Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 16-01-2010, 10:11   #1
 
Whiter's Avatar
 
[DnD 3.0] Na bezdrożach ciemności

Akt pierwszy: Zakon

Dnia kolejnego waszej podróży, kiedy spodziewaliście sie już nieopodal zabudowań owej osady, doczekaliście się. W oddali, około trzy kilometry dalej wznosiła się palisada, która częściowo była teraz otaczana murem. Skromnym, bo skromnym, ale na pewno bardziej trwalszym niż pale. Pogoda tutaj była nieco gorsza, niż w przeciwnym kierunku. Chmury wisiały nieubłagalnie nad osadą, spowijając ją w niemal nienaturalnym cieniu. Na północnym wschodzie, jak by patrzeć z wierz osady, znajdowało się wzgórze, na którego stokach porastał gęsty las. Mieszany zapewnie. Na szczycie tego wzniesienia, co bystrzejszym łatwiej było, można dopatrzeć się zamczyska, fortu, albo klasztoru jakiegoś. Cienka linia, biegnąca od lasu, przez łąki, a potem pola, włączała się w wasz trakt, który zmierzał ku wiosce. Wokół osady nie było wolnych przestrzeni. Oj nie. Ludzie najwidoczniej radzili tu sobie, aż za dobrze. Kilka gospodarstw, które otaczały szczelnym pierścieniem wioskę, zapewniało tamtejszej ludności zapasy zboża, mleka, oraz tuszy zwierzęcej. Rzeka, a raczej strumień na zachodzie zapewniał im bieżącą wodę, prosto z gór, które dopełniały majestat tej krainy. Ci, którym wyobraźnia jeszcze nie zmarła, mogli porównać je do płonącego pasma ognia. I na domiar tego, nie pomylili by się wielce. Góry te, albowiem zwały się "Górami Ognistego miecza" odgradzały te krainę od znajdującego się chen daleko morza.



Droga przed wami była wolna. Nie czekając na dalsze zaproszenia, ruszyliście w stronę wsi. Mieliście się udać wpierw do zarządcy tej osady, lecz nie zaszkodzi, gdy przyjdziecie jutro. Czyż nie? Umyci i wyspani będziecie bardziej zdoni do wszelakich konwersacji, niż teraz.

Z tego co wam wiadomo, mieliście zapewniony nocleg, i ciepły posiłek w jedynej tutejszej karczmie. Zwała się ona "Pod chędożonym gnolem". Nazwa była... pomińmy to. Nie wszyscy chcą wiedzieć dlaczego akurat tak się nazywa.

Teraz wy drodzy poszukiwacze. Gdzie zmierzacie ?

Karczma: Budynek zaniedbany w stopniu średnim. Okna lekko niedomyte, a deski gdzie nie gdzie spróchniałe. Wnętrze okazało się bardziej przytulne. Siedem stolików ustawionych chaotycznie, odgradzało wam drogę do karczmarza. Nie musicie się bać, te stoliki nie gryzą. Przy nich po 4 krzesła, a na nich rzadko usiani klienci. Sami robotnicy, co widać od razu. Nieopodal siedział pewien elf, pstrokato ubrany, i iście zadbany. Prawą nogę miał opartą na sąsiednim krześle, a na lewej trzymał dobrze wykonaną lutnie. Trwał z wzrokiem wbitym w sufit. Jego usta coś mamrotały same do siebie. Psychol. Lepiej go nie zaczepiać. Na wprost od wejścia, za ladą stał pulchny człowiek. Głowę miał łysą, a rękę silną. Wyglądał na rasowego zabijakę. Kiedy zbliżyliście się bliżej, przemówił do was bardzo cieniutkim głosem:




-Co podać?


Pierwszym odruchem, jaki mieliście, to makabryczny śmiech. Wyglądało to tak bardzo komicznie, że nie dało się wytrzymać, lecz przypomnieliście sobie, że ważne jest pierwsze wrażenie. W końcu to on będzie podawał wam jedzenie, i to on może obić wam twarz.
 
__________________
"Znaj siebie i znaj przeciwnika, a możesz stoczyć 100 bitew nie odnosząc porażki"
Sztuka Wojny

Ostatnio edytowane przez Whiter : 16-01-2010 o 10:38.
Whiter jest offline  
Stary 16-01-2010, 14:56   #2
 
andramil's Avatar
 
Był wolny. Mógł swobodnie przechadzać się po ziemi za którą jego stopy tak tęskniły. Rozkoszować się świeżym powietrzem i zapachem roślin. Minęło już kilka miesięcy, a on wciąż delektował się smakiem tego świata. Oglądać tyle przeróżnych rzeczy tak nie trwałych i urzekających swym pięknem, że aż by się chciało... je podpalić.

Podróżował wraz z trzema innymi towarzyszami. No, czterema. Dwóch z nich znał. Zdziwił się gdy w gronie znakomitych person, jakie miały wyruszyć by odbić klasztor, ujrzał Jacka. Nie, żeby nie uważał go za godnego tej wyprawy, jednak zaskoczył go los. Jeszcze nie tak dawno się widzieli. Ich konfrontacja zakończyła się rozejściem obu stron. Przywitał go jak dobrego przyjaciela... bo chyba był on jedynym żyjącym znajomym Noira w tym planie. No, był jeszcze Brandon, ale to inna historia.

Dwóch pozostałych członków jeszcze nie poznał za dobrze. Ale zamierzał szybko to nadrobić. Bo wiedza to potęga. A Noir szczególnie lubił ją kolekcjonować i przechowywać w swej głowie. Był w końcu czarodziejem.

Podróż nie była zbytnio uciążliwa. Lubił podróżować. Przez ostatnie lata nie miał nic innego do roboty, niż właśnie podróżować, poznawać nowe tajemnice i zawierać nowe sojusze. W przeciwieństwie jednak to swej przeszłej tułaczki, ta była ciekawsza. Nie miał przed oczyma monotonnego widoku tylko piękne krajobrazy zmieniające się w trakcie wędrówki jak w kalejdoskopie. Gdy dotarli do niewielkiego miasteczka położonego u stóp pasma górskiego zwanego "Górami Ognistego miecza". Wyglądały wspaniale. Góry oczywiście. Mimo tak twardej materii jaką jest skała, wydawały się być finezyjne i ulotne niczym ogień. Tak. Ta nazwa pasowała do tej krainy. Pejzaż był tak zachwycający jego elfią naturę, że nawet byłby skłonny tu zamieszkać. Na dwie, trzy dekady. Jednak nie po to tu przybyli. Zresztą musiał kogoś znaleźć.

