Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-11-2009, 15:50   #101
 
Sayane's Avatar
 
- Ja też zaczynam żałować - odpowiedziała całkiem poważnie Sabrie. - Z pewnością byłaby bardziej... skłonna do współpracy. No ale cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Odprawiłam ją bo nasza misja miała być tajna, ale patrząc na ten bałagan chyba nie ma co zawracać sobie głowy tajemniczością. Zwłaszcza, że nadal jedyną rzeczą, która ukrywa ten złom jest zwykła płachta. Osiem osób eskortujących kupę złomu - roześmiała się szyderczo. - No, już siedem - spojrzała za odjeżdżającym magiem. - Na pewno nie będziemy na siebie zwracać uwagi, na pewno... A tego gdzie pognało tak w ogóle?
- W zasadzie równie dobrze moglibyśmy na płachcie wymalować napis "popatrz tutaj!" - stwierdził Roger. - A Logain... Może zatęsknił za Alarą... - pokręcił głową. - Mógłby chociaż coś powiedzieć przed odjazdem.
- Na jego miejscu też bym wolała jakieś bardziej normalne towarzystwo. Coś tam szeptał do aasimara... A jak poszły negocjacje z naszą szanowną zleceniodawczynią?
- Powiedziałbym, że stanęło na niczym. Przedłożyłem jej argumenty za pozostaniem tu do rana. Czy to do niej dotarło, to nie wiem. Więcej myślała o swoich kościach. To znaczy kościach do gry, które wpadły przypadkiem w moje ręce.
- Przypadkiem, co?
- uśmiechnęła się wojowniczka. - To dlatego ją przedtem tak potraktowałeś?
- Ja? Skąd... To Ron. Przegrał z nią w kości nieco grosza i wolał, żeby mu nie uciekła. Kości wypadły jej, gdy się szarpała z Ronem. Na szczęście on ich nie zauważył, bo by ją chyba od ręki udusił, nie zważając na żadne perswazje.
- Same z nią kłopoty... dobrze, że przynajmniej walczyć i leczyć umie. Co w ogóle sądzisz o tym zleceniu - zapytała prosto z mostu Sabrie.
- Szczerze? - spytał Roger. - Mówi się zawsze 'miłe złego początki'. Mam nadzieję, że ta odwrotna sytuacja się sprawdzi.
- Zaczęło się dość kiepsko, może zatem się nie pogorszy. - ton Morgana sugerował brak wiary w swe słowa. - Wszystko dziwnie zorganizowane. Istna prowizorka. Zaś członkowie tej niby-drużyny są wyjątkowo mało zgrani.
- Ciężko być zgranym znając się godzinę czy dwie, nieprawdaż? Dziwny jest raczej dla mnie sposób doboru drużyny do tak - ponoć - ważnego zadania. Niemalże łapanka z przypadku. Jakby ktoś nie chciał, żeby się udało. Albo wszystko organizowały gnomy i kapłanki Gonda, wtedy nasza sytuacja staje się jak najbardziej zrozumiała
- zażartowała.
- To mamy przerąbane - uśmiechnął się Roger. - Pewnie ten, kto organizował to wszystko, robił to po raz pierwszy. A my będziemy pierwszym wynikiem eksperymentu tego kogoś.
-
Pewnie tak... Bylebyśmy go swoją skórą nie przypłacili. No, wygląda na to, że jednak zanocujemy gdzieś w pobliżu - Sabrie wskazała na kokoszącą się wokół wozu Drucillę.
- Całe szczęście... Już się bałem, że pojedziemy nocą i rozwalimy wóz na pierwszej z brzegu dziurze. Potem, oczywiście, byłoby na nas.
- Oczywiście
- roześmiała się wojowniczka, choć wcale jej nie było do śmiechu. - W takim razie najwyższy czas zakręcić się wokół rozbijania obozowiska, bo jeszcze nasza szanowna kapłanka zmieni zdanie.
- Zbudować ci może szałas? - zażartował Roger. - No dobra, teraz poważniej. Nie pada, zatem można spokojnie spać pod gołym niebem. Oni - wskazał Dru, Sylphię i Kastusa - niech sobie śpią. Reszta popilnuje. Do świtu - spojrzał w niebo - zostało parę godzin. Dwie warty, po dwie osoby? Co ty na to?
- Jestem za. Myślę, że przynajmniej odnośnie potrzeby wystawienia wart nikt nie będzie się spierać. Chyba że Dru uraczy nas jakimś alarmowym czarem, bo na Sylphie chyba nie mamy co liczyć. A Teu... może lepiej nie prosić
- puściła do Morgana oko.
Oj, nawet nie wspominaj... Mowa wiązana... - stłumił uśmiech. - A o alarmie porozmawiam z Kastusem. A ty ustal z Castielem, z kim woli zostać na warcie. Ale obawiam się, że wybierze ciebie, nie Teu - dodał.
- A kto go tam wie... Możemy wartować razem, a niech reszta męczy się z wyborem partnera. Choć myślę, że im wszystko jedno. Ale kolejne noce zapewne podział na pary mag-wojownik będzie bardziej praktyczny.
Roger skinął głową.
- To ja idę do naszego kapłana, a ty porozmawiaj z Castielem.
- W porządku -
powiedziała Sabrie po czym ruszyła w stronę aasimara.

- Przydało by się wystawić warty; najlepiej w parach. Weźmiemy z Morganem pierwszą zmianę, co ty na to? - zagadała do Castiela.
- Jak dla mnie może być - odparł obojętnie mężczyzna.
- Co się stało Logainowi? Popędził jakby go goniło stado demonów?
- Miał ważniejsze sprawy do załatwienia gdzie indziej
- wojowniczka wzruszyła ramionami na tak enigmatyczną odpowiedź i poszła znaleźć odpowiednie miejsce do pełnienia warty.
 
Sayane jest offline  
Stary 22-11-2009, 16:02   #102
 
abishai's Avatar
 
Cokolwiek można było mówić o umiejętnościach i talentach Dru i Kastusa, to jednak faktem było, że na leczeniu się znali. I szybko uzdrowili rannych. Tak więc poza murami Waterdeep wszyscy już byli zdrowi. Oczywiście wkrótce wywiązał się spór, który mógłby się rozejść po kościach, gdyby nie... Morgan. Odmówił bowiem oddania kapłance jej własności. Wzburzona tym zachowaniem gnomka spojrzała złowrogo na swego dręczyciela, i sięgnęła drobną rączką po wynalazek nr. kat. # 234. Zanim jednak zdołała go wykorzystać, na ramieniu Dru wylądowała ciężka dłoń Kastusa, który rzekł.- Pani, może na dziś wystarczy...atrakcji? Przygotowałem już miejsce na twój spoczynek.
-Może i masz rację.-
wzruszyła ramionami kapłanka i posłała Rogerowi wymowne spojrzenie, mające oznaczające iż sprawa jej „własności” w jego lepkich rączkach nie jest jeszcze zamknięta.
Gnomka wkrótce poszła spać wzorem maginii, a Kastus zdrzemnął się oparty o koło wozu, trzymając pod ręką buzdygan.
Wyruszenie Logaina do Waterdeep, zaś Castiel skwitował krótko i enigmatycznie. A jako że technicznie, byli na dworze i...oboje woźniców ułożyło się do drzemki. Pozostałym osobom trafiła się rola warty. Morgan, Sabrie, Castiel i Teu musieli czuwać. Gdyż reszta do wartowania w nocy niespecjalnie się paliła.

9 Kythorn 1372 RD Roku Dzikiej Magii, 1 dzień podróży


Noc minęła spokojnie, czego nie można było powiedzieć o poranku. Zapewne więc organizacja dopiero lizała rany po swej niedawnej porażce. Natomiast poranek... dzień zaczął wyciem, przy którym kwiki zarzynanej świni były anielską muzyką. Kaktusik modlił się śpiewając „O kuźnio Gonda, jutrzenko postępu...” O ile jego ryki można było zakwalifikować do śpiewu. Głos Kastusa był donośny... i to był chyba jedyny plus. Kapłan bowiem dokonywał brutalnego mordu na linii melodycznej i bezlitośnie masakrował całą pieśń.

