiedź wywołała ogólny entuzjazm, oraz falę pytań, gdzie ową wdowę spotkać było można. Jedynie 3 podróżnych zwróciło nieco większą uwagę na pierwszą część gadaniny dziada. Po chwili zresztą staruszek beknął potężnie i kontynuował:

-Prawdę rzekłem, potworzysko one, ryczało jak sam diabeł, wejście do lochu przywalili co by do miasta do polazło, na bogobojnych człekach ucztować nie poczęło. Tera ino na bohaterów nam czekać, pono posłała rada miejska po śmiałków...


Spoza kręgu światła rzucanego przez skrajne ognisko rozległ się cichy śmiech, po czym bliżej światła podjechał jeździec odziany, podobnie jak koń w barwy straży miejskiej. Popatrzył z politowaniem na dziada po czym rzekł:

-Prawdę stary gada, pierwszy chyba raz od wielu lat, przynajmniej jeśli chodzi o poszukiwanie chętnych by ubić potwory. Kazano mi na rozstajach ogłoszenia przybić, jedno tutaj również umieszczę. Stoi tam napisane, podbite herbem miasta tak jak teraz rzeknę:

-Rada Doliny Archen ogłaszam wszem i wobec iż każdy śmiałek, który ma odwagę by wejść do lochów, które odkryto pod stolicą, ma stawić się o świtaniu ostatniego dnia, każdego dekadnia, przy wykopie który przyniósł naszej stolicy tyle nieszczęść. Na odważnych, którzy oczyszczą to przeklęte miejsce z potworów czeka nagroda.

-Jeśli są tu jacyś odważni, niech lepiej idą spać, by o świtaniu być w pełni sił. Bywajcie ludzie.


To mówiąc jeździec, ruszył w dalszą drogę, pozostawiając za sobą gwar obozowiska.


Febrine & Curly



Kupiecka karawana rozbiła obóz na wschodnim brzegu rzeki Arkhen, niemal przy samym moście, by po krótkim marszu dotrzeć na plac targowy. Wokół sporego ogniska siedziała grupka ludzi, zmęczonych całodzienną wędrówką, w większości kupców i młodych pachołków, wśród których wyróżniała się trójka podróżnych, piękna elfka, której zazwyczaj srebrne włosy odbijały rudawy poblask ognia, młoda kapłanka, z misternymi symbolami Mystry niewyhaftowanymi na rękawach szaty, oraz młody wojownik, polerujący rapier. Cała trójka trzymała się odrobinę na uboczu, wykazując nieco mniejsze zainteresowanie cenami materiałów i barwników na wybrzeżu, niż pozostali biesiadujący przy ogniu podróżni.

W pewnej chwili rozległ się tętent kilku koni, gnających z prędkością wyjątkowo nierozsądną jak na późną porę, wiosenne słońce już dawno schowało się za horyzont, księżyc wyglądający zza chmur był zaledwie cienkim srebrnym sierpem, jednak zbliżający się jeźdźcy zdawali się tym nie przejmować. Po chwili zza zakrętu wyłoniło się czterech jeźdźców na koniach o bogatych błyskających kunsztownymi okuciami uprzężach, za nimi zaś dwa luzaki obciążone rozmaitym sprzętem. Nad kawalkadą unosiło się kilka świecących kul oświetlających podróżnym drogę. Widząc obozowisko prowadzący zwolnił wyraźnie dając pozostałym znak dłonią by poszli jego śladem. Podjechał powoli do ogniska, dając czas kupcom by ci podnieśli się z ziemi. Z bliska widac było czterech młodzieńców, liczących po około 20 wiosen, odzianych dostatnio w stroje z wyhaftowanym wzorem złotej gadziej łapy. Prowadzący zeskoczył z konia, ukłonił się dwornie po czym rzekł z akcentem, który sugerował Sembijskie pochodzenie:

-Witajcie towarzysze w tułaczce, czy znajdzie się łyk wody lub wina, by ukoić gardła spragnionych wędrowców? Zapłacimy sowicie, gdyż droga za nami długa.


Jeden z kupców sięgnął do pakunków na swoim wozie, wyciągając 2 litrowe gąsiorki wina, które podał reprezentantowi konnych i jednemu z jego towarzyszy. Ci skinęli w podzięce głowami i zerwali korki z butelek. Po chwili jeden z kupców zapytał głosem w którym wyraźnie przebrzmiewała ciekawość:

-Dokąd wam tak pilno mości rycerze? Cóż to za znaki na waszych strojach? Gnacie jakby goniły was wszystkie demony, dokąd wam tak spieszno?

Ten sam rycerz, który mówił poprzednio oderwawszy gąsiorek od ust przekazał go dalej, po czym przemówił:

-Jesteśmy Smoczymi Szponami, kompanami, którzy bronią niewinnych przed wszelakimi potworami. Obozowaliśmy po pokonaniu giganta na zachód od Saerb, gdzie doścignęła nas wieść jakoby w tym mieście, o tam za mostem zalęgło się jakieś paskudztwo. Trafiliśmy na gońca który miał przy sobie obwieszczenie tej treści:

-Rada Doliny Archen ogłaszam wszem i wobec iż każdy śmiałek, który ma odwagę by wejść do lochów, które odkryto pod stolicą, ma stawić się o świtaniu ostatniego dnia, każdego dekadnia, przy wykopie który przyniósł naszej stolicy tyle nieszczęść. Na odważnych, którzy oczyszczą to przeklęte miejsce z potworów czeka nagroda.

-Spieszymy więc by zdążyć na wyznaczony termin i odpędzić grozę drzemiącą w tym pięknym mieście. Nie obawiajcie się panowie kupcy, jutro będziecie mogli swobodnie handlować w Moście Archen. Te kilka sztuk złota ze skarbca olbrzyma, będzie godziwą zapłatą za poratowanie spragnionych wędrowców, teraz zaś bywajcie, szlak wzywa, chcemy jako pierwsi dotrzeć do radnych miasta by zapewnić ich o rychłym rozwiązaniu ich problemu.


To powiedziawszy, rzucił ku mężczyźnie, który wcześniej poczęstował go winem pękatą sakiewkę, której zawartość najprawdopodobniej warta była znacznie więcej niż dwa litry wina. Nim ktokolwiek zdążył zadać jakieś pytania, jeźdźcy pędzili już po moście a za nimi płynęły świecące kule.
 
Mistyk jest offline  
Stary 17-07-2009, 19:54   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Noc zapowiadała się nader spokojnie. Jeśli uwzględni się skromny fakt, że dokoła trwały dość głośne rozmowy, a niektórzy sprawiali wrażenie, że nie mają zamiaru przestać do rana.

Jedną z osób, co zatrzymała się w tym miejscu, by rankiem dopiero wejść do miasta był młodzieniec, na oko dwadzieścia wiosen sobie liczący. Przyodziany był w sięgającą do pasa, zieloną, z grubego sukna kurteczkę i ciemnobrązowe spodnie. Zakurzone nieco, wysokie buty sugerowały dość długą drogę, jaką miał za sobą.
Uzbrojony był w lekką kuszę i krótką włócznię. Przy szerokim, skórzanym pasie dość długi nóż i wypchaną, niewielką sakwę.
Na lewym ramieniu młodzieńca ptak czarny siedział. Kruk.

