Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-08-2009, 12:47   #1
 
abishai's Avatar
 
[D&D Fr] Kłopotliwa przesyłka

8 Kythorn 1372 RD Roku Dzikiej Magii, Waterdeep

Waterdeep to duże i gwarne miasto, ale drużyna miała przewagę w postaci rodowitej mieszkanki tego miasta, Sylphii van der Mikaal. Choć określenie: drużyna, było tu słowem na wyrost.
Zebrani w karczmie „Dalekie Spojrzenie” nie mieli zbyt wiele czasu na poznanie siebie.
Ich kontakt i pracodawca przedstawił cicho sprawę jaką im zlecono. Przewieźć kapłankę i jej ładunek do Silverymoon w przeciągu 4 dekadni, dyskretnie i bezpiecznie. Obiecał, iż ci którzy dotrą do końca wyprawy otrzymają wynagrodzenie takie jakie im obiecano.
Następnie podał adres magazynu w dokach, hasło i odzew i...rzekł.- A teraz udajcie oburzonych i wyjdźcie w pośpiechu...powodzenia.
Po czym zaczął się na całą grupkę głośno wydzierać, że na takie warunki się nie zgadza, że musiałby oszaleć żeby tyle zapłacić, że nie chce ich widzieć na oczy. W ten sposób agent Silverymoon przyciągnął uwagę wszystkich przebywających w karczmie. I oni wszyscy widzieli, jak bohaterowie zostali „odprawieni z kwitkiem”...tyle, że w rzeczywistości dosłownie odprawienia z kwitkiem. Ów skrawek pergaminu zawierał adres magazynu hasło i odzew. Był dowodem, że zostali przysłani przez agenta Silverymoon.
Wędrówka przez miasto nocą pozwalał grupce obejrzeć uroki miasta...


Miasta wszak niezwykłego, miasta będącego Faerunem w pigułce. Miasta ściągającego do siebie przedstawicieli wszelkich, miasta w którym działały najznamienitsze organizacje i najplugawsze kulty.
Kierowali się do doków, dzielnicy brudnej i niebezpiecznej...dzielnicy w której skupiało się całe zło Waterdeep, ale toż sporo potęgi finansowej, jako ze miasto żyło głównie z handlu...wszystkim. Kiedyś dokami niepodzielnie władali Cieniści Złodzieje, ale ta potęga przestępcza została zdemaskowana i zniszczona. Choć, ponoć nie do końca.
Niemniej natura nie cierpi próżni i miejsce Cienistych Złodziei zajęła Gildia Xanathara, władająca Skullport. Nauczeni doświadczeniami Cienistych Złodziei, Gilgia Xanathara nie dąży do opanowania Waterdeep, zadowalając się półformalną władzą nad Skullport. A w samym Waterdeep jedynie rozwija swą siatkę szpiegowską. Co nie znaczy jednak że nie ma wpływów w Dokach i innych dzielnicach Waterdeep. Takie przynajmniej były plotki.
A faktem zaś było, że rzucanie czarów magii wtajemniczeń w obrzeżach miasta było dozwolone jedynie przez członków Zakonu Czujnych Magów i Obrońców. A póki co jedynie Sylphia van der Mikaal miała okazję wkupić się w łaski tej organizacji.
Co prawda nie miało, to znaczenia zważywszy, że wszyscy mieli opuścić miasto jak najszybicje...niemniej warto pamiętać o tym szczególe.

Dotarli do miejsca...zapukali w drzwi w charakterystyczny sposób i usłyszeli haslo cichym głosem podane.- Parno w bywa nocy.
Na podany odzew.- Ale wkrótce ma padać.
Drzwi się otwarły i cała drużyna zobaczyła przed sobą kapłana Gonda, z rasy ludzi, czujnego i uzbrojonego na wszelki wypadek.

Chwileczkę...kapłana?! Czyż agent Silverymoon nie wspominał o kapłance?
Widząc zmieszanie na twarzach przybyłych kapłan wpędził drużynę do środka i zamknął drzwi, mówiąc.- Gildia Xanathara dowiedziała się o ważnym ładunku z Lantanu i rozpoczęła zakusy na jego zawartość. Nie wiedzą co prawda, jaki to ładunek, ale im wystarczy wiedzieć że jest cenny. Jestem Kastus Ravier... kapłan Gonda z tutejszej świątyni. Przydzielono mnie, by wspierać wysłanniczkę Lantanu w jej misji.
Po czym wskazał na duży ciężki wóz, o wzmocnionej konstrukcji na której stało coś.
Coś...dużego i ciężkiego. Wielka, zaczopowana z jednej strony rura, na kołowej podstawie.
Jak na tajny ładunek...cóż...Co to właściwie było?
Z drugiej strony, gdzie była owa kapłanka. Kastus Ravier podbiegł do wozu i zaczął przemawiać do wystających z wozu pary drobnych stóp należących albo do niziołki albo do gnomki. Skoro jednak w grę wchodził Gond, to raczej do gnomki.
- Pani, oni już...przybyli.- mówił cierpliwie kapłan.- Ci, których ci obiecano. Bohaterowie którzy pomogą przemycić wynalazek przez bramy miejskie i uniknąć kręcących się w okolicy szpiegów Skullport.
Kapłanka odpowiedziała na te słowa chrapaniem, które znawcy uznaliby za... pijackie.
Z boku dobiegło też rżenie. Które zwróciło uwagę na wielkie potężnie zbudowane konie służące do przewożenia ładunków. Zwane powszechnie lantanami.

