Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-11-2009, 16:30   #1
Banned
 
[FR 4.0 / ST] Wydarzenia w Winterheaven... czyli D&D 4.0 dla Opornych

Było wczesne lato, ciepłe i wilgotne; zwiastujące obfite zbiory. Lasy pełne były zwierzyny i owoców. Sielanka, spokój i cisza... Ta część Faerunu znajdowała się na tyle „na uboczu”, że kiedyś – gdy ziemie te należały do potężnego imperium Narath – nawet ktoś o niej pamiętał. Teraz, kiedy niewielu pamiętało samą nazwę Narath... Nikt nie wiedział, czy może raczej nikt nie pamiętał, skąd wzięła się nazwa Winterheaven, w miejscu, gdzie zima objawiała się pluchą i temperaturą w okolicach zera, a śnieg był zjawiskiem co najmniej niecodziennym... Życie tutaj toczyło się spokojnie i monotonnie. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc...

Mieszkańcy zajmowali się swoimi sprawami, nie wtykając nosa w sprawy innych i nie lubiąc grzebania się w ich własnych sprawunkach... Obcy, wędrowcy, poszukiwacze przygód, traperzy, dziwaki – tych, którzy przybywali do miasteczka nazywano wieloma określeniami, ale nie interesowano się ich sprawami do czasu, aż nie chcieli czegoś kupić lub sprzedać... lub nie weszli w konflikt z prawem. Przybysze jednak nigdy nie zagrzewali długo miejsca w Winterheaven. Wytrzymywali tutaj dzień, dwa, czasami kilka dni... Po czym wyruszali i przeważnie nigdy nie wracali...
Może po prostu nie było do czego wracać?



Niewielkie miasteczko, a właściwie rozbudowana latami spokoju stanica dyliżansu i punkt kontrolny na rozstajach traktów Północnego i Królewskiego nie miała nic do zaoferowania przybywającym podróżnym z wyjątkiem podstawowych wygód w karczmie, podstawowych towarów w sklepie czy na targu i podstawowych usług w świątyni... Tu wszystko było podstawowe...
Jedynymi ciekawszymi miejscami w okolicy były – zrujnowana twierdza nazywana „Keep on the Shadowfell” oraz stare Miejsce Pochówku. Oba miejsca od dawna były opuszczone i mieszkańcy niewiele pamiętali, albo niewiele chcieli pamiętać z historii tych miejsc...

*****



1. Zewnętrzne mury i brama miejska; 2. Karczma Wraftonów; 3. Rynek / Targowisko; 4. Stajnie; 5. Kuźnia; 6. Wieża Altruna; 7. Wielki Skład Barwina; 8. Posterunek Straży; 9. Kamienice; 10. Świątynia; 11. Brama wewnętrzna; 12. Spichlerz Winterhaven; 13. Koszary; 14. Willa Księcia


*****


W Winterhaven targ odbywał się co tydzień i dla mieszkańców tego rozległego miasteczka był doskonałą, a czasem nawet jedyną, okazją do spotkania się i dyskusji. Sam targ sprawiał wrażenie bardzo dużego i, przede wszystkim, tłocznego. W rzeczywistości, nie był aż tak duży, ale niewielki rynek miasteczka zapełniał się szybko...


© Claudio Pozas



Na targu sprzedawano wszystko począwszy od płodów rolnych, poprzez rękodzieło, ubiory, skóry, aż po broń i to nawet tę najcięższą. Wszystko było w najróżniejszych rozmiarach i wszystkich jakości... Drogą Królewską od zawsze podróżowali kupcy – kiedyś w karawanach po kilkanaście wozów, ze zbrojnymi strażami... Teraz wozami zaprzęgniętymi w osiołki. Od wczesnego brzasku wielu kupców rozłożyło swe towary, a kiedy otwarto miejską bramę weszli pozostali – ci, którzy przybyli w nocy; oraz okoliczni mieszkańcy. Ścisk i ruch panował niemożliwy, zarówno na niewielkim rynku, jak i karczmie. Trochę luźniej było pomiędzy kamienicami oraz w okolicach świątyni. W całym mieście pełno było - przeważnie młodych mężczyzn i chłopaków - ubranych w lekkie ochraniacze. Nie byli uzbrojeni, ale ich obecność wpływała bardzo uspokajająco zarówno na kupców, jak i na mieszkańców. Wszyscy uważali, że są bezpieczni, a co ważniejsze – że ich sakiewki są bezpieczne.




*****


Wysoki mężczyzna przedzierał się przez tłum kupujących, przebierających, oglądających, a przede wszystkim rozmawiających ludzi. Kiedy przybył poprzedniego dnia do miasta wydawało się, że będzie ono znacznie bardziej spokojne. I w zasadzie było, do dzisiejszego ranka. W końcu wydostał się z tłumu i znalazł w okolicach świątyni. Wszedł do wnętrza tylko po to, aby uświadomić sobie, że kilka wiejskich kobiet, z których każda śpiewała na swoją nutę nie jest najbardziej odpowiednią muzyką dla jego uszu. Przed posągiem Avandry, bogini szczęścia i zmian, wykonał jakiś bliżej nieokreślony gest pozdrowienia, szacunku czy czegokolwiek i wyszedł do świątynnego ogrodu. Siostra Linora zajmowała się udzielaniem jakiś porad... Musiał poczekać jak pozostali, nie podobało mu się to, ale cóż...

Dla niektórych celów ścisk był wręcz idealny... Usta drobnego, niewyróżniającego się w tłumie mężczyzny ułożyły się w uśmiechu. Tylko, że tutaj... pieprzona dziura na końcu świata... Wszechobecna sielanka działała mu na nerwy. W zasadzie nawet wolał nie ryzykować. Cały czas zastanawiał się nad tym, co go tutaj sprowadziło... Początkowo, kiedy tu przybył, wydawało się, że Twierdza Shadowfell to jedna wielka bajka. Jednak z tego co się dowiedział w miasteczku – twierdza faktycznie istniała, a może raczej istniały jej ruiny. Ruiny do których trzeba było się udać Północnym Traktem, jakieś dwie, trzy mile. Czy cokolwiek tam jeszcze było? Cokolwiek poza kupą kamieni i śmieci? Z tego się dowiedział lokalni ludzie się tam nie zapuszczali, podobno w starych ruinach straszyło. Bardziej byłby skłonny uwierzyć w bandy złodziei niż w duchy... Chociaż tutaj – bandy, złodzieje, półświatek... Chyba w opowiadaniach i pieśniach. To miasto było tak bezpieczne, że aż nudne... Rozejrzał się przez dłuższą chwilę przyglądając się kobiecie kupującej sukno. W duchu przyznał, że była ładna, jak na to miasteczko nawet piękna...


*****

Przez cały dzień karczma po prostu pękała w szwach. Dziewki służebne i sama Silvana Wrafton uwijały się jak w ukropie obsługując kolejnych gości, podając trunki i jedzenie. Dzień targowy dostarczał zdecydowaną większość dochodów karczmy. Pulchna właścicielka była trochę zaskoczona przybyciem do miasta tylu podróżnych, ale równocześnie miała nadzieję, że pozostaną na dłużej... Bardzo chciała, aby poczuli się dobrze i byli zadowoleni. Przygotowała jeden ze stołów koło kominka i wyraźnie zaznaczyła, że jest on tylko dla mieszkających w pokojach karczmy. Wczesnym wieczorem, kiedy wszyscy zaczęli ściągać na wieczerzę karczma zapełniła się jeszcze bardziej. Do stołów dostawiono zydle i taborety. Goście siedzieli nawet na parapetach okiennych... W tym tłoku tylko kilka miejsc było luźniejszych... Stół zarezerwowany dla „znaczniejszych” gości i dwa niewielkie stoliki – jeden tuż przy barze, a w zasadzie nawet trochę za nim, gdzie zwykle przesiadywała obsługa, kiedy w karczmie nie było ruchu oraz, w zasadzie jednoosobowy, stolik za bocznymi schodami, przy którym przesiadywał jakiś mężczyzna i zawzięcie pisał nie zwracając uwagi na otoczenie.