Po tej "pobudce", kapłan zajął się sprawdzaniem stanu lantanów , których nie wyprzęgał, na wypadek gdyby mieli się stąd szybko oddalić. Natomiast Dru wczołgała się pod wóz by dokonać osobiście inspekcji, tylnej osi i ożebrowania. Więc co jakiś czas dochodziły spod wozu gniewie pomruki gnomki, podczas gdy kapłan uprosił w modlitwie do Gonda skromny posiłek dla całej grupy.
Gdy Dru wyszła spod wozu i spojrzała na jedzenie, mruknęła ze zrezygnowaniem.- Znowu wymodlony posiłek?
Po czym zaczęła jeść dodając.- Tylny lewy resor wymaga wymiany na nowy, trzeba by też sprawdzić wzmocnienia... Potrzebujemy tej kuźni do naprawy, mojego skarbeńka. I kilku godzin pracy... conajmniej.
- Tak pani, czyli... karczma?-
spytał retorycznie Kastus.
- I to jak najszybciej.- dodała gnomka.
Więc wyruszyli jak najszybciej. Wóz choć mocno skrzypiał, ciągnięty przez lantany, wydawał się nienaruszony. Jednak gnomka prowadząca wóz patrzyła nerwowo na każdy wybój, uspokajając się łykami z butelki.
Na ewentualne oskarżycielskie spojrzenia Katusika, bądź ochrony reagowała słowami.- To tylko woda.
Ale kto by jej tam wierzył...
Dojechali do „rozstajów”...scieżka do karczmy, bowiem nie była zbyt widoczna. Wóz skręcił w drogę, która, według Kastusa, miała prowadzić do owej karczmy. Wóz częściej i głośniej skrzypiał, co irytowało szczególnie Dru pomstującą pod nosem pomysły podwładnego.
Gnomka od czasu do czasu pieszczotliwie poklepywała wóz i z niepokojem patrzyła na drogę, która drogą bynajmniej nie była.

Ruszyli bowiem leśną przecinką w sporym zagajników. Droga nie wyglądała na często używaną. Z jednej strony to dobrze, gdyż zwiększało się prawdopodobieństwo, że ścigająca ich organizacja z dysząca żądzą zemsty kapłanką, o tej karczmie nie wie. Z drugiej strony, jaka jest ta karczma, skoro tak mało osób do niej przyjeżdża?
Wizja rozpadającej się rudery, w której ruinach wieje wiatr i wyją duchy, jakoś nie nastrajała do odpoczynku. Oby choć kuźnia spełniała potrzeby Dru. Wystarczy, że uda naprawić się wóz...i będą mogli ruszyć w dalszą drogę.
Gdy dojechali do sporej polanki, całą grupę czekała niespodzianka... miła niespodzianka.

Budynek karczmy był masywny i tylko lekko zaniedbany, a oprócz karczmy była tu spora kuźnia, a także uroczy ogród leżący, a jakże...nad ruczajem.
Poza tym było tu sporo ludzi, kręcących się tu i tam, przynoszących stoły, przetaczających baryłki z alkoholem, szykującym potrawy.
Tych przygotowaniami kierował mężczyzna w wyszywanym w pióra kubraku, pokrzykując od czasu do czasu, zapewne w swym ojczystym języku.- Più presto amici!
-Prędzej przyjaciele.-
powtórzył odruchowo Teu rozpoznając w śpiewnej mowie, chondathski z tethyrskim akcentem.
Ów nadzorca zwrócił uwagę na nadjeżdżający wóz i ruszył w jego kierunku.- Ach, wreszcie, wreszcie...już się bałem że coś się wam stało. Maestro Tallstag jak mniemam?
Mężczyzna zwrócił się do Rogera, spojrzał na wóz.- I widzę że przywiozłeś ze sobą, aż dwoje kapłanów ....Gonda? Cóż, darowanym kapłanom nie zagląda się pod ornat, prawda?
Po czym spojrzenie mężczyzny przeniosło się na maginię.- A to jest zapewne rozrywka na wieczór kawalerski, tak? Zwykle zatrudniamy „tancerki” przebrane za chłopki, szlachcianki, paladynki lub kapłanki Sune, no ale czarodziejka, może być miłą odmianą.
Kastus pospiesznie skoczył za Sylphię, by powstrzymać jej nieuchronny wybuch gniewu. Albo przynajmniej zmniejszyć jego skutki.
Lecz gospodarz nie zatrzymywał się na tej kwestii, lecz przeszedł do kolejnej.
- A gdzie macie instrumenty?- spytał gospodarz spoglądając na wóz. –Co to za wesele bez instrumentów?
-Ale my nie przyszliśmy na żadne wesele. Wóz chcieliśmy napraaaauć.-
wypowiedź Kastusa zakończył okrzyk bólu, po tym jak Dru kopnęła w kostkę mrucząc złowieszczo.- Za dużo mielesz ozorem Kaktusiku.
-To wy nie jesteście ....Nie...Nie...To się nie dzieje naprawdę.-
mężczyzna zaczął panikować i dopiero po chwili odezwał się do przybyszy.- Karczma zamknięta, na okres trzech dni. Nie przyjmujemy nikogo. Odjedźcie swoją drogą.
- Nie możemy odjechać. Dziecina musi zostać naprawiona.-
rzekła Dru pieszczotliwie głaszcząc wóz. Tymczasem do mamroczącego mężczyzny w ciemnej atłasowej sukni, ozdobionej po części podobnym motywem co kubrak gospodarza. Spytała mężczyznę, spoglądając na wóz i kapłana rozmasowującego kopniętą kostkę. – Co się stało, mężu?
-Katastrofa moja duszko, Tallstag się spóźnia, nie mamy kapłanów, nie mamy grajków, nie mamy rozrywki, scenografia jeszcze w pudłach. A tu jeszcze napatoczyli się jacyś przyjezdni.-
rzekł nerwowo mąż wskazując na ochronę Dru. Kobieta spojrzała przybyłych, gdy jej mąż kończył wypowiedź słowami. –A goście zjeżdżają się już dziś, wieczór kawalerski dziś, a ślub wszak jutro!
- Wśród nich są kapłani.-
rzekła żona, a mężczyzna dodała.- Tak, ale...masz rację ! Tak! To może się udać!

Oboje spojrzeli na gnomkę i jej ochronę, zaś mężczyzna rzekł.- Nazywam się Valdro Caelin, a to moja żona Bianka. Jestem właścicielem tego lokalu. Jak zapewne zdążyliście się domyślić urządzamy wesele dla dygnitarzy z Waterdeep. Nie możemy was przyjąć jako gości, ale przyjmiemy jako pracowników. Wynajęty przez nas organizator wesel się nie zjawił, więc wy go zastąpicie. Musicie tylko zorganizować rozrywkę dla gości i wieczór kawalerski dziś, a ślub jutro. W zamian będziecie mogli wypocząć w pokojach i dostaniecie posiłki za darmo. A i będziecie mogli skorzystać też z kuźni. Co powiecie na takie warunki?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 09-05-2010 o 15:21. Powód: byki,poprawki
abishai jest offline  
Stary 23-11-2009, 15:32   #103
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Rozjaśniana światłem księżyca noc upłynęła całkiem spokojnie.
Nikt nie usiłował ukraść im armaty, nikt nie podkradł się z zamiarem poderżnięcia im gardeł. Nocną ciszę przerywały tylko sporadyczne pohukiwania nocnych łowczyń - sów. A ponieważ Sabrie okazała się nadzwyczaj miłą rozmówczynią, Roger aż żałował, że warta się konczy i trzeba obudzić kolejną zmianę.

- Dobranoc - powiedział do Sabrie, zawijając się w koc.



Niczym nie zmącone ostatnie dwie godziny nocy nie zapowiadały upiornego poranka.

- Na niebiosa Torilu - mruknął Roger, przeglądając plecak w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć jako zatyczki do uszu. - Gond z pewnością usłyszy ten hymn...

"Czy będzie zachwycony, to już inna sprawa..."

Śniadanie było skromne. Wymodlony posiłek. Cóż. Jak powiadali niektórzy, na bezrybiu... W praktyce jednak warto było zaopatrzyć się w jakieś jedzenie. Chociażby w owej gospodzie, o której wspominał Kastus. Uwzględniając przy okazji fakt, że i tak mieli się tam zatrzymać.



Pomysł polegający na jak najszybszej jeździe zdał się Rogerowi nieco bez sensu. Wszak im szybciej się jedzie, tym łatwiej o uszkodzenie jakiegoś elementu. Wiedział o tym każdy, kto chociaż parę dni spędził na szlaku. Jak mogła o tym nie wiedzieć kapłanka - twórczyni czy też projektantka wozu, który ciągnięty przez dwa lantany skrzypiał, jakby miał się cały rozsypać... Na każdy podskok Dru reagowała zawsze tak samo - nerwowo podskakiwała i pokrzepiała się wodą.

"Woda życia" uśmiechnął się szyderczo Roger. Nic jednak nie powiedział. Jego stosunki z Dru były dostatecznie napięte i bez złośliwych komentarzy. Zastanawiał się tylko, czy butelka była magiczna, bowiem wybojów i związanych z nimi podskoków było bez liku, a nie widać było, by kapłanka jakoś uzupełniała swój zapas.
Z drugiej strony - mógł taki moment przegapić. Wszak nie patrzył na nią bez przerwy - były ciekawsze obiekty do obserwacji, niż Dru.