Dwa masywne zwierzęta tej pochłaniały właśnie siano. Jeden problem był więc rozwiązany. Zwykłe konie nie pociągnęły by tak sporego ładunku, który oprócz rury na kołach składał się z trzech dużych beczek i skrzyń wypełnionych wielkimi żelaznymi kulami.
Pozostał jednak problem...jak schować słonia...tfu...to coś wielkiego przed wścibskimi oczami szpiegów Skullport i nie mniej wścibskimi władzami Waterdeep, które choć nie były wrogie wobec Silverymoon i Cormyru, to nie jednak nie darzyły tych państw życzliwością.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 18-10-2010 o 16:21.
abishai jest offline  
Stary 31-08-2009, 13:56   #2
 
Latilen's Avatar
 
- Pani... - Kastus nie rezygnował.
Jedna stopa na chwilę zniknęła. Rozległo się mruczenie wypełnione czystym niezadowoleniem. Potem nagle wychynęła ręka, która przyciągnęła kapłana bliżej. A właściwie jego torbę. Druga dłoń zaczęła systematycznie przegrzebywać jej zawartość.
- Pani, to jest moja torba.
- Niemożliwe. To pewnie dlatego wisi na twoim ramieniu, hę?
- takiej dawki ironii nie można było nie zauważyć.
- Byłoby łatwiej, gdybyś pani powiedziała, czego szukasz...
Ręka przyciągnęła Kastusa za fraki w dół. Gnomka chciała mieć twarz kapłana na wysokości swojej.
- Dobrze wiesz czego szukam! - warknęła - Gdzie masz moją - pociągnęła nosem - Aha! - okrzyk zwycięstwa wyrwał jej się, jakby wygrała masę kasy w pokera. Wyjęła z torby kapłana szklaną butelkę z płynem w kolorze bursztynu.
- Czy myślisz pani, że to dobry pomysł? - mężczyzna chrząknął znacząco, patrząc w stronę przybyłych.
W tym czasie połowa zawartości znalazła się już w brzuchu kapłanki.
- Nie mendź. - zakorkowała buteleczkę i wrzuciła ją przez ramię na wóz. - Klin działa najszybciej na kaca.
Zeskoczyła na ziemię. Przeciągnęła się.


Jej metr wysokości plasował ją na półce tych wysokich. Gnomów. Dziarskim krokiem podeszła do przybyłych.
- Witam. Nazywam się Drucilla Maelstormknocker. Mówcie mi Dru. Mam nadzieję, że przynieśliście jakąś flaszkę, aby opić naszą przyszłą współpracę. - uśmiechnęła się promiennie.
Kastus westchnął.
- Bez tego ani rusz.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein

Ostatnio edytowane przez Latilen : 31-08-2009 o 22:17.
Latilen jest offline  
Stary 01-09-2009, 14:57   #3
 
Sayane's Avatar
 
Karczma „Dalekie Spojrzenie” miała dla Sabrii w nazwie coś prawdziwego: jedno spojrzenie i człowiek chciał znaleźć się daleko stąd. Najlepiej w innej karczmie. Co prawda sam przybytek był niczego sobie - w miarę czysty, niezłe jedzenie i napitki; no i ciągły przepływ podróżnych zapewniał względną anonimowość. Jednak w "Spojrzeniu" wojowniczka nie mogła znieść obsługi - rosłych półorków, którzy fachowym okiem oceniali przybyłych. Z reguły nie miała nic przeciwko mieszańcom - biedne stworzenia nie mogły przecież nic poradzić na to, jak je spłodzono - jednak zbyt wiele czasu spędziła walcząc z orczym pomiotem, by spokojnie patrzeć na stojące przy drzwiach rosłe postacie. Odwróciła wzrok nie chcąc przyciągać kłopotów i skupiła się na słowach agenta Marchii oraz na zebranych przez niego najemnikach. Kilka razy brała już udział w mniej lub bardziej tajnych, czy politycznych misjach i ten agent wydał jej się nieco dziwny. Normalnie agenci - mający wyrobione kontakty i znający strukturę miast, w których pracowali - załatwiali logistyczną część zadania i najemnikom pozostawało jedynie odeskortowanie zleconego pakunku lub osoby na miejsce. Tu natomiast kazano współpracować obcym osobom - a zapewne nie ona jedna pochodziła z rejonu innego niż Miasto Wspaniałości - zrzucając na nich całą odpowiedzialność za powierzone zadanie. Dla wojowniczki wyglądało to bardziej, jak gdyby ktoś nie chciał dostarczyć ładunku do Silverymoon niż na odwrót.

Póki co jednak odegrała wraz z pozostałymi oburzoną szopkę i opuściła „Dalekie Spojrzenie” - tym śpieszniej, że niedługo zamykano na noc bramy. Pomimo, że Sabrie pochodziła z niewiele mniejszego miasta zawsze zadziwiało ją, że Waterdeep żyje w nocy tak samo intensywnie jak w dzień. Teraz, podążając za innymi portową dzielnicą rozglądała się uważnie na boki - strzegąc się zarówno przed drobnymi złodziejaszkami, jak i ewentualnym szpiegiem, który mógł podążać za nimi od drzwi gospody. Jednak w ciemnych zaułkach trudno było kogoś dostrzec - a może nikogo nie było - dotarli więc umówione miejsce przez nikogo nie niepokojeni. Hasło - odzew i znaleźli się w obszernym magazynie - a może stajni... Dziewczyna rozejrzała się na boki szukając innych wejść, po czym jej wzrok skupił się na zleceniodawcach. Niestety człowiek, który otworzył im drzwi nie miał wiele do powiedzenia - wyglądało na to, że kapłani nie mają pojęcia jak wydostać się z miasta. Ciekawiło ją, jak do tej pory udało im się ukryć wykonanie - czy też wwiezienie do miasta - tak dużego ładunku.

Sabrie rozejrzała się po obecnych, starając się ocenić ich profesję, umiejętności, oraz wyłapać ewentualnego naturalnego przywódcę. Wszyscy jednak milczeli, przyglądając się sobie nawzajem oraz kapłanom. W przedłużającej się ciszy wojowniczka odezwała się w końcu pewnym głosem, skłaniając się lekko.

- Witaj pani. Nazywam się Sabrie...
- tu dziewczyna zacięła się lekko, dziwiąc samej sobie. Od dawna wołano ją Sabrie od Miecza, lub Srebrna Sabrie i teraz ni rusz nie mogła sobie przypomnieć własnego nazwiska, choć z pewnością w zakonie jakieś jej nadano. Zamrugała i szybko podjęła przerwany wątek - ... i będę Wam służyć mieczem, oraz wszelaką pomocą podczas tej podróży - rozmyślnie zignorowała sugestię o alkoholu sądząc, że lepiej planować cokolwiek z gnomką, która jest trzeźwa.