Poprawił się na niezbyt wygodnej ławie, jednej z tych, co jakaś dobra dusza wokół ognisk postawiła i plecak bliżej siebie przyciągnął. Kruk, co na ramieniu mu siedział, jakby ruchem niespodzianym obudzony otworzył jedno żółte oko i rozejrzał się dokoła.
Młodzieniec pogłaskał ptaka, który ponownie przymknął oko, jakby zapadając w drzemkę.

Dość bacznie wsłuchiwał się we wszystkie strzępy rozmów, które dolatywały do jego uszu. Jego mentorka zawsze mu powtarzała, że każda informacja może się do czegoś przydać. Nawet takie, co chętnej dziewuchy dotyczyły.

Jaxam uśmiechnął się lekko.
Choć lat zbyt wielu nie miał to i tak wiedział, że nie trzeba było żadnej magii, by szanowany przez wszystkich czeladnik, szczególnie jeśli był przystojny, odwiedzał spragnione miłości niewiasty. A pobożność w takiej czy innej postaci niektórym nie przeszkadzała w popełnianiu uczynków przez niektórych uznawanych za niemoralne.
Nie mówiąc już o tym, że cała historyjka mogła być wyssana z palca. Dziadek, niczym bard, zgarniał profity za każdą ciekawą opowieść. Niezbyt wielkie profity, ale zawsze.

- ...w miasteczku jakimś jakoweś potworzysko wykopali...

Dziadek zaczął kolejną opowieść, temat znacznie zmieniając.
Potwór był bardziej interesujący, niż używająca cielesnych rozkoszy córka kupca. Na potworach można było niekiedy zarobić, a sakiewce Jaxama przydałoby się jakieś małe zasilenie.

- A gdzie ten potwór się zalągł, dziadku? - spytał Jaxam. Poprawił długie, opadające na czoło, czarne włosy. - W jakim to mieście?

A może tylko w twojej głowie, dziadku? - dodał w myślach.

Dziadek, przygłuchy pewnie, na pytanie nie zareagował. Kęs mięsa piwem przed chwilą otrzymanym przepił, potem opowieść kontynuował, dla odmiany o poszukiwaniu śmiałków mówiąc.
Daleko to być musiało, bo w Dolinie pewnie Obrońcy do dzieła by się wzięli. A trudno by było przypuścić, by Miecze przedłożyły zwykłych poszukiwaczy przygód nad swoje wyborowe oddziały.

No nic...
Pokręci się po mieście. Może jakaś wyprawa ciekawa gdzieś się szykuje.

Stukot kopyt i śmiech, co w opowieść dziadka się wdarł, zwrócił uwagę wszystkich na postać, która powoli wjechała w krąg światła, rzucany przez płomienie ogniska.

- A ilu ludzi zeżarł ten potwór? - spytał Jaxam, ledwo strażnik, bo takie barwy jeździec nosił, skończył mówić. - I jaka nagroda będzie?



- Potwórrr! Potwórrr! Nagrrroda! - ptak, co na ramieniu Jaxama siedział, na cały głos wrzasnął, gdy jeździec w mrok z powrotem ruszył.

- Cicho, Corv - szepnął Jaxam.

Gwar rozmów, który wzrósł gwałtownie, gdy jeździec obwieszczenie ogłaszał, przycichł powoli.

- To i racja - powiedział cicho Jaxam - że wcześnie wstać trzeba. Jeśli się człowiek nie pospieszy, to taki tłum się zbiegnie, że nie zdołamy się dopchać. Śpij szybko, Corv, bo wstajemy przed świtem.

Rozejrzał się dokoła, zastanawiając się, kto jeszcze będzie zainteresowany nagrodą. Przyjemniej by było w parę osób do podziemi wkroczyć, niż samemu głowę nadstawiać.
W dodatku Corv nie przepadał za zbyt ciasnymi pomieszczeniami...
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 19-07-2009 o 10:35.
Kerm jest offline  
Stary 18-07-2009, 14:54   #3
 
Mi Raaz's Avatar
 
Meekor już kilka tygodni był w podróży. Całymi dniami rozmyślał nad naukami swojego mistrza. Dzięki temu stał się dużo spokojniejszy. Każdego dnia rozumiał co raz więcej z nauk które otrzymywał w kręgu druidów. Zaczął rozumieć, że nie może traktować służby naturze jako drogi do osiągnięcia własnych celów. To właśnie chciał mu uświadomić jego mistrz. To dlatego jego nauka została przerwana.

Mekkor był zły na swojego mistrza. Był jak dziecko które chce się nauczyć czytać a zabrano mu wszystkie książki. Dokładnie tak się czuł opuszczając święty gaj. Musiało upłynąć kilka tygodni, żeby zniknął żal przepełniający jego serce. Wiele razy słońce wschodziło i zachodziło zanim młodzieniec uświadomił sobie, że mistrz zabrał mu "książki" wysyłając jednocześnie do największej "biblioteki". Oto teraz młody druid miał się nauczyć życia.

Chłopak siedział słuchając opowieści starca. Wśród szeregu plotek wyłowił informacje o kapłanie zmieniającym się w czarnego kota. Z nikomu nie znanych powodów właśnie to przykuło największą uwagę młodzieńca. "Trzeba będzie podpatrzeć tego Jelana. Czeladnik kowala, hmm można zobaczyć, pokręcić się. Najpierw poobserwujemy, później może popytamy ludzi."

Mekkor jednak milczał. Nade wszystko nienawidził zwracać na siebie uwagi. Starzec tymczasem zaczął kolejną opowieść. Potwory, lochy, no i dziewki dające na lewo i prawo wzbudzały dużo większe zainteresowanie gawiedzi niż czarownica latająca na miotle. Zresztą tymi ostatnimi to można dzieci straszyć a nie podsycać wyobraźnie żądnych przygód podróżnych. "Zastanawiającym jest fakt że pod miastem są lochy. Ciekawe z jakiego pochodzą okresu. A może to naturalne jaskinie, tylko opowieści je aż tak bardzo przeinaczyły? Nie zaszkodzi się przejść."

Dodatkowo na motywacje Mekkora wpłynął fakt pojawienia się strażników oferujących nagrodę. "Dobrze" pomyślał "czyli będzie sporo ludzi, a ja nie będę musiał sam zabijać przerośniętych szczurów. Spokojnie pójdę z innymi i przyjrzę się tym wynaturzeniom. A może to po prostu legowisko dzikich zwierząt, z którego ludzie chcą wypędzić prawnych właścicieli. Cóż jestem druidem, a skoro mam dbać o równowagę to moim obowiązkiem jest tam iść. Mistrz byłby zadowolony. Ciekawe co mama by powiedziała, wiedząc, że biorę zlecenie od straży miejskiej... hehe"

Mekkor zauważył zainteresowanie jednego z mężczyzn. Człowiek z krukiem rozmawiał ze strażnikiem o nagrodzie. Chociaż młody druid raczej nie był bogaczem to jednak póki miał co jeść i gdzie spać nie specjalnie wykazywał zainteresowanie pieniędzmi. Chociaż przydało by się kilka groszy. Mekkor odczekał aż człowiek z krukiem skończy rozmowę ze strażnikiem. Gdy się rozstali podszedł do posiadacza kruka.