Wkroczyli do miasteczka. Nie był to jakiś zachwycający cud architektury. Niektóre rasy zwane przez ludzi dzikimi i pierwotnymi miały piękniejsze siedziby, bardziej monumentalne budowle i znakomitsze obwarowania. Elf nie rozglądając się zbytnio na boki i nie zważając na prymitywność zabudowań ruszył w stronę karczmy. Jego krok był zwinny i żwawy. Z łatwością wyprzedził by biegnącego człowieka. Jednakże mag siła swej woli powstrzymywał się by nie gnać na złamanie karku. wolał wyglądać naturalnie i nie wyróżniać się zbytnio z tłumu.
A to nie było łatwe. Dość wysoki wzrost, szczególnie będąc elfem nie jest powszechny. Jego karnacja także ma wiele do życzenia. Kiedyś był blady. Gdyby nie czarne włosy, pomyśleć by można było, że był albinosem. Jednak teraz jego skóra ma kolor pomarańczowy niczym skórka mandarynki. Włosy ciemne jak granit a oczy... Jego oczy są najdziwniejszym elementem jego ciała. Czarne niczym węgle z żarzącymi się światełkami. Oczy głębokie i pełne zdecydowania. Oczy potrafiące palić duszę.


Ubiór też nie był taki zwyczajny. Mimo swej profesji nie chodził w szatach godnych arcyczarodzieja, czy nawet zwykłego nowicjusza magi. Ubierał się w skórzane spodnie z łańcuchem zwisającym mu przy szlufkach i rozpięty skórzany płaszcz. Nie miał nawet koszuli. Świecił gołą klatą i tatuażem widniejącym na mięśniach brzucha. Trzeba dodać, że jak na elfa miał mięśnie godne krasnoluda.
Na lewej dłoni miał czarną rękawiczkę, a w prawej dzierżył kostur. Metalowy i prosty kończący się głownią, która wyglądała jak kula żywego ognia, stukał miarowo w takt elfich kroków.

Noir wkroczył do karczmy. rzucił okiem po przybytku i uważając by nikogo nie szturchnąć ni dotknąć mebli ruszył w kierunku barmana. Jego wygląd pasował do gladiatora walczącego na paskach mokrych i czerwonych od krwi zaś głos do chłopca przechodzącego mutację. Lub pijaczka który właśnie otrzymał kopa obcasem w jądra od nie chętnej damy. Noir zachował powagę. Wiedział, że nie należy zraszać do siebie ludzi. Od razu. Jednakże z jego kostura dobiegł głos podobny do szybko palącej się gałązki sosny, który przerywany krótkimi odstępami czasu przypominał śmiech. Flambe nie przejmując się chichotami zapytał głosem spokojnym i niedonośnym.
- Witaj. Ponoć mamy tu zapewniony nocleg i wyżywienie. Jesteśmy tymi których się spodziewano. Tymi co przyszli pozwiedzać klasztor na Zboczu Orlego Dzioba. - jego głos przypominał skwierczenie języków ognia lecz nie trudno było go zrozumieć. - prowadź do naszych kwater. - przemówił spokojnie.
 
__________________
Why so serious, Son?
andramil jest offline  
Stary 18-01-2010, 13:46   #3
 
Nathias's Avatar
 
Podróż mijała spokojnie. Spotkani wcześniej towarzysze podróży nie okazali się na szczęście gburami, chodz duszami towarzystwa też ich nie można nazwać. Cóż może to poprostu przełamywanie pierwszych lodów. Nie wszyscy podchodzą do tego tak jak Hatton - dla niego takie bariery nie istnieją. Jednak w końcu nadejdzie czas i moment aby wychylić kufel, kielich czy co tam kto lubi, pogawędzić i nawiązać nici przyjaźni.

Droga zaczynała się wesołkowi nurzyć. Nie znosił on nudy, więc starał się znaleźć sobie jakieś zajęcie które wyrwało by go z rutyny marszu. Niestety nic poza pogwizdywaniem podczas podróży nie pomagało. Na całe szczęście przed trwałym urazem spowodowanym nudą uchronił go widok z ostatniego wzgórza, na które weszli. To był cel ich podróży. W Hattona od razu wstąpiły nowe siły. Bez zastanowienia ruszył w dół stoku do miasteczka.

Gdy przeszli przez bramę w pierwszej kolejności udali się do karczmy.
-Hej dobry człowieku. - powiedział Hatton
Karczmarz ujrzał młodego, przystojnego mężczyznę o długich do ramion blond włosach, odzianego w dobrej jakości koszulę zdobioną haftami i złotymi nićmi. Spodnie dopasowane do koszuli, tak samo zdobione. Buty wysokie do kolan. Niestety w podróży straciły cały swój początkowy blask. Na głowie kapelusz z bujnym piórem zawadiacko przekrzywiony. a na plecach zielony płaszcz z liściastym ornamentem.
-Podaj no wina i jadła zacnego. Po podróży człek głodny i strudzony. I dla mnie kompiel naszykuj. Nie można się tak pokazać namiestnikowi prawda?
Szynarz zmierzył mężczyznę wzrokiem, lecz nic nie powiedział. Podał butelkę wina i puchar. Hatton szybko zajął miejscę przy stole, nalewając do kielicha zacną ilość trunku. Po chwili dziewka przyniosła pieczeń. Mężczycna jednym ruchem oderwał nogę od kurczaka i zaczął ze smakiem pałaszować zagryzając chlebem.
-Hejże, dla moich towarzyszy także. Żwawo, żwawo. - poganiał z uśmiechem kelnerkę.
-Zapraszam - wskazał swoim towarzyszom miejsca przy stole - Jedzcie i pijcie. Trzeba nam wypocząć po podróży.
 
__________________
Drink up me hearties, yo ho...
Nathias jest offline  
Stary 18-01-2010, 15:39   #4
 
andramil's Avatar
 
Gdy Hatton, człowiek stylem bycia przypominający sprytnego rzezimieszka i krętacza któremu szczęście na tyle dopisało, że nie tylko przeżył trudne sytuacje na ulicach niebezpiecznych miast, ale też nie poskąpiło dobrobytu i złociszy, zaprosił ich do stołu czarodziej nie widział powodu by odmówić. Noir lubił takie wolne duchy. Nigdy nie można było przewidzieć co też uczyni, nie byli ograniczenia kodeksami. Ich chaotyczne usposobienie przypominało ogień. Lecz nie byli tak doskonali.