- Co do transportu, to wszystko zależy, o pani, jakimi środkami finansowymi dysponujecie. Wywiezienie bezpiecznie tak dużego pakunku wymagać będzie od nas nie lada zabiegów. Najprostszym sposobem oczywiście było by okrycie go magiczną iluzją, załatwienie papierów i przetransportowanie przez bramy. Nieco tańszym zapewne, ale i bardziej ryzykownym, przekupienie strażnika i wywóz pod osłoną nocy - Sabrie nie dodała, że zapewne najtaniej wyszło by im schowanie kłopotliwego towaru na wozie z sianem - tylko kto wywozi siano z miasta?

- Trzecia opcja to wynajęcie solidnej barki w porcie i popłynięcie w górę Dessarie w pobliże Yartar, a potem ruszenie traktem do Silverymoon. Dokerów i portową straż ponoć łatwo przekupić, a i ich milczenie opłacić też można.

- I ostatnia, najszybsza ale i najbardziej kosztowna droga: wynajęcie powietrznych wierzchowców, np. od lorda Gundwynda. Taki ładunek powinny zapewne udźwignąć cztery dorosłe pegazy lub gryfy. No, może sześć... Oczywiście należy też doliczyć drugą gondolę dla Pani i nas samych oraz ewentualną obstawę, jeśli obecni tu państwo nie czują się pewnie walcząc w siodle. Koszta będą duże, jednak w Silverymoon znajdziemy się w przeciągu dwóch-trzech dni, a nie dwudziestu. Tu także potrzebna będzie moc iluzji - powietrzne karawany zawsze przyciągają uwagę - jednak sądzę, że możemy wykorzystać to na naszą korzyść. Wystarczy zamienić ładunek w coś efektownego; może nie wypchanego smoka - zażartowała - jednak coś, co usprawiedliwiałoby kosztowny transport. By nie wzbudzać dodatkowych podejrzeń moglibyśmy nająć swoje wierzchowce kilka dni wcześniej, wyjechać z miasta pojedynczo, w różnych odstępach czasu, i dołączyć do karawany kilkanaście mil dalej. Nie sądzę, żeby osoby zainteresowane tajnym ładunkiem szukały nas na środku placu Białego Byka. Zresztą gdy puściły mrozy coraz więcej ludzi wybiera się w świat i szybki transport cieszy się dużym popytem. A napady w powietrzu są rzadsze niż na ziemi czy morzu.

Sabrie umilkła czekając na reakcję kapłanów i nowych towarzyszy. Miała nadzieję, że gnomy nie podzielają niechęci krasnoludów do latania. Nie wiedziała też jak zareagują obecni w drużynie magowie - niektórzy czarodzieje z pogardą i złością reagowali na traktowanie magii jako remedium na wszystko, i miała nadzieję, że najemnicy nie należą do owej grupy. Była zresztą przygotowana na wycedzone dumnym, afektowanym tonem: "Magia to nie zabawa", i wykład na temat braku szacunku ciemnego ludu do potęgi. Ukradkiem spojrzała na mężczyznę, którego szaty wskazywały magiczną profesję, a kamienna twarz - jak na elfa przystało - nie wyrażała nic. U jego stóp leżał spokojnie nieznanej jej rasy pies. Drugim - prawdopodobnie - magiem, była wyniosła kobieta ubrana w... coś... z koronek, tasiemek i falbanek - suknię ekstrawagancką nawet jak na Waterdeep. Siateczkowe pończochy i fikuśny kapelusz dopełniały dzieła, a całość przyciągała uwagę tak, że Sabrie była zdumiona przebyciem portowych alejek bez przeszkód.
Jej własny strój był prosty, mocny i praktyczny: wysokie, skórzane buty, wpuszczone w nie wąskie spodnie z paskiem, biała, lniana koszula i porządna kurta z ciemnej skóry. Tylko schowany pod koszulą wisiorek, pierścień i symbol Helma wiszący (wraz z mieczem) u pasa, oraz rozpuszczone włosy nadawały jej wyglądowi nieco cech kobiecości. Jak większość mieszkańców północy i ona była dość wysoka, a blond włosy ładnie pasowały do resztek zeszłorocznej opalenizny i niebieskich oczu.
 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 01-09-2009 o 15:10.
Sayane jest offline  
Stary 01-09-2009, 17:18   #4
 
Qumi's Avatar
 
Waterdeep… miasto nieskończonych możliwości… zarówno tych pozytywnych jak bogactwo, jak i tych negatywnych jak bieda czy nawet śmierć. W Mieście Wspaniałości życie nigdy nie jest nudne. Skuszony historiami kupców, księgami i relacjami podróżników tu też udał się Teuivae'Vaelahr Nantar. Z braku pieniędzy wstąpił w szeregi niewielkiej gildii poszukiwaczy przygód. Misje zwykle wykonywał poza miastem – używanie magii bez przynależności do lokalnej gildii magów było wzbronione. Elfowi nie podobała się perspektywa bycia pachołkiem gildii, płacenia za możliwość korzystania z umiejętności, na które wydało się wiele potu, krwi i złota. Oczywiście każdą regułę można obejść… i elfi czarodziej doskonale zdawał sobie sprawę z owych kruczków prawnych. Nie mniej wolał nie narażać się bez potrzeby.

Elf był wysoki, szczupły jak przystało na członka pięknego ludu. Urodę posiadał jednak typowo kobiecą, także w pierwszej chwili można by go pomylić z elfką. Nosił fioletowo-czarną szatę, zdobioną elfami motywami i runami. Przy pasie miał dwie sakiewki i sztylet, które jednak były schowane pod szatą, aby nie prowokować złodziei. Wyglądał na księżycowego elfa – bladoniebieska skóra, czarne włosy i niebieskie oczy – ale było w nim coś jeszcze, coś co sprawiało, że kolory stawały się głębsze i jakby… mroczniejsze…

„Dalekie Spojrzenie” miało być tawerną, gdzie Teuivae’Vaelahr miał otrzymać kolejne zadanie. Była to zlecenie indywidualne, gildia nie miała z tym nic wspólnego. Wydawało się to mu nieco podejrzane, ale nigdy nie odrzucał zleconej mu misji jeśli w grę wchodziły duże pieniądze – i nierzadko duże ryzyko przy tym. Wysłannik wyjawił im cel ich misji i ogólne informacje jakie są im potrzebne do kolejnej fazy zlecenia. Przez cały ten czas elf milczał i słuchał. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, co najwyżej w jego niebieskich oczach można było usłyszeć melancholijny śpiew. Wtedy jednak zleceniodawca kazał im odstawić scenę i odejść oburzonymi. Gniew nie należał do repertuaru uczuć elfa, których używał zbyt często. Więc skwitował krzyki zleceniodawcy, chłodny, obojętnym wzrokiem. Obrócił się tyłem do człowieka i rzekł:

-Żegnaj więc… ty który kroczysz ścieżkami głupców, ty który głupcem wśród… - zrobił małą pazuę, aby wzmocnić dramatyzm -głupców. – elf uważał, że zwyczajny sposób mówienia jest nudny, mało wyrafinowany. Wolał mówić… bardziej poetycko, ćwiczył tak umysł… cóż z tego, że niektórzy uważają go za szaleńca…

Wyszli wszyscy razem, lecz on i może inni co inteligentniejsi rozeszli się. Agent zaznaczył dość mocno, że nie chce przyciągać uwagi, a to, że razem idą w tym samym kierunku, nieznani sobie, po rzekomej odmowie zleceniodawcy – mogło się wydać podejrzane. Zamiast tego Teuivae’Vaelahr ruszył w innym kierunku, innymi uliczkami.

W jednej z nich dołączył do niego z ciemności jego wierny Chowaniec Vraidem. Był on psem, choć nietypowym, który został z nim magicznie połączony jeszcze w ojczyźnie czarodzieja. Nie wyglądał na typowego psa, a jego czarne, głębokie oczy posiadały inteligencję i doświadczenie, które przekraczały te posiadane przez zwykłe chowańce, tak jakby posiadał je jeszcze przed przemianą. Jego futro było srebrno- czarne, a pysk przypominał nieco wilka, lecz zdecydowanie był psi.

Dotarli na miejsce w tym samym momencie co inni. Przywitał ich kapłan Gonda i pijana gnomka – fakt, który mimo wszystko elf postanowił zignorować. Towar, który mieli przenieść okazał się być… czymś… jakimś urządzeniem, elf nie był pewny co to takiego, a był dość ciekawskim facetem… zanim jednak zdołał zapytać, najpierw zastanawiając się przez chwilę nad przeznaczeniem towaru, ludzka kobieta zwąca siebie Sabrie odezwała się i przedstawiła swoje stanowisko i możliwości jakie mogli wykorzystać przy wywiezieniu towaru poza miasto.

- Jestem Teuivae’Vaelahr Nantar, cień podążający w księżycowej łunie ku przeznaczeniu, Vendui’.- przedstawił się i pozdrowił po elfiemu zgromadzonych.

- W świetle dnia, jak i w blasku nocy – nie znam pieśni kłamstw i ułudy, nie potrafię zagrać na harfie splotu tych nut. – odparł z obojętnym uśmiechem elf. - Morskie oko, które czai się w ciemności, ci którzy wielbią imię swego pana – Gildia Xanathara w dokach czaić się może, strach orężem ostrzejszym niż złoto, życiem komuś mogą zagrozić. A wtedy blask, którym obdarzysz strażnika swych sekretów – upoi się mrokiem prawdy.

-Ląd, woda, powietrze – to nie jedyna droga, nie jedyny szlak. Istnieją drogi bardziej kręte, drogi niebezpieczniejsze. W mroku się schować możemy, ukryć przed wzrokiem gapiów, przez mrok przejdziemy. Lecz drogi te kręte, magia przez miasto zakazana, stwory się czają tam przeklęte – mogą nas szukać i znaleźć jeśli szybko nie uciekniemy - a uciec szybko nie możemy. Odświeżyć umysł bym musiał gdy plan cieni odwiedzimy - by znowu wśród tęczy świata biegać.

-Wybacz ciekawość, urocze stworzenie- odezwał się do gnomki - Ale cóż to za machinę ze sobą wieziemy?
 

Ostatnio edytowane przez Qumi : 01-09-2009 o 17:30.
Qumi jest offline  
Stary 01-09-2009, 23:24   #5
 
Latilen's Avatar
 
Dru wysłuchała uważnie wszystkich pomysłów Sabrie i elfa (przy czym przy wypowiedzi maga zmarszczyła lekko nosek, jakby poważnie się nad jego słowami zastanawiała). Podrapała się po głowie, poprawiła okulary palcem wskazującym.
- Widzę, że bez mojej inicjatywy się nie obejdzie. Kaktusiku - zwróciła się do kapłana uśmiechając się szeroko - przynieś szklanki, flaszkę i tę skrzynię. Będzie robić za stół. - gnomka pokazała kilka rzeczy palcem.

- Ale pani... - Kastus pamiętając co się działa przez kilka ostatnich wieczorów, starał się oponować.
- Przynoś to tutaj natychmiast, nie będę tak stała o suchym pysku. Gadać też nie będę. A nasi bohaterowie oczekują odpowiedzi. - podparła się pod boki.
Kiedy już na skrzyni wylądowała inna butelka z przeźroczystym płynem i szklanki, Dru usiadła na ziemi.

- Skombinujcie sobie coś do siedzenia. - roztarła dłonie - to kto ze mną wzniesie toast? - zaczęła rozlewać alkohol do szklanek. - Dobrze, więc droga powietrzna odpada. Nasze fundusze bardzo się skurczyły. - zakorkowała butelkę.
Pomiędzy szklankami wylądował mieszek. Dość pusty.
- Powiedzmy, że nie umiem oszczędzać. - zaśmiała się zakłopotana.
- Bo... – wtrącił Kastus.
- Kaktus ani słowa. - przerwała kapłanowi - A ładunek waży swoje. Wóz jest wzmocniony, sama nad tym czuwałam. Ale musimy uważać, bo konstrukcję mogę sama naprawić, jeśli szkody nie będą zbyt wielkie, natomiast jak pójdą koła, to będzie problem. - łyknęła ze szklanki, a potem dolała żeby w każdej szklance nadal po równo.
- W Lantanie nazywamy to armata. Działo miotające. Bombarda wyrzucająca pociski za pomocą prochu. Tor lotu pocisku płaski. Długość działa 2,34m, ciężar 1,5 tony, kaliber 220 mm, zasięg 500 m. - spojrzała po twarzach obecnych, wzięła głębszy oddech. - Oj zagalopowałam się. No dobrze, dla was jest ważne że jest toto ciężkie jak jajo smoka...
- I potężniejsze niż oddech smoka!-
wtrącił z entuzjazmem Kastus. Zaś Dru kontunowała.
- Miota kulami na takie odległości, o jakich magowie sobie nie marzą i nie męczy się. Kiedy ich powstanie więcej, to magowie staną się niepotrzebni na polu bitwy.