- Nazywam się Mekkor i mam zamiar iść jutro przyjrzeć się rzeczonej dziurze w ziemi. Wnioskuję z twojego zainteresowania, że również się tam wybierasz. Dlatego chciałem zaproponować coś w rodzaju połączenia sił -
Przed człowiekiem z krukiem stał rosły mężczyzna który budową przypominał barbarzyńcę. Ciężkie buty, skórzany kubrak ze wzmocnieniem na ramionach, rękojeść miecza wystająca nad prawym ramieniem, ciężkie ćwiekowane bransolety. To wszystko na mężczyźnie który ma prawie dwa metry wzrostu długie włosy i brodę sprawia wrażenie że rozmawia się z barbarzyńcą, albo wojownikiem z północy. Aldor, mistrz Mekkora powiedział mu, gdy ten był jeszcze małym chłopcem, że nie strój symbolizuje druida, ale jego wewnętrzne przekonania. I dzięki bogom, bo chłopak nie wyobrażał sobie podróżowania w ceremonialnych szatach z ozdobami z liści i walki ceremonialnym złotym sierpem (zresztą złoto nie wzmacnianie magicznie było dość kiepskim kruszcem do budowy broni). Gdyby nie szczery uśmiech na twarzy młodego mężczyzny i otwarta dłoń wyciągnięta w geście przyjaźni człowiek z krukiem z pewnością mógłby się poczuć zagrożony, bo nigdy nie wiadomo jak to jest z barbarzyńcami.

- Masz jakiś środek transportu? Czy też wstajemy przed świtem i idziemy na piechotę?

Po krótkiej wymianie zdań Mekkor poszedł zrobić sobie posłanie. Odprawił wieczorne dziękczynienie, oraz prosił, aby natura kolejnego dnia obsypała go ponownie swymi darami. Wstając rano przygotował swój ekwipunek do wyprawy. Przytroczył długą włócznię do siodła i poprowadził Sztorma na spotkanie z poznanym poprzedniego wieczoru człowiekiem. Razem wyruszyli na spotkanie nowej przygody.
 

Ostatnio edytowane przez Mi Raaz : 18-07-2009 o 21:02.
Mi Raaz jest offline  
Stary 18-07-2009, 19:47   #4
 
Szarlej's Avatar
 
Karczma była pełna a młody mężczyzna nie miał zamiaru cisnąć się z gawiedzią na ławach, stał oparty o ławę i słuchał minstrelki. Kobieta miała piękny głos i o dziwo nie była miejscowa, Konrad był tego pewien znał dość dobrze miejscowych artystów. Gdy rozległ się aplauz Kot wszedł w największy tłum i już po chwili pracował ciężko by zacni obywatele mieli po co pracować jeszcze ciężej. Tu sięgnął do czyjeś kieszeni, tam zręczne palce odwiązały cały mieszek a gdzie indziej mały ale ostry nożyk przeciął rzemienie trzymające sakiewkę już po chwili znalazł się znów przy barze i zamówił piwo.
Kosztując wyborne Cormyrskie piwo przyglądał się artystce a i ona mogła mu się przyjrzeć. Wysoki, ciemno ubrany, długowłosy mężczyzna na pewno nie był człowiekiem. Owszem budowy był ludzkiej, szczupły, raczej wątły w barach ale jego prawdziwą naturę zdradzały oczy, bardziej kocie niż ludzkie. Właśnie uśmiechnął się do sąsiadki i już miał ją zagadać gdy drzwi gospody się otworzyły i weszli oni. Panowie i Władcy miasta. Wielcy i głupi. I cholernie wkurzający. Krótko mówiąc do gospody weszli strażnicy w liczbie czterech, pewnie chodzili czwórkami bo nie potrafili do więcej liczyć. Łotr uśmiechnął się leciutko na tę myśl, uśmiech mu jednak szybko zszedł gdy zobaczył kto nimi przewodziły.
"No i sielanka się skończyła."
Strażnicy z wielkim wysiłkiem umysłowym wypisanym na twarzy zaczęli przepychać się do podwyższenia dla grajków.
-Ja Erwin, sierżant straży miejskiej, z rozkazu władz miasta, ogłaszam, iż każdy śmiałek, który ma odwagę by wejść do lochów, które odkryto pod miastem, ma stawić się jutro o świtaniu, przy wykopie który przyniósł naszemu miasteczku tyle nieszczęść. Na odważnych, którzy oczyszczą to przeklęte miejsce z potworów czeka nagroda.
Erwin ewidentnie się za kimś rozglądał, młody złodziej upił piwa i szczerząc zęby zaczął machać do sierżanta. Coś kazało Konradowi odstawić dalej od siebie piwo. Barczysty strażnik złapał go za kołnierz koszuli, którą nosił pod płaszczem i przyciągnął do siebie. Tylko wieloletnie życie na ulicy pozwoliło Kotowi nie okazać strachu i odpowiadać na groźby pewnym głosem.
-Bardzo jestem ciekaw skąd masz pieniądze na piwo braciszku... Jednak tym razem... Cóż przymkniemy na to oko, wypij ten pożegnalny kufelek, pojutrze czeka cię pierwszy dzień w nowej, uczciwej pracy... Obsługa barek rzecznych, z białego Brodu aż do wybrzeża... Nawet jeśli miałbym przykuć cię kajdanami do barki, zapędzając wcześniej psami na pokład, pozbędę się ciebie... Rozkoszuj się tym ostatnim piwem...
-Wygrałem uczciwie w kości. Wy tam w straży lubicie zabawy z kajdanami, że mi nimi grozisz? Jeżeli chcesz użyć do złapania mnie tych psów, które przyprowadziłeś dziś ze sobą to nie mam się czego bać, oni bez mapy nawet własnego tyłka nie znajdą.
Jeszcze gdy mówił strażnik, lewa dłoń uzbrojona w mały ale ostry nóż zbliżyła się do pasa Erwina i... przecięła rzemyki jego mieszka, płócienny woreczek nie zdążył upaść na podłogę, łotr ciągle trzymając nóż zręcznie go złapał.
Gdy strażnik wyszedł Konrad poprawił kołnierz koszuli, wykonał nieprzyzwoity gest w stronę zamykanych drzwi i odwrócił się do minstrelki.
-Wybaczy pani ten incydent ale mafia zwana strażą strasznie się u nas rozzuchwaliła. Pozwoli pani, że zaproponuje wino i posiłek. Straż stawia.
Ciągle niefrasobliwie się uśmiechając pokazał mieszek swego brata i rzucił go na ladę, sądząc po brzęku było tam więcej pieniędzy niż na jeden posiłek.
-Reszty Olego nie trzeba, znajdzie się jakiś stolik dla stałego gościa i naszej pięknej przybyszki?
Nie czekając na odpowiedź gospodarza zwrócił się do Cynry.
-Wybaczy pani tą gafę jaką z mojej strony jest nie przedstawienie się. Konrad Reiss.
Mimo, że Konrad zdawał się nie przejmować groźbami swego starszego brata tak naprawdę ledwo się powstrzymywał przed natychmiastową ucieczką z miasta.
"On na pewno nie żartował! Cholera! Trzeba mu zwiać, debil myśli, że każdy tak jak on nadaje się do pracy fizycznej. Niektórzy są stworzeni do wyższych celów! Uspokój się Konrad! Co możesz zrobić! Poprosić Szelesta lub Cichego o kryjówkę w ostateczności poprosić Fay o wsparcie. Oba pomysły do dupy, nie mam zamiaru chować się na długo ani błagać, nawet przez kogoś tego dupka. Pozostaje uniemożliwić aresztowanie... Wystarczy tylko zostać bohaterem. Żeby zostać bohaterem wystarczy tylko wrócić z lochów. Banał."
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]

Ostatnio edytowane przez Szarlej : 18-07-2009 o 20:32.
Szarlej jest offline  
Stary 19-07-2009, 12:50   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Strażnik, co chciał już ruszyć w dalszą drogę, zatrzymał się i spojrzał na pytającego. Obrzucił go uważnym spojrzeniem, usiłując odgadnąć, czym ów człowiek się zajmuje.
Kusza i włócznia znajdowały się w pewnej sprzeczności z brakiem jakiejkolwiek zbroi.