Silvana osobiście poinformowała każdego z mieszkańców karczmy, że dla jego wygody zarezerwowała miejsce. Nawet jeżeli komuś to nie odpowiadało... nie było innego wyboru jak siąść przy jedynym wolnym stole lub... jeść na stojąco, albo wcale. Było tuż przed zachodem słońca – pora wieczerzy w karczmach. Zwyczaju uświęconego tradycją, zwłaszcza w karczmach przy szlakach, które podobnie jak miasta miały zwyczaj zamykać swoje drzwi tuż po zmroku. Goście zebrani przy stoliku stanowili ciekawy zbiór i przyciągali wzrok prostych mieszkańców i kupców... Szczyt stołu zajął wysoki, przystojny młodzieniec , ubrany w dobre, bogate i przyciągające wzrok szaty. Obok niego usiadła kobieta w szatach nowicjuszki, jej piękne, ciemne włosy zaplecione były w misterny warkocz, a po twarzy błąkał się ni to uśmiech ni grymas znudzenia... Postacią intrygującą był siedzący naprzeciwko nowicjuszki mężczyzna o ciemnej karnacji, niewielu tak opalonych ludzi widywano w Winterheaven, ale nikt nie interesował się obcymi - tak było wygodniej i bezpieczniej... bo wszystko co nieznane było niebezpieczne. Drugi szczyt stołu zajmowała kobieta o intrygujących zielonych oczach. Po jej prawicy zasiadł mężczyzna z dużą blizną na policzku, którą czasami przesłaniały kruczoczarne włosy spuszczone luźno na ramiona. Ostatnim siedzącym przy stole był szczupły i drobny mężczyzna o piwnych oczach, które szybko przebiegły po zgromadzonych na sali biesiadnikach...

Po kilkunastu minutach oczy wielu ludzi zwróciły się w kierunku wchodzącego do karczmy łachmyty. Wchodzący skulił się w sobie jeszcze bardziej i wyraźnie utykając na lewą nogę poszedł do baru. Po kilku minutach został odprowadzony gdzieś w głąb karczmy - wyglądało, zę właścicielka nie chce go wyrzucać otwarcie przez główne wejście...

Ogień wesoło buzował w kominku, a i napitki podane do kolacji rozwiązywały języki... W mieście, które nie oferowało wielu możliwości, a te które oferowało wymagały współpracy...









Mecha:
Wszystkie sceny, które rozegrały się w poście są „przeźroczyste” od strony mechaniki; opierają się na wykorzystaniu umiejętności pasywnych; więc naprawdę nie ma po co rzucać (a nawet nie ma jak rzucać). Rzut wymaga deklaracji gracza lub testu GMa. Tutaj takie sytuacje nie zaszły. Gracze nie złożyli deklaracji, a prowadzący nie uważał za stosowne cokolwiek testować (bo jeszcze by nie wyszło - ).
W RPG naprawdę nie ma sensu psuć czegokolwiek rzutami... Choć oczywiście można by... Każdy rzut to potencjalne ryzyko zawalenia sprawy. Im dokładniej i spójniej opiszecie swoje działania tym mniej rzutów potrzeba. Jeżeli nie opisujecie swoich działań, albo podejmujecie działania ryzykowne – wtedy konieczne jest „zaprzęgnięcie do roboty” kości. Tylko wtedy można wyrzucić zarówno 20 jak i 1... I nie ma zmiłuj...
Porównajcie następny post; tam „bawię się” w Rules Lawyera – zaznaczony jest każdy możliwy i „mechanicznie uzasadniony” rzut. Ponieważ jest tego kilkanaście po prostu zaznaczałem ^ - jeżeli ktoś będzie bardzo zainteresowany to opiszę rzuty...
 
Aschaar jest offline  
Stary 09-11-2009, 17:00   #2
Banned
 
Zaczynało już zmierzchać, kiedy Jonn zauważył w oddali białe ściany domów i przyklejone do nich poletka. Pomimo zmęczenia, jakie coraz mocniej dawało mu się we znaki – przyspieszył kroku^, aby już ten nocy wyspać się pod dachem... Dotarł do pierwszego z domów i uprzejmie zapytał:

- Czy można u pani zanocować? Gdziekolwiek... stodoła też będzie odpowiednia...
- Nie. -
kobieta odparła szorstko i zmierzyła Jonna od stóp do głów i z powrotem. Podniosła rękę i wycelowała palec w jasny mur - Karczma Wraftonów jest za tym murem.

Jonn ukłonił się i poszedł we wskazanym kierunku. Mury, a właściwie bramy miejskie, przeważnie miały jedną denerwującą cechę – strażnicy zamykali je zawsze przed nosem, najwyraźniej mając z tego wielką uciechę... Tutaj także dotarł do bramy kiedy strażnicy już ją zamykali... Wpuścili go jednak, może zdjęła ich litość, może po prostu to miasto było inne...
Będąc za murem Jonn odetchnął i jęknął z bólu^ opierając się o ścianę. Ostatnie kilkanaście minut szybkiego marszu wystawiło jego ranną nogę na duże obciążenie, był prawie pewien, że ledwo zabliźnione rany znów się otworzyły^. Musiał odpocząć, choć chwilę. Wytarł twarz kawałkiem koszuli i poprawił płaszcz. Zdawał sobie sprawę, że wygląda jak ostatni łachmyta; brudny, w podartej odzieży... Miał jednak teraz inne zmartwienia, a przede wszystkim – inne potrzeby. Strażnicy mocowali się z ryglowaniem bramy, rozejrzał się poszukując wzrokiem jakiegoś znaku mogącego skierować go do karczmy^.

Niedaleko od bramy, praktycznie naprzeciwko stał pokaźnych rozmiarów budynek, z którego dobiegał gwar rozmów i muzyka.


Rysunek znajdujący się koło drzwi był praktycznie nieczytelny, dopiero kiedy był pod drzwiami zauważył kawałek kufla i fragment napisu „...fton..”. Po chwili był już w zatłoczonej sali. Miejscowi grali w kości, karty; pili. W pobliżu dużego kominka, przy stole siedziała grupa, którą Jonn szybko zaklasyfikował jako „niemiejscowi”. Bard skończył jedną ze swych pieśni i właśnie przeglądał swą księgę w poszukiwaniu następnej... Niektórzy z obecnych zwrócili na wchodzącego uwagę; a on starając się nie patrzeć na nikogo podszedł do baru. Pulchna i dobrze ubrana kobieta szybko podeszła do niego mówiąc:

- Witam serdecznie w „Karczmie Wraftonów”. Czym mogę służyć – uważnie zmierzyła go wzrokiem, taksując dokładnie brud, smród i ubóstwo Jonna. Cień zdziwienia przebiegł po jej twarzy kiedy mężczyzna wyciągnął sakiewkę jednocześnie odchylając poły płaszcza na tyle, że barmanka dostrzegła broń którą miał przy sobie.
- Chciałbym pokój... jakikolwiek pokój – powiedział Jonn zaciskając zęby^ – chciałbym też się wykąpać i potem zjeść coś ciepłego...
- Oczywiście... - barmanka spojrzała pod bar, potem oceniła wzrokiem wielkość sakiewki i dokończyła – mamy dziś dzień targowy i wszystkie pokoje są zajęte, ale mam jeden wolny... Nie jest to może najwyższy standard, ale... na bezrybiu i rak ryba. Tomasz! Tomasz! Utrapienie z tym dzieciakiem – nie skończyła mówić kiedy z zaplecza wyszedł może trzynastoletni wyrostek. - Pomóż panu dojść do jedynki i przygotować kąpiel... To razem z posiłkiem będzie 10 sztuk złota.