Mężczyzna o blond włosach zaczął zajadać się pieczenią. Mięso wyglądało apetycznie i pewnie skusiło by każdego podróżnika swym aromatem i domowym przyrządzeniem. Choćby i najdroższe racje podróżne nigdy nie dorównywały dobrej pieczeni. Mimo to Flambe nawet na nie nie spojrzał. Gdy Hatton zawołał posiłek dla swych towarzyszy, Noir lekko podniósł lewą rękę w geście odmowy.
- Ja dziękuję. - odrzekł spokojnie ni to w stronę karczmarza ni swego towarzyszy. W prawej ręce wciąż trzymał kostur. Jakby się bał go oprzeć o ścianę czy choć na chwile zostawić bez opieki. Z głowni tejże laski dobiegł odgłos niczym syk ociekającego powietrza z przegryzanej przez płomienie kłody. Jakby ktoś w pobliżu umiał mówić w języku ognia z łatwością by rozpoznał w tym słowa.
- Też tak myślę. - elf rzekł nie spiesznie w stronę płomienia.Tak. Noir był ciekawym widokiem. Dlatego nie zdziwił by się gdyby większość oczy tutejszych bywalców skupiła by się na nim lub jego broni. Wieśniacy nie często mieli okazję widzieć magów. Co prawda w kolegium Luskanu nie był bardziej nadzwyczajny niż większość tamtejszych profesorów, to jednak Luskan wydawało się tak daleko.
Czarodziej przyjrzał się tutejszej ludności. Chciał wyczuć i spostrzec jakimi emocjami zostali tu powitani. Strachem, niepewnością, radością czy może tylko obojętnością?
 
__________________
Why so serious, Son?
andramil jest offline  
Stary 18-01-2010, 16:15   #5
 
Mizuki's Avatar
 
Przez większość drogi milczał, nie wdając się w zbędne rozmowy z towarzyszami. "sir. Larnem Avierr" przedstawił im się jeszcze u początku ich podróży. Nic więcej o sobie nie powiedział. Jedynie symbol Torma na jego białej pelerynie, niemal ciągnącej się za nim po ziemi, mógł im podpowiadać czym się prawi. W czasie podróży być może raz zdjął z siebie zręcznie wykonaną , płytowaną zbroję o złotej barwie. Spod białego materiału , zwisającego z pleców wystawała zdobiona rękojeść miecza. Sama pochwa owinięta była w poszarzałą szmatę, skrywając przed oczyma innych wygląd klingi. Zapewne w oczach "towarzyszy" uchodził za gbura, ponuraka czy też może pyszałka, który uważa ich za niegodnych z nim rozmowy. Sam rycerz nie interesował się jednak ich opinią w tej sprawie. Nie przybył tutaj szukać przyjaciół czy słuchać opowieści o przygodach ich życia. Miał jasno wyznaczony cel.
Wypowiadane przez niego słowa, ograniczały się do uwag w kierunku młodego chłopaka, podróżującego u jego boku. Giermek imieniem Hick zajmował się ich końmi i bagażem swego opiekuna. Ubrany był dojść schludnie jak na dzieciaka. Widać było , że jest zadbany i nie cierpi głodu. Na jego bladych policzkach przez większość czasu widzieć się dało czerwone wypieki, a rudawe włosy były krótko ścięte. Tak więc obok swojego opiekuna o blond włosach i nienaturalnie błękitnych oczach prezentował się odpowiednio.

Okolica przypominała Larnemowi jego dom z czasów dzieciństwa. "Omszały Kamień. Ile to już lat ?" spytał się w myślach obserwując okolicę . Spokoju na jego obliczu nie zmącił nawet widok posępnego klasztoru gdzieś wśród drzew porastających szczyty gór. " Tam przyjdzie nam zanieść światło i odkupienie."zerknął po swoich towarzyszach. Prezentowali się dojść "inaczej" niż to sobie wyobrażał. Kiedy jego Świętobliwość Barriltar prosił go o udanie się w te strony, nie wspominał , iż jest to zadanie dla poszukiwaczy przygód. Wysłuchując opowieści Lorda spodziewał się spotkać kapłanów i mężnych paladynów u swego boku. " Nie oceniaj ich pochopnie. Czyż nie istnieją kwiaty, które wyrastają z błota ?". Wjeżdżając do miasta popędził delikatnie konia. Przejechał dłonią bo jego białej grzywie. " Przez kilka dni znowu będziesz sam z Hickiem, Risembel. Spokojnie staruszku, wrócę." Czasami zadziwiało go jak bardzo przywiązał się do tego zwierzęcia. Już lata temu nauczył się , że przywiązanie do czegokolwiek innego niż Pan i służba ku jego chwale, jest przyczyną niepotrzebnych cierpień - jego i innych ludzi. Mimo to, nie potrafił odmówić temu białemu, nakrapianemu ogierowi szczerej przyjaźni.

" Pod chędożonym Gnolem"- Nazwa dojść nietuzinkowa. Również i ona nie wywołała w nim dostrzegalnej reakcji.
- Mój panie, czy to miejsce jest...
- Hick, o nic się nie martw jeśli ja tego nie robię.
- przerwał giermkowi zeskakując z konia. - Zajmij się Risembel i swoim koniem. Wiesz gdzie mnie znaleźć.
Chłopak bez najmniejszego sprzeciwu wykonał polecenie . Mimo to w jego oczach gościła troska, kiedy obejrzał się w ich kierunku odjeżdżając. Larnem przez chwilę obserwował jeszcze karczmę i jej najbliższe sąsiedztwo. Coś mu mówiło, że nie powinien się śpieszyć z wejściem do środka. " Wszechwielki Tomie, obdarz swego pokornego sługę cierpliwością dla głupoty tego świata"zwracał się do swego patrona w myślach, jeszcze raz zerkając na szyld z nazwą karczmy. W końcu wszedł do środka, niestety powodując spory hałas. Jego zbroja, ciężkie buty, wszystko klekotało, stukało, bądź też uderzało z hukiem o drewniany wystrój karczmy.
Zasiadł przy stole wskazanym przez jednego z towarzyszy, jednak gestem podziękował za trunek.
- Jeśli mogę, chciałbym dostać pajdę chleba ze smalcem i porcję świeżego , mleka . Będę dozgonnie wdzięczny.
 