- Czyżbyś był zainteresowany? - spytał po chwili. Potraktował to zapewne jako pytanie retoryczne, bo nie czekając na odpowiedź pochylił się nieco w siodle i mówił dalej. - Dziadek z ofiarami potwora nieco przesadził. Dwóch tylko robotników wpadło w jego... - zawahał się - łapy? Paszczę?
- Nikt go nie widział i nikt nie wie, co stało się z tamtą dwójką - mówił dalej. - Porwał czy zeżarł ich na miejscu... Krzyki tylko było słychać, a nikt nie zszedł na dół, by sprawdzić. Wejście zawalono i czekają na śmiałków.
- Jeśli idzie o nagrodę, to tyle wiem, co w piśmie stoi. O konkretnej kwocie mowy nie było. To już trzeba samemu ustalić z władzami miasta - stwierdził. - Może od wielkości potwora zależeć będzie, może od długości zębów i pazurów - wzruszył ramionami.

- A co robili, że dziury w ziemi kopali? Studnię ktoś kopał, czy skarbów szukali w środku miasta? - spytał Jaxam.

- Nie szukali, ale znaleźli... - strażnik głos ściszył. - A czy to skarby i jakie... Tego dokładnie nie wiadomo.
- Pan Herman, kupiec znamienity - brzmiała dalej opowieść - skład chciał wybudować, to ryć zaczęli wykopy pod fundamenty. I wtedy do owej dziury wpadli.

Strażnik głos jeszcze bardziej ściszył i mówił dalej.

- I tak prędzej czy później się dowiecie, bo już plotki w miasto poszły. - Tu strażnik ramionami wzruszył na znak, że nie sam nie wie, co o tych plotkach myśleć. - Mestel, co nadzorcą na budowie tej był, mówił coś o złotej... misce. Ale łyków wcześniej parę na wzmocnienie ducha pociągnął, więc nie wiadomo, czy prawdę gadał. Zresztą... i tak tam nie był. Ponoć głos jednego z robotników słyszał, nim potwór tamtego nie zadławił.

- A gdzie ten wykop? - spytał Jaxam. Most Archen aż takie małe nie było i szukanie owego wykopu gdy mieszkańcy spali...

- A byliście kiedy w stolicy? - strażnik odpowiedział pytaniem na pytanie.

Jaxam pokręcił głową. Odwiedził kiedyś Biały Bród, ale w stolicy nigdy nie był.

- Tak jakoś nie było okazji - powiedział.

- To opisywać drogi do wykopu nie mam po co - stwierdził strażnik. - W każdym razie jest we wschodniej części miasta. W bramie wam wskażą drogę. Bywajcie!

W pożegnalnym geście uniósł dłoń i ruszył w mrok nocy.

- Bywajcie - odrzekł Jaxam. - I dzięki za informacje.



Złota misa... Zabawne. Jeśli to prawda, to równie dobrze jeden robotnik mógł drugiego udusić i uciec podziemiami ze skarbem odnalezionym.
A mogli i na potwora trafić, co dawnego skarbu lub i świątyni zasypanej pilnował. I obudził się, gdy robotnicy na łeb mu spadli.

Człowiek, który przerwał mu rozmyślania był wyższy od niego o parę cali i wyglądał jak szukający przygód awanturnik. Jednak uśmiech, widniejący na twarzy tamtego skłaniał do zastanowienia się nad propozycją współpracy.

- Jaxam - przedstawił się, ściskając podaną mu dłoń. - Czy na potwora polować będę - mówił dalej - tego jeszcze nie wiem. Ale jeśli już, to zawsze milej w jakiejś kompanii, nawet jeśli nagroda mniejsza by była. Aż tak źle ze mną nie jest, bym miał się trząść o parę sztuk złota.

Mekkor, bo tak zwał się jego rozmówca, skinął tylko głową na znak, że podziela to zdanie. A potem spytał o transport.

- Nie - odparł Jaxam. - Tylko własne nogi. Do Mostu mamy jakąś godzinę drogi... Jeśli mamy iść razem, to musiałbyś trochę wcześniej wstać - uśmiechnął się.

- Niestety mój rumak pozwala się dosiadać tylko mi, więc w takim razie czeka nas spacer - stwierdził Mekkor. - Proponuję, by część twojego ekwipunku przytroczyć do siodła, żeby się łatwiej i szybciej szło.

- W takim razie do zobaczenia jutro - Jaxam skinął głową na pożegnanie.

Popatrzył przez moment za odchodzącym, a potem zaczął sobie szykować posłanie.
Nie obawiał się złodziei... Corvin, w skrócie zwany Corv, był świetnym strażnikiem...



Wstał, nim pierwsze promienie budzącego się słońca zaczęły zmieniać barwę nieba i zaczął się szykować do drogi.
Po chwili dołączył do niego Mekkor, prowadzący wielkiego, rudego wierzchowca.

- Zwie się Sztorm - powiedział.

Ruszyli w stronę miasta.
 
Kerm jest offline  
Stary 19-07-2009, 17:20   #6
 
Chester90's Avatar
 
Mordimer siedział przy obozowym ognisku i raczył się skromnym posiłkiem oraz lekkim winem wyciągniętym z plecaka. Czas przy jedzeniu umilały mu opowiadania starego dziada, który najwyraźniej musiał być w tym miejscu stałym elementem, bowiem niektórzy ze słuchaczy zdawali się już znać część z jego bajań. Początkowo do kapłana docierało tylko niewielka cząstka z tego co opowiadał dziadyga. Dopiero wzmianka o potworze, który zagnieździł się w pobliskim mieście wywołała w nim cień zainteresowania. Dziad uraczył się jeszcze wyłudzonym od podróżnych jedzeniem i beknąwszy, aby najwyraźniej zwrócić większą uwagę kontynuował o maszkarze:

-Prawdę rzekłem, potworzysko one, ryczało jak sam diabeł, wejście do lochu przywalili co by do miasta do polazło, na bogobojnych człekach ucztować nie poczęło. Tera ino na bohaterów nam czekać, pono posłała rada miejska po śmiałków...

Bohaterowie… Czy tego właśnie potrzebuje miasteczko? Bohaterów? Mordimer nie był do końca o tym przekonany. Miasto potrzebowało ochotników, ludzi znających się albo na sztuce wojennej albo też znawców sztuki tajemnej. Bohaterowie wydawali się zbędni. O ile potwór był tylko jeden garstka uczciwych poszukiwaczy przygód wystarczyłaby. Rozmyślania przerwało mu wtargnięcie do obozowiska jeźdźca w barwach miejskiej straży, który po krótkim wstępie przeczytał obwieszczenie lokalnej władzy:

-Rada Doliny Archen ogłaszam wszem i wobec iż każdy śmiałek, który ma odwagę by wejść do lochów, które odkryto pod stolicą, ma stawić się o świtaniu ostatniego dnia, każdego dekadnia, przy wykopie który przyniósł naszej stolicy tyle nieszczęść. Na odważnych, którzy oczyszczą to przeklęte miejsce z potworów czeka nagroda.