Jonn odliczył należność myśląc: „Tanio to nie policzyła... Mamy dzień targowy... Oczywiście” Starając się nie opierać na chłopaku zbyt mocno, ale również nie kuśtykać bardzo wyraźnie podążył w głąb sali w kierunku schodów. Na szczęście jednak chłopak prowadził w korytarzyk obok. Po kilku krokach otworzył kluczem niewielki pokój, którego jedynym wyposażeniem było wąskie łóżko i rozsypujący się regał. Za stół mógł służyć szeroki parapet okienny... Standard faktycznie nie był najwyższy, nie był nawet średni, ale mężczyzna nie miał zbytniej ochoty wybrzydzać. Nie chciał zostawiać w pokoju żadnych rzeczy i o tym poinformował towarzyszącego mu chłopaka. Poszli dalej, w głąb korytarza. W jednym z kolejnych pomieszczeń znajdował się kominek, drewniana balia, kilka misek i dwie ławy.

- Nie zdążyłem jeszcze sprzątnąć po poprzedniej kąpieli – szczerze przyznał chłopak kiedy Jonn kładł na ławie plecak. Zdejmując płaszcz odparł:
- Nie szkodzi... Jest mi to w zasadzie obojętne...
- Będę za drzwiami.


Jonn odpiął miecz i buzdygan od pasa, rozebrał się i po chwili zanurzył w balii z wodą, która na pewno czysta nie była, ale... była przyjemna. Mężczyzna umył się zdzierając z siebie kilkudniową warstwę brudu, potu i... krwi. Potem przez długą chwilę po prostu moczył się dla przyjemności i rozluźnienia... Zamierzał wyjść z kąpieli, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
- Panie! Panie! – Jonn rozpoznał głos Tomasza, przewiązał się ręcznikiem i odparł:
- W czym problem?
- Nie... nic Panie... Ja tylko... Bo...
- Możesz mi pomóc? -
Drzwi otworzyły się i chłopak nieśmiało wszedł do środka. Widząc jednak, że mężczyzna jest przewiązany ręcznikiem podszedł szybko. Chwilę później Jonn siedział na ławie i przemywał rany czystą wodą. Zostało mu trochę bandaży i trochę maści na rany... Tomasz uwinął się ze sprzątaniem i teraz przypatrywał się temu co robił Jonn.
- Znasz się na opatrywaniu ran i wiązaniu bandaży? - zagadnął.
- Nie, panie... ja...
- To chodź. Pokażę ci...


Dwadzieścia minut później wszystkie rany Jonna były w miarę dobrze zabandażowane. Wyjął z plecaka nieużywane rzeczy i tak szybko jak tylko umiał ubrał się. Stare spodnie, porwane w wielu miejscach i zaplamione krwią nadawały się tylko do wyrzucenia, z resztek zakrwawionej koszuli postanowił zrobić kilka bandaży i szybko pociął ją nożem... Chłopak zasugerował, że wyrzuci szmaty... Po chwili wrócił z ostruganym kijem i nieco nieśmiało wręczył go Jonnowi. Mężczyzna uśmiechnął się i wspierając na kiju podążył do pokoju. Z końca korytarza dalej dobiegał gwar rozmów i śpiewów; miejscowy minstrel grał jakąś znaną wszystkim pieśń i wielu śpiewało. Wrzucił plecak i broń do pokoju, zamknął go i poszedł na salę. Być może wielu z biesiadników go nie skojarzyło, bo zdziwieni przyglądali się Jonnowi ubranemu w dobrą jasną koszulę i lniane spodnie. Usiadł przy niewielkim stoliku we wnęce za barem i był zadowolony z tego, że jest sam...

„To wszystko nie tak miało wyglądać” - pomyślał smakując pierwszą łyżkę żuru. - „W dobrej karczmie nic się nie marnuje – matka zawsze to powtarzała uważając prowadzoną przez siebie karczmę za bardzo dobrą... On jednak wolał podróże... Chciał podróżować. Tyle opowieści słyszał w karczmie, tyle wspaniałych opowieści... Dorastał słysząc o przygodzie, braterstwie i skarbach tylko czekających, aby je odkryć... Uczył się tego, co podpowiadali podróżnicy, co według nich było potrzebne w podróży... W końcu on i Travis pewnej księżycowej nocy uciekli z Kiddan, aby zasmakować życia... Dwaj młodzi i głupi idioci... Życie było zupełnie inne niż to opisywane przy kuflu piwa, ale jak się powiedziało A, to trzeba było powiedzieć B... Jakoś to było i jakoś się toczyło. Aż do teraz... A w zasadzie do tydzień temu. Iście na przełaj było najgłupszą rzeczą na jaką kiedykolwiek wpadli... ten niewielki kanion mógł być grobem ich obu. Wilki zwykle nie atakowały ludzi, ale te były jakieś inne. Jakimś cudem przeżyli walkę, ale Travis... jego rany były zbyt poważne, a moje umiejętności zbyt małe...”

Jonn poczuł coś^ wilgotnego na twarzy i uświadomił sobie, że płacze. Szybko przetarł rękawem twarz i skoncentrował się na jedzeniu. Obecnych tutaj ludzi nie obchodziło, że stracił przyjaciela... On też musiał z tym żyć... Jakoś. Rozejrzał po sali^, nawet niespecjalnie się z tym kryjąc. Sala była bardzo pełna, do stołów dostawiono nawet zydle, a i tak ludzie siedzieli ściśnięci jedni koło drugich. Poza, coraz bardziej pijanymi miejscowymi spostrzegł siedzących przy stole obcych. Przy ich stoliku było luźniej, a i potrawy bardziej wyszukane a trunki zacniejsze... Wyglądali na drużynę szukającą przygód. W każdym innym przypadku Jonn chętnie by się do nich dosiadł i zagaił – zawsze lepiej podróżować w grupie niż samemu, ale teraz... Obejrzał się dalej... W kącie sali, przy niewielkim stoliku siedział samotny mężczyzna^ i pisał coś zawzięcie przyświecając sobie dwoma świecami; zupełnie nie zwracając uwagi^ na to co dzieje się wokół niego.

Jonn skończył jeść i przegryzając kromkę chleba ponownie zatopił się w myślach. „Muszę odpocząć. Choć trochę się wyleczyć; zapewne rana na nodze pewnie jeszcze długo będzie się dawała we znaki... Co jeszcze? Sprzedać zbędny ekwipunek i kupić nową zbroję... W ogóle to chyba pobłądziliśmy na tym diabelskim skrócie... Teraz to już nie ma znaczenia... Jutro trzeba będzie spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o tym miejscu i najbliższej okolicy... Może jest tu jakaś świątynia, lub kapłan, który mógłby mnie poratować? Jeżeli nie... może przynajmniej jakiś zielarz albo driud? Koniecznie trzeba porozmawiać z mieszkańcami... Ale to jutro...” - jego myśli przerwała awantura przy jednym ze stolików...
 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 09-11-2009 o 19:53. Powód: literówka
Aschaar jest offline  
Stary 09-11-2009, 21:37   #3
 