- Magowie to przeżytek. Przeciętny czaromiot może rzucić ile? Dwie góra trzy kula ognia dziennie.
- kontynuował swój peany Kastus na cześć owej armaty.
W pierś uderzyła go delikatnie drewniana kulka. Gnomka otrzepała ręce, zadowolona z celnego rzutu.
- Kaktusiku, nie przerywaj. Potem będziesz prowadził swoje polemiki z obecnymi tu, jak już ruszymy. Ale ale, panie Nantar - zwróciła się do elfa, pochyliła się trochę nad stolikiem z tajemniczym uśmiechem -- Nigdy nie słyszałam o planie cieni, jak bardzo jest on niebezpieczny?
Iskierka w oku świadczyła o rozbudzonej wyobraźni i niezmiernej ciekawości.
 
__________________
"Women and cats will do as they please, and men and dogs should relax and get used to the idea."
Robert A. Heinlein
Latilen jest offline  
Stary 02-09-2009, 00:14   #6
 
Qumi's Avatar
 
Elf uważnie słuchał słów gnomki i kapłana. Owa „armata” rzeczywiście robiła wrażenie. Niezbyt jednak pozytywne. Każdy niemal elf wiedział i słyszał o niepowstrzymanej silne, która napędzała ludzi – ambicji i władzy. Starożytne imperia ludzi, takie jak Nethril zginęło właśnie przez owy pęd ku mocy. Patrząc na machinę i słuchając słów gnomki miał nieprzyjemne uczucie, że historia może się powtórzyć.

Wtedy kapłan Kastus zasugerował, że magowie to przeżytek… na elfiej twarzy pojawił się nieco zirytowany uśmiech, a cienie wokół zgromadzonych poruszyły się niespokojnie.

-Magia to nie tylko salamandry płomienie, nie tylko w gniewie niszczenie. Owszem – potęga i zgliszcza maszyny dziełem, lecz nie - tworzenie . Nie ma nadzoru, nie ma opiekuna. Każdy człowiek, każdy bohater i łotr, każdy – bez wyjątku może użyć maszyny do siania zniszczenia. Kto sieje wiatr, ten burze zbiera. – skomentował słowa kapłana.

- Teu zwać mnie możecie, towarzysze podróży. Plan cienia… świat jest lustrem bez dna, bez końca, bez początku. W myśl nauki świata, plan cienia jest jeno odbiciem, wariacją tego świata, lecz ja pytam: Po czym poznać odbicie? Czy lustro odbija czy jest tylko odbiciem? Plan cienia to ciemność i kształt surowy, plan nasz to światło i wygładzenie prawd. Czy groźny? Z całą pewnością, groźniejszy niźli ulice po zmroku, lecz przejść skrycie byśmy tam mogli, uchronić się przed straży i gildii wzrokiem.
 
Qumi jest offline  
Stary 02-09-2009, 01:08   #7
 
merill's Avatar
 
Zaiste Waterdeep prawdziwie nazwano Miastem Wspaniałości” – pomyślał Logain przyglądając się wielorasowemu tłumowi zmierzającemu ku promenadzie handlowej. Przybyli z Castielem do miasta ledwie dzień wcześniej.

Już sam widok majaczących w oddali z traktu, murów miasta robił wrażenie. Wzniesione za pomocą magii i zapewne wielu krasnoludzkich kamieniarzy, stanowiły potężną ochronę przed najazdami. Bastiony i wieże, chroniące najbardziej newralgiczne punkty muru, czyli bramy robiły równie imponujące wrażenie. Nad miastem dało się zauważyć górujące wzniesienie, zajmowane przez koszary straży miejskiej. Niebo nad tą ogromną metropolią patrolowali rycerze na gryfich wierzchowcach.

Samo wnętrze miasta przytłaczało natłokiem niesionych informacji i wrażeń. Jednak al Mandragoran przyzwyczajony był do tego, Suazil było ledwie trochę mniejsze. Jego czujne oczy odbierały wiele obrazów i szybko je analizowały, giętki umysł Wojennego Czarodzieja, zbierał wszystkie informacje, odnośnie patroli, liczności straży, a nawet godzin zmian warty. Choć Waterdeep pozostawało w luźnym sojuszu z Cormyrem, ostrożności nigdy za mało.

*****

Najpierw skierowali swoje kroki ku dzielnicy handlowej. Mimo dużego ruchu i tłumów interesantów, spodziewali się znaleźć przyzwoitą karczmę, gdzie będą mogli przenocować do jutra. Nazwa pod „Królewskim bażantem” brzmiała obiecująco.

Konie wprowadzili przez wielką bramę w potężnej kamienicy, na dziedziniec, gdzie natychmiast zajęli się nimi stajenni. Wojenny Czarodziej rzucił każdemu z nich po srebrniku, chcąc zaskarbić sobie przychylność masztalerzy, a na nich nic nie działało tak jak brzęcząca waluta.

Szybko pożywili się solidną strawą i ruszyli do swoich pokoi. Okolica była spokojna, zasnęli więc snem sprawiedliwych.

*****

„Dalekie spojrzenie” było raczej podrzędną spelunką, zdążył zauważyć Logain zanim spotkali się z umówionym człowiekiem. Ich grupka była nie duża, ale o dość ciekawym składzie.

Al Mandragoran wysłuchał co ma do powiedzenia agent Srebrnego Miasta. Sama farsa z przedstawieniem, bardziej go rozbawiła, niźli zaskoczyła. Ten półelf jeszcze dużo musiał nauczyć się o konspiracji i utrzymywaniu czegokolwiek w tajemnicy. „No cóż… nie wszystkich stać na profesjonalistów…” – podsumował niemal bezgłośnie.