Oczyszczą przeklęte miejsce… Tak, tego właśnie potrzebowało miasto, oczyszczenia. Mordimer w ułamku sekundy powziął decyzję. To on właśnie przyniesie miastu oczyszczenie i wybawienie od potwora. Bajanie dziada, przybycie strażnika i fakt, że przybył do tej krainy tak niedawno, musiało zostać zaplanowane przez Tymorę. Taki bieg wypadków nie mógł być przypadkiem. Kapłan wymruczał krótką modlitwę dziękczynno-pochwalną pod adresem Pani Szczęścia. Jego bogini znów najwyraźniej spojrzała na niego przychylnym okiem. Rano zaniesie jej przesłanie do miasta i po zniszczeniu potwora wysławi jej imię. Oraz swoje… Wreszcie ma szansę na spełnienie marzenia. Będzie mógł zasłynąć jako prawdziwy poszukiwacz przygód. Obrońca i wybawiciel Doliny Archen. Tak w ten sposób zapisze się w pamięci prostego ludu. Z łaską bogini będzie mógł osiągnąć cel. Kapłan szybko dokończył posiłek i przygotował sobie posłanie. Strażnik miał rację. Powinien dotrzeć do miasta w pełni sił, gotowy do działania. Rozejrzał się jeszcze tylko po obozowisku i zauważył dwóch dyskutujących mężczyzn. Niby niczym się nie wyróżniali, ale Mordimer miał podejrzenie, że dyskutowali o miejskim potworze. Na razie jednak nie zaprzątał sobie nimi myśli. Rano wszystko się wyklaruje.

Kapłan obudził się na krótko przed świtem i natychmiast rozpoczął przygotowania do podróży. Szybko zarzucił na siebie zbroję łuskową i spakowawszy plecak przytroczył do niego wykonaną z mithrilu tarczę. Dar od ojca. Wkrótce sprawi, że rodzice będą z niego dumni. Spakowawszy śpiwór kapłan uklęknął i oddał się modlitwie, prosząc Uśmiechniętą Panią, aby zesłała mu niezbędne zaklęcia i przychylnym okiem spoglądała na jego działania w najbliższym czasie. Kiedy skończył przytroczył do pasa buzdygan i poprawił różdżkę za pasem, aby nie uwierała go podczas marszu. Zarzuciwszy plecak na ramię wziął kawałek chleba i wyruszył w drogę, racząc się śniadaniem.

Kiedy tylko wyszedł na drogę zobaczył obu mężczyzn, a których zwrócił uwagę poprzedniego wieczoru. Oni także kierowali się w stronę miasta. Możliwe było, że przyjdzie razem im zmierzyć się z potworem, dlatego kapłan szybko dogonił dwójkę osobników i rozpoczął rozmowę od zwykłego pozdrowienia:

- Łaska Naszej Uśmiechniętej Pani niech sprzyja waszym poczynaniom, drodzy przyjaciele w podróży. Nazywam się Mordimer i jestem skromnym sługą Pani Szczęścia. Domyślam się, że obu z was o tak wczesnej porze gna do przodu chęć rozprawienia się z potworem. Jeśli nie macie nic przeciwko pragnąłbym udać się razem z wami do miasta, bo jak wiadomo w grupie raźniej i bezpieczniej. Nie martwcie się nie zawadzę i marszu nie spowolnię, więc chyba nie odmówicie mej prośbie.

Kapłan odczekał chwilę i wraz z dwójką przyszłych pogromców ruszył w dalszą drogę.
 
__________________
Mogę kameleona barwami prześcignąć,
kształty stosownie zmieniać jak Proteusz,
Machiavela, łotra, uczyć w szkole.
Chester90 jest offline  
Stary 20-07-2009, 17:05   #7
 
stibium's Avatar
 
- Pozwoli pani, że zaproponuję wino i posiłek. Straż stawia.

To rzut monetą zadecydował o tym, że przyjęła propozycję Reissa. Owszem, zdążyła mu się dobrze przyjrzeć, gdy pyskował straży, ale smukłe chłopaki z ferajny jak on nie były jedyną kategorią, w kontaktach z którą wolała zdać się na Tymorę. Złota moneta z lwem z rodzinnych stron podjęła za nią ostatnio chyba wszystkie decyzje, łącznie ze spędzeniem w tej dziurze jeszcze paru tygodni po tym, jak swoją lutnię wymieniła na cholerną poobijaną bałałajkę... Zawsze to wygodniej narzekać po knajpach na brak fartu, niż przyznać, że kariera stanęła w martwym punkcie, a jeśli się śpiewa, to stare kawałki szczurom lądowym udając południowy akcent akurat wtedy, gdy karczmarz potrzebuje odpowiedniego tła, by opchnąć drogo dostawę piwa z Cormyru. Południowy dlatego, że w Moście Archen faktyczny cormyrski akcent Cynry w ogóle nie zostałby zauważony.

- Słeszną ma liniję tetejsza strażi, oferojąc wino miast tych popłoczyn po piwie, panie Reiss. Cynra Oedevren, miło mi – odpowiedziała minstrelka, rozpędziwszy się, zagadując z umówionym wcześniej z karczmarzem akcentem. – To znaczy… Niech to szlag, sam widzisz, jak to jest, w obcym kraju robię za dodatek do „Cormyrskiego półciemnego”, biegam w bufiastych błękitnych rękawach i szczebioczę jak wiejski grajek z festiwalu chmiela. No, ale musisz przyznać, że udało mi się na scenie przemycić parę niezłych tonów… panie – poprawiła się, widząc, że rozmówca przygląda się, jak zawiesza na krótkim łańcuszku u ucha przewierconą monetę, którą jeszcze przed chwilą rzuciła – To Złoty Lew, błyskotka, wszystkie moje oszczędności i wyrocznia zarazem. Szczęśliwie, rozmawiam z oddelegowanym Straży, więc nic mi nie grozi – dodała z kwaśnym uśmiechem i wzięła do ręki swój kielich, właśnie podany przez karczmarza. – To sembijskie wino? Zaraza…

Przegryzając chleb i ser słuchała nawet dowcipnych, ale jednak przechwałek Reissa. Pamiętała, żeby otwierać szeroko oczy i przechylać głowę, lecz chyba polubiła pewnego siebie złodziejaszka, bo zaraz zaczęło to przychodzić naturalnie… Konrad skupiał się w rozmowie przede wszystkim na sobie, ale dawał sobie czas, by uważnie przyjrzeć się dziewczynie i właściwie nie wiadomo było, co przyciąga jego spojrzenie: blask niesfornych włosów barwy zachwalanego na scenie cormyrskiego półciemnego, czy raczej złota moneta o sporej chyba wartości przytroczona do ucha pieśniarki? Cynra odsłoniła zęby w zuchwałym uśmiechu i gdy tylko Konrad napomknął o obwieszczeniu straży, podchwyciła temat:

- To jasne, może i marnuję się w tej mieścinie, ale los się do mnie chyba wreszcie uśmiecha. Ta cała sprawa z wykopami Hermana, to brzmi ciekawie. Tak, na razie wszystkie ciekawsze plotki to te o łapówkach za skład, ale coś mówi mi, że to większa afera…

Oczy dziewczyny zabłysnęły, gdy zaczęła mówić, ale w duchu śmiała się z całej tej historii. W końcu co też mogło wyleźć z piwnicy starego kupca?