Lynx's Avatar
 
Amberlen przybyła do miasta wczesnym popołudniem. Bez problemu przekroczyła bramę i ruszyła w kierunku rynku. Widok jaki tam zastała bardzo ją zdziwił, spodziewała się jakiejś ledwo zamieszkanej, małej wioski tymczasem na samym targu było kilkuset ludzi. Postanowiła nie marnować czasu i podeszła do pierwszego z brzegu kupca, który wyglądał na miejscowego. Okazało się że dobrze znał kupca Verdila, ale nie widział go już od kilku dni. Dodał także że od jakiegoś czasu często widywano go z niejakim Parlem Cranewingiem. Amberlen próbowała jeszcze pytać o niego innych ludzi na rynku ale od każdego dostawała tę samą odpowiedź - nikt go nie widział od kilku dni. Domyśliła się że niczego nowego tu już się nie dowie więc zapytała kogoś o drogę do karczmy i ruszyła we wskazanym kierunku. Miała nadzieje że w chociaż w karczmie ktoś będzie wiedział co ostatnio się działo z jej przyszłą ofiarą.
Sala do której weszła była bardzo zatłoczona. Z trudnością przecisnęła się w kierunku baru gdzie powitała ją barmanka
- Witam serdecznie w „Karczmie Wraftonów”. Czym mogę służyć?
- Chciała bym wynająć pokój o ile są jeszcze jakieś wolne i jakieś miejsce w którym mogłabym się umyć - odpowiedziała, zwykle nie zwracała uwagi na swój wygląd, nie lubiła zbytnio dbać o siebie ale mimo to była osobą bardzo przystojną, po swojej elfiej matce odziedziczyła piękne rysy, kruczoczarne włosy i zielone oczy, natomiast po ludzkim ojcu wysoki wzrost i ciemną karnacje. Nie miała szczególnej ochoty na kąpiel ale ponieważ chciała wyciągnąć od miejscowych jakieś informacje musiała się dobrze prezentować.
- Myślę że mamy jeszcze jakieś wolne pokoje, a co do kąpieli to zaraz każe Ci naszykować, Kolacje także będziesz tu jeść?
-Myślę że tak, zależy co podajecie
-W takim razie razem z posiłkiem to będzie 12 sztuk złota
Cena była wygórowana ale Amberlen nie była akurat w nastroju żeby się targować więc zgodziła się na nią. Jeden z chłopców zaprowadził ją do pokoju gdzie stała balia. Młodzieniec szybko wstawił wodę, i zaczął przygotowywać kąpiel rzucając co chwile ukradkowe spojrzenia w jej kierunku. Jedno z jej lodowatych spojrzeń wystarczyło aby chłopiec więcej nie spojrzał w jej kierunku. Szybko oznajmił że kąpiel gotowa i będzie czekał pod drzwiami.
Amberlen rozebrała się. Odłożyła rzeczy i broń na bok i zanurzyła się w gorącej wodzie rozmyślając. Jej aktualnego zadanie polegało na zabiciu jakiegoś kupca, w tej wiosce na końcu świata, od początku nie podobało jej się to zlecenie a teraz jeszcze bardziej denerwowało ją to że nikt nie wiedział gdzie on aktualnie się znajduje. Szybko dokończyła mycie, wyszła z wanny i założyła na siebie jakieś czyste ubrania po czym wyszła z tej komórki i kazała się zaprowadzić do jej pokoju. Chłopiec odprowadził ją pod drzwi dał jej klucz i podążył z powrotem na salę. Pokój nie był taki zły, był całkiem przestronny, na łóżku była czysta pościel a z okna widać było sporą część miasta. Zostawiła w nim swój bagaż i miecz, tylko sztylety z którymi zresztą nigdy się nie rozstawała wzięła ze sobą. Wróciła na sale i omiotła wzrokiem zgromadzonych, miała nadzieję na rozmowę z miejscowymi na temat kupca jednak sala była tak zatłoczona że postanowiła odłożyć swoje zadanie na jutro i ruszyła do baru. Zamówiła kolacje po czym właścicielka odesłała ją do jakiegoś prawie zapełnionego już stolika mówiąc że jest to stolik dla gości karczmy a wszystkie inne miejsca są już zajęte. Spojrzała na ludzi siedzących przy 'jej' stoliku po czym skierowała się w jego stronę. Żaden z nich nie wyglądał na miejscowego, większość była uzbrojona. "Kto wie, może dowiem się czegoś ciekawego"-pomyślała, w jej fachu trzeba potrafić dogadać się z każdym nawet, jeśli w myślach sie nim gardzi. Usiadła przy stoliku po czym zaczęła:
-Witajcie nazywam się Amberlen i tak się złożyło że dzisiaj będziemy siedzieli razem- potrafiła być miła jeśli tylko tego chciała.
 

Ostatnio edytowane przez Lynx : 09-11-2009 o 22:03.
Lynx jest offline  
Stary 10-11-2009, 19:09   #4
 
Ącki's Avatar
 
Markus spojrzał na wschód słońca który przed chwilą się rozpoczął piękny chociaż nie tak jak w domu. Dom... jak ja dawno go nie widziałem, nawet nie pamiętam jak on wygląda. rozmyślania przerwał mu zgrzyt otwieranej bramy wreszcie mam już dość czekania przed murami, mam nadzieję, że będzie tu jakaś praca i porządna karczma. Wszedł do miasta nie wyglądało na duże na lewo widział targ, który dopiero teraz zaczynał żyć, natomiast przed nim stał budynek dosyć sporych rozmiarów a nad drzwiami wisiał szyld z napisem "Karczma Wraftonów". Przywiązał konia przed karczmą i wszedł do środka, była tam sali z wieloma stołami w większości były puste, chociaż wiedział że niedługo się zapełnią.
- Witam serdecznie w „Karczmie Wraftonów”. Czym mogę służyć?- zaczepiła go barmanka.
-Chcę wynająć pokój najlepiej z miejscem gdzie mógłbym się umyć i czy można tu zjeść?
-Służę uprzejmie, razem z posiłkiem to będzie 12zm.

Markus wyjął z sakiewki przy pasie potrzebną sumę i zapłacił. Mały chłopiec zaprowadził go do pokoju i chciał przygotować kąpiel jednak Markus odprawił go. Gdy chłopiec wyszedł zdjął zbroję i przypasał długi miecz. Następnie wyszedł z karczmy i zaczął iść przez targ. Po drodze usłyszał jak ludzie dyskutowali o złośliwych koboldach, które atakowały samotnych podróżnych na szlaku. Jakaś kobieta sprzedająca zebrane w lesie i na okolicznych łąkach kwiaty opowiadała wszystkim z przejęciem o znalezionych w lesie zakrwawionych kamieniach i jakichś szczątkach - była przekonana, ze natknęła się na ślady działania jakiegoś złego kultu czy religii.
Następnie Markus udał się do straży miejskiej tam dowiedział się o możliwości zatrudnienia - choć bardziej dla drużyny niż pojedynczej osoby... Straż postanowiła zlecić komuś zbadanie prawdziwości opowieści Asmandy o śladach złego kultu. Natomiast kapitan Ninaran zasugerował też, że miasto byłoby skłonne zapłacić za usunięcie zagrożenia spowodowanego przez koboldy, które atakowały ostatnio podróżujących po okolicznych szlakach. Wracając usłyszał jak dwóch strażników rozmawia o zaginięciu Parle Cranewinga. Gdy pozałatwiał już sprawy na mieście udał się z powrotem do karczmy. Zaczynało się już ściemniać więc wziął kąpiel, ubrał się w swoje najlepsze szaty kapłańskie, spioł swoje długie do ramion z tyłu i zszedł na duł by coś zjeść. W karczmie było tłoczno, więc udał się do razu do baru by zamówić jedzenie tam barmanka poinformowała go że jeden stół jest zarezerwowany wyłącznie dla gości karczmy nie było przy nim prawie nikogo więc Markus zajął miejsce u szczytu stołu. Po chwili zaczęli przysiadać się również i inni, Markus witał ich wszystkich uśmiechem.
-Witajcie nazywam się Amberlen i tak się złożyło że dzisiaj będziemy siedzieli razem.-Powiedziała pół elfka.
- Ja jestem Kumalu - odrzekł inny mężczyzna - podróżnik i poszukiwacz wiedzy.
-Jestem Markus Kapłan Pelora "Jaśniejącego" ale również poszukiwacz przygód. Szukam grupy z która mógłbym się udać na tutejsze ruiny czy nikt z was nie chciałby się przyłączyć do tej "wycieczki"?
 