Gdy zjechali na leśną dróżkę, która niby miała prowadzić do karczmy Kastusa, oblicze Dru przybrało wyraz bliski rozpaczy. Całkiem jakby sądziła, że jedno z jej ukochanych dzieci rozsypie się za chwilkę, na skutek czego drugie dzieciątko z łomotem wyląduje na ziemi.
W tym wypadku Roger w znacznej mierze podzielał jej uczucia. Wolał sobie nawet nie wyobrażać takiej sytuacji.

Wysforował się nieco przed wóz.
Rozglądając się na boki zastanawiał się równocześnie, co ich czeka na końcu tej leśnej drogi. Droga, bardzo zresztą wąska, wyglądała na niezbyt uczęszczaną.
Dokąd zatem prowadziła? Co tam stało? Szałas? Domek myśliwski? Oberża na pustkowiu?
Co za geniusz pobudował karczmę daleko od szlaku i, w dodatku, nie dopilnował, by prowadziła tam porządna droga?

Wbrew obawom dojechali cało.
Wbrew obawom Rogera nie było wcale tak źle. Budynek wyglądał okazale, a cała karczma miała tylko jedną wadę. Była zamknięta. Przynajmniej dla nich.



Roger w zamyśleniu spojrzał na Sylphię.
Bez wątpienia miała powód do wybuchu. Której kobiecie by się spodobało, gdyby wzięto ją za panienkę - mówiąc oględnie - dotrzymującą towarzystwa za pieniądze. Po co jednak rusza na szlak ubrana w strój do takich wędrówek niezbyt się nadający i wywołujący wiadome skojarzenia? Wszak jak cię widzą, tak o tobie myślą.

Jakimś dziwnym trafem nie padły żadne trupy. Co dziwniejsze, otrzymali ciekawą propozycję.

Zeskoczył z konia i podszedł do właścicieli karczmy.

- Roger Morgan - przedstawił się, kłaniając przy okazji uprzejmie. - Państwa propozycja bez wątpienia jest dla nas jak najbardziej korzystna. Mimo wszystko musielibyśmy się dowiedzieć, jakich atrakcji spodziewają się państwa goście. I czy nasze talenty, choć rozliczne, spełnią ich oczekiwania.

Pieśń w wykonaniu Kastusa, Dru organizująca przenośne kasyno, Sylphia z kulą ognia odpierająca zaloty któregoś z podchmielonych gości...

Wizja była przerażająca. Roger poczuł, jak zaczyna go boleć głowa.
 
Kerm jest offline  
Stary 24-11-2009, 11:10   #104
 
Buka's Avatar
 
Post opracowany z MG

Dalsza podróż odbywała się w kompletnej nudzie, przerywanej jedynie skrzypieniem wozu, oraz nieustannym biadoleniem z owego powodu Dru. Od czasu do czasu Sylphia dziwnie sobie życzyła, żeby wóz się rozsypał, miałaby wtedy przynajmniej okazję podziwiać Gnomkę z niewątpliwą pianą na ustach, i co najwyżej zrezygnowałaby z całej eskapady, olewając to wszystko i wracając do Waterdeep, oddając się poprzednim zajęciom. Nie żeby miała już tego wszystkiego dość, była po prostu przygotowana na takie koleje losu.
Noc upłynęła w podróży, z małym przystankiem na drzemkę, na niewygodnym pojeździe, pod gołym niebem, wśród chrapania i sapania towarzyszących jej osóbek. Do tego wszystkiego nie było nawet możliwości choćby przemyć twarzy, nie wspominając o jakiejkolwiek kąpieli. Typowi poszukiwacze przygód to jednak były spore prymitywy i brudasy... .

Ranek był równie "ekscytujący". Darcie japy Kastusa mylącego odgłosy zarzynanej świni ze śpiewem, sprawdzenie stanu wozu, kolejne pomrukiwania niezadowolonej Dru, wyczarowane przez Kapłana, ohydne śniadanie. Którego nawiasem mówiąc nawet nie tknęła, pijąc jedynie nieco wody i zjadając sucharek z własnych, skromnych zapasów.

Ruszono więc dalej, zjeżdżając wkrótce z głównego traktu na leśną drogę, która nie miała prawa prowadzić do jakiejkolwiek karczmy, prędzej już chyba do jej ruin, lub równie czegoś podobnego, na co wypiął się cały świat. Wóz trzeszczał więc i się telepał, Gnomka zawodziła, a Magini miała już powoli serdecznie dosyć takiej jazdy.


~


Karczma stała, i wcale nie była pokrytą kurzem ruiną, przeciwnie, sprawiała nawet miłe wrażenie. Wokół niej kręciło się zaś sporo ludzi zajętych rozmaitymi pracami, najwyraźniej szykowano tu w najbliższym czasie jakąś większą zabawę. Przyjęcie "Drużyny armaty", jak sobie wymyśliła nazwę Sylphia, okazało się dosyć nietypowe, pomyłkowe, i raczej dziwne.

- "A to jest zapewne rozrywka na wieczór kawalerski, tak? Zwykle zatrudniamy „tancerki” przebrane za chłopki, szlachcianki, paladynki lub kapłanki Sune, no ale czarodziejka, może być miłą odmianą." - Wypalił w pewnym momencie witający ich jegomość.

Bardzo dziwne. Niebezpiecznie dziwne... .

- Su... - Warknęła Magini, wychylając się właśnie w przód, i wykonując już odpowiednie gesty dłonią, za którymi miała pojawić się formuła słowna, przyzywająca "Błyskawicę", gdy tuż za nią znalazł się wyjątkowo szybko Kastus, początkowo chwytający ją w pasie, a drugą ręką łapiąc Sylphię za nadgarstek, szybko jednak jego dłoń z okolic jej brzucha znalazła na ustach Magini.

- ...Szanowny panie... - Kapłan próbował w jakiś sposób przekręcić urwaną wypowiedź Sylphii, mężczyzna jednak kompletnie to zignorował i trajkotał dalej i dalej.

Magini zamknęła na moment oczy, wzięła głęboki oddech, po czym nadepnęła mocno na stopę Kastusa swoim obcasem. Mężczyzna cicho jęknął, lecz nie puścił, wkrótce więc otrzymał łokieć w żebra. W tym też czasie zakończono powitalne biadolenie oraz przedstawianie propozycji warunków spędzenia czasu w karczmie.

A typek nie otrzymał prezentu od Sylphii prosto w twarz tylko z powodu faktu stojącego obok niego kobiety.

Roger zaczął pertraktacje na temat niespodziewanej oferty z jaką przyszło im się zmierzyć, Magini z kolei z głośnym "grrrwh!!" dosłownie strząsnęła z siebie Kastusa, po czym poszła w siną dal bluźniąc pod nosem do siebie i przypadkowych osób przed karczmą..

- Na wszystko co święte i Mystrę, żeby taki cioł... normalnie mnie szlag trafi!. Co się tak ślipisz?. Potrzebuję izby, wygodnego łoża i ciepłej kąpieli!. Normalnie żeby go cuchnąca Ogrzyca... zaznajomiony ktoś dobrze z igłą i nitką?!.

~


Do Magini przybiegła niespodziewanie ruda i piegowata dziewuszka w wieku 16 lat. Skłoniła się przed kobietą i rzekła.
- Proszę za mną pani. - Zapewne wziąwszy wrzeszczącą Maiginię za jednego z gości weselnych. Valdro widząc to machnął tylko ręką ze zrezygnowaniem. Wszak obiecał im pokoje w zamian za pomoc.

Komnata do której zaprowadzono Sylphię, była dość dobrze urządzona jak na karczemne standardy, przestronna i jasna, z wygodnym łóżkiem i szafą na ubrania. Służka zaprowadziła "możną panią", po czym dygnęła czekając na polecenia.
- No - Skwitowała wszystko w izbie Magini, a było to takie wyjątkowe, stanowcze "no" - A powiedz mała jak się nazywasz.
- Aniela...można pani.- odparła szesnastolatka dygając po raz kolejny. Widać było, że goście na ślubie będą należeli do elity kupieckiej Waterdeep, a tutejszy gospodarz chciał im się podlizać.
- Hmmm... to słuchaj Anielo, potrzebuję kąpieli i jakiejś dobrej strawy, byle jak najszybciej, poszukaj też kogoś kto umie zszyć suknię, rozdarłam ją w czasie drogi a trzeba się tym zająć. Na szczęście mam inne, naprawić jednak trzeba - Sylphia niespodziewanie wręczyła małej złotą monetę... .

Ta zacisnęła dłonie na monecie, uśmiechnęła się szeroko i rzekła.- Tak psze pani, już pędzę.

Po czym wybiegła z pokoju.