- Może ten cały potwór to żadna bujda? Jeśli tak, już widzę afisze w kolejnych miastach, Cynra Oedevren, zachwycająca minstrelka z Suzail, albo, niech będzie nawet i z Mostu Archen, w trasie z pieśnamii wybrzeża i absolutnym przebojem, opowieścią o potworze z lochów… Panie i panowie, pijcie dużo piwa, przybywajcie tłumnie i radujcie się, bo drugiej takiej szansy nie będzie! Ha, choćby ten potwór był przerośniętym szczurem, na jego plecach trzeba przewieźć się daleko, zwłaszcza, że w mieście bardów jak na lekarstwo.

Cynra zarzucała teraz swojego towarzysza potokiem słów, ale ten słuchał spokojnie, sięgając tylko do sakiewki z emblematem straży, by kielichy nie stały puste.

- Rozgadałam się, Konradzie, ale wypij ze mną za to, żeby bestia zgłodniała do jutra, bo ja wybieram się przyjrzeć chudopachołkom z szabelkami i mam zamiar znaleźć tam niezły temat na balladę... Tobie też radzę korzystać z okazji, bo choć impreza to organizowana przez straż miejską, im więcej straży, tym mniej ludzie patrzą na swoje sakiewki. Zwłaszcza gdy z rozdziawionymi gębami gapią się w dziurę w ziemi wyczekując potwora. Ha, przypuszczam, że spotkamy się jutro, a wraz z nami połowa miasta, więc… Zdrowie!
 
stibium jest offline  
Stary 20-07-2009, 22:10   #8
 
Szarlej's Avatar
 
Konrad podniósł kielich z winem w stronę minstrelki.

-Twoje zdrowie. Powodzenia w układaniu pieśni, bo wbrew pozorom w Archen konkurencja jest, mimo to blaknie ona przy Twoim talencie i urodzie. Co sprawiło, że ktoś o takim uroku i umiejętnościach zawitał do naszego małego miasteczka i tej karczmy. Powinnaś raczej grać na dworach królewskich.

-To ładne słowa, ale nie zapominaj, że mam oczy na swoim miejscu. I widziałam, kto przy kontuarze pije za... moje napiwki. Ech, Konradzie, zdaje mi się, że całkiem nieźle cię znam.

„Faktycznie oczy ma na swoim miejscu i to całkiem niczego sobie...”

Konrad napił się znów wina, w przeciwieństwie do artystki uważał je za wyborne. Powiódł wzrokiem po tłumie szukając znajomych twarz, znalazł kilka ale nie te, których szukał. Jego spojrzenie znów padło na Cynre, wbrew temu co minstrela myślała patrzył na nią, nie na monetę. Dziewczyna mu się podobała, cóż... Wiele kobiet mu się podobało i jakby miał łatać za każdą to dnia by mu nie starczyło.

-Ktoś tak spostrzegawczy na pewno zdążył się na mnie poznać. Mimo to ciągle uważam, że powinnaś grać na dworach gdzie doceniliby lepiej Twój kunszt a nie w takim miejscu.

Złodziej upił jeszcze łyk wina i kontynuował:

-Pozwolisz, że będę jutro Tobie towarzyszył?

-Ha, nie mogę chyba zabronić ci ruszyć na ratunek ludowi, czy to jeśli chodzi o potwora z tej.. piwnicy, czy o nadmiar pieniędzy w kieszeniach... Zresztą, chętnie zobaczę jak tacy jak ty radzą sobie u boku zbrojnych.. Jeśli oczywiście odważysz się wejść do lochu.

-Jakże mógłbym stchórzyć na oczach tak pięknej kobiety?

Jako odpowiedź otrzymał tylko uśmiech, rozmyślając o jutrzejszym dniu odpowiedział sam sobie na pytanie, które nie dawno zadał.

„Normalnie, biorąc nogi za pas.”

Łotr i minstrelka gawędzili jeszcze przez chwilę o wszystkim i o niczym. Ot to on spróbował dowiedzieć się co śpiewaczka robi w mieście, to ona wypytywała o jakiś szczegół dotyczący jego. Reasumując, zwykła, miła rozmowa w której rozmówcy z przyzwyczajenia starali się czegoś o sobie dowiedzieć. Kot w końcu z uśmiechem powoli wstał od stołu.

-Dziękuje za rozmowę, to jak była interesująca można chyba tylko porównać do Twojej urody i intelektu, nie wiem czy najbieglejszemu bardowi starczyłoby słów by je opisać. Niestety sprawy natury... prywatnej zmuszają mnie do jej przerwania. Do zobaczenia jutro rano Cynro.

Na pożegnanie się ukłonił się i pocałował minstrelkę w dłoń.

„Kiedy ostatni raz tak komuś słodziłem... W sumie, to dwa dni temu gdy spotkałem się z tą znajomą Gabriel. Jak jej było… Asael? Asmael? Almael?”

Łotrzyk spojrzał w oczy minstreli i uśmiechnął się na pożegnanie.

„Niech ciebie piekło pochłonie Erwinie. Gdyby nie ty mógłbym kontynuować tę rozmowę, może by się na rozmowie się nie skończyło...”

Z gotowym planem Reiss opuścił karczmę.

„Jeśli braciszek nie skretyniał do reszty kazał komuś mnie pilnować, wynajął pewnie jakiegoś złodzieja lub posłał któregoś dyskretnego ze swoich.”

Plan łotra był prosty, najpierw postanowił sprawdź czy go śledzą i w ilu w tym celu zaczął krzątać się po mieście. Najpierw zaszedł do innej karczmy gdzie wypił piwo i pogawędził ze znajomkami (uszczuplając swoją sakiewkę), później poszedł przejść się po mieście, przechodząc obok domu publicznego przystanął na chwilę jakby się zastanawiał czy nie skorzystać z jego usług, przeliczył monety i zrezygnowany poszedł do następnej karczmy gdzie został dłuższą chwilę. Właśnie tam spotkał znajomych bardów, wypił z nimi trochę, poflirtował z piękną harfiarką w końcu jednak samotnie, chwiejnym krokiem opuścił karczmę i poszedł w kierunku swego obskurnego mieszkania. Po drodze skręcił w kilka zaułków, normalny skrót jakim zwykł wracać do domu. W jednej z ciasnych uliczek zaczaił się na potencjalnego szpiega. Jeśli uda mu się takowego złapać postara się go obić i ewentualnie trochę pociąć nożem (tak by nie zabić) a jeśli nikt go nie śledził wróci do domu.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 21-07-2009, 17:21   #9
 