Ostatnio edytowane przez Ącki : 11-11-2009 o 12:25.
Ącki jest offline  
Stary 10-11-2009, 22:14   #5
 
Komtur's Avatar
 
Kumalu próbował przepychać się przez tłum, ale na niewiele się to zdawało. Po chwili dał za wygraną i przystosował się do rytmu poruszania się, jaki samoistnie wytworzył się na targowisku. Dreptał za innymi niepocieszony i z wolna zaczęła w nim zbierać się irytacja, zwłaszcza że miejscowi gapili się na niego jak na złotą kurę. Widać człowiek o brązowej skórze był tu niecodziennym zjawiskiem. Właściwie poza kolorem skóry nie różnił się tak bardzo od innych. Był mężczyzną o średnim wzroście i przeciętnej budowie ciała, miał toporną twarz w której błyszczały czarne oczy. Ubrany był w lnianą koszulę, wełnianą kamizelkę, proste skórzane spodnie i solidne buty podróżne, dodatkowo przed chłodem północy chroniła go solidna skórzana kurtka z podbiciem.
Po kilkunastu minutach dotarł wreszcie do straganu z bronią. Wybór jak na tak małe miasteczko był spory, ale Kumalu zdecydował się na skromny zakup. Wbrał solidny dębowy kij, okuty na końcach, sztylet , prostą kuszę i dwadzieścia bełtów. W końcu jego atutami nie była brutalna siła, a spryt i przebiegłość i oczywiście mistyczne moce.
Od handlarza bronią dowiedział się kilku ważnych informacji, na przykład że w ruinach twierdzy zwanej Shadowfell coś straszyło i że więcej szczegółów o tym miejscu można uzyskać u starego Altruna mieszkającego w wieży. Tak, to prawdopodobnie z tych ruin wydobywała się emanacja energii, którą wyczuł Kumalu przybywając tutaj. Zainteresowany tym zjawiskiem udał się do wieży tego starca, ale niestety nie udało mu się do niego dopchać, bo jak się okazało na miejscu Altrun udzielał porad tylko w jeden dzień w tygodniu i interesantów było bardzo wielu. Niepocieszony wrócił do karczmy.

Wieczorny posiłek jak się okazało Kumalu musiał zjeść w towarzystwie kilkoro nieznajomych. Początkowo nie był zadowolony z tego faktu, ale...

"Hmm... Może znajdę wśród nich jakichś towarzyszy. Łowcy nagród będą szukać pojedynczego człowieka, a nie grupę. Nikła to co prawda szansa że zgubią mój ślad, w końcu skóry nie zmienię, ale może zastanowią się dwa razy gdy spróbują zaatakować mnie w towarzystwie."

Już miał się odezwać, ale wyprzedziła go jedna z siedzących przy stole kobiet.
-Witajcie nazywam się Amberlen i tak się złożyło że dzisiaj będziemy siedzieli razem.
- Ja jestem Kumalu - odrzekł, lekko kłaniając się - podróżnik i poszukiwacz wiedzy.

"Nie muszą o mnie wszystkiego wiedzieć, a trochę udawanej uprzejmości nigdy nie zawadzi."
 
Komtur jest offline  
Stary 11-11-2009, 14:53   #6
 
reddora's Avatar
 
Sascha szedł przez zatłoczony rynek. Zwinnie przeszedł między ludźmi. Była tu cała hałastra dzieci, obszarpani bezdomni, trochę kobiet i mnóstwo, mnóstwo wieśniaków. Sascha trafił pod stragan z jedzeniem. Było tu co niemiara chleba, wyrobów piekarskich, słodkości, ciastek... Ten zapach nęcił wszystkich przechodzących. Gorące jeszcze bułeczki zapraszały wszystkich zgłodniałych.
-Poproszę coś ciepłego. -Rzekł Sascha przyglądając się towarom.
-Świeża bułka z marmoladą, dla tego chudzielca, raz!
Komenderowała pulchna kobieta swoimi parobkami.
W istocie, Sascha był szczupły i niewysoki. Mimo kaptura widać było trójkątna, pociągłą twarz. Spod cienkich brwi wyzierały piwne oczy.
Po chwili jakiś chłopiec podał mu pod wąski, orli nos parującą bułeczkę.
Sascha odebrał swoje zamówienie i podał mu monetę. Zniknął w tłumie. Jedząc posiłek skierował się w stronę świątyni. Im był bliżej swojego celu, tym tłum gęstniał i coraz bardziej się rozpychał. Koniec, końców udało mu się przebić przez tłuszczę. Ustał pod monumentalną budowlą i uważnie przeczytał ogłoszenie. Zmarszczył brwi.
-Szkice twierdzy? Można trochę zarobić, ale bez pomocy innych się nie obejdzie. Wyeksplorujemy Keep on the Shadowfeel, a ja wezmę moją działkę. Może nawet więcej niż tylko moją. -Sascha mruczał pod nosem wchodząc w tłum i rozglądając się, czy nie znajdzie okazji do zarobku.
***
Wieczorem, zadowolony wkroczył do "Karczmy Wraftonów". Udało mu się coś złowić. U progu barmanka zaczepiła Saschę. Niosła spienione kufle pełne piwa.
-Witamy w naszej karczmie! Co chciałby pan zamówić?
-Pokój, mały pokoik. I golonkę.
Barmanka skinęła głową, zainkasowała należność 10 złotych monet i zawołała kogoś o imieniu Tomasz. Okazało, się że jest to chłopiec.
-Proszę za mną, psze pana.
Zaprowadził go do części sypialnej oraz wskazał mu pokój na końcu korytarza. Już miał odejść, gdy Sascha go zatrzymał.
-Nakarm i napój mego konia. To kasztanowata klacz z łysiną i dwiema skarpetkami na tylnych kopytach.
Wcisnął mu pieniądz w rękę i wszedł po sypialenki. Łóżko, szafeczka i wieszak. Sascha zdjął kołczan ze strzałami wraz z łukiem. Zawiesił swój ekwipunek na gwoździu. Przeciągnął się i wyszedł na salę.
Usiadł przy barze, gdzie dostał swoje danie. Spałaszował je ze smakiem.
-Po jedzeniu niech pan usiądzie przy stoliku. Specjalnie dla pana ten przy kominku. -Nieoczekiwanie odezwała się barmanka.
Poszedł, więc we wskazanym kierunku. Usłyszał jak siedzący przedstawiają się sobie.
-Witajcie nazywam się Amberlen i tak się złożyło że dzisiaj będziemy siedzieli razem.
- Ja jestem Kumalu podróżnik i poszukiwacz wiedzy.
-Jestem Markus Kapłan Pelora "Jaśniejącego" ale również poszukiwacz przygód. Szukam grupy z która mógłbym się udać na tutejsze ruiny czy nikt z was nie chciałby się przyłączyć do tej "wycieczki"?
Sascha usiadł przy stole i oznajmił
-Ja nazywam się Sascha, Sascha Vale. Poszukiwacz przygód(spojrzał na Kumalego). Jestem tu, żeby odwiedzić pobliską twierdzę, a raczej to co z niej zostało.
Zamaszystym gestem zdjął kaptur z głowy. Ukazała się zmierzwiona, brązowa czupryna. Popatrzył po wszystkich, starając się ocenić ich zamiary.
 

Ostatnio edytowane przez reddora : 13-11-2009 o 17:45. Powód: Kilka literówek
reddora jest offline  
Stary 13-11-2009, 15:36   #7
Banned
 
Jako Jonn

Awantura przy jednym ze stołów szybko została zażegnana i chyba wielu z obecnych w karczmie gości nawet jej nie zauważyło. Jonn skrzywił się zmieniając pozycję, aby przyjrzeć się jednej z dziewek służących...



Uśmiechnął się słabo doskonale zdając sobie sprawę, że tańce może sobie podarować jeszcze przez długi okres czasu...

Ponownie spojrzał na rozmawiających przy stoliku obcych. Intrygowali go i był ciekawy, czy zabawią w mieście dłużej, czy raczej są tylko przejazdem - może tylko na dzień targowy...