Sylphia czekając na małą zaczęła nagle grzebać w swoim dekolcie. Wyciągnęła stamtąd czarną chustkę, którą zaczęła rozkładać i rozkładać, aż materiał osiągnął obwód niemal metra. Następnie pacnęła ową czarną chustką o ścianę tuż przy podłodze, po czym... wsadziła do środka rękę i z magicznej dziury zaczęła wyciągać sporych rozmiarów kufer, zawierający nieco jej rzeczy osobistych, oraz sporo ekstrawaganckich kreacji, gorsetów, pończoch i tym podobnych... .

Wkrótce zjawiły się dwa chłopy rosłe i dość zarośnięte na twarzy, niosąc dużą balię wypełnioną ciepłą wodą. Na widok stojącej przy oknie Magini w koszuli nocnej rozdziawili szeroko usta i gapili się zaskoczeni tym widokiem. Sylphia rzuciła im z kolei surowe spojrzenie, i na widok gromowej miny, chłopi pospiesznie postawili balię pełną gorącej wody i oddalili się. Po chwili zjawiła się Aniela z przysadzistą babą której biust nawet maginię mógł wpędzić w kompleksy. Był to chyba jedyny atut tej kobiety, bo była gruba i szpetna jak noc. Aniela przedstawiła kobiecinę.- Krawcowa Jaga.

Ta się szybko ukłoniła przed "możną panią".

- Krawcowo Jadwigo, suknię mam w dwóch miejscach podartą - Magini wskazała strój leżący na łożu mówiąc wyniosłym tonem, niczym jakaś arystokratka, co wyjątkowo jej się podobało, minę jednak miała cały czas poważną - Przydałoby się tym zająć, i może również przeprać, będę wdzięczna.
- Tak psze pani
.- Baba ruszyła do sukni i oceniwszy ją mruknęła.- To dziurka ino...zaszyjom jom bez problema.
Zwinęła łaszek Sylphii i wyszła. Magini została sam na sam z Anielą. Służka dygnęła i spytała.- Coś jeszcze psze pani?
- Hmmm... - Zamyśliła się Sylphia, nastała drobna cisza, po czym wypaliła - No zjadłabym coś!. A zanim polecisz, powiedz no, czyją cerą ty jesteś?.
-Ja? Kucharki Jagny
.- rzekła służka i uśmiechnęła się.- ja tak nie mówię jak starsze pokolenie. Matka i ciotki są ze wsi, ale ja się już w mieście odchowałam.
- W Waterdeep może?. Bo ja mała z Waterdeep jestem, szalone miasto... a parę młodą znasz osobiście, słyszałaś coś o nich ciekawego? - Sylphia stanęła przy balii z wodą, po czym zanurzyła w niej palce, sprawdzając ciepło.
- Nie...państwo Caelin zabrali nas z małego miasta na południe od Waterdeep. Blackwater, wątpię by światowa osoba jak ty pani o nim słyszała.- odparła służka i dodała.- Państwo młodzi...wiem, że pan młody to syn szefa cechu złotników. A panna młoda jest córką szefa cechu piwowarów.
- Dobrze Anielo, a teraz pędź po jakąś strawę, głodna jestem prosto z podróży, śniadanie by się przydało...
- Lekko się do niej uśmiechnęła.
- Tak psze pani.- rzekła Aniela i opuściła maginię.

....

Aniela wróciła pół godziny później z pachnącym chlebem, dzbanem przedniego wina i mięsiwem. Widać tutejsi preferują swojskie potrawy. Sylphia w tym czasie się wykąpała, a służka nie zwracała zbytniej uwagi na kufer wypełniony sukniami i fatałaszkami. Może i się dziwiła skąd on tam się nagle wziął skoro nikt go nie wnosił?. Nawet jeśli jednak się zdziwiła to nie pytała... wiadomo bogaczy stać na magię.

- Pewnie masz dziś dużo roboty Anielo? - Spytała Magini, siedząc na łożu, i jedząc małymi kęsami przyniesiony posiłek - Chodź tu, co tak będziesz stała... - Poklepała miejsce tuż obok siebie.
- Usługiwanie gościom weselnym to moja robota pani, - rzekła dziewuszka i poprawiła się szybko.- ..psze pani.
Po czym usiadła obok magini mówiąc.- Pan Valdro powiedział iż to ważne wesele. Być albo nie być "Leśnego Ruczaju".
- A będziesz cały czas pracować, czy też się pobawisz na weselichu?. Kieckę pewnie jakąś masz i potańcowałabyś co?
- Sylphia stuknęła wesoło Anielę łokciem.
- Może bym i potańcowała. Ale na weselisku pracować będę. Tylko goście bawić się będą. - odparła służka.
- Oj bidulko ty - Sylphia teatralnie posmutniała, dodała jednak szybko - Ale ja wiem, że nawet służba znajdzie chwilę by gdzieś w kącie potańcować - Mrugnęła wymownie - A chłopca może masz?.
- Eeee nie...czekam, aż się jakiś ładny kupczyk nawinie, co mnie zauważy i porwie i będzie całował i...ożeni się ze mną..i będzie obsypywał klejnotami...i..
.- Aniela zatopiła się w marzeniach, coraz bardziej czerwieniąc na twarzy. Po czym dodała smutno.- Tylko, że tu mało kto zagląda. Zakątek urokliwy, ale podróżni tego nie doceniają. Mało kto nadkłada drogi. Ale to wesele ma to zmienić.

Sylphia słuchała Anieli skubiąc posiłek, a gdy ta skończyła, talerz trzymany w ręce skierowała w jej stronę - A ty już coś dzisiaj jadłaś?. Dla mnie to za dużo, jak chcesz to się podzielimy.
- Tylko nie mówcie pani Biance.
- rzekła dyskretnie Aniela dołączając się do jedzenia.- Ona biegła w rachunkach i krótko trzyma te sprawy.
- A wino już Anielu piłaś?
- Spojrzała na nią z zaciekawieniem - Chcesz się napić?. Łyczek ci nie zaszkodzi...
- Nie, matula zabroniła. Mówi że wino do rozbuchania emocji prowadzi. Że je rozpustnicy pijają.
- rzekła wstydliwie Aniela i dodała nieco głośniej.- Alem żem piwo piła. Ukradkiem, jak matula nie patrzyła. Nie jest dobre.
- A tam bójdy opowiadasz
- Sylphia potrząsnęła głową - Dobrego wina jeszcze nie piłaś to nie wiesz... - Po czym Magini zaczęła grzebać w swojej magicznej torbie i wyciągnęła własną, napoczętą już flaszkę wyjątkowo dobrego trunku - Masz, spróbuj.

Aniela łyknęła, najpierw jeden łyk, potem drugi.Uśmiechnęła się mówiąc.- Dobre.

I przyssała do butelki.

Na twarzy Sylphii pojawił się uśmiech, który jednak szybko zamienił się w zdziwienie. Jeszcze się mała uchleje i będą cyrki... .
- Spokojnie, jeszcze mi się tu nawalisz i będzie problem - Chwyciła butelkę, po czym sama się napiła - Ze mną Anielu nie zginiesz, i póki tu jestem o nic się nie bój, małych luksusów ci nie braknie - Poklepała ją przyjacielsko po ramieniu.

- Słuchaj Anielu, a masz może tu jakąś przyjaciółkę, albo pracuje tu z tobą jakaś siostra? - Zagadnęła dosyć nietypowo Magini, uważnie, lecz dyskretnie przyglądając się dziewczynie. Nie chciała, by miała przez nią jakieś problemy po paru zbyt szybkich łykach wina.
- Tak Natali...ona jest starsza i czasem chodzi do stajni z chłopakami. Nie wiem co tam robią, ale...są bardzo zadowoleni.- rzekła nieco na rauszu dziewuszka.

Na słowa Anieli Sylphia musiała ugryźć się w język by nie parsknąć śmiechem.

- Jak będziesz miała dzisiaj czas, powiedzmy za godzinę albo dalej, ale nie później niż przed zmierzchem przyjdź z siostrą do mojej izby dobrze?. Chciałabym z wami o czymś porozmawiać. Napijemy się znowu winka, przekąsimy coś dobrego.

Na słowo "winko", dziewczynie zaświeciły się oczy. Nie przywykła do luksusów Aniela chciwie wyczekiwała kolejnej okazji. Przytaknęła więc.
- Tak psze pani.
- Dobrze Anielu, a teraz chyba już musisz iść co, pewnie robota czeka?. No chyba że jeszcze posiedzimy... A jakby się ktoś czepiał, to powiedz, że usługiwałaś Sylphii van der Mikaal, Magini, co to potrafi zamienić kogoś w żabę jednym ruchem dłoni.


Aniela jednak sama wyjść nie chciała... .