__________________
"...niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys"
Mizuki jest offline  
Stary 18-01-2010, 17:51   #6
 
Blacker's Avatar
 
Drogi bracie Jacku

Po pierwsze chciałbym podziękować Ci za to, czego dokonałeś w Mishtan. Zlikwidowanie tej grupy kultystów było dla naszego zakonu bardzo ważne, a dzięki tobie wszyscy dostali szansę odkupienia swoich win i oczyszczenia się w płomieniu stosu, by z czystym sercem dołączyć do Pana. Niestety, choć zdaje sobie sprawę że odbyłeś długą drogę to jednak nie mogę pozwolić Ci na dłuższy odpoczynek. Jak tylko wyleczysz swoje rany i uzupełnisz zapasy komponentów będzie Cię czekało kolejne zadanie, kto wie czy nie jeszcze trudniejsze.
Będziesz musiał udać się do stolicy marchii, do namiestnika Daven Willerna. Prosił on o wsparcie w dość poważnej sprawie, w której bez pomocy naszego zakonu ma poważne problemy. Choć zdaje sobie sprawę, że to daleko to jednak konieczne jest wysłanie kogoś z naszych ludzi na znak przyjaźni pomiędzy nami a namiestnikiem. Dodatkowo sprawa ta podchodzi pod naszą jurysdykcję, dotyczy ona bowiem inwazji mieszkańców niższych sfer. Jeden z klasztorów oddający cześć bóstwu solarnemu stał się siedliskiem przybyszy, najprawdopodobniej demonów. Nie posiadamy żadnych informacji o tym, co dokładniej zaszło, dlatego sprawę tą będziesz musiał wybadać sam. Na miejscu być może będzie już trwało formowanie drużyny - jeśli tak zostaniesz włączony do niej przez namiestnika, dzięki czemu szanse na powodzenie twojego zadania wzrosną.
Twoim zadaniem jest ustalenie, co dokładnie zaszło w klasztorze Północnego Klifu oraz zlikwidowanie demonów. Jeżeli inwazja jest sprawką heretyków musisz ich odnaleźć i zniszczyć - w tym wypadku przeprowadzenie pełnego procesu może się odbyć już po dokonaniu faktycznego obrzędu oczyszczenia. Odnalezienie ocalałych, choć także jest częścią misji nie jest najważniejsze - priorytetem jest likwidacja demonów oraz bram przez które dostają się do naszego świata. Od tego w końcu jest Inkwizycja Heironeousa by nie dopuścić do zalania naszego świata przez sługi zła
Ufam, że podołasz temu zadaniu w imię naszego Pana. Niech Heironeous ma Cię w opiece

Brat Krzysztof


***

Wszystko stało się zgodnie ze słowami brata Krzysztofa. Na miejsce dotarł dokładnie tydzień po otrzymaniu listu i faktycznie stwierdził, że namiestnik formuje drużynę. Z zasłyszanych w stolicy plotek wynikało, że jakaś plugawa siła opanowała klasztor i otaczające go grunta. Nikt nie wiedział, co stało się z tymi, którzy byli wewnątrz, więc śmiało można było założyć że szanse na zastanie tam ocalałych jest minimalne. Minimalne, ale nie zerowe - nadzieja była bardzo ważna, zwłaszcza w życiu inkwizytora. Jeżeli ktokolwiek ocalał i zdoła się utrzymać przy życiu to na pewno będzie on odznaczony szczególną łaską swojego bóstwa. Lub będzie kultystą, którego Jack będzie zmuszony zabić

Drużyna do której został wcielony zapowiadała się interesująco. Zaskoczyło go jednak całkowicie, że w jednym z członków rozpoznał Noira, ognistego maga z którym kiedyś już przyszło mu mieć do czynienia. Co prawda ich poprzednich stosunków nie można było nazwać przyjacielskimi, zwłaszcza że o mały włos nie doszło do walki na śmierć i życie, jednak gdy później wszystko się wyjaśniło rozstali się w pokojowej atmosferze. Co prawda Jack nie ufał magowi nawet w najmniejszym stopniu, to jednak wiedział że można zaufać jego umiejętnościom, przynajmniej jeśli chodzi o magię ognia. Jack nie był pewien, czy gdyby wtedy doszło do walki to zdołałby zwyciężyć tego maga. Tym razem jednak przyjdzie im współdziałać... Jakże pokrętne mogą być koleje losu!

Poza dawnym znajomym w kompanii znajdował się jeszcze rycerz wraz ze swoim giermkiem oraz fircyk, jakich często można było spotkać jako wędrownych bardów, poszukiwaczy przygód... lub bandytów. Jack nie miał pewności, do której z tych grup może on należeć, jednak wesołe usposobienie nie budziło w inkwizytorze zaniepokojenia. Co prawda i tak wiedział, że z każdej strony może się spodziewać zdradzieckiego ciosu w plecy, niezależnie jak wygląda dana osoba jednak jak na razie sytuacja taka nie była zbyt prawdopodobna. Rycerz natomiast większość czasu milczał, co Jack odbierał bardzo pozytywnie - sam nie był zbyt wygadaną osobą i zwykle uważał, że cisza jest lepsza od rozmowy. Dodatkowo był wyznawcą Torma, bóstwa którego kapłani wyznawali podobne wartości do Heironeousa.

Sam Jack był natomiast wysokim mężczyzną o szczupłej, by nie powiedzieć chudej posturze ciała. Miał krótkie, czarne włosy i szare oczy, ubrany był w pełną zbroję płytową. Przy boku miał długi miecz w misternie zdobionej srebrnej pochwie. Na plecach miał tarczę ozdobioną swoim herbem: herb był dwudzielny - jedną część stanowiła srebrna wierzba na czarnym tle, znak jego rodu Willow'ów, natomiast drugą część stanowił symbol Heironeousa. Na szyi nosił święty symbol Heironeousa, różniący się jednak od zwykłych symbolów - jego był dodatkowo ozdobiony wyrytymi wersetami klątwy jaka spadała na tych, którzy parają się demoniczną magią. Znakiem szczególnym była blizna na lewym policzku, zdana szponem demona której żadna magia nie zdołała jak dotąd zregenerować