Asmorinne's Avatar
 
A miało być tak pięknie. Na początku rzeczywiście było, ten wiatr we włosach, ten nieustający ruch i świadomość, ze właśnie tu może czekać ich jakaś przygoda. A przede wszystkim świadomość, że dom jest coraz dalej, a droga coraz bardziej niebezpieczna. Pamiętała to uczucie w sercu, gdy zaatakowały ich gobliny. Już razem z Curlym ruszyli w obronie karawany, lecz zaraz przybyło wojsko i w jednej chwili rozgromili wrogów. Gdyby byli bliżej, może udałoby im się zabić chociaż jednego... dziewczyna zagryzła wargi i razem z chłopakiem zrezygnowani wrócili na swoje poprzednie stanowisko. Wtedy pomyślała o domu. Jeszcze pamiętała wzruszenie matki, która z całego serca życzyła jej szerokiej drogi i ten uścisk ojca, mówiący „ leć w świat ty odważna dziewczyno, leć i szukaj swojego szczęścia”. Poczuła smutek kiedy sobie o ty przypomniała. Zostawiła ich, zostawiła ich samych. Kto teraz będzie pomagał matce w jej codziennych obowiązkach, jak sobie da rade? Pomyślała. Czy właściwie dobrze zrobiła opuszczając Cormyr? Cała sytuacja z Rennym jakoś przecieżby się ułożyła, sprawa przycichła i wszyscy zajęliby się nowymi sensacjami. Może nie trzeba było tak pochopnie podejmować decyzji...
Zerknęła na Curley’ego i Novely cieszyła się, że są razem z nią. Zawsze chciała opuścić miasto, lecz nigdy nie chciała zrobić tego sama. Wiedziała, że może zawsze na nich liczyć szczególnie na Curley’ego, który jak już wielokrotnie się przekonała , miał do niej pewną słabość. Często łapała go na ukradkowych spojrzeniach i zawsze pomagał jej we wszystkim. Było jej bardzo miło, kiedy opiekował się nią, lubiła go za bardzo, lecz był tylko człowiekiem. Nic nie miała do ludzi, ale jak już miałaby z kimś być to tylko z pobratymcem. Poza tym nie zastanawiała się raczej nad sprawami uczyć, na pierwszorzędnej roli dla niej były przygody.

A miało być tak pięknie. A teraz najzwyczajniej w świecie nudziła się. Siedziała razem z Curly’ejem i Novely przy ognisku przysłuchując się najbardziej nudnym rozmowom na świecie. Kupcy targowali się, negocjowali, czasem przeklinali. Ileż można dyskutować na temat jakiejś tkaniny! Febrine nie mieściło się to w głowie, widocznie kupcy byli w swoim żywiole. Bo tak się rozgadali, że na niczym innym się nie skupiali, tylko i wyłącznie na swojej tkaninie. Nawet zbliżający się w ich stronę jeźdźcy, nie zdołali wyrwać ich z tego swoistego kupieckiego transu. Febrine zaciekawiła się, może to wrogowie i trzeba będzie się bronić! Wstała zadowolona, czując przepływającą w niej adrenalinę. Już zaczęła szykować czar, kiedy to okazało się, ze jeźdźcy wcale nie są nastawieni na walkę. Przybyli tylko zaspokoić pragnienie. Febrine siadła zrezygnowana i westchnęła.

- A miało być tak pięknie... – szepnęła, lecz te słowa nie były skierowane do nikogo.


Lighte spała na jej kolanach, znudzenie Febrine najwyraźniej się udzielało. Domagała się tylko pieszczot, potrącając małym czarnym noskiem jej rękę. Co jakiś czas brodaty woźnica Tores, spoglądał z obrzydzeniem na jak to mówił „szczura” , którego obecność zdecydowanie mu się nie podobała. Nie ukrywał tego nawet, deklarując od razu, żeby elfica trzymała go z daleko od niego.
„ Taka ładna dziewczyna, a bawi się ze szczurami” Febrine przypomniała sobie jego słowa. Lighte nie lubiła go, ona z resztą też, choć nie miała oczywistego powodu, żeby go nie lubić. Czasem jednak tak się zdarzało, podobnie jak z miłością od pierwszego wejrzenia, to tak samo od pierwszego wejrzenia elfica nie lubiła woźnicy. Jeśli to była oczywiście prawda.


Febrine przypatrywała się rycerzom, jakże imponująco wyglądali w tych zbrojach! Zerkając na Nowely, zdała sobie sprawę, ze nie tylko ona jest nimi zachwycona. Obie dziewczyny posłały sobie uśmiechy zrozumienia i wróciły do poprzedniej czynności. Curly siedział z założonymi rękami, również zapatrzony w rycerzy, ale zupełnie z innego powodu, gdyż to o czym mówili wydawało się bardzo interesujące.
 
__________________
Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia...

Ostatnio edytowane przez Asmorinne : 21-07-2009 o 17:26.
Asmorinne jest offline  
Stary 21-07-2009, 17:32   #10
 
Kelly's Avatar
 
Było nudno! Już znacznie więcej atrakcji oferowało rodzinne miasteczko ze świątynią, tawerną, bójkami oraz damską łaźnią, gdzie zawsze można było popodgladać co ładniejsze dziewczyny. Umożliwiały to odpowiednio wywiercone dziury w ścianach służące kolejnym pokoleniom chłopaków.


Wojownik podejrzewał, że dziewczyny także o nich doskonale wiedziały, ale ... chociaż narzekały oburzone na obrzydliwych podglądaczy, nie do końca zależało im na likwidacji owych otworków. W końcu, gdzie indziej mogłyby pełniej pognębić swoją urodą, rozmiarami, wdziękiem nielubiane koleżanki, niż właśnie tam? Jego siostra, jako kapłanka, nie używała wspólnej łaźni, a Febrine ... nie wiedział. Przynajmniej nie trafił na nią nigdy. Ale pewnie też nie, bo nie wątpił, że taka wieść natychmiast rozniosłaby się między męską populacją miasteczka. Febrine w cuglach wygrałaby wszystkie konkursy piękności ze swoim smukłym, delikatnym ciałem, pięknymi, wielkimi oczyma i cudownym kształtem ust, niewątpliwie doprowadzając część dziewcząt na skraj rozstroju nerwowego. Teraz natomiast ta śliczna dziewczyna siedziała obok niego, i gdyby nie była elfiną, przysiągłby, że znudzona ziewa.

Uciekli ze względu na nieszczęsny pojedynek, którego skutkiem było prawdopodobne pozbawienie możliwości zostania ojcem pewnego gburowatego dupka atakującego Febrine, ale mieli nadzieję na przygody! A tu co? Kicha. Wprawdzie raz ich kupieckie wozy zaatakowała niewielka grupa goblinów, co serce Novely napełniło obawą, a Febrine oraz jego radością, ale nie wyszło nic z tego. Akurat zaraz za nimi podążał oddział Purpurowych Smoków. Elita cormyrskiego wojska zajęła się napastnikami nad wyraz skutecznie. Dowódca rycerstwa ogólnie kazał im nie przeszkadzać podczas walki, co obydwoje przyjęli jako policzek. Co? Febrine i on przeszkadzaliby? Wrrrrrr.

Tak było do czasu przejazdu Szponów, którzy przynieśli informacje na temat szykującej się przygody w katakumbach stolicy Archen.

***

- Brzmi nieźle - nagle rzucił dziewczynom Curly po tym, jak jeźdźcy zniknęli w mroku - co wy na to?
- O czym ty mówisz? - zdziwiła się Novely, widocznie dalej zamyślona. Jakby nie było, piękni jeźdźcy potrafili swoja dumna sylwetką oraz bijącą odwagą zauroczyć dziewczęce serduszka.
- Nie słyszałaś, co mówili jeźdźcy? - zdziwiła się Febrine. - Lochy pod miastem! Poszukują śmiałków. Wspaniała wyprawa. Mi też się podoba, szkoda tracić czasu z tą karawaną ... nic się tu nie dzieje ...
- To jak? Może byśmy tak? No spróbowali zostać bohaterami Archen? – zapytał siostrę.
- Curly, czy ty nie przesadzasz? - zaoponowała Novely. - Znajdziemy coś, ale pchać się do jakiejś dziury, bez sensu.
- Podoba mi się ... doskonale - powiedziała niespodziewanie zachwycona elfina - musimy ruszyć jak najszybciej. Novely - zwróciła się do kapłanki - nie możemy tkwić z tą karawaną, tracimy tylko swój czas, a tam ... tam mamy możliwość zdziałania więcej, o wiele więcej ...