Sylphia spojrzała na młodą, naiwną dziewuszkę, która nie miała zamiaru ruszyć się z jej izby, najwyraźniej spodobało jej się zbijanie bąków i popijanie wina, kto by się w końcu dziwił.
- A całowałaś się już kiedyś? - Wypaliła, starając się jeszcze jakoś podążyć do tematów, które bardziej ją w tej chwili interesowały.
- Eeee...nie.- odparła coraz bardziej zaczerwieniona Aniela, nie wiadomo czy od wina czy ze wstydu.
- Jeszcze nigdy? - Zdziwiła się kobieta - Ale pewnie ciekawa jesteś jak to co? - Sylphia wstała, po czym ponownie znalazła się przy oknie izby. Przez nie wdać było uroczy ogródek z altanką, oraz dwóch chłopów zdejmujących z altanki symbol Sune.

- Niee..psze pani.- gdy Sylphia odwróciła się, Aniela skorzystała z okazji i pospiesznie łyknęła nieco wina. - Horast próbował mnie pocałować, ale dałam mu po gębie. On jest pryszczaty i śmierci mu z ust czosnkiem.
- Hej!
- Syknęła Magini widząc popijającą wino Anielę - Ty mała żmijko, powinnam ci przylać, nic dla mnie nie zostanie - Po chwili się jednak uśmiechnęła, by załagodzić sytuację. Najwyżej mała dostanie joby, jednak Sylphia mogła zaradzić i na to.

Powróciła do siedzącej na łożu dziewczyny, i stojąc przed nią lekko się w jej stronę pochyliła. Spoglądając z dosyć bliskiej odległości prosto w jej oczy uśmiechnęła się.
- Pocałunki to bardzo piękna rzecz, cudowna. A są i jeszcze lepsze, jeszcze wspanialsze, takie pod kołderką albo na sianku... .

Wprost pękała na reakcję niedoświadczonej służki.

- Co, co?- spytała zaciekawiona służka, w której alkohol stłumił wszelki wstyd. Spoglądała z wyraźnym rumieńcem na twarzy, zbyt oszołomiona alkoholem by się bać.
- Później ci powiem - Magini niespodziewanie pogłaskała ją po policzku, po czym pocałowała w czoło - Jak przyjdziecie obie, a teraz już idź Anielu i pracuj grzecznie.

Z niewiadomych przyczyn dała jej ponownie na odchodne złocisza.

Aniela uśmiechnęła się i nieco chwiejnym krokiem ruszyła do drzwi. Przed ich opuszczeniem dygnęła grzecznie i rzekła.-Dziękuję psze pani.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 24-11-2009 o 14:41. Powód: Dopisek ogroooomu tekstu :P
Buka jest offline  
Stary 25-11-2009, 00:15   #105
 
Sayane's Avatar
 
- Osioł w sezonie godowym. Zdecydowanie osioł - pomyślała Sabrie, opuszczając broń chwyconą w pierwszym odruchu po przebudzeniu. - Nic dziwnego, że Dru tyle pije.

Starając się ignorować nabożne ryki Kastusa dziewczyna dokonała szybko niezbędnej toalety oraz wykonała kilka wymachów i skłonów, by rozruszać zesztywniałe mięśnie. Po chwili zastanowienia nie przywdziała zbroi, zostając tylko w zwykłym ubraniu oraz płaszczu. Ostatecznie byli jeszcze blisko Waterdeep, a tutejsze trakty były nieźle chronione.

Drogę do karczmy przebyła wędrując w pewnej odległości za wozem, starając się nie słuchać złowieszczego skrzypienia. A potem starając się nie słuchać podnoszącej ciśnienie konwersacji z właścicielami niegramatycznie nazwanej gospody "Pod Leśnym Ruczajem".

- A przepraszam, niby czemu mamy płacić w ten sposób za pobyt? Nie potrzebujemy najmować pokoi ani śniadać, tylko skorzystać kuźni przez kilka godzin - rzuciła Sabrie na wpół retorycznie. Po zainteresowanych minach kapłanów widziała już niestety, że cokolwiek powie i tak to nic nie da.
- Jeśli nam nie udostępnicie kuźni, to ledwo stąd ruszymy nasz wóz się rozsypie. Na środku tej ślicznej drogi. - dołączył się Roger, wskazując leśną dróżkę, którą przybyli. - A to oznacza, że żaden z gości tu nie dotrze inaczej, jak na piechotę. A nie prosimy o kuźnię za darmo. Zapłacimy.
- Dzisiejszą wizytą w kuźni nie przeszkodzimy wieczornym harcom. - Za to weselne wozy zablokują nas tu na kilka dni... Gdzie tu sens, gdzie logika... Naprawić wóz, odjechać, a nie wydziwiać..., skrzywiła się w myślach.
- Jeśli nie chcecie pomóc, to nie liczcie też na naszą pomoc - odparł Valdro. - A co do oczekiwań... Cóż... właściwie maestro Tallstag obiecywał wiele atrakcji, ale nie wspomniał jakich, a skoro macie czarodziejkę, to może pokaz magiczny? No i wieczór kawalerski, z jakąś dorosłą rozrywką. Poza tym potrzeba nam muzyków.
- Uparty jak nie przymierzając pewna nieduża kapłanka - mruknęła wojowniczka, ale w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami. Sylphia pognała już (bo ciężko było inaczej to określić) do wnętrza karczmy, zapewne w poszukiwaniu wygód innych niż twarda ławka wozu. Początkowo Sabrie sądziła, że niechęć czarodziejki do magicznego rozwiązania sytuacji wynika z przekory "Nie-wszystko-idzie-rozwiązać-za-pomocą-Sztuki"; teraz jednak doszła do wniosku, że szlachcianka po prostu czekała na okazję, by się pobyczyć! Ciekawe czym płacą jej za to zlecenie, bo z dobrego serca to ona...
- Ja umiem śpiewać.- wtrącił Kastus przerywając jej rozmyślania.
- O bogowie... - pomyślała Sabrie i nie słuchając dalszej wymiany zdań pociągnęła wóz w stronę kuźni i obszernych stajni. Tam oddawszy konie w dobre ręce stajennych przykazała im nakarmić i wyczyścić zwierzęta, zabrała swoje rzeczy i ruszyła ścieżką w górę strumienia. Okolica była bardziej niż urokliwa - nawet wokół gospody - a dziewczynie potrzebna była chwila samotności. Może nawet więcej, niż chwila... Dlatego szła i szła, dopóki nie była pewna, że nikt z gospody tu za nią nie przywędruje.




"The Fairy Woods 2", copyrights by *midnightstouchSTOCK


Dotarłszy do niewielkiej polanki Sabrie wyciągnęła flet, zagrała kilka powtarzających się taktów, po czym ułożyła się wygodnie na trawie i przymknęła oczy. Sielanka... - pomyślała, słuchając świergoczących jej nad głową ptaków. Jakaś mrówka przemaszerowała jej po ręce, ale nie zwróciła na nią uwagi. Może nawet na chwilę przysnęła... Dopiero delikatne kroki na leśnym poszyciu wyrwały ją z błogostanu.
- Ciężka noc? - cichy, jedwabisty głos towarzyszki jak zwykle podziałał na wojowniczkę lepiej, niż najlepszy odpoczynek.
- Lepiej nie pytaj... - westchnęła Sabrie podnosząc się do pozycji siedzącej i streszczając dotychczasowe wydarzenia.
- Złe miłego początki? - na wpół filozoficznie podsumowała Miie’le.
- Żeby to... Sama zresztą zobacz. Cormyrski mag już zrezygnował ze zlecenia. Leniwa, bezczelna magiczka myśli więcej o całości swoich fatałaszków niż o całości armaty. Kapłanka Gonda z kolei myśli głównie o hektolitrach alkoholu, które namiętnie w siebie wlewa. Wiesz, że przepiła fundusze na podróż? Kapłan zaś siedzi pod jej pantoflem; choć w walce oboje okazali się całkiem wprawni. Aasimar nie wydaje się być zainteresowany czymkolwiek, ot służbista i tyle. Drugi mag zaś bardziej wydaje się być po tamtej stronie Splotu niźli po naszej. Obawiam się, że służy Shaar... Pozostaje jeszcze Morgan - w przypadku walki będzie on realnym zagrożeniem. Podsumowując: kradzież armaty na otwartym polu nie nastręczy wielu trudności... Tamtym w mieście Tymora nie sprzyjała i tyle.
- Oby Tymora sprzyjała tobie, przyjaciółko. Co teraz zamierzasz?
- Wóz się popsuł, więc nie mamy innego wyjścia jak popasać w tej gospodzie. Wcześniej jak w południe nie wyruszymy w drogę; podejrzewam jednak, że zabawimy tu ze dwie noce. Wystarczy, że Drucilla upije się na weselu i pół dnia z głowy.
- Nie zazdroszczę zlecenia. Wolnym być to największa radość...
- Nie filozofuj
- burknęła Sabrie. To, że Miie'le nie musiała użerać się z szaloną kapłanką działało jej na nerwy. - Mam zadanie dla Ciebie. Chciałabym wysłać wiadomość - szybko wyłuszczyła przyjaciółce swój plan.
- Trudne to będzie, okolic tych nie znam, znajomków nie mam - rzadko przecie tu bywałyśmy. Ale niemożliwe to nie jest.
- Spróbuj więc proszę. Jak nie obrócisz przed jutrzejszym zenitem, to dogonisz nas na szlaku. Znasz drogę, prawda?
- Znam. I z pewnością się nie zgubię.
- Szczera prawda. Kto jak kto, ale nie ty -
roześmiały się obie tworząc dziwną kakofonię dźwięków. - Mimo to uważaj na siebie. To nie dom, w tych okolicach czyha wiele groźnych stworzeń... z czego ludzie najgroźniejsi.
- Wiem, przyjaciółko, wiem...