Po kilku dniach wspólnej podróży dotarli do dość ubogiej wioski. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie leży ona na żadnym ważniejszym szlaku komunikacyjnym, a mieszkańcy żyją z tego co sami zdobędą. Co było jednak dziwne w tak biednej okolicy wioska była otoczona palisadą, a na dodatek mieszkańcy najwyraźniej zaczęli otaczać ją kamiennym murem. Widać było że strach przed przybyszami którzy mogą się zjawić jeśli ich misja zawiedzie był wystarczająco silną motywacją by ludzie ci zamiast uprawiać zboże próbując utrzymać rodzinę woleli zaryzykować biedę, by zapewnić sobie choć minimalne bezpieczeństwo. Na ten widok Jack uśmiechnął się smutno, zdając sobie sprawę jak próżne były ich wysiłki. Jeśli demony nadejdą to coś takiego jak ten murek nie zdoła ich powstrzymać, a z wioski najpewniej nikt nie zdoła wyjść żywym. Najważniejsze jednak było, że mieszkańcy nie tracili nadziei, chwytali się każdej możliwości zachowania swojego życia. Posiadali to, co Jack stracił wiele lat temu - chęć życia

Co dziwniejsze w wiosce znajdowała się karczma. Co prawda każdy szanujący się karczmarz na widok tej zaniedbanej budy wyłby ze zgrozy, to jednak w tej okolicy musiała ona uchodzić za szczyt luksusu. Jack odprowadził swojego konia do stajni po czym wszedł do środka za pozostałymi

W karczmie oprócz nich i robotników znajdował się bard, najwyraźniej szukający kolejnych rymów. Sam karczmarz, najwyraźniej eunuch zapytał ich co podać. Zanim Jack zdążył odpowiedzieć jeden z ich towarzyszy zamówił dla nich jedzenie i picie. Jack jednak pokręcił na ten gest głową

- Wybacz przyjacielu, ale ja nie jem niczego... poza swoimi zapasami. Tak więc dziękuję Ci za troskę, jednak muszę odmówić poczęstunku. Wina natomiast napiję się z chęcią, zwłaszcza po tak długiej podróży

Gdy tylko karczmarz podał wino inkwizytor przyjrzał się uważnie kielichowi, po czym korzystając z magii sprawdził, czy wino na pewno nie jest zatrute. Co prawda mogło to nie wyglądać najlepiej w oczach karczmarza jak i towarzysza który poczęstunek zaproponował, to jednak inkwizytor nie zamierzał się tym przejmować. Można to było nazwać zbytkiem ostrożności, jednak Jack nie ufał nikomu, nawet samemu sobie, a właśnie bycie ostrożnym na każdym kroku niejednokrotnie ratowało mu życie

Gdy tylko opróżnił kielich zwrócił się do pozostałych

- Wybaczcie mi panowie na chwilę, jednak chciałbym porozmawiać z mieszkańcami. Być może dowiem się od nich czegoś więcej o celu naszej podróży

Po tych słowach inkwizytor wstał i wyszedł na zewnątrz. Miał zamiar przejść się i wypytać ludzi o to, co wiedzą na temat klasztoru i ostatnich wydarzeń. Jeżeli we wsi ktoś będzie potrzebował wsparcia duchowego lub leczenia - udzieli mu ich
 
__________________
Make a man a fire, you keep him warm for a day. Set a man on fire, you keep him warm for the rest of his life.
—Terry Pratchett

Ostatnio edytowane przez Blacker : 18-01-2010 o 18:02.
Blacker jest offline  
Stary 19-01-2010, 13:11   #7
 
Whiter's Avatar
 
Zasiedliście zgodnie lub też nie do posiłku. Karczmarz jednym szybkim gestem wskazał wam stolik, który znajdował się trochę dalej od pozostałych. Wyobcowanie, albo środki bezpieczeństwa, tego nie wiecie. Zanim obróciliście się do niego plecami, kolejnym gestem wskazał wam schody na górę budynku, gdzie znajdowały się wasze pokoje. Było ich tyle, ile was drodzy poszukiwacze przygód. Karczma faktycznie, nie była dostatnia. Następnie gestem wskazał dziewczynę stojącą niedaleko was. Dopiero teraz ja dostrzegliście. Drobna, mizernej postury, i na pewno nie letnia. Wyglądała uchyłkiem zza drzwi na zaplecze. Kiedy karczmarz wskazał na nią grubym palcem, nie wypowiadając ani jednego słowa, dziewczynka ruszyła jak błyskawica za drzwi. Możliwe po wasz posiłek. Teraz dopiero mogliście zasiąść przy stoliku. Po chwili zgrabnie biegnąca małolata podała wam wszystko o co prosicie.

Jack the Willow

Po jednym zgrabnym kielichu wina, poczułeś w trzewiach miłe ciepło. Nie była to trucizna, ale ciepełko trunku. Przeprosiłeś pozostałych, i ruszyłeś w stronę wyjścia z lokalu. W drzwiach minąłeś się z elfem, ubranym pstrokato, który miał na plecach przerzuconą lutnie. Dźwinę, czy to de jawu, czy sprawka jakiejś sztuczki. Obróciłeś się szybko za siebie, a przy stoliku zobaczyłeś tego samego elfa co przedtem. Obaj wyglądali identycznie. Dosłownie. Byli bliźniakami. Nie wszystkim mogła obić się ich sława, ale znali się na swoim fachu. Wyszedłeś na zewnątrz. Dzień chylił się ku nocy, a ludzie szybko umykali do swych domów. Noc najwyraźniej nie przynosiła tu dobrych snów. Czujnym wzrokiem obrzuciłeś mieszkańców, po czym postanowiłeś w ramach pewności rzucić czar. Przyłożyłeś palec wskazujący i środkowy prawej ręki do skroni, i zacząłeś inkantacje. Spoglądałeś wolno na budynki, a ich aura była szara. Nic. W ramach ciekawości spojrzałeś w stronę klasztoru. Aura tego budynku, chodź znajdował się daleko, była krwiścię czerwona, a pośrodku niej była ledwo dostrzegalna aura czarna. To właśnie ta aura cię przeraziła. Nie wiedziałeś, a raczej nie byłeś pewny co to było, ale na pewno nic ciekawego. Z tej odległości niczego takiego się nie dowiesz. Postanowiłeś udać się z powrotem do karczmy. W ten dzień nic nie zdziałasz. Kiedy wróciłeś ponownie do pomieszczenia, powitała cię tam piękna muzyka.

Wszyscy

Kiedy posiłek imał się ku końcowi, a wina jednak nie ubywało, do karczmy wszedł bliźniaczo podobny elf, co ten siedzący pod ścianą. Na swój widok obaj ruszyli w swoją strone padając sobie w ramiona. Przywitali się bratersko. Noir, ty jako jeden z bardziej spostrzegawczych zobaczyłeś, że ich lutnie, jak by je złączyć, tworzą idealną całość. Nie wiedziałeś o co w tym chodzi, ale na pewno zaraz się dowiesz.