- Tak, tak - poparł ją szybko Curly - słuchaj Novely, ona jest czarodziejką, jest mądra ...
- Tak, owszem - odparła kapłanka patrząc krytycznie - oraz kąpana w gorącej wodzie, jak ty. Curly, jesteś mężczyzną i powinieneś mieć wystarczająco odpowiedzialności, żeby jej nie popychać na taka zwariowana wyprawę. Alboż nam tu źle? Alboż nie znajdziemy sobie czegoś lepszego?
- Ale siostro, o co ci chodzi? - próbował się bronić.
- Ano miast świecić przykładem i być głosem rozsądku, jeszcze ją popychasz do takich akcji.
- Nikt mnie nie popycha - wtrąciła się - po prostu już od dłuższego czasu zastanawiam się nad naszą wyprawą, bo sama musisz się zgodzić, że jest strasznie nudna. A teraz otwiera się nam taka szansa. Mystra zsyła okazję ... pomyśl Novely, ile cudownych rzeczy może nas spotkać, nic nie stracimy, możemy tylko zyskać ...



kapłanka Mystry, Novely

Dziewczyna lekko przesadziła, bo strącić mogli znacznie więcej, niż nic, ale w gorączce dyskusji, jakoś umknęło jej to sprzed oczu. Wojownik zauważył, ale nie chciał dawać argumentów siostrze.
- No nawet, ale wiesz, Febrine, nawet jeśli , to ... - widać, że zastanawia się - to pomyśl, czy możemy na nim polegać? - wskazała na oburzonego brata. - Pomyśl, czy on wygląda jak tamci wspaniali rycerze. Ten, blondyn miał taką przystojną twarz ... - rozmarzyła się.
- Właśnie ... może uda nam się ich dogonić ... - również chwilkę oddała się słodkim radościom wyobraźni. Widocznie Curly zajmował dość niską pozycję w hierarchii obydwu dziewczyn pod względem męskiej atrakcyjności. To było średnio miłe.

Febrine kontynuowała.
- Wiesz nie jesteśmy bezbronni, jestem magiem, a rycerze wcale nie muszą być przystojni, żeby się dobrze walczyć. Jestem pewna, że Curly nie jest gorszy od nich... - uśmiechnęła się do niego. Uf, od razu zrobiło mu się cieplej na sercu. - To jak Novely? Idziesz z nami, czy nie - postawiła sprawę jasno i uśmiechnęła się łobuzersko. Może tych rycerzy wymyśliła tylko, żeby zachęcić siostrę, zastanowił się przez moment. To byłoby cudowne.

Jakkolwiek było argument podziałał.
- Idę, idę - Novely wyglądała, jakby ktoś zmusił ja do zjedzenia bardzo kwaśnej cytryny. - Beze mnie jeszcze coś zmalujecie i będę musiała was za uszy wyciągać z tarapatów - westchnęła.
- Oj siostra, siostra ... - pokręcił głową. Novely była bliźniaczką urodzona tuz przed nim, ale nigdy nie zaniedbywała podkreślania tego, według Curly’ego, nieistotnego faktu.
- A ty się ucisz. jestem starsza i póki jesteśmy daleko od rodziców, jestem głową rodziny.
- Razem jesteśmy niezwyciężeni – oceniła dumnie elfina. – Novely, zobaczysz, nie będziesz żałować – powiedziała uradowana i zamyśliła się. - Najpierw musimy się dowiedzieć gdzie to dokładnie jest ... myślę, że któryś z kupców będzie wiedział - powiedziała głaszcząc Lighte.
- Eliot, idź się zapytaj. Może rzeczywiście będą mieli pojęcie. Chyba nie wyślesz dziewczyn przez własne lenistwo? – zaćwierkała słodko siostra tonem zniechęcającym do jakiejkolwiek dyskusji.
- Że tez zawsze musi stawiać na swoim – mruknął niechętnie chłopak podnosząc się z pledu.

***

- Chyba nie będziesz zadowolona, Novely - mruknął po powrocie.
- Ech - pokręciła głową - ci młodsi bracia. Masz szczęście, że jesteś jedynaczką, Febrinne - zwróciła się do elfiny - a ogólnie dowiedziałeś się czegoś?
Curly skrzywił się, ale wyjaśnił siląc się na spokojną wypowiedź.
- Kupcy nie wiedzą, gdzie dokładnie jest wykop, jednak wspomnieli mi, iż żadnych bram po drodze nie ma, gdyż miasto rozwija się na tyle szybko, że rozbudowa murów zwyczajnie nie nadąża. Toteż możemy spokojnie udać się tam i spytać po drodze. Do samego miasta jest mniej niż godzina drogi, jeszcze trzeba sobie zostawić trochę na odnalezienie tego wejścia.
- W takim razie musimy wyruszyć przed świtem, jak się pośpieszymy, to zdąrzymy - powiedziała wyraźnie ożywiona Febrine. Czuć było w jej głosie, ze już nie może się doczekać podróży. – Szkoda jedynie, że nie mamy koni, ale trudno.
- Nawet nogi mniej bolą, kiedy niosą w stronę przygody – uznał Curly. Chociaż Novely nie była całkowicie przekonana, wreszcie kiwnęła głową zgadzając się niezbyt chętnie.

***

Kiedy zerwał się zbudzony pstryczkiem w nos, obydwie dziewczyny były już na nogach. Rzecz jasne, siostra wymyśliła tak miły sposób budzenia. Nie było jednak czasu na narzekania, toteż pomrukując pod nosem średnio miłe słowa na temat jej konceptu, zerwał się z pledu. Szybko załadowali swój dobytek, dogadali się z handlarzem, co do zapłaty, i ruszyli. Śpiew słowików i nocny powiew wiatru towarzyszył im, kiedy doszli do posterunku strażników. Piątka uzbrojonych wojów przyglądała im się w miarę obojętnie:
- A skąd to Tymora prowadzi? - zapytał wąsaty łucznik z sumiastym wąsem.
- Cormyr – odpowiedziała Novely – niech Mystra będzie wam przychylna.


- Słyszeliśmy, że Dolina potrzebuje dzielnych rąk, żeby oczyścić lochy pod miastem - kontynuowała.
- Hm, poszukiwacze przygód – skinął głową. Zapachniało od niego czosnkiem. - Nie wy pierwsi. Może poradzicie co na te dziadostwa, ale uważać radzę. Nie widzi mi się, co by tak delikatne panienki na takie wyprawy się wybierały.
- Elminster też nie wygląda na siłacza – rzuciła elfina imieniem najpotężniejszego maga Dolin z przekąsem – chyba nie mielibyście wątpliwości, że poradziłby sobie.
- Ano prawda. Nic tam mi do waszych planów. Córę mam młodą, jako ty – wskazał na kapłankę – i nie chciałbym, żeby tak się włóczyła po świecie rozbijając, nawet dla szlachetnych celów. Chcecie nastawiać swoje niewieście głowy, wasza sprawa. Ano, jeśli wy na miejsce zbiórki, to w tamtą stronę – wskazał ręką. - Najpierw do takiego białego słupa prosto, zaś potem na lewo i dalej już spokojnie dojdziecie.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 22-07-2009 o 07:55.
Kelly jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:27.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168