Porozmawiały jeszcze chwilę ustalając szczegóły, po czym Miie'le zniknęła, a Sabrie wyłożyła się spowrotem na trawie, rozważając kolejne etapy swojego planu.
 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 25-11-2009 o 09:50.
Sayane jest offline  
Stary 26-11-2009, 13:02   #106
 
Hawkeye's Avatar
 
To było naprawdę ... cóż głupie. Może gdyby pospieszyli się w nocy, a nie słuchali pewnych osób, to dzisiaj nie mieliby takich problemów. Może jeszcze ta parka wierzyłaby, że ten cały organizator przyjedzie i pozwolili im skorzystać z kuźni. Oczywiście niektórzy wiedzieli najlepiej i w ten sposób znaleźli się w tej sytuacji. Cóż nic już nie można było z tym zrobić, wyglądało że teraz staną się jeszcze jakimś orszakiem weselnym. Aasimar pokiwał głową, cóż za słodka mała wyprawa. Zaczynał szczerze wątpić czy cała ta wyprawa i nagroda jest warta, aż tak wielkiego zachodu.

Castiel nie odzywał się podczas całej wymiany zdań, oparł się o burtę wozu przyglądając się niebu. Jak zwykle wszyscy musieli wyrazić swoje zdanie, jak zwykle każdy chciałby tutaj przewodzić. Po prostu praca tutaj okazywała się ciężka ... tropiciel był przyzwyczajony, że sam jest swoim sterem, żeglarzem i okrętem. Nikt mu nie mówił czy sugerował co ma robić, wstawał wtedy kiedy miał na to ochotę, kładł się spać gdy był zmęczony. Uwielbiał zresztą takie życie ... a chyba jedynym momentem, w którym był naprawdę szczęśliwy mieszkając w jednym miejscu, było gdy wiele lat temu, żył w jednym z elfich miast.

Po chwili wszyscy zaczęli rozchodzić się i podążać za jakimiś swoimi sprawami. Każdy miał widać jakieś sekrety, była to kolejna rzecz, której nie lubił w pracy w grupie ... zwłaszcza z tak różniącymi się od siebie osobami, każdy miał jakiś cel, który chciał osiągnąć, a tak naprawdę nikogo nie można było być pewnym. Aasimar powstrzymał się przed głośnym westchnięciem i postanowił również chwilę odpocząć.

Znalazł sobie wolną ławę znajdującą się na tyłach karczmy, przy niedużym, zadbanym ogródku. Przesunął sobie znajdującą się niedaleko drugą ławę i zaczął rozkładać na nich całą swoją broń. Lubił to robić, bo pozwalało to się przynajmniej na jakiś czas wyłączyć. A poza tym broń musiała być zawsze w gotowości. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. Chciał to skończyć i wejść przynajmniej na trochę do lasu, aby odmówić tam krótką modlitwę do swojej opiekunki ...
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 28-11-2009, 12:36   #107
 
Latilen's Avatar
 
Gdzieś w tle niósł się odgłos mytych sztućców, woda chlupała. Służki podśmiewały się, co pewien czas uciszane przez jakich niski, władczy głos. Chłopcy biegali z pakunkami lub poleceniami z jednych drzwi w drugie. Nos wyraźnie drażnił zapach specjałów z kuchni, w większości już gotowych, na jutrzejsze święto. Co i rusz jakaś głowa wychylała się przez okno, żeby sprawdzić, czy goście weselni już zajechali.

Kiedy pojawił się wóz z armatą, nagle gwar się podniósł, głowy w oknach pomnożyły się, jakaś nerwowość i niecierpliwość dała się wyczuć w powietrzu.

Gospodyni spojrzała w końcu za siebie.
- To nie oni! To nie oni! Wracać do pracy! Już! Już! - machała przy tym ekspresywnie rękami, po czym wytarła dłonie w fartuch. - Dobrze, że się państwo pojawili. Jeśli będziecie czegokolwiek potrzebować, zwracajcie się prosto do służby. - uśmiechnęła się szeroko, pocałowała męża w policzek. - Zobaczę jak tam tort weselny.
- Ovviamente, amore mio. (oczywiście kochanie)
- wesoło odpowiedział Valdo.
Następnie dokładnie powiedział gdzie co można znaleźć. Kazał również przydzielić podróżnym pokoje obok siebie, jeśli to możliwe.

W oczach Dru zaświeciły się niebezpieczne ogniki. Opracowywała plan. Podejrzany plan. Grzecznie się przedstawiła, chętnie przystała na udzielenie ślubu, nie sarkając udała się do kuźni z Sabrie.

- Co ty niecnoto robisz!!
Gdzie były świadkami dość dziwnej sytuacji. Z tylnych drzwi wypadła młoda dziewczyna, z zakasaną spódnicą i przebierająca bardzo szybko nogami. Zaraz za nią leciała, nie wolniej, starsza otyła kobieta ze szmatą w ręce, którą machała niczym lassem.
- Co ja mówiłam?!?!
Dziewczyna popiskiwała cicho sprawnie unikając karzących uderzeń szmaty, kobieta po chwili zasapała się i zaczerwieniła na twarzy, przez co coraz bardziej przypominała prosiaka.
- Co my tero zrobimy, co ?! Głupia dziewucha!

Dru zupełnie zignorowała służbę. Sabrie też szybko ją zostawiła samą w kuźni. Tutejsi stajenni mieli pełne ręce roboty, także nie błąkali się i nie przeszkadzali. Przynajmniej w tej chwili. Kapłanka poklepała lantanty za dobrą robotę, ofiarowała im kilka kostek cukru i z mocnym postanowieniem podeszła do wozu. Trzeba się było szybko uwinąć.

- A to gdzie mam złożyć? - stajenni niestety wrócili. Co więcej zostali zmuszeni do przemieszczania jakiś pudeł.
Dru ściągnęła płaszcz, rzuciła go pod armatę. A miało być tak pięknie.
- A toć ja niby wim? A rzućta gdziekolwiek.
Obejrzała z niesmakiem brudną ziemię i swoje przykurzone ubrania. Ponownie wzięła w dłonie płaszcz. Rozścieliła go na ziemi.
- A potem burę oberwim?
- Nie masz, rację.

Kapłanka w końcu wlazła pod wóz i z uwagą przyjrzała się tylnej osi. Im dłużej na nią patrzyła, tym mniej szczęśliwą minę miała.
- A może tu?
- Nie, raczej tam, w kącie.
- No gdzie! Signior wyraźnie powiedział...

Ich głupie kłótnie bynajmniej jej nie pomagały. Musiała się ich pozbyć.

Wyciągnęła jakąś flaszkę z kolejnej skrytki.
- A ja ci wyraźnie mówię...
- Panowie!
- oparła się o słup i zadzwoniła butelką. - Co macie w tych pudłach?
- Witamy panienkę.
- zaczęli zginać się w pół jakby im ktoś ciężkie worki u szyi powiesił. - Ozdoby i inne takie na ślub.
- To zostawcie je tu, gdzie stoicie.
- nie zdawali się przekonani - Jakby co powiecie, że kapłanka Gonga was o to prosiła. A tu macie coś na początek naszej dobrej znajomości. - uśmiechnęła się szeroko podając im butelkę. - A teraz sio, sio! - zaczęła ich wyganiać. - Wróćcie jak już będziecie mieć tu coś do roboty.