-Dziewczynko, podasz nam wina?- powiedzieli w tym samym czasie bliźniacy. Spojrzeli po sobie, po czym wybuchnęli śmiechem. Musieli się dawno nie widzieć. Kiedy ponownie skierowali swe głowy w stronę gdzie stała dziewczynka, ta już była przy nich trzymając w jednej ręce dwa kufle, a w drugiej gąsiorek z winem. Postawiła naczynia koło stolika, który znajdował się za plecami bardów, otworzyła gąsiorek, i polała do każdego po trochu. Bracia o dziwo nie zabrali się od razu za kufle, lecz podeszli do dziewczynki, i przyklęknęli przy niej jak przy królowej. Obaj w tym samym geście obrócili dłońmi młynkując, i w lekkim plasku pojawiły się w ich dłoniach dwie róże. Obie były szczytem kamieniarstwa. Jak by był tu krasnolud, to by upadł z wrażenia. Pierwsza z nich była czerwona jak rubin, druga zaś przeźroczysta jak diament. Obaj w tym samym czasie wręczyli je dziewczynce. Ta najwidoczniej zaszokowana bym podarunkiem przez chwile nie widziała co zrobić, lecz po krótkiej chwili odebrała kwiaty, i czmychła do karczmarza który stał tym razem przed ladą opierając się o nią. Ten chwycił ją pod pachy i posadził na blacie. Bracia, najwidoczniej zsynchronizowani jak nikt inny, wstali. Obaj już trzymali w dłoniach lutnie. Szybkim ruchem z kosztowali napitku, i siedli na blacie stolika. W całym pomieszczeniu rozbrzmiała muzyka.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=pQDt7dP3Ksk&feature=related[/MEDIA]

Pieśni jakie śpiewali, były nadzwyczajne. Nigdzie indziej nie słyszeliście tak zacnych utworów, a historie które opisywały były nadzwyczajnie ciekawe. Robotnicy, którzy siedzieli z wami w karczmie, przysłuchiwali się im z nadzwyczajną uwagą. W trudnych czasach pokrzepienie duszy było bardzo potrzebne. Po ukończeniu tej pieśni, podeszli do waszego stolika. Byliście zaszokowani, ale chcieliście się dowiedzieć co z tego wyniknie. Rozpoczęli kolejny utwór.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=9zueKq3z3Sk&feature=related[/MEDIA]

Zastanawiacie się, jak wile magi drzemie w tych oto dwóch bardach. Ich instrumenty wydobywały z siebie taki dźwięki, na jakie nie mógł by sobie pozwolić zwykły bard. Ona na pewno byli niezwykli. Mniej energicznie, ale żwawo rozeszli się po karczmie, tym razem krocząc wśród tłumu. Tak tłumu. W tym całym zafascynowaniu w muzyce, nie spostrzegliście, że do karczmy przybyła chyba cała wioska. Nie było tam ani jednej wolnej przestrzeni. Kiedy bracia przechadzali się u i ówdzie, ludzie się rozstępowali robiąc im przejście. Teraz tylko jeden z braci śpiewał, drui mu przygrywał.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=1GWQ-oDMG6g&feature=fvst[/MEDIA]

Pieśń ta napawała was smutkiem, ale tuż po niej uczucie to was opuściło. Jeden z dwojga podszedł do tego co śpiewał, i poklepał go pocieszająco po ramieniu. Następnie szepnął mu coś do ucha, i obaj niespodziewanie wskoczyli na blat stolika. Stanęli plecami do siebie i rozpoczęli kolejną pieśń.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=u_tORtmKIjE[/MEDIA]

Była to ostatnia z ich pieśni, gdyż po zebraniu gigantycznych braw i majestatycznych ukłonach, przerzucili z powrotem swe nadzwyczajne lutnie na plecy, i siedli na blacie stolika, na którym grali. Podano im dwa kufle po brzegi pełne winem. Z czoła bardów lał się pot jak z potoków górskich. Po krótkiej przerwie rozpoczęli prawić rozmaite historię dla zgromadzonych tu dzieci. oprosili starszych, by miejsce przy stoliku na którym się znajdowali, było zapełnione dziećmi. Po chwili tak się stało. Jeden z dwojga wyciągnął z tłumu dziewczynkę. Tą samą, co podawała im trunek. To jej przypadł zaszczyt siedzenia razem z bardami.

Spostrzegliście w okno, a noc była już w pełni. Gwiazd na niebie nie było, lecz przez chmury mocarnie przebijały się promienie księżyca. Czas spać. Bynajmniej na to wychodziło, jeśli rankiem chcieliście być wypoczęci.
 
__________________
"Znaj siebie i znaj przeciwnika, a możesz stoczyć 100 bitew nie odnosząc porażki"
Sztuka Wojny

Ostatnio edytowane przez Whiter : 19-01-2010 o 14:15.
Whiter jest offline  
Stary 19-01-2010, 14:18   #8
 
Nathias's Avatar
 
Wszyscy dosiedli się do Hattona. Po chwili młodka przyniosła wszystko o co prosili. Trochę go zaskoczyło zachowanie Jacka.
"Cóż, nerwy już nie te. Pewnie się nabawił jakiejś nerwicy, albo co"
Jednak postanowił nie komentować zachowania na poczet przyszłych dobrych stosunków w grupie. Jadł i pił do syta i teraz dopiero stwierdził co było przyczyną jego wisielczego humoru przez większość podróży - brak treściwego posiłku. Nie żeby racje zakupione przed wyjazdem były złe, jednak nic nie zastąpił ciepłej pieczeni zakropionej odrobiną wybornego wina.