"Może jednak dobrze byłoby się z nimi zapoznać" - pomyślał - "może nie skojarzyli mnie kiedy wchodziłem i może uda mi się jakoś zatuszować obecny stan?"

- Pssssze... klęte kobholdhy - jegomość za plecami Jonna był już nieźle wstawiony, ale mimo to zaczepił służącą - Jesszzczzze jednoooo piiiifko lalllleeeecko.
- Masz rację Iwian, ale straż nic nie chce z tym zrobić...
- Albo nie może. W sumie ilu tych strażników mamy?
- A nie mammmmy? Straaszzzkików...


Koboldy... to było coś. Jonn dość dobrze znał te małe potworki - nie były specjalnie inteligentne i przy odpowiedniej technice nie trzeba było wielkiej siły ognia czy ludzi... Albo może mógłby się podpytać o tą robotę w straży i się u nich zatrudnić? Pracował już wcześniej jako strażnik miejski i mimo tego, ze robota była nudna jak flaki z olejem - całkiem nieźle płatna...

"Cholera!" - pomyślał kiedy zbyt gwałtownie przeniesiony ciężar ciała spowodował gwałtowny ruch klatki piersiowej - "jasne, robota... Tydzień w łóżku, a nie robota..."

Wstał od stolika i podszedł do właścicielki karczmy lejącej kolejne piwa:

- Jeszcze jedno piwo z ziołami. Chciałbym wynająć ten pokój na dłużej - tydzień, może dwa... Jaką cenę mi pani zaproponuje?
- Będę miała znacznie lepsze pokoje już jutro, jak wszyscy się rozjadą po targu... Może...
- Nie dziękuję, ten mi wystarczy... Zresztą wolałbym nie wchodzić po schodach...
- Hmmm... -
zastanowiła się przez chwilę - 25 sztuk złota z góry za tydzień...
 
Aschaar jest offline  
Stary 13-11-2009, 20:50   #8
 
Lynx's Avatar
 
Amberlen w ciszy przysłuchiwała się rozmowie, popijając zamówione piwo. Po chwili postanowiła się odezwać:
-Czy według Ciebie wyglądam na archeologa którego cieszyła by wycieczka do jakiś ruin?-zaczęła po czym opróżniła zawartość kufla-Lepiej przestań owijać w bawełnę i powiedz co naprawdę mamy tam zrobić i ile na tym zarobimy, a tak przy okazji czy nie słyszał ktoś może o kupcu Verdilu lub jego przyjacielu Parlu Cranewingu?Mam bardzo ważną wiadomość którą muszę mu przekazać a niestety nie potrafię go znaleźć.- dokończyła Amberlen po czym spojrzała na swych rozmówców czekając na ich reakcje. W międzyczasie zawołała służąca do swojego stolika i zamówiła kolejne piwo.
 

Ostatnio edytowane przez Lynx : 13-11-2009 o 20:54.
Lynx jest offline  
Stary 14-11-2009, 14:14   #9
 
Lady's Avatar
 
To wszystko było nie tak! Nie tak sobie wyobrażała dorosłe, pełne przygód życie! No bo przecież wszyscy ci bohaterowie, którzy trafiali do karczmy z jej młodości, byli tacy pewni siebie i takie niestworzone historie opowiadali. Czy wszystkie miały się okazać zmyślonymi? Czy życie składało się na wiecznej, niewygodnej podróży, spaniu za jak najmniejsze pieniądze i zarabianiu tych ostatnich wykonując proste sztuczki, jak cyrkowiec. Emmy była na takim przedstawieniu tylko raz, ale wciąż pamiętała jak zachwycała się pięknymi, dzikimi zwierzętami chodzącymi z gracją wokół sceny, połykaczami ognia, akrobatami i właśnie takim magikiem. Z jeszcze mniejszym talentem niż ona sama, teraz roześmiałaby się widząc jego sztuczki. Może to było rozwiązanie, takie zapisanie się do cyrku? Zawsze to chociaż znajomi i stały grosz. Na razie trafiła jednak do Winterhaven, gdzie aż dwa dni czekała na dzień targowy i łut szczęścia. Chciała wybrać się w teren, ale samej to byłoby szaleństwo! Już sama myśl o koboldach powodowała dreszcze. Nie, żeby bała się ich jakoś szczególnie, wspólnie z mistrzem spotykali już ich grupy. Ale nigdy nie była zmuszona walczyć z nimi samotnie i tego właśnie obawiała się najbardziej.

Te dwa dni były bardzo męczące. Przyzwyczaiła się już do spokoju, ciszy i atmosfery skupienia, jaka prawie zawsze panowała u ekscentrycznego maga. Wspomnienia ludnej, gwarnej i będącej wiecznie "w ruchu" karczmy z dzieciństwa dawno już wyblakły i zaczynały wracać dopiero tego roku, podczas tych samotnych podróży. Musiała przyznać, że miała dużo szczęścia, bowiem nigdy nie trafiła na nikogo, kto chciałby ją obrabować i zabić, w dowolnej kolejności. Oczywiście kiedy się dało, to podróżowała z kupcami lub innymi podróżnikami jej podobnymi. Wintehaven było tak mało interesujące dla zdecydowanej większości ludzi, że tu akurat musiała przybyć w samotności. Trochę męczył jej ten brak znajomych, ale z drugiej strony... lepsze było to od karczmarki, która nie dawała jej spokoju, a próba skupienia nad księgą była wręcz skazana na niepowodzenie. Ta kobieta była nieznośna! Pewnie nigdy sama nic nie czytała i zazdrościła tym, którzy posiedli tę sztukę!

Emaretta często więc wychodziła z przybytku i przechadzała się po warowni. Przed dniem targowym było tam nawet spokojnie, dopiero potem przybyły tłumy, zapewne z okolicznych farm. Sprzedawano wszystko, ale nie potrzebowała nic kupować. Pieniędzy nie miała wiele, karczma i jedzenie w niej i tak było wystarczająco drogie. Taniej wyszłoby kupowanie na targu, ale dziewczyna obawiała się, że karczmarka weźmie to za obrazę i gotowa jeszcze wyrzucić ją z karczmy. Lepiej było nie próbować.
Chodziła więc tylko i najpierw dopytywała o płatne zajęcia, których można było się tu podjąć. Na szczęście tym razem udało się coś znaleźć, tylko wciąż pozostawał jeden kłopot - samej nie mogła wykonać żadnego z nich. Zaczęła więc wypatrywać osób, które mogłyby się do niej dołączyć, wypatrywać poszukiwaczy przygód, takich, jakich widywała w karczmie swojego ojca. Okazało się, że nie musiała daleko szukać i w dzień targowy znaleźli się sami, przy tym samym stole, przy którym posadzono i ją.

Na początku przypatrywała się im tylko. Sama nie wyróżniała się tak bardzo, nie tak jak na przykład człowiek o brązowej skórze, który musiał chyba pochodzić z dalekiego południa. Twarzyczkę miała miłą, sympatyczną i dość młodą, jakby ledwie przekroczyła granicę dwudziestu lat swojego życia. Długie ciemne włosy zaplecione miała w gruby warkocz, którego końcówką bawiła się, gdy już skończyła swój posiłek. Nawet przy stole, gdy siedziała, widać było, że jest niska i szczupła. To ostatnie ukrywała troszkę szarawa, długa szata z jakiegoś prostego płótna, w której wyglądała raczej jak akolitka jakiejś świątyni. Tylko na piersi nie sposób było dostrzec symbolu jej boga, który dopełniłby wizerunku skromnej kapłanki.
Dopiero, gdy w rozmowie pojawiła się chwila przerwy, odezwała się. Cicho, ale głos miała miękki i przyjemny.
- Emaretta. Znaczy na imię mam Emaretta. - speszyła się nieco i zarumieniła, próbując zmieszanie zakryć uśmiechem, który sprawił, że na policzkach dziewczyny pojawiły się niewielkie dołeczki - Miło mi was poznać.
Trochę nie do końca wiedziała jak się zachowywać, to było dość nowe doświadczenie. Zwłaszcza, jak będą musieli walczyć ramię w ramię.
- Również chętnie przyłączę się do wyprawy. Jestem w Winterhaven już od dwóch dni, a straż może nam zapłacić za dwie rzeczy - jakaś kobieta opowiadała o krwi i szczątkach w lesie i chcą by to zbadać, a także jest stara prośba o wykonanie dokładnych szkiców zamku. Na poszukiwanie Parla Cranewinga jest również ogłoszenie, prywatne. Bałam się wyruszać tam samotnie, ale jeśli jesteście chętni... Ponoć w okolicy są koboldy i samotnie strach chodzić.
Uśmiechnęła się nieśmiało raz jeszcze i miała nadzieję, że przynajmniej część z nich zdecyduje się wyruszyć.
- Moglibyśmy wyruszać już jutro rano... - ściszyła głos - W tej karczmie są strasznie wysokie ceny!
 