W końcu została sama. Dobrze, tak już się dało pracować. Ale najpierw zaspokoi ciekawość. Podeszła do nieszczęsnych pudeł i zajrzała do środka. Wianki z kwiatami, wstążki, stroiki, jakieś niezidentifikowane paskudztwa... a potem jej wzrok przeniósł się na nieco schowane w kącie beczki. Beczki+wesele= ALKOHOL! Tak, na to właśnie liczyła. Podleciała do nich od razu, no bo przecież musi degustacja nastąpić! Nalała sobie nieco do kubka podróżnego, przepłukała usta, oceniła. Dolała drugi i ruszyła rozgrzewać ogień w kuźni. Trzeba się było brać za naprawę, a szykowała się ciężka robota.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 29-11-2009, 12:32   #108
 
Qumi's Avatar
 
Nie oddalili się zbyt daleko od Waterdeep, a rozpoczęły się kolejne problemy.. najemnicy zostali zmuszeni, nie tyle przez stan wozu co raczej niebezpieczną naturę Dru, do udania się w stronę karczmy, aby naprawić wóz. Jakby na przekór, być może jakieś bóstwo właśnie miało ochotę na drobny żart, karczma była zajęta i miał w niej odbyć się niedługo ślub.

Oczywiście Teu wraz z innymi nie mógł udać się dalej w drogę, nie bez naprawy wozu. Chwilową konsternację przerwali ludzie, którzy ich powitali, sugerując aby zastąpili kapłana, aktorów, a nawet striptizerkę na wieczór kawalerski, Sylphia wydawała się być tym faktem bardzo poruszona. Na szczęście, Kastus ją w porę zatrzymał...

Elfi mag miał problem. Jego zdolności nie były zbyt... rozrywkowe... Vraidem mógłby właściwie parę sztuczek zrobić, ale on sam... jedyne co mógł to sprawić, że cienie na ścianach będą przypominać inne kształty, i w ten sposób opowiedzieć kilka opowieści czy legend. To była jedyna rzecz , na którą się mógł zgodzić i zaproponować.

Podczas gdy inni byli zajęci przygotowaniami, elf usiadł w cieniu drzew na chwilę rozkoszując się szumem drzew. Trzymał się z dala od reszty, starając się trzymać ich na dystans – bliskie zażyłości między najemnikami często sprawiały kłopoty... poza tym miał przecież zawsze Vraidema do towarzystwa, po co mu ktoś jeszcze?
 
Qumi jest offline  
Stary 29-11-2009, 17:54   #109
 
abishai's Avatar
 
Cała grupka się rozlazła zostawiając Rogera sam na sam z Valdro. Karczmarz spojrzał z uśmiechem na samotnego mężczyznę i spytał.- Zna pan się może na ozdobach? Trzeba przystroić altankę weselną, a i muzykę przydałoby się załatwić... Nie oczekuję od pana pracy fizycznej. Mam od tego parobków. Bardziej mi chodziło, o nadzorowanie prac i tym podobne sprawy. Jutrzejszy dzień to być albo nie być tego miejsca, rozumie pan?
Rozumiał...czy nie rozumiał? Czy Rogera obchodziło w ogóle, być albo nie być karczmy?
Właściwie to Morgan rozważał znalezienie panienek na wieczór kawalerski w Waterdeep. Czasowo to mu się kalkulowało. Problem jednak stanowiła cena tych „przyjemności”. Na pewno nie będzie niska. I jakoś nie widział "chętnych" do jej płacenia.

A w całej karczmie i okolicy, wrzało jak w ulu. Przygotowania szły pełną parą i nikt z pozoru nie zwracał uwagi na aasimara czyszczącego broń...no, może poza coraz większym tłumem młodych „wielbicielek” gromadzącym sie wokoł niego, na których to uroda Castiela robiła olbrzymie wrażenie.
Młode pokojówki zasypywały go pytaniami, o przeszłość, o to czy kogoś tymi brzeszczotami zabił, czy ma dziewczynę, jakie mu się podobają. Trajkotały nad mężczyzną niczym chmara wróbli. I takie chyba właśnie były, bo jak tylko pojawiła się kucharka, to rozbiegły się do swych zajęć niczym spłoszone stadko ptaków.

Weselni goście zaś zaczęli się powoli zjeżdżać. Pojawiły się pierwsze karoce wypełnione gośćmi, różnymi gośćmi. Większość stanowiły ludzie, ale i półelfy się pojawiały i krasnoludy, a nawet czasem i gnom. Łączyło ich jedno...Byli bogaci ponad miarę. Służba biegała wokół nich, niczym gzy wokół wołów. Elita miasta Waterdeep zjechała na ową uroczystość. Przywódcy miejskich gildii, szanowani kupcy, ważni urzędnicy. Kupcy...bogaci i szanowani, ale nie zawsze uczciwi. Teu to wiedział, bowiem dla jednego z tych kupców pracował już raz . Było to zlecenie, którego legalności elf do dziś nie był pewien. Elf wśród zaproszonych zauważył kupca Quazarro.

Ubierający się na czarno gnom, o manierach szlachcica, humorze grabarza, umyśle liczykrupy i prowadzący nie całkiem legalne interesy. Quazarro był lichwiarzem, możliwe też, że i kimś więcej...
Jak na gnoma był zadziwiająco ponury, małomówny...może nawet melancholiczny. Jak na gnoma oczywiście.
Quazarro zauważył go i podszedł powolnym krokiem. Zmierzył spojrzeniem elfa i spytał.-A co ty, tu robisz?

Tymczasem w lesie...
- Nie powinnaś pani ucinać sobie drzemki w takim miejscu.- te słowa wyrwały Sabrie z rozmyślań nad leśnym ruczajem. Miały w sobie wiele prawdy.. Ostatnie wydarzenia rozkojarzyły dziewczynę na tyle, że straciła czujność. Spojrzała w kierunku mężczyzny, który mówił te słowa . Był postawny, wysoki, przystojny, umięśniony, długowłosy i ten jego uśmiech. I...właśnie ściągnął koszulę !

Na szczęście (albo niestety, w zależności od punktu widzenia) na ściąganiu koszuli poprzestał. Obmył umięśnione ręce i lekko zarośnięty tors w wodach ruczaju mówiąc.- Choć to spokojna okolica, to jednak zapuszczają tu się czasem satyry, a one zwykły zachowywać się niestosownie lub nieobyczajnie, wobec pięknych kobiet.
Założył koszulę i spytał.- Nie wyglądasz mi na jedną z tych wyperfumowanych panienek z Waterdeep, więc chyba nie jesteś jednym z gości weselnych. Chronisz któregoś z nich?
Wykonał parę ruchów ramionami, przy okazji prezentując muskulaturę i mrucząc.- Nic tak nie poprawia nastroju jak samotna wycieczka po lesie. Lub drzemka nad rzeką. Nieprawdaż ?
Spojrzał na dziewczynę i rzekł.- Pozwolisz pani, że odprowadzę cię karczmy. Las co prawda jest zazwyczaj spokojny, czasem jednak bywa zdradliwy. A mnie nie musisz się lękać. Jestem Sorbus, kowal i bednarz i stolarz i zielarz...złota rączka jednym słowem. A ty?

Wkrótce przyjechały dwa ważne powozy, a ich wjazd mógł obejrzeć każdy kto był wtedy na dziedzińcu. Bogato zdobione świadczyły o przyjeździe znamienitych gości.

Z pierwszego wysiadła para znana z widzenia zarówno Teu jak i Sylphii. Archibald Lockgarrison z małżonką Florą.

Szef cechu piwowarów spojrzał na drugi z powozów, z którego miała wysiąść panna młoda, jego córka.
I wyszła z niego... w bogato wyszywanej sukni podkreślającej nienaganną sylwetkę i welonie zakrywającym twarz.... i w towarzystwie czterech krasnoludzkich ochroniarzy pilnujących jej „bezpieczeństwa”.

- Odprowadźcie moją córkę do jej pokoju.- zarządził Archibald. I cała piątka ruszyła. Każdy kto przyglądał się tej scenie mógł odnieść wrażenie, że córka piwowara jest w tym układzie, bardziej więźniarką niż szczęśliwą panną młodą. Zwłaszcza, że młoda kobieta z zakrytą twarzą, zdawała się szlochać. Ale kto mógł się temu przyglądać, gdy kolejni goście zjeżdżali się do karczmy ?
A wśród nich szczególne wrażenie robiła jadąca konno młoda kobieta, o ciemnych włosach z białym pasemkiem i dość...wyzywającym, bo dość skąpym, stroju .

Zaskoczyła ona z gracją z wierzchowca i oddała w ręce stajennych, rozdając mężczyznom i kobietom dookoła nieśmiałe uśmiechy. Podeszła do Flory i obie kobiety udały się do jadalni w karczmie...zapewne na długą rozmowę. Po czym owa kobieta czym udała się do swego pokoju...Kwatery znajdującej się obok pokoju Sylphii.
Zaciekawiona zajrzała do pokoju magini i rzekła.- Witam, nazywam się Tausersis Achnetep, mistrzyni Błękitnej Sztuki. Miło mi poznać koleżankę po fachu.