Chwilę później Jack wyszedł z karczmy, co nie uszło świadomości Hattona. Przyzwyczaił się już do różnych dziwnych zachowań swoich kompanów. Tych z przeszłości rzecz jasna. Obecnych tu nie zdążył jeszcze należycie poznać.
-Wyśmienity trunek naprawdę. Chylę czoła dla tak zacnego szynkarza. Zakrzyknął unosząc kufel. Nie miał pojęcia dlaczego wyrwało mu się to zdanie. Pił w życiu o wiele lepsze wina i piwa. Było to chyba spowodowane długą podróżą, podczas której z racji praktyczności zabrał wodę. Ta, jako to woda miała tędencję to znacznego wysuszania gardła, więc wino, które pierwszego sortu nie było, smakowało wesołkowi nadzwyczajnie.
-Powiadam wam przyjaciele, nie ma to jak gąsiorek przedniego miodu. Nic tak duszy i ciała nie raduję. Mój wuj Oswald zwykł mawiać, że im więcej wybornego wina się pije, tym mniej ochoty na dziewki się ma. A wlać to ćwierć człowieka mogło w sobie tyle, co by bawołu powaliło. Nikt z nim konkurować nie mógł, jako żywo. A co do dziewek, to mówił tak prawdopodobnie aby żalowi swojemu w tych sprawach pokrzepić, do czego nigdy się nam jednak nie przyznał. Ja jednakowoż uważam, że jedno jak i drugie w stosownych dawkach miarkowane być powinno, aby ani jedno ani drugie za mocno do głowy nie uderzyło, bo czerep coraz cięższy, a sakwa coraz mniejsza się staje.
Skończywszy swoją wypowiedz wychylił puchar do dna.

Chwilkę później do karczmy wszedł elf z lutnią na plechac i zaczął serdecznie witać się z jednym z mężczyzn. Gdy obaj stanęli obok siebie okazało się, że są identyczni. Dosłownie, bo nawet instrumenty mieli takie same. Po krótkim pokazie dobrych manier panience, która podała im gąsiorek i dwa puchary rozpoczęli koncert. Hatton był zauroczony melodią. Dłuższą chwilę wystukiwał blat stołu, gdy podeszła do niego młodka.
-Już? Tak szybko? Wspaniale. z niemałym zaskoczeniem powiedział do dziewczyny, gdy dowiedział się, że kompiel już czeka.
-Panowie wybaczą. Idę się troche odświeżyć. wziął swój kapelusz z oparcja krzesła i skłonił się delikatnie. Teraz jego wzrok spoczął na dziewczynie.
-Prowadź. - powiedział z uśmiechem.

Dziewczyna zaprowadziła go do małego pokoju. W pomieszczeniu na środku stała balia z parującą wewnątrz wodą. Obok stał stoli i dwa krzesła. Po drugiej stronie ściany była niewielka szafeczka i podniszczone łózko.
-Dziękuję. To twój pokój tak?
Dziewczyna pokiwała tylko głową.
-No dobra zmykaj. Masz tutaj za fatygę - chwycił po jej dłoń i położył na niej srebrny pieniążek.
Ta spojrzała na niego z niedowierzaniem po czym czmychnęła jakby bała się, że może się rozmyślić i jej go odebrać.
Hatton spokojnie zamkną za mąłą drzwi i zaryglował na tyle na ile pozwalał na to ich zamek. Rzucił kapelusz i plecak na łużko i przeciągnął się. Zdją płaszcz i przewiesił na krześle. Dopiero teraz można było dostrzec dwa krótkie miecze skrzyżowane za plecami podróżnika. Odpiął pas i delikatnie ułożył broń na stoliku. Jednym ruchem ściągnął koszulę, potem już dużo wolniej swoją kolczą koszulkę. Nie lubił zbytnich obciążeń, jednak przekonał się nie raz, że niewielkie niewygody ratują czasami życie. Zdjął także resztę ubrań i zanurzył się w gorącej wodzie z niewypowiedzianą ulgą.

Mijały błogie chwile. Najchętniej mężczyzna spędził by tutaj całą noc, jednak obowiązki wzywały. Nie wiedział ile czasu spędził w balii, jednak czuł, że czas najwyższy już wyjść. Gdy zaczął się ubierać powąchał swoje ubranie.
-Na wszystkie żywoty Mystry. Ależ to cuchnie.
Zebrał wszystko razem i wrzucił do bali z ciepłą jeszcze wodą. Zanurzył raz i drugi, po czym wyjął. Pewnym ruchem otrzepał z nadmiaru wody, jednak koszula nadal ociekała wodą z mydłem.
-No cóż, nie będziemy tracić czasu.
Hatton ułożył wszystko na łużku i popatrzył na wszystko z góry. Zbliżył do materiału dłonie i wykonał taki ruch, jakby chciał ścierką zciągnąć całą wodę. O dziwo, w miarę postępowania dłoni w dół, wyższe miejsca okazywały się zupełnie suche. Po zakończonym zabiegu ubrał się całkowicie.
-No od razu lepiej.
Załorzył płaszcz i kapelusz zebrał pas z bronią i plecak. Teraz buty.
-Na wszystkie diabły! Czy zawsze musi być coś?
Podniósł parę na wysokość oczu i zrobił identyczny ruch ręką. Teraz buty świeciły tak, że każdy refleks światła bił po oczach.

Gdy wyszedł z pokoju udał się spowrotem do stolika. Na szczęście para bardów nie skończyła jeszcze koncertu. Siadając rzekł
-Wybaczcie, że tak długo.
Teraz wygladał o niebo lepiej. Nienagannie wyprana i jakby wyprasowana koszula. Bujne włosy fantazyjnie opadały na ramiona oraz buty wypolerowane na błysk.


----------------------
dwa razy zaklęcie kuglarstwo
 
__________________
Drink up me hearties, yo ho...
Nathias jest offline  
Stary 19-01-2010, 16:15   #9
 
Mizuki's Avatar
 
- W obu tych rzeczach gustowanie z czystym sumieniem odrzuciłem , mości Hattonie.- miał nadzieję, że dobrze zapamiętał imię mężczyzny. - Zapewne jednak wiesz o czym rzeczesz, nie będę zatem tego pod dyskusję brał.
Przez kilka chwil zajadał się świeżym chlebem z grubą warstwą smalcu. O mleku krowim tego już powiedzieć nie mógł, jednak kto doić je chciałby o tej porze ? Wiedząc to nie protestował w żaden sposób. Również i jego uwagę przykuła dwójka elfów. Serce radowało się na widok takiego wzajemnego oddania. Również i ich repertuar zdawał się mu przedni, a słyszał ich w swym życiu wiele.
- Czy mogłaby panienka przyszykować dla mnie jeszcze jedną porcję chleba jak i mleka ? Chciałbym zanieść kolację memu podopiecznemu.- Przemówił do dziewczyny kiedy bardowie skończyli swoje popisy. Los Hick'a nie był mu obojętny, a zapewne żaden poczęstunek od stajennego nie będzie mógł się równać z tym skromnym, choć apetycznym przez karczmę oferowanym. Przez chwilę czekał, wysłuchując słów pozostałych tutaj towarzyszy jednak nie wchodząc z nimi w rozmowę. Otrzymawszy talerz z chlebem oraz kubek mleka, wcisnął złotą monetę w dłoń dziewczyny.
- Niech ci służy. - przemówił do niej życzliwie, po czym wstał. - Wybaczcie mi proszę. Tak jak wspomniałem mego giermka muszę dopilnować. Jeśli do snu się jeszcze nie ułożycie, spotkamy się jeszcze tutaj.