Lady jest offline  
Stary 14-11-2009, 20:55   #10
 
Kołek's Avatar
 
Welgan ostatnie sześć lat życia spędził na podróżowaniu, w celu odkrycia zabójcy jego ojca. Mianowicie podróżował od wioski do wioski wypytując mieszkańców o znak który ujrzał na drzwiach w dniu śmierci jego ojca, gdyż to był jedyny ślad po mordercy. W ciągu tych lat usłyszał wiele rzeczy mniej lub bardziej związanych z jego poszukiwaniami, lecz mimo czasu jaki upłynął od zabójstwa jego zapał i chęć zemsty bynajmniej nie malała…

Czy to przez przypadek, czy przez zrządzenie losu, Welgan zawędrował do małej wioski na rozstaju dwóch większych traktów. Z daleka wieś wyglądała jak każda inna w których dotychczas był, lecz gdy zbliżał się coraz bardziej do wioski zauważył że pierścień na palcu wskazującym u prawej ręki żarzył się lekkim zielonym blaskiem. Podniecony owym blaskiem Welgan przyśpieszył kroku, gdy dotarł do bram miasteczka zapytał się strażników co to za wioska i gdzie może odpocząć, oni odparli mu słowami:

- Winterhaven, wędrowcze, a odpoczniesz w „Karczmie Wraftonów”, musisz przejść przez bramę i przed sobą ujrzysz karczmę – odpowiedzieli uważnie przyglądając się przybyszowi. – Jutro dzień targowy, więc bez żadnych wygłupów, będziemy mieli cię na oku. – „Cóż za ciepłe przywitanie, ciekawe czy z każdym tak postępują” – pomyślał. Po uzyskaniu niezbędnych informacji, z nową nadzieją w sercu Welgan szybkim krokiem przekroczył mury Winterhaven, lecz gdy tylko postawił pierwszy krok w obrębie miasteczka stwierdził, że pierścień przestał jarzyć się owym blaskiem. „Coś co go pobudziło musiało być w okolicach miasteczka...” – myśli przerwało mu burczenie w brzuchu.

Jako że dzień zbliżał się ku zmierzchowi Welgan udał się prosto do karczmy, po przejściu kilku metrów dosłyszał, że jutro jest dzień targowy. Gdy doszedł do drzwi i otworzył je, ujrzał kilkanaście osób podzielonych na parę grup żywo dyskutujących na różne tematy przy kuflu piwa, bądź jakiejś pieczeni. Wnętrze karczmy wyglądało całkiem przyzwoicie jak na tak małą wioskę, karczmarki żwawo uwijały się przy obsługiwaniu klientów. „Całkiem, całkiem te dziewczęta” przez myśl przemknęło mu kilka ciekawych scen… Ogień leniwie palił się w kominku, co wprowadzało w melancholijny nastrój. Spoglądając cały czas na kominek Welgan podszedł do baru. Przywitała go pulchna, lecz bardzo żywa kobieta.

- Witam w „Karczmie Wraftonów”, Silvana Wrafton się kłania, w czym mogę służyć? – powiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy, obserwując przyszłego klienta.
- Chciałbym wynająć jakiś pokój, możliwe że na parę dni, no i oczywiście coś do jedzenia. – krótko odparł Welgan.
- Chwileczkę, dobrze? – odwróciła się w stronę drzwi na zaplecze – Pokój dla gościa! – dwie sekundy później wybiegł mały chłopiec, widocznie czekając na dalsze polecenia. – To będzie 11 sztuk złota, za dobę oczywiście i jedzenie… - Welgan bez słowa wyjął pieniądze i zapłacił, po czym Silvana kiwnęła na chłopca. – Tomasz zaprowadź pana do pokoju – powiedziała szorstko do chłopca. – Proszę za mną – powiedział Tomasz, nie patrząc nawet na gościa, widocznie był bardzo nieśmiały. Welgan podążył za chłopcem który prowadził go w stronę schodów, prowadzących na piętro. Gdy pokonali schody, zatrzymali się przy pierwszych drzwiach po prawej stronie.
- To jest pana pokój – nieśmiało powiedział chłopak, po czym otworzył drzwi. Welgan wchodząc do środka ujrzał nieduży pokój, w którym było jedno okno, lekko zabrudzone, oprócz tego po prawej stronie stało łóżko, przy nim zaś znajdował się mały, drewniany stolik z krzesłem, którego nogi nie koniecznie były proste, po lewej stronie pokoju obok kominka stała sporych rozmiarów szafa, której jedno skrzydło lekko nie pasowało do reszty szafy… - Jeśli będzie pan chciał się wykąpać to musi pan iść dalej tym korytarzem i na samym końcu po lewej stronie ostatnie drzwi, czy mogę odejść? – ze spuszczonym wzrokiem spytał Tomasz. – Idź, idź. – rzucił Welgan przez ramię oglądając dokładniej szafę.

Gdy Welgan zaznajomił się już ze swoim lokalem, poszedł się wykąpać. Długo moczył się w bali z gorącą wodą, rozmyślając nad swoim pierścieniem. Skończywszy kąpiel, wyglądał zupełnie inaczej niż gdy wszedł po raz pierwszy do karczmy. Stuosiemdziesięciocentymetrowy młody mężczyzna, normalnej postury, o jasnej skórze, jego kruczoczarne włosy opadały swobodnie na ramiona przesłaniając od czasu do czasu piwne oczy, oraz siedmiocentymetrową bliznę na prawym policzku. Ubrał się w długi brązowy płaszcz podróżny spięty srebrną broszką w kształcie liścia dębu, skórzane buty, w które są wpuszczone ciemne spodnie spięte czarnym skórzanym pasem, spod płaszcza wyłaniała się czarna lniana koszula, zaś na prawym palcu wskazującym nosił przykuwający wzrok brązowy pierścień z zielonym kamieniem. Gdy już się ubrał, około północy zszedł na dół zjeść kolację, usiadł przy oknie gdzie najlepiej widać było srebrną poświatę księżyca przebijającą się przez grubą warstwę chmur. Zapatrzył się na niebo przesłonięte chmurami…
Pomieszczenie było całkowicie puste, jedyny dźwięk jaki było słychać to trzask leniwie palącego się drewna w kominku. Po chwili nie wiadomo skąd pojawiła się właścicielka karczmy.
- Też lubię od czasu do czasu popatrzeć na księżyc – powiedziała z za jego pleców, co zaskutkowało tym że Welgan podskoczył na krześle – rozumiem dla pana kolacja, tak? Zdążył pan w ostatniej chwili gdyż już miałam iść spać… – powiedziała z uśmiechem na twarzy, widocznie zadowolona z żarciku.
- Tak, kolacja. I jeśli mógłbym prosić niech pani nie robi tak więcej… - krótko odpowiedział, czując że bicie serca jeszcze się nie uspokoiło. Nadal z uśmiechem, udała się do kuchni.
Po dwudziestu minutach wróciła niosąc parujący półmisek gulaszu, zapach dotarł do nozdrzy Welgana szybciej niż barmanka co przypomniało mu jaki jest głodny. Zjadł ze smakiem. Po posiłku wyjął fajkę z kieszeni, nabił tytoniem, siadając jeszcze wygodniej na krześle zapalił. „Wreszcie trochę odpoczynku…” – pomyślał delektując się dymem. „Zjadłem, zapaliłem, a teraz wyrko”. Wstał od stołu i udał się prosto do pokoju, rozebrał się i położył się spać.