Tymczasem...gdy wszyscy się bawili, pracowali lub byczyli, ktoś knuł. Kogoś czyjeś małe zwinne rączki splatały nici intrygi, by uzyskać wymarzony cel. Dru i Kastus zostali pozostawieni bez opieki... i bez nadzoru.
Kapłanowi w sumie to nie przeszkadzało, robił to, co miał zamiar robić...Czyli naprawiał wóz i...cóż...służył panience Dru. Zresztą gnomka obiecała mu wieczorem nieco wolnego. I kapłan miał zamiar skorzystać z tej okazji.
Zaś Dru...z kapłanką był ten problem, że myślała wielotorowo. Obmyślała jednocześnie nie jeden, a kilka planów...I kto wie, ile z nich odbije się czkawką ochroniarzom Dru?

Późnym popołudniem tętent stada koni skupił wszystkich będących na podwórcu uwagę. Kilkunastu młodych mężczyzn w bogatych kupieckich strojach i na rumakach czystej krwi zajeżdżało do karczmy. Nie byli oni uzbrojeni, za to niewątpliwie podpici. Przewodził im młodzian w bogatych szatach, acz przeciętnej urody. Jak się później okazało sam pan młody
Pierwsze co ich zainteresowało to dzbany wina ustawione na stołach i pokojówki, które zaczęli podszczypywać. Pozostali goście trzymali się od tej zgrai z dala, ale też i przymykali oko na ich wygłupy. Wiadomo, młodość się musi wyszaleć. A choć czynami swymi urągali zasadom moralnym i przyzwoitości, to jednak nie posuwali się w swych bezeceństwach za daleko.
Zbliżał się wieczór, a wraz z nim wystawna uczta dla gości i wieczór kawalerski dla pana młodego i jego przyjaciół. Wieczór w oddzielnej sali, z dala od oczu statecznych gości weselnych. Czego oczy nie widzą tym się nie zgorszą....a może tego sercu nie żal?

Zaś tuż przed wieczorem, komnatę magini odwiedziły dwie osoby. Jedną z nich była Aniela, drugą zaś blondynka w czerwonej sukni i ze sporym dekoltem podkreślającym jej atuty.

Aniela i owa blondynka dygnęły szybko i znajoma maginii rzekła.- To jest Natali, psze pani.
Ta zaś spojrzała na maginię i dodała.-Cieszę się że mogę pomóc, ale Aniela nie wspomniała w czym dokładnie.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 30-11-2009 o 14:39. Powód: poprawki
abishai jest offline  
Stary 04-12-2009, 20:31   #110
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Towarzystwo rozpierzchło się na różne strony, zostawiając Morgana z Valdrem.
Przyozdobienie altanki... To nie powinno być nic trudnego.
- Czy goście - spytał Roger - mieli jakieś życzenia, co do wystroju? Widziałem już parę ślubów i parę rzeczy zapamiętałem. - Zdecydowanie mało, ale wówczas nie miał pojęcia, że w przygotowaniach do ślubu będzie uczestniczyć. Bardziej by się przyglądał. - Gdzie ma się odbyć sama ceremonia zaślubin? W owej altance, czy pod gołym niebem? A może w sali, w gospodzie?
- Nie. Girlandy, kwiaty i ozdoby zamówił Maestro Tallstag przed przyjazdem. Stupido ze mnie, powinienem był wysłać po niego jakichś eroes. Teraz tyle criminales włóczy się po drogach - zaczął coraz bardziej nerwowym głosem odzywać się Valdro. A im bardziej się denerwował tym więcej wtrącał rodzimych słów w swe zdania. Potarł dłonią czoło.- Tak, tak...ceremonia ma się odbyć w altance, będzie bardziej romantyczne. Niestety problemem jest symbol. Kazałem już zdjąć znak Sune, ale nie mam znaku Gonda.
- To by się chyba dało załatwić. Porozmawiam z moimi przyjaciółmi- kapłanami.

Przyjaciółmi. Żart chyba. Ale możliwe, że Kastus zdoła coś wykombinować. Chociaż, prawdę mówiąc, znak Pana Wszystkich Kowali niezbyt się na symbol przyszłego szczęścia nadawał. Chyba że o siłę więzów małżeńskich by chodziło.
- Mam nadzieję - dodał - że jako gospodarz mowę weselną już sobie ułożyliście?
- Tak... no, może niezupełnie. Duszka moja mi coś ma przyszykować - odparł Valdro. - Ona jest w tym bieglejsza.
- Jeszcze jedno... zanim do jakichś prac przystąpię, musiałbym się ogarnąć nieco. Ostał się jakiś wolny pokoik?
- Jasne...oczywiście, że jest was...Moi salvatores, otrzymacie ode mnie pokoje, które miały być dla Maestro Tallstaga i jego sług. - potwierdził Valdro.
- W takim razie zajmę jeden z pokoi, a potem wezmę się za wystrój. Kogo możecie mi polecić? Z kobiet szczególnie, bo one zwykle i gust dobry mają i palce nie tak drewniane, jak z mężczyzn niektórzy. I gdzie ozdoby zamówione można znaleźć?
- W stajni koło kuźni - odparł gospodarz.
Valdro nikogo nie polecił. Ale nie warto było powtarzać pytania. Zapewne jego małżonka więcej na ten temat wiedziała i lepiej było od niej się tego dowiedzieć.
- Znajdę zatem - powiedział Roger. - Niech się pan zatem wystrojem nie przejmuje. Wszystko będzie gotowe na czas.
Skinął gospodarzowi głową, zabrał swoje rzeczy i ...udał się do pokoju przeznaczonego dla maestra. Był to typowy pokój gościnny, z dość dużym łóżkiem, które bez większych kłopotów przyjęłoby dwie osoby, kufrem na rzeczy pod ścianą, stolikiem pod oknem i dwoma krzesłami, oraz szafą na ubrania. Ładnie urządzony, ale bez ekstrawagancji. Pomijając pościel w różyczki.
Okna, bo aż dwa były w tym pokoju, wychodziły na główny plac zastawiony stołami, umożliwiając obserwowanie trwających pełną parą przygotowań do przyjęcia gości.
Na stole leżało kilka kart papieru i pokaźnych rozmiarów, zdobiony kałamarz oraz kilka piór. Pewnie na wypadek, gdyby maestro pomysły swoje jakieś zapisywać zechciał.
W kufrze, który Roger oczywiście otworzył, dwa koce leżały, zaś w szafie, na górnej półce, stał niski świecznik, obok którego położono kilka świec.
Dzbanek z wodą i miska stały dyskretnie schowany za niewielkim parawanem. Tak też wisiały dwa lniane ręczniki.
Nie było jednak czasu na rozkoszowanie się luksusami i sprawdzanie miękkości łóżka.
Obowiązki czekały. Roger schował plecak do szafy, umył się nieco, a potem wybrał się na poszukiwanie pani Bianki.


Poszukiwania nie trwały długo. Gospodynię znaleźć łatwo było, bo głos miała donośny.
- Pani Bianko - powiedział - kogo może pani wyznaczyć do pomocy przy zakładaniu dekoracji. Ważne jest, by palce mieli zręczne.
Bianka spojrzała tylko na Rogera po czym gwizdnęła wsuwając palce do ust. I po chwili sześć służek przybyło na jej wezwanie.
- Ty, ty, ty i ty...pójdziecie z... - Bianka przez chwilę rozmyślała i spytała. - Jak masz na imię?
- Roger. Roger Morgan. Do usług. - Skłonił się uprzejmie.
- Pójdziecie z Rogerem i pomożecie mu w przygotowaniach. No, już, już, już - wydała polecenie Bianka. A cztery młode niewiasty skłoniły się przed Rogerem czekając na polecenia.
- Dziękuję, Bianko - odpowiedział.
- Moje drogie - do dziewczyn się zwrócił. - Najpierw do stajni, po ozdoby pójdziemy, a potem do roboty trzeba się zabrać, i to żywo. Czasu nie zostało zbyt wiele.
Skinął głową na pożegnanie i, poprzedzany przez służące, ruszył w stronę stajni, gdzie ponoć ozdoby znajdować się miały. Przy okazji, jako że stajnia do kuźni przylegała, można było załatwić pewną sprawę z Kastusem...
Dru nie było widać. Sądząc z odgłosów siedziała pod wozem. Co w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało Rogerowi. Dla jego potrzeb wystarczał Kastus. Dru z pewnością znów uczepiłaby się nieszczęsnych kości...
- Potrzebny jest symbol Gonda - powiedział. - Trzeba go nad altanką powiesić.
- Symbol Gonda? - Kastus potarł się po karku, po czym wzruszył ramionami. - Nie ma sprawy, zaraz przygotuję i poświęcę. No może nie zaraz...za dwie trzy godziny.
Oczywiście było możliwe, że Kastus za chwilę zapomni o tej rozmowie. Najważniejsze było to, że Roger nie zamierzał zapomnieć. I miał do pomocy kilka młodych osóbek, które mógł po kolei nasyłać na Kastusa.
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168