Wyszedł z karczmy, starając się swoimi ruchami nie narobić zbyt wielkiego hałasu. Tak aby żaden z elfów za złe mu nie miał, iż psuję im koncert. Skierował swoje kroki do stajni, jednocześnie badając wzrokiem wioskę. Teraz, kiedy było tutaj pusto i chicho spokojnie mógł wszystko sprawdzić. Kto wie, czy nie natrafi na Jack'a , który mógł dalej się kręcić po okolicy.
 
__________________
"...niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys"
Mizuki jest offline  
Stary 22-01-2010, 14:52   #10
 
andramil's Avatar
 
Zasiedli za stołem. Nie licząc Hattona to wszyscy jak na wyśmienitych poszukiwaczy przygód zachowywali się... dziwnie. Wpierw kapłan - Jack - nie skosztowawszy nic do jedzenia przyjął tylko kielich wina. Ale zanim się napił puścił prosty czar na wykrycie jadu czy trucizny w trunku. Następnie sir Larnem wybrał zestaw mini z aspektem pustelniczym. Do tego mleko. Sam Noir nie odstawał od swej kompani. On... nie jadł nic. i to zupełnie. Posiłek uważał za zło konieczne zbędne dla życia jak się zna kilka sposobów. Zaś alkohol z winem na czele potępiał zupełnie. No znaczy względem swej persony. Procenty w tym napitku tłumiły jego umysł i zmniejszały koordynację ruchową tak niezbędna przy tworzeniu sztuki jaką jest magia. Poza tym nie wiedział nawet jakby się skończyła historia zaczęta od wypicia przez niego tego zacnego trunku. Flambe miał kilka wizji i każda z nich zakończona była kilkoma listami gończymi i nagrodą za jego głowę. Tak wiec "posiłek" spędził na przyglądaniu się ludziom wkoło. Zaprawdę ten gatunek był nie zwykły. Mimo swej krótkowieczności potrafili osiągnąć tak wiele. I nawet przy okropnych warunkach życia, kilka godzin w karczmie potrafiło zmienić i pogląd patrzenia na ich istnienie. Nie... Egzystencję.

Klimat przybytku urozmaicił drugi elf identycznie wyglądający jak ten zasiadający za stołem. Noir lekko skinął głową wchodzącemu dalekiemu kuzynowi. Dalekiemu gdyż mag pochodził z rasy szarych elfów zaś obaj minstrele słonecznych. Co ciekawe mieli kropka w kropkę takie same lutnie. Lutnie które nie wyglądały na tak zwyczajne.
Obaj bardowie zaczęli adorować młodą kelnereczkę. Prosta sztuczka z różą wystarczyła by ta się zarumieniła i wręcz oniemiała z wrażenia. Co prawda tak proste czary nie sprawiły wrażenia na wybitnym magu oraz potępiał on używanie magii do tak błahych celów to jednak mina dziewczyny sprawiła, że Noir zanotował sobie w pamięci reakcję ludu na odrobinę magii i podarunek. Kiedyś może mu się to przydać. kto wie co życie mu przyniesie? Nie zawsze kula ognista w twarz była dobrym rozwiązaniem.
Bardowie nie na darmo taszczyli ze sobą swe instrumenty. Wkrótce zaczęli swój pokaz. Grali nadzwyczaj pięknie. W pełni zasługiwali na miano mistrzów w swej profesji. Gdy tak przebierali palcami po gryfie swych lutni Noir rozpoznał je. Toż to dwie legendarne lutnie stworzone przez samego Olidamarę! Przyjrzał się dokładnie dwóm bliźniakom. Albo byli to znakomici oszuści, albo... same awatary boga śpiewu, wina i oszustwa. Ponoć byli zwiastunem wielkiej bitwy. Wolał zachować dla siebie tą tajemnicę. Tożsamość obu elfów mogła by wzbudzić niepotrzebną panikę bądź kontrowersję. Lepiej by jego towarzysze sądzili, że są to tylko zwyczajni trubadurzy, acz z nadzwyczajnymi talentami.

Gdy noc już panowała na nieboskłonie, a towarzystwo rozeszło się do domostw grajkowie poczęli kłaść się do snu. Nie mieli wynajętego pokoju, to jednak znalazło się dla nich odrobina siana i ciepły kąt w karczmie. Noir podszedł do nich.
- Wspaniały występ panowie - zaczął rozmowę.
- Witaj - powiedzieli jednocześnie. Dało się zauważyć, że ta synchronizacja ich bardzo rozwesela
- Tak znakomite talenty nie zasługują na spoczynek godny psa. jam jest Noir. Zapraszam panów do siebie, wygodne łóżko się tam znajdzie na pewno, a i rozmową nie pogardzę.
- Dzięki ci Noir, ale jesteśmy samotnikami. Sen na sianie przypomina nam nasze początki, prawda bracie?
- Prawda. - zgodził się drugi.
- Na pewno nie czujemy się jak psy, lecz dziękuje ci, że pomyślałeś o nas.
- Jak uważacie. Jednak jakbyście zmienili zdanie to propozycja będzie nadal aktualna. Życzę miłej nocy
- Powodzenia w misji - powiedzieli jednocześnie
- Przyda się - odpowiedział po czym skłonił się grzecznie i odszedł.

Noc zapowiadała się... nudnie. Elfy nie muszą długo odpoczywać. Do tego Noir potrafił jeszcze bardziej skrócić ten czas bez żadnych strat na zdrowiu. Siedząc w swym pokoju studiował swe księgi. Płomień na jego kosturze... znikł. Goła głownia stalowej laski nie wyglądała już tak imponująco.

Za to na kolanach maga leżała istota żywcem przypominającą płonące dziecko.

Dzień oddał już wszystek co miał. Noc zbierała swe żniwa. Zapowiadało się ciekawie.
 
__________________
Why so serious, Son?

Ostatnio edytowane przez andramil : 22-01-2010 o 14:56.
andramil jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:24.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168