Przemierzając ciemne uliczki miasta, nie żałował, że pod czarny kaftan wysokim kołnierzem, założył swą kolczugę, misternej elfie roboty. Szerokie ostrze półtoraka pewnie wisiało w pochwie na plecach, gotowe w razie czego do natychmiastowego użycia. Dzisiejszej nocy skazany był tylko na stal swojego miecza. Nie zarejestrował się w miejscowej gildii magicznej, z oczywistych względów. Cormyr wysłał ich z pomocą Silvermoon, było by głupotą graniczącą z naiwnością, obnosić się z insygniami Wojennych Czarodziei, dlatego jego płaszcz jeszcze przed wjazdem do miasta, zamienił się w zwykłą ciemno - zieloną opończę, a smok na pierścieniu, zdobił teraz wewnętrzną stronę palca. Brak rejestracji równał się zakazowi rzucania czarów, co też było głównym atutem Logaina.

*****


Kiedy już dotarli do magazynu, widok wnętrza jaki kapłanów Gonda, nieco zdziwił Logaina. Był przyzwyczajony do widoku tych duchownych, wiecznie zajmujących się jakimiś trybikami i kołami zębatymi. A tu proszę: „Gnomia alkoholiczka i zniewieściały kapłan, czyż życie nie bywa przewrotne?” – zapytał sam siebie.

Wsłuchiwał się dokładnie we wszelkie przekazywane im informacje. Kiedy złotowłosa wojowniczka przystąpiła do prezentacji, on także, zaraz po elfim magu z poetyckimi inaczej zapędami, przedstawił się.

- Logain al Mandragoran, Cormyr nie zapomina o swoich sojusznikach. Służę Tronowi i Koronie jako Wojenny Czarodziej, i wam także swój miecz i kunszt Sztuki ofiaruję – skłonił się lekko głową, z jedną ręką na rękojeści sztyletu – niczym na audiencji u Caladnei.

Przysłuchiwał się toczonej rozmowie, w pewnym momencie zmuszony był się wtrącić:

- Magowie to przeżytek. Przeciętny czaromiot może rzucić ile? Dwie góra trzy kula ognia dziennie. – kapłan Gonda, najwyraźniej nie wiedział z kim ma do czynienia.

- Pozwolę się nie zgodzić z twymi przypuszczeniami… - skrzywił usta szukając odpowiedniego słowa - … wielebny. Sztuka i moc nią władania zawsze będzie przewyższać maszyny, z racji tego, że za nią stoi niewyczerpany pokład Mocy, a tak poza tym, to śmiem twierdzić panie, że nie słyszałeś nigdy o szkoleniu Wojennego Czarodzieja… w każdy razie zmierzając do konkluzji – „dwie, góra trzy” – że pozwolę sobie zacytować, zamieniają się przy odpowiednim szkoleniu i potencjale w sześć a nawet siedem, o innych czarach nie wspominając Logain cedził słowa, patrząc twardo na Kastusa.

Musiał sobie w duchu przyznać, że dał się nieco sprowokować, na szczęście nie stracił zimnej krwi… „dwie, góra trzy - dobre sobie”.


Kiedy bladolicy elfi mag skończył wyjaśniać istotę Planu Cienia odezwał się:

- Rozumiem konfratrze, że z owym odbiciem jesteś za pan brat. Wiesz jednak dobrze, że niebezpieczeństwa jakie się tam czają, mogą być znacznie gorsze, niźli bandycka gildia, czy przekupienie strażnika?
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 05-09-2009 o 08:12.
merill jest offline  
Stary 02-09-2009, 14:55   #8
 
Hawkeye's Avatar
 
Castiel nie przepadał za miastami. Zresztą nigdy nie ukrywał, że tak było i nigdy nie przeczył, że ten stan rzeczy był jednym z powodów, dla których wybrał życie tropiciela i przebywanie w głuszy. Mierziły go odgłosy kupców nawołujących do zakupu ich "najlepszej" jakości towaru, w uszy wbijał się ten nieprzyjemny dźwięk gwary miejskiej ... znaczy się zbitek przekleństw, pijackich śpiewów i nieokreślonych wrzasków. Aasimarowi zdawały się, że wypełniają one powietrze, wibrują, wbijają się w mózg niczym szpilki w skórę. To były jedne z oczywistych powodów, dla których nigdy nie wytrzymywał zbyt długo w jakimkolwiek mieście. Nie znalazł jeszcze takiego, w którym chciałby zamieszkać na stałe, oczywiście miast było bardzo dużo miast i każde inne, dlatego były takie, w których mógł spędzić miesiące za nim wyruszył na szlak. Na pierwszy rzut oka oceniając Waterdeep nie będzie należało do takich miejsc.

Gdy zbliżali się do miasta, jego przyjaciel wydawał się zafascynowany widokiem. Chciwie chłonął każdy szczegół, miasta. W tej fascynacji było zapewne też drugie dno. Mag wojenny pewnie oceniał możliwości obrony miasta ... cóż wojownicy już to do siebie mieli, a Logain po części był takim człowiekiem. W każdym razie Castielowi zawsze się przyjemnie współpracowało z tym człowiekiem i nie miał zamiaru, ani powodu, żeby na niego narzekać. Poza tym pomoc maga była nie raz i dwa przydatna, szczególnie gdy Aasimar zabierał się za swoją ulubioną "robotę".

******

Przyszło im spędzić noc w jednej z karczm w dzielnicy handlowej, tej lepszej części miasta. Tak przynajmniej wynikało z opowieści.

-Nie lubię miast - rzucił do towarzysza podczas posiłku -A najbardziej tego przejmującego zła, które nieodzownie towarzyszy tym centrom cywilizacji i kultury. W głuszy, wszystko jest łatwiejsze, spotykasz wampira, licza czy inne licho, to już wiesz co możesz z nimi zrobić. Tutaj masz przestępców działających w majestacie prawa i prawo działające jak przestępcy - po tych słowach tropiciel upił łyk "najlepszego" piwa, jakie było w tej karczmie. Zaś po zakończeniu obiadu oboje udali się na zasłużony odpoczynek.

*******

Spelunka w której przyszło im się spotkać z agentem Srebrnych Marchii, była po prostu tym ... spelunką. Prowadził ją pół - ork, a ochraniali ją, jego ziomkowie. Castielowi, to nie przeszkadzało, nie był uprzedzonych wobec ras rozumnych ... przynajmniej ich większości. Zawsze należało oceniać człowieka po jego czynach, a nie po jego pochodzeniu. To była prawdą, którą gdy wychowywał się jeszcze w domu szlacheckim, nie mógł pojąć ... to była prosta prawda, którą większość osób, nie potrafiła pojąć.