Obudził go zgiełk z za okna. „No tak dzień targowy, ale że też muszą tak hałasować…” powiedział w myślach, wstając. Szybko się ubrał, zszedł na dół, zdziwił się gdy ujrzał masę ludzi w środku karczmy, budynek dosłownie pękał w szwach. Z trudem przecisnął się przez ten tłok, nawet nie podchodził do baru gdyż zdecydował zjeść na targu. Wyszedł prosto na plac targowy, gdzie każdy człowiek, elf czy krasnolud podążał w sobie znanych celach, wiadomo targ to targ każdy ma coś do załatwienia, do sprzedania czy kupienia. Słońce nie było jeszcze w zenicie, ciepły letni wiaterek rozwiewał jego krucze włosy.

„Skąd tu tyle osób jak na tak małą wioskę?” w myślach zadał sobie to pytanie. Spacerując po rynku, Welgan słyszał wiele rozmów, między innymi coś o koboldach atakujących podróżnych, jakaś kobieta mówiła o lesie, kamieniach, krwi i złym kulcie. To wszystko go nie interesowało… Sam pytał ludzi czy mieszka tu ktoś kto zna się na magicznych przedmiotach, bądź studiuje wiedzę tajemną. Podobno niejaki Altrun będzie mógł udzielić mu informacji których poszukuje, lecz w dni targowe nie przyjmuje. „No cóż, wygląda na to że dopiero jutro dowiem się czegoś nowego” – stwierdził w myślach. Po drodze do siedziby straży, Welgan na jednym ze straganów kupił jakiś miejscowy specjał, tak przynajmniej mówiła kobieta która to sprzedawała. Zaspokoiwszy poranne ssanie żołądka, dotarł do budynku straży gdzie dowiedział się że istnieje możliwość zarobku, mianowicie chcieli żeby ktoś zbadał sprawę owego kultu o którym słyszał na targu, oraz jakaś kobieta prosi o odnalezienie jej męża który zaginął w okolicy, oferuje wysoką nagrodę.

„Trzeba się nad tym zastanowić, dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą…” – myślał, wracając do karczmy. Cały spacer i zwiedzenie wioski zajęło mu około pięć godzin, teraz przynajmniej orientuje się gdzie co się znajduje. Do karczmy co chwilę ktoś wchodził bądź wychodził, drzwi się nie zamykały. Osób w środku bynajmniej nie ubyło, większość ledwo trzymała się na nogach, a przy barze właścicielka z zadowoleniem przyjmowała kolejne zamówienia. Przechodząc obok baru Silvana poinformowała Welgana że dla gości karczmy przewidziany jest stolik – O tamten – powiedziała wskazując palcem – a kolacja będzie przed zmierzchem. Zostaje pan na dłużej?
- Rozumiem muszę zapłacić. Ile za tydzień? – powiedział wyciągając sakiewkę.
- Jak dla pana niech będzie 25 sztuk złota, płatne z góry.

Zapłacił bez słowa. Jako że zostało jeszcze sporo czasu do zmierzchu Welgan udał się do swojego pokoju, wchodząc powiesił płaszcz na krześle, sam zaś usiadł na łóżku krzyżując nogi, po czym zapalił fajkę. Tak siedząc zaczął rozmyślać o rzeczach które dzisiaj usłyszał, oraz o ewentualnej pracy. Czas do kolacji szybko zleciał... Przed zmierzchem zszedł na dół, przeciskając się przez tłum ludzi udał się do stolika który wcześniej wskazała mu Silvana. Przy stole siedziało już kilka osób, co bardzo go zdziwiło gdyż myślał że stolik jest tylko dla niego. „Ciekawe co to za ludzie, popatrzymy, posłuchamy…”

Przy stole siedziało już kilka osób, Welgan od razu nie usiadł do stolika, lecz udawał że kogoś szuka. Usłyszał jak „towarzysze” kolacji przedstawiają się sobie:
-Witajcie nazywam się Amberlen i tak się złożyło że dzisiaj będziemy siedzieli razem. – powiedziała kobieta mająca w sobie coś z elfa.
- Ja jestem Kumalu - odrzekł, lekko kłaniając się - podróżnik i poszukiwacz wiedzy. – przedstawił się mężczyzna o ciemnej skórze.
-Jestem Markus Kapłan Pelora "Jaśniejącego" ale również poszukiwacz przygód. Szukam grupy z która mógłbym się udać na tutejsze ruiny czy nikt z was nie chciałby się przyłączyć do tej "wycieczki"?
-Ja nazywam się Sascha, Sascha Vale. Poszukiwacz przygód. Jestem tu, żeby odwiedzić pobliską twierdzę, a raczej to co z niej zostało. – poinformował chudy mężczyzna, po czym zdjął kaptur z głowy.
-Czy według Ciebie wyglądam na archeologa którego cieszyła by wycieczka do jakiś ruin?- powiedziała Amberlen po czym wypiła resztę piwa - -Lepiej przestań owijać w bawełnę i powiedz co naprawdę mamy tam zrobić i ile na tym zarobimy, a tak przy okazji czy nie słyszał ktoś może o kupcu Verdilu lub jego przyjacielu Parlu Cranewingu? Mam bardzo ważną wiadomość którą muszę mu przekazać a niestety nie potrafię go znaleźć.-
- Emaretta. Znaczy na imię mam Emaretta. – mówiąc to lekko się zarumieniła - Miło mi was poznać. Niska i szczupła, młodo wyglądająca Emaretta widocznie bardzo się krępowała. - Również chętnie przyłączę się do wyprawy. Jestem w Winterhaven już od dwóch dni, a straż może nam zapłacić za dwie rzeczy - jakaś kobieta opowiadała o krwi i szczątkach w lesie i chcą by to zbadać, a także jest stara prośba o wykonanie dokładnych szkiców zamku. Na poszukiwanie Parla Cranewinga jest również ogłoszenie, prywatne. Bałam się wyruszać tam samotnie, ale jeśli jesteście chętni... Ponoć w okolicy są koboldy i samotnie strach chodzić. – na jej twarzy znowu zagościł nieśmiały uśmiech. - Moglibyśmy wyruszać już jutro rano... - ściszyła głos - W tej karczmie są strasznie wysokie ceny! – powiedziała na koniec.

„Niewiele straciłem, widocznie dopiero co usiedli” - wywnioskował Welgan. Gdy już usiadł oczy wszystkich zwróciły się w jego stronę. „Na pewno mam coś teraz powiedzieć, no cóż skoro kultura tego wymaga…”
- Witam, nazywam się Welgan. – powiedział. Nie lubił dużo mówić, ale Markus, Sascha i Emaretta powiedzieli że chcą iść do ruin, więc można by iść z nimi w celu sprawdzenia tego kultu. – Przepraszam że podsłuchałem, ale nie byłem pewien czy to mój stolik… Właśnie co chcesz robić w tych ruinach? Więc jak dobrze zrozumiałem jest nas piątka chętnych na, jak to powiedział Markus, "wycieczkę", czy może ktoś jeszcze? – spytał, rozglądając się za barmanką z kolacją, przecież ostatnio jadł rano.
 
__________________
"Im mniej o mnie wiesz tym lepiej dla ciebie" - tak powiedział KOŁEK.
Kołek jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168