Niestety, niektóre z ras zamieszkujących Faerun, wcale sobie nie pomagały. Tacy orkowie, być może znajdowały się wśród tego ludu istoty dobre, ale znaczna większość, która siała strach, skutecznie uniemożliwiała prawidłową ocenę takich osób. Pamiętał wyczyny zielonych z wojny w Cormyrze, pamiętał towarzyszy, którzy wtedy stracili swoje życie ... z pewnością nie należał do miłośników rasy "zielonoskórych", ale daleko było mu do nienawiści ... jeżeli w ogóle jego dziedzictwo, pozwalało mu na odczuwanie takiego uczucia.

Szopka o odstawienie jakiej poprosił ich pół-elf, była co najmniej dziwna, ale nie zamierzał się spierać z pracodawcą. Jeżeli chce teatrzyk, to może mieć teatrzyk. Aasimar podniósł się, ze swojego miejsca, zmierzył pracodawcę zimnym wzrokiem i rzucił

-Twoja strata - potem nie zwracając uwagi na nikogo, ruszył w stronę drzwi. Wykidajło stojący przy nich, zrobił dla niego trochę więcej przejścia. Wiedział, że jego współbracia, budzą pewien irracjonalny lęk, w przedstawicielach niektórych ras, nigdy mu to nie przeszkadzało, a czasami jak w tym wypadku było ułatwieniem.

Ulice o tej porze były mniej zatłoczone, niż w dzień, ale nadal całkiem gwarne. Świeżo zebrana drużyna, rozdzieliła się, nie chcąc zwracać na siebie zbyt wielkiej uwagi. Castiel szedł w pewnej odległości za Mandragorianem. Nie musiał nic mówić magowie, wiedział że to głównie do niego należy zadanie obserwowania ich pleców ... w końcu był tropicielem. To była jego praca. Podczas podróży do doków, nie zauważył nic dziwnego ... chociaż lepszym określeniem byłoby, to że nie zauważył nic co zaniepokoiłoby go.

W końcu wszyscy doszli na umówione miejsce spotkania. Tropiciel lekko dotknął ramienia Logaina

-Rozejrzę się po okolicy - szepnął i ruszył w bok w cień, chciał pozostać niezauważonym. Wiedział, że najlepszy na świecie w tej materii, na pewno nie jest, ale to i owo umiał. Co prawda, dużo łatwiej, przychodziło mu to poza miastem, ale w końcu podstawowa zasada pozostawała taka sama ...

W końcu go zauważył. Niska postać obserwowała budynek, starając się pozostawać w cieniu. Wydawało się, że zna się na swojej robocie. Chwilę go obserwując tropiciel doszedł do wniosku, że musi to być niziołek albo gnom. Mniej więcej, jednak w tym momencie postać go zauważyła, co tylko potwierdziło jego przeświadczenie, że miał do czynienia z prawdziwym fachowcem. Szybko zdjął swój łuk i nasadził strzałę na cięciwę ... w błyskawicznym tempie, nawet za bardzo nie celując posłał ją w stronę tajemniczego obserwatora ... ten równie szybko skrył się w cieniu.

Broń strzelecka wróciła na swoje miejsce, a Castiel trzymając dłoń na rękojeści swojego sejmitara ruszył w tamtym kierunku. Ku jego rozczarowaniu nie było tutaj nic, tylko strzała leżała na bruku ... znak, że chybił tego osobnika. Podniósł ją i z powrotem wsadził do kołczanu, później ją obejrzy, czy nadaje się do ponownego użytku. Teraz miał ważniejsze sprawy na głowie.
Nie ważne kim był ten osobnik, oznaczało to, że podstawowa zasada jaką im przykazano, czyli pozostać niezauważonym była zagrożona. Szybkim krokiem ... niemalże biegiem wrócił pod magazyn. I zapukał do drzwi, które były zamknięte. Za nimi słyszał przytłumiony kobiecy głos.

-Logain otwórz, tu Castiel - powiedział spokojnym tonem .. po chwili Aasmiar znalazł się już w środku. Szybko zamknął za sobą drzwi, mniej więcej w momencie, w którym gnomka opowiadała o armacie ...

Dopiero teraz jego towarzysze mogli mu się dobrze przyjrzeć. Był wysoki, a rysy twarzy, miał niczym u najszlachetniejszych bohaterów, uwiecznionych przez mistrzów w marmurze. Jego długie, opadające na ramiona srebrne włosy, skrzyły się, gdy padało na nie światło księżyce. Złote oczy ... cóż wydawało się, że wyrażają wiekową mądrość, a gdy spoczęły na którymś z obecnych ... miało się wrażenie, że Aasimar przewierca tym wzrokiem osobę na wylot ... milczał, czekając aż ucichnie dyskusja, o planach i wyższości magów nad technologią. Gdy jego towarzysz skończył mówić, odezwał się nad wyraz melodyjnym głosem

- Nazywam się Castiel - przedstawił się wszystkim obecnym -I jest mi przykro, że muszę w takim momencie przerywać tę jakże ciekawą dyskusję, ale budynek był obserwowany. Niestety za nim zdążyłem dopaść tego osobnika, udało mu się uciec. Mogę tylko stwierdzić, że ten ktoś był profesjonalistą. -
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 02-09-2009, 15:16   #9
 
Qumi's Avatar
 
- A czy złota blask zastąpi życie? Przekupić i zdradzić to prosta taktyka – gdy złoto w grę wchodzi. W cieniu przed wzrokiem schować się możemy, lecz inne niebezpieczeństwa tam również znajdziemy. To tylko pomysł, zwykła propozycja. - odparł elf na słowa wojennego maga.

Po chwili wszedł znajomy maga, niejaki Castiel. Widać u niego było planarne korzenie – zapewne ze sfer wyższych. Oznajmił jednak, że ktoś ich obserwował… nieco zaniepokoiło to maga.

-Vraidem – zawołał swego Chowańca - W ciemności nocy ktoś posłał na zwiad swoje oczy. Przyjacielu, -odwrócił się do tropiciela –[i]jeśli ci to nie kłopot to Vraidem pójść z tobą może. Ten, który skrył się w ciszy blisko wciąż być musi.
 
Qumi jest offline  
Stary 02-09-2009, 23:47   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
- Łaski bez - powiedział spokojnie, gdy ich 'niedoszły' zleceniodawca wytknął im chciwość, zachłanność i parę innych wad. - Ktoś inny bardziej mnie doceni - dodał.

Nie wyszedł z całą grupą.
Odczekał chwilę, a potem opuścił gościnne progi "Dalekiego Spojrzenia" i zanurkował w mrok. W zwodniczym świetle księżyca stał się jednym z wielu ledwo dostrzegalnych, bezszelestnych cieni.

Nie zatrzymywani przez nikogo dotarli w końcu do magazynu. I jego nader nietypowych, tymczasowych lokatorów.
Pierwsze wrażenie nie było zbyt korzystne.
Obiekt, który mieli przetransportować, był wielki, zaś Dru, kapłanka Gonda - wprost przeciwnie, Nie żeby Roger miał coś przeciwko istotom mniejszym od niego, i to znacznie. Nigdy nie oceniał nikogo według wzrostu. Ale... słyszał kiedyś, że im mniejsza waga, tym człowiek szybciej ulega wpływowi wypijanych trunków. A 'mówcie mi Dru' Drucilla chłonęła alkohol niczym gąbka.

- Roger Morgan - przedstawił się, idąc w ślady swych przyszłych towarzyszy podróży. Rozsiadł się w miarę wygodnie na stojącej nieco z boku skrzynce i w milczeniu przysłuchiwał się toczącej się dyskusji, w której najwięcej, i równocześnie najmniej, mówił elfi mag, Teu.

Przepiła nasze fundusze? - pomyślał, gdy o stół uderzyła nader cienka sakiewka. Nawet jeśli były tam same platynowe krążki, to i tak zawartość nie mogła starczyć na wiele.

Skąpi tacy, czy też test na inteligencję nam tu robią? - pomyślał.

Przez moment oderwał się od dyskusji, powracając wspomnieniami do spotkania z wysłannikiem Srebrnych Marchii, który namówił go na ten cały wątpliwej jakości, jak się okazało, interes.
Ciekawe, kto tamtemu poradził właśnie jogo osobę. On sam jakoś nie mógł sobie przypomnieć zasług poczynionych dla dobra Marchii. Chyba że komu opowiadała o nim Sindyl.
...zapisane złotymi zgłoskami w historii miasta...
Miał nadzieję, że do tego nie doszło. Tego by mu tylko brakowało. Wystarczyła mu w zupełności ballada o 'Czerwonej Oberży', którą ułożył jakis nawiedzony bard. Na szczęście w bohaterze tego, hm, utworu, trudno było rozpoznać Rogera.
A może to Malvin Draga podłożył mu świnię? Zdecydowanie nie pałał do niego sympatią... Może zamiast 'zaufany człowiek' usłyszał 'niebezpieczne zadanie' i znalazł sposób, by się odegrać.

Wrócił uwagą do dyskusji, która rozwijała się w najlepsze.
Przekupić strażników, przekupić portowców, zafundować sobie transport gryfów, wybrać się w podróż planem cieni...
Lawina pomysłów dość trudnych do realizacji z paru prostych powodów.
Wstał ze skrzynki, by przekonać się, jak prezentuje się stan kasy i, przy okazji, wybić niektórym z głowy pewne pomysły, gdy Castiel poinformował wszystkich o osobniku śledzącym budynek.
W zasadzie powinien iść wraz z Castielem zobaczyć, czy nie da się owego osobnika dopaść, ale z drugiej strony... Gdyby zbyt wiele osób nagle wybiegło z tego magazynu, mogłoby to zwrócić uwagę przechodniów. I nie tylko.

- Ten ktoś to mógł być każdy. Od szpiega począwszy, na złodzieju skończywszy - powiedział.

Rozejrzał się dokoła. W pomieszczeni, oprócz wozu z ciężką armatą, było tylko posłanie. I widać było od razu, że magazyn musiał stać pusty od dłuższego czasu.

Jako że Dru skupiła się opróżnianiem buteleczki, Morgan skupił uwagę na kapłanie.

- Od jak dawna jesteście w tym magazynie? - spytał. - Może ktoś zauważył tu ruch czy światło. Magazyn który stał długo pusto,a potem zaczęło się w nim coś dziać, zawsze przyciągnie czyjąś uwagę.

Kastus spojrzał na niego i rzekł:

- Będzie z siedem dni, jak tu tkwimy czekając na was.

Jakby to była nasza wina... - pomyślał Roger. - Coś chyba synchronizacja czasowa zawodzi.

- W jaki sposób tu dotarliście niezauważeni? - zadał kolejne pytanie.

Na to pytanie Kastus zareagował irytacją i machnięciem ręki w geście irytacji.

- Jacy tam niezauważeni. Już trzy razy ktoś wdepnął w glify strzeżenia którymi wraz panienką Dru zabezpieczyliśmy magazyn.

Roger wzniósł oczy do nieba. Trafiając wzrokiem na sufit pomieszczenia...

Kastus mówił:

- Świątynia w Waterdeep dużo zapłaciła, by wwiezioną armatę uznano za kolumnę do świątyni. Drugi raz tego nie zrobią.

Glify, gruba gotówka... Równie dobrze mogliby zapalić ognie sygnalizacyjne...

- Co prawda nie rozumiem, czemu wybraliście akurat środek miasta, a nie jakieś odludzie, ale trudno. Może, mimo wszystko - mówił dalej - ktoś z tych, co pomogli wam tu dotrzeć kłapnął... powiedział za dużo - poprawił się.

- Czy ktoś wam towarzyszył? Macie jakąś 'obstawę'?

Kastus odrzekł:

- No ba, ja jestem obstawą panienki Dru. Innej obstawy tu nie ma.

- Czyli odpada możliwość, że to ktoś od was z daleka dba o cały interes. Szkoda. Ale wniosek taki, że bez względu na goniące nas terminy trzeba stąd wybyć jak najszybciej.

Spojrzał na armatę i skrzywił się.

- Odkręcić parę kawałków,pomalować... prawie kolumna - zakpił. - Jakie wielkie objętościowo towary wywozi się z Waterdeep? - spytał.
 
Kerm jest offline  
 


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168